Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 lipca 2014
    • Bank dla bogaczy startuje z nową marką. Masz dwie średnie krajowe, będziesz u nich VIP-em

      Citibank, który od dawnamiał wizerunek banku dla klienta z dużo wyższymi dochodami, niż średnia krajowa, w ostatnich kilkunastu miesiącach tak pożeglował w kierunku prestiżu, że ho, ho. Wyciął w pień najtańsze wersje kont osobistych (dając do zrozumienia klientom z dochodami poniżej 5000 zł miesięcznie, żeby już sobie poszli), a w prestiżowym pakiecie CitiGold podkręcił wymagania. "Złotkiem" w Citi może być dziś tylko ktoś, kto ma 12.000 zł miesięcznych wpływów i 50.000 zł w depozytach, inwestycjach lub oszczędnościach. Efekt tych posunięć jest taki, że nawet klienci z porządnej klasy średniej, za których inne banki dałyby się pokroić, w Citi bywają traktowani po macoszemu. Owszem, nie wyrzuca się ich przez okno, jak tych z dochodem poniżej 5000 zł, ale na "golda" nie zawsze się łapią, a podstawowa odmiana ROR-u - CitiOne - choć darmowa, nie daje im zbyt wiele karesów. W Citi chyba się zorientowali, że Polska to wciąż nie jest kraj, w którym mieszkają sami milionerzy. I postanowili spuścić nieco z tonu.

      W ofercie banku pojawi się dzisiaj nowy pakiet usług skierowanych do osób, które jeszcze nie "zasłużyły", by stać się posiadaczem CitiGold, ale mają oszczędności i zarabiają dwie-trzy średnie krajowe. Rzecz nazywa się Citi Priority i można powiedzieć, że jest nieco mniej wymagającą wersją "golda". Wymogi bezpłatnego prowadzenia konta i darmowości karty w Citi Priority to 5000 zł w miesięcznych wpływach oraz 30.000 zł w oszczędnościach bądź otwarty kredyt (gotówkowy, hipoteczny lub kartowy). Po spełnieniu tych warunków przed klientem otwierają się wrota z bonusami. W pakiecie ma darmowe bankomaty na całym świecie, możliwość założenia bezpłatnych kont walutowych (w euro, dolarach, funtach i frankach) oraz gratisową opcję podłączenia karty debetowej do konta walutowego. Do tego dochodzą darmowe przelewy ekspresowe między kontami w Citi w różnych krajach i awaryjne wypłaty do 1000 dolarów w gotówce w dowolnym oddziale Citi na świecie. W pakiecie jest też usługa "Bilety na telefon" - można dzięki niej zamawiać bilety na dowolną imprezę odbywającą się w kraju i na świecie.

      Ostatnio w blogu: Jabłkiem w Putina, czyli jak zagrać mu na nosie za mniej, niż 1 zł dziennie

      Dodatkowo klient Citi Priority będzie mógł wybrać jedną z czterech pieszczot dodatkowych. Pakiet Citi Priority będzie bowiem występował w różnych odsłonach. W wariancie "Aktywny" bank dorzuca kartę kredytową bez opłaty rocznej ani miesięcznej oraz konto oszczędnościowe z oprocentowaniem 3,03% (do salda 30.000 zł, potem procent spada). Wariant "Kredytowy" zawiera gwarancję tańszego debetu w ROR (oprocentowanie 14%), rabatu w wysokości 1% (punktu procentowego) przy pożyczce gotówkowej i nieco niższej marży przy kredycie hipotecznym (przy odrobinie szczęścia podobno można wytargować 1,4% marży). Wariant "Firmowy" oznacza możliwość otrzymania pieszczoty dodatkowej w postaci konta firmowego bez opłat, zaś wariant "Inwestor" - oprocentowania pieniędzy w wysokości 4% w skali roku (do 50.000 zł) pod warunkiem, że kupi się fundusz inwestycyjny lub "strukturę" za 25.000 zł albo program regularnego oszczędzania ze składką 200 zł miesięcznie oraz systematycznie płaci kartą w sklepach (trzeba "wykręcić" 500 zł w obrotach bezgotówkowych). 

      Czytaj też: W którym banku największy odlot? Porównuję karty z milami lotniczymi

      Wszystko to ma być ekskluzywnie opakowane - pakiet Citi Priority będzie miał swoją stronę internetową i własną, odmienną niż w innych częściach banku kolorystykę. Ta część "polskiego" Citi będzie od teraz granatowa. Wideozaproszenie dla klientów - w najbliższych godzinach bank roześle je do 100.000 posiadaczy kont i produktów inwestycyjnych - nagrał sam szef bankowości detalicznej Citigroup. Jak ocenić tę całą metamorfozę? Cóż, najwyraźniej w Citi chcą postawić drugą obok CitiGold, bardzo mocno wyróżniającą się (także marketingowo) nogę. Z jednej strony po to, by zapobiec odpływowi klientów atrakcyjnych, choć "niegoldowych", z drugiej strony po to, by wytoczyć działa i powalczyć o pozyskanie nowych klientów z klasy średniej. Celem jest zapewne pozycja jednego z najpopularniejszych banków dla 2-milionowej rzeszy Polaków aspirujących do zamożności. Tworzenie całej linii produktowej i specjalnego "opakowania" na pewno wygeneruje bankowi dodatkowe koszty, ale jest dla Citi szansą, by bank przestał się "zwijać". Bo konkurencja w segmencie klientów z segmentu "gold" jest dziś nieporównanie większa, niż w segmencie personal banking, czyli takich z zarobkami do 10.000 zł miesięcznie. Dla Citi, banku z dobrze postrzeganą i kojarzącą się z prestiżem marką, grzechem byłoby nie podjąć próby przyciągnięcia tej grupy.

      DZIŚ OSTATNI DZIEŃ NA WYBÓR OFE. Zdążysz jeszcze pobiec na pocztę lub do oddziału ZUS-u i złożyć deklarację pozostania w OFE. Jeśli wciąż masz wątpliwości, powinieneś przeczytać mój wczorajszy wpis w blogu - przedstawiam w nim mój punkt widzenia na wybór ZUS vs ZUS+OFE. Zapraszam też do obejrzenia wideofelietonu na temat oszczędzania na emeryturę z OFE lub bez OFE.

      EMERYTURA OD PAŃSTWA BĘDZIE ŻAŁOSNA. CO ROBIĆ? PODPOWIADAM. Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. To książka, która ma już status bestselleru, więc możesz mieć pewność, że będzie to dobrze wydany pieniądz. Szczerze polecam!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Bank dla bogaczy startuje z nową marką. Masz dwie średnie krajowe, będziesz u nich VIP-em”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 lipca 2014 12:16
  • środa, 30 lipca 2014
    • Jabłkiem w Putina? Żeby zagrać mu na nosie wystarczy... mniej, niż złotówka dziennie ;-)

      Przywódca Rosji Władimir Putin, od lat wytrwale prowadzący swój kraj w kierunku gospodarczej przepaści, postanowił zrobić Polakom na złość i wprowadził w środę embargo na nasze jabłka. Ma to być kara za jawne popieranie przez polskie władze Ukrainy w sporze o Krym oraz o wschodnią część tego kraju. A także za podjudzanie Unii Europejskiej do wprowadzania kolejnych antyrosyjskich sankcji. Ten były KGB-ista oczywiście robi tymi sankcjami krzywdę przede wszystkim własnym obywatelom, którzy polskie jabłka uwielbiają ze względu na ich smak - podobno w Chinach da się wszystko podrobić, ale na pewno nie smak polskich jabłuszek (pomijam ich wpływ na potencję, ponoć bardzo pozytywny; no, ale tego na kursach dla KGB-istów nie uczyli). Wojenki gospodarcze w dłuższej perspektywie skończą się źle dla samej Rosji, która poza surowcami nie ma światu nic do zaproponowania. A świat od ich surowców może się w ciągu kilku lat zacząć uniezależniać. Z szybką zemstą na Putinie może być gorzej. Bojkot konsumencki rosyjskich towarów raczej w grę nie wchodzi, bo musielibyśmy przestać jeździć samochodami i gotować na gazie.

      Czytaj: Sześć pomysłów na to, jak dokuczyć Putinowi, nie używając ani jednego czołgu

      W redakcji "Pulsu Biznesu" powstała - i natychmiast została rozpropagowana w mediach społecznościowych - akcja "Jedz Jabłka", której celem jest zachęcanie Polaków do kupowania i spożywania jeszcze większej ilości tych owoców. Największe redakcje, portale i serwisy internetowe już się przyłączyły, a dziennikarze i politycy wrzucają do sieci "selfie" w pozycji "z jabłuszkiem", albo "na jabłuszko". Jestem za! Kupujmy jabłuszka po to, żeby zademonstrować nasz patriotyzm, wesprzeć polskich plantatorów i zagrać na nosie Putinowi. Pozornie jego cios jest bardzo dobrze wycelowany. Polska jest największym na świecie producentem jabłek. Rocznie na naszych plantacjach zbierane są 3 mln ton jabłek, z czego mniej więcej połowa (np. w sezonie 20012/2013 było to 1,2 mln ton) trafia na eksport. A więcej niż połowa eksportu - 700.000 ton - trafia do Rosji. Inni odbiorcy naszych jabłuszek są daleko w tyle. Białoruś bierze ok. 150.000 ton, Ukraina - 50.000 ton, a Niemcy - 70.000 ton.

      Co trzeba zrobić, żeby prezydentowi Rosji zrobiło się przykro? W Polsce jest mniej więcej 14 milionów pracujących (niecałe 6 mln pracuje w dużych i średnich firmach, 3 mln to samozatrudnieni, 2 mln to rolnicy, jest trochę drobnych przedsiębiorców). Jeśli rozdzielić na nich wszystkich cały polski eksport jabłek do Rosji (młodzież, emerytów i rencistów na razie nie biorę pod uwagę), to wychodzi jakieś 50 kg jabłuszek rocznie na głowę. W kilogramie mieści się mniej więcej 6 jabłek, co oznacza, że "wykupienie" Putina oznacza konieczność zakupienia przez każdego pracującego Polaka dodatkowo 300 owoców rocznie, czyli... jednego jabłka dziennie (w sobotę i niedzielę macie wolne ;-)). Wasze portfele od tego nie ucierpią, bo jedno jabłko (przy cenie 4 zł za kilogram) kosztuje mniej niż złotówkę. Czy to zbyt duże poświęcenie, żeby zagrać na nosie barbarzyńcy, który dostarcza broń terrorystom strącającym samoloty cywilne? A przecież po jabłku dziennie mogą kupować też emeryci, renciści, zaś bezrobotnym oraz dzieciom w szkołach powinno zasponsorować po jabłuszku na dzień dobry państwo lub samorząd. A urzędnicy powinni mieć obowiązek picia soków jabłkowych zamiast kawy ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Jabłkiem w Putina? Żeby zagrać mu na nosie wystarczy... mniej, niż złotówka dziennie ;-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 lipca 2014 21:09
    • Milion już wybrał, ale czy warto stanąć w tej kolejce? Ostatni papierosek w sprawie OFE

      Już tylko dziś i jutro można zgłosić chęć dalszego odprowadzania części składki na emeryturę do OFE. Przyznam szczerze, że jestem bardzo zbudowany tym, jak wielu z Was w ostatnich dniach podjęło tę decyzję - jest nas już ponad milion osób! Można marudzić, że to tylko milion z 14 mln Polaków, którzy mogą wybierać między ZUS i OFE (możliwość ta nie dotyczy osób w wieku 56 lat i starszych, a także tych, którzy jeszcze nie pracują). Ale jeśli od tych 14 mln odejmiemy kilka milionów przedsiębiorców (płacą tak niskie składki emerytalne, że w ich przypadku motywacja jest mniejsza, niż dla "etatowców"), dwa miliony osób pracujących na umowach cywilno-prawnych (też nie wpłacają kokosów w ramach składek emerytalnych) oraz kolejne kilka milionów osób o bardzo niskich dochodach (którzy myślą raczej o tym, jak przetrwać do pierwszego, niż o emeryturze), to ten milion, który podniósł rękę "za" OFE robi wrażenie. Oczywiście nie ma pewności, iż wybór OFE będzie miał poważne znaczenie dla wysokości naszej emerytury (acz nie można tego wykluczyć, o czym napiszę dalej).

      Przypominam w telegraficznym skrócie czego dotyczy wybór: w OFE było do niedawna 300 mld zł naszych oszczędności. Rząd na początku tego roku zabrał z tego połowę (tę, która była "zapłacona" pożyczkami, zaciąganymi przez rząd) i teraz na naszych kontach w OFE jest 150 mld zł (mniej więcej 10.000 zł na osobę, lepiej zarabiającym zostalo ok. 20.000 zł). Te pieniądze w OFE zostaną (przynajmniej dopóki ten lub kolejny rząd nie zrobią "skoku" również na nie). Wybór dotyczy nowych składek, tych, które zapłacimy dopiero w przyszłości. I to ich niewielkiej części, mniej więcej co siódmej złotówki składki emerytalnej (niecałych 3% z 20% wynagrodzenia brutto). Więcej na ten temat mówię w tym klipie.

      Czy jest sens zostawać w OFE? Są dwa rodzaje argumentacji "za": filozoficzna i ekonomiczna. Ta pierwsza zasadza się na spostrzeżeniu, że nasze składki w ZUS to obietnice, a w OFE są prawdziwe pieniądze. ZUS natychmiast wydaje wszystko, co od nas weźmie, a nasze emerytury będzie finansował ze składek naszych dzieci (których rodzi się coraz mniej). Argumentacja ekonomiczna skupia się na tym, że warto mieć pieniądze na emeryturę na rynku kapitałowym. W ostatnich 10 latach warszawska giełda dawała średnio 10,7% zarobku rocznie (mimo dwóch krachów), ponad 100-letnia historia giełd amerykańskich i brytyjskich pokazuje efektywność na poziomie 7-8% (badanie poniżej - obrazek po lewej - pokazuje nawet jeszcze lepszy wynik). W ZUS nasze pieniądze też sa waloryzowane, ale tempo tej waloryzacji zależy i będzie zależało od polityków. Może się zdarzyć, że stwierdzą, iż waloryzację trzeba obniżyć. Wzrostu wartości spółek notowanych na giełdzie administracyjnie obniżyć się nie da. A historyczne statystyki, mówiące, że lokowanie w akcje długoterminowo się opłaca, nie budzą wątpliwości (choć z drugiej strony: żaden historyczny wynik nie daje gwarancji na przyszłość). Same OFE też obiecują, że będą pobierały znacznie mniejsze prowizje, niż do tej pory, a więc z tego tortu dla nas, przyszłych emerytów, zostanie więcej.

      bgoptima_badania3

      Jest i trzeci argument za OFE - czysto polityczny. Wielu z nas zostanie w OFE tylko po to, żeby zademonstrować swój sprzeciw nieróbstwu rządu - zabierając połowę pieniędzy z OFE poszedł na łatwiznę, nie znosząc przywilejów emerytalnych i w niewielkim tylko stopniu poprawiając system ulg na dobrowolne oszczędzanie na emeryturę. Inni będą demonstrować przeciwko propagandzie rządu, którzy nie dał równego dostępu do informacji "za" i "przeciw" OFE. Rząd nie zachował bezstronności, prowadząc za pieniądze wszystkich podatników dość obrzydliwą kampanię propagandową, którą recenzowałem zresztą na stronach blogu. Żeby wybrać tylko ZUS - nie trzeba nic robić, a forma głosowania "za" OFE została tak wymyślona, żeby jak najbardziej nas do tego zniechęcić. Bardzo dobrze, że aż milion ludzi pokonało te przeszkody i oddało głos "za" drugą emerytalną nogą

      Czytaj też: Pięć argumentów "za" i pięć "przeciw" pozostaniu w OFE. Które Ci bardziej pasują?

      Oczywiście: są i kontrargumenty: może się okazać, że wybieranie dziś OFE jako drugiej nogi to czyste złudzenie. Bo to państwo, a nie żadna prywatna instytucja jest gwarantem i "operatorem" wypłaty emerytur. Jeśli ZUS zbankrutuje, to zbankrutuje państwo, a pieniądze w OFE też mogą się okazać nic niewarte. Poza tym każdy, kto oszczędza na emeryturę w OFE, będzie musiał na 10 lat przed emeryturą zacząć stopniowo przekazywać te pieniądze do ZUS-u, a ZUS oczywiście natychmiast je wyda, zamieniając na wirtualne zapisy (tzw. zasada suwaka). A więc OFE nie do końca dają pewność uniezależnienia części emerytury od ZUS-u. Choć przecież lepiej tuż przed emeryturą mieć w tym ZUS-ie zapis o wyższej wartości - "wzbogacony" przez zyski z inwestycji w OFE - niż mniejszej, pochodzący tylko z waloryzacji ZUS-owskiej.

      Czy rzeczywiście nasza emerytura w małym stopniu zależy od OFE? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że tak - tylko mniej, niż co siódma złotówka składki emerytalnej może pójść do OFE. "To nie zrobi różnicy" - powiecie. Może tak, a może nie. Część analityków uważa, że emerytura z OFE może być nawet o 20% wyższa, niż bez OFE. To wynika oczywiście z założenia, że na rynku kapitałowym pieniądze długoterminowo będą pracowały znacznie szybciej, niż w ramach waloryzacji. Im więcej zarabiasz i im dalej masz do emerytury, tym znaczenie wysokiej efektywności rynku kapitałowego może być większe. Jeśli jesteś etatowcem, to też pomyśl o tym wyborze uważniej, niż przedsiębiorcy lub osoby pracujące na umowach cywilno-prawnych (bo prawdopodobnie Twoja składka emerytalna jest z konieczności dość wysoka). Pewnie dlatego - jak pisze dziś w "Wyborczej" moja redakcyjna koleżanka Anna Popiołek - do OFE idą głównie piękni i bogaci ;-). Czujesz, że jesteś piękny lub piękna? To wiesz już co masz robić ;-).

      Remigiusz Stanisławek z blogu OpiekunInwestora.pl przygotował arkusz kalkulacyjny, w którym przedstawia różne scenariusze dla naszych emerytur. Wynika z nich, że np. pozostający w OFE dzisiejszy 40-latek z dochodem brutto 1000 zł miesięcznie, w zależności od scenariusza (rynek kapitałowy vs waloryzacja) może mieć emeryturę wyższą o 30 zł, albo niższą o 20 zł, niż ten, kto wybrał ZUS. A np. w przypadku 25-latka różnica może wynosić od 152 zł in plus do 72 zł in minus dla każdych 1000 zł dochodu. Oczywiście mówimy o wartościach skrajnych, najprawdopodobniej różnice w "rentowności" waloryzacji ZUS-owskiej i rentowności pieniędzy inwestowanych na rynku kapitałowym będą mniejsze, a więc i rozpiętość zysków i strat nie będzie sięgała "dużych" setek złotych, lecz raczej kilkudziesięciu złotych, bądź też "małych" setek.

      ZUSOFEremigiuszskan

      Swój kalkulator, aczkolwiek bardzo jednostronny, zakładający, że OFE będą inwestowały pieniądze bardzo skutecznie, przygotował też instytut WISE. Obejrzyjcie, żebyście wiedzieli o jakich pieniądzach dziś lub jutro możecie decydować.

      Jak ponownie "zapisać się" do OFE? Ponownie, bo to de facto tak wygląda, że trzeba będzie znów wypełnić sążnisty formularz, żeby potwierdzić, że nie jesteście wielbłądami ;-). Jeśli postanowicie zostać w ZUS, to nie musicie nic robić. Wasze składki w OFE zebrane do tej pory (i pomniejszone o połowę, którą zabrał rząd), zostaną w OFE, ale nowe w całości powędrują już do ZUS-u. Jeśli chcecie pozostać w OFE z co siódmą złotówką Waszej składki emerytalnej, to macie dwa sposoby. Albo drukujecie, wypełniacie, podpisujecie i wysyłacie do ZUS-u (dowolny oddział w Waszym mieście) deklarację, albo idziecie ją zanieść do oddziału. Uwaga: ZUS nie wydaje żadnych potwierdzeń przyjęcia, więc warto przynajmniej nadać przesyłkę listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. Idąc do ZUS-u można mieć dwie kopie deklaracji i zażądać potwierdzenia przyjęcia druku z adnotacją, że kopia jest zgodna z oryginałem. Do OFE można się też zgłosić przez internet, ale trzeba mieć tzw. potwierdzony profil na platformie ePUAP. A to i tak wymaga wizyty w oddziale ZUS, więc droga internetowa już odpada. Tyle subiektywności w kwestii wyboru (lub niewyboru) OFE ode mnie. To mój ostatni papierosek w tej sprawie, jak przystało na skazańca. Teraz czas na Was. Wybieracie się do ZUS z deklaracją? Już byliście? Idziecie na plażę? ;-).  

      EMERYTURA OD PAŃSTWA BĘDZIE ŻAŁOSNA. CO ROBIĆ? PODPOWIADAM. Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. To książka, która ma już status bestselleru, więc możesz mieć pewność, że będzie to dobrze wydany pieniądz. Szczerze polecam!


       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Milion już wybrał, ale czy warto stanąć w tej kolejce? Ostatni papierosek w sprawie OFE”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 lipca 2014 12:57
  • wtorek, 29 lipca 2014
    • Zostawił po sobie 52.000 zł kredytów, ponoć ubezpieczonych. Jak dobrać się do polis?

      Sprawy związane ze spadkobraniem i długami lub inwestycjami, które możemy znienacka odziedziczyć po zmarłym członku rodziny, są wyjątkowo trudne. Dostęp do informacji o majątku, który się dziedziczy, jest bardzo ograniczony, zaś prawo jest skonstruowane tak, że "domyślnym" sposobem dziedziczenia jest dziedziczenie wprost, a więc bez żadnego limitu odpowiedzialności za długi (tylko niepełnoletni dziedziczą z dobrodziejstwem inwentarza). Podrzucałem w blogu rozwiązania, które pozwalają w razie potrzeby "odkręcić" nabycie trefnego spadku. Dziś sytuacja jeszcze bardziej skomplikowana. Napisała do mnie pani Karolina, która w styczniu 2013 r. straciła ojca. Porządkując dokumenty po zmarłym znalazła papiery mówiące o tym, że zaciągnął pokaźny kredyt (ok. 40.000 zl), którego raty co miesiąc rzetelnie spłacał i dodatkowo miał też kartę kredytową (z limitem 12.000 zł). Z dokumentacji wynikało, że kredyt został zaciągnięty jednoosobowo, bez współudziału żony zmarłego, bez jej zgody,  bez żyrantów, bez jakiegokolwiek zastawu czy hipoteki. Cóż, ani to pierwszy, ani ostatni kredyt zaciągnięty przez małżonka w granicach "zwykłego zarządu", a więc nie wymagający zgody drugiego małżonka.

      "Zatelefonowaliśmy do banku niedługo po śmierci taty, byliśmy osobiście w oddziale, by dowiedzieć się jaka dokładnie kwota została do spłacenia, na jakiej podstawie bank dał tak wysoki kredyt osobie tak mało zarabiającej i w zaawansowanym wieku. Mama napisała nawet oficjalne pismo z prośbą o pomoc w ustaleniu wysokości zadłużenia".

      W dokumentach moja czytelniczka znalazła informacje mogące sugerować, że kredyt i karta były ubezpieczone na warunkach ubezpieczenia grupowego (i pewnie dlatego bank mógł sobie pozwolić na sprzedanie takiego pakieciku osobie powyżej 60-ego roku życia). Bank jednak odmówił na ten temat wszelkich informacji tłumacząc się, że najpierw musi zobaczyć poświadczenie sądowe albo notarialne o nabyciu spadku. Widząc, że bank się nie kwapi, by uzyskać jakieś pieniądze z ubezpieczenia po zmarłym, pani Karolina wspólnie z mamą napisała do ubezpieczyciela - firmy Lighthouse Life Insurance Company - list z prośbą o informację jak wygląda status ubezpieczenia. Ubezpieczyciel nawet specjalnie się nie wykręcał, tylko od razu rzucił prawdą między oczy: jeśli chodzi o ubezpieczenie karty, to z OWU wynika, że automatycznie wygasło po ukończeniu przez ubezpieczonego 65-go roku życia. A kredyt? Według informacji Lighthouse w ogóle nie był ubezpieczony.

      Nie chcesz płacić długów po zmarłym? Bank nawet w sądzie będzie chciał chwycić cię za gardło - przeczytaj, żebyś wiedział jak się wyplątać, gdy znajdziesz się w podobnej sytuacji. Przeczytaj też o banku, który chce pożyczyć 24.000 zł zadłużonej po uszy emerytce. Upadł na głowę, czy...?

      Czy to prawda? Trudno powiedzieć, bo bank nie chce puścić pary z ust. Wiadomo tylko, że nie prowadzi żadnych działań, by odzyskać kasę od ubezpieczyciela. Zła wiadomość dla pani Karoliny jest taka, że bank rzeczywiście ma prawo odmawiać udzielania informacji o długach zmarłego tak długo, jak nie zostanie mu przedstawiony odpis prawomocnego postanowienia sądu o stwierdzeniu nabycia spadku albo wypis zarejestrowanego aktu poświadczenia dziedziczenia, sporządzony przez notariusza.

      "Aby uniknąć nieprzyjemności, spadkobiercy ustawowi, w pierwszej kolejności małżonka i dzieci, powinni złożyć w sądzie oświadczenie o przyjęciu spadku z dobrodziejstwem inwentarza i poinformować kolejnych spadkobierców, czyli dalszą rodzinę, o konieczności odrzucenia spadku lub przyjęcia go z dobrodziejstwem inwentarza. Potem trzeba liczyć na to, że sąd szybko wyda postanowienie o nabyciu spadku. W następnym etapie trzeba udać się do banku, uzyskać pełną dokumentację dotyczącą długu i ubezpieczenia, a potem podjąć decyzję, czy walczyć z ubezpieczycielem o pokrycie długu z wykupionej przez zmarłego polisy"

      - radzi Martyna Kośka, prawniczka specjalizująca się w prawie konsumenckim. Z postanowieniem o nabyciu spadku warto pójść nie tylko do banku, ale i do Biura Informacji Kredytowej, by wyciągnąć stamtąd kompleksowe wiadomości o sytuacji finansowej zmarłego. I żeby nie dać się zaskoczyć jakimiś kolejnymi roszczeniami. W zasadzie dopełnienie tych wszystkich procedur powinno oznaczać, że jesteśmy bezpieczni. Przyjęcie spadku z dobrodziejstwem inwentarza oznacza, że dziedziczymy majątek tylko do wysokości długów. W teorii oznacza to, że nie "ryzykujemy" własnym majątkiem, a w najgorszym scenariuszu możemy nie dostać ani grosza ze spadku, bo wszystko rozdrapią komornicy. W praktyce różnie bywa, bo jeżeli nie sporządzimy spisu inwentarza, to komornik może np. zająć nasz rachunek bankowy na poczet długów po zmarłym członku rodziny, zostawiając w spokoju jego nieruchomość. gdyż tak mu będzie wygodniej.

      Najlepiej byłoby spróbować namówić ubezpieczyciela do pokrycia szkody, ale po pierwsze nie wiadomo, czy polisa w ogóle obejmuje kredyt, a jeśli tak - to na jakich warunkach. Po drugie zaś trzeba będzie nakłonić bank, żeby scedował na panią Karolinę prawa z polisy. Znam przypadki, w których bank potrafi opierać się przez kilka lat, bo nie chce robić przykrości firmie ubezpieczeniowej, z którą ma deal. Poza tym w umowie między nimi może być zawarta dodatkowa prowizja dla banku, uzależniona od liczby klientów, którym trzeba wypłacić odszkodowania. Słowem: nie ma łatwo. W przyszłym roku, kiedy zacznie działać Rekomendacja U, uchwalona ostatnio przez KNF, banki będą miały obowiązek cedować prawa do polis bezzwłocznie. I przynajmniej o tyle będzie łatwiej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Zostawił po sobie 52.000 zł kredytów, ponoć ubezpieczonych. Jak dobrać się do polis?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 lipca 2014 09:59
  • poniedziałek, 28 lipca 2014
    • PKO BP startuje z nowym pomysłem na systematyczne oszczędzanie. Będzie hit?

      PKO BP, największy w Polsce bank, obsługujący ponad 7 mln klientów, wprowadza właśnie nowy pomysł na systematyczne oszczędzanie. Oparty jest na systemie premiowania klientów za dokładanie kolejnych cegiełek do stanu konta. Rzecz nazywa się PBK - Program Budowania Kapitału i ma kilka wariantów. Najogólniej: dzieli się na średnioterminowe programy oszczędzania na spełnianie marzeń (do 12 lat) oraz na długoterminowe programy odkładania pieniędzy na przyszłą emeryturę (do 45 lat). W każdym z tych wariantów można się zdecydować na oszczędzanie wyłącznie bezpieczne (na bankowych depozytach) albo na połączenie bezpieczeństwa z lokowaniem w fundusze inwestycyjne (w proporcji 50:50). Jest jeszcze możliwość lokowania wyłącznie w funduszach, ale nie wydaje mi się, żeby była popularna wśród klientów, więc nie poświęcę jej zbyt dużo miejsca.

      W wariancie bezpiecznym można odkładać od 100 zł miesięcznie do 500 zł miesięcznie. Oprocentowanie pieniędzy wynosi tyle, ile WIBOR 3M (obecnie 2,7%) plus dorzucana przez bank premia za systematyczność. Jest ona tym większa, im więcej pieniędzy co miesiąc dokładamy - przy składce 100 zł bank dodaje 0,1% (punktu procentowego) do WIBOR-u, a przy składce rzędu 500 zł - dorzuca już 0,5% powyżej WIBOR-u. W tym ostatnim przypadku mamy więc lokatę, która dzisiaj dawałaby 3,2%. W wariancie "emerytalnym", kiedy godzimy się oszczędzać przez 15 lat z opcją wydłużenia tego horyzontu do 45 lat, bank oferuje też drugą premię, lojalnościową. Po pięciu latach dorzuci 0,1% (punktu procentowego) do oprocentowania, zaś po kolejnych pięciu latach - 0,2%. Oznacza to, że po dziesięciu latach oszczędzania można "wydusić" z PBK lokatę oprocentowaną według stawki WIBOR plus 0,7%. Niestety, to atrakcja dostępna tylko dla osób, które stać na wpłacanie po 500 zł miesięcznie. 

      A jeśli zdecydujemy się na program z podziałem składki pomiędzy lokatę i fundusz inwestycyjny (w proporcji 50:50)? Składka miesięczna wynosi 200-500 zł. Tu w części lokatowej premie dorzucane do oprocentowania równego WIBOR-owi są znacznie wyższe - wynoszą od 1,2% do 1,5% (punktu procentowego). Oczywiście im większa miesięczna składka, tym większa premia. Oznacza to, że połowa wnoszonych składek może pracować nawet na poziomie 4,2% (biorąc dzisiejszy WIBOR plus 1,5% premii). Ale druga część pieniędzy idzie na pakiet kilku funduszy inwestycyjnych TFI PKO (można wybrać wariant bezpieczniejszy, zawierający ok. połowę funduszy akcji oraz bardziej agresywny, z przeznaczeniem na akcje 85% pieniędzy). Fundusze kupujemy bez żadnych opłat manipulacyjnych, ale niestety możemy wybierać tylko spośród oferty TFI PKO. Jeśli ktoś wybierze wariant PBK z oszczędzaniem na emeryturę, to zamiast "zwykłych" funduszy będzie nabywał portfel, który będzie zawierał pakiet funduszy zmieniających skład z upływem czasu. Na początku pieniądze będą inwestowane głównie w fundusze akcji, a na końcu - głównie w bezpieczne fundusze pieniężne.

      Poniżej rozpiska wariantu oszczędzania na spełnianie marzeń:

      PBK_wersja_marzeniowa

      Czy nowinka proponowana przez PKO BP jest przełomem? Oczywiście nie, podobne oferty widziałem już w naszych bankach, choćby w Credit Agricole (trzeba powiedzieć, że PKO-wski program ma lepsze parametry). Sam PKO BP też ma podobną rzecz "podpiętą" pod swoje konto dziecięce. Czy oferowane przez PKO BP oprocentowanie powala na kolana? Nie ma dwóch zdań, że da się znaleźć na rynku lokaty oprocentowane wyżej, niż w PBK - nawet po doliczeniu premii (kręcić nosem mają prawo zwłaszcza ci, którzy nie mają 500 zł na miesięczne składki, oferowane 2,8% na lokacie przy systematycznych wpłatach po 100 zł nie zrobi chyba na nikim wrażenia). Ale to dobrze, że największy polski bank będzie przyzwyczajał klientów do tego, że systematyczne oszczędzanie wiąże się z mniejszymi lub większymi bonusami. Zapewne będzie to mocno promowany pomysł, traktowany też jako teaser dla nowych klientów (bo z PBK będzie można skorzystać wyłącznie razem z kontem osobistym, z którego będą wypuszczane zlecenia stałe do programu).

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatnie dwa tygodnie udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach. I wciąż grasuję ;-). Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu. Dziękuję Wam też za życzenia dla mnie, które wpisujecie pod kolejnymi tekstami!

      PIERWSZE KROKI W OSZCZĘDZANIU ZRÓB ZE MNĄ! Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. Wszystko, co opisuję w tej książce, przetestowałem na własnej skórze.


      SPECJALNA OFERTA DLA CZYTELNIKÓW BLOGU! Każdy, kto kupi "100 potwornych opowieści o pieniądzach", moją najnowszą książkę, zawierającą masę trików na bezbolesne oszczędzanie, sensowne zarządzanie domowym budżetem, bezpieczne używanie banku w internecie i... pieniędzy za granicą, a także na wyjście z tarapatów z kredytem i trefną polisą inwestycyjną, w pakiecie może dostać drugą książkę - sensacyjną powieść "K.I.S.S" Tomka Pruska o kulisach rynku kapitałowego i brudnej grze o wielkie pieniądze. Idealna lektura na wakacje. Kliknijcie ten link i wpiszcie kod promocyjny "samcikprusek", a dostaniecie specjalną cenę, którą wynegocjowałem z wydawcą.

      baneryinternetoweksiazki_640x25002

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „ PKO BP startuje z nowym pomysłem na systematyczne oszczędzanie. Będzie hit?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 lipca 2014 00:59
  • niedziela, 27 lipca 2014
    • 16.000 zł za kilka kliknięć i zupa zostawiona na gazie, czyli od czego jest w banku doradca?

      Produkty finansowe kupuje się już często w internecie. Jest w Polsce kilka porządnych platform, które pozwalają kupić online udziały w funduszach inwestycyjnych (i to bez prowizji na wejściu, która u "naziemnego" sprzedawcy potrafi sięgnąć 5,5%). Nie ruszając się z fotela można założyć bankową lokatę lub konto oszczędnościowe. Przez internet dostępne są już nawet niektóre proste pakiety łączące oszczędzanie na lokacie z inwestowaniem w fundusze. Bezpośrednio w sieci - np. korzystając ze smartfona z bankową aplikacją - można już nawet zaciągnąć kredyt gotówkowy, albo kupić prostą polisę ubezpieczeniową (np. turystyczną). Jaka jest w tej sytuacji rola "naziemnego" doradcy? Cóż, wydaje mi się, że powinna ewoluować w stronę ułatwiania klientowi wyboru spośród kilku  skomplikowanych produktów inwestycyjnych, albo prowadzenia klienta za rękę przy uzyskiwaniu np. kredytu hipotecznego. Innych ról do spełnienia przez sprzedawcę w punkcie obsługi klienta nie widzę.

      Niestety, część sprzedawców, pośredników finansowych, doradców w bankach i innych instytucjach finansowych wciąż każe sobie płacić za to, że po prostu są. Wydrukuje taki gość formularz, przyjmie podpis, przystawi pieczątkę i za te męczące czynności kasuje grubą gotówkę, fundowaną z naszej, klientowskiej kieszeni. Co zrobić, żeby nie okazać się ostatnim frajerem i nie dać się nabić w prowizję za to, że ktoś wykonał kilka kliknięć myszką, które moglibyśmy sobie sami wykonać? Oto opowieść pani Jolanty, która o mało nie sprezentowała doradcy 16.000 zł

      "Muszę opisać Panu, bo mnie korci, sytuację z dzisiejszego poranka. Mianowicie trafiłam do pewnej pięknej pani pośrednik od kredytów, pracującej dla pewnego banku. Chodzi o dużą kwotę do pożyczenia na jakiś czas (ok. 200 tys.). Pani zaczęła opowiadać, że to nowa oferta i taka super, a kasa jest jeszcze tego samego dnia na koncie. Ale zanim się do wszystkiego zabrała, wspomniała, że bank nie płaci jej prowizji, więc ja muszę ja pokryć, ale to tylko 8% od kwoty kredytu"

      - pisze pani Jolanta. Najpierw ją zatkało. Policzyła szybko, że 8% przy wartości jej kredytu to 16.000 zł. Potem zaczęła patrzyć przez ramię doradczyni kredytowej, zadając jej przy okazji kilka pytań. Szybko okazało się, że pani doradczyni nie ma w ofercie żadnego specjalnego kredytu, ekskluzywnego i nie do podrobienia. Przeciwnie, jej propozycja to identyczny kredyt jak ten, który bierze się samodzielnie przez internet. A bierze się ten kredyt tak: trzeba się zalogować do systemu banku, dostaje się SMS-em hasło, system wczytuje historię obrotów na kontach w innych bankach oraz wypełnia inne dane w formularzu internetowym. W oparciu o to system generuje ofertę kredytową. Pani Jolanta, gdy już ogarnęła sytuację, grzecznie się pożegnała ("zostawiłam włączoną zupę na kuchence"). A potem zaciągnęła ten sam kredyt, na identycznych warunkach, przez internet. Nie płacąc 16.000 zł prowizji.

      Gdyby nie jej czujność, sprzedawczyni w banku dostałaby mnóstwo kasy za nic. Pewnie nawet się nie zmartwiła faktem, że pani Jolanta zostawiła zupę na gazie, bo kolejny klient pewnie już nie był tak podejrzliwy i dał się "zrobić" na 8% prowizji. Wniosek? Doradca kredytowy przydaje się tylko w dwóch przypadkach: jeśli może porównać i pomóc wybrać jedną z wielu ofert oraz jeśli ma specjalną relację z bankiem i oferuje warunki, których klient samodzielnie nie byłby w stanie wynegocjować. W przeciwnym razie jest tylko generatorem zbędnych kosztów dla klienta. Dlatego zawsze warto zadać doradcy dwa pytania: jaki oferuje wybór i czy może zaoferować specjalne warunki. A to, że wypełni za nas jakiś formularz? Phi, żadna łaska, większość ofert finansowych jest dziś dostępna w internecie, często bez prowizji, którą pobrałby "naziemny" pośrednik finansowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „16.000 zł za kilka kliknięć i zupa zostawiona na gazie, czyli od czego jest w banku doradca?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 lipca 2014 13:58
  • piątek, 25 lipca 2014
    • Horror we Wrocku już nie wróci, za to znikają biletomaty na Dworcu Centralnym. Paranoja?

      Pisałem kilkakrotnie w blogu o maszynach, które w wielu miejscach zaczynają wypierać żywych urzędników, bankowców, kasjerów. Pierwszy bank w Polsce testuje już w pełni samoobsługowe oddziały, w urzędach zaczęły pojawiać się opłatomaty, które eliminują kolejki do kas, a bankomaty zaczynają już nawet udzielać kredytów gotówkowych. Mam nadzieję, że kolejnym etapem rozwoju automatyzacji w realizowaniu prostych transakcji będzie możliwość zakupienia biletu na autobus, tramwaj lub pociąg w biletomacie - bezpośrednio w pojeździe lub na przystanku, czy dworcu. Jedynym miastem w Polsce, w którym idea ta już praktycznie została zrealizowana, jest Wrocław. Tam biletomat jest zainstalowany w każdym pojeździe komunikacji miejskiej (jest ich 820). W dodatku w biletomatach można płacić bezgotówkowo, kartą płatniczą. W Warszawie też jest trochę takich biletomatów, ale niestety świadomość, że nie w każdym autobusie i tramwaju znajdziemy biletomat, powoduje, że problemu wcześniejszego zakupu biletów nie możemy sobie zdjąć z głowy - chyba, że kupujemy je mobilnie (ja np. już w kilku miejscach w Polsce kupowałem bilety na autobus i tramwaj za pomocą aplikacji Sky Cash, klienci BZ WBK mają ją już nawet podpiętą do swoich kart debetowych).

      biletomat_wrocekNiewiele brakowało, a pomysł z kupowaniem wejściówek do komunikacji miejskiej w biletomatach skończyłby się źle, bo biletomaty we Wrocławiu upatrzyli sobie złodzieje naszych kart płatniczych. Zauważyli bowiem, że wrocławskie biletomaty przy transakcji zakupu biletu nie żądają nigdy PIN-u. A zatem wystarczy wejść w posiadanie czyjejś karty (nie ma znaczenia czy zbliżeniowej, czy też tradycyjnej) i wejść do autobusu, by zrobić zakupy na konto pechowca. Teoretycznie złodziej nie powinien cieszyć się z tej opcji, bo co mu po bilecie miesięcznym? Ale może np. kupić ich więcej i sprzedać "na mieście". Poza tym w biletomatach można nabyć nie tylko bilety, ale i np. doładowanie do telefonu typu pre-paid. A to już dużo bardziej chodliwy towar. Opisywałem w blogu kilka sytuacji, w których klienci tracili po kilka tysięcy złotych z powodu złodziejskich transakcji w biletomatach. "Wina" leżała nie tylko po stronie biletomatów, które przyjmowały seryjne transakcje, ale i po stronie zabezpieczeń kart, które np. nie miały zdefiniowanych dziennych limitów transakcji zbliżeniowych.

      Czy możliwość płacenia bez PIN-u w biletomatach to błąd? Niekoniecznie, bo - podobnie jak przy okazji koncertów, na których też coraz częściej można płacić tylko kartą i tylko zbliżeniowo - warunki nie ułatwiają zachowania w poufności PIN-u. Tam, gdzie jest tłok i trudno o dyskrecję, płatności PIN-em najlepiej w ogóle wyłączyć. Na szczęście Mennica Polska, która jest operatorem wrocławskiego systemu biletomatów, ostatnio poprawiła standardy bezpieczeństwa, ograniczając możliwości kupowania biletów i doładowań o dużej wartości w jednym biletomacie i z użyciem jednej karty. Nie dość, że wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, to jeszcze w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To oczywiście nie wyklucza możliwości "czyszczenia" słabo zabezpieczonej przez bank karty zbliżeniowej, ale zabezpieczenia kart też poszły w górę (nie słyszałem, by w ostatnich miesiącach ktoś stracił kartę i złodziej zrobił nią kilkadziesiąt transakcji - już przy czwartej-piątej moduł zbliżeniowy powinien się "wyłączyć").

      Biletomaty wrocławskie są już więc znacznie bezpieczniejsze (ze statystyk Mennicy Polskiej wynika, że liczba fraudów spadła do wartości czysto symbolicznych) i nie ma przeszkód, by biletomatomatowy system rozszerzał się na inne miasta. Biletomat w każdym pojeździe komunikacji miejskiej plus aplikacja mobilna do zakupu wirtualnych biletów przez komórkę to powinien być standard w XXI wieku. Niestety, biletomaty wciąż nie są standardem na kolei. Ostatnio Mennica Polska wycofała swoje biletomaty z Dworca Centralnego w Warszawie, bo doszła do wniosku, że czynsze, których żądają zarządcy dworca są zbyt wysokie. Dworzec Centralny jest najbardziej dochodowym w Polsce, ale czy powinien pracować na to miano żyłując czynsze pobierane od operatorów biletomatów? Przecież to jakaś paranoja - biletomaty odciążają kasy i zwiększają komfort pasażerów. Na Centralnym zostało co prawda kilka biletomatów spółki PKP Intercity, ale w tej dziedzinie naprawdę nie przeszkadzałaby mi konkurencja kilku operatorów. Im więcej maszyn, tym więcej klientów ma szansę przetestować nowy, wygodny sposób kupowania biletów. Niestety, szefowie dworca wolą pokazywać jak to dużo pieniędzy zarabiają, ciesząc oczy kolejkami do kas.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Horror we Wrocku już nie wróci, za to znikają biletomaty na Dworcu Centralnym. Paranoja?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 lipca 2014 15:04
    • Foch nadzorczy, odsłona druga: bank "bez akcjonariuszy" i kara, której... nie mógł dostać

      Wracam dziś w blogu do głośnego boju o malutki FM Bank PBP, który obsługuje kilkadziesiąt tysięcy klientów, buduje pierwszy w Polsce bank dostępny głównie ze smartfona, a za prezesa ma guru bankowości Sławomira Lachowskiego. Przypomnę pokrótce, że główny akcjonariusz banku - fundusz inwestycyjny Abris Capital Partners - został u progu wakacji ukarany przez nadzór finansowy najsroższą z możliwych sankcji, czyli wywłaszczeniem. Komisja Nadzoru Finansowego stwierdziła, że Abris nie wykonuje zobowiązań inwestorskich i zabrała udziałowcom prawo głosu z akcji. A do tego nakazała sprzedaż banku do końca tego roku i nie wydała zgody na powołanie Lachowskiego na prezesa. Zrobiła się afera, bo Abris włożył w bank kilkaset milionów złotych, a sprzedaż akcji pod pistoletem zawsze będzie transakcją za grosze. Zaś nadzór nie przedstawił żadnych poważnych zarzutów - część ze wskazanych uchybień została naprawiona, a pozostałe kwalifikowały się co najwyżej do jakiejś nagany.

      Sprawa ma ciąg dalszy, bo Komisja Nadzoru Finansowego właśnie poinformowała o rozpatrzeniu odwołania Abrisu (papiery przeglądał inny zespół urzędników). Abris w drugiej instancji ugrał jednak niewiele - nadzór wycofał się z nakazu sprzedaży banku, ale utrzymał zakaz wykonywania praw z akcji przez udziałowców. W KNF uznali, że przepisy nie pozwalają im w ramach jednego postępowania jednocześnie zabrać prawo głosu udziałowcom i nakazać sprzedaż banku. To oczywiście nie oznacza, że w przyszłości tej armaty KNF znów nie wytoczy - bo nadzór w komunikacie ogłosił, że uczyniony krok w tył...

      ... "nie zmienia faktu niedochowania przez PL Holdings oraz Abris Capital Partners Limited zobowiązań inwestorskich złożonych wobec KNF, co w ocenie Komisji ma negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku".

      Z decyzji KNF wynika dla mnie jeden wniosek, jedna wątpliwość i jeden postulat. Wniosek jest taki, że nadzór zachował się wyjątkowo lekkomyślnie, przygotowując w pierwszej instancji tak poważną decyzję w niezbyt staranny sposób. Dziś sama KNF przyznaje, że jej poprzednia uchwała generowała ryzyko prawne. Biorąc pod uwagę to, że bój idzie o setki milionów euro, czynności ograniczające ryzyko przegranego procesu powinny być wykonane ciut wcześniej, niż na etapie odwołania. Wątpliwość dotyczy tego, czy podtrzymana przez nadzór decyzja o bezterminowym odebraniu akcjonariuszom prawa głosu służy stabilnemu i ostrożnemu zarządzaniu bankiem. W FM Banku PBP nie może się zebrać walne zgromadzenie akcjonariuszy, bo nie będzie komu głosować. To zabawne, ale tylko do czasu, gdy trzeba będzie zatwierdzić sprawozdanie finansowe, albo bankowi będzie potrzebne dodatkowe finansowanie. Dobrze, że KNF chociaż zatwierdziła Sławomira Lachowskiego na prezesa (stało się to kilka dni temu).

      Generalnie wygląda na to, że nadzór nadal chce wymusić na akcjonariuszach sprzedaż banku. Bo skoro zatwierdził Lachowskiego na prezesa FM Banku PBP (z formą jego zatrudnienia wiązała się większość oficjalnie zgłoszonych zarzutów, leżących u podstaw afery), a jednocześnie uznał, że przesłanki "przestępstwa" nie ustały, to w zasadzie nie wiadomo co akcjonariusze mieliby zrobić, żeby owe przesłanki ustały. A właściwie wiadomo - akcjonariusze mają się zmienić. Skoro KNF obstaje przy takim rozwiązaniu, to lepiej, żeby miał w odwodzie poważniejsze argumenty, niż te, które zgłosił oficjalnie. Nie wykluczam zresztą, że je posiada, bo fundusze private equity często w imię realizowania agresywnej strategii bawią się z nadzorami w kotka i myszkę, sprawdzając ile im będzie wolno.

      Sęk w tym, że utrzymanie megasurowej sankcji w połączeniu z mizernymi zarzutami KNF oraz z faktem, że nadzór się "podłożył" nakładając w pierwszej instancji karę, której (przynajmniej na to wygląda) nie miał prawa nałożyć, to zabójczy miks. Zabójczy dla wiarygodności każdej instytucji nadzorczej. Z tego powodu KNF powinna wyłożyć wszystkie karty na stół. Zwłaszcza, że i tak będzie musiała to wcześniej lub później zrobić, bo Abris nie odpuści - odwoła się do sądu administracyjnego i będzie kontynuował postępowanie arbitrażowe przed szwedzkim sądem. Dla funduszu taki proces - w przypadku wygranej - będzie świetnym interesem, bo swoje szkody, łącznie z utraconymi korzyściami, wyceni tak, jakby FM Bank PBP miał być kurą znoszącą złote jajka, której przedwcześnie poderżnięto gardło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Foch nadzorczy, odsłona druga: bank "bez akcjonariuszy" i kara, której... nie mógł dostać”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 lipca 2014 00:40
  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli państwowych gwarancji depozytów w SKOK-ach

      Światem finansów wstrząsnęła wiadomość o zawieszeniu działalności (to oznacza de facto bankructwo) jednej z większych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych - SKOK Wspólnota. Niecałe 100.000 klientów i ok. 800 mln depozytów - tak przedstawia się skala problemu. Tak dużego bankructwa w regulowanej branży finansowej (nie licząc parabanków, piramid finansowych i pośredników finansowych) nie było od długich lat. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby ludziom, którzy włożyli do tego SKOK-u pieniądze, nie przysługiwała gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Bo choć stracą swoje udziały i wkłady członkowskie (czyli "cegiełki", które wykupili, by stać się członkami kasy), to depozyty dostaną z powrotem i to razem z naliczonymi odsetkami (do wysokości 415.000 zł na lokatę, bo taki jest limit gwarancji). Gdyby nie mieli szans na odzyskanie tych pieniędzy, zapewne skończyłoby się nie lada paniką członków tego i pozostałych SKOK-ów. I kolejkami w oddziałach podobnymi do tych, jakie widzieliśmy niedawno w Bułgarii, kiedy ogłoszono niewypłacalność trzeciego największego banku.

      Biorąc pod uwagę kryzysową sytuację finansową całego systemu, w którym jest 17 mld zł naszych oszczędności - mogłoby to oznaczać załamanie się SKOK-ów, niechlubny koniec ich historii w Polsce i mniejsze lub większe straty dla 2,6 mln Polaków. Histeryzuję? W SKOK-ach od roku nie ma już wewnętrznego systemu ubezpieczeń (który był zresztą mocno zagadkowy, bo nie wiemy, czy nie zawierał ograniczeń odpowiedzialności firmy ubezpieczającej depozyty), a jedynym źródłem, z którego można byłoby próbować pokryć straty deponentom Wspólnoty byłby fundusz stabilizacyjny SKOK-owej centrali, ale tam już jakiś czas temu było tylko 200 mln zł, a teraz ponoć zostało tylko kilkadziesiąt milionów złotych. Państwowe gwarancje depozytów w SKOK-ach, zafundowane im przez polityków z kieszeni bankowców (bo to oni złożyli się na 11 mld zł, które leżą w BFG), sprawiają, że SKOK-om, mimo "przejściowych chwilowych", nie grozi systemowy kolaps (albo klops, jeśli wolicie po polsku).

      Odprawiając modły dziękczynne chciałbym przypomnieć kilka cytatów sprzed trzech lat, kiedy rząd PO-PSL i posłowie obu partii zabrali się za naprawianie SKOK-ów. Oj, nie wszyscy popierali wtedy wprowadzenie SKOK-ów pod kuratelę Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Obrońcy samodzielności SKOK-ów mówili, że to niepotrzebne, że SKOK-i mają swój, świetny system gwarancyjny, że nigdy żaden SKOK nie upadł, a składki na BFG będą tak wielkim obciążeniem dla kas, że zaszkodzą ich konkurencyjności. Bardzo jestem ciekaw co teraz mieliby do powiedzenia.

      "Propozycje zgłoszone do sejmowej Komisji Finansów Publicznych (...) są tak absurdalne i w tak drastyczny sposób naruszają Konstytucję, że według mnie ich zgłoszenie wcale nie ma na celu ich wdrożenia. Mają wywołać stan niepewności prawnej wokół Kas i zniechęcenie potencjalnych klientów do przystąpienia do spółdzielni"

      - tak komentował projekt ustawy obejmującej kasy m.in. ochroną BFG niejaki Grzegorz Bierecki, ówczesny szef SKOK-owej centrali, współodpowiedzialnej za obecną sytuację finansową SKOK-ów. No i jeden z najlepiej wynagradzanych menedżerów w Polsce. Ciekawe jak oceniłby pan prezes "stan niepewności wokół kas", gdyby dziś do gry nie mógł wejść Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Projekt obejmujący kasy państwowym systemem gwarantowania depozytów zachwalał nawet Związek Banków Polskich ("Ten projekt należy ocenić pozytywnie. Rozwiązania mają charakter systemowy i normują zasady funkcjonowania ważnego sektora usług finansowych" mówił Jerzy Bańka z ZBP). Ale prezesowi Biereckiemu państwowe gwarancje się nie podobały. W narzekaniu wtórował mu Andrzej Dunajski, rzecznik SKOK-owej centrali.

      "To zdumiewający i szokujący projekt. Nie mam wątpliwości, że jest on niekonstytucyjny. Godzi w wolność gospodarczą i wykracza daleko poza jakiekolwiek granice ingerencji ustawodawcy"

      Ciekawy jestem, czy członkowie SKOK-ów wolą być dziś "ugodzeni w wolność gospodarczą", czy też woleliby zachować wolność gospodarczą SKOK-u i zostać bez pieniędzy. Gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że zarówno prezes Bierecki, jak i jego rzecznik Dunajski, krytykują nowelizację ustawy również ze względu na to, że dopuszczała możliwość przyłączania SKOK-ów do banków. Sęk w tym, że banki nie mają najmniejszej ochoty przejmować SKOK-ów, w których panuje taki bałagan, jak dziś. A skasowanie projektu - do czego nawoływał wówczas prezes Bierecki - oznaczałoby koniec marzeń o objęciu SKOK-ów gwarancjami BFG. Ciekaw jestem, czy wtedy były szef SKOK-owej centrali wypłaciłby deponentom SKOK-u Wspólnota pieniądze z własnej kieszeni, czy też może pożyczyłby je w Ameryce, bo o takich obietnicach też słyszeliśmy. A może przyłączyłby kulejący SKOK do jakiegoś innego, według stosowanej od lat zasady "wiódł ślepy kulawego"?

      Bierecki żalił się na zakusy polityków, zmierzające do tego, by objąć SKOK-i opieką BFG, także na łamach "Naszego Dziennika". Skarżył się, że nadzór KNF nad spółdzielczymi kasami będzie silniejszy niż nad bankami, chociaż działalność kas jest znacznie węższa. Autor artykułu zresztą też się strasznie przejął widmem BFG. "SKOK-i działają tylko w realnej gospodarce i nie spekulują depozytami klientów na rynkach finansowych. W związku z tym ryzyko, przed którym muszą się zabezpieczyć, powinno być niżej wycenione. Ponadstandardowe podniesienie poprzeczki bezpieczeństwa depozytów w SKOK-ach będzie dla kas bardzo kosztowne" - martwi się "Nasz Dziennik". A prezes załamuje ręce:

      "Składka na BFG i koszty nadzoru KNF będą kosztować kasy około 60 mln zł rocznie. Zmniejszy się konkurencyjność kas wobec banków, co od początku było prawdziwym celem tej ustawy"

      Dziś wiemy, że stawką było uratowanie oszczędności 2,6 mln Polaków przed krachem. SKOK-i na razie nie wpłaciły do kasy BFG prawie nic, a ich roczna składka będzie w przyszłości wielokrotnie niższa od tej, którą wyciągnie z BFG tylko jeden upadły SKOK. "Kwoty, które nowa ustawa nakazuje wnosić do BFG i KNF, wcześniej trafiały do członków kas w postaci wyższego oprocentowania depozytów niż w bankach i niższych kosztów pożyczek" - martwił się jednak "Nasz Dziennik".

      "Na tych przepisach najbardziej skorzystają instytucje parabankowe, które nie podlegają żadnemu nadzorowi i nie ponoszą kosztów. Ogranicza się działalność SKOK-ów w interesie banków i lichwy. Ta ustawa jest przykładem niebywałego lobbingu ze strony tych środowisk, które mają duże wpływy w partii rządzącej"

      - dodawał Bierecki. Wygląda na to, że to lobbyści bankowi uratowali kieszenie członkom SKOK-ów. tylko gdzie był wówczas szef centrali SKOK-ów, któremu powinno na tym zależeć najbardziej? W sprawie poddania SKOK-ów opiece Bankowego Funduszu Gwarancyjnego raczył wypowiedzieć się również Krzysztof Rybiński, słynny ekonomista, były członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, znany z prawicowych poglądów i chyba sprzyjający SKOK-om. Ale czy również sprzyjający ich członkom? Zdaniem popularnego ekonomisty wszystkie te gwarancje to pic i wyciąganie pieniędzy.

      "Gwarancje do 100.000 euro są fikcyjne, jeżeli padnie jakiś bank z pierwszej 10-tki. W przypadku systemowego kryzysu bankowego w Polsce, system gwarancji depozytów nie zadziała, a klienci banków stracą znaczną część swoich depozytów. W związku z tym składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny należy traktować wyłącznie jako haracz, który w żaden sposób nie zwiększa bezpieczeństwa systemu finansowego w Polsce. Jak będzie padał duży bank, za wszystko i tak będzie musiał zapłacić podatnik".

      Ciekaw jestem czy dziś i jutro, gdy BFG zacznie wypłacać członkom upadłego SKOK-u drobne 800 mln zł, prof. Rybiński też uważa, że fundusz "nie zwiększa w żaden sposób bezpieczeństwa systemu finansowego w Polsce". Zatem gdyby BFG nie było i 100.000 klientów SKOK-u utopiłoby całe swoje oszczędności, to system finansowy byłby stabilniejszy? Wszystkie te wypowiedzi, pochodzące nie sprzed jakiejś zamierzchłej przeszłości, ale raptem sprzed nieco ponad dwóch lat, cytuję tylko z jednego powodu - żeby członkowie SKOK-ów, którzy są w pewnym sensie "zakładnikami" sytuacji finansowej kas, mogli ocenić kto w sporze o sposób nadzorowania i zabezpieczania kas miał rację, a kto myślał tylko o czubku własnego nosa?

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-).  Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli państwowych gwarancji depozytów w SKOK-ach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 09:24
  • środa, 23 lipca 2014
    • Przyszedł po raty zero procent, ale dowiedział się, że właśnie "wyszły". On za to nie wyszedł i...

      Jakiś czas temu pisałem w blogu i w "Gazecie Wyborczej" o sposobach, jakie stosują sklepy ze sprzętem RTV i AGD, żeby wcisnąć nam drogie pożyczki ratalne. Rzecz jest o tyle skandaliczna, że w reklamach wszyscy obiecują "raty zero procent", a dopiero w sklepie okazuje się, że aby je dostać, trzeba przebić się przez mur pracowników stosujących regularny sabotaż. Po publikacji poprzednich tekstów doszły mnie słuchy, że handlowcy byli oburzeni ich jednostronnym wydźwiękiem. Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy może rzeczywiście nie wziąłem za powszechną praktykę czegoś, co można zakwalifikować w kategorii "wypadek przy pracy". Jeśli się obsługuje kilkanaście milionów klientów rocznie, to nawet jeśli zdarzy się kilkaset, kilka tysięcy prób oszustwa, to nadal można się zastanawiać, czy nie są to "wypadki przy pracy". Niestety, wciąż dostaję listy od czytelników, którzy skarżą się na wyłudzanie od nich oprocentowania lub ubezpieczeń do "rat zero procent". Ostatnio napisał do mnie pan Paweł.

      Czytelnik zamówił w sklepie internetowym jednej z największych sieci sklepów RTV i AGD robot myjący z opcją odbioru w sklepie. Oferta internetowa prezentowała opcję zakupu w systemie ratalnym w 40 ratach po 0%. W ofercie była przedstawiona nawet konkretna wysokość raty.

      "Oferta ratalna była ważnym czynnikiem, który pozwolił mi podjąć decyzję zakupu. Pod koniec czerwca chciałem odebrać zamówiony towar w sklepie w Katowicach. W punkcie sprzedaży ratalnej czekałem ponad 30 minut. Pani ze stanowiska obsługi ratalnej zebrała ode mnie wszystkie dane i przygotowała wniosek kredytowy. Zaznaczyłem, że chcę skorzystać z oferty "40x0%". Po 15 kolejnych minutach nadeszła odpowiedź banku. Do kwoty zakupu zostało doliczone 250 zł odsetek i drugie tyle ubezpieczenia".

      Pan Paweł grzecznie zapytał o co chodzi. W odpowiedzi usłyszał, że w kwestii odsetek sklep nie ma pojęcia dlaczego bank je nalicza w ramach oferty "zero procent". Zaś w w kwestii ubezpieczenia czytelnik został poinformowany, że jest ono obowiązkowe. Może z niego zrezygnować, ale wtedy musi zapłacić opłatę administracyjną w wysokości ok. 700 zł. Pan Paweł próbował się kłócić, ale menedżer poinformował go, że "oferta sklepu może różnić się od internetowej i nie ma znaczenia gdzie i na podstawie jakiej oferty towar zamówił, bo liczy się to, co jest tu i teraz". Menedżer dodał też, że w jego sklepie nie ma w ogóle oferty 0% i wszystkie kredyty są obciążone ubezpieczeniem.

      "Już właściwie podjąłem decyzję o zakupie za gotówkę. Ale coś mnie tknęło i spróbowałem jednak wyjaśnić sprawę na infolinii. Tam poinformowano mnie, że sklep nie ma racji i nie ma prawa odmówić wystawienia wniosku kredytowego w formule "40x0%". Zgody na raty bez procentu może nie udzielić ewentualnie bank".

      Pan Paweł, który spędził tego dnia w sklepie ponad półtorej godziny, postanowił pozostawić sprawę w zawieszeniu - ani nie sfinalizował zakupu na raty, ani za gotówkę. Po prostu dał sobie "czas dla drużyny". Wrócił do sklepu dopiero nazajutrz. Tego dnia w sklepie przy stanowisku ratalnym był inny pracownik, który obsłużył czytelnika bez zarzutu i bez żadnych problemów otrzymał on kredyt 0%. Pracownik nie potrafił wyjaśnić sytuacji z poprzedniego dnia. Dlaczego nie przekazano mu prawdziwej informacji? Dlaczego spędził w sklepie łącznie ponad dwie godziny walcząc o swoje prawa? Czy wszyscy klienci, którzy nie staną okoniem, są błędnie informowani o zasadach działania kredytu 0% i płacą odsetki, o których nie mowy w reklamach? Pan Paweł postanowił wyjaśnić sprawę do spodu, bo o mało nie kosztowała go ona 500 zł. Napisał do sieci sklepów oficjalne pismo-skargę. Czego dowiedział się w odpowiedzi?

      "Pragniemy przeprosić za zaistniałe zdarzenie i zapewnić, że jeżeli klient wybiera produkt objęty systemem rat 0%, doradca finansowy w naszym punkcie ratalnym ma obowiązek wysyłać taki wniosek do banku celem weryfikacji. Bank zastrzega sobie prawo jedynie do zmiany liczby rat bądź nie przyznania kredytu. Nadmieniamy, że przełożeni pracownicy punktu w Katowicach zostali powiadomieni o zaistniałym incydencie celem uniknięcia podobnych zdarzeń w przyszłości. Dziękujemy za podzielenie się swoim doświadczeniem z wizyty w naszym punkcie każdy tego typu sygnał jest dla nas ważny i cenny w procesie doskonalenia jakości obsługi".

      Szanowni Państwo, w ramach doskonalenia jakości obsługi w tej i innych sieciach sprzedających sprzęt RTV i AGD nie dajcie sobie wmówić, że raty zero procent są jak potwór z Loch Ness. Być może istnieje jakiś tajemny układ między szefostwem sieci handlowych, a menedżerami w poszczególnych sklepach, a być może to sami menedżerowie starają się wszelkimi możliwymi sposobami podrasować rentowność sklepów. Nieważne: ważne jest to, żeby nie dać sobie wmówić, że białe jest czarne. Jeśli w ulotkach i na reklamach obiecują Wam raty zero procent, to trzeba walczyć o zero procent.

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-).  Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Przyszedł po raty zero procent, ale dowiedział się, że właśnie "wyszły". On za to nie wyszedł i...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 lipca 2014 10:49

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line