Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 25 lipca 2014
    • Horror we Wrocku już nie wróci, za to znikają biletomaty na Dworcu Centralnym. Paranoja?

      Pisałem kilkakrotnie w blogu o maszynach, które w wielu miejscach zaczynają wypierać żywych urzędników, bankowców, kasjerów. Pierwszy bank w Polsce testuje już w pełni samoobsługowe oddziały, w urzędach zaczęły pojawiać się opłatomaty, które eliminują kolejki do kas, a bankomaty zaczynają już nawet udzielać kredytów gotówkowych. Mam nadzieję, że kolejnym etapem rozwoju automatyzacji w realizowaniu prostych transakcji będzie możliwość zakupienia biletu na autobus, tramwaj lub pociąg w biletomacie - bezpośrednio w pojeździe lub na przystanku, czy dworcu. Jedynym miastem w Polsce, w którym idea ta już praktycznie została zrealizowana, jest Wrocław. Tam biletomat jest zainstalowany w każdym pojeździe komunikacji miejskiej (jest ich 820). W dodatku w biletomatach można płacić bezgotówkowo, kartą płatniczą. W Warszawie też jest trochę takich biletomatów, ale niestety świadomość, że nie w każdym autobusie i tramwaju znajdziemy biletomat, powoduje, że problemu wcześniejszego zakupu biletów nie możemy sobie zdjąć z głowy - chyba, że kupujemy je mobilnie (ja np. już w kilku miejscach w Polsce kupowałem bilety na autobus i tramwaj za pomocą aplikacji Sky Cash, klienci BZ WBK mają ją już nawet podpiętą do swoich kart debetowych).

      biletomat_wrocekNiewiele brakowało, a pomysł z kupowaniem wejściówek do komunikacji miejskiej w biletomatach skończyłby się źle, bo biletomaty we Wrocławiu upatrzyli sobie złodzieje naszych kart płatniczych. Zauważyli bowiem, że wrocławskie biletomaty przy transakcji zakupu biletu nie żądają nigdy PIN-u. A zatem wystarczy wejść w posiadanie czyjejś karty (nie ma znaczenia czy zbliżeniowej, czy też tradycyjnej) i wejść do autobusu, by zrobić zakupy na konto pechowca. Teoretycznie złodziej nie powinien cieszyć się z tej opcji, bo co mu po bilecie miesięcznym? Ale może np. kupić ich więcej i sprzedać "na mieście". Poza tym w biletomatach można nabyć nie tylko bilety, ale i np. doładowanie do telefonu typu pre-paid. A to już dużo bardziej chodliwy towar. Opisywałem w blogu kilka sytuacji, w których klienci tracili po kilka tysięcy złotych z powodu złodziejskich transakcji w biletomatach. "Wina" leżała nie tylko po stronie biletomatów, które przyjmowały seryjne transakcje, ale i po stronie zabezpieczeń kart, które np. nie miały zdefiniowanych dziennych limitów transakcji zbliżeniowych.

      Czy możliwość płacenia bez PIN-u w biletomatach to błąd? Niekoniecznie, bo - podobnie jak przy okazji koncertów, na których też coraz częściej można płacić tylko kartą i tylko zbliżeniowo - warunki nie ułatwiają zachowania w poufności PIN-u. Tam, gdzie jest tłok i trudno o dyskrecję, płatności PIN-em najlepiej w ogóle wyłączyć. Na szczęście Mennica Polska, która jest operatorem wrocławskiego systemu biletomatów, ostatnio poprawiła standardy bezpieczeństwa, ograniczając możliwości kupowania biletów i doładowań o dużej wartości w jednym biletomacie i z użyciem jednej karty. Nie dość, że wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, to jeszcze w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To oczywiście nie wyklucza możliwości "czyszczenia" słabo zabezpieczonej przez bank karty zbliżeniowej, ale zabezpieczenia kart też poszły w górę (nie słyszałem, by w ostatnich miesiącach ktoś stracił kartę i złodziej zrobił nią kilkadziesiąt transakcji - już przy czwartej-piątej moduł zbliżeniowy powinien się "wyłączyć").

      Biletomaty wrocławskie są już więc znacznie bezpieczniejsze (ze statystyk Mennicy Polskiej wynika, że liczba fraudów spadła do wartości czysto symbolicznych) i nie ma przeszkód, by biletomatomatowy system rozszerzał się na inne miasta. Biletomat w każdym pojeździe komunikacji miejskiej plus aplikacja mobilna do zakupu wirtualnych biletów przez komórkę to powinien być standard w XXI wieku. Niestety, biletomaty wciąż nie są standardem na kolei. Ostatnio Mennica Polska wycofała swoje biletomaty z Dworca Centralnego w Warszawie, bo doszła do wniosku, że czynsze, których żądają zarządcy dworca są zbyt wysokie. Dworzec Centralny jest najbardziej dochodowym w Polsce, ale czy powinien pracować na to miano żyłując czynsze pobierane od operatorów biletomatów? Przecież to jakaś paranoja - biletomaty odciążają kasy i zwiększają komfort pasażerów. Na Centralnym zostało co prawda kilka biletomatów spółki PKP Intercity, ale w tej dziedzinie naprawdę nie przeszkadzałaby mi konkurencja kilku operatorów. Im więcej maszyn, tym więcej klientów ma szansę przetestować nowy, wygodny sposób kupowania biletów. Niestety, szefowie dworca wolą pokazywać jak to dużo pieniędzy zarabiają, ciesząc oczy kolejkami do kas.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Horror we Wrocku już nie wróci, za to znikają biletomaty na Dworcu Centralnym. Paranoja?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 lipca 2014 15:04
    • Foch nadzorczy, odsłona druga: bank "bez akcjonariuszy" i kara, której... nie mógł dostać

      Wracam dziś w blogu do głośnego boju o malutki FM Bank PBP, który obsługuje kilkadziesiąt tysięcy klientów, buduje pierwszy w Polsce bank dostępny głównie ze smartfona, a za prezesa ma guru bankowości Sławomira Lachowskiego. Przypomnę pokrótce, że główny akcjonariusz banku - fundusz inwestycyjny Abris Capital Partners - został u progu wakacji ukarany przez nadzór finansowy najsroższą z możliwych sankcji, czyli wywłaszczeniem. Komisja Nadzoru Finansowego stwierdziła, że Abris nie wykonuje zobowiązań inwestorskich i zabrała udziałowcom prawo głosu z akcji. A do tego nakazała sprzedaż banku do końca tego roku i nie wydała zgody na powołanie Lachowskiego na prezesa. Zrobiła się afera, bo Abris włożył w bank kilkaset milionów złotych, a sprzedaż akcji pod pistoletem zawsze będzie transakcją za grosze. Zaś nadzór nie przedstawił żadnych poważnych zarzutów - część ze wskazanych uchybień została naprawiona, a pozostałe kwalifikowały się co najwyżej do jakiejś nagany.

      Sprawa ma ciąg dalszy, bo Komisja Nadzoru Finansowego właśnie poinformowała o rozpatrzeniu odwołania Abrisu (papiery przeglądał inny zespół urzędników). Abris w drugiej instancji ugrał jednak niewiele - nadzór wycofał się z nakazu sprzedaży banku, ale utrzymał zakaz wykonywania praw z akcji przez udziałowców. W KNF uznali, że przepisy nie pozwalają im w ramach jednego postępowania jednocześnie zabrać prawo głosu udziałowcom i nakazać sprzedaż banku. To oczywiście nie oznacza, że w przyszłości tej armaty KNF znów nie wytoczy - bo nadzór w komunikacie ogłosił, że uczyniony krok w tył...

      ... "nie zmienia faktu niedochowania przez PL Holdings oraz Abris Capital Partners Limited zobowiązań inwestorskich złożonych wobec KNF, co w ocenie Komisji ma negatywny wpływ na ostrożną i stabilną działalność banku".

      Z decyzji KNF wynika dla mnie jeden wniosek, jedna wątpliwość i jeden postulat. Wniosek jest taki, że nadzór zachował się wyjątkowo lekkomyślnie, przygotowując w pierwszej instancji tak poważną decyzję w niezbyt staranny sposób. Dziś sama KNF przyznaje, że jej poprzednia uchwała generowała ryzyko prawne. Biorąc pod uwagę to, że bój idzie o setki milionów euro, czynności ograniczające ryzyko przegranego procesu powinny być wykonane ciut wcześniej, niż na etapie odwołania. Wątpliwość dotyczy tego, czy podtrzymana przez nadzór decyzja o bezterminowym odebraniu akcjonariuszom prawa głosu służy stabilnemu i ostrożnemu zarządzaniu bankiem. W FM Banku PBP nie może się zebrać walne zgromadzenie akcjonariuszy, bo nie będzie komu głosować. To zabawne, ale tylko do czasu, gdy trzeba będzie zatwierdzić sprawozdanie finansowe, albo bankowi będzie potrzebne dodatkowe finansowanie. Dobrze, że KNF chociaż zatwierdziła Sławomira Lachowskiego na prezesa (stało się to kilka dni temu).

      Generalnie wygląda na to, że nadzór nadal chce wymusić na akcjonariuszach sprzedaż banku. Bo skoro zatwierdził Lachowskiego na prezesa FM Banku PBP (z formą jego zatrudnienia wiązała się większość oficjalnie zgłoszonych zarzutów, leżących u podstaw afery), a jednocześnie uznał, że przesłanki "przestępstwa" nie ustały, to w zasadzie nie wiadomo co akcjonariusze mieliby zrobić, żeby owe przesłanki ustały. A właściwie wiadomo - akcjonariusze mają się zmienić. Skoro KNF obstaje przy takim rozwiązaniu, to lepiej, żeby miał w odwodzie poważniejsze argumenty, niż te, które zgłosił oficjalnie. Nie wykluczam zresztą, że je posiada, bo fundusze private equity często w imię realizowania agresywnej strategii bawią się z nadzorami w kotka i myszkę, sprawdzając ile im będzie wolno.

      Sęk w tym, że utrzymanie megasurowej sankcji w połączeniu z mizernymi zarzutami KNF oraz z faktem, że nadzór się "podłożył" nakładając w pierwszej instancji karę, której (przynajmniej na to wygląda) nie miał prawa nałożyć, to zabójczy miks. Zabójczy dla wiarygodności każdej instytucji nadzorczej. Z tego powodu KNF powinna wyłożyć wszystkie karty na stół. Zwłaszcza, że i tak będzie musiała to wcześniej lub później zrobić, bo Abris nie odpuści - odwoła się do sądu administracyjnego i będzie kontynuował postępowanie arbitrażowe przed szwedzkim sądem. Dla funduszu taki proces - w przypadku wygranej - będzie świetnym interesem, bo swoje szkody, łącznie z utraconymi korzyściami, wyceni tak, jakby FM Bank PBP miał być kurą znoszącą złote jajka, której przedwcześnie poderżnięto gardło.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Foch nadzorczy, odsłona druga: bank "bez akcjonariuszy" i kara, której... nie mógł dostać”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 lipca 2014 00:40
  • czwartek, 24 lipca 2014
    • Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli państwowych gwarancji depozytów w SKOK-ach

      Światem finansów wstrząsnęła wiadomość o zawieszeniu działalności (to oznacza de facto bankructwo) jednej z większych Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych - SKOK Wspólnota. Niecałe 100.000 klientów i ok. 800 mln depozytów - tak przedstawia się skala problemu. Tak dużego bankructwa w regulowanej branży finansowej (nie licząc parabanków, piramid finansowych i pośredników finansowych) nie było od długich lat. Aż strach pomyśleć co by było, gdyby ludziom, którzy włożyli do tego SKOK-u pieniądze, nie przysługiwała gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Bo choć stracą swoje udziały i wkłady członkowskie (czyli "cegiełki", które wykupili, by stać się członkami kasy), to depozyty dostaną z powrotem i to razem z naliczonymi odsetkami (do wysokości 415.000 zł na lokatę, bo taki jest limit gwarancji). Gdyby nie mieli szans na odzyskanie tych pieniędzy, zapewne skończyłoby się nie lada paniką członków tego i pozostałych SKOK-ów. I kolejkami w oddziałach podobnymi do tych, jakie widzieliśmy niedawno w Bułgarii, kiedy ogłoszono niewypłacalność trzeciego największego banku.

      Biorąc pod uwagę kryzysową sytuację finansową całego systemu, w którym jest 17 mld zł naszych oszczędności - mogłoby to oznaczać załamanie się SKOK-ów, niechlubny koniec ich historii w Polsce i mniejsze lub większe straty dla 2,6 mln Polaków. Histeryzuję? W SKOK-ach od roku nie ma już wewnętrznego systemu ubezpieczeń (który był zresztą mocno zagadkowy, bo nie wiemy, czy nie zawierał ograniczeń odpowiedzialności firmy ubezpieczającej depozyty), a jedynym źródłem, z którego można byłoby próbować pokryć straty deponentom Wspólnoty byłby fundusz stabilizacyjny SKOK-owej centrali, ale tam już jakiś czas temu było tylko 200 mln zł, a teraz ponoć zostało tylko kilkadziesiąt milionów złotych. Państwowe gwarancje depozytów w SKOK-ach, zafundowane im przez polityków z kieszeni bankowców (bo to oni złożyli się na 11 mld zł, które leżą w BFG), sprawiają, że SKOK-om, mimo "przejściowych chwilowych", nie grozi systemowy kolaps (albo klops, jeśli wolicie po polsku).

      Odprawiając modły dziękczynne chciałbym przypomnieć kilka cytatów sprzed trzech lat, kiedy rząd PO-PSL i posłowie obu partii zabrali się za naprawianie SKOK-ów. Oj, nie wszyscy popierali wtedy wprowadzenie SKOK-ów pod kuratelę Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Obrońcy samodzielności SKOK-ów mówili, że to niepotrzebne, że SKOK-i mają swój, świetny system gwarancyjny, że nigdy żaden SKOK nie upadł, a składki na BFG będą tak wielkim obciążeniem dla kas, że zaszkodzą ich konkurencyjności. Bardzo jestem ciekaw co teraz mieliby do powiedzenia.

      "Propozycje zgłoszone do sejmowej Komisji Finansów Publicznych (...) są tak absurdalne i w tak drastyczny sposób naruszają Konstytucję, że według mnie ich zgłoszenie wcale nie ma na celu ich wdrożenia. Mają wywołać stan niepewności prawnej wokół Kas i zniechęcenie potencjalnych klientów do przystąpienia do spółdzielni"

      - tak komentował projekt ustawy obejmującej kasy m.in. ochroną BFG niejaki Grzegorz Bierecki, ówczesny szef SKOK-owej centrali, współodpowiedzialnej za obecną sytuację finansową SKOK-ów. No i jeden z najlepiej wynagradzanych menedżerów w Polsce. Ciekawe jak oceniłby pan prezes "stan niepewności wokół kas", gdyby dziś do gry nie mógł wejść Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Projekt obejmujący kasy państwowym systemem gwarantowania depozytów zachwalał nawet Związek Banków Polskich ("Ten projekt należy ocenić pozytywnie. Rozwiązania mają charakter systemowy i normują zasady funkcjonowania ważnego sektora usług finansowych" mówił Jerzy Bańka z ZBP). Ale prezesowi Biereckiemu państwowe gwarancje się nie podobały. W narzekaniu wtórował mu Andrzej Dunajski, rzecznik SKOK-owej centrali.

      "To zdumiewający i szokujący projekt. Nie mam wątpliwości, że jest on niekonstytucyjny. Godzi w wolność gospodarczą i wykracza daleko poza jakiekolwiek granice ingerencji ustawodawcy"

      Ciekawy jestem, czy członkowie SKOK-ów wolą być dziś "ugodzeni w wolność gospodarczą", czy też woleliby zachować wolność gospodarczą SKOK-u i zostać bez pieniędzy. Gwoli sprawiedliwości trzeba nadmienić, że zarówno prezes Bierecki, jak i jego rzecznik Dunajski, krytykują nowelizację ustawy również ze względu na to, że dopuszczała możliwość przyłączania SKOK-ów do banków. Sęk w tym, że banki nie mają najmniejszej ochoty przejmować SKOK-ów, w których panuje taki bałagan, jak dziś. A skasowanie projektu - do czego nawoływał wówczas prezes Bierecki - oznaczałoby koniec marzeń o objęciu SKOK-ów gwarancjami BFG. Ciekaw jestem, czy wtedy były szef SKOK-owej centrali wypłaciłby deponentom SKOK-u Wspólnota pieniądze z własnej kieszeni, czy też może pożyczyłby je w Ameryce, bo o takich obietnicach też słyszeliśmy. A może przyłączyłby kulejący SKOK do jakiegoś innego, według stosowanej od lat zasady "wiódł ślepy kulawego"?

      Bierecki żalił się na zakusy polityków, zmierzające do tego, by objąć SKOK-i opieką BFG, także na łamach "Naszego Dziennika". Skarżył się, że nadzór KNF nad spółdzielczymi kasami będzie silniejszy niż nad bankami, chociaż działalność kas jest znacznie węższa. Autor artykułu zresztą też się strasznie przejął widmem BFG. "SKOK-i działają tylko w realnej gospodarce i nie spekulują depozytami klientów na rynkach finansowych. W związku z tym ryzyko, przed którym muszą się zabezpieczyć, powinno być niżej wycenione. Ponadstandardowe podniesienie poprzeczki bezpieczeństwa depozytów w SKOK-ach będzie dla kas bardzo kosztowne" - martwi się "Nasz Dziennik". A prezes załamuje ręce:

      "Składka na BFG i koszty nadzoru KNF będą kosztować kasy około 60 mln zł rocznie. Zmniejszy się konkurencyjność kas wobec banków, co od początku było prawdziwym celem tej ustawy"

      Dziś wiemy, że stawką było uratowanie oszczędności 2,6 mln Polaków przed krachem. SKOK-i na razie nie wpłaciły do kasy BFG prawie nic, a ich roczna składka będzie w przyszłości wielokrotnie niższa od tej, którą wyciągnie z BFG tylko jeden upadły SKOK. "Kwoty, które nowa ustawa nakazuje wnosić do BFG i KNF, wcześniej trafiały do członków kas w postaci wyższego oprocentowania depozytów niż w bankach i niższych kosztów pożyczek" - martwił się jednak "Nasz Dziennik".

      "Na tych przepisach najbardziej skorzystają instytucje parabankowe, które nie podlegają żadnemu nadzorowi i nie ponoszą kosztów. Ogranicza się działalność SKOK-ów w interesie banków i lichwy. Ta ustawa jest przykładem niebywałego lobbingu ze strony tych środowisk, które mają duże wpływy w partii rządzącej"

      - dodawał Bierecki. Wygląda na to, że to lobbyści bankowi uratowali kieszenie członkom SKOK-ów. tylko gdzie był wówczas szef centrali SKOK-ów, któremu powinno na tym zależeć najbardziej? W sprawie poddania SKOK-ów opiece Bankowego Funduszu Gwarancyjnego raczył wypowiedzieć się również Krzysztof Rybiński, słynny ekonomista, były członek zarządu Narodowego Banku Polskiego, znany z prawicowych poglądów i chyba sprzyjający SKOK-om. Ale czy również sprzyjający ich członkom? Zdaniem popularnego ekonomisty wszystkie te gwarancje to pic i wyciąganie pieniędzy.

      "Gwarancje do 100.000 euro są fikcyjne, jeżeli padnie jakiś bank z pierwszej 10-tki. W przypadku systemowego kryzysu bankowego w Polsce, system gwarancji depozytów nie zadziała, a klienci banków stracą znaczną część swoich depozytów. W związku z tym składki na Bankowy Fundusz Gwarancyjny należy traktować wyłącznie jako haracz, który w żaden sposób nie zwiększa bezpieczeństwa systemu finansowego w Polsce. Jak będzie padał duży bank, za wszystko i tak będzie musiał zapłacić podatnik".

      Ciekaw jestem czy dziś i jutro, gdy BFG zacznie wypłacać członkom upadłego SKOK-u drobne 800 mln zł, prof. Rybiński też uważa, że fundusz "nie zwiększa w żaden sposób bezpieczeństwa systemu finansowego w Polsce". Zatem gdyby BFG nie było i 100.000 klientów SKOK-u utopiłoby całe swoje oszczędności, to system finansowy byłby stabilniejszy? Wszystkie te wypowiedzi, pochodzące nie sprzed jakiejś zamierzchłej przeszłości, ale raptem sprzed nieco ponad dwóch lat, cytuję tylko z jednego powodu - żeby członkowie SKOK-ów, którzy są w pewnym sensie "zakładnikami" sytuacji finansowej kas, mogli ocenić kto w sporze o sposób nadzorowania i zabezpieczania kas miał rację, a kto myślał tylko o czubku własnego nosa?

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-).  Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli państwowych gwarancji depozytów w SKOK-ach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 lipca 2014 09:24
  • środa, 23 lipca 2014
    • Przyszedł po raty zero procent, ale dowiedział się, że właśnie "wyszły". On za to nie wyszedł i...

      Jakiś czas temu pisałem w blogu i w "Gazecie Wyborczej" o sposobach, jakie stosują sklepy ze sprzętem RTV i AGD, żeby wcisnąć nam drogie pożyczki ratalne. Rzecz jest o tyle skandaliczna, że w reklamach wszyscy obiecują "raty zero procent", a dopiero w sklepie okazuje się, że aby je dostać, trzeba przebić się przez mur pracowników stosujących regularny sabotaż. Po publikacji poprzednich tekstów doszły mnie słuchy, że handlowcy byli oburzeni ich jednostronnym wydźwiękiem. Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy może rzeczywiście nie wziąłem za powszechną praktykę czegoś, co można zakwalifikować w kategorii "wypadek przy pracy". Jeśli się obsługuje kilkanaście milionów klientów rocznie, to nawet jeśli zdarzy się kilkaset, kilka tysięcy prób oszustwa, to nadal można się zastanawiać, czy nie są to "wypadki przy pracy". Niestety, wciąż dostaję listy od czytelników, którzy skarżą się na wyłudzanie od nich oprocentowania lub ubezpieczeń do "rat zero procent". Ostatnio napisał do mnie pan Paweł.

      Czytelnik zamówił w sklepie internetowym jednej z największych sieci sklepów RTV i AGD robot myjący z opcją odbioru w sklepie. Oferta internetowa prezentowała opcję zakupu w systemie ratalnym w 40 ratach po 0%. W ofercie była przedstawiona nawet konkretna wysokość raty.

      "Oferta ratalna była ważnym czynnikiem, który pozwolił mi podjąć decyzję zakupu. Pod koniec czerwca chciałem odebrać zamówiony towar w sklepie w Katowicach. W punkcie sprzedaży ratalnej czekałem ponad 30 minut. Pani ze stanowiska obsługi ratalnej zebrała ode mnie wszystkie dane i przygotowała wniosek kredytowy. Zaznaczyłem, że chcę skorzystać z oferty "40x0%". Po 15 kolejnych minutach nadeszła odpowiedź banku. Do kwoty zakupu zostało doliczone 250 zł odsetek i drugie tyle ubezpieczenia".

      Pan Paweł grzecznie zapytał o co chodzi. W odpowiedzi usłyszał, że w kwestii odsetek sklep nie ma pojęcia dlaczego bank je nalicza w ramach oferty "zero procent". Zaś w w kwestii ubezpieczenia czytelnik został poinformowany, że jest ono obowiązkowe. Może z niego zrezygnować, ale wtedy musi zapłacić opłatę administracyjną w wysokości ok. 700 zł. Pan Paweł próbował się kłócić, ale menedżer poinformował go, że "oferta sklepu może różnić się od internetowej i nie ma znaczenia gdzie i na podstawie jakiej oferty towar zamówił, bo liczy się to, co jest tu i teraz". Menedżer dodał też, że w jego sklepie nie ma w ogóle oferty 0% i wszystkie kredyty są obciążone ubezpieczeniem.

      "Już właściwie podjąłem decyzję o zakupie za gotówkę. Ale coś mnie tknęło i spróbowałem jednak wyjaśnić sprawę na infolinii. Tam poinformowano mnie, że sklep nie ma racji i nie ma prawa odmówić wystawienia wniosku kredytowego w formule "40x0%". Zgody na raty bez procentu może nie udzielić ewentualnie bank".

      Pan Paweł, który spędził tego dnia w sklepie ponad półtorej godziny, postanowił pozostawić sprawę w zawieszeniu - ani nie sfinalizował zakupu na raty, ani za gotówkę. Po prostu dał sobie "czas dla drużyny". Wrócił do sklepu dopiero nazajutrz. Tego dnia w sklepie przy stanowisku ratalnym był inny pracownik, który obsłużył czytelnika bez zarzutu i bez żadnych problemów otrzymał on kredyt 0%. Pracownik nie potrafił wyjaśnić sytuacji z poprzedniego dnia. Dlaczego nie przekazano mu prawdziwej informacji? Dlaczego spędził w sklepie łącznie ponad dwie godziny walcząc o swoje prawa? Czy wszyscy klienci, którzy nie staną okoniem, są błędnie informowani o zasadach działania kredytu 0% i płacą odsetki, o których nie mowy w reklamach? Pan Paweł postanowił wyjaśnić sprawę do spodu, bo o mało nie kosztowała go ona 500 zł. Napisał do sieci sklepów oficjalne pismo-skargę. Czego dowiedział się w odpowiedzi?

      "Pragniemy przeprosić za zaistniałe zdarzenie i zapewnić, że jeżeli klient wybiera produkt objęty systemem rat 0%, doradca finansowy w naszym punkcie ratalnym ma obowiązek wysyłać taki wniosek do banku celem weryfikacji. Bank zastrzega sobie prawo jedynie do zmiany liczby rat bądź nie przyznania kredytu. Nadmieniamy, że przełożeni pracownicy punktu w Katowicach zostali powiadomieni o zaistniałym incydencie celem uniknięcia podobnych zdarzeń w przyszłości. Dziękujemy za podzielenie się swoim doświadczeniem z wizyty w naszym punkcie każdy tego typu sygnał jest dla nas ważny i cenny w procesie doskonalenia jakości obsługi".

      Szanowni Państwo, w ramach doskonalenia jakości obsługi w tej i innych sieciach sprzedających sprzęt RTV i AGD nie dajcie sobie wmówić, że raty zero procent są jak potwór z Loch Ness. Być może istnieje jakiś tajemny układ między szefostwem sieci handlowych, a menedżerami w poszczególnych sklepach, a być może to sami menedżerowie starają się wszelkimi możliwymi sposobami podrasować rentowność sklepów. Nieważne: ważne jest to, żeby nie dać sobie wmówić, że białe jest czarne. Jeśli w ulotkach i na reklamach obiecują Wam raty zero procent, to trzeba walczyć o zero procent.

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-).  Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Przyszedł po raty zero procent, ale dowiedział się, że właśnie "wyszły". On za to nie wyszedł i...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 lipca 2014 10:49
  • poniedziałek, 21 lipca 2014
    • "Miałem zakaz zamykania kopert z umowami klientów", czyli wyznania byłego kuriera

      Pytacie mnie coraz częściej, co myślę o zdalnym otwieraniu rachunków bankowych. Tę możliwość otwiera przed nami coraz więcej banków. W opcji mniej hardcorowej mówimy o złożeniu zamówienia przez internet i podpisaniu wysłanych przez bank dokumentów za pośrednictwem kuriera. Opcja bardziej hardcorowa eliminuje kuriera. Po wypełnieniu wniosku o założenie ROR-u klient podpisuje podesłaną przez bank w formie pdf-u umowę, podając umówiony kod SMS, a kwestia weryfikacji tożsamości odbywa się za pomocą przelewu weryfikacyjnego z innego banku oraz skanu dowodu osobistego. Drugi sposób ma tylko jedną słabą stronę - bank nie jest w stanie zweryfikować, czy dany klient istnieje, czy też jest postacią fikcyjną, albo "słupem". Pierwszy sposób też ma feler - pozwala stworzyć taką fikcyjną tożsamość. Wystarczy, że przestępca wejdzie w komitywę z kurierem i przy podpisywaniu dokumentów nie dojdzie do sprawdzenia tożsamości osoby otwierającej konto. Albo dane osoby podpisującej dokumenty zostaną przechwycone przez nieuczciwego kuriera i wykorzystane do otwarcia drugiego konta. 

      Niemożliwe? Cóż, posłuchajcie "spowiedzi" byłego kuriera, który dorabiał w tej robocie jako student. "Dorabiałem jako tzw kurier popołudniowy w firmie kurierskiej X. Za doręczoną przesyłkę miałem 3 zł, a za taką z dokumentami zwrotnymi całe 6 zł. Były też do wzięcia dokumenty z pewnego banku, za które dostawało się po 9 zł. Trzeba było je dostarczyć klientowi, dać do podpisania i odwieźć do bazy, zaś potem - do banku. No i wiadomo, że kto z kurierów był wcześniej na sortowni, wybierał sobie te przesyłki za 6 zł. Z tymi bankowymi, za 9 zł, było za dużo roboty. Jak klient zaczynał to wszystko czytać - a to było paręnaście stron - to kurier się tylko denerwował. A na "pace" w samochodzie jeszcze 20 paczek. Klienta bankowego weryfikowałem po numerze PESEL, tzn. musiał mi pokazać dowód osobisty, a ja porównywałem PESEL z tym, który miałem w mojej "deliwerce". Klient podpisywał, ja zabierałem dokumenty i po temacie. Sprawdzałem tylko PESEL. Płeć i inne dane nie były istotne.

      Nota bene obsługiwałem też na podobnej zasadzie operatora komórkowego. Tu to w ogóle nie musiało się nic zgadzać - byle ktoś na "adresie" popisał umowę i odebrał nową nokię. Po jakimś czasie moja firma dostała kontrakt z innym bankiem. No i najlepsze było to, co działo się z umowami z tego banku. Miałem specjalną kopertę zwrotną na dokumenty. Elegancką, nieprzemakalną, wzmocnioną, ze specjalnym zamknięciem itp. Najlepsze jest to, że miałem przykaz na bazie, żeby... odbierając od klienta podpisane dokumenty nie zamykać tej koperty!. Jak się wieczorem rozliczałem z dokumentacji, to na bazie podobno weryfikowali, czy były wszędzie podpisy, parafki, itp. Jak nie była wypełniona jakaś formalność, to za dwa-trzy dni jeszcze raz musiałem jechać do klienta, żeby dopełnił formalności (oczywiście za darmo, bo moja wina, że za pierwszy razem klienta nie przypilnowałem). Że ja wtedy głupi nie wpadłem na pomysł, żeby komórką robić zdjęcia danych z PESEL-ami, z tym otwartych kopert. Teraz bym mieszkał na Seszelach".

      Czyż to nie boska historia? Nie wiem kto wpadł na pomysł, żeby odbierać od klientów dokumenty i nie zamykać kopert w ich obecności. Po stronie banku było wypracowanie takiej procedury z kurierami, by wykluczyć ryzyko wypływu danych "po drodze". Nawet w najlepszej firmie kurierskiej zdarzy się jakaś "czarna owca". W banku nie tylko nie zadbali o "hermetyczność" transportu dokumentów, ale wręcz - jak podejrzewam - przymykali oko na to, że w sortowni dane klientów były narażone na wyciek. Pracownicy firmy kurierskiej sprawdzali kompletność danych i odsyłali do banku tylko te pakiety umów i innych dokumentów, w których wszystko się zgadzało. W banku byli zadowoleni, bo nie musieli nic uzupełniać. Ale czy "przy okazji" ktoś nie sprzedawał danych klientów przeróżnym firmom marketingowym, albo po prostu przestępcom, specjalistom od wyłudzania kredytów? Historia nie jest bardzo świeża, ale jeśli w bankach współpraca z kurierami na tak wyglądać, to zdalne zakładanie konta mnie nie interesuje. A z innych historii, które opisywałem przecież w blogu, wynika, że nieprawidłowości we współpracy banków z kurierami wciąż się zdarzają. Tyle myśli ogólnych. A nasz bohater? Cóż, po kilku miesiącach pracy w firmie kurierskiej poszedł do pizzerii. "Mieliśmy fajny terminal, można było zrobić obciążenia bez karty, w terminalu podawało się tylko numer karty, datę ważności i szło, nawet bez PIN-u, na podpis". To były czasy ;-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). Na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia na Twitterze też nie zawsze będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-).  Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „"Miałem zakaz zamykania kopert z umowami klientów", czyli wyznania byłego kuriera”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 lipca 2014 14:40
  • niedziela, 20 lipca 2014
    • Co oznacza bankructwo pierwszego SKOK-u? To wypadek przy pracy, czy początek dramatu?

      Wygląda na to, że Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Finansowego, dotrzyma słowa i do końca lata będziemy wiedzieli w którą stronę zmierza restrukturyzacja SKOK-ów, czyli parabankowych kas oszczędnościowych, w których trzymamy 17 mld z naszych oszczędności. W piątek KNF zawiesiła działalność SKOK-u Wspólnota, co de facto oznacza bankructwo tej kasy, która ma ok. 100.000 członków, ponad 80 placówek i prawie 900 mln zł w depozytach. Posiadacze depozytów w SKOK Wspólnota w ciągu 20 dni dostaną ich refundację z kasy Bankowego Funduszu Gwarancyjnego do kwoty 414.790 zł. Nie muszą w tym celu dopełniać żadnych formalności, tryb postępowania jest opisany w komunikacie BFG. Niepewny jest też los innej kasy - SKOK-u im. Św. Jana z Kęt (ma siedzibę w Rumi). KNF ogłosiła, że do 24 lipca czeka na zgłoszenie banku, który zgodziłby się go wchłonąć. Ten SKOK jest na szczęście mniejszy od Wspólnoty, ale nie można wykluczyć, że i w tym wypadku skończy się wejściem do akcji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

      Zdecydowana akcja KNF pokazuje, że nadzór jest zdeterminowany, żeby problem ze SKOK-ami "pozamiatać" możliwie jak najszybciej, nie rezygnując z najbardziej radykalnych rozwiązań. Ścieżki są znane: a) upadłość najsłabszych kas, b) przejmowanie ich przez banki, c) zdobycie przez SKOK-ową centralę pieniędzy, które pozwoliłyby "kupić czas" na restrukturyzację kas (wyprzedaż nierentownych aktywów, urealnienie rezerw na stracone pożyczki, windykacja), d) stworzenie "złego banku", do którego zostaną wniesione toksyczne aktywa SKOK-ów, a "odchudzony" system, pozbawiony obciążeń z czasów złego zarządzania ryzykiem, mógłby zacząć nowe życie. Najlepszy byłby chyba wariant c), bo dawałby szansę na ocalenie zdecydowanej większości SKOK-ów. Sęk w tym, że jeśli KNF nie znajdzie porozumienia z Krajową SKOK, sprawującą bieżący, techniczny nadzór nad systemem, to coraz większe będzie prawdopodobieństwo, że "ofiar" w postaci zbankrutowanych SKOK-ów będzie więcej. 

      A o tym, że między Krajową SKOK, a KNF panuje "zimna wojna", nie trzeba nikogo przekonywać. Kilka miesięcy temu KNF publicznie zapowiedziała, że oczekuje od Krajowej SKOK uruchomienia 400 mln zł na ratowanie najsłabszych kas. Gdyby relacje między oboma organami były poprawne, nie byłaby potrzebna publiczna demonstracja i ostrzeżenia pod adresem SKOK-owej centrali. Krajowa SKOK publikowała kilka razy kompletnie różne wyniki finansowe systemu SKOK, niż KNF. Według "Krajówki" system ma 500 mln zł zysku, według KNF - tonie w stratach. Ostatnio Krajowa SKOK oskarżyła KNF o sprzyjanie rozwiązaniom, które mogą utrudnić pozyskiwanie pieniędzy od np. członków w formie emitowanych przez kasy obligacji. A po ostatnim komunikacie KNF w sprawie bankructwa SKOK-u Wspólnota "Krajówka" ogłosiła, że będzie się odwoływać do sądu i że przecież SKOK Stefczyka złożył deklarację w sprawie przejęcia Wspólnoty.

      Patrząc z boku można podejrzewać, że Krajowa SKOK ma tylko jeden, sprawdzony sposób na ratowanie systemu - fuzje mniejszych SKOK-ów ze Stefczykiem, który już dziś skupia 30% aktywów wszystkich SKOK-ów. Sęk w tym, że z tym sposobem nie zgadza się KNF, która uważa, ze rozwiązywanie problemów według zasady "wiódł ślepy kulawego" tylko przedłuży agonię. Dlatego nadzór poinformował, że w systemie SKOK nie istnieje żadna inna kasa, która miałaby potencjał wystarczający do uratowania SKOK-u Wspólnota. Z tego samego powodu nie było też zgody na przejęcie SKOK-u im. Św. Jana z Kęt przez jakąś inną kasę (podobno zgłosił się Stefczyk). SKOK-om potrzeba przynajmniej miliard złotych nowego kapitału i dopiero wtedy można się zastanawiać czy restrukturyzacja będzie łatwiejsza po połączeniu bardzo słabej kasy z nieco mniej słabą, czy też obie powinny się uzdrawiać osobno.

      W KNF najwyraźniej doszli do wniosku, że Krajowa SKOK z jednej strony nie ma żadnych sensownych pomysłów na ratowanie SKOK-ów (lub - co gorsza - nawet potencjału intelektualnego, który umożliwiłby ich wygenerowanie), a z drugiej strony sabotuje wszystkie alternatywne koncepcje, nie wiążące się z realizacją zasady "wiódł ślepy kulawego". Ogłoszenie bankructwa SKOK-u Wspólnota jest zapewne sygnałem alarmowym, który ma wstrząsnąć gdyńską siedzibą Krajowej SKOK i skłonić jej szefów do pomyślunku. Bo inaczej może zwyciężyć wariant najbardziej kosztowny, czyli likwidacja tej części systemu, która jest trwale nierentowna. Im więcej kas podzieli los Wspólnoty ("jadącej" od pięciu lat na ujemnych kapitałach własnych), tym słabszy będzie ten system po restrukturyzacji - a w interesie wszystkich konsumentów powinno być utrzymanie możliwie silnej alternatywy dla banków.

      SKOK-i wprawdzie są organizmem mocno rozdrobnionym (to 55 różnych, działających niezależnie od siebie kas), ale ich łączny potencjał - 1900 placówek, 2,6 miliona członków, 12 mld zł udzielonych pożyczek - jest porównywalny ze średniej wielkości bankiem. Pytanie co z tego zostanie np. za rok, po zakończeniu działań KNF i powołanych przez nią zarządców komisarycznych (być może wspieranych jakoś przez banki). Jeśli będzie to tylko nędzny "ogryzek", głównym odpowiedzialnym za "zarżnięcie" SKOK-ów nie będzie wcale KNF, lecz szefowie Krajowej SKOK, którym najwyraźniej wydaje się, że mogą bez końca grać na czas. Nadzór państwowy nie jest niańką, może wspomóc, ułatwić restrukturyzację instytucji finansowej, ale nie będzie jej przeprowadzał w zastępstwie tych, którzy biorą za to pieniądze - szefów SKOK-ów i SKOK-owej centrali.

      Czasu, żeby przestać opalać się na gdyńskiej plaży i zabrać się do roboty, już prawie nie ma. Bankructwo pierwszego SKOK-u wcale nie musi przejść nie zauważone przez członków. Po pierwsze nie każdy depozyt jest chroniony przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny (limit to równowartość 100.000 euro, a w SKOK-ach jest trochę tłustszych depozytów). A po drugie nie każdy klient będzie miał zaufanie do instytucji, która się chwieje (niezależnie od gwarancji dla depozytów). Najsłabszym SKOK-om może być teraz znacznie trudniej utrzymać zaufanie klientów i budować bazę kapitałową oraz depozytową. Te SKOK-i, które będą chciały utrzymać deponentów, prawdopodobnie będą musiały płacić im większą "premię za zaufanie" w postaci wyższych odsetek.   

      SUBIEKTYWNOŚĆ W TRYBIE WAKACYJNYM. Tak, jak w poprzednich pięciu latach, blog nie ma przerwy wakacyjnej, ale przez kilka tygodni wpisy mogą pojawiać się nieco mniej regularnie. Nie w każdym jacuzzi jest gniazdko i da się podpiąć laptopa, żeby napisać kolejny tekst ;-). A i na mejle, wpisy na Fejsie i Wasze ćwierknięcia nie będę odpowiadał perfekcyjnie regularnie. Lecz jeśli jesteście w wakacyjnych rozjazdach, to rozglądajcie się dookoła, subiektywność może być wśród Was... Przez ostatni tydzień udało mi się w ten sposób zaskoczyć kilkoro czytelników, wychynąwszy z jakichś chaszczy w slipkach ;-). Życzę Wam udanych wakacji, ale nawet na plaży nie zapomnijcie sprawdzić co dziś nowego w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Co oznacza bankructwo pierwszego SKOK-u? To wypadek przy pracy, czy początek dramatu? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 lipca 2014 15:06
  • piątek, 18 lipca 2014
    • Masz bitcoiny? Prawo cię nie ochroni. Czy kradzież tej waluty w ogóle jest przestępstwem?

      Cyfrowe waluty wzbudzają coraz więcej emocji. Zajmują się nimi działy analiz największych światowych banków, a nawet rządy niektórych państw. Czy któraś z nich ma szansę uzyskać kiedyś status globalnej waluty? Pewnie największą szansę na to ma bitcoin, wokół którego zgromadziła się całkiem spora społeczność fanów-propagatorów tego pieniądza. Bitcoin ma też tę przewagę nad innymi cyfrowymi walutami, że doczekał się imponującej infrastruktury - aplikacje mobilne po polsku, z obsługą tak prostą i intuicyjną, jakby to było jakieś IKO ;-), giełdy, a w Warszawie od niedawna działa nawet "ambasada bitcoina", czyli rodzaj sklepu, w którym można się zaopatrzyć w tę walutę i zobaczyć jak się nią produkuje. Od wiosny sam jestem posiadaczem bitcoinów (i nawet zdarzyło mi się już płacić tą "walutą" za ciastko i kawę), więc patrzę na to dziwo z mniejszą rezerwą, niż Apple ;-) Acz wciąż nie wierzę, że bitcoin może zrobić karierę poza internetem i że kiedyś będzie środkiem płatniczym akceptowalnym na równi z walutami emitowanymi przez banki centralne. Choć przeczytajcie o planach stworzenia polskiej "oficjalnej" waluty cyfrowej. I obejrzyjcie materiał wideo, w którym go testuję. Był też kanadyjski pomysł stworzenia całkiem oficjalnego pieniądza cyfrowego, pod kuratelą tamtejszej mennicy. Ale go skasowano.

      W Polsce bitcoinowi nie sprzyja prawo. Podobno jest firma, która proponuje placówkom handlowym terminale typu mPOS do płacenia bitcoinem. Ale rozliczenia transakcji - choć tańsze, niż dla zwykłych transakcji kartowych - odbywają się przez za pomocą zagranicznej firmy rozliczeniowej, bo w Polsce trzeba byłoby od takich transakcji płacić dwa razy VAT. Jeszcze gorzej wygląda ochrona praw osób, które mają zapisane bitcoiny w swoich komputerach, telefonach komórkowych lub też zdeponowane na internetowych giełdach. Ostatnio wpadła mi w ręce analiza kancelarii prawnej Wardyński i Wspólnicy, która opisuje sytuację prawną posiadaczy bitcoina w sytuacji, gdyby e-pieniądz został skradziony przez internetowego złodzieja. W sytuacji, gdy na konto bankowe włamuje nam się haker (wykorzystując np. nielegalnie zdobyte kody dostępu), do gry wchodzi policja i prokuratura. A gdy przedmiotem przestępstwa jest bitcoin?

      „Kradzież” bitcoinów - jak piszą prawnicy kancelarii Wardyński i Wspólnicy - polega więc w istocie na nieuprawnionym skopiowaniu prywatnego klucza do portfela użytkownika oraz pozyskaniu adresu tego portfela, a następnie użyciu ich do transferu bitcoinów pod inny adres. Rzecz jest o tyle niebezpieczna, że transakcje bitcoinowe mają charakter nieodwołalny i nieodwracalny. Teoretycznie rzecz biorąc, możliwe jest namierzenie adresu, na który został dokonany transfer bitcoinów, za pomocą analizy informacji o transakcjach gromadzonych w systemie zapisującym zmiany własności każdego bitcoina - blockchain, ale problemem pozostaje ustalenie tożsamości „złodzieja”. Prawnicy piszą w cudzysłowiu, bo sami nie są pewni, czy bitcoina można "ukraść". A więc: czy państwowe organy w ogóle ścigałyby "złodzieja", który zabrałby nam portfel pełen bitcoinów.

      Tak się składa, że według art. 278 § 1 Kodeksu karnego "kto zabiera w celu przywłaszczenia cudzą rzecz ruchomą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5". Co to jest "rzecz ruchoma"? Według Kodeksu cywilnego musi to być rzecz materialna (art. 45.), co wyklucza zakwalifikowanie pod tym pojęciem klucza prywatnego do dokonywania transakcji walutą bitcoin. Bitcoin nie spełnia również definicji „pieniądza polskiego lub obcego” (art. 115 Kodeksu karnego). A może jest chociaż "innym środkiem płatniczym" (bo o nich też mówi wspomniany przed chwilą przepis)? "Inny środek płatniczy" to taki, który pełni tożsame z pieniądzem tradycyjnym funkcje płatnicze. A więc takim "innym środkiem płatniczym" jest zgodnie z prawem karta debetowa lub kredytowa. A bitcoin? Prawnicy uważają, że nie bardzo:

      "Po pierwsze funkcja płatnicza bitcoina jest znacznie ograniczona w stosunku do pieniądza tradycyjnego, a po drugie karta płatnicza jest przedmiotem materialnym, czego nie można powiedzieć ani o nieistniejącym w istocie rzeczy bitcoinie"

      Wychodzi więc na to, że bitcoina nie można "ukraść", bo nie jest "rzeczą ruchomą".  Jeśli ktoś nam bitcoina ukradnie, nie będzie to czyn niedozwolony w świetle prawa. Słabo, prawda? Na szczęście prawnicy Wardyńskiego mają inny pomysł na ściganie bitcoinowych przestępców. O ile „kradzież” bitcoinów dokonana poprzez podejrzenie i wykorzystanie cudzego klucza prywatnego, albo kradzież telefonu komórkowego i wykorzystanie zainstalowanego tam portfela mobilnego nie byłaby tożsama z "przestępstwem na bitcoinie", to ataki hakerskie na systemy informatyczne służące do „przechowywania” bitcoinów i obsługi transakcji mogą być już ścigane i karane na podstawie polskiego prawa.

      Przestępstwo hackingu z art. 267 Kodeksu karnego jest definiowane tak: "kto bez uprawnienia uzyskuje dostęp do informacji dla niego nieprzeznaczonej, otwierając zamknięte pismo, podłączając się do sieci telekomunikacyjnej lub przełamując albo omijając elektroniczne, magnetyczne, informatyczne lub inne szczególne jej zabezpieczenie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2". Zauważcie, że hacking jest dużo łagodniej karany, niż zwykła kradzież. Ciekawe dlaczego? Prawnicy Wardyńskiego wyliczają, ze aby hacking był przestępstwem, muszą być spełnione dwie przesłanki: uzyskanie przez sprawcę informacji dla niego nieprzeznaczonej oraz złamanie zabezpieczeń tej informacji.

      "O ile np. atak hakerski na chmurę obliczeniową, w której przechowywane są dane portfeli bitcoinowych użytkowników, niewątpliwe spełnia drugą przesłankę, a także stanowi uzyskanie przez sprawcę dostępu do nieprzeznaczonych dla niego danych w postaci kluczy prywatnych oraz odpowiadających im adresów, o tyle nie jest pewne, czy te dane stanowią „informacje” w rozumieniu art. 267 § 1 Kodeksu karnego"

      - piszą prawnicy Wardyńskiego. Czyż analizowanie przepisów prawa nie jest fascynującą czynnością? Oddajmy się jej bez reszty. Jak można zdefiniować "informację"? Według prawników - nie tylko jako „wiadomość o czymś” (informacja w kontekście komunikacyjnym), ale szerzej - informacją są przecież jakiekolwiek dane.

      "Wydaje się zatem, że „kradzież” bitcoinów w omawianej postaci mieści się w dyspozycji art. 267 Kodeksu karnego, przy czym pamiętać należy, że penalizacji podlegać będzie nie wykorzystanie uzyskanego klucza prywatnego w celu transferu bitcoinów, ale samo jego uzyskanie w drodze wdarcia się do miejsca jego przechowywania".

      Ufff, wygląda na to, że złodzieje bitcoinów nie są tak całkiem bezkarni. Choć jak słyszę lub czytam prawników, którzy mówią o tym, że "wydaje się zatem", to mam pewne wątpliwości, czy to ich "wydaje się zatem" udałoby się obronić w sądzie. W raporcie upichconym przez prawników Wardyńskiego mamy zresztą dużo więcej dywagacji, dotyczących tego jak prawo traktuje "produkcję" bitcoinów, ich kupowanie i sprzedawania oraz akceptowanie jako środek płatniczy. To temat rzeka, więc odsyłam Was do oryginalnego tekstu. Wynika z niego, że ci, którzy kupują, sprzedają, ułatwiają obrót bitcoinem lub nim płacą, są narażeni na różne ryzyka podatkowe. Chociażby z tego powodu, że - jak piszą prawnicy w konkluzjach:

      "Charakter wirtualnych walut, w szczególności anonimowość ich użytkowników często nie tylko utrudnia, ale wręcz uniemożliwia prawidłowe udokumentowanie i rozliczenie operacji z ich użyciem. Rozwiązaniem może być (...) ograniczenie zakresu informacji ujawnianych na dokumentach finansowych lub zezwolenie na dokumentowanie tych operacji przy użyciu specyficznych dokumentów, np. (...) potwierdzeń realizacji operacji na giełdach e-walut. Pod rozwagę należy poddać zwolnienie obrotu wirtualnymi walutami przynajmniej z podatku VAT. Wymagałoby to uznania operacji z użyciem wirtualnych walut za usługi finansowe, co zdaje się odpowiadać naturze tychże operacji"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Masz bitcoiny? Prawo cię nie ochroni. Czy kradzież tej waluty w ogóle jest przestępstwem?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 18 lipca 2014 16:28
  • czwartek, 17 lipca 2014
    • Bank zgłosił się po kolejną składkę ubezpieczenia niskiego wkładu. Co robić?

      W ostatnich dniach od kilkorga moich czytelników dostałem e-maile z trudnym pytaniem: płacić ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, czy też go nie płacić? Czytelnicy nasłuchali się i naczytali - także w blogu - o tym, że jest coraz większa szansa na zakwestionowanie kosztów takiego ubezpieczenia i wywalczenia zwrotu pieniędzy. Czy w tym kontekście w ogóle należy się przejmować tym, że bank zwraca się do nas po raz kolejny o zapłacenie składki? Pytanie jest ważkie, zwłaszcza że mówimy o niemałych pieniądzach - w większości przypadków banki wystawiają klientom rachunek na kilka tysięcy złotych, które trzeba z dnia na dzień wyjąć z kieszeni. A może nie trzeba, a w zamian to żądanie zignorować i wysłać bankowi informację, że nielegalnych opłat nie zamierzamy regulować? A jeśli bank przychodzi z propozycją zamiany ubezpieczenia niskiego wkładu na prowizję lub podwyższoną marżę kredytu? Należałyby wybrać tę ofertę (zwłaszcza, że zwykle jest nieco korzystniejsza finansowo, niż opłacenie składki z tytułu polisy)? A może pozostać przy ubezpieczeniu niskiego wkładu? Dziś w blogu dywagacje przeznaczone dla tych, którzy otrzymali z banku pismo z informacją, że znów powinni opłacić ubezpieczenie niskiego wkładu. I pytają mnie co robić. Tak, jak pani Agnieszka:

      "Jestem czytelniczką Pana bloga i chciałam się skonsultować jak mam postąpić w sprawie z bankiem, który przysłał mi pismo dotyczące ubezpieczenia niskiego wkładu lub zamiany na prowizję. Dodam, że tydzień temu wysłałam pismo do UOKIK oraz do banku, że na takie ubezpieczenie się nie zgadzam".

      Czy trzeba zapłacić? Ubezpieczenie niskiego wkładu własnego najprawdopodobniej ma wadę prawną - w konstrukcji zaproponowanej przez większość banków klient pokrywa składkę, a nie otrzymuje za to żadnego ekwiwalentu w formie jakiejś usługi lub dodatkowej wartości (a zgodnie z kodeksem cywilnym tego typu kontrakt jest sprzeczny z prawem). Tyle, że żaden klient nie może samowolnie przestać wywiązywać się z umowy z powodu głębokiego podejrzenia, że jest niezgodna z prawem. Co więcej, gdybyśmy nie zapłacili ubezpieczenia, to bank i tak pobrałby je automatycznie z najbliższej raty lub rat. Efekt byłby taki, że ubezpieczenie i tak zostałoby zapłacone, a kredyt stałby się nieregularnym - z zaległościami, w związku z którymi bank mógłby zacząć wysyłać płatne monity lub wręcz wypowiedzieć kredyt. Bezpieczniej jest więc zapłacić i dopiero potem napisać reklamację bądź wszcząć kroki prawne w kierunku odzyskania tych pieniędzy razem z odsetkami. Zapewne nie obędzie się bez sądu. Szanse na zwycięstwo są - wczoraj opisałem taki wygrany proces wytoczony bankowi przez klientów, którzy mają szansę odzyskać 10.200 zł

      Wybrać prowizję zamiast ubezpieczenia? Jeśli bank proponuje alternatywne formy zapłaty za podwyższone ryzyko wynikające z niskiego wkładu klienta w kredyt, to sprawa robi się bardziej skomplikowana. Mówimy o propozycji typu: zamiast składki ubezpieczenia zapłać prowizję albo podwyższoną marżę kredytu. Zwłaszcza możliwość zapłacenia prowizji wydaje się kusząca, bo z reguły oznacza kilkusetzłotową oszczędność i to z opcją rozłożenia płatności na raty. Ale czy to się opłaca? Jeśli wybierzemy dotychczasową formę płatności - składkę ubezpieczenia - to później będzie szansa na odzyskanie tych pieniędzy (choć szansa to nie pewność - może nie obędzie się bez sądu, a i tam korzystny wyrok nie jest gwarantowany). Jeśli przejdziemy na prowizję, to tymczasowo zyskujemy (niższa cena), ale raczej nie możemy liczyć na to, że pieniądze do nas wrócą. Osią sporów klientów z bankowcami nie jest bowiem pytanie czy bank ma prawo zabezpieczać podwyższone ryzyko wynikające z braku wkładu własnego, ale kwestia dotycząca konkretnego rozwiązania - ubezpieczenia niskiego wkładu.

      A może zapłacić i zdelegalizować? Czy przejście na nową formę pokrywania ryzyka niskiego wkładu utrąci możliwość dochodzenia już zapłaconych składek w przyszłości?  Nie sądzę, rozmawiałem o tym z kilkoma prawnikami i nie podkreślili tej kwestii. Jedna z moich czytelniczek zwróciła się z podobnym pytaniem do kancelarii prawniczej. Z tej ekspertyzy wynika jeszcze inny pomysł: zapłacenie ubezpieczenia i jednoczesne wdrożenie procedury, by bank był zmuszony do zaniechania jego pobierania w przyszłości. Nie wiem tylko, czy nie jest to sztuka dla sztuki. Czy sąd mógłby zakazać pobierania ubezpieczenia i nie zamieniłby tego obciążenia na inne? Klient byłby podwójnie wygrany: zlikwidowałby obowiązek pobierania ubezpieczenia i jednocześnie uniknąłby jakiegokolwiek innego obciążenia tego typu. A dodatkowo wyegzekwowałby zwrot pieniędzy za wcześniej pobrane ubezpieczenia.

      "Kancelaria, która tą sprawą się zajmuje, będzie walczyć o zaniechanie pobierania UNWW. Jeżeli zdecyduję się na przejście na prowizję, to ona już do UNWW zaliczać się nie będzie i pewno będę musiała ją płacić. Dlatego według prawników lepiej jest zapłacić UNWW i nie zmieniać żadnym aneksem z bankiem jego formy na prowizję lub raty miesięczne".

      Co myślicie o tej drodze? Nie za dużo byłoby tu szczęścia dla klienta? Nie znam żadnego wyroku sądowego, w którym udałoby się zakwestionować samą ideę płacenia bankowi za wyższe ryzyko wynikające z niskiego wkładu własnego. Kwestionuje się tylko formułę opłacania tego "rachunku". Ale może jestem człowiekiem małej wiary? Przecież banki czasem w tak dziwaczny sposób konstruują zasady wyliczania podstawy ubezpieczenia niskiego wkładu, że nóż się w kieszeni otwiera, a klient może płacić takie ubezpieczenie bez końca. Może więc warto iść tą drogą i zakwestionować nie tyle samą ideę, a podstawę pobierania opłaty za ryzyko? Chętnie poznam Wasze opinie na ten temat! Piszcie, jestem na urlopie, więc nie będę odpowiadał Wam natychmiast, ale będę z zainteresowaniem śledził dyskusję.

    • Bank się pomylił i przelał pieniądze komornikowi, zostawiając klientkę na lodzie. Wsiadam na koń!

      Czasem jak się człowiekowi w życiu wali, to na całego. Przeważnie do wzbierającej fali niepowodzeń przyłącza się też bank, który akurat przypomina sobie, że wisimy mu jakieś pieniądze i że natychmiast powinniśmy oddać. Czasem bank jest wchodzi w rolę tępego narzędzia w rękach urzędników. Właśnie w takiej trudnej sprawie napisała do mnie czytelniczka, pani Anna. Od listopada zeszłego roku komornik zabierał jej z konta bankowego ok. 300 zł miesięcznie. Miesiąc temu sytuacja stała się niespodziewanie jeszcze bardziej podbramkowa - z konta w ramach zajęcia komorniczego zniknęło ponad 1000 zł. Pani Anna poszła do komornika, zapytała o przyczynę, która spowodowała, że zajął jej prawie całe wynagrodzenie i opowiedziała mu w jak trudnej znalazła się sytuacji. Komornik wytłumaczył jej, że bank postąpił zgodnie z przepisami, bo choć te zabraniają zajmowania całej pensji, to z punktu widzenia banku wpływ na konto z tytułu wynagrodzenia jest tylko wpływem na konto. A więc bank - po przekroczeniu limitu wpływów wolnych od zajęcia - może zacząć "czyścić" konto i wszystko co się na nim pojawi, przekazywać komornikowi. 

      Czytaj też w blogu: Komornicy ścigają nas za fałszywe długi. Można stracić grube pieniądze. Jak się bronić przed nadgorliwymi ściągaczami długów?

      Czytaj również: Sprytny klient banku przechytrzył komornika. Czy zgodnie z prawem?

      Ale jest na to sposób. Czytelniczka napisała oświadczenie o tym, że wynagrodzenie jest jej jedynym dochodem oraz drugie - że zgadza się, iż będzie ono pomniejszane o zajęcia komornicze bezpośrednio u pracodawcy. Kwota, którą czytelniczka otrzymywałaby na konto, byłaby wolna już od wszelkich zajęć. Oba pisma jeszcze tego samego dnia pani Anna zaniosła do placówki mBanku, który prowadzi jej ROR. I poprosiła o odblokowanie konta oraz wycofanie dyspozycji przelewów pieniędzy do komornika. Po kilku dniach czytelniczka dostała od pracownika banku potwierdzenie, że wszystko już jest załatwione. Czekała na kolejną wypłatę, gdyż w poprzednim miesiącu nie zapłaciła nawet za prąd i gaz. I się doczekała. Na ROR wpłynęło 900 zł, już o potrąceniu dokonanego przez pracodawcę na rzecz komornika Ale potem zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw z konta odjęto 30 zł za przelew komorniczy. Pani Anna się zdziwiła, bo żadnego przelewu do komornika bank nie powinien wypuszczać.

      "Chciałam uregulować comiesięczne opłaty, ale konto było zablokowane. Następnego dnia stan mojego konta wynosił 0,00 zł. Całe moje wynagrodzenie zniknęło! Na drugi dzień pojechałam do banku. Okazało się, że ktoś w centrali się pomylił i zrobił dyspozycję przelewu do komornika".

      - opowiada czytelniczka. Ktoś w centrali popełnił błąd i ściągnął pieniądze jak zwykle, mimo dostarczenia pełnej dokumentacji do oddziału przez klientkę. Bank poinformował panią Annę, że próbuje odzyskać pieniądze od komornika. W oddziale próbowali pomóc mojej czytelniczce, pracownik złożył w jej imieniu reklamację, ale centrala mu odpisała, że czeka na odpowiedź komornika, a ten milczy.

      "Mam syna chorego na raka wielonarządowego, nie wiem za co wykupię leki. Uważam, że skoro to bank popełnił błąd, najpierw powinien mi zwrócić pieniądze, a potem domagać się ich od komornika. Nie wiem już co zrobić, kolejny miesiąc nie robię opłat, za chwilę będę miała jeszcze większe problemy, niż mam. Piszę do Pana, ponieważ nie wiem już co zrobić, gdzie iść, na adwokata mnie nie stać. Bardzo proszę, niech mi Pan pomoże"

      - kończy swój dramatyczny list pani Anna. Nie da się ukryć, że w banku komuś na biurku nie zapaliła się żółta lampka z informacją, że sprawa jest priorytetowa i każdy dzień zwłoki oznacza wpadanie klientki w pętlę długów, nie mówiąc już o zagrożeniu zdrowia dziecka, które musi brać leki. Postanowiłem napisać do bankowców prośbę o przyspieszenie działań. Nie minęły 24 godziny, a dostałem e-mail o uspokajającej treści: "Pani Anna ma już pieniądze na koncie. Pracownicy przeprosili ją też za zaistniałą sytuację". Cieszę się, że udało się przyspieszyć odkręcanie problemu, w który wpędził klientkę błąd urzędnika bankowego. Apeluję o przegląd sprawności działania żółtych lampek na biurkach pracowników banku. Nie każdy klient ma dostępny debet na rachunku i może sobie pozwolić, by bank rozwiązywał jego reklamację całymi tygodniami. Tym niemniej dziękuję pracownikom banku za szybkie naprawienie błędu.

      Jeszcze dziś w blogu: Dostałeś z banku list z żądaniem zapłaty kolejnej składki ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Co robić? Płacić? Nie płacić? Zwłaszcza, że w blogu ostatnio była informacja o czytelniku, który wygrał z bankiem proces o zwrot ponad 10.000 zł pobranych z tytułu takiego ubezpieczenia. A może skorzystać z wyboru zamiany ubezpieczenia na prowizję?  Miniporadnik wpadnie do blogu jeszcze dziś, nie zapomnij kliknąć!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Bank się pomylił i przelał pieniądze komornikowi, zostawiając klientkę na lodzie. Wsiadam na koń!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 lipca 2014 15:12
    • Wysyłają mu SMS-y o zadłużeniu, adresowane do kogoś innego. I nic nie da się zrobić?

      Niektóre przygody moich czytelników w bankach są tak kolorowe i absurdalne, że bardziej niedorzecznych nie wymyśliłby nawet Monty Python. Jeden z moich czytelników zderzył się z niemocą Alior Banku. Od kilku tygodni otrzymuje na swój prywatny numer telefonu informacje o zaległości wynoszącej 2,08 zł na rachunku kredytowym na takim-a-takim numerze. Nie byłoby w tym absolutnie nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów czytelnik nie korzysta z żadnego produktu tego banku, nigdy nie był jego klientem i w ogóle nie miał z nim absolutnie nic wspólnego. Czytelnik mógłby przejść nad tym niecodziennym problemem do porządku dziennego, ale po pierwsze nie chciał ryzykować, że któregoś dnia wpadnie do niego windykator z bronią ostrą i zażąda drobnych ;-), a po drugie wczuł się w rolę człowieka, który naprawdę zalega te dwa zeta. Mój czytelnik pamięta z blogu jak kończą takie gagatki. Nie takie długi bankowcy zamieniali klientom na wyrok bez zawieszenia ;-).

      "Zadzwoniłem do call center banku i wyjaśniłem mój problem. Konsultant zweryfikował moje dane osobowe, poinformował mnie, że nie figuruję w bazie klientów. Dodał, że prawdopodobną przyczyną jest błędnie przypisany numer telefonu do numeru rachunku. Uspokojony tym wyjaśnieniem zapomniałem o sprawie"

      - pisze mój czytelnik. Niestety, po tygodniu otrzymał kolejny SMS z banku, dotyczący wspomnianej zaległości. Lekko zdenerwowany znów zadzwonił do call center  i zapytał: w czym jest problem? Dlaczego bank, mając informację o tym, że do znanego mu numeru rachunku został przypisany błędny numer telefonu - wskutek czego do jednego z klientów nie dociera komunikacja banku - nie powiadomił właściciela rachunku o problemie? Wygląda na to, że sprawa nie jest prosta, bo kultura nie pozwala rozwiązać tej sprawy w najprostszy możliwy sposób. Gdyż byłoby to nieeleganckie.

      "Konsultant wyjaśnił mi, że bez zgody osoby, która podała mój numer w banku, nie można wprowadzić korekty danych. Nie ma znaczenia fakt, że mogę się wykazać podpisaną umową z firmą telekomunikacyjną i w ten sposób dowieść, że faktycznie to ja jestem użytkownikiem tego numeru telefonicznego, a nie klient Aliora. Dla banku użytkownikiem tego numeru jest osoba, która podała mój numer. Oznacza to, że bank będzie nadal wysyłał do mnie ponaglenia do spłaty".

      - pisze zdruzgotany czytelnik. I zapytuje czy jedynym sposobem na wyprostowanie tej sytuacji jest zgłoszenie do prokuratury doniesienia w sprawie nękania przez bank, mobbingu oraz molestowania? W zasadzie na to się zanosi, chociaż prokuratorzy zapewne mają lepsze rzeczy do roboty, niż sprawdzanie czy numer telefonu, który przypisał sobie pan Zbynio, naprawdę należy do pana Zbynia, czy też może niekoniecznie. Czytelnik zapytuje mnie w jaki sposób może uwolnić się od kolejnych SMS-ów, a właściciela konta - od wizyt windykatorów, komorników oraz wykonawców kar cielesnych. Bo przecież jest jasne, że oni wszyscy przyjdą, gdy tylko okaże się, że właściciel konta nadal nie spłaca długu, gdyż o nim nie wie. Byłem w stanie doradzić mojemu czytelnikowi tylko jedną rzecz: niech zapłaci te dwa zeta, wpłacając je na konto podane w SMS-ach. To miłosierdzie będzie nagrodzone w najlepszy możliwy sposób - wiecznym spokojem bez SMS-ów z banku.

      Jeszcze dziś w blogu: poradnik dla tych, którzy mają zapłacić ratę ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Bank przysłał list: co robić? Płacić? Nie płacić?

      To jeszcze nie wszystko, co przychodzi mi do głowy jako scenariusz kolejnego skeczu Monty Pythona. Jeden z moich czytelników ma żonę. To się zdarza. Ta żona, o pięknym licu i imieniu Joanna, ma rachunki osobiste w PKO BP i dawnym Multibanku (teraz mBank). Pewnego dnia próbowała zalogować się na konto w PKO BP, ale przez nieuwagę wpisała swój numer klienta, który używa w Multibanku. Nie zauważyła tego błędu, więc powtórzyła go trzykrotnie. I jej konto w PKO BP się zablokowało. Zadzwoniła na infolinię, gdzie dowiedziała się, że zablokowało się, ale... nie jej konto, tylko kogoś, kto ma w PKO BP konto z takim numerem jak ona w Multibanku. I że to "się zdarza". Czyli tak naprawdę można komuś na chybił trafił robić głupi kawał i zablokować mu konto, wpisując w systemie transakcyjnym przy logowaniu losowo wybrany numer - twój szczęśliwy numerek :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Wysyłają mu SMS-y o zadłużeniu, adresowane do kogoś innego. I nic nie da się zrobić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 lipca 2014 08:41

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line