Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 18 kwietnia 2015
    • Obiecują 9,5% rocznie i udział w budowie polskiego supersamochodu. Warto się skusić?

      Dostałem od Was w ostatnich dniach kilka pytań o, to czy warto zainwestować oszczędności w sprzedawane właśnie obligacje spółki Arrinera, która zajmuje się budową pierwszego polskiego supersamochodu. Emocje wzbudza już sam profil spółki (któż by nie chciał przyłożyć cegiełki do stworzenia polskiego odpowiednika McLarena, czy Ferrari?), a i warunki finansowe wydają się być rewelacyjne. Dwuletnie - a więc nie za długie - obligacje są oprocentowane według wysokiej, stałej stawki 9,5% w skali roku. To sporo, zwłaszcza jeśli porównamy potencjalny dochód z tych papierów z oprocentowaniem dwuletnich obligacji rządowych (2% w skali roku, również stała stopa). W dodatku odsetki od obligacji Arrinery są wypłacane kwartalnie, co czyni tę inwestycję atrakcyjniejszą dla rentierów, niski jest też próg wejścia - żeby wspomóc konstruktorów supersamochodu wystarczy już 1000 zł. W sumie Arrinera chce pozyskać od inwestorów 5 mln zł, co nie jest dużą kwotą jak na publiczną emisję obligacji (zwykle spółki emitują obligacje o wartości kilkudziesięciu milionów złotych). W dodatku obligacje są zabezpieczone akcjami Arrinery, czyli na pierwszy rzut oka wyglądają na dość bezpieczne. W perspektywie jest też przyjemny bonus pozafinansowy - inwestorzy, którzy włożą w obligacje największą kwotę, wezmą udział w jazdach testowych.

      arrinerascreen1

      Czy rzeczywiście jest to okazja jakich mało? Cóż, opisuję czasem w blogu oferty spółek, które sprzedają nam obligacje i zwykle należą one do jednej z dwóch podstawowych grup. Pierwsza z nich to "młode wilczki", które szukają w naszych kieszeniach finansowania, bo banki dyktują im bardzo twarde warunki kredytowania. Stąd tak chętnie sprzedają swoje obligacje np. firmy pożyczkowe (jak opisywana w blogu Mikrokasa). Druga grupa to duże firmy, działające w trudnych, narażonych na turbulencje branżach. W tej grupie są windykatorzy wierzytelności (jak lider tego rynku Kruk, albo nieco mniejszy konkurent - Best), czy firmy deweloperskie. Zarówno te na dorobku, jak i solidne, o uznanej już marce, jak Ghelamco, który niedawno pożyczał od Was pieniądze na budowę biurowca Warsaw Spire, czy Murapol, o którym dość ciepło pisałem ostatnio, bo właśnie oferuje swoje obligacje. Generalnie znacznie bardziej lubię spółki z tej drugiej grupy, bo wolę pożyczać pieniądze ludziom, którzy już pokazali, że potrafią zrobić coś z niczego. Rzecz jasna młode wilczki płacą wyższe oprocentowanie, ale warto zdawać sobie sprawę, że wraz z wysokością odsetek w tempie wykładniczym rośnie ryzyko niewypłacalności emitenta.

      arrinerascreen2

      Arrinera jest ekstremalnie młodym wilczkiem. Potrzebuje pieniędzy nie tyle po to, żeby rozszerzyć skalę działalności, lecz po to, by w ogóle wprowadzić na rynek swój produkt. Firma deklaruje, że do końca tego roku wyprodukuje trzy samochody testowe, które posłużą jako podstawa do wyprodukowania 33 "docelowych" samochodów marki Arrinera Hussarya do końca 2016 r.  Ma to-to przyspieszać do setki w ciągu 3,2 sekundy i maksymalnie osiągać prędkość 340 km/h. Nie wiadomo czy cacko w ogóle powstanie, czy będzie na nie popyt i przy jakiej marży firma będzie mogła prowadzić sprzedaż. Arrinera twierdzi, że zainteresowanie zakupem modelu Arrinera Hussarya wyraziło już ponad 200 osób, z czego 37 z Polski. Ale to dopiero wstępna faza, do wiążących zamówień jeszcze daleko. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że nawet jeśli Arrinera wypuści swoją supermaszynę (w dwóch wersjach - sportowej i cywilnej), to będzie to produkt rywalizujący w segmencie dóbr luksusowych - szybko rozwijającym się, ale bardzo kapryśnym. W tym segmencie albo trafia się w punkt potrzeb klientów i bardzo szybko zarabia się ogromne pieniądze, albo się nie trafia i wtedy się bankrutuje.

      Arrinera celuje w tę samą grupę klientów, która kupuje auta takie jak Lamborghini (w 2014 r. sprzedało się 2500 tych aut), McLaren (1600 aut), czy Ferrari (7200 sprzedanych w zeszłym roku egzemplarzy) Oczywiście, nie jest to ani mały, ani zwijający się rynek - wart jest globalnie 350 mld euro (ale wlicza się w to sprzedaż aut luksusowych, typu BMW, czy Audi) i rośnie w tempie 10% rośnie, co jest nieosiągalne na rynku "zwykłych" samochodów, na którym karty rozdają koncerny Toyota, Volkswagen i General Motors. Projekt supersamochodu koszmarnie się wlecze - pierwsze projekty powstały jeszcze w 2008 r., ale dopiero w 2011 r. opracowano koncepcję nadwozia i podwozia. Pierwsze prezentacje odbyły się w 2012 r., zaś testy jeżdżącej ramy oraz aerodynamiczne testy projektowanego nadwozia - jesienią 2014 r. Czy takie tempo prac gwarantuje wyprodukowanie trzech aut testowych do końca roku i 33 samochodów w kolejnych miesiącach? Jeśli sypniecie groszem, to pewnie tak :-). Oferta obligacji uda się, jeśli zgłoszą się inwestorzy dysponujący kwotą 2 mln zł.

      Obligacje Arrinery formalnie są zabezpieczone i to porządnie - wartością akcji spółki o wartości dwukrotnie większej, niż emitowane obligacje. Tyle, że tego typu zabezpieczenie jest fikcją, bo jeśli za dwa lata nie uda się wyprodukować i sprzedać samochodu, to te akcje będą niewiele warte. Oczywiście, trudno wymagać od spółki, która jeszcze nie weszła na rynek, żeby wystawiła świetne zabezpieczenie, w zasadzie mogłyby to być tylko jakieś nieruchomości. Fakt jest taki, że obligacje Arrinery, choć formalnie zabezpieczone, trzeba traktować jako "gołe", czyli niezabezpieczone. Wszystko to sprawia, że obligacje Arrinery niosą w sobie bardzo dużą porcję ryzyka inwestycyjnego, być może nawet większą, niż zakup akcji którejś z giełdowych spółek. Widać to zresztą po oprocentowaniu. Firmy o uznanej pozycji rynkowej pożyczając pieniądze w ofertach publicznych obiecują oprocentowanie w granicach WIBOR plus 3,5-4%, co oznacza w obecnych warunkach 5,2-5,7%. Spółki "na dorobku" dorzucają do tego jeszcze 1-2% (punkty procentowe), ale w przypadku Arrinery ta "premia" za ryzyko jest ustawiona jeszcze dużo wyżej - 4% powyżej tego, co płacą spółki już i tak dalekie od dawania obietnicy pełnego bezpieczeństwa (taki np. Orlen, PKO BP, czy PZU płaciłyby nie więcej odsetek, niż WIBOR plus 1,5-2%).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Obiecują 9,5% rocznie i udział w budowie polskiego supersamochodu. Warto się skusić?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 18 kwietnia 2015 15:34
  • piątek, 17 kwietnia 2015
    • Jak wycisnąć tani kredyt z niskich stóp? Banki już przymykają tę furtkę

      Jakiś czas temu pisałem, że nie warto aż tak bardzo cieszyć się z niskich stóp procentowych, bo poza licznymi korzyściami wynikającymi z niskich odsetek niosą dla konsumentów dwie groźne pułapki. Z jednej strony zachęcają, by skorzystać z okazji i zadłużyć się, przyjmując błędne założenie, że obciążenia z tytułu rat będą już zawsze tak atrakcyjne, jak dziś. Ostrożność tymczasem powinna nam nakazywać, żeby wziąć pod uwagę, iż za kilka lat obecnie tani kredyt może mieć znacznie wyższe oprocentowanie (chyba, że zadłużamy się przy stałej stopie procentowej). Drugim efektem ubocznym bardzo niskich stóp procentowych jest to, że banki muszą gdzieś schować "prawdziwy" koszt kredytu. Skoro nie mogą go wliczyć do oficjalnego oprocentowania (ustawa antylichwiarska delegalizuje dziś kredyty z oprocentowaniem wyższym, niż 10% w skali roku), to będą wymyślali różne furtki w postaci opłat przygotowawczych, prowizji, dodatkowych płatnych usług. Koszt kredytu będzie taki sam, jak dotychczas, tyle że bardziej zamydlony, a więc trudniejszy do porównania z innymi ofertami. Po prostu jeszcze trudniej będzie odróżnić tani kredyt od drogiego.

      UJEMNE ODSETKI OD OSZCZĘDNOŚCI? Obejrzyj klip wideo, w którym udowadniam, że stopy procentowe spadły już tak nisko, iż oprocentowanie Waszych pieniędzy może być... ujemne

      Dziś jednak chciałbym spojrzeć na jasną stronę życia i naświetlić kilka okazji, które w związku z niskimi stopami procentowymi otwierają się dla tych z Was, którzy chcieliby skorzystać z taniego finansowania - np. po to, żeby zrolować jakiś "stary" kredyt i nie wpuścić się w wysokie, ukryte koszty - oraz obiecają mi, że będą z niego korzystali rozsądnie i z umiarem. Nie możesz mi tego obiecać? Dalej nie czytaj :-).

      PRZELEW Z KARTY KREDYTOWEJ. Z tanich sposobów finansowania radę daje przelew z karty kredytowej. Jak wiadomo "kredytówki" - a w zasadzie sam kredyt w karcie - są dość mało podatne na kosztowe "wrzutki". Masz kartę z jakimś-tam limitem i jej oprocentowanie nie może wynieść nigdy więcej, niż 10%. Bank może oczywiście wprowadzić opłatę za odnowienie karty na kolejny rok, może też wprowadzić opłatę miesięczną, może wreszcie urzeźbić wysoką, jednorazową prowizję za rozbicie kredytu kartowego na raty. Wyjąwszy te "karesy" karta wciąż bywa tanim kredytem. Jak z niego skorzystać? Sprawdź czy bank umożliwia przelew pieniędzy z karty kredytowej na dowolny rachunek i jaką pobiera za to prowizję. Są banki, w których jest to bezpłatna usługa bądź kosztuje nie więcej, niż 0,5-1%. Bierzemy się naszą kartę kredytową, przelewamy z niej pieniądze na swój ROR i spłacamy po 5% kwoty takiego kredytu w ratach. Tanio? Tanio.

      KREDYT ODNAWIALNY. Jeśli masz przypięty do konta osobistego kredyt odnawialny, to jest to dziś znacznie tańsze źródło finansowania, niż kredyt gotówkowy. Tańsze i bardziej przejrzyste, bo za kredyt odnawialny bank pobiera tylko roczną opłatę "abonamentową" za jego udostępnienie. Jeśli koszty tego "abonamentu" już poniosłeś w ostatnim czasie, to żadne inne prowizje nie powinny cię zaskoczyć. Oczywiście z kredytem odnawialnym lub debetem jest tak, że trzeba mieć plan jego spłacenia, żeby nie tkwić pod kreską przez całe życie. Jeśli więc refinansujesz się kredytem odnawialnym, żeby obniżyć koszty obsługi zadłużenia, to od razu ustal, że w każdym miesiącu będziesz zmniejszał saldo zadłużenia. Wiadomo, że spłacanie samych odsetek jest przyjemne, ale właśnie na tym polega główne niebezpieczeństwo debetu: że bank wcale nie wymusza zmniejszenia salda zadłużenia. Musisz się to tego zmusić sam. I to jeszcze zanim stopy procentowe pójdą w górę oraz zanim bank się zorientuje, że ma cię w garści, bo wtedy możesz być pewny, że podwyższy ci roczny abonament za korzystanie z debetu.

      Niskie stopy? Precz z podatkiem Belki! Niech rząd nas zachęci do oszczędzania!

      NISKIE STOPY A KONSOLIDACJA KREDYTÓW. Pozornie wydawałoby się, że warto przyjrzeć się możliwościom refinansowania "starych" kredytów na lepszych warunkach. Jestem co do tego sceptyczny. Przede wszystkim nie jest powiedziane - z przyczyn, które naświetliłem powyżej, czyli rosnącej skłonności banków do ukrywania kosztów - że nowy kredyt będzie dziś tańszy, niż ten zaciągnięty przed kilku laty. W "starym" na dodatek z góry zapłaciłeś już koszty jakiegoś ubezpieczenia, prowizji itp. Gdzie tli się nadzieja na korzystne refinansowanie? Banki powoli przystosowują się do środowiska niskich stóp procentowych i czasem oferują pożyczki na warunkach nieco lepszych, niż to drzewiej bywało. Może więc zdarzyć się, że jeśli masz kredyt ze starych czasów, obstawiony jakimiś dodatkowymi miesięcznymi opłatami (ergo: nie zapłaciłeś głównych kosztów pożyczki z góry), to konsolidacja może mieć sens.

      KREDYT "BEZ NAPINKI", ALE NA HACZYKU. W tę grę gra Bank BPH, który postanowił promować teraz pożyczkę konsolidacyjną z oprocentowaniem na poziomie 4,9%. Jest ona dostępna dla osób, które przeniosą co najmniej 5000 zł kredytu (lub kilku kredytów) z innego banku.. Z telewizyjnej reklamy wynika, że ta pożyczka "lekko się spłaca", a jej slogan reklamowy brzmi "bez napinki".

      Wszystko jednak zależy od tego ile prowizji bank dorzuci do kredytu "bez napinki". Jest ona ustalana indywidualnie, ale w taryfie opłat straszy jej maksymalna wysokość - 19,9% z możliwością obniżki. Zanim więc udasz się do banku BPH, wykonaj "napinkę intelektualną", sprawdź jaką część kosztów swojego dotychczasowego kredytu poniosłeś i czy na pewno opłaca ci się jeszcze raz płacić za "bilet wstępu" na kredytową karuzelę. Z konsolidacją radzę więc uważać, aczkolwiek wypatrywać okazji - w lornetki powinni się jednak uzbroić głównie ci klienci, którzy płacą co miesiąc rozbite na raty jakieś pozaodsetkowe koszty kredytu. Przed wejściem w konsolidację warto zawsze policzyć ile kosztów dotychczasowego kredytu do tej pory już zapłaciłeś, ile mógłbyś ich zaoszczędzić biorąc nowy kredyt oraz ile kosztuje "bilet wstępu" na nową karuzelę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Jak wycisnąć tani kredyt z niskich stóp? Banki już przymykają tę furtkę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 kwietnia 2015 18:27
    • Payback szykuje wielki skok na małe sklepy. Będziemy szybciej punktować?

      Dwa dni temu z hukiem ogłoszono strategiczny sojusz największego w Polsce programu lojalnościowego Payback (obejmującego 7,5 mln klientów) oraz największej sieci rozliczającej transakcje kartowe First Data (właściciel marki Polcard, obsługuje 85.000 terminali w 65.000 miejscach). Sojusz ma polegać na tym, że wszystkie terminale Polcard będą miały z automatu instalowane oprogramowanie do obsługi Paybacka, zaś program lojalnościowy przygotuje dla sklepikarzy obsługiwanych przez Polcard specjalne warunki uczestnictwa. W efekcie Payback ma zyskać ogromnego kopa - mają do niego przystąpić tysiące nowych sklepów i punktów usługowych, co z kolei zwiększy atrakcyjność programu dla klientów i pozwoli Paybackowi nie przegrać konkurencji z innymi programami rabatowymi i lojalnościowymi. Wiele z nich jest nowocześniejszych (tu przykładem jest choćby mBankowe mOkazje, działające mobilnie i mocno spersonalizowane), bardziej przyjaznych dla klientów od strony technologicznej (jak choćby startujący właśnie program ZenCard), mają lepsze przeliczniki punktów na nagrody i bardziej atrakcyjne nagrody (w tym punkcie kuku Paybackowi robi choćby dostępny dla posiadaczy niektórych kart płatniczych MasterCard World). I każdy - a zwłaszcza organizacje płatnicze - chce zabić Paybacka, przejmując miliony jego członków. 

      paybackcouponsGłównym problemem Paybacka jest dziś to, że nie dysponuje mechanizmami, które czyniłyby go przedmiotem pożądania dla dużych sieci handlowych. Te oczekują, że klienci, dzięki uczestnictwu w programie, zaczną kupować więcej lub inaczej, niż wynika to z ich przyzwyczajeń konsumenckich ("u mnie zamiast u konkurenta"). Ale do tego najskuteczniejszą metodą nęcenia ludzi są korzyści czystofinansowe dla klienta (rabaty, gratisy, nagrody rzeczowe), a Payback ma w ofercie punkty, które w dodatku przekładają się na nagrody w mało czytelny sposób (można je zbierać w bardzo różnym tempie). Payback nie ma też odsłony mobilnej z prawdziwego zdarzenia, która pozwalałaby skłaniać klienta, żeby "chodził na krótkiej smyczy" (ma aplikację na smartfony, ale służy ona głównie do aktywowania promocji i lokalizacji partnerów, nie zaś do przeprowadzania transakcji). Payback doprowadza mnie do szału wymagając "aktywowania kuponów". Nie ogarniam też mechanizmu wymagającego ode mnie przechowywania kuponów obiecujących ekstra-punkty za ponowne przyjście do danego punktu handlowego w określonym czasie i zrobienie zakupów. Jeśli nie mam przy sobie papierowego kuponu - tracę szansę na ekstra-punkty. W XXI wieku takie rzeczy powinny być zapisane w systemach informatycznych, a ja powinienem dostawać punkty automatycznie, przy płaceniu.

      Czytaj też: Masz kartę Payback? Spójrz w kalendarz, bo twój zegar już tyka

      W Paybacku próbują coś zaradzić: poprawili jakość nagród (to moje subiektywne odczucie, możecie się nie zgodzić), zwiększyli liczbę promocji, pozwalających zbierać punkty znacznie szybciej, niż w standardzie i poszli w "lokalność". Stworzyli - o czym pisałem już w blogu - program "Miasto Payback", do którego mogą przystąpić małe sklepy osiedlowe. Dziś w "Mieście Payback" jest 1000 sklepów i punktów usługowych z sześciu miast (w "dużym" Paybacku, w którym bierze udział BP, Empik, Orange, BZ WBK i jeszcze kilka innych dużych marek - jest 7000 punktów). I to ma sens. O ile bowiem dla zdobycia jakichś-tam punktów nie zmienię sieci paliwowej, z której korzystam, ani nie pójdę do innego supermarketu, niż ten, który najbardziej lubię, o tyle mógłbym częściej wypić kawę w kawiarni u pani Lusi na sąsiedniej ulicy, albo skoczyć do tego, a nie innego fryzjera. O ile oczywiście dostałbym za to odpowiednio dużą liczbę punktów (np. wydaję u fryzjera 50 zł i dostaję za to 500 pkt., co przelicza się na 5 zł rabatu). Bo standardowe tempo zbierania punktów jest w Paybacku żałosne i do niczego nie motywuje - na stacji paliw przy tankowaniu za 250 zł dostaje się 20-30 pkt, czyli rabat rzędu 2-3 zł. Gra absolutnie niewarta świeczki, biorąc pod uwagę, że dużo więcej można zaoszczędzić kupując paliwo na stacji samoobsługowej albo należącej do sieci hipermarketów.

      I właśnie lokalną drogą chcą pójść Payback z Polcardem. Lokalni sklepikarze, mający terminale Polcardu, będą mogli w każdym momencie, niemal jednym kliknięciem, aktywować program "uśpiony" na ich terminalu, płacić po kilka stówek miesięcznej składki (zamiast rozsyłać po osiedlu ulotki i dawać reklamy w lokalnych mediach), a w zamian mieć dostęp do narzędzi marketingowych oferowanych przez Payback. A jakich? Np. możliwości organizowania specjalnych promocji dla konkretnej grupy posiadaczy paybackowych kart mieszkających lub pracujących w okolicy (dostaniesz 500 punktów jeśli dzisiaj wydasz u mnie 100 zł), o czym członkowie Paybacka dowiedzą się za pośrednictwem e-maila lub logując się na swoje konto w programie. Będzie też opcja otrzymywania prowizji od wydatków zaproszonych przez siebie klientów (a więc tych, którzy w ich sklepie wypełnią deklarację członkowską do programu Payback). Program śledzi wydatki posiadaczy wszystkich kart, wie też jak często dana karta Payback jest używana w danym miejscu i na danym terenie. Może więc walczyć o większą lojalność klienta, wystawiając - w porozumieniu z lokalnymi sklepikarzami - coraz bardziej kuszące oferty punktowe dla klientów, którzy zbyt rzadko wracają. Może też wystawiać oferty namawiające klientów do odwiedzenia sklepu obok. Lokalni partnerzy Payback będą też mieli dostęp do statystyk zachowania "swoich" klientów, by móc wymyślać własne pomysły na promocje. Nota bene opcji wykorzystania wiedzy, którą Payback ma o posiadaczach swoich kart jest znacznie więcej: jakiś czas temu Payback sprzedał moje dane firmie, która próbowała złożyć mi propozycję. Ściśle tajną. Zresztą to jest chyba przyszłość programów lojalnościowych - coraz odważniej będą zaglądać nam do głów. Payback miałby tu największe możliwości, ale on akurat jest pod tym względem najbardziej w tyle.

      Czytaj też: Czy to nie przesada? Program rabatowy, na który musisz zasłużyć

      Brzmi nieźle? Owszem, z punktu widzenia małego punktu handlowego to jest moc. Tego typu "infrastruktura" do organizowania promocji dla klientów jest niemożliwa do zbudowania przez małego sklepikarza, przy małej skali działalności. Ale wciąż pozostają zastrzeżenia dotyczące skuteczności tych zabiegów. Podtrzymuję opinię, że na rynkach lokalnych lojalizacja klienta programu typu Payback może być łatwiejsza, niż na poziomie największych sieci handlowych. Ale podtrzymuję też sceptycyzm wynikający z tego, że Payback korzysta z dość przestarzałych instrumentów tej lojalizacji. E-kupony wysyłane mejlem, czy nawet przekazywane klientowi w aplikacji na smartfona (które w dodatku trzeba "aktywować"), to mało, jak na XXI wiek. A drukowanie papierowych kuponów to już wręcz obciach. Dziś program rabatowy da się zamknąć w karcie płatniczej i automatycznie naliczać klientowi korzyści przy płaceniu. W Payback taka opcja jest dostępna tylko dla klientów BZ WBK - w ich przypadku karta płatnicza służy jednocześnie do zbierania punktów i to jest super. Są już programy lojalnościowe - jeden z nich opisywałem niedawno w blogu - też przeznaczone dla niewielkich punktów handlowych i również instalowane na terminalach do płacenia kartami, które nie wymagają żadnych kuponów, ani oddzielnych kart - wystarczy zdefiniować w programie rabatowym swoją kartę. W porównaniu z nimi Payback - choć jego szefowie dobrze kombinują - wciąż wygląda instytucję cokolwiek zacofaną technologicznie. Ale dopóki ma 7,5 mln członków, lekceważyć go nie można.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Payback szykuje wielki skok na małe sklepy. Będziemy szybciej punktować?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 kwietnia 2015 08:38
  • czwartek, 16 kwietnia 2015
    • Za zakupy na Allegro zapłacisz jednym "klikiem", a kasa zejdzie z ROR-u. Taki pay-by-link

      Trwa wyniszczająca wojna na rynku płatności internetowych. Ten, kto ją wygra, zostanie obsypany pieniędzmi z prowizji płaconych przez internetowe sklepy albo użytkowników. Rywalizacja przebiega pod znakiem gwałtownych zwrotów akcji. Wieki temu w sklepach internetowych można było płacić właściwie wyłącznie kartą płatniczą, podając numer karty, datę ważności i kod CVC wydrukowany na odwrocie karty. Potem pojawiły się przelewy ekspresowe, tzw. pay-by-linki, opierające się na przekierowaniu klienta na stronę jego banku i sfinalizowaniu tam płatności z ROR-u (logujemy się, zatwierdzamy podstawiony formularz z danymi transakcji, autoryzujemy ją SMS-owym kodem i wio). Od zwykłego przelewu pay-by-link różni się tym, że transakcja jest zatwierdzana natychmiast, nie trzeba czekać, aż przelew zostanie faktycznie zaksięgowany przez właściciela e-sklepu. Zyskało to-to dużą popularność, wypierając z rynku płatności kartowe, bo było szybsze i łatwiejsze. Wreszcie nadeszła era elektronicznych portmonetek, które mają konstrukcję kont pre-paidowych i dzięki temu pozwalają płacić bez skomplikowanej autoryzacji, charakterystycznej dla przelewów z konta (pay-by-link) lub z karty. Zwykle do zapłacenia portmonetką wystarczy czterocyfrowy PIN. Moją ulubioną portmonetką do płatności internetowych jest dziś IKO, a jedynym ograniczeniem jest konieczność jego ładowania gotówką raz na jakiś czas. Na bazie IKO działa zresztą system BLIK, który pozwala sprząc z usługą płatnościową ROR klienta. 

      Operatorzy pay-by-linków zostali więc zdetronizowani, ale... być może tylko na chwilę. Jeden z nich bardzo chce wrócić na fotel z napisem "najłatwiejsza płatność internetowa ever". Dzisiaj firma PayU, bodaj największy operator pay-by-linków w Polsce (jest w grupie Allegro), uruchomiła nową odmianę płatności pobieranych bezpośrednio z konta osobistego klienta. Duuużo łatwiejszą, niż tradycyjny pay-by-link, bo wymagającą tylko jednego kliknięcia. Na razie usługa będzie dostępna tylko dla klientów jednej platformy obsługującej e-sklepy (Allegro) oraz jednego banku, ale za to bardzo dużego, czyli mBanku. Do tejże zacnej instytucji finansowej podobno należy ok. 40% krajowego rynku przelewów typu pay-by-link (bo ma dużo klientów i jeszcze więcej klientów płacących w sieci), więc sojusz PayU-mBank wydaje się naturalny. Zwłaszcza, że mBank jest już partnerem PayU jeśli chodzi o finansowanie zakupów na raty oraz w usłudze rat zero procent, udostępnianych okazjonalnie w terminach największych zakupów. Ostatnio pojawił się news, że na Allegro będzie można zakładać specjalną wersje eKonta Mobilnego. Wygląda więc na to, że Allegro i PayU stają się dla mBanku głównym - obok Orange, z którym mBank prowadzi bank mobilny - partnerem w nowych przedsięwzięciach.  mTransfer Mobilny, bo tak się nazywa nowa usługa PayU,odbywa się w taki sposób, że jeśli klient mBanku kupi coś na Allegro i wybierze tę formę płatności, to wystarczy zatwierdzenie transakcji poprzez kliknięcie odpowiedniej ikony i zakup jest opłacony. Nie trzeba się logować do banku, podawać PIN-ów, przepisywać w okienku SMS-owych kodów jednorazowych. Nic. Jeden klik zatwierdzający mTransfer Mobilny i zapłacone.

      ZOBACZ TEŻ: Hasła z tokena, SMS-y, czy papierowe listy kodów? Co bezpieczniejsze?

      Oszaleli? Nawąchali się czegoś? Za długo przebywali w serwerowni i czaszki im się przegrzały? Owszem, zdarzają się w przyrodzie transakcje płatnicze nie wymagające żadnej autoryzacji, ale są dość mocno "reglamentowane". Np. kartą zbliżeniową bez PIN-u można wykonać transakcję na nie więcej, niż 50 zł, a po kilku takich zakupach dziennie możliwość płacenia bez PIN-u tego dnia jest już wyłączana. Elektroniczna portmonetka IKO też pozwala płacić małe rachunki bez dodatkowej autoryzacji, ale wcześniej trzeba się do niej zalogować PIN-em. A tu nic-a-nic (no, może poza tym, że klient mTransferu Mobilnego w momencie klikania musi być zalogowany do swojego konta na Allegro). Jak brzmi rozwiązanie tej intrygującej zagadki przelewów na jeden klik? Otóż w PayU i mBanku doszli do wniosku, że rejestracją do usługi ekspresowej płatności będzie... tradycyjna transakcja pay-by-link. A więc klient, który chce korzystać z mTransferu Mobilnego, najpierw musi kupić wykorzystując tradycyjny mTransfer (zalogować się do swojego konta w mBanku i zatwierdzić transakcję SMS-em). Przy okazji klientowi wyświetli się okienko z pytaniem czy chce za pomocą tej płatności zarejestrować się do usługi mTransferu Mobilnego. Jeśli się zgodzi, kolejne transakcje będzie mógł już wykonywać płacąc jednym kliknięciem (już bez logowania się do mBanku).

      Aha, nie powiedziałem Wam całej prawdy w kwestii limitów. Podobnie, jak kartą zbliżeniową nie da się zapłacić bez PIN rachunku większego, niż 50 zł, tak w mTransferze Mobilnym nie da się zapłacić jednym kliknięciem więcej, niż 200 zł na jedną transakcję. Przy większych kwotach system przekieruje do tradycyjnej płatności pay-by-link, z logowaniem się do konta i jednorazowym kodem SMS. Ale nawet w takim przypadku może być prościej, niż dotychczas, o ile klient robi zakupy nie z komputera stacjonarnego, czy laptopa, lecz ze smartfona. Użytkownik aplikacji mobilnej mBanku, który ma w smartfonie również aplikację Allegro, przy transakcji powyżej 200 zł zostanie poproszony tylko o podanie PIN-u do mobilnego mBanku i rachunek będzie już zapłacony. Płatności za smarfonowe zakupy na Allegro mogą więc - z punktu widzenia klientów mBanku - być tylko bardzo proste (podajesz PIN do aplikacji mobilnej) albo megaproste (klikasz ikonkę "zapłać"). Jest tu oczywiście raj dla fanów zakupów internetowych i zarazem pewna cienkość dotycząca zasad bezpieczeństwa, bowiem utrata smartfona i kilkucyfrowego loginu do aplikacji mobilnej mBanku może być tragiczna w skutkach i skutkować nieautoryzowanymi zakupami na Allegro, ale już samo korzystanie z aplikacji mobilnej w smartfonie wymaga dużej odwagi (nie jestem fanem udostępniania przez banki w aplikacji mobilnej zbyt szerokiej palety funkcji, zwłaszcza dotyczących przelewów).

      ZOBACZ TEŻ: Jak przeczytać listę transakcji z cudzej karty płatniczej? To proste!

      Dla PayU nowa technologia, nazywana pay-by-link 2.0, może oznaczać powrót na miejsce lidera w oferowaniu najłatwiejszych płatności. O tym jakie to ważne, żeby jakiś lider był i żeby nie był cieniasem, powie Wam każdy sklep internetowy - odsetek porzuceń transakcji na etapie płatności wciąż jest w polskim e-handlu wysoki (wynosi chyba ponad 20%). mTransfer Mobilny oznacza wejście na jeszcze wyższy poziom wtajemniczenia w porównaniu z przelewami typu PayU Express, które też dzieją się za pomocą jednego kliknięcia i też wymagają współpracy PayU z konkretnym bankiem, ale w tym przypadku trzeba jeszcze założyć w PayU konto (taką elektroniczną portmonetkę) i sprząc z nią kartę płatniczą. W przypadku mTransferu Mobilnego takie sprzęgnięcie następuje z ROR-em, a nie z kartą i jest jeszcze łatwiejsze: odbywa się - o ile klient wyrazi na nie zgodę - przy okazji standardowych zakupów opłaconych pay-by-linkiem. Jest więc całkowicie bezbolesne dla klienta i nie wiąże się z żadnymi dodatkowymi formalnościami (wpisywaniem jakichś kodów, PIN-ów, wypełnianiem formularzy, wysyłaniem przelewów weryfikacyjnych). Jedynym "kosztem" dla klienta jest świadomość, że jeśli po rejestracji w mTransferze Mobilnym ktoś "dorwie się" do jego konta w Allegro, to będzie mógł nabroić zakupami o wartości do 200 zł. No i trzeba też będzie bardziej pilnować smartfona (o ile jest na nim apka Allegro oraz sprzęgnięta z PayU aplikacja mobilna mBanku).

      Pomysł PayU - zwłaszcza gdyby przyłączyły się do niego inne banki - to wiadomość zarówno dla operatorów płatności kartowych w internecie, jak i dla elektronicznych portmonetek. Te ostatnie mają niewątpliwą zaletę w postaci prostoty i bezpieczeństwa (nawet gdyby ktoś przechwycił hasła dostępu do portmonetki, straty są ograniczone tylko do wartości "doładowania"). No i portmonetki są przeważnie darmowe dla klientów, a z pay-by-linkami różnie bywa. Karciarze z kolei od dawna wdrażają takie uproszczenia transakcji internetowych, które pozwoliłoby im odzyskać dawny blask. W przypadku kart płatniczych podobne usługi się już zdarzają. Zarejestrowany w sklepie internetowym klient rejestruje kartę, wpisując jej dane na stronie operatora płatności, po czym może szybko zapłacić, bez potrzeby wpisywania numeru karty - ma przycisk "Szybki zakup". Klika, potwierdza i transakcja jest przeprowadzana. W opisywanym przeze mnie rozwiązaniu nowość polega na sprzęgnięciu systemu z ROR-em, a nie z kartą i na tym, że rzecz przebiega "przy okazji" transakcji, nie trzeba dokonać samodzielnego "spięcia"

      Trzeba pamiętać, że żaden pay-by-link, nawet ten ekspresowy i na jeden klik, nie daje możliwości odwrócenia transakcji, gdy usługa nie została wykonana lub została wykonana wadliwie. A płatność kartą - i owszem. Tzw. charge-back świetnie się sprawdza m.in. przy reklamacjach usług touroperatorów, dlatego płacenie kartą w internecie wciąż ma sens i jeśli byłoby w miarę proste, może być bardziej atrakcyjne, niż pay-by-link. Np. organizacja płatnicza Visa promuje w internecie swój portfel V.me, który można sprząc z dowolną kartą płatniczą i płacić podając wyłącznie PIN do usługi V.me.

      ZOBACZ TEŻ: A może... logować się do banku nie PIN-em, lecz... głosem? To działa!

      V.me ma być pomysłem, dzięki któremu Visa, najpotężniejsza organizacja płatnicza świata, będzie mogła zarabiać krocie nie tylko na rozliczaniu transakcji w realu, ale i w sieci. Jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że celem Visy jest głównie pokonanie wirtualnych portmonetek oraz PayPala, który jest czymś pomiędzy e-portmonetką i systemem płatniczym. Ale wygląda na to, że wrogiem numer jeden mogą się stać jednak pay-by-linki nowej generacji, a więc systemy bardzo prostych płatności realizowanych bezpośrednio z ROR-u klienta. V.me nie jest tak prostym sposobem płatności, jak nowa usługa PayU i mBanku, ale ze względu na charge-back ma szansę wygrać w wyścigu dostawców płatności. O ile... wpuszczą ją największe sklepy internetowe, w tym Allegro, kontrolujące 30-40% e-handlu w Polsce. Tylko dlaczego Allegro miałoby promować V.me, skoro ma własne pay-by-linki w wersji tradycyjnej, ekspresowej i 2.0?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Za zakupy na Allegro zapłacisz jednym "klikiem", a kasa zejdzie z ROR-u. Taki pay-by-link”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 kwietnia 2015 18:24
    • Spłacasz kredyt hipoteczny? Po likwidacji BTE możesz dostać przykry telefon z banku

      We wtorek Trybunał Konstytucyjny uznał, że dwa kluczowe przepisy mówiące o Bankowym Tytule Egzekucyjnym są niezgodne z konstytucją. Latem 2016 r. przestaną obowiązywać. Oznacza to, że bankowcy nie będą mogli już korzystać z szybkiej ścieżki windykowania nie spłacanych długów. Dobre strony? Mniej będzie sytuacji, w których banki bezmyślnie windykują dług zaciągnięty przez kogoś na nasze konto (niekiedy o takim długu dowiadujemy się dopiero od komornika, który przychodzi z zatwierdzonym przez sąd BTE). Spokojniej będą spali ci, którym powinęła się noga i nie spłacili np. kilku rat kredytu wartego kilkaset tysięcy. Zdarzają się sytuacje, w których banki od razu wypowiadają kredyt - jeśli to kredyt walutowy, dodatkowo go konwertują na złote, wbijając klientowi kolejny gwóźdź do trumny - kładą łapę na majątku dłużnika i np. komornik sprzedaje mieszkanie za grosze. Złe strony? Żyranci, weksle i konieczność podpisywania oświadczeń o dobrowolnej egzekucji w myśl art. 777 Kpc.

      Wiadomo, że nowe regulacje odbiją się na tych, którzy przyjdą do banku po nowy kredyt. Ale okazuje się, że konsekwencje likwidacji BTE odczuć mogą również... obecni kredytobiorcy. A konkretnie ci z Was, którzy spłacają kredyty hipoteczne. Bankowcy, z którymi rozmawiałem w ostatnich dniach, zastanawiają się bowiem nad takim pomysłem, żeby poprosić przynajmniej niektórych kredytobiorców, by w związku z brakiem możliwości korzystania z BTE ci zgodzili się na poddanie się egzekucji w trybie "trzech siódemek".  Oczywiście bank nie może tego narzucić jednostronnie, może tylko ładnie poprosić. A klient może grzecznie odmówić, choć - niestety - bank ma pewne narzędzia nacisku. Choćby w postaci egzekwowania od klienta wyjątkowo pieczołowicie wszystkich obowiązków zapisanych w umowie kredytowej (sprawdźcie do czego tam się zobowiązaliście w umowie :-)). Oczywiście, bank może je egzekwować tylko w ściśle określonych okolicznościach i trybie, a niektóre z tych obowiązków - jak słusznie zauważacie w komentarzach - są niezgodne z prawem. Tym niemniej jakieś-tam pole manewru, by uprzykrzyć klientowi życie bank ma.  

      Bank teoretycznie mógłby też - w celu zmiękczenia delikwenta - zapowiedzieć klientowi ponowne zbadanie zdolności kredytowej bądź aktualizację wyceny nieruchomości (co mogłoby oznaczać dla klienta konieczność zapłacenia składki ubezpieczenia niskiego wkładu własnego). Oczywiście, naświetlam teraz czarny scenariusz, w którym bank próbuje za pomocą argumentów "siłowych" zmusić klienta do podpisania aktu notarialnego mówiącego o poddaniu się dobrowolnej egzekucji. Klienci - zwłaszcza złotowi, nie przywiązani przez bank do kaloryfera walutowego - też nie byliby w takiej sytuacji bezbronni. Możliwości refinansowania kredytów są szerokie i każdy bank musi brać pod uwagę, że jeśli za bardzo przykręci imadło, to straci klienta.

      Zakładam, że banki - jeśli w ogóle sobie nie odpuszczą zastępowania BTE tymi "trzema siódemkami" - będą działały jednak w bardziej nieinwazyjny sposób, czekając na to, aż klient sam przyjdzie "za potrzebą". A jaką? Przy każdej próbie zmiany umowy na prośbę klienta (zamiana nieruchomości będącej zabezpieczeniem kredytu, wartości lub okresu spłaty kredytu, dopisanie lub odpisanie jednego z kredytobiorców) warunkiem podpisania przez bank aneksu może być jednoczesna zgoda klienta na akt notarialny dotyczący poddania się egzekucji. Wiem, wiem już chyba jaka będzie Wasza reakcja :-)

      Dokładnie w ten sam sposób bankowcy wymuszają na klientach podwyższenie marzy kredytowej w kredytach frankowych. Przychodzisz do banku w dowolnej sprawie dotyczącej zmiany umowy? Proszę bardzo, załatwimy, ale w aneksiku pojawia się też punkt mówiący o podwyżce marży. Teraz - albo po sierpniu 2016 r., kiedy BTE zostanie zlikwidowany - świadczenia klienta w naturze, oprócz zmiany marży, mogłyby też obejmować notarialną zgodę na poddanie się egzekucji w trybie art. 777 Kpc. Oczywiście bank nikogo do niczego nie będzie zmuszał. I w ogóle to, co piszę, jest na razie tematem luźnych rozważać bankowców, a nie ich konkretnych działań. Ale nie można wykluczyć, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego otworzy całkiem sporą puszkę Pandory.   

      JESZCZE WIĘCEJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko na www.samcik.blox.pl oraz w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (36) Pokaż komentarze do wpisu „Spłacasz kredyt hipoteczny? Po likwidacji BTE możesz dostać przykry telefon z banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 kwietnia 2015 08:02
  • środa, 15 kwietnia 2015
    • Szczyt niepewności: gdy bank zgubił twój weksel in blanco. Teraz takich historii będzie więcej?

      Pisałem jakiś czas temu o wekslach, które bywają zabezpieczeniem naszych kredytów i których warto pilnować jak oka w głowie. Teraz będę pisał o wekslach więcej, bo po sensacyjnym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, iż Bankowy Tytuł Egzekucyjny - najważniejszy oręż banków w walce z nierzetelnymi płatnikami - jest niezgodny z konstytucją, bankowcy znów bardziej pokochają weksle. Bardziej od nich będą kochały tylko art. 777 Kodeksu postępowania cywilnego oraz akty notarialne o poddaniu się egzekucji (właśnie w trybie art. 777 Kpc), którymi będą zabezpieczały teraz wierzytelności klientów.  O ile poddanie się egzekucji będzie działało mniej więcej tak, jak BTE, to z wekslami zawsze warto uważać. Kiedy jesteśmy już z bankiem rozliczeni, weksel obowiązkowo powinien do nas wrócić lub zostać na naszych oczach zniszczony. A trzeba Wam wiedzieć, że są banki, które z wekslami rozstają się bardzo niechętnie i tylko na "specjalne życzenie klienta". Gdyby jednak weksel in blanco dostał się w niepowołane ręce, mógłby być szalenie niebezpieczny - egzekucja na podstawie takiego dokumentu jest niezwykle prosta. Dlatego warto zawsze sprawdzić jaki jest los weksli, które wystawiliśmy.

      Czytaj też: Leasing i weksel in blanco, czyli co będzie jak BMW spadnie z lawety?

      W tej sprawie napisał do mnie klient jednego z banków. W 2001 r. podpisał umowę na kredyt hipoteczny, do której został załączony weksel in blanco. Był to wówczas jeden z kilku warunków otrzymania kredytu (teraz zwykle bankom wystarczy zgoda klienta na poddanie się egzekucji na mocy Bankowego Tytułu Egzekucyjnego, ale to - jak wiadomo - się zmieni). Weksel klient podpisał wraz z deklaracją, która reguluje w jaki sposób i w jakich okolicznościach bank może go wykorzystać. Pracownica banku poinformowała, że w momencie spłaty kredytu weksel wróci do klienta w stanie nienaruszonym.

      "Kiedy w lutym 2015 r. poszedłem spłacić kredyt i zakończyć umowę, pracownik banku nie potrafił odpowiedzieć na moje pytanie o weksel. Nie był w stanie określić gdzie się znajduje i kiedy go otrzymam. Wydał tylko dokument, który miałem zanieść do sądu, aby wykreślić hipotekę na rzecz banku z księgi wieczystej"

      Po trzech dniach klient otrzymał telefon z banku, że udało się również odnaleźć zaginiony weksel. Uffff... Klient zadowolony poszedł do banku, by odebrać dokument. Doznał niezłego szoku, kiedy wręczono mu weksel in blanco zupełnie obcej osoby. Jak można wręczyć taki dokument komuś bez upewnienia się, że na pewno jest on własnością osoby, której się go oddaje? Pracownik banku, dowiedziawszy się, że to nie ten weksel, wszczął akcję poszukiwawczą. Przeszukiwał w segregatorze dokumenty innych kredytów w poszukiwaniu właściwego weksla. Potem poprosił jeszcze o kilka dni na dalsze przetrząsanie archiwów. Bank miał bardzo mocne alibi. Szef oddziału, który obsługiwał kredyt, powiedział, że jest dyrektorem tej placówki dopiero od sześciu lat, a w tzw. międzyczasie był remont.

      "Niestety, weksel się nie odnalazł Bank na moją pisemną prośbę złożył wniosek do sądu o unieważnienie weksla. Było to możliwe tylko dlatego, że w swoich dokumentach posiadam kopię podpisanego weksla wraz z deklaracją. Bank niestety nie posiadał żadnych informacji na temat danych weksla. Gdyby nie to, że w 2001 r. wykonałem na wszelki wypadek kopię składanych do banku dokumentów, nie można byłoby złożyć tego wniosku i unieważnić weksla!"

      - pisze czytelnik. I pyta: czy jest jakakolwiek szansa na otrzymanie od banku zadośćuczynienia za stres związany z niedbalstwem? Bo drży na samą myśl, że - nawet jeśli otrzyma z sądu informację o unieważnieniu weksla - nie będzie miał pewności, czy dokument nie zostanie kiedyś przez kogoś znaleziony i wypełniony. Na mocy decyzji sądu proces egzekucji praw z weksla można byłoby odkręcić, ale to kosztowałoby czas, nerwy, a być może i pieniądze. Czy za samo zgubienie przez bank weksla klient powinien żądać od banku zadośćuczynienia? Prawnicy, z którymi konsultowałem tę hipotezę, są sceptyczni, przynajmniej dopóki nie da się wykazać konkretnej, mierzalnej, wyrażonej w pieniądzu szkody klienta. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Szczyt niepewności: gdy bank zgubił twój weksel in blanco. Teraz takich historii będzie więcej?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 15 kwietnia 2015 08:46
  • wtorek, 14 kwietnia 2015
    • Sensacja: Bankowy Tytuł Egzekucyjny idzie do piachu! Co to dla nas oznacza?

      Osoby spłacające kredyty bankowe dostały dzisiaj nie lada prezent od losu i Trybunału Konstytucyjnego. Całkowicie niespodziewanie, wbrew właściwie całemu wcześniejszemu orzecznictwu, sędziowie Trybunału zakwestionował dziś Bankowy Tytuł Egzekucyjny. Co prawda za niezgodne z konstytucją uznane zostały tylko dwa przepisy przepisów, ale to i tak oznacza koniec BTE w dotychczasowym kształcie. Co prawda wyrok zacznie obowiązywać dopiero od połowy przyszłego roku, ale wydaje mi się, że sądy będą uwzględniały opinię Trybunału już teraz. A więc zakwestionowanie BTE będzie znacznie łatwiejsze, niż do tej pory, choć przecież na tej niwie szlaki wytyczył już kilka miesięcy temu sąd w Szczecinie, nie dowierzając bankowi, że dobrze przeliczył frankowy dług klienta na złote. Ale tam podstawą wyroku była nieprecyzyjna klauzula w umowie kredytowej, a nie problem z samym BTE, jako instrumentem gnębienia konsumentów. 

      WTF BTE, CZYLI WILCZE PRAWO BANKU. Bankowy Tytuł Egzekucyjny to dziś najważniejszy - i zarazem wzbudzający największe kontrowersje - instrument bankowców w walce z nierzetelnymi płatnikami. Obowiązuje od 1998 r. (wcześniej banki mogły wystawiać tzw. bankowy tytuł wykonawczy). Na mocy BTE banki mogą w dużo łatwiejszy sposób. niż wszyscy inni, windykować przeterminowane długi. Wystarczy, że taki bank zajrzy do umowy kredytowej, stwierdzi, że nie jest wykonywana, wyczerpie procedurę ostrzegania klienta, a już może: a) wypowiedzieć kredyt, b) wystawić BTE zawierający określoną kwotę do zapłaty i c) poprosić sąd o nadanie klauzuli wykonalności (czyli "przyklepanie" prawomocności długu). Sąd nie bada prawidłowości BTE i nie prowadzi żadnego postępowania wyjaśniającego - sprawdza tylko, czy na dokumencie wszystko się zgadza od strony technicznej. Jeśli się zgadza - bank może iść do komornika i np. zająć wynagrodzenie klienta. Proste i bezbolesne (dla banku). Klient może jedynie wszcząć sądową procedurę przeciwegzekucyjną i mieć nadzieję, że zdąży ją przeprowadzić, zanim zapuka do niego komornik. W niektórych przypadkach ekspresowe realizowanie praw z BTE przez bank oznacza, że ktoś, kto pożyczył np. 460.000 zł nagle budził się z prawie milionem na karku i z nieruchomością wystawioną na sprzedaż po żałośnie niskiej cenie.

      CO POWIEDZIAŁ TRYBUNAŁ? Pięcioosobowy skład Trybunał Konstytucyjnego podważył we wtorek zgodność z prawem BTE. Zrobił to odpowiadając na pytania dwóch sądów, rozpatrujących spory klientów z bankami. Sędziowie pytali Trybunał, czy podziela ich niejasne przeczucie, iż banki nie powinny mieć uprzywilejowanej pozycji w dochodzeniu roszczeń, bo godzi to w konstytucyjną zasadę równości wszystkich podmiotów wobec prawa. Trybunał po kilkugodzinnej dyskusji ogłosił, że BTE rzeczywiście w zbyt dużym stopniu sprzyja bankom kosztem obywateli i musi zostać gruntownie zmieniony. Trybunał nie wyrzucił do kosza całego BTE. Tak naprawdę zakwestionował tylko dwa przepisy, ale za to jakie. 

      "Na podstawie ksiąg banków lub innych dokumentów związanych z wykonywaniem czynności bankowych banki mogą wystawiać bankowe tytuły egzekucyjne" 

      - to art. 96 par. 1 Ustawy "Prawo bankowe".Dość kluczowy dla BTE, jego wykreślenie oznacza de facto koniec samego BTE, Trybunał zakwestionował jeszcze jako niezgodny z konstytucją drugi przepis -

       "Bankowy tytuł egzekucyjny może być podstawą egzekucji prowadzonej według przepisów Kodeksu postępowania cywilnego po nadaniu mu przez sąd klauzuli wykonalności wyłącznie przeciwko osobie, która bezpośrednio z bankiem dokonywała czynności bankowej albo jest dłużnikiem banku z tytuły zabezpieczenia wierzytelności banku wynikającej z czynności bankowej i złożyła pisemne oświadczenie o poddaniu się egzekucji oraz gdy roszczenie objęte tytułem wynika bezpośrednio z tej czynności bankowej lub jej zabezpieczenia"

      To koniec bankowego tytułu w dotychczasowym kształcie i prawdopodobnie koniec BTE w ogóle. Orzeczenie Trybunału jest rewolucyjne, ale sędziowie postanowili, że wyrok wejdzie w życie dopiero za ponad rok - w sierpniu 2016 r. Do tego czasu Parlament ma poprawić przepisy i ewentualnie stworzyć w miejsce BTE nowy instrument, który da bankom możliwość windykowania wierzytelności, ale nie będzie aż tak niekorzystny dla klientów. Orzeczenie Trybunału nie pomoże ani tym kredytobiorcom, którzy zostali już zlicytowani na podstawie BTE, ani tym, którym bank wystawi BTE w najbliższych miesiącach, gdy Tytuł będzie jeszcze "na legalu". .

      CO MOŻE DLA NAS OZNACZAĆ KONIEC BTE? Jakkolwiek od dawna postulowałem ograniczenie BTE w stosunku do kredytobiorców frankowych, których sytuacja jest specyficzna, to nie byłem nigdy fanem wyrzucania BTE do śmietnika w całości. Wiem, że bankowcy i nieuczciwi komornicy czasem wykorzystywali BTE, by np. błyskawicznie przejmować nieruchomości należące do klientów i sprzedawać je za psie pieniądze na ustawionych aukcjach, zostawiając klienta na lodzie i bez majątku. To są patologie i dlatego BTE ma sporo wad. Liczę się jednak z tym, że po całkowitym zlikwidowaniu BTE banki znajdą na nas inne "szykany", mające podobny efekt, a znacznie bardziej dolegliwe. Dlatego nie byłbym sobą, gdybym nie miał dziś kilku pytań i wątpliwości. Nie wiadomo czy i w jaki sposób posłowie na nowo uregulują preferencje dla banków dotyczące windykacji długów klientów (chyba coś powinni wymyślić, choćby ze względu na ochronę depozytów). Nie wiadomo w jaki sposób bankowcy będą się zachowywali w stosunku do klientów - zarówno tych nowych (pewnie będą stosowane dodatkowe zabezpieczenia), jak i "starych" (być może banki zaczną proponować aneksy dotyczące nowych zabezpieczeń) Szykuje się niezły bajzel. Jak może wyglądać windykacja bankowych długów bez BTE? Tragedii nie będzie: bankowcy będą musieli po prostu - tak, jak każdy inny wierzyciel - oddawać sprawy dotyczące nie spłacanych długów do sądu, który będzie je rozpatrywał i oceniał. Trzeba będzie po prostu odstać swoje w kolejce i być może przyjąć na klatę upokorzenia wynikające z tego, że klient a to się rozchoruje, a to wyjedzie służbowo, a to zapomni odebrać wezwania :-)) i ściąganie długów będzie trwało trzy lata zamiast rok, czy półtora.

      JAKIE MOGĄ BYĆ SKUTKI UBOCZNE? Gdy pytano mnie co myślę o BTE, to zwykle zgadzałem się, że banki są zbyt mocno preferowane, ale proponowałem raczej uelastycznienie i ułatwienie procedury odwoławczej po stronie klienta, niż likwidację BTE. Obawiam się bowiem, że brak BTE może mieć bolesne dla kredytobiorców skutki uboczne. Niewykluczone, że banki wrócą do starych, sprawdzonych sposobów zabezpieczania swoich wierzytelności, czyli żądania przy większych kredytach kilku żyrantów i weksli in blanco. A z wekslami potrafią dziać się brzydsze rzeczy, niż z BTE. Banki nie lubią się z nimi rozstawać, zdarza im się czasami je zgubić, weksel może też przynieść kłopot, gdy BMW spadnie z lawety :-).Mogą też nieco wzrosnąć koszty kredytów, bo koszty bardziej skomplikowanego windykowania długów pokryją pozostali klienci. Nie można też wykluczyć - ale w to nie bardzo wierzę, bo bankowcy musieliby być samobójcami - iż wyższe koszty windykacji przełożą się na bardziej rygorystyczne badanie zdolności kredytowej klientów i odsyłanie części z nich z kwitkiem ("skoro nie możemy ich szybko zwindykować, to w ogóle nie chcemy ich obsługiwać" ). Klienci mogą być też zmuszani do poddawania się egzekucji w innym trybie, bardziej skomplikowanym i droższym, a wywołującym podobne,, jak BTE skutki - w procedurze art. 777 Kodeksu postępowania cywilnego. Do sporządzenia tytułu egzekucyjnego potrzebny będzie: a) notariusz, b) akt notarialny, c) taksa notarialna, d) czas. 

      "Tytułami egzekucyjnymi są (...) akt notarialny, w którym dłużnik poddał się egzekucji i który obejmuje obowiązek zapłaty sumy pieniężnej do wysokości w akcie wprost określonej albo oznaczonej za pomocą klauzuli waloryzacyjnej, gdy akt określa warunki, które upoważniają wierzyciela do prowadzenia przeciwko dłużnikowi egzekucji na podstawie tego aktu o całość lub część roszczenia, jak również termin, do którego wierzyciel może wystąpić o nadanie temu aktowi klauzuli wykonalności;

      Po stronie korzyści jest być może zrównoważenie relacji pomiędzy stronami umowy i utrącenie niektórych patologii wynikających z bardzo łatwej windykacji długów - np. "ustawianych" przez nieuczciwych pracowników banków licytacji, podczas których przejęte dzięki BTE nieruchomości są oddawane "zaprzyjaźnionym" inwestorom za grosze. Takich patologii jest jednak niewiele, zaś brak BTE może utrudnić życie milionom. Niepewność konsekwencji, które poniosą w przyszłości wszyscy kredytobiorcy w związku z dzisiejszym stanowiskiem Trybunału zagłusza we mnie radość z zakwestionowania BTE. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (61) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacja: Bankowy Tytuł Egzekucyjny idzie do piachu! Co to dla nas oznacza? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 kwietnia 2015 18:50
    • (Wiel)Błąd systemowy, czyli ginąca lokata, ekstra-przewalutowanie i prezent na niby

      Błąd systemowy to wyjątkowo denerwująca przykrość dla klientów banków. Błędem systemowym tłumaczone są zwykle przez banki wtopy, które wydają się niewytłumaczalne i nie dają się ogarnąć klientowskim umysłem. Na przykład... zgubienie lokaty klienta. Jeden z klientów Idea Banku pewnego pięknego dnia obudził się uboższy o depozyt terminowy, który najzwyczajniej w świecie się anihilował podczas konwersji, czyli przedłużenia. Błąd systemowy ujawnił się przy okazji weryfikacji danych depozytu zadeklarowanego przez klienta. Standardowo klient Idea Banku wypełnia formularz utworzenia nowej lokaty, a potem zasila rachunek lokaty przelewem z innego banku. Jeśli parametry podane w formularzu zgadzają się z danymi na przelewie, lokata jest zakładana. Jeśli się nie zgadzają - np. inna jest przelewana kwota, albo nie zgadza się nazwisko, czy adres klienta - przelew zostaje odrzucony i pieniądze trafiają z powrotem na konto w innym banku. Ale co się stanie, gdy chodzi o przelew w ramach przedłużenia już istniejącej lokaty?

      "Zamiana lokaty odbywa się dwuetapowo: Klient deklaruje utworzenie lokaty o identycznej wartości jak lokata dotychczasowa, po czym zrywa tę "starą". I tutaj właśnie mamy przyczynę moich problemów. Jeśli kwota lokat konwertowanej i nowo zadeklarowanej się nie zgadzają, lokata docelowa nie zostaje utworzona, a "stara" zostaje zlikwidowana przy czym środki z tej lokaty znikają w czarnej dziurze Idea Banku (formalnie trafiają na jakiś rachunek techniczny)"

      - opowiada klient, któremu przydarzyła się pomyłka przy konwersji lokaty. System wychwycił niezgodność kwot - "stara" lokata zniknęła, a nowa nie mogła się otworzyć bo parametry zadeklarowanej lokaty nie zgadzały się z przelewem. Odrzucone pieniądze nie miały gdzie wrócić, bo klient nie ma w Idea Banku konta osobistego. Klient natychmiast zgłosił problem. Już następnego dnia uzyskał informację, że zguba się znalazła i że trafi na właściwą lokatę następnego dnia. Niestety, tak się nie stało i przez kolejnych kilkanaście dni poszukiwaniem pieniędzy zajmował się dział reklamacji. Bank zresztą już dwa dni po zgubieniu pieniędzy poinformował telefonicznie klienta, że ma 30 dni na analizę tego ultraskomplikowanego przypadku. Nie mam informacji jak ta sprawa się skończyła, ale liczę, że błąd systemowy nie pokonał pracowników Idea Banku.

      Jeden z moich czytelników twierdzi, że nieco podobny błąd systemowy trawi system Getin Banku. Po zerwaniu lokaty walutowej pieniądze, zamiast trafić na konto walutowe w banku, z którego zostały wpłacone, automatycznie są przewalutowywane po kursie Getin Banku na złote (kurs ów jest oczywiście znacznie niższy, niż kurs NBP) i zapisywane na koncie złotowym klienta w Getin Banku. Pracownik banku przyznał jednemu z moich czytelników, że system nie pozwala przelać pieniędzy bezpośrednio na konto walutowe w innym banku. Klient uważa, że jest to wbrew zapisom regulaminu. A te stanowią

      "gdy Lokata lub Lokata walutowa została zerwana – kwota Lokaty lub Lokaty walutowej wraz z odsetkami jest przekazywana na Rachunek, z którego została założona lub który został wskazany, zgodnie z Dyspozycją Posiadacza Bankowości Internetowej"

      getinwalutabd

      Mimo wielokrotnych interwencji klienta bank nic z tą dysfunkcją nie zrobił. Co więcej, po pewnym czasie bank doszedł do wniosku, że nie jest to żaden błąd systemowy, tylko zamierzona (dys)funkcjonalność systemu:

      "Załącznik do regulaminu bankowości elektronicznej określa funkcjonalności oraz usługi dostępne w ramach Bankowości Elektronicznej Getin Noble Bank. W powyższym dokumencie brak zapisu, że istnieje możliwość zlecenia dyspozycji w procesie zerwania lokaty walutowej na rachunek w innym banku, wszystkie zapisy dotyczące poleceń przelewu, w tym związanych z likwidacją lokat, odnoszą się do składania zleceń płatniczych wyłącznie w złotych polskich"

      Powiedzmy sobie szczerze - brak możliwości wyprowadzenia pieniędzy z lokaty walutowej w Getinie na konto walutowe w innym banku boli i może być uznawane przez klientów za (wiel)błąd systemowy, nawet jeśli w banku uważają, że jest inaczej (choć - to inna sprawa - nie jest to jedyny bank, który nie daje możliwości wyprowadzania pieniędzy z lokat walutowych bezpośrednio poza bank). Czas na kolejny "błąd systemowy". Kłopot polega na tym, że ów błąd powoduje, że klientowi wydaje się, że dostał od banku prezent, którego nie dostał. Ot, taki mały paradoks.

      "Mam w Getin Banku kredyt samochodowy. Została mi do spłacenia ostatnia rata. Kilka dni temu spotkała mnie ze strony Getinu miła (miła!) niespodzianka. Dostałam przeliczenie rat kredytu w związku ze zmianą stopy procentowej. Z nowego harmonogramu wynika, że ostatnia rata wynosi 0 zł (zero) - wg, starego harmonogramu wynosiła 922 zł. Nowa rata składa się z części kapitałowej 913,26 zł i ujemnej kwoty odsetek - w wysokości -913,26 zł. Lubię prezenty ale dawno przestałam wierzyć w Św. Mikołaja, zatem zadzwoniłam na infolinię Getinu. Miła pani wyjaśniła mi, że to "pomyłka systemu", rata powinna być naliczona w wysokości może 30 gr. niższej, niż poprzednie"

      - pisze klientka banku. Niezwłoczna odpowiedź na pytanie klientki "czy naprawdę moja ostatnia rata wynosi zero złotych" oznacza, ze telekonsultantka znała sytuację i na takie pytanie była przygotowana. Podobno rzuciła mimochodem "nie pani jedna dostała taki harmonogram". Ciekawe ilu klientów Getinu nie zadzwoniło na infolinię, tylko wzięło to oficjalne przecież pismo z banku za dobrą monetę? A nie życzymy przecież nikomu "przyjemności" obcowania z działem windykacji Getin Banku. Powinni tam niezwłocznie po rozpoznaniu problemu wysłać SMS-em, albo e-mailem informację o błędzie i przeprosiny do wszystkich wprowadzonych w błąd kredytobiorców.

      Ostatni z "błędów systemowych", który chciałbym dziś opisać dotyczy Banku Millennium i kont IKE. Kilkanaście dni temu jeden z moich czytelników dokonał wypłaty transferowej z IKE w innym banku do Millennium. Pieniądze wpłynęły i wydawało się, że wszystko powinno być w najlepszym porządku. Sęk w tym, że klient chciał wpłacić na to "przetransferowane" konto IKE dodatkowe pieniądze. Okazało się, że... nie może, bo niby wykorzystał już tegoroczny limit. Klient złożył reklamację. Po dwóch tygodniach zadzwoniła pani z działu reklamacji, tłumacząc, że bardzo jej przykro, ale system nie rozróżnia wypłaty transferowej od zwykłego przelewu i że nic się nie da zrobić. Pracownica banku poleciła klientowi, żeby za każdym razem, kiedy będzie chciał dopłacić pieniądze do IKE, udał się do oddziału i zlecił przelew w placówce. W oddziale każdorazowo będą dzwonić "do systemu" i prosić o odblokowanie IKE na moment, by można było zaksięgować wpłatę. To już nie błąd - to wielbłąd. Klient, który chce długoterminowo oszczędzać, to przecież skarb. Takiego skarbu nie godzi się marnować. Znacie inne wielbłądy? Piszcie, komentujcie, może dzięki ich nagłośnieniu część z nich zamieni się w tchórzofretki? ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „(Wiel)Błąd systemowy, czyli ginąca lokata, ekstra-przewalutowanie i prezent na niby”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 kwietnia 2015 08:43
  • poniedziałek, 13 kwietnia 2015
    • Niech się mury pną do góry, czyli... pożycz pan na cegłę ;-). Do zarobienia 6,25% w skali roku

      Wszyscy jesteśmy spragnieni jak dżdżu procentów wyższych, niż te nędzne 2-2,5% oferowane na większości lokat bankowych. Alternatywą dla depozytów i rządowych obligacji, które też płacą marnie (najpopularniejsze, dwuletnie, tylko 2%), mogłyby być obligacje korporacyjne. Ale w miarę bezpiecznych ofert, proponowanych przez największe polskie koncerny, jest jak na lekarstwo. Zwykle obligacje oferują spółki małe, na dorobku, "młode wilczki" działające w nowych albo bardzo konkurencyjnych branżach. Liderzy w swoich branżach wolą emitować obligacje dla inwestorów finansowych, tych detalicznych ostentacyjnie lekceważąc. Na szczęście zdarzają się wyjątki od tej reguły i takim wyjątkiem wydają się być korporacyjne obligacje firmy Murapol, jednego z największych w kraju deweloperów. Branża na pewno nie należy do stabilnych i spokojnych, ale przynajmniej emitent ma tu mocną pozycję - jest jedną z zaledwie kilku firm w Polsce sprzedających więcej, niż 1000 mieszkań rocznie (obok Atala, czy tak znanych marek, jak Dom Development, Robyg, Polnord lub JW Construction). Słowem: "duży miś", którego pozycja na rynku wydaje się być - przynajmniej w krótkim terminie - niezagrożona.

      Jak przekłada się wielkość spółki giełdowej na zysk z jej obligacji - czytaj w zaprzyjaźnionym z "Subiektywnie o finansach" blogu poświęconym tego typu inwestycjom - www.rynekobligacji.blogspot.pl

      Jakiś czas temu opisywałem nieco podobną ofertę belgijskiej firmy Ghelamco, robiącej biznes oparty na budowie biurowców wartych setki milionów euro. Murapol nie jest europejskim holdingiem, lecz tylko lokalną firmą nie wychylającą się poza polski grajdołek, z siedzib w Bielsku-Białej (i głównym sponsorem piłkarzy Podbeskidzia:-)). Ale na tym naszym lokalnym podwórku jest dobrze osadzony. Specjalizuje się oferowaniu mieszkań - deweloperce osiedli, apartamentowców, domów jednorodzinnych i szeregowców. Firma istnieje od kilkunastu lat i ma na koncie 14 inwestycji w Bielsko-Białej, drugie tyle w Krakowie i Wieliczce, po 5-7 we Wrocławiu, Katowicach i Gdańsku oraz dwa w Warszawie (osiedla "Cztery Pory Roku"). W trakcie budowy są dwa kolejne osiedla w Warszawie ("Królewskie Ogrody" i "Jana Kazimierza"), trzy w Krakowie, osiedle "Mała Toskania" we Wrocławiu, "Nowe Winogrady II" w Poznaniu, dwa etapy "Osiedla Bażantów" w Katowicach, kolejny etap "Osiedla Vivaldiego" w Gdańsku, cztery osiedla w Bielsku-Białej i dwa w Tychach. Murapol jakiś czas temu myślał nawet o tym, żeby wejść na giełdę, ale ostatecznie się zniechęcił i jego akcjonariuszami są wciąż tylko trzy osoby fizyczne, w proporcji udziałów 40%, 30%, 30%. 

      Murapol chce od nas pożyczyć 30 mln zł w trzyletnich obligacjach oprocentowanych według zmiennej stopy WIBOR plus 4,6%. Przy obecnej wartości wskaźnika WIBOR oznacza to oprocentowanie w pierwszym kwartalnym okresie odsetkowym na poziomie 6,25% (bo WIBOR 3M wynosi 1,65%). Niemało, choć trzeba pamiętać, że jeszcze niedawno, kiedy Murapol pożyczał pieniądze od instytucji finansowych, płacił stawkę WIBOR plus 5,70% (obligacje z datą wykupu pod koniec 2016 r.), albo 5,60% (dla obligacji z datą wykupu w połowie 2016 r.). Niestety, tak to już jest, że po pieniądze inwestorów detalicznych wychodzi się właśnie po to, żeby pożyczyć je taniej, niż od instytucji. Ale jednak Murapol płaci inwestorom detalicznym lepiej, niż Ghelamco, które sprzedawało obligacje po 3,5% powyżej WIBOR-u (acz tamta oferta, choć warta tylko 50 mln zł, nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, zapisy trzeba było przedłużać). Obligacje Murapolu są też wyżej oprocentowane, niż te, które sprzedawał nie tak dawno Robyg (papiery o terminie zwrotu pieniędzy w lutym 2018 r. były emitowane przy oprocentowaniu WIBOR plus 4%). Ale Robyg to największy mieszkaniowy deweloper na rynku, sprzedaje ponad 2000 mieszkań rocznie, logicznym jest więc, że może sobie pozwolić na pożyczanie pieniędzy jeszcze taniej.

      Zapisy na obligacje Murapolu zaczęły się w zeszły czwartek i potrwają do 24 kwietnia, zaś minimalny zapis to 50 obligacji, z których każda ma wartość 100 zł (trzeba więc wyłożyć najmarniej 5000 zł). Obligacje są niezabezpieczone, co oznacza, że w przypadku bankructwa firmy ich posiadacze nie będą na zbyt dobrym miejscu w kolejce do syndyka. Firma obiecuje, że gdyby chciała nieco wcześniej wykupić obligacje, to zapłaci dodatkowo 0,15%, a gdyby z kolei klient chciał wcześniej rozstać się z papierami, to będzie mógł próbować je sprzedać na giełdzie obligacji Catalyst, na której te papiery mają być notowane. Nota bene dla tych z Was, którzy mieli już do czynienia z zakupem papierów wartościowych na parkiecie nie najgorszym pomysłem może być poszukanie jakichś już notowanych obligacji korporacyjnych i zakup na rynku wtórnym. Korpoobligacje emitowały przecież i Robyg i Polnord i kilka innych firm (o wszystkich poczytacie tutaj).

      JESZCZE WIĘCEJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko na www.samcik.blox.pl oraz w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! 

      Gdzie tkwi ryzyko przy inwestowaniu w papiery Murapolu? Gdyby go nie było, firma nie kusiłaby oprocentowaniem obligacji trzykrotnie wyższym, niż przeciętna lokata bankowa. Cóż, dość długi okres inwestycji (trzy lata na rynku deweloperskim to nieomal wieki) i mimo wszystko dość ryzykowna branża. Ceny mieszkań ostatnio już raczej nie spadają, ale koniunktura wciąż jest niepewna. Zwłaszcza po stronie popytu Polaków na mieszkania, bo liczba rozpoczętych budów i pozwoleń na budowę idzie w górę. Mimo rekordowo niskich stóp procentowych Polacy nie rzucili się do banków po kredyty i nie kupują masowo taniejących mieszkań. Skoro w tak sprzyjających warunkach nie chcą tego robić, to co będzie, gdy stopy procentowe pójdą w górę, a nadzór finansowy w przyszłym roku znów podkręci warunki dotyczące obowiązkowego wkładu własnego w kredyt hipoteczny? Zastanawiałem się niedawno czy przypadkiem nie jest tak, że kto miał w Polsce zdolność kredytową, by kupić mieszkanie, już to zrobił, a reszty społeczeństwa po prostu nie stać na to, żeby za metr mieszkania płacić dwie średnie pensje.

      Jeśli by tak było, to rynek deweloperski czekałyby trudne lata. Ale z drugiej strony w Polsce brakuje ponad miliona mieszkań... Liczba mieszkań oddanych do użytku w Polsce w 2013 r. wyniosła 145.000, czyli o 7% mniej, niż w 2012 r. A w 2014 r. znów spadła o kilka procent. Nie ma więc eldorado, a firmy deweloperskie muszą wyrywać sobie klientów - choć podobno już skończyły obniżać ceny. Zresztą patrząc na wskaźniki rentowności Murapolu można pozazdrościć - wskaźnik zwrotu z zainwestowanego kapitału ROE na poziomie ponad 30% to dziś już nie jest standard w tej branży. 

      TESTOWAŁEM TAKSÓWKO-WPŁATOMAT! Pierwszy z takich samochodów, które podjadą do Ciebie, żebyś mógł do nich wpłacić gotówkę, już jeździ po Warszawie. Kolejne wyruszą w ciągu kilku tygodni. O co tu chodzi? Przeczytaj tekst i obejrzyj klip.

      Murapol to dziś numer dwa w Polsce, ale czy to oznacza, że firma jest niezniszczalna? Przecież niedawno mieliśmy spektakularny upadek Ganta, firmy podówczas numer trzy. Murapol wygląda na firmę lepiej zarządzaną, budującą w segmencie popularnym, ale i mocno "macającą" segment premium, który powinien stawać się coraz większą i bardziej atrakcyjną niszą. Sprawozdania finansowe firmy nie są tak do końca miarodajne ze względu na "odchudzenie" grupy, czyli wyrzucenie poza sprawozdanie skonsolidowanie poszczególnych spółek celowych prowadzących konkretne inwestycje (co mocno pozmieniało niektóre pozycje w bilansie), jak i generalne wykonawstwo. Tak samo, jak Ghelamco i chyba sporo innych firm deweloprskich, Murapol jest dziś przede wszystkim "czapką" holdingu, a budowanie i sprzedawanie mieszkań odbywa się w spółkach celowych, co oznacza większy poślizg w księgowaniu przychodów na poziomie tejże "czapki". Ale nie ma wątpliwości, że firma jest dochodowa. W 2012 r. zyski netto Murapolu wynosiły 35 mln zł, w 2013 r. - 48 mln zł, a do połowy 2014 - 9 mln zł.

      Wśród czynników ryzyka tej inwestycji powinniście jednak wziąć pod uwagę wysokie zadłużenie krótkoterminowe Murapolu. Firma ma co prawda kilka długoterminowych kredytów, emitowała też w przeszłości kilkakrotnie obligacje, ale łączne zadłużenie długoterminowe wynosi 38 mln zł, podczas gdy samych tylko krótkoterminowych pożyczek ma do zrefinansowania prawie 90 mln zł, nie mówiąc o innych krótkoterminowych zobowiązaniach rzędu 120 mln zł. Nie ma tu więc zbyt wiele miejsca na ewentualne kłopoty z refinansowaniem. Firma zresztą lojalnie uprzedza potencjalnych obligatariuszy, że część kasy pójdzie na spłatę odsetek od już zaciągniętych długów. Podsumowując te wszystkie informacje można powiedzieć, że mówimy o spółce, która bardzo potrzebuje pieniędzy, gdyż jest solidnie zlewarowana, ale wygląda na mimo wszystko stojącą na dość solidnych fundamentach :-). Co to dla nas oznacza? To, co zwykle: kto trochę nie ryzykuje, ten nie zarabia trzy razy więcej, niż w banku. To dobrze, że duże firmy deweloperskie starają się o nasze względy. Podobno za chwilę swoje akcje będzie sprzedawał inny z czołowych deweloperów - Atal.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Niech się mury pną do góry, czyli... pożycz pan na cegłę ;-). Do zarobienia 6,25% w skali roku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 kwietnia 2015 11:31
    • Zmniejszyć raty frankowiczom, utrudnić wypowiadanie kredytów. Recenzuję pomysł "Sprawiedliwych" posłów

      O ile jeszcze w styczniu wydawało się, że sprawa kredytów frankowych może stać się - choćby na fali protestów osób uważających, że zostali oszukani przy podpisywaniu umów - jednym z głównych tematów zainteresowania polityków, o tyle dziś jest niemal pewne, że tak się nie stanie. Przynajmniej dopóki frank znów nie będzie po 5 zł. Wokół kredytów frankowych kręcimy zupełnie inny scenariusz, niż ten, który obserwowaliśmy kilka miesięcy temu na Węgrzech, czy który widać obecnie np. w Chorwacji. Tam w konflikt kliencko-bankowy zaangażował się rząd, a konsumenci byli w stanie wywrzeć na polityków presję w postaci wielotysięcznych demonstracji. U nas stowarzyszenia frankowiczów mobilizują ledwie kilka tysięcy osób, a bankowcy wykonali kilka gestów, które opinia publiczna odczytała jako chęć pomocy frankowiczom. Jest na stole kilka propozycji rozwiązań systemowych - autorstwa szefa KNF (przewalutowanie i podział kosztów oraz ich rozłożenie w czasie), prezydencki (koncentruje się na wsparciu tylko osób bankrutujących z powodu kredytu) oraz projektowany przez Związek Banków Polskich (dopłaty do rat w zamian za zobowiązanie się klienta do przewalutowania kredytu).

      W tych okolicznościach miejsca do działania polityków jest niewiele. Ale są tacy, którzy mimo wszystko próbują włożyć palce między drzwi. Projekt zmian w Prawie bankowym oraz w Ustawie o kredycie konsumenckim autorstwa posłów klubu "Sprawiedliwa Polska" (składa się z "Solidarnej Polski" Zbigniewa Ziobry i "Polski Razem" Jarosława Gowina) jest od kilkunastu dni u Marszałka Sejmu. Treścią tej noweli jest przerzucenie na banki części odpowiedzialności za wzrost kursu franka. W obecnym układzie sił w parlamencie szanse na realizację jakiegokolwiek pomysłu wychodzącego z politycznych okolic PiS są żadne, ale z kronikarskiego obowiązku warto przyjrzeć się temu, kolejnemu już, pomysłowi na rozwiązania sprawy franków. Także po to, żeby ta sprawa nie odeszła nam za horyzont, bo na razie wygląda na to, że wielu decydentów chciałoby zagrać na czas i zapomnieć o zgłoszonych przez siebie pomysłów.

      Pomysł posłów jest następujący - do prawa wpisujemy zasadę, że klienci kredytów hipotecznych ponoszą odpowiedzialność za wzrost kursu franka tylko do poziomu 30% powyżej tego, przy którym ten kredyt był im udzielany. A więc jeśli ktoś brak kredyt przy kursie 2 zł za franka, najwyższa rata odsetkowa nie może przekraczać 2,6 zł. Jeśli zaś ktoś zadłużał się przy kursie 3 zł, bank przejmuje opłacanie odsetek w momncie, kiedy kurs przekroczy 3,9 zł. Posłowie chcą, by na potrzeby tych przeliczeń banki musiały stosować kursy NBP, a więc bez spreadu - zarówno w przypadku wyznaczenia kursu bazowego, jak i kursu bieżącego.

      "Jeżeli kurs waluty obcej jest wyższy o więcej niż 30% w stosunku do kursu obowiązującego w dniu udzielenia kredytu, bank dla potrzeb obliczania wysokości należnych w walucie polskiej rat kapitałowo-odsetkowych oraz uwzględniania przedterminowej spłaty całości lub części kredytu dokonywanych w walucie polskiej stosuje kurs w wysokości nie wyższej niż kurs z dnia udzielenia kredytu powiększony o 30%"

      W uzasadnieniu posłowie piszą, że ich zdaniem jest niedopuszczalne, aby bank – będący profesjonalistą na rynku kredytów i instrumentów finansowych – proponował klientom - z natury rzeczy mającym przeciętne rozeznanie o sytuacji na rynku finansowym – taki produkt kredytowy, który może doprowadzić do nieograniczonego wzrostu zadłużenia. I dlatego posłowie chcą administracyjnie ten wzrost zadłużenia przyblokować. Na koszt banków. Ten pomysł jest nieco radykalniejszą wersją jednego z czterech rozwiązań, które zaproponowałem jakiś czas temu, by ustalić podział odpowiedzialności stron kredytu walutowego za wszelkie fakapy. Z tym, że w moim pomyśle bank przez jakiś czas przejmowałby tylko część odpowiedzialności, a dopiero przy osiągnięciu przez kurs franka bardzo wysokiego poziomu - całkowitą. Cóż, zostałem przelicytowany :-). I dlatego będę się czepiał :-). Skoro mamy już projekt ustawy, to przydałoby się załączyć do niego jakieś wyliczenia, czy analizy, z których wynikałyby finansowe konsekwencje takiego bądź innego ustawienia limitu odpowiedzialności za wzrost rat kredytu - także konsekwencje dla banków. Posłowie nie powinni projektować prawa nie mając pewności, że nie osłabi ono np. bezpieczeństwa depozytów.

      Tym niemniej tak z góry pomysłu posłów prawicowych posłów bym nie skreślał. Co ciekawe, posłowie "Sprawiedliwej Polski" powołują się w uzasadnieniu projektu na prawo zakazujące stosowania nieuczciwych praktyk rynkowych. Ich zdaniem rzetelnie postępujący bank powinien poinformować klienta, że kurs walutowy może wzrosnąć o 50% lub 100%, a także przeprowadzić badanie zdolności kredytowej klienta uwzględniające także taki przypadek. Z uzasadnienia projektu wynika, że podstawą do zmiany umów w trakcie ich trwania mogłaby być też klauzula rebus sic stantibus, pozwalająca wziąć pod uwagę nadzwyczajne okoliczności, które "powodują że wypełnienie zobowiązania w dotychczasowej treści wiązałoby się ze znaczną szkodą dla jednej ze stron".

      "W przypadku kredytów denominowanych lub indeksowanych do walut obcych, w tym zwłaszcza franka szwajcarskiego wszystkie warunki zostały spełnione. Po pierwsze, zmiana kursu o ponad 50% była zmianą nadzwyczajną, zmianą która normalnie się nie zdarzała na rynku walutowym. Po drugie, zmiana kursu spowodowała, że rata kredytu na tyle wzrosła, że jej obsługa może być połączona z nadmiernymi trudnościami. I wreszcie, po trzecie, strony nie przewidywały wahań kursowych w aż takiej wysokości przy zawieraniu umowy, a w każdym razie nie przewidywali tego kredytobiorcy, a bank – podmiot profesjonalny – nie informował ich w sposób odpowiedni o występującym ryzyku"

      - piszą posłowie, choć przecież sądy różnych instancji niejednokrotnie odrzucały argument wynikający z klauzuli o nadzwyczajnej zmianie okoliczności w przypadku produktów finansowych opartych o rynek walutowy (np. opcji walutowych). Jak rozumiem, zanim taka nowelizacja weszłaby w życie, i tak zostałaby "przetestowana" pod kątem zgodności z konstytucją i z prawem o swobodzie zawierania umów. Posłowie z klubu Zbigniewa Ziobro i Jarosława Gowina proponują też, żeby bank nie miał prawa wypowiedzieć kredyty hipotecznego osobie, która - zdaniem bankowców - utraciła zdolność kredytową, ale spłaca raty. Wystarczającym zabezpieczeniem dla banku miałaby być w takim przypadku hipoteka na nieruchomości oraz możliwość wypowiedzenia umowy kredytowej w przypadku zaniechania spłat rat kredytu przez kredytobiorcę.

      "Bank nie może obniżyć kwoty udzielonego kredytu ani wypowiedzieć konsumentowi (...) umowy kredytu z powodu utraty zdolności kredytowej, jeżeli wierzytelność banku jest choćby częściowo zabezpieczona hipotecznie a kredyt został już wypłacony”

      - czytam w projekcie. Co prawda nie wspomina się tu wprost o tym, iż "ochrona" miałaby dotyczyć wyłącznie sytuacji, w której klient wciąż spłaca raty, ale kontekst prowadzi do takiego właśnie wniosku. Bo jeśli klient nie spłaca rat, to bank wypowiada mu kredyt w związku z jego niewypłacalnością. A więc z zupełnie innego "paragrafu". Zakaz miałby dotyczyć wyłącznie sytuacji, w której bank, wypowiadając kredyt, powołuje się na utratę zdolności kredytowej przez klienta, a więc dochodzi do wniosku, że jego dochody są zbyt niskie, by mogły "obsłużyć" rosnącą ratę. Wydaje mi się, że to byłby dobry pomysł. Zgadzam się z posłami, którzy argumentują, że do sytuacji, w której brak zdolności kredytowej jest owocem wzrostu kursu franka, należy podchodzić z wyjątkową delikatnością. Zresztą mamy już wyroki sądów, które idą w tym kierunku - co prawda nie zabraniają bankom wypowiadania umów, ale kwestionują ich prawo do przeliczania franków na złote w ramach bankowego tytułu egzekucyjnego.

      Inna sprawa, że ów dobry pomysł posłów w 99% przypadków odpowiada na... nieistniejący problem. Żaden myślący logicznie bankowiec nie wypowie klientowi umowy kredytowej, jeśli raty są spłacane w miarę terminowo - w ten sposób strzelałby sobie w kolano. Choć przecież zdarzają się pojedyncze - mam przekonanie, iż bardzo nieliczne - sytuacje, w której bank szuka na klienta haka i wypowiada mu kredyt, żeby przejąć nieruchomość. Tyle, że zwykle dotyczy to sytuacji, w której klient nie spłaci kilku rat, a więc haka nie trzeba "wymyślać", bo on już jest i to całkiem duży. Słowem - jeśli już posłowie chcieli pomóc frankowiczom, którym banki wypowiadają i przewalutowują kredyty - powinni pomyśleć o rozwiązaniach dotyczących bankowego tytułu egzekucyjnego. Co myślicie o pomysłach posłów Ziobry, Gowina et consortes?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Zmniejszyć raty frankowiczom, utrudnić wypowiadanie kredytów. Recenzuję pomysł "Sprawiedliwych" posłów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 kwietnia 2015 08:33

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line