|
piątek, 18 maja 2012
Każdy pomysł na to, by skłonić klientów do oszczędzania jest dobry. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy tylko kilkanaście procent Polaków odkłada pieniądze w miarę systematycznie, budując sobie poduszkę finansową. Teraz pewnie odsetek ten będzie rósł, bo banki zaczynają przepędzać na cztery wiatry klientów, którzy chcą wziąć kredyt hipoteczny, a nie mają własnych oszczędności. Kto myśli o dużych pieniądzach w banku, musi przedtem napełnić skarpetę. I to jest dobre. Niestety duża część systematycznie oszczędzających to ci, którzy nie mają innego wyjścia, bo są pod pistoletem - podpisali umowę na 10-letni program oszczędzania z firmą ubezpieczeniową i gdyby ją zerwali, nie dostaliby nawet wszystkich wpłaconych pieniędzy, nie mówiąc już o zyskach. Są ludzie, których tylko pistolet przy skroni może skłonić do oszczędzania, ale generalnie jestem zwolennikiem wymuszania większej skłonności do oszczędzania metodami nieco bardziej wyrafinowanymi. Jak ten song :-) Od kilku miesięcy w modzie są połączone z bankowością elektroniczną banków programy do kontroli domowego budżetu. Wiosną tego roku aż trzy banki - ING, BPH oraz Bank Millennium - niemal w tym samym czasie uruchomiły w ramach bankowości internetowej aplikacje do zarządzania rodzinnymi wydatkami. Klienci mogą sprawdzać na co idą pieniądze, ustalać limity wydatków na poszczególne kategorie, a ING wprowadzi nawet możliwość porównywania się przez klienta z innymi posiadaczami konta w tym banku. I to jest dopiero wartość dodana do posiadania konta w danym banku. Oczywiście aby rzecz się sprawdziła trzeba się przenieść z całymi domowymi finansami do banku oferującego tego typu analizy, ale przecież bankowcy na to grają. I to jest uczciwy deal. Ale jeszcze ciekawszy pomysł za[proponowały w czwartek mBank i Multibank. Oba detaliczne banki BRE wprowadziły nowy typ rachunków oszczędnościowych. Do tradycyjnego eMax'a w mBanku i MultiMax'a w Multibanku doszedł mSaver i MultiSaver, który jest połączony z możliwością gromadzenia drobnych oszczędności podczas wszystkich transakcji przeprowadzonych przez klienta w banku. Największa zaleta tego pomysłu jest taka, że mechanizm działa automatycznie, dzięki czemu klient nie musi o nim pamiętać, nie ponosi też żadnych dodatkowych kosztów. Świetnym pomysłem jest pokazywanie klientom ile by zaoszczędzili, gdyby używali mSavera lub MultiSavera przez ostatnie trzy miesiące. Mnie wyszło średnio 350 zł miesięcznie. Oj, daje to do myślenia. Nowe konta oszczędnościowe są nieco wyżej oprocentowane, niż tradycyjne eMax i MultiMax, które - powiedzmy sobie szczerze - nie zabijają wysokością odsetek. BRE Bank został już zresztą ukarany za to przez klientów, bo w ostatnim kwartale mocno stopniał jego portfel depozytów. Na mSaver i MultiSaver na starcie zarabia się 4% w skali roku, niezależnie od kwoty, która jest na rachunku (MultiMax i eMax płacą 3,5%). Te 4% to nadal marna tarcza przed inflacją (po opodatkowaniu mamy 3,2%, a wskaźnik inflacji za ostatni rok wynosi 4%). Mam nadzieję, że w mBanku pójdą po rozum do głowy i podrasują oprocentowanie. Na nowych rachunkach oszczędnościowych nikt nie będzie przechowywał fortuny, więc chyba można sobie pozwolić na odrobinę fantazji. Krzysztof Olszewski, rzecznik BRE, powiedział mi na uszko, że mBank i Multibank będą chciały dodatkowo nagradzać osoby systematycznie oszczędzające za pośrednictwem mSavera lub MultiSavera atrakcyjniejszymi stawkami oprocentowania. I to byłby krok w dobrym kierunku, więc trzymam za słowo. Na razie najbardziej ujmuje mnie sposób promowania nowych rachunków. Jest taki, hmmm... przyjemnie dwuznaczny. Czy któraś z Was, drogie czytelniczki blogu, robiła TO kiedyś przy kasie? Albo jeszcze lepiej: NA kasie :-). Jeśli tak to zapraszam do relacjonowania Waszych wrażeń. Do pióra! Najlepszy opis nagradzam książką z dedykacją. Przyjemnie dwuznaczną :-)
Choć pomysł mBanku i Multibanku mi się w zarysie podoba, bo lubię wszystko, co pozwala oszczędzać bezboleśnie i bez pistoletu przy skroni, to niestety jest pewien problem, który mąci mój entuzjazm. Większość klientów Multibanku i pewnie niejeden mBankowy ma dołączony do konta kredyt odnawialny i może się zdarzyć, ze w wyniku zaokrągleń wyższych niż klient się spodziewa, może on spaść pod kreskę (bo np. zrobił kilka zakupów za 10,5 zł, co oznaczało przerzucenie na mSaver po 9,5 zł od każdej transakcji (zaokrąglenie w górę do każdych 10 zł). No i jest sobie kasa na mSaver, a na mKoncie bije licznik odsetek od debetu. Bije dużo szybciej, niż odsetki na mSaver. Przydałby się automatyczny wyłącznik, który zawiesza program w sytuacji, w której klient schodzi pod kreskę. Do mSavera jest dołączony też plan systematycznego oszczędzania w fundusze inwestycyjne o nazwie mSaver Plus i MultiSaver Plus. To też jest nie najgorszy pomysł, choć mówimy tu o funduszach opakowanych w polisę, a więc obłożonych wyższymi prowizjami, niż zwykłe fundusze inwestycyjne. Ale możliwość przerzucania pieniędzy z konta oszczędnościowego na polisę umożliwiającą systematyczne inwestowanie z nadzieją na wyższy zysk, niż nędzne 4%, jest opcją, której z definicji bym nie skreślał tylko dlatego, że jest obudowana formułą polisy (co implikuje dodatkowe prowizje od składek). Nie jest to jedyny pomysł banków na wspomaganie klientom w wyciskaniu nawet małych kwot z tego co wpływa na konto. Kilka banków pozwala klientom każdego wieczoru automatycznie przelewać pieniądze na lokatę typu overnight, z której rano wracają już z doliczonymi odsetkami. Niektóre banki dają też klientom możliwość ustalenia poziomu osadu na koncie osobistym, powyżej którego nadwyżka pieniędzy automatycznie trafia na konto oszczędnościowe. No i jest przecież słynny money-back, czyli zwrot 1-5% wartości transakcji zakupowych dokonanych kartą. Ostatnio ten pomysł miewa coraz ciekawsze mutacje o charakterze... motoryzacyjnym. Wszelkie pomysły na zarządzanie nadwyżkami w domowym budżecie przyjmuję z otwartymi ramionami, a ten najnowszy, mBankowo-Multibankowy - w szczególności. A Wam jak się to podoba?. ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
czwartek, 17 maja 2012
Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że pomysł Krzysztofa Rybińskiego (dla przyjaciół: "Ryba"), by otworzyć fundusz o nazwie Eurogeddon, który będzie zarabiał jedynie w przypadku ostatecznego bankructwa. Grecji (jeśli przyjąć, że 50%-owa redukcja długów, którą kraj ten ma za sobą, jeszcze nie jest bankructwem), niewypłacalności Włoch, rozpadu strefy euro i plajty kilku dużych banków, jest dość ekscentryczny i należy współczuć popularnemu profesorowi "Rybie", że aż tak odpłynął od rzeczywistości. Ale wydarzenia przyspieszyły i ostatnio przepowiednie prof. Rybińskiego wyglądają jakby mniej ekscentrycznie, niż jeszcze zimą. A jego rady dla naszych domowych budżetów, dotyczące oszczędzania i ostrożnego zarządzania pieniędzmi, z pewnością są warte rozważenia. Ostatnio portal Bankier.pl wyliczył, że zestaw inwestycji odpowiadających strategii Eurogeddonu przyniósłby inwestorowi w ostatnim kwartale całkiem sensowne dochody. Kasandryczne wizje ostatnio są ostatnio w modzie, co musi cieszyć również Jacka Marczyka, który jest szefem firmy Ontonix, zajmującej się m.in. budową systemów informatycznych wspomagających zarządzanie. Marczyk od kilku miesięcy lansował w Polsce wizję, iż czeka nas rozpad strefy euro, ale nikt go nie słuchał. Szef Ontonix wrzucił do zbudowanego przez siebie programu dane finansowe z 13 największych banków i... wyszło mu, że sześć z nich w przypadku rozpadu strefy euro stanie u progu bankructwa. Niestety Marczyk nie pisze w swoich opracowaniach które, więc w strachu musimy żyć wszyscy, a nie tylko połowa z nas... Przyznacie, że teza stawiana przez mieszkającego we Włoszech ekonomistę jest dość mocna i chyba nikogo nie dziwi, że dość długo media nie były zainteresowane głoszonymi przez Marczyka wizjami, choć przecież Ontonix niecałe dwa miesiące temu zorganizował w Warszawie dużą konferencję prasową. Ale ostatnio koniunktura na czarnowidztwo jest tak dobra, że wizja bankrutujących banków świetnie się zaczęła sprzedawać. Wywiad z Jackiem Marczykiem czytałem już w "Obserwatorze Finansowym", a omówienie jego wizji - w "Parkiecie". "Polskie banki w tarapatach", "upadłości to kwestia czasu" - w taki sposób tytułują omówienia tych materiałów media internetowe. Popłyńmy więc z falą czarnowidztwa i my. Marczyk posługuje analizą złożoności procesów, które dzieją się w danej instytucji lub systemie. Jeśli ta złożoność jest zbyt duża, to trudniej nad nią zapanować. A wtedy instytucja lub system przestają być sterowalne, a więc się rozpadają, nie będąc wystarczająco skutecznymi, by kontrolować procesy, które się w nich dzieją. Niestety, tylko tyle zrozumiałem :-). "Kiedy system rośnie i się rozwija wzrasta też jego złożoność. Kiedy struktura systemu staje się zbyt duża zaczynają się kłopoty z prawidłowym wykonywaniem funkcji i narasta niezdolność do reagowania. W końcu może to doprowadzić do osiągnięcia punktu krytycznej złożoności. Wtedy system traci sprężystość – jego reaktywność maleje tak bardzo, że traci rację bytu" - opowiada Marczyk w wywiadzie dla "Obserwatora Finansowego". Jego program do analizy złożoności wygląda tak:
"Z analizy oficjalnych wskaźników oceny kondycji strefy euro wynika, że ten system bliski jest przekroczenia poziomu krytycznej złożoności, po którym dojdzie do jego upadku. Dr Jacek Marczyk, autor metody analizy złożoności systemów jest zdania, że ewentualny rozpad strefy euro uderzy w Polskę. Z 13 działających u nas dużych banków sześć stanie w obliczu upadłości. Dodaje, że sytuacja Polski jest mniej krytyczna niż sytuacja innych krajów europejskich, wśród których szczególnie złożona i nieprzewidywalna jest sytuacja Niemiec" - to z kolei fragment z "Parkietu". Odważna teza, biorąc pod uwagę, że akurat gospodarka niemiecka uchodzi za najlepiej zarządzaną w całej strefie euro. A polskie banki mają wysokie współczynniki wypłacalności, kapitał głównie najwyższej jakości (Tier 1) i są bardzo umiarkowanie uzależnione od sytuacji panującej w Grecji, Portugalii, Hiszpanii, czy we Włoszech. Banki nie posiadają obligacji greckich, włoskich, ani innych "podejrzanych" krajów. Mogą się co najwyżej "zarazić" jakimś katarem poprzez nadmierny spadek wartości polskiej waluty (ryzyko portfela kredytów we frankach). Ale z moich rozmów z bankowcami - popartych konkretnymi wyliczeniami - wynika, że dopóki frank nie przekroczy ceny 4,5 zł, większych niebezpieczeństw dla portfeli banków nie ma. Nie lubię pisać o rzeczach, których dobrze nie rozumiem. A teoria złożoności i sprężystości Ontonix - mimo kilku godzin spędzonych z przedstawicielami tej firmy i nad jej raportami - jest dla mnie wciąż rodzajem czarnej magii, która w świecie ekonomii się jeszcze nie sprawdziła. Aczkolwiek słyszałem, że menedżerowie w kilku polskich bankach zastanawiają się nad hobbistycznym wykorzystaniem badań dra Marczyka, choćby po to, by skonfrontować je z klasycznymi metodami oceny ryzyka. Wiem też, że stosowano ją w bankach we Włoszech. Podobno po wrzuceniu do obróbki odpowiedniej liczby danych system Ontonix jest w stanie wskazać potencjalne słabe punkty w zarządzaniu firmą. Aczkolwiek lansowanie tez mówiących o tym, że po rozpadzie strefy euro połowa dużych polskich banków może zbankrutować, choć medialnie nośne, raczej nie poprawia wiarygodności twórcy Ontonix. Przynajmniej w moich oczach, bo może bankowcy będą się zabijali o jego program, by się przekonać, czy ich bank psim swędem przetrwa. :-) A prof. Rosati złości i frustruje. Naprawdę coś tracimy na byciu poza euro? W świecie czarnowidzów zabłysnął też ostatnio Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, który stwierdził podczas prezentacji wyników finansowych, że jego zdaniem sytuacja w Europie zmierza do powtórki z Lehman Brothers. Depesze z tą katastroficzną wizją poszły w świat (i chyba się dobrze sprzedały, bo widziałem je na paskach światowych telewizji biznesowych), a ja przedsięwziąłem ćwiczenie intelektualne. Zacząłem się mianowicie zastanawiać czy prezes Jagiełło, skoro ma złe przeczucia, powinien je tak zdecydowanie wyrażać. W sumie bowiem jego słowa mogą mieć charakter samosprawdzającej się przepowiedni, przynajmniej w naszej, polskiej mikroskali. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której część inwestorów, opierając się na opinii prezesa PKO BP, zacznie przygotowywać swoje portfele np. na solidne osłabienie złotego. I w ten sposób wywoła spadek wartości naszej waluty. To mógłby uderzyć w interesy największego akcjonariusza PKO BP, którym jest Skarb Państwa. Słaby złoty to bowiem wyższy dług zagraniczny Polski i kłopoty banków... Ciekawy splot, prawda? Ale z drugiej strony: czy można mieć do prezesa banku pretensje o to, że facet mówi to, co myśli i nie gryzie się w język? Czarnowidztwo jest w cenie, ale akurat prezesa PKO BP nie podejrzewałbym o koniunkturalizm i o to, że mówi co mówi, żeby być w centrum uwagi. Nie podejrzewałbym głównie ze względu na rozmiary jego cojones :-) ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
środa, 16 maja 2012
Niedawno opisywałem w blogu - i to, zdaje się, w kilku jędrnych odcinkach - bankowe pomysły na to, by uczyć nas efektywnego zarządzania domowym budżetem. To specjalna aplikacja, dobudowana do bankowości internetowej, to dobry pomysł by porządkować wydatki, ustawiać limity i porównywać się z innymi konsumentami. Miodzio. Cel dla banków jest prosty i oczywisty: spowodować, by klient wygenerował w swoim budżecie jakieś oszczędności i zaczął inwestować nadwyżki finansowe. Cała ta zabawa ma tylko jeden feler. Banki przeważnie potrafią namawiać ludzi do systematycznego odkładania pieniędzy, ale jednocześnie rzadko kiedy mają w ofercie wystarczająco atrakcyjne produkty finansowe.
No bo co to za interes trzymać pieniądze na koncie oszczędnościowym, na którym realnie (po uwzględnieniu inflacji i podatku od zysków z oszczędności) najzwyczajniej w świecie się traci? W sytuacji, gdy inflacja wynosi 4%, każda lokata lub konto oszczędnościowe, oprocentowane na mniej, niż 4,8%, przynosi realną stratę. A więc za pieniądze powiększone o naliczone odsetki będę mógł za czas jakiś kupić mniej, niż mogę kupić dziś. Dopóki bankowcy nie będą potrafili zapewnić swoim klientom realnego zysku z depozytu, nie powinni namawiać do oszczędzania, bo najzwyczajniej w świecie działają na szkodę swoich klientów. A przecież sporządzenie uczciwej lokaty, zapewniającej ochronę przed inflacją, jest śmiesznie proste. Pisałem jakiś czas temu o pięciu bankach (w tym m.in. Meritum i FM Bank oraz Raiffeisen), które mają w ofercie lokaty oparte o stawkę WIBOR, czyli oprocentowanie pożyczek na rynku międzybankowym. Taka konstrukcja depozytu nie daje pełnej gwarancji ochrony przed inflacją, ale dużą na to szansę, bo ruchy WIBOR-u są jakoś-tam skorelowane z inflacją. WIBOR wynosi dziś 5,05%, a inflacja - 4%. Ale na oferowanie na większą skalę lokat z oprocentowaniem opartym wprost na wskaźniku inflacji bankowcy do tej pory się nie zdecydowali. Próbował tego Idea Bank, próbuje Deutsche Bank w ramach pakietu IKZE. No i oczywiście Skarb Państwa, który oferuje m.in. dziesięcioletnie obligacje z oprocentowaniem opartym o wskaźnik inflacji, powiększony o marżę. Czytaj też: Gwarantowane 6% rocznie na dziesięcioletniej lokacie. Warto? To są pomysły, które mi się podobają - nawet jeśli nie generują fantastycznych zysków, to dają klientowi pewność, że realnie nie straci. A tym samym zachęcają do inwestowania na dłuższy termin. Nie rozumiem dlaczego bankowcy tak się boją tego typu rozwiązań. Zwłaszcza w sytuacji, gdy - o czym donosi Open Finance - połowa banków nie zapewniła klientom w ostatnim roku ochrony przed inflacją. Spójrzcie na grafikę poniżej - realna rentowność depozytów nieco się poprawiła w porównaniu z poprzednimi miesiącami, ale nadal większość z nas faktycznie traci na trzymaniu pieniędzy w bankach. Powiem wprost: oczekuję od banków większej dbałości o realną wartość moich oszczędności.
W tym kontekście muszę przyjąć z otwartymi ramionami ogłoszony na początku tego tygodnia pomysł Toyota Banku. Lokata nazywa się e-GOL+19 i oferuje zmienne oprocentowanie uzależnione od stopy inflacji. Odsetki obliczane są na podstawie wskaźnika rocznej inflacji podawanego co miesiąc przez GUS. Co ciekawe, tak otrzymane oprocentowanie jest ubruttowione, czyli powiększane o stopę podatku Belki. A po tym wszystkim jeszcze powiększane o symboliczny bonus w wysokości 0,1 pkt. procentowego. Co to oznacza? W maju oprocentowanie wynosić będzie 4,91%. A potem - się zobaczy. Lokata jest zakładana na rok, a jej minimalna wartość to 7000 zł. No i - jak to zwykle w Toyota Banku bywa - niestety jest zastrzeżona dla jego klientów. Trzeba mieć w tym banku ROR, który bywa bezpłatny, ale tylko pod warunkiem, że się z niego korzysta. Nie można powiedzieć, by Toyota Bank licytował jakoś szczególnie ostro. Zwłaszcza jeśli porównamy te jego żałosne 0,1 pkt. procentowego premii z wartością 2% marży powyżej inflacji, którą oferuje Deutsche Bank PBC w ramach konta IKZE Ale tam mamy pakiet, w skład którego wchodzi także druga część, inwestycyjna. Tak czy owak propozycja Toyota Banku raczej nie zachwyci tych z Was, którzy nie mają oporów, by przenosić się co kwartał lub pół roku z banku do banku i korzystać z oferowanych akurat promocyjnych lokat. Ale dla ludzi, którzy już są związani z Toyotą (lub chcą się z tym bankiem związać) i oczekują od niego gry fair, czyli utrzymywania realnej wartości zdeponowanych pieniędzy, może być to pomysł interesujący. Uważam, że każdy bank powinien mieć w ofercie lokatę antyinflacyjną, niezależnie od innych promocji, w ramach których mogą płacić za depozyty więcej. Chodzi o to, by każdy klient miał do dyspozycji przynajmniej jedną propozycję, która zagwarantuje mu ochronę przed inflacją. ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
POMNAŻANIE OSZCZĘDNOŚCI NA TARGACH KSIĄŻKI. Wielu z Was postanowiło nie tylko mieć na półce poradnik "Jak pomnażać oszczędności", ale wręcz mieć ów poradnik z piękną dedykacją autora, więc... odwiedziliście mnie dość licznie w sobotę na warszawskich Targach Książki, które odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki. Pogoda sprzyjała :-)), bo było zimno i padał deszcz, więc targi okazały się wielkim sukcesem frekwencyjnym. A ja podpisałem swoją książkę m.in. posłowi Platformy (powitał mnie hasłem: "załatwiłem panu wczoraj dodatkowe dwa lata pracy"), elektoratowi opozycji ("no, panie Samcik, ciekawe co za bzdury pan tam znowu wypisuje"), podpisywałem książki dla Przyszłości Narodu (pomyślcie o takim poradniku dla swoich pociech z okazji Dnia Dziecka!) oraz dla tych, którzy nie chcą mieć z bankami nic wspólnego ("chcemy kupić w przyszłym roku mieszkanie. Nie, nie na kredyt, za własne". tu wstawić dźwięk "opadu szczeny" Samcika). Wszystkim serdecznie dziękuję i do zobaczenia w księgarniach :-)
wtorek, 15 maja 2012
W zeszłym tygodniu miałem okazję uczestniczyć w dyskusji na Giełdzie Papierów Wartościowych, poświęconej wizerunkowi banków w ostatnich latach i temu jak go można poprawić oraz dlaczego media w tym nie pomagają w wystarczającym - zdaniem bankowców - stopniu. Było to dla mnie o tyle ciekawe przeżycie, że po raz pierwszy wziąłem udział w przedsięwzięciu, w którym większość przedstawicieli mediów (przynajmniej tych biorących udział w panelu, w którym i ja uczestniczyłem) wystąpiła jednocześnie w roli redaktorów i akwizytorów reklam. Piszę to z pewnym przekąsem i przesadą, ale... coś w tym jest. Mimo wszystko próbuję zrozumieć redaktorów i dziennikarzy, którzy są gotowi zrobić wszystko, by nie musieć zwalniać swoich najlepszych (czytaj: najdroższych) ludzi lub aby nie być zwalnianymi tylko dlatego, że są dobrzy w tym co robią (a więc i wynagradzani lepiej, niż stażyści).
Bardziej jednak interesowała mnie odpowiedź na dylemat: czy banki i media powinny grać w jednej drużynie, wspierając wspólnie rozwój gospodarki, czy też powinny być po dwóch stronach barykady. Jako dziennikarz dużego medium, które - głęboko wierzę: znajdzie swoją drogę w świecie nowych mediów, być może z moją skromną pomocą - jestem skłonny wspierać banki w sytuacji, w której oferują innowacyjne, przynoszące korzyści bankowi i klientom produkty, wspierające długoterminowe oszczędzanie. Natomiast nie jestem skłonny wspierać ich w dążeniu do zarabiania jak największych pieniędzy w jak najkrótszym czasie. Pół-żartem mógłbym napisać, iż Przemek Barbrich ze Związku Banków Polskich próbował mnie przekonywać, że także to ostatnie leży w moim interesie, bo im silniejsze finansowo banki, tym bezpieczniejsze pieniądze ich deponentów, którymi są przecież także czytelnicy "Gazety Wyborczej" :-). Nie przekonał mnie: w sporze klient-bank jako dziennikarz stanę zwykle po stronie słabszego, chyba że uznam, iż ów słabszy zdecydowanie nie ma racji.
Gotów jestem - czego dowód wielokrotnie dawałem i w papierowej "Gazecie" i w blogu ""Subiektywnie o finansach" - wspierać banki, chwalić i zachęcać moich czytelników do korzystania z ich usług, o ile ich działania będą nakierowane na długoterminową, opartą na jasnych, klarownych i partnerskich zasadach, współpracę z klientami. Zdaję sobie sprawę, że żaden bank nie może tak działać w 100%, bo bieżący zysk instytucji finansowej z reguły rośnie odwrotnie proporcjonalnie do natężenia długoterminowej relacji fair z klientem, zaś wprost proporcjonalnie do krótkoterminowej aktywności sprzedażowej, czyli ubieraniu tych samych lub nowych klientów w ciągle to nowe, wysokomarżowe produkty finansowe. Każdy bank powinien wewnętrznie ustalić w jakiej proporcji będzie starał się grać fair wobec klientów, a w jakiej - zarabiał szybkie pieniądze, by menedżerowie mogli dostać premie roczne. W świetle tej konstatacji mam dla bankowców cztery rady, które - jestem o tym głęboko przekonany - posłużą poprawie ich wizerunku. Zwłaszcza w erze internetu i mediów społecznościowych. Otóż banki mogą zrobić następujące rzeczy: 1. Opracowaniem mechanizmów, które skłonią niezadowolonych klientów, by wyżalili się w banku, a nie poza nim. 90% ludzi przychodzi do mnie z pretensjami do banków nie tylko dlatego, że coś złego im się przydarzyło, ale również - a może nawet przede wszystkim? - dlatego, że ich problem został zlekceważony przez bank lub zostali źle potraktowani przez pracownika. Jeśli bank będzie miał system wczesnego ostrzegania, który takich klientów zidentyfikuje i pozwoli im się wyżalić lub uzyskać pomoc bez np. angażowania do tego Samcika - bank wizerunkowo będzie na plusie. Nie mam gotowego patentu jak to zrobić. Może wystarczy sensownie promowane i aktywnie moderowane forum, może rada klientów, może rzecznik klienta albo osobne biuro, w którym niezadowolony klient zgłosi swój problem? Albo po prostu sprawnie zorganizowana procedura reklamacyjna, pozwalająca klientowi czuć się panem sytuacji? Niewykluczone, że z pomocą mogą przyjść nowoczesne technologie. Ostatnio czytałem w blogu poświęconym automatyce bankowej o wdrożeniu w kilku europejskich bankach obsługi konsultantów wideo np. przy... bankomatach. "Video banking daje możliwości wspierania klientów poza godzinami pracy personelu placówek. Pracownicy banku pracują w bezpiecznym miejscu i świadczą spersonalizowane usługi. Kilku pracowników pracujących w centrum może znacząco wspierać personel we wszystkich oddziałach banku. To może być bardzo efektywne, zwłaszcza w „szczytowych” godzinach pracy placówek. Pracownik asystuje na przykład przy operacji wpłacania gotówki przez klienta. Ma możliwość sfinalizowania operacji drukując potwierdzenie, wypłacając resztę gotówki czy drukując czeki dla klienta. Ponieważ pracownik w Call Center ma dostęp do danych konta klienta może wykonać dla niego też inne operacje. Może zrealizować przelew, zmianę adresu czy założenie lokaty". Fajne? Ile reklamacji można w ten sposób załatwić nie doprowadzając klienta do stanu, w którym napisze mejla do Samcika? Tylko trzeba byłoby najpierw zainwestować np. w... takie kioski.
2. Audyt ryzyka wizerunkowego każdego produktu i każdej zmiany cen. Dopóki w bankach więcej do powiedzenia będą mieli liudzie od budowania produktów, dla których najważniejsze jest sporządzenie oferty najbardziej dochodowej dla banku, dopóty tacy upierdliwcy jak Samcik będą mieli używanie. Miałem niezliczoną liczbę rozmów bankowymi rzecznikami, z których wychodziło, że kredyt rzeczywiście jest pełen kantów, karta naszpikowana pułapkami, a lokata korzystna wyłącznie dla banku - oni to przyznawali bez bicia, dodając wstydliwie "ale nikt nas w banku nie pytał co o tym myślimy". I tu jest pies pogrzebany: człowiek, który w banku odpowiada za kreowanie wizerunku, powinien mieć podobny wpływ na budowę portfela produktów oraz na sposób ich promowania. Jeśli departamenty odpowiedzialne za strategie PR będą w bankach traktowane jako pomocnicze, a nie strategiczne, produkty będą sporządzane i promowane tak, by bank na nich zarabiał bez względu na koszty wizerunkowe. I w porządku, byle tylko w banku wiedzieli, że konsekwencją takich a takich zmian w strategii cenowej bądź w ofercie są określone ryzyka reputacyjne, a nie budzili się z ręką w nocniku po dwudziestu krytycznych publikacjach. 3. Budowanie przynajmniej niektórych elementów oferty według zasady "win-win". Czyli w taki sposób, który powoduje, że zarabiają wszyscy: i bank i klient. Wiadomo, że nie zawsze się da, ale czasem zapewne nie jest to tak całkiem niemożliwe. Przykłady? Zwrot części transakcji dokonywanych kartą płatniczą (czyli dzielenie się własną prowizją z klientem). Produkty strukturyzowane nie tylko "modne", ale dające klientowi jak największą szansę na wygraną. Bank wcale nie zarobi dużo mniej, a klient zadowolony być może wróci. Albo lokaty tak skonstruowane, by zapewniały bankowi godziwą marżę, a klientowi ochronę przed inflacją. Kredyty gotówkowe i hipoteczne z jasnymi zasadami, bez dodatkowych kosztów pochowanych po kątach. Niech to wszystko będzie przejrzyście pokazane. Niekoniecznie sprzedacie mniej (klient kredytowy ma zwykle w nosie koszty, chce szybkiej kasy i dobrej obsługi), a na pewno będziecie mieli lepszą opinię wśród dziennikarzy. Ergo: także wśród klientów.
4. Ograniczenie dyktatu planów sprzedażowych. Jestem ich przeciwnikiem, choć prezesi banków, z którymi rozmawiam na ten temat, twierdzą zgodnie, że bez nich ani rusz, bo nie ma lepszego sposobu na mobilizację personelu średniego i niższego szczebla. Nie na wszystkich zadziała strategia marchewki (czyli premii). W porządku, ale przynajmniej spróbujcie zbudować taki program motywacyjny, który poza aspektem sprzedażowym będzie zawierał także ocenę relacji danego pracownika z klientami. Np. jej długoterminowość, wzrost aktywów danego klienta w banku, może wyniki ankiet satysfakcji. Dopóki pracownicy w placówkach będą więźniami planów sprzedażowych, nie będzie im zależało na zadowoleniu klientów. A klient nabity w butelkę przez pracownika, który poszedł już do kasy po 100 zł premii, będzie częstym gościem w blogu Samcika. Zapewniam Was, drodzy bankowcy, nie warto. No, to teraz, Szanowni Bankowcy, wiecie jak stworzyć bank idealny, choć niekoniecznie idealnie wysokorentowny :-)). A jak już skończycie rekonstrukcję, tworząc fajną, mającą samych szczęśliwych klientów, niskodochodową instytucję finansową, to dajcie cynk, może wystawię Wam Fuck-turrę? Wprawdzie nie jestem Chuckiem Norrisem, pomijając pewne zewnętrzne podobieństwo, gdy się nie ogolę, ale... i tak uważam, że czak ma być! ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
POMNAŻANIE OSZCZĘDNOŚCI NA TARGACH KSIĄŻKI. Wielu z Was postanowiło nie tylko mieć na półce poradnik "Jak pomnażać" oszczędności, ale wręcz mieć ów poradnik z piękną dedykacją autora, więc... odwiedziliście mnie dość licznie w sobotę na warszawskich Targach Książki, które odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki. Pogoda sprzyjała :-)), bo było zimno i padał deszcz, więc targi okazały się wielkim sukcesem frekwencyjnym. A ja podpisałem swoją książkę m.in. posłowi Platformy (powitał mnie hasłem: "załatwiłem panu wczoraj dodatkowe dwa lata pracy"), elektoratowi opozycji ("no, panie Samcik, ciekawe co za bzdury pan tam znowu wypisuje"), podpisywałem książki dla Przyszłości Narodu (pomyślcie o takim poradniku dla swoich pociech z okazji Dnia Dziecka!) oraz dla tych, którzy nie chcą mieć z bankami nic wspólnego ("chcemy kupić w przyszłym roku mieszkanie. Nie, nie na kredyt, za własne". tu wstawić dźwięk "opadu szczeny" Samcika). Wszystkim serdecznie dziękuję i do zobaczenia w księgarniach :-) SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA. Zadeklarowanych fanów subiektywności w finansach w wersji wideo zapraszam do obejrzenia programu dla młodzieży z cyklu „Poziom 2.0”, audycji finansowo-religijnej „Etyka w biznesie” w Religia TV oraz dwóch reportaży o bankach w cyklu „Czarno na białym” w TVN. Pierwszy o kryzysie, a drugi - o hipotekach. Zapraszam też do edukacyjnego cyklu portalu Wyborcza.biz pt. „Babcia z k(l)asą”, a także na nieśmiertelne „Prześwietlamy reklamy” w wersji wideo (cały cykl, wraz z najnowszymi klipami, jest na Gazeta.tv). Polecam też realizowany przez Wyborczą.biz cykl sond gospodarczych pt.„BizPytanie” oraz do radiowej Trójki, gdzie też bywało subiektywnie i finansowo zarazem.
poniedziałek, 14 maja 2012
Kilka dni temu padła kolejna bariera w licytacji banków o nasze oszczędności. Po tym jak Kredyt Bank zaoferował na promocyjnej lokacie 6,5% (oferta już niestety jest zamknięta), a potem dogoniła go BGŻ Optima, też dając 6,5% na koncie oszczędnościowym, do licytacji nieoczekiwanie włączył się Bank Pocztowy. Od kilku dni oferuje lokatę 24-miesięczną, na której można zarobić aż... 7% w skali roku. I to w dość przyjemnej opcji, bo z wypłatą odsetek w trybie "rentierskim" - z ich dostawą co miesiąc. Dla klientów Pocztowego, którzy w dużej części nie należą do osób bankowo wyedukowanych - a więc do banku przyniosą pieniądze na tak długo tylko wtedy, kiedy mają na horyzoncie konkretną i szybko zauważalną korzyść - może to być rzecz do przełknięcia. Ulokujesz 5000 zł, to bank co miesiąc wypłaci ci jakieś 23 zł odsetek (już po uwzględnieniu podatku Belki). I będziesz śpiewał tak: Posunięcie Pocztowego jest zastanawiające, bo płaci bardzo szczodrze. Ale pewnie nie ma innego wyjścia, bo nawet "normalne" banki - mające klientów o wyższych dochodach, mieszkających w dużych miastach, częściej korzystających z kart płatniczych i nie chodzących z każdym rachunkiem do oddziału - miałyby problem, by złapać chętnych na lokatę 24-miesięczną. Nie bez powodu Kredyt Bank płacił 6,5% w skali roku za depozyt o czasie trwania dużo krótszym, niż rok. A dlaczego Pocztowy poszukuje chętnych na tak długi okres? Cóż, to pozostanie pewnie jego zagadką, ale być może bank po prostu szykuje się, by sprostać wymogom pakietu Bazylea III i szuka długoterminowych depozytów, by pokryć nimi udzielane kredyty hipoteczne. Sęk w tym, że aby ulokować pieniądze na 7% trzeba związać się z Bankiem Pocztowym więzami nieco silniejszymi, niż ów depozyt. Bo bank wypłaci odsetki co miesiąc tylko na jedno z dwóch rodzajów kont osobistych, które prowadzi. A konto w Pocztowym bezwarunkowo za darmo możecie mieć tylko o tyle, o ile nie dacie sobie wcisnąć karty do tego konta :-). A jak dacie sobie wcisnąć, to będzie trzeba wykazać się aktywnością, żeby za plastik nie płacić. Można więc powiedzieć, że te 7% Pocztowego to swego rodzaju wabik dla potencjalnych klientów, którym bank gwarantuje bardzo wysokie odsetki i bardziej przyjazny od konkurencji sposób wypłaty tych odsetek, ale stawia warunek. Pozornie niezbyt upierdliwy, ale przecież trudno wykluczyć, że Pocztowy, jak już zgarnie od klientów kasę, to... wprowadzi jakąś dodatkową opłatę za konto. Kapitału na lokacie ruszyć nie wolno aż przez dwa lata, więc... trzeba będzie płakać i płacić. Na razie jednak układ dotyczący 7% jest dziewiczo czysty i gustownie bezkantowy. Na razie :-). Cóż, jeśli chce się pozyskiwać po pół miliona nowych klientów rocznie, to trzeba się mocno spinać. Więc Pocztowy się spiął. O, tak:
Inne banki też będą się spinały i to coraz bardziej. Na krótkich lokatach, nie przekraczających kwartału, można trafić nawet 8-9%. Ale co potem? Kiszka. Posze o tym dziś Expander: "Oprocentowanie wynoszące aż 9% w skali roku można uzyskać na lokacie „Wysoki procent” w neoBanku (część Wielkopolskiego Banku Spółdzielczego). Warunkiem promocji jest otwarcie konta osobistego. Jednak nawet po spełnieniu tego warunku można założyć tylko jedną lokatę z tak wysokim oprocentowaniem. Kolejne przyniosą już znacznie mniejsze odsetki wynoszące ok. 6%. Główną wadą oferty jest jednak krótki czas trwania - tylko dwa miesiące. Trzeba też dodać, że kwota depozytu nie może przekroczyć 10 000 zł. Podobną ofertę przygotował Meritum Bank. Tu również, aby otrzymać atrakcyjne oprocentowanie lokaty (8,5%) należy otworzyć rachunek osobisty. Zaletą w porównaniu do poprzedniej oferty jest nieco dłuży okres wynoszący trzy miesiące. Wada: maksymalna kwota przy której obowiązuje wspomniane oprocentowanie to tylko 5000 zł. W Deutsche Banku na „db Koncie oszczędnościowym” oprocentowanie wynosi 8,1%. Wymagane jest otwarcie konta, a kwota nie może przekroczyć 10.000 zł. Nie ma tu jednak określonego okresu obowiązywania oferty. Została ona wprowadzona jeszcze w 2011 r." - pisze Expander. I to chyba rzeczywiście jest konkurencja dla Optimy, Kredyt Banku (który już zresztą zamknął kramik), czy Pocztowego. O ile oczywiście Deutsche Bank nie obniży procentów z dnia na dzień, bo przecież to konto oszczędnościowe, a nie lokata i wszystko zależy od widzi-mi-się banku (w przypadku lokat też zależy, ale nieco mniej, o ile oprocentowanie jest zakontraktowane jako stałe :-)) Co będzie dalej? Ubiegłotygodniowa - pierwsza od dłuższego czasu - podwyżka stóp procentowych, zafundowana nam przez Radę Polityki Pieniężnej (podstawowa stopa poszła w górę z 4,5% do 4,75%), zaostrzyła apetyty posiadaczy lokat na wyższe zyski. Bankowcy co prawda nie muszą z automatu naśladować poczynań Radcy Polityki Pieniężnej, ale stawka WIBOR 3M, obrazująca po ile banki nawzajem pożyczają sobie pieniądze, już ruszyła w górę. W ostatnich tygodniach WIBOR 3M oscylował w okolicach 4,95%, ale po podwyżce stóp nagle wystrzelił powyżej 5,05%. Skoro w górę idzie oprocentowanie na rynku międzybankowym, to w tym samym kierunku nieuchronnie powędrują też stawki płacone klientom przynoszącym do banków swoje oszczędności. Ale skutki podwyżki stóp Narodowego Banku Polskiego to jeszcze nic w porównaniu z lokatowym trzęsieniem ziemi, które może nas czekać w drugiej połowie roku z powodu pakietu nowych regulacji pod nazwą Bazylea III, wprowadzonego w 2010 r. przez Bazylejski Komitet Nadzoru Bankowego (skupiający nadzorców banków z różnych krajów). Banki w całej Europie muszą zacząć dostosowywać się do regulacji Bazylei III od stycznia przyszłego roku. W pakiecie jej zapisów jest punkt dotyczący tzw. długoterminowej płynności banków. Każdy bank powinien mieć tyle długoterminowych depozytów lub innego finansowania (np. obligacji), ile udzielił klientom długoterminowych kredytów (np. hipotecznych). Dla wielu polskich banków oznacza to problemy. Po pierwsze dlatego, że cały nasz sektor bankowy jest mocno przechylony na stronę kredytową. Wartość depozytów firm i gospodarstw domowych to 686 mld zł, zaś kredytów - już 794 mld zł. Dziura sięga prawie 110 mld zł, choć jeszcze pod koniec 2009 r. nie przekraczała 70 mld zł. .Druga sprawa to struktura depozytów złożonych w bankach. Według obliczeń Narodowego Banku Polskiego ok. 94% z nich to pieniądze zablokowane na okres nie przekraczający jednego roku. Bankowcy przyznają, że nawet 40% oszczędności klientów to takie, które mogą wyparować w każdej chwili, bo są np. na kontach oszczędnościowych, albo na ROR-ach. Banki będą musiały poprawić bazę depozytową i już się do tego przygotowują, tnąc koszty - m.in. zwalniając ludzi i zamykając placówki. Z zaoszczędzonych pieniędzy będą m.in. więcej płacić za... nasze depozyty. Bo ograniczenie ich własnych zysków chyba jednak nie wchodzi w grę. ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
niedziela, 13 maja 2012
Kilka dni temu zwierzałem Wam się z niezbyt dobrego pierwszego wrażenia, które wywołała we mnie zmiana logo największego polskiego ubezpieczyciela - PZU. Zamiast nobliwych ornamentów i czcionki symbolizującej dwustuletnią tradycję, odpowiedzialność za klientów i siłę finansową, nasz narodowy ubezpieczyciel będzie teraz pokazywał się w niebieskiej obręczy podobnej do tych na znakach drogowych, z napisem wypisanym najprostszą możliwą czcionką typu bold, na sterylnie białym tle. Na pierwszy rzut oka - ani to ładne, ani podobne do znaków firmowych instytucji finansowych z długą tradycją. Ale, powiedzmy sobie szczerze, twórca nowego logo (po prawej, ten z lewej to chyba człowiek z zarządu PZU, który odpowiada za obsługę klientów, Witold Jaworski) też nie ma w sobie zbyt wiele z dwustuletniej tradycji i nobliwości. Jaki Pan, taki kram :-)
Jestem świeżo po pierwszych oględzinach oklejonej nowymi znakami centrali PZU, mieszczącej się w samym centrum Warszawy, niedaleko Dworca Centralnego. A także po oglądaniu pierwszych telewizyjnych spotów reklamowych ubezpieczyciela, które mają towarzyszyć rebrandingowi. I cóż, muszę powiedzieć, że mój osąd logo i całego konceptu zmiany w PZU nieco złagodniał. Wcale nie dlatego, że zobaczyłem w nowym logo jakieś zajawki ładności. Zauważyłem natomiast, że z punktu widzenia możliwości marketingowych jest w nim potencjał. Podświetlone wieczorem daje po oczach znacznie bardziej, niż cherlawe, acz nobliwe literki w starym logo. Wygląda to co prawda jak oznaczenie stacji metra, ale być może przy ogromnej rozpoznawalności nazwy PZU nie na znaczenia z czym będzie się kojarzyły jego trzy litery - są widoczne, więc każdy je zauważy i być może nie będzie próbował wejść do placówki w nocy myśląc, że to nowa stacja podziemnej kolejki :-). Zaś gruba, obleśna niebieska obręcz w multimedialnych formach reklamy może się kręcić, zamykać i otwierać w dowolnych konfiguracjach, czyniąc reklamę dynamiczną. Czytaj też o PZU na wiosnę: Za rower zapłacą tylko jeśli dostaniesz w zęby A jeśli takie obręcze - ale zakładane na koła i w wersji odblaskowej - firma zacznie dodawać klientom kupującym ubezpieczenia komunikacyjne, to może w bardzo łatwy sposób pokazać swoją potęgę - wyobraźcie sobie, że co trzecie mijające Was auto ma obleśną, niebieską obręcz. Daje to po oczach, prawda? I zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem - skoro oni wszyscy mają polisy w tej firmie i nie wyglądają na nieszczęśliwych, to może też trzeba się tam przenieść? Ta obleśna obręcz może być cholernie sprytnym narzędziem marketingowym, o ile wcześniej uda się ją zakotwiczyć w świadomości klientów. Właśnie za pomocą nowoczesnej, multimedialnej reklamy, w której ta obręcz będzie się kręciła, rozprzęgała i sprzęgała na nowo. Tylko czy zmotoryzowani klienci PZU będą chcieli jeździć z kołami w takiej obręczy, która nie dość, że brzydka, to jeszcze symbolizuje, że klient jest "w obroży"? Cóż, może sprawę załatwi 20% zniżki w polisie AC :-). Zresztą co to obchodzi ludzi od marketingu? :-). Do myślenia dała mi także pierwsza reklama z nową twarzą PZU - znanym komikiem Januszem Rewińskim. Przynajmniej tak wygląda na pierwszy rzut oka, bo przecież może to być też jego sobowtór. Pamiętacie "Kilerów" :-). Spot nie jest może przesadnie dowcipny, bo pokazuje gościa z poprzedniej epoki, który nie może odnaleźć się w nowej erze uproszczonych procedur. Ciekawe, lecz nie powalające. Ale głównym grepsem ma tu być trudny do pominięcia fakt, że Janusz Rewiński (bądź jego alter ego) występuje w reklamie... bez zarostu. Zero brody. Pamiętacie takiego Rewińskiego? Bo ja nie. Przerażającą łysość podbródka podkreślają dodatkowo krzaczaste brwi, które zachowano w stanie nietkniętym. Przyznam, że taki "wykastrowany" Rewiński (o ile to w ogóle on) byłby zupełnie nie do poznania i gdyby nie głos, to chyba nikt by go nie poznał na ulicy. Byłem ciekaw ile PZU musiało zapłacić Rewińskiemu za takie poświęcenie, ale moi nieocenieni fejsbukowicze twierdzą, że PZU przyszło już na gotowe, bo Rewiński dał się ogolić już w zeszłym roku, za pieniądze Wilkinsona :-). Chyba, ze wtedy to też był jego sobowtór :-). Tym niemniej to ciekawe czy Rewiński - gdyby tym razem to jednak był oryginał - przebił Majewskiego jeśli chodzi o wartość kontraktu. Gdyby miał taki ogolony straszyć z ekranów przez cały rok to szacowałbym jego poświęcenia na najmarniej 1,5 mln zł :-) PZU i reklama: Pyszczek żąda rozwodu oraz uchachane lalunie bez pasów Ktoś to sobie w PZU świetnie wymyślił - trudno byłoby znaleźć lepszy sposób na zakomunikowanie fundamentalnej zmiany. Rewiński bez brody to zjawisko nieznane, równie dobrze mogliby w reklamie pokazać Putina w afro na głowie. Jeśli Rewiński, który miał brodę zawsze, teraz jej nie ma, to zmiana w PZU - przynajmniej w sferze komunikacyjnej - też musi być fundamentalna. Czy firma pokaże ją klientom w realu - to już zupełnie inna kwestia. Jak się ma wiele milionów klientów, to przeprowadzenie uproszczenia procedur bywa trudne. Ale to nie mój problem i w ogóle nie o tym chciałem pisać. O Rewińskim chciałem. A Rewiński bez brody wygląda tak: Dopiero Rewiński bez brody uświadomił mi, że PZU w nowej odsłonie z pełną premedytacją nie komunikuje tego, że jest firmą z tradycją, bo po prostu chce, by klienci firmy mieli tę tradycję gdzieś! Tradycja, stabilność, wiarygodność (no, może to ostatnie nie do końca), przywiązanie do marki, przechodzenie klientów z pokolenia na pokolenie - te wartości PZU najwyraźniej w sposób celowy i zaplanowany chce wyrzucić na śmietnik. Dlaczego? By otworzyć się na nowych klientów, którzy dziś traktują tę firmę stereotypowo - że moloch, że drogie polisy, że trzeba zawsze gadać z agentem. Jak przekonać takich ludzi, którzy żyją w takim przekonaniu, sączącym się im do głowy od 20 lat? Tylko w bardzo radykalny sposób. Na przykład wyrzucając całą tę 200-letnią tradycję ad acta, razem ze starym logo. I projektując nowy znak, który z poprzednim nie ma nic wspólnego. A niech sobie nawet to nowe logo będzie brzydkie jak noc. Byle nie kojarzyło się z poprzednim PZU :-). Czytaj też: Powiedz pół prawdy, a potem zrób z tego reklamę. PZU naciąga To pomysł nieco mniej ryzykowny, niż się na pierwszy rzut oka wydaje, bo razem z 200-letnią historią PZU nie wyrzuca na śmietnik swoich "historycznych" klientów. Część z nich to osoby, które zapewne nie zrozumieją nowego podejścia marketingowego. Ale nie muszą. Pewnie z 97% z nich jest przywiązanych do swojego agenta. Takie osoby raz w roku ubezpieczą mieszkanie lub samochód w PZU nawet gdyby ten agent miał wyryte na czole to nowe, obleśne logo i nawet jeśli na tym czole będzie się ono świeciło tudzież błyskało jak na radiowozie policyjnym. Ci ludzie kochają swoich agentów i mają kompletnie gdzieś jak wygląda logo na papierach firmowych oraz w reklamach. Choć widzę, że PZU stara się im wytłumaczyć, że nowe logo też coś oznacza :-). Mamy na warsztacie przypadek (by nie powiedzieć "kejs") podobny do - w sumie dość udanej, przynajmniej do tej pory - próby zmiany wizerunku przez PKO BP. Wprowadzenie do reklam największego polskiego banku Szymona Majewskiego, faceta żyjącego z wygłupów, też na pozór było pomysłem wziętym z sufitu. Tyle, że ten Majewski nie miał mówić do kilku milionów emerytów, którzy w PKO BP mają konta. Do nich mówi wciąż pani Lusia z okienka w przysłowiowym oddziale na Willowej. Lecz, jak przyznaje z rozbrajającą szczerością Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP - klienci pani Lusi to grupa na wymarciu, która "odchodzi z banku w sposób naturalny" (genialny cytat!). Majewski ma przemawiać do następców wymierających klientów PKO. Ma prawić do klienteli, która w życiu nawet nie pomyślałaby o założeniu w PKO BP konta, bo to byłby dla nich życiowy obciach. Bo to ta klientela zapewni PKO BP utrzymanie wiodącej pozycji na rynku. I cała ta hucpa ze zmianą logo PZU z dość ładnego na brzydkie - choć, jak pisałem wcześniej, cholernie funkcjonalne i multimedialne - jest najzwyczajniej w świecie kopią strategii PKO BP. Tyle że dużo odważniejszą, przeprowadzaną na dużo większą skalę. O ile bowiem w przypadku PKO BP mamy do czynienia z delikatnym odwróceniem uwagi od molochowatej tradycji instytucji finansowej, o tyle PZU chce tę tradycję najzwyczajniej w świecie pogrzebać. Biorąc pod uwagę ilu klientów wciąż pamięta krzywdy wyrządzone im przez PKO BP i PZU z powodu książeczek mieszkaniowych, polis posagowych, polis na życie i innych, na których wkłady pożarła hiperinflacja, nie można wykluczyć, że bycie firmą incognito może się PZU na dłuższą metę opłacić... :-) A współczesny konsument... jest jaki jest, dość mało wymagający i patrzący przez pryzmat prostego, konkretnego przekazu i bieżącej korzyści. Krzysztof Najder, szef i założyciel firmy doradztwa marketingowego Stratosfera Added Value, ubrał w fachowe słowa to, co i ja myślę o nowym logo PZU. "Sygnalizuje przełom, ale jednocześnie sugeruje, że po tej zmianie PZU będzie jak proszek do prania. Nie ma w nim opieki, tradycji, ciągłości, solidności czy wiarygodności, tylko chęć zrobienia czegoś ładnego i wesołego. Jest łatwe, przyjemne, ma efekciarsko puszczone światełko, które jest typowym zabiegiem konsumenckim mającym się podobać masowemu odbiorcy". No to jeszcze na koniec porównajmy sobie nowe ze starymi.
”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
sobota, 12 maja 2012
Zaczyna się sezon pierwszych komunii świętych, więc domyślam się, że wielu z Was żyje w niezłym stresie. Wybór prezentu to zawsze spory dylemat. Z jednej strony chciałoby się nie brać udziału w tym całym wyścigu finansowych szczurów, a z drugiej - sprawić "komuniście" trochę radości. A w mieście można się nasłuchać opowiadań, jak to teraz "w standardzie" są iPady albo laptopy. Horror. Gdyby to ode mnie zależało, to administracyjnie zabroniłbym obdarowywania jakimikolwiek prezentami dzieci przystępujące do pierwszej komunii. Bo z tego mogą być tylko przykrości - jeden przyjdzie następnego dnia do szkoły z laptopem, a drugi, którego rodzina nie ma drukarni z banknotami, będzie zazdrościł. Miejcie to proszę na uwadze, zanim zdecydujecie się zaszaleć z prezentem komunijnym. Bo nawet obdarowanemu zaszkodzicie - święto duchowe będzie mu się kojarzyło tylko z kapustą, a to ze wszech miar demoralizujące. Tym niemniej dostałem od kilkorga moich czytelników "zamówienie" na odcinek o pierwszej komunii, więc o prezentach kilka słów napiszę. Ale tych mądrych, które nie demoralizują. Najpierw jednak słów kilka o preferencjach dzieciaków. Wiem, powinny myśleć o tym co będą przeżywać w jedną z najbliższych majowych niedziel, ale ankieterzy wynajęci przez porównywarkę Nokaut.pl postanowili wodzić je na pokuszenie i pytać o wymarzone prezenty. 40% ankietowanych pierwszo-komunistów ma prosty pomysł - najbardziej ucieszyłaby ich koperta z kasą (banknotów ma być kilka i to nie o najniższych dostępnych nominałach). Na drugim miejscu listy preferencji znalazł się... laptop (ponad 30% ośmiolatków ma taką koncepcję prezentową). Co trzeci ankietowany chciałby dostać grę komputerową lub konsolową, zaś co szósty... smartfona. Z mody wyszły już rowery (12%) oraz zegarki (3% wskazań ośmiolatków). Prześwietliłem też fora internetowe pod kątem rynkowej "wyceny" wartości prezentu. Z prześwietlania kilkunastu forów internetowych, na których wre teraz dyskusja o prezentach pierwszokomunijnych wyłania się następujący obraz: większość internautów, którzy w tym roku wystąpią na pierwszej komunii w roli ojców lub matek chrzestnych, zamierza włożyć do koperty bądź przeznaczyć na prezent 400-500 zł. Ci, którzy w imprezie będą uczestniczyli w roli "zwykłych" gości wyceniają swoje aspiracje finansowo-prezentowe na 100-300 zł (w większości bliżej górnej, niż dolnej granicy). Jeśli miałbym obdarować ośmiolatka sensownym prezentem, to wolałbym, by nie była to ani droga elektronika (komputer, konsola, smartfon, tablet), ani żywa gotówka, którą dzieciak bądź jego rodzice prędzej czy później przejedzą. Pomyślałbym raczej o jakiejś monecie kolekcjonerskiej, która za lat kilkanaście, gdy osesek osiągnie pełnoletniość, będzie warta wielokrotnie więcej, niż dziś. Taka pamiątka, prezent będący jednocześnie inwestycją, to moim zdaniem mądra i sensowna rzecz. Inna sprawa, że nie każda moneta może przynieść zyski, a poza tym łatwo można dać się nabrać i kupić jeden z reklamowanych w telewizji medali pamiątkowych, które fajnie wyglądają na półce, ale dodatkowej wartości nie wykreują. Idealnym pomysłem na finansowy prezent pierwszokomunijny byłyby najzwyklejsze w świecie obligacje skarbowe. Takie dziesięcioletnie, które są w stałej ofercie w banku PKO BP, po 100 zł za sztukę. Ich oprocentowanie zależy od inflacji i jest powiększane o stałą marżę. Teraz w PKO BP można kupić obligacje dające bardzo dobrą rentowność 6,5% w pierwszym roku i zyski uzależnione od wskaźnika inflacji, powiększonego o 2,75% marży w latach kolejnych..Czy może być fajniejszy prezent dla obecnego ośmiolatka, niż bezpieczne papiery wartościowe, które po osiągnięciu pełnoletniości rząd wykupi od niego, płacąc np. 170 zł za każdą obligację kupioną dziś za 100 zł i sprezentowaną na pierwszą komunię? Taki prezent nie tylko z czasem zyska na wartości i nie tylko będzie użyty w bardziej sensowny sposób, niż dziś, ale też uczy oszczędności i cierpliwości. A to walor edukacyjny, którego przecenić nie wolno. Jest tylko jeden problem - obligacje nie mają materialnej postaci (poza wydrukiem z komputera) i to sprawia, że na prezent nadają się średnio. Nie wiem też czy rząd może sprzedawać je osobie niepełnoletniej (żeby były przypisane od początku do konta 8-latka). Nie jestem w stanie pojąć dlaczego nikt w Ministerstwie Finansów nie wpadł na pomysł, by na życzenie kupującego przygotować efektowną, materialną formę takiego papieru wartościowego i możliwość sprezentowania obligacji wskazanej osobie. Dzięki temu setki tysięcy osób kupowałyby obligacje swoim dzieciakom, chrześniakom, wnuczkom z najróżniejszych okazji - zamiast iPadów, konsol do gier, czy zwykłych kopertówek. Czy to nie byłoby piękne, dobre, użyteczne? No, nie byłoby? SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzowała książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”.
piątek, 11 maja 2012
Jednym z głównych czwartkowych newsów w branży finansowej była prezentacja nowego logo największej polskiej firmy ubezpieczeniowej PZU. Od soboty będzie można je podziwiać w reklamach telewizyjnych, a szyldy na najważniejszych oddziałach ubezpieczyciela zostaną wymienione za kilka, kilkanaście tygodni. Przyznam szczerze, że gdy zobaczyłem nowy znak firmowy PZU, to pomyślałem: „ot, chłopaki zaszaleli”. Bo to nie jest delikatna zmiana z gatunku tych, które w zeszłym roku przeprowadził PKO BP. To jest rozwalenie starego logo i zbudowanie na jego gruzach nowego znaku, nie mającego z poprzednim zbyt wiele wspólnego. Nieczęsto zdarzają się takie historie dotyczące najcenniejszych marek. A PZU przecież do takich właśnie należy, w grudniowym rankingu „Rzeczpospolitej” wartość jego marki została wyceniana na 2,35 mld zł i był to drugi wynik wśród firm finansowych (cenniejszy jest tylko brand PKO BP). Rewolucja wizerunkowa PZU wygląda tak:
Nie wiem jakie były przyczyny decyzji o radykalnej zmianie logo PZU: być może dotychczasowe źle się ludziom kojarzyło? Owszem, nie było przesadnie nowoczesne, ale wryło się w pamięć milionów klientów i to też warto brać pod uwagę przy tego typu zmianach znaków firmowych. O ile pamiętam w PKO BP również mieli kilka pomysłów na bardziej radykalne ruchy „unowocześniające” logo, ale ostatecznie zrejterowali. Prezes PZU Andrzej Klesyk zagrał va banque i zatwierdził projekt znaku firmowego, który aż bije po oczach. Tyle, że nie jestem przekonany, czy bije w pozytywnym znaczeniu, bo bije surowością i prostotą tak prostą, że aż bolesną. Pierwsze moje skojarzenie – znak drogowy. A gdzie odniesienie do dwustuletniej tradycji (PZU jest przecież, do cholery, firmą z historią sięgającą 1803 r.)? Gdzie podkreślenie nobliwości, stabilności, pewności i zaufania, które powinny znajdować się w znaku firmowym każdej szanującej się firmy finansowej, instytucji zaufania publicznego? To jest znak, który pasuje do firmy-krzaka, która powstała dwa tygodnie temu. Ale jeśli miałby go używać największy koncern ubezpieczeniowy w tej części Europy, jedna z największych polskich firm, spółka z 200-letnią tradycją... Oj, zaszaleli chłopaki... Czytaj też: W jakim kolorze najlepiej czują się instytucje finansowe? „Nowe logo, zachowując uniwersalny i ponadczasowy charakter, symbolizuje uproszczenie procedur, troskę o klienta i nowoczesność stosowanych rozwiązań” – takie jest oficjalne uzasadnienie szefów PZU. No tak, proste to logo na pewno jest, ale bardziej niż z uproszczeniem procedur kojarzy mi się z jeżdżeniem w kółko po jakimś rondzie. W koło Macieju i czekaj na odszkodowanie? „Nowy wizerunek ma pokazywać zmiany, jakie w ostatnich latach zaszły w PZU. Jakie? Chodzi o szersze wykorzystanie internetu w działalności firmy, m.in. możliwość zgłaszania szkód przez internet, skrócenie procesu likwidacji szkód oraz połączenie większości oddziałów PZU i PZU Życie”. Ja tego wszystkiego nie widzę. Widzę natomiast znak drogowy. Dobrze chociaż, że nie jest to znak zakazu. :-) Jeden cel PZU tą zmianą na pewno osiągnęło: nowy znak nie przywodzi mi na myśl żadnych wspomnień dotyczących starych czasów. A że należę do tej grupy klientów, którzy zostali zrobieni kiedyś przez PZU w trąbę przy okazji polisy posagowej (firma wypłaciła mi nędzne grosze twierdzą, że resztę kasy zjadła inflacja), to może nawet lepiej, że nowe logo zupełnie nie kojarzy się ze starymi przykrościami?
SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzował książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”.
czwartek, 10 maja 2012
Niedawno wpadł mi w ręce ciekawy pomysł jednej z firm ubezpieczeniowych, która postanowiła powalczyć o kierowców w niestandardowy sposób. O ile zwykle firmy ubezpieczeniowe nęcą zniżkami na OC i AC lub dodatkowymi opcjami dorzucanymi do polisy AC, to Link 4 postanowił pójść drogą nietypową - dorzucił ciekawy gadżet, ale.... do polisy OC. Tak, do tej, którą z reguły kupuje się tam, gdzie najtaniej. I to w sumie nie bez powodu, bo i tak to nie my z niej będziemy korzystać, tylko ten, któremu zrobimy krzywdę na drodze. Niestety, to bardzo popularne podejście do polis OC. Owszem, pewna część kierowców nie kieruje się najniższą ceną OC, ale tylko dlatego, że kupuje pakiet łącznie z AC, które jest dużo droższe i bardziej zróżnicowane. Cena polisy obowiązkowej rozmywa się wówczas w cenie AC i przestaje mieć decydujące znaczenie. Ale już ci, którzy kupują samo OC bądź zależy im głównie na najtańszym pakiecie OC plus AC, zwykle idą do firmy, która da im najtańsze ubezpieczenie obowiązkowe. Czytaj też: Blitzkrieg właściciela HDI w Polsce. Zmienią rynek ubezpieczeń? Bo też i założenie, że z punktu widzenia sprawcy wypadku lub kolizji wszystkie OC są takie same, w sumie jest słuszne. A jeśli tak, to z wielu identycznych produktów po prostu trzeba brać najtańszy. I z tym stereotypem postanowił powalczyć Link 4. Czyli dorzucić do OC coś, co będzie czyniło taką polisę użyteczną także dla osoby, która ją wykupuje. A konkretnie: usługę ”Assistance Opony”. Na czym polega? Otóż jeśli moje auto, ubezpieczone w ramach polisy OC, stanie w lesie, bo zostanie uszkodzona opona (np. złapię gumę, najechawszy na gwóźdź lub szkło), to w ramach OC mogę się domagać od Link 4 wymiany koła na zapasowe, holowanie auta do warsztatu (jeśli nie mam koła zapasowego lub nie da się go wymienić na miejscu) lub naprawę opony w serwisie wulkanizacyjnym. (choć niestety tylko we wskazanym przez Link 4 warsztacie). Lub u Strażaka Sama :-) Dla kogoś, kto i tak ma dokupioną do OC dodatkową polisę AC są to rzeczy kompletnie bez znaczenia - assistance dołączony do AC ma zwykle podobny zakres. Ale jeśli mam niezbyt drogi samochód, dla którego AC jest drogie i najzwyczajniej w świecie nie stać mnie na cały pakiet, to wykupienie OC wyposażonego w dodatkowe opcje może być bardzo dobrym pomysłem. Tym bardziej, że OC w Link 4 daje też możliwość odholowania auta po wypadku, który spowodowałem. Do pełni szczęścia brakuje tylko tego, by naprawili mi samochód na swój koszt. No, ale niestety, tego problemu bez wykupienia AC nie da się już przeskoczyć. Pomysł Link 4 podoba mi się głównie dlatego, że skoro polisę OC i tak muszę wykupić - z myślą o tym, że mogę kiedyś zawinić jakiemuś wypadkowi na drodze - to fajnie jest, jeśli taka polisa daje jakieś bonusy również mi. Np. w postaci darmowej pomocy w sytuacji, gdy złapię gumę w podróży. A Wy co o tym myślicie? SPOTKAJ SIĘ Z AUTOREM BLOGU NA TARGACH KSIĄŻKI. W najbliższą sobotę o godzinie 13.00 znajdziecie mnie na Targach Książki w warszawskim Pałacu Kultury. Jeśli ktoś kupił lub kupi mój najnowszy poradnik "Jak pomnażać oszczędności" i chciałby sympatyczną dedykację - zapraszam. Jeśli chcielibyście przyjść i pogadać o domowych finansach - też zapraszam! ”Dziennik Gazeta Prawna” zrecenzował książkę tak: ”Autor wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Samcik wielokrotnie powołuje się w książce na swoje długie, bo już prawie 20-letnie doświadczenie inwestora. To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. To czyni tę książkę wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. W środę miałem okazję zamienić słowo o przyszłości banków w Europie i Polsce z ludźmi z firmy konsultingowej AT Kearney. Dała mi ona raport "Bankowość detaliczna jutra", z którego wyłaniają się ciekawe scenariusze dotyczące rozwoju branży bankowej. To wnioski, które pozornie gryzą się z rzeczywistością, jaką dziś obserwujemy w polskiej branży bankowej. Otóż AT Kearney, wspólnie z Uniwersytetem w Augsburgu przekonuje, że banki, które już dziś nie zadbają o to, by w grupie ich klientów było jak najwięcej osób nowoczesnych, korzystających z internetu, smartfonów i tabletów - są skazane na wyginięcie. Dość obrazoburcza teza, zwłaszcza jeśli głosić ją w kraju nad Wisłą, gdzie największe sukcesy odnoszą banki celujące w konserwatywnego klienta (Bank Pocztowy, idący w kierunku klientów nie używających internetu, ani kart płatniczych, wypłacających pieniądze w kasie, albo Alior, w którym można opłacać gotówką comiesięczne rachunki). I w którym połowa klientów banków rachunki opłaca na poczcie, zaś reszta uważa, że idealną formą załatwiania spraw bankowych jest wizyta w placówce...
Według AT Kearney w ciągu najbliższych 10 lat takie banki mogą zostać zmiecione przez wiatr historii, bowiem popyt na ich usługi po prostu zaniknie, albo przynajmniej spadnie do tego poziomu, że znajdą się one w mało liczebnej niszy. Z początku popukałem się w głowę, ale ludzie z AT Kearney pokazali mi kilka slajdów, które miały mnie przekonać, że banki typu Pocztowy, PKO BP w wersji sprzed ery Szymona Majewskiego, czy Alior w odsłonie dla niekumatych z rachunkami w dłoni odejdą do lamusa. AT Kearney dzieli klientów banków na trzy grupy - technologicznych outsiderów (kontrolujących dziś większość światowego majątku, ale mających awersję do wszelkich nowinek), technologicznych emigrantów (czyli osoby, które nie korzystają z nowoczesnych technologii tylko dlatego, że nie mają do nich dostępu lub nikt ich nie wyedukował) oraz najmniej liczną grupę technologicznych autochtonów, którzy wyssali miłość do nowinek technicznych z mlekiem matki. AT Kearney szacuje, że tych ostatnich jest w Polsce tylko milion, ale już technologicznych emigrantów - 17 milionów. Tych kompletnie niereformowalnych jest 7 mln. AT Kearney uważa, że choć społeczeństwo będzie się starzało, to najszybciej będą się rozwijały banki bardzo nowoczesne, które pozornie ogarniają tylko ów milion (obecnie, bo będzie ich więcej) fanów nowych technologii. Ale faktycznie mogą one trafić w uśpiony popyt rynku liczącego aż 17 mln ludzi, czyli technologicznych emigrantów. Tylko czy naprawdę jest ich tak dużo? Przecież umowy na korzystanie z bankowości internetowej ma chyba z 19 mln klientów banków, ale przynajmniej od czasu do czasu korzysta z niej tylko 10 mln. Czy pozostałe 9 mln to aby na pewno uśpieni fani banków technologicznych? Skoro bankowość internetowa ich nie obudziła, to czy można liczyć, że nagle zaczną bankować przez smartfony? Mam wątpliwości, ale... z drugiej strony jeśli w ciągu kilku lat Polska stała się drugą największą w Europie potęgą w płatnościach zbliżeniowych, to znaczy, że Polaków, którzy chętnie zaczną używać nowinek jeśli dać im je do ręki jednak nie brakuje. Zresztą podobnie było podczas pilotażu płatności mobilnych w Sitges pod Barceloną. Tam też nie spodziewano się, że tylu pozornie konserwatywnych konsumentów zacznie szaleć z zakupami przez komórkę. Rachuby AT Kearney są następujące: banki powinny już teraz inwestować w nowoczesność, bo ludzie na nią czekają, nawet jeśli w większości jeszcze o tym nie wiedzą. A nie wiedzą, bo mają mały dostęp do nowych technologii, co zmieni się w ciągu kilkudziesięciu najbliższych miesięcy..To, że w Polsce tylko 3,5%. klientów banków korzysta z bankowości mobilnej wynika głównie z faktu, że tylko 19% ma smartfony. W Hiszpanii smartfony kupiło 46% klientów i z bankowości mobilnej korzysta 10% z nich. Bo proporcje pomiędzy obiema grupami są w całej Europie podobne - co czwarty-co piąty posiadacz smartfona będzie go używał do kontaktów z bankiem. Może więc rzeczywiście jest tak, jak mówią w AT Kearney, że te 9 mln Polaków, którzy nie dali się wciągnąć w bankowanie przez internet i wciąż chodzą do placówek, to nie żaden ugór, który trzeba spisać na straty, lecz goście, którzy zaczną klikać przez iPady i smartfony? To by oznaczało, że w mBanku i Aliorze mają wyjątkowego nosa, tworząc dziś, kosztem 50-100 mln zł, nowoczesne banki ery facebookowej, obliczone oficjalnie na walkę o milion fanów bankowego hi-tech. Bo jeśli się okaże, że tort do podziału nie wynosi milion klientów tylko kilkanaście milionów...
Co jeszcze dla banków oznaczają zmiany w bankowości detalicznej? AT Kearney twierdzi, że konieczność wchodzenia w alianse strategiczne z wielkimi firmami internetowymi, jak Facebook, Google, Amazon (mają one ogromną wiedzę o potrzebach i preferencjach zakupowych klientów) oraz z firmami telekomunikacyjnymi. Na polskim rynku pierwszym tego typu projektem jest Avocado, wspólne przedsięwzięcie BZ WBK i sieci komórkowej Plus. Przez kwartał od startu do Avocado zapisało się 30.000 klientów. Poza technologiczną przyjaznością konieczne ma być jeszcze jedno - dużo sprawniejsze niż dziś wykorzystywanie danych o klientach, by dostarczyć im to, czego potrzebują. Czy nie trąci to inwigilacją? Jeśli banki będą to robiły inteligentnie, to dostarczą klientom taką wartość dodaną, że ci poczują się szczęśliwi, iż są inwigilowani. A jeśli będzie to wykorzystywanie danych według modelu sprzedażowego, to całą koncepcję nowoczesnego bankingu szlag trafi. Bo technologiczni emigranci są podobno cholernie wyczuleni na robienie ich w konia... A sojusze bankowo-technologiczne..., cóż, mają wyglądać tak:
Z raportu AT Kearney wyczytałem jeszcze jedno - że era placówek bankowych takie, jakich dziś tysiące na polskich ulicach, dobiega końca. W przyszłości najszybciej będą się rozwijały banki, które odpowiednio zmodyfikują sieć placówek. Zamiast standardowych oddziałów, łączących funkcję kasową, transakcyjną i doradczą powinny powstać dwie odmiany placówek. Okrętami flagowymi ma być relatywnie niewielka liczba dużych, ekskluzywnych oddziały, naszpikowanych nowoczesnymi technologiami, zatrudniających wysoko wykwalifikowanych doradców, budujących pozytywne emocje. Tę sieć flagowych placówek mają uzupełniać mini-stoiska bankowe w których można załatwić tylko najprostsze sprawy. Takie małe oddziały powinny być nie tylko w dużych miastach, ale wszędzie tam, gdzie są klienci banków. Podobno w tym właśnie kryje się tajemnica wielkiego nasycenia placówkami rynku hiszpańskiego. Tam na milion mieszkańców przypada 935 oddziałów bankowych, u nas - 371 (mniej, niż w Niemczech, Włoszech, Francji). A i tak to nasze stoją puste i banki szykują się do ich zamykania. Rzecz podobno w tym, że w Hiszpanii dużo oddziałów to malutkie placówki w mniejszych miejscowościach. U nas królują standardowe oddziały źle rozłożone geograficznie. Ergo: placówek mogłoby i powinno być znacznie więcej, ale inaczej rozlokowanych geograficznie. Niewykluczone, że to właśnie o to chodzi prezesowi Alior Banku, który ostatnio wymyślił sobie, że stworzy sieć Alior Express. Ciekaw jestem Waszej opinii. Czy zgadzacie się z hipotezą, że jest wśród nas 17 mln gości, którzy jak dostaną do rączki smartfona, to od razu w liczbie 3 mln (co piąty) ruszą do banku facebookowego?
SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA. Zadeklarowanych fanów subiektywności w finansach w wersji wideo zapraszam do obejrzenia m.in. fragmentów ekonomicznej audycji radia TOK FM pt. Ekonomia Kapitał Gospodarka z udziałem autora blogu (także w roli obywatela nieistniejącego oraz kandydata na różne stołki). Subiektywnie było też w programie telewizyjnym dla młodzieży z cyklu „Poziom 2.0”, w audycji finansowo-religijnej „Etyka w biznesie” w Religia TV oraz w reportażu o bankach w cyklu „Czarno na białym” w TVN. Zapraszam też do edukacyjnego cyklu portalu Wyborcza.biz pt. „Babcia z k(l)asą”, a także na nieśmiertelne „Prześwietlamy reklamy” w wersji wideo (cały cykl, wraz z najnowszymi klipami, jest na Gazeta.tv). Polecam też realizowany ostatnio przez Wyborczą.biz cykl sond gospodarczych pt.„BizPytanie” oraz do radiowej Trójki, gdzie też bywało subiektywnie i finansowo zarazem. ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!
TRZY LATA SUBIEKTYWNOŚCI. 8.000.000 WASZYCH KLIKÓW. Pod koniec marca 2012 r. blog "Subiektywnie o Finansach" skończył trzy lata. W tym czasie ukazało się na jego stronach 1240 tekstów, które kliknęliście 7.956.000 razy (licząc do 31 marca). Miesięcznie wpadacie tu 341.500 razy, często czytając więcej, niż jeden tekst. Te liczby nie obejmują czytelników, którzy do blogu sięgają za pomocą czytników RSS. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi kolegów z Wyborczej.biz
Dobre strony giełdy i finansów osobistych
Finanse oczami ekspertów
Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”.
Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych. Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users
|