Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 02 października 2014
    • Przenośne terminale do płacenia kartami wreszcie zadziałają na zbliżenia. I są w promocji!

      Właściciele małych sklepów, salonów fryzjerskich, warzywniaków, taksówkarze i roznosiciele pizzy mają coraz większy wybór mobilnych terminali do przyjmowania płatności bezgotówkowych. Firma Ingenico, największy dostawca terminali płatniczych w kraju i Polskie ePłarności, jedna z największych firm rozliczających transakcje bezgotówkowe, wspólnie zaczynają oferować drobnemu biznesowi przenośne terminale umożliwiające przyjmowanie płatności nie tylko tradycyjnych (stykowych), ale i zbliżeniowych. Obie firmy dogadały się z MasterCardem, który na dokładkę będzie dotował terminale, pokrywając część kosztów ich zakupu (nawet 65 euro). Dzięki temu dealowi Polskie ePłatności pierwszym pięciuset klientom sprzedadzą terminale po 149 zł (cena oficjalna to 399 zł). To kolejny znak, że skończyła się dominacja dużych firm rozliczeniowych, które lekceważąco podchodzą do małego biznesu, chcącego akceptować płatności kartami, oferując im zaporowe warunki.

      "Duże misie", takie jak np. Polcard, Elavon, czy eService każą sobie płacić miesięczne abonamenty, nakładają na sklepy kilkuletni kaganiec umowny, naliczają kary za niewystarczająco wysoki obrót kartami. Słowem: robią wszystko, żeby mały sklep, czy zakład usługowy, nie chciał mieć z płatnościami kartowymi nic wspólnego. Ale coraz więcej producentów terminali oraz pośredników - wspólnie z mniejszymi firmami rozliczeniowymi - oferuje przenośne terminale do płacenia kartami, tzw. mPOS-y, charakteryzujące się tym, że nosi się je w kieszeni i nie płaci się za to abonamentu. Wystarczy kupić terminal, a potem jest już pełna wolność. Przyjmiesz płatność kartą w mPOS-ie - płacisz prowizję. Nie przyjmiesz - nie płacisz. Jak ktoś ma mały biznes i stać go na kilkusetzłotowy wydatek na zakup terminala, którego będzie używał do kilku transakcji dziennie, to powinien rozważyć tę opcję.

      ZOBACZ NA YOUTUBE: wideofelieton o sztuczkach firm rozliczających transakcje kartowe:

      Ingenico i Polskie ePłatności proponują właśnie tego typu terminale - przenośne i bezabonamentowe. A co najważniejsze - umożliwiające przyjmowanie płatności zbliżeniowych, a więc wygodniejsze w użyciu z punktu widzenia zarówno sklepikarza, jak i klienta. Terminal łączy się za pomocą technologii bluetooth ze smartfonem, tabletem albo laptopem sklepikarza, a ten transmituje dane o transakcji do centrum rozliczeniowego. Prowizja za pojedynczą transakcję wyniesie 1,99%. To więcej, niż w klasycznym modelu, z terminalem na abonament stojącym przy ladzie i podpiętym do sieci transmisyjnej (tu prowizje nie przekraczają 1,2%, z tego 0,5% to interchange idący do banków, a drugie tyle idzie do innych uczestników systemu). Ale za to nie ma abonamentów, za to jest program dotowania terminali.

      icmp_ingenico

      Czy pomysł Ingenico i Polskich ePłatności, by doposażyć terminale mPOS w technologię zbliżeniową, obniżyć nieco prowizje (do tej pory na polskim rynku za transakcję w terminalach mobilnych sklepikarze płacili 2,25-2,75% prowizji) i dołożyć do kompletu program dotowania terminali, zrobi na rynku rewolucję i sprawi, iż małe punkty handlowe zaczną masowo przechodzić z gotówki na akceptację kart? Niewykluczone, choć inne firmy oferujące mPOS-y też nie zasypiają gruszek w popiele i chwytają się różnych pomysłów. Paymax oferuje firmom, które kupią jego przenośne terminale, zwrot części prowizji - im większy będzie obrót kartowy, tym większa część opłat wróci do sprzedawcy. Z kolei SumUp wziął na dystrybutora swoich terminali Idea Bank (specjalizujący się w obsłudze małych firm). To wszystko są dobre pomysły, ale dopóki terminale mPOS nie będą tańsze (poniżej 200 zł), a prowizje od transakcji nie spadną w okolice 1,5% od ich wartości, szanse na podbój rynku przez mPOS-y będą niepewne. Jednak krok po kroku się do tego momentu zbliżamy.

      ZOBACZ NA YOUTUBE: triki, sztuczki i kruczki, czyli Samcik prześwietla:

  • środa, 01 października 2014
    • Nowy pomysł na przyciągnięcie małych firm. Weź kredyt i przez kwartał testuj bez kosztów!

      Powiększanie standardowych uprawnień klienta, które wynikają z przepisów ustaw, to ostatnio w bankach ważna część budowania wizerunku instytucji przyjaznej klientowi. W Banku BPH z możliwości wycofania się z umowy przez prawie miesiąc od podpisania uczynili wręcz regilię. Na tych nutach grają nawet instytucje finansowe, które z ponadprzeciętną troską o portfel klienta się nie kojarzą, np. Provident, w którym też można "odkręcić" pożyczkę nawet przez miesiąc po podpisaniu umowy. Rzecz w tym, że zwykle te gwarancje nie dotyczą klientów firmowych. W ich przypadku ochrona prawna jest znacznie mniejsza, niż dla klientów indywidualnych. Przez prawo są postrzegani jako profesjonaliści, którzy nie podlegają ochronie prawa prokonsumenckiego. I mają instrumentarium, żeby podejmować świadome decyzje. Z punktu widzenia nieetycznego sprzedawcy nie ma więc nic piękniejszego, niż sprzedać produkt inwestycyjny z dużą składką jednorazową osobie prowadzącej działalność gospodarczą. Szanse na anulowanie umowy, albo udowodnienie w sądzie wprowadzenia w błąd, są mizerne. A w każdym razie znacznie mniejsze, niż gdyby rzecz dotyczyła zwykłego, szarego zjadacza chleba.

      Z tym tematem postanowił zmierzyć się Idea bank, jedyny w Polsce - a, jak twierdzi jego prezes Jarosław Augustyniak, także jedyny na świecie - bank specjalizujący się w obsługiwaniu małych przedsiębiorstw i osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą. Idea Bank nigdy nie był - i pewnie przy tak zdefiniowanym modelu biznesowym nie będzie - bankiem tanim. Szanse na kredyt mała firma może ma w nim większe, niż w "normalnym" banku, ale ceną jest wysokie oprocentowanie oraz opakowanie kredytu w ubezpieczenia, plany systematycznego inwestowania i inne "dodatki'. Skoro więc nie może walczyć o względy przedsiębiorców niską ceną, próbuje powalczyć nowoczesnością (np. ultranowoczesnym systemem transakcyjnym oraz możliwością zassania kredytu przez internet przy pomocy tzw. screenscrappingu) oraz przyjaznością. I od poniedziałku wchodzi z nową gwarancją - klient, który zaciągnie kredyt obrotowy, weźmie kartę kredytową oraz założy ROR, będzie mógł przez trzy miesiące testować każdy z tych produktów bez ponoszenia żadnych kosztów. A więc przez kwartał nie będzie żadnych prowizji, ubezpieczeń, ani odsetek. Dopiero po tym okresie "testowym", w czasie którego klient będzie mógł wypowiedzieć umowę bezkosztoowo, zacznie się "przelotowy" etap działania produktu.

      Trudno się do tego pomysłu przyczepić - gwarancja możliwości przerwania kontraktu kredytowego jest niewątpliwym atutem przy całej niestabilności otaczającej każdego drobnego przedsiębiorcę - ale nie byłbym sobą, gdybym jednak nie spróbował. Dwóch rzeczy mi w tym dobrym pomyśle Idea Banku brakuje. Po pierwsze: nie ma tu możliwości testowania kredytu z uwzględnieniem wszystkich opłat, odsetek, składek ubezpieczeniowych i składek na programy systematycznego oszczędzania, dołożonych do kredytu. Bo dopiero płacąc te wszystkie obciążenia klient może sprawdzić czy to jest to, czego potrzebuje i pragnie, albo dojść do wniosku, że kupił coś zbyt drogiego, na co - najzwyczajniej w świecie - go nie stać. Powiem Wam na uszko, że zwierzyłem się już z tego spostrzeżenia prezesowi Augustyniakowi i obiecał, że spróbuje zmodyfikować zasady tak, by uwzględnić także możliwość testowania produktów kredytowych w postaci "docelowej", czyli z odsetkami. Oczywiście: trzy miesiące możliwości nie płacenia odsetek plus opcja wycofania się z umowy to też fajny bonus. Można w tym czasie sprawdzić, czy system transakcyjny banku nie drażni, czy pracownicy teleserwisu nie są zbyt namolni, czy u konkurencji nie dałoby się wziąć kredytu większego lub znacznie tańszego. 

      Mam też problem z tym, że gwarancja dotyczyć będzie tylko wybranych produktów kredytowych - nie wchodzi w nią najbardziej zachachmęcony kredyt - "Pożyczka Bezzwrotna". Mam nadzieję, że wkrótce bank będzie w stanie objąć gwarancją całość produktów kredytowych, a nie tylko te wybrane. Inna słaba strona pomysłu Idea Banku to fakt, że do puli produktów, które można testować przez trzy miesiące z możliwością bezkosztowej ucieczki, nie wchodzą ani ubezpieczenia, ani - co ważniejsze - produkty inwestycyjne. A to one bywają najbardziej skomplikowane, miewają haczyki, których można nie zauważyć na pierwszy rzut oka, a przede wszystkim - bywają przedmiotem missellingu, czyli nieetycznej sprzedaży. W Idea Banku obiecują, że przynajmniej część produktów inwestycyjnych zostanie objęta promocją już w ciągu najbliższych kilku tygodni. To byłaby rzeczywiście nowa jakość.

      Co trzeba zrobić, żeby zostać objętym gwarancją? Po pierwsze poczekać do poniedziałku, bo wtedy bonus ten faktycznie wejdzie do oferty. Po drugie oczywiście trzeba z sukcesem przejść w Idea Banku przez scoring kredytowy, żeby w ogóle załapać się na finansowanie (uwaga: gwarancja dotyczy stosunkowo niskich kredytów i limitów kredytowych, nie można się nią posiłkować pożyczając np. 100.000 zł). Po trzecie wreszcie bank nie będzie gwarantował możliwości zwrotu kredytu udzielonego firmie, która jest całkowitą "świeżynką". Trzeba mieć przynajmniej dwa miesiące stażu na rynku i jakieś przelewy do ZUS na koncie ;-). Ten warunek jest o tyle zrozumiały, że można się spodziewać, iż znaleźliby się chętni, którzy założyliby firmy-wydmuszki po to tylko, żeby zassać jak najwięcej pieniędzy w ramach kredytu obrotowego, przez trzy miesiące gdzieś je lokować, a potem zwrócić bankowi nominał. Mam nadzieję, że pomysł Idea Banku będzie rozwijany i obejmie większą część oferty banku (w tym najbardziej nieklarowne produkty) oraz umożliwi także testowanie kredytów łącznie ze wszystkimi obciążeniami, które będzie trzeba ponosić po okresie próbnym.

      OGLĄDAJ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". A oto najnowszy wideofelieton z cyklu "Samcik prześwietla".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł na przyciągnięcie małych firm. Weź kredyt i przez kwartał testuj bez kosztów!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 października 2014 14:04
  • wtorek, 30 września 2014
    • Gdy bank przypomni sobie o kliencie-studencie. Cztery lata po studiach...

      Mamy początek roku akademickiego, więc warto przypomnieć, że prawie wszystkie banki mają dla studentów preferencyjne oferty kont osobistych, w których przeważnie roi się od zer (a niektórzy nawet dopłacają za piątki w indeksie ;-)). Czasem konto i karta, przelewy internetowe i wypłaty z bankomatów sa darmowe bezwarunkowo, czasem zaś bank wymaga elementarnej aktywności, czyli systematycznych wpływów oraz choćby symbolicznych płatności kartowych. Niekiedy też przyznaje "prezent", od którego można się zalać łzami ;-). Ale najważniejsze, że studentowi darmowe konto należy się, jak psu miska. Sęk w tym, że nie jest to przywilej, z którego można korzystać do końca życia - nawet jeśli jest się tzw. wiecznym studentem. Większość kont studenckich jest automatycznie zamieniana na "dorosłe" po ukończeniu przez żaka 26. roku życia. Czasem może się zdarzyć, że takie konto zostanie zamknięte, choć banki zwykle wcześniej wielokrotnie próbują skontaktować się z właścicielem rachunku i namówić go na przekształcenia ROR-u młodzieżowego w "dorosły". Najgorzej jest wtedy, gdy wszystkie strony o rachunku najzwyczajniej w świecie... zapomną. Napisał do mnie pan Tomasz, który studentem szczęśliwie przestał być już ponad cztery lata temu. I o życiu studenckim też zdążył już dawno zapomnieć. I o tym, że miał konto studenckie w banku też już zapomniał, bo przestał go używać w 2009 r. Aż tu nagle... konto dało o sobie znać. I to w dość stresujący sposób.

      "Czy istnieje przepis w prawie bankowym, z którego by wynikało, że konto studenckie jest automatycznie zamykane po zakończeniu studiów przez klienta? Czy zaleglości powstałe w wyniku naliczonych przez bank opłat nie przedawniają się? Co mam zrobić, gdy bank żąda ode mnie zapłaty kilkuset złotych, choć nie powiadomił mnie w żaden sposób o tym, że moje konto zaczyna być płatne?"

      - zapytał mnie pan Tomasz, który właśnie dowiedział się o tym, że ma w Banku Millennium "dorosłe" konto, przekształcone automatycznie ze studenckiego. Dowiedział się o tym przypadkiem, przy okazji telefonu z bankowego call-center z ofertą pożyczki. Pan Tomasz twierdził, że w banku nie ma konta, a pani z call-center twierdziła, że i owszem - ma i to od dłuższego czasu nie opłacone. Niestety, po bliższym rozpoznaniu tematu okazało się, że pani ma rację. Mój czytelnik najpierw się zestresował, a potem wybrał się do placówki Banku Millennium, bo właśnie w tym banku kiedyś założył zapomniane konto. Tam dowiedział się, że w sumie kwota do zapłaty wynosi 728 zl, a bank nie informował go o zaległości, bo wszystko było naliczane w koszt debetu przywiązanego do "starego" konta. Debet sobie rósł przez cztery lata, podobnie jak odsetki.

      Aż srach pomyśleć co by było, gdyby Bank Millennium nie zapragnął sprzedać mojemu czytelnikowi pożyczki. Być może debet by sobie rósł i rósł i rósł, a bank zgłosiłby się nie po jakieś-tam drobne 728 zł, tylko po kwoty idące w tysiące. A może decyzja banku, by przyjść z ofertą pożyczki, była dobrodusznym gestem pod adresem pana Tomasza: "zrobiłeś sobie debet, to spłać go kredytem". Niezależnie od tego co było przyczyną zastanego przez pana Tomasza stanu kasy, niewątpliwie dziwnym jest, że bank przez sześć lat nie mógł ani razu zadzwonić do swojego klienta i przypomnieć mu, że debecik rośnie. Nie mówiąc już o tym, że powinien poinformować klienta o przekształceniu ROR-u studenckiego, a więc bezpłatnego, w dorosły - czyli płatny. Oczywiście nie mam pewności, że bank tego nie zrobił (może pan Tomasz nie odebrał listu, nie zauważył SMS-a, omyłkowo skasował e-maila?), jednak dowodów na to, że procedury po stronie banku zostały dopełnione - brak. Poradziłem panu Tomaszowi, żeby - skoro telefoniczne skargi nie dają rezultatu - napisał do banku pisemko z prośbą o informację: kto, kiedy i w jaki sposób poinformował go z ramienia banku, że konto zostanie przekształcone w "dorosłe". Pomogło. Nie wiem czy bank nie znalazł papierów, czy ze względu na długą relację z klientem machnął ręką na swoje należności, lecz koniec końców opłata została anulowana, debet zamknięty, a wszystko potwierdzone listem z centrali. Wow!

      Jak inwestować i pomnażaćDRUGIE WYDANIE BESTSELLERA O INWESTOWANIU! Od dłuższego czasu zachęcam Was do kupienia mojej nowej książki "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Ale dziś miło mi poinformować Was, że w salonach Empiku jest drugie wydanie mojej poprzedniej książki, zaktualizowane i uzupełnione o cztery nowe rozdziały. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. Więcej na temat książki oraz jej recenzje znajdziecie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NOMINOWANA W KONKURSIE MEDIATORY! Miło mi donieść Wam, iż blog oraz jegomediatory_logo czwartkowa odsłona "Pieniądze Ekstra" na stronach "Gazety Wyborczej" znalazły uznanie wśród studenckiej braci. W ogólnopolskim konkursie MediaTory, organizowanym przez studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, zostałem w tym roku nominowany do nagrody w kategorii InicjaTor ("dla dziennikarzy, którzy pokazują,.że można inaczej"). Z uzasadnienia wynika, iż splendor ten spłynął na mnie "za połączenie rzetelności z żartobliwością. Za przedstawianie bardziej i mniej palących zagadnieniach ekonomicznych w sposób prosty, ale też konkretny i merytoryczny. Za artykuły i porady oparte o prawdziwe problemy czytelników. Za poczucie humoru nawet w kontekście spraw z pozoru trudnych do rozwiązania". Dziękuję i puchnę z dumy!  W zacnym gronie nominowanych w tej kategorii dziennikarzy znaleźli się Piotr Andrusieczko (za korespondencje wojenne), Paweł Blajer (za program "Biznes jest dla ludzi" w TVN24 BiŚ), Ewa Ewart (za film "Zdobyć miasto", emitowany w TVN24) oraz Michał Margański (za audycję "Potrójne Pasmo Przenoszenia" w Radiowej Trójce).  
       
      OGLĄDAJ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". A oto najnowszy wideofelieton z cyklu "Samcik prześwietla".
       
       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank przypomni sobie o kliencie-studencie. Cztery lata po studiach...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 września 2014 23:44
    • Dostawcę prądu zmienisz teraz online, kilkoma kliknięciami myszy. Ale czy to się opłaca?

      Pewnie już zauważyliście, że w Waszej okolicy aż roi się od firm, które chętnie sprzedawałyby Wam prąd. Są wśród nich zwykli handlarze energią, którzy kupują ją tanio na giełdzie i mogą sobie pozwolić na stosowanie różnych trików typu "prąd w nocy za darmo", albo "pół roku gratis" (mało kto wie, że giełdowa cena prądu jest dużo niższa od tej "oficjalnej", którą płacimy). Niektórzy próbowali nawet sprzedawać taki prąd w kioskach z gazetami ;-). Są też konglomeraty, które kombinują, by stać się dostawcą wielu różnych usług do naszych domów (prym wiedzie operator telekomunikacyjny Plus, który ma swój bank, platformę cyfrową, a także firmę energetyczną i może sprzedawać to wszystko w pakiecie). Pierwsza grupa pretendentów o nasze względy stawia na niską cenę, a druga - na wygodę korzystania z takiej combo-usługi. Bo, powiedzmy sobie szczerze, dostawanie raz w miesiącu jednej, prostej faktury za telefon, prąd, gaz i telewizję oraz internet jest atutem nie do przecenienia. Zwłaszcza jeśli przy okazji każda z tych usług jest przynajmniej ciut tańsza, niż gdyby były kupowane oddzielnie.

      Obserwując rynek sprzedawców prądu można zauważyć, że do już znanych argumentów na rzecz zmiany dostawców prądu - niższych rachunków i pakietowości usług - zaczyna dołączać także trzeci i czwarty argument: elastyczność oferty oraz prostota zmiany dostawcy w trybie online. Obie te cechy ma firma ePower.pl, która z jednej strony oferuje całkowicie internetowy proces zmiany dostawcy prądu, a z drugiej - relatywnie krótką, bo tylko roczną umowę lojalnościową oraz możliwość rozliczania się według realnego zużycia, bez żadnego określania prognoz i płacenia wyrównań. Przyjrzałem się tej ofercie na tyle, na ile starczyło mi do niej cierpliwości i na szybko spisuję pierwsze uwagi. Krótki czas obowiązywania "lojalki" i płacenia kar umownych w przypadku zerwania umowy to duży atut tej oferty. Wszelkiego rodzaju promocje w stylu "pół roku prądu gratis" - oferowane przez konkurencję - muszą wiązać się, siłą rzeczy, z przywiązywaniem klienta długą umową. Każdy, kto chce przejąć energetycznego klienta, natychmiast "ubiera" go w dwuletnią umowę, gwarantując co najwyżej, że w tym czasie nie podwyższy ceny. To wkurza.

      W ePower.pl kajdanki aż tak bardzo nie krępują ruchów, ale z drugiej strony ceny z jej oferty aż tak nie biją po oczach, jak taryfy Duonu, czy innych młodych wilczków. Firma oferuje prąd nieco taniej, niż tradycyjni dostawcy, ale różnica nie jest duża - w moim przypadku (a "zasysam" prąd z RWE) zaproponowano cenę za kilowat o jeden grosz niższą oraz brak opłaty handlowej (w RWE płacę 4,29 zł miesięcznie). Przy moim zużyciu, mimo wszystko dość wysokim, bo przekraczającym 4400 kWh rocznie, oznacza to oszczędności rzędu 60 zł na prądzie i 50 zł na opłacie handlowej. W porównaniu z konkurentami obiecana oszczędność jest niewielka, ale to cena krótszej umowy. Tym, czym ePower.pl chce zakasować konkurencję, jest prostota transferu. Firma proponuje zmianę operatora w ciągu kwadransa, całkowicie online. Nie podpisujesz żadnych papierowych dokumentów, nie wysyłasz nic pocztą, nie czekasz na żadnego kuriera, wszystko załatwiasz elektronicznym podpisem.

      epower0

      Proces wygląda następująco: najpierw trzeba wpisać w odpowiednim okienku swoje roczne zużycie prądu, a firma w odpowiedzi określa po ile jest gotowa sprzedawać mi energię. Im większe zużycie, tym niższa cena za kilowat. Gdy wpisałem 4400 kWh, wyskoczyło 0,2676 zł netto za 1 kWh. Ale po wpisaniu zużycia o połowę mniejszego, otrzymałem ofertę z ceną 0,2692 zł netto za 1 kWh. A moje roczne oszczędności określono już nie na 110 z, ale tylko na 80 zł. Potem trzeba wpisać do internetowego formularza swoje dane osobowe oraz kontaktowe (w tym e-mail i telefon), a w kolejnym etapie (i tu już niestety można się trochę spocić) - dane "energetyczne", a więc numer licznika, moc zamawianą (trzeba ją podobno znaleźć na fakturze od dotychczasowego dostawcy, ale nie podołałem i wpisałem cokolwiek), grupę taryfową (w moim przypadku G11), nazwę firmy, która sprzedaje mi prąd oraz dystrybutora, który dostarcza mi go do domu. A potem trzeba jeszcze załączyć (albo wysłać MMS-em na wskazany numer) skan lub zdjęcie faktury od dotychczasowego dostawcy i skan lub zdjęcie obu stron dowodu osobistego. Firma natychmiast przesyła na mój e-mail wzór umowy i regulaminu, który trzeba "podpisać" za pomocą kodu przysłanego SMS-em.  A moja oferta od ePower wygląda tak:

      epower_oferta

      Proste? Proste. Rewolucyjnie wygodne? I owszem. Korzystne? W zasadzie tak, chociaż po drugiej stronie w stosunku do oszczędności i ekologii (faktura za zużycie prądu przychodzi na e-mail, nie ma formy papierowej) jest niewygoda polegająca na tym, że zamiast jednej faktury trzeba będzie teraz opłacać dwie - za prąd do ePower oraz za jego przesyłanie (do tego samego dystrybutora, co dotychczas). W moim przypadku 110 zł rocznej oszczędności oznaczałoby rozdzielenie jednej faktury, którą otrzymuję od grupy RWE (za prąd od RWE Polska i za dystrybucję od RWE Dystrybucja) na dwie - elektroniczną od ePower i tradycyjną od RWE Dystrybucja. Może więc przynajmniej wreszcie będę mógł się rozliczać jak biały człowiek, według rzeczywistego zużycia, zamiast płacić 4,29 zł opłaty handlowej i jeszcze za te pieniądze być skazanym na płacenie za prąd "prognozowany"? Niestety, nie ma tak łatwo. W ePower.pl mają oczywiście inteligentne eLiczniki, które zdalnie przekazują informację o zużyciu prądu i już nazajutrz po zakończeniu miesiąca pozwalają firmie wystawić fakturę za faktycznie zużyty przez klienta prąd. Ale za darmo zainstalują je tylko klientom zużywającym rocznie 25 MWh energii. czyli więcej, niż zużywam ja (załapią się na to głównie klienci firmowi).

      Owszem, ja też mogę sobie zamówić eLicznik, ale będę płacił zań 50 zł miesięcznie. Jeśli się na to nie zdecyduję, ePower.pl będzie zasysał informację o moim zużyciu prądu tak samo, jak RWE zasysa je dziś - czyli od RWE Dystrybucja. W infolinii firmy nie powiedziano mi jasno, czy to oznacza, że nadal będę rozliczany na podstawie prognoz. Ale skoro dziś RWE - nawet w zamian za płacenie wyższej opłaty handlowej - nie jest w stanie rozliczać na bieżąco zużycia prądu, to nie ma żadnej gwarancji, że w ePower.pl będę płacił za zużycie prądu od początku do końca miesiąca, bez żadnych poślizgów, prognoz lub przekłamań. Bonowy sprzedawca energii wszystkie wieści o moim zużyciu będzie czerpał z tego samego źródła, co poprzedni - z RWE Dystrybucja. Czyli takie:

      W tej sytuacji chwilowo odpuściłem sobie czytanie umowy i regulaminu, oddając się oczekiwaniu na inteligentne liczniki w moim domu. Czy chcę przez to powiedzieć, ze oferta ePower.pl jest funta kłaków niewarta? Niekoniecznie - zmiana dostawcy całkowicie przez internet, w ciągu kwadransa (o ile faktycznie "przepięcie" nastąpiłoby szybko i bez komplikacji, co musiałbym sprawdzić na własnej skórze) jest wartością samą w sobie. Nawet jeśli oszczędności byłyby relatywnie niewielkie (chociaż stówka piechotą nie chodzi, zwłaszcza jeśli jej zaoszczędzenie okupione będzie tylko kilkoma kliknięciami na ekranie), upierdliwość duża (dwie faktury zamiast jednej), a firma nadal obciążałaby mnie przynajmniej częściowo za prognozy zużycia prądu, zamiast za realne zużycie. Na plus ePower.pl przemawia prostota oferty (tylko rok abonamentu). Ciekawe jak jest z rezygnacją? Czy aby nie trzeba wysyłać jej papierowym listem poleconym najpóźniej na cztery miesiące przed końcem umowy, bo inaczej automatycznie się zroluje na kolejne 10 lat ;-)). Podoba mi się też klarowność komunikacji - strona internetowa usługi jest naprawdę prosta i przejrzysta. To znaczy byłaby: gdyby nie brakowało na niej wzorów umowy i regulaminu. Można je dostać dopiero po przejściu przez procedurę "zamawiania" nowego dostawcy energii. 

      Niezależnie od wątpliwości wydaje mi się, że możliwość zmiany dostawcy w 100% online może być zwiastunem znacznie większego ruchu jeśli chodzi o przenoszenie się Polaków pomiędzy dostawcami prądu. O ile oczywiście będzie to hulało bez kłopotów technicznych. Biznes zaczyna się kręcić, skoro w ciągu pierwszego półrocza 2014 r. dostawcę prądu zmieniło 211.000 gospodarstw domowych.

      epower_badania

      Inna sprawa, że pewnie nie wszyscy zrobili to świadomie, bo na starszych ludzi polują oszuści, wciskający umowy od nowego dostawcy energii pod pozorem "odczytu liczników" i "podpisywania protokołów". Jeśli macie w rodzinie kogoś, kto mógłby być łatwym celem dla oszustów z branży sprzedawców energii, to odeślijcie ich proszę do akcji "Po stronie klienta", którą Ekipa Samcika prowadzi w "Gazecie Wyborczej", na samcikowych stronach "Pieniądze Ekstra".

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube (ponad 80.000 odtworzeń). Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Autorskie strony "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też w miesięczniku "Logo"

      Maciej_SamcikokladkaJAK ZABRAĆ SIĘ DO OSZCZĘDZANIA I INWESTOWANIA? Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym! Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Dostawcę prądu zmienisz teraz online, kilkoma kliknięciami myszy. Ale czy to się opłaca?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 września 2014 08:50
  • poniedziałek, 29 września 2014
    • Przez pomyłkę puścił ogromny przelew na złe konto. Nic nie da się zrobić?

      Czy da się zatrzymać błędnie wysłany przelew? To pytanie co jakiś czas dostaję od czytelników, którzy omyłkowo wysłali pieniądze na inne konto, niż powinni. Np. zamiast spłacić ratę kredytu hipotecznego puścili drugi pod rząd przelew do gazowni. O pomyłkę nietrudno, bo system Elixir, którego używają banki do transferu pieniędzy, nie sprawdza ani nazwy lub nazwiska adresata przelewu, ani jego adresu. Weryfikuje wyłącznie numer konta i nic więcej. Jeśli wpiszesz błędny numer konta, a pozostałe dane będą prawidłowe, to przelew i tak dotrze do nie chcianego celu. Z tej cechy korzystają np. złodzieje pieniędzy, podmieniając "w locie" numer konta, na który chcemy wysłać przelew. Jedyna dobra wiadomość jest taka, że system automatycznie zablokuje przelew, w którym przypadkowo pomyliliśmy jedną cyferkę. Specjalny algorytm, o którym jakiś czas temu pisałem w blogu, odpowiada za to, żeby wychwytywać przypadkowe błędy we wstukiwaniu numeru konta (podobny algorytm "działa" przy numerach kart płatniczych). Ale on pomaga tylko przy wpisywaniu numeru konta "z ręki". Jeśli przeklejamy numer rachunku, to warto dwa razy sprawdzić czy przekleił się właściwy numer konta i czy pokrywa się z pozostałymi danymi kontrahenta.

      Potęga algorytmu, czyli... co ci powie numer karty i jak sprawdzić czy nie ma byka

      A jeśli popełnicie błąd? Przelew co prawda nie jest od razu księgowany na docelowym koncie - każdego dnia są dwie lub trzy sesje Elixir, podczas których pieniądze "paczkami" są transferowane z banku do banku, ale tylko niektóre systemy banków pozwalają klientowi na odkręcenie omyłkowego przelewu jednym kliknięciem. Zdarza się, że system pozwala na odwołanie dyspozycji, ale wymaga to dużego zachodu ze strony pracowników, a tym nie zawsze się chce uskuteczniać wyścig z czasem. Jeszcze inaczej jest, kiedy mówimy o przelewach w ramach jednego banku, bo te z reguły rozliczane są online - nawet nie przechodzą przez system Elixir. I tu już odkręcenie pomyłkowego przelewu zależy wyłącznie od dobrej woli pracowników banku. Nieciekawie bywa też, jeśli np. puścimy omyłkowo przelew między własnymi rachunkami w taki sposób, że pieniądze omyłkowo wpadają na konto walutowe. I podlegają automatycznie przewalutowaniu. Z taką właśnie sytuację miałem niedawno do czynienia. Napisał do mnie czytelnik, mój imiennik.

      "Niechcący wykonałem przelew z konta w złotych na konto we frankach. Po prostu pomyliłem rachunki, przelew miał pójść na konto oszczędnościowe w złotych. Kwota była ogromna, bo były to pieniądze pochodzące ze sprzedaży mieszkania. Transakcja była dokonana po godz. 18.00. Zadzwoniłem dsłownie pięć minut później z prosbą o anulowanie transakcji, bo zauważyłem od razu pomyłkę. Na infolinii powiedzieli, że nic się nie da zrobić. Zarejestrowali reklamację i koniec"

      - i pyta mnie, czy mam jakiś pomysł, by skutecznie popchnąć sprawę. Odezwałem sie do banku, którego dotyczy sprawa, z prośbą o przychylne spojrzenie na sprawę klienta. Początkowo bankowcy powiedzieli, żebym nie wsadzał nosa w nie swoje sprawy, bo nie mam upoważnienia do tego, by reprezentować klienta, ale potem dali się namówić do współpracy.

      "Co do zasady transakcje wewnątrz banku są rozlicza je w trybie instant, bez udziału systemu Elixir. Rolą banku przy realizacji przelewów, jest wykonywanie dyspozycji klienta. Jeśli klient podał poprawny numer rachunku (to znaczy nie pomylił cyfr), to bank zrealizował tę dyspozycję. Jeśli klient złożył reklamację, to bank w odpowiedzi szczegółowo odniesie się do tego przypadku i być może w jakiś szczególny sposób potraktuje klienta"

      - odpisano mi z banku. Jednak kilka godzin później dowiedziałem się, że udało się cofnąć tę transakcje. Pieniądze w całości wróciły na konto pana Macieja, a pracownicy infoinii poinformowali klienta, że nie poniesie kosztów z tytułu podwójnego przewalutowania. Jak widać nawet w przypadku już wykonanego przelewu da się sprawę odkręcić, pod warunkiem, że bank wykaże sporo dobrej woli, zaś klient dostanie subiektywne wsparcie duchowe :-). Nie zawsze można na to liczyć. Tym razem się udało i wszystko dobrze się skończyło. Jednak pamiętajcie, żeby zawsze dwa razy sprawdzić na jakie konto przelewacie pieniądze. I czy w SMS-ie autoryzacyjnym jest ten sam numer konto i ta sama kwota. A o tym jak nie dać się oszukać internetowym złodziejom przy zlecaniu przelewów mówiłem w tym wideofelietonie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Przez pomyłkę puścił ogromny przelew na złe konto. Nic nie da się zrobić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 września 2014 09:00
  • piątek, 26 września 2014
    • Zawiadomili klientów, że od października zmieniają im umowy kredytowe. Mają prawo?

      Umowa kredytowa to rzecz święta. Bank może zmieniać regulaminy, może gmerać w taryfie opłat i prowizji, ale umowy kredytowej samowolnie zmienić nie ma prawa. Korekty można dokonać tylko aneksem, który podpiszą obie strony. Inna sprawa, że banki starają się ominąć tę zasadę, wpisując klientom do umów odniesienia np. do tabeli opłat i prowizji. A potem np. okazuje się, że klient miał zagwarantowany brak opłat za wcześniejszą spłatę kredytu, a jednak ją zapłaci - bo zmieniła się taryfa opłat, zaś bank w umowie zastrzegł, iż to ona jest podstawą do wyliczenia kosztów "wyjścia" z kredytu przed terminem. Poza umowę banki wyrzucały w przeszłości kwestię spreadu walutowego - w umowie było tylko odesłanie, z którego wynikało, że spread jest taki, jak w tabeli kursów. A w tabeli kursów był coraz wyższy i wyższy. Oczywiście: tak nieprecyzyjne określenie jednego z najważniejszych kosztów kredytu jest złamaniem prawa i w tej sprawie toczą się sprawy sądowe. Klienci słusznie uważają, że umowa powinna być precyzyjna i nie pozostawiać opcji dowolnej interpretacji, a nade wszystko - nie wolno jej zmieniać jednostronnie. Trudno się więc dziwić, że ciśnienie wzrosło hipotecznym klientom banku Credit Agricole, którzy dostali takie oto pisemko:

      "Uprzejmie informujemy, że z dniem 5 października 2014 r. wprowadzone zostaną zmiany we wzorcach umownych dotyczących kredytów i pożyczek zabezpieczonych hipotecznie. Poniżej przedstawiamy wykaz wzorów regulujących stosunki umowne wynikające z umowy zawartej z Państwem (...). Akceptacja zmian nie wymaga podpisywania i odsyłania do banku jakichkolwiek dokumentów, czy też składania oświadczeń o zaakceptowaniu proponowanych zmian"

      Bank uspokoił w piśmie, że wszystkie główne parametry umów pozostają bez zmian (kwota, waluta kredytu itp.). I że zmiany proponowane we wzorcach umownych nie dotyczą żadnych parametrów kredytu, które były negocjowane indywidualnie z klientami. I że z wprowadzanymi zmianami nie wiążą się żadne zmiany opłat i prowizji związanych z kredytami. A na koniec pisma, które jest sygnowane przez wiceprezeskę zarządu Credit Agricole znajduje się złowróżbne zastrzeżenie, z którego wynika, że jeśli się komuś zmiany nie podobają, to droga wolna:

      "Jeśli nie akceptują Państwo proponowanych zmian, do dnia 4 października przysługuje każdemu z kredytobiorców prawo pisemnego wypowiedzenia umowy z 30- dniowym terminem wypowiedzenia albo prawo do złożenia oświadczenia o odmowie przyjęcia proponowanych zmian. Odmowa przyjęcia zmian oznacza wypowiedzenie umowy"

      Ostrzeżenie to ma wymiar czysto formalny i zgodnie z prawem musi być dołączone w każdym przypadku, gdy bank coś zmienia w swoich relacjach z klientem, więc nie ma co się nim stresować. Ważniejsza jest odpowiedź na pytanie czy bank ma prawo zmieniać wzór umowy co tak naprawdę chce w nim zmienić. Do korespondencji z klientami bank dołączył nowe wzorce umów, zaznaczając podkreśleniem wszystkie zmiany (to bardzo dobry pomysł). Inna sprawa, że zmian jest bardzo dużo, wzorzec umowy jest cały upstrzony podkreślaniami. Trudno się dziwić, że klienci są zdezorientowani i nie bardzo wiedzą co o tym wszystkim myśleć. Podpisali w dobrej wierze umowę kredytową, uzgodnioną z bankiem, a teraz bank informuje ich, że wzór umowy był niewłaściwy i podsyła nowy, któego w dodatku nie można odrzucić.

      "Uprzejmie proszę o podjęcie działań mających na celu wyjaśnienie nowej praktyki banku Credit Agricole polegającej na przesłanie do kredytobiorców informacji o zmianie wzorca umowy kredytowej wraz ze wskazaniem, iż zmiana wzorca umowy stanowi zmianę umowy kredytu. Postanowienia umów nie przewidują takiego trybu wymuszenia zmiany umowy, a w szczególności nie zakładają wyrażenia zgody in blanco na zmiany umowy w trybie zmiany wzorca umowy kredytowej. Zgodnie z wszystkimi umowami podpisywanymi przez Bank zmiana umowy wymaga formy pisemnej pod rygorem nieważności"

      - pisze do mnie jeden z klientów. Rzeczywiście, to nie brzmi dobrze. Kredytobiorca zmuszony jest zaakceptować treść nowej umowy w oparciu o niewypełniony i nie podpisany przez niego wzór, przy czym - jak twierdzi w piśmie wiceprezes zarządu banku - „kwota, waluta kredytu, cel kredytowania oraz pozostałe parametry kredytu/pożyczki i indywidualne warunki kredytowania nie ulegają zmianie”. Klienci piszą do mnie, że nie są w stanie ocenić zmian w treści umowy kredytowej, która miałaby obowiązywać od 5 października. Zauważają też, że nowa wersja umowy wprowadza zapisy w niektórych miejscach mniej precyzyjne, niż poprzednie (choć na logikę powinno być odwrotnie). Przykład? W rozdziale "dodatkowe czynności banku" klient dowiaduje się, że zaległe płatności będą księgowane w kolejności: "zaległe opłaty, prowizje, inne koszty". Ale co to za inne koszty przynajmniej w tym punkcie się nie dowiadujemy (w przejrzystej, precyzyjnej umowie powinny zostać od razu wymienione).

      Czytaj też: Regulamin kredytu pozwala zmienić treść umowy? Klienci zaniepokojeni

      Są i zapisy korzystne dla klienta, np. ten, który precyzuje jak często bank może żądać dokumentów potwierdzających stan techniczny nieruchomości (nie częściej, niż raz na rok). Bank pisze też w nowej umowie, że pierwsze czynności monitujące (doprecyzowano jak często bank może je podejmować - to plus) podejmuje już po trzech dniach od powstania zaległości w spłacie rat. Przy czym za monit telefoniczny lub listowny pobiera pięciokrotność kosztu nadania listu na poczcie (co ma wspólnego koszt nadania listu z kosztem wysłania SMS-a do klienta?). Bank pisze, że gdyby doszło do wizyty windykacyjnej, to opłata będzie wynosiła "dwukrotność opłaty za wizytę windykacyjną, wskazanej w tabeli opłat i prowizji".

      W kilku miejscach pojawia się zmiana dotycząca zasad naliczania słynnej składki za ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Np. w rozdziale "koszt kredytu" wpisano "opłatę za objęcie ochroną ubezpieczeniową na podstawie umowy niskiego wkładu kredytów mieszkaniowych" (domyślam się, że we wcześniejszej wersji mogła to być "składka za ubezpieczenie" albo "opłata za ochronę ubezpieczeniową"). Można się zastanawiać czy taka zmiana umowy nie utrudni w przyszłości klientom walki o odzyskanie pieniędzy z tytułu składek ubezpieczenia. Bo - jak by nie patrzeć - mamy tu do czynienia tylko z opłatą za objęcie ochroną, a nie ze składką ubezpieczeniową, w przypadku której można wykazać brak ekwiwalentności świadczeń, która powinna występować w każdej umowie ubezpieczenia. Niezależnie od tego, czy zmiany w umowach są jedynie ich doprecyzowaniem, czy też bank przy okazji pozwolił sobie na "wrzutki", klienci mają wątpliwości co do trybu wprowadzenia zmian. I do tego, że jest ich sporo i trudno się zorientować czy to są dobre, czy niekorzystne zmiany. Zapytałem więc bank skąd ten pomysł. Oto odpowiedź, którą otrzymałem:

      "Zmiana wzorców umownych wynikała z faktu, że systematycznie dokonujemy ich przeglądów. Zaktualizowaliśmy je tak, aby były w pełni zgodne z obowiązującymi przepisami prawa i zaleceniami regulatorów, a jednocześnie bardziej precyzyjne niż dotychczas. Doprecyzowaliśmy m.in. zapisy dotyczące zasad wypowiedzenia umowy przez bank – wymieniamy w punktach sytuacje, w których bank może to zrobić; doprecyzowaliśmy też np. jakie po kolei kroki podejmiemy, jeśli klient nie będzie spłacał terminowo kredytu. Kwota i waluta kredytu, sposób zabezpieczenia, także marża i opłaty zostają takie same. Zmiany wzorców umownych umożliwia Kodeks cywilny (art. 384.1). Zmiany wzorców umownych są dość powszechną praktyką banków i są podyktowane m.in. nowymi regulacjami prawnymi, chęcią uproszczenia obowiązujących zapisów, czy też chęcią doprecyzowania ich"

      Z tego wyjaśnienia banku wynika, że bank może zmienić umowę jednostronnie, choć oczywiście dotyczy to wyłącznie umów tzw. adhezyjnych, w których nie negocjuje się całości umów z klientem, lecz bierze się wzorzec, który jest stosowany w stosunku do wszystkich klientów i dokłada do tego wzorca jakieś elementy negocjowane (np. oprocentowanie, marża, okres kredytu). Zmiana wzorca jest możliwa, ale nie może pociągać za sobą zmian tych części umowy, które były dostosowane do potrzeb konkretnego klienta. A ów zapis Kodeksu cywilnego, który to umożliwia, wygląda następująco:

      "Wzorzec wydany w czasie trwania stosunku umownego o charakterze ciągłym wiąże drugą stronę, jeżeli zostały zachowane wymagania określone w art. 384, a strona nie wypowiedziała umowy w najbliższym terminie wypowiedzenia)".

      Wszystko jest więc w porządku? Cóż, w umowie z całą pewnością powinien być wskazany katalog sytuacji, które pozwalają na zmianę wzorca umowy (np. może być w tym katalogu zmiana przepisów prawa, czy rekomendacji nadzoru). Zastosowanie przepisu z art. 3841 Kodeksu Cywilnego nie powinno powodować zmian dotyczących istotnych elementów umowy. Jak słusznie pisze jeden z czytelników bloga:

      "W umowie kredytowej musi być klauzula modyfikacyjna uprawniająca bank do dokonania takiej modyfikacji. Klauzula ta nie może mieć charakteru blankietowego i ma określać, w jakich sytuacjach faktycznych może być dokonane jednostronne zmodyfikowanie umowy oraz wskazywać dopuszczalne kryteria takiej zmiany.  Jest to potwierdzone w szeregu orzeczeń Sądu Najwyższego:  uchwała SN z 3 lipca 1991 r., III CZP 59/91, wyrok SN z 15 lutego 2013 r., I CSK 313/2012, uchwała SN z 19 maja 1992 r., III CZP 50/92 

      Czy w umowach klientów Credit Agricole znajdują się odpowiednio precyzyjne zapisy mówiące o tym kiedy bank może zmienić wzorzec umowy? I czy wszystkie zmiany wzorca można uznać za nieistotne? Tylko dwukrotna odpowiedź "tak" powoduje, że znikną wszelkie wątpliwości. Będę się tej sprawie przyglądał i mam nadzieję, że już wkrótce będę mógł Was poinformować czy zmiana umów rzeczywiście jest dla klientów obligatoryjna, czy też ich nie wiąże.

  • czwartek, 25 września 2014
    • Prezes Sobieraj czuje głód, więc Alior Bank kupi sobie wejściówkę do Tesco?

      W ostatnich latach za głównego "pożeracza plaktonu", czyli małych banków sprzedawanych po niskiej cenie przez tych, którym nie udało się podbić rynku, uchodziła grupa Getin. Ludzie Leszka Czarneckiego odkupili m.in. aktywa Allianz Banku, wzięli w jasyr część klientów DnB Nord, nie wzgardzili VB Leasing, podobno przymierzali się do FM Banku PBP... Teraz pałeczkę po Getinie przejmuje Alior Bank. Po niedawnym przejęciu kontroli nad niewielkim SKOK-iem w Rumi, dzisiaj ogłosił, że przygotowuje (nomen omen) kolejny skok - połknięcie Meritum Banku. Negocjacje jeszcze trwają, ale Alior ogłosił, że zamierza zamknąć sprawę do 22 października, bo wtedy odbędzie się walne zgromadzenie jego akcjonariuszy, które może uchwalić finansowanie dla transakcji. Alior chce w zamian za przejęcie Meritum Banku oddać jego akcjonariuszom (w tym funduszowi inwestycyjnemu Innova, kontrolującemu połowę Meritum Banku) swoje nowo emitowane akcje.

      Czytaj też: Pierwsza instytucja finansowa, w której wszystko załatwisz przez telefon?

      Meritum nie jest bankowym gigantem. Ma raptem 3 mld zł aktywów i obsługuje najwyżej 200.000 klientów (ze wstydu nie podaje liczby prowadzonych ROR-ów ;-)), ale jest bardzo nowoczesny. Jako pierwszy - już kilka lat temu - pozwolił klientom sprawdzać swoją historię kredytową w BIK. Jako jeden z pierwszych umożliwił zakładanie ROR-u wyłącznie online (rachunek może być aktywny już po kwadransie od złożenia internetowego wniosku), ma też internetową sprzedaż lokat oraz jedną z najbardziej rozwiniętych systemów bankowości mobilnej. Jako jeden z dwóch banków (tym drugim jest Smart Bank) wykorzystuje elementy biometrii głosowej. Ma też jeszcze jedną zaletę ważną, zwłaszcza z punktu widzenia Aliora. Oprócz portfela 2,7 mld zł depozytów i 2,2 mld zł kredytów (głównie konsumpcyjnych) ma liczącą prawie 200 placówek sieć sprzedaży (w 90% opartą na franczyzie) oraz bardzo perspektywiczny alians strategiczny z siecią marketów Tesco. W blisko 70 hipermarketach brytyjskiej sieci są punkty Tesco Finance, w których Meritum Bank oferuje karty kredytowe i kredyty konsumenckie. Z punktu widzenia Aliora to wielki atut, bo bank zarządzany przez prezesa Wojciecha Sobieraja sam rozpycha się z centrach handlowych, tworząc sieć placówek Alior Express (liczy 220 punktów). 

      Prezes Sobieraj połyka więc bank dziesięciokrotnie mniejszy, niż ten, którym zarządza, ale dzięki temu znacznie zwiększy sieć placówek, która sięgnie już 1000 punktów obsługi klientów (z tego 220 oddziałów własnych, ponad 400 partnerskich, więcej niż 200 punktów Alior Express i prawie 200 oddziałów miałby po Meritum). Tym samym Alior, obsługujący pod własną marką 2,3 mln klientów i mający 27 mld zł aktywów zapuka do pierwszej dziesiątki rankingu największych banków w Polsce. A jeśli uwzględnić, że do tego rozwija bankowość w modelu white label - dogadał się z T-Mobile i dostarcza usługi bankowe bankowi utworzonemu pod marką telekomu (na bazie dawnego Alior Sync) - ma już całkiem porządne imperium. Choć to, czy T-Mobile Usługi Bankowe podbije nasze serca,  to już inna sprawa ;-)

      Czytaj też: Bank kazał klientowi grać w rosyjską ruletkę. I obiecał, że pistolet nie jest nabity

      O tym, że Meritum może być na sprzedaż mówiło się już od wiosny. Głównym udziałowcem banku jest amerykański fundusz inwestycyjny Innova Capital, w Meritum zainwestował też Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Obie instytucje są typowymi inwestorami finansowymi, a więc inwestują w średniej wielkości firmy, by po 4-6 latach sprzedać je z zyskiem. Ponieważ Innova weszła do Meritum w 2007 r., czas na wycofanie pieniędzy jest już najwyższy. Tym bardziej, że w funduszu muszą wiedzieć, iż nadzór bankowy nie przepada za tego typu akcjonariuszami w polskich bankach. Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak od dawna powtarza, że jego zdaniem kapitał private equity, nastawiony na agresywny wzrost wartości inwestycji, nie jest najlepszym z punktu widzenia stabilności zarządzania bankami.

      O niechęci nadzoru do funduszy tego typu przekonuje się właśnie fundusz Abris, który został de facto wywłaszczony z akcji FM Banku PBP. Ta sprawa mogła przyspieszyć decyzje Innovy, żeby sprzedać Meritum Bank. Drugim musiało być dojmujące uczucie, że z tej inwestycji nie da się już więcej wycisnąć w sensie udziałów rynkowych, liczby obsługiwanych klientów i potencjału rozwojowego. Meritum Bank generuje kwartalnie po kilka, kilkanaście milionów złotych zysków, ale z pewnością nie jest najbardziej udanym przykładem  podbijania polskiego rynku. Budowany również niemal od zera Alior Bank zdołał zbudować w krótszym czasie aktywa niemal dziesięciokrotnie większe. Nic więc dziwnego, że to Meritum jest dziś pozycją w karcie dań. A że danie jest niewielkie i chyba nie będzie drogo kosztowało (w mieście mówią, że Meritum zostanie sprzedany za nieco tylko więcej, niż wynosi wartość księgowa jego majątku), to ryzyko, że prezes Sobieraj się udławi, jest niewielkie. Przeciwnie - być może dopiero jego ludzie pokażą jak się sprzedaje produkty finansowe w supermarketach. .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes Sobieraj czuje głód, więc Alior Bank kupi sobie wejściówkę do Tesco?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 września 2014 20:23
    • Nie pytają o nic i płacą do 1000 zł dziennie za pobyt w szpitalu. A haczyki?

      Jakiś czas temu recenzowałem w blogu ofertę firmy ubezpieczeniowej Red Sands, która reklamuje ubezpieczenia przeznaczone dla osób starszych. Dystrybucję w Polsce produktów francuskiej firmy prowadzi broker 4Life Direct. Flagowym produktem firmy jest ubezpieczenie pogrzebowe "Moi Bliscy", które "już od 1 zł" pozwala pokryć koszty pogrzebu seniora, by nie były obciążeniem dla bliskich. "Pozostaw po sobie nie tylko dobre wspomnienia" - tak reklamują tę polisę w ostatnich spotach. Jeśli zastanawiacie się czy to się opłaca, to zapraszam do lektury mojego wpisu sprzed kilku lat, analizującego koszty tej oferty dla przeciętnego klienta (niektóre liczby mogły się przeterminować, ale zasada działania polisy i proporcje między ceną i korzyściami zapewne pozostają bez zmian).

      Dziś jednak chciałbym poświęcić kilka akapitów innej ofercie wprowadzonej jakiś czas temu przez 4Life Direct - ubezpieczeniu "Family Direct". Pod tą marką firma oferuje ubezpieczenia wypadkowe, szpitalne i na życie, kierowane nie tylko do osób starszych, ale dla całych rodzin. Pod lupę wziąłem przede wszystkim ubezpieczenie szpitalne, w ramach któremu firma zapłaci posiadaczowi polisy za każdy dzień pobytu w szpitalu. "W przypadku długotrwałej choroby bądź pobytu w szpitalu wskutek wypadku ostatnią rzeczą, jaką chciałbyś mieć, są kłopoty finansowe. Polisa "Dzienne Świadczenie Szpitalne" zapewnia Ci świadczenie w gotówce za każdy dzień hospitalizacji, co pomoże Ci pokryć koszty związane z leczeniem czy rehabilitacją" - piszą w reklamie. Zgodnie z zasadami obowiązującymi w firmie nikt nie pyta potencjalnego klienta o stan zdrowia, nie trzeba też przeprowadzać żadnych badań medycznych, by zostać zakwalifikowanym do ubezpieczenia. Można ubezpieczyć się jednoosobowo, w wariancie małżeńskim (lub partnerskim, bo nikt nie będzie żądał aktu małżeństwa) oraz rodzinnym (maksymalnie polisą da się objąć nawet trójkę dzieci). Nie jest to jedyna taka oferta na rynku, jakiś czas temu recenzowałem już jeden z podobnych produktów.

      Kwota dziennego świadczenia szpitalnego może wynosić od 100 zł do 1000 zł. Polisę kupuje się przez telefon (można wycofać się w ciągu 30 dni), warunki ubezpieczenia dostępne są na stronie internetowej, a płatności składek można realizować albo na poczcie, albo przelewem bankowym, albo poleceniem zapłaty. Dodatkowo firma obiecuje zwrot 10% zapłaconych składek po pięciu latach jeśli w tym czasie klient nie skorzysta z polisy (polisę można wtedy również przedłużyć na kolejne pięć lat i można tak przedłużać tak aż do ukończenia 80-tki). Pieniądze za leżenie w szpitalu można pobierać nawet przez 90 dni. I tym sposobem otrzymać od firmy np... 90.000 zł. Ubezpieczenie obejmuje pobyt w szpitalu zarówno w wyniku choroby, jak i nieszczęśliwego wypadku. A więc wszystkie potencjalne powody, z których można znaleźć się w szpitalu, poza badaniami diagnostycznymi (jeśli z ich powodu znajdziesz się na łożu boleści - firma nie zapłaci).

      Ile to kosztuje? Na stronie internetowej firmy, która sprzedaje te ubezpieczenia nie znalazłem żadnego kalkulatora składek (szkoda), więc zamówiłem kontakt telefoniczny z przedstawicielem 4Life Direct. Odezwał się już następnego dnia. Poprosiłem go o kalkulację składki dla 40-latka, który chciałby zagwarantować sobie świadczenie szpitalne na poziomie 200 zł. Konsultant wyliczył mi składkę na 48 zł miesięcznie. W jest 200-złotowe świadczenie z tytułu pobytu w szpitalu w związku z chorobą oraz 400-złotowe, gdybym znalazł się tam z powodu nieszczęśliwego wypadku (ta zasada - podwojenie świadczenia dla nieszczęśliwego wypadku jest cechą charakterystyczną tej polisy). Mogę też otrzymać 3 zł rabatu od każdej składki jeśli zdecyduję się na opłacanie składek za pośrednictwem polecenia zapłaty (czyli zgodzę się na to, żeby firma załatwiała kwestię comiesięcznych płatności bezpośrednio z bankiem, bez mojego udziału).

      A wariant rodzinny? Za objęcie ochroną partnerki i dwójki dzieci zapłaciłbym już 92 zł składki miesięcznej. Świadczenia byłyby takie same, jak w wariancie indywidualnym (200 zł za dzień pobytu w szpitalu w przypadku choroby i 400 zł przy nieszczęśliwym wypadku któregokolwiek z członków rodziny) z tą wszakże różnicą, że dzieciom poniżej szóstego roku życia przysługuje tylko połowa standardowego świadczenia. Firma obiecuje, że pieniądze wypłaci w ciągu 7 dni od zgłoszenia pobytu klienta w szpitalu. Gdybym chciał takie świadczenie wykupić dla 50-latka, to składka będzie już znacznie wyższa i wyniesie 68 zł (o wariant rodzinny nie pytałem). Czy osobie w średnim wieku opłaca się wyłożyć te 48-68 zł w zamian za możliwość uzyskania 200-400 zł dziennie za pobyt w szpitalu? Cóż, uśredniając wartość świadczenia do 300 zł za każdy dzień pobytu można powiedzieć, że roczna składka w wysokości - zaokrąglając - ok. 700 zł równoważy się ze świadczeniem za średnio dwa i pół dnia pobytu w szpitalu. Oznacza to, że polisa nam się "zwróci", jeśli w każdym roku spędzimy w szpitalu przeciętnie co najmniej trzy dni, albo przynajmniej raz w ciągu pięcioletniego czasu trwania ochrony przyjdzie nam się położyć na szpitalnym łożu boleści na przynajmniej dwa tygodnie (czego nikomu nie życzę).

      Oczywiście: takie kalkulacje nie są do końca uprawnione, bo ubezpieczenia nie są po to, by "zarabiać". Zapłacona składka jest ceną spokoju, że w razie jakiegoś pecha albo nieszczęścia nie zostaniemy finansowo na lodzie. Za święty spokój czasem warto zapłacić nawet duże pieniądze. Z polisą wiążą się jednak pewne ograniczenia. Po pierwsze nie dostaniesz świadczenia jeśli pobyt w szpitalu będzie wynikał z choroby, na którą leczyłeś się już przed wykupieniem ubezpieczenia. Tymczasem w większości przypadków "chorobowe" pobyty w szpitalach dotyczą jednak chorób przewlekłych. Drugim ograniczeniem jest sześciomiesięczna karencja w przypadku jakichkolwiek pobytów w szpitalu wynikających z choroby. Przez pierwsze pół roku polisa obowiązuje tylko dla nieszczęśliwych wypadków. Trudno odmówić racji firmie, która chce się chronić przed wyłudzaczami, ale te pół roku to jednak strasznie długo. Trzecia sprawa to fakt, że ubezpieczyciel płaci tylko za pobyt w szpitalu dłuższy, niż dwa dni. W dzisiejszych czasach ze szpitala wychodzi się bardzo szybko, a nawet jeśli ktoś zostanie wypisany dopiero po czterech dniach i spełnia wszystkie pozostałe warunki wypłaty świadczenia, to i tak kasę dostanie tylko za dwa dni.  W sumie: plusem polisy jest to, że jest dostępna dla każdego, ale trudno powiedzieć, żeby to był hit sezonu, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej ograniczenia.

      DZIŚ BLOG GOŚCI NA STRONACH "GAZETY WYBORCZEJ". Przypominam, że jak co czwartek podnosimy ciśnienie złym ludziom nie tylko w blogu, ale w "Pieniądzach Ekstra", czyli na konsumenckich stronach Gazety Wyborczej. Dziś o tym jak wyplątać się z omyłkowo zawartej umowy, rozmowa z prawnikiem o trikach stosowanych przez sprzedawców obnośnych, recenzja abonamentu medycznego dla starszych osób, który kupuje się razem z... garnkami, odpowiedź na pytanie ile można zarobić na leżeniu w szpitalu, interwencje Ekipy Samcika, porady dotyczące robienia zakupów i sporo Waszych listów. Nie dajcie się długo prosić ;-). I przekażcie tę wieść potrzebującym!

      ZADZWOŃ DZIŚ DO PRAWNIKA!  Jeśli masz problem z umową, albo ze złymi ludźmi w sklepie, banku lub punkcie usługowym, to dziś ten problem może uda się rozwiązać. Oprócz tego, że mnóstwo porad znajdziesz w "Pieniądzach Ekstra", to od godziny 12.00 przy telefonie będzie dyżurowała mec. Magdalena Stachal z kancelarii Nowosielski, Gotkowicz i Partnerzy. Dzwońcie na numer tel. (22) 444 40 88. Dzwońcie od 12.00 do 14.00!

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA ŚNIADANIE. Jak wiecie, od czasu do czasu opowiadam o finansach osobistych w telewizyjnym okienku. Tym razem miałem przyjemność komentować eksperyment polegający na tym, iż jeden z dziennikarzy radiowych postanowił przez miesiąc żyć za średnią emeryturę, czyli za 1600 zł brutto. O tym jak mu to wyszło i o sposobach na podreperowanie emeryckiego portfela było w "Pytaniu na śniadanie" na antenie TVP2. Zapraszam do obejrzenia klipu filmowego.

      pnsemeryturapnsemerytura2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nie pytają o nic i płacą do 1000 zł dziennie za pobyt w szpitalu. A haczyki? ”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 września 2014 08:57
  • środa, 24 września 2014
    • Polak zamożny szczątkowo. Połowa oszczędności należy do 10% Polaków. I leży odłogiem!

      Ponad 550 mld zł, które trzymamy na lokatach, kilkadziesiąt mld zł w funduszach inwestycyjnych oraz w programach inwestycyjnych opakowanych w polisy na życie, trochę w akcjach i obligacjach, pewnie niemało pod poduszką i w bieliźniarce - tak wygląda nasze oszczędzanie w pigułce. Zresztą, patrząc na PKB na mieszkańca, czyli na wartość dóbr i usług, które każdy statystyczny Polak wytwarza w ciągu roku, widać całkiem dobry trend - w 1997 r. wytwarzaliśmy 13.500 zł PKB na głowę, a dziś już 42.500 zł na głowę. Większe PKB na osobę to wyższe wynagrodzenia, a wyższe wynagrodzenia, to większa zdolność akumulacji kapitału. Przeciętny Polak - po odjęciu długów - ma równowartość 8.600 euro oszczędności na lokatach, w funduszach lub pod poduchą. Czyli jakieś 35.000 zł.

      Dużo? Mało? Wczoraj firma ubezpieczeniowa Allianz opublikowała najnowszy raport o światowej zamożności. Wychodzi z niego, że cała Europa Wschodnia jest w posiadaniu 1,6% światowego bogactwa (jeśli chodzi o aktywa finansowe netto należące do gospodarstw domowych). W sumie obywatele świata mają 118 bilionów euro oszczędności, a Polacy - choć biedni jak mysz pod miotłą - i tak są na 35. miejscu na świecie, czyli zajmują solidne miejsce w drugiej lidze. Generalnie światowe bogactwo wygląda tak:

       allianz20143

      Kto ma największy udział w światowym bogactwie, a komu ono najszybciej rośnie? Spójrzcie na wykres poniżej. Największa i najwyżej położona kula prywatnych oszczędności należy oczywiście do Amerykanów (ich udział w światowym bogactwie przekracza 50%). Ale najszybciej rośnie zamożność w... Europie Wschodniej oraz w Azji (im bliżej prawej strony wykresu są umieszczone oszczędności mieszkańców danego regionu, tym szybsza średnia roczna stopa wzrostu w latach 2000-2013).

      allianz20141

      A jak wyglądają nasze prywatne oszczędności na tle pieniędzy zachomikowanych przez innych mieszkańców naszego regionu świata pokazuje poniższy wykresik. Niestety, jako duży kraj mamy trudniej, bo bogactwo zamożnych Polaków dzieli się na większą liczbę obywateli, w większości - jak to zwykle bywa - niebogatych.

      allianz20147 

      Tak, czy owak: jeśli nadal będziemy tak dawali czadu, to pod względem aktywów finansowych na mieszkańca już w 2045 r. prześcigniemy Niemców :-). U nich na mieszkańca przypada 63.000 euro aktywów finansowych, ale im rośnie tylko o 3% rocznie, a nam o 10% (patrząc na statystyki z ostatnich 10 lat). Spójrzcie na wykresik przygotowany przez analityków banku BGŻ Optima. 

      bgoptima_badania1

      Tyle jak chodzi o dobre wiadomości. Bo jeśli wejdziemy w szczegóły, to okaże się, że to nasze bogacenie się ma też mniej fajną twarz. Analitycy BGŻ Optima, posługując się danymi firmy doradczej Boston Colsulting i NBP, zrobili ostatnio wyliczenie, z którego wynika, że mniej więcej połowa oszczędności prywatnych w Polsce należy do 10% najzamożniejszych Polaków, czyli takich, którzy zarabiają miesięcznie 5000 zł lub więcej. Do identycznego wniosku doszli zresztą eksperci Allianza w swoim raporcie o światowym bogactwie. Spójrzcie na wykres analizujący rozkład bogactwa w poszczególnych krajach:

      allianz20144

      O co tu chodzi? Im dalej w prawo na wykresie leży dany kraj, tym większa część prywatnych oszczędności jest w rękach 10% najzamożniejszych obywateli. Jak widać, Polska leży blisko 50%. Najmniej skumulowane jest bogactwo na Słowacji i w Słowenii (tam do 10% najzamożniejszych obywateli należy 33-35% majątku). Najmniej egalitarnym społeczeństwem jest tureckie i rosyjskie. I jeszcze jedno: im wyżej na wykresie dany kraj, tym bardziej w ostatnich 13 latach rósł udział tych 10% najzamożniejszych rodzin w aktywach wszystkich gospodarstw domowych. Na pocieszenie - większość zachodnich bogatych społeczeństw jest jeszcze bardziej "niesprawiedliwie" obdzielonych bogactwem.

      allianz20145

      W USA, jak widać, bogaci stają się jeszcze bogatsi, a w Niemczech czy Austrii utrzymują bardzo mocną pozycję. W Skandynawii (Szwecja, Norwegia) oraz Beneluksie (Belgia, Holandia) najszybciej oddają pole. No, ale wróćmy do naszych baranów, czyli 10% zamożnych obywateli, którzy mają w rękach połowę oszczędności. Wcale nie jestem pewny, czy to tak dobrze, że ich "udział rynkowy" nie rośnie. Może właśnie powinien rosnąć, bo ci bogaci powinni wyciągać za uszy resztę, jak w USA? Nie wyciągają i chyba ci, którzy naszym krajem rządzą, powinni się zająć próbą odpowiedzi na pytanie: dlaczego.

      Może dlatego, że nawet ci, co mają pieniądze, boją się nimi ryzykować? Kiedy Raiffeisen Polbank zapytał klientów banków gdzie zanieśliby pieniądze, gdyby uzyskali nadzwyczajny ich przypływ i chcieli ulokować bezpiecznie, od 20% osób uzyskali odpowiedź, że te osoby schowałyby pieniądze pod poduchą. A kolejne 13% nie wie co by zrobiło (spaliło w kominku?).

      sposoby_oszczedzania

      Druga nie najlepsza wiadomość jest taka, że struktura naszych oszczędności niespecjalnie wspomaga polską gospodarkę, a więc nie najlepiej przekłada się na przyspieszanie wzrostu PKB (a pośrednio - na nakręcanie spirali zamożności osobistej obywateli). Najwięcej pieniędzy mamy w bankach, które używają ich do udzielania kredytów, podczas gdy w rozwiniętych krajach większy jest udział funduszy inwestycyjnych, akcji, obligacji. To świadczy nie o naszym konserwatyzmie (chociaż trochę też), ale o tym, że jeszcze mamy za mało oszczędności, by się z nimi swobodnie rozstać i długoterminowo ulokować na rynku kapitałowym. 95% lokat bankowych ma terminy poniżej roku, jedna czwarta to osady na kontach oszczędnościowych (a vista). Nawet jeśli nie trzymamy kasy pod poduchą, to trzymamy ją blisko siebie, bo mamy jej wciąż mało.

      bgoptima_badania2

      BGŻ Optima pokazuje też ciekawe statystyki dotyczące opłacalności lokowania w akcje i obligacje, są to wyliczenia profesora Harvard Business School z 2014 r., a więc jeszcze świeżynki. To coś dla tych, którzy chcieliby pójść z częścią oszczędności na rynek kapitałowy, ale boją się zacząć, bo premier im powiedział, że to kasyno. Otóż nie do końca kasyno.

      bgoptima_badania31

      W BGŻ Optima martwią się, że struktura naszych oszczędności się nie zmienia, jest praktycznie identyczna dziś, jak była 10 lat temu. A to oznacza, że niekoniecznie jest tak, jak pisałem wyżej, że nie idziemy z pieniędzmi na rynek kapitałowy, bo mamy tej kasy za mało. Bo kasy jest coraz więcej, a my wciąż trzymamy ją w bankach.

      Analitycy BGŻ Optima Zauważają też, że mamy ogromny problem z oszczędnościami na emeryturę, bo z 300 mld zł, które mieliśmy w OFE, po rządowym skoku zostało 150 mld zł, zaś dobrowolnych oszczędności w programach emerytalnych mamy nie więcej, niż 20 mld zł. A więc tyle, co nic. Mamy za to pewność, że na emeryturze będziemy dostawali od państwa 15-20% pieniędzy, które zarabialiśmy, gdy pracowaliśmy.

      bgoptima_badania4

      W BGŻ uważają, że byłoby lepiej, gdybyśmy mieli w Polsce lepszy system ulg dotyczących oszczędzania na emeryturę. Bo w krajach, gdzie są ulgi na oszczędzanie na emeryturę, jest też duży udział oszczędności długoterminowych.

      Tylko, że u nas to też nie działa. W Polsce można inwestować w formule IKE (wypłata na koniec zwolniona z podatku Belki) oraz IKZE (ulga podatkowa w PIT i brak podatku Belki na końcu, ale zamiast niego ryczałtowy podatek 10%). W sumie w tych dwóch formach lokowania pieniędzy zgromadziliśmy niecałe 4,5 mld zł. Albo coś jest nie tak z zachętami, albo z marketingiem. 

      bgoptima_badania5

      Na koniec jeszcze ciekawy obrazek podsumowujący na co byśmy oszczędzali te pieniądze, które byśmy mieli, żeby oszczędzać ;-)

      getin_o_oszczedzaniu_2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Polak zamożny szczątkowo. Połowa oszczędności należy do 10% Polaków. I leży odłogiem!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 września 2014 08:33
  • wtorek, 23 września 2014
    • Ten fundusz inwestuje w zło, demoralizację i grzech. Jakie ma wyniki? Piekielne? ;-)

      Jakiś czas temu pisałem w blogu o funduszach inwestycyjnych, które w swojej strategii mają zapisane zobowiązanie, iż pieniądze klientów będą lokować wyłącznie w etyczny sposób. Nie kupują akcji, ani obligacji żadnych firm, które nie są odpowiedzialne społecznie, których działalność nie przynosi korzyści społeczeństwom, które zarabiają na produkcji i handlu bronią, hazardzie, pornografii. W portfelach takich funduszy nie znajdą się producenci, ani dystrybutorzy alkoholu i tytoniu, na cenzurowanym są też ci, którzy promują niezdrowy tryb życia, np. producenci tłustych burgerów. Nie da się niestety udowodnić tezy, iż fundusze etyczne zarabiają więcej pieniędzy dla swoich klientów, niż te, które inwestują "jak leci", kierując się wyłącznie możliwym do osiągnięcia zyskiem, ale jest to z pewnością "coś innego", wyróżniającego fundusz z tłumu innych. W Polsce tego typu fundusze nie zyskały większej popularności: powstały tylko dwa (oba w "stajni" TFI SKOK) i nie zachwyciły wynikami. Fundusz inwestujący etycznie w obligacje od początku istnienia w 2009 r. zarobił 21%, a etyczny fundusz akcyjny od 2010 r. jest na niewielkim minusie. W obu funduszach Polacy ulokowali niecałe 32 mln zł. 

      W ostatnim czasie na topie jest raczej zło i grzech. Putin atakuje Ukrainę, banda kelnerów podsłuchuje szefa policji i służb specjalnych, zaś do kin wchodzi druga część filmu Sin City ("Miasto Grzechu"). W tej sytuacji nie pozostało mi nic innego, jak znaleźć możliwie najbardziej grzeszny fundusz inwestycyjny. W Polsce niestety nic takiego nie występuje. Co gorsza, nie ma też opcji, by kupić na giełdzie akcje jakiegoś domu publicznego, producenta broni, czy tytoniu. Od biedy mógłbym uznać, że grzeszną inwestycją jest zakup akcji lub obligacji takiego Getin Banku, w przeszłości dużego, może największego w kraju sprzedawcy nieetycznych produktów oszczędnościowych (Pareto, Libra, Lucro, Kwartalny Profit...). Getin ma wciąż cokolwiek wspólnego z Open Finance, innym dystrybutorem tego badziewia. Tak, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że obligacje korporacyjne Getin Banku są jedną z bardziej grzesznych i wspierających zło inwestycji w moim portfelu. Mam fundusz BRIC, który trochę pieniędzy trzyma w akcjach Gazpromu, miałem kiedyś fundusz inwestujący w kopalnie złota i diamentów, gdzie zawsze krucho było z przestrzeganiem praw człowieka... Ale wciąż mam niedosyt. Dlaczego nikt nie wymyślił funduszu, który skupiłby całe to zło pod jednym dachem?

      Otóż jest taki fundusz, choć niestety nie w Europie, lecz za Oceanem. Nazywa się The Vice Fund i jest prowadzony przez firmę inwestycyjną USA Mutuals. Jego twórcy w karcie informacyjnej piszą, że ich celem jest przynoszenie inwestrom większych zysków, niż giełdowy indeks S&P 500. W związku z tym fundusz inwestuje przede wszystkim w akcje koncernów tytoniowych, alkoholowych, w firmy zajmujące się hazardem i działające w przemyśle zbrojeniowym. "Wierzymy, że te gałęzie przemysłu będą dobrze prosperowały bez względu na stan gospodarki jako cełości" - piszą zepsuci do cna zarządzający w notce informacyjnej. Te zdemoralizowane chłopaki trzymają w portfelu tak obrzydliwe aktywa, jak udziały producentów papierosów Lorillard, Philip Morris, Altria Group, koncernów zbrojeniowych i firm produkujących systemy obronne jak Lockheed Martin oraz Raytheon, producentów wyuzdanej rozrywki jak MGM Resorts, czy właścicieli kasyn Wynn Resorts, Las Vegas Sands, czy Galaxy Entertainment. Aby znaleźć się w centrum zła wystarczy 2000 dolarów, bo taka jest mininalna pierwsza wpłata do funduszu. Od 2002 r., kiedy zaczęło się dzieło demoralizacji inwestorów, fundusz zebrał 300 mln dolarów, co sugeruje, że większość posiadaczy kapitału jednak obawia się mąk piekielnych i trzyma się z daleka od tego typu inwestycji.

      vicex_vs_sp

      Czy czynią słusznie? Cóż, patrząc na wyniki The Vice Fund można zakrzyknąć "Boże, widzisz i nie grzmisz?" Bo wyuzdane, niszczące zdrową tkankę społeczną inwestycje mają się, niestety, nie najgorzej. W ciągu całej swojej historii, czyli przez 12 lat, fundusz potroił pieniądze powierzone mu przez klientów. Średnioroczna stopa zwrotu w ostatnich pięciu latach wyniosła 17,7%, zaś w skali ostatnich dziesięciu lat fundusz rocznie dawał inwestorom średnio 10% zarobku. I rzeczywiście, udawało mu się bić indeks S&P - dziesięcioletnia "nadwyżka" zysku osiągniętego przez klientów "złego" funduszu ponad stopę zwrotu z indeksu wyniosła 2% (punkty procentowe), zaś pięcioletnia - 0,9% (punktu procentowego). Do tego dochodzą coroczne dywidendy, które fundusz przekazuje swoim inwestorom z kasy spółek, w które inwestuje. Ostatnia dywidenda, wypłacona w czerwcu tego roku, wyniosła 0,34 dolara na każdą jednostkę uczestnictwa, czyli 1,3% wartości jednostki.

      The Vice Fund daje nieźle zarobić mimo dość wysokich opłat za zarządzanie, które pobiera - aż 2,5% w skali roku. Jak na polskie warunki to nie są duże opłaty (w Polsce większość funduszy akcji ma stawki za zarządzanie rzędu 4-5%), ale w realiach amerykańskich jest to  drogi fundusz. Zło, wyuzdanie, demoralizacja i rozwiązłość muszą się cenić. Szczerze pisząc nie miałbym nic przeciwko temu, by zarządzający polskimi funduszami też stali się wyuzdani i pozbawieni skrupułów, byle byliby w stanie zarządzać tak skutecznie inwestycjami, jak "grzeszny" fundusz z USA ;-). Niestety, nie znalazłem żadnego polskiego pośrednika, który miałby The Vice Fund w swojej ofercie. Ale może to jest kierunek rozwoju dla niektórych banków, pragnących umocnić swój "niegrzeczny" wizerunek? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie... ;-)

      Maciej_SamcikokladkaJAK ZABRAĆ SIĘ DO OSZCZĘDZANIA I INWESTOWANIA? Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym! Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Ten fundusz inwestuje w zło, demoralizację i grzech. Jakie ma wyniki? Piekielne? ;-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 września 2014 08:47

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line