Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 27 czerwca 2016
    • Masz je w szufladzie? To już zarobiłeś na Brexicie 10%. Złoto znów świeci pełnym blaskiem

      MWEQ137_gold_s_20160624133510_ZHPiątkowa panika na rynkach kapitałowych - wynikająca z decyzji Brytyjczyków, by opuścić (a być może tym samym rozwalić) Unię Europejską - zwróciła uwagę wielu posiadaczy pieniędzy na inwestycje "antysystemowe". Takie, które mają zarabiać wtedy, kiedy na świecie panuje niestabilność. Pełnym blaskiem zaświeciło m.in. złoto, którego cena tylko w piątek poszła w górę o... okrągłe 10%. Jeszcze w czwartek po południu za uncję złotego kruszcu (31,1 grama) płacono 4810 zł, zaś w piątek - gdy podano sensacyjny wynik głosowania Brytyjczyków - za tę samą uncję trzeba było dać już 5290 zł, czyli o 480 zł więcej. A w sklepach handlujących złotymi sztabkami i monetami ceny są jeszcze wyższe: w Mennicy Wrocławskiej jednouncjowa sztabka Kinebar kosztuje 5668 zł, a w Mennicy Polskiej podobna, ale "krajowa" - 5750 zł. To najwyższa cena złota od trzech i pół roku. W górę poszło gwałtownie nie tylko złoto, ale też - na przekór wszechogarniającym rynki spadkom - akcje największych światowych kopalń złota: Barrick Gold (plus 5,8 proc.), GoldCorp (5,2 proc. w górę), RandGold Resources (6,6 proc. na plusie).

      Czytaj też: Jak żyć po Brexicie? Jak długo waluty będą drożały? Jak lokować pieniądze?

      I, powiedzmy sobie szczerze, hossa na rynku złota nie zaczęła się w piątek, lecz trwa najmarniej od pół roku. Kto ma w domu jednouncjową złotą monetę (pod warunkiem, że jest to moneta bulionowa, a nie żaden pozłacany medal pamiątkowy) w ciągu roku zyskał na niej grubo ponad 900 zł, czyli jedną piątą jej wartości. Powód? Po pierwsze po raz pierwszy od trzech lat przestała spadać cena złota wyrażona w dolarach. Od 2012 r. złoto taniało i taniało, zjeżdżając z 1700 "zielonych" za uncję do niespełna 1100 dolarów pod koniec zeszłego roku. Wierni czytelnicy mojego blogu pamiętają, jak zaklinałem się, że złoto będzie w tym roku moją ulubioną inwestycją, gdy jego cena zbliży się do 1000-1100 "zielonych" za uncję. Kto wziął sobie tę myśl do serca - jest górą. Teraz złoto kosztuje już 1320 dolarów za uncję, a jeśli dodać do tego umocnienie się dolara wobec złotego, to mamy najbardziej pomyślną koincydencję z możliwych.

      gold1

      Jeszcze do niedawna wydawało się, że 20% wzrostu cen kruszcu od początku roku to maksimum tego, na co można było liczyć w przypadku inwestycji w sztabki. Złoto bowiem zwykle bardzo źle znosi wzrost kursu dolara i towarzyszące mu zapowiedzi wyższych stóp procentowych (jeśli na depozytach i obligacjach dobrze się zarabia to nie ma powodu, żeby kupować złoto). A właśnie to działo się tej wiosny. O ile jednak dolar wciąż pozostaje silny (bo "nie ma z kim przegrać"), o tyle podwyżki stóp procentowych w Stanach nie są już wcale takie pewne, bo gospodarka nie zdołała się rozbujać do tego stopnia, by trzeba było ją schładzać. A wieści z piątku dodatkowo dolały oliwy do ognia. I nie chodzi wyłącznie o to, że złoto jest "bezpieczną przystanią" w niebezpiecznych czasach, do których - jak wiele na to wskazuje - właśnie się zbliżamy. To krótkoterminowy pretekst do "złotej hossy", ale na pewno nie jedyny. 

      Czytaj: Brexit straszy? Ta inwestycja lubi takie brewerie. 300% w rok i zabawa w bank

      Czytaj też: Gdzie przechowywać złoto i dolary? Są już firmy, które w tym pomagają

      Drugim jest to, że wizja Brexitu zwiastuje spowolnienie gospodarki europejskiej i daje niemal gwarancję, iż jeszcze przez długie lata będziemy mieli na Starym Kontynencie zerowe lub wręcz ujemne stopy procentowe. To może wywrzeć presję na amerykańskim banku centralnym, żeby też nie szalał z podwyżkami stóp w Stanach. I już sam ten fakt wystarczył, by w piątek cena złota wystrzeliła w górę. Jest i inny argument: zwolennicy wzrostu cen na rynku złota prognozują, że gwałtowny spadek wartości funta brytyjskiego (o ile utrzyma się dłużej), zdestabilizuje sytuację na całym rynku walutowym i zmusi banki centralne innych głównych potęg gospodarczych do działań mających na celu osłabianie ich walut. Choćby po to, żeby polepszyć konkurencyjność własnego eksportu. Gdyby rzeczywiście doszło do takiej "wojny walutowej", to złoto nie tylko byłoby bezpieczną przystanią, ale też i zabezpieczeniem przed spadkiem wartości pieniędzy przechowywanych w banku.

      Ci z analityków, którzy obstawiają, że złoto nie przestanie drożeć, wysuwają też taki argument, że ostatnio więcej kruszcu kupują banki centralne, chcące zdywersyfikować swoje rezerwy walutowe. Według Światowej Rady Złota banki kupiły w drugiej połowie zeszłego roku 336 ton złota, czyli o 25 proc., niż w poprzednim półroczu. Ale w pierwszym kwartale bieżącego roku było już słabiej (zerknijcie na poniższą tabelkę). W internecie mnóstwo jest opinii analityków mniej lub bardziej renomowanych firm finansowych przepowiadających, że złoto jeszcze w tym roku osiągnie 1400, 1500, a nawet 1900 dolarów za uncję.

      goldpopyt

      Z drugiej strony liczby (te powyżej) mówią, że popyt zgłaszany przez jubilerów - to najbardziej stabilna część popytu na złoto, w niektórych momentach odpowiada nawet za połowę globalnego popytu - jest ostatnio mniejszy, niż oczekiwano (tylko 480 ton, gdy w poprzednim kwartale było 663 tony). A na samym popycie inwestycyjnym - ta część popytu waha się od 200 do 700 ton kwartalnie - "złota hossa" zbyt długo się nie utrzyma. Zwłaszcza jeśli w ramach tego popytu inwestycyjnego - a tak było w pierwszym kwartale bieżącego roku - wzrost będą notowały nie zakupy fizycznego złota (sztabek, monet), tylko ETF-ów i funduszy inwestycyjnych kupujących kontrakty terminowe na złoto. Nie można też zapominać, że wystarczy zwiększenie prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych w USA i gorące nastroje na rynku złota mogą obniżyć swoją temperaturę.

      Czytaj też: Brexit? Nie wierzę. Ale policzyłem ile by kosztował czarny scenariusz

      Czytaj też: Frankowicze już cierpią po Brexicie. Co będzie dalej?

      W Polsce firmy handlujące złotem zaczęły mocniej walczyć o klientów już kilka miesięcy temu, kiedy weszły na rynek z planami systematycznego oszczędzania... sztabek złota. W ramach tych planów klient wpłaca określoną kwotę miesięcznie albo kwartalnie, kupując wirtualne "kawałki" złota. Jeśli uzbiera większą porcję, może poprosić o jej wysłanie jako fizyczną sztabkę. Ciekaw jestem czy złoto znów zaczną oferować swoim klientom aktywnie banki, zamiast depozytów walutowych.

      Akcja Dywidenda jak w banku
      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      Kupowanie złota to rodzaj inwestycji, tyle że alternatywnej. Ale powinna ona podlegać takim samym zasadom, jak każda inna inwestycja. A więc nie należy kupować dużych porcji naraz, lepiej rozłożyć transakcję na raty. No i na pewno dziś - po 20%-owym wzroście ceny - nie jest to już tak atrakcyjna lokata kapitału jak wtedy, gdy cena uncji złota szorowała po dnie (czyli pod poziomem 1100 "zielonych" za uncję). Złoto pokazuje swoją siłę właśnie w takich chwilach, jak ostatni piątek - gdy wszystko się wali i trudno oszacować konsekwencje wydarzeń, które dzieją się wokół nas. Kto ma je w portfelu - na tym zarabia. Kto kupuje dopiero w sytuacji kryzysowej, w odruchu paniki, powinien liczyć przede wszystkim na to, że złoto w długim terminie ochrony wartość nabywczą jego oszczędności.

       
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Masz je w szufladzie? To już zarobiłeś na Brexicie 10%. Złoto znów świeci pełnym blaskiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 czerwca 2016 09:04
  • niedziela, 26 czerwca 2016
    • Błaszczykowski, Krychowiak, Fabiański... Zepsuli wielką szansę na oddłużenie frankowiczów? :-)

      polszwaeuro2016Już kilka dni temu, kiedy okazało się, że polscy piłkarze w 1/8 finału Mistrzostw Europy zmierzą się ze Szwajcarami, przebiegło mi przez myśl, że Lewandowski, Błaszczykowski, Milik, Krychowiak i ekipa mają niepowtarzalną okazję na to, żeby.... rozwiązać problem kredytów frankowych. Nie, nie dlatego, że rozniosą Szwajcarów i tym samym dokonają krwawej zemsty za lata upokorzeń i wysokich rat. Powiedzmy sobie szczerze: zemsta jest mało konstruktywna i nie rozwiązuje żadnych problemów, co najwyżej poprawia na chwilę humor. A my tu mamy na karku 550.000 kredytów, z których najmarniej 180.000 ma wartość wyższą, niż nieruchomości, które są ich zabezpieczeniem. Dwa miliony ludzi nerwowo spogląda codziennie na tabele kursów i zastanawia się, czy dziś będzie Brexit, Grexit, czy upadnie Lehman Brothers, czy też może upadnie (na głowę) prezes szwajcarskiego banku centralnego.

      Jak Lewandowski i ekipa mogli pomóc? Cóż, zarobki Lewego pozwoliłyby spłacić niejeden kredyt frankowy, ale rozwiązaniem strukturalnym raczej nie będą. Myślałem o czymś innym. Skoro tak tym Szwajcarom zależy na wejściu do kolejnej rundy Euro 2016, to niech sobie tam wchodzą, wolna droga. Mogliśmy im nie przeszkadzać. Milik  celowałby z pięciu metrów tak, jak celował w meczu z Niemcami, a Lewandowski - tak, jak w meczu z Ukrainą. Pazdan nie wkładałby nogi, gdzie nie trzeba, a Fabiański nie latał zbyt wysoko. Oczywiście to wszystko nie za darmo. W zamian za to Szwajcarzy - skoro im tak zależy - wyświadczyliby nam pewną drobną przysługę. A konkretnie dla naszych frankowiczów. A w zasadzie nie przysługę, tylko zrzutkę. Przelewik. A mają z czego się zrzucać, bo to bogaci ludzie. Taki przeciętny Szwajcar ma 6000 na rękę. Franków, nie złotych. W złotych, licząc po piątkowym kursie, 24.600 zł. A że takich bogatych Szwajcarów jest 8 milionów, to gdyby każdy oddał. tylko 10% tej swojej przeciętnej pensji raz w roku, to w ciągu siedmiu lat rozwiązaliby problem polskich frankowiczów.

      Czytaj też: Stawka meczów na Euro 2016? Niektórzy grają o milion złotych! Miesięcznie!

      Czytaj też: Są sukcesy na Euro 2016? Policzyłem dlaczego. Bo Polska... drożeje w oczach!

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      Ale i tego od nich nie oczekiwałbym. Wiadomo, że 10% pensji - nawet bardzo wysokiej - to jednak jest kwota. Koszty życia w Szwajcarii są wysokie i nie można było wymagać od Szwajcarów aż takich poświęceń. Chociaż jak ktoś ma tyle kasy, że odrzuca w referendum nawet projekt zakładający wypłacanie każdemu 2500 franków miesięcznie, to może byłoby go stać, żeby nam przekazać te parę franków... Gdyby Szwajcarzy przegłosowali ten dochód podstawowy, to myślę, że można byłoby ich nakłonić, żeby przez pół roku oddawali jedną trzecią tej sprezentowanej przez państwo kwoty i dzięki temu spłaciliby 35 mld franków, które pożyczyli kiedyś komuś z międzynarodowej finansjery, a ten ktoś pożyczył je nam, rękami naszych wspaniałych banków. Ten wtręt służy oczywiście zbudowaniu w Szwajcarach odpowiedniego poczucia winy, które pomogłoby im w decyzji o narodowej zbiórce w celu wyratowania bratniego narodu polskiego z frankowej pułapki. Że co? Niezbyt bratniego? A kto w Polsce nie wie, że czekolada Milka jest od szwajcarskiej krowy? Który oligarcha nie trzyma pieniędzy w szwajcarskim banku? :-)

      Czytaj też: Klienci tego banku zarabiają na grze naszych na Euro. Będzie 3%?

      Miałbym jednak dla Szwajcarów mniej kontrowersyjny pomysł, niż składka pochodząca z ich wysokich comiesięcznych pensyjek, z którymi - zwłaszcza w braku dochodu podstawowego - mogliby nie chcieć się tak łatwo rozstać. Było lepsze źródło gotówki, która mogłaby rozwiązać problem polskich frankowiczów. Według raportu firmy Alllianz o światowym bogactwie aktywa finansowe Szwajcarów wynoszą, licząc na głowę mieszkańca, 157.000 euro netto (czyli po potrąceniu długów). Wystarczyłoby, żeby każdy Szwajcar - prowadzony wyrzutami sumienia - te swoje aktywa dobrowolnie opodatkował się jednorazowo stawką 3% (4400 franków na głowę), to wystarczyłoby na spłatę wszystkich naszych długów frankowych.

      allianz201411

      Czy przeciętny Szwajcar nie chciałby oddać 3% swoich oszczędności, by wejść do ćwierćfinału Euro 2016? :-). Można było z nimi porozmawiać, bo lepszej i łatwiejszej okazji, żeby załatwić kredyt frankowy, raczej już nie będzie. "Chłopaki, i tak macie ujemne stopy, więc sami nic nie strzelicie, ale my możemy pomóc. Za 35 miliardów :-))". Niestety, ta furtka jest już zamknięta. A konkretnie zamknął ją Krychowiak, strzelając ostatniego karnego w meczu ze Szwajcarią w 1/8 finału Euro 2016. I Błaszczykowski, strzelając Szwajcarom gola na 1:0. I Fabiański, wyjmując wszystkie piłki, które dało się obronić. Tylko Milik wykazał trochę empatii dla frankowiczów i (nie) trafiał jak zwykle (pomijając gola z Irlandią Północną) ;-). Po meczu ze Szwajcarią frankowicze wciąż są więc z pętlą na szyi. Ale za to.... zemsta za drogiego franka została dokonana, a polska reprezentacja piłkarska awansowała do czołowej ósemki najlepszych drużyn Europy!!! :-). To bezcenne, bo całe pokolenia Polaków sukcesy polskich piłkarzy znały do tej pory tylko z legend i opowieści.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Błaszczykowski, Krychowiak, Fabiański... Zepsuli wielką szansę na oddłużenie frankowiczów? :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 czerwca 2016 10:03
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • Życie na Brexicie. Czas zaciskać pasa? Kupować dolary? Gdzie i jak ulokować pieniądze?

      Dług frankowiczów większy o 6,6 mld zł. Wartość spółek giełdowych mniejsza o 21,5 mld zł. To pierwsze liczby opisujące skalę zamieszania powstałego po głosowaniu Brytyjczyków nad wyjściem z Unii Europejskiej. Znowu - tak jak po bankructwie Lehman Brothers - wkraczamy z naszymi portfelami na nieznane wody. Wtedy, we wrześniu 2008 r., okazało się, że bankructwo wielkiego banku inwestycyjnego, powiązanego międzynarodową siatką zależności finansowych z całym światem, może doprowadzić do krachu cały system finansowy. Rządy wydały biliony euro i dolarów, by uniknąć globalnego załamania. Teraz problem jest inny, ale sytuacja równie nieprzewidywalna - zastanawiamy się w jakiej postaci przetrwa Unia Europejska po tym jak jeden z jej filarów - druga największe gospodarka Unii - postanowił się wypisać. Ile będziemy teraz płacili za kredyty? Czy kurs złotego będzie nadal spadał? Jak lokować oszczędności w takich czasach? To pytania, które wszyscy sobie zadajemy.

      Czytaj: Brexit straszy? Ta inwestycja lubi takie brewerie. 300% w rok i zabawa w bank

      JAK DŁUGO FRANK, DOLAR I EURO BĘDĄ TAKIE DROGIE?  Dziś inwestorzy są zaskoczeni i przenoszą kapitał tam, gdzie jest spokojniej, niż w Europie. To dlatego tak podrożał dolar (kosztuje prawie 4 zł) i frank szwajcarski (4,1 zł, ale w piątek rano było nawet 4,25 zł) oraz złoto (kosztowało w piątek 1330 "zielonych" za uncję). To lokaty kapitału uznawane za spokojną przystań na niepewne czasy. Czy kilkunastogroszowa przecena złotego jest trwała? Tak długo, jak długo inwestorzy będą się bali ryzyka, będziemy płacili wyższe raty kredytów frankowych, droższe będą wycieczki zagraniczne oraz towary z importu. Ale przecena złotego wydaje się być nadmierna. Nasza waluta w piątek była drugą najszybciej taniejącą względem dolara na świecie (zaliczyła spadek o 5,6%) - bardziej tracił tylko funt (minus 10%).

      usdpln20163lata

      Wydaje się, że to lekka przesada, nawet biorąc pod uwagę, że w lipcu czeka nas decyzja agencji Fitch dotycząca ratingu dla Polski. Choć z drugiej strony jeśli porównać kurs złotego w dolarach z kursami norweskiej korony i węgierskiego forinta, to wychodzi na to, że w ostatnich trzech latach złoty zachowywał się lepiej od tych walut. A zatem - jeśli Polska miałaby być przegranym osłabienia Unii Europejskiej, to cena naszej waluty w stosunku do dolara jest jeszcze relatywnie ... wysoka

      UDPLN3lataznok

      Z kolei porównując tempo osłabiania się złotego i euro w stosunku do dolara w ostatnich trzech latach wychodzi na to, że było ono bardzo podobne (choć ostatnio złoty osłabiał się szybciej). Jeśli tak będzie w dalszym ciągu, to jest szansa, że tracąc do dolara złoty nie będzie tracił zbyt dużego dystansu do euro. No, chyba że awersja do ryzyka będzie się utrzymywała przez dłuższy okres... A ona bardziej będzie szkodziła złotemu, niż euro. Wtedy niebieska i różowa linia na poniższym wykresie się ostatecznie rozjadą i złoty zacznie dostawać po głowie nie tylko do "zielonych".

      USDPLNEUR3lata1

      CZY CZAS KUPOWAĆ "ZIELONE"? A o ile jeszcze może pójść w górę dolar? Według dość popularnych opinii analityków wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej powinno spowodować dojście - jeszcze w tym roku - dolara do relacji 1:1 z euro. "W scenariuszu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej kurs euro do końca roku dojdzie do parytetu z dolarem - zapowiedział w nocie do klientów strateg banku Société Générale, dyr. Kit Juckes" - przeczytałem niedawno w jednej z analiz. Są i prognozy bardziej odważne, mówiące o tym, że euro będzie za kilka miesięcy warte tylko 0,96 dolara. Dziś relacja ta wynosi 1,1...

      euruse3lata2016

      ... co oznacza, że gdyby ten scenariusz miał się zrealizować i euro miałoby kosztować 0,96-1 dolara, to umocnienie "zielonego" w stosunku do euro musiałoby mieć wartość 10-15%. A to oznaczałoby, że obecny kurs dolara wobec złotego (4,01 zł) musiałby pójść w górę jeszcze o jakieś 40-55 gr. (mówimy o horyzoncie kilkumiesięcznym)  Ale czy tak się stanie?

      Dopiero najbliższe dni i tygodnie zdecydują o tym, czy do droższych walut obcych będziemy musieli się przyzwyczaić na dłużej, czy też wszystko "rozejdzie się po kościach". Aby ziścił się ten drugi scenariusz inwestorzy musieliby uzyskać pewność (albo mieć przynajmniej namiastkę pewności), że po Brexicie wszystko - przynajmniej przez jakiś czas - zostanie mniej więcej po staremu. A więc, że to Wielka Brytania poniesie większość kosztów rozstania. I że nie będzie w przewidywalnej przyszłości kolejnych tego typu decyzji w innych krajach (w co dziś trudno jednak uwierzyć). Jeśli "miękkiego lądowania" dla Unii Europejskiej nie będzie - lub też okaże się, że "nowa Unia" będzie bardziej zamknięta na kraje "kłopotliwe", takie jak ostatnio Polska i Węgry - to ani euro, ani inne waluty nie potanieją. Oczywiście euro będzie drożało wolniej, niż dolar i frank, ale to marna pociecha. Według banku inwestycyjnego Morgan Stanley na koniec roku euro będzie kosztowało 4,60-4,65 zł, a frank - 4,40-4,50 zł.

      Trzeba jednak pamiętać, że podobnie czarne prognozy banki inwestycyjne rzucają zawsze w okresie zamierzania rynkowego, a potem często okazuje się, że ich pesymizm jest przesadzony. Po "uwolnieniu" kursu franka przez szwajcarski bank centralny w styczniu 2015 r. większość analityków przepowiadała, że jeszcze przez długie miesiące frank nie spadnie poniżej 4 zł. Spadł po niespełna tygodniu. Niepewna przyszłość Unii Europejskiej i Polski jako jej bardziej lub mniej znaczącego członka to jedno, a chęć zarabiania pieniędzy - to drugie. Polska jest szybko rosnącym, dużym krajem, w którym są relatywnie wysokie stopy procentowe (a więc i szansa na zysk większy, niż można wycisnąć z inwestycji w Europie Zachodniej). Gdy ustąpi awersja do ryzyka, powinien też powrócić kapitał. I być może znów zobaczymy złotego bliżej 4 zł, niż 5 zł.

      Czytaj też: Brexit? Nie wierzę. Ale policzyłem ile by kosztował czarny scenariusz

      Czytaj też: Frankowicze już cierpią po Brexicie. Co będzie dalej?

      CZY FUNT ODBIJE SIĘ OD DNA? Brytyjska waluta jest najtańsza wobec dolara od ponad 30 lat! Czy może być jeszcze tańsza? Jeszcze przez jakiś czas funt może pozostać na cenzurowanym, bo nie wiemy jakie straty poniesie tamtejsza gospodarka w wyniku decyzji wyborców. Nie wiadomo czy wielkie banki inwestycyjne będą chciały nadal robić interesy w londyńskim City, czy Unia Europejska nie wprowadzi jakichś ceł i ograniczeń handlowych w relacjach z Wielką Brytanią (choćby po to, żeby odstraszyć inne kraje przed podobnymi decyzjami), czy i ewentualnie o ile spadną nowe inwestycje zagraniczne w Wielkiej Brytanii (część potencjalnych inwestorów może nie chcieć lokować swoich fabryk w kraju mającym niestabilne relacje z najbliższym otoczeniem), czy i o ile spadną ceny nieruchomości, jakie skutki przyniosą ewentualne ograniczenia na rynku pracy dla cudzoziemców i jak to wszystko się odbije na brytyjskiej gospodarce. Są i inne pytania: jak długo będzie trwało opracowywanie nowych traktatów i umów międzynarodowych i czy Wielka Brytania przetrwa do tego czasu w jednym kawałku - Szkoci i Irlandczycy z Północy chcą być dalej w Unii. 

      GBP30lat

      Dziś funt jest po 5,50 zł i raczej nie ma widoków, by mógł powrócić powyżej 6 zł, czyli do cen z początku tego roku. Niektórzy analitycy spodziewają się nawet zjazdu funta do poziomów 5,20-5,30 zł. Ale jeśli złoty też pozostanie słaby, to być może za funta nie będziemy płacili w najbliższym czasie dużo mniej, niż dziś. Dostałem ciekawy komentarz zahaczający o tę sprawę, autorstwa Davida Zahna z Franklina Templetona.

      "Wielka Brytania nie negocjowała żadnych dwustronnych umów handlowych od 1976 r., zatem powstaje pytanie, jak szybko da się to zrobić teraz. Nie chodzi tu tylko o handel, ale także o przepływ siły roboczej czy też tak ważne kwestie, jak ruch lotniczy: Unia ma ponad 60 różnych umów z krajami na całym świecie, na mocy których samoloty z Unii mogą poruszać się w przestrzeni powietrznej tych krajów i lądować na ich terytorium. Wielka Brytania nie ma podpisanej nawet jednej takiej umowy. Ten przykład ilustruje skalę problemów, z jakimi trzeba będzie się zmierzyć".

      CZY CZEKA NAS ZACISKANIE PASA? Słabnący złoty powoduje oczywiście, że więcej zarabiają firmy eksportujące polskie towary za granicę, ale jednocześnie więcej płacimy za elektronikę i droższe są też nasze podróże. To skala mikro. A makro? Jeśli utrzyma się wysoki kurs euro i dolara, to będziemy płacili wyższe odsetki od zadłużenia zagranicznego (jesteśmy winni inwestorom zagranicznym 120 mld euro, z czego spora część to zadłużenie wyrażone w walutach obcych). Częściowo uda się to zrekompensować zyskami księgowymi, które osiągnie NBP dzięki rewaluacji posiadanych rezerw walutowych. W długim terminie niestety wygląda na to, że możemy stracić część pieniędzy z Unii Europejskiej, bo Wielka Brytania to trzeci największy płatnik netto i bez jego składek programy unijnych dopłat zostaną okrojone. Polskie firmy mogą mieć utrudniony dostęp do rynku brytyjskiego, bo granice Unii i Wielkiej Brytanii zapewne zostaną przymknięte (możliwe jest wprowadzenie ceł na niektóre towary). A przecież rocznie sprzedajemy do Wielkiej Brytanii towary za 50 mld zł (jest to drugi po Niemczech największy nasz partner zagraniczny). No i trzeba się też liczyć z tym, że wzrośnie oprocentowanie sprzedawanych przez Polskę nowych obligacji.

      polish10ybonds3lata

      Ich rentowność jeszcze półtora roku temu wynosiła 2%, a teraz zbliża się do 3,3% (przy takim oprocentowaniu inwestorzy handlują nimi między sobą). Jeśli inwestorzy uznają, że Unia Europejska po wyjściu Wielkiej Brytanii skonsoliduje się do sześciu-ośmiu najbogatszych krajów, pozostawiając resztę krajów na marginesie, to nasza wiarygodność dodatkowo spadnie. To wszystko może rozsadzić budżet państwa, który i tak się nie spina (rząd wydaje o 40-50 mld zł więcej, niż zbiera z podatków).  Jeśli spojrzycie na wykres rentowności polskich obligacji w ostatnich 10 dniach, to zobaczycie, że mały strach już obleciał inwestorów, którzy pożyczyli Polsce pieniądze. Jeśli wiarygodność Polski będzie nadal spadała, to połączenie kłopotów z eksportem do Anglii, wysokiego kursu euro oraz coraz wyższego oprocentowania nowo sprzedawanych obligacji może zmusić polski rząd do zaciskania pasa - np. ograniczenia programu "Rodzina 500 plus" i rezygnacji z innych obietnic wyborczych. Alternatywą jest  wzrost podatków. Odpowiedź na pytanie zawarte w śródtytule brzmi więc następująco: tak, grozi nam zaciskanie pasa, jeśli wskutek zaistniałej sytuacji wiarygodność Polski w świecie inwestorów się pogorszy.

      polish10ybonds10dni1

      CZY WYCOFYWAĆ OSZCZĘDNOŚCI Z GIEŁDY? Dla dwóch milionów drobnych inwestorów posiadających akcje lub udziały w funduszach inwestycyjnych lokujących w akcje dzień po referendum był bardzo trudny. WIG20 na początku sesji tracił nawet 8% i przypominało to regularny krach. Ale koniec dnia nie wyglądał już tak źle - WIG i WIG20 kończyły dzień stratami w okolicach 4,5%. To oczywiście ciężkie spadki, ale nie "pękła" żadna ważna bariera na wykresach indeksów, a inwestorzy stracili "tylko" to, co zarobili do tej pory od początku czerwca. Brexit na długą metę może być kiepską wiadomością dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ale wiele polskich firm w perspektywie najbliższych kwartałów może zyskać na droższym euro (np. firmy produkujące meble, jak Forte, czy producenci AGD, jak Amica, jak również gier komputerowych jak CD Projekt). W skórę w wyniku drogich walut mogą dostać dystrybutorzy sprzętu komputerowego, jak Komputronik, czy ABC Data (będą musiały dyktować klientom wyższe ceny), firmy z branży odzieżowej, które szycie ubrań wyprowadziły w dużej części za granicę (Vistula, Monnari, Bytom, LPP).

      wig20rok2016

      Generalnie jednak ceny na warszawskiej giełdzie spadają raczej ze względu na ogólną ucieczkę od bardziej ryzykownych inwestycji, niż z powodów tzw. fundamentalnych (czyli wynikających z braku perspektyw dla polskich spółek). No, chyba że za fundamentalną przesłankę uznamy np. spodziewany spadek strumienia pieniędzy z Unii Europejskiej i odcięcie od Unii drugiego największego partnera gospodarczego Polski.

      Patrząc przez pryzmat wskaźników polskie akcje nie są drogie. Średni wskaźnik Cena/Zysk, mówiący ile złotych trzeba zapłacić za złotówkę zysku firmy przypadającą na jedną akcję) nie przekracza 15. Historia pokazuje, że przy tych poziomach cenowych w USA w kolejnych 10 latach przeciętnie wyciskało się z akcji stopę zwrotu rzędu 6,1%. Więcej na ten temat pisałem jakiś czas temu w blogu, odsyłam do tego wpisu.

      Wskaźnik C/Z dla S&P 500W dodatku polskie spółki płacą ostatnio wysokie dywidendy (wskaźnik stopy dywidendy dla spółek z indeksu WIG20 wynosi ponad 4%), co też może skłonić zagranicznych inwestorów, by się z nimi przeprosiły. Poniżej macie zarówno wskaźnik C/Z jak i najbardziej aktualne wskaźniki dotyczące stopy dywidend dla najpopularniejszych indeksów giełdy amerykańskiej. W obu przypadkach te wskaźniki są na mniej atrakcyjnych poziomach, niż w przypadku polskiej giełdy i naszych największych spółek.

      PE_dow1

      Uważam, że niezależnie od tego jak będzie postrzegana Polska przez inwestorów - a od tego po części zależy wycena akcji polskich spółek - oraz niezależnie od ewentualnych turbulencji wynikających ze spadku eksportu do Wielkiej Brytanii (to nasz drugi największy partner handlowy) część oszczędności, nawet niewielką, trzeba mieć w polskich spółkach płacących dywidendy. Choć oczywiście znam starą giełdową zasadę, że to, co tanie, zawsze może być tańsze. Poniżej macie wykres WIG względem DAX (indeks giełdy we Frankfurcie), CAC (w Paryżu) i DJIA (w Nowym Jorku) za ostatnie trzy lata.

      indices3years

      Jak widzicie, nasz WIG jest relatywnie najniżej, chociaż zyski spółek utrzymują się na dobrym poziomie (tak samo, jak wzrost gospodarki). To oczywiście efekt zmiany władzy w Polsce na mniej sprzyjająca kapitałowi zagranicznemu i niepewności co do losów OFE.  Akcje na giełdzie rosyjskiej są dziś notowane przy wskaźniku Cena/Zysk wynoszącym 7,1 i nikt nie mówi, że są tanie. Znów dwa słowa od Davida Zahna z Templetona (to oczywiście firma zarabiająca na zarządzaniu aktywami, więc ma interes w "naganianiu" do akcji, ale mimo wszystko te argumenty do mnie przemawiają):

      "Rynki nie lubią niewiadomych, a referendum w sprawie Brexitu przyniosło ich całe mnóstwo; nie tylko nie wiemy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijać, ale nie wiemy nawet, kto będzie musiał sobie z nią poradzić. Choć nie jest łatwo w czasach tak silnej zmienności na rynkach, uważamy, że należy zachować długą perspektywę inwestycyjną. Sądzimy, że w nadchodzących tygodniach i miesiącach po tym wstrząsie mogą pojawić się pewne możliwości, ponieważ niektóre obiektywnie atrakcyjne aktywa mogą zostać niesprawiedliwie potraktowane przez rynki w warunkach powszechnej paniki".

      JAK TERAZ LOKOWAĆ PIENIĄDZE? Brexit nie zmienia mojej filozofii, która zakłada, żeby nie trzymać kasy w jednej walucie, ani w jednej klasie aktywów (np. tylko w banku, tylko w obligacjach, tylko w nieruchomościach albo tylko w akcjach). Jeśli masz oszczędności przekraczające 30.000-40.000 zł, to zawsze warto niedużą część z nich zacząć lokować w jakiejś "twardej walucie". Dziś, rzecz jasna, w ogóle nie jest dobry moment, żeby cokolwiek sprzedawać lub kupować (najpierw ceny muszą się ustabilizować), ale docelowo taka dywersyfikacja ma sens. Ewentualne "rozwalenie" Unii Europejskiej de facto oznaczałoby słabszą pozycję Polski na światowym rynku pieniądza i inwestycji, co w powiązaniu z tym, że u władzy w Polsce są - co tu kryć - populiści, oznaczałoby, że warto pomalutku oswajać się z myślą, że złoty nie będzie zyskiwał na wartości. 

      CZAS NA POZAEUROPEJSKIE FUNDUSZE INWESTYCYJNE I ZŁOTO? To, co wydarzyło się w piątek, jest kolejnym sygnałem, że przy lokowaniu oszczędności warto patrzeć szeroko i  nie stawiać wszystkich pieniędzy na jedną kartę - czyli na jeden rynek. Mając kilkadziesiąt tysięcy złotych warto pomyśleć, by część z nich ulokować w amerykańskie spółki, albo w azjatyckie, albo w jakiś fundusz globalny, który przesuwa pieniądze pomiędzy różnymi kontynentami. Osobny rozdział należałoby poświęcić na złoto, którego cena w piątek - licząc w polskich złotych - była najwyższa od trzech i pół roku! Tylko jednego dnia złoto podrożało o 10%. A od początku roku - już o 20%. Są analitycy, którzy przepowiadają, że jeszcze w tym roku uncja złota będzie warta nie 1330 "zielonych", jak dziś, ale co najmniej 1500 dolarów. Jest kilka argumentów, które temu sprzyjają, ale też trzeba pamiętać, że każdy cień podwyżki stóp procentowych w USA jest jednocześnie cieniem na prognozach dla rynku złota. Więcej o złotku napiszę w jednym z kolejnych tekstów "breksitowych".

      Brexit to nie będzie łatwy rozwód: największe światowe banki będą musiały zdecydować czy chcą nadal robić interesy w londyńskim City, czy też przenieść się na kontynent. A największe światowe firmy podjąć decyzję jak działać w przeciętej przez Brytyjczyków Europie. Brytyjczycy będą musieli zdecydować jaką strategię rozwoju gospodarki przyjąć, żeby jak najwięcej "wycisnąć" dla siebie z nowej sytuacji. Nie będzie to łatwe, bo samo "wybicie się na niepodległość" to za mało, żeby się bogacić. Trzeba mieć jeszcze konkurencyjną gospodarkę, wysoko wykwalifikowanych pracowników, dobrą infrastrukturę, przyjazną politykę podatkową, stabilną walutę i dobrze ułożone relacje z otoczeniem. Czy Wielka Brytania wszystkie te atuty utrzyma poza Unią? Zobaczymy. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, więc na pewno kryzys będą chcieli wykorzystać Chińczycy i Amerykanie. Naszym głównym problemem jest to, że jeśli sposobem na utrzymanie jedności Unii Europejskiej stanie się jej zacieśnianie tylko do największych, najbogatszych krajów strefy euro, to na długą metę możemy być największym przegranym tej sytuacji.

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Życie na Brexicie. Czas zaciskać pasa? Kupować dolary? Gdzie i jak ulokować pieniądze? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 09:21
  • piątek, 24 czerwca 2016
    • Brexit! Frankowicze już cierpią, ale co będzie dalej? Co zrobi szwajcarski bank centralny?

      Reakcja kursów walutowych na Brexit nie jest tak szalona, jak na zeszłoroczne „uwolnienie” kursu franka przez tamtejszy bank centralny, ale i tak frankowicze mają dziś podniesione ciśnienie. Wcześnie rano widziałem franka a 4,22 zł, co było najwyższym kursem od stycznia 2015 r., czyli właśnie od słynnej decyzji Szwajcarów, że nie będą już bronić franka przed dalszym umocnieniem. Po kilku godzinach widać, że frank zmierza w kierunku ceny 4,1 zł. Co to oznacza dla 550.000 osób zadłużonych we franku szwajcarskim? Przede wszystkim wzrost raty przeciętnego kredytu walutowego o 70-80 zł miesięcznie (przy założeniu, że wzięliśmy 150.000 franków i płacimy miesięcznie jakieś 500 franków raty).

      50.000 LUDZI W NIEBEZPIECZNEJ STREFIE? Drugim skutkiem jest wzrost zadłużenia. Każde 10 gr. wzrostu kursu franka oznacza mniej więcej 3,5 mld zł wzrostu pozostałego jeszcze do spłaty zadłużenia. Już przy kursie franka na poziomie 3,9 zł prawie 230.000 kredytów hipotecznych miało wartość większą, niż wartość nieruchomości, która jest zabezpieczeniem tych kredytów (z tego 180.000 to kredyty frankowe). Aż 400.000 kredytów (czyli co piąty udzielony) miało wartość przekraczającą 80% wartości zabezpieczenia. Jeśli przyjmiemy, że rozkład jest w miarę symetryczny (czyli w poszczególnych przedziałach LTV mieści się mniej więcej tyle samo kredytobiorców), to frank po 4,1-4,2 zł może sprowadzić w niebezpieczną strefę nawet kolejnych 50.000 kredytów frankowych  To zła wiadomość nie tylko dla kredytobiorców, ale i dla banków, którym Komisja Nadzoru Finansowego może znów ciosać kołki na głowach i żądać domiarów kapitałowych. Banki raczej nie będą żądały od takich kredytobiorców dodatkowych zabezpieczeń (choć oficjalnie nikt o tym nie chce mówić).

      WYŁĄCZ TELEFON I WYJEDŹ. Frankowym kredytobiorcom radzę po prostu wyjechać na kilka dni tam, gdzie nie ma zasięgu, pić wino i przeczekać. Nie ma gwarancji, że frank wróci do poziomów poniżej 4 zł, ale kiedy miną największe emocje związane z niespodziewaną decyzją Brytyjczyków, to inwestorzy zaczną racjonalniej patrzeć na krótkoterminowe skutki Brexitu (a one będą niewielkie, bo sama operacja "odspawania" Wielkiej Brytanii potrwa najmarniej dwa lata). Już teraz widać, że po pierwszym szoku kurs franka się uspokaja. Warto więc wziąć głębszy oddech i spokojnie poczekać kilka dni. Jeśli dziś lub jutro przypada płatność raty kredytowej, to może opłaci się poczekać z jej uregulowaniem. Bank nie zdąży zareagować, a płatność przypadnie na bardziej stabilny moment. Niewykluczone, że szwajcarski bank centralny będzie interweniował, by nie dopuścić do nadmiernego umocnienia się franka. Bo jeśli frank będzie kosztował tyle, ile euro (a dziś kursy tych walut się do siebie zbliżają), to bardzo mocno zaszkodzi to szwajcarskiej gospodarki. Trzymajmy kciuki, by SNB nie dopuścił do umocnienia się franka wobec euro. 

      frankibudzetdomowyILU MOŻE ZBANKRUTOWAĆ? A jeśli droższy frank utrzyma się dłużej, bo np. inwestorzy dojdą do wniosku, że mamy początek końca Unii Europejskiej i Polska staje się mniej bezpiecznym krajem? Niewykluczone, że wzrośnie liczba osób, które nie są w stanie udźwignąć kosztów obsługi kredytu. Ilu osób mogłoby to dotyczyć? Z ostatnich danych KNF wynika, że na koniec zeszłego roku kredytów frankowych nie spłacanych w terminie było 35.500 kredytów o wartości prawie 11 mld zł (co jest kroplą w morzu prawie 2 mln czynnych umów kredytowych). Z badań, przeprowadzonych ostatnio przez firmę TNS na zlecenie Instytutu Jagiellońskiego wynika, że 14% frankowych kredytobiorców przeznacza na ratę swojego kredytu więcej, niż 35% dochodów. Te 14% przekłada się na 75.000 umów kredytowych. Można założyć, że gdyby frank na dłużej miał utrzymać się w rejestrach 4,1-4,2 zł, to mogłoby to spowodować niewypłacalność kolejnych 20-30.000 klientów. A więc niemal podwoić grupę osób już dziś będących bankrutami (bo jak inaczej ocenić sytuację, gdy ktoś nie jest w stanie opłacać nawet rat kredytu hipotecznego?

      POLITYCY DOSTANĄ ZNÓW ROZWOLNIENIA. Z całą pewnością drogi frank będzie czynnikiem, który spowoduje dodatkową presję na polityków, by powstała ustawa rozwiązująca sprawę kredytów frankowych. Niezależnie od tego jakie i jak bardzo długoterminowe skutki będzie miał Brexit dla notowań franka szwajcarskiego, mamy kolejny namacalny dowód na to, że każde zawirowanie na świecie przekłada się za pośrednictwem naszego 150-miliardowego długu w walucie obcej na sytuację dużej grupy polskich konsumentów. A to nigdy nie jest bezpieczne. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit! Frankowicze już cierpią, ale co będzie dalej? Co zrobi szwajcarski bank centralny?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 czerwca 2016 09:57
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • Brexit: czarny scenariusz. Policzyłem ile mógłby nas kosztować. Kto najbardziej oberwie?

      Brexit, jakkolwiek może mieć dla Brytyjczyków dobre strony, skoro dziś dokładają się do budżetu Unii Europejskiej kwotą 9 mld euro rocznie i czują się z tym źle, to jednak - przynajmniej przejściowo - może spowodować turbulencje w ich gospodarce. Odpływ inwestorów obawiających się "zwijania się" gospodarki brytyjskiej, turbulencje w branży finansowej, która zdecydowanie woli wolne przepływy kapitału od ograniczonych (zmniejszą się więc zyski banków, które są ważnym pracodawcą w Londynie), spadek kursu funta, a więc i siły nabywczej dochodów Brytyjczyków... Ogólnie: niezły burdel ;-)

      Na dłuższą metę może okazać się, że to bardziej Unia Europejska potrzebuje Wielkiej Brytanii, niż Anglicy Unii. I efekt będzie taki, że podpisze się między Brukselą i Londynem nowe traktaty, bardziej korzystne dla Brytyjczyków, lecz dające im dużo przywilejów w handlu z Unią. Może się też okazać, że Unia Europejska i tak jest już trupem (albo raczej ledwo trzymającą się na nogach szkapą, którą każdy kraj ciągnie w swoją stronę), więc ten, kto z niej wyjdzie pierwszy, na tym wygra. Kto wie? Na krótką metę może być jednak nerwowo. A jak jest nerwowo to kto obrywa po uszach? Tak, Polak obrywa. Postanowiłem, uprzedzając sytuację, sprawdzić ile - w czarnym scenariuszu - moglibyśmy stracić na tym, że Brytyjczycy sobie wyszli z Unii, a my nie. Od razu zastrzegam: nie bardzo wierzę w ten czarny scenariusz. Ale we franka po 4 zł też nie wierzyłem, więc to żadna pociecha ;-).

      PRZEKAZY Z LONDYNU: 8 MLD ZŁ W PLECY? Jednym z "docelowych" skutków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej byłoby zapewne utrudnienie pracy zarobkowej imigrantom. Wyspy brytyjskie są jednym z najpopularniejszych miejsc zarobkowych wśród polskich emigrantów. Spośród ponad 2 mln Polaków pracujących na stałe za granicą mniej więcej 800.000 mieszka w Wielkiej Brytanii. Dużej części z nich - niektórzy mówią, że wszystkich, ale nie wierzę, by Brytyjczycy byli tak głupi, by wyrzucać polskich lekarzy, czy informatyków - nie uda się spełnić kryteriów koniecznych do otrzymania prawa starego pobytu na Wyspach. Co by oznaczało? Statystyczny polski emigrant zarobkowy przesyła do kraju 300 funtów miesięcznie, co oznacza, że cała armia Polaków-pracusiów rocznie przesyła z Anglii 3 mld funtów. Gdyby połowa z nich została zmuszone do wyjazdu, to wysechłby strumień półtora miliarda funtów rocznie. Te pieniądze - w przeliczeniu 8 mld zł - w większości wydawane są w Polsce na konsumpcję i zasilają nasze PKB.

      brexinfo1

      EKSPORT POLSKICH FIRM NA WYSPY: 3 MLD ZŁ W PLECY? Brexit może osłabić funta względem innych walut, co oznaczać będzie wzrost cen w sklepach (większość artykułów spożywczych Brytyjczycy importują z Europy kontynentalnej) i spadek stopy życiowej mieszkańców Wysp. Być może przejściowy, bo na dłuższą metę może okazać się, że to bardziej Unia Europejska potrzebuje Wielkiej Brytanii, niż Anglicy Unii. Na razie jednak stopa życiowa Brytyjczyków może spaść. A to odbiłoby się na polskim eksporcie do Wielkiej Brytanii, który w zeszłym roku przekroczył 45 mld "zielonych". Gdyby spadł tylko o 10%, polskie firmy byłyby w plecy najmarniej o 15 mld zł, licząc po obrotach. Przy rentowności eksportu rzędu 20% byłoby to najmarniej 3 mld zł mniejszych zysków.

      brexinfo2

      CENY AUT I ELEKTRONIKI: 3 MLD ZŁ W PLECY? Efektem wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej byłoby w krótkim terminie osłabienie złotego. Choćby dlatego, że mielibyśmy odpływ inwestorów do bezpiecznych inwestycji - obligacji amerykańskich, lokat w szwajcarskich bankach, złota... Oczywiście: euro też osłabiłoby się wobec dolara, franka szwajcarskiego i jena, ale złoty osłabiłby się jeszcze bardziej - wskutek awersji do ryzyka. Gdyby - w co nie bardzo wierzę i dałem temu wyraz we wczorajszym wpisie - takie osłabienie złotego wobec i tak słabego euro miało potrwać dłużej niż kilka dni lub tygodni, to mogłoby oznaczać wzrost tcen elektroniki i samochodów. Z kolei wzrost ceny dolara mógłby spowodować droższe paliwo na stacjach benzynowych (choć tu grają rolę jeszcze kwestie dotyczące zapasów). Skupmy się na autach i elektronice. Nowych samochodów kupujemy 350.000 rocznie i przy średniej cenie egzemplarza 15.000 euro ewentualny wzrost kursu tej waluty o 25-35 gr. (np. do 4,75 zł, co nie jest nierealne) oznaczałby, że cena przeciętnego auta z importu mogłaby wzrosnąć o 4000 zł. W skali całych naszych zakupów - o 1,5 mld zł rocznie. A elektronika? To rynek wart 30 mld zł rocznie, z czego większość najdroższych towarów jest importowana. Gdyby przeliczeniem z euro po wyższym kursie była objęta tylko połowa naszych zakupów elektroniki, to bylibyśmy w plecy o kolejne półtora miliarda złotych.

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      POLSKI TURYSTA: MILIARD ZŁOTYCH W PLECY? Tylko 17 mln Polaków będzie w tym roku stać na urlop za granicą, a z tego za granicę wybiera się 4,5 mln osób. Ze statystyk Polskiej Izby Turystyki wynika, że przeciętny turysta spędzając urlop za granicą wydaje 2.900 zł. A to oznacza, że łącznie wydamy - w dużej części w krajach strefy euro (Francja, Włochy, Hiszpania, Grecja) - 13,5 mld zł. Po obecnym kursie euro (w okolicach 4,4 zł) byłoby to jakieś 3,1 mld euro. Jeśli kurs podskoczy tylko o 25 groszy - byłby to już o miliard złotych więcej. Gdyby nastąpił Brexit i kurs euro podskoczyłby w większym stopniu, np. o 50 gr., to dodatkowe koszty polskich turystów mogłyby wynieść nawet 2 mld zł. Ale z drugiej strony prawo zabrania rewidować w górę cen wycieczek zagranicznych (a w ten sposób odbywa się duża część naszych podróży) na mniej, niż 60 dni przed wylotem. Część turystów może być więc bezpieczna.

      POLSKI KREDYTOBIORCA: 100 MLN ZŁ CO MIESIĄC W PLECY. Wielką zagadką jest kurs franka po tym, gdyby doszło do Brexitu. W Szwajcarii oprocentowanie depozytów jest zerowe lub nawet minimalnie ujemne, ale to nie ma najmniejszego znaczenia dla lokujących tam pieniądze instytucji i osób - oni uważają Szwajcarię za oazę bezpieczeństwa i w każdej kryzysowej sytuacji kupują aktywa wyrażone w tej walucie. Kurs franka w przypadku Brexitu musi więc pójść w górę i to prawdopodobnie dwukrotnie bardziej, niż kurs euro wobec złotego. Trzeba więc brać pod uwagę nawet taki scenariusz, że złoty do euro straci np. 25 gr., a do franka - jakieś 50 gr. Co by oznaczał frank po 4,6 zł? Cóż, jeśli chodzi o wzrost zadłużenia - dziś nasz dług wyrażony we frankach wynosi jakieś 35 mld "franciszków" - mielibyśmy skok o 25 mld zł. Jeśli chodzi o wzrost przeciętnej raty do zapłacenia - pewnie ze 100 mln zł miesięcznie, licząc wszystkich frankowiczów razem.

      brexinfo3

      BANKI: MILIARD ZŁOTYCH W PLECY? Osobnym problemem jest ewentualny wzrost liczby niewypłacalnych kredytobiorców. Dziś jest ich ok. 30.000, ale gdyby wskutek wyższych rat swoje kredyty przestało spłacać np. kolejnych 20.000 osób, to banki - licząc, że średnia wartość kredytu to równowartość 50.000 franków - musiałyby wrzucić w rezerwy miliard złotych. Robiłem kiedyś taki stress-test dla franka po 4 zł :-). Ale chyba przesadziłem z pesymizmem, bo frank już jest po 4 zł, a bankrutów wciąż jakby mniej, niż prognozowałem. 

      W sumie - gdyby wszystkie te czynniki (a pomieszałem krótko- i długoterminowe) się ziściły, to wychodzi jakieś... 17 mld zł. Czyli niecałe 500 zł na głowę Polaka-szaraka. Słono. Na szczęście nie musicie jeszcze szykować portfeli ;-). To są zabawy liczbami, ale tak naprawdę nikt nie wie co się stanie, kiedy okaże się - najpewniej w piątek - że Brytyjczycy powiedzieli "nie" Unii Europejskiej. Cokolwiek się nie stanie, jestem dziwnie spokojny, że za kilka tygodni to się wszystko poukłada. Brytyjczycy zrozumieją, że odcinanie polskich pracowników od miejsc pracy na Wyspach to dla nich strzał w stopę, że warto na nowo ułożyć sobie relacje z Unią Europejską, nawet jeśli będzie to układanie się z wychodzoną szkapą ciągniętą... i tak dalej ;-). Przy takim założeniu drżączka nie powinna trwać dłużej, niż kilka tygodni, a większość opisanych przeze mnie skutków ubocznych Brexitu - być może nie nadejdzie, będzie miała mniejszą skalę bądź szybko zostanie odwrócona. W coś, do cholery, trzeba wierzyć, nie? ;-). Trzymajmy się foteli, zanosi się na ultraciekawy koniec tygodnia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit: czarny scenariusz. Policzyłem ile mógłby nas kosztować. Kto najbardziej oberwie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 12:49
    • Brexit straszy? Ta inwestycja "lubi" bałagan. Dala 300% zysku w rok. A teraz? Zabawa w bank

      Pożyczki społecznościowe w Polsce nie są jeszcze przesadnie popularne, ale wydaje mi się, że to tylko kwestia czasu, byśmy się do nich przekonali. Niestety, padliśmy ofiarą "błędów wieku dziecięcego" tego rynku. Platformy pożyczkowe nie potrafiły odcedzić uczciwych klientów od przekręciarzy, inwestorzy tracili pieniądze, a cała koncepcja wyglądała na jakąś kompletną niszę, a nie coś, co kiedyś mogłoby być alternatywą dla bankowych depozytów. Dziś już platformy pożyczek społecznościowych coraz bardziej przypominają banki: weryfikują tożsamość i wiarygodność płatniczą pożyczkobiorców, przyznają im ratingi, podpowiadają jaka powinna być cena pożyczki pokrywająca ryzyko pożyczkodawcy, oferują automatyczne dzielenie pieniędzy pomiędzy wiele pożyczek o podobnym ratingu... Tak, banki są nam coraz mniej potrzebne...

      btcpln20161rDla większości z nas pożyczanie społecznościowe, a w jeszcze większym stopniu inwestowanie w ten sposób pieniędzy, jest czymś egzotycznym. Tym bardziej ciekaw jestem co powiecie na społecznościowe pożyczki w... bitcoinie. Jest taki serwis, który łączy potrzebujących finansowania w bitcoinie z tymi, którzy cyfrowy pieniądz chcieliby pożyczyć. Przyznam szczerze, że gdy pierwszy raz to-to zobaczyłem, to chciałem puknąć się w czoło. Bitcoin - podobnie jak jego liczne klony - jest świetnym pieniądzem do płacenia przez internet i do przekazywania wartości z jednego końca świata na drugi - robi się to z telefonu na telefon przy minimalnych prowizjach - ale wciąż nie jest powszechnie akceptowany (choć w Polsce można nim zapłacić np. za bilety LOT, albo za poród w Medicoverze :-)). Jeśli nie jest powszechnie akceptowany, to niestety nie da się go traktować jak samodzielnego pieniądza, niezależnego od euro, czy dolara. W tym kontekście ogromna wahliwość kursu bitcoina nie skłania do tego, by trzymać go długo w portfelach. A co dopiero zaciągać w ten sposób pożyczki? Inna sprawa, że w ostatnich miesiącach notowania bitcoina bardzo podskoczyły i dziś pieniądz ten jest notowany w pobliżu swoich historycznych szczytów. To efekt rosnącej niepewności w świecie finansów, m.in. groźby Brexitu.

      BitJam, bo tak nazywa się serwis pożyczek społecznościowych "denominowanych" w bitcoinie, reklamuje się jako możliwość taniego refinansowania "tradycyjnych" długów, pozyskiwania pieniędzy na biznes, albo zdobycia kasy na wakacje, czy nowy samochód. Każdy, kto chce pożyczyć pieniądze, musi przejść przez wielostopniowy system weryfikacji - ujawnić tożsamość (poprzez przesłanie skanu dowodu osobistego, czy prawa jazdy), połączyć swoje konto w BitJam z kontami w innych serwisach społecznościowych (zapewne wtedy BitJam wykorzystuje informacje pozostawiane przez klienta w Facebookach, LinkedInach i innych miejscach do szacowania ryzyka pożyczkowego), zweryfikować adres zamieszkania, numer telefonu, a nawet dochody (przesyła się wyciągi z konta)! Potencjalny pożyczkobiorca może też połączyć swoje konto w BitJam z którąś z wirtualnych portmonetek. W oparciu o to wszystko można dostać jeden z czterech ratingów (od A do D z plusem lub minusem).

      Wszystko to ma ograniczyć ryzyko ponoszone przez potencjalnych inwestorów i zarazem sprawić, żeby był w stanie zaakceptować oprocentowanie znacznie niższe, niż oferują np. firmy lichwiarskie. Patrząc na pożyczki, w które mógłbym dziś zainwestować, widzę np. ofertę pożyczenia 4,8 bitcoina osobie, która chce te pieniądze przeznaczyć na refinansowanie innych długów i ma rating B-. Oprocentowanie to 5,85% ze zwrotem w dwóch ratach po 2,62 bitcoina przez dwa miesiące). Jest też oferta kogoś, kto chce pożyczyć 13 bitcoinów na tzw. mining, czyli "produkcję" bitcoinów (potrzebna jest do tego ogromna moc obliczeniowa komputerów, co wymaga inwestycji). Rating pożyczkowy C+, oprocentowanie 11,9% i zwrot pieniędzy w dziewięciu miesięcznych ratach. Do tej pory serwis pośredniczył w pożyczeniu bitcoinów przeliczanych na 17,1 mln dolarów. Ze statystyk dostępnych na stronie widać też, że najlepszy przelicznik zysku do ryzyka (16% zysków w skali roku) inwestorzy uzyskują z pożyczania klientom z ratingiem A (co czwarty klient-pożyczkodawca ma taki rating). Z pożyczek słabszym inwestorom - 6% w skali roku (bo jest duży odsetek nie spłacanych pożyczek).

      btcjam

      Nie sądzę, żeby wielu z was miało chęć korzystać z usług BitJam, ale jeśli będą w Polsce tak fajnie pomyślane i zrobione serwisy "zwykłych" pożyczek społecznościowych, to kto wie czy banki nie zaczną drżeć o swoich klientów na pożyczki :-). Z danych amerykańskich wynika, że taki sposób pożyczania i inwestowania pieniędzy jest korzystny dla wszystkich (poza bankiem, który w tym momencie wypada z gry), a problemem pozostaje kwestia wiarygodności internetowych platform, które "organizują" ludziom handel pieniędzmi i go ułatwiają. A w zasadzie nie tyle wiarygodność samych platform, ile procedur oceny ryzyka pożyczkowego. Im trafniej platforma potrafi wyszacować ryzyko i cenę pożyczki oraz ewentualnie pomóc w procesie windykacji, tym szybciej będzie w stanie przyciągać klientów. W przypadku pożyczek w bitcoinie dochodzi jeszcze dodatkowy czynnik - ryzyko kursowe. Cena tej waluty potrafi w ciągu kilku godzin spaść o kilkadziesiąt procent, albo - jak ostatnio - piąć się w górę w oderwaniu - w pewnym sensie - od fundamentalnych czynników.

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Brexit straszy? Ta inwestycja "lubi" bałagan. Dala 300% zysku w rok. A teraz? Zabawa w bank”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 09:00
  • środa, 22 czerwca 2016
    • Jutro Brexit? Koniec świata? Pięć rzeczy, które musisz wiedzieć, zanim wykopiesz ziemiankę

      W czwartek mieszkańcy Wielkiej Brytanii zdecydują w referendum o tym, czy chcą nadal być w Unii Europejskiej. W ostatnich dniach bukmacherzy częściej obstawiali, że zwolennicy ostrego cięcia rzeczywistości nie uzyskają większości, ale... mówimy przecież o narodzie, który jeździ lewą stroną, więc można się po nim spodziewać wszystkiego :-). Straszenia Brexitem jest w ostatnich dniach co niemiara (straszą również goście pokroju George'a Sorosa, którzy zwykle na straszeniu zarabiają miliardy). Mam nadzieję graniczącą z pewnością :-)), że wykopaliście już sobie ziemiankę za miastem, kupiliście zapas mąki na trzy tygodnie i będziecie obserwować świat z punktu widzenia kreta ;-). Dla tych, którzy nie zdążyli zaszyć się w bezpiecznym miejscu mam informację: Wy jeszcze zdążycie wykopać sobie ziemiankę. Ale zanim to zrobicie, musicie wiedzieć kilka rzeczy.

      UNIA TO NIE PIASKOWNICA... Szczerze pisząc nikt do tej pory nie wyjaśnił jak miałoby wyglądać wychodzenie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Bo Unia to nie piaskownica. Nie można zabrać zabawek i po prostu sobie wyjść. To plątanina umów, zależności, traktatów... Trzeba na nowo ustalić zasady ruchu granicznego (kto potrzebuje wiz do Londynu, a kto nie), wzajemnego opodatkowania dochodów, stopień swobody przepływu kapitału pomiędzy Wielką Brytanią i krajami Unii, zasady dostępu obcokrajowców do brytyjskiego rynku pracy itp. Brytyjczycy nie musieliby już płacić składek do unijnego budżetu, ale rozplątanie wszystkich zależności - głównie gospodarczych - łączących Unię i Londyn byłoby trudne i zajęłoby kilka lat (eksperci mówią, że od decyzji do wyjścia z Unii upłynęłyby najmarniej dwa lata). Nawet jeśli Brytyjczycy postanowią wypisać się z Unii, to świat się nie zawali, a przynajmniej nie zawali się od razu. A jeśli postanowią się nie wypisywać, to... tym bardziej się nie zawali. 

      Czytaj też: Po ile będzie euro w wakacje? Kupować dziś, czy się wstrzymać?

      ...ALE GDY W PIASKOWNICY ZROBI SIĘ WIĘCEJ MIEJSCA... Co nas to obchodzi? No, może poza tymi z nas, którzy otrzymują przelewy od członków rodziny pracujących w Anglii (rocznie podobno do Polski płynie w ten sposób 3 mld funtów)? Wyjęcie z Unii Europejskiej dużego kraju może oznaczać turbulencje - np. spadek wymiany handlowej z tym krajem (będziemy wysyłać do Wielkiej Brytanii mniej naszych mebli) - ale z drugiej strony może się okazać, że część inwestorów, nie trawiąc posiadania inwestycji w kraju leżącym poza Unią, przeniesie się np. do Polski. Bo Polska, jak powszechnie wiadomo, w Unii jeszcze jest i Unię wciąż kocha. Jeśli w piaskownicy zrobi się więcej miejsca, to i możliwości "zabawy" będzie więcej - to paradoksalnie może być szansa dla Polski na przyciąganie inwestycji. Chyba, że kilka największych krajów należących do Strefy Euro postanowi zmontować sobie "unię deluxe" i wtedy my będziemy w tej piaskownicy, ale... bez zabawek.

      STRACH MA WIELKIE OCZY, ALE... JEST KRÓTKOWIDZEM. Poszukiwanie przez inwestorów bezpiecznej "poczekalni" dla pieniędzy na krótką metę może oznaczać turbulencje. Być może w górę pójdą notowania dolara (niektórzy mówią, że będzie kosztował tyle, co euro) i franka (to ostatnie oczywiście nie ucieszy 550.000 rodzin mających kredyt hipoteczny w walucie obcej). Przez kilka dni lub tygodni  można sobie wyobrazić franka w okolicach 4,5 zł. Posiadacze polskich akcji (czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem TFI lub OFE) będą musieli jeszcze chwilę poczekać na hossę (ale czekają już od pięciu lat, więc luz), bo posiadacze kapitału będą woleli od polskich akcji amerykańskie obligacje, Tyle, że z awersją do ryzyka jest tak, iż ona prędzej czy później ustępuje. Nie da się na dłuższą metę inwestować pieniędzy w instrumenty oprocentowane na zero, prawie zero lub nawet na ujemny procent (tak jest w Szwajcarii). Ostatnio przeczytałem w jednym z giełdowych blogów, że w poprzednich latach tego typu turbulencje po kilku miesiącach dawały inwestorom średnio 18%... zysku. Inwestorzy, którzy przez kilka tygodni są na "zeroprocentowej diecie" wracają wygłodzeni i znów napychają się ryzykiem :-). Pamiętacie szok po "uwolnieniu" ceny franka w styczniu 2015 r.? Wtedy też było gorąco, ale potem kurs wrócił do bardziej rozsądnych poziomów. A stało się to dość szybko.

      Czytaj też: Z polskim kontem w Londynie? Bank przyjazny podróżnikom

      Czytaj też: Tylko udają bank, ale za to jak! Niski spread, tani przelew do Anglii... 

      KTO SZYBKO STRACI, KTO DUŻO ZAROBI? Najbardziej odczuwalnym dla większości Polaków krótkoterminowym skutkiem ewentualnego Brexitu może być czasowe osłabienie notowań złotego w wyniku niechęci inwestorów do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka w inwestowaniu (a zatem wycofywania kapitału m.in. do USA). Droższe euro - ale tylko wtedy, gdyby jego cena utrzymała się wysoko przez dłuższy czas - to wyższe ceny elektroniki, a drogi dolar - podbija ceny paliw. Kto wybiera się na wakacje za granicę może spotkać się z sytuacją, w której biuro podróży zażąda dopłaty do ceny wycieczki. I to nawet jeśli została zarezerwowana już dawno temu (będzie to możliwe, o ile do wyjazdu pozostało więcej, niż 60 dni - takie zastrzeżenia znajdują się w regulaminach wszystkich największych biur podróży). Przez pewien czas wyższe będą też raty kredytów hipotecznych w euro i frankach. Wygranymi w tej sytuacji mogą być ci, którzy trzymają część swoich oszczędności w dolarach, albo zainwestowali w złoto, które w niepewnych czasach teoretycznie powinno drożeć.

      Akcja Dywidenda jak w banku

      Kliknij baner i zapisz się do zabawy! Szczegóły konkursu i warunki uczestnictwa: tutaj

      NIE BĘDZIE BREXITU? NIE BĘDZIE CZWÓREK :-). Wielka Brytania może pokazać drogę innym krajom, które też mają dość "dyktatu Brukseli" (np. Hiszpanii, czy Grecji, która już prawie z Unii wyszła, bo Niemcy nie chcą jej umorzyć długów). Można nie lubić cioci Angeli, ale w sąsiedniej piaskownicy zabawki trzyma w garści wujek Władimir. A on prędzej czy później zaproponuje nam udział w swojej Unii Euroazjatyckiej. Wtedy ziemianka rzeczywiście może się przydać :-). Co prawda w dzieciństwie mówiono mi (pewnie dlatego, że do 20-go roku życia mieszkałem w Poznaniu ;-)), że "Azja zaczyna się już za Kutnem", ale od tego czasu zbudowano kilka dworców i autostrad. Na wschód od Kutna też ;-). A ja od 20 lat mieszkam w Warszawie ;-).Z tego punktu widzenia lepiej, żeby Brytyjczycy jednak nie sprawdzali jak to jest bawić się poza piaskownicą. Zwłaszcza, że wcale tak źle nie mają, bo nie należą do Strefy Euro i sami ustalają sobie stopy procentowe. Mimo wszystko większe jest prawdopodobieństwo, że Brytyjczycy nie skoczą na główkę. A jeśli nie skoczą, to frank znów będzie bez "czwórki" z przodu :-). A euro przestanie denerwować tym, że jego kurs składa się z samych czwórek ;-). I tylko rząd nie może mieć nadziei, że znów będzie mógł sprzedawać obligacje po 2% (dziś ich rentowność sięga 3,6%). Ale może to i lepiej :-).

      Długoterminowe konsekwencje ewentualnego rozwalania Unii Europejskiej mogą być niefajne, ale krótkoterminowe zawirowania mają to do siebie, że są... krótkoterminowe. Inwestorzy szybko dojdą do wniosku, że referendum to jedno, w fizyczne "wyspawanie" wielkiej Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej potrwa kilka lat i niekoniecznie będzie oznaczało pełną separację. Bierzemy więc tabletki na uspokojenie i czekamy aż się wszystko się ustoi. Na dłuższą metę musimy brać pod uwagę scenariusz, w którym inwestorzy zagraniczni - ci, od których chcemy zasysać kapitał - nie będą już patrzyli na nas jak na "wschodzącą gwiazdę wielkiej Unii Europejskiej".ale jak na średniej wielkości kraj poza strefą euro, położony zbyt blisko Rosji. Tyle, że to wcale nie jest takie złe. Szczerze pisząc to nawet wolę w sytuacji, kiedy żyjemy na własny rachunek i jesteśmy wyceniani tak, jak na to zasługujemy, niż żeby było tak, jak z Grecją, której pożyczano kasę bez opamiętania, bo jest częścią potężnej strefy euro. Jeśli będziemy rozsądnym, dobrze zarządzanym krajem, niespecjalnie zadłużonym i z dobrym podejściem do inwestorów (Boże, co ja bredzę? ;-))), to niezależnie od tego czy Unia przetrwa, będziemy atrakcyjnym miejscem do inwestowania i zarabiania pieniędzy. Czy konie z Wiejskiej mnie słyszą?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Jutro Brexit? Koniec świata? Pięć rzeczy, które musisz wiedzieć, zanim wykopiesz ziemiankę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 czerwca 2016 09:03
  • wtorek, 21 czerwca 2016
    • Gigantyczna stawka meczów na Euro! Niektórzy z Polaków grają o...milion złotych. Miesięcznie!

      Polscy piłkarze zagrają dziś z Ukrainą o chwałę, awans do 1/8 finału Mistrzostw Europy, ale i... o wielkie pieniądze. I nie myślę tu tylko o premiach, które UEFA wypłaca za każde zwycięstwo i za awans do kolejnej rundy. Choć są to pieniądze więcej, niż godne: za sam awans do turnieju Euro 2016 nasz PZPN otrzymał od europejskiej federacji 8 mln euro. Za każde zwycięstwo w grupie UEFA płaci milion euro, a za remis pół miliona. Awans do fazy pucharowej to kolejne 1,5 mln euro. Jak łatwo policzyć, Polacy już dziś "zarobili" na francuskim turnieju 1,5 mln euro, a jeśli wygrają z będącymi w kryzysie Ukraińcami, to dorzucą do tego kolejne 2,5 mln euro (za punkty i za awans). A potem może być jeszcze bardziej bogato, bo za osiągnięcie ćwierćfinału premia od UEFA wyniesie 2,5 mln euro. A to oznacza, że kolejne dwa ewentualnie wygrane przez Polaków mecze warte będą ni mniej ni więcej, tylko 5 mln euro.

      Dziś przeczytaj: Blogi finansowe w ofensywie! Maffashion, idziemy po Ciebie ;-)

      ZA KAŻDY MECZ NA EURO WPADNIE 100.000 ZŁ? Trzeba pamiętać, że 50% zarobionych od UEFA pieniędzy wpada bezpośrednio do puli piłkarzy - do podziału. Gdyby Polacy wygrali z Ukrainą, a potem przeszli do ćwierćfinału, to Orły Nawałki dostałyby do podziału połówkę z 6,5 mln euro, czyli - przy założeniu demokratycznego podziału fruktów - ponad 100.000 euro na głowę. To z kolei oznacza, że za każdy mecz na Euro 2016 (zakładam, że meczów byłoby pięć, w tym dwa w fazie pucharowej) przeciętny piłkarz pobierałby mniej więcej 100.000 zł. Sporo? Być może, ale stawką w tej grze tak naprawdę są wielokrotnie większe pieniądze - podwyżki ich pensji dzięki podpisaniu intratnych kontraktów z nowymi klubami. Po wygranej z Irlandią Północną, a zwłaszcza po remisie z Niemcami (osiągniętym przy dobrej grze, komentatorzy są zgodni, że to Niemcy powinni się cieszyć, że dowieźli 0:0 do mety) polscy piłkarze stali się niezwykle chodliwym "towarem". A to oznacza tylko jedno - gigantyczne podwyżki dla piłkarzy i rekordowe w polskim futbolu transfery. Oto przegląd tych, którzy wkrótce znacznie zwiększą swoje zarobki.

      --------------------------------------------------------------

      autopromo3UWAGA, KONKURS: Odpowiedz na cztery pytania dotyczące oszczędzania pieniędzy i wygraj cenne nagrody: smartchwatcha, przewodnik kulinarny z wielkimi rabatami w restauracjach, sześć książek samcikowych z dedykacją oraz e-booka. Jest też nagroda gwarantowana dla każdego! kliknij ten link i poznaj szczegóły!

      ---------------------------------------------------------------

      KRYCHOWIAK GRA O MILION ZŁOTYCH... MIESIĘCZNIE. Najbardziej łakomym kąskiem jest Grzegorz Krychowiak, który gra dziś w hiszpańskiej Sevilli, ale - jak donoszą dobrze poinformowane źródła we Francji - właśnie dogadał się z paryskim PSG, klubem mającym ambicje sięgające zdobycia pucharu Ligi Mistrzów. Wartość transferu miałaby wynieść 45 mln euro i byłby to absolutny rekord w historii polskiego futbolu. Do tej pory największe transfery polskich piłkarzy były warte najwyżej kilka milionów euro. Lewandowski przeszedł z Lecha Poznań do Borussii Dortmund za 4,75 mln euro (do Bayernu potem odszedł za darmo, bo skończył mu się kontrakt), Krychowiak z Reims do Sevilli w 2014 r. poszedł za 5,5 mln euro, a Jerzy Dudek z Feyenordu Rotterdam do Liverpoolu za 7,4 mln euro. I ten transfer z 2001 r. jest do dziś rekordowym jeśli chodzi o polskiego piłkarza. Na tym tle 45 mln euro za Krychowiaka to byłby kosmos, a większą rzeczą mogłoby być chyba tylko przejście Lewandowskiego do Realu Madryt, bo wartość tego kontraktu szacuje się na 70-75 mln euro (choć niewykluczone też, że "Lewy" zostanie w Bayernie).

      krychowiakfotoTransfer Krychowiaka, podobno już pewny jak w banku, to może być nie tylko rekordowa rzecz w historii polskiego futbolu, ale też ogromny awans finansowy dla samego piłkarza. W Sevilli zarabia dziś 2,4 mln euro rocznie, czyli mniej więcej milion złotych miesięcznie. Ewentualne przejście do PSG miałoby się wiązać - jak twierdzą dobrze poinformowani - z nawet dwukrotną podwyżką, co oznaczałoby roczne pobory w wysokości 5 mln euro. A więc: co miesiąc 1,8 mln zł przelewu od pracodawcy po przeliczeniu na polskie złote. Być może wszystko jest już dogadane i Krychowiak nie musi pokazywać się Francuzom z najlepszej strony, by wywalczyć wyższą pensję, ale jeśli negocjacje jeszcze nie zostały zakończone, to... stawką najbliższych meczów dla Krychowiaka mogą być setki tysięcy euro w formie ewentualnej wyższej rocznej pensji w nowym klubie. 5 mln euro Krychowiaka to byłaby duża kasa, ale Lewandowski w Bayernie zarabia 10-11 mln euro rocznie, a chciałby zarabiać... 18 mln euro, czyli ćwierć miliona złotych... dziennie ;-). Nie wiem czy to jest takie dobre, bo już i tak musiałem mu doradzać na co ma wydać pierwszą pensję :-). Choć nie można wykluczyć, że wydał ją na... niejaką Annę ;-).

      MILIKA GRA O PÓŁ BAŃKI PODWYŻKI. Kolejnym gorącym nazwiskiem na transferowym rynku jest Arkadiusz Milik, który strzelił milikfotozwycięskiego gola Irlandii Płn., a potem dwa razy zlitował się nad Niemcami, dzięki temu nie przegrali oni z Polską. To by oznaczało rzecz niesłychaną - zejście na drugi plan dyskusji na ważki temat: po czym będzie drapał się w kolejnym meczu niemiecki trener Joachim Loew? Milik dziś jest piłkarzem Ajaksu Amsterdam, ale i w jego przypadku szykuje się transferowy rekord. W maju do Holendrów zgłosili się włosi z Lazio gotowi zapłacić za transfer Polaka 15 mln euro. Mówi się, że o Milika powalczą też Inter Mediolan, czy Sevilla. To byłoby istne szaleństwo: 45 mln euro za Krychowiaka, 15 mln euro lub więcej za Milika, a potem jeszcze np. 75 mln euro za "Lewego"... W przypadku Milika w grę wchodzi kolejna podwyżka pensji, bo w zeszłym roku - przed przedłużeniem kontraktu z Holendrami - zarabiał niecały milion euro rocznie. Teraz pewnie z 1,5 mln euro. Jeśli Krychowiak po transferze miałby zarabiać 5 mln euro rocznie, to Milik - gdyby zmienił klub - też może liczyć na dodatkowy milion euro rocznej pensji. Przypominam, że dzięki golowi Milika wielu z Was też dostało podwyżkę. Niewielką bo niewielką, ale zawsze ;-)

      glikfotoGLIK I ZIELIŃSKI: MILIONY ZAMIAST SETEK TYSIĘCY. EURO. Jeśli Polska jeszcze trochę pogra we Francji, to na intratny kontrakt może też liczyć piłkarz Torino Kamil Glik. Podobno interesuje się nim jeden z najlepszych francuskich klubów AS Monaco i jest gotowe zapłacić Włochom 8 mln euro. To również byłby transfer większy, niż jakikolwiek dotyczący polskiego piłkarza w historii futbolu. Glik jeszcze do niedawno zarabiał we Włoszech nędzne 400.000 euro rocznie (czyli raptem 140.000 zł miesięcznie). W zeszłym roku wywalczył podwyżkę do 900.000 euro rocznie, ale gdyby przeszedł do Monaco mógłby liczyć na więcej. A i to nie wszystko. Trener Liverpoolu Jurgen Klopp jeszcze przed Euro 2016 ogłosił, że chce mieć w zespole Piotra Zielińskiego, piłkarza Udinese. I że jest gotowy dać za niego... 12 mln euro. Zielińskiego, który zarabia 250.000 euro rocznie, chce też Napoli. W zeszłym roku jego wartość transferową szacowano na 7 mln euro, teraz - nawet na 15 mln euro. A gdyby trener Nawałka wpuścił go na mecz z Ukrainą, to... ho, ho!

      KAPUSTKA GRA O... KOSMOS. Jest wreszcie "złote dziecko trenera Nawałki", Bartosz Kapustka. dacie wiarę, że ten 19-latek kapustkafotojeszcze dwa lata temu miał w Cracovii kontrakt opiewający na... 3.000 zł miesięcznie? W zeszłym roku, kiedy jego talent zaczął błyszczeć w klubie i reprezentacji, dostał podwyżkę do 20.000 zł miesięcznie plus premie za zwycięstwa drużyny i strzelane gole. Za podpisanie nowej umowy dostał 100.000 zł premii. Kapustka to jeszcze młodzian, ale biorąc pod uwagę, że Glik, czy Zieliński we Włoszech wyciskają - lub do niedawna wyciskali - nie 250.000 zł rocznie, tylko przynajmniej tyle samo, ale w euro... Są przed Kapustką świetlane perspektywy. Turecki Galatasaray niedawno chciał za niego zapłacić Cracovii 4,5 mln euro, ale został pogoniony. Jeśli Polska zagra jeszcze kilka świetnych meczów na Euro 2016, to Kapustka może "pójść pod młotek" nawet za kwotę porównywalną do tej, która dziś jest rekordem transferowym wszech czasów (ponad 7 mln euro).

      PADNIE TRANSFEROWY REKORD? NIE, PIĘĆ. A to przecież jeszcze nie wszyscy piłkarze, których wartość rynkowa z każdą minutą dobrej gry na euro rośnie (pominąłem np. Grosickiego, czy Pazdana, który w meczu z Niemcami wymiatał dosłownie i w przenośni). Do piłkarzy trzeba mieć gorącą prośbę, żeby tylko tego nie schrzanili. Jeśli zagrają jeszcze dwa-trzy dobre mecze, to ich wartość transferowa może pójść w górę. Gdyby każdy z wymienionych piłkarzy - Krychowiak (45 mln euro), Milik (15 mln euro), Glik (8 mln euro), Zieliński (12 mln euro), Kapustka (ile Bóg da) - pobili po Euro 2016 transferowy rekord wszech czasów z 2001 r., a na koniec jeszcze wszystkich przygwoździłby Lewandowski przejściem do Realu Madryt za 75-80 mln euro), to mielibyśmy prawdziwie galaktyczny team. A - jak pisałem ostatnio - i bez tego Polacy są warci dwa razy więcej, niż cztery lata temu. Krótko pisząc: stawką najbliższych meczów Polaków na Euro 2016 będzie nie tylko Bóg, honor i Ojczyzna, ale i co najmniej 6,5 mln euro kasy z UEFA, drugie tyle rocznie (!!!) w podwyżkach ich piłkarskich pensji oraz 80 mln euro w wartości poturniejowych transferów (150 mln euro licząc z "Lewym"). Chłopaki, nie czytajcie tego tekstu, bo się tylko zestresujecie, po prostu róbcie swoje! :-)).

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ MNIE W NECIE... Blog "Subiektywnie codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Zaglądajcie na samcik.blox.pl codziennie, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostańcie fanami blogu na Facebooku (jest nas już ponad 33.000!), na Twitterze (mam ponad 8000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Wam się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już prawie 2000 fanów i jest ponad 60 filmów, które obejrzeliście ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej".Co czwartek na stronach gospodarczych ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym grupa moich kolegów, zwana Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy.Jeśli potrzebujecie rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - piszcie na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Was bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możecie kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiecie się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      dywidendalogo1ROZSĄDNIE OSZCZĘDZAJ NIE TYLKO W BANKU. <<< Jak  sprawić, że państwo będzie płacić ci za oszczędzanie? I wiosną przyszłego roku... dostać z urzędu skarbowego przelew na co najmniej 870 zł?<<<  Dlaczego nie trzymam wszystkich moich oszczędności wyłącznie w banku? Jak to jest, że w długim horyzoncie bycie właścicielem kawałków przedsiębiorstw może mnie lepiej zabezpieczyć przed inflacjami, dewaluacjami, nacjonalizacjami i innymi uroczymi "cjami"?  <<< Czy w długim terminie posiadanie akcji (lub udziałów w funduszach inwestycyjnych lokujących w akcje) nie jest bardzo ryzykownym zajęciem? Dlaczego w ciągu ostatnich 200 lat na rynku kapitałowym było tak, że im dłużej trzymam pieniądze w akcjach, tym mniej ryzykuję, że poniosę stratę<<< Jakie warunki trzeba spełnić, żeby zająć się lokowaniem pieniędzy w inny sposób, niż tylko w banku? Czy fama o tym, iż jest to "zabawa" tylko dla pięknych i bogatych, jest przesadzona?, >>> Dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? I czy z tej dywidendy można żyć jak z lokaty bankowej, o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt?  O tym wszystkim piszę w serialu "Dywidenda jak w banku" wspólnie z najstarszym blogiem o długoterminowym inwestowaniu pieniędzy - Longterm.pl - a także z Giełdą Papierów Wartościowych i Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych. Zapraszam do obejrzenia wideowizytówki o tym kim jest Samcik, kim jest Longterm i dlaczego zajmujemy się lokowaniem pieniędzy w spółki dywidendowe. Koniecznie subskrybuj newsletter naszej akcji i zgarnij nagrodę gwarantowaną. Weź też udział w konkursie i wygraj cenne nagrody - smartwatcha, przewodnik kulinarny z wielkimi zniżkami w najlepszych restauracjach oraz samcikowe książki o oszczędzaniu z dedykacją.

      Żeby przekonać Was do długoterminowego lokowania oszczędności o mało nie dałem sobie zrobić... nie, nie mogę o tym mówić, to zbyt bolesne doświadczenie:-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Gigantyczna stawka meczów na Euro! Niektórzy z Polaków grają o...milion złotych. Miesięcznie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2016 10:08
    • Finansowe blogi coraz mocniejsze i to... nie tylko w internecie. Maffashion, drżyj! ;-)

      Miła wiadomość: blogerzy finansowi coraz skuteczniej "zapładniają" nie tylko tzw. przeciętnych zjadaczy, ale i "tradycyjne" media. Z najnowszej analizy "Press Service", firmy zajmującej się monitorowaniem mediów wynika, że w radiu, telewizji, prasie oraz internecie blogerzy finansowi - w tym autor Waszego ulubionego blogu, "Subiektywnie o finansach" - są czwartą najczęściej cytowaną grupą blogerów. W zeszłym roku w mediach mówiono, pisano i pokazywano nas, blogerów finansowych, prawie 2300 razy. Przyznaję, nie daliśmy rady blogerkom modowym (12500 cytowań i wzmianek, z czego największą część zgarniała niejaka Maffashion), czy lifestylowym (5700 wzmianek), ale pod względem "cytowalności" wyprzedziliśmy np. blogerów podróżniczych, piszących o rodzicielstwie, czy tych o urodzie i zdrowiu.

      pressservice

      Niezmiernie mnie cieszy fakt, iż w grupie najczęściej cytowanych blogów w Polsce subiektywność znalazła się w ścisłej czołówce, na ósmym miejscu (niemal 700 wzmianek w mediach). W tej elicie znalazło się też dwóch moich kolegów "po linii" blogowej - Michał Szafrański (jego blog "Jak oszczędzać pieniądze" był cytowany ponad 1000 razy) oraz Marcin Iwuć, który prowadzi blog "Finanse Bardzo Osobiste" (prawie 450 wzmianek w mediach). To kolejny dowód na to, że subiektywność jest opiniotffffurcza. Oto co na temat blogów finansowych napisał "Press Service":

      "Blog Michała Szafrańskiego cieszył się szczególną popularnością w internecie – aż 89% materiałów pochodziło właśnie z sieci. W prasie, radiu i telewizji liderem został serwis Macieja Samcika – Samcik.blox.pl, który przywoływano przede wszystkim w TVN24 BiŚ, Radiu TOK FM i TVP Info. Jednocześnie blog zajął drugie miejsce pod względem liczby publikacji"

      Cieszę się, że wspólnie z Michałem i Marcinem - oraz innymi blogerami finansowymi - uzyskaliśmy solidny autorytet jeśli chodzi o mówienie o pieniądzach. Co by nie mówić, pisanie o oszczędzaniu, inwestowaniu, zarządzaniu domowym budżetem i innych nudziarstwach jeszcze dwa-trzy lata temu było działalnością niszową, która interesowała stosunkowo nieliczną garstkę obserwatorów. Dziś blogi finansowe to czwarta najbardziej wpływowa - w sensie wzbudzania zainteresowania tradycyjnych mediów, a w konsekwencji ich odbiorców - część blogosfery. A będzie więcej, bo nikt tak jak bloger nie przekona Was, że pieniądze są sexy ;-). Ja już przekonuję od ponad siedmiu lat. A liczba tekstów w blogu przekroczyła już 3000. Przez tych siedem lat kliknęliście tu mniej więcej 30 milionów razy.  Wciąż też udaje mi się łączyć blogowanie z działalnością stricte dziennikarską.

      CHŁON SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4SPOTKAJ SUBIEKTYWNOŚĆ W INTERNECIE! Blog "Subiektywnie codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy dotyczącą Waszych pieniędzy. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w sprawach czytelników. Zaglądajcie na samcik.blox.pl codziennie, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcecie wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostańcie fanami blogu na Facebooku (jest nas już ponad 33.000!), na Twitterze (ponad 8000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:maciej.samcik@gazeta.pl

      autopromo2ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Wam się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już prawie 2000 fanów i jest ponad 60 filmów, które obejrzeliście ćwierć miliona razy). 

      autopromo11SUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej".Co czwartek na stronach gospodarczych ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym grupa moich kolegów, zwana Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy.Jeśli potrzebujecie rady albo pomocy w sprawie niekoniecznie związanej z produktami finansowymi - piszcie na ekipasamcika@wyborcza.biz. Moi ludzie nie zostawią Was bez pomocy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możecie kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiecie się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Finansowe blogi coraz mocniejsze i to... nie tylko w internecie. Maffashion, drżyj! ;-) ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 czerwca 2016 08:22
  • poniedziałek, 20 czerwca 2016
    • To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, kiedy czujesz się najbezpieczniej. Co robić?

      Internetowi złodzieje, którzy wyspecjalizowali się w czyszczeniu naszych kont bankowych, niestety są coraz bardziej cwani. A to oznacza, że my - użytkownicy bankowości internetowej i mobilnej - musimy być coraz bardziej czujni. Dziś słów kilka o nowej odmianie złośliwego oprogramowania, które jest o tyle niebezpieczne, że podważa skuteczność jednej z podstawowych zasad bezpieczeństwa w czasie zdalnego korzystania z banku. Kto czyta ten blog od dawna, zapewne wie, że od zawsze proszę Was, byście nie wchodzili na swoje internetowe konto poprzez klikanie na jakikolwiek link. Trzeba wpisać adres strony banku "z ręki" i sprawdzić czy połączenie jest kodowane (a więc czy jest zatrzaśnięta kłódka w polu adresu). Te dwie rzeczy powinny dać pewność, że jesteśmy na prawdziwej stronie banku, a nie na podrabianej, którą podstawili nam złodzieje, żebyśmy na niej wpisali - i podali im na tacy - login i hasło do banku. Niestety, jeśli macie na komputerze tego "robaka", o którym zaraz napiszę kilka słów, stosowanie tych zasad może nie wystarczyć.

      ZAPRASZAM: Zapisz się na newsletter i weź udział w konkursie!

      Czytaj też: Bank pokazuje jak jego klienci robią... striptiz. Perwersyjne.

      Czytaj też: Uwaga na złodziei tożsamości. To cię czeka, gdy dasz zeskanować...

      W ostatnich tygodniach pojawił się wirus, który działa wyjątkowo perfidnie, bo poniekąd "atakuje" tę kłódkę, która ma dać nam poczucie bezpieczeństwa. Wirus nazywa się PACCA i - mówiąc językiem bankowych "bezpieczników" - zmienia domyślną konfigurację serwera proxy w komputerze klienta banku. Efekt jest taki, że klient wpisujący adres banku jest kierowany nie na stronę banku, tylko pod zupełnie inny adres, kontrolowany przez przestępców. Owe ustawienia proxy standardowo są takie, że jeśli jesteś na rozdrożu i wpisujesz w wyszukiwarce adres banku, to powinien pokazać się kierunkowskaz kierujący cię na serwer banku. Wirus działa tak, że "podstawia" fałszywy kierunkowskaz. A jednocześnie podmienia też certyfikat bezpieczeństwa, który odpowiada za poprawnie zatrzaśniętą kłódkę przy adresie. Certyfikat bezpieczeństwa rzeczywiście jest wystawiony, ale nie na rzecz banku, lecz na rzecz jakiejś firemki, której nazwa nic nikomu nie powie. Ale żeby się o tym przekonać trzeba kliknąć tę kłódkę i sprawdzić dla kogo jest wystawiony ów certyfikat.

      Czytaj też: Bank pomoże klientom chronić pieniądze. Zainstaluje im... robaka

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży naszych pieniędzy? Sensacyjny wyrok!

      Sytuacja jest więc niewesoła, Związek Banków Polskich twierdzi, że wirus PACCA zaatakował już klientów co najmniej dwóch polskich banków. Oczywiście w jego "posiadanie" można wejść na kilka sposobów, bardzo standardowych: ściągając załączniki do e-maili od nieznanych osób, ściągając multimedia z różnych dziwnych serwisów, korzystając z nielegalnego streamingu, klikając w linki podesłane przez e-mail przez "życzliwych". I oczywiście chodząc po internecie bez zaktualizowanego programu antywirusowego. Jak sprawdzić czy zostałeś już "poczęstowany" tym złośliwym "robakiem"? Prawdopodobnie wystarczy wpisać adres banku i zobaczyć czy to, co się wyświetliło może budzić jakiekolwiek podejrzenia (złodziejskie strony są podobne do "prawdziwych", ale przeważnie zawierają pewne niedociągnięcia), a następnie kliknąć zatrzaśnięta kłódkę w polu adresu i sprawdzić czy certyfikat bezpieczeństwa został wydany dla banku, po którego stronie chodzisz. Jeśli nie - czas na wizytę w serwisie komputerowym.

      Czytaj tez: Najważniejsze sposoby kradzieży naszych pieniędzy...

      oraz... najlepsze sposoby na to jak nie dać sobie wyczyścić konta

      Więcej o wirusie PACCA: czytaj w tym blogu oraz na stronie ZBP

      Nawet jeśli masz pecha i zostałeś "szczęśliwym posiadaczem" badziewia o nazwie PACCA, to nie oznacza jeszcze ryzyka utraty pieniędzy. Jeśli serwis bankowy nie jest źle skonstruowany, to sam fakt, że ktoś przejął login i hasło do konta nie powinien zwiastować wyczyszczenia konta. Szczerze pisząc mam taką zasadę, że w komunikacji z bankiem zawsze zachowuję się tak, jakby mój login i hasło były "zdekonspirowane". W takiej sytuacji tym, czego potrzebuje złodziej, jest przejęcie SMS-a autoryzacyjnego, który bank mi wyśle, gdy ów złodziej zleci przelew na swoje konto. Dopóki uważnie czytam SMS-y autoryzacyjne i utrzymuję "sterylność" mojego smartfona (są na nim wyłącznie aplikacje renomowanych wydawców, ściągane wyłącznie z AppStore lub Google Play, żadnych aplikacji pobieranych z linków albo wskutek komunikatów, że "smartfon jest zagrożony" i trzeba coś-tam ściągnąć) to jestem bezpieczny. Nawet jeśli ktoś dostał się na konto i zlecił jakiś przelew, to ja go nie zautoryzuję. A jeśli nie wpuściłem na swojego smartfona wirusa przekierowującego SMS-y, to nikt nie autoryzuje też przelewu w moim imieniu,

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, kiedy czujesz się najbezpieczniej. Co robić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 czerwca 2016 09:21

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line