Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 19 września 2014
  • czwartek, 18 września 2014
    • Nabici w polisy i "antyterroryści" pod siedzibą KNF. Żarty się skończyły? A może zaczęły?

      Od czasów hucznych pochodów pierwszomajowych nie brałem udziału w żadnych demonstracjach, happeningach, ani zadymach i trochę mi tego brakuje. Dałem się więc skusić i odwiedziłem czwartkową pikietę osób "nabitych" w polisy inwestycyjne. Zorganizowało ją prężnie działające stowarzyszenie "Przywiązani do polisy" pod światłym kierownictwem znanego PR-owca Jacka Łęskiego. Złośliwcy mówią, że stowarzyszenie jest propagandowym ramieniem pewnej poznańskiej kancelarii, która stara się zrobić złoty interes na prowadzeniu pozwów zbiorowych przeciwko ubezpieczycielom, ale... w sumie cóż złego jest w posiadaniu przez prawników zbrojnego ramienia propagandowego? To świadczyłoby głównie o tym, że mają łeb na karku, bo ja też jestem przekonany, że na pozwach zbiorowych to głównie prawnicy będą zarabiali ;-). Hasłem przewodnim czwartkowej demonstracji było "dokopać KNF-owi". Z tego, co mówił przez megafon Jacek Łęski oraz z treści transparentów, które rozwinięto jasno wynika, że Komisja Nadzoru Finansowego jest w zmowie z ubezpieczycielami, którzy sprzedali setkom tysięcy ludzi toksyczne polisy. Łęski zapowiedział, że stowarzyszenie złoży w tej sprawie doniesienie do prokuratury, bo zadaniem KNF wpisanym do ustawy nie jest lobbing na rzecz banksterów (a właściwie ubezpieczeniosterów), lecz troska o ubezpieczonych.

      IMG_1022

      Pikieta, choć miała profesjonalną oprawę medialną (organizatorzy ściągnęli m.in. kilka stacji telewizyjnych), nie była liczna. Przed siedzibą KNF pojawiło się może ze sto osób, z czego prawdopodobnie połowa to byli dziennikarze. Aby obecni nie czuli się zawiedzeni, byl też program artystyczny, czyli pokaz tego, co powinno się stać z winnymi oszukiwania klientów - a więc szefostwem Komisji oraz największych firm oferujących toksyczne polisy). Przy głośnej muzyce z Jamesa Bonda podjechały dwie czarne limuzyny z kogutami, wyszło z nich kilku zamaskowanych dżentelmenów, podeszli do drzwi wejściowych do urzędu i wyciągnęli kilku chowających się tam garniturowców, którzy na szyjach mieli zawieszone słusznej wielkości tablice z napisami "KNF" oraz "TU Europa". Następnie skuli im ręce i znów przy akompaniamencie chwackiej muzyki wprowadzili do limuzyn. A już myślałem, że po prostu ich powieszą na jakiejś gałęzi, jak kolaborantów po zakończeniu II Wojny Światowej. Kłopot w tym, że przy Pl. Powstańców Warszawy, gdzie działa się akcja, trochę słabo z drzewami, a tachać na happening szubienicy jakoś nikomu się nie chciało. Tym niemniej Jacek Łęski zapowiedział, że kolejne demonstracje nie będą już takie "miłe i sympatyczne" (czyli, że wezmą jednak ze sobą jakąś małą szubieniczkę?). I że jak prokurator nie zajmie się KNF-em, to będą kolejne imprezki. Głowę dam, że relacje z tej demonstracji zobaczycie we wszystkich wydaniach telewizyjnych wiadomości.

       IMG_10341

       przywiazaniKNF1

      CZY ZARZUTY "PRZYWIĄZANYCH" SĄ SŁUSZNE? Nie mam też wątpliwości, że będą kolejne pikiety, bo temat jest nośny, a ludzie rzeczywiście zostali nabici w butelkę. Polisy inwestycyjne były od początku pomyślane w taki sposób, by firmy ubezpieczeniowe mogły zarabiać na zupełnie czymś innym, niż ubezpieczaniu naszego życia, mienia i zdrowia - czyli na pośrednictwie w inwestowaniu pieniędzy. Być może od razu należało im tego zabronić (to się nie mogło dobrze skończyć, gdy agenci wynagradzani całoroczną pierwszą składką klienta zabierają się za namawianie go do inwestowania pieniędzy). Ale kierowanie największych pretensji pod adresem Komisji Nadzoru Finansowego to niezbyt celny strzał. Głównym zadaniem KNF jest jednak pilnowanie wypłacalności banków i firm ubezpieczeniowych, a nie niańczenie klientów, którzy podpisali niekorzystne dla nich umowy. Znacznie więcej winy widzę po stronie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który nie reagował, gdy firmy ubezpieczeniowe wprowadzały nowe produkty, zawierające zapisy, które dziś sądy uznają za nielegalne (czyli o opłatach likwidacyjnych). Jeśli można mówić o winie KNF, to chyba tylko wtedy, gdy w procesach sądowych klienta z firmą ubezpieczeniową przyłącza się do sporu po stronie ubezpieczyciela. Niektórzy twierdzą, ze takie przypadki w przeszłości się zdarzały i uważam, że to byłby już krok za daleko. 

      To, że KNF głosi pogląd (w tym również w sądzie), iż ubezpieczenia z UFK (czyli unit-linki) są legalne, wynika z faktu, że produkty takie są wprost dopuszczone prawem, a zadaniem KNF jest także ochrona stabilności i przewidywalności na rynku ubezpieczeniowym. Gdyby wyrokiem sądu zdelegalizować takie ubezpieczenia, to miałoby to skutek nie tylko dla spekulacyjnych produktów z wysokimi opłatami likwidacyjnymi, ale również pozbawiłoby przychodów te osoby, które poprzez ubezpieczenia z UFK zabezpieczają np. swoje emerytury. Wobec tego to nie jest tak, że nieuczciwe jest samo ubezpieczenie z UFK. Nieuczciwy może być jakiś jego element, np. opłata likwidacyjna; inne klauzule. 

      - napisał mi lukasz Dajnowicz, rzecznik KNF, którego zapytałem jak to jest z tym występowaniem po stronie ubezpieczycieli w sądzie. Jakkolwiek by nie oceniać tej argumentacji nadzoru, to składanie wniosków do prokuratury z zarzutami popełnienia przez szefostwo KNF przestępstwa niedopełnienia obowiązków też jest lekką przesadą.

      CZY WSZYSTKIE POLISY SĄ BANDYCKIE? Organizatorzy demonstracji wrzucili wszystkie polisy do jednego worka - jawnie bandyckie polisy strukturyzowane (np. Pareto, Kwartalny Profit, Libra, Lucro) oraz tzw. unit-linki, które są co prawda niekorzystne dla klientów, ale nie z powodu swojej konstrukcji, lecz poziomu prowizji. Na czym polega różnica? Inwestycyjne polisy strukturyzowane to skomplikowane plany oszczędzania, których wartość jest oparta na zmianie jakichś tajemniczych indeksów, a ogromne prowizje od nie wpłaconych jeszcze składek pobierane są z góry już na samym początku. Z kolei unit-linki to zwykłe inwestycje w fundusze, tyle że "opakowane" w polisę. Firmy ubezpieczeniowe pobierają za to "opakowanie" kilkuprocentowe prowizje, które często ograniczają klientom możliwość zarabiania na takiej polisie. O ile wciskanie klientom niezrozumiałych, skomplikowanych, nieprzejrzystych polis strukturyzowanych powinno być zabronione, a ich twórcy powinni gnić już w celach, o tyle unit-linki są po prostu odmianą lokowania pieniędzy na rynku kapitałowym, tyle, że relatywnie drogą lub wręcz bardzo drogą. Na klientów obu rodzajów polis trzeba patrzeć inaczej: ci, którzy dali się namówić na polisy strukturyzowane, z pewnością zostali wprowadzeni w błąd, bo ani sprzedawcy nie wiedzieli co wciskają klientom, ani klienci nie mieli szans, by zrozumieć tak skomplikowany produkt. Z kolei nabywcy unit-linków to ludzie, którzy mogli ogarnąć umysłem w co się pakują, choć niektórzy zapewne padli ofiarą symulacji przedstawianych przez agentów (które to symulacje mogły być oparte na nierealnych założeniach. a więc też wprowadzały w błąd).

      Czytaj też: Co zrobić z trefną polisą? Płacić i płakać? Zerwać i zapomnieć? Sprzedać?

      OPŁATY LIKWIDACYJNE NIELEGALNE. I CO Z TEGO? Na to wszystko nakłada się spór o opłaty likwidacyjne, który dotyczy obu grup klientów. Opłaty likwidacyjne są pobierane przez firmy ubezpieczeniowe przy zerwaniu polisy przed terminem (a zwykle są to produkty przywiązujące klientów na 10-15 lat). W przygniatającej większości przypadków owe opłaty sięgają w pierwszych latach 100% wpłaconych pieniędzy (wpłaconych kwot, a nie osiągniętych zysków!). Jest już trochę wyroków sądów, z których wynika, że tak skonstruowane opłaty są nielegalne. A więc jeśli ktoś zerwał polisę i nie dostał z powrotem ani grosza, to może iść do sądu i ma sporą szansę wygrać. Tyle, że w przypadku unit-linków (tej "niebandyckiej", lecz tylko niekorzystnej odmiany produktów ubezpieczeniowo-inwestycyjnych), do "ugrania" jest tylko to, co zostalo z inwestowania pieniędzy po latach wpłacania składek i potrącania przez firmę prowizji (bo sama polisa jest legalna). To właśnie opłat likwidacyjnych dotyczą procesy indywidualne i zbiorowe - ludzie, którzy zainwestowali w polis typu unit-link są rozczarowani wynikami inwestycji, wycofują pieniądze, a kiedy nie dostają nic lub firma ubezpieczeniowa wypłaca im tylko ochłapy - idą do sądu i często dostają zwrot opłaty likwidacyjnej (niekoniecznie wychodzą na zero w stosunku do tego, co wpłacili).

      CZY WŁADZE POWINNY POMÓC "PRZYWIĄZANYM". W przypadku polis inwestycyjnych typu strukturyzowanego można z pewnością powiedzieć, że "państwo nie działa" - dopuszczono do sprzedaży produkty, które były niezrozumiałe, nieklarowne, nadmiernie skomplikowane i w dodatku sprzedawano je jako bezpieczny odpowiednik lokaty bankowej. W przypadku unit-linków można mieć pretensje, że ktoś nie ograniczył administracyjnie prowizji, ale z drugiej strony przecież w wielu innych produktach też ich nie ograniczano (że wspomnę tylko o OFE w pierwszych latach ich działania). Co państwo może zrobić dziś? Urzędy takie jak KNF, UOKiK, przedstawiciele władz państwowych i organizacje konsumenckie powinny przy okrągłym stole zastanowić się jak rozwiązać problem bandyckich polis strukturyzowanych (firmy powinny po prostu wypłacić ludziom odszkodowania, choćby miały przez to zbankrutować) oraz co zrobić z falą pozwów w sprawie opłat likwidacyjnych (powinno dojść do ugody, nakładającej zobowiązania finansowe na firmy, które wpisały do umów nielegalne opłaty likwidacyjne (tak, by klienci nie musieli znosić fochów ubezpieczeniowych prawników na rozprawach). Zaś dla trwających polis powinny zostać wypracowane takie zasady likwidacji polis przed terminem, które nie łamałyby praw konsumentów). I takie postulaty powinny nieść na sztandarach stowarzyszenia typu "Przywiązani do polisy". Trudno wyczuć czy niosą, bo na razie tylko dużo krzyczą i robią ciekawe teatrzyki uliczne, ku uciesze dziennikarzy.

      IMG_1040

      DZIŚ W "GAZECIE WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA, czyli Ekipa Samcika w obronie konsumentów. Tym razem tematem przewodnim są nieetyczni sprzedawcy, domokrążcy i różne podejrzane typy, które przychodzą do nas z propozycją zmiany telekomu albo dostawcy energii. To początek dużego cyklu, który potrwa w "Pieniądzach Ekstra" najmarniej miesiąc, a potem przeniesie się na inne strony "Gazety Wyborczej". Poza tym sprawdzamy co się bardziej opłaca: zakup zmywarki, czy mycie ręczne oraz sprawdzamy od jakiego poziomu oprocentowania lokaty zaczyna się totalne frajerstwo ;-)  Kupcie w kiosku "Gazetę Wyborczą", albo kupcie e-wydanie i szukajcie w środku Ekipy Samcika. Aha, i jeszcze mam dla Was zaproszenie: dziś w godz. 12.00-14.00 na Wasze pytania będzie odpowiadała Justyna Kilarska, prawniczka Federacji Konsumentów. Przekażcie potrzebującym, może będzie okazja, żeby pomóc komuś załatwić problem z nieuczciwym sprzedawcą. Pani Justyna będzie czekała pod telefonem (22) 444 40 88

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube (ponad 80.000 odtworzeń). Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Autorskie strony "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też w miesięczniku "Logo"

      Maciej_SamcikokladkaO PIENIĄDZACH POUCZAJĄCO I NA LUZIE. Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Nabici w polisy i "antyterroryści" pod siedzibą KNF. Żarty się skończyły? A może zaczęły? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 września 2014 15:22
    • Seans spirytystyczny odwołany, czyli jak wywołałem w banku ducha... współpracy ;-)

      Niedawno opisywałem w blogu próby nawiązania przez pewien bank duchowej relacji z klientem, który już odszedł z tego świata. Dziś do niej powracam, gdyż znalazła szczęśliwe rozwiązanie. I niekoniecznie oznacza to, że seans spirytystyczny się udał ;-). Przypomnę pokrótce, że konieczność nawiązania duchowej relacji wynikła z zawarcia kredytu w banku Raiffeisen (a ściślej - w Polbanku, wchłoniętym kilka lat temu przez Raiffeisena) przez męża pani Barbary, który zmarł niespodziewanie zaledwie kilka miesięcy po zaciągnięciu zobowiązania. W takich przypadkach często rodzina dowiaduje się o tym, że ma do spłacania raty, dopiero od komornika. Ale pani Barbara od razu zaniosła do banku akt zgonu, a potem spłacała raty, chociaż przecież nie musiała - nie było wtedy jeszcze żadnego dokumentu o nabyciu długu w spadku po mężu. Bank najpierw poprosił ją żeby poczekała ze spłatami do czasu, aż będzie formalna podstawa, czyli przejęcie spadku, potem dość długo nie odzywał się w sprawie planu spłat, potem nagle ogłosił, że spadkobierczyni ma nadpłatę i w związku z tym kredyt jest zamknięty, a na koniec - że wręcz przeciwnie: kredyt jest nie zamknięty i jest spora niedopłata. Całą tę kołomyję opisałem w blogu, więc chętnych do poznania szczegółów odsyłam do tamtego wpisu.

      Zżymałem się, że to przecież mogła być prosta historia. Umarł kredytobiorca. Rodzina spłaca jego kredyt. Kilka osób-spadkobierców staje się klientami banku. Dostają harmonogram spłat, doprowadzają do zamknięcia kredytu, rozchodzą się z bankiem w zgodzie. Albo - jeśli bank zachwyci jakością obsługi w tej trudniej sytuacji - zostają z tym bankiem na dłużej, zakładając ROR, albo zaciągając nowy kredyt. Niedawno była w blogu podobna historia, dotycząca platformy cyfrowej nc+, wiec widać, że usługodawcy generalnie mają problem z zamykaniem przeróżnych kontraktów w sposób nagły, czyli przed terminem. W tym przypadku na korzyść banku przemawia fakt, że na tzw. pierwszej linii była wola współpracy z klientką. Dyrektor oddziału rzeczywiście próbował stawać na uszach, żeby rozwiązać problem. Problem był wyżej, w centrali. Bo np. do bohaterki niniejszego tekstu wydzwaniała pracownica centrali banku po to, żeby... porozmawiać z kredytobiorcą. Z tym nieżyjącym od ponad trzech lat. W grę wchodziłby tu co najwyżej seans spirytystyczny, ale ostatecznie obyło się bez konieczności łączenia się z zaświatami. 

      Cieszę się, że w oddziale przyjęto panią Barbarę profesjonalnie i próbowano pomóc - w większości opisywanych w tej rubryce spraw klienci nie mogą na to liczyć. Tu życzliwości i dobrych chęci nie brakowało. Niestety, nie wystarczyły one w starciu z Systemem i Centralą. Na szczęście, jak to często bywa, pomogła publikacja historii w blogu. Skontaktowali się ze mną wysoko postawieni pracownicy banku i obiecali pomoc, jeśli przekażę dane klientów. Poprosiłem więc o ustalenie kto komu jest winny pieniądze oraz ewentualnie ile. Nie upłynęło kilka dni, a dostałem od pani Barbary wiadomość: "Sprawa zakończona. Szef placówki pięknie przeprosił, wręczył bukiet kwiatów, wino oraz zapewnienie o zamknięciu sprawy i kredytu. Informacja na piśmie jest w drodze. Ostatnia rata została anulowana, czyli koniec historii. Niech za tę pomoc spotka Pana coś dobrego". A więc i ja zamykam sprawę i dziękuję bankowi za szybką reakcję. Raiffeisenie, szanuj swoich pracowników liniowych, bo życzliwy, pełen dobrych chęci pracownik jest na wagę złota. Szkoda byłoby, gdyby miał się zniechęcić. A Was zapraszam do kontemplowania listy spraw, które ostatnio udało nam się w blogu załatwić.

      DZIŚ W "GAZECIE WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA, czyli Ekipa Samcika w obronie konsumentów. Tym razem tematem przewodnim są nieetyczni sprzedawcy, domokrążcy i różne podejrzane typy, które przychodzą do nas z propozycją zmiany telekomu albo dostawcy energii. To początek dużego cyklu, który potrwa w "Pieniądzach Ekstra" najmarniej miesiąc, a potem przeniesie się na inne strony "Gazety Wyborczej". Poza tym sprawdzamy co się bardziej opłaca: zakup zmywarki, czy mycie ręczne oraz sprawdzamy od jakiego poziomu oprocentowania lokaty zaczyna się totalne frajerstwo ;-)  Kupcie w kiosku "Gazetę Wyborczą", albo kupcie e-wydanie i szukajcie w środku Ekipy Samcika. Aha, i jeszcze mam dla Was zaproszenie: dziś w godz. 12.00-14.00 na Wasze pytania będzie odpowiadała Justyna Kilarska, prawniczka Federacji Konsumentów. Przekażcie potrzebującym, może będzie okazja, żeby pomóc komuś załatwić problem z nieuczciwym sprzedawcą. Pani Justyna będzie czekała pod telefonem (22) 444 40 88

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube (ponad 80.000 odtworzeń). Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Autorskie strony "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też w miesięczniku "Logo"

      Maciej_SamcikokladkaO PIENIĄDZACH POUCZAJĄCO I NA LUZIE. Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Seans spirytystyczny odwołany, czyli jak wywołałem w banku ducha... współpracy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 września 2014 09:44
  • środa, 17 września 2014
    • Banki coraz odważniej zdzierają skórę z kredytobiorców. Gdzie granica drożyzny?

      O tym, że oprocentowanie kredytu gotówkowego nie ma przeważnie nic wspólnego z jego rzeczywistymi kosztami, większość z czytelników tego blogu zapewne wie, albo przynajmniej intuicyjnie to wyczuwa. Jakiś czas temu na stronach "Pieniądze Ekstra" w czwartkowej "Gazecie Wyborczej" oraz w blogu porównałem rzeczywiste koszty kredytów w kilku bankach, które reklamują się intensywnie w telewizji. Aby uniknąć jakichś błędów w założeniach, posłużyłem się najzwyklejszą w świecie miarą - przykładem reprezentatywnym, który każdy bank musi podawać na stronie internetowej. Co prawda w każdym z banków ów przykład reprezentatywny jest inny, ale z każdego wynika jakieś-tam RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania. Jakkolwiek to też nie jest przesadnie precyzyjny miernik ceny kredytu, to jednak pozwala sprowadzić oferty wszystkich banków do wspólnego mianownika. Np. w Credit Agricole kredyt z oprocentowaniem 8,05% ma RRSO na poziomie 22,9%.w mBanku oprocentowanie oficjalne 12,9%, a RRSO - 23,7%. I już wiemy ile mniej więcej kosztuje kredyt. 

      W większości banków, niezależnie od tego, co pisze się w reklamach, realny koszt to 22-24% w skali roku. Jeden tylko jedyny BGŻ ma nominalną stawkę oprocentowania dość bliską prawdziwym kosztom. Kredyt "po nominale" kosztuje 16%, a jest RRSO nie przekracza 18,8%. Ale to tylko dlatego, że w tym banku drugi rok jest gratis - czyli bank nie pobiera zań w ogóle oprocentowania. To jednak wyjątek potwierdzający regułę, która jest taka, że w szybkich kredytach panuje drożyzna. Niektórzy z Was zauważają wręcz, że kredyty gotówkowe są realnie coraz droższe. Byłoby to dziwne, bo przecież stopy procentowe w ostatnich latach spadały, a wraz z nimi koszt pozyskiwania przez banki kapitału. Gospodarka przyspieszyła, a więc mniej było kredytów nie spłacanych w terminie (a te straty banki zwykle wliczają w oprocentowanie nowych kredytów). Wynagrodzenia Polaków szły realnie delikatnie w górę, bezrobocie spadało, nasze oszczędności rosły. Gdzie jest więc powód, by szybka gotówka była coraz droższa?

      "Panie Macieju, nie wiem co się stało, ale ostatnio starałem się o kredyt gotówkowy bez prowizji i niemiło się zaskoczyłem. W żadnym z dwóch banków (byłem w moim i "obcym") nie chcieli mi dać kredytu z RRSO mniejszym, niż 20%. Nie ogarniam tego: jeszcze w zeszłym roku od ręki było dostać szybki kredyt na RRSO rzędu 15%. Co się na rynku zmieniło? BIK mam czyściutki, dochody takie same, jak były, dodatkowych obciążeń dochodów też brak. Ostatecznie nie wziąłem kredytu gotówkowego, tylko zrobiłem przelew z karty kredytowej (płacąc 0,5% prowizji), bo jej oprocentowanie mam na poziomie 15%. Ale proszę mi wytłumaczyć: jak to jest, że banki coraz bardziej "czochrają" klientów na drogich kredytach gotówkowych?"

      - zapytuje mnie jeden z czytelników. Zanim odpowiem na jego pytanie, najpierw warto zweryfikować hipotezę roboczą, że kredyty gotówkowe są coraz droższe. To, że mój czytelnik w zeszłym roku miał w dwóch bankach lepszą ofertę, niż dziś, jeszcze o niczym nie świadczy. To mogła być kwestia zmiany polityki kredytowej w konkretnym banku. Po prostu dział kontroli ryzyka pogmerał w scoringu i wyszło mu, że wysokim blondynom należy pożyczać pieniądze drożej, niż innym klientom. Wygrzebałem najnowsze raporty NBP mówiące o marżach kredytowych i zobaczcie co z nich wynika:

      renotwno_kredytwNBP02.2013

      Kredyty gotówkowe to te po lewej - na zielono oprocentowanie kredytów, na niebiesko - koszt finansowania, a na fioletowo odpisy na kredyty, które są stracone. Jak widać - czarna linia - banki zarabiają na kredytach gotówkowych coraz lepiej. A przecież te statystyki nie uwzględniają dodatkowych kosztów kredytu - prowizji i ubezpieczeń - lecz tylko oprocentowanie. W 2011 r. marża odsetkowa wynosiła 7%, a teraz, przy niższych stopach procentowych - sięga już 10%. Dlaczego? Sądzę, że z kilku powodów. Po pierwsze bankom zaczyna doskwierać spadek opłat kartowych (tzw. interchange). W skali całego przemysłu bankowego mówimy o spadku dochodów o 500-700 mln zł w skali roku. Po drugie banki cały czas toczą dość wyczerpującą walkę na niwie oferowania darmowych ROR-ów lub nawet ich dotowania. Trzymanie wielu zer w taryfach opłat, oferowanie klientom darmowych bankomatów w całym kraju albo i za granicą, dorzucanie coraz skromniejszych money-backów - to wszystko kosztuje. Po trzecie w niektórych bankach nawet połowę portfeli kredytowych stanowią nierentowne kredyty frankowe. Gdzieś trzeba zarabiać pieniądze i bankowcy doszli do wniosku, że to "coś" to kredyty gotówkowe. Polacy nie patrzą na ich ceny, biorą pieniądze tam, gdzie dostaną je od ręki i bez kłopotliwego procesu. Więc banki testują ile klient wytrzyma. RRSO rośnie z 22% do 23% i ludzie wciąż przychodzą? "To podkręćmy do 24%". Krótko pisząc - jak długo będziemy pozwalali na to, żeby nas golili, tak długo będą sprawdzali ile jeszcze da się z nas wycisnąć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Banki coraz odważniej zdzierają skórę z kredytobiorców. Gdzie granica drożyzny?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 września 2014 08:42
  • wtorek, 16 września 2014
    • Idealny bank dla hedonisty? Dostaniesz 60 zł miesięcznie jeśli... zrobisz sobie dobrze ;-)

      Wprawdzie banki nie są już tak hojne, jak kiedyś w płaceniu klientom za aktywność - głównie z powodu obniżonych administracyjnie prowizji od naszych transakcji kartowych - ale mimo wszystko wciąż nie brakuje ofert tzw. money-backu. Aby policzyć banki, które je proponują, wciąż potrzeba palców od obu rąk. Co prawda nie są to już takie bezwarunkowe i beztroskie zwroty, jak kiedyś - dziś banki zwracają klientom mniejszą część wydatków i wymagają w zamian sowitych wpływów na konto, wykonywania licznych transakcji lub przyciągania do banku nowych klientów lub oddają pieniądze tylko za niektóre wydatki - ale z całą pewnością wieści o śmierci money-backu są grubo przesadzone. Ciekawą odsłonę takiego programu premiowego przedstawił właśnie Eurobank, który pracowicie ociepla swój wizerunek za pomocą pewnego aktora specjalizującego się w graniu Karolów ;-). Rzecz nazywa się "Rodzina i Przyjaciele". Klienci Eurobanku będą mogli dostać aż 5% zwrotu za niektóre wydatki, rocznie do wyjęcia będzie aż 720 zł. To właściwie połączenie programu money-back z zaproszeniem do afiliacji., bo każdy posiadacz kont Online lub Prestiż może sam przystąpić do programu oraz zaprosić do niego cztery wybrane przez siebie osoby.

      Jakie wydatki będą premiowane 5%-owym zwrotem? Nie da się tu zarobić ani kupując bułki w supermarkecie, ani tankując auto na stacji benzynowej, ani kupując w aptece leki na korzonki. Eurobank płaci tylko za wydatki na spędzanie wolnego czasu oraz różnego rodzaju hedonizm. Im bardziej zrobisz sobie dobrze, tym więcej dostaniesz kasy z powrotem ;-). A więc oddadzą 5% za bilety lotnicze, bilety kolejowe lub autobusowe (spryciarze wyłączyli jednak linie lokalne lub podmiejskie), za wydatki w wypożyczalniach samochodów, w hotelach, SPA, biurach podróży. Zaoszczędzić można płacąc kartami Eurobanku w restauracjach, kawiarniach, barach i pubach, a nawet w fast-foodach (dziwne...), tudzież w klubach muzycznych (ciekawe co z klubami nocnymi, ta kategoria wydatków chyba niekoniecznie podchodzi pod "kluby muzyczne", a przecież jeśli już premiujemy hedonizm, to na całego). W programie są też wydatki na kulturalne spędzanie czasu w kinie, teatrze, muzeach, a także (mon Dieu!) w operze lub w filharmonii. Poza tym w Eurobanku oszczędzamy na zakupach w sklepach sportowych i rowerowych, na basenach i w aquaparkach, kręgielniach, klubach bilardowych oraz w salonach fitness i klubach sportowych. Niestety, maksymalny zwrot nie może przekroczyć 60 zł miesięcznie.

      Za takie ustawienie programu premiowego w Eurobanku mają u mnie jednego plusa i jednego minusa. Plus jest za to, że wreszcie ktoś pomyślał o tym, iżby bank kojarzył się z premiowaniem rzeczy przyjemnych, a nie tylko obowiązkowych, jak płacenie rachunku w sklepie spożywczym. To jest zresztą pewien nowy trend w polskiej bankowości - w banku BPH od pewnego czasu obowiązuje podpięty do konta "Lubię to!" program premiujący wydatki w kinach, teatrach, księgarniach oraz restauracjach i kawiarniach (tu też zwrot jest 5-procentowy, ale tylko 30 zł miesięcznie). W banku BNP Paribas można sobie wybrać kategorię wydatków, która będzie objęta programem oney-back, a wydatki na sport, kulturę i miłe spędzanie czasu są jedną z opcji do wyboru. Płacenie mi za to, że założyłem konto, że przelewam na nie pieniądze, że płacę z tego konta rachunki, że używam karty płatniczej - to wszystko już zgrane, a w Eurobanku, BPH, czy BNP Paribas (ten bank miał zresztą swego czasu świetny pomysł na sportową kartę kredytową) widzę powiew świeżości. Minus tej sytuacji polega na tym, że znacznie łatwiej "wykręcić" odpowiednio wysokie obroty kartą płacąc w supermarkecie, niż spędzając czas w restauracji, na basenie, albo w hotelu. A więc: bank może zaoferować dowolnie wysoki money-back (nawet i 5%), bo i tak mało którego klienta będzie stać na to, żeby w pełni skorzystać ze zwrotu.

      Pomysł Eurobanku pt. "Rodzina i Przyjaciele" ma kilka cech, które mi się podobają. Po pierwsze: nie jest ograniczony do nowych klientów, może przystąpić do niego każdy posiadacz konta Online lub konta Prestiż. To miło, że bank nie dyskryminuje tych klientów, którzy z nim są. Po drugie: nie ma restrykcji dotyczących liczby wprowadzanych do programu klientów (tych, którym polecamy ROR). Niezależnie od tego, czy wprowadzimy jedną osobę, czy cztery - korzyści z uczestnictwa są takie same (możemy też nie wprowadzać nikogo). Po trzecie: wprowadzane osoby przez cały czas uczestnictwa w programie nie płacą za ROR w Eurobanku. To ważne, bo eurobankowa taryfa przewiduje, że konto Online kosztuje miesięcznie 9 zł, zaś Preztiż - aż 21 zł. Warunki zwolnienia z opłat nie są zbyt liberalne (np. w ramach konta Online trzeba mieć 1500 zł wpływów, spłacać kredyt lub mieć kartę kredytową i zapłacić nią trzy rachunki miesięcznie), więc gdyby osoby, którym ROR jest polecany, miały podlegać tym zasadom, to 90% z nich by się nie zdecydowała, by skorzystać z polecenia. W Eurobanku przytomnie zrezygnowali z opłaty, dzięki czemu zwielokrotnili szansę na to, że za relatywnie niewielkie pieniądze (kampania reklamowa plus money-back) ruszy im szybko sprzedaż nowych kont osobistych.

      Żaden z obecnych klientów banku nie będzie miał oporów, żeby polecać konto, bo: a) to obiektywnie rzecz biorąc nie jest zły ROR (przelewy internetowe gratis, wszystkie bankomaty w kraju gratis, tanie wypłaty z bankomatów za granicą, po 5 zł za sztukę), b) nikt nie będzie się czuł jak akwizytor, który zarabia na polecaniu, bo dzieli się tylko korzyściami, które sam ma. Z kolei przyjmujący ofertę nie będzie się bał, że wpuszcza się w jakieś koszty. Jest tylko jeden haczyk - opłata za kartę, z której nowi klienci nie będą zwolnieni, a która wynosi 3,45-3,95 zł. Aby jej nie płacić, trzeba wykręcić debetówką 200 zł miesięcznego obrotu. Niby niedużo, ale jest to pewna mała rysa na eurobankowym programie. Tym niemniej eurobankowy eksperyment pokaże jak duży jest potencjał pozyskiwania klientów poprzez polecenia, ale nie w tradycyjnym systemie, w którym polecający dostaje pieniądze, lecz w "społecznościowym", w którym dzieli się korzyścią, którą sam ma. Tylko czy klienci Eurobanku będą aż tak szczęśliwi z uczestnictwa w programie, że będą polecać bank z czystej dobroci serca?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Idealny bank dla hedonisty? Dostaniesz 60 zł miesięcznie jeśli... zrobisz sobie dobrze ;-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 września 2014 09:41
  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Nowy ROR kusi dożywotnim zerem i... rabatem na wysyłanie paczek pocztowych. Zaskoczy?

      Bank Pocztowy to wciąż niewielki gracz na polskim rynku (ma raptem milion prowadzonych ROR-ów), ale raz na jakiś czas udaje mu się mocno zamieszać w głowach klientów. Jego główny atut to sieć placówek Poczty Polskiej, w której można sprzedawać konta, karty i ubezpieczenia. Dwa lata temu Bankowi Pocztowemu udało się nawet wskoczyć do trójki banków najszybciej pozyskujących nowych klientów. Sęk w tym, że pocztowcy sprzedaży usług bankowych wciąż się uczą (i, szczerze pisząc, wychodzi im to dość koślawo), zaś sam Bank Pocztowy zyskał sobie opinię instytucji finansowej przeznaczonej dla osób starszych, nieubankowionych, niechętnie używających kart.  Stereotyp pogłębiały kampanie reklamowe, które przypominały kolejne odcinki przaśnej telenoweli o "Złotopolskich". Nic dziwnego, że żar napływu nowych klientów wygasł i teraz szefowie Banku Pocztowego muszą coś zrobić, żeby znów go wzniecić. Antidotum na całe zło ma być nowy ROR, którym bank chce  przebić się do czołówek rankingów, dotrzeć do bardziej wymagających klientów i w ciągu trzech najbliższych lat pozyskać pół miliona klientów.

      Rzecz nazywa się "Pocztowe Konto Zawsze Darmowe" i wykorzystuje patent, który wcześniej zastosował już Alior Bank przy "Koncie Wyższej Jakości" oraz kredycie gotówkowym. Chodzi o gwarancję stałej ceny - Bank Pocztowy gwarantuje, że jego konto będzie zawsze i bezwarunkowo darmowe. Nowy ROR ma zastąpić w ofercie banku "Pocztowe Konto Standard", które za darmo było tylko wtedy, gdy klient: a) zamówił do niego kartę debetową i b) zapłacił nią miesięcznie w sklepie za 300 zł. Gwarancja związana z "Pocztowym Kontem Zawsze Darmowym" jest oczywiście miła, ale i tu można się nadziać na opłatę za kartę debetową (5 zł miesięcznie w przypadku braku transakcji w sklepach o wartości 300 zł). Tyle, że w nowym koncie łatwiej jej uniknąć, bo bank już nie nakłada obowiązku posiadania plastiku, by ROR był za darmo. A zmiany na gorsze? Posiadacze nowego konta nie będą mogli już za darmo przelewać pieniędzy w placówkach poczty - prowizja wyniesie 2,5 zł.  Na osłodę bank obniża opłatę za przelew u konsultanta telefonicznego - ma kosztować 1,5 zł (w koncie standardowym było to aż 5 zł). W gratisie będą oczywiście przelewy przez internet.

      Widać więc, że z jednej strony bank kusi klientów gwarancją darmowości, ale z drugiej przestaje dotować wykonywanie operacji w placówkach. Do konta będzie można dokupić za 5 zł miesięcznie wypłaty ze wszystkich bankomatów bez prowizji oraz dostawę gotówki za pośrednictwem listonosza (za 1,5% wartości "dostawy", nie mniej, niż 5 zł). Czy taka rekalibracja wystarczy, by mówić o nowej jakości? Raczej nie, chociaż nie ulega wątpliwości, że rezygnacja z opłaty za ROR w "Pocztowym Koncie Zawsze Darmowym" powoduje, że staje się ono bardziej konkurencyjne na tle ROR-ów w innych bankach. W Alior Banku, żeby wszystko było za darmo trzeba zapewnić wpływ 2500 zł lub zapłacić kartą 700 zł. We flagowym koncie "Godnym Polecenia" w BZ WBK karta zawsze kosztuje 1 zł, a w Getinie nawet po rabacie - 2,99 zł. Bank Pocztowy oferuje też bardziej liberalne warunki darmowości, niż PKO BP w "Koncie za zero" - tam wymagany jest wpływ 1500 zł i zakupy kartą 250 zł miesięcznie. Nie przebija chyba tylko Banku Millennium (a konkretnie "Konta 360o", które reklamuje ostatnio pewien popularny bloger).

      Ale czy nieco liberalniejsze warunki zerowania rachunku za konto i kartę przeciągną do pocztowego banku pół miliona klientów? Cóż, obawiam się, że potrzebny byłby mocniejszy wyróżnik, niż dożywotnia gwarancja braku prowizji za konto (zwłaszcza, że jednocześnie bank nie chce gwarantować bezwarunkowego zera za kartę). Choć trzeba zauważyć, że Bank Pocztowy dokłada do "Pocztowego Konta Zawsze Darmowego" nietypowy program lojalnościowy - kto zapewnia stałe wpływy na ROR, może dostać do 10% zwrotu na usługi pocztowe - znaczki pocztowe, czy wysyłanie listów lub paczek. Niestety, wartość zwrotu jest ograniczona do 10 zł miesięcznie, a zwrot "do 10%" sugeruje, że w przypadku najbardziej rozchwytywanych usług pocztowych zniżka może być mniejsza. Nota bene opisywałem już kiedyś podobną promocję przygotowaną przez Bank Pocztowy na święta. Jeśli Bank Pocztowy chce się stać bankiem masowym i walczyć z wizerunkiem banku dla emeryta i klienta "nieplastikowego", to musi pomyśleć o dorzuceniu do swojego ROR-u kolejnych usług odróżniających ten ROR od innych (może jakiś odpowiednio sprofilowany pod niekoniecznie wielkomiejskiego klienta program assistance, albo nietypowy program systematycznego oszczędzania w stylu tego PKO-wskiego?). Możliwość tańszego kupowania znaczków i wysyłania paczek oraz dostarczenie gotówki przez listonosza, jak również nowy design kart do konta (patrz niżej) to niezły punkt wyjścia, ale czekam na więcej.  

      pocztowykarty

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy ROR kusi dożywotnim zerem i... rabatem na wysyłanie paczek pocztowych. Zaskoczy?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 18:17
    • Tego jeszcze nie było. Wpłatomat na kółkach, który... zamówisz przez internet. Gratis!

      Idea Bank w ostatnim czasie stawiał na innowacje, oferując np. kredyty przez internet z opcją ściągania danych do badania wiarygodności płatniczej przez internetowego robaka. Idea chce też przebić mBank, Aliora i inne nowoczesne banki pod względem funkcjonalności i ergonomii ROR-u. Ale usługa, którą pilotażowo zamierza teraz - a konkretnie już za kilka, kilkanaście dni - zaoferować Idea Bank klientom z Warszawy, Poznania i Elbląga, to coś w rodzaju mobilnego wpłatomatu na kółkach. Klienci, właściciele małych firm, będą mogli zamówić takie niezwykle wyposażone auto, żeby wpłacić utarg. Ideabankowcom wyszło w badaniach, że ponad 80% małych przedsiębiorców ma problem z zagospodarowaniem gotówki z utargu, w związku z tym wożą ją do banku pod pazuchą. Ani to bezpieczne, ani wygodne, ale im mniejszy punkt handlowy lub usługowy, tym rzadziej przyjmuje płatności kartą (kwestia kosztów i uwiązania umowami zobowiązującymi do generowania określonych obrotów kartami). Im mniej obrotu bezgotówkowego, tym więcej gotówki z utargu i tym większy problem z jej bezpiecznym przerzuceniem do banku. Stąd pomysł na bankowozy, które o wskazanej godzinie podjadą do klienta i dadzą mu możliwość wpłaty gotówki.

      Najciekawsze jest to, że usługa ma być darmowa (lub, jak kto woli, wliczona w ceny innych usług, świadczonych danemu klientowi przez bank). Swoje koszty bank chce zmniejszać poprzez wykorzystanie specjalnej aplikacji, którą dostarcza firma iTaxi, internetowa korporacja taksówkowa, znana być może niektórym z Was. Zbudowną przez iTaxi aplikację chętni klienci będą sobie ściągać na smartfona i z jej pomocą zgłaszać zapotrzebowanie na mobilny wpłatomat. A po stronie banku aplikacja będzie tak planowała przejazdy bankowozu, by było jak najbardziej ekonomicznie. Przyznacie, że to brzmi nieźle - takie gotówkowe assistance dla klientów, dodawane w dodatku gratis, może być dużym atutem banku, który uchodzi za bardzo drogiego kredytodawcę. Choć usługa jest dopiero na etapie pilotażu, to w Idea Banku są przekonani, że jej wdrożenie na terenie całego kraju jest tylko kwestią czasu. Na razie bankowozy będą tylko trzy i obejmą swoimi usługami centra trzech miast (nawet nie całe miasta). Sam jestem ciekaw jakie będzie zapotrzebowanie klientów na tę niecodzienną usługę (aplikacja do zamawiania mobilnego wpłatomatu będzie dostępna dla każdego klienta, ale aktywować ją będzie można tylko na obszarze pilotażowym).

      Jeśli rozumiem dobrze koncept banku, celem jest zaprezentowanie usługi, która będzie nie tylko ułatwiała życie obecnym klientom, ale przede wszystkim spowoduje napływ nowych klientów, którzy też będą chcieli być tak "zaopiekowani". I jako sposób na akwizycję klientów pomysł z bankowozami rzeczywiście może się udać. Jeśli na jednego obsłużonego przez mobilny wpłatomat klienta przypadnie kilku nowo pozyskanych, to Idea Bank będzie "do przodu". Jednak z potencjalnym rozszerzeniem usługi wiąże się moja najpoważniejsza wątpliwość - na małą skalę można tego typu usługi oferować gratis, trzymając w ryzach koszty, ale przy większej skali może to być trudne lub wręcz niemożliwe. Utrzymywanie kilkunastu bankwozów, będących w ciągłym ruchu i przemierzających dziennie setki kilometrów, musiałoby niemało kosztować (koszty kierowców, paliwa, amortyzacja samochodów). Oczywiście bank mógłby te koszty przerzucić na klientów, ale to z kolei ucięłoby "innowacyjność" i atrakcyjność usługi. I tu chyba tkwi główne ograniczenie ideabankowej innowacji - ten model biznesowy niekoniecznie musi równie dobrze działać w dużej skali, co w małej.

      Chyba, że... bank rozwinie projekt i oprócz mobilnego wpłatomatu w bankowozie znajdzie się automat do udzielania kredytów obrotowych, czy prywatny doradca bankowy. Byłaby to niecodzienna odmiana private bankingu dla małych firm. Być może docelowo mogłaby nawet w dużej mierze zastąpić sieć placówek? No, ale wtedy to musiałyby być bankowe limuzyny, a nie zwykłe furgonetki. A Idea Bank musiałby się przerobić na "bank na kółkach" (nie mylić z cyrkiem na kółkach). Cóż, w dobie bankowości internetowej, telekonferencji i załatwiania wszystkich ważnych spraw zdalnie nie widzę zbyt wielu zastosowań dla takiego bankowozu. Dostarczana za darmo usługa odbierania gotówki na pewno jest ciekawym pomysłem, ale jej wprowadzenie w skali całego banku będzie trudniejsze, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Na najbardziej atrakcyjnych dla banku lokalnych rynkach przejściowo może to być ciekawa forma pozyskiwania nowych klientów, na której mimochodem będą korzystali ci, którzy już konto w Idea Banku mają. A darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, nieprawdaż? ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Tego jeszcze nie było. Wpłatomat na kółkach, który... zamówisz przez internet. Gratis!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 08:07
  • piątek, 12 września 2014
    • Kosztowny monopol na grillowanie, czyli mBank wydaje klientów na pastwę... Axy ;-)

      W bardzo ciekawą stronę pomyka ostatnio rozwój polskiego rynku bankowego. Banki coraz odważniej przekształcają się z jednej strony w dostawców technologii i produktów dla innych biznesów (np. oferują usługi bankowe operatorom telekomunikacyjnym w ramach swego rodzaju "white label", czyli pod marką tychże telekomów), a z drugiej strony stają się sieciami sprzedaży dla innych biznesów, biorąc od nich prowizję za dostęp do portfeli milionów własnych klientów. Przykładem tego drugiego trendu jest ujawniona w piątek sprzedaż spółki BRE Ubezpieczenia przez mBank. Cała firma, wraz ze wszystkimi klientami i ich polisami, trafia w ręce francuskiej Axy. Ta ostatnia za przejęcie obecnej bazy klientów i możliwość sprzedawania klientom mBanku polis w przyszłości zapłaci astronomiczne 570 mln zł plus procent od sprzedaży. Co to oznacza? W mBanku najwyraźniej zorientowali się, że trzeba coś zmienić w modelu bancassurance, by wycisnąć z niego jeszcze więcej korzyści. I warto w tym celu dać komuś wyłączność, żeby wyciskał najbardziej fachowo, jak się da.

      Jak pewnie wiecie, BRE Ubezpieczenia sprzedawały do tej pory polisy różnych firm ubezpieczeniowych - podróżne, życiowe, zdrowotne - i dokładały je do kont, kart, kredytów. To był taki swoisty supermarket, w którym na półkach stały sobie różne ubezpieczenia. A klient wybierał dla siebie najlepsze, płacąc wynegocjowaną przez BRE Ubezpieczenia składkę, którą spółka bankowa dzieliła się z "producentem" polis, czyli np. Benefią, czy Axą. W ten sposób prawie pół miliona posiadaczy ROR-ów i kredytów w mBanku stalo się posiadaczami jakiegoś produktu ubezpieczeniowego. Teraz na mBankowej półce nie będzie już produktów różnych marek ubezpieczeniowych, a mBank przestanie się zajmować problemem pt. "jak przekonać klientów, że naprawdę potrzebuje jednego z tych ubezpieczeń". Ten problem teraz staje się zgryzotą Axy, która zapłaciła ogromne pieniądze za to, żeby mieć możliwość "uproduktowienia" 3,8 mln klientów mBanku w najróżniejsze ubezpieczenia. mBank zajmie się tylko liczeniem prowizji od sprzedaży (no, może w oparciu o swoją wiedzę o klientach pomoże szefom Axy ustalić który klient nadaje się do "ubrania" w polisę życiową, który w mieszkaniową, a który w podróżną.

      Czytaj: Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem

      Najbardziej wygrany jest tu oczywiście mBank, bo dostaje z góry ponad pół miliarda złotych, podczas gdy dotychczas musiał o te pieniądze walczyć, wydzierając prowizje różnym ubezpieczycielom i martwiąc się, żeby klienci daną polisę kupili. Być może wygra też Axa, bo mieć wyłączny dostęp do 3,8 mln klientów to dla każdego ubezpieczyciela (no, może poza PZU) gigantyczna szansa. Jeśli tylko co czwarty z tych klientów kupi jakąś polisę, to Axa będzie miała prawie o milion klientów więcej i nie będzie ich musiała szukać "na mieście", bo dostanie ich na tacy od mBanku. Oczywiście: o ile zaoferuje właściwe produkty właściwym klientom, zrobi to we właściwym czasie i za właściwą cenę. Tylko tyle i aż tyle. Ale Axa to jeden z kilku największych na świecie koncernów ubezpieczeniowych, na całym świecie ma podpisanych ponad 100 takich umów z bankami, więc pewnie wie co robi. Przypis składki w założeniach ma Francuzom zrekompensować wydatek na "haracz" zapłacony z góry mBankowi.

      A jaki będzie bilans tej zmiany dla klientów mBanku? Trudno powiedzieć: z jednej strony będą mieli mniejszy wybór ubezpieczeń (choć nie do końca, bo mBank rzadko kiedy wpuszczał do swojego "sklepiku" podobne ubezpieczenia różnych dostawców), z drugiej strony po drugiej stronie znajdzie się zdeterminowany ubezpieczyciel, który zapłacił za możliwość współpracy z klientami mBanku tak ogromne pieniądze, że nie wyjdzie dopóki czegoś ci nie sprzeda. Zapowiada się więc niezłe grillowanko. Ale z trzeciej strony nie można wykluczyć, że Axa zaoferuje dla klientów mBanku specjalne produkty i specjalne ceny. Co innego wchodzić do mBanku z dobiegu, jako jeden z wielu kooperantów, a co innego mieć wyłączność na obsługę 3,8 mln klientów. W tym drugim przypadku bardziej opłaci się spiąć pośladki. Jeśli więc francuskie pośladki okażą się dobrze napięte, to być może klienci nie będą wystawieni na grillowanie, bo oferta będzie nie taka wcale zła, mimo że będzie pochodziła od "monopolisty" (bo mBank w zamian za górę forsy z góry obiecał, że przez co najmniej 10 lat nikogo innego do swoich klientów nie dopuści). Z punktu widzenia pół miliona klientów, którzy już mają polisy zakupione w mBanku, zmienia się niewiele. Ewentualne odszkodowania lub świadczenia wypłaci im już Axa. A jak umowa się skończy, to z propozycją jej przedłużenia też przyjdzie już akcja, a nie żadna, za przeproszeniem, Benefia, czy inny Allianz Direct ;-).

      Jedno jest dla mnie pewne - tego typu umowy będą niedługo w polskiej bankowości chlebem powszednim. Skoro nawet mBank wyleczył się z oferowania klientom szerokiego wyboru i produktów ubezpieczeniowych, pochodzących od licznych dostawców, to znaczy, że dla "demokracji" i rządów klienta nie ma już ratunku. Dziś banki będą sprzedawały Was, drodzy czytelnicy, na wyłączność. Kto więcej zapłaci z góry za tę wyłączność, dostanie w prezencie kilka milionów klientów do obróbki skrawaniem ;-). Poza kupowaniem dostępu do klientów (np. od telekomów) oraz sprzedawaniem tegoż (np. ubezpieczycielom) banki będą w wolnych chwilach prowadziły zwykłą, nudną działalność bankową pod własną Ale nie dam sobie głowy uciąć, że w przyszłości to będzie dominująca pozycja w ich przychodach ;-). Jeśli czujesz się teraz, drogi czytelniku, jak worek kartofli, którym handlują sobie "na wyłączność" różni usługodawcy, to lepiej się do tego przyzwyczaj. Takie czasy idą ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Kosztowny monopol na grillowanie, czyli mBank wydaje klientów na pastwę... Axy ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 17:42
    • Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem. Idzie do nas rewolucja?

      Pojawienie się kilka lat temu w powszechnym użyciu technologii NFC, umożliwiającej płacenie zbliżeniowe, miało być przełomem, który szybko wyeliminuje z rynku karty płatnicze. No bo skoro można płacić zbliżeniem, to nie ma potrzeby, by przedmiot służący do płacenia był akurat kartą płatniczą. Czip z antenką można zamontować nawet w pluszowym misiu (co ostatnio pokazał nota bene bank PKO BP przy okazji kart pre-paid dla dzieci). A przede wszystkim technologia NFC jest stosowana w smartfonach, a więc przedmiotach, z którymi jeszcze bardziej się nie rozstajemy, niż z portfelem. W smartfonach bywa bowiem zamknięte całe nasze życie - poczta, aplikacje użytkowe (parking, bilet), rozrywka, rozrywka, multimedia, kalendarz. Smartfon powinien więc błyskawicznie wyprzeć kartę płatniczą i stać się podstawowym sposobem płacenia. I to się, proszę Państwa, może wkrótce stać, dzięki kolejnej przełomowej technologii, HCE, umożliwiającej przeprowadzenie płatności w tzw. chmurze obliczeniowej.

      O co chodzi z tym HCE i dlaczego tak mnie ono rajcuje? Bo eliminuje jeden z najważniejszych czynników, które uniemożliwiały do tej pory zastąpienie telefonem karty płatniczej - czyli operatora telekomunikacyjnego. Do tej pory było tak: jeśli bank chciał wprowadzić dla swoich klientów płatności telefonem, to musiał zainstalować na karcie SIM swoje oprogramowanie. A więc dogadać się z telekomem. Telekom interes w przerobieniu smartfona na urządzenie płatnicze ma tylko wtedy, jak dostanie od banku za to kasę. Dużo kasy. Jakiś czas temu była nawet groźba, że telekomy zaczną kupować licencje bankowe i uruchomią własne banki, żeby nie być tylko udziałowcem całego interesu, lecz jedynym beneficjentem.. Technologia HCE sprawia, że proces płacenia da się przeprowadzić baz udziału czipa. Wystarczy telefon z dostępem do internetu (niekoniecznie ów dostęp musi być w czasie transakcji, wystarczy, że jest od czasu do czasu) i aplikacja płatnicza, która wysyła informacje do chmury obliczeniowej.

      Czytaj też: Nadzór bankowy zniechęcająco o płaceniu telefonem

      Skoro da się ominąć czip, to da się też ominąć telekom i uderzyć bezpośrednio do klienta i do jego smartfona. To dużo łatwiejsze, bo można udostępnić płatności mobilne od razu wszystkim klientom, a nie tylko tym, którzy mają abonament w sieci telekomunikacyjnej, z którą bank się dogadał. Nie da się ominąć innego problemu - kwestii jakości telefonu. Smartfony są coraz popularniejsze, ale wciąż mniej niż połowa z nas używa tych wyłącznie dotykowych, z dużymi ekranami i wypasionymi funkcjami, w tym z NFC. Ba, nawet nie wszystkie wypasione smartfony mają funkcję umożliwiającą płatności zbliżeniowe! Poza nowoczesnym telefonem i siecią akceptacji (wciąż nie wszystkie terminale płatnicze umożliwiają płacenie zbliżeniem - jest ich raptem nieco ponad połowa) potrzebny jest też nowoczesny klient, który da się namówić na zainstalowanie na swoim urządzeniu aplikacji płatniczej i da się przekonać, że to bezpieczne. A patrząc na opory, jakie duża część z nas wciąż ma w stosunku do płacenie zbliżeniem, przekonanie ludzi do nowej technologii HCE może nie być wcale takie łatwe. Ale może i tak łatwiejsze, niż przekonanie telekomów, by na rozsądnych warunkach udostępniły miejsce na czipie. Więcej o HCE: czytaj tutaj

      Czy nowa technologia, umożliwiająca płacenie smartfonem przez zbliżenie i pozwalająca omijać operatora telekomunikacyjnego sprawi, iż ten ostatni stanie się zbędnym ogniwem? A budowane przez największe polskie telekomy sojusze - T-Mobile z Sync, mBank z Orange - nagle staną się bez sensu? Niekoniecznie. Oczywiście, na niwie płatnościowej pozycja telekomu będzie znacznie słabsza, nie będzie mógł już dyktować żadnych warunków, bo do pośrednictwa w płatnościach telefonem w ogóle nie będzie potrzebny. Ale telekomy nadal mają w garści ogromny atut - dziesiątki milionów klientów, z których mogą wyłuskać najlepszych i "oddać" zaprzyjaźnionemu bankowi. Wojciech Sobieraj, prezesa Alior Banku, pytany podczas otwarcia spółki T-Mobile Usługi Bankowe o to, czy nie boi się, że bank będzie w tym sojuszu potrzebny tylko do czarnej roboty, powiedział, że nie widzi w tym żadnego problemu. On się zna na bankowości, a T-Mobile ma kilkanaście milionów klientów, którym tę bankowość można dostarczy, choćby na zasadzie white label, czyli działając w tle. Bank nie musi działać pod własną marką, żeby sprzedawać usługi finansowe, a pod względem bazy klientowskiej nawet największy bank nie może się równać ze średniej wielkości telekomem.

      A wracając do HCE: kiedy zobaczymy to cacko w Polsce? Pytałem o to niedawno szefów organizacji Visa w Polsce (ta organizacja jest największym ambasadorem HCE) i wygląda na to, że nastąpi to już niedługo. Latem Visa ogłosiła, że ruszyło pierwsze komercyjne wdrożenie płatności mobilnych opartych o technologię HCE w hiszpańskim wielkim banku BBVA. W czwartek dotarła informacja, że płacenie "w chmurze" pilotażowo wdraża słowacki bank VUB. Do nowinki są dopuszczeni klienci banku posiadający telefon z nową wersją systemu Android i wyposażone w technologię zbliżeniową NFC. Klienci muszą tylko ściągnąć stosowną aplikację ze sklepu Google Play i aktywować ją w systemie banku. Najprawdopodobniej następnym krajem, w którym banki umożliwią płacenie telefonem i rozliczanie transakcji "w chmurze", bez konieczności współpracy z operatorem telekomunikacyjnym, będzie Polska.

      "Po ogłoszeniu przez Visa, że specyfikacje są dostępne, duża grupa banków w Polsce podjęła rozmowy z organizacją na temat tego, w jaki sposób mogłyby wdrożyć zbliżeniowe płatności mobilne Visa w oparciu o chmurę i technologię HCE.Visa spodziewa się pierwszego wdrożenia w Polsce jeszcze w tym roku"

      - informowała już jakiś czas temu Visa. Ale przed wszystkimi uczestnikami tego przedsięwzięcia jeszcze daleka droga. Technologia HCE może być zastosowana tylko w telefonach z funkcją NFC oraz z najnowszym systemem Android. To na razie wyklucza z zabawy posiadaczy np. iPhone'ów, nie mówiąc już o urządzeniach np. marki Nokia. Nie jest więc też tak, że jak wejdzie HCE, to nagle plastikowe karty płatnicze przestaną nam być potrzebne. Choć z pewnością zbliżymy się do tego momentu bardziej, niż kiedykolwiek.

      HCE_technology

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem. Idzie do nas rewolucja?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 09:46
  • czwartek, 11 września 2014
    • Poznaj pięć przykazań speca od bezpieczeństwa pieniędzy online. Będzie bolało

      pe0909Dziś w "Pieniądzach Ekstra" (gdzie - to disclaimer dla tych, którzy znają mnie dopiero od niedawna - w każdy czwartek blog ma swoje szpalty konsumenckie) publikuję wywiad z jednym z najlepszych w kraju speców od bezpieczeństwa informatycznego, Michałem Kurkiem z firmy doradczej EY. Gdyby istniał jakiś urząd do walki z cyberprzestępcami, to ten gość pewnie by w nim pracował ;-). Ale może taki urząd powinien powstać, bo przecież dziś nikt już nie okrada bankowych skarbców, nie trzeba robić podkopów pod oddziały banków, żeby ograbić kogoś z kasy. Biorą się za to internetowi złodzieje, którzy szukają luk w przepływie bezgotówkowego pieniądza, albo w zabezpieczeniach transakcji i starają się w nakłonić klienta do nieświadomego współudziału w kradzieży jego własnych pieniędzy. Jest to coraz łatwiejsze, bo o ile do niedawna bankowaliśmy tylko przez komputer, nad którym da się jakoś zapanować, o tyle teraz do robienia przelewów lub autoryzowania transakcji używamy smartfonów, które są stale podpięte do internetu i ciągle pobierają jakieś dane. I które - dzięki ich onlajnowości - można próbować zainfekować lub przejąć nad nimi zdalnie kontrolę. I właśnie głównie o roli smartfonów w zabezpieczaniu i okradaniu nas z pieniędzy rozmawiałem z Michałem Kurkiem. Cały wywiad do przeczytania w serwisie Wyborcza.biz/pieniadzeekstra. A jako lekturę uzupełniającą przeczytajcie też dzisiejszy wpis w blogu poświęcony największym grzechom banków w zabezpieczaniu naszych pieniędzy. A teraz czas na najważniejsze wnioski z rozmowy z Michałem Kurkiem.

      JAK BEZPIECZNIE UŻYWAĆ BANKU W SMARTFONIE. To zestaw rad dla tych z Was, którzy mają w telefonie zainstalowaną aplikację bankową, a nie tylko używają smartfona do autoryzowania transakcji jednorazowymi kodami SMS. Po pierwsze: wprowadzamy hasło do telefonu (niezależnie, że jest też oddzielny PIN do aplikacji bankowej). Po drugie:sprawdzamy w serwisie bankowości elektronicznej limity kwotowe transakcji wykonywanych za pomocą smartfona. Powinny być niskie. Przy okazji sprawdzamy, że da się je zmienić za pomocą smartfona. Lepiej jest jeśli się nie da. Po trzecie: w telefonie, którego używamy do bankowania instalujemy jak najmniej innych aplikacji. Unikamy nieznanych stron internetowych i nie zgadzajmy się na zdalną instalację niepewnego oprogramowania. Po czwarte: aktualizujemy na bieżąco systemy operacyjne w swoim smartfonie. Wszystkie łatki, zalepiające dziury bezpieczeństwa, powinniśmy instalować na bieżąco. Po piąte: odłączamy od internetu telefon, gdy nie jest nam potrzebny. "Malware ma większe pole manewru, jeśli przez całą dobę mamy włączony telefon. Dla hakera, który chce przejąć kontrolę nad telefonem, to jest raj, bo ma non-stop dostęp do wszystkich informacji - a słyszałem już o złośliwym oprogramowaniu, które m.in. samo włącza kamerę i przekazuje obraz do przestępcy, nagrywa dźwięk... Dostęp do SMS-ów i kontaktów w telefonie to już nie jest jedyne zagrożenie" - mówi Kurek.

      GDZIE JEST PIĘTA ACHILLESOWA APLIKACJI MOBILNYCH? Michał Kurek mówi, że "kluczem bezpieczeństwa bankowości mobilnej jest silne uwierzytelnianie - czyli z użyciem minimum dwóch elementów autoryzujących. Idealna sytuacja to taka, w której musimy mieć coś (jakieś znane aplikacji urządzenie) i coś wiedzieć (znać jakieś hasło), żeby się dostać do aplikacji bankowości mobilnej. Jeśli możemy się do niej dostać używając po prostu telefonu i wbijając PIN, to trudno mówić o silnym uwierzytelnianiu. Tak samo jeśli zatwierdzamy transakcję SMS-em, który przychodzi na to samo urządzenie, z którego wykonujemy zlecenie". Krótko pisząc - kłopot z bankowaniem przez telefon polega na tym, że nie występuje tutaj połączenia danych pochodzących z dwóch niezależnych urządzeń przy wykonaniu transakcji - np. hasło i login z komputera i hasło jednorazowe przesyłane via smartfon. Jak mogłaby wyglądać taka dodatkowa autoryzacja? W niektórych bankach na Zachodzie do dodatkowego uwierzytelnienia wykorzystuje się np. dodatkową kartę przyznaną przez bank, którą trzeba przyłożyć do czytnika zbliżeniowego w telefonie. U nas niestety jest tylko PIN do aplikacji bankowej w smartfonie i SMS autoryzacyjny przychodzący na ten sam smartfon. Kurek nie uważa, że rozwiązaniem byłoby wprowadzenie biometrii. "Można sobie wyobrazić, że dodatkowym sposobem autoryzowania transakcji będzie układ naczyń krwionośnych, czy inne dane biometryczne. Ale linie papilarne, czy układ naczyń krwionośnych to identyfikatory, których nie da się zmienić. Wyciek takich danych z bazy za każdym razem oznacza więc nieodwracalne szkody"

      JAK WIRUS W KOMPUTERZE MOŻE ZARAZIĆ SMARTFONA. Używanie smartfona tylko do autoryzacji transakcji na podstawie SMS-ów z banku (czyli nie używanie aplikacji mobilnej, którą można przez telefon robić przelewy) jest tylko połowicznym zabezpieczeniem. Bo coraz więcej fraudów odbywa się w taki sposób, że ktoś przesyła nam wirusa do komputera, poznaje nasz login i hasło, a potem próbuje "znaleźć" smartfona, by także go zainfekować i przejąć hasło jednorazowe. Michał Kurek mówi w jaki sposób się to odbywa: "Jeśli mamy na komputerze mallware, który czyta i przekazuje złodziejowi to, co wpisujemy na klawiaturze - i tą drogą pozna nasz login i hasło - to prędzej czy później znajdzie też nasz numer telefonu. Albo wyczyta go z naszych danych kontaktowych do banku, znajdujących się w profilu konta, albo określi go na podstawie wysyłanych przez nas e-maili, albo po prostu wyłudzi na zasadzie phishingu. Mając login, hasło i numer telefonu złodziej musi jeszcze nakłonić nas do instalacji na tym smartfonie złośliwego kodu, który pozwoli mu przejąć kontrolę również nad tym urządzeniem. A potem wystarczy już tylko zlecić w naszym imieniu przelew i przejąć hasło autoryzacyjne, przesłane przez bank na nasz numer telefonu".

      michalkurekCO BANKI MOGŁYBY ZROBIĆ LEPIEJ? Przede wszystkim obstawiać aplikacje do bankowości mobilnej bardziej restrykcyjnymi wymaganiami dotyczącymi ich "otoczenia". Michał Kurek zna przypadki, gdy bank nie zabezpiecza aplikacji mobilnej przed użyciem jej na telefonie pozbawionym zabezpieczeń. "Niektórzy użytkownicy, aby móc np. ściągać aplikacje poza oficjalnymi sklepami, zmieniają konfigurację sprzętu w taki sposób, że każda aplikacja może sięgać do danych innych aplikacji. Z punktu widzenia bezpieczeństwa najlepiej byłoby, gdyby aplikacja bankowa, "widząc" zmianę konfiguracji telefonu informowała użytkownika, że nie będzie działała ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa jego pieniędzy. Nie wszystkie banki godzą się, by stawiać klientom takie ograniczenia" - mówi Kurek. Banki powinny na bieżąco analizować listę kont i wykrywać konta tzw. "słupów", które mogą być użyte do przestępstw. Jeśli bank dowiaduje się, że zlecono przelew na taki "podejrzany" rachunek, zamiast go automatycznie wykonać, powinien go "zawiesić" i potwierdzić, że zlecenie wyszło rzeczywiście od klienta. Na Zachodzie dużo bardziej, niż w Polsce rozwinięta jest analiza działań, które prowadzą klienci na swoich kontach przez internet. I stale ulepszać systemy, które wychwytują wszelkie nietypowe zachowania klienta. Wówczas możliwa jest odpowiednia reakcja, np. wyświetlenie informacji "strona w budowie" i telefon z call center banku potwierdzający daną operację. "Nawet już przy logowaniu da się sprawdzić, czy klient nie próbuje dostać się do konta z urządzenia znajdującego się na drugim końcu kontynentu i ewentualnie potwierdzić innym kanałem kontaktu, że rzeczywiście tam przebywa. Na Zachodzie banki często oferują klientom za darmo specjalne oprogramowanie zwiększające bezpieczeństwo sesji. Taki program na podstawie analizy sposobu funkcjonowania procesów na komputerze klienta jest w stanie wykryć znane oraz nieznane zagrożenia, blokując ich szkodliwe działanie".

      BANK PLUS TELEKOM? MOŻE BYĆ BEZPIECZNIEJ. Internetowi złodzieje łowią dziś w mętnej wodzie, bazując na ograniczonym przepływie informacji między zainteresowanymi stronami. Czy zawiązywanie sojuszów między bankami, a telekomami, może rozwiązać ten problem? Orange tworzy wspólny bank z mBankiem, a T-Mobile z Aliorem, Plus też ma swój bank. Na ile tego rodzaju sojusze, powodujące lepszy przepływ informacji między stronami zaangażowanymi w realizację transakcji klienta, mogą utrudnić życie złodziejom naszych pieniędzy? Według Michała Kurka jeśli bank jest ściśle powiązany z operatorem, to obie organizacje są w stanie lepiej kontrolować przepływ informacji, a to dobrze wpływa na bezpieczeństwo klienta. Przykład? Operator ma nie tylko dostęp do informacji o tym, jakie SMS-y przychodzą do klienta, ale może też automatycznie monitorować SMS-y autoryzacyjne ze "swojego" banku. I blokować ich automatyczne forwardowanie do przestępcy. Jeśli operator stwierdzi, że do klienta doszedł jakiś "podejrzany" SMS - w sensie miejsca pochodzenia, a nie treści - operator może go filtrować. Może zainstalować na karcie SIM, np. automatyczne zabezpieczenie przed forwardowaniem SMS-ów określonego typu.

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line