|
Blog > Komentarze do wpisu
Plan na życie z prowizjami, czyli jak PZU wodzi nas na pokuszenieOd kilku tygodni w internecie trwa kampania promocyjna nowego produktu PZU Życie. Nasz narodowy ubezpieczyciel opracował nową wersję planu systematycznego oszczędzania z ochroną ubezpieczeniową. Rzecz nazywa się „Plan na życie”, a jego wszystkie szczegóły znajdziecie na specjalnej stronie internetowej, uruchomionej przez PZU - www.plannazycie.pl. Zapraszam do zapoznania się z nią zanim przeczytacie moją recenzję. W skrócie chodzi o to, by systematycznie odkładać pieniądze. W ramach „Planu na życie” można to robić już od 100 zł miesięcznie. Klient PZU sam wybiera jaka część jego składki ma pójść na część ochronną, czyli zagwarantować wypłatę rodzinie odszkodowania w przypadku jego śmierci, a jaka ma zostać zainwestowana z myślą o dodatkowej emeryturze w przyszłości. Te pieniądze będą lokowane w zwykłe fundusze inwestycyjne. Klient - to plus dla PZU - w trakcie umowy może zmieniać wysokość i częstotliwość opłacania składki.
To rzeczywiście krok naprzód w porównaniu z innymi tego typu produktami, które przeważnie nie dają aż takiej elastyczności. Mimo wszystko jednak „Plan na życie” nie jest pozbawiony wad polis łączących ubezpieczenie z inwestycjami: czyli wysokich kosztów. Zadzwoniłem na infolinię PZU Życie i wypytałem jej pracownika o wszystkie opłaty i prowizje związane z „Planem na życie”. Muszę przyznać, że wyłożył wszystko, jak na spowiedzi, nie próbując ukrywać żadnych opłat. Sęk w tym, że jest ich sporo. Zapytałem jakie możliwości daje „Plan na życie” przy składce w wysokości 200 zł. Gdybym chciał przeznaczyć prawie całą składkę na inwestowanie, płaciłbym od 3 do 5 proc. prowizji od każdej składki w pierwszych trzech latach (potem już nie), 10 zł miesięcznie (to kolejne 5 proc. od składki) opłaty administracyjnej, ok. 2 proc. rocznie za zarządzanie funduszami (licząc od całej zgromadzonej sumy, nie od pojedynczej składki). Poza tym kolejne kilka procent opłaty za zarządzanie pobiorą same fundusze. Do tego opłata likwidacyjna - przed upływem 11 roku trwania planu nie dostanę z powrotem wszystkich pieniędzy. Prowizje za część inwestycyjną „Planu na życie”, opisane powyżej, przewyższają opłaty w planach systematycznego osczędzania, które prowadzą na własną rękę fundusze. W„gołych” funduszach mamy tylko opłatę dystrybucyjną (w planach oszczędzania często jest ulgowa bądź całkiem zniesiona) i opłatę za zarządzanie funduszami. A w „Planie na życie” są jeszcze dwie-trzy inne opłaty.
A gdybym chciał te 200 zł w ramach „Planu na życie” przeznaczyć na część ochronną i nie inwestować pieniędzy w fundusze? Jako 35-latek mógłbym za taką składkę uzyskać ubezpieczenie rzędu 330 tys. zł. Takie pieniądze wypłacono by moim bliskim w przypadku mojej śmierci bądź na moje konto - jeśli dożyłbym 85 roku życia. To bardzo wysoka kwota, ale tak się składa, że mam podobne ubezpieczenie (obejmujące również odszkodowanie w przypadku śmiertelnej choroby, utraty ręki, nogi albo wzroku) w jednej z konkurencyjnych firm. I płacę za nie 130 zł miesięcznie, a nie prawie 200 zł, jak w „Planie na życie”. Dlaczego inwestować w „Planie na życie”, skoro można sobie przygotować samodzielnie taki plan, kupując udziały funduszy na własną rękę i „gołą” polisę na życie? Pakiet PZU wychodzi drożej, niż każdy z jego składników kupiony z osobna! A jednak nie potrafię się zdobyć na totalną krytykę oferty PZU. Większość Polaków nie ma żadnych oszczędności i nie ma wystarczająco silnej motywacji, by się do tego oszczędzania wziąć. Być może lepiej, jak chwyci ich za gardło agent PZU i skłoni do podpisania cyrografu na lata, niż mieliby przez kolejne lata wydawać wszystko co zarobią? „Plan na życie” nie jest pozbawiony wad wszystkich tego typu rozwiązań i nie poleciłbym go żadnemu świadomemu ciułaczowi, który ma wiedzę gdzie i jak oszczędzać pieniądze. Sęk w tym, że wśród nas są miliony osób, które dopiero muszą nauczyć się oszczędzać. Część z nich potrzebuje do tego bata, a nie tylko dobrego słowa. Jeśli takim batem będzie „Plan na życie”, to lepszy taki bat, niż żaden. Czytaj też: Powiedz pół prawdy, a potem zrób z tego reklamę, czyli jak PZU wpuścił dziennikarzy i klientów w maliny Czytaj też: Era life-plannera, czyli Pramerica i kisiel
wtorek, 09 lutego 2010, maciek.samcik
TrackBack
Komentarze
2010/02/10 08:03:16
Jasne, dzięki za uzupełnienie. Mąci ono nieco mój spokój, bo tam, gdzie pojawia się pole do interpretacji, czy dana niesprawność stopy jest wystarczająco duża, by klient mógł żądać wypłaty odszkodowania, czy też nie. Pod tym względem założę się, że każda firma ubezpieczeniowa będzie stawała na uszach, by udowodnić, że klient jest zdrów jak ryba, a w tej stopie to tylko reumatyzm go łupie :-)). Przejaskrawiam, ale chodzi mi o to, by pokazać, że najlepsze ubezpieczenie to ubezpieczenie tak proste, że nie ma możliwości różnej interpretacji zdarzenia oraz jego przyczyn.
Pozdrawiam! 2010/02/19 00:34:29
Panie Macieju, może być Pan zupełnie spokojny.
Nie ma żadnego pola manewru ani Pan ani firma. Niesprawność tej stopy, dłoni, czy oka, ma być całkowita i trwała. To proste, nie musi być amputacji, wystarczy całkowita niesprawność(co jest bardziej prawdopodobne) i co ważne, również od chorób. Ogólne warunki tej firmy moim skromnym zdaniem nie mogą być już bardziej przejrzyste. Natomiast dziwne, że Pański agent nie pilnuje aby Pan wiedział co ma. GoldLife@gazeta.pl PS. Najciekawsze, że piszemy cały czas o umowie głównej, zwanej podstawową, w której zwykle jest tylko jeden punkt(a nie cztery) - śmierć. |
Ostatnie wpisy
Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”.
Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych. Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users
|
Drugi raz pisze Pan o swojej polisie w firmie Pramerica.
Tylko sama umowa główna, gwarantuje wypłatę w aż trzech przypadkach:
- śmierci
- całkowitego inwalidzwtwa
- choroby śmiertelnej*
Z tymże całkowite inwalidztwo jest definiowane w sposób dość unikalny.
(wiekszość firm ubezpieczeniowych w Polsce za całkowite inwalidztwo uznaje niezdolność do każdej pracy w każdym zawodzie)
Otóż wcale nie musi być utraty rąk bądz nóg, "wystarczy", że będą one niesprawne i niekoniecznie wypadkowo, również chorobowo i niekoniecznie ręce czy nogi, ale również "wystarczy" aby problem dotyczył dłoni czy stopy...
To wszystko powoduje wieksze ryzyko firmy i tym samym większe korzyści dla klienta.
Diabeł/Anioł tkwi w szczegółach. :]
goldlife@gazeta.pl
*rokowania lekarzy do 6miesięcy...