Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 11 lutego 2016
    • Siedem faktów ważnych dla twoich pieniędzy: kto robi cię w konia i ile jest stąd do kryzysu?

      Wczoraj pisałem w blogu o najciekawszej części raportu dotyczącego stabilności systemu finansowego, który opublikował właśnie Narodowy Bank Polski. Pokrótce przypomnę tylko, że dotyczy ona "wyceny" prezydenckiego projektu rozwiązania kwestii kredytów frankowych i że z wyliczeń NBP wynika, że pomysł ten byłby horrendalnie drogi w realizacji. Mielibyśmy bowiem 35 mld zł kosztów bezpośrednich, kilkanaście miliardów zł kosztów pośrednich (możliwy wzrost kursu franka z powodu dużego popytu banków na tę walutę) i jakieś 21 mld zł strat banków wynikających z konieczności finansowania "odfrankowionych" kredytów, oprocentowanych według stawki LIBOR, złotówkowymi depozytami. Patrząc na to przez pryzmat stabilności banków mielibyśmy najmarniej 21% sektora finansowego "pod wodą", czyli z koniecznością dokapitalizowania (w negatywnym scenariuszu - nawet 70%). Słowem: masakra. Ale ten spektakularny obrazek to tylko jeden, malutki fragment raportu opisującego sytuację różnych instytucji finansowych. Przeczytałem go w całości i postanowiłem wyjąć najciekawsze smaczki.

      nbpstab11DAJEMY SIĘ ROBIĆ W KONIA NA DEPOZYTACH. Z raportu NBP wynika niezbicie, że dajemy się robić w konia jeśli chodzi o oprocentowanie naszych pieniędzy z bankach. Na czym opieram to przekonanie? Otóż we wrześniu 2015 r. przeciętny koszt pozyskiwania kapitału przez banki (tego kapitału, z którego banki potem udzielają kredytów) wynosiło... 1,4%. Tak, tylko tyle. Z tych cyferek widać niezbicie, że mimo różnych promocji typu "3% dla nowych środków do 10.000 zł przez trzy miesiące" tak naprawdę banki płacą nam za depozyty nędznie, coraz nędzniej. Promocje się kończą, a my pieniądze w bankach zostawiamy na dużo niższym oprocentowaniu. Sporo - mniej więcej jedną trzecią wszystkich pieniędzy w bankach - trzymamy na bankowych ROR-ach, które w ogóle nie są oprocentowane. Proponuję, żeby każdy po przeczytaniu tego wpisu sprawdził oprocentowanie swoich depozytów i innych oszczędności w banku. Jeśli wynosi więcej, niż 1,4%, to znaczy, że jesteście bystrzy (w miarę :-)). A jeśli nie... :-). Oczywiście: zobowiązania bankowe to nie tylko nasze depozyty, pieniądze na kontach oszczędnościowych i ROR-ach. To także pożyczki banków od innych banków oraz od spółek-matek oraz emitowane obligacje. One mogą nieco fałszować mój wniosek, ale większość bankowych pasywów to jednak depozyty, więc w tym, że dajemy się robić w konia, na pewno coś jest.

      POŻYCZKI GOTÓWKOWE PRZESTAŁY DROŻEĆ. Mój największy zarzut do banków w ostatnim czasie - wyjąwszy kwestie nieetycznych produktów i praktyk sprzedażowych - to horrendalnie drogie pożyczki gotówkowe. Produkt, który mógłby być dla dobrego klienta oprocentowany jednocyfrowo, kosztuje - razem z prowizjami i opłatami - jakieś 20-25% w skali roku. No, w niektórych bankach kilkanaście procent. Banki, zdzierając skórę z pożyczkobiorców (i pośrednio napędzając różne pozabankowe firmy chwilówkowe), finansują z ich kieszeni darmowe ROR-y, coraz mniej rentowne karty, dopłacanie do pozyskiwania nowych klientów. W 2010 r. średnia zyskowność kredytu gotówkowego w banku nie przekraczała netto 4%. Rok temu osiągnęła... 10% (to czysty zysk, już po potrąceniu strat na nie spłacanych kredytach, kosztów sprzedaży, reklamy i pozyskiwania kapitału). W ostatnich kwartałach niespodziewanie zaczęła... spadać. Albo banki zaczęły wreszcie szukać granic nieprzyzwoitości, albo zaczęła cisnąć je na poważnie pozabankowa konkurencja, albo... klienci zaczęli liczyć pieniądze i wiedzą już, że nie za każdą cenę warto pożyczyć pieniądze. Pojawiło się też trochę przejrzystych, jasno komunikowanych ofert, które może nie są tanie, ale za to uczciwie pokazują ile trzeba będzie zapłacić.

      nbpstab4

      FRANKOWICZE PŁACĄ WIĘCEJ, ALE NA TO ZARABIAJĄ. Jest w raporcie NBP ciekawy wykres, który pokazuje jak zmieniła się sytuacja finansowa frankowiczów. Na jednym wykresie pokazano jak zmieniła się rata kredytu płacona przez klientów, którzy zaciągnęli kredyt walutowy w różnym czasie. Co ciekawe, na ten wykres nałożono także drugi - mówiący o wzroście wynagrodzeń w gospodarce. Co z tego wynika? Ano to, że wzrost rat frankowiczów w okresie od zaciągnięcia kredytu do dziś był mniejszy, niż wzrost ich wynagrodzeń (żółta linia to wzrost raty, a niebieska - wzrost wynagrodzeń). Jeśli ktoś wziął kredyt walutowy w połowie 2006 r., to od tego czasu rata mu wzrosła o 25%, a wynagrodzenie - o 55% (dowiemy się o tym, gdy poprowadzimy pionową linię zaczynającą NBPstab2się od odpowiedniego punktu "czasowego" na osi poziomej). Wzrost raty jest większy, niż wzrost wynagrodzeń tylko w przypadku kredytów z połowy 2008 r. i w przypadku tych, wziętych w latach 2009-2010. Wyliczenia NBP uwzględniają zarówno wzrost kursu franka, jak i spadek stóp procentowych w Szwajcarii (ujemny LIBOR). Wniosek? Frankowicze - jeśli wierzyć tym danym - radzą sobie ze wzrostem rat kredytowych, bo ich pensje rosną jeszcze szybciej. Mam dwa zastrzeżenia: po pierwsze statystyczny wzrost płac może luźno wiązać się z faktyczną sytuacją finansową rodzin (zawyżają go nieliczne jednostki, świetnie wynagradzane), a po drugie te wyliczenia nie uwzględniają największej zgryzoty frankowiczów - wzrostu ich zadłużenia. O tym, że niekoniecznie sytuacja finansowa kredytobiorców hipotecznych - nie tylko frankowych - jest tak różowa, świadczy inny wykres z raportu NBP, obrazujący odsetek kredytów nie spłacanych w terminie. W przypadku kredytów hipotecznych, co by nie mówić, rośnie on dość dynamicznie (choć wciąż trudno mówić, że jest wysoki, wynosi 3,3%).

      BANKI ZDZIERAJĄ? A CO POWIECIE O FUNDUSZACH? W powszechnej świadomości największe zdzierstwo na rynku finansowym odbywa się w bankach (no, i może jeszcze w pozabankowych firmach pożyczkowych). Nie bez kozery do pracowników - a zwłaszcza menedżerów - bankowych przylgnęła pieszczotliwa ksywka "banksterzy" (inna sprawa, że przywędrowała z Zachodu, gdzie praktyki robienia ludzi w balona branża finansowa opanowała w dużo większym stopniu, niż u nas). Jasne, banki zarabiały horrendalnie dużo (przez ostatnie lata 14-16 mld zł rocznie), a teraz zarabiają przyzwoicie (w tym roku pewnie będzie 8-9 mld zł biorąc pod uwagę podatek bankowy). Ale większość banków wskaźnik rentowności kapitału ROE (mówi ile zarabiają na ulokowanym w banku kapitale jego akcjonariusze - w formie dywidendy albo wzrostu aktywów banku) ma na poziomie jednocyfrowym lub "małym" dwucyfrowym. A zobaczcie jak się zarabia na zarządzaniu pieniędzmi Polaków w funduszach inwestycyjnych. Istne eldorado! Rentowność ROE na poziomie 30-40%, choć oczywiście skala działalności funduszy inwestycyjnych jest zdecydowanie mniejsza, niż banków (pół miliarda złotych rocznego zysku). Tym niemniej to fundusze inwestycyjne, a nie banki, zdzierają z klientów najwięcej. Opłaty za zarządzanie funduszami (do 4-5% rocznie!) mamy najwyższe w Europie i nikt się tym nie przejmuje. Może czas dobrać się do tyłków chciwym firmom zarządzającym? Aha, jeden drobiazg - największe z nich należą do... banków :-).

      nbpstab5

      15% - TYLE TRZEBA, ŻEBY BANKI ZACZĘŁY BANKRUTOWAĆ? NBP raz na jakiś czas przeprowadza takie papierowe stress-testy, czyli podlicza co by się stało, gdyby w branżę bankową uderzył jakiś kryzysik. Najprostsza symulacja zakłada, że Polacy przestaną spłacać jakiś procent kredytów, które dziś są bez problemów spłacane. Wyniki, jako procent branży bankowej (mierzony aktywami banków), która wymagałaby dokapitalizowania, żeby móc bezpiecznie działać, są narysowane na wykresie poniżej. I to w dwóch wariantach: według norm wynikających z ustawy (przerywane linie) oraz według norm wynikających z zaleceń KNF, bardziej restrykcyjnych, niż ustawowe (ciągłe linie). Interesują nas zwłaszcza żółte linie, odzwierciedlające najbardziej aktualny stan. Na lewym wykresie mamy banki komercyjne, na prawym - spółdzielcze.

      nbpstab6

      Co z tego wynika? Gdybyśmy przestali spłacać tylko 5% kredytów, to jeśli chodzi o normy ustawowe banki byłyby wciąż bezpieczne, a jeśli chodzi o KNF-owe - 30% branży wymagałoby dokapitalizowania. W przypadku pogorszenia spłacalności kredytów o 10% zagrożone byłyby banki reprezentujące 10% aktywów jeśli chodzi o normy ustawowe i aż 70% jeśli chodzi o normy KNF-owe. Ale tak naprawdę kłopoty zaczną się w sytuacji, gdy 15% kredytów dziś spłacanych regularnie nie będzie obsługiwanych. Wtedy nawet łagodniejsze, ustawowe normy "pękną" w bankach reprezentujących 40% aktywów branży. I stanie się niebezpiecznie.

      nbpstab713,9 MLD ZŁ - CENA KRYZYSU GOSPODARCZEGO.  Banki z jednej strony napędzają gospodarkę, ale z drugiej strony "wiszą" na jej "wydajności". Jeśli np. rośnie bezrobocie, pogarsza się spłacalność kredytów i robi się niebezpiecznie. NBP zbadał co się stanie jeśli z zagranicy przyjdzie szok w postaci spadku zainteresowania naszymi produktami eksportowymi (bo np. niemiecka gospodarka zanurkuje z powodów od nas niezależnych) i spadku zaufania do rynków wschodzących (bo np. wywróci się jakaś dobrze rokująca gospodarka wschodząca). Wskutek tego z Polski zacznie odpływać kapitał, wzrośnie kurs euro i franka (o 30%), a tym samym pogorszy się spłacalność kredytów. Z drugiej strony wzrośnie bezrobocie (będzie o jedną czwartą wyższe, niż teraz), a rząd będzie musiał płacić za polskie obligacje o 3% (pkt. proc.) więcej, niż dziś. Z banków zaczną odpływać depozyty, zaś PKB Polski już jesienią tego roku w takiej sytuacji musiałoby spaść poniżej zera. Wszystko to ma się wydarzyć w latach 2016-2017. Scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny, ale... kto wie. Co to oznacza dla banków w sytuacji, gdy ich dochodowość spada, straty na złe kredyty rosną, a jeszcze trzeba zapłacić podatek bankowy? Według NBP kłopoty ze stabilnym działaniem i spełnianiem wymogów kapitałowych ww surowszej wersji KNF-owej miałyby banki reprezentujące 50% aktywów branży. Trzeba byłoby dokapitalizować je kwotą 13,9 mld zł, ale na szczęście nie byłoby efektu wzajemnego zarażania się banków kłopotami. A banki reprezentujące mniej więcej 10% aktywów branży miałyby kłopoty z płynnością finansową (trzeba byłoby zasilić je kwotą 19 mld zł). W sumie cała branża obniżyłaby współczynnik wypłacalności z 15,5% do 13,5%.

      nbpstab9

      PODATEK BANKOWY: NAJGORSZE SĄ SKUTKI UBOCZNE. W jakim stopniu odporność banków na szoki pogarsza wprowadzenie podatku bankowego? W sumie w niewielkim. Jeśli banki będą miały kłopoty wynikające z sytuacji makroekonomicznej, to podatek ich nie wykończy (choć też im nie pomoże). A w sytuacji, gdybyśmy żadnego kryzysu nie mieli? Według NBP po wprowadzeniu podatku bankowego odsetek banków mających straty (a więc "zjadających" swój kapitał, co może skutkować mniejszym bezpieczeństwem depozytów) wzrośnie z 2% branży bankowej do 22%. Dochodowość całej branży spadnie o 60% (taką część zysków pochłonie podatek).

      "Ograniczenie zyskowności banków wpłynie negatywnie na odporność banków i ich zdolność do prowadzenia akcji kredytowej. W Polsce zyski banków stanowią podstawowe źródło tworzenia kapitałów banków, które z kolei warunkują odporność banków na zagrożenia zewnętrzne oraz skalę możliwej kreacji kredytu. Wysokie obciążenie wypracowywanych zysków ograniczy możliwości pozyskania kapitału ze źródeł wewnętrznych oraz zewnętrznych poprzez emisję kapitału akcyjnego (inwestorzy oczekują bowiem określonego zwrotu na kapitale własnym). Zmniejszy to zdolność banków do absorpcji strat. Ograniczona możliwość zwiększenia funduszy własnych powodowałaby również, że część banków byłaby zmuszona do zmniejszenia akcji kredytowej, a banki ponoszące straty– do delewarowania"

      - pisze NBP. Na wykresie poniżej widzicie porównanie obecnej rentowności banków (mierzonej wskaźnikiem ROA, czyli rentownością aktywów) oraz tego co stanie się z zyskownością branży po wprowadzeniu podatku. Im wyższe słupki po prawej stronie, tym byłoby dla banków bardziej bogato. Jak widać (zielone słupki) dziś prawie nie ma banków z ujemną rentownością aktywów, zaś prawie 60% branży ma ją na poziomie 1% lub więcej. A po wprowadzeniu podatku? Mamy, niestety, trzy fioletowe słupki po niebezpiecznej, lewej stronie. A prawie 40% branży miałaby rentowność między zerem a 0,5% na poziomie ROA.

      nbpstab10

      A wśród możliwych efektów ubocznych wymienia - oprócz powszechnie znanych czynników, jak wzrost opłat i prowizji narzucanych na klientów, czy mniejsza dostępność lub podrożenie kredytów, także ryzyko w postaci wzrostu kredytowania transgranicznego (klienci będą motywowani do zaciągania kredytów w spółkach-matkach polskich banków za granicą, co de facto będzie oznaczało wzrost zadłużenia polskich firm i konsumentów za granicą, zwiększenie skłonności banków do ryzyka (żeby mogły wykręcić większą rentowność z aktywów obciążonych podatkiem), zwiększenie shadow bankingu, czyli wyrzucanie aktywów poza bilanse banków (np. do firm windykacyjnych i funduszy sekurytyzacyjnych), zmiany oferty depozytowej dla klientów w kierunku funduszy inwestycyjnych oraz produktów strukturyzowanych (wzrost udziału w aktywach gospodarstw domowych sposobów lokowania oszczędności o podwyższonym ryzyku inwestycyjnym. Krótko pisząc - ten podatek nie położy banków na łopatki (moim prywatnym zdaniem nawet nie zmniejszy skali kredytowania gospodarki, co udowodniłem jakiś czas temu w blogu), ale wywoła furę fatalnych skutków ubocznych, z których rząd albo nie zdaje sobie sprawy, albo udaje, że ich nie widzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Siedem faktów ważnych dla twoich pieniędzy: kto robi cię w konia i ile jest stąd do kryzysu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 lutego 2016 16:38
    • Korzystasz z ujemnego oprocentowania kredytu? Możesz zapłacić od tego... podatek

      Niedawno obchodziliśmy rocznicę "czarnego czwartku", czyli nagłego wystrzału kursu franka. Jednego dnia, a tak naprawdę w ciągu kilku godzin, "szwajcar" stał się cenniejszy o kilkadziesiąt groszy, a kredyty osób zadłużonych w helweckiej walucie - o dziesiątki i setki tysięcy złotych większe. Jak pamiętacie, jedyną dobrą wiadomością dla frankowiczów był wtedy fakt, iż wraz z wyższym kursem franka obniżył się - do mocno ujemnych poziomów - wskaźnik LIBOR CHF, który decyduje o oprocentowaniu kredytów w szwajcarskiej walucie. LIBOR CHF zjechał w kilku turach do poziomu ok. minus 0,75%, co oznaczało dla niektórych klientów, że ich oprocentowanie kredytu... też powinno stać się ujemne. No bo jeśli ktoś miał w umowie np. marżę na poziomie 0,6%, to nawet po jej dodaniu do LIBOR-u CHF wartość oprocentowania była nadal na minusie. Banki w pierwszym odruchu szczerości odmówiły uwzględniania ujemnego LIBOR-u w oprocentowaniu kredytów (nota bene teraz za to płacą słonymi karami od UOKiK-u) i trzeba było potężnej fali krytyki, by je do tego zmusić.

      LIBORchf5latTrudno powiedzieć jak liczne jest grono osób, które cieszą się dziś ujemnym oprocentowaniem kredytu frankowego. Nieoficjalnie w bankach mówi się, że to stosunkowo nieduży procent spośród wszystkich 550.000 klientów, bo nawet w czasach najbardziej rozpasanego rozdawnictwa kredytów taki "standardowy" klient nie miał wielkich szans na marżę niższą od 0,9-0,8%. Szaleństwa takie były zarezerwowane przede wszystkim dla pracowników banków (taki "wewnętrzny" klient w wielu bankach był traktowany preferencyjnie) lub dla osób zaciągających potężne kredyty, np. na kilka nieruchomości. Jeśli też zaliczasz się do szczęśliwców, którzy w comiesięcznej racie nie mają żadnych odsetek (a więc kapitał do spłaty spada szybciej, niż w "zwykłym" kredycie), to... możesz dostać od swojego banku pewne niepokojące pismo. Bank może Ci napisać, że - występując w roli podatnika - osiągnąłeś przychód z tytułu "wprowadzonego przez bank mechanizmu okresowych ulg w odniesieniu do kredytów mieszkaniowych, w przypadku których suma stawki LIBOR i marzy przyjmuje wartość ujemną". I że bank wzywa Cię, byś złożył oświadczenie na piśmie, że kredyt jest przeznaczony na własne potrzeby mieszkaniowe.

      20160127_171944_Burst01_resized

      Wiem, że takie pismo wysmażył do swoich klientów Deutsche Bank, którego prawnicy doszli do wniosku, że jeśli klient dostał od banku "umorzenie" choćby drobnego kawałka kredytu (w jego racie nie tylko nie ma żadnych odsetek, lecz nawet spłaca ona część kapitału przypadającego na jakąś kolejną ratę, to niby taki bankowy cash-back :-)), to od tego "umorzenia" powinien zapłacić podatek (no, chyba, że korzysta z mieszkania na własne potrzeby). A wtedy bank powinien mu przesłać stosownego PIT-a. To mniej więcej ten sam mechanizm, który jeszcze do niedawna zabijał tych klientów banków, którym w geście dobrej woli, w ramach restrukturyzacji zadłużenia, umarzano część kredytu (bo np. nie byli w stanie spłacać rat). Klient dostawał od banku radosną informację, że jego dług jest częściowo umarzany i comiesięczne raty też, a potem dostawał PIT-a z wyliczeniem korzyści i podatkiem do zapłaty. A urzędy skarbowe oczywiście nie uwzględniały próśb klientów o umorzenie zobowiązania podatkowego. Bank szedł klientowi na rękę, a państwo go topiło. Poprzedni minister finansów Mateusz Szczurek na szczęście przeciął to szaleństwo. Nota bene umarzanie części kredytów to coraz modniejsza działalność banków, bo przecież działa ustawa o upadłości konsumenckiej i klient ma dość mocne karty w negocjacjach z bankiem. Ale nie to jest dziś tematem mych rozważań

      O co chodzi z tym podatkiem od ujemnego oprocentowania? Moi czytelnicy się burzą. Dlaczego mają tracić czas i składać w banku pisemne, specjalne oświadczenie dotyczące celu zaciągnięcia kredytu, skoro nie dostali do ręki żadnej gotówki? Przecież ich zysk polegał jedynie na tym, że dzięki ujemnej stopie oprocentowania kredytu - spadło nieco ich saldo zadłużenia. Co więcej, nikt im nic nie umorzył, szybsza spłata kredytu, niż wynikałoby to z harmonogramu, jest efektem czystej matematyki, stóp procentowych, a nie jakiegoś "umorzenia". Jak widać są banki, które uznają, że trzeba potraktować tę korzyść kredytobiorcy jako... podstawę do opodatkowania, która... może przestać być podstawą, ale dopiero po napisaniu przez klienta tzw. dupokrytki, że mieszkanie zaspokaja jego własne potrzeby mieszkaniowe. Bo jest takie rozporządzenie Ministra Finansów, z którego wynika, że może być zwolnione z zapłacenia podatku PIT: 

      "świadczenie otrzymane przez osoby fizyczne z tytułu umowy kredytu zaciągniętego przed dniem 15 stycznia 2015 r. na własne cele mieszkaniowe i zabezpieczonego hipotecznie (...) w walucie obcej lub w polskich złotych, lecz nominowanych lub indeksowanych do waluty obcej, w związku z powstaniem przychodu z tytułu zastosowania ujemnego oprocentowania."

       

      Wychodzi więc na to, że według obermajstrów podatkowych ujemne oprocentowanie powoduje przychód podatkowy. Ale wysyłanie takich informacji, jak opisana powyżej, do klientów może być też sygnałem do klienta i do otoczenia, że honorowanie ujemnego oprocentowania jest tylko chwilową anomalią, którą bank stosuje, bo ma ochotę. Bank pisze zresztą o korzystaniu przez klienta z "systemu okresowych ulg". A skoro te ulgi to nie wynik działania matematyki, lecz tylko prawo łaski, to bank podchodzi do tego tak, jak do częściowego umorzenia kredytu. Klient zaś, przysyłając oświadczenie, że z mieszkania korzysta na własne potrzeby, de facto przyjmuje taką interpretację do wiadomości :-). Takie podejście oczywiście może mieć uzasadnienie w umowie kredytowej, o ile jest tam twardy zapis, że oprocentowanie kredytu nie może być ujemne. Ale w większości umów kredytowych takich zapisów nie ma, bo bankowi prawnicy nie przewidzieli ujemnych stóp procentowych i LIBOR-u, które wraz z niską marżą mogą skutkować ujemnym oprocentowaniem kredytu . Bank, który napisał do niektórych klientów czułe pismo, informuje, że jeśli klient nie przyśle oświadczenia, to bank potraktuje go jako "kamienicznika", wystawi PIT 8C i będzie trzeba zapłacić podatek taki, jak od umorzenia części kredytu. Brrrr...

      Jeśli jesteście w tak dobrej (bo macie ujemne oprocentowanie) i jednocześnie w niedobrej sytuacji (bo grozi Wam PIT i podatek do zapłacenia od pieniędzy, których nie widzieliście na oczy), to trzeba się pospieszyć i złożyć stosowne oświadczenie jak najszybciej i najlepiej osobiście (za potwierdzeniem odbioru), bo bank musi wystawić PIT-8C do końca lutego (potem trudno już będzie cokolwiek odkręcić). Będzie spokój z  podatkiem. Jeśli jednak bank za jakiś czas - za trzy miesiące lub za trzy lata - się rozmyśli i powie, że nie uwzględnia już ujemnego LIBOR-u, to takie oświadczenie może wskazywać, że klient zgodził się na to, iż ujemne oprocentowanie to była tylko promocja, a nie matematyka. Może, ale nie musi. To trochę podobny problem jak ten, który pojawia się przy składanych przez bank propozycjach zamiany ubezpieczenia niskiego wkładu na prowizję. Z jednej strony pojawia się oszczędność dla klienta (prowizja jest niższa), a z drugiej strony - pójście na ten układ może spowodować zmniejszenie szans na to, żeby klient mógł uzyskać rekompensatę za nielegalne ubezpieczenie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Korzystasz z ujemnego oprocentowania kredytu? Możesz zapłacić od tego... podatek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 lutego 2016 09:34
  • środa, 10 lutego 2016
    • NBP oszacował konsekwencje "odfrankowienia" kredytów. Masz oszczędności w banku? Uuuups...

      Ważą się losy ustawy, która ma rozwiązać problem kredytów frankowych. Prezydent, po kilku nieudanych podejściach do sprawy, wymodził wreszcie projekt, który na pierwszy rzut oka nie jest taki zły. Gdyby to-to weszło w życie, pojawiłaby się możliwość przewalutowania kredytów frankowych po sztywnym kursie, uzależnionym od tego ile klienci stracili na różnicach kursowych i ile zyskali na niższych ratach w stosunku do kredytów złotowych. Problemy są dwa: kryteria, od których zależy kurs przewalutwania, nie są ustawione sprawiedliwie (kurs przewalutowania zależy od łutu szczęścia), a banki musiałyby wziąć "na klatę" całość kosztów wynikających z umocnienia franka (projekt zakłada, że klienci nie powinni ponieść żadnych konsekwencji z tego tytułu, że wybrali kredyt walutowy). Z tych dwóch problemów wynika problem trzeci, najważniejszy: to prawdopodobnie byłoby tak kosztowne dla banków, że mogłoby kilka z nich położyć na łopatki. Konsekwencje tej ustawy kilka tygodni temu szacowałem zresztą w blogu, podając przykłady banków posłanych na deski. Prezydent, w swej beztrosce, nie miał czasu sprawdzić czy jego ustawa nie rozwali sektora finansowego, nie zbankrutuje budżetu państwa oraz nie wyśle w kosmos rządu. Przekazał natomiast projekt do Komisji Nadzoru Finansowego, która ma przedstawić wyliczenia.

      Tymczasem własne wyliczenia dotyczące konsekwencji ustawy antyfrankowej przedstawił właśnie Narodowy Bank Polski w swoim okresowym raporcie o stabilności finansowej. Są one dla prezydenta i frankowczów miażdżące. Z raportu wynika mianowicie, że ustawa wywołałaby takie turbulencje, do których żaden rozsądnie myślący rząd nie powinien dopuścić. NBP zastrzega, że koszty prezydenckiego projektu bardzo silnie zależą od warunków rynkowych. Swoje wyliczenia bank centralny przeprowadził przy założeniu, że w momencie operacji frank kosztuje 4,02 zł, a euro - 4,4 zł. Bezpośrednie koszty przewalutowania NBP podliczył na 35 mld zł (jeśli skorzystają z niego wszyscy posiadacze kredytów walutowych) lub na 29 mld zł (jeśli skorzystają tylko ci, którzy wzięli kredyty w latach 2007-2008). Do tego dochodzi jakieś 9 mld zł kosztów wynikających ze zwrotów spreadu walutowego (to najmniej kontrowersyjna część prezydenckiej ustawy, spready banki powinny klientom zwrócić).

      Według prawników NBP nie ma możliwości, żeby koszty restrukturyzacji kredytów walutowych rozbić na raty (a to miałaby być główna zaleta prezydenckiego projektu). A zatem banki musiałyby wpisać sobie w rachunek wyników jednorazowy, finansowy strzał, którzy dużą część z nich wyśle w obszar głębokich strat (jak głębokich - o tym dalej). Do 35 mld zł maksymalnych kosztów przewalutowania i 9 mld zł kosztów zwrotu spreadu NBP dorzuca jeszcze koszty efektów ubocznych - wzrostu kursu franka wynikającego z konieczności zakupu ogromnych ilości tej waluty przez banki. Gdyby frank podrożał o 10%, koszty przewalutowania wzrosłyby o kolejne 13 mld zł. Poza tym banki musiałyby przyjąć na klatę straty wynikające z tego, ze kredyty "dawniej walutowe" miałyby oprocentowanie oparte na stawce LIBOR, a finansowanie "pod" nie banki musiałyby pozyskiwać według stawki WIBOR. Z tego tytułu banki miałyby stracić kolejne 21 mld zł. Z kolei maksymalny możliwy koszt tego wariantu ustawy, który zakłada możliwość oddania przez klienta kluczyków do mieszkania i umorzenia "nawisu" kredytu przekraczającego wartość tego mieszkania, NBP szacuje na jakieś 20 mld zł.

      Co to wszystko oznaczałoby dla samych banków, ich klientów (przede wszystkim tych, którzy mają w bankach depozyty objęte państwowymi gwarancjami), podatników (gdyby musieli finansować koszty upadłości któregoś z banków) oraz gospodarki (gdyby banki znacznie zmniejszyły możliwości udzielania kredytów)? O tym NBP pisze w ostatnim punkcie swojej analizy. Według szacunków NBP gdyby ustawa weszła w życie dziś, to strata netto polskich banków wyniosłaby w tym roku 30-36 mld zł. W obszar strat weszłyby banki reprezentujące 70% aktywów sektora bankowego. Na wykresie poniżej widzicie skalę tych strat. Wskaźnik ROA, mierzący rentowność aktywów (dziś wynosi w bankach ok. 1%) po ustawie "antyfrankowej" w przypadku jednej trzeciej banków spadłby poniżej poziomu minus 3%, kolejne 20% branży znalazłoby się powyżej 2% "pod wodą", a tylko banki reprezentujące jakieś 30% branży miałyby dodatnie ROA.

      roafranki

      Oczywiście: 35 mld zł strat banków to nie jest miłe (kilku prezesów nie dostałoby bonusów), ale przecież banki rocznie zarabiały po 15-16 mld zł, więc mówimy raptem o trzyletnich zyskach branży wystrzelonych w kosmos. Od tego się świat nie zawali. Ale według NBP główny problem tkwi w tym, że te straty banki musiałyby pokryć własnym kapitałem, uszczuplając go i pogarszając swoją sytuację kapitałową (a więc i zmniejszając bezpieczeństwo deponentów). Fundusze własne w bankach spadłyby o 23-27%, a udział banków, które wymagałyby dokapitalizowania (a więc nie spełniałyby wymogów bezpiecznego działania w sensie posiadanego własnego kapitału w stosunku do skali prowadzonej działalności) sięgnąłby 18% branży, mierzonej aktywami.

      To oznacza, że - pisząc w dużym uproszczeniu, bo przekładając wprost aktywa na depozyty - statystycznie co piąta złotówka naszych depozytów mogłaby być zagrożona do czasu, gdy banki, w których te pieniądze trzymamy, nie zostałyby wyposażone przez akcjonariuszy w dodatkowy kapitał. Gdyby wziąć jako benchmark, zamiast wymogów "oficjalnych", wynikających z prawa bankowego, te surowsze wymogi, które narzuca bankom KNF, to dokapitalizowania wymagałyby banki skupiające 53-72% aktywów branży. NBP pisze też, że wyparowanie z branży bankowej dużej porcji kapitałów własnych mogłoby spowodować ograniczenie zdolności udzielania przez banki kredytów, aczkolwiek nie podaje żadnych liczb. O tym ile banki potrzebują zysków i kapitałów, żeby móc udzielać nowych kredytów w takim tempie jak dotychczas, pisałem niedawno w blogu. Bank centralny zauważa też, że gdyby na "odfrankowienie" kredytów nałożyły się jakieś scenariusze szokowe natury makroekonomicznej - byłoby z polskimi bankami kiepsko, bo ich odporność na szoki, dziś przyzwoita, zawisłaby na włosku. NBP przypomina, że banki o największych portfelach kredytów walutowych mają 669 mld zł depozytów, z czego ok. 428 mld zł to depozyty gwarantowane (czyli do 100.000 euro). Gwarantowane do pewnego stopnia przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale ten ma w dyspozycji tylko 12-13 mld zł, resztę tak naprawdę gwarantują podatnicy via budżet państwa.

      Krótko pisząc - ustawa o "odfrankowieniu" kredytów - zdaniem NBP - byłaby dla branży bankowej bardzo dużym zagrożeniem. To 35 mld zł kosztów przewalutowania plus kilkanaście miliardów z powodu wzrostu kursu franka (może towarzyszyć całej operacji, choć ten efekt, moim zdaniem, nie musiałby nastąpić, bo zakupy franków mogłyby nastąpić poza rynkiem walutowym, gdyby pomógł bank centralny - tak było na Węgrzech), 21 mld zł strat wynikających z wyższego kosztu finansowania kredytów walutowych... No, grubo. Banki skupiające od 18% (wariant optymistyczny) do 72% (wariant pesymistyczny) aktywów branży wymagałyby dodatkowego kapitału, a bez tego być może stanęłyby w obliczu zawieszenia działalności (nie gwarantowałyby bezpieczeństwa depozytów). Być może NBP przesadza w szacowaniu efektów prezydenckiej ustawy frankowej, ale zapewne wyniki tej analizy ujrzy Minister Finansów w rządzie PiS i wtedy zrobi mu się łyso. Gdybym miał się zakładać, to chyba obstawiłbym scenariusz, w którym prezydencka ustawa, nim wejdzie w życie, zostanie porządnie wykastrowana.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (51) Pokaż komentarze do wpisu „NBP oszacował konsekwencje "odfrankowienia" kredytów. Masz oszczędności w banku? Uuuups...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 lutego 2016 17:16
    • Nowa kultura oddłużania, czyli obniżą ci raty i jeszcze umorzą trochę długu. Prześwietlam!

      Dość często widzę banki oplakatowane reklamami obiecującymi klientom konsolidację ich starych kredytów na doskonałych warunkach. Jednym z takich banków jest Alior. W jego reklamach widziałem, że jak przyjdę do wyższej kultury bankowości ze swoimi długami, to dostanę niższą ratę oraz umorzenie 3% dotychczasowego długu. Wcześniej podobne oferty miał bodaj Getin Bank. Teaser pt. "spłacimy część długów za ciebie" musi działać na zadłużonych Polaków bardzo silnie, skoro jest tak ochoczo wykorzystywany przez banki chcące zarabiać na konsolidacji. Było już w blogu kilka razy o tym, że nie każda konsolidacja jest dobra. Nie chodzi już nawet o to, że owa obiecywana niższa rata powstaje głównie dzięki rozłożeniu długu na dluższy czas. Jeśli oprocentowanie jest na podobnym poziomie, to jeszcze bym to przeżył (jeśli domowy budżet w dużej części "wisi na włosku" z powodu rat wielu kredytów, to ich zamiana na podobnie drogi kredyt z niższą ratą jest mimo wszystko pomysłem dopuszczalnym). Diabeł tkwi w pozaodsetkowych kosztach konsolidacji, które mogą spowodować, że po przeniesieniu kredyt jest znacznie większy, niż przed całą operacją.

      aliorkonsoW taką pułapkę można się wpakować - choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda - korzystając także z kredytu w Alior Banku. Co prawda jego oprocentowanie jest rzeczywiście przyjemne - wynosi od 6,99% i przy założeniu, że nie jest to wyłącznie reklamowa ściema (mogę sobie wyobrazić, że na takich warunkach kredyt konsolidacyjny jest dostępny tylko dla 1% najlepszych klientów), prawdopodobnie jest to tańszy kredyt, niż te, które potencjalni klienci dziś spłacają. Jest też wspomniana wyżej obietnica, że bank umorzy 3% przenoszonego zadłużenia. Korzyści są więc spore, a jedyną zagadką jest wartość prowizji, którą za całą operację przyjdzie zapłacić. No bo tak: przenosząc kredyt z innego banku i dostając umorzenie 3% wartości tego kredytu powinienem być "do przodu" na wysokości długu do spłaty, a nie "do tyłu". Jeśli jednak prowizja jest większa od umarzanej przez bank kwoty, a jednocześnie oprocentowanie nowego kredytu niekoniecznie jest niższe od tych, które dziś spłacam... To pułapka gotowa. Zamiast korzystnej konsolidacji mam niższą ratę, ale znacznie wyższe zadłużenie i gwarancję jego spłacania w niskich ratach do usrrrrr... śmierci.

      Policzyłem jak to może wyglądać na konkretnym przykładzie. Dotyczy on nie tylko Alior Banku, bo wiem, że np. korzystną konsolidację na niskim oprocentowaniu (bodaj 5,99%) oferuje swoim klientom np. Bank Millennium. Zresztą każdy bank ma to-to w swojej ofercie, tylko jeden bardziej eksponuje w reklamie, a drugi mniej. A więc: załóżmy, że mam do skonsolidowania 30.000 zł długów oprocentowanych na 10% w skali roku (drożej być nie może - ustawa antylichwiarska). Mogę je spłacać na dotychczasowych zasadach - czyli po 637 zł miesięcznie przez pięć lat, łącznie oddając bankom 8.240 zł odsetek, albo przenieść do przykładowego Alior Banku. Trzeba pamiętać, że część tego długu, który mam do spłaty, wynika z prowizji, które zostały mi doliczone do kredytu na początku (wiadomo, że żaden bank nie pożycza pieniędzy na 10% :-)). W Aliorze ten mój dług mogę spłacać na 6,99% (załóżmy, że łapię się na najlepsze dostępne warunki). Wówczas jestem do przodu i na miesięcznej racie (594 zł) i na wartości zapłaconych odsetek (5.630 zł). Dodatkowo bank umarza mi 3% mojego długu, czyli 900 zł. Niewiele, ale zawsze coś. Miesięczna rata topnieje do 576 zł, a wartość zapłaconych odsetek - do 5.460 zł.

      Do tego momentu jestem wyłącznie do przodu. Co miesiąc oszczędzam 60 zł, łącznie w całym okresie kredytowania jestem dzięki aliorkonsobanerkonsolidacji do przodu o 2.800 zł i w dodatku utrzymuję dotychczasowy harmonogram spłat (pozbędę się długu w ciągu pięciu lat). Niestety, to nie koniec tych rachunków. Alior Bank doliczy mi bowiem prowizję od tej całej konsolidacji i wrzuci ją w dług. Prowizja - patrząc na przykład reprezentatywny, podawany na stronie internetowej - wynosi 10% wartości konsolidowanych kredytów. A więc w moim przypadku będzie to 3.000 zł. Po odjęciu od nowego, wyższego zadłużenia (33.000 zł) wartości 3% "darowizny" otrzymamy 32.100 zł. To czy konsolidacja się opłaci, zależy teraz od oprocentowania "nowego", znacznie wyższego kredytu. Przy najlepszym z możliwych oprocentowaniu 6,99% zapłacę ratę w wysokości 635 zł (mniej więcej taką samą, jak przed konsolidacją), ale łączny koszt wyniesie 6.040 zł odsetek do spłaty (po prostu dzięki niższemu oprocentowaniu w każdej racie będzie więcej kapitału, co zrównoważy efekt "spuchnięcia" kredytu). A więc biznes się opłaci.

      Ale jeśli Alior Bank weźmie ode mnie 9% oprocentowania (a nie 6,99%), to rachunek będzie już inny - odsetek trzeba będzie zapłacić aż 7.785 zł (prawie tyle, ile w "starym" kredycie), a rata wzrośnie do 666 zł. Oczywiście bank obiecuje, że rata po konsolidacji będzie niższa, niż przed nią, a więc jednocześnie wydłuży klientowi okres spłaty o tyle miesięcy, żeby wyniosła jakieś 635 zł. To się da zrobić - wystarczy wydłużyć okres spłaty o cztery miesiące. Rata długu po konsolidacji spada wówczas do 633 zł (minimalnie mniej, niż przed konsolidacją), ale kwota odsetek do zapłacenia sunie aż do 8.430 zł - czyli łącznie zapłacę bankowi więcej, niż zapłaciłbym, gdybym nie konsolidował (bo nic-nie-robiąc miałbym 8.240 zł odsetek do spłaty). I tak to wygląda. Oszczędzamy na niższym oprocentowaniu i 3%-owej redukcji zadłużenia, ale za to tracimy na sięgającej 10% prowizji. Bilans nie musi być pozytywny i obawiam się, że dla większości klientów nie będzie. No, chyba, że załapią się na 6,99% oprocentowania - wówczas różnica w odsetkach oraz 3% umorzenia kredytu zsumuje się do wyższej kwoty, niż konieczna do zapłacenia prowizja. Oczywiście o ile ta prowizja rzeczywiście zatrzyma się na 10%, bo wiem, że Alior Bank potrafi pobierać znacznie wyższe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa kultura oddłużania, czyli obniżą ci raty i jeszcze umorzą trochę długu. Prześwietlam! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 lutego 2016 08:42
  • wtorek, 09 lutego 2016
    • Bank zaproponował ci nowy sposób płacenia? Zgodzić się? O co zapytać? Na co uważać?

      W PKO BP zbliżeniowe płacenie smartfonem uruchomiło już kilkadziesiąt tysięcy klientów. W BZ WBK - kolejnych kilkadziesiąt tysięcy. A przecież w obu bankach nowa technologia ruszyła dopiero kilka, kilkanaście dni temu. Jest już pewne, że to będzie rok, w którym setki tysięcy, a może miliony Polaków zaczną przyzwyczajać się do nowego sposobu płacenia. Banki o tym marzą od dawna, ale dopiero ostatnio dostały do ręki technologię, która pozwala te marzenia zrealizować bez konieczności robienia dużego kłopotu klientowi, który dałby się na to namówić. Jeszcze do niedawna ktoś, kto chciał płacić za zakupy smartfonem (a dokładniej wirtualną kartą płatniczą, "zapisaną" w aplikacji bankowej), musiał się nieźle natrudzić. Jedyną dostępną technologią, która umożliwiała płacenie telefonem, było zapisanie takiej opcji na karcie SIM telefonu. Bank musiał mieć podpisaną specjalną umowę z operatorem telekomunikacyjnym (i płacić mu zyliony złotych za tę łaskę). Klient też musiał mieć telefon działający w sieci tego konkretnego operatora. I musiał pofatygować się do punktu obsługi i wymienić kartę SIM.

      Od kilku miesięcy jest dostępna technologia HCE, która nie wymaga współpracy z operatorem telekomunikacyjnym, ani dostępu do jego karty SIM. Tę kartę i wbudowany w nią element służący do płacenia zastępuje chmura obliczeniowa, w której odbywa się wymiana informacji między kartą "zaklętą" w smartfonie, a terminalem do płacenia zainstalowanym w sklepie. Możliwość płacenia z wykorzystaniem HCE mają już klienci czterech banków - BZ WBK, Getin Banku, Banku Pekao oraz PKO BP. Wkrótce dołączą do nich kolejne – może nawet kilkanaście. Wadą technologii HCE jest to, że działa tylko na jeden - choć bardzo popularny - system operacyjny używany w telefonach, czyli Android (i to tylko na jego najnowsze wersje). Na razie nie jest dostępny na urządzenia Apple'a oraz na smartfony korzystające z systemu operacyjnego Windows. No i oczywiście trzeba mieć telefon wyposażony w technologię zbliżeniową (NFC) 

      PRZEWAGA KARTY NAD SMARTFONEM.  Powstaje podstawowe pytanie – po jakiego grzyba miałbyś zmienić kartę płatniczą na smartfona? Ja też zadaję sobie to pytanie. Odkąd wynaleziono karty zbliżeniowe płacenie jest tak proste, że trudno sobie wyobrazić, żeby ze smartfonem mogło być łatwiejsze. Po prostu zbliżam kartę do czytnika (przy transakcji poniżej 50 zł nie muszę nawet podawać PIN-u) i zapłacone. Dlaczego miałbym się "przesiadać" na smartfona? Smartfon ma baterię, która lubi się rozładować w najmniej odpowiednim momencie. Zanim skorzystam ze smartfona muszę wpisać PIN, a karty nie trzeba w żaden sposób aktywować. No i kartę mogę włożyć do terminala tam, gdzie nie działają płatności zbliżeniowe. A telefon? Najoględniej mówiąc - nie bardzo. Ale z drugiej strony – już 80% terminali płatniczych w Polsce to te zbliżeniowe. Za dwa lata wszystkie będą działały na zbliżenia. Więc nie będzie powodu, by cokolwiek do nich wkładać.  

      DLACZEGO SMARTFON WYGRYZIE KARTĘ? Jaka siła miałaby sprawić, że – jak przepowiadają bankowcy i spece od płatności z Visy i MasterCarda – w tym roku kilka milionów osób zacznie namiętnie płacić telefonem? Na razie jeszcze argumentów za używaniem smartfona na zakupach jest niewiele i mają charakter głównie marketingowy. O czym myślę? Otóż mając w ręku smartfona, a nie kartę, mogę bardziej intensywnie komunikować się z bankiem (albo raczej on ze mną). To oznacza, że bank może mi wysyłać rabaty i nagrody za zakupy, które właśnie zrobiłem, bądź przypominać ile mam do ugrania kupując w sklepach w najbliższej okolicy. Jeśli płacę kartą, taka "zabawa w rabaty" z bankiem jest utrudniona. Jeśli więc bank będzie w stanie mnie wynagradzać częściej i w bardziej dopasowany sposób, to mógłbym ewentualnie spróbować płacenia smartfonem. Drugim argumentem są sytuacje, w których nie mam przy sobie portfela. Np. jestem na spacerze, na rowerze, w sklepiku osiedlowym - wiem, że raczej nie będę potrzebował dowodu osobistego, ani prawa jazdy, więc mogę sobie pozwolić, żeby nie wziąć portfela. Jedna rzecz mniej do upychania w kieszeni spodni.

      Okazji do płacenia smartfonem będzie coraz więcej. Dlaczego? Bo to urządzenie już dziś jest centrum życia wielu z nas (zwłaszcza młodzieży). Po co nosimy przy sobie portfel? Bo mamy tam dokumenty - dowód osobisty, legitymację szkolną, bilet miesięczny, prawo jazdy - gotówkę, karty lojalnościowe do różnych sklepów oraz karty płatnicze. Te ostatnie możemy już "włożyć" do smartfona. A wkrótce to samo spotka wszystkie nasze dokumenty. Coraz więcej bankowych aplikacji mobilnych daje możliwość załadowania do nich kart lojalnościowych. Poprzez aplikację (niekoniecznie bankową) można też kupować i przechowywać bilety. Z rzeczy, których jeszcze nie da się "zwirtualizować" pozostaje dowód osobisty, paszport, czy prawo jazdy. Ale to też jest już tylko kwestia czasu. Jeśli jedynym powodem do posiadania portfela stanie się przechowywanie w nim drobnych pieniędzy, to... nie będzie już żaden powód, żeby w ogóle mieć jeszcze portfel i dźwigać go ze sobą.

      CZY PŁACENIE SMARTFONEM JEST BEZPIECZNE? Karty na zakupach są bezpieczne: mają PIN, a transakcji zbliżeniowych o małej wartości - tych, które można przeprowadzić bez podawania PIN-u - można dziennie zrobić tylko kilka. No i karty mają ubezpieczenie (w przypadku transakcji zbliżeniowych klient odpowiada tylko do równowartości 50 euro). Czy smartfon może być bezpieczniejszy? Nie jest z tym najgorzej. Żeby go "odpalić" musimy wpisać PIN, a żeby uruchomić aplikację bankową - trzeba podać kolejny (na szczęście żeby zapłacić przeważnie nie trzeba być zalogowanym do aplikacji mobilnej). W przyszłości będzie jeszcze lepiej. Są już w Polsce banki, które w bankowaniu przez smartfona wykorzystują logowanie głosem oraz poprzez przyłożenie palca do specjalnego czytnika. Im więcej banków będzie stosowało takie zabezpieczenia (i im więcej smartfonów będzie miało odpowiednie czytniki), tym częściej będziemy mogli autoryzować transakcje za pomocą biometrii. I zapomnieć o PIN-ach. Wtedy smartfony staną się znacznie bezpieczniejszym instrumentem do płacenia, niż tradycyjne karty.

      CZY BANK W SMARTFONIE JEST BEZPIECZNY? Część ekspertów ostrzega przed „przypinaniem” banku do smartfona. Powód? Smartfon jest bardziej od komputera domowego podatny na wirusy. Poza tym wykonując jakąkolwiek operację za pomocą smartfona, autoryzujemy ją… tym samym smarfonem. W bankowości internetowej jest inaczej: tu autoryzujemy transakcję zleconą za pomocą serwisu internetowego banku podając jednorazowy kod przesłany na smartfona, czyli drugie urządzenie. Złodziej, żeby ukraść nam pieniądze, musi kontrolować jednocześnie nasz komputer i smartfona. A w przypadku, gdy korzystamy z bankowości mobilnej, wystarczy, że złodziej przejmie kontrolę nad smartfonem. Nie jest to zagrożenie związane bezpośrednio z płaceniem telefonem – sama płatność jest bezpieczna – ale z faktem, że aby płacić smartfonem, często podpinamy aplikację mobilną banku do swojego konta. I to, a nie samo płacenie smartfonem, może się wiązać z pewnym ryzykiem.

      Jakie jest lekarstwo na te obawy? 1. Staramy się na bieżąco kontrolować zawartość smartfona, nie instalujemy na nim niepotrzebnych aplikacji (i żadnych spoza oficjalnego sklepu mobilnego) i trzy razy zastanawiamy się, zanim zgodzimy się na jakąś aktualizację. To właśnie za pomocą fikcyjnych aktualizacji. 2. Do bankowania – czy to do sprawdzania salda, czy do mobilnego płacenia – używamy konta i karty, na których nie ma zbyt dużo pieniędzy, możemy w tym celu założyć konto rezerwowe, albo przypiąć do aplikacji mobilnej kartę pre-paid. 3. Nie rezygnujemy z zabezpieczenia smartfona hasłem – nawet jeśli nas denerwuje ciągłe jego wklepywanie, gdy zgubimy telefon będziemy bezpieczniejsi. 4. Nie korzystamy z aplikacji mobilnej jeśli login lub hasło do niej jest takie samo, jak do bankowości internetowej. 5. Nie korzystamy z aplikacji mobilnej jeśli nie daje ona możliwości ograniczenia wartości transakcji realizowanych za pomocą smartfona. 6. Korzystając z bankowości mobilnej wyłączamy w smartfonie opcję pozwalającą korzystać z otwartej sieci wi-fi. Wpisując loginy, hasła i PIN-y – zarówno z komputera, jak i smartfona – zawsze korzystamy tylko z zamkniętej, domowej sieci wi-fi lub z internetu mobilnego w smartfonie.

      CZTERY SPOSOBY NA PŁACENIE SMARTFONEM. Jeśli chcesz wypróbować możliwość płacenia za zakupy smartfonem, to masz do dyspozycji cztery możliwości. Pierwsza to system BLIK, który oferuje sześć polskich banków (w tym mBank, Millennium, PKO BP). Nie jest on oparty na technologii zbliżeniowej, lecz na kodach jednorazowych, które wyświetlają się na ekranie smartfonu i które trzeba wpisać do terminala płatniczego. Minusem BLIK-u jest mniejsza wygoda, niż płacenie przez zbliżanie, a plusem – to, że system zadziała praktycznie na każdym w miarę nowoczesnym telefonie. Druga opcja to skorzystanie ze współpracy twojego banku z twoim operatorem telekomunikacyjnym. Aby „zapisać” w telefonie kartę, będziesz musiał wymienić na nową kartę SIM.Trzecia opcja to HCE, czyli zainstalowanie w smartfonie aplikacji mobilnej banku i „włożenie” do niej karty płatniczej. Czwarta to półśrodek, czyli naklejka zbliżeniowa. Czyli taka karta płatnicza zatopiona w samoprzylepnej folii, którą naklejasz na smartfona. Działa ona tak samo, jak karta, ale nie musisz mieć przy sobie portfela, żeby zapłacić.

      CZEGO SIĘ BOJĘ W PŁACENIU SMARTFONEM? Najbardziej boję się tego, że bankowcy – jak już przyzwyczają nas do płacenia telefonem - będą nas prowadzać na naprawdę krótkiej smyczy. Od promocji do promocji. Od zniżki do zniżki. Od kredytu online, do drugiego. Jeśli ktoś nie ma w głowie imperatywu, żeby kontrolować wydatki, a jego bank będzie doskonale „czytał” jego profil konsumencki, to taki klient może być jeszcze łatwiej „ukredytowany”, niż dziś. Płacenie telefonem powinno być zarezerwowane tylko dla najbardziej rozsądnych konsumentów, którzy nie idą na lep reklam, promocji, rabatów. Tyle, że to moje gadanie niczego nie zmieni. Mamy XXI wiek, a banki i organizacje płatnicze nie po to władowały miliardy złotych w promowanie technologii zbliżeniowej, żeby nie zrobić kolejnego, najważniejszego kroku – przeflancować nas na płacenie smartfonem. To się stanie, bo musi. I wszystko wskazuje na to, że rewolucja właśnie ruszyła. Jakieś pomysły na to, żebyśmy płacili smartfonem w rozsądny sposób? :-)

      kieszonkoweJEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności)

      SUBIEKTYWNIE O PROGRAMIE "500 PLUS". Kilka dni temu miałem okazję powiedzieć dwa słowa o tym jak widzę rządowy program dopłat do dzieci, na który rocznie pójdzie 20 mld zł i dzięki któremu każda rodzina wzbogaci się o 500 zł miesięcznie jeśli ma dwójkę dzieci oraz o znacznie więcej jeśli ma tych dzieci całą gromadkę. Zapraszam do obejrzenia.

      tvn24500zl2

       SUBIEKTYWNIE O ZAMIESZANIU WOKÓŁ "KRÓLA" BRANŻY BANKOWEJ. Miałem też okazję komentować skandal, który niespodziewanie powstał wokół podwyżki prowizji w baku PKO BP. Rząd, który posiada w banku raptem 30% udziałów, ma bankowi za złe, że ten nie wspiera polityki rządu i nie dopłaca swoim klientom do kont, kart i kredytów. Czy rząd ma rację? Dyskutowałem na ten temat w TV Republika oraz w TVN Biznes i Świat. Zapraszam do obejrzenia. 

      republikapkoprezesTVNbispko1

      SUBIEKTYWNIE O FRANKACH W "CZARNO NA BIAŁYM". O tym jak frankowicze wygrywają i przegrywają w sądach procesy dotyczące swoich kredytów (ze szczególnym uwzględnieniem procesów zbiorowych) było w środę w TVN 24, w programie "Czarno na białym". A ja dołożyłem swoją, subiektywną cegiełkę.

      tvnczarnebiale2101

      SUBIEKTYWNIE O RATINGU. W programie "Świat się kręci"  rozmawiałem o tym jak to jest z tymi ratingami i co mają wspólnego z zakochaniem, szkołą oraz z branżą hotelową :-). Zapraszam do obejrzenia.

      tvswatsie1901

      SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Kilkanaście dni temu gościłem, razem z jednym z radców prawnych, w stacji radiowej TOK FM, gdzie w programie Przemysława Iwańczyka rozmawialiśmy o polisach inwestycyjnych. W którym miejscu jesteśmy w sporze o poprawienie losu osób nabitych w polisy inwestycyjne, jak należałoby te sprawy rozwiązać, czy opłaca się iść do sądu? Polecam, posłuchajcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank zaproponował ci nowy sposób płacenia? Zgodzić się? O co zapytać? Na co uważać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 lutego 2016 09:12
  • poniedziałek, 08 lutego 2016
    • "Kredyt z niskim wkładem? Proszę bardzo!" Kogo banki zrobiły w konia i ile za to zapłacimy?

      Przed końcem 2015 r. dużo było obaw o to, że mocno spadnie dostępność kredytów hipotecznych. Obowiązkowy wkład własny, zgodnie z rekomendacją Komisji Nadzoru Finansowego, poszedł w górę z 10% do15% wartości nieruchomości. Przy przeciętnym kredycie na poziomie 250.000 zł oznacza to konieczność posiadania dodatkowo kilkunastu tysięcy złotych własnych oszczędności. Owszem, te dodatkowe 5% - zgodnie z rekomendacją nadzoru - można ubezpieczyć, co oznacza, że klient nie musi mieć w gotówce wyższego wkładu własnego, tylko może wykupić ubezpieczenie. Działa ono na takiej zasadzie, że firma ubezpieczeniowa pokryje 5% wartości umowy w razie jakiegoś nieszczęścia ze spłatą kredytu. Ubezpieczenie - mimo, że płaci się je tylko przez kilka lat - to jednak dodatkowy koszt dla klienta. A poza tym wtedy dodatkową kasę zarabia firma ubezpieczeniowa, a nie bank. Bankowcy zaczęli więc kombinować, że zamiast ubezpieczenia niskiego wkładu własnego będą klientowi podwyższali marżę kredytową w czasie, gdy wartość LTV kredytu (czyli pozostała do spłaty kwota vs wartość nieruchomości) będzie powyżej 85%.

      Wygląda jednak na to, że klienci nie będą musieli płacić ani dodatkowych składek ubezpieczeniowych, ani przejściowo ponosić kosztów podwyższonej marży. A i tak będą się cieszyli, tak jak do tej pory, możliwością pożyczania na 90% wartości nieruchomości. Kilkanaście dni temu bank BZ WBK wystosował triumfalny komunikat, z którego wynika, że w tym banku kredyty hipoteczne nadal są dostępne z 10%-owym wkładem własnym klienta. I że w żadnym wypadku nic za to dodatkowo nie trzeba płacić! "Wymaganą składkę ubezpieczenia pokryje bank, kredytobiorca nie zostanie obciążony żadnymi dodatkowymi kosztami tego zabezpieczenia". Z kolei w jednym z portali finansowych zobaczyłem kilka dni temu krzyczący link: "Nadal finansujemy 90% wartości nieruchomości!". Wygląda więc na to, że było dużo szumu i zamieszania, a wszystko zostanie po staremu. Niewiele jest banków, które wciąż proponują kredyty maksymalnie do 80% wartości nieruchomości (należy do nich np. ING, który na rynku kredytowym nigdy nie szalał).

      Czytaj też: Czy najtańszy kredyt hipoteczny może okazać się... najdroższym?

      Czytaj też: Wcześniejsza spłata kredytu. Okazja dla banku, żeby... zarobić?

      Zacząłem się zastanawiać: jak to jest, że niektóre banki oferują 90%-owe LTV bez żadnych dodatkowych ubezpieczeń? I że nie żądają też podwyższonej marży w okresie posiadania przez klientów niskiego wkładu własnego? Otóż wszystkie problemy załatwił za banki państwowy nadzór i Ministerstwo Finansów. Dzielni urzędnicy sprawili, że możemy nadal cieszyć się niskim wkładem własnym, gdyż... a) Komisja Nadzoru Finansowego zabroniła bankowcom podwyższania klientom marż kredytu hipotecznego na czas posiadania przez nich niskiego wkładu własnego (więc banki nie mogą stosować żadnych ekstra-marż w okresach przejściowych) i b) rząd wprowadził od lutego podatek bankowy. I co, domyślacie się już jak to jest, że mamy wciąż "za darmo" 10% wkładu własnego?

      Moja hipoteza brzmi tak: banki - mając od rządowych urzędników znakomity pretekst do podwyższania marż kredytów hipotecznych - po prostu podwyższają je na tyle znacząco, żeby z tych pieniędzy stać je było na ubezpieczenie kredytów z niskim LTV we własnym zakresie. A to z kolei może oznaczać, że klient, który dziś ma niski wkład własny, będzie za to płacił nie tylko przez pierwszych kilka lat, ale... przez cały czas zwracania bankowi pieniędzy - czyli np. przez 30 lat. Pytałem w kilku bankach, czy jeśli dziś wezmę kredyt z bardzo niskim LTV, to czy po spłacie jego części bank obniży mi marżę. Powiedzieli, że nie. Bo przecież KNF im zabronił :-). Wyższy koszt kredytu będzie na stałe, a nie tylko na ten czas, w którym podwyższona marża byłaby usprawiedliwiona niskim wkładem własnym. Dziękujemy Wam, drogie urzędasy! Aha, moja hipoteza dotyczy oczywiście tylko banków, które podniosły znacznie marże kredytów hipotecznych.

      W tym miejscu należą się dwa zastrzeżenia. Po pierwsze: nie ma obowiązku brać kredytu z niskim LTV. Zawsze można - do czego gorąco zachęcam - mieć te 20-25% wkładu własnego i tym wkładem własnym obniżyć sobie marże. Nie badałem wnikliwie bankowych drabinek marż, ale jestem dziwnie przekonany, że marże kredytów z niskim LTV poszły w górę mniej, niż te dla klientów "prawie-gołodupców'. A nawet jeśli podwyżki marż są symetryczne, to bankowcy na pewno bardziej będą skłonni negocjować marże z klientami mającymi solidny wkład własny do kredytu. Pamiętajcie, że ten wkład własny nie musi być w gotówce, możecie założyć sobie blokadę (taki zastaw) na jakichś depozytach, które trzymacie w banku, na obligacjach, na koncie IKE, do którego wpłacacie kasę na emeryturę... Każdy pieniądz, którego nie potrzebujecie do bieżącego użytku może być zaliczony jako wkład własny i posłużyć do obniżenia marży kredytu.

       

      I nie zrzędzić mi tu, że 25% wkładu własnego to dużo :-). Ostatnio moja redakcyjna koleżanka wygrzebała ze strony internetowej włoskiego banku UniCredit informację, że u nich klient musi mieć 50% wkładu własnego, bo bank pożyczy kasę maksymalnie na połowę wartości nieruchomości. Można? Można :-). Drugie zastrzeżenie dotyczy przyszłości. Nawet jeśli teraz bank "uszczęśliwi" Was wysoką marżą, z której "wspaniałomyślnie" będzie płacił sam ubezpieczenie wynikające z tego, że macie mało kasy, to przecież nie ma obowiązku przez 30 lat spłacać kredytu na takich warunkach. Po kilku latach, kiedy Wasze LTV spadnie znacząco, możecie renegocjować umowę kredytu i żądać obniżki marży, albo... pójść do konkurencji (o ile jakiś inny bank zaoferuje niższą marżę). Ale uwaga: możecie to zrobić pod warunkiem, że nie dacie sobie dziś wpisać do umowy wysokiej prowizji za wcześniejszą spłatę kredytu! Wydaje mi się, że banki - korzystając z okazji - dziś będą fiksować Wam bardzo wysokie marże (uwzględniające niski wkład własny) licząc na to, że będziecie je płacić do końca.

      kieszonkoweJEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności)

      SUBIEKTYWNIE O PROGRAMIE "500 PLUS". Kilka dni temu miałem okazję powiedzieć dwa słowa o tym jak widzę rządowy program dopłat do dzieci, na który rocznie pójdzie 20 mld zł i dzięki któremu każda rodzina wzbogaci się o 500 zł miesięcznie jeśli ma dwójkę dzieci oraz o znacznie więcej jeśli ma tych dzieci całą gromadkę. Zapraszam do obejrzenia.

      tvn24500zl2

       SUBIEKTYWNIE O ZAMIESZANIU WOKÓŁ "KRÓLA" BRANŻY BANKOWEJ. Miałem też okazję komentować skandal, który niespodziewanie powstał wokół podwyżki prowizji w baku PKO BP. Rząd, który posiada w banku raptem 30% udziałów, ma bankowi za złe, że ten nie wspiera polityki rządu i nie dopłaca swoim klientom do kont, kart i kredytów. Czy rząd ma rację? Dyskutowałem na ten temat w TV Republika oraz w TVN Biznes i Świat. Zapraszam do obejrzenia. 

      republikapkoprezesTVNbispko1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „"Kredyt z niskim wkładem? Proszę bardzo!" Kogo banki zrobiły w konia i ile za to zapłacimy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 08 lutego 2016 09:04
  • niedziela, 07 lutego 2016
    • Będzie zarabiał ćwierć miliona złotych dziennie? Trzy rzeczy, na które musi dłuuugo oszczędzać

      Sportowe serwisy donoszą, że Robert Lewandowski zażądał podwyżki w Bayernie Monachium. Ponieważ ubiegają się o niego największe firmy piłkarskie świata, z Realem Madryt, Barceloną i Manchesterem Utd na czele, pan Robert oraz jego menedżer Cezary Kucharski doszli do wniosku, że 10 mln euro rocznej pensji to kwota uwłaczająca godności i jakości kopania. Gdyby nasz najlepszy piłkarz miał zostać w Monachium, to tylko pod takim warunkiem, że będzie tam zarabiał... ni mniej, ni więcej, lecz 18 mln euro rocznie. Podobno kwota ta nie została wzięta z kosmosu, lecz wynika z oferty zarobków, jaką panu Robertowi złożył prezes Realu Madryt. W sumie dobrze kombinuje nasze piłkarskie złoto - nie ma najmniejszego powodu, dla którego miałoby zarabiać w starym miejscu mniej, niż mogłoby w nowym. Byłby pan Robert nie tylko najlepiej opłacanym pracownikiem najemnym z polskim paszportem (Marcin Gortat w NBA "wyciąga" nędzne 12 mln dol. rocznie), ale i trzecim najlepiej opłacanym piłkarzem świata, po Krystianie Ronaldo i Lwie Messim.

      Czytaj też: Co może sobie kupić "Lewy" za jedną wypłatę? Ile wart jest jeden jego gol?

      Czytaj też: Lewandowski zarabia. A ile my możemy zarobić na... Lewandowskim?

      Te 18 mln euro oznaczałoby, że do kieszeni najlepszego polskiego piłkarza wpadałoby 54.000 euro dziennie, czyli jakieś ćwierć miliona złotych. Każdego dnia, wliczając te, w które nie kopie, tylko odpoczywa. Uczciwie trzeba napisać, że najpewniej wszystkie te kontraktowe kwoty są podawane w formule brutto, czyli przed opodatkowaniem. A po wizycie w urzędzie skarbowym panu Robertowi zostanie najwyżej połowa z nich. Ale z drugiej strony - oprócz dochodów z kontraktu klubowego tak znana twarz jak Robert Lewandowski "wyciska" grube miliony z kontraktów reklamowych. "Piłkarskie" złoto to dobre określenie na Roberta Lewandowskiego, bo jeśli rzeczywiście jego roczne zarobki wkrótce osiągną poziom 18 mln euro, to wychodzi na to, że "Lewy" będzie wyceniany znacznie wyżej, niż złoto właśnie. Zresztą już dziś jest, ale po podwyżce różnica między wyceną kilograma złota, a wyceną kilograma mięśni pana Roberta stanie się jeszcze bardziej drastyczna. Uncja złota dziś jest wyceniana na 1045 euro, a kilogram kruszcu - na 33.500 euro. Zaś 78 kg złota - bo tyle waży pan Robert - rynek wycenia dziś na 2,61 mln euro. Pan Robert przed podwyżką jest wart cztery razy tyle, ile złoto, a po podwyżce będzie wart jakieś siedem razy więcej.

      Obecna kwota 10 mln euro rocznych zarobków - czyli 125.000 zł dziennie - est oczywiście niewyobrażalną i pewnie wielu zadaje sobie pytanie jaki jest sens żądania prawie dwukrotnej podwyżki, skoro przecież tak zapracowany człowiek i tak nie będzie w stanie tych pieniędzy wydać (nawet wtedy, gdy stanie się mniej zapracowany). I tu jesteście w błędzie. Nawet jeśli pan Robert dostanie tyle kasy, ile oczekuje od Bayernu, Realu i Barcelony, to w dalszym ciągu będą na świecie rzeczy, na które najzwyczajniej nie będzie go stać. Weźmy np. najdroższy apartament, położony w Monako, w budynku Tour Odeon. Z takim widoczkiem: 

      skypenthouse

      Zajmuje to-to pięć pięter w 49-piętrowym budynku, ma 3300 m.kw., pięć sypialni, trzy łazienki, salę kinową, basen ze zjeżdżalnią. Jest też centrum SPA, sala gimnastyczna i siłownia. Cena to mniej więcej 300 mln euro, co oznacza, że pan Robert - przy założeniu, że udaje mu się zaoszczędzić rocznie 10 mln euro - musiałby nań pracować 30 lat. Albo taki, dajmy na to, najbardziej luksusowy jacht na świecie, The Rising Sun. Gdyby pan Robert chciał wejść w posiadanie takiego cacka, to musiałby zapłacić jakieś 180 mln euro. Rising Sun w środku wygląda tak:

      TheRisingSunUSD200million1

      Wśród rzeczy, na które wciąż nie stać Roberta Lewandowskiego - i na które nie będzie go stać nawet jeśli będzie zarabiał 18 mln euro rocznie - jest np. latający prywatny dom. Nie myślę tu o takim zwykłym prywatnym samolocie, na który oczywiście pana Roberta stać z palcem w nosie, myślę o prawdziwym latającym pałacu. Roman Abramowicz ma taki - wykończenia z drzewa kasztanowca, zdobienia ze złota, system antyrakietowy... za jedyne 250 mln euro. Ale najbardziej luksusowy samolot świata to Airbus A380 należący do saudyjskiego księcia Alwaleeda bin Talal al-Sauda. Jego wartość szacuje się na 500 mln euro, czyli pan Robert musiałby pracować na takie cacko przez 30 lat (a przeznaczając połowę pensji na oszczędności - pewnie z 50 lat). Dwa poziomy, pięć sypialni, 10-osobowa sala koncertowa, restauracja oraz miejsce na książęcego rolls royce’a. Aha, i czerwony dywan rozwijający się automatycznie po wylądowaniu. O tym i innych supersamolotach pisały ostatnio media lifestylowe.

      18samo218samo

      Krótko mówiąc - jest głębokie uzasadnienie zwiększenia zarobków pana Roberta do 18 mln euro rocznie. Po prostu dzięki temu zmnieszy się dość długa wciąż liczba rzeczy, na które go... nie stać. Oczywiście, na pocieszenie (pocieszenie pana Roberta, ma się rozumieć) warto od razu napisać, że jest spor rzeczy, na które nas nie stać, a jego już stać :-). Najdroższe auto na świecie, Bugatti Veyron Super Sports, kosztuje 2,3 mln euro, a więc raptem kwartalną pensję "Lewego" przed podwyżką. Najdroższy - podobno -zegarek świata... 

      18patek

      ...jest wart 2,6 mln euro. Pan Robert może też kupić sobie prywatną wyspę razem z rezydencją - koszt to kilka milionów euro - albo raz w tygodniu spędzić noc w jednym z kilku najbardziej luksusowych apartamentów hotelowych na świecie. Taki apartament królewski w pięciogwiazdkowym hotelu w Cannes, Las Vegas, czy którymś z arabskich miast, to przeciętnie koszt 35.000 euro, czyli tylko nieco więcej, niż wynosi dziś dniówka pana Roberta. Ale na to, żeby móc sobie pozwolić na mieszkanie w apartamencie królewskim dzień w dzień będzie go stać dopiero po podwyżce. I to jest dobry powód, żeby jej jednak zażądać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie zarabiał ćwierć miliona złotych dziennie? Trzy rzeczy, na które musi dłuuugo oszczędzać”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 lutego 2016 18:56
  • piątek, 05 lutego 2016
    • Twoja kasa w banku jest gwarantowana? Są przypadki, w których gwarancja... nie zadziała

      Choć mamy w Polsce porządny system gwarantowania depozytów, to dla pokaźnych grup klientów upadłość banku oznacza utratę większości, albo wręcz wszystkich pieniędzy. I nie myślę tu tylko o tych, którzy przynieśli do banku więcej, niż 450.000 zł (limit gwarancji to równowartość 100.000 euro). Po niedawnej upadłości SK Banku nie do pozazdroszczenia była np. sytuacja klientów firm deweloperskich, które współpracowały z tym bankiem. Klienci, którzy wpłacili pieniądze za swoje mieszkania na tzw. zamknięte rachunki powiernicze prowadzone przez SK Bank (deweloper pobrałby z nich kasę w momencie przekazania klientom aktu notarialnego stwierdzającego, że mieszkanie jest już ich własnością) zostali na lodzie. Pieniądze na rachunkach powierniczych przepadły. Klienci nie mają więc praw własności do mieszkań, za które zapłacili, choć przecież posiłkowali się najbezpieczniejszą formułą zabezpieczenia się swoich interesów. Kłopot w tym, że ta forma - zamknięty rachunek powierniczy - jest skuteczna tylko jako zabezpieczenie przed upadkiem firmy deweloperskiej, nie zaś przed upadkiem banku.Ale kto mógł przypuszczać, że kłopoty może mieć największy bank spółdzielczy w Polsce?

      W razie upadłości banku kłopot mogą mieć też posiadacze kont IKE, służących do odkładania pieniędzy z myślą o dostatniej jesieni życia (a przy okazji dające zwolnienie z podatku Belki przy wypłacie pieniędzy). Zgodnie z przepisami każdy obywatel może posiadać tylko jedno konto IKE i jest ono objęte takimi samymi gwarancjami, jak każdy inny rachunek klientowski. Wpłacając maksymalne dozwolone prawem składki w przeciągu 30 lat oszczędzania przekroczymy limit gwarantowanej wypłaty z BFG mniej więcej dwukrotnie (doliczając odsetki). A więc powinniśmy przez cały czas uważać na standing finansowy banku, bo o ile w przypadku lokat zawsze możemy podzielić pieniądze na kilka banków, o tyle w przypadku IKE prawo tego zabrania. 

      "Czy zapis dotyczący ograniczenia liczby kont IKE do jednego ma uzasadnienie w kontekście kwot gwarantowanych przez BFG? Przezorny obywatel nie powinien wykorzystywać maksymalnych limitów wpłat, bo będzie skazany na ryzyko, że w przypadku plajty banku nie odzyska części pieniędzy. A to z kolei jest sprzeczne z podstawową ideą IKE"

      pisze do mnie pan Piotr i ma rację. Chociaż być może powinno być odwrotnie - należy tak zmodyfikować system gwarancji depozytów, żeby wszyscy klienci banków zostali zmuszeni do takiej ostrożności, do których prawo zmusza posiadaczy emerytalnych kont IKE? Czytałem sporo o łzach klientów SK Banku, którzy przynieśli tam swoje oszczędności i nie zdążyli wycofać nadwyżki ponad gwarantowaną przez państwo równowartość 100.000 euro (bądź nie wiedzieli, że powinni to zrobić). W pierwszych dniach po wprowadzeniu do SK Banku zarządu komisarycznego wypłynęło z niego 800 mln zł i w większości były to prawdopodobnie ucieczki najbogatszych klientów, zdających sobie sprawę, że nie wszystkie ich pieniądze są objęte gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Są i tacy, którzy duże pieniądze w SK Banku trzymali do samego końca i teraz mają za złe

      "Mieszkałem w Stanach Zjednoczonych przez 35 lat. Prowadziłem działalność gospodarczą - miałem motel, ciężarówki i inne biznesy. Chciałem wrócić na starość do ojczyzny, więc dwa lata temu wziąłem swoje wszystkie oszczędności i wpłaciłem do SK Banku. Miałem tam pięć lokat po 400.000 zł i jedną lokatę na 300.000 zł. Instytucja cieszyła się dobrą opinią, istnieje na rynku od lat, przetrwała komunę. No i oprocentowanie było bardzo korzystne - jeszcze rok temu było to 5,2%. Straciłem wszystko. Polskiej emerytury mam 46 zł miesięcznie"

      - mówi pan Zygmunt. Czytaliście pewnie takie opowieści emerytów, którzy wszystkie pieniądze zanieśli do banku, który wydawał się wiarygodny i dobrze płacił. Zresztą podobne słyszałem przy okazji upadku Amber Gold (choć oczywiście statusu tych dwóch organizacji nie należy ze sobą porównywać). Aby uniknąć przykrych konsekwencji upadku licencjonowanego banku wystarczy nie wkładać tam zbyt dużych pieniędzy, przekraczających wartość gwarancji państwowych, ani majątku całego życia. Inna sprawa, że może to wymagać od ciułaczy dużego samozaparcia, bo taki np. SK Bank w ostatnich dwóch latach płacił naprawdę dobrze, średnio 1% powyżej oprocentowania w średnich i dużych bankach i 2% powyżej oprocentowania w bankach Top-5. Przyciągał więc pieniądze ciułaczy, którzy napędzali udzielane nieudolnie kredyty oraz w efekcie katastrofę banku.

      Ale był pewien sposób, by tej katastrofy uniknąć. Skoro nadzór - jak twierdzi - nie miał argumentów prawnych, by zawczasu przeciąć to "przepakowywanie" depozytów w ryzykowne kredyty, to powinni to zrobić sami deponenci. Albo raczej system ochrony depozytów, który mógłby mieć wbudowane bezpieczniki zniechęcające do lokowania pieniędzy na podejrzanie wysoki procent. Gdyby np. gwarancje depozytów obejmowały wyłącznie pewien procent powierzonej bankowi kwoty i ów procent byłby uzależniony od oferowanego przez bank oprocentowania, to klienci mniej chętnie lokowaliby pieniądze na wysoki procent (a jeśli już, to tylko w naprawdę mocnych markach bankowych). Być może 100% ochrony powinno przysługiwać tylko tym klientom, którzy mają depozyty oprocentowane nie wyżej, niż na poziomie średniej rynkowej, zaś depozyty oprocentowane dużo powyżej tej średniej powinny być chronione np. w 90%? Albo w takim przypadku powinien być chroniony wyłącznie kapitał, nie zaś odsetki?

      To być może skłoniłoby klientów do myślenia lub przynajmniej do próby podzielenia pieniędzy na kilka banków. Dopóki gwarancje depozytów dotyczą wszystkich banków i wszystkich depozytów w równym stopniu, bez żadnych ograniczeń, a nadzór nie ma instrumentów policyjnych i prokuratorskich, żeby wykryć i zawczasu udaremnić przekręt polegający na konwersji depozytów na "lewe" kredyty, powinny działać mechanizmy, które promują wśród posiadaczy oszczędności zachowania, które nie napędzają pieniędzy bankom mającym najbardziej ryzykowne strategie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Twoja kasa w banku jest gwarantowana? Są przypadki, w których gwarancja... nie zadziała”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 05 lutego 2016 09:04
  • czwartek, 04 lutego 2016
    • Plastik w trzecim wymiarze, czyli sprawdź to zabezpieczenie zanim zrobisz zakupy w necie

      Co jakiś czas piszę w blogu o pieniądzach ukradzionych przez internet z kart płatniczych któregoś z pechowych czytelników. Przeważnie źródlem problemu wcale nie jest jakiś wyciek danych podczas samej płatności internetowej (transakcje są przeważnie dobrze zaszyfrowane, a dane karty nie trafiają do sklepu internetowego, lecz do wyspecjalizowanego pośrednika finansowego, rozliczającego zakupy), lecz nieostrożność posiadacza karty podczas tradycyjnych zakupów. Jeśli daliśmy sobie podejrzeć na jakiejś kamerce dane karty (numer, imię i nazwisko, data ważności i kod CVC z odwrotu karty), to ktoś może tych danych użyć, żeby zapłacić naszym plastikiem w internecie. W tym kontekście bezpieczniej jest płacić w sklepach zbliżeniowo, nie zaś tradycyjnie - przy zbliżeniach nie wypuszczamy karty z rąk i dajemy złodziejowi zdecydowanie mniej okazji na podejrzenie danych karty.

      Porządny bank powinien dodatkowo zabezpieczyć kartę, którą daje nam do ręki, przed kradzieżami internetowymi. Procedura ta nazywa się 3D Secure i opiera się na wysyłaniu klientowi płacącemu kartą hasła SMS-owego, którym trzeba dodatkowo potwierdzić transakcję. Złodziejowi nie wystarczą więc wszystkie dane karty, potrzebuje też telefonu prawowitego posiadacza karty. Niedawno 3D Secure uruchomił już siódmy z dużych banków - Eurobank. Już jakiś czas temu ruszyła ona dla kart kredytowych, a teraz wystartowała dla debetówek. Z 3D Secure korzystają już klienci PKO BP, Banku Pekao, BZ WBK, Millennium, ING oraz BGŻ BNP Paribas. Wiem, ze jest także w bankach spółdzielczych zrzeszonych w BPS (ale chyba nie we wszystkich). W planach jej wprowadzenie ma Citibank, wyłączeni z opcji 3D Secure są też klienci mBanku, Alior Bank i Getin Banku.

      W przypadku tych banków lepiej wyłączyć możliwość płacenia przez internet kartami debetowymi i używać do płatności internetowych kart rezerwowych lub przedpłaconych, z niskimi limitami (zresztą niektóre banki domyślnie wyłączają transakcje internetowe w kartach debetowych). Nawet jeśli Wasz bank ma już procedurę 3D Secure, to nie zawsze możecie z niej korzystać "z automatu". W przypadku np. Eurobanku, w którym działa to-to dopiero od kilku dni, trzeba tę usługę aktywować. Na szczęście nie jest to trudne, przy okazji najbliższych zakupów internetowych trzeba poprostu kliknąć ikonę "3D Secure" i aktywować procedurę weryfikacji SMS-owej. O ile się orientuję podobnie rzecz działa w PKO BP.

      W obu bankach doszli do wniosku, że stosowanie tej weryfikacji może być dla klientów kłopotem, dlatego powinni mieć wybór. Fakt, wpisanie wszystkich danych karty i jeszcze dodatkowo kodu SMS-owego może zniechęcić do płacenia kartą. Przelewy ekspresowe są z reguły jednak łatwiejsze od strony procedury. Ale patrząc z drugiej strony - płatność kartą jest korzystniejsza dla klienta, bo wtedy przysługuje mu charge-back, czyli możliwość odwrócenia transakcji, gdyby towar lub usługa nie zostały dostarczone prawidłowo. Mając więc do wyboru możliwość zapłacenia kartą i przelewem ekspresowym (zwłaszcza jeśli kupuję coś drogiego) zawsze wybieram kartę. A wygodnym rozwiązaniem jest możliwość zapłacenia kartą w ramach platformy V.me lub MasterPass. Wtedy płacenie kartą jest znacznie wygodniejsze. Choć pod względem bezpieczeństwa nic nie przebije 3D Secure.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Plastik w trzecim wymiarze, czyli sprawdź to zabezpieczenie zanim zrobisz zakupy w necie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 04 lutego 2016 09:04
  • środa, 03 lutego 2016
    • Było "zabierz babci dowód", a teraz "zabierz ojcu dowód". Rejestracyjny. I idź z nim na dworzec :-)

      Coraz ciekawsza jest walka państwowych kolei o odzyskanie pozycji lidera w przewożeniu ludzi (przynajmniej jeśli mówimy o ich przewożeniu na duże odległości). Bardziej elastyczna polityka cenowa (z Warszawy do Wrocławia można się przejechać za 29 zł, jak i za 229 zł), przyspieszenie czasów dotarcia do celu w rozkładach jazdy, nowa klasa pociągów (pendolino) oraz naprawdę niezły marketing (Piotr Fronczewski i jego wierszyki na kanwie słynnej "Lokomotywy" Jana Brzechwy - palce lizać) sprawiły, że jakby puściej zrobiło się u autobusowych przewoźników. A ci jeszcze do niedawna bili kolejarzy na głowę nie tylko ceną biletów, ale i bardziej przyjaznym rozkładem jazdy oraz czasem dotarcia do celu i dostępnymi w autobusach udogodnieniami, jak wi-fi (tu nadal kolej przegrywa), czy poczęstunek. Teraz widzę raczej pustki w autobusach, a pociągi - ze szczególnym uwzględnieniem pendolino - powietrza już raczej nie wożą. Ale kolejna bitwa, którą będzie musiała stoczyć PKP Intercity - bo to ta spółka kolejowa rozgrywa bój o najbardziej rentownych klientów i największe pieniądze - jest trudniejsza. Przeciwnikiem będzie w niej samochód, który dziś jest dla większości Polaków transportem pierwszego wyboru.

      Niskie ceny paliwa i coraz lepiej rozbudowana sieć autostrad sprawiają, że podróż samochodem w wielu przypadkach jest po prostu tańsza i porównywalnie szybka, jak przejazd koleją. Choć coraz więcej jest tras (Poznań-Szczecin, czy Warszawa-Rzeszów na przykład), na których kolej już bezapelacyjnie wygrywa z samochodem (o ile ktoś nie jeździ jak wariat). Na trasie Warszawa-Gdańsk można z kolei się nadziać na korek przy bramkach autostradowych, więc też różnie bywa (a pendolino na tej trasie jeździ prawie co godzinę i nawet nie jest drogo, niedawno na dwa dni przed wyjazdem trafiłem bilet za 49 zł). Generalnie jednak Polak lubi wolność i jeśli miałby się przesiąść z auta do pociągu, to musiałby albo widzieć ogromne korzyści finansowe, albo mieć zapewniony podobny komfort podróży, jak własnym samochodem. W tej drugiej sprawie PKP Intercity zrobiło w ostatnich miesiącach dwa "badania rynkowe", dorzucając do biletu kolejowego duże zniżki na taksówkę. Zaś tę pierwszą kwestię - czyli wrażliwość posiadaczy samochodów na możliwość zaoszczędzenia poważnych kwot dzięki podróży dobrej klasy pociągiem - zbada w najbliższy weekend.

      Weekend_dla_kierowcw_PKP_IntercityW tę sobotę i niedzielę kierowcy będą podróżowali pociągami Intercity, TLK i pendolino po 29-49 zł za osobę. To cena najlepsza z możliwych, dostępna standardowo tylko z dużym wyprzedzeniem lub w pociągach odjeżdżających o najmniej atrakcyjnych godzinach (można je trafić m.in. w ramach promocji "Złoty pociąg"). Każdy posiadacz dowodu rejestracyjnego będzie mógł kupić tani bilet dla siebie i tylu osób towarzyszących, ile miejsc ma w samochodzie. Taniość będzie dotyczyła wszystkich pociągów, a jedynym ograniczeniem jest fakt, że bilet trzeba będzie kupić w kasie (z promocji nie da się skorzystać kupując bilet przez internet, przez smartfona, albo w biletomacie). Jestem bardzo zły widząc, że kolejarza próbują zagonić mnie do swoich stacjonarnych kas. To mnie rozjusza. Ale jest i drugie ograniczenie - niestety nie tylko bilet trzeba kupić w ten weekend, ale też musi to być bilet na pociąg odjeżdżający w ten weekend. Gdyby można było kupić dowolny bilet z przyszłą datą, to byłbym pierwszym w sobotę rano przy kasie dworcowej (choć wnikliwi czytelnicy blogu wiedzą jak bardzo nienawidzę kas dworcowych).

      Bardzo jestem ciekaw jak wyjdzie kolejarzom ten test. Bardzo mocno ograniczone ramy czasowe promocji mogą spowodować, że chętnych wcale nie będzie aż tak wielu, jak w sytuacji, gdyby rabat obejmował bilety kupione co prawda w weekend, ale z możliwością zafiksowania daty przejazdu np. na cały kolejny tydzień. Jednak dla zmotoryzowanych miłośników weekendowych wypadów to jest jakaś opcja. Podróżując z rodziną za 29 zł od osoby można sporo zaoszczędzić. Gdybym zajmował się wymyślaniem takich promocji, to zbadałbym jeszcze jedną opcję - możliwość refundowania posiadaczom aut kosztów parkowania w galeriach handlowych stojących obok dworców. Gdyby można było własnym samochodem podjechać na dworzec, zaparkować auto na parkingu w galerii handlowej i wsiąść do pociągu, nie obawiając się kilkudziesięciozłotowego rachunku za parkowanie auta, to byłby to poważny argument na rzecz szybkiej kolei. Przed kolejarzami jest jeszcze długa i bolesna walka z samochodami, ale zabierają się za nią z głową. Zarówno promocja z taksówkami, jak i ta z tańszym biletem za dowód rejestracyjny, mają niedoróbki, które mogą położyć pomysł (przede wszystkim - zbyt ograniczony zakres) ale "kierunek macania" jest chyba właściwy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Było "zabierz babci dowód", a teraz "zabierz ojcu dowód". Rejestracyjny. I idź z nim na dworzec :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 03 lutego 2016 18:28

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line