Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 30 października 2014
    • Mój test taksówek ze smartfona. To koniec tradycyjnych korporacji taksówkowych?

      Od niedawna w największych polskich miastach działają już nie tylko tradycyjne korporacje taksówkowe, ale też te smartfonowe - iTaxi oraz MyTaxi. Obie charakteryzują się tym, że taksówki zamawia się poprzez aplikację na smartfonie, a nie dzwoniąc do centrali. Do tych rozwiązań dołączył też Uber, technologiczna firma, która od pięciu lat rozwija w tym modelu usługi w ponad 100 miastach świata i pod względem tempa wzrostu wartości rynkowej dorównuje mu chyba tylko Facebook. Czy smartfonowe aplikacje taksówkowe są zagrożeniem dla tradycyjnych taksówek, albo raczej dla korporacji taksówkowych, które na zatrudnianiu taksówkarzy zarabiają? Przetestowałem ostatnio dwie z trzech internetowych aplikacji taksówkowych i na podstawie tych doświadczeń zyskałem niezachwiane przekonanie, że koniec tradycyjnych korporacji jest bliski. I to nie ze względu na ceny, lecz na wygodę zamawiania taksówki przez smartfona, dostęp do informacji, a także łatwość płacenia za usługę. Prawda jest taka, że jeśli tylko mój smartfon nie będzie właśnie rozładowany, nie będę poza zasięgiem sieci, ani nie znajdę się w mieście, gdzie nie ma "smartfonowych" korporacji, będę od tej pory zamawiał taksówkę właśnie w ten sposób.

      Czytaj też: Ile kosztuje jeżdżenie własnym samochodem? Taksówką może wyjść... taniej!

      Przejechałem się zarówno Uberem, który formalnie nie jest korporacją taksówkową (jego samochody nie mają licencji, to zwykłe "cywilne" osobówki), jak i autem MyTaxi. Oczywiście wcześniej zainstalowałem sobie na smartfonie aplikacje Uber, MyTaxi, a także trzeciej firmy iTaxi (ta ostatecznie "spadła" mi z testów, bo nie mogłem zdefiniować sposobu płacenia, który mi odpowiadał), zarejestrowałem się jako klient podając podstawowe dane osobowe, zweryfikowałem numer telefonu (na podany przy rejestracji numer przyszedł kod SMS, który kazano mi wpisać w wyznaczonym okienku), a także grzecznie pozwoliłem aplikacjom na inwigilowanie mnie (od tej pory wiedzą gdzie się aktualnie znajduję). W aplikacjach Uber i MyTaxi dodatkowo zdefiniowałem kartę kredytową jako preferowany sposób płatności, podając dane z obu stron plastiku (imię i nazwisko, datę ważności, numer karty, kod CVC z odwrotu). A potem już mogłem zabrać się za "działania operacyjne". Gdybym był w Lyonie, a nie w Warszawie, to pewnie Uber chciałby mnie przewieźć za darmo w ramach usługi UberAvions, obiecując przy tym, że kierowcą będzie "incredibly hot chick". Czyli oszałamiający kierowca płci odmiennej, niż moja. Ostatnio firma tak właśnie się reklamowała w internecie. Ale musiała przestać, bo internauci uznali reklamę za głupią i seksistowską. Znacznie bezpieczniejsze są inne sposoby reklamowania tej nowej quasi-korporacji taksówkowej, jak np. darmowe dostarczanie pizzy, które Uber oferuje w niektórych miastach..

       2f826c5c21eaf8013da765ee00ab83b66400001

      Zamawianie taksówki na jeden klik. Ponieważ aplikacja wie, gdzie się obecnie znajduję, aby zamówić auto nie muszę nic wpisywać - wystarczy, że dotknę ikony "zamów kurs", potwierdzając miejsce odbioru (mogę też wpisać rzecz jasna inny adres). Aha, trzeba zdefiniować (można pokazać na mapie) cel kursu. Na ekranie startowym zawsze widzę jaki jest czas dojazdu najbliższej taksówki, zaś na mapie widzę położenie samochodów. W przypadku MyTaxi mogę jeszcze wybrać sposób płatności (gotówką lub przez aplikację). Uber wozi tylko klientów, którzy zdefiniowali aplikację jako domyślny sposób płacenia. Nie jestem jakoś specjalnie nowoczesnym konsumentem, ale widzę tu zmianę jakościową. Nie muszę się wdzwaniac do centrali, podawać adresu i dowiadywać się, że taksówka będzie "do 10 minut". W aplikacji, jeszcze zanim zamówię auto, widzę jak długo będę czekał. A potem widzę na mapie gdzie jest samochód. Smartfon podaje mi też informację, że kierowcą będzie pani Ewa albo pan Ziutek w takim a takim samochodzie (są też zdjęcia kierowców). Niestety, nie mogę wybrać sobe kierowcy (wolę, gdy wożą mnie dziewczyny, jest jakoś milej), choć mogę zdefiniować "ulubionego kierowcę" i zakładam, że w miarę możliwości czasem to on do mnie przyjedzie. W obu aplikacjach, które testowałem, można poprosić o orientacyjną wycenę kursu jeszcze przed zamówieniem samochodu.

      f9c660dbf52e046571e6423be9bf3f40

      Przejazd i ceny. W Uber kierowcy mają od razu wbitą do nawigacji trasę przejazdu, tę samą, która wyświetla mi się w smartfonie, wraz z informacją kiedy będę na miejscu. Z jednej strony nie pozostawia to kierowcy miejsca na kreatywność (większość "smartfonowych" taksówkarzy grzecznie jeździ tak, jak im nawigacja podpowiada, nawet jeśli trasa na pierwszy rzut oka nie wygląda na najbardziej oczywistą), ale z drugiej strony zapewnia to przewidywalność. Ceny? Nie są niższe od tych w tradycyjnych korporacjach. W MyTaxi odbyłem kurs przy stawce 2,2 zł za kilometr, więc trudno mówić, że postawiłem na najtańszego konia. W Uber taryfy są dość skomplikowane: 5 zł za wejście do auta, a potem 0,25 zł za minutę oraz 1,4 zł za kilometr. Opłata za anulowanie kursu - 10 zł. Za kurs z Mokotowa do Centrum zapłaciłem mniej więcej 20 zł. W sumie wychodzi jakieś 10-15% taniej niż kurs przeciętną taksówką w "tradycyjnej" korporacji. Uber podobno bardziej opłaca się nocą, kiedy taryfy w "zwykłych" taksówkach są dużo wyższe. .

      Zapłata za kurs. To jest dla mnie najważniejsza sprawa - do tej pory jeżdżenie taksówkami zawsze mnie stresowało. Albo musiałem mieć przy sobie żywą gotówkę, albo musiałem zamaiwać taksówkę z terminalem płatniczym, albo kierowca strasznie cierpiał, widząc w mojej ręce kartę płatniczą. A nawet jak się nie dałem złamać i wziąć na litość, to płacenie kartą trwało dłużej, niż w sklepie (zwykle nie dało się zapłacić zbliżeniem). A koporacjach "smartfonowych" płacę bezpośrednio za pomocą aplikacji, tzn. smartfon informuje mnie o zakończeniu kursu w wyznaczonym przeze mnie miejscu i ściąga pieniądze ze zdefiniowanej karty płatniczej. W Uber jest to doprowadzone do ekstremalnej postaci - po prostu wychodzę z auta, a płatność dzieje się sama. Nie muszę nic podpisywać, klikać, potwierdzać. W MyTaxi jest natomiast elementarna autoryzacja: aplikacja prosi mnie o potwierdzenie wartości kursu i dopiero potem finalizuje transakcję. W obu rozwiązaniach jest to szybkie, bezbolesne, bezgotówkowe. Ideał. Wiem, że trzecia z firm oferująca aplikacje teksówkowe - iTaxi - też za chwilę wprowadzi możliwość płacenia za kurs smartfonem.

      Wady taksówek "smartfonowych". Odbyłem raptem trzy kursy, więc pewnie wszystkich jeszcze nie zdążyłem odkryć. Najwięcej ma Uber, który nie zatrudnia taksówkarzy, lecz chętną do pracy młodzież. Albo bezpośrednio (wtedy kierowca ma procent od kursu i jeździ własnym autem), albo za pomocą pośredników (wtedy pośrednik udostępnia samochód i płaci kierowcom stałe pensje, a sam rozlicza się z Uberem). Auto nie będące taksówką nie może jeździć bus-pasem, więc w godzinach szczytu będzie stało w korku. A kwalifikacje kierowców też mogą być różne. Problemem "smartfonowych" taksówek jest też stosunkowo niewielka liczba samochodów (w centrum zawsze coś się znajdzie, ale w peryferyjnych dzielnicach czasem można czekać na kierowcę i 20 minut). No i pozostaje też kwestia dużej wiedzi, którą gromadzą na nasz temat aplikacje taksówkowe. Niby nic, ale jeśli tak pojeździć z nimi przez jakiś czas, to powstanie z tego dość ciekawe narzędzie marketingowe - tylko patrzeć, aż operatorzy taxi-aplikacji zaczną sprzedawać dane o swoich klientach różnym marketingowcom. Ale tak to już jest w XXI wieku - za wygodę trzeba płacić i to przeważnie w naturze

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Mój test taksówek ze smartfona. To koniec tradycyjnych korporacji taksówkowych?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 października 2014 08:51
  • środa, 29 października 2014
    • Bank z własnej woli zaproponował klientom... odwrócenie kredytów frankowych. A powód?

      Od czasu do czasu opowiadam Wam w blogu o perypetiach frankowych kredytobiorców w różnych krajach. Nie po to, by jątrzyć i podjudzać, ale żeby pokazać jak różna jest sytuacja osób, które wzięły kredyt frankowy w różnych miejscach naszego regionu Europy. Mamy więc nieprawomocną decyzję sądu w Chorwacji, który zarządził odwrócenie kredytów frankowych, czyli ich przeliczenie na lokalną walutę po kursie z dnia zawarcia umowy. Nic mi nie wiadomo, by została rozpatrzona apelacja organizacji bankowych, ale ktokolwiek wie... Mamy ostre działania rządu na Węgrzech, który jednym ruchem skasował spread i pomógł tamtejszym "Nabitym". A nie tak dawno recenzowałem Wam pomysły na rozwiązanie problemu frankowych kredytobiorców w Serbii. Tam autorem rozwiązania, które nakazuje bankom wziąć na klatę większość niekorzystnych różnic kursowych (sprawiających, że wiele kredytów stało się w praktyce "niespłacalnych", przynajmniej w ramach jednego pokolenia), jest bank centralny. We wszystkich tych krajach sytuacja frankowych kredytobiorców jest trudniejsza, niż w Polsce, większy odsetek nie spłacanych kredytów uderza też w stabilność branży bankowej. Ostatnio frankowych kredytobiorców wsparł też europejski Trybunał Sprawiedliwości, powątpiewając, czy banki rzetelnie poinformowały konsumentów o spreadzie, a nawet ogłosił, że rząd kraju, w którym są problemy natury "frankowej" mógłby zmienić umowy kredytowe jeśli uzna je za niezgodne z prawem.

      Czy frank wkrótce będzie po 4 zł? Kilka argumentów Samcika na to, że...

      A tymczasem u naszych "Nabitych": gajowy potrzebny od zaraz?

      Dziś w blogu kilka słów o dość niespodziewanym posunięciu jednego z banków działających w Rumunii, tamtejszego oddziału Raiffeisena, który - jak twierdzi w rumuńskich mediach Gheorghe Piperea, prawnik reprezentujący klientów - zaproponował 250 jego podopiecznym przewalutowanie kredytów frankowych na wyrażone w lokalnej walucie, czyli w lejach. Jak z kolei domniemywa portal, który sprawę opisał - bank chce w ten sposób chce sprawdzić czy to klientów udobrucha. A jest kogo udobruchać, bo trzeba Wam wiedzieć, że w Rumunii problem z frankami jest nie mniejszy, niż u nas. Ludzie się burzą, że zostali wciągnięci w nadmierne ryzyko kursowe i wytaczają bankom procesy. A na dodatek wysoki jest tam odsetek kredytów nie spłacanych w terminie - dla całej branży wynosi 17% (w Polsce 7%), zaś w niektórych bankach portfele kredytowe są zagrożone nawet w 35% (i nie mówimy tu o bankach specjalizujących się w consumer finance, tylko bankach uniwersalnych, udzielających różnych rodzajów kredytów). Jeden z prawników zebrał 2500 kredytobiorców i wytoczył procesy 11 bankom naraz - Raiffeisenowi, Volksbankowi, BancPost, Credit Europe Bank, Piraeus Bank, czy Millennium Bank. Grupa 250 klientów, którzy mają szansę na ucieczkę od franka, pochodzi właśnie z tej puli (nie wiem niestety według jakiego kryterium zostali wyselekcjonowani klienci). Bank zaproponował, że po przewalutowaniu umów po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu (klientom anulowano by więc negatywne różnice kursowe od momentu zaciągnięcia kredytu) strony spiszą aneks, zmieniający też oprocentowanie na takie, które obowiązuje obecnie w Rumunii dla kredytów hipotecznych w lokalnej walucie, czyli w lejach.

      W Polsce pewien bank też zaproponował coś swoim klientom frankowym

      Gryzie ich sumienie. Udzielili megakredytu, a teraz proponują: "umorzymy milion"

      Skąd taka szczodrość bankowców? Ano tamtejsi politycy - licząc na głosy klientów "ugotowanych" we frankach - przygotowują kilka projektów ustaw, które mają rozwiązać problem z frankowymi kredytami. Najłagodniejszy z nich zakłada trzy lata karencji w licytowaniu mieszkań osób, które nie poradziły sobie ze spłatą kredytów. Najdalej idący zakłada obowiązek zamknięcia klientom kredytów frankowych po kursie z dnia zawarcia umowy, a następnie udzielenia tym klientom identycznego kredytu, tyle że w lejach i to - jak mówi projekt - "bez dodatkowych kosztów". W bankach zapanowała panika, bo jedna z interpretacji zakłada, że owo "bez dodatkowych kosztów" oznacza, iż klienci mogliby żądać kredytu w lejach, ale na warunkach oprocentowania takich, jak były zawarte w pierwotnej umowie, frankowej. To byłaby nieco podobna sytuacja do tej, w której znajdują się nasi "Nabici" oraz mBank - po zdelegalizowaniu przez sąd zmian oprocentowania, dokonanych na przestrzeni kilku lat, klienci uważają, że mają kredyty z oprocentowaniem takim, jak na początku. Bank na razie nie przyjął tej argumentacji, ale być może sprawę interpretacji umów "Nabitych" niedługo rozstrzygną sądy, do których klienci się udadzą w celu zasądzenia kwot wynikających z anulowania zmian oprocentowania..

      Były prezes banku ostro o kredytach frankowych: "Wyjątkowe szkodnictwo"

      Rumuńskie banki zaczynają też przegrywać procesy indywidualne. Tamtejszy oddział niemieckiego Volksbanku we wrześniu przegrał przed sądem w Galati, czego konsekwencją była zamiana kredytu na denominowany w lejach po kursie z dnia zawarcia umowy powiększonym o 10%. Innymi słowy z 50-procentowego wzrostu kursu franka, jaki miał miejsce od dnia zawarcia umowy w 2007 r. do teraz, bank miałby wziąć "na klatę cztery piąte, a klient jedną piątą. Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji jeden z banków jest gotowy zamienić 250 zbuntowanym klientom kredyty na takie w lokalnej walucie i to po kursie z dnia zawarcia umowy, licząc na to, że po owym przewalutowaniu (i wzięciu przez bank na klatę wszystkich niekorzystnych różnic kursowych) uda się przynajmniej zwiększyć oprocentowanie kredytuz poziomu "frankowego" na "lejowy". Bank przy tym zastrzega, że tego nowego oprocentowania nie chce na sztywno narzucać, lecz jest gotowy do negocjacji. Jeśli bankowi i 250 klientom uda się dogadać, prawdopodobnie podobne ugody spiszą kolejni, by uniknąć przegranej w sądzie lub "podpadnięcia" pod jedną z projektowanych przez parlamentarzystów restrykcyjnych ustaw. W rumuńskich bankach (kraj ma 20 mln mieszkańców, a pod względem aktywów branża bankowa jest tam trzykrotnie mniejsza, niż polska) aż 60% portfela kredytowego stanowią pożyczki w obcych walutach (głównie we frankach). A odsetek nie spłacanych w terminie kredytów jest najwyższy w Europie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank z własnej woli zaproponował klientom... odwrócenie kredytów frankowych. A powód?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 października 2014 08:20
  • wtorek, 28 października 2014
    • Klienci Citi nie będą już mogli zbierać punktów w Miles&More! W zamian - nowa karta "lotnicza"

      Kartowych klientów banku Citi Handlowy czekają duże zmiany. Zwłaszcza tych, którzy dużo podróżują po świecie i lubią przy okazji zbierać mile. Jakiś czas temu porównywałem ofertę banków i organizacji finansowych mających w ofercie takie karty - prym wiodą właśnie Citi, mBank oraz Diners Club, które wydają karty wspólnie z programem Miles and More. Jego operatorem jest - jak pewnie wiecie - nasz rodzimy przewodnik LOT, działający w sojuszu Lufthansy (są tam też m.in. Austrian, Swiss, SAS, Turkish Airlines, czy Air Berlin). Niedawno do bankowego trio "lotniczego" dołączył jeszcze Raiffeisen, oferujący możliwość zbierania mil razem z węgierską tanią linią WizzAir (każde 5 zł wydane kartą to 1 pkt lojalnościowy, zakupy na stronie Wizzair są warte dwa razy więcej). Lecz w interesie musi być ruch, więc - jak się dowiaduję - Citi postanowił zrezygnować z udziału w LOT-owsim sojuszu i wycofać z oferty kartę Citibank-LOT. Jest to niezła sensacja, bo przecież Citi i LOT współpracują niemal "od zawsze". Zamiast karty LOT-owskiej Citi będzie wydawał nowy plastik Citibank PremierMiles, który ma oferować możliwość zbierania mil przy okazji zakupów u największych przewoźników na świecie i przy korzystaniu z noclegów w kilku znanych sieciach hotelowych.

      citi_karta1W nowym citibankowym klubie są m.in. British Airways, Air France, KLM, Qatar Airlines, Delta Airlines, czy Etihad. Wśród sieci hotelowych w programie biorą udział operatorzy sieci Hilton, InterContinental, czy Holiday Inn. Karta będzie dostępna dla klientów klasy CitiGold (czyli takich, którzy wykazują dochody w wysokości mniej więcej trzech średnich krajowych) i ma uzupełniać ofertę nowego konta dla klasy średnio-wyższej, o którym też niedawno pisałem - Citi Priority. Dla każdego, kto "wykręci" nią 3000 zł obrotów, będzie darmowa (w przeciwnym razie trzeba będzie zapłacić bolesne 18 zł miesięcznie opłaty za jej posiadanie). I to jest najbardziej wymagający warunek, bo próg dochodowy jest dużo bardziej znośny - 1200 zł miesięcznego dochodu. Rzecz jasna nikt z tak niskimi dochodami o kartę i tak nie będzie aplikował, bo nie miałby szans osiągnąć wystarczających obrotów. W czym nowy plastik Citi miałby być lepszy od karty Citibank-LOT?

      citi_partnerzy1Cóż, portfolio linii lotniczych, które biorą udział w programie, jest nie najgorsze, Ale brak LOT-u i Lufthansy mimo wszystko jest pewnym/dużym/ogromnym defektem z punktu widzenia polskiego klienta. Jeden z klientów, z którym rozmawiałem, mówi wręcz o samokastracji banku. Citi obiecuje, że punkty zebrane w programie nigdy nie będą się kasowały oraz że będzie można je wymieniać zarówno na tańsze lub darmowe bilety i noclegi, jak i na cash-back, czyli po prostu "płacić" nimi za bilety na samolot linii nie należącej do programu, po wymianie na gotówkę. Trzecią zaletą ma być większa "efektywność" programu z punktu widzenia klienta - czyli, że będzie można szybciej "zasłużyć" na nagrodę. Tak samo, jak w Miles and More na starcie użytkownik dostanie 2000 mil "w prezencie". Czy rzeczywiście przeliczniki są lepsze, niż w karcie LOT-owskiej? Zobaczymy, jak przetestujemy ;-). Na stronie internetowej piszą, że np. jeśli płaci się kartą Citibank PremierMiles 4000 zł miesięcznie, to w ciągu dwóch lat można dostać za to nieco ponad 21000 mil. A mile wymienia się na punkty partnerów według przelicznika 2,5 mili = 1 punkt. Zaś 10.000-12.000 punktów da się wymienić na "promocyjny" lot po Europie lub do Waszyngtonu (nie wyjaśniają co to znaczy "promocyjny", ale chyba chodzi o to, że płaci się tylko opłaty lotniskowe), nocleg w Hiltonie lub dwie podróże w podwyższonej klasie (biznes zamiast ekonomicznej). Oprócz tego do karty są dołączone usługi concierge i program rabatowy Citibanku.

      Poniedziałkowa kumulacja w blogu. Jeśli nie wytrzymałeś tempa, które narzuciłem w blogu na początku tygodnia, wciąż masz okazję nadrobić zaległości. Nim zapiał kur w blogu pojawił się tekst o tym, że pewien Skarbiec się właśnie otwiera i że (może) będzie można na tym zarobić. Gdy Królowa brytyjska udała się na popołudniową herbatkę do blogu wpadł tekst o tym co mnie spotkało, gdy wpadłem na pocztę w celu odkrycia swego prawdziwego jestestwa. Gdy sens życia wielu wyznaczała już piżama, w blogu pojawił się tekst o tym czy frank rzeczywiście będzie po 4 zł, jak usłyszałem w głównych wydaniach wieczornych wiadomości w TV.

      A co ze starymi, poczciwymi kartami Citibank-LOT? Punkty będzie można zbierać tylko do końca tego roku. Potem każda taka karta będzie nadal działała aż do końca okresu jej ważności, ale nie będzie można jej odnowić. Mile zebrane w Programie Miles and More będzie można wymienić na bonusy w takich terminach, o jakich mowi regulamin programu (czyli do momentu, kiedy przepadną). Karty LOT-owskie będą stopniowo wymieniane klientom na standardowe kredytówki Citibank. Kto będzie chciał mieć plastik Citibank PremierMiles, będzie musiał poprosić bank o wymianę karty. Czy rezygnacja z udziału w programie lojalnościowym LOT i stworzenie własnego wyjdzie Citibankowi na zdrowie i zwiększy satysfakcję klientów? Mam wątpliwości, ale to już ocenią klienci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Klienci Citi nie będą już mogli zbierać punktów w Miles&More! W zamian - nowa karta "lotnicza"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 października 2014 08:21
  • poniedziałek, 27 października 2014
    • Czy powinniśmy się bać, że frank będzie po 4 zł? Oto trzy argumenty, by spać spokojnie

      W poniedziałek Polskę obiegła mrożąca krew w żyłach informacja, że wkrótce frank szwajcarski może kosztować nawet więcej, niż 4 zł. I położyć na łopatki setki tysięcy frankowych kredytobiorców, którzy i tak ledwo dyszą przy obecnej cenie franka na poziomie 3,5 zł. Wszystko przez dumę narodową przebrzydłych Szwajcarów, którzy za miesiąc będą głosowali nad zwiększeniem rezerw złota w swoim banku centralnym. Chodzi o to, żeby frank szwajcarski miał większe pokrycie w złocie, tak jak to drzewiej bywało. W tym celu Szwajcarski Bank Centralny miałby zakupić 1400-1600 ton złota. I wywołać tym samym masakryczny wzrost cen kruszcu. Bardziej "złota" waluta to wiarygodna waluta, więc kurs franka wobec innych walut miałby pójść w górę. Co prawda nie wiadomo jakim sposobem miałoby się to stać, skoro bank centralny Szwajcarii od 2011 r. "pilnuje" kursu franka, żeby ten nie był zbyt wysoki. Za każdym razem, gdy euro szykuje się do tego, by kosztować mniej, niż 1,2 franka, szwajcarscy bankowcy centralni "dodrukowują" więcej franków i rzucają na rynek, zbijając kurs (zbyt silna waluta nie jest zdrowa dla gospodarki żadnego kraju). 

      Zwolennicy tezy o franku po 4 zł uważają, że Szwajcarzy nie będą w stanie powstrzymać wzrostu popytu światowych inwestorów na swoją walutę i "pękną". Miałoby to chyba wyglądać tak, że prezes banku wyjdzie z białą flagą w ręce i drżącym, łamiącym się głosem oświadczy (lub w zawoalowany sposób da do zrozumienia), iż jego zobowiązanie do utrzymywania parytetu 1,2 franka za euro już nie obowiązuje. Bo nie jest w stanie ich "wydrukować" tyle, ile trzeba. Kurs euro i dolara w stosunku do franka zacząłby spadać. To oczywiście oznaczałoby katastrofę dla opartej na eksporcie szwajcarskiej gospodarki, która i tak znajduje się na krawędzi recesji. I oczywiście oznaczałoby pewien rodzaj katastrofy również dla nas, bo frank zacząłby rosnąć także w stosunku do złotego (dziś waha się tylko w ograniczonym stopniu - o 10 gr w tę lub wewtę). Już dziś 200.000 spośród ponad 550.000 kredytów frankowych ma wartość większą, niż wartość zabezpieczających ich spłatę nieruchomości. Im droższy frank, tym ten odsetek większy i zarówno bankom, jak i nadzorowi trudniej będzie udawać, że nic się nie dzieje. Kredytów nie spłacanych w terminie dziś jest raptem 35.000, ale kiedyś widziałem szacunki bankowców, z których wynikało, że przy kursie 4,2-4,3 zł za franka i wyższym wzrost rat będzie na tyle wyraźny - można go szacować na 20% - że jedna piąta kredytów może przestać się spłacać.

      Wydaje mi się jednak, że spekulacje dotyczące tragicznego wpływu szwajcarskiego referendum na wartość franka są przesadzone. Co mnie skłania ku takiej lekkomyślności? ;-) Są trzy argumenty, które utrzymują mnie przy nadziei i powodują, że nie poszedłem do apteki po proszki na uspokojenie. Po pierwsze: nie wiemy jak skończy się referendum i wcale nie jest pewne, że Szwajcarzy w imię dumy narodowej postanowią rozwalać sobie gospodarkę, utrudniając własnemu bankowi centralnemu powstrzymywanie umocnienia franka. Zwłaszcza, że przeciwny jest rząd i bank centralny, a to, że dziś w internetowych sondażach przewagę (i to niewielką) mają zwolennicy zwiększenia rezerw, kompletnie nic nie znaczy.  Po drugie: nawet gdyby referendum zakończyło się decyzją skupie złota, to nie ma żadnej pewności, że reakcją inwestorów światowych będzie run na franka. Dlaczego fakt, że frank będzie miał np. 20% pokrycia w złocie, miałby decydować o atrakcyjności tej waluty? Na wiarygodność każdej waluty składa się nieco więcej argumentów, niż jej wymienialność na złoto, m.in. siła tej gospodarki. Dolar jest wiarygodny, bo to jedyna powszechnie akceptowalna w świecie i w pełni wymienialna waluta na inne, a nie dlatego, że ma pokrycie w złocie. Bo w zasadzie już go nie ma ;-) - po II Wojnie Światowej bank centralny USA miał 40% pokrycia dolara złotem, a dziś jest to tylko kilka procent. 

      Owszem, na zdrowy rozum powinny nadejść czasy, w których pokrycie waluty rezerwami złota ma kluczowe znaczenie. Ale gdyby one miały nadejść już teraz, to powinno się zacząć od wzrostu cen złota w czasie dodruku pieniądza papierowego przez banki centralne. Tymczasem było dokładnie odwrotnie - banki centralne drukują tyle banknotów, na  ile mają ochotę i zaciągają za granicą tyle długu, ile dusza zapragnie, a złoto tanieje. Oszem, w USA niektórzy ekonomiści obawiają się, że Chiny lada moment ogłoszą, że ich juan jest związany ze złotem i w pewnym procencie wymienialny na kruszec. Ale czy to spowodowałoby, że świat porzuciłby dolara i jako walutę rozliczeniową zacząłby traktować juana? Gdyby istniało zagrożenie, że od szwajcarskiego referendum zacznie się taki proces, to ani Ameryka, ani Europa na tym nie zyskają. A to prowadzi mnie do trzeciego argumentu: nawet jeśli dwa przedstawione powyżej okażą się fałszywe, nie wierzę w kapitulację szwajcarskiego banku centralnego. Będzie on bronił parytetu 1,2 franka za 1 euro. Zbyt dużo jest do stracenia, by pozwolić na niekontrolowany wzrost wartości franka. Zapobieganie wzrostowi  kursu własnej waluty jest łatwe, bo można "wydrukować" dowolną jej ilość.

      Jedyne ryzyko polega na tym, że zbytnie poluzowanie polityki monetarnej (czyli drukowanie bez opamiętania) może się zemścić w przyszłości inflacją oraz innymi kłopotami charakterystycznymi dla sytuacji, w której na rynku jest za dużo pieniądza w stosunku do "jakości" gospodarki. Być może Bank Centralny Szwajcarii w kryzysowej dla niego sytuacji działałby wspólnie z innymi bankami centralnymi, żeby destabilizacja walutowa nie "zaraziła" europejskiego sektora bankowego? Szwajcarski bank centralny na pewno "obrony" franka nie odpuści. A - jak słusznie zauważa autor jednego z blogów poświęconych rynkowi walutowemu - abyśmy musieli oglądać kurs franka w okolicach 4 zł, kurs euro musiałby prawdopodobnie wynosić ok. 4,8 zł. Nie widać na horyzoncie powodów, które miałyby do tego doprowadzić w sytuacji, gdy Szwajcarzy "trzymają" kurs. A nawet gdyby frank podrożał w stosunku do euro (czyli - gdyby bank centralny Szwajcarii miał zrezygnować z obrony kursu), to bezpośredniego przełożenia kursu EUR/CHF na zachowanie pary CHF/PLN - brak. 

      Jak będzie? Zobaczymy. Bardzo jestem ciekaw co Wy na ten temat sądzicie - komentujcie! Niezależnie od tego w ostatnim czasie posiadacze kredytów frankowych nie są zwycięzcami w kredytowym kasynie. W ciągu ostatniego roku kurs franka poszedł w górę z 3,39 zł do 3,5 zł, co oznacza wzrost comiesięcznej raty przykładowego, 30-letniego kredytu o wartości 300.000 zł o jakieś 50-60 zł. W tym samym czasie posiadacz przeciętnego kredytu złotowego o takiej samej wartości dzięki spadkowi stopy procentowej WIBOR z 2,65% do 2,05% obniżył swoją ratę o 150 zł. A przecież posiadacze "szwajcarskich" kredytów i tak nie mają największego pecha, bo tracą tylko z powodu wzrostu kursu franka - stopa procentowa LIBOR, od której też zależą raty kredytów, jest na rekordowo niskim poziomie 0,02%. I dopiero jej wzrost mógłby spowodować prawdziwą katastrofę w domowych budżetach 55.000 rodzin spłacających kredyty frankowe. Na szczęście, patrząc na opłakany stan szwajcarskiej gospodarki, się na to nie zapowiada. Co oczywiście nie oznacza, że kiedyś okoliczności się nie zmienią. Dlatego niektóre polskie banki usilnie namawiają swoich frankowych kredytobiorców, by wcześniej spłacili swoje kredyty na preferencyjnych warunkach.

      Równie ciekawe, jak los frankowych kredytobiorców, jest to jak wpłynie szwajcarskie referendum na rynek złota. Konieczność kupienia 1500 ton złota przez Szwajcarski Bank Centralny byłaby małym wstrząsem przy założeniu, że zakupy te miałyby nastąpić w krótkim czasie - a chyba żaden Szwajcar nie byłby aż tak krótkowzroczny, by się na taki właśnie wariant zdecydować. Łączne roczne wydobycie złota to jakieś 2300 ton, z czego popyt zgłaszany przez banki centralne stanowi, w zależności od roku, od 300 do 500 ton. Reszta to zakupy jubilerów, przemysłu, inwestorów. Od dłuższego czasu mówi się jednak, że banki centralne mają sprzedawać złoto. Podobno się umówiły, że nie wolno im rocznie sprzedać więcej, niż 400 ton. Jeśli ceny złota będą wyższe - np. z powodu zapowiedzi zakupów ze Szwajcarii - sprzedający pewnie się znajdą. Tym niemniej można mieć nadzieję, że złoto - nawet jeśli nie będzie jakiejś wielkiej hossy "szwajcarskiej" - na dobre odbije się od dna. Kto kilka lat temu kupił na fali boomu sztabki, czy monety, być może wreszcie będzie spał spokojniej?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Czy powinniśmy się bać, że frank będzie po 4 zł? Oto trzy argumenty, by spać spokojnie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 21:40
    • Skoczyłem na pocztę, żeby za 29 zł dowiedzieć się czegoś o sobie. I... skoczę tam znów. A Wy?

      Jakiś czas temu Biuro Informacji Kredytowej wprowadziło możliwość sprawdzania przez klientów wiarygodności kredytowej za pomocą internetu. Z jednej strony dzięki temu wyrównują się szanse - możemy dowiedzieć się o sobie tego samego, co wie o nas bank, do którego przychodzimy po kredyt. Z drugiej strony wiedząc o sobie więcej możemy bardziej dbać o swoją punktację w BIK-u. I tak postępować, żeby mieć więcej gwiazdek. Skok jakościowy jest olbrzymi: jeszcze kilka lat temu żeby dostać do ręki raport o sobie, trzeba było napisać do BIK-u list i czekać kilkanaście dni na odpowiedź. A teraz: kilka kliknięć i można ściągnąć pdf-a z raportem na swój komputer. Do tego dochodzi możliwość wykupienia alertów i różnych powiadomień przychodzących SMS-ami, gdy jakiś bank zapyta o nas w BIK-u. Jedyny problem polega na tym, że usługa nie jest tania, a pakiety jeszcze do niedawna były skomplikowane i trudne do ogarnięcia. BIK uprościł więc ofertę i wprowadził promocję, dzięki której każdy nowy klient może przez trzy miesiące korzystać z wypasionego pakietu za darmo. Dodatkowo - żeby wykreować potrzebę jak najczęstszego korzystania przez klientów ze swoich baz - rozbudowuje program "rabatowy": dla każdego, kto przyjdzie z wydaną przez BIK "legitymacją", czyli tzw. BIK Passem, mają być tu i ówdzie preferencyjne oferty. Ten program niestety na razie jest kupą kamieni, bo i partnerów mało i rabaty nieprzesadnie wstrząsające.

      Teraz w BIK-u pracują nad większą dostępnością BIK Passów. Stąd zapewne pomysł, by po raport na swój temat można było pójść nie tylko do internetu, ale i na pocztę. Od połowy października we wszystkich placówkach Poczty Polskiej, które prowadzą usługi finansowe, klienci mają możliwość zamówienia i wydrukowania raportu BIK Pass Plus, zawierającego ocenę punktową oraz stan zobowiązań, kwoty kredytów i wysokości spłacanych rat. W tym pomyśle chodzi zapewne o to, żeby spróbować dotrzeć do tych bardziej tradycyjnych konsumentów, którzy nie założą sobie konta w portalu BIK przez internet. A na poczcie mogą kupić raport o swojej wiarygodności kredytowej przy okazji wysyłania listu, odbierania przekazu pieniężnego, czy nadawania paczki. Bardzo jestem ciekaw czy ta usługa się przyjmie wśród klientów poczty. Zwłaszcza, że nie jest tania - taki jednorazowy raport ma kosztować 29 zł. Sporo jak na zawartość kieszeni przeciętnego konsumenta. Na poczcie pomogą też założyć konto w portalu BIK, żeby klient mógł już kolejne raporty pobrać sobie online. Przewaga założenia sobie konta w BIK-u przy pocztowym okienku jest to, że omija się kilka kłopotliwych drobiazgów natury "rejestracyjnej" - nie trzeba wysyłać BIK-owi przez internet skanu dowodu osobistego oraz robić przelewu weryfikacyjnego. Dla osób śmigających w internecie, zakładających online konta i lokaty, ta procedura nie jest niczym nadzwyczajnym, ale dla bardziej tradycyjnych klientów może być przeszkodą nie do przeskoczenia.

      Postanowiłem przetestować nową usługę Poczty Polskiej. W tym celu udałem się do jednej z warszawskich placówek z mocnym postanowieniem wydania 29 zł na laurkę, którą będę mógł sobie oprawić w ładną ramkę i powiesić nad biurkiem. Skierowałem się do jednego z okienek, gdzie od razu poinformowano mnie, że "lepiej pójść do stanowiska banku, bo będzie szybciej". Ponieważ z dwóch stanowisk do obsługi klientów "bankowych" czynne było tylko jedno, musiałem odstać 20 minut czekając na to, aż doradca klienta będzie wolny. A jak już się doczekałem, to okazało się, że jest niejaki problem z udostępnieniem mi raportu BIK. Okazało się, że pracownik nie jest w stanie zalogować się do systemu. Próbował ten problem rozwiązać, dzwoniąc do jakiegoś kolegi z wewnętrznego działu wsparcia, ale ten nie potrafił pomóc i odesłał go do BIK-owskiej infolinii. Tam jednak nikt nie odbierał telefonu. W odruchu desperacji pracownik Banku Pocztowego odesłał mnie z powrotem do jednego z okienek pocztowych. Nie skorzystałem, bo przecież stamtąd mnie już raz odesłano. Moja determinacja jest jednak wielka i pójdę na pocztę znów. Może tym razem uda się zalogować

      Czytaj też: Skoczyłem na pocztę po większą gotówkę, czyli wydarzenie towarzyskie

      Mimo wszystko to dobrze, że BIK skoczył na pocztę, oferując tam zarówno jednorazowy wydruk BIK Passu, jak i możliwość założenia konta pozwalającego pobierać raporty online. Mam jednak wątpliwości, czy bywalcy placówek pocztowych te karesy docenią (nawet jeśli wszystko będzie hulało i nie będzie problemów z logowaniem). Stosunkowo mała popularność usług BIK wynika bowiem z jednej strony z relatywnie wysokich cen (konsumenci nie będą skłonni płacić kilkadziesiąt złotych za czystą informację), z drugiej strony z braku wpływu dobrego scoringu na cenę kredytu (jeśli banki pożyczają taniej, to raczej dlatego, że mają do czynienia z własnym klientem mającym dobry BIK, a nie z klientem z ulicy mającym za sobą pięć gwiazdek w BIK-owskim rankingu). Bankowcy i BIK-owcy narzekają na niską świadomość obywateli dotyczącą budowania pozytywnej historii kredytowej (i płatniczej - bo przecież i Biura Informacji Gospodarczej zajmą się niedługo punktowaniem klientów za to, że dobrze płacą rachunki za gaz lub telefon), ale sami niewiele dają w zamian tym, którzy historię w BIK mają doskonałą. Doskonale pokazuje to marne portfolio rabatów w ramach systemu BIK Pass. Jeśli ktoś nie stuknie się w czoło i nie zacznie doceniać wiarygodnych kredytowo klientów bardzo wyraźnymi obniżkami ceny kredytu, to BIK może wchodzić ze swoimi usługami nie tylko na pocztę, ale do każdego supermarketu, a i tak rynku nie zawojuje.

      Jak inwestować i pomnażać

      BESTSELLER O INWESTOWANIU W PROMOCJI! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych ibanner_ebooki_ss1 najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. Uwaga: jeszcze do 30 października trwa wielka promocja - e-book "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" możecie kupić z 50%-ową zniżką. Pospieszcie się, bo nic nie trwa wiecznie, zniżka też ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Skoczyłem na pocztę, żeby za 29 zł dowiedzieć się czegoś o sobie. I... skoczę tam znów. A Wy?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 18:02
    • Skarbiec się otwiera, czyli firma prowadząca fundusze inwestycyjne sprzedaje akcje. Warto?

      Niewiele jest ostatnio ciekawych propozycji inwestowania pieniędzy, zwłaszcza dla niezbyt doświadczonych ciułaczy. Na każdą nową ofertę na rynku pierwotnym cieszę się więc, jak dziecko. Stąd dziś w blogu recenzja startującej właśnie oferty sprzedaży akcji spółki Skarbiec Holding, jednego z największych w Polsce asset managerów. Zaś pisząc bardziej po ludzku: firmy zajmującej się zarządzaniem aktywami. Skarbiec jest piątą największą w Polsce firmą tego typu i jedną z najbardziej znanych (inne o porównywalnie dobrej marce to Union Investment, czy Quercus). Skarbiec zarządza przede wszystkim funduszami inwestycyjnymi - do tej pory utworzył ich 45 - a klienci łącznie ulokowali w nich ponad 15 mld zł. Skarbiec pomaga też tworzyć indywidualne portfele akcji bardzo bogatym inwestorom, acz stanowi to niewielką część jego dochodów. Dawno temu Skarbiec należał do BRE Banku (dziś zwanego mBankiem), ale został sprzedany i trafił w grupy Enterprise Investors, największej w tej części Europy grupy funduszy typu private equity. Takie fundusze kupują jakąś perspektyczną spółkę na 5-7 lat, dają jej pieniądze na rozwój, a kiedy biznes urośnie - sprzedają z zyskiem. No i teraz właśnie Enterprise Investors zapragnął pozbyć się części swoich akcji w Skarbcu, odsprzedając je m.in. czytelnikom blogu.

      Pod młotek pójdzie maksymalnie 46,3% wszystkich akcji Skarbiec Holding (o ile znajdzie się wystarczająco dużo chętnych), których cena maksymalnie może wynieść 44 zł za sztukę. Ostateczną cenę poznamy dopiero po negocjacjach sprzedającego z inwestorami instytucjonalnymi, którzy mają przywilej negocjowania ceny (to tzw. book buildingu). Jeśli ostateczna cena będzie równa maksymalnej, kupujący będą musieli wyłożyć na akcje Skarbca łącznie 139 mln zł, a więc całkiem sporo. Zapisy na akcje przyjmują biura maklerskie do 3 listopada (jeśli ktoś chciałby wziąć udział w tym przedsięwzięciu, a nie ma jeszcze rachunku maklerskiego, to będzie musiał go założyć). Kluczowe pytanie brzmi: czy warto się skusić? Zarządzanie aktywami to nietypowy biznes, trochę podobny do bankowości, ale mniej wymagający ;-). Nie wymaga wysokiego kapitału, a raczej tęgich mózgów, które zgromadzą cudzy (klientowski) kapitał, łączą go w fundusze inwestycyjne i kupują za nie akcje, obligacje, kontrakty terminowe, złoto, nieruchomości... Jeśli osiągają na tyle dobre wyniki w pomnażaniu tych pieniędzy, że klienci przynoszą im coraz więcej oszczędności, firma dobrze żyje z prowizji za zarządzanie funduszami.

      Skarbiec zarabia nieźle. W zeszłym roku zgarnął z opłat za zarządzanie i innych prowizji pobieranych od klientów 101,3 mln zł. W pierwszej połowie tego roku było to 44,7 mln zł, więc należy się spodziewać, że na koniec roku przychody będą podobne do zeszłorocznych (90% w strukturze przychodów stanowią opłaty za zarządzanie funduszami). A zyski? W tej branży stanowią mniej więcej jedną trzecią, jedną czwartą przychodów - w zeszłym roku Skarbiec Holding osiągnął prawie 29 mln zł zysku netto, w pierwszej połowie tego roku zarobił 11 mln zł. Na korzyść tego biznesu przemawiają dwie rzeczy: po pierwsze w Polsce prowizje za zarządzanie funduszami są dziś najwyższe w Europie (Skarbiec z opłaty stałej, nie licząc success-fee, które też są pobierane w niektórych funduszach, zgarnia 3,27% od wartości aktywów w przypadku funduszy akcji i 1,13% od wartości aktywów w przypadku funduszy obligacyjnych). Po drugie zaś u nas popularność funduszy inwestycyjnych jest wciąż wielokrotnie mniejsza, niż na Zachodzie. Aktywa tej branży biją rekordy, ale wciąż to w bankach Polacy trzymają 600 mld zł swoich oszczędności, a w funduszach nieco ponad 100 mld zł. W wielu krajach Europy Zachodniej proporcje są bardziej wyrównane, a w niektórych fundusze gromadzą nawet więcej pieniędzy, niż banki.

      skarbecoszczdnoci

      Trudno więc zakwestionować tezę, że za 10-15 lat Skarbiec ma szansę być firmą wielokrotnie większą, niż dziś. A ponieważ w tym biznesie nie potrzeba wysokiego własnego kapitału, to firma najpewniej będzie cały zysk przeznaczała na dywidendy dla akcjonariuszy. To byłby bardzo duży atut, pozwalający akcjonariuszom ni martwić się o ceny akcji, a po prostu przez całe dziesięciolecia żyć z wypłacanej przez firmę dywidendy. Rozgrzałem Was do czerwoności? To teraz czas na minusy. Biznes, który uprawia Skarbiec, jest tyleż dochodowy, co chwiejny. Firma w dużym stopniu zależy od kilku doradców inwestycyjnych, zarządzających pieniędzmi klientów (odejście kilku kluczowych osób może pociągnąć za sobą np. odpływ większości aktywów, bo ludzie mogą iść za swoim zarządzającym). Pamiętacie jak z TFI Arka odeszło kilku kluczowych pracowników i założyli Caspar TFI? Z Arki błyskawicznie wyparowały setki milionów pieniędzy, które wylądowały u Caspara. Inna sprawa, że kluczowi menedżerowie w Skarbcu podobno są objęci planami motywacyjnymi opartymi na akcjach (mogą dostać kilkaset tysięcy papierów po cenie z oferty publicznej), więc powinni być nieskłonni do rzucania roboty. W asset management nie liczą się maszyny, nieruchomości, ani pieniądze w kasie, tylko potencjał intelektualny.

      Drugim ryzykiem jest... pech. Mieliśmy w historii przypadki nieudanych inwestycji funduszy, które kończyły się źle dla klientów i dla firm zarządzających. Oczywiście - pojedyncze błędy nie powinny zaprowadzić nad przepaść całej firmy zarządzającej (np. Copernicus TFI miał poważną wpadkę i wyszedł na prostą, podobnie jak Union Investment TFI), ale w tej branży zdarzają się fakapy, które kończą się bankructwem. Najlepszym przykładem jest notowane na giełdzie TFI Idea. Akcje tego asset managera po tym, jak firma nie była w stanie zapobiec panice klientów funduszy i straciła licencję KNF, spadły z 3 zł przed rokiem do 19 gr. dziś. Skarbiec ma 45 funduszy i dobrą reputację, ale ryzyka, że niepowodzenia w inwestowaniu pieniędzy spowodują masowy odpływ pieniędzy klientów i spadek dochodów z prowizji wykluczyć się nie da. W kategorii ryzyka pt. "pech" mieści się też krach giełdowy, który - jeśli nastąpi - spowoduje gwałtowny odpływ pieniędzy z funduszy, zwłaszcza tych kupujących akcje, na których każdy asset manager najlepiej zarabia. Krach jest czynnikiem nieprzewidywalnym, nie da się przed nim zabezpieczyć. Jeśli nastąpi, każdy asset manager musi się pogodzić z kilkuletnim radykalnym spadkiem zysków.

      Tu nie mają racji bytu pomysły pt "zmienić rynek zbytu", "poszukać nowych kontrahentów", "wprowadzić na rynek nową kategorię produktów". Jeśli stanie się coś, co spowoduje, że ludzie będą się bali inwestować pieniądze, to w branży asset management nie istnieje rozwiązanie awaryjne. Trzeba też powiedzieć, że takie firmy jak Skarbiec "wiszą" na swoich dystrybutorach. W Polsce klienci stosunkowo rzadko kupują fundusze inwestycyjne przez internet. Zwykle idą do banku, albo pośrednika finansowego. Część banków ma własne TFI, więc nie wpuszcza "obcych". Skarbiec ma umowy na dystrybucję swoich funduszy z dziewięcioma bankami, 14 firmami maklerskimi, fundusze Skarbca są też "zaszyte" w produktach ubezpieczeniowych 13 firm ubezpieczeniowych. To duża i sensowna sieć dystrybucji, jednak Skarbiec jest od niej bardzo uzależniony (aż 50% wszystkich kosztów firmy to opłaty na rzecz dystrybutorów!). Nie wiadomo czy te obciążenia nie będą rosły (choć trudno sobie wyobrazić, by były jeszcze wyższe) i czy przypadkiem nie zaczną spadać dochody z opłat za zarządzanie (np. wskutek wzrostu konkurencji)

      Nie wiadomo też jak będzie się zmieniało w Polsce prawo - czy ktoś nie wpadnie na pomysł, by ograniczyć administracyjnie prowizje za zarządzanie funduszami tak, jak ograniczono opłaty interchange w "przemyśle" kart płatniczych? Czy gwałtownie nie zawali się "ubezpieczeniowa" noga towarzystw funduszy? Polisy inwestycyjne, w których zawarte są fundusze, w skrajnym przypadku mogą zostać nawet zdelegalizowane (jako "nibyubezpieczenia"). Można też sobie wyobrazić dowolne zalecenia nadzorcze, które spowodują, że zyski z zarządzania funduszami będą topniały. Z jednej strony mamy więc niesłychanie rentowny biznes (nie znajdziecie wielu branż, w której zysk stanowi jedną trzecią przychodu), na rynku bardzo jeszcze dalekim od nasycenia (jest prawdopodobne, że Polacy będą się bogacili i przynosili do funduszy więcej pieniędzy), niepodatnym na konkurencję z zagranicy (w Polsce próbowały zrobić karierę największe globalne firmy zarządzające funduszami, łącznie z Franklinem Templetonem, BlackRockiem i innymi tuzami - bez skutku), a także nie wymagający gromadzenia wysokiego kapitału, a więc płacący wysokie dywidendy. Z drugiej strony to biznes, w którym odejście kilku kluczowych pracowników może oznaczać katastrofę, który "wisi" na zewnętrznych sprzedawcach, w którym wiarygodność jest cenniejszym aktywem, niż w jakiejkolwiek innej branży - a od utraty wiarygodności nie istnieje przecież żadne ubezpieczenie.

      Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie: czy te akcje są tanie, czy drogie. Bo kupując coś tanio można sobie pozwolić na nieco większe ryzyko. Porównałem Skarbiec Holding z Quercus TFI, innym asset managerem notowanym już na giełdzie, którego głównym udziałowcem jest Sebastian Buczek, jeden z najbardziej renomowanych zarządzających majątkiem w Polsce. Quercus pod względem gabarytów jest podobnym do Skarbca towarzystwem funduszy - jego wartość rynkowa to dziś 350 mln zł (cena akcji na początku zeszłego roku wynosiła 2,5 zł, na początku tego roku - już prawie 9,5 zł, a ostatnio - 5,5 zł). Cały Skarbiec Holding przy maksymalnej cenie emisyjnej byłby wart jakieś 300 mln zł. Z tym, że Quercus przy aktywach pod zarządzaniem pięć razy mniejszych, niż Skarbiec ("tylko" 3 mld zł) generuje wyższe od Skarbca przychody (122 mln zł w zeszłym roku) oraz pokaźniejszy zysk netto (38,7 mln zł w zeszłym roku, prawie 25 mln zł po trzech kwartałach tego roku). A jeśli porównać zysk, który mamy szansę kupić (i potem zamienić na dywidendę) w każdej akcji obu asset managerów? W przypadku Quercusa przy cenie akcji 5,25 zł i zeszłorocznym zysku netto zysk na jedną akcję (EPS) wynosi 0,58 zł, zaś wskaźnik C/Z (mówi ile złotych musimy przeznaczyć na zakup akcji, by za te pieniądze "kupić" złotówkę zysku) wynosi nieco ponad 9. W przypadku Skarbca przy zysku netto na każdą akcję przypada 4,23 zł zysku. Gdyby cena każdego papieru w ofercie publicznej wyniosła maksymalne 44 zł, to każdą złotówkę zeszłorocznego zysku kupowalibyśmy za 10,4 zł.

      Wychodzi na to, że przy cenie maksymalnej Skarbiec jest droższy, niż Quercus, który w dodatku działa bardziej efektywnie, bowiem "wyciska" z mniejszych aktywów większe przychody i zyski. Po co więc kupować Skarbca, skoro można mieć Quercusa i to ciut taniej? Cóż, po pierwsze C/Z to tylko jeden, najprostszy wskaźnik, a po drugie jeśli przyjmiemy założenie, iż długoterminowo wierzymy w biznes pt. zarządzanie aktywami, to drobne różnice w wycenie obu firm w ogóle nie są warte rozważania. Jeśli Polska będzie się bogaciła, Polacy się będą bogacili i w funduszach za 10-15 lat będzie pięć razy więcej pieniędzy jak dziś, to - nawet przy niższych wpływach z opłat za zarządzanie per klient - asset managerowie będą zarabiali lepiej, niż dziś. Możemy też przyjąć inne założenie - że to biznes niczym rosyjska ruletka - nic nie produkuje, nie ma majątku trwałego, obiecuje zyski wynikające z czegoś tak ulotnego jak szczęście (umiejętności?) w zarządzaniu pieniędzmi ludzi. A w dodatku biznes, który jest kompletnie nieelastyczny w obliczu turbulencji na rynku kapitałowym - uzależniony od mody na inwestowanie, która w dzisiejszym świecie, pełnym krachów i bankrutujących państw, stoi pod znakiem zapytania. Ja, jako urodzony optymista, skłaniałbym się raczej ku pierwszemu scenariuszowi (czyli że jednak będzie dobrze), choć zgodzę się też z każdym, kto powie, że zna kilka bezpieczniejszych spółek.

      Jak inwestować i pomnażać

      BESTSELLER O INWESTOWANIU W PROMOCJI! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych ibanner_ebooki_ss1 najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. Uwaga: jeszcze do 30 października trwa wielka promocja - e-book "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" możecie kupić z 50%-ową zniżką. Pospieszcie się, bo nic nie trwa wiecznie, zniżka też ;-)

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-)

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      SUBIEKTYWNOŚĆ WSPIERA EMERYTALNĄ AKCJĘ INWESTORÓW. "Nie czekaj aż ZUS i OFE wypłacą ci emeryturę" - apeluje Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. I namawia, byśmy wzięli sprawy w swoje ręce, część oszczędności umieszczając nie tylko w banku, lecz również na rynku kapitałowym. Wspieram tę akcję, bo uważam, że inwestorzy mają sporo racji: akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje firm nie gryzą. Jeśli będziemy przyspawani do lokat bankowych, nie będziemy efektywnie zarządzali naszymi oszczędnościami (a i nie pomożemy rozwijać polskiej gospodarki). Nie tylko w blogu, lecz także w swoich książkach przedstawiałem pomysły i strategie na zbudowanie planu długoterminowego oszczędzania z komponentem "kapitałowym". O tym, że mamy mentalny problem z zabraniem choćby małej części pieniędzy z banku, też pisałem niedawno w blogu. Będę wspierał starania SII i co jakiś czas podrzucał Wam pomysły na wzbogacenie Waszych portfeli w taki sposób, żeby ograniczyć ryzyko, a mieć dużą szansę na większy zarobek, niż w banku. 

      oszczedzajnaemeryture640

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZNÓW DOCENIONA! Dowody sympatii i uznania otrzymuję w ostatnich miesiącach zarówno od czytelników, jak i od ekspertów - za co jestem wszystkim bardzo wdzięczny.Ostatnio mile zaskoczyła mnie wiadomość - którą chcę się z Wami podzielić - iż otrzymałem nominację w konkursie "MediaTory", organizowanym przez krakowskich studentów (chcą mnie wyróżnić w kategorii "InicjaTor", za łączenie rzetelności i żartobliwością). To kolejny splendor, który spłynął na mnie dzięki Wam. W tym roku wielką frajdę przyniosła mi nagroda "Heros Rynku Kapitałowego", przyznawana przez środowisko inwestorów indywidualnych...

      sii3www

      a także nagroda za "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny" w konkursie portalu Money.pl. Przyjemność sprawiła mi też nominacja do nagrody im . Mariana Krzaka (wróciłem do łask Związku Banków Polskich po dziesięciu latach od zdobycia tej nagrody). Subiektywność znalazła się też wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. To dla mnie dowód, że mrówcza praca ma sens i zobowiązanie, żeby nie zwalniać tempa ;-).

      Nagroda Fikusa 2014

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Skarbiec się otwiera, czyli firma prowadząca fundusze inwestycyjne sprzedaje akcje. Warto?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 00:18
  • piątek, 24 października 2014
    • Nowe opłaty likwidacyjne Aegona też nielegalne! Firma seryjnie przegrywa w sądach, a UOKiK...

      Zajmowałem się już w blogu wojną, którą wytoczył polisom inwestycyjnym prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Przypomnę pokrótce: są już cztery kary finansowe za wprowadzenie w błąd klientów - dla Aegona, Open Finance, Idea Banku, Raiffeisen Banku - będzie zapewne kilkanaście kolejnych. Są też postulaty wprowadzenia limitu na prowizje pośredników sprzedających polisy z komponentem inwestycyjnym oraz nakazania producentom "trefnych" produktów, by musieli z automatu oddać pieniądze wszystkim klientom, którzy zostali wprowadzeni w błąd. Jest więc ostro. Dziś jednak chcę się przyjrzeć bliżej sytuacji klientów firmy Aegon. Tu bowiem awantura jest większa, niż w przypadku pozostałych firm. Aegon już w 2012 r. został prawomocnie uznany winnym nakładania nielegalnych opłat likwidacyjnych na klientów, którzy chcą wycofać się z inwestycji przed upływem 10 lat płacenia składek (a mogliby chcieć się wycofać np. dlatego, że ich polisy są obłożone wysokimi prowizjami za zarządzanie pieniędzmi). Firma uchwałą zarządu zmieniła zasady potrącania opłat na mniej dolegliwe i w ogóle zmieniła nieco konstrukcję polis oraz opłat przy nowo sprzedawanych polisach (jest teraz opłata dystrybucyjna - wzbudzająca jednak nie mniejsze kontrowersje, niż likwidacyjna).

      Sęk w tym, że po zmianie zasad naliczania opłat klientom nie było wcale lepiej, a już na pewno nie przejrzyściej. W starym modelu wycofujący się klient po prostu tracił określony procent wpłaconych pieniędzy. W nowym opłata jest uzależniona od tego ile Aegon zapłacił swojemu pośrednikowi. "Klient sam nie może tego policzyć. Szacunkowo ta opłata jest równa składce za pierwszy rok" - powiedział mi kiedyż rozbrajającą szczerością prezes Aegona Michał Biedzki. Opłata likwidacyjna pobierana na nowych zasadach odpowiada sumie kwot: a) kosztu dystrybucji, nie wyższego niż wartość subkonta składek regularnych (a więc nie wchodzą tu składki dodatkowe, które w nowych zasadach są "chronione", b) kosztu wystawienia polisy - 260 zł albo odpowiadającego wartości subkonta składek regularnych, jeśli wartość tego subkonta jest niższa niż 260 zł, c) kosztu rozwiązania umowy 280 zł albo odpowiadającego wartości subkonta składek regularnych, jeśli wartość tego subkonta jest niższa niż 280 zł. Mamy więc 540 zł plus mityczny koszt dystrybucji, czyli zapewne prowizja, jaką agent zgarnął za przyniesienie klienta.

      Wątpliwości co do tych nowych zasad zgłaszali zarówno prawnicy, jak i klienci. Jedni uważali, że nakładanie na klienta prowizji, której źródeł nie da się obiektywnie prześwietlić (Aegon nie ujawnia umów z agentami) jest nielegalne. Zwłaszcza, że wszystko się sprowadza nadal o przerzucania na klienta kosztów działalności ubezpieczyciela. Klienci zaś mieli za złe, że dzwoniąc na infolinię za każdym razem uzyskują inną informację dotyczącą wysokości opłaty likwidacyjnej. A zatem wygląda na to, że firma bierze ją "z palca". Pojawiły się też wątpliwości co do trybu wprowadzenia zmiany - każda zmiana ogólnych warunków ubezpieczenia wymaga przecież zgody klienta. A tu Aegon zamienił sobie jedną opłatę likwidacyjną na drugą, nie pytając nikogo o zdanie. Pisałem o tych sprawach w blogu wielokrotnie, aż wreszcie polityką Aegonu zainteresował się UOKiK. I wszczął postępowanie wyjaśniające. A Aegon tłumaczył urzędnikom, że po prostu postanowił ulżyć klientom, dostosowując zasady do nowych warunków wyznaczonych przez sąd ochrony konkurencji.

      "W ocenie spółki, pisma przekazywane klientom nie informowały o zmianie ogólnych warunków ubezpieczenia w drodze Uchwały, ani też same w sobie takiej zmiany nie stanowiły, ponieważ zmiana taka obiektywnie nie mogła być dokonana w drodze uchwały zarządu Towarzystwa. Wspomniana uchwała – jak zauważa Spółka - była czynnością z zakresu prowadzenia spraw spółki - aktem o charakterze wewnętrznym (wewnątrzkorporacyjnym) i nie stanowiła oświadczenia woli Towarzystwa. (...) Rozstrzygnięcie [sądu ochrony konkurencji] daje prawo pobierania opłaty likwidacyjnej, aczkolwiek nie w ryczałtowej wysokości. Skoro więc opłata ryczałtowa przewidziana we wzorcu OWU została uznana za niedopuszczalną, to spółka została zobligowana (na mocy tych wyroków sądowych) do zredukowania wysokości opłaty do poziomu poniesionych kosztów"

      - tak tłumaczył się Aegon w pismach do UOKiK. Wedug firmy pismo, jakie wysyłała do klientów o zmianie zasad naliczania opłaty, było tylko informacyjnym i nie należy go utożsamiać z jednostronną zmianą OWU. Argumentów miał więcej, a najśmieszniejszy z nich brzmiał, że firma nie mogła złamać zbiorowego interesu konsumentów, bowiem suma ich indywidualnych interesów nie jest zbiorowym interesem. Znam tylko jeden lepszy numer wykonany przez prawników Aegona i nawet opisałem go w blogu ;-). Urząd nie dał jednak wiary tym wyjaśnieniom i uznał, że firma najzwyczajniej w świecie miga się od wycofania nielegalnej opłaty likwidacyjnej i w bliżej nieznanym trybie poboera ją nadal, tylko nieco inaczej liczoną i bez jasnej podstawy prawnej. Według UOKiK Aegon wprowadził konsumentów w błąd, informując ich o zmianie zasad naliczania opłat, bo do zmiany zasad nie miał żadnego prawa - jedyne, do czego miał prawo, to wycofanie się z opłaty likwidacyjnej w ogóle. UOKiK żąda teraz od Aegona, by wykonał wyrok sądu ochrony konkurencji z 2012 r., który do tego właśnie się sprowadza - stare opłaty likwidacyjne są nielegalne, a żadnych innych do OWU nie wprowadzono, bo na to musiałby się zgodzić klient.

      "Aegon nie informował z własnej inicjatywy o zmianie sposobu naliczania opłaty likwidacyjnej. Jego klienci otrzymują jedynie informacje o jej wysokości (ale nie sposobie jej obliczania), która jest przekazywana w potwierdzeniu stanu rachunku wysyłanym na każdą rocznicę zawarcia umowy. Towarzystwo nie przyznawało konsumentom prawa do bezkosztowego wypowiedzenia umowy w sytuacji niezaakceptowania wyliczonej na nowych zasadach opłaty likwidacyjnej"

       ma pretensje UOKiK. Oj, będzie o to jeszcze niejedna awantura. Bo to sprawa trochę podobna do afery z mBankiem i "Nabitymi". Sąd wyrzuca z umowy jakiś zapis, nie zastępuje go innym, a obwiniona instytucja argumentuje, że teraz to ona nie wie w jaki sposób ma wykonywać umowę. W mBanku nie uwzględniają wniosków klientów o przeliczenie rat, a w Aegonie wyliczają opłaty po nowemu, tak jak wydaje im się za słuszne i zgodne z prawem. Bo przecież ani umów kredytowych mBanku, ani polis inwestycyjnych Aegona - tudzież opłat likwidacyjnych jako takich - sąd nie unieważnił. Co ciekawe, w sprawie nowych opłat likwidacyjnych walka toczy się na wielu frontach. Oprócz UOKiK-u ten ubezpieczyciel ma na karku indywidualnych klientów, którzy na własną rękę kwestionują w sądach to, co zakwestionował UOKiK - czyli możliwość pobierania innych opłat likwidacyjnych, niż te, które są w OWU i zostały zdelegalizowane przez sąd. Jeden z prawników, mec. Hubert Moryson z kancelarii HMK Legal pochwalił mi się, że ma już trzy wygrane sprawy tego typu. We wszystkich przypadkach sąd doszedł do wniosku, że opłata likwidacyjna pobrana po nowemu to zwykła samowolka..

      Pierwszy z klientów Aegona zawarł dwie polisy inwestycyjne, ale dość szybko doszedł do wniosku, że to nie jest najlepszy sposób lokowania pieniędzy. I zrezygnował. Z pierwszej polisy Aegon zabrał mu 4162 zł z łącznej kwoty 4458 zł zebranej w postaci składek, zaś w ramach drugiej polisy z wpłaconych 4205 zł klient odzyskał 0,95 zł, resztę firma zainkasowała w ramach pobranej "po nowemu" opłaty likwidacyjnej. Klient najpierw pisał reklamacje, ale po kilkukrotnym odbiciu się od ściany wynajął prawnika i złożył pozew w sądzie. A sąd zarządził, że Aegon ma oddać klientowi całą kasę, uzasadniają to mniej więcej tak:

      "Obciążenie konsumenta opłatą likwidacyjną w wysokości pierwotnie określonej w owu jak również w samej umowie, której nałożenie nie zostało uzgodnione indywidualnie z powodem, stanowi postanowienie umowne, które kształtuje prawa i obowiązki konsumenta w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami oraz rażąco naruszający jego interesy. (...) Wzorzec wydany przez stronę pozwaną oparty na treści uchwały Zarządu strony pozwanej z dnia 27 sierpnia 2012 roku określającej nowy sposób wyliczania i pobierania opłaty likwidacyjnej, nie mógł wiązać powoda jako ubezpieczonego. Powołanie się na skuteczność tak określonego wzorca umownego w stosunku do powoda, któremu wcześniej nie zakomunikowano jego treści prowadzi do naruszenia art. 3841 k.p.c. Pobierając opłatę likwidacyjną w wysokości wskazanej w treści przedmiotowej uchwały pozwana postąpiła zatem bezpodstawnie, powoda nie wiązało bowiem postanowienie umowne zastrzegające prawo do świadczenia i jego wysokość".

      Druga klientka, która wygrała w sądzie sprawę pobrania opłaty likwidacyjnej po nowemu, wycofując się z umowy otrzymała z kwoty 54.400 zł całkiem sporo, bo 43.700 zł (opłata likwidacyjna w jej wypadku wynosiła "tylko" 20%). Ale i tak poszła do sądu i wywalczyła zwrot pieniędzy - podobnie jak w poprzednim przypadku wyrok sądu jest jeszcze nieprawomocny.

      "Zmodyfikowanie stosunku zobowiązaniowego łączącego stronę pozwaną z powódką zgodnie z treścią uchwały nr 139/2012 zarządu pozwanej Spółki z dnia 27 sierpnia 2012 r. w zakresie wysokości opłaty likwidacyjnej nie mogło okazać się wiążące dla powódki. Wbrew twierdzeniom pozwanego z całą pewnością była to zmiana umowy stron co do sposobu ustalania wysokości opłaty likwidacyjnej skoro zamiast opłaty procentowej określonej w OWU i treści polisy w dacie zawarcia kontraktu wprowadzono wartość kwotową"

      - stwierdził sąd. A, zgodnie z art. 384 Kodeksu cywilnego tego rodzaju zmiany umowy mogą być wprowadzone tylko w sytuacji, kiedy klientowi daje się możliwość bezkosztowego wycofania się z umowy. Co prawda to prawda. Nota bene zdaje mi się, że z tym samym przepisem będzie miał za chwilę problem bank Credit Agricole, który podobnie ostro pojechał ze zmianą wzorca umownego w kredytach hipotecznych. Ale wróćmy do naszych baranów. Trzeci klient mec. Morysona z 10.900 zł dostał do ręki mniej, niż jedną trzecią, bo opłatę likwidacyjną, liczoną po nowemu, firma podliczyła mu na 7100 zł. Także i on poszedł z tą sprawą do sądu i również w jego przypadku jest już nieprawomocny wyrok zasądzający zwrot 100% opłaty likwidacyjnej. Wygląda na to, że jeśli prawnicy Aegona zaraz czegoś nie wymyślą, to firma może już przygotowywać miliony złotych na wypłaty. Bo w świetle wtorkowego orzeczenia UOKiK i seryjnie już przegrywanych spraw indywidualnych utrzymanie sytuacji, w której firma pobiera opłaty likwidacyjne na zasadach nie przewidzianych w OWU wydaje się niemożliwe.

      Ci z Was, którym pobrano opłaty "po nowemu" mają bardzo duże szanse na ich odzyskanie. Ci z Was, którzy trzymają czynne polisy, bo czują się zaszczuci listami z Aegona, z których wynika, że opłata likwidacyjna będzie pobrana tak czy siak i wcale nie musi być niska - też mają wiele nowego materiału do przemyśleń. A najlepiej byłoby, żeby firma Aegon błyskiem tak poprawiła zasady polis (opłaty dystrybucyjne, za zarządzanie itp.), żeby nikomu już nie chciało się odchodzić - nawet "za darmo"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe opłaty likwidacyjne Aegona też nielegalne! Firma seryjnie przegrywa w sądach, a UOKiK...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 października 2014 10:16
    • Ktoś przeszkadza SKOK-om w naprawie? I czy w styczniu czeka je finansowa rzeź?

      W czwartek wieczorem wpadłem na spotkanie dziennikarzy z prezesem Krajowej SKOK, żeby posłuchać jak centrala widzi proces uzdrawiania spółdzielczych kas. SKOK-owcy pokazują się mediom z rzadka, więc zawsze lubię skorzystać z okazji. Sądząc po ostatnich poczynaniach Komisji Nadzoru Finansowego - brak zgody na piastowanie funkcji przez kilkunastu prezesów SKOK-ów oraz przez szefa "krajówki", publikacja analizy dotyczącej wypływu pieniędzy SKOK-ów za granicę - narasta konflikt między Krajową SKOK i nadzorującym ten system od dwóch lat państwowym regulatorem. Świadczy o tym konflikcie m.in. zaostrzenie metod, którymi KNF posługuje się, by wyczyścić sytuację wokół spółdzielczych kas. Jeden SKOK zbankrutowany, jeden przejęty przez bank, jeden przeznaczony do oddania w ręce innego banku... Na razie te ruchy dotyczą łącznie kas stanowiących 7-8% systemu, ale jak tak dalej pójdzie, to ze SKOK-ów zostaną nędzne strzępy. Według KNF cały system ma dziurę w kapitałach własnych na poziomie 1,5 mld zł, zaś gdyby uwzględnić wszystkie zalecenia KNF, miałby też w tym roku 565 mln zł strat. A Krajowa SKOK nie pomaga, tylko sabotuje pomoc finansową dla SKOK-ów, Elementarna subiektywność nakazuje sprawdzić jak widzą to SKOK-owcy. Oraz to skomentować ;-)

      W KASIE KAS NIE TAK ŹLE? Według prezesa Matusiaka finanse SKOK-ów nie są w tak opłakanym stanie, jak to pokazuje KNF. Co prawda w tym roku spadła o 500 mln zł wartość zgromadzonych przez klientów depozytów (do 17,1 mld zł na koniec pierwszego półrocza), ale liczba członków się nie zmniejsza. Za to w systemie pojawił się pierwszy zysk netto od kilku lat - 23,4 mln na koniec półrocza (w 2012 r. według "krajówki" kasy były 56,7 mln zł na minusie, w 2013 r. - 128 mln zł pod wodą). Portfel pożyczek, które nie są spłacane w terminie, wynosi co prawda 31%, ale Matusiak przypomina, że w SKOK-ach pożyczka jest wykazywana jako zagrożona już po jednym miesiącu opóźnień w spłacie (w bankach - po trzech miesiącach), więc te 31% nie jest takie straszne, jak na to wygląda. Szef SKOK-ów zapewnia, że pożyczki nieregularne są w 93% pokryte rezerwami, co oznacza, że w księgach rachunkowych już zostały praktycznie spisane na straty. Odzyskanie części z nich będzie więc dla SKOK-ów czystym zyskiem.

      PŁYNIE KASA NA NAPRAWĘ? Szef SKOK-ów twierdzi, że nie jest prawdą, iż kasy są pozbawione wsparcia centrali. Według prezesa Matusiaka do tej pory w ramach restrukturyzacji Krajowa SKOK wypłaciła lokalnym kasom 312 mln zł z Funduszu Stabilizacyjnego. Część jako umorzenie pożyczek, część jako nowe pożyczki albo pomoc bezzwrotną. A część wypłat czeka wciąż na akceptację KNF (jeśli nadzór nie "klepnie" planu naprawczego w danym SKOK, to "krajówka" nie może mu nic wypłacić). W funduszu jest jeszcze podobno 90 mln zł, a szef SKOK-owej centrali zapewnia, że spróbuje jeszcze zorganizować trochę kasy. Jakieś 40 mln zł ma napłynąć z TUW SKOK w ramach pożyczki. Kolejne 50 mln zł "krajówka" pozyskała emitując obligacje dla spółki SKOK Holding. Jeśli Krajowa SKOK osiągnie w tym roku zysk, to też pójdzie na Fundusz Stabilizacyjny. Matusiak uważa, że jest dyskryminowany przez KNF, bo nadzór nie pozwala SKOK-om na sekurytyzację aktywów (czyli sprzedawanie pakietów nie spłaconych w terminie pożyczek do firm windykacyjnych i odzyskiwanie w ten sposób przynajmniej części kapitału). W bankach sekurytyzacja jest od kilku lat hitem, więc nawet przez moment zaczęło mi być żal SKOK-owców. Ale zaraz sobie przypomniałem, że przecież SKOK-i już kilka lat temu wykonały "wewnętrzną" sekurytyzację, czyli wyprowadziły pakiety złych kredytów do Luksemburga w zamian za wyemitowane przez tamtejszą spółkę obligacje. Może więc nie ma powodu do płaczu?

      W LUKSEMBURGU NIC NIE GINIE? Prezes Matusiak nie zostawił suchej nitki na opublikowanym ostatnio opracowaniu KNF, dotyczącym wyprowadzania pieniędzy ze SKOK-ów do spółki z Luksemburga. Chodzi o spółkę SKOK Holding, do której Krajowa SKOK wniosła udziały w 11 firmach obsługujących SKOK-i. Według KNF w Luksemburgu jest 141 mln zł zysku netto, który mógłby pójść na dywidendę i ratowanie SKOK-ów. Z obliczeń nadzoru wynika, że w zeszłym roku do spółek kontrolowanych przez SKOK Holding trafiło od SKOK-ów 87 mln zł, a w tym będzie to minimum 70 mln. Według prezesa Krajowej SKOK nie ma nic złego w tym, że SKOK-i płacą spółkom z Luksemburga, kontrolowanym przez "krajówkę", za usługi, np. informatyczne (bo inaczej płaciłyby komu innemu i to pewnie drożej). A Luksemburg został wybrany nie z braku patriotyzmu, ale ze względu na korzystne przepisy dotyczące obejmowania obligacji. Rozczulające, prawda? Te umowy na outsourcing różnych usług to w ogóle jest niefajna sprawa, bo tam, gdzie są pieniądze deponentów outsourcing powinien był zabroniony (w bankach podlega bardzo dużym restrykcjom). Prezes Matusiak zapewnia natomiast, że kasa w Luksemburgu nie leży odłogiem, bo - oprócz 14 mln zł pensji dla władz tamtejszych SKOK-owych spółek w 2012 r., o czym informowała ostatnio KNF - jest używana do zasilania SKOK-ów w kraju. 50 mln zł z zysków chomikowanych w Luksemburgu posłużyło ponoć do objęcia przez SKOK Holding obligacji wyemitowanych przez Krajową SKOK. Podobno dzięki temu, że były to obligacje, a nie dywidenda, pieniądze mogły być użyte od razu, a nie dopiero w przyszłym roku (dywidendy nie dałoby się od razu wpisać do kapitałów Krajowej SKOK).

      NOWE ZASADY, CZYLI ZŁO? Szef Krajowej SKOK bardzo mocno narzekał na wieczornej konferencji na planowane przez Ministerstwo Finansów dla SKOK-ów nowe zasady rachunkowości. Podobno mają zacząć obowiązywać od stycznia przyszłego roku i znów mogą sprowadzić finanse SKOK-ów do parteru. Niestety, prezes Matusiak nie wyjaśnił w szczegółach na czym te zmiany mają polegać. Udało mi się z niego wycisnąć tylko tyle, że są restrykcyjne bardziej, niż bankowe, a zdaniem Ministerstwa Finansów po wprowadzeniu nowych przepisów SKOK-i będą miały o 30 mln zł niższy zysk. Ale sami SKOK-owcy sugerują, że może to być nawet 300-400 mln zł "w plecy". Krajowa SKOK apeluje o przesunięcie wprowadzenia nowych zasad do początku 2016 r., Przyjrzę się sprawie tego rozporządzenia i sprawdzę czy rzeczywiście jego warunki są takie krzywdzące dla SKOK-ów. Czyżby w Ministerstwie byli jacyś przebrzydli złośliwcy, którzy tak nie lubią polskości, że chcą zrobić SKOK-om na złość? A może po prostu SKOK-owcy, rozpieszczeni 20-letnim brakiem jakiegokolwiek nadzoru (SKOK-i nie musiały nawet tworzyć rezerw na złe kredyty) nie mogą przyzwyczaić się do "normalnych" zasad rachunkowości panujących w instytucjach finansowych? Sprawa jest istotna, bo gdyby kasy miały zjechać aż tak mocno pod kreskę, to - licząc razem z konsekwencjami finansowymi inspekcji KNF w SKOK-ach, przez które "prawdziwe" straty kas w tym roku mają sięgnąć 500-600 mln zł - system mógłby w przyszłym roku mieć nawet miliard złotych straty. A tym samym znacznie większą, niż do tej pory się wydaje, dziurę w kapitałach. I wcale nie jest pewne, czy by się z tego podźwignął (a jeśli tak, to czy przypadkiem nie zapłaciliby za to podatnicy).

      A propos podatników i kosztów, jakie mogą ponieść ze względu na ratowanie SKOK-ów: ledwie skończyło się spotkanie prezesa Krajowej SKOK z dziennikarzami, a z komentarzem odezwała się do mnie Komisja Nadzoru Finansowego, której rzecznik postanowił wpędzić SKOK-owców w jeszcze większe poczucie winy i przypomniał im, że...

      "Kasy potrzebują powrotu do idei samopomocy, realnie istniejącej więzi pomiędzy członkami kas i wpływu członków na kasy. Więź między członkami stanowi naturalny czynnik ograniczający ryzyko kredytowe i koszty, jest fundamentem zdrowej spółdzielczości. Koszty ewentualnych wypłat gwarancji depozytów członków SKOK oraz wsparcia restrukturyzacji kas ponoszą banki poprzez składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, a pośrednio wszyscy klienci banków oraz podatnicy, bo składka banków na BFG jest kosztem uzyskania przychodów".

      Jakie wnioski? Przesuwanie pieniędzy do Luksemburga pod pozorem ułatwień dla emisji jakichś skryptów dłużnych jest bajeczką dla grzecznych spółdzielców, której nie kupuję. A to, że SKOK-i muszą płacić za obsługę informatyczną spółce holdingowej z Luksemburga - jawi mi się podejrzaną sprawą. Z kolei zmieniające się wersje zasad rachunkowości SKOK-ów - zwłaszcza gdyby każda kolejna była surowsza - być może nadają się do recenzji. Czy tę najbardziej ostrą trzeba wprowadzić już teraz? Sprawdzę to i wrócę do Was z oceną polityki Ministerstwa, popieranej zresztą przez KNF. Deklaracja prezesa centrali SKOK-owej, że będzie się starał "skołować" dodatkową kasę na Fundusz Stabilizacyjny - cieszy mnie niczym światełko w tunelu. Oby tylko nie skończyło się tak, jak ze słynną pożyczką z USA, która miała ratować SKOK-i półtora roku temu. Podobno nie wypaliła, bo... KNF się nie zgodził na konstrukcję tego przedsięwzięcia ;-). Niestety, nic nie wskazuje na to, żeby skończył się szybko konflikt między Krajową SKOK, a KNF. Jeśli nie nastąpi jakiś przełom, to jestem pewien, że zbankrutowanych SKOK-ów będzie więcej .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Ktoś przeszkadza SKOK-om w naprawie? I czy w styczniu czeka je finansowa rzeź? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 października 2014 00:49
  • środa, 22 października 2014
    • Ta ostatnia niedziela, czyli aż milion klientów zmieni w weekend swój e-bank (jeśli się uda)

      Dla ponad miliona klientów dawnego Kredyt Banku zbliżają się stresujące chwile. W następny weekend ich dane, zlecenia, salda, karty, kredyty i oszczędności mają zostać przeniesione do systemów informatycznych BZ WBK. Dla dawnych "kredytbankowców" zmieni się wygląd panelu konta po zalogowaniu, a też i sam sposób logowania. Zaś by transfer olbrzymich ilości danych nie skończył się wielkim zamieszaniem, w BZ WBK podjęli decyzję, że na najbliższy weekend praktycznie zamykają bank. I to zarówno jego "kredytbankową" część, czyli systemy obsługi klientów odziedziczonych po przejętym banku, jak i własną. To oznacza, że przez całą sobotę i niedzielę (a być może także w piątek po południu) klienci BZ WBK nie będą mogli dostać się do swojego konta, zadzwonić na infolinię, zlecić przelewów, sprawdzić sald. W piątek wcześniej zostaną zamknięte oddziały, a w poniedziałek później się otworzą (najpewniej dopiero o 10.00). Karty w sklepach i bankomaty mają działać w najbliższy weekend bez zakłóceń - tyle, że w trybie offline, a więc wszystkie transakcje zakupowe, czy wypłaty z bankomatów zostaną rozliczone dopiero w poniedziałek.

      Skąd ta nagła rewolucja? Mało kto już o tym pamięta, ale choć formalnie klienci przejętego dwa lata temu Kredyt Banku są już od dawna klientami BZ WBK, to tak naprawdę zmieniła się tylko "skórka". Oddziały mają nowy szyld, ale wszystkie systemy są identyczne, jak dawniej. Jeśli jakiś klient "postkredytbankowy" chciałby załozyć lokatę w BZ WBK, to musiał zakładać konto tak, jak nowy klient. Systemy BZ WBK nie "widziały" jego produktów z Kredyt Banku, a te kredytbankowe nie "widziały" pieniędzy, które klient trzymał w BZ WBK. Niby więc jeden bank, a systemy dwa. Teraz to ma się zmienić - w najbliższy weekend systemy Kredyt Banku zostaną ostatecznie wyłączone, a klienci będą przeniesieni na platformę BZ WBK. W banku obiecują, że wszystkie pakiety ROR, karty, ustawienia oraz numery kont pozostaną bez zmian - inne będzie tylko miejsce w sieci, gdzie te dane będą przechowywane. A klienci byłego Kredyt Banku tylko na tym zyskają, bo będą mogli korzystać z większej palety usług (oferta BZ WBK jest znacznie bogatsza od tej, z której "kredytbankowcy" korzystali dotychczas).

      Rozmawiałem kilka dni temu z menedżerami BZ WBK, którzy odpowiadają za tzw. migrację i patrząc mi głęboko w oczy zapewniali, że są już po próbach generalnych i wszystkie dane przeniosą bez błędów, a klienci będą mogli korzystać z kont na dotychczasowych zasadach. Ale bez drobnych komplikacji się nie obędzie. Klienci przy pierwszej wizycie online w "nowym" banku będą musieli zaakceptować nowe umowy o prowadzenie rachunków oraz podać bankowi numer telefonu. A to dlatego, że w Kredyt Banku obowiązywała autoryzacja transakcji za pomocą kart kodów jednorazowych, tzw. zdrapek, albo poprzez tokeny sprzętowe. W BZ WBK podstawowym systemem autoryzacji są SMSy przysyłane przez bank na komórkę klienta. Zmiana sposobu zatwierdzania transakcji odbędzie się przy pierwszym logowaniu w serwisie internetowym BZ WBK po przyszłym weekendzie (można je wykonać od razu w poniedziałek albo np. za tydzień lub za dwa tygodnie). Klienci byłego Kredyt Banku będą poproszeni - po podaniu dotychczasowego loginu i hasła - najpierw o podanie numeru telefonu, na który mają przychodzić SMSy z banku, a dopiero potem o zatwierdzenie za pomocą pierwszego SMSa nowych umów (czyli kliknięcie "zgadzam się").

      Wszystko ma nie zająć więcej, niż trzy minuty. A potem jedynym problemem byłych "kredytbankowiczów" ma być przyzwyczajenie się do wyglądu systemu transakcyjnego BZ WBK. I sprawdzenie, czy wszystkie pieniądze, zlecenia stałe, kredyty i karty zostały prawidłowo przetransferowane. Jeśli ktoś ma konto i w Kredyt Banku i w BZ WBK, to nie będzie musiał nic robić - po prostu logując się po raz kolejny do BZ WBK zobaczy poza swoimi produktami z tego banku także te przeniesione z systemu Kredyt Banku. Klienci dostali już listy z informacją o czekających ich zmianach. Nie wszyscy są zachwyceni:

      "Sposób informowania klientów o zmianach jest sprowadzony do absolutnego minimum. Infolinia BZ WBK o numerze 19999 kompletnie ignoruje klientów Kredyt Banku. Dopiero teraz, na tydzień przed przenosinami, dowiadujemy się szczegółów. Np. tego, że w krytycznym momencie przez prawie trzy dni nie będzie dostępu do systemu. Po wejściu w życie zmian milion klientów rzuci się do logowania. Jeśli tylko 10% klientów w tym momencie będzie miało problem z nowym procesem autoryzacji, to mamy 100.000 osób dzwoniących na infolinię. Na miejscu konkurencji szykowałbym ofertę dla dawnych klientów Kredyt Banku"

      - pisze jeden z czytelników. Zapewne przesadza - jeśli migracje przebiegnie bez problemów, nic się nie zawiesi, nie zepsuje, to klienci szybko docenią możliwości jakie daje platforma transakcyjna BZ WBK. Przede wszystkim klienci wreszcie dostaną możliwość korzystania z bankowości mobilnej, łącznie z opcją kupowania biletów komunikacji miejskiej przez smartfona i regulowania w ten sposób opłat za parkowanie. W Kredyt Banku nie było kredytów online (tzw. oferta "na klik"), ani przelewów ekspresowych (w BZ WBK są i to tanie - przelew Express Elixir, który u celu będzie w ciągu kilku minut, kosztuje tylko 3 zł). BZ WBK ma też przyjemną usługę płatności za zakupy online - Przelew24. Z poziomu konta można inwestować pieniądze w fundusze Arka. Jeśli BZ WBK dobrze przedstawi "kredytbankowiczom" nowe możliwości, to może liczyć na wymierne efekty ich przenosin do nowego systemu transakcyjnego. Ta część klientów BZ WBK charakteryzuje się stosunkowo niskim "uproduktowieniem", a więc mają albo tylko ROR, albo tylko lokatę, albo tylko konto z kredytem. Teraz będzie łatwiej ich aktywizować. Niech tylko co dziesiąty aktywuje bankowość mobilną, a co dwudziesty spróbuje zassać kredyt gotówkowy online. To wszystko jednak pod warunkiem, że przeniesienie danych klientów pójdzie sprawnie, a w poniedziałek serwery wytrzymają większy, niż zwykle ruch (obstawiam, że większość klientów dawnego Kredyt Banku będzie chciała od razu zalogować się "po nowemu").

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Ta ostatnia niedziela, czyli aż milion klientów zmieni w weekend swój e-bank (jeśli się uda)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 października 2014 23:11
    • Centrala SKOK-ów pod lupą KNF. Jak płynie kasa na ratowanie Kas? Niepatriotycznie

      Przy okazji sprawozdania z kolejnego posiedzenia Komisja Nadzoru Finansowego opublikowała arcyciekawy, choć przy tym przygnębiający dokument, poświęcony SKOK-om. Jeśli się nad nim głębiej zastanowić, to pokazuje on bezsens ratowania SKOK-ów w ich obecnej postaci - przynajmniej dopóki ktoś nie wytnie narośli, która oplata kasy i na nich pasożytuje. Zanim jednak opowiem o najważniejszych liczbach przedstawionych w tej analizie, przypomnę, że SKOK-i są dziś w stanie ciężkim. Ich fundusze własne, czyli podstawę do prowadzenia jakiejkolwiek działalności, nadzór szacuje na minus 70 mln zł, a jeśli doliczyć do tego korekty wynikające z inspekcji KNF w kasach - to saldo spadnie do poziomu minus 660 mln zł. Żeby SKOK-i spełniały choćby najniższe wymogi dotyczące posiadania własnego kapitału, obowiązujące w firmach przyjmujących pieniądze od ludzi, brakuje im 1,5 mld zł. Straty SKOK-ów za ostatni rok nadzór szacuje na 565 mln zł (choć same SKOK-i twierdzą, że wypracowały 23 mln zł zysku). Już 31% kredytów jest przeterminowana w spłacie lub stracona.

      Pół miliarda strat i półtora miliarda dziury w kapitałach to wystarczający powód, by się zastanawiać czy ten okręt może nadal płynąć. 45 kas przygotowuje programy naprawcze (tylko 10 SKOK-ów nie musi "się naprawiać"). Jeden SKOK już zbankrutował (z pieniędzy pochodzących od banków jego klientom wypłacono ponad 800 mln zł). Kolejne dwa SKOK-i są przeznaczone do przejęcia przez banki. W sumie ta trójka stanowi 7-8% aktywów całego systemu. A co będzie z resztą, z kilkunastoma, kilkudziesięcioma kolejnymi kasami? To pytanie otwarte. Można byłoby wierzyć w postawienie tego wszystkiego na nogi, gdyby było widać, że samym SKOK-owcom zależy. Ale jest tak, że Grzegorz Bierecki, do niedawna szef tej wesołej, samonadzorującej się hałastry - o której nadużyciach pisałem przez wiele lat i miałem z tego powodu pewnie z kilkanaście wygranych procesów w sądzie - zrejterował z funkcji kapitana. Członkowie SKOK, w liczbie ponad 2,6 mln, nie mają najmniejszej ochoty dokapitalizować systemu kwotą składek wartych 1,5 mld zł. Prezesi samych SKOK-ów są - zdaniem KNF - jak dzieci we mgle: KNF nie dał zgody na pełnienie funkcji kilkunastu prezesom SKOK-ów, a także - co już wcale nie jest zabawne - szefowi Krajowej SKOK.

      skokTeraz do tego obrazu dochodzi jeszcze jeden element. Otóż, jak wynika z opublikowanego we wtorek komunikatu, KNF policzył jakie obciążenia ponoszą SKOK-i -na rzecz różnych spółek, fundacji i innych podmiotów, z którymi łączą je różne umowy (formalnie stworzone po to, żeby SKOK-i mogły wspólnie zamawiać i limitować koszty działania). Duża część tych spółek, na rzecz których płacą SKOK-i, jest kontrolowana przez spółkę SKOK Holding w Luksemburgu. Zajmuje się ona głównie inkasowaniem dywidend, a jej głównym udziałowcem jest Krajowa SKOK. Według KNF w zeszłym roku, za pośrednictwem jedenastu podmiotów kontrolowanych przez SKOK Holding, ze spółdzielczego systemu wypłynęło ponad 83 mln zł. W tym roku ma to być jakieś 70 mln zł. Do końca zeszłego roku luksemburska spółka zakumulowała łącznie z tych wszystkich wypłat równowartość 141 mln zł. Gdyby SKOK Holding (pomarańczowy twór na wykresie obok) wypłacił te pieniądze w formie dywidendy do Krajowej SKOK (na zielono na wykresie), mogłyby one wrócić do SKOK-ów (są na czerwono) w formie pomocy, lub pożyczek. Tak się jednak nie dzieje. Z jednej więc strony klienci banków płacą pośrednio - w formie wypłat z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - na ratowanie SKOK-ów, a z drugiej strony te SKOK-i wypuszczają dziesiątki milionów złotych rocznie w formie zapłaty za usługi na rzecz spółek kontrolowanych z Luksemburga. KNF narysowała nawet taki milutki schemacik powiązań kapitałowych:

      SKOK_powizania_kapitaowe

      Z analizy KNF wynika też, że system wciąż jest źródłem dobrych zarobków dla ludzi, którzy tak nim zarządzali przez 20 lat, że teraz grozi mu bankructwo. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynikać ma, że Grzegorz Bierecki, były długoletni prezes Krajowej SKOK, zasiada w zarządach pięciu podmiotów oplatających SKOK-i (SKOK Holding, Arenda Bierecki, MP 59 Bierecki Sosnowski, SIN Bierecki oraz Fundacja Sanitas), a także w radach nadzorczych piętnastu kolejnych (SKOK Stefczyka, Stefczyk Nieruchomości, Asekuracja, TUnŻ SKOK, TUW SKOK, TFI SKOK, TF SKOK, Apella, eCard, TZ SKOK, TZ SKOK SKA, Stefczyk Finanse i jeszcze trzy fundacje na dokładkę). I jeszcze w wolnych chwilach szefuje WOCCU, skok-owemu stowarzyszeniu z siedzibą w USA. Jego brat Jarosław jest w dwóch zarządach i dziewięciu radach, Adam Jedliński zasiada w siedmiu gremiach zarządczych, Grzegorz Buczkowski w piętnastu, zaś Andrzej Sosnowski - w ośmiu. Ludzie renesansu, prawda? Dalibyście radę pracować w tylu miejscach naraz? Pisałem już jakiś czas temu, że prezes Bierecki jakoś daje radę. A w tym czasie pracownicy SKOK-ów drżą o swoją przyszłość i nawet porządnie nie mogą się ubezpieczyć od utraty pracy. Według obliczeń KNF spółki kontrolowane przez SKOK Holding w 2012 r. wypłaciły członkom swoich zarządów i rad nadzorczych co najmniej 17 mln zł wynagrodzenia.

      Co to wszystko oznacza? Ano chyba to, że uzdrawianie SKOK-ów nie będzie miało większego sensu, dopóki nie zostaną przerwane nici, które powodują, że pieniądze ze SKOK-ów wyciekają nie tylko wskutek fatalnej polityki kredytowej i braku zarządzania ryzykiem, ale też wskutek jakichś dziwnych układów z zaprzyjaźnionymi podmiotami. Czas pewnie zadać też pytanie o intencje ludzi zarządzających dziś systemem SKOK, a zwłaszcza zarządu Krajowej SKOK. Bo z jednej strony pozwala on na to, że pieniądze ciekną ze SKOK-ów jak z durszlaka, a z drugiej strony nie pomaga SKOK-om w uzyskaniu finansowania w trudnych chwilach. Na razie KNF sukcesywnie odsuwa od zarządzania SKOK-ami osoby, które - jak można się domyślać - są odpowiedzialne za kultywowanie kosztownych powiązań finansowych, utrudniających skuteczną restrukturyzację. Wygląda na to, że SKOK-i, jeśli mają przetrwać ten kryzys i być kiedyś lokalną konkurencją dla banków, wymagają nie tylko oczyszczenia finansowego, ale i personalnego. Pytanie czy da się tego dokonać "na miękko", bez - choćby kontrolowanego - bankructwa dużej części systemu.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Centrala SKOK-ów pod lupą KNF. Jak płynie kasa na ratowanie Kas? Niepatriotycznie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 października 2014 08:07

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line