Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 27 sierpnia 2016
    • Chcesz bardzo podpaść klientom? Zabierz im bankomaty z drogi do pracy. PKO BP coś o tym wie

      Podobno mamy XXI wiek, a bankowanie przenosi się coraz bardziej do internetu. I to nie takiego "zwykłego", tylko do mobilnego. Banki zaczynają zwijać lub przynajmniej mocno zwijać sieć placówek, za to strategicznym kanałem dostępu staje się bankowość mobilna. Nad tym, by aplikacja mobilna - która ma wkrótce hurtem zastąpić bankowe serwisy internetowe, kartę płatniczą i oddziały - była jak najfajniejsza, jak najbardziej wygodna i dawała jak najwięcej możliwości, pracują w bankach najlepsi z najlepszych. Dla banków to nie tylko konieczność, ale i szansa - jeśli Polacy zaczną masowo bankować przez smartfona, to bankowcom będzie łatwiej zarabiać nie tylko na usługach bankowych, ale i na dealach z sieciami handlowymi, ciąć koszty poprzez ograniczenie potwornie kosztownej sieci placówek i bankomatów oraz zmniejszać zatrudnienie. 

      Zobacz na YouTube: Jak wyglądają bankowe placówki przyszłości? Sprawdzam!

      Co na to klienci? W badaniach wychodzi, że są nowocześni, kochają płacenie smartfonem, aplikacja mobilna jest dla nich niczym brat lub siostra. Ale gdy przychodzi co do czego... Wystarczyło, że ze stacji warszawskiego metra zniknęły bankomaty PKO BP, a na bank wylewa się fala bezprzykładnego hejtu. Nie ma dnia, żebym nie dostał listu albo e-maila od klientów PKO BP, którzy wyrażają swoje oburzenie, że bank zabrał im bankomat z tej lub innej stacji metra. Bo oni z tego bankomatu często korzystali i była to najbliższa im opcja wypłacania gotówki. E-maile i listy to nie wszystko: temat "znikniętych" bankomatów jest obecny w rozmowach sprzedawczyń na moim osiedlowym bazarku. Ze dwa razy zatrzymali mnie na ulicy nieznajomi, którzy rozpoznali mnie jako ich ulubionego blogera i postanowili podzielić się "na żywo" swoim bankomatowym rozczarowaniem.

      Czytaj też: Dlaczego PKO BP zabrał bankomaty ze stacji warszawskiego metra?

      Czytaj też: Śmierć bankomatów? Nic z tego. Oto najnowsze dane o naszym płaceniu

      Siła przyzwyczajenia jest wielka. Tak drobna rzecz jak usunięcie bankomatu z miejsca, w którym zawsze był i po którym codzinnie porusza się klient, powoduje u niego bezprzykładną falę agresji wobec banku. Jednym, drobnym ruchem można zmniejszyć lub całkiem zanihilować przychylność setek, a może tysięcy klientów. PKO BP ma 3200 bankomatów, z metra zniknęło najwyżej kilkanaście. Bank nie miał innego wyjścia, musiał zabrać bankomaty z warszawskiego metra, bo został stamtąd wyrzucony (o powodach tej "eksmisji" niedawno było zresztą w blogu). Jego wina polega jednak nie tylko na tym, że dopuścił do zniknięcia bankomatów z ulubionych miejsc mieszkańców stolicy, ale że zaniedbał poinformowania ich o tym wszelkimi dostępnymi kanałami i nie wytłumaczył im przyczyn nowej sytuacji. Gdyby klienci byli przygotowani, to nie przeżyliby rozczarowania, które w wielu przypadkach może się skończyć zamknięciem kont w PKO BP, albo spadkiem lojalności wobec banku. Klient nie szanowany staje się łatwiej podatny na zabiegi konkurencji.

      struktura_klientw_pko

      Dla wszystkich bankowców ten "efekt motyla", czyli ogromne niezadowolenie klientów największego banku (PKO obsługuje w kraju 7 mln klientów) spowodowane drobniutką zmianą w dostępie do usług, powinien być nauczką. Po pierwsze - niezależnie od tego co deklarują Wasi klienci - bankomat w pobliżu miejsca zamieszkania bądź na trasie codzinnej drogi do pracy daje im poczucie bezpieczeństwa. Niezależnie od tego czy z niego korzystają, czy też nie - mają z tyłu głowy wewnętrzny spokój, że gdyby nagle była im potrzebna gotówka, to wiadomo skąd ją wziąć. Ten bankomat, głupia maszyna, w dobie automatyzacji może być dla dużej części klientów jednym z najważniejszych argumentów, by nie zmieniać banku. Może nie dotyczy to wszystkich klientów, ale na pewno dużej ich części.

      bankomatystats

      Po drugie - też niezależnie od tego co deklarują Wasi klienci - warto przyjrzeć się wszystkim danym, które macie na temat szlaków "podróżnych" Waszych klientów. Smartfon z aplikacją mobilną w ręku klienta - i z jego zgodą na geolokalizację - to oczywiście możliwość oferowania mu mnóstwa nowoczesnych usług, o których już nie raz pisałem w blogu. Ale też możliwość takiego rozlokowania bankomatów, by ustawić je dokładnie "na szlaku". Stosunkowo małym kosztem może to pomóc zbudować lojalność tych klientów, którzy albo z bankomatów rzeczywiście sporo korzystają, albo potrzebują ich dla poczucia bezpieczeństwa. Na codzień używają karty płatniczej, ale nigdy nie wiadomo kiedy będzie trzeba "zatankować się" gotówką.

      JAK NIE DAĆ SIĘ OKRAŚĆ PODCZAS PODRÓŻY? Nie ma złudzeń, w podróży jesteś łatwiejszym niż kiedykolwiek celem dla przestępców - zarówno kieszonkowców, jak i tych, którzy żyją z rozbojów. Jak nie dać się okraść? Opowiadam o tym w swoim najnowszym wideofelietonie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz bardzo podpaść klientom? Zabierz im bankomaty z drogi do pracy. PKO BP coś o tym wie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 sierpnia 2016 08:57
  • piątek, 26 sierpnia 2016
    • Bank ubezwłasnowolni cię skuteczniej, niż sąd z trybunałem :-). Czym możesz zasłużyć? Drobiazg

      Cenię w bankach umiłowanie bezpieczeństwa, ale bywa, że osiąga ono poziom niewygodny. Na przykład kiedy bank zablokuje klientowi dostęp do jego pieniędzy z powodu przeterminowania jego dowodu tożsamości. Dowody osobiste z reguły są ważne przez 10 lat i w bankach mają informację o tym, kiedy dokument tożsamości klienta traci ważność. A wtedy... nie jest wesoło. Czasem banki po prostu stają się marudne i przy każdej okazji wyświetlają klientowi na ekranie komunikat (albo przekazują mu go przy okazji kontaktu z infolinią), że powinien zgłosić się do banku z nowym dowodem osobistym, bądź przynajmniej podać jego identyfikatory (numer, data wydania). Bywa jednak gorzej - gdy ceną braku aktualnego dowodu osobistego jest całkowite ubezwłasnowolnienie klienta.

      Takim bankiem, który klienta bez aktualnego dowodu osobistego traktuje jak niebyłego, jest ING. Pan Włodzimierz, jeden z czytelników blogu, przekonał się o tym na własnej własnej skórze i tak się wkurzył, że aż o do mnie zadzwonił. Nie zdziwiło go to, że "pomarańczowi" odmówili mu wykonania operacji gotówkowej w placówce - każdy przelew, wpłata czy wypłata wymaga okazania dowodu tożsamości, oczywiście aktualnego. Pan Włodzimierz chciał natomiast oszukać system wchodząc do internetu. Zalogował się do swojego konta i chciał wykonać przelewy samoobsługowo - a chodziło o dość istotne przelewy do ZUS-u, których wykonanie w innym terminie mogłoby oznaczać jakieś kary. Okazało się jednak, że przelewy internetowe również są zablokowane. Co ciekawe, pan Włodzimierz nie był w stanie wykonać nawet przelewu wewnętrznego, z jednego swojego konta na drugie. Całkiem solidnie go "uziemiło".

      Czytaj też: Banki skanują twój dowód? Mają prawo, ale są sposoby, by się chronić

      Pan Włodzimierz był zdesperowany, by jednak odzyskać dostęp do swoich pieniędzy szybciej, niż np. za dwa tygodnie, więc podreptał do urzędu dzielnicy i postanowił uzyskać tymczasowe zaświadczenie, które standardowo wydaje się każdemu petentowi bez aktualnego dowodu. Takie zaświadczenie generalnie pomaga na policji i zapewne przydaje się w kilku innych miejscach. Ale nie w ING, bo kiedy pan Włodzimierz udał się do swojej placówki, to szybko okazało się, że tymczasowe zaświadczenie nie jest tu honorowane. Ma być ważny dowód osobisty i basta. Po tej przygodzie pan Włodzimierz nie wytrzymał nerwowo i postanowił do mnie zadzwonić. W zasadzie jedyną luką w tym systemie, który odciął pana Włodzimierza od jego pieniędzy, były karty płatnicze, których nadal mógł używać. I bankomaty, z których nadal mógł wypłacać swoją "nielegalną" gotówkę

      Przesada? Dbałość o bezpieczeństwo? Jestem w stanie zrozumieć sytuację, w której bank nie chce obsługiwać w placówce klienta z nieważnym dokumentem tożsamości. Choć dziwi mnie, że w polskiej bankowości dokumentem tożsamości nie jest np. paszport albo prawo jazdy. Bo kiedy biorę w banku kredyt gotówkowy to często muszę mieć przy sobie (a jeśli zaciągam pożyczkę zdalnie, to też muszę mieć przy sobie, bo przekazuję skany kluczowych stron dokumentów) dwa dowody stwierdzające tożsamość - np. dowód osobisty i paszport, albo dowód osobisty i prawo jazdy. No i wychodzi na to, że wtedy taki np. paszport jest ważnym dokumentem dla banku. A kiedy zgubię, stracę albo mam nieważny dowód osobisty - to już nie? Ale w porządku. Gorzej, że mimo prawidłowego zalogowania się do banku w takiej sytuacji nie mogę zrobić przelewu samoobsługowego.

      Czytaj też: Skanują dowody, kradną tożsamość. A potem... kredyt na twoje nazwisko

      Czytaj też: Zboczenie? Gdy bank pokochał twój dowód. I chce go pieścić każdego dnia

      Skoro się zalogowałem, jestem gotów autoryzować transakcję, to chyba bank powinien przypuszczać, że wciąż istnieję, nawet jeśli nie mam ważnego dowodu. A przelew wewnętrzny? Dlaczego bez ważnego dowodu nie mogę przełożyć własnych pieniędzy z jednej swojej bankowej "kieszeni" do drugiej? Hmmm... Wśród banków, które potrafią wkurzyć klientów tym, że wiedzą lepiej, jest też Raiffeisen Bank:

      "W pewien piątek zrobiłem przelew z konta osobistego z datą wykonania w poniedziałek. Przelew ten zmniejszył mi saldo na rachunku już w sobotę rano. To oznacza, że nie mogłem sobie tych pieniędzy wypłacić kartą w sobotę lub niedzielę, a np. w niedzielę zasilić kongo osobiste z innego ROR-u, by przelew z datą realizacji w poniedziałek został zrealizowany tego dnia po południu".

      Klient zapytał bank dlaczego nie mógł się powstrzymać od blokady, ale po rozmowie z pracownikiem infolinii okazało się, że takie zapisy są w regulaminie. i skoro nie ma sesji systemu Elixir w sobotę i niedzielę, oni te środki blokują wcześniej.

      "Ja się nie zgadzam, żeby bank zabierał mi środki na cały weekend pod pretekstem, że nie ma sesji rozliczeniowych w weekend. Przecież konto mogę zasilić z innego konta w tym banku w niedzielę. Czy takie postępowanie jest etyczne i zgodne z zasadami obowiązującego prawa?"

      - zapytuje pan Waldemar. Raiffeisen robi tak, jak robi zapewne dla dobra klienta. Mógłby oczywiście nic nie blokować, ale gdyby potem klient w poniedziałek nie zdążył z zasileniem konta przed przedostatnią sesją rozliczeniową, to jego przelew nie zostałby wykonany. Dlatego bank woli schować pieniądze przed klientem, żeby ten ich nie wydał. W sumie to nawet trochę się wzruszyłem, że ci nasi bankowcy tacy empatyczni są ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Bank ubezwłasnowolni cię skuteczniej, niż sąd z trybunałem :-). Czym możesz zasłużyć? Drobiazg”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 sierpnia 2016 09:01
  • czwartek, 25 sierpnia 2016
    • Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?

      nabicigraf1We frankowej epopei dziś kolejny odcinek - tym razem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił bardzo stanowczy pogląd w jednym z najstarszych sporów dotyczących banków i franków - w sprawie "Nabitych w mBank". Pogląd, który może pomóc klientom odzyskać duże pieniądze. Jakkolwiek stanowisko dotyczy jednego, konkretnego procesu sądowego, to może też pomóc frankowiczom mającym kredyty w innych bankach i walczącym w sądach o ich "odwalutowanie", o zwrot nadpłat z tytułu spreadów walutowych, albo ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Może pomóc, bo... mocno uderza w orzeczenie Sądu Najwyższego z 2015 r., które jeszcze niedawno było tarczą chroniącą bankowców w wielu procesach frankowiczów z bankami. I - w wielu przypadkach - argumentem przeważającym szalę wyroku na korzyść banków. Ostatnio ta tarcza zaczyna się kruszyć i niewykluczone, że najnowsze stanowisko UOKiK-u przyspieszy proces erozji.

      DLACZEGO "NABICI" MAJĄ PRZERĄBANE? Zanim przejdę do sedna, w kilku słowach przypomnę,nabicigraf2 że "Nabici w mBank" to pierwsza i chyba najliczniejsza grupa frankowych kredytobiorców, która podniosła rękę na bank-kredytodawcę. Ich kredyty nie są takimi "zwykłymi" kredytami frankowymi. Ich oprocentowanie jest ustalane decyzją zarządu banku w zależności od "zmiany parametrów rynku finansowego". Oznacza to, że ci kredytobiorcy - a jest ich kilkanaście tysięcy - mają jeszcze bardziej przerąbane, niż pozostali frankowicze, których przynajmniej w pewnym stopniu ratuje ujemny LIBOR i bliskie zeru oprocentowanie kredytu. "Nabici" cierpią zarówno z powodu drogiego franka, jak i z powodu wyższego, niż u pozostałych frankowiczów oprocentowania. mBank twierdzi, że skoro klienci się zgodzili na takie ustalanie oprocentowania, to nie powinni teraz się awanturować. Dlaczego oprocentowanie jest wyższe, niż w przypadku innych frankowiczów, mających kredyty oparte na stawce LIBOR? To dlatego, że LIBOR nie odpowiada prawdziwym kosztom pozyskiwania franków, które bank musi mieć "pod" udzielone kredyty walutowe.

      DLACZEGO WALKA "NABITYCH" JEST KULTOWA? "Nabici" przeprowadzili najlepiej zorganizowaną w historii polskiej bankowości akcję "sabotażową". Nękali mBank rozsyłanymi po sieci antyreklamowymi banerami, wykupili mobilne reklamy z nieeleganckimi hasłami, które krążyły w okolicach największych oddziałów mBanku, organizowali demonstracje, zaśmiecali oddziały banku nalepkami... No, było gęsto. W końcu doszło do rozmów przy "okrągłym stole" i do wypracowania propozycji zmiany zasad oprocentowania, z której część frankowiczów skorzystała. Pozostali uznali, że to ich nie satysfakcjonuje i złożyli w sądzie pozew zbiorowy. Grupa 1247 osób (prawdopodobnie większy pozew zbiorowy będzie miał na karku tylko Bank Millennium) zażądała ustalenia, że bank niewłaściwie wywiązuje się z umowy. Wygrali w pierwszej instancji, wygrali w drugiej i w zasadzie byli już pewni historycznego triumfu, gdy wiosną 2015 r. dostali bolesną fangę od Sądu Najwyższego. Skutki tej fangi odczuwają zresztą wszyscy frankowicze, bo banki bardzo chętnie się odwołują do tego feralnego orzeczenia.

      nabicigraf360273_inmsgDLACZEGO "NABICI" (NA RAZIE) PRZEGRALI? Sąd Najwyższy bowiem stwierdził, że owszem, klauzula dotycząca ustalania oprocentowania jest nieprecyzyjna, a więc abuzywna, ale... niekoniecznie w całości. Że określone w umowie czynniki zmieniające oprocentowanie są opisane prawidłowo, ale nie wiadomo w jakich okolicznościach mogą być stosowane. Poza tym Sąd Najwyższy ogłosił, że nawet jeśli klauzula jest abuzywna, to nie mozna jeszcze z automatu powiedzieć, że umowa jest niewłaściwie wykonywana przez bank. A na koniec przygrzmocił oświadczeniem, że jeśli - jak chcieli tego "Nabici" - jakieś fragmenty umowy nie wiążą klientów, należy sprawdzić czy przypadkiem umowa bez nich nie zmienia swojego charakteru. Bo jeśli zmienia - to tak być nie może. Sprawa została skierowane z powrotem do sądu drugiej instancji i tam tkwi już półtora roku. Chyba nie ma jeszcze nawet terminu rozprawy.

      Czytaj też: Sąd Najwyższy oziębły w sprawie spreadów. Będzie kłopot?

      To orzeczenie wymiatało przez prawie półtora roku, zapewniając bankowcom najmarniej kilkanaście korzystnych, prawomocnych wyroków w sprawach cywilnych z frankowiczami i jeszcze więcej wyroków salomonowych. Aż znalazł się jeden sędzia, a potem drugi i trzeci, którzy w pierwszej instancji wydali wyroki, które stają Sądowi Najwyższemu w poprzek. Wcześniej - ale nie na tyle wcześniej, by mogło to mieć wpływ na decyzje tych sędziów - stanowisko Sądu Najwyższego zbeształ też Rzecznik Finansowy (to taki nowy, prokonsumencki urząd), którego zdaniem te kredyty frankowe to w ogóle nie są żadne kredyty. Teraz do tego chóru przyłączył się jeszcze Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W ciągu zaledwie kilku tygodni przeciwko argumentom Sądu Najwyższego wylało się takie wiadro nieczystości, że można się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmieni się całe orzecznictwo dotyczące kredytów frankowych.

      Czytaj też: Sześć kluczowych pytań o franki. Ten wyrok "rozwali system"?

      UOKIK: TA KLAUZULA JEST NIEWAŻNA W CAŁOŚCI. UOKiK ogłosił w swoim stanowisku - zwanym tzw. istotnym poglądem w nabicigraf5
      sprawie - że zapis umowy, regulujący zmiany oprocentowania u klientów tzw. "starego portfela" mBanku jest zbyt ogólny, nie określa konkretnych parametrów od których ma zależeć zmiana oprocentowania, ani nie określa ram czasowych wprowadzania ewentualnych zmian oprocentowania, nie mówiąc już o ich skali. Więc - zdaniem UOKiK - zapis ten w całości (a nie - jak powiedział Najwyższy - tylko częściowo) jest niewiążący dla klienta. To może pomóc klientom w sądzie, bo być może "delegalizacja" klauzuli w całości pozwoli przekonać sędziego, by odpuścił sobie badanie w jakim stopniu oprocentowanie dyktowane przez bank było uczciwe, a w jakim nie (bo jak inaczej można byłoby ustalić ewentualną "winę" banku i jej zakres?). Dalsze fragmenty poglądu ogłoszonego przez UOKiK mogą już jednak pomóc wszystkim frankowiczom, nie tylko tym "Nabitym w mBank"

      UOKIK: ABUZYWNA KLAUZULA? MASZ TRZY OPCJE. UOKiK stwierdził bowiem - powołując się na orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej - że "wygumkowanie" z umowy nie wiążącego klienta zapisu nie powinno owocować sprawdzaniem czy to "zmieni naturę umowy", lecz jedną z dwóch rzeczy - czytaniem tej umowy bez zakwestionowanego zapisu lub jej całkowitym unieważnieniem. Pardon, jest też trzecia opcja - zastąpienie tego zapisu jakimś "przepisem prawa krajowego o charakterze dyspozytywnym".

      UOKiKpoglad1

      Kłopot w tym, że w Polsce takiego przepisu, który mógłby wypełnić "lukę" w umowie po wycięciu klauzuli ustalającej oprocentowanie, nie ma. Pozostaje więc unieważnienie umowy lub czytanie jej bez klauzuli dotyczącej oprocentowania. Według UOKiK-u "umowa pozbawiona elementu jakim są przesłanki zmiany oprocentowania narusza art 69. Prawa bankowego".

      UOKiKpoglad2

      A to by oznaczało, że umowy kredytowe "Nabitych" są po prostu... nieważne. I należałoby dokonać ich rozliczenia w taki sposób, że bank zwraca klientowi wszystkie wpłacone raty, klient zwraca bankowi kredyt i strony rozstają się w pokoju. Klientom to by się opłaciło (anulowanie wszystkich różnic kursowych), ale pytanie czy każdy miałby kasę lub zdolność kredytową, żeby zdobyć kasę na jednorazowe zwrócenie bankowi kredytu.

      UOKiKpoglad3

      UOKIK RADZI SĘDZIOM: NIE SŁUCHAJCIE "NAJWYŻSZEGO". Jak to wszystko przekłada się na interesy wszystkich frankowiczów? Cóż, sprawa "Nabitych" jest o tyle nietypowa, że nie dotyczy klauzuli przeliczeniowej (czyli ustalania kursów walutowych), tylko oprocentowania. Ale UOKiK przyłączył się do coraz liczniejszego chóru prawników, mówiącego, że umowę z "wygumkowanym" zapisem albo się czyta bez niego, albo się wyrzuca do kosza. I sprzeciwił się takiemu pojmowaniu sprawy, iż sąd - badając konsekwencje abuzywności - powinien sprawdzić czy wyrzucenie takiej klauzuli nie zmienia charakteru umowy. Zbuntowanym frankowiczom może się też przydać fragment mówiący o tym, że sąd nie powinien uwzględniać wyroków i orzeczeń sądów wyższych instancji, jeśli są one sprzeczne z prawem Unii Europejskiej. To może ośmielić sędziów pierwszej i drugiej instancji do orzekania wbrew stanowisku Sądu Najwyższego z 2015 r.

      uokikpoglad4

      Oczywiście: żaden sąd nie ma obowiązku słuchać UOKiK-u i uwzględniać jego stanowiska. Tak samo jak nie musi brać pod uwagę stanowiska Rzecznika Ubezpieczonych. A bankowcy na pewno nie pozostawią bez odpowiedzi stanowiska UOKiK-u (tak samo, jak "odwinęli się" Rzecznikowi Finansowemu). Ale nie da się ukryć, że naprzeciwko bankowcom staje coraz "cięższa" argumentacja, która może wpłynąć na orzecznictwo sądów w sprawach dotyczących kredytów frankowych. I - z tygodnia na tydzień liczę na to bardziej - skłonić bankowców do opracowania rozwiązań, które pozwoliłyby wyjść im z twarzą z tego kryzysu. Z drugiej jednak strony: wszystkie wyroki korzystne dla klientów będą musiały przejść pełną drogą prawną - pierwszą, drugą instancję oraz kasację w Sądzie Najwyższym. No i w większości konfliktów klient-bank stosunkowo blisko jest już przedawnienie roszczeń - w sądzie można kwestionować umowę najpóźniej 10 lat po jej zawarciu. Stawką w tej grze są więc nie tylko rozstrzygnięcia w tych setkach lub tysiącach spraw, które już są w sądach, ale też i kolejne tysiące, które dopiero mogą się w sądach pojawić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Ucieszą się nie tylko "Nabici"? Co oznacza dla frankowiczów najnowsze stanowisko UOKiK?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 16:51
    • Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))

      Zadzwonił do mnie ostatnio telemarketer z jednego z kilku banków, w których mam konta, karty, pewne oszczędności oraz limit kredytowy. Zadzwonił w celu wiadomym: żeby coś sprzedać. Oczywiście negocacji nie zaczyna się od tekstu typu: "mam smoka i nie zawaham się go użyć", więc telemarketer bardzo ostrożnie stąpał na polu minowym samcikowej jaźni. Oczywiście: celem ostatecznym miało być sprzedanie Samcikowi jakiegokolwiek długu. Bo kredyty konsumpcyjne są dziś dla banków najważniejszym źródłem przychodów. Na hipotekach zarabiają mało (po wprowadzeniu podatku bankowego - bardzo mało), na prowadzeniu kont też kokosów nie zbijają (większość ROR-ów kosztuje mało lub nic), dochody na transakcjach zostały zdemolowane przez ustawę ograniczającą interchange, sprzedaż ubezpieczeń rozwaliła z kolei rekomendacja KNF ograniczająca możliwość robienia klientów w bambuko na polisach grupowych. Zostaje kredyt na konsumpcję. Jak największy. A więc - do roboty

      PODEJŚCIE PIERWSZE: KARTA KREDYTOWA. Każdy saper zaczyna od rozpoznania terenu, więc telemarketer zapytał mnie czy częściej płacę kartą czy gotówką. Gdy odpowiedziałem, że plastikiem, natychmiast zaproponował "kartę płatniczą zapewniającą dodatkowe środki". Dlaczego nie "kredytową"? Cóż, kieszonkowiec, który chciałby ci wyjąć z kieszeni portfel też nie szturcha cię przed "skokiem", tylko stara się wykonać swoją robotę bezszelestnie ;-). Pan zapytał jaki limit wydatków by mnie interesował i dodał, że ta karta pozwala płacić pieniędzmi banku. Koszt - 70 zł rocznie (chyba, że wykonam dużo rocznego obrotu lub jeszcze więcej transakcji). "Ale ja już mam u was kartę kredytową..." - syknąłem. "To może chce pan drugą, będzie pan mógł płacić na zmianę, raz tą, raz tamtą?" - zapytał rezolutnie saper. "Nie? To może chociaż podwyższy pan limit na tej karcie, ktrą pan ma?" - dodał zrezygnowany.

      PODEJŚCIE DRUGIE: KREDYT ODNAWIALNY. Pierwsze natarcie nieudane, przeciwnik okazał się niepodatny na efekt zaskoczenia. Ale telemarketer postanowił przyatakować z drugiej flanki: "A może skorzystałby pan z limitu odnawialnego? Ile by pan chciał mieć na dodatkowe wydatki? Wykorzystuje pan 1000 zł i miesięcznie płaci od tego tylko 8 zł odsetek. Tyle co nic" - przyładował z grubej rury. W tym momencie sprowokowałem dłuższą chwilę krępującej ciszy, bo chciałem ustalić czy telemarketer wspomni coś o prowizjach związanych z kredytem odnawialnym. Ale nic, cisza. Pewnie, po co opowiadać klientowi, że uruchomienie kredytu kosztuje 3% w skali roku, lecz co najmniej 70 zł, a przedłużenie na kolejny rok - automatycznie 2,5%? I że te prowizje liczą się od całości limitu, a nie od jego wykorzystanej części? Owszem, jak klient będzie upierdliwy i zapyta to się mu powie, ale... może nie zapyta?

      PODEJŚCIE TRZECIE: TANIA GOTÓWKA DO RĘKI. "Ale... ja już mam u was limit kredytu odnawialnego i nie potrzebuję drugiego..." - odpowiedziałem kiedy krępująca cisza zaczęła być już krępująca nawet dla mnie. "W porządku" - powiedział telemarketer, którego cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. W jego głosie usłyszałem, że czas na plan C. "A gdyby miał pan wielką kwotę pieniędzy do zagospodarowania, to na co by ją pan wydał?" - zapytał niewinnym głosikiem. Nie odpowiedziałem, choć kusiło mnie, żeby rzucić tekstem typu "chciałbym gwiazdkę z nieba". Moje milczenie zostało przyjęte za dobrą monetę, więc telemarketer drążył dalej: "Po co odkładać przez pół życia, gdy możemy zrealizować marzenia już dziś, a zaoszczedzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na spłatę dogodnych rat? I już dziś cieszyć się spełnionymi marzeniami? Mam dla pana naprawdę bardzo atrakcyjną ofertę". 

      PODEJŚCIE TRZECIE I PÓŁ: JESZCZE TAŃSZA GOTÓWKA DO RĘKI. Teraz ja poczułem krew. Najbardziej niewinnym głosikiem, na jaki mnie było stać, zapytałem: "A gdybym tak pożyczył 20.000 zł na dwa lata, to ile bym płacił"? Telemarketer, z trudem ukrywając radość, oświadczył, że może mi pożyczyć pieniądze na 6,99%. "To atrakcyjne oprocentowanie, prawda?" - upewnił się czy na pewno dobrze usłyszałem, że to "sześć", a nie "sześćdziesiąt sześć". Podły jestem, bo udałem głupka: "No, tanio, tanio. A jest jakaś prowizja? Bo wie pan, czasem przy tych kredytach to są jakieś dodatkowe ubezpieczenia, prowizje..." - z miną cherubinka przyładowałem w miękkie podbrzusze. Facet odparł, że owszem, jest prowizja, 8,99% "w skali roku" (tak powiedział, "w skali roku" - pewnie się pomylił, ale jeśli nie, to klękajcie narody). I że łącznie koszt kredytu wyniósłby 4500 zł, z czego 1050 zł to odsetki, 1935 zł prowizja, a 1529 zł ubezpieczenie.

      Zrzuciłem maskę idioty i zadałem kolejny cios: "Wie pan, ja tu widzę niezły przekręt. Kredyt na 6,99% z prowizją 8,99%? To są jakieś jaja?". Po chwili grozy usłyszałem w słuchawce, że to nie są jaja i żebym nie zabijał posłańca. Oraz że oczywiście można negocjować. "No, ja myślę" - powiedziałem triumfalnie, widząc oczami wyobraźni telemarketera z gardłem w żelaznym uścisku. "Z ubezpieczenia zrezygnujemy. A ile by pan chciał zapłacić tej powizji?". Nie widzę żadnego powodu, bym musiał płacić jakąkolwiek prowizję za kredyt, w sprawie którego ktoś do mnie przychodzi, żeby mi go sprezentować. I taką też informację przekazałem telemarketerowi. "Aż tak, to nie mogę zejść z ceny. Może się jakoś dogadamy"? - usłyszałem w słuchawce płaczliwy głosik. "Dobra, ile?" - warknąłem. "Mam informację, że mogę zejść do 7,99%. No dobrze, do 6,99%" - dorzucił telemarteter szybko, słysząc mój dziki wrzask w słuchawce. "Ale to już jest maks" - szepnął.

      PODEJŚCIE CZWARTE: PŁATNA KARTA DEBETOWA. Nie dogadaliśmy się. Jeśli bank, w którym mam konto od wielu lat i nienaganną historię, oferuje mi "najbardziej atrakcyjny" kredyt gotówkowy z nie najgorszym co prawda oprocentowaniem, ale chce jeszcze 6,99% prowizji za jego udzielenie, to chyba mu się scoring przegrzał. Dałbym głowę, że słyszałem gong i głos sędziego, że "zwycięzcą walki przed czasem jest Macieeeeej...". Ale nie, to był głos telemarketera, który co prawda brzmiał metalicznie, ale zapewne tylko z powodu zakłóceń w transmisji. "Skoro pan nie potrzebuje gotówki, to może prestiżową kartę płatniczą typu gold?" - zapytał. Zdziwiłem się. Jeszcze przed chwilą byłem dla mojego banku śmieciowym klientem, którego można obrażać proponując kredyt gotówkowy z prowizją 9%, a teraz nagle stałem się "prestiżowym" klientem, godnym statusu gold? "O kartach kredytowych już gadaliśmy" - powiedziałem władczo. "Nie, nie, to nie kredytowa, to płatnicza. To jest, chciałem powiedzieć, debetowa" - dodał telemarketer.

      "Ale po co mi, do ciężkiej cholery, kolejna karta debetowa, skoro jedną już mam?" - powiedziałem najbardziej dobrotliwym głosem, na jaki mnie było stać. "Bo ta jest prestiżowa, daje bezpłatne bankomaty na całym świecie i możliwość bezpłatnego wpłacania pieniędzy we wpłatomatach na pana konto" - odpowiedział człowiek po drugiej stronie wirtualnego drutu. "O ile mi wiadomo wpłatomaty i tak są bezpłatne..." - odparłem ozięble. "Bankomaty na całym świecie bez opłat" - powtórzył też ozięble. "Aha, jest jeszcze serwis konsjerż, gdyby pan chciał zarezerwować bilety na mecz za granicą, albo coś...". No, ten konsjerż to rzeczywiście jest coś. Co prawda w gratisie tylko organizują usługi (a za samą usługę trzeba płacić), ale kilka razy taki konsjerż uratował mi tyłek.

      CIOS KOŃCZĄCY. Byłem dziwnie pewny, że telemarketer nie proponowałby mi karty debetowej, gdyby była ona za darmo, czyli na tych samych warunkach jak ta, którą cieszę się dzisiaj. Oczywiście w czasie rozmowy na temat prestiżowej karty gold nie padło ani słówko, że ona coś kosztuje. Ale wiedziałem już, że oferta banku dzieli się na tę część, o której telemarketer mówi sam i tę, którą trzeba z niego wycisnąć, skłaniając go do pokonania wstydu. No i wycisnąłem. Karta debetowa w wersji gold miesięcznie miałaby mnie kosztować mniej więcej dychę (no, chyba że zapłaciłbym nią w ciągu miesiąca 2000 zł w sklepach, wtedy już nic by nie kosztowała). Po co miałbym zamieniać darmową kartę debetową na taką, która kosztuje dychacza? Darmowe bankomaty na całym świecie? Za wypłatę kasy nie wezmą, ale za to dowalą taką prowizję przy przewalutowaniu transakcji na złote, że używanie plastiku poza Polską byłoby samobójstwem. Wpłatomaty? I tak mam je za darmo. W sumie więc z "pakietu korzyści" zostaje konsjerż. Skoro konsultant widzi, że korzystam z karty kredytowej, która kosztowałaby mnie słono, gdybym nie wykręcił nią dość wysokich obrotów, to po co proponuje mi kartę debetową, która też kosztuje słono jeśli nie wykręcę nią dość wysokich obrotów? Czy aby nie po to, by mnie... wyobracać? ;-). Pamiętajcie, nie dajcie się wyobracać, bo do Was też na pewno zadzwonią. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno? ;-)

      Straciłem kilkanaście minut, ale to pikuś. W celach szkoleniowych chętnie będę takie rozmowy odbywał nawet raz w tygodniu. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego bank, który powinien wiedzieć o swoim kliencie wszystko, w lot odczytywać jego potrzeby, mieć rozłożony na czynniki pierwsze jego profil konsumencki, traci czas swoich pracowników? Po co dzwonić do gościa, który ma kartę debetową, kredytową, linię kredytową z ofertą wzięcia... drugiej karty kredytowej, droższej karty debetowej oraz drugiego limitu kredytu odnawialnego? Po co dzwonić do gościa, który w życiu nie wziął ani złotówki kredytu gotówkowego (a w dodatku ma na koncie i dochody i osad sprawiające, że raczej szybkiej gotówki nie potrzebuje) z ofertą kredytu konsumpcyjnego z prowizją 9%? Po co opowiadać temu gościowi o tym, że "nie warto przez całe życie czekać ze spełnianiem marzeń", skoro ten gość ma w banku otwarte niemal wszystkie możliwe produkty oszczędnościowe, a więc gołym okiem widać, że nie jest podatny na takie opowieści? Po co? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 sierpnia 2016 09:23
  • środa, 24 sierpnia 2016
    • PZU kupi Pekao i zrepolonizuje sektor bankowy? Na razie ten plan przynosi same straty. 7,3 mld zł!

      Z nieoficjalnych informacji, które nadeszły we wtorek z Mediolanu wynika, że PZU zaczął regularne negocjacje dotyczące przejęcia pakietu kontrolnego akcji Banku Pekao. Dziś drugi największy polski bank jest kontrolowany przez włoską grupę UniCredit (do niedawna miała 50% akcji, a po sprzedaży ich części - teraz dysponuje pakietem 40%). Gdyby pod młotek miały pójść wszystkie włoskie akcje, a cena transakcji miała odpowiadać wartości rynkowej banku - PZU musiałoby się przygotować na wydatek rzędu 9,5 mld zł. Sytuacja jest niejasna, bo z kolei w środę rano wicepremier Mateusz Morawiecki oświadczył Reutersowi, że ani polski rząd, ani PZU nie prowadzą obecnie żadnych negocjacji z UniCredit w sprawie zakupu Banku Pekao. Potwierdził natomiast, że jeśli będzie na stole oferta na warunkach rynkowych, to zostanie rozważona.

      Niewykluczone, że ta wypowiedź jest częścią gry obliczonej na zbicie ceny potencjalnej transakcji. Być może do jakichś wstępnych rozmów doszło i polska strona została sprowadzona do roli jeleni, którzy kupią wszystko co się im podsunie, po dowolnie wysokiej cenie. Bycie jeleniem się nie opłaca, a bycie ideologicznie motywowanym jeleniem jest prostą drogą na ruszt  i to może być powód oświadczenia wicepremiera. A czas gra na korzyść potencjalnych kupujących Pekao. Im dłużej trwają spekulacje, że Pekao może byś na sprzedaż, tym niżej spade giełdowy kurs banku. A im niższy kurs akcji, tym bardziej Włosi są w pozycji petentów, a potencjalni kupujący mogą dyktować warunki. Gdyby doszło do negocjacji w sprawie zakupu pakietu akcji Pekao przez PZU, to ubezpieczyciel będzie musiał jak najbardziej zbić cenę (będzie to trudne, bo Bank Pekao to najlepszy składnik majątku UniCredit, a grupa pilnie potrzebuje 10 mld euro kapitału), zmniejszyć kupowany pakiet np. do 33% (też daje kontrolę, a trzeba byłoby nań wydać "tylko" 7,9 mld zł) oraz sprzymierzyć się z jakąś państwową agendą (Polski Fundusz Rozwoju, Bank Gospodrstea Krajowego?), która wzięłaby część kosztów na siebie. I zbiła "udział" PZU w transakcji do np. 4 mld zł (przy podziale pół na pół). Taka kwota byłaby do udźwignięcia przez ubezpieczeniowego potentata. 

      SPRZEDAŻ BANKU PEKAO JUŻ PEWNA? Czy z tej mąki będzie chleb? Nie wiadomo. Tak naprawdę UniCredit nigdy nie potwierdził unicredit10yoficjalnie, że jest gotów pozbyć się swojej "perły w koronie". Tyle, że może nie mieć innego wyjścia, bo kilka innych opcji pozyskania kapitału - ma pójść m.in. na sfinansowanie strat z nie spłacanych kredytów - okazało się nierealnymi. I Włosi - tak jak kiedyś irlandzka grupa AIB, inwestor strategiczny w BZ WBK - mogą zostać zmuszeni do wyprzedaży "sreber rodowych". Dość powiedzieć, że wartość rynkowa gigantycznej grupy UniCredit, działającej w 17 krajach (12 mld euro) jest niewiele większa, niż samego Pekao (34 mld zł), choć UniCredit zarządza 20-krotnie większymi aktywami, niż polski bank! Gdyby rzeczywiście nowy prezes UniCredit chciał pozbyć się głównego składnika wartości swojej grupy, to znaczyłoby, że naprawdę nie ma innego wyjścia i że jest w sytuacji pacjenta z gangreną, który musi sobie odciąć nogę.

      PZU TONIE NA GIEŁDZIE. "WYPAROWAŁO" 16 MLD ZŁ! Choć plan repolonizacji branży bankowej to oczko w głowie wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który twierdzi, iż przeniesienie centrów decyzyjnych banków do Polski będzie z korzyścią dla gospodarki, to na razie pomysł generuje tylko koszty. Wartość rynkowa PZU, który ma być głównym wehikułem w budowaniu "wielkiej, polskiej grupy bankowej", przez ostatni rok obniżyła się o 40%! W liczbach bezwzględnych jest to 16 mld zł. Akcje największego w Polsce ubezpieczyciela są teraz po 27 zł. To chyba najmniej w historii - nawet w ofercie publicznej płacono za nie więcej, bo 31,2 zł! A jeszcze rok temu cena akcji PZU przekraczała 50 zł.

      PZU5y

      Być może pewne (duże?) znaczenie dla spadku wartości rynkowej ubezpieczyciela ma obniżenie jego zysków z działalności ubezpieczeniowej. W 2015 r. firma zarobiła "tylko" 2,3 mld zł, gdy w poprzednich latach przynosiła po 3-3,2 mld zł). Wyniki PZU za pierwsze półrocze 2016 r. są wręcz zastraszające - 660 mln zł, gdy przed rokiem było 1,3 mld zł! Jeśli coś się nie ruszy, w całym roku PZU zanotuje spadek zysku o połowę. Ale część przeceny PZU "zawdzięcza" z pewnością również planom repolonizacji. Zwłaszcza, że prezes firmy Michał Krupiński opowiada na prawo i lewo, że firma jest zainteresowana "przejęciem kilku banków" i że toczy w tej sprawie rozmowy.

      RACHUNEK ZA REPOLONIZACJĘ: 7,3 MLD ZŁ (NA RAZIE). Pomysły, by kontrolowana przez państwo firma ubezpieczeniowa - zamiast doskonalić to, na czym się zna, czyli rzeźbienie w polisach - zajęła się zarządzaniem bankami, na razie "kosztowały" Skarb Państwa 4,4 mld zł w spadku wartości kontrolowanego przez rząd pakietu 34% akcji. Do tego PZU wydał już 1,6 mld zł na zakup akcji Alior Banku w ramach "wstępu do repolonizacji". Żeby to chodziaż była jakaś okazja, ale nie - pisałem w blogu, że PZU kupuje Aliora bardzo drogo i że w przyszłości takie swobodne trwonienie kasy może się odbić na zyskach PZU (mógłby te pieniądze korzystniej lokować) oraz na cenach polis sprzedawanych klientom (bo jak firma będzie mniej zarabiać, to będzie musiała sobie to jakoś powetować). I co? PZU kupował akcje Aliora po 89 zł, a dziś bank jest notowany przy kursie 53 zł. Dowód rzeczowy macie poniżej:

      aliorbank4y

      To oznacza, że 29-procentowy pakiet Aliora, który jest w rękach państwowej spółki zmniejszył swą wartość o jakieś 650 mln zł. I kto wie co będzie dalej, bo Alior z kolei przejął za 1,2 mld zł pakiet akcji BPH, a potem jeszcze zwiększył zaangażowanie w bank w ramach skupu jego akcji z giełdy za 1,5 mld zł. Pieniądze pochodziły z emisji akcji Aliora o wartości 2,2 mld zł, której czwartą część objął PZU - do wydatków ubezpieczyciela na repolonizację trzeba więc dopisać kolejne 600 mln zł. Czy i kiedy te pieniądze Alior odzyska we wzroście zysków i dywidendy, którą mógłby płacić dla PZU? Nie wiadomo. 

      CZY PZU MOŻE... STRACIĆ NA PRZEJĘCIU PEKAO? W sumie więc repolonizacja jest dopiero w fazie rozbiegowej, a już kosztowała PZU 2,3 mld zł w żywej gotówce (przejęcie kontroli nad Aliorem oraz pomoc w przejęciu BPH) oraz 5 mld zł w spadku wartości rynkowej państwowych aktywów (ceny akcji PZU i Aliora). A tymczasem prezes PZU rusza na grubego zwierza, czyli do zakupu Banku Pekao, który - jak policzyliśmy na początku - może pochłonąć kolejne 8 mld zł (z czego najmarniej połowa pójdzie na konto PZU). Dlaczego inwestorzy giełdowi nie kochają pomysłów panów Morawieckiego, Krupińskiego i ekipy "repolonizacyjnej"? Po pierwsze boją się, że motywowane politycznymi i ideologicznymi zapędami kierownictwo PZU znów nie będzie mogło się poskromić i przepłaci. Włosi są pod ścianą i tanio nie sprzedadzą, a PZU już pokazał, że lubi szastać pieniędzmi swoich akcjonariuszy i kupił sobie drogo Alior Bank (jedna trzecia wydanych pieniędzy się już "zanihilowała" z powodu spadku kursu akcji Aliora).

      Czytaj też: Co oznaczałoby dla nas przejęcie Banku Pekao przez kapitał państwowy?

      Po drugie inwestorzy zastanawiają się co PZU zrobi z taką masą "dobra" bankowego, które - z powodów regulacyjnych, podatków, ustaw i innych "przyjemności" - będzie prawdopodobnie coraz mniej rentowne. Połączenie Aliora z BPH i doklejenie jeszcze jednego banku o podobnych gabarytach mogłoby z jednej strony przynieść korzyści synergii, a z drugiej - zbudować bank mieszczący się w pierwszej piątce rankingów (a więc porównywalny z Bankiem Millennium, czy ING Bankiem Śląskim). Ale łączenie grupy Alior-BPH z Bankiem Pekao wcale nie musi być przedsięwzięciem udanym. Dołączenie do poprawnie pracującego molocha dwóch relatywnie niewielkich banków nie gwarantuje, że całość wygeneruje jakieś efekty synergii. Po prostu powstanie jeszcze większy, tak samo działający moloch. A w dodatku byłby z tym dodatkowy problem finansowo-organizacyjny - żeby zrobić fuzję Pekao, Aliora i BPH trzeba byłoby przejąć kolejne 20-30% akcji Banku Pekao. A więc wydać kolejnych kilka miliardów złotych.

      PZU to była do tej pory historia należącego w jednej trzeciej do państwa, ale dużego (nawet w skali Europy) ubezpieczyciela, który był hegemonem w Polsce i inwestował za granicą (kupił cztery firmy w krajach nadbałtyckich). Obok części ubezpieczeniowej stawiał na budowę sieci placówek medycznych, żeby jak najwięcej zarabiać nie tylko na ubezpieczaniu domów, samochodów i życia klientów, ale i na sprzedaży polis medycznych. W ciągu pięciu lat obecności na giełdzie firma niemal podwoiła swoją wartość rynkową i wypłaciła akcjonariuszom dywidendy stanowiące kilkadziesiąt procent początkowej ceny akcji. Aż przyszedł rok szósty i pomysł, by PZU na polityczne zamówienie zajęło się inwestycjami w "zwijającej się" i coraz bardziej ryzykownej branży bankowej. I to w czasie, kiedy firma, jak cały rynek - wszystko na to wskazuje - wchodzi też w okres turbulencji jeśli chodzi o jej podstawową działalność. Prawdopodobieństwo klęski inwestycji bankowych jest co najmniej tak samo duże, jak sukcesu, stąd nie można wykluczyć, że na kwocie 7,3 mld zł już poniesionych kosztów repolonizacji (choć oczywiście część wyliczonych przeze mnie strat ma charakter księgowy i jest odwracalna) powiększonych o wartość kupowanych akcji Pekao (co najmniej 4 mld zł) - bilans się nie zakończy.

      Mam nadzieję, ze wicepremier Mateusz Morawiecki, minister skarbu Dawid Jackiewicz i prezes Michał Krupiński mają jakiś plan, by pojawiły się też korzyści, bo inaczej zarżną ubezpieczeniową kurę, znoszącą do tej pory złote jajka. I żeby nie były to korzyści wyłącznie "polityczne" ;-). Oczywiście, jestem sobie w stanie wyobrazić, że PZU - poza powadzeniem działalności finansowej - zarządza dwoma, konkurującymi ze sobą grupami bankowymi (Alior-BPH oraz Bank Pekao), z każdej bierze sowitą dywidendę i traktuje tę inwestycję wyłącznie w kategoriach lokaty kapitału. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet bardzo drogo kupiony Alior - mając bardzo dobry "silnik" - po wzmocnieniu go o BPH stanie się całkiem wydajną maszynką do robienia pieniędzy. Ostatnio w ogóle nie wypłacał dywidend, ale w przyszłości... kto wie. Na pewno był to dla PZU drogi zakup, który nieprędko zacznie na siebie zarabiać. Bank Pekao w ostatnich latach wypłacał rocznie 2,2-2,6 mld zł dywidend, więc mając w nim np. 20% (a tyle chyba samodzielnie kupiłby PZU) można rocznie wyciskać 400-500 mln zł zysku "pasywnego".  W zależności od ceny zakupu Pekao i przyszłych zysków banku będzie to lepszy lub gorszy interes z zainwestowanych np. 4 mld zł. Pytanie brzmi: czy biznes bankowy może być dziś najkorzystniejszą dla firmy ubezpieczeniowej lokatą kapitału? Wiem, patrzę na sprawę za wąsko, rynkowo, a tu chodzi o szersze korzyści dla państwa, gospodarki, możliwość większego wpływu rządu na akcję kredytową banków, pobudzanie koniunktury...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „PZU kupi Pekao i zrepolonizuje sektor bankowy? Na razie ten plan przynosi same straty. 7,3 mld zł! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 sierpnia 2016 08:23
  • wtorek, 23 sierpnia 2016
    • Ten bank nie chce wysyłać klientom wyciągów. Nawet e-mailem. Czy tak będzie bezpieczniej?

      Banki idą ku nowoczesności i to w sumie dobrze, bo więcej nowoczesności to mniej biurokracji, papierów i robienia klientowi pod górkę. Nie jestem w stanie pojąć jak to jest, że niektóre szacowne instytucje finansowe wciąż przesyłają mi co miesiąc wyciągi dotyczące stanu konta w papierowych kopertach. Dziś standardem powinny być e-wyciągi. Skoro nawet firmy telekomunikacyjne zaczęły promować jako standard tzw. zielone faktury (jak ktoś się uprze to może dostawać rachunek tradycyjną pocztą, w kopercie, ale wtedy płaci kilka złotych więcej w ramach abonamentu), to znaczy, że i w bankach to się da zrobić. Inna sprawa, że część klientów oczekuje czegoś dokładnie przeciwnego: tradycyjnych wyciągów papierowych, podczas gdy banki zmuszają ich do przyjmowania e-wyciągów. Ale i to jeszcze nic. Czasami banki zapędzają się jeszcze dalej. 

      Czytaj: Dostajesz wyciągi z konta obcej osoby? Nie awanturuj się, bo będzie ochrzan ;-)

      Czytaj też: Zero na wyciągu, które... nie jest zerem. Uważajcie na tę pułapkę!

      Moi czytelnicy niedawno dostali z FM Banku PBP (tak nazywa się właściciel m.in. marki Bank Smart) informację o tym, że od początku sierpnia bieżącego roku "wyciągi bankowe, dotychczas dystrybuowane za pośrednictwem poczty elektronicznej, będą przekazywane za pośrednictwem aplikacji banku, dostępnej pod adresem https://wyciagi.bankpbp.pl". W korespondencji bank podaje, że login do tej aplikacji stanowi fragment numeru konta bankowego każdego z klientów. i że po podaniu loginu system wyśle hasło do pierwszego logowania. W aplikacji można sprawdzić wyciągi bankowe z ostatnich 12 miesięcy. "Zapraszamy do korzystania z aplikacji banku" - kończy swój komunikat właściciel Banku Smart i FM Banku. A moi czytelnicy, najkrócej rzecz ujmując, mają za złe:

      "Zalogowałem się do tego systemu wyciągów i to są jakieś jaja, delikatnie mówiąc. Rezygnuję z usług z tej instytucji..." - poskarżył się jeden z klientów, mój stały czytelnik i równie stały "donosiciel" o różnych podbramkowych sytuacjach w bankach. Przyznam szczerze, że choć miłuję nowoczesność i wysokie technologie, to też zacząłem się zastanawiać dlaczego bank zrezygnował z wysyłania wyciągów e-mailem. Mógłby przecież utrzymać taki sposób informowania klientów, przynajmniej jako opcję do wyboru. Dla części klientów - a może nawet dla większości, bo Smart Bank i FM Bank to wciąż banki "drugiego wyboru" - taki comiesięczny wyciąg z konta był impulsem, żeby zainteresować się czy pieniądze są na swoim miejscu. Gdyby coś niedobrego się z nimi stało (w dobie internetowych złodziei to nie jest całkiem wykluczone) taki "dowód rzeczowy", że wszystko jest w porządku, może mieć pewne znaczenie psychologiczne. 

      Czytaj też: Gdy bank wprowadzi opłaty za konto i przez kilka lat milczy. Można nie płacić?

      Podejrzewam, że koszt takiej operacji, jak wysłanie klientom wyciągów z kont, liczy się w ułamkach grosza i skasowanie tego trybu informowania klienta nie ma nic wspólnego z oszczędnościami. Być może chodzi o... bezpieczeństwo. Na początku o tym nie pomyślałem, ale w czasach powszechnego phishingu być może powinniśmy się odzwyczaić od odbierania jakiejkolwiek korespondencji e-mailowej od banków. Jaką mamy gwarancję, że ktoś się nie podszył pod nasz bank i że zamiast pdf-a z wyciągiem na komputer nie wpuszczają nam wirusa? Może rzeczywiście lepiej samemu przeglądać sobie wyciągi po zalogowaniu i mieć pewność, że bank nigdy, w żadnej sprawie, nie będzie do nas pisał e-maila? Z drugiej jednak strony co się stanie, jeśli z powodu braku informacji z banku sam zapomnę ściągnąć sobie wyciąg z konta i dopiero po trzech miesiącach zorientuję się, że na tym wyciągu są jakieś "lewe", nie autoryzowane transakcje? Czy bank nie odeśle mnie z kwitkiem twierdząc, że na zareklamowanie wyciągu jest tylko 30 dni? A może nowy sposób zasysania wyciągów to ani kwestia oszczędności, ani bezpieczeństwa, lecz próba przyzwyczajania klientów do tego, by częściej wchodzili na strony banku oraz do aplikacji mobilnej (bo np. Smart Bank jest głównie bankiem smartfonowym). Jeśli tak, to pytanie brzmi: czy klienci są już przygotowani na tę nowoczesność. Ci, którzy piszą do mnie ze skargami - raczej nie. . Niezależnie od przyczyny: bank powinien poinformować klientów dlaczego robi tak, jak robi. Bo klient nie poinformowany łatwiej się wkurza.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank nie chce wysyłać klientom wyciągów. Nawet e-mailem. Czy tak będzie bezpieczniej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 sierpnia 2016 09:26
  • poniedziałek, 22 sierpnia 2016
    • Ale kowboj! Ten sędzia w sprawie franków zmiażdżył nawet... wyrok Sądu Najwyższego!

      Pisałem już w blogu, że moim zdaniem spór wokół kredytów frankowych wchodzi w decydującą fazę. Nie z powodu szykowanego przez polityków rozwiązania problemu (bo politycy niczego nie rozwiążą - chyba nikt już nie ma co do tego złudzeń), lecz raczej dzięki sądom. Wiele wytoczonych przez klientów procesów wchodzi w decydującą fazę i ich wyniki mogą wytyczyć dalszy przebieg wydarzeń. Jeszcze rok-dwa lata temu orzecznictwo w sądach było na tyle nieprzyjazne kredytobiorcom, że na wojnę prawniczą z bankami szli tylko najwięksi desperaci Ale teraz... Niedawno opisywałem raport Rzecznika Finansowego dotyczący kredytów walutowych, z którego wynika, że to w ogóle nie są kredyty. Ten dokument nie jest dla nikogo wiążący, ale sądy mogą go brać pod uwagę w procesach wytaczanych bankom przez frankowiczów. Opisywałem też pierwszy w Polsce wyrok, którego skutkiem jest "odwalutowanie" kredytu z powodu klauzul abuzywnych "zainstalowanych" w umowie.

      Pisałem, że te dwa wydarzenia mogą zwiastować duże zmiany w orzecznictwie dotyczącym kredytów frankowych. Wcześniej bywały już korzystne dla klientów wyroki, ale dotyczyły one albo bardzo specyficznych sytuacji, albo wyjątkowo znaczących uchybień banku. Niedawny wyrok dotyczy "standardowego" kredytu frankowego, który nie miał żadnych "znaków szczególnych". Jego wadą było tylko to, że był... jeden. Ale dziś mam dla Was kolejną małą sensację: wyrok dotyczący kredytu denominowanego we frankach, z oprocentowaniem ustalanym decyzją zarządu banku i z luźno określonym spreadem walutowym. Klientka zaskarżyła go w sądzie żądając "odwalutowania". Pozew wpłynął 30 sierpnia 2015 r. (nota bene dotyczył kredytu zawartego dokładnie - co do dnia! - 10 lat wcześniej), a już dziś mamy wyrok pierwszej instancji. I to jaki! Sędzia był tak prokonsumencki, że zbeształ nawet orzeczenia Sądu Najwyższego, na które powołał się bank!

      Ale po kolei. Mniej więcej 11 lat temu klientka Santander Consumer Banku (dziś będącego częścią grupy BZ WBK) zaciągnęła 300.000 zł kredytu indeksowanego kursem szwajcarskiej waluty. Przez cały ten czas kredyt spłacała, choć od czasu do czasu miała pewne kłopoty z terminowością, co skutkowało naliczaniem przez bank opłat windykacyjnych. Ponad rok temu doszła do wniosku, że jej umowa jest naszpikowana abuzywnym klauzulami. M.in. klauzula dotycząca spreadu jest nieprecyzyjna, warunki zmiany oprocentowania (przypomnijmy - mogło się ono zmieniać decyzją zarządu) dawały bankowi zbyt wielką swobodę, zaś naliczane opłaty windykacyjne były pobierane z jej konta "po uważaniu", a więc też w sposób urągający cywizowanym relacjom bank-klienta. Aha, było też ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, które bank ściągał z konta, ale od niczego klientki nie chroniło. O, taki pakiecik ;-).

      Klientka zażądała wykreślenia niewiążących jej klauzul z umowy i wyliczyła straty związane z ich funkcjonowaniem do tej pory na ponad 54.000 zł. Z tego większość przypadła na niesłuszne wzbogacenie banku z tytułu waloryzowania rat kursem franka (49.000 zł), a jakieś drobne pieniądze na kwestię opłat windykacyjnych (3000 zł) oraz ubezpieczenia niskiego wkładu własnego (2000 zł). Jej zdaniem po wykreśleniu "lewych" zapisów kredyt stał się kredytem złotowym o stałej stopie procentowej. A ta - w momencie podpisywania umowy - wynosiła 3,36%. Na plusie oczywiście, bo 11 lat temu nikomu się nawet nie śniło, że w Szwajcarii będą ujemne stopy procentowe :-). Prawnicy banku w odpowiedzi na pozew puknęli się w czoło i przekazali sędziemu, że ich zdaniem "żądanie nie zostało wykazane co do zasady i co do wysokości". To taki elegancki prawniczy zwrot równoznaczny z wysłaniem powoda na najbliższe drzewo ;-).

      Argumentacja banku była dość typowa: mianowicie, że "wykastrowanie" z umowy kwestii dotyczących spreadu i zmian oprocentowania nie oznacza jeszcze, że klientka ma kredyt złotowy o stałym oprocenowaniu. I jeśli by nawet - oświadczyli pełnomocnicy Santander Consumer - w umowie istniały jakieś abuzywne klauzule, to po ich uznaniu za niedozwolone umowa wciąż pozostaje umową o zmiennej stopie procentowej, a bank "był - co do zasady - uprawniony do waloryzacji świadczenia i zmiany oprocentowania". Innymi słowy: "może coś i tak skopaliśmy w umowie, ale niech sąd w takim razie ustali jak powinno się zmieniać "sprawiedliwe" oprocentowanie kredytu i jaki powinien być "sprawiedliwy" spread. Obie strony przedstawiły mnóstwo dowodów, papierów, dokumentów i świadków, ale sąd był łebski i większość wniosków poodrzucał (łącznie z tabelami kursów), żeby się nie zagrzebać w szczegółach. I żeby nie skończyć tak, jak ten sąd: ;-)

      Po pierwsze sąd uznał, że taka umowa - mimo waloryzowania długu kursem franka, wypłacenia klientce kredytu w złotych oraz spłacania rat w złotych - jest umową o kredyt bankowy. Sąd stwierdził, że zgodnie z art. 69 ust. 5 Prawa bankowego umowa powinna regulować sprawę wysokości oprocentowania i warunków jego zmiany, a skoro umowa te elementy zawierałą, to nie ma co zastanawiać się nad unieważnieniem umowy albo uznaniem, że to nie był kredyt, tylko jakiś instrument pochodny (a taką linię ataku prezentują w sądach niektórzy frankowicze). Sąd ochrzanił też klientkę za wysuwanie argumentów typu "niedokładnie przeczytałam umowę, bo była skomplikowana". I miał trochę racji, bo tak się składa, że klientka jest prawniczką z wykształcenia i "niedokładne przeczytanie umowy" w jej przypadku jest niewymownym obciachem.

      Po drugie sąd ochrzanił prawników banku, którzy chcieli wciskać farmazony, że sąd nie może badać abuzywności klauzuli waloryzacyjnej (a także pozostałych), gdyż była uzgodniona z klientką indywidualnie, dotyczyła głównych świadczeń stron oraz została skonstruowana w sposób jednoznaczny. Sąd postukał się w czoło i ogłosił, że np. klauzula waloryzacyjna nie ustala świadczenia głównego, a tylko wprowadza reżim umowny jego podwyższania. I że nie ma w papierach żadnego śladu po tym, by wzorzec umowy, przedstawiony klientce do podpisu, był z nią jakoś konsultowany. A to oznacza, że nie można sądowi zabronić sprawdzenia (w myśl art. 385 Kodeksu cywilnego), czy fragmenty umowy dotyczące waloryzacji (a potem też ustalania oprocentowania, ubezpieczenia wkładu własnego i opłat windykacyjnych) są abuzywne, czy nie. Oprocentowanie to co prawda jest świadczenie główne, ale je też można badać pod kątem abuzywności, o ile jest opisane niejednoznacznie. 

      W sprawie klauzuli spreadowej sąd uznał, że z powodu nieprecyzyjnych zasad przeliczania kursów klient nie miał możliwości określić ile będzie go kosztował kredyt, więc abuzywność jest oczywista. Bank określił w umowie, że sam określa kursy, więc miał pełną dowolność w wykorzystywaniu swojej dominującej pozycji. Fe, nieładnie, banku ty!

      wyrokwroc1

      Jeśli chodzi o klauzulę dotyczącą możliwości zmian oprocentowania mocą decyzji zarządu, sąd przyczepił się do sfomułowania, że mogą one następować "w każdym czasie". Jakkolwiek opis czynników uprawniających zarząd do zmiany oprocentowania sąd uznał za prezycyjny, to sformułowanie, że zarząd może podjąć decyzję o zmianie oprocentowania "w każdym czasie" jest już - zdaniem sądu - lekką przesadą.

      wyrokwroc2

      Jeśli chodzi o koszty czynności windykacyjnych to sąd uznał, że przerzucają one na klientkę w sposób ryczałtowy koszty monitowania i że to nie jest fair. Zwłaszcza, że bank "zapomniał" poinformować klientę w momencie podpisywania umowy jak będą wyglądały procedury windykacyjne, w jakiej kolejności będą uruchamiane i z jaką częstością stosowane. I to też jest nie fair (czyli sprzeczne z dobrymi obyczajami). Sąd przypomniał przy okazji wyrok SOKiK-u odnoszący się właśnie do takich ryczałtowych opłat za monity (sygnatura akt XVII AmC 624/09). W przypadku ubezpieczenia niskiego wkładu własnego sąd uznał zaś, że klientka nie została właściwie poinformowana o istocie działania takiego ubezpieczenia, a więc o tym, że mimo opłacania składki nie będzie jej przysługiwało żadne prawo związane z polisą (bo i stroną umowy i uposażonym jest bank). 

      Sąd nie dał się namówić na uznanie, że klientka samodzielnie zdecydowała o wykupieniu ubezpieczenia, bo nie miała wystaczającego wkładu własnego. "Takie założenie byłoby dopuszczalne tylko wtedy, gdyby powódka miała świadomość wszystkich uprawnień i obowiązków związanych z umową polisy" - powiedział sąd. Generalnie więc we wszystkich czterech punktach - waloryzacja z nieprecyzyjnym spreadem, możliwości zmiany oprocentowania, nakładanie opłat za windykację oraz ubezpieczenie niskiego wkładu własnego - sąd stanął po stronie klientki. Ale to oczywiście jeszcze nie oznaczało, że sąd "zdewalutuje" jej kredyt. Wszystko zależało od tego jak sędzia spojrzy na skutki abuzywności klauzul w umowie klientki. Wykreśli je i każe czytać umowę tak, jak gdyby ich nie było, czy też zatrzyma się w rozkroku i stwierdzi, że ta umowa po takiej "kastracji" nie ma sensu?

      Bankowcy oczywiście chcieli, żeby uznać, iż umowa nadal jest waloryzowana i nadal ma zmienne oprocentowanie, a jej wadą jest jedynie "brak skonkretyzowania sposobu wykonania zobowiązań". I że trzeba najpierw uzgodnić "sprawiedliwe" zasady waloryzacji, a dopiero potem liczyć zobowiązania klientki. Sąd uznał, że nie jest uprawniony do ingerowania w umowę i że zgodnie z orzecznictwem Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (wyrok C-618/10) umowa może obowiązywać dalej bez fragmentów "wygumkowanych". I że gdyby można było negocjować w sprawie konsekwencji zapisów abuzywanych, to stanowiłoby to zachętę do sporządzania takich "lewych" zapisów przez m.in. bankowych cwaniaków.

      wyrokwroc3

      Czy kredyt denominowany we frankach szwajcarskich może być spłacany w złotych? Sąd uważa, że jak najbardziej, ponieważ jego zdaniem kredyt nie jest "walutowy", a jedynie "rozliczany" w walucie obcej. A skoro mówimy jedynie o zmianie zasad tego "rozliczania", to nie ma obaw, że mamy w umowie nie dającą się niczym wypełnić lukę.

      wyrokwroc4

      No i na koniec absolutny hit. Sędzia Sądu Rejonowego okazał się na tyle pewny prawidłowości swojego toku myślenia, że był łaskaw wyrzucić na śmietnik historii nawet... wyrok Sądu Najwyższego. Co prawda w Polsce nie ma zasady precedensu, a więc wyroki Sądu Najwyższego nie są wiążące dla wszystkich sędziów w Polsce, ale rzadko się zdarza, by w "rejonie" sędzia promował argumenty sprzeczne z tym, co mówi "najwyższy". A tu proszę:

      wyrokwroc5

      Sędzia nie zgodził się z wyrokiem i tokiem myślenia Sądu Najwyższego (wyrok II CSK 768/14, czyli słynna sprawa "Nabitych", która została "uwalona" w Sądzie Najwyższym po dwóch wyrokach korzystnych dla klientów w "okręgu" i apelacji), z którego wynikało, że uznanie za abuzywną klauzuli zmiennego oprocentowania nie powoduje, że kredyt automatycznie staje się stałoprocentowy. Zdaniem sędziego rozpatrującego pozew klientki Santander Consumer w takim przypadku po prostu ustala się nową treść umowy z pominięciem fragmentów niewiążących klienta (przynajmniej w sytuacji, gdy w umowie nie ma żadnych innych postanowień na ten temat).

      Wyrok jest bardzo odważny i widać, że sędzia, który go wydał, bardzo dokładnie prześledził argumentację prawną krajową oraz orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE. I że ma w tej sprawie bardzo ugruntowane zdanie. Na tyle mocne, że pozwolił sobie na ochrzan pod adresem Sądu Najwyższego. Oczywiście decydująca bitwa jeszcze przed nami (a konkretnie przed klientką Santander Consumer ;-)), bo ten wyrok musi jeszcze przejść przez apelację oraz przez pewną jak w banku kasację (a jakże, w Sądzie Najwyższym :-)), co może być ciekawym doświadczeniem dla sądów wszelkich możliwych instancji ;-)). Ale wygląda na to, że w sędziach w sprawie franków coś zaczyna pękać. Jeszcze rok temu wydawali wyroki salomonowe, stawali w rozkroku, zadawali pytania prawne, spychali sprawy do wyższej instancji... Tu mamy już drugi przykład takiego postawienia sprawy, które powoduje automatyczne przewalutowanie kredytu frankowego. Im więcej takich wyroków będzie, tym większa szansa na to, że banki - widząc ryzyko prawne umów frankowych - będą same proponowały klientom jakieś wyjście z sytuacji. Wyrok, którego treść i uzasadnienie dziś Wam zrelacjonowałem, wydał Sąd Rejonowy dla Wrocławia-Fabrycznej, a sygnatura akt to XIV C 2126/15. Klienta reprezentowała kancelaria K&L Legal

      GORĄCE TRIKI NA WAKACJE. Kiedy najlepiej wybrać się na urlop? Gdzie lepiej polecieć z biurem podróży, a gdzie solo? Jak zapłacić za urlop, żeby mieć największe prawa konsumenckie do dyspozycji? Zapraszam do obejrzenia wyjątkowo gorącego wideo. Jeśli jeszcze nie jesteście na wakacjach, to po obejrzeniu tego klipu zapragniecie natychmiast się na nich znaleźć ;-)

      Co zrobić, żeby wakacje były tańsze? Oto przegląd trików, które pozwalają zaoszczędzić na wakacjach całkiem przyjemne kwoty. Sprawdzone osobiście ;-)

      DYWIDENDA JAK W BANKU. (NIE)BEZPIECZNE POŁOWY. W ramach sprawdzania czy jest dla naszych pieniędzy jakaś alternatywa dla 1% z bankowego depozytu udałem się na ryby. Myślałem, że najgorsze będzie starcie z giełdowymi rekinami, ale nie - cios przyszedł z najmniej oczekiwanej strony. A więcej o całej akcji piszę pod tym linkiem

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już ponad 34.000!), na Twitterze(tu wraz ze mną zaprasza prawie 9000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowegomaciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. Jeśli potrzebujesz rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - pisz naekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Cię bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (45) Pokaż komentarze do wpisu „Ale kowboj! Ten sędzia w sprawie franków zmiażdżył nawet... wyrok Sądu Najwyższego!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 sierpnia 2016 10:54
    • Na igrzyskach w Rio rządził... PKB. Czy naszych 11 medali to sukces czy klęska? Policzyłem :-)

      rio_logotypW chwili, gdy piszę te słowa, trwają jeszcze olimpijskie olimpijskie "dorzynki", czyli ostatnie rozdawanie medali. W sumie walka o medale odbyła się w 28 dyscyplinach sportu i 306 różnych konkurencjach. I już wiadomo, że największy medalowy łup zgarnęli Amerykanie, a walka o drugie miejsce w klasyfikacji medalowej rozgrywa się między Wielką Brytanią, a Chinami. Czwartą i piątą sportową potęgą świata okazały się Rosja i Niemcy, a szóstą - Japonia. Każda z tych ekip zdobyła dwucyfrową liczbę złotych medali. Jeśli się uprzemy, to do megapotęg sportowych możemy jeszcze zaliczyć Francuzów, którzy zdobyli prawie tyle medali, co Niemcy i Rosjanie (40 krążków), ale mają mniej złotych.

      My wracamy z 11 medalami, w tym dwoma złotymi oraz z jednym rekordem świata (Anity Włodarczyk). Niby lepiej, niż w Atenach, Pekinie i Londynie (wtedy było po 10 medali), ale miejsce Polski w klasyfikacji medalowej w okolicach 30 pozycji na świecie nie odzwierciedla naszej potęgi. Generalnie można wyróżnić tylko trzy konkurencje, w których Polska rulez: łajby wszelkiej maści, rzucanie w dal oraz jeżdżenie na rowerze. No bo tak: cztery medale mamy w kajakarstwie i wioślarstwie, dwa w kolarstwie (szosowym i górskim), jeden z sportach walki (zapasy) oraz trzy w rzucaniu ciężkimi przedmiotami (dysk i młot). Do tego jeszcze jeden medal we wszystko-robieniu, czyli w pięcioboju. No i pewnie warto wyróżnić nasz najlepszy sport zespołowy - piłkę ręczną - w którym medalu do prawda nie ugraliśmy, ale czwarte miejsce na świecie też daje radę.

      Czytaj też: Wielka kasa dla polskich bohaterów igrzysk w Rio. Zobacz ile zarobili!

      "The Economist" zrobił ciekawe wyliczenie, z którego wynika jak przekłada się rozwój gospodarki na wzrost wyników sportowych w wybranych krajach. Na osi poziomej umieścili PKB poszczególnych krajów, a na pionowej - liczbę medali olimpijskich w kilku poprzednich igrzyskach (jeszcze bez Rio). Generalnie powinno być tak, że jeśli kraj się bogaci, to ma więcej pieniędzy na szkolenie sportowców i zdobywa więcej medali. A więc "ścieżka olimpijska" kraju powinna się przesuwać w górę. Idealnie wygląda to jedynie w przypadku Wielkiej Brytanii - stosunkowo niewielki wzrost PKB, ale stały i dość stromy wzrost liczby medali w czterech ostatnich igrzyskach. Patrząc na klasyfikację medalową w Rio (67 medali) - trend zostanie utrzymany, choć wzrost się wypłaszczy. W przypadku Indii jest podobnie, ale im liczba medali (w Rio - tylko dwa) rośnie relatywnie bardzo wolno w stosunku do wzrostu bogactwa kraju (linia idzie w górę, ale nie jest stroma).

      gold_olimpics

      A inne kraje? W przypadku USA już można marudzić, bo linia powoli się załamuje (medale przestały nadążać za gospodarką). W przypadku Chin - podobnie, a w przypadku Australii widać korelację odwrotną od zamierzonej - im większy PKB kraju, tym gorzej idzie sportowcom. W Rio - tylko 29 medali, więc wykres nadal będzie spadał. W Rosji w ostatnich 12 latach też sportowcy się zwijali i po Rio (56 medali) spadek nabierze mocy (choć w tym przypadku mamy okoliczności dodatkowe, czyli wykluczenia za doping i recesję w gospodarce). W przypadku Polski w ogóle trudno byłoby cokolwiek narysować, bo nasz urobek medalowy jest od 16 lat mniej więcej taki sam, co oznacza, że nasz sport w ogóle nie reaguje na bogacenie się kraju. A że kraj się bogaci, to pokazuje nam wykres, który daję poniżej po prawej stronie oraz linkuję tutaj.  Wygląda jednak na to, że budujemy raczej drugą Australię, niż Wielką Brytanię. Przynajmniej pod względem sportowym. :-)).

      igrzyskamedalsPorównując PKB największych krajów wystawiających swoich sportowców na igrzyskach oraz ich urobek medalowy trzeba powiedzieć, że powiązanie jest i to niemałe ;-). Klasyfikację medalową na igrzyskach w Rio wklejam obok, zaś pełną wersję możecie sobie zguglować tutaj). Po pierwsze: stosunek medali zdobytych przez reprezentantów USA i Chin jest niemal identyczny jak relacja PKB tych krajów (w obu przypadkach Chiny reprezentują ok. 60% potencjału USA). Po drugie: pierwsza piątka w klasyfikacji medalowej igrzysk niemal co do joty pokrywa się z pierwszą piątką najbogatszych krajów świata. Oczywiście są pewne przesunięcia jeśli chodzi o konkretne miejsca. Lepszy potencjał sportowy od gospodarczego zaprezentowała Wielka Brytania (piąta gospodarka świata i druga w klasyfikacji medalowej), a gorszy - Japonia (trzecia gospodarka świata i szóste miejsce jeśli chodzi o "medalowość"). Ale w zasadzie jedynym "obcym ciałem" była w czołówce medalowej klasyfikacji Rosja (czternasta gospodarka świata).

      Po trzecie: żeby dostać się do pierwszej dziesiątki klasyfikacji medalowej w Rio PKBpoland25lat1trzeba legitymować się miejscem w piewszej piętnastce w klasyfikacji potęg gospodarczych świata. Oczywiście bycie potęgą gospodarczą nie gwarantuje worka medali. Niektórzy z gigantów ekonomicznych okazali się być sportowymi nielotami. Mowa tu zwłaszcza o Kanadzie (dopiero dwudzieste miejsce w medalach), Indiach i Meksyku (nędza medalowa). Ale w drugą stronę ta zasada działa perfekcyjnie, niczym pani domu: żaden gospodarczy przeciętniak nie miał najmniejszych szans, by zdobyć więcej, niż 20 medali i cieszyć się miejscem w pierwszej dziesiątce w klasyfikacji medalowej. W sumie najbliżej znaleźli się Węgrzy, którzy uciułali 15 medali i byli jedynym nisko notowanym krajem pod względem PKB, który w klasyfikacji medalowej tak wysoko zawędrował. Ach ten Orban, nawet na igrzyskach nas prześladuje ;-).

      Polska pod względem PKB jest notowana mniej więcej - według różnych rankingów (tu oraz na obrazku obok macie dane z prognozami na bieżący rok w milionach dolarów) - między 20-tym a 25-tym miescem na świecie (jakieś 500 mld dolarów PKB rocznie) i w pkb2016mln_doltym kontekście trudno powiedzieć, żebyśmy sportowo zadali szyku - w klasyfikacji medalowej pałętamy się na 33-cim miejscu, a więc poniżej naszego potencjału wyznaczanego przez cyferki gospodarcze. Inna sprawa, że wystarczyłoby zamienić jeden srebrny medal na złoty (np. gdyby w ostatnim rzucie niemiecki młociarz nie przerzucił Pawła Małachowskiego, zabierając mu złoto, nie mówiąc już o Pawle Fajdku, który złoty medal powinien dostać przez aklamację, jeszcze przed konkursem, a wraca z niczym), a tabela z medalami w stu procentach zgadzałaby się z naszą pozycją w światowej klasyfikacji PKB ;-)).

      No to jeszcze na koniec sprawdziłem w przypadku którego kraju najbardziej powiodła się motywacja finansowa sportowców. Jak wiecie - pisałem o tym w blogu - większość krajów zapowiedziała, że będzie płaciła sportowcom za medale. W przypadku polskich złotych medalistów tą nagrodą jest niemałą kasa brana od razu oraz emerytura olimpijska (nie mówiąc o nagrodach od sponsorów) - w sumie wychodzi 3700 zł miesięcznie od czterdziestych urodzin do końca życia. Ale były kraje, które płaciły więcej, takie które płaciły mniej... Kto najlepiej zmotywował sportowców? Od razu trzeba powiedzieć, że pierwsze miejsca w klasyfikacji medalowej zdobyły kraje, które albo w ogóle nie płacą za medale (Wielka Brytania), albo płacą mało (USA). Amerykański złoty medalista w wartościach realnych za pierwsze mejsce dostaje pięć razy mniej, niż polski sportowiec.

      Wiadomo, że na igrzyskach nie chodzi o pieniądze i że medal olimpijski jest bezcenny, ale jednak można zauważyć pewną korelację między premiami finansowymi wypłacanymi zawodnikom, a liczbą medali (ciekawy kawałek o premiach dla zawodników znalazłem w serwisie CNN). Według danych cytowanych przez "Przegląd Sportowy" taki np. Azerbejdżan płacił swoim sportowcom po 2 mln zł za złoty medal, połowę tego za sebrny i ćwiartkę za brązowy. No i 15 medali "urzeźbili". Ale chyba wizja najwyższych wypłat ich usztywniła, bo zdobywali głównie medale brązowe ;-). W Kazachstanie płacili prawie 800.000 zł za złoto i mają aż 17 medali (w tym trzy złote). Węgrzy inkasowali prawie pół miliona złotych za pierwsze miejsce i tej motywacji starczyło im na 15 medali (aż osiem złotych). Ale z drugiej strony wysokie premie nie spowodowały wysypu medali w Indonezji (do "wyjęcia" było półtora miliona złotych), ani w Serbii (skończyła z siedmioma medalami, choć premie płaciła dwa razy większe, niż my. Ukraina płaciła cztery razy więcej, a medali też ma 11 - jak my. Prawda jest jednak taka, że niewiele krajów (ściślej pisząc - dwa) płaciło za medale więcej, niż my, a skończyły w klasyfikacji niżej od nas.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Na igrzyskach w Rio rządził... PKB. Czy naszych 11 medali to sukces czy klęska? Policzyłem :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 sierpnia 2016 08:56
  • niedziela, 21 sierpnia 2016
    • "Wpłać pieniądze, oglądaj reklamy i zarabiaj". Traffic Monsoon leży, ale... ma naśladowców

      Pisałem niedawno o spektakularnym finale przedsięwzięcia o nazwie Trafic Monsoon, polegającego na tym, że jego uczestnicy kupowali za 50 dolarów usługi reklamowe, zobowiązywali się do oglądania reklam innych użytkowników, a w zamian za to zarabiali 55 dolarów. Interesem kręcił niejaki Charles Scoville, który wciągnął ludzi na całym świecie w kupowanie "biletów wstępu" do zarabiania na oglądaniu reklam. Tak jak podejrzawałem, gdy po raz pierwszy zainteresowałem się "monsunem zysków", rzecz prawdopodobnie miała znamiona piramidy finansowej. Na razie tak twierdzi amerykański nadzór giełdowy SEC, który złożył w tej sprawie pozew do amerykańskiego sądu, a ten tymczasowo "zamroził" działanie firmy. Według SEC aż 99% przychodów firmy pochodziło ze sprzedaży ad-packów (czyli tych pakietów reklamowych po 50 dolarów), co z kolei oznacza, że 5 dolarów zysku z każdego ad-packa musiało pochodzić z wpłat nowych klientów, a nie z jakiejś "wartości dodanej" oferowanej przez firmę. 

      Czytaj też: Ukraińscy "alchemicy finansów" i 18% miesięcznie do wzięcia. I kłody ;-)

      Kłopot w tym, że działających na podobnej zasadzie firm - polskich i międzynarodowych - w ostatnim czasie pojawiło się w naszym internecie mnóstwo. Nie wiadomo ilu uczestników skusiły, ale można przypuszczać, że są to dziesiątki tysięcy osób przekonanych o tym, że los dał im szansę znaleźć się przy maszynce do robienia pieniędzy. Niedawno koleżanka-dziennikarka prosiła mnie, żebym przemówił do rozsądku jej bratu, który poszedł na jakąś wrocławską prezentację biznesu o nazwie MyAdvertisingPays, który chwali się, że ma 300.000 klientów na całym świecie, a nowych kusi takimi oto bon--motami.

      "Nie musisz nic sprzedawać. Pracujesz tylko przez 10 minut dziennie oglądając w tym czasie 10 reklam. Zarobione pieniądze możesz wypłacać codziennie, a Twój dochód jest ciągle pomnażany i rośnie nawet gdy śpisz!".

      Podobne obietnice znanazłem na stronach podobnych programów, pleniących się w sieci jak stonka. FutureAdPro (tu podobno płacą po 60 dolarów z każdych "zainwestowanych" 50 "zielonych"), MxRevShare (10% zysku z każdej "paczki", ale można "zainwestować" nie tylko 50 dolarów, ale też 25 lub tylko 5 "zielonych") ... Większość z tych serwisów ma polską wersję językową i nadwiślańską społeczność buszującą po portalach społecznościowych. A liderzy dbają o motywowanie członków, publikując filmiki w luksusowych samochodach, albo z grubymi plikami banknotów z rękach.

      myadverpays

      Nie dziwię się, że to działa na ludzi, którzy chcieliby szybko zarabiać pieniądze i się przy tym nie zmęczyć. Każdy by chciał. Na pierwszy rzut oka pomysł nawet wygląda uczciwie i realnie - kupujesz reklamy i pozyskujesz klientów, oglądasz reklamy innych i oni dzięki temu zyskują... I dzielimy się zyskami z tego całego "konsorcjum". Przewaga tego sposobu zarabiania pieniędzy nad innymi ma polegać na tym, że tu nie trzeba nic nikomu wciskać, sprzedawać, ani do niczego naganiać. Zwykła wymiana reklam. Niektórzy uczestnicy tego "biznesu" kupują po kilkadziesiąt, a nawet kilkaset ad-packów. Bo im więcej pieniędzy "pracuje"...

      mxrevsharepic

      Dopiero po głębszym zastanowieniu to zaczyna wyglądać podejrzanie. Skoro wszyscy płacą po 50 dolarów i nawzajem oglądają swoje reklamy, to skąd miałoby pochodzić te 5-10 dolarów "ekstra"? Albo reklamy musiałyby przynosić jakieś zyski z ich emitowania poza siecią członków kupujących ad-packi, albo firma musiałaby gdzieś bardzo korzystnie inwestować te pieniądze (pamiętacie Amber Gold? ;-)), albo... zyski biorą się z przypływu do systemu nowych członków. A to byłaby piramidka ;-). Zresztą nie tylko ja mam w tej sprawie pewne wątpliwości ;-). Jeśli istnieje jeszcze jakaś inna opcja - dajcie znać, to może mnie przekonacie i też kupię trochę ad-packów ;-)

      Zamknięcie (na razie tymczasowe) Traffic Monsoon nie jest jedyną "aferą" dotyczącą systemu opartego na kupowaniu i sprzedawaniu reklam w sieci, albo pisząc szerzej - na budowaniu sieci ludzi wymieniających się kontentem, z czego ma się mnożyć pieniądz ;-). W 2013 r. karierę wśród polskich internautów robił program reklamowy Banner Broker. Firma wymagała od klientów wykupienia abonamentu i obiecywała gigantyczne, gwarantowane zyski. Np. kupujesz "pakiet żółty" za 10 dolarów i w ciągu trzech tygodni wraca do ciebie dwa razy tyle. W zeszłym roku kanadyjska policja aresztowała twórcó platformy, oskarżając ich o prowadzenie piramidy finansowej. Z danych podanych przez tamtejszy wymiar sprawiedliwości wynika, że Banners Broker pożarł 93 mln dolarów, z czego mniej więcej połowa wróciła do członków. "Pewnie zastanawiacie się Państwo, ile pieniędzy można zarobić z BannersBroker? Odpowiedź jest prosta: tyle ile chcemy!" - tak reklamowano ten program polskim internautom. Nie wiem jak Wam, ale mnie to bardzo przypomina banery reklamowe MyAdvertisingPays, MxRevShare, czy FutureAdPro. Ale może jestem przewrażliwiony ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Wpłać pieniądze, oglądaj reklamy i zarabiaj". Traffic Monsoon leży, ale... ma naśladowców”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 sierpnia 2016 10:26
  • piątek, 19 sierpnia 2016
    • Ile kosztuje kredyt repolonizacyj... tfu, co ja... konsolidacyjny po zniżce o dwie trzecie? Liczę ;-)

      Reklamy Alior Banku - głównego narzędzia repolonizacji branży bankowej w Polsce - to przeważnie marketingowe majstersztyki. Ludzie, którzy odpowiadają tam za jakość "kuszenia" klientów doskonale wiedzą gdzie trzeba połechtać, żeby człowiek nie mógł się oprzeć "wyższej kulturze bankowości". Alior w ciągu kilku lat wyrósł ze start-upu na jeden z największych banków w Polsce i jednocześnie najbardziej "wydajny", czyli najskuteczniej wyciskający klientów. Wiele rzeczy w Alior Banku jest najtańszych "tylko na niby" albo najtańsze "pod warunkiem, że". Gdybym tego nie wiedział, to zapewne zacząłbym się zastanawiać nad fenomenem pożyczki konsolidacyjnej, którą ostatnio reklamuje Alior Bank w telewizji spotem z żaglowcem. Bo na pierwszy rzut oka oferta ta - jak większość produktów w Aliorze - wygląda re-we-la-cyj-nie. Zresztą zobaczcie sami. Nie sposób się nie zakochać w tym pożyczkowcu ;-). Na jego tle inne banki rzeczywiście wyglądają jak jakieś żałosne łajby spod ciemnej gwiazdy ;-)

      W reklamie aliorowcy obiecują, że jeśli w ciągu ostatniego roku nie mieliśmy żadnych opóźnień w spłacie "starego" kredytu i przeniesiemy go do Aliora, to dostaniemy od ręki 30% obniżki w oprocentowaniu. I po każdym kolejnym roku uczciwej spłaty ta zniżka w oprocentowaniu rośnie, by ostatecznie osiągnąć 60%. Kto nie przeniósłby kredytu, skoro ten nowy może być po jakimś czasie tańszy o dwie trzecie?! A jeśli jeszcze uświadomimy sobie, że w Polsce obowiązuje ustawa antylichwiarska i kredyty nie bywają oprocentowane wyżej, niż na 10%, to dojdziemy do wniosku, że Alior jest w stanie pożyczyć nam kasę nawet na... 4% w skali roku. A to cena, która może być niższa od niejednego kredytu hipotecznego, zabezpieczonego nieruchomością.

      Czytaj też: Obiecują, że zetną oprocentowanie pożyczki o jedną trzecią. Warto skorzystać?

      Gdzie kryje się pułapka? Oprocentowanie kredytu dzięki wejściu na pokład żaglowca rzeczywiście staje się niskie - tuż po przeniesieniu długu z innego banku będzie wynosiło maksymalnie 7% w skali roku (lub mniej, o ile klient przyniesie z poprzedniego banku papiery, że jego kredyt był oprocentowany niżej, niż na 10% w skali roku). Co to może oznaczać na konkretnych cyferkach? Jeśli mam 30.000 zł długu udzielonego na 10% i do końca spłaty zostało mi pięć lat, to płacę miesięcznie 637 zł raty, a łącznie odsetki będą kosztowały mnie 8.239 zł. Jeśli zrefinansuję ten dług w Aliorze, to już na starcie moja rata zjeżdża do 594 zł (czyli co miesiąc mam 43 zł oszczędności), a średnio w całym okresie spłaty - uwzględniając, że docelowo oprocentowanie spadnie do 4% - będę płacił tylko 566 zł miesięcznie. Łącznie szacowany koszt odsetek w ciągu pięciu lat zjedzie poniżej 4.000 zł.

      aliorprzych2016Niestety, biletem wstępu na aliorowski żaglowiec jest prowizja i ubezpieczenie. To, co zaoszczędziłbym na moim 30-tysięcznym kredycie - 4.000-4.500 zł w odsetkach - mam szansę "umoczyć" w opłatach dodatkowych. Prowizja za udzielenie kredytu konsolidacyjnego w Alior banku wynosi bowiem - trzymajcie się mocno foteli - nawet 16%. Może być mniejsza (bank ma pełną swobodę w jej ustaleniu w zakresie od zera do 16%), ale jeśli słabo negocjuję i zostanę ulokowany w pobliżu górnych wideł (np. zapłacę 14% prowizji) to koszt kredytu automatycznie rośnie o 4.200 zł. Jeśli ta prowizja jest kredytowana, czyli doliczona do kwoty kredytu, to ostatecznie i od niej płacę odsetki. W ciągu pięciu lat będzie to dodatkowy tysiączek. Dodajmy jeszcze ubezpieczenie na życie, którego wykupienie też jest warunkiem promocyjnej oferty - czyli bez tego nie wpuszczą nas pod banderę Aliora. Koszt ubezpieczenia jest spory - 0,25% miesięcznie od kwoty kredytu.

      Z regulaminu nie wynika czy jest to kwota kredytu pozostała do spłaty, czy "startowa", ale trzeba zakładać raczej ten drugi scenariusz. Jeśli tak, to pięcioletni kredyt (60 miesięcy) o wartości 34.000 zł (aż tyle, bo po doliczeniu skredytowanej prowizji) będzie droższy o 3% w skali roku. A składki ubezpieczeniowe wyniosą w całym okresie kredytowania 5.100 zł. Jeśli i tę składkę skredytujemy, to łącznie z oprocentowaniem kredytu otrzymujemy kwotę do zwrotu rzędu 44.000 zł. Dopływamy do portu "spłata" z sukcesem, ale tanio wcale być nie musi. Oczywiście: to skrajnie pesymistyczny scenariusz. W przykładzie reprezentatywnym Alior Bank podaje znacznie bardziej optymistyczne dla klienta parametry - przy pożyczce 50.000 zł i prowizji za jej udzielenie na poziomie 4% oraz 52 ratach (czyli niecałych czterech i pół roku spłacania) wychodzi im kwota do zwrotu na poziomie 66.800 zł - w tym 2.300 zł prowizji, 9.300 zł odsetek oraz 5.200 zł składki ubezpieczeniowej.

      To koszt porównywalny do kredytu bez żadnych prowizji i dodatkowych obciążeń, oprocentowanego na 14% w skali roku. Jak na stan po zniżce o 60% - niespecjalnie wstrząsająca oferta. Opłacalność całego interesu zależy w głównej mierze od tego, czy ten "stary" kredyt, który chcielibyśmy zamienić na tańszy, został obłożony wysoką prowizją, którą już zapłaciliśmy z góry. W takiej sytuacji każde przenosiny wiążące się z koniecznością zapłacenia kolejnej prowizji musiałyby się wiązać z naprawdę dużą obniżką w oprocentowaniu. Na tyle dużą, że ów niższy procent z nawiązką pokryłby koszty kolejnej prowizji, którą trzeba zapłacić. W konsolidacyjnej ofercie Alior Banku obniżka oprocentowania jest duża - pewnie przeciętnie osiąga 4-5% - i gdyby udało się wynegocjować zero prowizji, to jeszcze nie jest źle. Ale przy kilkuprocentowej prowizji sprawę położyłyby już koszty ubezpieczenia, podbijające koszt kredytu o 3% w skali roku. No i trzeba pamiętać, że wszystkie zniżki są obwarowane ważnym warunkiem - kredyt musi być spłacany terminowo, bez żadnych opóźnień. Inaczej z obniżki nici.

      Ta pułapka - wysoka prowizja lub ubezpieczenie związane z konsolidacją/refinansowaniem kredytu - jest umieszczona w zdecydowanej większości takich ofert. Przyczepiłem się do Aliora, bo akurat "zaatakował" jaźń klientów telewizyjną reklamą. Identyczny manewr stosuje np. Bank BPH (w trakcie repolonizacji :-)), który oferuje jeszcze niższe oprocentowanie w ramach konsolidacji i również nie krzywduje sobie jeśli chodzi o opłaty związane z całą operacją. Tu oprocentowanie konsolidowanego zadłużenia wynosi 3,9%. Za tę cenę - obiecuje bank, który podobno gra fair - można "wymiksować się" z innych kredytów.  

      W przykładzie reprezentatywnym mamy 39.500 zł konsolidowanego zadłużenia, które rozkładamy aż na osiem lat spłaty! Koszty wyniosą 8.136 zł w odsetkach oraz 7.634 zł w prowizji. Widać więc, że oprocentowanie - bardzo zresztą atrakcyjne - stanowi tylko połowę kosztów kredytu. Przewaga BPH-owskiego kredytu nad aliorowskim jest taka, że tu mamy tylko prowizję, nie ma obowiązkowego ubezpieczenia, które zamydla sytuację. Ale za to patrząc na poziom prowizji można klęknąć - to prawie 20% kosztów kredytu! Gdyby ten kredyt rozłożyć na jakieś 5 lat (jak w Aliorze), a nie na osiem, to koszt prowizji byłby zdecydowanie wyższy, niż odsetki do zapłacenia. BPH-owski kredyt konsolidacyjny - przynajmniej patrząc na przykład reprezentatywny, z kwotą do spłaty 55.300 zł - kosztuje tyle, ile "normalny" (czyli nie obciążony żadną prowizją) oprocentowany na 9%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ile kosztuje kredyt repolonizacyj... tfu, co ja... konsolidacyjny po zniżce o dwie trzecie? Liczę ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 sierpnia 2016 09:20

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line