|
Blog > Komentarze do wpisu
Sposób na kryzys: wciskać drogie kredyty i niczym się nie przejmować?Branża finansowa już po raz czwarty zorganizowała doroczny „Kongres Ryzyka Bankowego”, czyli konferencję, na której radzono o tym, jak sprawnie zarządzać ryzykiem przy udzielaniu ludziom kredytów. Nie mogłem niestety być na miejscu, ale znam relację mojej redakcyjnej koleżanki Niny Hałabuz, czytałem też omówienie konferencji, przygotowane przez Polską Agencję Prasową. I jedna rzecz mnie trochę zaniepokoiła. Otóż bankowcy półgębkiem przyznają, że jednym ze sposobów zarządzania ryzykiem jest dla nich po prostu... żyłowanie marż nowo udzielanych kredytów. Dzięki dużemu zarobkowi na nowych kredytach bankowcy pokrywają część strat z tych starszych, spłacanych coraz gorzej. Co to znaczy „gorzej”? Andrzej Topiński, główny ekonomista Biura Informacji Kredytowej, szacuje, że już 7-8 proc. kredytów detalicznych jest regulowanych z opóźnieniem. Topiński dodał w casie swojego wystąpienia na kongresie, że chodzi głównie o drobne kredyty ratalne i gotówkowe, udzielane w szczycie koniunktury, czyli latem ubiegłego roku. Jego zdaniem nawet gdyby połowa z tych kredytów nie została spłacona, straty banków w skali całego portfela kredytowego nie przekroczyłyby 4-5 proc. Topiński dodał z rozbrajającą szczerością: „marże są tak wysokie, że z całą pewnością to [kryzys spłacalności kredytów - mój dopisek] nie zagrozi funkcjonowaniu banków" (cytat za PAP). A jak się „produkuje” wysokie marże: przeczytasz w tym wpisie. Oczywiście większość banków ma mocno rozbudowane działy kontroli ryzyka. W bankach pracują też wysokiej jakości systemy oceny ryzyka kredytowego (tzw. systemy scoringowe). Wiem, że bankowcy sporo się nauczyli jeśli chodzi o „kalibrowanie” tego scoringu inaczej na dobre i inaczej na złe czasy. Ale wiem też - i między wierszami potwierdził to dyr. Topiński - że dla niektórych bankowców zarządzanie ryzykiem to w pewnej mierze bardzo prosta procedura: wcisnąć klientom jak najwięcej maksymalnie drogich kredytów, a potem niczym się nie przejmować. „Co piąty kredyt będzie nie spłacony? Co czwarty? Trudno. Ci co spłacają w terminie dadzą taką rentowność, że tych, którzy się przewrócili, w ogóle nie zauważymy” - czy takie rozmowy słychać w działach kontroli ryzyka? Jasne, że przejaskrawiam. Ale chyba coś w tym jest. Zwłaszcza, że długi tych „przewróconych” zawsze można jeszcze sprzedać za parę groszy do firm windykacyjnych, niech one sobie z nimi radzą. Nie bez powodu windykatorzy deklarują, że biznes skupowania długów od banków ostatnio bardzo przyspieszył... To wszystko byłoby dużo mniej niepokojące, gdyby ograniczało się do „redystrybucji” pieniędzy, polegającej na tym, że ci, którzy dziś biorą drogie kredyty gotówkowe, płacą de facto za tych, którzy wzięli je taniej rok temu i nie spłacą na czas (z własnej winy lub z przyczyn losowych). Ale jeśli w niektórych działach ryzyka instytucji finansowych lub w zarządach banków rzeczywiście milcząco zakłada się, że można udzielić dowolnej ilości kredytów, byle były one wystarczająco drogie, to oznaczałoby, że w kraju trwa masowa „produkcja” przyszłych bankrutów. Biorąc pod uwagę, że mamy wyjątkowo kulawą ustawę o upadłości konsumenckiej, o czym pisałem m.in. na łamach „Gazety Wyborczej” już dobrych kilka miesięcy temu, tę produkcję potencjalnych bankrutów należałoby jak najszybciej ograniczyć. Do tego zmierza najnowsza tzw. rekomendacja T forsowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Zakłada ona, że klient, który miałby przeznaczać na spłatę rat więcej niż połowę dochodów, nie mógłby dostać od banku pożyczki. Bankowcy ostro ją krytykują jako zbyt daleko idącą, ale czy mają do zaoferowania coś w zamian dla nadmiernie zadłużonych Polaków? Tylko kredyty konsolidacyjne, które są ledwie protezą akcji ratunkowej dla domowych finansów, o czym pisałem tutaj. Póki nie mamy dobrej ustawy o upadłości konsumenckiej warto przynajmniej w ten sposób - poprzez rekomendację T nadzoru finansowego - limitować skalę nierozsądnego zadłużania się niektórych Polaków w bankach.
czwartek, 29 października 2009, maciek.samcik
TrackBack
Komentarze
2009/10/29 09:15:21
Panie Macku tak naprawdę to banki same doprowadzają do bankructwa klimatów najpierw nas nękają kredytami gotówkowymi wydzwaniają do domów "do mężów panie do żon panowie " , przy zakupach ratalnych przysyłane są karty kredytowe których ciężko się jest ich pozbyć , mimo że mam kredyt hipoteczny to mój bank co dewa miesiące dzwoni i próbuje mi wcisnąć kredyt gotówkowy i gdybyśmy nie mieli głowy na karku to byśmy się zadłużali bez końca a później Banki mówią źli kredytobiorcy nie spłacają kredytów "tak naprawdę to nie do końca jest wina po stronie kredytobiorcy .Pracownik Banku do którego przesyłane jest nasze wynagrodzenie wcisnął mojemu mężowi kartę kredytową i zapewniał ze jest całkowicie bezpłatna korzystaliśmy z niej mało ale co miesiąc przychodziło rozliczenie gdzie po pół roku dostrzegliśmy że karta ta jest obwarowana aż 3 rożnymi ubezpieczeniami co ustanowi przez rok kwotę może nie dużą bo 150 zł same ubezpieczenia + jeszcze prowadzenie także uważam że wina leży większa po stronie banków nie kredytobiorców "Polakowi jak dają darmo to bierze a później myśli co zrobił i wtedy jest kłopot :) Pozdrawiam
2009/10/29 09:29:41
A jeszcze jedno nie mogę zrozumieć mechanizmu podnoszenia marż kredytobiorcom : jak można kredyt hipoteczny wywindować na wysokim poziomie , kredyty mieszkaniowe powinny mieć od górnie ustalone oprocentowanie np. jak jest z kredytami studenckimi tak aby było stać np. 3/4 młodych małżeństw bank by miał zarobek , deweloper który buduje też i wiele innych instytucji by na tym korzystało i przedsiębiorstw . Przecież wiele osób jeśli im drastycznie wzrasta oprocentowanie wtedy zaczyna mieć problemy ze spłata . Nic w naszym kraju nie robi się w kierunku mieszkaniowym by młodzi mieli dobry start każdy patrzy by tego głupiego i biednego polaka pozrec i wypluć a później nazwać go bankrutem
2009/10/29 13:30:35
onaz.: ciśnienie na wciskanie drogich produktów klientom jest w bankach niemiłosierne. Na dyra oddziału wrzeszczy taki regionalny esesman, potem dyrektorek odgrywa się na pracownikach, robiąc zebrania na końcu zmiany z nieśmiertelnym "jaka sprzedaż dzisiaj?". I nic się tu nie zmieni, jeśli jedynym wyznacznikiem pracy bankowca jest ilość sprzedanych produktów. Z tego co wiem, plany sprzedażowe w jednym znanym mi banku są dwa razy większe niż 2 lata temu. Ciekawe jak taki oddział tegoż banku przy Pimocie na Pradze je wyrabia, bo tam nawet pies (i kot) z kulawą nogą nie zajrzy.
2009/10/29 19:24:27
To prawda, póki bankowcy będą wynagradzani od sprzedaży, a nie długoterminowej relacji z klientami, będą wciskać kredyty nawet tym, których na to nie stać.
Pozdrawiam! 2009/10/30 10:23:18
to jeszcze pikuś, przeczytajcie sobie to:
jojomstop.blogspot.com/2009/10/raiffeisen-bank-zastrzega-sobie-prawo.html Panie Macieju, to jest też chyba niezmiernie ciekawe. 2009/11/10 18:17:55
Sposób wcale nie jest nowy. Kilka-kilkanaście lat temu zastosowały go u nas m. in. Lukas i AIG oferując drogie pożyczki klientom, którym inne banki wówczas pożyczać nie chciały. Miały bardzo duży udział złych kredytów w portfelu, ale zyski też wyjątkowo duże. Dodatkowo nie było wtedy ustawy o lichwie. Teraz choć trzeba trochę więcej nakombinować, to jak widać chętnych jest więcej.
|
Ostatnie wpisy
Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”.
Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych. Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users
|
Święte słowa Panie Macieju, Proszę zauważyć kilka spraw z tym związanych - wysokie marże, a więc wysokie raty prowadzą do tego, że klienci wpadają szybciej w takie pułapki. Można powiedzieć, że to banki takie pułapki stosują i nie martwią się dalej losem tych klientów zapełniając sobie kasę i dając pracę firmom windykacyjnym. W podatkach już dawno to stwierdzono - im niższa akcyza, tym większa ściągalność. To że akcyza ciągle rośnie i maleje wynika tylko z politycznych i mało merytorycznych przesłanek, a nie z logiki i ze znajomości tematu. Rekomendacja T jest bardzo potrzebna. Znam osobiście i z bardzo bliska przypadek osoby, która miała wyższe raty kredytów niż wynosiła jej renta. I to nie ta osoba była winna temu, bo to była osoba upośledzona, chociaż samodzielna. Takiej osobie to byle sprzedawca sprzeda co chce, no to kilka banków połakomiło się na sprzedaż produktów, okraszonych jeszcze wieloma ubezpieczeniami. Ja jestem ciekaw jak banki tą rekomendację będą obchodzić, bo że to będą robić to jestem pewny. Chciałbym zauważyć jeszcze jedną, niby nie związaną z tym sprawę. Otóż jest taka grupa klientów mBanku/Multibanku, którzy regularnie spłacają swoje kredyty hipoteczne (tak, tak, już wiemy o kogo chodzi), którym bank podwyższył marżę (uzasadniając to mitycznym kosztem pozyskania pieniądza od niemieckiego banku-matki, a które jest parametrem finansowym Szwajcarii, wg banku oczywiście), co gorsza, w trakcie trwania gry zmienił też sposób wyliczania ubezpieczenia od niskiego wkładu. I dzięki temu zabiegowi, osoby których LTV wynosi często 30% płacą ubezpieczenie, które powinno być stosowane przy LTV powyżej 80% (sprawa ląduje często u arbitra i jest wygrywana w cuglach). Ale jaka część będzie się sądzić? Jaka część wie, że pobrana została składka niezgodnie z regulaminem, który podpisali? Warto łamać prawo...
I tym samym najstarsi, najbardziej bezpieczni klienci są naciągani przez bank podwójnie. Płacąc tym samym za błędy tego "działu ryzyka". jakiego działu, skoro to klienci przyjęli cały ciężar ryzyka, a bank tylko się na nich wypiął?
Jaki jest punkt wspólny tych wszystkich przypadków? - klient w banku to tylko mięso armatnie. Ma przynieść zysk, a konsekwencje nieetycznych działań, bądź błędów "działu ryzyka" najwyżej zapłaci jeszcze raz.