Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 04 września 2015
    • Atak protetyczny, czyli 500 zł miesięcznie na każde dziecko. Dobry pomysł? Mam lepszy :-)

      Ci z Was, którzy uważnie i od dawna czytają mój blog, wiedzą, że o ile generalnie brzydzi mnie polityka, to bardzo interesują mnie wszelkie inicjatywy prorodzinne: zarówno te podejmowane przez władzę obecną, jak i te obiecywane przez polityków, którzy dopiero chcieliby przepchnąć się do koryta. Powód jest oczywisty: jestem ojcem i uważam, że moje państwo mnie dyskryminuje. Ponoszę ogromne koszty wychowania, kształcenia, usportawiania, utrzymywania w dobrym zdrowiu moich dzieci. Wydatki na te cele są dużą częścią mojego domowego budżetu. W moim przypadku, w skali roku jedno dziecko pochłania najmarniej 30.000 zł (więcej, niż przeciętna krajowa). A dziecko mam więcej, niż jedno. Pieniądze te wydaję w 90% w kraju, wspomagając polski, a nie zagraniczny PKB. I to mnie zresztą - nie mam żadnych danych, to raczej luźne obserwacje - nieco różni od osób, które dzieci nie mają. Ponadto moje dzieci prawdopodobnie - o ile nie wyjadą do Anglii ;-)) - będą utrzymywały na emeryturze nie tylko mnie, ale także tych, którzy dzieci nie mają. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że rząd ma dla mnie tylko dwa pomysły na moją przyszłą emeryturę: ZUS i modlitwę.

      Na kanwie tych przemyśleń kiedyś rzuciłem nawet radykalny pomysł, by bezdzietni płacili wyższy podatek, dzięki czemu państwo miałoby więcej pieniędzy na wspomaganie tych, którzy mierzą się z trudem wychowywania dzieci. Oczywiście: dziecko to nie brojler i nie "hoduje" się go dla pieniędzy od państwa. Wychowanie dziecka nie musi "się opłacać". Rodzicielstwo to jest misja i albo się ją czuje, albo nie. A jak się nie czuje, to lepiej nie mieć dzieci, żeby nie cierpiały. Jednak z jakichś przyczyn - w zasadzie z całkiem zrozumiałych po "kradzieży" pieniędzy z OFE - państwo uważa, że powinniśmy wszyscy dbać o "substancję narodową" i pomagać tym, którzy się zdecydowali na jej pomnażanie. To państwo jest - w mojej prywatnej opinii - hipokrytą: klepie mnie po plecach i mówi "dobry z ciebie obywatel, Samciku, wyprodukowałeś nowych podatników, obłożymy ich podatkiem i będą utrzymywać ciebie oraz innych emerytów", a następnie... "wspomaga" mnie oferując 1000 zł becikowego jednorazowo i drugie tyle corocznej ulgi na każde dziecko w PIT. I załatwione? Podobno tak, bo właśnie przeczytałem, że mój pomysł częściowo został zrealizowany przez koalicję rządzącą: dziś w "Wyborczej" jest raport, z którego wynika, że jako podatnik "prowadzący działalność rodzinną" zyskałbym gdybym tylko był nieco biedniejszy. Według fundacji CenEA... 

      "...na zmianach w podatkach i świadczeniach społecznych z lat 2008-15 najwięcej zyskały gospodarstwa uboższe. Te z pierwszego decyla, czyli 10% najuboższych, zyskują po 91 zł miesięcznie. Z drugiego po 94 zł. Im wyższe dochody, tym zyski gospodarstw niższe. W szóstej grupie decylowej zamiast zysków pojawia się strata, która rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Gospodarstwa z dziewiątej grupy decylowej tracą na zmianach 64 zł miesięcznie (...). Zyski i straty zależą też od rodzaju rodziny. Najwięcej na zmianach zyskali samotni rodzice: 128 zł miesięcznie. Do przodu są też rodzice z dziećmi. Najwięcej straciły osoby samotne i małżeństwa bez dzieci".

      Może więc rządy PO i PSL - być może niechcący, bo ile da się zrobić w tych krótkich przerwach między harataniem w gałę? ;-) - dzielą tort podatkowy w sposób, który staje się minimalnie bardziej sprawiedliwy z punktu widzenia tych, którzy mają i wychowują dzieci, przyszłych "sponsorów" ZUS. Ba, pojawił się nawet oficjalny program wspierania rodzin wielodzietnych, czyli Karta Dużej Rodziny. Ale to wszystko działa w sposób niezauważalny i z efektem niespecjalnie widocznym. Prorodzinna bomba atomowa ma dopiero zostać zrzucona wraz z październikowymi wyborami parlamentarnymi. Jarosław Kaczyński najwyraźniej zauważył, że jestem wkurzony tym, że państwo nie wspomaga odpowiednio mojego trudu wychowywania dzieci. Jarosław pragnie mnie dla odmiany obsypać złotym deszczem. Pani Beata Szydło (kandydatka PiS na protezę premiera Jarosława Kaczyńskiego), pokazała projekt ustawy "O pomocy państwa w wychowywaniu dzieci". Program nazywa się "Rodzina 500+" i proponuje mi 500 zł miesięcznej zapomogi na drugie i kolejne dziecko (a także na pierwsze dla osób o niskich dochodach, na ten bonus się na pewno nie załapię).

      Mam zapis z tajnego posiedzenia klubu, na którym ów pomysł obgadywano ;-)

      To, że ktoś wreszcie postanowił wyjąć z kieszeni wszystkich podatników ogromną kasę i zasilić portfele rodziców, podoba mi się bardzo (choć wolałbym po prostu płacić niskie podatki i żeby państwo nie karało mnie za to, że dobrze pracuję i nieźle zarabiam). Kłopot w tym, że pani proteza Szydło nie mówi skąd weźmie 21 mld zł rocznie, które potrzebuje na realizację planu. Świadczy to, że protezą jest nie tylko pani Beata Szydło, ale i jej pomysł. Protezą, a może wręcz próbą wyłudzenia mojego głosu wyborczego? Nie ze mną te numery, Brunner ;-). Ale gdyby ktoś - pani proteza lub ktokolwiek inny przy żłobie - chciał zrobić coś sensownego, to jest lepszy sposób, niż rzucać pieniędzmi podatnika na oślep, bez ładu i składu. Zamiast dawać 500 zł wszystkim rodzicom jak leci, akonto wydatków na dzieci lub na cokolwiek innego (wódkę na przykład, nawet jeśli jest to polska wódka), wolałbym, by była to celowana ulga podatkowa na określone wydatki związane z dziećmi. Jeśli ślę dziecko do niepublicznej szkoły, odciążając publiczny system edukacyjny, powinienem mieć ulgę. Jeśli leczę je prywatnie u dentysty, odciążając państwowych dentystów - powinienem mieć ulgę. Jeśli wydaję pieniądze na przedszkole - należy mi się ulga. Wynajmuję - legalnie! - opiekunkę do dziecka - ulga. 

      Nastraszyłem Was tymi ulgami, co? No, rzeczywiście, jak by to policzyć, okazałoby się, że trzeba byłoby robić skok na OFE rok w rok, żeby utrzymać system ulg prorodzinnych ;-). Nie wiem jak duża powinna być taka ulga i jakie konkretnie wydatki powinna obejmować, trzeba byłoby policzyć na ile nas wszystkich stać. Wiem natomiast, że młodzi ludzie najbardziej boją się tego, że dziecko sparaliżuje ich karierę, opóźni o wiele lat drogę życiową i sprawi, że wypadną na aut, wyparci przez tych, którzy dzieci nie mają. Jeśli państwo nie umie spowodować wzrostu liczby miejsc pracy i płac do takiego poziomu, by młody rodzic po urlopie rodzicielskim był błagany o powrót do pracy, to powinno przynajmniej częściowo refundować rodzicom koszty związane z opieką nad małym dzieckiem. Jeśli będzie mnie stać na to, żeby wynająć opiekunkę do dziecka lub wybrać dla dziecka przedszkole blisko mojego miejsca pracy (choćby prywatne), to myśl o byciu rodzicem mnie nie sparaliżuje. Będę czuł, że jestem w stanie tak ułożyć sobie życie, żeby pogodzić rozwój zawodowy z rodzinnym.    

      Jeśli wybrane wydatki związane z dziećmi (opieką nad nimi, wychowaniem) będą opodatkowane według niższej stopy, niż wydatki na czipsy, podróże zagraniczne i zakupy telewizorów, to efekt będzie taki, że ogół podatników będzie wspomagał - poza armią urzędników potrzebnych do obsługi całego systemu - cele społecznie użyteczne: a więc dotował te zakupy, które są związane z wychowaniem dzieci. A nie - jak w pomyśle "500 zł miesięcznie na każde dziecko" - wszystkie wydatki rodziców mających dzieci. Jeśli państwo do czegoś jest w ogóle potrzebne - poza utrzymywaniem wojska, policji i wypłacaniem emerytur - to do takiej właśnie redystrybucji: do przekładania kasy podatnika w taki sposób, żeby odzwierciedlało to jego bezpośredni i pośredni wkład w rozwój kraju. A myślę tak nie tylko o dzieciach. Na tej samej zasadzie każdy student, wykształcony za nasze podatki, wychodząc ze szkoły powinien mieć do "odpracowania" - lub spłacenia w gotówce - dług wobec społeczeństwa. Jeśli ktoś studiował w państwowej uczelni, to studiował za moje pieniądze. I ja żądam, żeby się z tego "rozliczył", wpłacając określoną wysokość podatków w Polsce. Dopiero po rozliczeniu z ogółem podatników, którzy złożyli się na jego wykształcenie, mógłby sobie wyjechać do innego kraju i tam zasilać budżet podatkami. O, i taki ze mnie "radykał".

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      Zerknij też na inne odcinki "Samcik prześwietla". W nich m.in. o tym jak znaleźć najlepszą lokatę bankową i jak zabrać się do inwestowania pieniędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Atak protetyczny, czyli 500 zł miesięcznie na każde dziecko. Dobry pomysł? Mam lepszy :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 04 września 2015 15:21
    • Nowy trend w kontach oszczędnościowych: dopłacaj, a dostaniesz wyższy procent. I SMS-a

      Bankowcy w ostatnim czasie wyłażą ze skóry, by zwiększyć naszą skłonność do gromadzenia oszczędności, budowania poduszki finansowej i zachęcić do systematycznego oszczędzania. Okoliczności im nie sprzyjają, bo mamy niskie stopy procentowe, a i w miarę bezpieczne fundusze obligacji, do których Polacy najczęściej przenosili pieniądze jako alternatywy bankowych lokat, przestały ostatnio zarabiać. Skoro kuszenie procentami odpada, to trzeba wysilić łepetynę i zaoferować przynajmniej przyjazny produkt, żeby klientom się chciało chcieć. W poniedziałek do tej gry wejdzie kolejny bank - Raiffeisen - który zaoferuje konto oszczędnościowe z zachętami do systematycznego oszczędzania. Rzecz ma się nazywać "Wymarzony Cel" i ma być ciągiem dalszym strategii zachęcania klientów do gromadzenia oszczędności. Pierwszym krokiem było wprowadzenie na rynek "Wymarzonego konta", które ma tę przyjemną cechę, że jest oprocentowane, a oprocentowanie rośnie wraz z osadem przyniesionym przez klienta (czyli odwrotnie, niż u konkurencji). Potem Raiffeisen ruszył z programem systematycznego inwestowania "Wymarzona perspektywa" z niską, 1,3-procentową opłatą za zarządzanie. Teraz do tego dochodzi "Wymarzony Cel".

      Konto oszczędnościowe to produkt o budowie prostej, jak budowa cepa, więc trudno zaszyć tu jakieś fajerwerki. Raiffeisenowa "oszczędnościówka" nie zawiera więc technologii kosmicznych, ale proponuje uczciwe podejście do klienta - oprocentowanie na poziomie stawki referencyjnej NBP (obecnie 1,5%) i bonusowa podwyżka za systematyczne dokładanie pieniędzy do salda. Jakiekolwiek zwiększenie kwoty na koncie jest nagradzane podwyżką oprocentowania o 0,5% w danym miesiącu. Raiffeisenowcy zrezygnowali z promocji, którymi kusi np. ING, czy Bank Millennium, a więc "przynieś nowe środki, a przez kilka miesięcy będą znacznie wyżej oprocentowane". W przypadku ING standardowe oprocentowanie konta oszczędnościowego wynosi 1%, ale przez pierwsze cztery miesiące obowiązuje promocyjna stawka 2,5%. W Raiffeisenie nie różnicują pierwszych i późniejszych miesięcy - płacą zawsze tyle samo. Przyjemne jest to, że będzie można założyć więcej, niż jedno konto i je spersonalizować - czyli nadać mu nazwę, określić potrzebną kwotę i zamówić bezpłatny serwis SMS, który będzie informował co jakiś czas o zaawansowaniu w realizacji celu. No i tak, jak w innych tego typu kontach, jedna wypłata w miesiącu jest gratis (nie płaci się prowizji). I to niezależnie od tego, czy będzie to wypłata przez internet, czy w oddziale, żywą gotówką.

      Możliwość zarobienia 2% na koncie oszczędnościowym nie jest może największym impulsem do oszczędzania, jaki jestem w stanie sobie wyobrazić, ale jest to naprawdę przyzwoite oprocentowanie, którego próżno szukać w niektórych bankach, w których mam konto. Ale oczywiście Raiffeisen nie jest jedynym, ani pierwszym bankiem, który na takie rozwiązanie - "dopłacaj do oszczędności, a dostaniesz premię" - wpadł. Nie tak dawno opisywałem działające na podobnej zasadzie konto "Zośka" w Idea Banku. W Credit Agricole już w 2013 r. ruszyli z programem oszczędzania na mieszkanie lub dowolny inny cel, w którym systematyczność przekłada się na wyższe oprocentowanie pieniędzy (aczkolwiek i tak dość niskie). Na podobnej zasadzie działa pomysł PKO BP, aczkolwiek tam w cały interes próbują wmieszać fundusze inwestycyjne. Bo akurat w dziedzinie klasycznych kont oszczędnościowych PKO BP postanowił odstraszać klientów idiotycznymi prowizjami. Jeśli zaś chodzi o "pozaodsetkowe" metody motywowania klientów do systematycznego oszczędzania na wyznaczony cel, to np. ING "zaszyje" takie motywatory w swoim nowym, ultranowoczesnym systemie transakcyjnym, który w ciągu kilku tygodni zostanie zaproponowany pierwszym klientom.

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      Zerknij też na inne odcinki "Samcik prześwietla". W nich m.in. o tym jak znaleźć najlepszą lokatę bankową i jak zabrać się do inwestowania pieniędzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy trend w kontach oszczędnościowych: dopłacaj, a dostaniesz wyższy procent. I SMS-a”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 04 września 2015 08:44
  • czwartek, 03 września 2015
    • Spłacasz kredyt w terminie? Banki oddadzą ci odsetki. Ale które najlepiej "przytulić"?

      Bankowcy stawiają mnie przed coraz trudniejszymi wyborami. Ostatnio w telewizji widziałem kilka reklam, zachęcających mnie do zaciągnięcia takiego kredytu, w którym... dostanę z powrotem odsetki. Nie wiem jak wy, ale ja, słysząc coś takiego, staję się od razu podejrzliwy. Po co tak przekładać pieniądze z jednej kieszeni do drugiej? Jak chcą mi uczynić przysługę, to niech po prostu obniżą oprocentowanie, zamiast organizować przedsięwzięcie sprowadzające się to tego, ze ja im płacę więcej, a oni mi potem część oddają. No, ale gdybym miał się zastanawiać nad każdym wymysłem bankowych marketingowców to bym niechybnie już do końca osiwiał. Skupiłem się więc na czymś przyjemniejszym: wybraniu tego banku, który mi... najwięcej odda. Na pierwszy rzit oka spośród dwóch promowanych w telewizji propozycji jedna jest zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Bank BPH chciałby, żebym przytulił aż 12 odsetek. Jak się patrzy na te małe cholery w klipie telewizyjnym to się zapomina, że są aż tak dokuczliwe.

      Bardzo miło się ogląda takie mniamuśne reklamy, chociaż oczywiście wiadomo, że kant lub przynajmniej kancik być gdzieś musi. Choćby dlatego, że pożyczki gotówkowe to coś, na czym banki zarabiają teraz najwięcej i nie ma żadnego powodu, dla którego Bank BPH miałby nie chcieć robić tego samego. Oferta jest następująca: jeśli nie masz lub nie miałeś do niedawna żadnego kredytu gotówkowego w BPH i pożyczysz od 1000 zł do 20.000 zł na 12-24 miesiące, a następnie bez opóźnień spłacisz wszystkie raty, to bank BPH gwarantuje zwrot odsetek za 12 miesięcy.

      Z kolei BGŻ BNP Paribas promuje "Oszczędzający Kredyt Gotówkowy" i obiecuje, że jak już zapłacę odsetki, to on odda mi 20% z nich. Oczywiście są warunki: razem z kredytem trzeba wziąć kartę kredytową, ubezpieczenie i konto bankowe, na które bank przeleje kaskę. Oto stosowny fragment regulaminu:

      "Warunkiem otrzymania premii jest zawarcie w okresie ww. sprzedaży premiowej umowy kredytu (na okres od 12 miesięcy) oraz – za pośrednictwem Banku – umowy ubezpieczenia stanowiącego zabezpieczenie kredytu, wypłata kredytu na rachunek bankowy oraz spłata kredytu zgodnie z harmonogramem. Kredyt jest oferowany przez Bank łącznie z kartą kredytową"

      W zaistniałej sytuacji wybór wydaje się być oczywisty: skoro BPH zwraca całe odsetki za pierwszy rok spłaty (czyli co najmniej za połowę okresu kredytowania, który wynosi w ramach tej promocji maksymalnie dwa lata), zaś BGŻ BNP Paribas tylko co piątą złotówkę ze wszystkich zapłaconych odsetek, to bardziej opłaca się pójść do tego pierwszego banku. Lepiej, że oddadzą co drugą odsetkę, niż co piątą. Niestety, to może być złudzenie optyczne. Takie samo jak to, że odsetki są milusie i przyjemnie się je przytula.:-). Sęk w tym, że poza odsetkami, których większą lub mniejszą część mogę dostać z powrotem, banki pobierają też wysokie prowizje od udzielonych kredytów, a  także wymagają od klienta wykupienia dodatkowego ubezpieczenia. A to oznacza dodatkowe obciążenia, których bank bynajmniej nie zwraca. Ile one wynoszą w przypadku obu kredytów? Policzmy. Dla pewności dane do obliczeń wziąłem z tzw.przykładów reprezentatywnych, dołączonych do reklam obu kredytów.

      W przypadku Banku BPH przykładowy kredyt jest na półtora roku i ma wartość 3200 zł. Poza odsetkami, z których większość (a dokładniej 208 zł z 245 zł zapłaconych) i tak będzie klientowi zwrócona, bank pobierze 430 zł prowizji i bliżej nieokreśloną składkę ubezpieczeniową. Nawet jeśli ją pominiemy i weźmiemy pod uwagę wszystkie faktycznie ponoszone przez klienta koszty kredytu, to wyjdzie, że biorąc na pół roku 3200 zł, trzeba zapłacił 430 zł prowizji i niecałe 40 zł odsetek (resztę odsetek bank pozwoli "przytulić"). 470 zł kosztów od pożyczki 3200 zł na pół roku to tak, jakbym wziął kredyt oprocentowany na 17% w skali roku bez żadnych dodatkowych kosztów. A jak to wygląda w przypadku BGŻ BNP Paribas? Tu przykład reprezentatywny dotyczy poważniejszego kredytu na 16.000 zł. Okres kredytowania też jest dłuższy, bo wynosi aż cztery lata. Obciążenia poza odsetkami (wynoszącymi 3700 zł) też nie są niskie - prawie 700 zł prowjzji i 1430 zł składki ubezpieczeniowej. Słono. Od tego trzeba odliczyć ponad 700 zł "ulgi odsetkowej", więc łącznie faktycznie poniesiony koszt kredytu wyniesie 5085 zł. A to równowartość kredytu oprocentowanego na 14,5% w skali roku, w którym nie byłoby żadnych dodatkowych prowizji, ani opłat.

      Wychodzi na to, że choć BPH zwraca prawie wszystkie odsetki, a w dodatku nie wzięliśmy pod uwagę składki ubezpieczeniowej (nie wiemy ile wynosi), to przeliczone w skali roku "gołe" oprocentowanie okazuje się być wyższe, niż w kredycie w BGŻ BNP Paribas. Dlaczego? Cóż, po prostu proporcje pomiędzy kosztami odsetkowymi, a prowizją, w przypadku pierwszego z kredytów są mniej korzystne. Klient pożyczający 3200 zł w BPH płaci w skali roku 313 zł obciążeń (prawie 10% kwoty kredytu), zaś pożyczkobiorca w BGŻ BNP Paribas pożyczający 16.000 zł w skali roku płaci 1271 zł kosztów (niecałe 8% kwoty kredytu). Jak widać w świecie finansów nic nie jest tak oczywiste, ak wyglądałoby na pierwszy rzut oka. Czasem warto przytulić mniej odsetek, ale za to mocniej i czulej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Spłacasz kredyt w terminie? Banki oddadzą ci odsetki. Ale które najlepiej "przytulić"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 września 2015 15:52
    • Wcisnęli 78-latce ubezpieczenie do kredytu. I piszą: "wypłaty nie będzie". Na koń!

      Serce mi się kraje, kiedy czytam Wasze listy - a dostaję ich sporo - dotyczące ubezpieczeń kredytów i tego jak bardzo bywają bezużyteczne. W poprzednich latach takie ubezpieczenia bywały po prostu ukrytymi prowizjami, od strony funkcjonalnej dość dokładnie wykastrowanymi, zawierającymi do tego sprytne wyłączenia odpowiedzialności. Chodziło o to, zeby klient zapłacił dodatkowo składkę (poza oprocentowaniem i prowizją kredytową), ale żeby było prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że nie trzeba będzie z takiej polisy nigdy wypłacić żadnego odszkodowania. Nie byłoby problemu, gdyby klienci byli świadomi, że to, co kupują, nie jest żadnym ubezpieczeniem. Wtedy ubezpieczyliby się gdzieś indziej, kupując "prawdziwą" polisę. Ale oni myśleli, że są dobrze chronieni i w razie jakiegoś nieszczęścia ubezpieczyciel przejmie spłatę rat. Piszecie do mnie jako spadkobiercy osób, które miały kredyt z ubezpieczeniem, dostaję też listy od tych z Was, którym przydarzył się nieszczęśliwy wypadek, a problem jest ten sam - odmowa wypłaty mimo zajścia zdarzenia, od którego podobno klient był ubezpieczony.

      Czytaj: Gdy w ubezpieczeniu do kredytu zepsuje się wyłącznik. Podam śrubokręt

      Im większa kwota miałaby być wypłacona, z tym większą determinacją ubezpieczyciele odmawiają. Ostatnio zresztą opisywałem sprawę z tej kategorii - mój czytelnik wygrał z ubezpieczycielem sprawę o prawie milion złotych. Oczywiście nie obyło się bez sądu. W pierwszej instancji poległ, ale w apelacji sąd podzielił jego racje. Ale zanim do tego doszło, mój czytelnik musiał wysupłać z własnych oszczędności 150.000 zł na prawników i koszty sądowe. Większość z nas się tych kosztów obawia, dlatego firmy ubezpieczeniowe szukają dziury w całym i często znajdują. Najczęściej podstawą odmowy wypłaty świadczenia jest zatajenie przez klienta wiadomości o stanie zdrowia (pominięcie jakiejś choroby w ankiecie medycznej, w której pytania są tak skrojone, żeby klient miał jak najwięcej problemów z interpretacją). Albo fakt, że śmierć ubezpieczonego nastąpiła w wyniku choroby, na którą leczył się już wcześniej, przed zawarciem ubezpieczenia. To dlatego banki z taką lubością dostawiały ubezpieczenia do kredytów osób w wieku emerytalnym. W przypadku takich osób jest niemal pewne, że umrą na coś, na co już chorowali. A to dla każdego ubezpieczyciela wymarzona "dupokrytka".

      Często polisy sż tak skonstruowane, że nie jestem w stanie pomóc. Ale jeśli tylko widzę cień szansy - walczę. Napisała do mnie pani Bożena, której 78-letnia mama Daniela zmarła nagle na niewydolność serca, mając na karku kredyt gotówkowy w Eurobanku. Firma ubezpieczeniowa SogeCap (z grupy Societe Generale) dwukrotnie odmówiła twierdząc, że na serce pani Daniela chorowała już wcześniej. Pytanie czy osobie w tak podeszłym wieku należało oferować tego typu ubezpieczenie. Jak wyżej wspomniałem, zwykle w takich przypadkach na koncie klienta są już choroby przewlekłe (cukrzyca, serce, ciśnienie) i zapewne któraś z nich przyczyni się do śmierci. Po co więc proponować ubezpieczenie, skoro wiadomo, że raczej zadziała któreś z wyłączeń? W tym przypadku wyłączenie było dobrowolne i trudno powiedzieć czy to pracownik Eurobanku je babci wcisnął mimo woli, czy też pani Daniela sama stanowczo żądała ubezpieczenia, a pracownik, choć kładł się Rejtanem, nie był w stanie jej wyperswadować. Obstawiam to pierwsze rozwiązanie, ale to drugie oczywiście też jest możliwe.

      Poprosiłem bank o pomoc w mediacjach z firmą ubezpieczeniową. Eurobank mocno stawia w ostatnim czasie na budowanie z klientami relacji fair, więc liczyłem na to, że wspólnie z bankowcami uda mi się przekonać ubezpieczyciela, by wypłacił odszkodowanie. Lub też że bank przyzna, że po jego stronie doszło do pewnych zaniedbań na poziomie sprzedawcy kredytu i weźmie na klatę choćby część finansowych konsekwencji. Odpowiedź z banku nadeszła po dłuższym czasie, ale była obiecująca.

      "Decyzję dotyczącą wypłaty roszczenia wydaje towarzystwo ubezpieczeń. W przypadku, w którym osoba chorowała i choroba ta została zdiagnozowana przed przystąpieniem do ubezpieczenia, mamy do czynienia z wyłączeniem odpowiedzialności towarzystwa. Wyłączenie to jednak dotyczy wyłącznie sytuacji, w której taka choroba stałą się bezpośrednią przyczyną śmierci Klienta"

      - napisano mi w banku. Czyli np. w sytuacji, gdy klient umiera na raka, który został zdiagnozowany przed zawarciem przez niego umowy ubezpieczenia prawdopodobnie dojdzie do odmowy wypłaty świadczenia. Gdyby ten sam klient w trakcie trwania umowy ubezpieczenia zmarłby na skutek np. wylewu, niezdiagnozowanej cukrzycy, odszkodowanie zostało by wypłacone. Jeżeli choroba dawała objawy przed zawarciem umowy ubezpieczenia, ale równocześnie nie została zdiagnozowana - nie powinno zadziałać wyłączenie odpowiedzialności firmy ubezpieczeniowej.

      "Po wydaniu negatywnej decyzji przez towarzystwo ubezpieczeniowe, w określonych przypadkach bank występuje do ubezpieczyciela o ponownie rozpatrzenie wniosku o wypłatę świadczenia. Ubezpieczyciel mając na względzie indywidualne podejście do sprawy, po ponownej analizie, może zmienić swoją decyzję poprzez uznanie zasadności wypłaty świadczenia ubezpieczeniowego"

      - napisał mi bank. W przypadku dziś zawieranych umów ubezpieczeń kredytów na szczęście takie kombinacje nie ją już potrzebne, bo przeważnie są to ubezpieczenia indywidualne, a nie grupowe, a więc ubezpieczającym jest klient, a nie bank. I klient nie musi prosić bankowców o wstawiennictwo, bo sam jest sobie panem, żeglarzem i okrętem. Ale w przypadku mamy pani Bożeny wsparcie banku było kluczowe.

      "Chciałam Panu bardzo podziękować za pomoc i interwencję w sprawie spłaty kredytu w Eurobanku. Dziś zadzwonili z dobrą wiadomością, że ubezpieczyciel po przemyśleniu zdecydował się spłacić kredyt. Za kilka dni mam dostać decyzję na papierze. To Pana zasługa, jeszcze raz bardzo, bardzo dziękuję"

      - taki e-mail dostałem od pani Bożeny. Nie wnikam w to, czy zadziałała tu któraś z sytuacji opisywanych wyżej (w chwili zawierania polisy klientka nie wiedziała o chorobie, na którą później zmarła, choć już wtedy była na nią chora), czy też może bank uznał, że pracownik nie zrobił wszystkiego, by uświadomić klientce bezsens dokupywania polisy do kredytu. Grunt, że dobrze się skończyło. Apeluję do bankowców, żeby do spraw ubezpieczeń dodawanych do kredytów podchodzili zawsze z największą pieczołowitością i starannością, bo za każdą taką sprawą kryje się jakaś tragedia albo nieszczęście. I aby nie poprzestawali na czysto księgowym podejściu, ale też analizowali okoliczności dotyczące procesu sprzedażowego. Cieszę się, że w tym przypadku udało mi się przekonać bank do skutecznej interwencji w imieniu klientki

      pieniadzeekstramagazynDZIŚ EKSTRA "PIENIĄDZE EKSTRA"! Z okazji początku roku szkolnego, a więc jednej z najbardziej doniosłych chwil w roku dla naszych portfeli, postanowiliśmy wydać jeszcze bardziej ekstra wydanie "Pieniędzy Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Co jest do przeczytania? Miniraport: co zmienią słabnące Chiny w naszych portfelach. Garść prognoz dotyczących kursów walut na najniższe miesiące i porady jak inwestować pieniądze. Trzy strony na początek szkoły: jakie zajęcia dodatkowe zafundować dziecku, jaki tornister kupić, żeby jak najlepiej posłużył uczniowi oraz jakie kursy językowe najbardziej się opłacą. Studenci i kamienicznicy z pewnością przeczytają z wypiekami na twarzy poradnik: jak bezpiecznie wynająć mieszkanie? Będzie coś dla miłośników technologii: jak dowiedzieć się czy twoje dziecko właśnie nie jest na wagarach. Z myślą o bankowcach, zamiast kawy dla podniesienia ich ciśnienia (oraz dla konsumentów już bez zdrowotnych podtekstów ;-)), ranking kont bankowych "za zero". Czy ktoś jeszcze daje ROR naprawdę za darmo? A poza tym Ekipa Samcika przeprowadza ciężki ostrzał pozycji wroga: odkręca śrubę staruszce, parówkowym skrytożercom mówi stanowcze nie, zastanawia się które odsetki warto przytulić, demaskuje złodziei naszych pieniędzy i dziwnie chwiejną marżę pewnego kredytu. Jeśli kibicujesz mi i całej Ekipie Samcika w poprawianiu świata, to kup dziś "Wyborczą" z "Magazynem Pieniądze Ekstra"

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 i możliwości rezerwacji biletów znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. Ostatnia pula ponad 100 biletów zostanie udostępnione dziś, w czwartek 3 września, o 12.00. Możecie je rezerwować klikając ten link. Aha, cały dochód z biletów przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie miał możliwość obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Wcisnęli 78-latce ubezpieczenie do kredytu. I piszą: "wypłaty nie będzie". Na koń! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 września 2015 08:12
  • środa, 02 września 2015
    • Między grzechem, a jałmużną, czyli Stypułkowski wyjaśnia czego Samcik nie rozumie

      Za moje opinie dotyczące kredytów hipotecznych dostaje mi się ostatnio od wszystkich. Frankowicze uważają, że w niewystarczającym stopniu reprezentuję ich racje, sprzyjając nadmiernie sektorowi bankowemu. Bo przecież ich (a w zasadzie "nasze", bo sam też mam kredyt denominowany we frankach) kredyty są tylko na niby walutowe (tak naprawdę banki potajemnie finansowały je depozytami złotowymi, a franki były w bilansie tylko jako pic), umowy kredytowe są pewne klauzul abuzywnych, zaś zwrócenie klientom wszystkich strat kursowych spowodowałoby jedynie odebranie bankom części pieniędzy, które zarobiły. Każda z tych tez jest, moim zdaniem, przynajmniej mocno wątpliwa, ale każdy frankowicz wie przecież lepiej, bo był u prawnika, a ten - mając nadzieję na suty zarobek - wszystko mu potwierdził.

      Niestety, pretensje mają do mnie nie tylko frankowicze, ale i bankowcy. Oni z kolei uważają, że zapędzam się zbyt daleko w moim populistycznym spojrzeniu na problem franków, domagając się wzięcia przez banki współodpowiedzialności za nadmierny wzrost notowań tej zacnej waluty. A ja po prostu uważam, że konsumenta nie powinno się w zasadzie "ubierać" w ryzyko walutowe pod żadną postacią. A jeśli już - to tylko w umiarkowanym stopniu. Bankowcy jednak uważają, że ryzyko kursowe jest OK, a pomagać trzeba tylko tym, którzy sobie z nim nie poradzili, nie zaś wszystkim. Po moim ostatnim felietonie, w którym pisałem o tej tezie jako o stanie klęski żywiołowej w mózgach bankowców, polemikę podjął nie byle kto, lecz Cezary Stypułkowski, jeden z najbardziej doświadczonych i szanowanych polskich finansistów. Na mojej skrzynce e-mail wylądował kilka dni temu list zatytułowany "Kredyty we frankach - czego nie rozumie nawet redaktor Samcik?". Ze względu na to, że mój polemista jest "zawodnikiem wagi ciężkiej", postanowiłem otworzyć przed nim drzwi blogu szerzej, niż zwykle to czynię przed przedstawicielami branży bankowej. Oto bardzo obszerne fragmenty tekstu Cezarego Stypułkowskiego. Tytuły poszczególnych części wywodu pochodzą ode mnie. Całość tekstu jest już na stronie Związku Banków Polskich. Pod tekstem prezesa mBanku pozwoliłem sobie umieścić dosłownie kilka zdań mojego ad vocem.

      CStypulkowski2GWAŁTOWNA KRYTYKA REDAKTORA SAMCIKA."Przed trzema tygodniami posłowie uchwalili bardzo kontrowersyjną ustawę w sprawie kredytów frankowych, nad którą aktualnie toczą się prace w Senacie, i która będzie ponownie dyskutowana w Sejmie. Od tego momentu opublikowano na jej temat szereg artykułów, stanowisk i opinii. Znaczna część z nich bardzo krytycznie odnosi się do rozwiązań uchwalonych przez Sejm (...) Propozycje zmian w ustawie przedstawił także Związek Banków Polskich. Stanowisko banków, od samego początku dyskusji, koncentrowało się wokół wsparcia dla osób w najtrudniejszej sytuacji oraz ograniczenia wpływu parametrów rynkowych na bieżące obciążenia klientów spłatą kredytu. Banki były i pozostają przeciwne powszechnemu umorzeniu części zobowiązań wszystkich czy prawie wszystkich frankowiczów. Ta właśnie istota stanowiska ZBP, tzn. adresowana pomoc, a nie szerokie umorzenie” spotkała się z gwałtowną krytyką ze strony redaktora Samcika na jego blogu we wpisie z 14 sierpnia 2015 r. zatytułowanym „Stan klęski żywiołowej w mózgach bankowców, czyli rzecz o pomaganiu frankowiczom”. Podobny pogląd wyraził też w swoim komentarzu opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" 27 sierpnia pt. „Senatorowie rozbrajają frankową bombę podłożoną przez posłów”. 

      MIĘDZY GRZECHEM A JAŁMUŻNĄ. "Na wstępie chcę podkreślić, że bardzo często czytam opinie redaktora Samcika, a wiele z nich jest dla mnie inspiracją do działań poprawiających jakość naszej współpracy z klientami. Cenię jego cięty język i głęboką ironię w niektórych wypowiedziach. Tym razem muszę jednak podjąć polemikę. Pan Redaktor zawarł w swoim artykule szereg poglądów, z którymi się zgadzam, nawet gdybym formułował je nieco innym językiem. Mam na myśli m.in. następujące stwierdzenia: (ustawa) „jest do chrzanu”; ”daje frankowiczom prezent nadmiernie hojny (weszli do kasyna i dopóki wygrywali wszystko było w porządku, a gdy zaczęli przegrywać – mieliby dostać zwrot prawie całej zainwestowanej kwoty", „faworyzuje frankowiczów względem złotówkowiczów (po przewalutowaniu dostaną niższą marżę, niż ta, którą mają złotówkowicze)"; „wina klienta, który wybrał tańszy produkt, licząc się z pewnym ryzykiem, jest niepodważalna”. W końcowych konkluzjach artykułu, Redaktor zarzuca jednak naszemu środowisku albo brak empatii wobec klientów, albo „stan klęski żywiołowej” w naszych mózgach, albo wreszcie brak rozumienia istoty problemu frankowego. Jak to formułuje, w sprawie franków chodzi „o zapłatę za grzech”, a nie o „jałmużnę".

      A zatem pomimo tego, że frankowicze mieli świadomość ryzyka i „dopóki wygrywali, wszystko było w porządku”; mimo że „prezent jest nadmiernie hojny” oraz „faworyzuje (ich) względem złotówkowiczów”; a także niezależnie od tego czy zarabiają połowę średniej krajowej czy 20 średnich; czy zaciągnęli kredyt, aby kupić 50 m2 na peryferiach miasta, czy 100-metrowy apartament w centrum – wszystkim tym kredytobiorcom banki mają zapłacić, jak rozumiem, umarzając obliczoną według jednego algorytmu istotną część zobowiązania. Fundamentalnie nie przyjmuję tej perspektywy. Jest ona również obca sektorowi bankowemu, który od początku przeciwstawiał się redukcji długów tej grupy klientów, zarówno ze względów merytorycznych i makroekonomicznych, jak również z uwagi na istotne racje społeczne. Nie godzimy się również na takie rozwiązanie, bo uważamy je za niebezpieczny kulturowo precedens, który podważy mechanizmy dyscypliny zobowiązaniowej i będzie mścił się na naszych stosunkach gospodarczych przez wiele lat".

      "NIE CHCEM, ALE MUSZEM", CZYLI RYS HISTORYCZNY. "Nie da się wytłumaczyć obecnego stanowiska, sformułowanego w imieniu banków przez ZBP – do którego nawiązuje redaktor Samcik – bez przywołania przynajmniej kilku kluczowych faktów i argumentów zgłaszanych przez bankowców w minionych latach i miesiącach. Mają one bowiem również wpływ na obecnie formułowane poglądy. Redaktor Samcik zdaje się  pomijać  ich głębię i nasze konsekwentne stanowisko ośmiesza, przechodząc w swoich wywodach na język bez mała ewangeliczny… grzech i jałmużna. Już w grudniu 2005 r. Prezes ZBP w imieniu środowiska bankowego przedstawił stanowisko, w którym banki opowiedziały się za całkowitym zakazem udzielenia kredytów walutowych osobom fizycznym. Takie stanowisko reprezentowali również moi poprzednicy w banku, którym kieruję. Środowiska polityczne oraz dziennikarskie dość kategorycznie i wprost opowiadały się za finansowaniem zakupu mieszkań kredytem walutowym. 

      Podejmowane przez nadzór bankowy próby pewnego zdyscyplinowania rynku tych kredytów i narzucenia bardziej restrykcyjnych standardów były publicznie kwestionowane. Z dzisiejszej perspektywy można oczywiście powiedzieć, że banki powinny były być wówczas głuche na pokrzykiwania polityków czy dziennikarzy i nie wprowadzać do oferty kredytów hipotecznych w walutach obcych. Nie mielibyśmy problemu, o którym dyskutujemy. Mielibyśmy też jako społeczeństwo o kilkaset tysięcy mieszkań mniej i o tyle więcej młodych ludzi byłoby skazanych na „mieszkanie za szafą u teściowej”. Nie jest bowiem tak, że zamiast kredytów walutowych, za które kredytobiorcy zamówili a deweloperzy wybudowali mieszkania, można było w tej skali udzielić kredytów złotowych, a materialne efekty byłyby takie same. Otóż nie byłyby, gdyż w Polsce nie było wystarczająco dużych oszczędności, a stopy procentowe pozostawały istotnie wyższe niż za granicą". (...) 

      DLA KOGO FRANK JEST ŻYŁĄ ZŁOTA? "Zarobki [banków] na portfelu tych [frankowych] kredytów stają się iluzoryczne w sytuacji, w której UOKiK „ściga” banki za niedopłacanie klientom frankowym do ich kredytów, gdy marża jest niższa od ujemnego LIBOR-u, a nasz bank za ostatnio zaciągnięte finansowanie frankowe (200 mln na pięć lat) musi płacić kupon odsetkowy w wysokości 2,5%. Na portfelu ponad 20 mld zł walutowych kredytów hipotecznych, które stanowią 25,9% całego portfela kredytowego, realizujemy  tylko 3,7% całości marży odsetkowej z kredytów. Twierdzenie więc, że banki już się „nachapały” i zarobiły krocie na klientach frankowych, jest mocnym nadużyciem. Powszechnie wiadomo, że kredyty walutowe udzielono statystycznie najlepszej klienteli o ponadprzeciętnej zdolności kredytowej oraz, że klienci ci w minionych latach istotnie poprawili swoją zdolność obsługi długu a także, że skumulowany koszt obsługi ich długu był istotnie niższy niż kredytobiorców złotowych".

      CO PODPISAŁ "KLIENT NIEŚWIADOMY RYZYKA"?  "Przyjęcie (...) założenia, że „ludzie nie wiedzieli co podpisują” – jak zdaje się sugerować spora część komentatorów i samych frankowiczów – jawi mi się jako mało poważny argument w toczących się publicznie dyskusjach. Otóż w mBanku znakomita większość klientów, zaciągając kredyt, składała  oświadczenie o następującej treści: Pracownik banku przedstawił mi w pierwszej kolejności ofertę kredytu/pożyczki hipotecznej w polskim złotym. Po zapoznaniu się z tą ofertą zdecydowałem, iż dokonuję wyboru oferty kredytu/pożyczki hipotecznej denominowanej w walucie obcej mając pełną świadomość ryzyka związanego z tym produktem a w szczególności tego, że niekorzystna zmiana kursu waluty spowoduje wzrost comiesięcznych rat spłaty kredytu/pożyczki hipotecznej oraz wzrost całego zadłużenia. Ponadto zostałem poinformowany przez pracownika banku o jednoczesnym ponoszeniu ryzyka zmiany stopy procentowej polegającego na tym, ze w wyniku niekorzystnej zmiany stopy procentowej może ulec zwiększeniu comiesięczna rata spłaty kredytu/pożyczki oraz wartość całego zaciągniętego zobowiązania. Jestem świadomy ponoszenia obu rodzajów ryzyk, związanych z wybranym przeze mnie produktem kredytowym. Pracownik banku poinformował mnie również o kosztach obsługi kredytu w wypadku niekorzystnej zmiany kursu walutowego oraz zmiany stopy procentowej, tj. o możliwości wzrostu raty kapitałowo-odsetkowej. Informacje te zostały mi przedstawione w postaci symulacji wysokości rat kredytu.” W dostępnych mi dokumentach klienci własnoręcznie wypisywali swoje dane i składali podpis".

      Wprawdzie wyrażony w złotych wyższy stan zadłużenia frankowych kredytobiorców, powoduje pewien wzrost bieżących rat kredytowych u niektórych z nich, ale przez długi okres byli oni w stosunku do kredytobiorców złotowych istotnie uprzywilejowani. Jeżeli nadto weźmiemy pod uwagę, że statystycznie od czasu zaciągnięcia długu, dużej ich części wzrosły dochody, to na tle populacji naszych mBankowych klientów widzimy wręcz poprawę zdolności kredytowej tej grupy kredytobiorców. Znaczny spadek stóp dla franków szwajcarskich spowodował także przyśpieszenie spłaty kapitału kredytu frankowego. Duża część tych klientów ponosi minimalne koszty odsetkowe, a u wielu z nich spłaty w całości pomniejszają kapitał. W efekcie, mimo nominalnie (wyrażonego w złotych) wyższego zadłużenia, ulega ono szybszemu zmniejszeniu i całkowite koszty obsługi długu tych kredytów są porównywalne lub też są nadal niższe niż u kredytobiorców złotowych".

      PROPOZYCJA BYŁA NA STOLE, I... NIC. "Oczywiście poziom zadłużenia klientów wzrósł, ale staje się on realnym problemem w dwóch sytuacjach. Pierwsza związana jest z  utratą możliwości obsługi długu – utrata pracy, zdarzenia losowe, choroba w rodzinie itp. Druga to sytuacja sprzedaży kredytowanej nieruchomości. W odniesieniu do obu tych przypadków sektor bankowy zgłosił swoje propozycje, a poszczególne banki były i są gotowe do poszukiwania indywidualnych rozwiązań na uzasadniony i udokumentowany wniosek klienta. Do pierwszej z tych grup powinna być adresowana pomoc z udziałem banków, dla drugiej banki wprowadzają stosowną ofertę umożliwiającą „przenoszenie” hipoteki. Sektor zadeklarował też – pod pewnymi warunkami – gotowość obrony klientów przy poziomie pięciu złotych kursu złotego do franka, oczekując jednoczesnej deklaracji klienta o gotowości konwersji na złote przy kursie franka schodzącym do poziomu trzech złotych. Rozwiązanie to – ważne, chociaż nie dość konsekwentnie prezentowane przez banki – zostało zignorowane przez media i regulatorów mimo że gdyby je wprowadzić, oznaczałoby ono trwałą ochronę klientów przed skutkami aprecjacji franka powyżej poziomu 5 zł" (...)

      FRANKOWICZ TO NIE TRĘDOWATY. "Nie ma poważnych przesłanek traktowania przez banki i władze publiczne całej populacji kredytobiorców frakowych jako jakiejś szczególnej kategorii dłużników, którym nadzwyczajne warunki rynkowe, wcześniej niemożliwe do przewidzenia, zmieniły dramatycznie ich sytuację przez co uniemożliwiają obsługę zaciągniętego długu. To fałszywa, ale silnie wzmacniana medialną narracją, żywotna teza. Jest to zresztą społecznie bardzo niebezpieczna, precedensowa droga, faworyzująca grupę ludzi o przeciętnie wyższych dochodach, w większości świadomych podejmowanego ryzyka, mających pełną zdolność obsługi swojego wieloletniego długu, którzy przez okres kilku lat korzystali na dysparytecie stóp procentowych. (...) Bank dostarczył wieloletnie finansowanie, biorąc na siebie ryzyko kredytowe związane z wypłacalnością klienta oraz zapewnieniem niedostępnego w Polsce kilkudziesięcioletniego finansowania,  natomiast po stronie klientów pozostała całość ryzyka walutowego. Ryzyko stopy procentowej zostało przyjęte zarówno przez bank, jak i klientów". (...)

      ZOBOWIĄZANIA I RYNEK CZY ODKUPIENIE I MODLITWA? "Jeżeli dobrze rozumiem tezę zawartą w artykule „Stan klęski żywiołowej w mózgach bankowców…”, tym klientom należałoby przyznać powszechnie redukcję ich zadłużenia, gdyż na środowisku bankowym ciąży grzech udzielenia kredytu opartego o rynkowe parametry i tym samym narażenia klienta na ryzyko wyższe niż to, którego mógł się spodziewać (wyobrazić?), a na okoliczność istnienia i rozumienia którego podpisał stosowne oświadczenie. Redukcja długu w stosunkach rynkowych zdarza się, ale musi być traktowana jako zdarzenie wyjątkowe i uzasadnione nadzwyczajnymi okolicznościami oraz skierowana do osób, które nie mają zdolności jego obsługi mimo podejmowanych wysiłków. Jeżeli zgodzimy się na precedens w przypadku kredytów frankowych, w których po prostu mamy silniejszy miejski, medialny lobbing grupy względnie bardziej zasobnych klientów, którzy na koszt akcjonariuszy i klienteli banków „załatwią” sobie umorzenie 10%, czy 40% zadłużenia, to dalej już nie ma limitu i od pojęć takich jak zobowiązania, rynek, procent i pieniądze, przejdziemy na kategorie grzechu, jałmużny, odkupienia, współczucia… modlitwy. (...) Zdyscyplinowana kryteriami i względnie zobiektywizowana pomoc wobec klientów w potrzebie to nie jałmużna. To uczciwa wrażliwość i solidaryzm społeczny, do którego odwołuje się nasza Konstytucja".

      --------------------------------------------------------------------------------

      SAMCIKOWE AD VOCEM. Tyle prezes Cezary Stypułkowski. A teraz, zgodnie z obietnicą, kilka słów ode mnie. Szanowny Panie Prezesie! Dziękując za obszerną polemikę muszę zauważyć, że w dużej części opiera się ona na niepełnym rozumieniu moich argumentów. Otóż nie domagam się bezpośredniego umorzenia zobowiązań klientów frankowych, lecz przede wszystkim wzięcia przez banki na siebie części kosztu wynikającego z "ubrania" klientów w ryzyko walutowe o dużo większym natężeniu, niż ci klienci mogli sobie imaginować. Wbrew pozorom to nie to samo. W moim "samcikowym czteropaku", czyli pakiecie rozwiązań, które wprowadziłbym, gdybym był przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego, szefem rządu lub prezesem kilku największych banków w jednej osobie, nie ma rozwiązania pt. "umorzenie części zobowiązań klientów". Jest natomiast propozycja, by banki wzięły na siebie koszty wzrostu bieżących rat w sytuacji, w której kurs franka przekroczy określony poziom. Nie wiem czy powinien on być taki sam dla wszystkich kredytobiorców, czy też powinien zależeć od poziomu "startowego". Nie wiem też czy powinien rozpoczynać odpowiedzialność banku przy kursie wyższym, czy niższym od tego, który mamy obecnie (3,9 zł). Uważam jednak, że istnieje taki poziom, przy którym bankowcy powinni z czystej przyzwoitości przejąć ryzyko walutowe od konsumenta.

      Zastosowanie tego rozwiązania - w pakiecie z pozostałymi - nie stanowiłoby złamania świętej zasady, że umowy trzeba czytać, zaś zobowiązania spłacać. Byłoby natomiast wyrazem przyznania przez środowisko bankowe, że ryzyko przerzucone na konsumenta w związku z produktem o nazwie "kredyt hipoteczny" nie powinno być nieograniczone. A przypomnę, że są kraje, w których nie tylko nie jest nieograniczone, ale wręcz limituje je bieżąca, rynkowa wartość kredytowanej nieruchomości. Bankowcy, z którymi dzieliłem się moimi pomysłami, twierdzili przez długie tygodnie, że przejęcie ryzyka w takim modelu jest niemożliwe. Potem wymodzili rozwiązanie polegające na przejęciu ryzyka wzrostu kursu franka w widełkach 5-5,3 zł w zamian za zobowiązanie klienta do przewalutowania kredytu gdyby kurs się obniżył do określonego poziomu. Nie dziwię się, że propozycja ta - jak kurtuazyjnie stwierdza Pan Prezes - została "zignorowana" przez media. Ona została przez nie wyśmiana i to całkiem słusznie, bo wyglądała na niezbyt poważną. Zdaję sobie sprawę, że bez wsparcia NBP i rządu banki - w jakimś sensie - mają związane ręce. Ale mimo tego oczekuję po środowisku finansowym głębszej refleksji nad istotą produktu, który - zapewne działając w dobrej wierze - zaoferowało

      Pan Prezes Stypułkowski zdaje się sugerować, że środowisko bankowców udzielało tych kredytów wbrew sobie, nieomal z obrzydzeniem. Że to dziennikarze i politycy zmusili banki do udzielania kredytów frankowych. Ale że koniec końców dobrze się stało, bo dzięki nim mamy w Polsce o kilkaset tysięcy mieszkań więcej, choć dla banków wcale nie jest to źródło zarobków, lecz tylko kłopotów i utrapienia. Z moich obliczeń wynika, że banki trochę jednak na kredytach frankowych zarobiły, a część tego zarobku - myślę tu np. o spreadzie walutowym - jest dość powszechnie uznawana za zysk nieuzasadniony i niesprawiedliwy.  W tym właśnie kontekście należałoby osadzić moje nawoływanie do "rozliczenia się" bankowców z kredytobiorcami. Wątku spreadu w wypowiedzi Pana Prezesa Stypułkowskiego dojmująco mi zabrakło, zamiast tego pojawił się wielokrotnie wątek dotyczący konieczności spłacania zobowiązań i wystrzegania się precedensów w postaci umorzenia części kredytów klientom będącym w dodatku w dobrej sytuacji finansowej. Myślę, że między tymi dwoma spojrzeniami nie ma sprzeczności. Rozliczenie się z niesprawiedliwej części zarobku nie byłoby zburzeniem zasady, że zobowiązania trzeba spłacać, a umowy - wykonywać.

       pieniadzeekstramagazynJUTRO EKSTRA "PIENIĄDZE EKSTRA"! Z okazji początku roku szkolnego, a więc jednej z najbardziej doniosłych chwil w roku dla naszych portfeli, postanowiliśmy wydać jeszcze bardziej ekstra wydanie "Pieniędzy Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". W najbliższy czwartek zamiast tradycyjnych czterech stron o Waszych pieniądzach dostaniecie aż dwanaście. Co będzie do przeczytania? Miniraport: co zmienią słabnące Chiny w naszych portfelach. Garść prognoz dotyczących kursów walut na najniższe miesiące i porady jak inwestować pieniądze. Trzy strony na początek szkoły: jakie zajęcia dodatkowe zafundować dziecku, jaki tornister kupić, żeby jak najlepiej posłużył uczniowi oraz jakie kursy językowe najbardziej się opłacą. Studenci i kamienicznicy z pewnością przeczytają z wypiekami na twarzy poradnik: jak bezpiecznie wynająć mieszkanie? Będzie coś dla miłośników technologii: jak dowiedzieć się czy twoje dziecko właśnie nie jest na wagarach. Z myślą o bankowcach, zamiast kawy dla podniesienia ich ciśnienia (oraz dla konsumentów już bez zdrowotnych podtekstów ;-)), ranking kont bankowych "za zero". Czy ktoś jeszcze daje ROR naprawdę za darmo? A poza tymEkipa Samcika przeprowadza ciężki ostrzał pozycji wroga: odkręca śrubę staruszce, parówkowym skrytożercom mówi stanowcze nie, zastanawia się które odsetki warto przytulić, demaskuje złodziei naszych pieniędzy i dziwnie chwiejną marżę pewnego kredytu. Kupcie jutro "Wyborczą" z ekstra-wydaniem "Pieniędzy Ekstra".

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 i możliwości rezerwacji biletów znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. Ostatnia pula ponad 100 biletów zostanie udostępnione w czwartek 3 września o 12.00. Możecie je rezerwować klikając ten link. Aha, cały dochód z biletów przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie miał możliwość obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie.

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Między grzechem, a jałmużną, czyli Stypułkowski wyjaśnia czego Samcik nie rozumie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 02 września 2015 15:52
    • Czy to dobry moment, by iść po kredyt hipoteczny? I jak nie dać się zrobić na szaro?

      Pytacie mnie często jak wziąć za rogi byka pt. "kredyt hipoteczny". Większość z Was nie jest finansistami, nie zajmujecie się na co dzień porównywaniem ofert bankowych i decyzja w którym banku wziąć kredyt na 20-30 lat, zakładając sobie tym samym taką malutką, finansową pętlę na szyję, może być trudna. W tych przytłaczających okolicznościach oczekujecie ode mnie pomocy. 

      "Zwykły człowiek, nie związany z branżą bankową, idąc do banku z reguły nie jest pewien czy dokonał dobrego wyboru. Jest to wybór na długie lata, dlatego ta obawa jest ogromna. Ja chcę wziąć 300.000 zł na 25-30 lat. Nie dysponuję zbyt dużą gotówką na wkład własny, ale jak będzie trzeba - bo kredyt okazałby się atrakcyjny - zepnę się i uzbieram daną kwotę. Który bank obecnie oferuje najdogodniejszy kredyt hipoteczny? Czym mam się kierować dokonując wyboru?"

      - pisze do mnie znajoma, a przy okazji czytelniczka blogu. Dostaję też coraz więcej pytań o to czy teraz w ogóle jest dobry moment na zaciąganie kredytu. Czytacie w gazetach i w internecie, że kredyt jest rekordowo tani, ale wkrótce raty mogą pójść w górę i pogrążyć domowy budżet w kłopotach.

      "Przymierzam się do kredytu hipotecznego, w złotych oczywiście. Od przyjaciół mam informacje, że teraz nie jest dobry okres na taki kredyt, wzrośnie WIBOR, banki będą musiały odbić sobie pomaganie frankowiczom, Chiny zaczynają dołować... Mam co prawda etat, stałą umowę, raz w roku wpada trzynastka, ale zarobki bez szalu. Planuję kredyt, ponieważ wiem, że urzędnik to dla banków dobry klient, bezpieczny. Jeśli miałby Pan dla mnie i innych czytelników rady co robić w obecnym czasie, będę wdzięczny!"

      - pisze pan Jakub. Cóż, na wzięcie dobrego kredytu hipotecznego dobry czas jest zawsze. Zaś na wzięcie złego, zawsze jest zły czas. O ile w przypadku lokowania pieniędzy sytuacja ogólnogospodarcza ma ogromne znaczenie dla przyszłych zysków, o tyle w przypadku ich pożyczania - liczą się głównie oferowane warunki, a więc marża kredytowa i ewentualnie inne warunki precyzujące obowiązki klienta. No i oczywiście cena kupowanej nieruchomości. Przepłacić za mieszkanie to tak, jakby źle ulokować kupiony na kredyt majątek  Każdy kredyt - a zwłaszcza ten na 20-30 lat - warto brać tylko wtedy, kiedy mamy już poduszkę finansową, własne oszczędności pozwalające w krytycznej sytuacji (strata pracy, gwałtowny spadek dochodów) finansować jeszcze przez jakiś czas raty. Nie podchodzimy do kredytu hipotecznego nie posiadając dobrego ubezpieczenia na życie, które zapewni pieniądze w przypadku ciężkiej choroby i niemożności zarobkowania. A wreszcie - zawsze sami szacujemy sobie zdolność kredytową, nigdy nie opieramy się na tym co powie na jej temat bank. Bo bank zawsze chce nam pożyczyć więcej, niż wynosi granica bezpieczeństwa dla domowego budżetu.

      Teraz, gdy oprocentowanie kredytów jest rekordowo niskie, właściwe oszacowanie swoich przyszłych możliwości finansowych - przyszłych, nie tych obecnych! - jest szczególnie ważne. Jeśli w tym punkcie dacie ciała, to za kilka lat powiecie, że to rzeczywiście nie był dobry czas na wzięcie kredytu. Pamiętajcie - rata kredytu hipotecznego nie powinna przekraczać 30% waszego domowego budżetu. Jeśli przekracza 50% - jest źle i niebezpiecznie. Idąc dziś do banku po kredyt, dostaniecie symulację rat dla obecnych, niskich stóp procentowych. Koniecznie policzcie (bank powinien udostępnić Wam takie wyliczenia) co będzie, gdy oprocentowanie kredytu wskoczy z 4% na 8%. Czy nadal raty nie przekroczą 30% waszego domowego budżetu? Jeśli przekroczą poziom np. 50%, to oznacza, że choć dziś kredyt wydaje się tani, raczej was na niego nie stać. Owszem, niskie stopy procentowe będą obowiązywały jeszcze najmarniej rok-dwa, ale raczej nie 20-30 lat. Dla tych, którzy biorą swój pierwszy kredyt i nie chcieliby dać się naciągnąć, mam kilka minut porad. Koniecznie obejrzyjcie zanim pójdziecie do banku!

       

      Waszym najważniejszym pytaniem jest przeważnie: czy korzystać z usług doradcy finansowego. Nie wzbraniam się przed tym, przynajmniej na początkowym etapie starań o kredyt. Nie zaszkodzi pójść do Expandera, Open Finance, czy Notusa i poprosić o ich oferty. Niech ustalą w którym banku jest najlepsza oferta dla klienta w danej sytuacji. Bo kredyt hipoteczny to takie dziwo, w którym ta sama osoba w jednym banku dostanie super-ofertę, a w innym beznadziejną albo w ogóle będzie odesłana z kwitkiem. Ale żeby była jasność: doradców finansowych traktuję raczej merkantylnie - wykorzystuję ich do ustalenia krótkiej listy banków, w których mam szansę na najlepsze warunki, a potem... porzucam. Idę sam do tych banków i sprawdzam jakie warunki otrzymałbym aplikując na własną rękę. Może się zdarzyć, że pośrednik finansowy ma "specjalny układ" z jakimś bankiem i grając z nim w drużynie będzie można ugrać nieco niższą marżę lub brak prowizji.

      Znam też sporo przypadków, w których samodzielnie można dostać te same warunki, co u pośrednika lub wręcz lepsze. Jeśli nie chcesz zajmować czasu doradcy w realu, to pozostają porównywarki finansowe. Tu zaletą jest brak zobowiązań, a wadą - ograniczenie porównań do standardowych parametrów, jak marża, czy prowizja. Dobry doradca "w realu" - częściej znajdziesz takiego poza największymi sieciami, radzę poszukać pocztą pantoflową - może mieć też bezcenną wiedzę "niemierzalną" - w którym banku właśnie jest promocja, gdzie właśnie "zakorkował" się dział rozpatrujący wnioski i nie ma szans na szybkie rozpatrzenie twojego, albo gdzie jest największa szansa na wynegocjowanie warunków lepszych, niż standardowe. Jeśli zobaczysz, że doradca ma do ciebie indywidualne podejście i wiedzę "zakulisową" o kredytach, to zostań z nim dłużej, niż tylko do wyselekcjonowania "krótkiej listy" banków.

      Koniecznie przeczytaj: dobrze negocjował, postawił bank pod ścianą i zaoszczędził na kredycie hipotecznym ponad 70.000 zł

      Do każdej krótkiej listy warto dołączyć bank, w którym masz ROR. Jest spora szansa, że zostaniesz w nim warunki kredytu hipotecznego znacznie lepsze, niż standardowe (niektóre banki nie potrafią docenić stałego klienta, ale w większości są już specjalne ścieżki i procedury, dzięki którym możesz ponegocjować obniżkę marzy lub zwolnienie z prowizji. Mając "krótką listę" trzech, góra czterech banków odwiedzasz je i porównujesz oferty pod kątem - w kolejności ważności - marży, kosztów dodatkowego ubezpieczenia (niski wkład, pomostowe, inne), prowizji. Generalnie warto iść tam, gdzie jest najniższa marża, nawet jeśli trzeba wtedy zapłacić prowizję. Prowizja to obciążenie jednorazowe, a każde 0,1% marży może przekładać się na 10.000 zł (lub trochę mniej przy mniejszych kredytach) niższego kosztu kredytu. Mając dwa banki o tej samej marży wybieracie ten, w którym panują przyjaźniejsze zasady dotyczące obowiązkowych ubezpieczeń. Jako jeden z kilku najważniejszych argumentów wziąłbym też pod uwagę możliwość wcześniejszej spłaty kredytu. Nawet jeśli dziś go nie przewidujesz - nadejdzie taki czas, że przyda się możliwość spłacenia reszty długu bez prowizji. Jeśli nie będzie mocnej zniżki w marży, z dużą rezerwą podchodź do inwestycyjnego cross-sellu. Przeważnie lepiej zapłacić prowizję lub mieć wyższą marżę, niż pchać się w plan oszczędzania na 20 lat. Ewentualnie możesz rozważyć przeniesienie do banku-kredytodawcy ROR-u lub karty kredytowej, ale to powinien być już absolutny szczyt twojej elastyczności. Chociaż przeczytaj też votum separatum jednego z doradców finansowych Open Finance, który ma własne argumenty na temat cross-sellu, zwłaszcza tego inwestycyjnego..

      Obejrzyj też: Czy opłaca się mieć własne mieszkanie? A może taniej będzie... wynajmować?

      Jeśli w banku będą stroili fochy, to wstajesz i mówisz, że w takim razie idziesz do konkurencji - przeważnie w tak drastycznych okolicznościach bankowcy topnieją jak zeszłoroczny śnieg. Zapytaj o ile tańszy będzie kredyt (patrząc przez pryzmat marży) jeśli przyniesiesz większy wkład własny. Jeśli różnica jest spora, rozważ np. pożyczkę u rodziny, żeby potem płacić niższe raty. Projekt umowy weź do domu i przeczytaj z zaprzyjaźnionym prawnikiem. Nie podpisuj dopóki nie zrozumiesz każdego paragrafu. Nie daj sobie wmówić, że umowa jest nienegocjowalna. Bankowcom może się nie chcieć poddawać twoich poprawek analizie prawnej, ale nie ma prawa ci zabronić korygowania umowy. W miarę możliwości wyrzucaj z umowy wszystkie zapisy, które odsyłają do regulaminu lub tabeli opłat i prowizji. Te dokumenty bank może zmienić jednostronnie, nie pytając cię o zdanie, więc każde odniesienie do nich oznacza, że bank może na ciebie narzucić dodatkowe koszty, a ty będziesz mogli co najwyżej podać go do sądu. Uwaga: dokładnie przeczytaj warunki rozliczania transz. Niektóre banki robią kłopoty z uruchamianiem kolejnych transz pod pozorem źle przybitego gwoździa. Tu też przyda się dobry prawnik. Aby móc spełnić te wszystkie zasady, warto mieć za sobą atut czasu. Znacznie większe pole manewru będziesz miał wtedy, gdy na negocjowanie warunków kredytu i wypełnianie procedury dasz sobie co najmniej cztery miesiące. Działając pod presją czasu dajesz bankowi prezent - to ty jesteś pod ścianą, a on jest panem sytuacji.

      pieniadzeekstramagazynJUTRO EKSTRA "PIENIĄDZE EKSTRA"! Z okazji początku roku szkolnego, a więc jednej z najbardziej doniosłych chwil w roku dla naszych portfeli, postanowiliśmy wydać jeszcze bardziej ekstra wydanie "Pieniędzy Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". W najbliższy czwartek zamiast tradycyjnych czterech stron o Waszych pieniądzach dostaniecie aż dwanaście. Co będzie do przeczytania? Miniraport: co zmienią słabnące Chiny w naszych portfelach. Garść prognoz dotyczących kursów walut na najniższe miesiące i porady jak inwestować pieniądze. Trzy strony na początek szkoły: jakie zajęcia dodatkowe zafundować dziecku, jaki tornister kupić, żeby jak najlepiej posłużył uczniowi oraz jakie kursy językowe najbardziej się opłacą. Studenci i kamienicznicy z pewnością przeczytają z wypiekami na twarzy poradnik: jak bezpiecznie wynająć mieszkanie? Będzie coś dla miłośników technologii: jak dowiedzieć się czy twoje dziecko właśnie nie jest na wagarach. Z myślą o bankowcach, zamiast kawy dla podniesienia ich ciśnienia (oraz dla konsumentów już bez zdrowotnych podtekstów ;-)), ranking kont bankowych "za zero". Czy ktoś jeszcze daje ROR naprawdę za darmo? A poza tym Ekipa Samcika przeprowadza ciężki ostrzał pozycji wroga: odkręca śrubę staruszce, parówkowym skrytożercom mówi stanowcze nie, zastanawia się które odsetki warto przytulić, demaskuje złodziei naszych pieniędzy i dziwnie chwiejną marżę pewnego kredytu. Kupcie jutro "Wyborczą" z ekstra-wydaniem "Pieniędzy Ekstra"..

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Czy to dobry moment, by iść po kredyt hipoteczny? I jak nie dać się zrobić na szaro?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 02 września 2015 07:35
  • wtorek, 01 września 2015
    • Miażdżący argument: gdyby nie było franków, mieszkalibyśmy u niemieckiego kamienicznika?

      Kilka dni temu w "Forbesie" ukazał się wywiad z Wojciechem Sobierajem, enfant terrible polskiej branży bankowej. W odróżnieniu od niektórych innych prezesów on zwykle mówi to, co myśli (może dlatego, że nie ma nad sobą żadnej centrali na Zachodzie), choć nie jest byłym prezesem, lecz wciąż "zasiadającym". Inna sprawa, że zdarza mu się robić coś innego, niż mówi (zarządzany przez niego Alior Bank ma trzecią największą w Polsce sieć dystrybucji, a od lat powtarza, że placówki za chwilę będą niepotrzebne). Osiągnął niewątpliwy sukces stawiając od zera bank, który za chwilę zapuka do pierwszej dziesiątki największych (już dziś ma 2,5% udziału w dość rozdrobnionym rynku). Ale niestety podpadł mi okrutnie, bo do celu szedł najkrótszą drogą, "po trupach" klientów, oferując im darmowe usługi, a potem przykręcając śrubę, mamiąc najtańszym kredytem, który wcale nie jest najtańszy oraz "wyższą kulturą bankowości", która przy bliższym poznaniu okazuje się być kulturą bardzo masową. W wywiadzie dla "Forbesa", skądinąd bardzo ciekawym, prezes Aliora wyraził swój sceptycyzm co do przyszłości branży bankowej, opowiedział co myśli o frankowiczach i o repolonizacji.

      BANKI PRZEGRAJĄ Z SIECIAMI SPOŁECZNOŚCIOWYMI. Według Sobieraja banki, ściśnięte nierówną konkurencją z firmami pozabankowymi, rosnącymi regulacjami nadzorczymi oraz coraz niższą rentownością, przekształcą się w "urzędy" oferujące tylko proste, najmniej ryzykowne i najmniej opłacalne produkty (np. konta rozliczeniowe). Wszystko co sexy, innowacyjne i wysokomarżowe przejmą firmy pozabankowe.W płatnościach rozpycha się PayPal, Bitcoin, przelewy ekspresowe jako pierwsza rozwinęła firma Blue Media, walutę wymieniamy dziś w kantorach internetowych, zaś pożyczki - w firmach technologiczno-finansowych, jak Vivus. Zdaniem Sobieraja będzie gorzej, bo wkrótce rozwiną się platformy społecznościowe i crowdfunding, co oznacza, że ludzie przestaną w ogóle potrzebować pośredników, by wymieniać się pieniędzmi. "Premier Cameron, udając się z wizytą do Azji, zabiera ze sobą menedżerów dwóch platform peer-to-peer: RateSetter i Iwoca. I nikogo z banków. Po co w Azji mają budować przestarzałą infrastrukturę bankową, jak mogą przeskoczyć do bankowości przyszłości. Szybkiej, taniej, przyjaznej, bezpiecznej i wygodnej. Nie trzeba biur podróży, aby kupić bilet i wczasy, prawda? Oczywiście booking.com nie ma gwarancji urzędu marszałkowskiego, ale co z tego?". Banki w tym czasie, jako "instytucje zaufania publicznego", będą na to patrzyły i umierały stojąc."Sprowadzenie banków do urzędów spowoduje, że z obiecującej branży zrobi się skansen. Według mnie pracę w ciągu najbliższych pięciu lat w bankowości w Polsce straci jakieś 40.000 osób". Czyli co czwarty pracownik. Spieszmy się kochać banki. Tak szybko odchodzą.

      KREDYTY FRANKOWE? TO CENA ZA TO, ŻE NIE MIESZKAMY U NIEMCA (I FRANCUZA). Bardzo ciekawie stawia Sobieraj sprawę kredytów frankowych. Podziela zdanie tych, którzy mówią, że było ich za dużo i były udzielane zbyt lekką ręką. Ale rysuje też krajobraz alternatywny. Gdyby kredytów we frankach nie było, to Polacy mieszkaliby teraz w mieszkaniach należących do Niemców. Bo nas za kredyt w złotych na mieszkanie nie było stać, a Niemca na kredyt z niemieckiego banku - i owszem. Albo Brytyjczyka w brytyjskim, żeby nie było, że nie lubimy tu jakiejś konkretnej nacji. Dziś mamy kłopot z kredytami frankowymi, a gdybyśmy go nie mieli, to byłby płacz, że polskie kamienice zostały wykupione przez zagranicznych inwestorów, którzy wynajmują nam mieszkania. Potrzeba własnego "m" by nie znikła, po prostu zaspokoiłby ją ktoś inny. "W minionej dekadzie kredyt hipoteczny był poza zasięgiem większości Polaków. Przy nominalnych stopach procentowych powyżej 10% żadna rodzina w Polsce nie byłaby w stanie zaciągnąć i spłacać kredytu na mieszkanie w złotych. Fakt, kredyty frankowe poszły w miliony, a zgodnie z regułami sztuki powinny trafić do maksimum 3–4% społeczeństwa, bo tak ryzykownych instrumentów nie powinno się udzielać ludziom zarabiającym średnią krajową i mniej. Może za szybko chcieliśmy doganiać świat. Ale czekanie na spadek stóp złotowych w Polsce w sytuacji, gdy za parę lat mieliśmy wejść do strefy euro, a banki zagraniczne dawały swoim klientom w innych krajach kredyty na zakup nieruchomości „pod wynajem”, byłoby tchórzostwem. Mieliśmy się stać krajem kamienic czynszowych będących własnością obcokrajowców? Albo mieszkać u teściowych?" - słusznie prawi Sobieraj. I przyznaje, że branża bankowa powinna zawczasu podzielić się zyskami i obniżyć spready walutowe oraz zrestrukturyzować kredyty tym, którzy wpadli we frankową pułapkę.

      OBEJRZYJ: JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY - KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      KTO ZAPŁACI ZA PRZEWALUTOWANIE KREDYTÓW? Sobieraj ma w tej sprawie klarowną odpowiedź: zapłacimy wszyscy w formie trudniejszego dostępu kredytu dla firm. "Jeżeli SKOK-i nie upadły, to banki też nie upadną. Ale za masowe przewalutowanie kredytów frankowych zapłacą wszyscy, na wiele sposobów, choćby w formie wyższych opłat bankowych. Ciężkie czasy mogą nadejść dla firm. Skąd banki wezmą kapitały, aby finansować ich rozwój, inwestycje, nowe miejsca pracy, innowacje? Ktoś powinien uświadomić politycznym decydentom, jakie będą konsekwencje tego ruchu, bo mi to wygląda na działanie szybkie i bez kalkulacji. Ostatnio dużo mówiło się o inwestycjach w energetykę. Pewnie kiedyś przyjdą lepsi Polacy, którzy te linie przesyłowe wkopią w ziemię, rozwiną OZE, wybudują elektrownie atomowe. I będą się dziwili, dlaczego myśmy tego nie zrobili. A jeżeli nie z kredytu, to z czego? Z budżetu? Z budżetu to niech będzie większe wsparcie dla rodzin i dzieciaków, przyzwoita emerytura, godziwa ochrona zdrowia, edukacja, szkolnictwo wyższe, obronność, a nie kopanie kabli w ziemi" - mówi prezesa Aliora. Zgadzam się z nim, ale też wydaje mi się, że trochę przesadzamy z tym straszeniem, że bez banków firmy nie będą miały z czego finansować inwestycji. Dziś mają tyle własnych pieniędzy, że banków potrzebują tylko w umiarkowanym stopniu. I dopóki gospodarka nie będzie rosła w tempie 6-7%, firmy bez wzrostu zdolności banków do udzielania kredytów jakoś się obędą.

      PO FRANKOWICZACH PRZYJDĄ "ZMIENNOPROCENTOWICZE". Sobieraj bardzo słusznie zauważa to, o czym od czasu do czasu piszę też w blogu - że każdy kredyt hipoteczny to ryzyko nieprzewidywalności rat. I że prędzej czy później do banków przyjdą po pieniądze kolejni "oszukani" klienci. Źródłem "oszustwa" będzie to, że bank dał kredyt o zmiennej stopie, który podrożał znacząco. "Teraz mamy dyskusję na temat franka, zaraz będziemy mieli dyskusję na temat kredytów o zmiennej stopie w złotych. Kredyty hipoteczne o zmiennych stopach na świecie nie istnieją. Ale w Polsce dominują, bo te o stałej stopie są droższe. Banki nie mogą udzielać kredytów o stałej stopie taniej, bo brakuje im pokrycia w długoletnich depozytach. Stopy procentowe nie zawsze będą takie niskie jak teraz, raty klientów wzrosną. Pojawi się oczekiwanie, żeby banki pokryły straty z tego tytułu". Czyli będzie trochę tak, jak z tymi przeklętymi frankami. Byliśmy i jesteśmy biedni, więc stać nas tylko na kredyt o zmiennej stopie. Banki taki kredyt nam podsuwają, żebyśmy nie musieli mieszkać kątem u teściowej. Bierzemy na klatę ryzyko zmiennej stopy, bo też nie chcemy mieszkać kątem u teściowej, ale... jak przychodzi co do czego, to stwierdzimy, że bank nas oszukał, bo kredyt maił być tańszy. Smutne to i przypomina węzeł gordyjski.

      REPOLONIZACJA, CZYLI MOŻLIWOŚĆ REALIZACJI POLITYKI PAŃSTWA. W tym punkcie prezes Alior Banku solidnie mnie wkurzył. Wiadomo, że sam wolałby nie być kupiony przez bank z Francji, Włoch, czy Wielkiej Brytanii. Ale uzasadnienie, które dorabia, by wytłumaczyć zakup akcji Aliora - a w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie też kilku innych banków - przez PZU, bardzo mnie uwiera. "Myślę, że są dwa racjonalne argumenty za repolonizacją. Pierwszy to możliwość realizowania polityki gospodarczej państwa. Co się stanie, kiedy coraz bardziej regulowane przez EBC banki strefy euro dostaną wytyczną, by schładzać kredytowanie, a w Polsce będzie duży popyt na kredyty? Kogo się słuchać? Z kim dyskutować? Musimy być gotowi na finansowanie polskich firm bez względu na politykę bankowych central z zagranicy" - mówi Sobieraj. A ja się zastanawiam: czy wolę, żeby banki w Polsce miały prezesów, którzy są marionetkami w rękach zagranicznych central, czy też polskich polityków. Jeśli banki zaczną realizować politykę państwa, to skończy się to wielkim kryzysem. Bo właśnie realizowanie przez banki polityki państwa spowodowało, że w USA wystarczyło mieć puls, żeby dostać kredyt hipoteczny.

      Drugi argument Sobieraja za repolonizacją nie podnosi mi już tak bardzo ciśnienia, ale też się zastanawiam czy aby na pewno trzeba zań płacić pieniędzmi posiadaczy polis ubezpieczeniowych PZU. "To możliwość politycznego wsparcia krajowych banków w ich zagranicznej ekspansji. Serce mnie boli, jak widzę, że austriackie i włoskie banki rozdają karty na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej. Polskie banki, zwłaszcza detaliczne, mogłyby wzorem banków hiszpańskich iść kraj po kraju, przejmować konkurentów, wdrażać innowacje i się rozwijać. Bankowość jest nadal jednym z nielicznych sektorów gospodarki, gdzie możemy pograć w skali europejskiej. Ciągle jest szansa stworzenia polskiej bankowej Zary czy chociaż Maspeksu. Ale marzenie o tym staje się nierealne, gdy polityka podważa sens bankowego biznesu i demoluje tę branżę". Panie prezesie, polityka to demoluje konkurencję rynkową, a nie branżę bankową. Zdemoluje, i owszem, tę branżę, jeśli nawiedzeni ministrowie będą mylić repolonizację z renacjonalizacją.

      pieniadzeekstramagazynNADCHODZI SPECJALNE MEGAWYDANIE "PIENIĘDZY EKSTRA" Z okazji początku roku szkolnego, a więc jednej z najbardziej doniosłych chwil w roku dla naszych portfeli, postanowiliśmy wydać jeszcze bardziej ekstra wydanie "Pieniędzy Ekstra" w "Wyborczej". W najbliższy czwartek zamiast tradycyjnych czterech stron o Waszych pieniądzach dostaniecie aż dwanaście. Co będzie do przeczytania? Miniraport: co zmienią słabnące Chiny w naszych portfelach: garść prognoz dotyczących kursów walut na najniższe miesiące i porady jak inwestować pieniądze. Trzy strony na początek szkoły: jakie zajęcia dodatkowe zafundować dziecku, jaki tornister kupić, żeby jak najlepiej posłużył uczniowi oraz jakie kursy językowe najbardziej się opłacą. Poradnik: jak bezpiecznie wynająć mieszkanie? Coś dla miłośników technologii: jak dowiedzieć się czy twoje dziecko właśnie nie jest na wagarach. Z myślą o bankowcach, zamiast kawy dla podniesienia ciśnienia (oraz dla klientów już bez zdrowotnych podtekstów ;-)), ranking kont bankowych. Czy ktoś jeszcze daje ROR naprawdę za darmo? A poza tym Ekipa Samcika przeprowadza ciężki ostrzał wroga: odkręca śrubę staruszce, parówkowym skrytożercom mówi stanowcze nie, zastanawia się które odsetki warto przytulić, ujawnia nowy sposób złodziei naszych pieniędzy i dziwi się marży pewnego kredytu. Jeśli chcecie, żeby tak, jak w ten czwartek, było w każdy czwartek, zagłosujcie nogami i przeczytajcie "Wyborczą" z ekstra-wydaniem "Pieniędzy Ekstra".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Miażdżący argument: gdyby nie było franków, mieszkalibyśmy u niemieckiego kamienicznika? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2015 18:06
    • Szkolna polisa dla twojego dziecka: jak uniknąć zakupu taniego badziewia?

      Grubo ponad 4,5 miliona młodych Polaków oraz ich rodziców zaczyna dziś nowy rok szkolny. Mam dla nich kilka finansowych tipów (proszę kliknąć i przeczytać), a tuż przed weekendem wrzuciłem do blogu miniporadnik o tym jak nie zbankrutować na zakupach zeszytów, przyborów szkolnych i podręczników. Kwestia podręczników (ile, czy na pewno potrzebne i gdzie je kupić) będziecie pewnie dziś rozmawiać z wychowawcami Waszych dzieci i między sobą, w ramach samopomocy rodzicielskiej. Ale jest jeszcze jeden wydatek związany ze szkołą, o którym będzie dziś mowa w prawie każdej klasie. To ubezpieczenie dzieci od nieszczęsliwych wypadków. U mnie to zawsze wyglądało w ten sposób, że wchodziła wychowawczyni lub wychowawca, informowali o wysokości składki oraz o sumie ubezpieczenia i przystępowali do zbierania pieniędzy. Firmy ubezpieczeniowe muszą kochać ten dzień: nikt o nic nie pyta, niczego nie sprawdza. Wszyscy płacą, bo pani każe. Ze statystyk wynika, że polisę od następstw nieszczęśliwych wypadków wykupuje 80% rodziców.(z tego pewnie 99% w szkole, podczas rytualnego, corocznego strzyżenia, excusez-moi, baranów ;-)).

      Kupując polisę grupową robicie oczywiście dobry uczynek. Wspomagacie albo panią dyrektor, albo całą szkołę, bo firmy ubezpieczeniowe są gotowe przychylić nieba osobom decyzyjnym w szkole, by właśnie ich polisę przedstawili rodzicom do bezkrytycznego podpisania. W przypadku biznesu finansowego przychylanie nieba oznacza przeważnie jakiś datek :-). A tymczasem ani taka grupowa polisa nie jest obowiązkowa, ani tym bardziej nie trzeba jej kupować bez sprawdzenia za co się płaci. To, że składka zwykle jest niska nie zwalnia od sprawdzenia jaką ochronę za te pieniądze nabywamy. A zwykle niska składka oznacza śmieciową, wykastrowaną ochronę. Oczywiście: lepsza polisa śmieciowa, niż żadna, zwłaszcza że ze statystyk wynika, że w szkołach rocznie dochodzi do jakichś 70-80 tysięcy wypadków. Jeśli uczeń jest objęty polisą, rodzice dostaną jakieś-tam odszkodowanie (lepszy rydz, niż nic). Ale warto - o ile kogoś oczywiście stać - zapłacić więcej, ale za porządną polisę, oferującą naprawdę wszechstronną ochronę. Jak jednak odróżnić dobrą polisę od tej cienkiej, jak barszcz ukraiński? O tym właśnie jest dzisiejszy wpis.

      JAKA JEST SUMA UBEZPIECZENIA? Zasadniczo im wyższa, tym lepiej dla rodziców, bo ochrona jest wtedy realna, a nie iluzoryczna. Polisa byle jaka będzie miała sumę ubezpieczenia rzędu 10.000 zł albo coś w ten deseń (widziałem nawet wynalazki z sumą 5000 zł). Formalnie nawet te 10.000 zł to niemała kasa, ale trzeba pamiętać, że 100% tejże sumy ubezpieczenia można otrzymać tylko w przypadku śmierci ubezpieczonego. Nieszczęśliwy wypadek - z czasowym lub trwałym uszczerbkiem na zdrowiu - oznacza wypłatę pewnego procentu sumy ubezpieczenia. Przeważnie jest to kilka, kilkanaście procent, a więc w praktyce kilka stówek. Tak naprawdę sensowne pieniądze w przypadku jakiegoś małego nieszczęścia w szkole (złamanie, zwichnięcie nogi lub ręki, poparzenie, rozbicie głowy, złamany nos) zaczynają się przy sumach ubezpieczenia 100.000 zł i więcej. A porządne polisy indywidualne mają sumy ubezpieczenia nawet 250.000 zł i więcej. Przy polisie indywidualnej jest o tyle przyjemniej, że świadomy rodzic może ją sobie sam "skonfigurować", nie dostaje standardowej "grupówki" z wszystkimi parametrami zafiksowanymi na stałe.

      KIEDY POLISA ZADZIAŁA? I JAK ZADZIAŁA? Tu też są najróżniejsze triki, które powodują, że rodzicowi się wydaje, że ubezpieczył dziecko, a tak naprawdę to tylko dał zarobić firmie ubezpieczeniowej. Najczęściej spotykane wypadki w szkołach to złamania nóg i rąk (30% wypadków), skręcenia stawów skokowych lub kolanowych (35%), skaleczenia i rany (10%) oraz wybite i złamane zęby (5%). I zwykle od tych wszystkich nieszczęść dziecko jest ubezpieczone w nawet najtańszej polisie. Warto jednak sprawdzić jakie są procenty sumy ubezpieczenia przyporządkowane poszczególnym wydarzeniom Bo jeśli mam ubezpieczenie na 10.000 zł z wypłatą 1% sumy ubezpieczenia w przypadku złamania zęba, to wypłata wyniesie... 100 zł. Nic tylko się upić. Poza tym złamania i skręcenia kończyn to nie wszystkie potencjalne kłopoty wynikające z pecha. A co jeśli dziecko zostanie pogryzione przez psa? Albo ulegnie zatruciu pokarmowemu w szkole? Czy wtedy polisa też zadziała? Tania - na pewno nie.

      CO UBEZPIECZYCIEL ZROBIŁ, ŻEBY POLISA NIE ZADZIAŁAŁA? Trzeba też sprawdzić, czy uszczerbek na zdrowiu, który podpada pod wypłatę odszkodowania, nie jest zdefiniowany zbyt pokrętnie. Np. co z tego, że uczeń złamie nogę, skoro ubezpieczenie zadziała tylko wtedy, kiedy uszczerbek na zdrowiu musi być taki, że dziecko będzie kulało. Moja redakcyjna koleżanka Ania Popiołek opisała jakiś czas temu przykład ubezpieczenia, które nie obejmowało skutków omdlenia. Dziecko upadło tak nieszczęśliwie, że miało wstrząs mózgu, złamany ząb i mocno pokancerowaną twarz, ale nie ubezpieczyciel odmówił wypłaty, bo wszystko to z powodu omdlenia. A omdlenie jest wyłączone z odpowiedzialności firmy. Kant w majestacie prawa. Koniecznie sprawdźmy ile potencjalnych nieszczęśliwych wypadków polisa obejmuje, a ilu nie. 

      GDZIE POLISA ZADZIAŁA? Większość tanich polis działa tylko w Polsce, część - tylko w szkole oraz w drodze do szkoły i ze szkoły do domu. Dobra polisa powinna działać przez okrągły rok, także w czasie wakacji (wtedy wypadków jest porównywalnie dużo, co w miesiącach szkolnych). A także - o czym warto pamiętać - w czasie kolonii, obozów i wycieczek szkolnych oraz wyjazdów na "Zieloną Szkołę". Warto sprawdzić czy firma ubezpieczeniowa nie wpadła na szalony pomysł, by wyłączyć z odpowiedzialności wypadki, do których doszło w czasie uprawiania przez dziecko sportu. Wiadomo, że jeśli młokos zrobi sobie kuku podczas bungee jumping, to odszkodowania może nie być, ale jeśli za sport ekstremalny uznamy grę w piłkę, jazdę na koniu, albo na nartach, czy w tenisa... No, ogólnie pisząc wtedy jest słabo. 

      CZEGO NIE ZNAJDZIESZ W TANIEJ POLISIE? Poprosiłem kolegów z jednej z firm ubezpieczeniowych (konkretnie z Metlife, ale nazwa firmy w tym momencie nie ma znaczenia), żeby porównali swoje polisy ubezpieczające dzieci z tanią grupówką NNW. Wskazali oczywiście na zupełnie inne poziomy sum ubezpieczenia i mniej wyłączeń jeśli chodzi o przyczyny, które mogą prowadzić do uszkodzeń ciała. Ale też zwrócili uwagę, że polisa kompleksowo zabezpieczająca dziecko nie powinna się kończyć na klasycznym NNW, czyli polisie od urwania ręki i nogi. Powinna zapewniać odszkodowanie za dalej idące konsekwencje wynikające z wypadków - za pobyt w szpitalu, za operacje, za groźne choroby. I że powinna mieć coś w rodzaju opcji rentowej, gdyby rodzicom coś się stało (dziecko powinno wtedy otrzymywać rentę przez określoną liczbę lat). Dobra polisa indywidualna miewa też opcję podwojenia odszkodowania w przypadku, gdy dziecko spotka trwałe inwalidztwo wskutek wypadku.

      ASSISTANCE WYPADKOWY, CZYLI OPCJA DELUXE. Odszkodowanie to jedno, ale możliwość korzystania z darmowej pomocy "w naturze" jest opcją, która w sytuacji kryzysowej może się przydać równie mocno, jak kasa. Są firmy, które w ramach NNW zapewniają powypadkowy pakiet świadczeń medycznych (konsultacje u lekarzy, badania diagnostyczne, rehabilitację - oczywiście w ramach określonych w polisie limitów). To wygodne, bo w kryzysowej sytuacji zwalnia roztrzęsionego rodzica z obowiązku poszukiwania lekarzy, którzy np. doprowadzą zwichniętą nogę do stanu używalności. Najbardziej wypasione polisy assistance mają nawet tak perwersyjną usługę, jak korepetycje dla dziecka, które nie może chodzić do szkoły. Oczywiście tylko kilka lekcji (inaczej dziecko mogłoby  znienawidzić ubezpieczyciela, a ten zbankrutować ;-))

      Oczywiście: to, co opisałem w kilku powyższych akapitach to już nie są tak tanie polisy, jak te na 10.000 zł, które dostaniecie dziś w pakiecie, razem z obowiązkową składką na komitet rodzicielski. Mimo wszystko uważam, że powinniście się zastanowić, czy nie pogadać z dwoma agentami i nie porównać proponowanej Wam polisy grupowej z polisą indywidualną, oferowaną np. przez firmę ubezpieczeniową, którą lubicie (bo, dajmy na to, ubezpiecza Wam już życie lub majątek). Wiem, nie macie czasu na porównywanie polis, boli Was głowa i strzyka w kościach. Ale - do ciężkiej cholery - przyznajcie ile czasu straciliście właśnie w sklepach, żeby kupić jakieś duperele do szkoły? Polisa chroniąca dziecko - oraz rodzicielski portfel - przez skutkami wypadków w szkole i poza nią to sprawa mimo wszystko ciut ważniejsza, niż piórnik.  

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      Warto też zerknąć na inne odcinki "Samcik prześwietla". W nich m.in. o tym jak znaleźć najlepszą lokatę bankową, jak zabrać się do inwestowania pieniędzy oraz jak unikać pułapek przy terminalach płatniczych i bankomatach.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 29.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 6.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już 1.300 osób.

      O SZKOLNEJ WYPRAWCE PRZY ŚNIADANIU. O kosztach szkolnej wyprawki, czyli jednym z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka, mówiłem w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Szkolna polisa dla twojego dziecka: jak uniknąć zakupu taniego badziewia?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2015 07:49
  • poniedziałek, 31 sierpnia 2015
    • Gdy sprzęt się popsuje, a firma cię zlekceważy. Oto nietypowy pomysł na zemstę. Zaboli?

      Najróżniejsze są sposoby klientów, by dokonać krwawej zemsty na firmie, która ich źle obsłużyła lub zlekceważyła. Niektóre przedsiębiorstwa same dostarczają klientom stosownych "narzędzi", uruchamiając profile na portalach społecznościowych, dzięki którym niezadowolony klient może nabluzgać mając pewność, że skieruje cios tam, gdzie będzie bolało. Z pomocą w zemście przyjdą też blogerzy (niektórzy mają zasięg większy niż jakiekolwiek "tradycyjne" medium), a także serwisy typu Wykop. Aby jednak bluzganko nie było całkiem bezproduktywne, można wykorzystać do niego jeden z... serwisów aukcyjnych. Kilka dni temu jeden z użytkowników Allegro "zapuścił" interesującą aukcję zatytułowaną: "Flagowy model LG G4 - aukcja skierowana do firmy LG". Z warunków aukcji wynika, że sprzedający chce otrzymać za najnowszy model smartfona LG astronomiczną kwotę 6299 zł, mniej więcej trzy razy tyle, ile kosztuje nówka-sztuka w salonach. Facet oszalał? Otóż nie do końca.

      Wystawca aukcji od razu na wstępie zaznacza, że jedynym podmiotem zainteresowanym transakcją powinien być koncern LG, który miałby odkupić od klienta wyprodukowany przez siebie sprzęt znacznie drożej od ceny rynkowej ze względu na... wyrzuty sumienia. Ów klient został bowiem odesłany z kwitkiem, gdy złożył reklamację i poprosił o naprawę telefonu.

      "Ta aukcja jest przede wszystkim protestem przeciwko sprzedawcom i usługodawcom, którzy nie poczuwają się do odpowiedzialności za jakość sprzedawanych produktów oraz świadczonych usług w Polsce"

      - czytam w opisie aukcji. A dalej następuje opowieść o tym jak klient - od wielu lat wierny użytkownik telefonów LG - na początku lipca kupił najnowsze cacko tej firmy, zaś po dwóch tygodniach musiał przestać się nim cieszyć. Na ekranie smartfona zaczęły bowiem wykwitać smugi, nieusuwalne przetarcia. Ekran szybko zaczął wyglądać gorzej, niż ten w telefonie, którego pechowy klient używał wcześniej przez dwa lata. W takim przypadku oczywiście niezbędna jest reklamacja. Klient poprosił o wymianę powierzchni ochronnej, całego ekranu bądź wymianę telefonu (o ile naprawa okaże się niemożliwa). Odpowiedź przyszła szybko i była dość zwięzła:

      "Autoryzowane Centrum Serwisowe pragnie poinformować, że odmawia naprawy gwarancyjnej sprzętu zgodnie z punktem 7 karty gwarancyjnej. W reklamowanym telefonie stwierdzono uszkodzenie mechaniczne. Możliwa jest jedynie naprawa odpłatna"

      Klient się wkurzył i skierował swe kroki na facebookowy profil LG, zaśmiecając go prośbami o pomoc. Tam obiecano wsparci duchowe i nie tylko. Klient podał numer IMEI telefonu i grzecznie czekał. Po dwóch tygodniach cierpliwość mu się skończyła i postanowił o sobie przypomnieć, jednak facebookowy administrator konta LG napisał, że wysłali prośbę o wyjaśnienie do serwisu i wciąż czekają, gdyż "jest to proces". Cóż, wklepanie numeru IMEI do komputera nie może trwać tak długo, więc nieszczęsny posiadacz smartfona LG postanowił w niestandardowy sposób "poprosić" firmę o zwrot pieniędzy oraz pokrycie strat moralnych. Mógłby po prostu odesłać telefon z informacją "a teraz go sobie weźcie i oddajcie mi kasę", ale był bardziej sprytny. Zamiast na pocztę poszedł do Allegro.pl i wystawił aukcję z nadzieją, że LG telefon odkupi. Wycena została skalkulowana w taki sposób, że do wartości nowego telefonu (2399 zł) klient dodał cenę czasu, przez który był bez telefonu (700 zł), czasu poświęconego na korespondencję z serwisem, bluzganie na Facebooku oraz wystawienie aukcji (2000 zł - niezłą facet ma wycenę godziny pracy ;-)), a na dokładkę jeszcze dorzucił zadośćuczynienie za irytację zaistniałą sytuacją.

      lgallegro1

      Grubo. Trudno powiedzieć czy to próba przerzucenia na serwis i producenta kosztów własnej bezmyślności klienta (mógł niechcący wyprać telefon, wykąpać się z nim w jacuzzi, albo upiec w piekarniku), czy też rzeczywiście egzemplarz był felerny. Dużo ważniejszy - i chyba decydujący o przebiegu wypadków - był sposób, w jaki firma potraktowała klienta. A potraktowała go jak intruza, którego trzeba spławić minimalnym nakładem sił środków. Jednozdaniowa odpowiedź serwisu (bez żadnego uzasadnienia jaki charakter miało uszkodzenie, skoro nie kwalifikuje się do naprawy gwarancyjnej), potem dwutygodniowe milczenie po interwencji klienta na Facebooku... To właśnie najbardziej wkurza. Jeśli odrzuca się reklamację klienta, to nie wolno odpisywać na modłę "odpieprz się pan i nie marnuj naszego cennego czasu". Gdyby klient dostał rzeczową, solidnie umotywowaną odpowiedź, to zapewne nie zrobiłby kipiszu ani na Facebooku, ani na Allegro, wystawiając zabawną aukcję. A nawet gdyby zrobił, to zostały uznany za świra.

      lgallegro2

      Zachowanie przedstawicieli LG - nieważne, czy zawinione przez procedury producenta, czy przez niegramotność sieci dealerskiej - jest tym bardziej niezrozumiałe, że producenci smartfonów z reguły starają się jak najbardziej przekonać do siebie klientów, by to u nich, a nie np. u operatora telekomunikacyjnego, kupowali telefon. Klient wierny marce kupuje telefon z pominięciem operatora (u niego weźmie tylko kartę SIM), na czym korzysta i on i producent. Słyszałem, że ostatnio Samsung zaczął oferować nabywcom bezpośrednim swojego najnowszego smartfona Galaxy S6... darmowe noclegi w hotelach sieci Novotel. Co prawda darmowy nocleg jest tylko jeden na każdy nowosprzedany telefon i tylko w weekend, w dodatku jest dostępny tylko w niektórych hotelach i do wyczerpania niezbyt wysokiego limitu (załapie się 1000 klientów), ale w sumie to niezły pomysł. Wartość prezentu wynosi najwyżej 5% wartości nowego Samsunga, ale klient dostaje sygnał, że jeśli będzie kupował telefon bezpośrednio, może liczyć na prezenty, których nie dostanie od Plusa, Orange, T-Mobile, ani Play. W LG najwyraźniej są tak urobieni po pachy, że zapomnieli, iż taki "bezpośredni" klient to skarb. Niekoniecznie jego reklamacja musi być uwzględniona, ale traktować go per noga nie warto, bo wtedy już nigdy nie wróci..

      Czytaj też: Wyjątkowo pamiętliwy klient. Przez 10 lat mścił się na swoim banku 

      Czytaj też: Bank nie odpowiedział klientce na reklamację. Jej zemsta była sroga

      Przykład, który dziś opisałem po raz kolejny pokazuje jak kosmiczne odległości pod względem jakości obsługi klienta dzielą nas od cywilizowanego świata. A jak jest tam, gdzie panuje rozwinięta cywilizacja? Jednemu z moich redakcyjnych kolegów jakiś czas temu zepsuł się czytnik Kindle. Po prostu przestał reagować na polecenia. Kolega zadzwonił do producenta i zwierzył się z problemu. Albo nawet napisał reklamację, nieważne. Przez telefon poproszono go o chwilę cierpliwości, a za kwadrans miła pani oddzwoniła z informacją: "Szanowny panie, przepraszamy najmocniej, pański nowy czytnik został właśnie wysłany na adres domowy". Nikt nie dochodził co klient zrobił z czytnikiem, że ten przestał reagować. Nikt nie zastanawiał się czy czytnik wpadł do pralki, czy też użytkownik zapomniał go wyjąć z mikrofalówki. Po prostu doszli do wniosku, że jak sprzęt nie działa, to trzeba szybko wysłać nowy zanim klient się zniechęci i pójdzie do konkurencji. Bo ten klient dzięki temu będzie wierny marce aż do grobowej deski. I nawet jeśli firma teraz trochę dopłaci do interesu, to per saldo i tak dobrze na tym wyjdzie.

      Czytaj też: Bank wpisał go niesłusznie na listę nierzetelnych płatników. Zapragnął zemsty i...

      Czytaj też: Krwawa jatka o 43 zł. Klient wygrał, ale bank kłócił się nawet o 4,08 zł! 

      Drugi przykład: ktoś z mojej rodziny pożyczył dziecku iPada. Dziecko gra w gry online i od czasu do czasu "wyłudza" drobne zakupy w aplikacji, żeby jego armie, miasta i królestwa rozwijały się jak najszybciej. Aplikacje w urządzeniach Apple są chyba domyślnie tak ustawione, że po jednej autoryzacji zakupów jeszcze przez kilkanaście minut można kontynuować zakupy w AppStore bez ponownego wpisywania kodu. No i dziecko, po jednym z takich jednorazowych zakupów, świadomie zasponsorowanych przez opiekuna, zaczęło kupować różne wirtualne przedmioty na własną rękę. Kasę wydało niemałą i wszystko "na legalu". Opiekun bez większej wiary w sukces napisał jednak reklamację do firmy Apple. Gdyby dział reklamacji był w Polsce, to klient pewnie dostałby manto za zawracanie głowy zapracowanym ludziom od reklamacji. Ale w tym przypadku dział reklamacji już po kilku godzinach odpowiedział e-mailowo z Londynu. Miły pan poprosił o potwierdzenie, że to nie był świadomy zakup (mimo, że prawidłowo autoryzowany), a następnie bardzo przeprosił za nerwy i komplikacje oraz zaproponował natychmiastowy zwrot pieniędzy. Poinstruował też jak zmienić ustawienia urządzenia, by w przyszłości podobne przypadki nie były możliwe.

      Wyobrażacie sobie taką sytuację w polskich realiach? Znam człowieka, który jest bohaterem tej historii i widzę, że na widok "jabłka" każdorazowo pada teraz na kolana i odmawia trzy zdrowaśki za Steve'a Jobsa. Ja z kolei nigdy nie lubiłem Apple'a, uważałem że płacenie dwa razy więcej tylko za to, że coś ma wytłoczone jabłko na obudowie, jest idiotyzmem. Abstrahując od kwestii ergonomii i funkcjonalności produktów tej konkretnej firmy (o "wycenie" tych zalet możemy dyskutować), to muszę docenić, że klient w awaryjnej sytuacji został potraktowany nie jak potencjalny złodziej i wyłudzacz, lecz jak ktoś, komu warto zaufać i pokryć jego straty (mimo, że nie chodziło tu o bagatelną kwotę, rzędu 5, czy 50 zł, ale o dużo większe pieniądze). Podejrzewam, że drugą reklamację podobnego typu, złożoną przez tę samą osobę, dział reklamacji by już odrzucił. Sęk w tym, że Polski standard jest inny: najpierw się klienta wali w pysk, a potem się pyta o co chodzi. Chociaż - jak już zaznaczyłem - w opisywanym dziś przypadku problem powstał nawet nie z powodu odrzucenia reklamacji, ale ze sposobu, w jaki firma stara się spłacić klienta.

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY: KROK PO KROKU. To temat najnowszego odcinka wideocyklu "Samcik prześwietla". Dowiesz się z niego czy dziś warto brać kredyt hipoteczny, jak sprawdzić czy cię na niego stać oraz na co zwracać uwagę porównując oferty i czy warto korzystać z pośrednika, czy też lepiej szukać samemu. Zapraszam!

      Warto też zerknąć na inne odcinki "Samcik prześwietla". W nich m.in. o tym jak znaleźć najlepszą lokatę bankową, jak zabrać się do inwestowania pieniędzy oraz jak unikać pułapek przy terminalach płatniczych i bankomatach.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 29.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 6.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już 1.300 osób.

      finbloglogoWPADNIJCIE NA SPOTKANIE BLOGERÓW FINANSOWYCH. Wspólnie z Michałem Szafrańskim, prowadzącym blog "Jak oszczędzać pieniądze", Zbyszkiem Papińskim z blogu App Funds, Marcinem Iwuciem ("Finanse bardzo osobiste"), Michałem Pałką (LiveSmarter) oraz przy wsparciu Pawła Cymcyka ("DNA Rynków") organizujemy spotkanie dla czytelników naszych blogów. Jest Was już setki tysięcy, a może i więcej. Być może poza czytaniem naszych tekstów, słuchaniem podcastów, oglądaniem naszych filmów i występów w innych mediach będziecie również chcieli spotkać się z nami osobiście i posłuchać o sposobach na poprawę własnych finansów, oszczędzanie pieniędzy, zwiększanie zarobków i inwestowanie. Szczegóły o spotkaniu FinBlog 2015 i możliwości rezerwacji biletów znajdziecie w blogu Michała oraz na stronie Marcina. W IMIENIU SWOIM I KOLEGÓW OGROMNIE WAS PRZEPRASZAM ZA TECHNICZNE KŁOPOTY PRZY REZERWACJI WEJŚCIÓWEK, KTÓRE MIAŁY MIEJSCE W ZESZŁY CZWARTEK. Wyjaśnienie przyczyn zamieszania znajdziecie w blogu Michała. Głęboko wierzę, że to był ostatni fakap. Aha, cały dochód z biletów przekazujemy na cele charytatywne. Kto nie będzie mógł wpaść osobiście - będzie miał możliwość obejrzeć wystąpienia i dyskusję blogerów w internecie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy sprzęt się popsuje, a firma cię zlekceważy. Oto nietypowy pomysł na zemstę. Zaboli?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 sierpnia 2015 09:07
  • sobota, 29 sierpnia 2015
    • Dziesięć pomysłów na to, jak nie zbankrutować przy kompletowaniu szkolnej wyprawki

      Ten weekend dla wielu z Was będzie gorący, bo jest ostatnim weekendem szkolnych wakacji. A to oznacza, że kto zawczasu nie zrobił zakupów - tornister, ciuchy i buty, zeszyty, piórniki i przybory - będzie chciał to zrobić teraz. Skądinąd wiem, że w dużych sieciach handlowych ogłoszono stan podwyższonej gotowości, zaś marketingowcy wyciągają ze swoich bunkrów najcięższe działa po to, żebyście dziś i jutro wydali u nich jak najwięcej kasy. Oby nie skończyło się zbyt głębokim wejściem w debet lub koniecznością skorzystania z kredytu gotówkowego. Po wakacjach Wasze budżety są i tak pozbawione wszelkich luzów, więc jeśli wrześniowe wydatki mają się wiązać z zejściem pod kreskę, to tylko na zasadzie "dziś pożyczam, za miesiąc lub dwa oddaję". Fundacja Kronenberga przy Citi Handlowym ostatnio pokazała badania, z których może wynikać, że zdecydowana większość z Was właśnie tak o tym wszystkim myśli.

      citiszkola1citiszkola4citiszkola2citiszkola3

      Jak przeprowadzić akcję "zakup wyprawki szkolnej", żeby się nie doprowadzić do finansowej rozpaczy? Podpowiem Wam jakimi zasadami sam staram sę kierować, choć oczywiście nie jestem ideałem i też nie zawsze mi się udaje. Mam też do "sprzedania" kilka patentów stosowanych przez moich znajomych. Podstawa każdej operacji "szkoła",  więc punkt pierwszy to ustalenie stanu magazynowego. Wbrew pozorom nigdy nie jest tak, że na nowy rok wszystko musi być kupione w sklepie. Za każdym razem przynajmniej połowę zawartości piórnika da się skompletować z zeszłorocznych pozostałości. To samo dotyczy zeszytów. Niestety, często dochodzę do tego wniosku dopiero po wydaniu pieniędzy na komplet nowych zeszytów i przyborów. Nie popełnijcie tego samego błędu. Punkt drugi: rekonesans pola bitwy. Zanim cokolwiek kupię odwiedzam mniej więcej trzy miejsca, które podejrzewam o taniość. Dlatego moje szkolne zakupy przeważnie nie są operacją typu "blitzkrieg", przeprowadzaną na ostatnią chwilę. Zresztą w ogóle unikam kupowania w największym szczycie zakupowym. Zdarzają się co prawda megaokazje wynikające z ogromnego popytu (sklepy mogą sobie pozwolić na niższe marże ze względu na wielokrotnie wyższy obrót), ale częściej tam gdzie jest tlok i podniecenie marketingowcy podwyższają nieco ceny.

      Czytaj też: Mocne postanowienia do tornistra, czyli cztery finansowe tipy

      Punkt trzeci: opracowanie listy potrzeb. Nigdy nie kupuję "na oko" albo "na spontana". Staram się dość dokładnie policzyć ile zeszytów jakiego rodzaju będzie potrzebowało dziecko. Jeśli robię jakąś rezerwę, to nie przekracza ona jednej-dwóch sztuk. Jeśli nie mam listy, to kupuję zawsze za dużo. Dużo za dużo. Punkt czwarty: kupuję w zaprzyjaźnionym sklepiku (bo mogę negocjować ceny) bądź w dużym, ale o charakterze hurtowni (bo ceny teoretycznie najniższe). I raczej w sklepie specjalistycznym, niż w spożywczaku, który przed końcem sierpnia wyodrębnił część "szkolną", żeby sobie dorobić (tam zwykle jest dość drogo). Punkt piąty: kupuję wszystko za jednym razem, bo tylko duży zakup pozwala marzyć o jakichś rabatach (przynajmniej w małym sklepie). Mam znajomych, którzy tworzą wręcz "konsorcja zakupowe" i przychodzą do sklepu razem. Mając "potencjał" o wartości np. 500-600 zł niejednego sprzedawcę można nieco zmiękczyć. Punkt szósty: unikam kupowania wyłącznie tego, co ma na okładce bohaterów kreskówek. Nie da się ich uniknąć 100%, bo inaczej dziecko doznałoby w szkole regularnego wykluczenia społecznego :-), ale o ile w przypadku tornistra, czy piórnika trudniej mi uniknąć zakupu sprzętu z bohaterami seriali rysunkowych (choć od dłuższego czasu prowadzę w domu akcję edukacyjną mającą na celu znieczulenie gnomów na inwazję marketingową najbardziej niebezpiecznych marek), o tyle w przypadku zeszytów idę "po taniości" i nie płacę za okładkę.

      Czytaj też: W tym banku nawet przedszkolak może mieć kartę płatniczą

      Zerknij również: Szczyt oszczędności? Dać dziecku... prywatną emeryturę 

      Punkt siódmy: sprawdzam swój bank. Nie, nie po to, żeby wziąć tam kredyt na wyprawkę, ale po to, żeby ustalić czy za płacenie kartą nie będę miał gdzieś dużego rabatu. Banki w większości mają swoje programy rabatowe i za zakup w określonej sieci przyznają zniżki. Jeśli taka zniżka wynosi 10% to jeszcze zapala mi się Punkt ósmy: sprawdzam opcję "wymienić punkty za zakupy". Szkolne wydatki to ten moment, w którym warto wyciągnąć z rękawa jokera w postaci punktów zebranych przez cały rok w jakimś programie lojalnościowym. Mam znajomych, którzy po zakupach paliwa w wybranej sieci zebrali przez rok tyle punktów, że potem zaoszczędzili 40 zł na zakupach szkolnych. Jeśli zbierasz jakieś punkty, to sprawdź czy da się je wymienić na "szkolne" nagrody. Punkt dziewiąty: przygotowanie artyleryjskie do zakupu podręczników. Zeszyty i przybory to jedno, a podręczniki to drugie. Część z Was dostanie darmowe podręczniki od rządu, ale pozostali są skazani na wydanie fury kasy, częściowo bez sensu. Wydawnictwa żyjące ze sprzedaży podręczników to goście spod ciemnej gwiazdy - w zeszłym roku moje dziecko miało w ramach jednego przedmiotu podręcznik i trzy zeszyty ćwiczeń. Używało jednego. Dlatego warto - wspólnie z innymi rodzicami - poprosić nauczycieli, żeby powiedzieli szczerze: które książki będą potrzebne często, które czasami (można skserować, zeskanować, pożyczyć od starszych roczników), a które w ogóle. Punkt dziesiąty: wyznacz sobie ile kasy możesz lub chcesz wydać na szkolne potrzeby dzieci i staraj się nie przekroczyć limitów. Tylko tyle i aż tyle. Miłych zakupów ;-)

      O SZKOLNEJ WYPRAWCE PRZY ŚNIADANIU. O kosztach szkolnej wyprawki, czyli jednym z najważniejszych wydatków w roku dla każdego "dzieciatego" Polaka, mówiłem w studio wakacyjnego wydania programu "Pytanie na śniadanie". Zapraszam do obejrzenia ;-)

      pnswyprawka3pnspytaniesniadanie2

      Jak inwestować i pomnażaćZACZNIJ OSZCZĘDZAĆ RAZEM ZE MNĄ! Chcesz posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń? Przeczytaj poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupisz na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Książkę kupisz na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku.  

      OBEJRZYJ CYKL WIDEO "FINANSOWE ABSURDY". Jak uprzykrzyć życie klientowi-frankowiczowi, który chce walczyć w sądzie o przewalutowanie pożyczki? Jest kilka sposobów. O tym mówiłem w kolejnym wideofelietonie z cyklu "Finansowe absurdy" 

      OBEJRZYJ CYKL WIDEO "SAMCIK PRZEŚWIETLA". Jak nie dać się latem naciągnąć na dodatkowe prowizje i spready? O tym mówiłem na nadwiślańskiej plaży w ostatnim odcinku wideoporadnika "Samcik prześwietla". Obejrzyjcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Dziesięć pomysłów na to, jak nie zbankrutować przy kompletowaniu szkolnej wyprawki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 sierpnia 2015 10:51

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line