Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 01 września 2014
    • Mocne postanowienia do tornistra, czyli cztery finansowe tipy na początek roku szkolnego

      Z mojego rodzicielskiego doświadczenia wynika, że koniec wakacji może być dla domowego portfela prawie tak samo zabójczy, jak ich początek (kto czytał o tym, jak nie zbankrutować od leżenia na plaży, jest dziś w i tak nie najgorszej sytuacji ;-)). Koszty wynikające z konieczności "zagospodarowania" dziecku czasu w lipcu i sierpniu są bolesne, ale mają tę dobrą stronę, że nie przychodzą nagle i niespodziewanie. Np. zapisy na obozy i kolonie zaczynają się w maju, a pieniądze wpłacamy zwykle w co najmniej dwóch ratach. Za to wrzesień i konieczność kupowania podręczników, przyborów szkolnych oraz innych rzeczy potrzebnych dzieciom do szkoły pojawiają się właściwie z dnia na dzień. Wraca człowiek z urlopu, z doszczętnie wysuszonym portfelem, a tu bach... znów trzeba wyjąć kilka stówek z portfela. Mija początek roku szkolnego i na pierwszym zebraniu z wychowawczynią czeka cię kolejny cios: składka na ubezpieczenie, komitet rodzicielski, opłaty za zajęcia dodatkowe. Cóż, w końcu nikt nam nie obiecywał, że będzie w życiu łatwo. Ale warto wykorzystać początek roku szkolnego do kilku postanowień, które zaowocują w przyszłości większą liczbą szeleszczących banknotów w portfelu.

      Zrób bilans szkolnych wydatków "na start". Firmy badawcze podają, że wydasz na wyprawkę szkolną ok. 800 zł na jedno dziecko. Ale nie wierz plotkom i zanim zaczniesz wydawać pieniądze na wydatki szkolne, zrób budżet i oceń skalę potrzeb finansowych. W moim przypadku lista wygląda mniej więcej tak samo. Komplet podręczników - 350 zł. Piórnik, plecak, zeszyty, przybory szkolne - 200 zł. Spodnie, bluzki, buty, tenisówki - 200 zł. Komitet rodzicielski, ubezpieczenie - 100 zł. Jak by nie liczyć, wyjdzie ci między 500 a 1000 zł opłat "startowych" na jedno dziecko. Jeśli masz parkę, trzeba pomnożyć wydatki razy dwa (chyba, że młodsze dziecko może "odziedziczyć" po starszym podręczniki). Bilans jest niezbędny z dwóch powodów. Po pierwsze powinieneś wiedzieć w jakim stopniu wzrośnie wydatkowa strona twojego budżetu, żeby się na to odpowiednio przygotować (spontan może się skończyć tym, że "z niczego" wpadniesz w długi, z których już się nie wykaraskasz przez długie lata). Po drugie jeśli masz spisane wszystkie niezbędne wydatki, to ustanawiasz sobie wewnętrzną granicę, żeby "nie wydać więcej, niż...".

      Zakupy szkolne rób z głową. Podręczników do szkoły nigdy nie kupuj w pierwszej lepszej księgarni. Z reguły niższe ceny są w tych internetowych (uwaga, wybieraj opcje z darmową dostawą lub odbiorem osobistym!). Poszperaj w sieci, porównaj ceny w kilku sklepach internetowych, potem odwiedź dwie duże księgarnie "naziemne" i dwie mniejsze - będziesz wiedział na czym stoisz. Jeśli zdecydujesz się na opcję "naziemną", to pytaj o podręczniki używane (niektóre księgarnie nimi również handlują) oraz obowiązkowo negocjuj z księgarzem ceny. Powiedz, że kupisz cały komplet jeśli dostaniesz 5% rabatu. Albo przyjdź z innym rodzicem i powiedz, że kupicie dwa komplety, jeśli będzie taniej. Albo powiedz, że zapłacisz gotówką, zamiast kartą (księgarz dzięki temu jest 1,5-2% do przodu, bo nie płaci bankom za obsługę kart). Spróbuj zagrać va banque i poczekać z zakupami do ostatniej chwili - może księgarz "wymięknie" i obniży cenę, widząc, że już początek roku, a on może zostać z towarem. No i obowiązkowe, zanim jeszcze pójdziesz na zakupy, sprawdź czy twój bank przypadkiem nie dogadał się z jakąś siecią księgarń lub sklepów z przyborami szkolnymi. Może się okazać, że płacąc kartą swojego banku we wskazanym sklepie dostaniesz 10-15% zniżki. Po plecak, piórnik, zeszyty. Na te zakupy warto udać się do hipermarketu albo do... hurtowni. Niektóre hurtownie z otwartymi rękoma przyjmują także klientów indywidualnych. Ceny bywają o 10-20% niższe od sklepowych.

      Wciągnij dziecko i oszczędzajcie razem. Stosunkowo duże pole do oszczędności jest przy zakupach przyborów szkolnych. Generalnie masz do wyboru rzeczy markowe - z nadrukami z kultowych kreskówek, seriali lub bohaterów "młodzieżowych" i dwa razy tańsze rzeczy "no-name". Jeśli kupisz dziecku te tańsze, oczywiście znienawidzi cię do końca życia. Ale możesz wykorzystać ten moment do wciągnięcia małolata do oszczędzania. Idźcie do sklepu razem i umówcie się, że dostanie procent od wartości pieniędzy, które razem zaoszczędzicie, nie kupując przyborów i akcesoriów, w których 70% ceny stanowi nadruk. Generalnie początek roku szkolnego jest świetnym momentem do tego, żeby zacząć uczyć dziecko oszczędzania - np. zacznij wypłacać oseskowi kieszonkowe. O tym jak się za to zabrać, jakie metody stosować, jak motywować dziecko do oszczędzania i jak bawić się w bank, pisałem w blogu, a jeszcze więcej w "Pieniądzach Ekstra" w "Gazecie Wyborczej" przy okazji Dnia Dziecka - te rady są jak najbardziej aktualne. Proponowałbym ci również - w ramach postanowień szkolnych - od września odkładać jakieś pieniądze na fundusz, z którego będziesz mógł kiedyś pomóc dziecku realizować jego marzenia. Kwota nie ma znaczenia, liczy się systematyczność. Te pieniądze, prędzej czy później, ci się przydadzą. A to, że nie wydasz ich na codzienne wydatki, jest wartością samą w sobie. 

      Musisz się zadłużyć? Zrób to zimno. I na krótko. Jeśli twój wrześniowy budżet jest z powodu szkolnych wydatków "pod wodą", nie masz wyjścia - trzeba pożyczyć trochę grosza. Podstawowe założenie: to musi być dług jak najtańszy i taki, który będziesz w stanie spłacić jak najszybciej - najlepiej w ciągu dwóch miesięcy. Jeśli nie wyjdziesz na prostą przed Bożym Narodzeniem, kiedy następuje kolejne skupienie wydatków, to możesz wpaść w pętlę długów, z której będzie się już bardzo trudno wyplątać. Pożyczając pieniądze na wyprawkę szkolną, pamiętaj: a) Nie pożyczaj ani grosza więcej, niż wychodzi ci z listy potrzeb. Bankowcy będą zachęcać cię, żebyś pożyczył więcej, bo tak jest "bezpieczniej" i lepiej mieć "górkę". G... prawda. Im większy dług, tym większe odsetki i tym trudniej go będzie spłacić. b) Zanim pójdziesz po kredyt, zrób listę dodatkowych dochodów, które możesz w przyszłości osiągnąć. Premie, dodatkowe "fuchy", pieniądze, które mógłbyś zarobić pracując wydajniej. Najlepiej, gdyby wartość kredytu nie przekraczała wartości tych dodatkowych dochodów. Innymi słowy: by ten dług miał "pokrycie" w przyszłych ekstra-pieniądzach, które możesz zarobić. c) Nie bierz pożyczki, której nie będziesz mógł spłacić wcześniej, niż przewiduje harmonogram. d) Porównuj RRSO (czyli Rzeczywistą Roczną Stopą Oprocentowania). Odzwierciedla ona koszt długu w skali roku, po uwzględnieniu dodatkowych obciążeń, np. prowizji za udzielenie kredytu. Nie idź do firm chwilówkowych (nawet jeśli mówią, że pierwsza pożyczka jest gratis!), ani tam, gdzie RRSO przekracza 25% w skali roku. Zacznij od swojego banku i zwykłego kredytu odnawialnego w koncie, który często jest najtańszym pieniądzem. Tańsza - paradoksalnie - bywa tylko karta kredytowa (jej maksymalne oprocentowanie to 16% w skali roku), ale tylko pod warunkiem, że twój cash-flow rokuje na tyle dobrze, że będziesz w stanie spłacić kartę w całości w ciągu dwóch miesięcy.

    • Od dziś w mBanku walutę kupisz... dwoma kliknięciami. Zmierzch e-kantorów?

      Możliwość szybkiego zakupu obcej waluty - i to jeszcze po dobrym kursie - powinna być w XXI wieku cechą każdego porządnego rachunku bankowego. Bywa nią wciąż stosunkowo rzadko, stąd taką karierę w Polsce robią internetowe kantory. Banki są coraz bystrzejsze i od jakiegoś czasu rozbudowują własne e-kantory (vide Alior Bank) oraz platformy dealingowe (np. raiffeisenowy R-Dealer, ale też kilka innych w konkurencyjnych bankach). Ideałem jest wbudowanie tego typu rozwiązań jako kolejnej funkcji zwykłego ROR-u, albo konta firmowego w taki sposób, by kupowanie i sprzedawanie walut odbywało się tak, jak zwykły przelew zdefiniowany - dwoma, trzema kliknięciami na ekranie. Dość mocno do tego ideału zbliżył się właśnie mBank, który właśnie uruchamia usługę wymiany walut wmontowaną w rachunek bankowy. Rzecz nazywa się mPlatforma Walutowa. Niestety, na razie będzie dostępna tylko w ramach kont dla małych i średnich firm, choć w przyszłości o ten gadżet mają być wzbogacone także zwykłe ROR-y klientów detalicznych.

      Czym wyróżnia się mBankowa platforma wymiany walut? Przede wszystkim przejrzystością i prostotą. Podstawą jest to, że nie trzeba się nigdzie dodatkowo logować - po zarejestrowaniu usługi jest ona dostępna w panelu użytkownika konta (w zakładce "waluty"), tak samo jak przelewy, czy lokaty. Druga rzecz to ergonomia: aby kupić lub sprzedać jakąś walutę wystarczą w niektórych wypadkach tylko dwa kliknięcia myszą lub dotknięcia ekranu. System wyświetla kursy wybranych par walutowych, a klient może skorzystać z opcji ekspresowej sprzedaży lub zakupu, zatwierdzając kurs (dotyczy to co najmniej 100 jednostek danej waluty), albo kupić mniejsze porcje waluty poprzez złożenie standardowego zlecenia, co "kosztuje" już kilka kliknięć więcej. Oczywiście dostępne są też opcje zlecenia zakupu waluty po wyznaczonym kursie (jeśli system stwierdzi, że ceny rynkowe osiągnęły żądany przez klienta poziom, sam kupi lub sprzeda walutę). Trudno będzie zrobić prostszy system zakupu i sprzedaży walut (musiałby być chyba sterowany głosem).

      mPlatfmbank

      Tym, co szczególnie cieszy w mBankowym systemie, jest przejrzystość ekranu. Zupełnie to nie przypomina dealing roomu, z dziesiątkami okienek i zmieniających się na bieżąco kursów (a tak wyglądają ekrany usług walutowych w niektórych bankach). Tu naprawdę trudno się zgubić. Trzy okienka z wybranymi parami walutowymi (oczywiście można je personalizować), ikona służąca do wybierania, czy w danym okienku ma się wyświetlać cena kupna, czy sprzedaży danej waluty, wykresy i lista wykonanych transakcji - to wszystko. Aha, na boku jest jeszcze bieżące saldo rachunków w poszczególnych walutach. W porównaniu z mBankowym panelem klienta ekrany główne platform walutowych w innych bankach wyglądają nieco mniej przyjaźnie:

      aliorFX

      rdealer

      Co ciekawe, w mBankowym serwisie kursy walut też mają być personalizowane. To znaczy, że lepszy klient będzie widział na swoim ekranie lepsze kursy, niż klient mało aktywny. Podstawą wyznaczania kursów jest rynek międzybankowy, ale mBank nie byłby sobą, gdyby nie wykorzystywał umiejętności profilowania klientów i nie wyświetlał każdemu kursów po uwzględnieniu indywidualnie naliczonej marży. Choć podobno każdy mBankowy klient będzie miał swojego dealera, do którego będzie mógł zadzwonić i negocjować indywidualnie kursy, jeśli te wyświetlone na ekranie nie będą mu się podobały.

      Idzie nowe? W mBanku Akcje kupisz dziś... trzeba dotknięciami ekranu tabletu.

      Usługa ma być bezpłatna i łatwa do zaaplikowania w koncie firmowym. Składa się wniosek online albo przez telefon i w ciągu kilkunastu minut usługa ma być aktywowana na koncie klienta. Czasem trzeba jeszcze utworzyć subkonta w walutach, które chce się kupować lub sprzedawać. mBank chce, by jego rozwiązanie spowodowało stresik nie tylko w konkurencyjnych bankach (gdzie dziś, z konieczności, dealują walutami niektórzy firmowi klienci mBanku), ale i w internetowych kantorach. Wygoda w przypadku mPlatformy jest nieporównywalnie większa, niż w e-kantorze - wszystko jest wmontowane w konto firmowe i nie trzeba nigdzie przelewać pieniędzy, żeby wymienić walutę. Wystarczy kliknąć dwa razy i kasa jest już na koncie. Przejrzystość, prostota i ergonomia są niewątpliwie zaletami mBankowego pomysłu, więc do pełni szczęścia brakuje tylko dobrych kursów ;-). Bardzo jestem ciekaw pierwszych wrażeń tych z Was, którzy mają w mBanku konto firmowe i spróbują aktywować nową usługę.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Od dziś w mBanku walutę kupisz... dwoma kliknięciami. Zmierzch e-kantorów?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 września 2014 07:50
  • niedziela, 31 sierpnia 2014
    • Podejrzanie dobra lokata? Płacą 5,1% i to bez żadnych zobowiązań, ale...

      Jak ściągnąć na depozyty więcej oszczędności klientów, rozkapryszonych wysokimi procentami oferowanymi przez konkurentów? To zgryzota niemal każdego menedżera bankowego. Metod na to jest sporo, ale nie wszystkie mi się podobają. Pisałem kilka dni temu o ciekawych pomysłach banków, które wiążą ponadstandardowo wysoki procent na lokacie z obowiązkiem posiadania przez klienta ROR-u i używania karty. Np. w BZ WBK można mieć lokatę na 4% przez cztery miesiące, a jak "wykręci się" kartą debetową po 2000 zł miesięcznie obrotów bezgotówkowych, to bank dorzuca gwarancję utrzymania tego procentu przez kolejne cztery miesiące. Dlaczego mu się to opłaca? Dochód z opłat interchange, którą płacą sklepikarze bankom, przy 8000 zł obrotów kartą może wynieść 40 zł, co najmniej cztery razy tyle bank "wykręci" na marży odsetkowej od osadu na ROR. A jaki jest bilans po stronie klienta? Różnica w odsetkach na lokacie np. 25.000 zł między "rynkowym" oprocentowaniem wynoszącym 2,5%, a promocyjnym 4%, wyniesie przez osiem miesięcy jakieś 200 zł po opodatkowaniu. Wygląda na to, że ten układ jest fair dla obu stron.

      Podobny pomysł opisywałem na przykładzie jednodniowej lokaty w Getin Banku, gdzie za każdą transakcję kartową można następnego dnia dostać o 0,1% (punktu procentowego) wyższe oprocentowanie (bazowe wynosi 3,5%, ale maksymalnie można ulokować tylko 10.000 zł). Tyle, że tutaj dodatkowy dochód z odsetek, ze względu na "jednodniowość" lokaty i niski maksymalny jej poziom, nie równoważy dochodów banku z tytułu opłat interchange. Mimo wszystko jednak jestem skłonny ocenić tego typu propozycje pozytywnie: dostajesz ekstra lokatę, ale bądź aktywnym klientem. Niestety, są i inne pomysły finansistów, mniej fair. Należy do nich np. epatowanie wysokim oprocentowaniem bardzo krótkiej lokaty. Ostatnio takie badziewie rozsyłała do swoich klientów firma Expander. Można ulokować pieniądze na 5,1%, bez żadnych dodatkowych obowiązków, ani dodatkowych produktów. Samo dobro. Tyle tylko, że lokata jest na... jeden miesiąc. Oczywiście: pewnie znajdzie się wielu, którzy powiedzą, że warto, bo zawsze wpadną jakieś dodatkowe odsetki. Ale ja się do nich nie zaliczam, bo znam niebezpieczny mechanizm, który uruchamia się później.

      lokata_sierpniowa

      Kiedy do końca lokaty zostaje już tylko kilka dni, zaczynają do ciebie wydzwaniać konsultanci i proponować przedłużenie interesu na jeszcze lepszych warunkach. Zaproponują np. 6%. Jesteś rozochocony, widzisz, że wszędzie płacą słabo, więc chętnie wziąłbyś te 6%. A oni wtedy wciskają ci jakąś lokatę... strukturyzowaną. Z ochroną kapitału - jeśli jakiś indeks pójdzie w górę w jakimś czasie, to zarabiasz 6%, a jak nie pójdzie, to dostajesz z powrotem to, co włożyłeś. Godzisz się, bo jak już zacząłeś zarabiać znacznie lepiej, niż u konkurencji, to słabo ci się robi na samą myśl, że znów miałbyś mieć lokatę na 2,5% w "zwykłym" banku. Expander zarabia za pośrednictwo przy sprzedaży takiej "lokaty" znacznie więcej, niż na pośrednictwie przy oferowaniu zwykłego depozytu. Ot i cała tajemnica. O tym, że świetna lokata oprocentowana na 5% przez jeden miesiąc jest tylko "podprowadzeniem" pod inwestycję strukturyzowaną, świadczy nawet taki drobiazg, jak minimalna i maksymalna kwota depozytu. W sierpniowej ofercie Expandera wynosi ona od 30.000 zł do 50.000 zł. Mniejszych pieniędzy Expanderowi brać się nie opłaci, bo nie dałoby się ich za miesiąc "przepakować" w inwestycję strukturyzowaną. Oczywiście na samym dole formularza kontaktowego są zaznaczone ptaszkami zgody klienta na komunikację marketingową - żeby można go było grillować wszystkimi możliwymi sposobami.

      Strzeżcie się przed takimi promocjami. Jeśli bank lub pośrednik proponują podejrzanie wysoki procent, to sprawdzamy na jak długo jest lokata (od razu skreślamy te na miesiąc, dwa miesiące), jaka jest proponowana kwota maksymalna (odrzucamy wszystko, co ma limit na niskim poziomie) i jakie są potencjalne zobowiązania (odrzucamy "zgrzewki" z funduszami inwestycyjnymi oraz planami oszczędnościowymi). Warto też omijać szerokim łukiem oferty w bankach, które same nie wiedzą, ile płacą. Taki przypadek zrelacjonował mi ostatnio klient:

      "Często sprawdzam stronę mojego banku, wypatrując atrakcyjnych lokat oszczędnościowych. Wreszcie pojawiła się nowa oferta - 3,7% na dwa lata. Mój ojciec (75 lat) pojechał do placówki sprawdzić, czy oferta jest dostępna. Miła pani w okienku powiedziała, że można wpłacać pieniądze. Ojciec wrócił do domu, wzięliśmy nasze oszczędności - kilkadziesiąt tysięcy złotych - i podeszliśmy do pobliskiego oddziału banku. Tam pracownik powiedział, że 3,7% było do wczoraj, a teraz jest 3,4%. Na to ja mówię, że w innym oddziale można bez problemu wpłacić na 3,7%, bo przed chwilą sprawdzaliśmy. Nic nie wskóraliśmy, więc pojechaliśmy do tej drugiej placówki. A tam powiedzieli nam, że lokatę możemy założyć na 3,4%"

      - opowiada czytelnik. Poprosił pracownicę banku, żeby weszła na stronę jego internetową i sama sprawdziła, że obowiązuje jeszcze oferta na 3,7%. Pani weszła, potwierdziła, że taki procent na stronie wisi, ale powiedziała, że system nie pozwala jej założyć klientowi lokaty na takich warunkach. Wezwano kierowniczkę, która powiedziała, że prawdopodobnie oprocentowanie zostało tego dnia w systemie obniżone, a na stronie internetowej banku wisi jeszcze to nieaktualne. Tym sposobem moi czytelnicy wzięli walizkę z gotówką i oddalili się do domu.

  • piątek, 29 sierpnia 2014
    • Bank chciał potwierdzić tożsamość klienta, więc... wysłał go do placówki odległej o 200 km

      Załóżmy, że zakładasz ROR w banku, który jest ikoną nowoczesności. Z tego powodu, iż twój bank nią jest, nie masz do dyspozycji placówek na każdym rogu - bo przecież nowoczesność to brak placówek. Zamiast nich są wideoczaty, multifunkcyjne automaty i bankowość mobilna. Masz prawo oczekiwać, że wszelkie procedury będą tak skonstruowane, iż nawet przez myśl ci nie przejdzie, by potrzebować placówki. Niestety, prawo prawem, a rzeczywistość rzeczywistością. Napisał do mnie pan Roman, który był łaskaw założyć sobie konto w ultranowoczesnym banku T-Mobile Usługi Bankowe (dawniej Alior Sync). Związek pana Romana z tym bankiem ostatnio stał się na tyle ścisły, że do tegoż banku zaczęło wpływać jego wynagrodzenie. A skoro tak, to zmieniły się i potrzeby mojego czytelnika. Oprócz przelewów i e-zakupów zaczęła się przydawać karta płatnicza i bankomaty.

      "I zaczęły się schody. Poszedłem do bankomatu wybrać pieniądze. Okazało się, że karta jest nieaktywna. Aktywowałem ją więc przez internet. Znów wybrałem się do bankomatu. Karta zablokowana. Dzwonię na infolinię, czekam 20 minut. Pani weryfikuje moje dane, po czym stwierdza, że muszę udać się do najbliższej placówki, żeby odblokować kartę i potwierdzić swoje dane. Czyli przekonać bank, że ja to ja"

      - pisze czytelnik. Do tej pory bank nie miał żadnej wątpliwości, że pan Roman jest panem Romanem. Teraz, gdy pan Roman stracił dostęp do swoich pieniędzy, wątpliwości się pojawiły. Pan Roman mieszka w małej miejscowości niedaleko Olsztyna, na granicy Pomorza i Mazur. W Olsztynie podobno nie ma placówki T-Mobile Usługi Bankowe, w której pan Roman mógłby potwierdzić swoją tożsamość. Zwierzył się więc z tego problemu pani w infolinii.

      "Pani podaje mi najbliższe placówki banku - Warszawa, Gdańsk, Szczecin. I pyta kiedy mógłbym tam pojechać, wtedy ona mnie umówi na spotkanie. Odpowiedziałem pani, że nie mam możliwości pojechania tam. A pani na to, że w takim razie ona nie może mi pomóc"

      T-Mobile Usługi Bankowe to bank głównie internetowy (tak, jak wcześniej Alior Sync). Buduje co prawda sieć placówek opartą na punktach obsługi T-Mobile, lecz na razie obejmuje ona tylko największe miasta. Klient, który musi potwierdzić coś osobiście w oddziale, a nie mieszka w żadnej z największych aglomeracji, ma przerąbane. Ale bank powinien brać pod uwagę, że i tacy klienci mogą się pojawić w jego szeregach i - jeśli wprowadza procedury wymagające osobistego stawiennictwa w placówce - powinien w drodze wyjątku obsługiwać klientów mieszkających "daleko od szosy" w każdym większym punkcie T-Mobile. Zwłaszcza w sytuacji, w której przez infolinię sprawy nie da się załatwić. Do zbyt małej dostępności banku przez telefon pan Roman też ma wątpliwości:

      "Niczego nie można załatwić, czekasz po 30 minut zanim cię połączą. A na koniec ci mówią, że musisz udać się do placówki położonej 300 km od miejsca zamieszkania. Po prostu paranoja. W regulaminie konta jest napisane, że wszystkie sprawy załatwię drogą internetową lub przez infolinię. A okazuje się, że mam jechać na drugi koniec Polski, żeby ktoś uprawniony mógł mnie zobaczyć i porównać ze zdjęciem z dowodu"

      Pan Roman histeryzuje z tymi 300 kilometrami, bo z Olsztyna do Gdańska jest zaledwie nędzne 170 km ;-). Ale oczywiście nie zmienia to faktu, że bank nie powinien żądać od klienta aż takich poświęceń, jak podróż nad morze. Powtarzam: ktoś w T-Mobile Usługi Bankowe powinien wprowadzić procedury nie pociągające za sobą konieczności ciągania klientów do placówki położonej kilkaset kilometrów dalej. Potwierdzenie tożsamości to naprawdę nie jest sprawa, której nie dałoby się załatwić z pomocą upoważnionego pracownika dowolnej (lub prawie dowolnej) placówki T-Mobile, który podpisałby własną krwią oświadczenie, że obejrzał ze wszystkich stron klienta, pomacał go, powąchał i porównał wiadomości pochodzące z tej oblucji z danymi z dowodu osobistego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Bank chciał potwierdzić tożsamość klienta, więc... wysłał go do placówki odległej o 200 km”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 sierpnia 2014 08:41
  • czwartek, 28 sierpnia 2014
    • Firma pożyczkowa chce nam sprzedać obligacje na 9,5%. Złoty interes, czy ruletka?

      Im niższe jest oprocentowanie depozytów i obligacji rządowych, tym bardziej tęsknię za nowymi możliwościami inwestowania pieniędzy. Obligacje emitowane przez firmy - czasem firmy tak renomowane, że ich wiarygodność płatnicza porównywana jest z wiarygodnością przypisywaną obligacjom skarbowym - to jeden z ważnych elementów mojego portfela długoterminowych inwestycji. Zła wiadomość jest taka, że największe koncerny rzadko wypuszczają obligacje dostępne dla inwestorów detalicznych, wolą pożyczać pieniądze od instytucji finansowych. Do nas, małych żuczków, uderzają przeważnie mniejsze firmy, cieszące się umiarkowanym zaufaniem banków. Dla takich firm oferowanie wysoko oprocentowanych obligacji inwestorom detalicznym jest jednym z ostatnich dostępnych pomysłów na pozyskiwanie kapitału (przynajmniej jeśli mówimy o źródłach względnie tanich). Ostatnio odbierałem więc telefony z ofertami zainwestowania w obligacje firm windykacyjnych o nic nie mówiących mi nazwach, albo w papiery firm deweloperskich średniej wielkości. Deweloperzy mają ostatnio przerąbane, bo inwestorzy pamiętają jeszcze, że swoich obligacji nie spłacił Gant, jeden z największych deweloperów w kraju (a płacił też nie najgorzej, bo 11% w skali roku)

      Ale takiej oferty jeszcze w Polsce nie było. Po raz pierwszy będziemy mogli kupić obligacje emitowane przez... firmę oferującą szybkie pożyczki gotówkowe. Oczywiście, tego typu firmy czasem wychodzą po finansowanie do inwestorów (ogromne emisje obligacji przeprowadzał dla banków, funduszy i firm ubezpieczeniowych np. Provident), ale niezmiernie rzadko się zdarza, by firma tego pożyczała pieniądze od zwykłych ciułaczy. Pokusi się o to spółka Mikrokasa - od dziś do 10 września przyjmuje zapisy na dwuletnie obligacje, których oprocentowanie wynosi - uwaga - aż 9,5% w skali roku. Tak, do "wyjęcia" jest mniej więcej trzy razy tyle, ile z lokaty bankowej. Dwuletnie obligacje rządowe po kolejnym cięciu odsetek płacą tylko 2,6% w skali roku. Jedna obligacja ma kosztować 1000 zł, zaś odsetki będą wypłacane co kwartał. W sumie Mikrokasa chce nam wyjąć z kieszeni 2 mln zł, żeby z tych pieniędzy finansować akcję pożyczkową. Czyli udzielać jeszcze więcej pożyczek oprocentowanych na 80-100% w skali roku.

      Pozornie wygląda to na okazję inwestycyjną. Jak powszechnie wiadomo, tego typu firmy mają w Polsce, jak w raju. Banki z reguły nie są w stanie dorównać im ani w szybkości, ani w bezceremonialności pożyczania pieniędzy. Polacy zaś wciąż nie wyleczyli się z konsumpcjonizmu i najważniejsza jest dla nich nie cena, a dostępność pieniądza. Nic więc dziwnego, że największe tego typu firmy pod względem budżetów reklamowych wyprzedzają większość banków. I mogą sobie pozwolić nawet na takie cuda, jak oferowanie pierwszej pożyczki bez oprocentowania (lub prawie bez). Czy w tej sytuacji pożyczenie pieniędzy firmie, nomen omen, chwilówkowej, może wiązać się z jakimkolwiek ryzykiem, skoro w ciągu roku wyciągnie ona z tych pieniędzy zyski dochodzące do 100%? No, może mniej, po spisaniu na straty części pożyczek i uwzględnieniu kosztów technologii, marketingu oraz weryfikacji każdego wniosku o pożyczkę.

      Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: owszem, ryzyko jest i to niemałe. Już sam poziom oferowanego oprocentowania świadczy o dużej determinacji Mikrokasy. Z własnego doświadczenia wiem, że obligacje korporacyjne, których oprocentowanie przekracza 8%, mają poziom ryzyka porównywalny z akcjami albo większy (bo jak coś pójdzie nie tak, to traci się z reguły 100% pieniędzy). Duże, solidne firmy, mające ugruntowaną pozycję rynkową, pożyczają pieniądze mniej więcej na 6-7% w skali roku. A tu mamy prawie dwucyfrowy kupon! Taka determinacja musi z czegoś wynikać i tym czymś jest prawdopodobnie wysoki koszt finansowania narzucony przez banki. Banki zaś przeważnie wiedzą co robią, żądając wysokich odsetek od kredytów. Z drugiej strony można powiedzieć, że banki z natury są konserwatywne i nie chcą brać na siebie ryzyka, które my, zwykli ciułacze, lokując niewielką część swoich oszczędności, możemy chcieć na siebie wziąć po to, żeby nie trzymać pieniędzy w banku na 3%. Mikrokasa nie jest gigantem (2 mln zł przychodów w zeszłym roku i 250.000 zł zysku netto), ale ma już 10 mln zł portfela pożyczkowego, więc nie jest już firmą typu "no-name". Jej główni właściciele to dwie osoby fizyczne, które włożyły w firmę 1,2 mln kapitału własnego.

      Jakie są potencjalne ryzyka, które mogą stanąć na drodze do sukcesu? Lista jest podobnie długa, jak możliwe do osiągnięcia zyski. Po pierwsze: konkurencja. To biznes nieregulowany, z niskim progiem wejścia, nieskomplikowany, w każdej chwili może się pojawić w okolicy ktoś bogatszy, kto zrobi to samo, dyktując dumpingowe ceny i przejmie klientów. Po drugie: klienci. Im mniejsza firma pożyczkowa, tym większą część jej potencjalnych klientów stanowią osoby, które nie tylko odbiły się bez skutku od bankowych scoringów, ale też zostały odrzucone przez największe firmy pożyczkowe (choć Mikrokasa deklaruje, że współpracuje zarówno z BIG Infomonitor, jak i z bankową bazą BIK i odsiewa sprawnie najbardziej ryzykownych klientów). Małe firmy chwilówkowe mają więc wybór: zwiększyć ryzyko portfela i sprzedawać więcej pożyczek, albo je zmniejszyć i nie zarabiać pieniędzy. Po trzecie: zabezpieczenie inwestycji w obligacje. Papiery, które firma sprzedaje, są zabezpieczone portfelem pożyczkowym (o wartości 170% wartości obligacji), ale jakość tego zabezpieczenia jest wielką zagadką (nie wiemy ile z pożyczek nie zostanie spłacona). Po czwarte: prawo antylichwiarskie. Rząd pracuje nad administracyjnym limitem kosztów pożyczek-chwilówek. To może mocno skomplikować sytuację firm, zwłaszcza tych mniejszych, które mają bardziej "ryzykownych" klientów. Po piąte: upadłość konsumencka. W przyszłym roku konsumentowi będzie łatwiej upaść, a wtedy pożyczkodawcy mogą mieć większy problem z odzyskaniem pieniędzy, niż przy obecnym stanie prawnym.

      Te wszystkie ryzyka oczywiście nie przesądzają o tym, iż lokowanie pieniędzy w obligacje Mikrokasy jest całkiem bez sensu. Takie "wariackie" inwestycje czasem warto mieć jako niewielką część portfela. Ale po pierwsze: naprawdę niewielką, a po drugie w tego rodzaju papiery można ewentualnie ulokować tylko te pieniądze, które są najbardziej ryzykownym elementem waszych portfeli (chętnych zapraszam na stronę poświęconą obligacjom Mikrokasy). Choć walory, o których mówimy, mają w sobie nazwę "obligacja", to tak naprawdę poziom ryzyka, z jakim się wiążą, jest porównywalny do inwestycji w akcje. Fajnie, że coraz więcej firm chce pożyczać od nas pieniądze, ale wciąż czekam, aż tego rodzaju oferty wejdą w krew takim tuzom, jak PKN Orlen, KGHM, Orange, czy największe polskie banki (choć obligacje "dla ludu" czasem emitują banki spółdzielcze, czy np. Getin Bank). Na razie najwięcej jest emitentów, którzy płacą naprawdę świetne pieniądze (powyżej 8-9% rocznie), ale ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o ich obligacjach jest to, że są aaaabsolutnie bezpieczne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Firma pożyczkowa chce nam sprzedać obligacje na 9,5%. Złoty interes, czy ruletka?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 sierpnia 2014 14:04
    • Drugi rok gratis, dycha za tysiąc, naj-najniższy procent... Oto "szkolne" triki banków

      Ci z Was, którzy oglądają telewizję i słuchają radia, musieli to zauważyć. W mediach sypnęło reklamami szybkich pożyczek gotówkowych. Ofensywę na nasze biedne umysły przypuściły zarówno firmy pożyczkowe, z Wongą i Vivusem na czele (tu znajdziesz prześwietlenie oferty Vivusa oraz nowej promocji Wongi), jak i bankowcy. Credit Agricole proponuje kredyt kosztujący "tylko 10 zł za każdy pożyczony tysiąc miesięcznie", BZ WBK obniżył oprocentowanie pożyczki dla dwojga, BGŻ kusi, że za drugi rok spłacania kredytu w ogóle nie weźmie odsetek, Alior Bank wydłużył gwarancję najniższej raty, mBank proponuje oprocentowanie "niższe od najniższych", PKO BP sprawdza jak organizm wytrzyma pożyczkę "MiniRatka" na 9,99% w skali roku. Powód tej ofensywy jest oczywisty: początek roku szkolnego i fakt, że nasze portfele są wyjątkowo wysuszone. Na wakacje wydaliśmy oszczędności (niektórzy nawet się zadłużyli), a tu trzeba znów otworzyć portfele i kupić podręczniki, piórniki, plecaki, tenisówki. Ponieważ wolę, gdy jesteście wodzeni na pokuszenie w sposób świadomy, dziś subiektywne prześwietlenie wszystkich najnowszych reklam szybkiej gotówki ze szczególnym uwzględnieniem tkwiących w nich pułapek.

      "Tylko 10 zł za każdy pożyczony tysiąc". W najnowszej reklamie kredytu gotówkowego Credit Agricole francuska aktorka Juliette Binoche popisuje się znajomością języka polskiego: "ja płacę, ty płacisz, oni płacą" - mówi z wyraźnym francuskim akcentem. To stary numer, znany jeszcze z reklam BZ WBK, w których każda kolejna zagraniczna gwiazda próbowała w spotach wydukać coś w naszym języku. Kilka sekund później widzimy klientów, którzy nie mogą uwierzyć, że kredyt może być tak tani oraz pracowników banku przekonujących: "naprawdę"! A na koniec przystojniaczek w garniturze przekonuje, że to jedyny taki kredyt na rynku. A jak jest naprawdę? Najnowsza oferta Credit Agricole to odświeżona wersja "Kredytu Prostoliczonego", tyle że nieco tańsza. W zeszłym roku cena pożyczki wynosiła 15 zł za każdy pożyczony tysiąc miesięcznie. Teraz jest 10 zł. Oszustwa żadnego w tym nie ma: kredyt rzeczywiście kosztuje tyle, ile mówią. Jest za to złudzenie optyczne, bo te 10 zł miesięcznie za każdy pożyczony tysiąc, to 120 zł rocznie, a więc kwota odsetek odpowiadająca oprocentowaniu na poziomie 21,5%. Pożyczając 1000 zł na rok przy takim właśnie oprocentowaniu oddamy bankowi 1120 zł. Oczywiście "10 zł miesięcznie" brzmi lepiej, niż "prawie 22% w skali roku", ale warto pamiętać, żeby policzyć koszty w skali całego okresu kredytowania, a nie tylko jednego miesiąca

       "Drugi rok gratis". W Banku BGŻ na początku roku szkolnego znów rządzą wiewiórki. W reklamowym spocie wiewiórka występuje jako gwiazda talk-show. "Jest z nami ktoś, kto twierdzi, że na pożyczce można zaoszczędzić" - przedstawia nietypowego gościa prowadzący. A potem deklaruje, że prędzej ogoli się na łyso, niż uwierzy, że to prawda. "Przecież bankowi trzeba płacić odsetki" - przekonuje. Wiewiórka twierdzi, że niekoniecznie, bo w Banku BGŻ wystarczy w terminie spłacać odsetki przez pierwszy rok, by w drugim spłacać tylko same raty, bez żadnych odsetek. Prowadzący się poci, robi głupie miny, a w ostatnim ujęciu widzimy, jak przymierza się do golenia. Dowcipne to, ale zanim pobiegniecie do banku, wspólnie policzmy: ile odsetek trzeba zapłacić w pierwszym roku, żeby ten drugi był już "za darmo". Oprocentowanie wynosi aż 16% w skali roku, co oznacza, że pożyczając 1000 zł na dwa lata w "normalnym" kredycie zapłacilibyśmy 175 zł odsetek. Jednocześnie bank podaje na swojej stronie internetowej, że przy takiej właśnie pożyczce zaoszczędzimy na odsetkach ponad 47 zł. Jak by nie liczyć, 47 zł nie jest połową ze 175 zł. Jeśli znacie zasadę spłacania kredytów, to już wiecie o co chodzi: więcej odsetek płaci się w pierwszym roku (bo są liczone od wyższej kwoty zadłużenia). Bank, rezygnując z odsetek w drugim roku, daje więc bonus znacznie mniejszy, niż 50-procentowy. Na dodatek w BGŻ pobierają z góry 5% prowizji, co wyrównuje im "straty" wynikające ze sprezentowania klientowi odsetek za drugi rok. Jeśli bowiem pożyczymy u wiewiórek 1000 zł i zapłacimy 125 zł odsetek (po rabacie) oraz 50 zł prowizji, to łączny koszt kredytu będzie mniej więcej taki, jak przy "zwykłej" pożyczce na 16%. Możecie odłożyć golarki.

      "Oprocentowanie niższe, niż najniższe". Gwarancje najniższego oprocentowania lub najniższej raty (niepotrzebne skreślić) oraz najniższej składki ubezpieczeniowej (swoją drogą jestem ciekaw, czy drwale wciąż rąbią) to coraz częściej spotykany manewr, który bankowcy na nas testują. A ponieważ wszyscy nie mogą być jednocześnie najtańsi, więc trzeba kombinować. Z okazji początku roku szkolnego za kombinowanie wziął się mBank, który zaoferował, że oprocentowanie jego pożyczki będzie "niższe od najniższego". Idea jest piękna, ale wykonanie nie najlepsze. Już sam tytuł promocji świadczy o tym, że mamy tu do czynienia z pewną manipulacją. Jak wiadomo, oprocentowanie kredytu nic nie mówi o jego prawdziwej cenie - po drodze są prowizje, koszty dodatkowe, ubezpieczenia. Większość z tych obciążeń jest wrzucana klientowi w ratę kredytu, więc nawet niskie oprocentowanie może oznaczać wysoką ratę. Stąd obietnica oprocentowania "niższego niż najniższe" właściwie nic nie mówi o prawdziwych kosztach kredytu. Więcej dowiemy się analizując regulamin promocji i tzw. przykład reprezentatywny. A w nim stoi jak wół, że mBank np. chętnie pożyczy pieniądze na 12,3% i nawet zagwarantuje możliwość obniżenia tego oprocentowania do wysokości oferowanej przez inny bank (trzeba przynieść formularz informacyjny potwierdzający, że tamten bank rzeczywiście pożyczyłby taniej), ale... trzeba wykupić dodatkowe ubezpieczenie, którego składka wynosi np. 0,2% wartości pożyczki miesięcznie. A to oznacza, że cena kredytu rośnie o 2,5% w skali roku. Do tego dochodzi 5% prowizji, również nie objętej gwarancją najniższego oprocentowania. W sumie to promocja, która jest obwarowana taką liczbą warunków dodatkowych, że aż trudno ocenić jej użyteczność.

      "Żadna oferta, w żadnym momencie nas nie przebije". Alior Bank podkręcił z kolei warunki swojej gwarancji najniższej raty. Tu podstawą gwarancji jest kwota co miesiąc płacona przez klienta, a nie oprocentowanie. I za to bank ma u mnie plus. "Nowa gwarancja najniższej raty działa nie tylko dziś, ale przez cały okres kredytowania. Żadna oferta, żadnego banku, w żadnym momencie jej nie przebije" - obiecuje Alior. Aby skorzystać z gwarancji, trzeba przynieść z innego banku formularz informacyjny, z którego wynika, że ów bank pożyczyłby nam kasę taniej przy założeniu identycznego okresu spłaty i kwoty pożyczki. Formularz można przynieść w każdym momencie spłacania kredytu w Aliorze. Choć oczywiście są obostrzenia: "Klient jest zobowiązany zasięgnąć informacji o aktualnej kwocie netto pożyczki pozostającej do spłaty w placówce Alior Banku" - piszą w regulaminie. Ciekawe dlaczego? Czyżby procedura przewidywała w takim przypadku małe grillowanko? Formularz informacyjny od konkurencji można przynieść najpóźniej pięć dni roboczych przed datą płatności raty w Aliorze - inaczej będzie trzeba pójść do konkurencji po kolejny.

      Promocja obowiązuje tylko w przypadku terminowego płacenia wszystkich dotychczasowych rat. A jeśli konkurencja zaproponuje klientowi Aliora "zbyt tani" kredyt - pojawiają się dodatkowe obowiązki. "W przypadku, w którym w celu zagwarantowania klientowi niższej raty kredytu istnieje konieczność obniżenia oprocentowania pożyczki do poziomu niższego niż 9,9%, wymagane jest dodatkowo przedstawienie przez klienta podpisanej umowy kredytowej z innym bankiem na warunkach zgodnych z daną ofertą zawartych w formularzu informacyjnym, przy czym umowa kredytowa nie może być przedstawiona po upływie 14 dni od dnia jej podpisania". No i oczywiście jeśli klient Aliora ma pożyczkę w pakiecie z ubezpieczeniem (a duża część pożyczek w Aliorze jest sprzedawana w takim pakiecie), to ten "inny" bank też musi przedstawić tańszą ofertę z ubezpieczeniem. Tarcza w reklamie aliorowej pożyczki wygląda świetnie, ale żeby zaczęła nas chronić, trzeba się sporo nachodzić. Ciekawe ilu klientom będzie się chciało stoczyć tę walkę?

      Taniej w duecie i gdy organizm pożycza więcej. W BZ WBK na początek roku szkolnego odświeżyli promocję "Duet", czyli możliwość uzyskania kredytu z oprocentowaniem 6%, jeśli po pieniądze przyjdą dwie osoby (niekoniecznie spokrewnione). Bank bada oczywiście zdolność kredytową każdej z nich, ale jeśli każdy z wnioskodawców ją posiada, to wspólny kredyt może być rzeczywiście tani. Przynajmniej teoretycznie, bo do niskiego oprocentowania bank dorzuca aż 6% prowizji (w innych bankach, gdzie oprocentowanie jest wyższe, płaci się mniejszą prowizję, a stali klienci nie płacą jej w ogóle) oraz obowiązkowe ubezpieczenie. Przy kwocie pożyczki 10.000 zł (mniej przy tak niskim oprocentowaniu pożyczyć nie można) i trzyletnim okresie kredytowania rata ubezpieczenia wyniesie jakieś 50 zł miesięcznie. To oznacza, że za odsetki zapłacimy 950 zł, za ubezpieczenie 1800 zł, a do tego jeszcze 600 zł prowizji. I kredyt, który miał być rekordowo tani, może okazać się tak drogi, że duet, który go wziął, przestanie być duetem. Każdy organizm ciężko znosi, jak się go wpuszcza w maliny. Ciekawe jak organizm zniesie najnowszą promocję PKO BP, czyli obniżenie oprocentowanie kredytu "MiniRatka" do 9,99%. Pewnie zniósłby je lepiej, gdyby niższe oprocentowanie (w standardzie "MiniRatka" kosztuje 15,6%) nie było zarezerwowane dla wysokich pożyczek, powyżej 10.000 zł. Odradzam pożyczanie większych kwot, niż potrzebujemy, byle tylko załapać się na niższe procenty.

      JAK WYBRAĆ DLA SIEBIE BEZPIECZNY KREDYT? Moje pomysły na to znajdziesz w książce"100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. Dowiesz się kiedy warto zerwać polisę, a kiedy warto dać jej jeszcze szansę i jak ją zmienić, żeby mieć przynajmniej cień szansy, że zacznie zarabiać. To również idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      NIE WIESZ JAK ZROBIĆ PIERWSZY KROK W INWESTOWANIU? Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. Książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" doczekała się już drugiego, poszerzonego wydania, i stała się rynkowym bestsellerem. Szczerze polecam!

       

  • środa, 27 sierpnia 2014
    • Ci spryciarze zamienili opłatę likwidacyjną na dystrybucyjną. Klienci mówią: "sprawdzam"

      Jak być może pamiętacie, pierwszą firmą ubezpieczeniową, która zaczęła dostawać po głowie od klientów za opłaty likwidacyjne przypisane do polis inwestycyjnych, był Aegon. Po przegranej w sądzie z Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów firma zareagowała szybko i zmieniła system pobierania opłat likwidacyjnych na trochę mniej dolegliwy dla klientów. Firma deklaruje, że dotyczy on zarówno nowych umów, jak i tych sprzed kilku lat (czy tak jest naprawdę - sprawdzam). W części nowych polis Aegon zamienił też opłatę likwidacyjną pobieraną przy wycofaniu się z umowy przez upływem 10 lat na opłatę dystrybucyjną pobieraną od każdego klienta z góry, w pierwszym roku. Opłata jest zwracana klientowi po 10 latach, a jej wysokość to... 99% składki. Mamy więc taką sytuację, że klient płaci 99% opłaty dystrybucyjnej w pierwszym roku i choć oczywiście może się wycofać z polisy w każdej chwili bez opłat, to mu się to nie opłaca, bo dopiero po 10 latach dostanie z powrotem pieniądze z opłaty dystrybucyjnej. Aegon nazywa ten zwrot "premią".

      "Premia w umowach zawartych w 2012 r. nie jest waloryzowana, mimo że inflacja w tak długim okresie może spowodować znaczny spadek realnej wartości tej premii. Pod koniec 2013 r. Aegon zmienił warunki i nowi klienci mają już prawo do waloryzacji w wysokości 5% w skali roku"

      - opisuje sytuację pan Mariusz, mój czytelnik. Jako posiadacz polisy z opłatą dystrybucyjną postanowił zakwestionować jej legalność. Zdaniem pana Mariusza opłata w wysokości 99% składek z pierwszego roku jest oderwana od rzeczywistych kosztów ubezpieczyciela, podobnie jak to było przy opłatach likwidacyjnych. Owo przekonanie to powód, dla którego pan Mariusz postanowił udać się do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, by aegonowską klauzulę unieważnił. Sprawa może być niezwykle istotna, bo zamiana opłaty likwidacyjnej na dystrybucyjną to manewr, który do tej pory wydawał się celną odpowiedzią ubezpieczycieli na ofensywę prawną klientów dotyczącą opłat likwidacyjnych. Przyjrzałem się argumentacji z pozwu przygotowanego przez pana Mariusza i widzę, że trudno odmówić jej sensu. Zdaniem pana Mariusza ustalenie wysokości opłaty za dystrybucję i za wystawienie polisy na poziomie 99% składki za pierwszy rok polisowy kształtuje prawa i obowiązki konsumentów w sposób sprzeczny z dobrymi obyczajami, rażąco naruszając ich interesy (co oznacza złamanie art. 385 Kodeksu cywilnego).

      Pan Mariusz uważa, że tego typu konstrukcje przypominają wygórowane opłaty likwidacyjne uznane za niedozwolone przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wpisane do rejestru klauzul niedozwolonych. Kto lubi oglądać rejestr, może sobie poszukać tych klauzul pod numerami 4633, 4632, 3834. Nie do końca bym się z tym zgodził, bo przecież opłata likwidacyjna jest pobierana tylko przy wcześniejszym zerwaniu umowy, a dystrybucyjna obowiązuje zawsze i powoduje, że klientowi po prostu nie opłaca się wycofywać z polisy przed upływem 10 lat, ale pan Mariusz jednak widzi podobieństwa.

      "Chociaż pozwany z pewnością ponosi koszty pośrednictwa ubezpieczeniowego, to jednak wprowadzona przez niego stawka opłaty dystrybucyjnej jest oderwana od rzeczywistych kosztów ponoszonych przez pozwanego w związku z konkretną umową, a jej wysokość bez wątpienia jest rażąco wygórowana. (...) Trudno przypuszczać, że koszty i ryzyko jakie ponosi pozwany w przypadku wszystkich umów zawartych na podstawie krytycznego wzorca kształtowały się na takim samym poziomie, co uzasadniałoby pobieranie przez pozwanego w każdym przypadku opłaty dystrybucyjnej w wysokości 99%"

      - czytam w pozwie. Pan Mariusz zwraca uwagę, że zapis w OWU o opłacie dystrybucyjnej nie uwzględnia i nie zabezpiecza interesu konsumenta, jako słabszej strony umowy, co "nie znajduje żadnego uzasadnienia i prowadzi do ukształtowania stosunku zobowiązaniowego w sposób nie równorzędny i rażąco niekorzystny dla konsumenta". A wprowadzenie premii wypłacanej po minimum 10 latach opłacania składek? Według pana Mariusza służy ona tylko interesowi Aegona, a gdyby tejże opłaty i premii nie było, to sytuacja klienta byłaby zdecydowanie lepsza. Co prawda, to prawda. Wprowadzenie w polisie opłaty, która oznacza utratę 99% składki w pierwszym roku i rozmydlanie tej prowizji możliwością jej odzyskania za 10 lat w wartości nominalnej wygląda dość podejrzanie. No, ale w porównaniu z numerem, który prawnicy Aegona wykręcili niedawno swojemu klientowi na sali sądowej, to i tak pikuś ;-) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Ci spryciarze zamienili opłatę likwidacyjną na dystrybucyjną. Klienci mówią: "sprawdzam"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 sierpnia 2014 08:02
  • wtorek, 26 sierpnia 2014
    • Obiecywali malarskie eldorado i gwarantowane zyski z lokat w obrazy. Jak to się skończyło?

      Pamiętacie, jak dwa i pół roku temu opisałem w blogu kontrowersyjny model biznesowy spółki Abbey House, która postanowiła podbić polski rynek sztuki i zarobić przy tym trochę grosza. Dziś opowiem Wam jak to się wszystko skończyło. Jak wiadomo obrazy bywają dobrą lokatą kapitału, ale niestety dotyczy to zwykle płócien malarzy o uznanej marce, często już nieżyjących. Z braku możliwości wskrzeszenia uznanych twórców (żeby znów coś namalowali i żeby to coś od razu było drogie), w Abbey House postanowili wykreować nowe gwiazdy. Podpisali umowy na wyłączność z kilkoma obiecującymi (podobno) malarzami młodego pokolenia i zaczęli oferować ich obrazy na aukcjach, które sami organizowali. Ceny na takich aukcjach z natury rzeczy są wysokie, więc zaczął się szum. Jednocześnie w Abbey House postanowili nakłonić Polaków, by wkładali oszczędności w te rosnące jak na drożdżach obrazy - na zasadzie lokaty. Firma gwarantowała w ramach takiej ArtLokaty roczny zwrot w wysokości 9,5%. Kto miał więcej kasy, mógł wziąć sobie obraz w leasing.

      Krytykowałem ten interes, bo uważałem, że łączenie pod jednym dachem działalności promotorskiej, handlowej (prowadzenia domu aukcyjnego), wystawowej (galerie sztuki) oraz finansowej (opakowanie tego wszystkiego w produkty finansowe zabezpieczone obrazami o nieznanej wartości) źle się skończy. Zwłaszcza, że Abbey House sprzedawała obrazy "swoich" malarzy po kilkakrotnie wyższych cenach, niż wynosiły ich ceny rynkowe wcześniej. Wyglądało mi to na celowe pompowanie bańki. W Abbey House odbijali piłeczkę, że przecież taki jest mechanizm rynku sztuki: kreuje się modę na coś i ceny tego czegoś rosną.  Spisaliśmy protokół rozbieżności i rozstaliśmy się w zgodzie, choć nie kupiłem w celach inwestycyjnych obrazu "młodej sztuki" made by Abbey House. Minęło dwa i pół roku, można więc powoli przyjrzeć się efektom tego modelu biznesowego. Cóż, marka Abbey House już nie istnieje, Art Lokat nie ma, a magazyny są pełne obrazów, które miały przynieść ich posiadaczom milionowe zyski... Nie przyniosą. Oto ostatni komunikat spółki Artnews, która jest następcą Abbey House:

      "Zarząd Artnews informuje, iż dokonał odpisu aktualizacyjnego wartości obrazów znajdujących się w zapasie Spółki na kwotę 21.281.034 zł. Dokonany odpis aktualizacyjny wartości obrazów został przeprowadzony (...) do kwoty 4.397.356 zł. Zarząd wyjaśnia, iż podjęcie uchwały (...) związane było w głównej mierze z zaprzestaniem prowadzenia działalności gospodarczej polegającej na obrocie dziełami sztuki oraz rozpoczęciem nowej związanej z rynkiem mediów i usług związanych z rynkiem sztuki"

      Księgowa wartość obrazów w magazynach dawnego Abbey House została obniżona o 80%. Czy to oznacza, że ludzie, którzy uwierzyli "czarodziejom" od inwestowania w sztukę i kupowali obrazy po cenach kilkakrotnie wyższych, niż typowe dla "młodej sztuki", zostali z niczym? Nie do końca. ArtLokaty podobno zostały rozliczone, a zyski wypłacone klientom. Obrazy kupione w ramach leasingu zostały spłacone, podobnie jak obligacje, które firma emitowała, żeby pożyczyć pieniądze na promowanie artystów (lub - jak powiedzieliby inni - na pompowanie bańki spekulacyjnej). A co z tymi, którzy kupili np. za 30.000 zł obrazy malarzy Abbey House, licząc na to, że przyniosą krociowe zyski? Hmmm... jak sądzę, Abbey House nie pozostawił po sobie samych zgliszczy - było kilka pokazów w największych światowych galeriach, obrazy artystów ze "stajni" Abbey House pojawiły się w katalogach prestiżowych galerii... Wycena obrazów w magazynach, które mają być sprzedane, jest z pewnością nieco zaniżona, jak to bywa przy sprzedaży hurtowej. 

      Ale nie ma wątpliwości, że koncept Abbey House - pisząc delikatnie - nie okazał się sukcesem. Kto kupił obrazy po cenach wziętych z kosmosu, pewnie nie zrobił interesu życia (chociaż tego nigdy nie wiadomo, może za kilkadziesiąt lat...). Gdyby dziesiątki lub setki tysięcy Polaków rzuciły się do kupowania obrazów promowanych artystów, balon udałoby się napompować, a twórcy Abbey House byliby pewnie Kulczykami, a obrazów nie trzeba by teraz wyprzedawać za grosze. Lecz nie udało się wzbudzić (mimo stosowania kontrowersyjnych metod) popytu ludu, a koszty promowania przez Abbey House "swoich" artystów na świecie musiały być duże. Zresztą na rynku sztuki rządzi nie tylko moda, którą można kreować mając odpowiednio dużo kasy. Trzeba mieć też autentycznie unikalny produkt, w przeciwnym razie moda szybko gaśnie. Próba "wykręcenia" szybkiego zysku - i to za pożyczone pieniądze - na obrazach mało komu znanych młodych artystów, miała małe szanse powodzenia. Dobrze, że firma rozliczyła się z posiadaczami instrumentów finansowych zabezpieczonych obrazami.

      Dziś zamiast Abbey House jest notowana na warszawskiej giełdzie firma Artnews, której główną działalnością jest prowadzenie na całym świecie magazynów poświęconych rynkowi sztuki (firma jest wydawcą najstarszego na świecie, nowojorskiego magazynu poświęconego sztuce, mającego 60.000 odbiorców miesięcznie i kilkadziesiąt tysięcy subskrypcji elektronicznych). Nowi udziałowcy - a są to międzynarodowe fundusze inwestycyjne - słusznie zdecydowali, że posiadanie własnych magazynów z obrazami oraz galerii i prowadzenie działalności promocyjnej kłóci się z byciem autorytetem na rynku sztuki. Dlatego pozbyli się dotychczasowych biznesów. Nie znam kulisów tej transakcji, ale być może gdyby nie nowi udziałowcy i nowe, wniesione przez nich pieniądze (ponad 20 mln zł), lądowanie Abbey House nie byłoby takie miękkie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Obiecywali malarskie eldorado i gwarantowane zyski z lokat w obrazy. Jak to się skończyło?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 sierpnia 2014 17:22
    • Lepsza lokata w zamian za lojalność. Jeszcze lepsza - za wkurzenie sprzedawcy w sklepie ;-)

      Oferta zaproponowana kilka dni temu przez BZ WBK jest zwiastunem trendu, który będziemy obserwowali w bankach coraz częściej. Zerowa inflacja i spodziewane obniżki stóp procentowych (o skutkach dla naszych portfeli było niedawno w blogu oraz na czwartkowych stronach Pieniądze Ekstra w "Wyborczej") sprawiają, że banki będą nas kusić różnego rodzaju gwarancjami utrzymania dobrego oprocentowania na dłuższy czas, w powiązaniu z dodatkowymi warunkami. W BZ WBK proponują czteromiesięczny depozyt na 4% z gwarancją - uwaga - możliwości jego przedłużenia na kolejne cztery miesiące przy identycznym oprocentowaniu. Warunek: trzeba założyć sobie w tym banku ROR albo kartę kredytową. Pomysł z wiązaniem dobrej lokaty z zadłużaniem budżetu domowego jest podejrzany, niczym konkursy polegające na zachęcaniu ludzi do wyjmowania "kredytówką" pieniędzy z bankomatu, ale pomysł z obietnicą super-oprocentowania przez dłuższy czas w zamian za założenie ROR-u brzmi już nie najgorzej. W BZ WBK, przy założeniu, że przychodzimy do tego banku ze względu na obiecane 4% na lokacie i zależy nam na jak najtańszym koncie, najbardziej opłaca się założyć Konto Godne Polecenia, bo tu zarówno sam ROR, jak i karta do niego są za darmo.

      4procBZWBK

      Lokata BZ WBK ma dwie zalety. Pierwszą jest bardzo wysoki limit wpłacanych pieniędzy - można włożyć od 1000 zł do pół miliona. W niektórych bankach wysokie oprocentowanie jest zarezerwowane dla stosunkowo niskiego salda wpłacanych pieniędzy. Oferty BZ WBK ten defekt na szczęście nie dotyczy. Stosunkowo luźne są też obostrzenia dla niecierpliwych klientów - pieniądze można wycofać przed terminem tracąc tylko połowę odsetek. A wady? Główną jest ta, że promocja dotyczy tylko nowych pieniędzy (czyli takich, które nie były wcześniej ulokowane w BZ WBK) oraz osób, które nie mają aktualnie u Kevina ROR-u. Drugim "problemem" jest to, że konta (lub karty kredytowej, jeśli klient wybierze taki wariant cross-sellu uprawniającego do 4% przez kolejne cztery miesiące) nie wystarczy po prostu mieć, trzeba też używać. "Aktywne korzystanie z tych produktów przez pierwszy 4-miesięczny okres korzystania z lokaty" - to warunek, od którego bank uzależnia naliczenie 4% w kolejnych czterech miesiącach. Chodzi oczywiście o to, żeby na konto wpływały pieniądze i żeby od czasu do czasu klient zapłacił kartą debetową w sklepie.

      Najbardziej zdziwiło mnie to, że jeszcze w weekend, gdy przyglądałem się tej lokacie, promocja wygląda na mocno zakonspirowaną. Nie pojawiła się na głównej stronie BZ WBK, zaś w boksie "nowości" widziałem tylko standardową wersję depozytu na 4%, bez gwarancji zachowania takiego procentu na kolejne cztery miesiące. Nota bene w tej wersji warunek jest tylko jeden - muszą to być nowe pieniądze (klient natomiast może być "stary" ;-). Cóż, wygląda na to, że bank liczy na to, że klienci sami będą dopytywali: "co zrobić, żeby magiczne 4% trwało dłużej". A ja czekam, aż jakiś bank zacznie strukturalnie podwyższać klientom oprocentowanie lokat - i to nie tylko w symboliczny sposób - za to, że ci klienci są lojalnymi użytkownikami różnych innych usług. Uważam, że lepsza lokata dla dobrego klienta - "dobrego" nie tylko dlatego, że ma dużo pieniędzy, ale dlatego, że ma ROR lub inne produkty w banku - powinna być standardem w dobrym banku.

      Ostro w blogu w weekend: Tak powinno się karać bankowców za to, że wprowadzali nas w błąd i wciskali toksyczne produkty oszczędnościowe? Kowboje wskazali nam drogę. 

      W tej dziedzinie od pewnego czasu po bandzie jedzie Getin Bank, który w swoim internetowym serwisie Getin Online promuje lokatę Bumerang II. To jednodniowy depozyt dostępny tylko dla posiadaczy wybranych ROR-ów w Getin Banku, oprocentowany w standardzie na 3,5%. Niestety, jak to w Getinie często bywa, kwota lokaty jest ograniczona do 10.000 zł, co oznacza, że dobrze wygląda ona głównie na zdjęciu ;-)). Pomijając ten defekt, warto zerknąć na mechanizm pozwalający na podwyższenie oprocentowania owych nędznych groszy, które bank pozwala zdeponować na dobry procent. Otóż odsetki za dany dzień rosną o 0,1% (punktu procentowego) za każdą transakcję bezgotówkową, zrealizowaną przez klienta poprzedniego dnia z użyciem debetówki. Maksymalnie można zyskać podwyżkę do 5%, w tym celu trzeba poprzedniego dnia zapłacić kartą 15-krotnie i doprowadzić do szału sprzedawcę w sklepie ;-). Śmiesznie to pomyślane - przy maksymalnej kwocie depozytu 10.000 zł podwyżka o 0,1% oznacza dodatkowe trzy grosze odsetek. Jeśli za tę podwyżkę "zapłacimy" transakcją kartową o wartości np. 50 zł, bank zarobi na opłacie interchange 25 gr. No i kto na tym wychodzi lepiej?

      JAK WYBRAĆ DLA SIEBIE NAJLEPSZĄ LOKATĘ? Moje pomysły na to znajdziesz w książce"100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. Dowiesz się kiedy warto zerwać polisę, a kiedy warto dać jej jeszcze szansę i jak ją zmienić, żeby mieć przynajmniej cień szansy, że zacznie zarabiać. To również idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Lepsza lokata w zamian za lojalność. Jeszcze lepsza - za wkurzenie sprzedawcy w sklepie ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 sierpnia 2014 08:25
  • poniedziałek, 25 sierpnia 2014
    • Te dwa banki kochają rodziny wielodzietne. Miłością (prawie) platoniczną. Pic na wodę?

      Karta Dużej Rodziny, czyli ministerialny program, dzięki któremu wielodzietne rodziny mogą otrzymywać zniżki na różne artykuły i usługi, zatacza coraz szersze kręgi. Do tej pory każda rodzina, która ma co najmniej trójkę dzieci i wyrobiła sobie kartę (szczegóły na rodzina.gov.pl), mogła liczyć głównie na zniżki w komunikacji miejskiej, na pływalniach, w muzeach i innych przybytkach kultury. Ostatnio program rozszerzył się m.in. na usługi telekomunikacyjne (w programie jest Play) oraz - co mnie interesuje najbardziej - finansowe. Pierwszymi bankami, które przystąpiły do programu przeznaczonego dla polskich rodzin jest polski PKO BP (największy akcjonariusz to Skarb Państwa) oraz polski BOŚ Bank (rządzą państwowe fundusze ochrony środowiska). Widać w branży finansowej zaczyna działać zasada "Polska dla Polaków" ;-). A ponieważ rodzin z co najmniej trójką dzieci jest w kraju 630.000 (co oznacza 3,4 mln zainteresowanych, wliczając w to dzieci), rzecz może się polskim bankom opłacić.

      Idealna polityka prorodzinna? Ulgi na oszczędzanie i podatek od bezdzietności

      A czy opłaci się polskim rodzinom? Postanowiłem przyjrzeć się zniżkom, które bankowcy oferują w ramach Karty Dużej Rodziny. I sprawdzić czy warto rzucać wszystko, by z dziećmi na ręku biec do oddziałów PKO BP i BOŚ Banku, zakładać tam konta i zaciągać kredyty. Oraz czy warto poczynić starania, by już za dziewięć miesięcy zasłużyć na Kartę Dużej Rodziny ;-), a potem zacząć dobrze zarabiać na swoich dzieciach, np. wystawiając je do gry w reklamach ;-). Największy polski bank PKO BP proponuje wielodzietnym rodzinom przede wszystkim darmowy ROR i kartę debetową. Pozornie wygląda to na spory bonus, bo w PKO BP mało co jest dziś za darmo (nawet za posiadanie marnie oprocentowanego konta oszczędnościowego każą sobie płacić). Ale jeśli przyjrzeć się bliżej tej promocji, to okaże się, że konto, które posiadacze Karty Dużej Rodziny będą mogli otrzymać za darmo (czyli "Konto Za Zero") i tak dla dużej części użytkowników jest już darmowe.

      W przypadku rodzin wielodzietnych bank rezygnuje z dwóch warunków darmowości ROR-u: wpływów w wysokości co najmniej 1500 zł oraz obrotów bezgotówkowych na karcie debetowej w wysokości 250 zł miesięcznie. Kto tych dwóch warunków nie spełni, płaci w PKO BP za ROR i kartę 9,8 zł miesięcznie. Rezygnacja z obostrzeń oznacza, że "prezent" będzie dotyczył tylko najbiedniejszych rodzin wielodzietnych, które muszą żyć za mniej, niż 1500 zł miesięcznie, bo pozostałe duże rodziny, zakładając "Konto Za Zero" i tak miałyby wszystko za darmo, niezależnie od tego czy bank brałby udział w programie, czy nie. A inne bonusy? Na nie PKO BP też się nie wykosztuje. Posiadacze Karty Dużej Rodziny dostaną np. 50% rabatu na prowizję za kredyt odnawialny, który można podpiąć do konta. W standardzie taka prowizja wynosi co najmniej 60 zł, ale przy wyższych kwotach jest wyrażona procentowo - 1,5-1,8% od wartości kredytu. 

      Ostro w blogu w weekend: Tak powinno się karać bankowców za to, że wprowadzali nas w błąd i wciskali toksyczne produkty oszczędnościowe? Kowboje wskazali nam drogę. 

      Obniżka prowizji o połowę w praktyce oznacza, że można oszczędzić 30-40 zł, ale w skali wszystkich kosztów kredytu odnawialnego (przy wykorzystanym pod korek kredycie odnawialnym rzędu 5000 zł i przy oprocentowaniu 15%, owe koszty wyniosą 750 zł rocznie). Wśród bonusów oferowanych przez PKO BP w ramach Karty jest też obniżone o trzy punkty oprocentowanie pożyczki gotówkowej (standardowo 15,9%), ale to też nie jest bonus, który powala na ziemię - ostatnio PKO BP reklamuje możliwość zassania pożyczki gotówkowej na znacznie lepszy procent - 9,99% (choć dotyczy to kwot co najmniej 10.000 zł). Zresztą w PKO BP obowiązuje cały system obniżek oprocentowania kredytów gotówkowych w zależności od wykupienia dodatkowych produktów (np. ROR-u lub ubezpieczenia). Tańsza gotówka w PKO BP jest więc dostępna w ramach wielu ścieżek, nie trzeba mieć Karty Dużej Rodziny. A i tak najważniejsza jest zdolność kredytowa, a w tej mierze specjalnych, łagodniejszych zasad jej badania bank nie zadeklarował.

      Ruszy rewolucja? PKO wprowadził nowy program systematycznego oszczędzania

       Ostatnim z PKO-wskich bonusów dla rodzin wielodzietnych jest obniżenie o połowę prowizji za przyznanie kredytu hipotecznego. No, to już oznacza wymierną oszczędność "na starcie" spłacania kredytu na poziomie 1000-2000 zł (w zależności od kwoty kredytu). Jednak każdy, kto ma pojęcie o kosztach kredytów hipotecznych, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że prowizja za jego udzielenie to ostatnia rzecz, jaką trzeba się kierować przy wyborze banku. Kluczowe znaczenie - warte nawet kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych w skali kosztów całego kredytu - ma marża banku, rzutująca na wysokość rat, a także koszty związane z ewentualną wcześniejszą spłatą kredytu. Zapewne dlatego rodzinnych preferencji dotyczących marży największy polski bank przezornie nie zapowiedział ;-). W BOŚ Banku pakiet korzyści dla rodzin wielodzietnych jest podobny, więc nie będę go szczegółowo omawiał. Bank zaoferuje za darmo ROR oraz kartę kredytową, a także nie pobierze prowizji za pożyczkę odnawialną w koncie i za udzielenie kredytu gotówkowego

      Generalnie pakiet bankowych zniżek dla rodzin wielodzietnych wygląda dość blado. Nie ma zachęt w postaci lepszego oprocentowania oszczędności, ani jakichś specjalnych programów typu cash-back na zakupy w aptekach, sklepach spożywczych, z zabawkami, albo artykułami higienicznymi. Nie widać specjalnych programów rabatowych w sklepach z wózkami i pieluchami, nie ma deklaracji szczególnego podejścia do rodzin wielodzietnych przy oferowaniu kredytów hipotecznych (np. w kwestii wkładu własnego, który trudniej jest uskładać mając piątkę dzieci na utrzymaniu, nieprawdaż?). Zero pakietów ubezpieczeniowych, które oferują domowe assistance w przypadku np. choroby dziecka w wieku szkolnym, przedszkolnym itp. (a są na rynku produkty oferujące w takim przypadku np. darmowe korepetycje). Pisząc wprost: banki się nie wysiliły, więc byłoby lepiej, gdyby za bardzo się nie puszyły jak to one kochają rodziny wielodzietne. Na razie jest to miłość (prawie) platoniczna.

      SUBIEKTYWNIE W "PYTANIU NA ŚNIADANIE". Telewizja śniadaniowa TVP2 od czasu do czasu zaprasza bohaterów historii opisywanych w blogu "Subiektywnie o finansach", żeby przestrzegli widzów przed niefajnymi praktykami finansistów. Kilka dni temu, razem zczytelniczką blogu, której udało się wygrać proces z bankiem o ubezpieczenie niskiego wkładu własnego (szło o niebagatelną kwotę 10.200 zł), wpadliśmy więc na Woronicza iopowiedzieliśmy o tym jaka jest prawda. Obejrzyjcie i posłuchajcie!

      pnsnww2

      JAK WYPLĄTAĆ SIĘ Z TOKSYCZNEJ POLISY? Moje pomysły na to znajdziesz w książce"100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. Dowiesz się kiedy warto zerwać polisę, a kiedy warto dać jej jeszcze szansę i jak ją zmienić, żeby mieć przynajmniej cień szansy, że zacznie zarabiać. To również idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      SUBIEKTYWNOŚĆ W ODDZIAŁACH CREDIT AGRICOLE! Niektórzy klienci banku już to zapewne zauważyli, zaś pozostałych z największą przyjemnością informuję: specjalne wydanie mojej bestsellerowej książki "Jak pomnażać oszczędności" jest już dostępne we wszystkich placówkach Credit Agricole. Każdy klient banku, który chciałby uzupełnić swoją wiedzę lub wyjaśnić wątpliwości przed wyborem lokaty, funduszu lub programu oszczędzania, ma szansę na miejscu poczytać, przekonać się co o tym wszystkim myślę i sprawdzić czy podejmuje słuszną decyzję. Specjalne wydanie książki jest opatrzone rysunkami Andrzeja Mleczki, a także przedmową samcikową oraz uzupełnione o kilka odniesień do produktów banku. Jestem pewien, że pracownicy Credit Agricole, wyposażeni w taką "pomoc naukową", będą obsługiwali Was z najwyższym pietyzmem, a i Wy chętniej zabierzecie się za oszczędzanie i budowanie swojego finansowego bezpieczeństwa, a potem - pomyślności i zamożności.  

      NIE WIESZ JAK ZROBIĆ PIERWSZY KROK W INWESTOWANIU? Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. Książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" doczekała się już drugiego, poszerzonego wydania, i stała się rynkowym bestsellerem. Szczerze polecam!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Te dwa banki kochają rodziny wielodzietne. Miłością (prawie) platoniczną. Pic na wodę?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 sierpnia 2014 07:48

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line