Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 19 grudnia 2014
    • Subiektywny test innowacji, która... nie wejdzie w życie, czyli jak Idea bujała w chmurach

      Podśmiewałem się niedawno na Facebooku i Twitterze z Idea Banku, który jest chyba pierwszą instytucją finansową na świecie zgarniającą międzynarodowe nagrody za innowacje objęte klauzulą "poufne" oraz "zabronione". Przełomowym dziełem, docenianym już przez cały świat, jest nowy system transakcyjny Idea Cloud, którego częścią jest z kolei mechanizm przenoszenia kont klientów z konkurencyjnych banków za pomocą jednego kliknięcia. Oba rozwiązania burzą oczywiście krew w żyłach. Sęk w tym, że Idea Cloud, choć miała się pokazać jeszcze w tym roku, wciąż nie została udostępniona klientom, zaś funkcjonalność przenoszenia konta na klik w ogóle zostanie wycięta w pień (operacja ta nosi ponoć w banku uroczy kryptonim "maczeta" :-)). Stanie się tak na żądanie sztywniaków z Komisji Nadzoru Finansowego, dla których zastosowana w tym mechanizmie technologia jest zbyt ekstrawagancka. O kontrowersjach związanych z wykorzystaniem przy przenoszeniu konta tzw. screen-scrapingu pisałem już w blogu, lecz dopiero w czwartek miałem okazję zobaczyć tę funkcjonalność "na żywo", tuż przed jej śmiercią. I powiem tak: to robi wrażenie.

      Gdyby oparta na screen-scrapingu metoda przenoszenia konta została wprowadzona do użycia, to każdy klient chcący zakładając konto w Idea Banku byłby pytany o to, czy chce przenieść ze "starego" banku wszystkie informacje: listę kontrahentów, historię transakcji (do sześciu miesięcy wstecz) i zlecenia stałe. Po twierdzącej odpowiedzi klient wybierałby bank, z którego chce przenieść informacje, a następnie podawałby login i hasło. Potem już wszystko działoby się samo. Specjalny program sam logowałby się na konto w "starym" banku i przenosił wszystkie informacje do Idea Banku. Oczywiście nie przenosiłby pieniędzy, ani produktów. Salda na rachunkach, debety oraz karty płatnicze trzeba byłoby zamykać lub przenosić samodzielnie. Ale i tak znikałaby chyba najważniejsza bariera sprawiająca, że dziś klienci bardzo rzadko zmieniają konta bankowe. Bolą nas zęby na samą myśl o konieczności przepisania wszystkich zleceń, stałych przelewów i listy zdefiniowanych odbiorców do nowego banku. Screen-scraping pozwalałaby też od razu aktywować konto w Idea Banku, omijając procedurę wysyłania przelewu weryfikacyjnego. Przy ściąganiu danych ze "starego" banku byłaby automatycznie potwierdzana tożsamość klienta. A więc konto dałoby się założyć w dwie minuty i w dodatku byłoby już automatycznie wypełnione informacjami potrzebnymi do wykonywania przelewów.

      Testowałem mechanizm przenoszenia konta na klik, transferując do Idea Banku informacje pochodzące z jednego z moich starych kont w mBanku. Wszystko zajęło może dwie minuty. Oczywiście, czułem się trochę nieswojo, podając login i hasło do swojego konta na stronie innego banku (złamałem przecież zasady polityki bezpieczeństwa, zabraniające podawania loginów i haseł w innych miejscach, niż strona logowania mojego banku. Może KNF ma trochę racji, dmuchając na zimne, ale zapewne dałoby się znaleźć kompromisowe rozwiązanie, pozwalające zwiększyć bezpieczeństwo danych przekazywanych do screen-scrapingu. Przenoszenie konta na jeden klik mogłoby być rozwiązaniem przesuwającym rywalizację o klientów w zupełnie nowy wymiar. Ale nie będzie, przynajmniej w tej części rynku, nad którą sprawuje pieczę Komisja Nadzoru Finansowego. Bo firmy pożyczkowe nie podlagające kontroli KNF już korzystają ze screen-scrapingu przy badaniu wiarygodności płatniczej swoich klientów. Być może do tematu screen-scrapingu wrócimy za dwa lata, kiedy ma zacząć obowiązywać europejska dyrektywa nakazująca bankom znoszenie barier przy przenoszeniu rachunków bankowych. Na razie jednak mamy w Idea Banku "operację maczeta" ;-).

      Po jej zakończeniu, najpewniej w połowie stycznia, Idea Bank wreszcie udostępni klientom nowy system transakcyjny Idea Cloud. Jego też udało mi się potestować i trudno mi się do czegoś przyczepić. Jest ładny, estetyczny, przejrzysty. Na jednym ekranie widzimy wszystkie najważniejsze fakty i procesy dotyczące pieniędzy na koncie. System podaje na wykresie np. obecne i prognozowane - na podstawie moich zwyczajów płatniczych - zmiany salda. Można zrobić przelew do zdefiniowanego odbiorcy za pomocą dwóch-trzech klików. Wygląda to tak, że wybieram z przewijanej listy konto z którego przelewam i z drugiej listy - kontrahenta, do którego mają pójść pieniądze, wpisuję kwotę, zatwierdzam i gotowe. Jet toolbox pozwalający personalizować wygląda ekranu, a przede wszystkim funkcje księgowości wszyte w bankowy system transakcyjny. Z poziomu konta bankowego można np. wystawić fakturę, wysłać ją klentowi, przedstawić do windykacji albo do faktoringu. Każdego kontrahenta można monitorować przez pryzmat przelewów, płatności i faktur - w historii rachunku te wszystkie rzeczy się pojawiają.

      System już na ekranie startowym podpowiada klientowi jakie stałe płatności w przyszłości go czekają (na podstawie dotychczasowej historii rachunku) i jaki będą miały wpływ na cash-flow. Uwzględnia przy tym nawet takie parametry jak średni czas otrzymania pieniędzy z faktury wystawionej konkretnemu dostawcy. Dzięki temu mniej więcej można przewidzieć - i jest to pokazywane na klarownym wykresie - ewentualne potrzeby finansowe firmy (tu widać od razu interes Idea Banku, który oczywiście będzie proponował w miejsce nie płaconych terminowo faktur usługi kredytu odnawialnego albo faktoringu). Generalnie wygląda to bardziej jak program do zarządzania małą firmą, niż bankowość internetowa. Do tej pory żaden bank nie spróbował spiąć w jednym systemie fakturowania i płatności. Nowego kontrahenta można dodać podając tylko jego REGON, a system automatycznie zaciągnie dane z ewidencji CEIDG na jego temat (łącznie z adresem e-mail, który pozwala wysyłać takiemu kontrahentowi przelewy nie znając nawet numeru jego konta). Zgodnie z nazwą - Idea Cloud - system pozwala "wieszać" dokumenty w "chmurze" z dostępem sieciowym, dzielić się dokumentami z wyznaczonymi współpracownikami i ustawiać indywidualny dostęp (np. tylko podgląd, przelewy, ale do określonej kwoty, tylko do danego produktu np. kredytu, tylko do "wirtualnego sejfu", dostęp tylko do książki adresowej itp.).

      1

      DODATKOWE_1B

      SEJF_9

      Zobaczymy jak to zadziała w praktyce. Brak możliwości automatycznego przenoszenia konta z konkurencyjnego banku oczywiście zmniejsza poziom innowacyjności Ide Cloud, ale w nowym systemie transakcyjnym jest kilka ciekawych innowacji, które mogą ułatwić życie właścicielom małych firm. A w Idea Banku obiecują, że poza połączeniem systemu bankowego z systemem do fakturowania będą dorzucać kolejne elementy - np. moduły do zarządzania zapasami, moduły kadrowe, czy płacowe, a docelowo "pod" Idea Cloud będzie mógł działać cały Tax Care, czyli pełna księgowość. Wszystko to ma tylko jeden minus - uzależnia. Firma, o której bank wie wszystko, jest siłą rzeczy na pasku tego banku. Inne pytanie brzmi: czy Idea Bank zrównoważy te fajerwerki porządną ofertą finansowania. Bo wygodne konto, z którego można wystawiać faktury i prognozować cash-flow to fajna rzecz, ale nie najważniejsza w życiu małego przedsiębiorcy. Dla niego kluczowa jest odpowiedź na pytanie: czy mój bank jest w stanie dostarczyć mi względnie tanie, elastyczne, dostosowane do moich potrzeb finansowanie i czy w przypadku jakichś kłopotów nie zachowa się tak, jak często zachowują się banki - daje parasol gdy świeci słońce, a zabiera go, gdy pada deszcz. I czy dostarczając pieniądze nie będzie chciał uczynić ze mnie niewolnika, dostawiając do każdego kredytu "ekstraski" w postaci programu systematycznego oszczędzania na 15 lat, albo ubezpieczenia płatnego z góry za pięć lat. Z tą przyjaznością w Idea Banku różnie bywa, oj różnie (choć ostatnio bank zaczął umożliwiać klientom "testowanie" produktów i pozwala zrezygnować z nich po okresie "próby". Są więc jaskółki zmian na lepsze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Subiektywny test innowacji, która... nie wejdzie w życie, czyli jak Idea bujała w chmurach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 19 grudnia 2014 07:45
  • czwartek, 18 grudnia 2014
    • Jak kupować prezenty na raty zero procent i nie dać się przy tym naciąć? Subiektywny pomocnik

      Rusza ostatni przedświąteczny tydzień, który wielu z Was spędzi zapewne w bolesnym rozkroku między pracą i kupowaniem prezentów pod choinkę. Sklepy dobrze wiedzą, że to wyjątkowo dobry moment, by zaatakować klientów ofertą kredytową. Bo o ile po kredyt do banku nie zawsze będzie nam się chciało pójść, a nie każdy z nas ufa firmom pożyczkowym, w których pożycza się kasę online albo przez telefon, to bezpośrednio w sklepie zadłuży się wielu. Dziś prześwietlam tego typu ofertę. Czasem w sklepie stoisko ma bank wydający na poczekaniu karty kredytowe, ale najpopularniejsze są jednak raty zero procent. Kupując sprzęt elektroniczny, czy droższe AGD już w zasadzie domyślnie wybieramy zakup na raty - zwłaszcza, że na wywieszkach cenowych widać jak na dłoni, że to nic nie kosztuje: np. piszą tam "2499 zł lub 30 rat zero procent po 83,3 zł". Albo: "1200 zł lub 10 rat po 120 zł". Czy można się dziwić, że kupując sprzęt za więcej, niż kilka stówek, niemal zawsze kupujemy go na raty? Nic to dodatkowo nie kosztuje, a zaoszczędzone pieniądze możemy przeznaczyć na inne świąteczne zakupy. Nie twierdzę, że raty zero procent zawsze są złe. Ale warto poznać lepiej zasady ich działania, żeby nie dać się nabrać.

      SUBIEKTYWNIE O POŻYCZKACH ŚWIĄTECZNYCH W TVP2. Kliknij tutaj i obejrzyj :-)

      pnsswietakredyty2

      CZY KOSZT RAT JEST WLICZONY W CENĘ TOWARU? Załóżmy, że raty są rzeczywiście zero procent. Żadnych kantów, ani haczyków. Kto za nie zapłaci? Nie ma darmowych pieniędzy, więc oprocentowanie tego kredytu ktoś musi pokryć. Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy, lepszy dla klienta, zakłada, że sklep zamawia bardzo dużo jakiegoś towaru u producenta (dzięki temu otrzymuje duży rabat). Załóżmy, że rabat na zakup towaru jest większy, niż koszt, który ponosi sklep z tytułu odroczonej płatności (czyli, jak to mówią ekonomiści, koszt pieniądza w czasie) i w dodatku na tyle duży, że cena towaru w sklepie wciąż jest niższa od cen w innych sklepach. Wtedy biznes może się spiąć i to niekoniecznie kosztem klienta. Ale jest i prostszy model biznesowy - po prostu wliczyć "prawdziwą" cenę rat w cenę towaru. Gdyby dany towar nie miał opcji sprzedaży na raty - kosztowałby 2000 zł. A ponieważ w cenie trzeba "schować" cenę kredytu, ten sam towar kosztuje 2400 zł. Sklep nie wystawia innej ceny dla klientów "nieratowych", bo wszyscy i tak wybierają raty (myśląc, że są "za darmo"). Inne sklepy mają podobną politykę, więc sklep "z ratami" nie jest droższy od innych. Mój pomysł? Nigdy nie kupujemy nic na raty przy pierwszej wizycie w sklepie. Cenę towaru porównujemy z cenami w internecie i sprawdzamy o ile taniej można byłoby kupić tę samą rzecz.bez rat.

      SUBIEKTYWNIE O POŻYCZKACH RATALNYCH W TVN. Kliknij i obejrzyj!

      ddtvnratyzero

      RATY SĄ PO TO, ŻEBYŚ KUPIŁ WIĘCEJ LUB DROŻEJ. Sklepy wprowadziły sprzedaż ratalną m.in. dlatego, że klient, który może zabrać do domu jakiś towar płacąc tylko niewielką część jego wartości, chętniej kupi też coś innego - czy to w ramach klasycznego cross-sellingu (np. telewizor w komplecie z sound barem), czy to po prostu z czystej rozrzutności. Sklep dzięki temu zwiększa obroty, a jeśli ma niezbyt uczciwe podejście do rat, to jeszcze nic go taka polityka nie kosztuje (bo to klient i tak zapłaci cenę kredytu). Wniosek? W miarę możliwości staraj się nie kupować na raty czegoś, czego i tak nie kupiłbyś za gotówkę (bo np. nie byłoby cię stać). Np. jeśli widzisz w sklepie telewizor za 7000 zł, to nie wybieraj go kosztem telewizora za 4000 zł tylko dlatego, że rata wygląda zachęcająco. Pamiętaj, że cenę towaru - niezależnie od tego czy raty są zero procent, czy też nie - będziesz musiał i tak zapłacić. Owszem, jeszcze nie dziś, ale prędzej lub później będziesz musiał sobie czegoś odmówić, żeby zapłacić kolejne raty. Moja podstawowa zasada jeśli chodzi o kredyty konsumpcyjne - także te ratalne - jest następująca: do każdej tego typu pożyczki buduję biznesplan, próbując znaleźć dodatkowe dochody, które pozwolą pokryć choćby część rat. Jeśli mam w perspektywie jakieś dodatkowe dochody, niekiedy pozwalam sobie na takie pożyczki. Jeśli spodziewam się "chudych miesięcy", jestem bardzo ostrożny.

      JAK ZAOSZCZĘDZIĆ NA ŚWIĘTACH? Posłuchaj subiektywnej rozmowy w TOK FM

      NA CO UWAŻAĆ PRZY POŻYCZKACH ŚWIĄTECZNYCH? Opowiadam o tym w jednym z klipów na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube. Obejrzyj i subskrybuj:

      A dla tych, którzy wolą poczytać mam kilka wpisów blogowych poświęconych temu tematowi: Zerknij na sześć sposobów, by naciąć klienta na "obowiązkowe" ubezpieczenie do rat zero procent.  Przeczytaj opowiastkę o kliencie, którzy przyszedł po raty zero procent i dowiedział się, że właśnie "wyszły". Ale on nie wyszedł. Zakończenie tej historii - absolutnie zaskakujące. Zerknij też na wpis o tym, że raty zero procent wylądowały na Allegro. Czy są uczciwsze od tych ze sklepu? Przeczytaj też porównanie gwarancji najniższej ceny w kredytach gotówkowych na święta, Obejrzyj też tekst z ostatnich "Pieniędzy Ekstra", w których Samcik prześwietla święta.

      JAKICH RAT "ZERO PROCENT" POWINIENEŚ UNIKAĆ? W sklepach coraz więcej jest rat, które rzeczywiście są zeroprocentowe (zgodnie z poprzednim punktem - ich cena jest po prostu wliczona w cenę towaru). Ale wciąż sporo jest takich ofert, które są najeżone pułapkami. Jakich rat "zero procent" unikam? Takich, które są na zero pod warunkiem, iż spłacę je w ciągu np. pół roku (czasem daty płatności są specjalnie ustawione tak, żebym nie zmieścił się w terminie i żeby naliczono mi jednak procenty). Takich, które zmuszają mnie do jednoczesnego wzięcia karty kredytowej (przeważnie w warunkach karty są "zaszyte" jakieś warunki, których nie wypełnienie oznacza dodatkowe koszty). Takich, które zmuszają mnie do zapłacenia prowizji lub składki ubezpieczenia. To wyciąganie pieniędzy z drugiej kieszeni klienta i złodziejstwo. Takich, które są byłyby zerowe, gdyby bank się zgodził. Część sklepów ma z bankiem taki układ, iż to bank decyduje któremu klientowi pozwoli pożyczyć "za zero", a któremu naliczy oprocentowanie. Oczywiście zwykle okazuje się, że albo bank każdemu klientowi odpowiada, iż "niestety, panu raty za zero się nie należą", albo sklep komunikuje klientowi taką odpowiedź, bo np. ma procent od liczby "płatnych" klientów, których przyniesie bankowi. Pamiętajmy - w uczciwych ratach zero procent RRSO zawsze będzie wynosić zero lub prawie zero. Jeśli z formularza informacyjnego, który w sklepie muszą ci udostępnić, wynika coś innego - trzymaj się od takich rat jak najdalej!

      POŁÓŻ BLISKIM POD CHOINKĘ SUBIEKTYWNOŚĆ. Jeśli nie masz dobrego pomysłu na prezent dla najbliższych pod choinkę, to zapraszam do mojej specjalnej oferty gwiazdkowej. Moją najnowszą książkę  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" możesz mieć z duuuużym rabatem i na dokładkę z moim autografem. Wystarczy, że klikniesz ten link, wrzucisz książkę do koszyka i przy wycenie zamówienia wpiszesz kod promocyjny "samcik20".

      Samcik_podpis

      Możesz też kupić w bardzo promocyjnej cenie dwie książki - mój poradnik o oszczędzaniu pieniędzy i budowaniu finansowej zamożności oraz powieść z giełdą w tle o tym jak źli ludzie robią wielkie pieniądze na "wyciskaniu" nas, drobnych ciułaczy oraz o dobrych ludziach, którzy próbują im w tym przeszkodzić. Dwie świetne książki pod choinkę zamówisz w mocno obniżonej cenie klikając ten link.  Kto woli e-booki, powinien udać się na zakupy samcikowych książek do sklepu www.publio.pl.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      CZYTAJ TEŻ "PIENIĄDZE EKSTRA". W "Gazecie Wyborczej" co czwartek autorskie szpalty samcikowe, na których Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych.Przekażcie tę wieść potrzebującym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Jak kupować prezenty na raty zero procent i nie dać się przy tym naciąć? Subiektywny pomocnik”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 grudnia 2014 08:45
  • środa, 17 grudnia 2014
    • Austriackie gadanie, czy naga prawda? Kolejny bank z pierwszej dziesiątki idzie na sprzedaż?

      Czy austriacka grupa Raiffeisen chce sprzedać swoje polskie aktywa i pozbyć się Raiffeisen Polbanku? Byłaby to nie lada sensacja, choć są poszlaki, że tak własnie może się stać. Bank Justyny Kowalczyk ostatnio piął się w górę w rankingach i wydawało się, że może powalczyć o miejsce w pierwszej piątce największych instytucji bankowych w kraju. Dziś, z aktywami rzędu 13,5 mld euro, jest na ósmym miejscu, za "wielką czwórką" (PKO BP, Pekao, mBank, BZ WBK) oraz trójką pretendentów: Getinem, ING oraz Bankiem Millennium. Za plecami Raiffeisen Polbanku są m.in. tak uznane marki, jak Deutsche Bank, czy Citi Handlowy. Polska jest dużym rynkiem, zaś Raiffeisen po trzech kwartałach tego roku ma 200 mln zł zysku, więc trudno mówić, by Austriacy do niego dopłacali. A jednak... przy okazji zapowiedzi sprzedaży mniejszościowego pakietu akcji Raiffeisen Polbanku (w celu wprowadzenia tych papierów na giełdę, do czego Austriacy zobowiązali się przy przejmowaniu Polbanku), Susanne Langer, rzeczniczka wiedeńskiej grupy zapowiedziała, że bank "będzie się skupiał na najbardziej atrakcyjnych obszarach działania" oraz "będzie restrukturyzował i sprzedawać te części biznesu, które nie przynoszą zadowalającej rentowności albo są zbyt kapitałochłonne".

      Czytaj też: Bank jak biuro turystyczne. Zwiedzisz kilka oddziałów, zanim...

      Langer nie podała żadnych szczegółów, ale dziennikarze agencji Bloomberg usłyszeli w dwóch niezależnych źródłach, że mówiąc o "wychodzeniu z tych części biznesu, które nie przynoszą zadowalającej rentowności" zarząd wiedeńskiej grupy ma na myśli m.in. Raiffeisen Polbank. Rzecznik polskiego banku odmówił skomentowania tych doniesień, potwierdzając jedynie, że Raiffeisen zamierza wywiązać się z obietnicy danej polskiemu nadzorcy i będzie sprzedawał część akcji, by wprowadzić Raiffeisen Polbank na giełdę. Jaka jest prawda? W całej grupie Raiffeisen tylko rosyjski bank zależny jest większy, niż nasz Raiffeisen Polbank (większa jest też rzecz jasna austriacka spółka-matka), dlaczego więc Austriacy mieliby się pozbywać tak znaczącego aktywa? Informatorzy Bloomberga twierdzą, że chodzi o niską efektywność Raiffeisen Polbanku. Mimo coraz wyższych zysków nie jest gwiazdą w austriackiej grupie pod względem rentowności. Zwrot z zainwestowanego kapitału własnego (tzw. ROE) wynosi tylko 4,2%, co plasuje Raiffeisen Polbank dopiero na 12. miejscu wśród spółek zależnych (gorszy jest tylko bank w Bułgarii, a nawet nękany przez rząd Orbana bank na Węgrzech radzi sobie lepiej).

      Powody są dwa: po pierwsze kupiony w 2012 r. od Greków na wyprzedaży Polbank (cena transakcji wyniosła 605 mln euro) okazał się potrawą wyjątkowo ciężkostrawną. Klientów Polbank miał mnóstwo, ale przeważnie niskorentownych (dotyczy to zwłaszcza hipotecznych frankowców) i trudnych do "uproduktowienia". Drugi powód jest taki, że konkurencja na polskim rynku jest wyjątkowo ostra, a na domiar złego bankom szkodzą niskie stopy procentowe i wyższe obciążenia (np. podwójna składka na BFG). W Raiffeisenie myśleli o budowaniu banku uniwersalnego, z ofertą dla Kowalskiego, ale wygląda na to, że 720.000 klientów to za mało, by myśleć o wysokiej rentowności takiego właśnie biznesu - utrzymanie placówek i infrastruktury potrzebnej do obsługi klienta masowego, detalicznego, słono przecież kosztuje. Kto wie, czy Raiffeisen nie popełnił grubego błędu strategicznego łakomiąc się na Polbank i zmieniając profil z banku dla zamożnych klientów i klasy średniej na bank dla każdego. Gdyby udało się pozyskać 1,5-2 mln klientów, byłby to ruch iście napoleoński, ale się nie udało. Może trzeba było postąpić tak, jak Citi Handlowy, który zdecydował się pilnować swojej niszy i nie wychylać poza nią nosa, wychodząc z założenia, że przy takiej konkurencji i takiej skali własnej działalności może być co najwyżej bankiem specjalistycznym. Ale pomysł, by wyjść z Polski, drugiego pod względem wielkości rynku dla Raiffeisena w Europie Środkowej, byłby mimo wszystko dziwny, bowiem do tej pory Polska była jednym z sześciu kluczowych rynków, na których grupa chciała się rozwijać - obok Rosji, Czech, Słowacji, Rumunii oraz Austrii. Czy coś się w Polsce zmieniło? Zbiednieliśmy? Nasza gospodarka przestała się rozwijać? Nic z tych rzeczy.

      Lojalność w cenie? Im dłużej jesteś klientem tego banku, tym więcej on ci zapłaci.

      Ale z drugiej strony może to jest ostatni moment, w którym za bank - było, nie było - pierwszoligowy można dostać najwyższą cenę? Za kilka lat - zwłaszcza gdyby musiał wrócić do swojej niszy i zmniejszyć skalę działalności - być może nie dałoby się go sprzedać po takiej cenie, jak dziś? Gdyby Austriacy wystawili swoje polskie operacje na sprzedaż, to prawdopodobnie mogliby uzyskać za nie 2,3-2,5 mld euro. Raiffeisen Polbank ma wartość księgową majątku na poziomie 1,5 mld euro, zaś średnia wycena rynkowa banków giełdowych w Polsce to dzisiaj 1,6 wartości księgowej. Można się jednak spodziewać, że w przypadku tak dużego banku nabywca zapłaci premię za możliwość wejścia na polski rynek i osiągnięcia na nim z marszu mocnej pozycji. Może więc Austriacy po prostu zrobili analizy i wyszło im, że rentowność bankowego biznesu w Polsce będzie nieuchronnie spadała, zaś perspektywy, by bez wielkich inwestycji wskoczyć wyżej, niż na 7-8 miejsce w rankingach największych banków, są raczej marne. Nie bez kozery kilka banków znajdujących się w tabelkach tuż za Raiffeisen Polbankiem albo już się sprzedało, albo zaraz to zrobi. BGŻ idzie do BNP Paribas, Nordea została połknięta przez PKO BP, zaś Bank BPH został oficjalnie wystawiony na sprzedaż przez General Electric. Skoro oni wszyscy uznali, że w Polsce na bankowości detalicznej da się zarabiać tylko będąc w pierwszej piątce-szóstce największych banków, to dlaczego do tego samego wniosku miałby nie dojść również wiedeński Raiffeisen?

      Najdłuższa awaria nowoczesnej Europy. W kartach dawnego Polbanku popsuł się... czip. Klienci częściowo uziemieni, ale na koniec bank się spisał - zaoferował klientom... podwojony money-back.

      Kto mógłby ewentualnie przejąć Raiffeisen Polbank? Chętnych zapewne nie zabraknie - o chęci akwizycji wspominał kilkakrotnie prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki, wciąż nienasycony jest Bank Pekao, który po przejęciu przez PKO BP aktywów skandynawskiej Nordei stracił z pola widzenia pozycję lidera, nastrojem do kupowania popisał się ostatnio też BNP Paribas, przejmując BGŻ. Sęk w tym, że Komisja Nadzoru Finansowego nie jest chętna dalszej konsolidacji rynku i jasno sygnalizuje, że będzie bardziej sprzyjała przejęciom polskich banków przez graczy, których jeszcze nie ma w Polsce. Wśród nich od dawna wymienia się np. włoską Intesę. To jedyny w pierwszej dziesiątce największych inwestorów w naszym regionie bank, który w Polsce nie prowadzi jeszcze działalności. Wzięcie ósmego największego banku na rynku mogłoby być całkiem dobrym wejściem na nadwiślański rynek, który dla Włochów jest jeszcze białą plamą. Być może nie bez szans byłby któryś z globalnych banków z dalekich pozycji w rankingach, ale z wielkimi ambicjami, np. Deutsche Bank. Chociaż Niemcy nie mają dobrych notowań w KNF, więc nie wiadomo, czy dostaliby zielone światło. Oj, ciekaw jestem kto wyłoży 10 mld zł na bank, który zarabia rocznie niecałe ćwierć miliarda złotych.

      grupy_bankowe_w_CEE

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Austriackie gadanie, czy naga prawda? Kolejny bank z pierwszej dziesiątki idzie na sprzedaż? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 19:08
    • Rubel tonie, Gazprom na kolanach. Dobrze? Źle? Co może oznaczać dla nas finansowy krach Rosji?

      We wtorek Rosja stanęła po raz pierwszy od 1998 r. na krawędzi finansowego krachu. Cena rubla w stosunku do euro w ciągu jednego tylko dnia spadła o 15%, a za jedno euro trzeba płacić aż 90 rubli (w trakcie dnia cena przekraczała nawet 100 rubli). Akcje rosyjskich spółek na giełdzie w Moskwie - straciły średnio 12%. Całe szczęście, że pieniędzy polskich funduszy inwestycyjnych prawie tam nie ma, bo takie fundusze się same polikwidowały. Bank centralny Rosji próbował ratować sytuację podnosząc stopy procentowe z 10,5% do 17%, czyli do poziomu obowiązującego w republikach bananowych, ale nic to nie dało. Nikt nie chce lokować pieniędzy w rosyjskiej walucie. Inwestorzy panicznie wymieniają ją na coś "twardszego", czyli na euro lub dolara. Władimir Putin, który może sobie wmawiać, że jest Carem, Imperatorem, najbardziej wpływowym człowiekiem na świecie, właśnie przekonał się, że dla światowych rynków finansowych jest zwykłym watażką, któremu nie warto wierzyć. I że niestety słabo się uczy na własnych błędach. To, co stało się we wtorek na rynku walutowym i giełdowym w Rosji jest porównywane z "czarnym czwartkiem" na Wall Street w 1929 r. lub "czarnym poniedziałkiem" w 1987 r., gdy Dow Jones spadł prawie o 23% podczas jednej sesji. Co oznacza dla nas załamanie rosyjskiej waluty? Oto krótka rozkminka rosyjskiej tragedii finansowej.

      rosjakichaRTSDLACZEGO TO SIĘ STAŁO? DLACZEGO TERAZ? Psychologia rynku (obok macie wykres głównego indeksu moskiewskiej giełdy - RTS) jest nauką nieokiełznaną. Zagraniczny kapitał odpływał z Rosji już od dłuższego czasu. Ale pieniądz płynął w obu kierunkach. Inwestorów mniej zainteresowanych ryzykiem zastępowali ci, którzy chętnie brali je w zamian za wyższy zysk. Jeszcze rok temu centralne stopy procentowe w Rosji wynosiły 5%, miesiące temu - już 10%. Nie ma bezpośredniego przełożenia między stopami oficjalnymi a np. oprocentowaniem depozytów w bankach komercyjnych, ale jedno z drugim jakoś-tam jest związane. Lepiej zarobić 10%, niż 5%. Tyle, że proporcje między wycofującym się kapitałem, a tym napływającym stawały się coraz bardziej niekorzystne. Więcej inwestorów sprzedawało rubla, niż go kupowało (by zainwestować na wysoki procent). Kurs rubla słabł - mimo interwencji banku centralnego, który skupował rosyjską walutę od inwestorów. Dodatkowo w Rosję uderzały sankcje ekonomiczne Zachodu (m.in. firmy rosyjskie muszą pożyczać pieniądze na coraz wyższy procent) oraz spadek cen ropy naftowej (to jedna siódma rosyjskiego PKB - tańsza ropa, to mniejsze zarobki firm i mniej pieniędzy z podatków w budżecie). Przy okazji poczytajcie jak sam też próbowałem nałożyć sankcje na Rosję. W końcu miarka się przebrała - nawet inwestorzy wysokiego ryzyka rzucili się do ucieczki. A spiralę nakręciły jeszcze rosyjskie koncerny, na gwałt kupujące dolary i euro, by "zachomikować" trochę waluty pod spłaty przyszłych transz wyemitowanych obligacji

      rosjakicharubelZAŁAMANIE RUBLA, CZYLI CO? Niektórzy ekonomiści mówią, że umiarkowany spadek wartości waluty to nic złego, bo wtedy eksport się bardziej opłaca i gospodarka szybciej rośnie. Rzecz w tym, iż ów spadek wartości waluty nie może być ani zbyt duży, ani gwałtowny, bo to podważa zaufanie do niej. A nie ma nic gorszego, niż upadek zaufania obywateli do własnej waluty. Taki, który widać na tym wykresie obok - kurs euro w relacji do rubla. Jeśli ludzie przestają wierzyć w wartość lokalnej waluty - wymieniają ją na "twardszą" i tym samym "produkują" inflację. Wzrost cen w lokalnej walucie powoduje, że jeszcze mniej opłaca się mieć ją w portfelach i kółko się zamyka. W takiej właśnie sytuacji jest dziś Rosja. Już jakiś czas temu polskojęzyczni Rosjanie pytali mnie czy mogą ulokować pieniądze w polskim banku, np. na dolarowej lokacie. Bo lokować w rublach nie chcieli. Inflacja to nie jedyna konsekwencja upadku waluty. Drugą jest spadek realnych płac. Średnia płaca w Rosji to dzisiaj 32.000 rubli. Pół roku temu była to równowartość 700 dolarów amerykańskich, dziś już tylko 350 dolarów. Wszystko, czego nie da się wyprodukować w kraju lub czego ceny są "globalne", wyrażone w "twardej" walucie, automatycznie drożeje. Ludzie ograniczają zakupy, co oznacza, że gospodarka wpada w recesję. Niektórzy ekonomiści szacują, że Rosja w przyszłym roku zaliczy 5-6% spadku PKB. Podobno Gazprom zapowiedział, że zwolni 20-25% liczącej prawie pół miliona ludzi załogi. Rząd może próbować ożywić gospodarkę, drukując pieniądze i prowadząc inwestycje w infrastrukturę, ale tylko wtedy, gdy ten pieniądz gwałtownie nie traci na wartości. Tylko jak odbudować zaufanie do waluty, kiedy jest się skłóconym z całym cywilizowanym światem? Z podkulonym ogonkiem iść na MFW po pożyczki, obiecując zwrot Krymu? 

      rosjafakapcdsCZY ROSJA MOŻE OGŁOSIĆ NIEWYPŁACALNOŚĆ? Zwykle bankructwo państwa oznacza nie tylko utratę oszczędności jej mieszkańców oraz zwijanie się gospodarki i wzrost bezrobocia. Często takie państwo przestaje spłacać swoje długi w obcych walutach, bo ich po prostu nie ma (zadłużenie we własnej walucie jest nieistotne, bo państwo może wydrukować tyle "pustego" pieniądza, że je spłaci). Czy Rosji grozi taki scenariusz? Raczej nie: Rosja wykorzystała w ostatnich miesiącach 100 mld dolarów ze swoich rezerw walutowych na obronę rubla, ale mimo wszystko Bank Centralny Rosji ma jeszcze w skarbcach 400 mld dolarów (rządy w Moskwie przez lata pracowicie budowały swoje rezerwy walutowe). Łączny dług zagraniczny Rosji - choć w ciągu kilku ostatnich lat wzrósł bodaj trzykrotnie - jest znacznie mniejszy, niż rezerwy walutowe kraju i wynosi jakieś 55 mld dolarów, z czego 40 mld dolarów to obligacje w dolarach i euro (obligacje za mniej więcej 6 mld dolarów Rosja musi wykupić w 2015 r.). Choć tzw. CDS-y na rosyjski dług państwowy (czyli cena "ubezpieczenia" od niewypłacalności kraju) stale idą w górę. Teraz ich cena wynosi 633 tzw. punktów bazowych, czyli 6,3% wartości "ubezpieczanego" długu (patrz wykres powyżej). Dla porównania: CDS na polski dług państwowy jest wyceniany na 66 punktów basowych, za CDS na niemiecki dług płaci się 17 punktów bazowych jego wartości, a za dług Argentyny - 2662 punkty bazowe (czyli 26% "ubezpieczanego" długu).

      gazprom_ADR_notowaniaCZY ROSYJSKIE FIRMY MOGĄ ZBANKRUTOWAĆ? Większy kłopot będą miały rosyjskie koncerny, które łącznie są zadłużone za granicą na 360-400 mld dolarów, zaś banki na kolejne 200 mld dolarów. I to już nie jest zabawne. Pół biedy jeśli mówimy o koncernach, które mają swoje spółki-córki za granicą i część dochodów osiągają w dolarach (dług takich firm rosyjskich stanowi ok. 160 mld dolarów). Gorzej z firmami, które zarabiają w rublach, na rynku rosyjskim. Nie dość, że spotka je recesja, to jeszcze ich przychody będą wymienialne na coraz mniejszą liczbę dolarów i euro. Zapewne będą przypadku rosyjskich firm, które poproszą o restrukturyzację zadłużenia. Ponad 40 mld dolarów długu rosyjskie koncerny muszą wykupić do końca tego roku (w listopadzie i grudniu). Kto przy zdrowych zmysłach będzie kupował nowe obligacje? Gazprom w listopadzie emitował roczne euroobligacje płacąc inwestorom 4,3% w skali roku - to trzykrotnie wyższe oprocentowanie, niż średnia w branży. Przy wskaźniku EURIBOR 3M w okolicach 0,06% wygląda na to, że Gazprom płaci ponad 4,2% premii powyżej ceny pieniądza na rynku międzybankowym! W Polsce tyle płacą firmy, które nie należą do pierwszej, ani nawet do drugiej ligi. Np. PKN Orlen emitował jakiś czas temu obligacje w złotych z oprocentowaniem góra 1,5-1,7% powyżej WIBOR-u. Notowania ADR-ów Gazpromu (kwity depozytowe, będące odpowiednikami akcji) na giełdzie w Londynie - powyżej.

      CZY POWINNIŚMY SIĘ BAĆ? Teoretycznie nie, bo w sumie o to nam zawsze chodziło - żeby niespecjalnie bystry KGB-ista wreszcie pojął, że nie może zachowywać się jak wredny dzieciak w piaskownicy i nie przestrzegać zasad. Żeby ukorzył się przed światem i przyznał, że jest cienkim bolkiem. I żeby ropa naftowa była tania, bo wtedy wiele innych rzeczy też jest tanich i nas na nie stać. Sęk w tym, że ten sam mechanizm, który pogrążył Rosję (czyli w miarę swobodny przepływ kapitału) może spowodować "zarażenie" rosyjskim kryzysem innych krajów. Oczywiście w ograniczonym stopniu, ale jednak. Bo np. jak myślicie - kto kupuje zagraniczne obligacje Gazpromu? Według anonimowych źródeł Bloomberga wśród nabywców ostatnich emisji obligacji tej spółki, aranżowanych przez JP Morgan, aż 77% inwestorów to Amerykanie i Brytyjczycy (banki inwestycyjne, fundusze, ubezpieczyciele), a 10% - inwestorzy indywidualni (głównie z USA). Gdyby taki np. Gazprom nie spłacił długów, to kilka dużych banków musiałoby spisać na straty po kilka miliardów dolarów lub euro. Pomijając taki drobiazg, że przez kilka miesięcy moglibyśmy mieć w domach zimno ;-). Jeszcze półtora roku temu Barclays pisał, że

      "inwestycje w obligacje rosyjskich przedsiębiorstw państwowych to najlepszy sposób, by uchronić się przed zawirowaniami na światowych rynkach obligacji. Denominowane w dolarach krótkoterminowe obligacje takich przedsiębiorstw, jak Gazprom czy bank VTB, oferują wyższe rentowności przy ograniczeniu ryzyka zmiany stóp procentowych, a także kredytowego. Przykładowo, papiery Gazpromu zapadające w 2015 r. dają zarobić o blisko 1% rocznie więcej niż obligacje brazylijskiego państwowego koncernu naftowego Petroleo Brasileiro"

      Słodkie, prawda? ;-). Niestety, trzeba się też liczyć z tym, że sparzeni stratami w Rosji inwestorzy - przynajmniej ich część - zaczną się wycofywać ze wszystkich rynków leżących w pobliżu. Złoty na razie jest stabilny (w ciągu tygodnia euro podrożało z 4,15 zł do 4,21 zł, ale to jeszcze nie jest dramat). Ale na warszawskiej giełdzie już widać nerwowość - indeks WIG20, po dynamicznym spadku, znalazł się najniżej od ponad roku. Albo to zagraniczny kapitał zaczyna się ewakuować, albo polscy inwestorzy antycypują jego spodziewany ruch. Osłabienie złotego przyniosłoby jeszcze jeden skutek uboczny - droższego franka szwajcarskiego. We wtorek frank przekroczył znów 3,5 zł. Każda destabilizacja nastrojów jeśli chodzi o podejście globalnych inwestorów (o ile w ogóle można tak generalizować) do rynków wschodzących może narazić nas na straty. I nie chodzi tylko o nasze jabłuszka.  A i Zachód powinien być zainteresowany Rosją słabą, lecz mimo wszystko wypłacalną. Tyle, że dalszy spadek kursu rubla - już dziś można mówić o krachu tej waluty - zwiększa ryzyko niewypłacalności jeśli nie państwa, to przynajmniej rosyjskich koncernów..A to zaboli nie tylko Putina.

      Jak inwestować i pomnażać

      POD CHOINKĘ KUP BESTSELLER O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. 

      JAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić Maciej_Samcikokladkaw wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      NA ŚNIADANIE O POŻYCZKACH ŚWIĄTECZNYCH. Jeśli Wy, ktoś z Waszych znajomych albo z rodziny  myśli o zaciągnięciu pożyczki na święta, to rekomenduję Wam obejrzenie rozmowy, którą w "Pytaniu na śniadanie" odbyłem na ten temat z redaktorami. Znajdziecie tam zajawkę odpowiedzi na pytanie: kredyt gotówkowy, czy kartowy? A może debet? Na długo, czy krótko? W swoim banku, czy u konkurencji? Zapraszam do obejrzenia:

      pnsswietakredyty2 

       Niedawno w telewizji śniadaniowej TVN mówiono o ratach zero procent, a ściślej - o tym, że raty zero procent często są jak Yeti, czyli wielu o nich słyszało, a nikt nie widział na własne oczy. Ponieważ temat ten wielokrotnie pojawiał się w blogu "Subiektywnie o finansach", miałem okazję powiedzieć kilka słów o najważniejszych trikach sprzedawców. Obejrzyjcie ;-)

      ddtvnratyzero

      CO ZROBIĆ Z FRANKOWYMI KREDYTAMI? Zobacz dyskusję na ten temat, w której brałem udział na antenie TVN24 Biznes i Swiat. Pojawiło się kilka pomysłów - jakie mają wady i zalety? Red. Karolina Hytrek-Prosiecka, Ignacy Morawski z Biz Banku oraz duch subiektywności we własnej osobie. Obejrzyj, klikając w ten link ;-). Przeczytaj też polemikę Grzegorza Sroczyńskiego z Ryszardem Petru, który twierdzi, że problemu z frankami nie ma. A także spowiedź liberała, który był prezesem banku, ale o frankach wypowiada się z największym obrzydzeniem.

      tvnbislist3

      Zobacz też wcześniejszą dyskusję w oparach subiektywności, dotyczącą kredytów frankowych, która odbyła się w programie TVN24 Biznes i Świat, czyli o dwóch takich, którzy potrzebują pomocy. Zerknij tutaj. Przy okazji rzuć okiem jak na antenie tej samej stacji pokłóciłem się z Pawłem Blajerem. O szwajcarskości w naszych portfelach mówiłem też w "Wydarzeniach" Polsatu. A na specjalne życzenie pani premier zrobiłem stress-test dla franka po 4 zł. Zobacz co mi wyszło. 

      samcikpolsatfranki4

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      CZYTAJ TEŻ "PIENIĄDZE EKSTRA". W "Gazecie Wyborczej" co czwartek autorskie szpalty samcikowe, na których Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych.Przekażcie tę wieść potrzebującym!

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-). Ale mówiłem też, że dla firm ubezpieczeniowych możliwość korzystania z bankowego "dotarcia" do klientów oraz z pokładów Big Data, pozwalających zaoferować klientowi np. usługę assistance skrojoną pod jego potrzeby, jest dziś jedną z największych atrakcji.  A przyszłością branży finansowej są bardzo ścisłe sojusze strategiczne bankowców i ubezpieczycieli.

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      SUBIEKTYWNOŚĆ NIENIEODPOWIEDZIALNA. Miałem też ostatnio okazję ponownie uczestniczyć w konferencji "Nienieodpowiedzialni" i dyskutować z biznesmenami, etykami, psychologami, finansistami, ekonomistami o tym, czy sprzedaż produktów finansowych może być etyczna. I czy jest sprzeczność między wyznawaniem wartości, a liczeniem pieniędzy z prowizji. Wyszedłem z tej dyskusji z przekonaniem, że nawet jeśli dziś jeszcze klienci nie doceniają firm działających etycznie, to powoli zaczynają dostrzegać, iż czasem warto nawet zapłacić za usługę finansową więcej, by mieć pewność, iż jej dostawca nie wbije noża w plecy w myśl zasady, iż bankowiec to takie zwierzę, które sprzeda ci parasol, gdy świeci słońce i zabierze go, kiedy spadnie deszcz. Zapraszam do obejrzenia relacji z konferencji oraz moich spostrzeżeń na gorąco

      nienieodpscreen

      DORADCA BANKU CZY KLIENTA? Miałem ostatnio okazję prowadzić dyskusję podczas dorocznego spotkania certyfikowanych doradców finansowych - takich, którzy zdają co roku europejski egzamin EFPA i tym samym gwarantują swoim klientom "certyfikowaną" jakość usług. Ponieważ na sali byli głównie doradcy pracujący w bankach (i obcujący z klientami private banking, nie z takimi żuczkami, jak my), postawiłem przed nimi pytanie o konflikt interesów - czy da się jednocześnie działać w interesie klienta i nie działać na szkodę własnego pracodawcy? Odpowiedź na to palące pytanie znajdziecie tutaj. Jedno jest pewne: Jordan Belfort Wam tego nie powie ;-). Na ten sam temat dyskutowałem też niedawno w TOK FM, w programie "Teraz Solska"  Miałem też przyjemność wygłosić przemówienie na dorocznej konferencji Investors TFI poświęconej sprzedawaniu funduszy i produktów inwestycyjnych. Przedstawiłem tam kilka pomysłów na to jak sprzedawać produkty inwestycyjne etycznie i odpowiedzialnie, a przy tym wciąż zarabiać pieniądze. 

      IMG_5533a

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA TWORZYĆ DOBRE STANDARDY. Blog "Subiektywnie o finansach" to nie tylko narzekanie i kopanie finansistów po kostkach. Nie stronię od dyskusji z przedstawicielami branży finansowej, by pomóc im tworzyć i krzewić dobre standardy. Na Forum Bankowym 2014, największej imprezie środowiska bankowego, miałem przyjemność powiedzieć kilka słów do bankowców i poprowadzić panel dyskusyjny poświęcony temu jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych

      Forum Bankowe 2014

      Z kolei podczas niedawnego VIII Forum Assistance, największego w Polsce spotkania ludzi specjalizujących się w działalności bancassurance miałem z kolei okazję poprowadzić dyskusję o tym, w jaki sposób banki powinny oferować produkty ubezpieczeniowe, by było to bezpieczne dla klientów i etyczne. Jako specjalny bonus uczestnicy tej imprezy mogli otrzymać moją ostatnią książkę z dedykacją

      forum_assistance

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z GRAND PRESS ECONOMY! Spotkał mnie w zeszły czwartek kolejny zaszczyt. Redakcja branżowego miesięcznika "Press" przyznała mi nagrodę Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza zajmującego się tematyką ekonomiczną. "Za profesjonalizm, przestrzeganie zasad etyki dziennikarskiej i rzetelną prezentację tematyki ekonomicznej". Nominowanych dziennikarzy zgłaszali ekonomiści, eksperci ze świata finansów, dziennikarze oraz szefowie redakcji ekonomicznych. Jest mi niezwykle miło, że po dziewięciu latach od odebrania nagrody Grand Press (za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach) moja praca znów została doceniona. Ale pewnie by do tego nie doszło, gdyby nie sukces blogu "Subiektywnie o finansach", do którego walnie się przyczyniacie. 

      gpeconomysamcik3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Rubel tonie, Gazprom na kolanach. Dobrze? Źle? Co może oznaczać dla nas finansowy krach Rosji? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 grudnia 2014 01:28
  • wtorek, 16 grudnia 2014
    • Bank jak sztywny pal Azji, czyli bierz lub spadaj, a jeśli spóźnisz się do placówki o minutę...

      Ciekaw jestem kiedy banki w Polsce zaczną traktować klienta indywidualnego tak, jak twierdzą, że go traktują - indywidualnie i z elastycznym podejściem. Niedawno opisywałem przypadek klienta banku ING, który usiłował renegocjować warunki umowy kredytowej dotyczącej zakupu mieszkania. Można nawet powiedzieć, że chciał uczynić bankowcom przysługę, bo w ramach tych renegocjacji wskazywał zapisy, które jego zdaniem mogą być niezgodne z prawem. I z powodu których kiedyś bank mógłby mieć w sądzie kłopoty takie, jakie obecnie ma mBank z "Nabitymi'. Niezależnie jednak od tego jak poważne byłyby uwagi klienta w stosunku do umowy, bank powinien podejść do nich z atencją - umowa o kredyt hipoteczny to dla większości z nas najpoważniejszy finansowy deal w życiu, którego konsekwencje będziemy odczuwali przez 20-30 najbliższych lat, czyli - bez mała - przez jedną trzecią lub więcej dorosłego życia. Bank zarobi na tym drugie tyle, ile pożyczy w formie kredytu. Z czystej przyzwoitości warto, by w tej sytuacji bank przynajmniej wykazał dobrą wolę i symboliczni ustąpił klientowi.

      Niestety, w opisywanym przypadku klient odbił się od muru obojętności i usłyszał, że zapisy umowy nie są negocjowalne. A jak się nie podoba, to tam są drzwi. Niestety, taka postawa bankowców, szkodliwa dla ich wizerunku i dla relacji z klientem, nie jest rzadka. Jakiś czas temu opisywałem w blogu pomysł banku BZ WBK, który postanowił złożyć swoim frankowym klientom propozycję przewalutowania kredytu na preferencyjnych warunkach - przy kursie NBP, czyli be spreadu - lub przynajmniej nadpłacenia rat i zmniejszenia salda długu (a więc i odsetek). Pomysł ten ma dobre i złe strony: dobra jest taka, że klient pozbywa się części długu i zmniejsza ryzyko swych cierpień, gdyby LIBOR i kurs franka poszły w górę. Zła strona polega na tym, że nie da się powiedzieć czy z perspektywy kolejnych 20 lat trwania kredtu dzisiejszy kurs franka jest wysoki, czy niski. Klientom BZ WBK, którzy otrzymali tę propozycję, radziłem, żeby poszli do banku z kontrpropozycją, iżby bank wziął na siebie trochę ciężaru ryzyka kursowego i opuścil troszkę kurs, po którym kredyt miałby być nadpłacony lub przewalutowany. Niestety, okazało się, iż bank propozycję swoją złożył tylko pro-forma, żeby potem nikt się go nie czepiał, iż nie próbował rozwiązać problemów klientów z frankiem. Ale tak naprawdę zależy mu średnio lub wcale. Na jakiej podstawie opieram to domniemanie?

      "Idąc za Pana poradą z bloga próbowałem w BZ WBK wynegocjować lepsze warunki nadpłaty kredytu frankowego, niż zaproponowane przez bank. Najpierw poszedłem do oddziału, do punktu obsługi klienta. Tam zostałem zbyty przez panią Zuzię w rekordowym czasie 15 sekund. Postanowiłem zadzwonić do centrali banku, do działu obsługi klienta hipotecznego, licząc że może trafię na kogoś bardziej elastycznego. Pani była bardzo uprzejma i na moją propozycję negocjacji kursu powiedziała: "Muszę zapytać kierownictwo". W duchu się ucieszyłem, ze jest nadzieja"

      - opowiada czytelnik. W tym pięknym stanie trwał jednak dość niedługo, przez jakieś 60 sekund. Potem czar prysł, bo pracownica banku odrzuciła propozycję, żeby porozmawiać o warunkach promocji i może dopasować ją do indywidualnych potrzeb klienta. W końcu mój czytelnik postanowił strzelić z grubej rury. Zdecydował się napisać bezpośrednio do dyrektora w banku, który podpisał się pod listem z propozycją nadpłacenia kredytu po kursie NBP. Dyrektor na pewno ma pole manewru i negocjacji, w końcu od tego jest dyrektorem, żeby je miał. Być może bankowe "doły" mają przykaz, żeby spławiać upierdliwców, ale pan dyrektor?

      "Wysłałem piękne pismo z wieloma argumentami (niektóre pozwoliłem sobie zaczerpnąć z Pana bloga), zapłaciłem na poczcie drożej, żebym tylko miał pewność, że dostaną w Poznaniu to moje piękne pismo i czekałem. Czekałem. Codziennie sprawdzałem skrzynkę na listy. W końcu jest - odpowiedź. Otwierając kopertę snułem już plany na co wydam zaoszczędzoną kasę i jednocześnie byłem z siebie dumny, że w ogóle odpowiedzieli. W piśmie, po oficjalnym wstępie, w skrócie napisali "pocałuj nas pan w nos - nasza oferta w obecnej formie jest świetna i kto nie skorzysta ten frajer".

      Cóż, nadzieje na zmniejszenie kredytu na atrakcyjnych warunkach oraz na nakłonienie banku do kompromisu upadły na podłogę zadłużonego mieszkania i się rozprysły na drobne kawałeczki. Ale w końcu dobrze, że pan dyrektor w ogóle odpowiada maluczkim, bo mógłby się zajmować czymś przyjemniejszym. Bank - moim skromnym zdaniem - zaprzepaścił duża szansę, żeby zbić ogromny kapitał zaufania u klienta. Po pierwsze oddział banku jawi się teraz w jego oczach jako zupełnie niepotrzebna struktura, w której siedzą ludzie odpowiedzialni za to, żeby zabłąkany klient jak najszybciej sobie poszedł. Po drugie pan dyrektor od hipotek mógł doprowadzić klienra do ekstazy, proponując mu cokolwiek, choćby niewielką obniżkę kursu. Albo jeszcze lepiej: proponując obniżkę w zamian za zacieśnienie relacji z bankiem (może jakiś debecik, karta, konto oszczędnościowe, fundusz inwestycyjny, ubezpieczenie...). Na zasadzie - "ty robisz coś dla mnie, a ja dla ciebie". Ot, taka partnerska relacja biznesowa. Szczegóły mój czytelnik mógłby ustalić z pracownikiem placówki. Po cóż innego mają te placówki istnieć? Żadna z tych rzeczy się niestety nie zdarzyła - bank po prostu pokazał klientowi środkowy palec, choć mógł zyskać jego lojalność na długie lata.

      Sens istnienia placówek bankowych jako miejsc, w których klient czuje się jak w domu, jest rodzinnie, życzliwie i miło, podważyli też pracownicy banku ING. Nie złamali żadnego punktu regulaminu, bowiem historia, którą opowie Wam jeden z moich czytelników, nie jest przewidziana żadnym regulaminem (poza wewnętrznymi przepisami banku). To zwykła historia życiowa, która może zdarzyć każdemu. To właśnie takie sytuacje są okazją, by bank zyskał przyjaźń klienta i łatwiej robił z nim interesy w przyszłości.

      "Któregoś dnia w listopadzie nie zdążyłem przed godziną 18.00 wejść do oddziału banku ING. Przed drzwiami byłem dokładnie o godz. 18.01. Cztery panie, które obsługiwały jeszcze dwóch klientów, widziały, że cierpliwie czekam przy szklanych drzwiach. Kiedy jedna z nich podeszła, zacząłem tłumaczyć jej, że wiem która jest godzina, ale bardzo mi zależy na wpłaceniu na swoje konto znacznej sumy pieniędzy. I że nie mam przy sobie karty bankomatowej, bo po włamaniu do mojego mieszkania przed dwoma dniami zostałem zmuszony do zastrzeżenie tej karty. Nie mogę więc skorzystać z wpłatomatu, a nie chcę trzymać pieniędzy w domu, Pani poradziła się drugiej pani i zatrzasnęła drzwi"

      Zawiedziony klient chwilę postał, pocałował klamkę oddziału i postanowił zadzwonić na help-line. Kolejna pani musiała wysłuchać jego historii, po czym doradziła, żeby skorzystał z usług oddziału w sąsiedniej miejscowości, który jest dłużej otwarty. Tam okazało się, że oddział co prawda jest, ale nie ma obsługi kasowej, więc pieniędzy żadnych nie przyjmie. Czyli: klient spóźnił się jedną minutę, jest w sytuacji awaryjnej, a nikt z banku, którego jest od kilkunastu lat klientem, nie był w stanie pomóc. Spostrzeżenie klienta jest takie, że ING Bank ma coś wspólnego z bankiem szwajcarskim: zamknął się punktualnie jak w "szwajcarskim zegarku". Ale odnoszę wrażenie, że w banku szwajcarskim nikt chyba nie odprawiłby klienta z grubszą gotówką w ręku, nawet po godzinach. Chociaż w banku twierdzą, iż nic w tej sprawie nie dało się zrobić, bo rządzi tu automat:

      "Drzwi w oddziale zamykają się automatycznie o godzinie 18.00. Wpuszczenie klienta do oddziału oznaczałoby złamanie obowiązujących procedur i zasad bezpieczeństwa. Po zaryglowaniu drzwi  nie wolno ich ponownie otwierać i wpuszczać klientów do oddziału. Doradca chciał pomóc klientowi, dlatego konsultował swoją decyzję z innymi doradcami w placówce".

      Czytelnik sobie tę historię zapamięta na dłużej, zwłaszcza że regularnie dostaje z banku telefony, aby się spotkać w wolnej chwili w oddziale (tym samym, w którym zamknięto mu drzwi przed nosem) i kupić "kolejny rewelacyjny produkt". Bardzo jestem ciekaw czy po tej przygodzie pracownikom ING uda się zaprosić klienta do placówki. Ja w każdym razie życzę powodzenia

  • poniedziałek, 15 grudnia 2014
    • Kto będzie Hapi, czyli Provident wchodzi do internetu. Chce zabić chwilówki Wongi i Vivusa?

      Oferta dostawy szybkiej gotówki dla tej części Narodu, która lubi pożyczać pieniądze całkiem online, bez ruszania się z fotela, z przelewem kasy w ciągu 15 minut, (oraz dla osób, które wypadają ze scoringów bankowych ze względu na formę zatrudnienia) rozrasta się w tempie iście imponującym. Sęk w tym, że model pożyczek online w największym stopniu zagospodarowały firmy chwilówkowe, udzielające pożyczek niskokwotowych, na bardzo krótki termin. Firmy pożyczkowe specjalizujące się w pożyczaniu większych kwot na dłużej - jak Provident, czy Profi Credit - do tej pory żyją głównie z tradycyjnej, stacjonarnej sprzedaży. Profi Credit już jakiś czas temu wprowadzili pożyczki online, ale nie można powiedzieć, by był to znaczący kanał sprzedaży w tej firmie. Doszło do tego, że model firm chwilówkowych zaczęły kopiować nawet niektóre banki - vide ostatnia oferta pożyczki-chwilówki udzielanej online w ciągu kwadransa przez Bank Smart.

      Skoro już rynek się podzielił w taki sposób, że potrzebujący pieniądza "na chwilę" pożyczają online, a ci zaciągający większą pożyczkę na dłużej - idą do placówki lub przedstawiciele firmy chwilówkowej, to ten podział mógłby tak trwać jeszcze przez jakiś czas. Tyle, że firmom chwilówkowym - w tej części pożyczkowego rynku panuje wyjątkowo twarda konkurencja - nie wystarcza już ta część tortu, którą zajęły. Coraz bardziej "macają" tę część rynku, w której do tej pory bezpiecznie czuły się firmy pożyczkowe w rodzaju Providenta. Pierwsza pożyczka gratis (bonus nieosiągalny dla zwykłych firm pożyczkowych, a zwiększający prawdopodobieństwo zadzierzgnięcia długoterminowej relacji z klientem), zwiększanie dostępnych kwot dla lojalnych klientów, a przede wszystkim wydłużanie okresu spłaty pożyczek (vide ostatni pomysł Wongi) - to znak, że firmy chwilówkowe wchodzą na pole "tradycyjnych" firm pożyczkowych.

      Wchodzą nie tylko większym wolumenem, ale i zabierając klasycznym pożyczkodawcom "jakość". Bo nie trzeba być Einsteinem, żeby zauważyć, że klienci online w większym stopniu pożyczają dlatego, że chcą, świadomie wybierając łatwość i wygodę, a nie dlatego, że nie mają z czego żyć. W "stacjonarnych' firmach pożyczkowych pozostają w większej części klienci subprime. I to jest zapewne powód, dla którego potentat na rynku tradycyjnych pożyczek - Provident - wprowadził na rynek nową markę: Hapi Pożyczki. Wystartowało to-to od dziś i ma być dla Providenta zabezpieczeniem na wypadek, gdyby rynek zmienił się tak, iż zdominują go pożyczki online. Provident nie jest aż tak szalony, żeby dla testowania nowego modelu robienia biznesu pożyczkowego zaryzykować tożsamość swojej marki, stąd powołanie nowej. Czy to będzie sukces? Zobaczymy, ale do tej pory doświadczenia pozabankowych pożyczkodawców ze sprzedawaniem online pożyczek na dłuższy termin i o większej wartości nie były zbyt dobre.

      hapipozyczkihomepage

      Czym zamierza wyróżnić się Hapi Pożyczki? Głównie elastycznością. Na starcie można pożyczyć od 1500 zł do 7500 zł na okres od trzech miesięcy do dwóch lat, zaś raz na pół roku masz możliwość zawieszenia raty. Cena? Przy najniższej możliwej pożyczce (lepiej od takiej zacząć, żeby nie odpaść przy scoringu) miesięczna rata wynosi 198 zł, zaś roczny koszt - 876 zł. Można to porównać z oprocentowaniem bankowego kredytu na poziomie 90-95% w skali roku. W firmie chwilówkowej podobna pożyczka (pomijając promocję typu "pierwsza pożyczka gratis") kosztowałaby 110-220 zł miesięcznie, czyli drożej. W "elektronicznym Providencie" jest więc taniej, niż u "chwilówkowiczów" choć wciąż potwornie drogo w porównaniu z bankiem (nawet najbardziej "podkręcone" kredyty gotówkowe w banku nie kosztują więcej, niż 40% w skali roku. Więcej o Hapi Pożyczkach poczytasz na stronie nowej usługi.

       hapipozyczki21

      Hapi chce dorównać "chwilówkowiczom" w szybkości dostawy pieniędzy. Teoretycznie pożyczka może być na koncie klienta w ciągu kwadransa: wniosek pożyczkowy wypełnia się elektronicznie, a potwierdzenie tożsamości następuje przelewem weryfikacyjnym (jeśli pójdzie "ekspresem" to jest szansa na szybkie uruchomienie pożyczki). Dodatkowo jeszcze jest autoryzacja umowy hasłem SMS na telefon komórkowy. Sam wniosek o pożyczkę nie należy do najprostszych. Poza danymi osobowymi i kontaktowymi (e-mail, adres i telefon), trzeba podać np. stan cywilny, wykształcenie, poinformować czy ma się samochód i mieszkanie własnościowe, w jakiej formule zarabia się pieniądze (etat, umowa cywilna) i od jak dawna w obecnej firmie (trzeba też podać nazwę pracodawcy), czy ma się kartę kredytową, numer konta bankowego... Sporo tego. Firma weryfikuje klientów w biurach informacji gospodarczej, co jest jeszcze jednym dowodem na to, że Hapi chce odbić co lepszych klientów firmom chwilówkowym. Czy osiągnie sukces? Nie chce mi się wierzyć, by Provident wysupłał na reklamowanie nowej usługi tyle pieniędzy, ile wydają Wonga, czy Vivus. A tu właśnie wydatki marketingowe mogą być kluczem do sukcesu.

      POŁÓŻ POD CHOINKĘ SUBIEKTYWNOŚĆ Z AUTOGRAFEM. Jeśli nie masz dobrego pomysłu na prezent dla najbliższych pod choinkę, to zapraszam do mojej specjalnej oferty gwiazdkowej. Moją najnowszą książkę  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" możesz mieć z duuuużym rabatem i na dokładkę z moim autografem. Wystarczy, że klikniesz ten link, wrzucisz książkę do koszyka i przy wycenie zamówienia wpiszesz kod promocyjny "samcik20".

      Samcik_podpis

      Możesz też kupić w bardzo promocyjnej cenie dwie książki - mój poradnik o oszczędzaniu pieniędzy i budowaniu finansowej zamożności oraz powieść z giełdą w tle o tym jak źli ludzie robią wielkie pieniądze na "wyciskaniu" nas, drobnych ciułaczy oraz o dobrych ludziach, którzy próbują im w tym przeszkodzić. Dwie świetne książki pod choinkę zamówisz w mocno obniżonej cenie klikając ten link.  Kto woli e-booki, powinien udać się na zakupy samcikowych książek do sklepu www.publio.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Kto będzie Hapi, czyli Provident wchodzi do internetu. Chce zabić chwilówki Wongi i Vivusa?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 grudnia 2014 21:16
    • Do Biedronki po zakupy i... bardzo tani kredyt. Ale są warunki. Auchan też pożycza. "Za darmo"

      Z coraz większym zaciekawieniem obserwuję sojusze międzysektorowe z udziałem przedstawicieli branży bankowej. Mam bowiem coraz silniejsze przekonania, że tradycyjne banki, z siecią placówek i eksponowanym szeroko logo, nawet jeśli będą coraz piękniejsze, będą też powoli ustępowały miejsca bankom działającym "w tle", jako dostawcy finansowania dla konsumentów nie mających z tymi bankami nic wspólnego. Jesteś u operatora telekomunikacyjnego, to przy okazji skorzystasz z finansowania bankowego w wymianie telefonu. Wchodzisz do samolotu, a bank współpracujący z linią lotniczą proponuje pożyczkę na wycieczkę wakacyjną. Jesteś w sklepie, to możesz przy okazji płacenia za zakupy zassać mały kredycik gotówkowy. Niektóre polskie banki próbują już działać według tego modelu, przynoszącego korzyści obu stronom (czy korzysta na tym trzeci uczestnik, klient - to sprawa dyskusyjna). Taki np. prezes Alior Banku skoczył z tej okazji do Tesco. Sęk w tym, że wciąż zbyt często są to próby ze wszech miar nieudolne. Swoją szansę koncertowo marnuje, moim zdaniem, Bank Pekao, który ma partnerstwo strategiczne z siecią sklepów Biedronka, liczącą pewnie ze 2500 punktów sprzedaży w całej Polsce.

      Biedronka była pierwszą dużą siecią detaliczną, w której można było płacić za pośrednictwem telefonu i systemu PeoPay. Ale szybko okazało się, że klienci Pekao dla samej tylko przyjemności płacenia smartfonem w Biedronce nie założą sobie PeoPay'a, zaś Bierdronka wprowadziła tradycyjne płatności kartowe przy których PeoPay przestał być atrakcją (choć teraz, w nowej postaci, znów nabiera blasku). Obecnie Pekao reklamuje w sklepach Biedronka już nie PeoPay'a, lecz ciekawe rozwiązanie kredytowe - 1000 zł pożyczki na rok z oprocentowaniem 0,01%. Pożyczka jest wpłacana na specjalną kartę płatniczą, którą przez pierwsze pół roku można płacić... wyłącznie w Biedronce. Nie będzie honorowana w żadnym innym punkcie handlowym, ani w bankomatach. A więc mamy tu typowy program lojalnościowy: tani kredyt w zamian za wyłączność na jego wykorzystanie (przynajmniej w dużej części, jeśli nie w całości) w ramach konkretnej sieci. Albo inaczej: Biedronka oferuje swoim lojalnym klientom praktycznie darmowy kredyt, który można zassać przy okazji codziennych zakupów.

      pekao_biedroPrzedsięwzięcie ma charakter promocji, która kończy się już z końcem grudnia 2014 r. Pomysł jawi się nam jako nader zacny przykład dobrej współpracy między sklepem, mającym dostęp do milionów klientów i bankiem, który temu sklepowi napędza obroty. Niestety, rzeczywistość skrzypi. Pierwszy problem polega na tym, że kredytu nie można wziąć bezpośrednio w sklepie. Trzeba iść do Banku Pekao i powiedzieć, że jest się klientem Biedronki - wtedy dopiero w banku spiszą z nami wniosek kredytowy i tego samego lub następnego dnia wypłacą pieniądze (tak powiedzieli mi w infolinii, dwa razy się upewniałem, że w XXI wieku bank może przez 24 godziny rozpatrywać wniosek o szybką pożyczkę - niestety, to nie jest żart). W dodatku żeby bank w ogóle zechciał rozpatrzyć wniosek kredytowy na 1000 zł, trzeba wydrukować ze strony banku, wypełnić i przynieść w zębach zaświadczenia o zatrudnienia oraz dwa dowody tożsamości. Drugi problem z preferencyjnym kredytem dla klientów Biedronki jest jeszcze bardziej prozaiczny - że wcale nie jest on taki supertani. Oprocentowanie rzeczywiście jest symboliczne, ale prowizja za udzielenie pożyczki wynosi 6%. A - jak wiemy - prowizja liczona od całego kredytu z góry boli bardziej, niż oprocentowanie liczone od spadającego salda.

      Owe 60 zł prowizji to tyle, ile kosztuje kredyt z oprocentowaniem 11% bez prowizji. Owszem to jeden z tańszych kredytów gotówkowych na rynku, ale pamiętajmy, że przez pół roku będziemy mogli go "używać" tylko w sklepach Biedronka. Bank i sieć sklepów mogły się bardziej wysilić. I sporządzić ofertę albo łatwiej dostępną (konieczność biegania do oddziału Banku Pekao bardziej wkurza, niż rozczula) lub jeszcze bardziej atrakcyjną cenowo (żeby klientom sklepów chciało się biegać z rozwianym włosem do banku). Karta pre-paid, na której będzie "załadowany" kredyt, też nie musi być dla klienta całkiem darmowa. Gdybym po pół roku chciał wypłacić z karty to, co zostało po robieniu "obowiązkowych" zakupów w Biedronce przez pierwsze pół roku, to zapłacę 5 zł prowizji (przy pekaowskich kartach typu pre-paid nie ma czegoś takiego, jak "bankomat własny", wszystkie bankomaty są obce i obciążone taką samą prowizją). Z taryfy opłat wynika, że sprawdzenie za pomocą SMS-a ile pieniędzy zostało na karcie kosztuje 20 gr., natomiast ta sama operacja w bankomacie - już 3 zł (bez opłat sprawdzamy tylko w systemie bankowości internetowej Pekao). Można więc nadziać się na dodatkowe opłaty, które - nieznacznie, ale jednak - podbijają koszt kredytu. 

      kredytoney1O ile jednak o kredycie reklamowanym w Biedronce można powiedzieć, że przynajmniej nie zabija ceną, to kredyt z hipermarketu Auchan (a przy okazji też w Leroy Merlin) jest oszustwem w czystej postaci. Przekaz marketingowy jest następujący: tu (czyli w sieci punktów Oney, współpracujących z bankiem Credit Agricole) możesz dostać kredyt bez żadnych odsetek. W odróżnieniu od oferty "biedronkowej" tu mamy w każdym sklepie punkty obsługi klientów i na miejscu można wypełnić wniosek o pożyczkę. Czy ktoś z czytelników wierzy, że jest to darmowy kredyt? Oczywiście: nie jest. Ale nie sądziłem, że aż tak wiele dzieli go od darmowości. Po pierwsze: minimalny limit pożyczki bez odsetek to 12.000 zł. W sam raz starczy na zakupy świąteczne na wypasie ;-). O ile odsetek w tej "superofercie" rzeczywiście brak, to jest prowizja i ubezpieczenie. Prowizja wynosi... 9,99%. Już ona sama sprawia, że każdy potencjalny klient powinien wiać na pierwsze napotkane drzewo, widząc na horyzoncie punkt Oney. A ubezpieczenie też nie jest tanie: kosztuje mniej więcej 10 zł za każdy pożyczony tysiąc miesięcznie. Pożyczamy więc 12.000 zł i choć pożyczka jest bez odsetek, płacimy na starcie 1200 zł prowizji i 1500 zł ubezpieczenia - w sumie koszt "kredytu bez odsetek" wynsi 2700 zł. To równowartość kredytu z oprocentowaniem... 40% w skali roku. Jeśli takimi "atrakcjami" Auchan i Leroy Merlin chcą przyciągać klientów i budować ich popyt na większe zakupy, to współczuję. Stuknijcie się Państwo w głowę.

      POŁÓŻ POD CHOINKĘ SUBIEKTYWNOŚĆ Z AUTOGRAFEM. Jeśli nie masz dobrego pomysłu na prezent dla najbliższych pod choinkę, to zapraszam do mojej specjalnej oferty gwiazdkowej. Moją najnowszą książkę  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" możesz mieć z duuuużym rabatem i na dokładkę z moim autografem. Wystarczy, że klikniesz ten link, wrzucisz książkę do koszyka i przy wycenie zamówienia wpiszesz kod promocyjny "samcik20".

      Samcik_podpis

      Możesz też kupić w bardzo promocyjnej cenie dwie książki - mój poradnik o oszczędzaniu pieniędzy i budowaniu finansowej zamożności oraz powieść z giełdą w tle o tym jak źli ludzie robią wielkie pieniądze na "wyciskaniu" nas, drobnych ciułaczy oraz o dobrych ludziach, którzy próbują im w tym przeszkodzić. Dwie świetne książki pod choinkę zamówisz w mocno obniżonej cenie klikając ten link.  Kto woli e-booki, powinien udać się na zakupy samcikowych książek do sklepu www.publio.pl.

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z GRAND PRESS ECONOMY! Spotkał mnie w zeszły czwartek kolejny zaszczyt. Redakcja branżowego miesięcznika "Press" przyznała mi nagrodę Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza zajmującego się tematyką ekonomiczną. "Za profesjonalizm, przestrzeganie zasad etyki dziennikarskiej i rzetelną prezentację tematyki ekonomicznej". Nominowanych dziennikarzy zgłaszali ekonomiści, eksperci ze świata finansów, dziennikarze oraz szefowie redakcji ekonomicznych. Jest mi niezwykle miło, że po dziewięciu latach od odebrania nagrody Grand Press (za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach) moja praca znów została doceniona. Ale pewnie by do tego nie doszło, gdyby nie sukces blogu "Subiektywnie o finansach", do którego walnie się przyczyniacie. 

      gpeconomysamcik3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Do Biedronki po zakupy i... bardzo tani kredyt. Ale są warunki. Auchan też pożycza. "Za darmo"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 grudnia 2014 08:30
  • piątek, 12 grudnia 2014
    • Kolejny bank mówi, że gwarantuje najtańszy kredyt na święta. No, chyba, że... się rozmyśli

      Niedawno było w blogu o firmach pożyczkowych, ścigających się która na święta pożyczy nam więcej bez odsetek. Oczywiście w pakiecie z nadzieją, że nie oddamy w terminie. A wtedy pożyczkodawca zarobi swoje na opłatach przypominawczych, za przedłużenie terminu spłaty albo windykacyjnych (d wyboru, do koloru). Albo na kolejnej pożyczce, bo razem z pierwszą pożyczką często "idzie" od razu cała linia pożyczkowa, czyli możliwość bardzo łatwego - praktycznie na jeden klik - zasysania pożyczki w przyszłości (oczywiście już nie za darmo). Bardzo nie lubię tego typu ofert, uważam bowiem, że oferowanie czegokolwiek na rynku finansowym według zasady "pierwsza działka gratis" musi czynić głębokie szkody w głowach klientów. Zresztą są badania pokazujące, że nasz mózg wariuje widząc cenę "zero". Banki bawią się inaczej. One ścigają się na to który oferuje lepszą gwarancję najniższego kosztu pożyczki. Do tej pory główne role w tym boju odgrywały Alior Bank (prekursor tego sposobu przyciągania klientów) oraz Bank Millennium. Pierwszy obiecuje najniższą ratę, a drugi - najniższe oprocentowanie.

      alior_1000zdarmo

      Żeby było zabawniej - w żadnym banku standardowy koszt pożyczki nie wygląda na najatrakcyjniejszy i żaden z banków nie wygrywa rankingów na najtańszą pożyczkę. Wygląda na to, iż oba banki liczą na to, że klient ich nie sprawdzi. A tylko dobrze się poczuje przyjmując na wiarę, że skoro w banku mówią, iż jest najtaniej, to... widocznie jest ;-). Taką nadzieję muszą mieć też w mBanku, w którym od niedawna również gwarantują najniższe oprocentowanie. Zarówno Bank Millennium, jak i mBank idą po linii małego oporu, bo zagwarantować najniższe oprocentowanie i dalej zarabiać swoje nie jest żadną sztuką - wystarczy dorzucić do kredytu obowiązkowe ubezpieczenie, albo prowizję. Są już na rynku "bardzo tanie" kredyty z małym oprocentowaniem i prowizją sięgającą 13%. Ostatnio do gry na boisku pt. "to my oferujemy najtańszy kredyt" przystąpił kolejny pretendent - Bank Pocztowy. Kilka tygodni temu wprowadził do oferty "Kredyt z Ratą ZawszeNajniższą. Z nazwy wynika, że bank wybrał trudniejszą drogę, aliorowską i bo do raty banki zwykle wrzucają skredytowaną prowizję i ubezpieczenie - jeśli to wszystko miałoby być razem najtańsze na rynku, to już nie ma gdzie zachachmęcić.

      pocztowynajnizszo_rata

      Przyjrzałem się regulaminowi pocztowej pożyczki. Oprocentowanie standardowe wynosi "do 12%" (a prowizja do 16% ;-)), zaś żeby skorzystać z gwarancji "najtańszości" trzeba się szarpnąć na grubszą gotówkę - oferta obowiązuje dla kredytów powyżej 11.000 zł (w ten sposób bank "produkuje" u klientów pokusę, żeby wzięli więcej, niż tak naprawdę potrzebują, bo przecież "jest najtaniej"). W dodatku ów próg jest określony jako "kredyt netto", czyli - jeśli dobrze rozumiem - bez skredytowanych opłat, prowizji i ewentualnych składek ubezpieczeniowych. Zakładając, że coś-tam bank zawsze pobierze i dorzuci do kredytu, uzyskujemy próg jeszcze wyższy, niż ten "oficjalny". Ale nic to: działa najwyraźniej nieśmiertelna rynkowa zasada, mówiąca, że aby było tanio, musi być dużo. Po taniość można przyjść do Banku Pocztowego zarówno przed podpisaniem umowy kredytowej (w ręku z arkuszem informacyjnym z innego banku, potwierdzającym, że tam kredyt jest naprawdę bardzo tani), albo w ciągu 14 dni po podpisaniu umowy z Bankiem Pocztowym (pod tym względem nie jest to tak żelazna gwarancja, jak ta, którą daje Alior, bo ten ostatnio "utwardził" swoją obietnicami, że jego kredyt będzie dla klienta najtańszy przez cały okres spłaty, a nie tylko przy zawarciu umowy).

      Przeczytałem regulamin promocji Banku Pocztowego. Czego się dowiedziałem? Ano tego, że aby skorzystać z promocji trzeba mieć zdolność kredytową, czyli pomyślnie przejść przez pocztowy scoring (to naturalne). Że promocja nie obejmuje kredytów ratalnych (w tym rat zero procent), debetów, kart kredytowych, pożyczek samochodowych i hipotecznych, ani debetów (to też standardowe zabezpieczenie banków). Że nie można kredytem z tej oferty konsolidować innych kredytów zaciągniętych w Banku Pocztowym (też naturalne, w przeciwnym razie bank zjadałby swój własny ogon). Że tańsza oferta od konkurencji musi być na tę samą kwotę, ten sam okres i w tej samej konfiguracji cross-sellowej (np. jeśli w Banku Pocztowym kredyt jest z ubezpieczeniem, to propozycja od konkurencji też musi być z ubezpieczeniem). Że w przypadku, gdyby realizacja obietnicy wymagała obniżki oprocentowania nominalnego do poziomu poniżej 5,9% w skali roku, klient musi przynieść od konkurencji nie tylko formularz informacyjny, ale już podpisaną umowę kredytową lub co najmniej promesę.

      To łagodniejsze warunki, niż w Alior Banku, bo w "wyższej kulturze bankowości" ta "szykana" zaczyna się już od 9,9%. Aczkolwiek w Banku Pocztowym zastrzegają sobie prawo do utrudnienia życia zbyt "taniemu" klientowi także w inny sposób: "Bank zastrzega sobie prawo do zażądania od klienta zaświadczenia z innego banku, który wydał Formularz Informacyjny, potwierdzającego zawarte w formularzu warunki kredytowe". To niebezpieczny zapis, bo po pierwsze nie każdy konkurencyjny bank takie zaświadczenie (dublujące formularz informacyjny) może chcieć wydać, a już na pewno żaden nie zrobi tego za darmo. Jest to więc pewnego rodzaju bat na klienta, który chciałby od Banku Pocztowego zbyt wiele - można zażądać od klienta umowy (lub promesy) od konkurencji oraz zaświadczenia, za które klient będzie musiał u konkurencji zapłacić. Jest szansa, że wtedy uda się gnoma zniechęcić do korzystania z gwarancji najniższej raty. Najdziwniejszy zapis, jaki znalazłem w ofercie Banku Pocztowego, dotyczy możliwości wyrzucenia klienta przez okno, jeśli przyniesie z konkurencyjnego banku ofertę, która się nie spodoba. "Bank zastrzega sobie prawo do podjęcia decyzji odmownej w odniesieniu do obniżenia raty na kredycie". To chyba wtedy, jak już wszystko inne zawiedzie ;-).

      Oferta Banku Pocztowego nie jest więc propozycją bez wad. Z pewnością jest jednak "na czasie". Sądzę, że na gwarancjach najniższego kosztu kredytu i to przez cały czas jego trwania się nie skończy. Banki powoli zaczynają wkraczać na poletko firm pożyczkowych. Np. Alior w ostatniej promocji zawarł jeszcze jeden bonus dla klientów: "Pierwszy 1000 zł pożyczki za darmo" (patrz zdjęcie powyżej). Na razie dotyczy to tylko całkiem dużych pożyczek, na kwotę od 15.000 zł, ale wydaje mi się, że bank zaczną się ścigać z pozabankowymi pożyczkodawcami także z wykorzystaniem argumentu, że "ten kredyt jest za darmo". Takie rozwiązania testują już niektóre banki przy okazji kredytów odnawialnych w rachunku (czyli popularnych debetów). W kilku bankach widziałem - promocyjnie lub na stałe - oferty typu "debet do 1000 zł bez opłat", albo "kredyt odnawialny do 7 dni bez oprocentowania". Im bardziej agresywna będzie rywalizacja firm pozabankowych na polu "darmowości", tym większa będzie spoczywająca na bankach presja, żeby postępować podobnie. I dlatego trzeba jak najszybciej utrącić możliwość pożyczania pieniędzy "za darmo". Nie wiem czy da się to zrobić ustawą (każde prawo można próbować obejść), ale gdyby firmy pożyczkowe musiały współodpowiadać za tarapaty finansowe, w które wpuścił klienta "darmowymi pożyczkami"

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z GRAND PRESS ECONOMY! Spotkał mnie w czwartek kolejny zaszczyt. Redakcja branżowego miesięcznika "Press" przyznała mi nagrodę Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza zajmującego się tematyką ekonomiczną. Wcześniej nominowanych dziennikarzy zgłaszali ekonomiści oraz szefowie redakcji ekonomicznych. Jest mi niezwykle miło, że po dziewięciu latach od odebrania pierwszego Grand Pressa (za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach) znów moja praca została doceniona. Ale pewnie by do tego nie doszło, gdybyście Wy, moi czytelnicy, za mną murem nie stali. Dziękuję! 

      gpeconomysamcik3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny bank mówi, że gwarantuje najtańszy kredyt na święta. No, chyba, że... się rozmyśli”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 grudnia 2014 09:38
    • Grand Press się subiektywizuje, czyli jak wejść drugi raz do (mniej więcej) tej samej rzeki ;-)

      gpeconomysamcik2Kiedy dziewięć lat temu odbierałem - wspólnie z Bianką Mikołajewską - nagrodę Grand Press za cykl tekstów poświęconych nieprawidłowościom w SKOK-ach, nie sądziłem, że kiedyś ponownie będę miał przyjemność stanąć na miejscu dla zwycięzców tego konkursu. I znów otrzymać jedną z najbardziej prestiżowych nagród dziennikarskich przyznawanych nad Wisłą. W czwartek wieczorem miałem zaszczyt odebrać na uroczystej gali w warszawskiej "Fabryce Trzciny" nagrodę Grand Press Economy "dla dziennikarza wyróżniającego się profesjonalizmem, rzetelną i obiektywną prezentacją tematów ekonomicznych, wysoką jakością publikowanych materiałów". Odebrałem ją z rąk prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełło, który mówił prz tej okazji o naszych wspólnych, dolnośląskich korzeniach ;-)). Strasznie, potwornie i okropnie ;-) się cieszę i dziękuję redakcji miesięcznika "Press", że doceniła moją pracę oraz to, że staram się w miarę zgrabnie łączyć "stare media" (czyli papierową "Gazetę Wyborczą") z nowymi - blogiem, Facebookiem, Twitterem, YouTube - robię to wyłącznie dlatego, żeby być jak najbliżej Was, moich czytelników i odbiorców. Mój szef powiedział kiedyś, że my, dziennikarze, tak naprawdę pracujemy "w usługach dla ludności". Dlatego warto iść za odbiorcami i być tam, gdzie mogą cię potrzebować. Nikt nie wie lepiej, niż dziennikarze "Press", piszący na co dzień o dziennikarzach, ile zdrowia i czasu kosztuje rzetelne wykonywanie tej roboty. Dlatego chylę czoła przed jury. Dziękuję też 31 ekspertom, szefom redakcji ekonomicznych, dziennikarzom branżowym za nominację do tej nagrody. 

      gpeconomysamcik1Takie momenty są dla mnie potwierdzeniem, że droga, którą wybrałem, choć nie należy do najłatwiejszych, jest słuszna. Że można jednocześnie próbować uprawiać poważną publicystykę, zabierać głos w najważniejszych sprawach dotyczących finansów, pisać o trendach i kierunkach rozwoju branży bankowej, próbować być opiniotwórczym dziennikarzem finansowym i... w tym samym czasie kopać bankowców po kostkach, jechać po bandzie opisując w blogu (i w papierze) ich błędy i brudne zagrywki, walczyć w niewyszukany sposób, by zachowywali się fair. Staram się tę robotę wykonywać tak, jak najlepiej potrafię i wiem, że po drodze mam na koncie niemało błędów. Ale to super, że zdaniem fachowców bilans tego mojego "tańcowania na linie" jest dodatni. Pewnie byłoby mi trudniej, gdybym nie miał "ciepłego gniazdka" w redakcji: czyli "góry", przy której mogę swobodnie realizować każdy zwariowany pomysł, jaki mi przyjdzie do łepetyny oraz ekipy koleżanek i kolegów, która odwala czasem "czarną robotę" w redakcji, żebym ja mógł w tym czasie bujać w obłokach. Od 17 lat pracuję w jednej redakcji - nie dlatego, żebym nie miał okazji czegoś w życiu zmienić - po prostu przy pisaniu lubię być wolny jak ptak, a ci goście mi to umożliwiają.

      Ten wieczór, gdy odebrałem Grand Press Economy, kończy kolejny wybitnie udany dla mnie rok. Udany dzięki Wam - czytelnikom i odbiorcom - którzy czytacie mnie w "Wyborczej" i "Pieniądzach Ekstra", w blogu, do którego zagląda ponad 200.000 czytelników miesięcznie, na Facebooku, gdzie śledzi mnie prawie 26.000 fanów oraz na Twitterze (prawie 4000 followersów), YouTube (tam w moim "kinie" siedzi prawie 1000 osób), w Google+, na Instagramie... Poza Grand Pressem w tym roku zdobyłem też nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych oraz byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby. Cieszyłem się też z nominacji do nagrody Związku Banków Polskich (otrzymał ją Wojtek Boczoń z Bankiera.pl) oraz nominacji do studenckiej nagrody MediaTory (w "mojej" kategorii zwyciężyła Ewa Ewart). Na długiej liście nagród, do których się przyczyniliście w poprzednich latach są też: nagroda im. Władysława Grabskiego, przyznawana w konkursie organizowanym przez NBP (2013, a we wcześniejszych latach dwa wyróżnienia w tym konkursie), nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego (przyznawana przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie, dostałem ją w 2011 r.), Nagroda Specjalna Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (2012), Nagroda im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (2004), nagroda Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (2007), nagroda "Złote Skrzydła" w konkursie Krajowego Rejestru Długów (2010), III Nagroda w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego (2006). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (2011).

      gpeconomysamcik3

      grendpresseconomysamcik4

      grandpress2014all

      A w konkursach organizowanych przez Press poza dwoma nagrodami Grand Press (dziennikarstwo specjalistyczne w 2005 r. i Grend Press Economy) ucieszyła mnie też nominacja do nagrody Grand Press Digital (2013) oraz tytuł najlepszego bloga dziennikarskiego o ekonomii (2014). A także fakt, że w zeszłorocznej edycji konkursu na Dziennikarza Roku zająłem wysokie, siódme miejsce - najwyższe wśród dziennikarzy ekonomicznych. Sami widzicie, że skalpów dzięki Wam zdobyłem sporo. Ale ten najnowszy będzie dla mnie zawsze bardzo cenny - bo Grand Press to konkurs, w którym bardzo rzadko wraca się na szczyt. Gratuluję serdecznie współnominowanym do Grand Press Economy: Pawłowi Blajerowi (TVN 24 Biznes i Świat), Bartkowi Godusławskiemu (PAP Biznes) oraz Rafałowi Wosiowi („Dziennik Gazeta Prawna”). Ogromne gratulacje dla moich kolegów pracujących i piszących dla "Gazety Wyborczej", który też zdobyli nagrody Grand Press. Piotr Andrusieczko został Dziennikarzem Roku, Paweł Wilkowicz ze Sport.pl - wicedziennikarzem roku. Elżbieta Sidi wygrała w kategorii "Publicystyka", Anna Śmigulec - w kategorii "Reportaż", Grzesiek Sroczyński dał czadu najlepszym wywiadem, Darek Kortko i Justyna Watoła byli najlepsi w "Dziennikarstwie Specjalistycznym". A do tego moi koledzy zgarnęli masę nominacji! To naprawdę ogromna przyjemność i zaszczyt pracować w takim towarzystwie. 

      grandpress2014gw

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Grand Press się subiektywizuje, czyli jak wejść drugi raz do (mniej więcej) tej samej rzeki ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 grudnia 2014 02:18
  • czwartek, 11 grudnia 2014
    • Pan prezes i jego bańka, czyli świąteczne orędzie do Narodu. W sprawie chwilówek i dziennikarzy

      Zbliżają się najbardziej rodzinne święta w roku. W Boże Narodzenie zwykli ludzie składają sobie życzenia, zwierzęta przemawiają ludzkim głosem, zaś ważne osobistości wygłaszają orędzia. Jeśli ktoś nie jest prezydentem lub papieżem, to wygłasza orędzie wcześniej, żeby zdążyło wybrzmieć, zanim zaczną wygłaszać godniejsi. Zapewne z tego powodu już teraz orędzie do Narodu wygłosił Paweł Kosmala, prezes Górnośląskiego Towarzystwa Finansowego, czyli jednego z dużych brokerów finansowych na Południu (współpracuje z bankami, ale i z co najmniej jedną firmą pozabankową). Orędzie pana prezesa Kosmali poświęcone jest prawu każdego z nas, by spędzić godnie święta, w miarę możliwości - za pożyczone pieniądze. Manifest ów nosi bowiem wzruszający tytuł "W obronie pożyczek-chwilówek". I nie sposób przeczytać go bez chusteczek do nosa w zanadrzu.

      "Zbliżają się Święta i koniec roku. W tym okresie zwiększa się naturalna potrzeba zaciągnięcia kredytu. Konieczność zakupu świątecznych upominków, eleganckich kreacji sylwestrowych czy potrzeba realizacji marzeń, np. wyjazdów do górskich kurortów, czy też zakupu dóbr luksusowych, powoduje więcej wydatków niż zwykle. Nie można zapominać też, że wiele osób udających się po kredyt kieruje się bardziej prozaicznymi powodami – koniecznością zaspokojenia podstawowych potrzeb, tj. zakupu zimowej odzieży czy nawet żywności".

      Pawe_Kosmala__prezes_GTF- pisze pan prezes (na zdjęciu) w orędziu do Narodu. Jakże pięknie to brzmi: "naturalna potrzeba zaciągnięcia kredytu". Ktoś mógłby powiedzieć, że jest ona rozbudzana przekazem reklamowym, z którego wynika, że oszczedzanie pieniędzy jest dla frajerów, że marzenia są po to, żeby spełniać je tu i teraz. A pożyczka przecież nie musi nic kosztować, bo na świecie jest wielu Świętych Mikołajów, którzy pożyczą pieniądze bez żadnych odsetek. Ot, z potrzeby serca i chęci zaspokojenia naszych marzeń. Łzy same napływają do oczu, gdy czyta się te pełne dobroci słowa o korzyściach wynikających z pozyczek-chwilówek. Ale w człowieku narasta też gniew. Pięści się zaciskają w odruchu bezsilności i chęci zemsty, gdy pan prezes wspomina o tych złych i pozbawionych rozumu, albo po prostu głupich i naiwnych gryzipiórkach, którzy chcą nam, Polakom, zepsuć święta. Jak okrutnym i bezdusznym trzeba być, żeby ostrzegać Polaków przed korzystaniem z kredytów-chwilówek na święta? Jakąż nędzną kreaturą jest ten, kto chce odmówić Polakom prawa do zadłużania się na 20% w skali miesiąca? .

      "W świątecznym okresie, wraz ze zwiększającym się popytem na kredyty, wzrasta edukacyjna rola mediów, które za swój podstawowy obowiązek uznają kierowanie do obywateli różnego rodzaju ostrzeżeń przed zaciąganiem pożyczek, a w szczególności przed zadłużaniem się w firmach pośrednictwa kredytowego (...). Forma i treść medialnych ostrzeżeń nie jest specjalnie wyszukana. Autorzy często idą po linii najmniejszego oporu, używając określeń typu „oprocentowanie do kilkuset procent”, „niejasne zapisy w umowach”, „bajońskie wynagrodzenie firm pożyczkowych”. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby zjawisko to przedstawić w sposób obiektywny, szczególnie z punktu widzenia pożyczkodawców, którzy też przecież swoje pieniądze narażają na niemałe ryzyko".

      - pisze pan prezes. Nic tylko współczuć pożyczkodawcom, którzy z chęcią zajęliby się pewnie jakimś bardziej rentownym biznesem, ale ponieważ ich serca są pełne chęci realizacji naszych marzeń, wzięli się za najtrudniejszy kawałek chleba, jaki można sobie wyobrazić - pożyczanie pieniędzy na 20% w skali miesiąca. No dobra, może gdzieniegdzie jest trochę taniej ;-). Czyż można im czynić zarzut, że pożyczają zbyt drogo? Jakże małym trzeba być, by nie docenić, iż sprawdzenie jednego tylko klienta, chcącego pożyczyć 500 zł, w trzech rejestrach dłużników oraz BIK-u musi kosztować najmarniej 50-60 zł? Jakże ograniczone są umysły gryzipiórków, którzy nie zauważają, że prywatny pożyczkodawca, pchany chęcią uczynienia czegoś dobrego dla społeczności, musi wydawać 20 mln zł kwartalnie na reklamy telewizyjne? Jakże nędzny jest stan intelektualny tych, którzy nie doceniają kosztów budowy hipernowoczesnego systemu informatycznego firmy chwilówkowej, pozwalającego dostarczyć klientowi przelew z pieniędzmi w ciągu 5-10 minut od złożenia prostego wniosku?

      "Przecież z tych dodatkowych środków finansowych korzystają osoby, które w punktach oferujących rzeczone pożyczki pojawiają się dlatego, że gdzie indziej potraktowano ich jak klientów niepożądanych, których nie można wspomóc nawet najmniejszym kredytem. Jako osoby niewiarygodne dla instytucji zaufania publicznego, w relacji z firmami udzielającymi pożyczek z własnych funduszy stają się osobami zagrożonymi zbyt wysokim kosztem pożyczek (...)"

      Pan prezes zwraca też uwagę, że duża część osób będących w dobrej sytuacji finansowej jest wykluczana przez banki z możliwości zaciągnięcia kredytu ze względu na formę zatrudnienia. Pracując na umowach cywilno-prawnych, albo wręcz w szarej strefie, tylko w firmach niebankowych mogą liczyć na wsparcie finansowe i dobre słowo. W bankach zasady udzielania kredytów są po części ustalane administracyjnie - przez nadzór i regulacje unijne. Firmy pożyczkowe łatają te dziury, zapewniając efektywność gospodarce i ofiarując finansowanie tym grupom społecznym, których nie obejmują opieką banki. Jakże piękny i wzruszający jest to obraz.

      "Warto zatem zadać sobie pytanie: czy nie powinniśmy skończyć z oskarżeniami adresowanymi wobec tzw. „pożyczkowni” (...) Nie twórzmy dla tych firm kolejnych barier jak te, które wynikają z proponowanych zapisów do tzw. nowej ustawy antylichwiarskiej. Chrońmy pożyczki-chwilówki, gdyż wypełniają one olbrzymią lukę na rynku kredytowym i są ze wszech miar ważnym instrumentem rozwoju konsumpcji, a co za tym idzie wzrostu gospodarczego kraju (...). Tego życzę na Święta i Nowy Rok"

      - kończy swe wzruszające orędzie pan prezes Paweł Kosmala. Możecie skończyć szlochać. Ci, którzy chcieliby pozostać w bańce, czyli w stworzonym przez pana prezesa idealnym świecie, niech dalej nie czytają. Bo teraz, niestety, będę zmuszony przekłuć tę bańkę. Polska jest od kilku lat mekką dla pozabankowych firm pożyczkowych. Przybywają tu wszyscy najwięksi potentaci działający w tej branży na świecie. Któż nie chciałby robić biznesu w kraju, gdzie nie działa ustawa antylichwiarska, praktycznie nie ma upadłości konsumenckiej, banki są trzymane za twarz przez nadzór, rynek sekurytyzacji wierzytelności (czyli sprzedawania długów) działa jak ta lala, zaś długi są dziedziczone z automatu, bez żadnych ograniczeń i bez względu na ich wysokość? To nie jest tak, że prywatni pożyczkodawcy przyszli do Polski, bo zobaczyli, że tu jest dużo ludzi, którym warto pomóc. Przyszli tu, bo robienie lichwiarskiego biznesu nad Wisłą jest łatwiejsze, niż gdziekolwiek indziej.

      Nie przeczę, że część konsumentów jest odcięta od finansowania bankowego i firmy pożyczkowe są dla nich jedyną alternatywą - hulająca szara strefa oraz XIX-wieczne podejście banków do ryzyka (w części banków na umowy cywilno-prawne wciąż patrzy się, jak na potwora z Loch Ness) robią swoje. Nie przeczę też, że mikropożyczka na 500 zł musi być droższa, niż 5000 zł kredytu bankowego na dwa lata - koszty stałe związane z procesami są te same, a zarobek firmy chwilówkowej z pojedynczej transakcji - nominalnie mniejszy. Ale z drugiej strony każde dziecko przyzna, że łatwiej wpaść w pętlę długów pożyczając na wysoki procent, niż na niski. Jeśli dziś pożyczam 500 zł, a za miesiąc muszę oddać 600 zł, to i ja muszę być ostrożny (przewidzieć skąd wezmę te 600 zł, by po kolejnym miesiącu nie musieć oddawać 750 zł, a za dwa miesiące - 900 zł) i firma, która mi pożycza pieniądze musi działać odpowiedzialnie. Nie powinna pożyczyć mi pieniędzy, jeśli nie będzie niemal pewna, że bez większego problemu jestem w stanie spłacić te 600 zł i nie będę musiał przyjść po kolejną transzę. Bo jeśli po nią przyjdę, to będę już bardzo bliski wpadnięcia w pętlę długów.

      kupiedluznikaCzy firmy chwilówkowe tak działają? Wręcz przeciwnie: one działają jak dilerzy narkotyków - pierwsza działka gratis. "Nie płać ani grosza kosztów, oddaj tylko tyle, ile pożyczyłeś" - mówią. I po cichu liczą, że się przeliczysz. Że już dziś jesteś pod kreską, dlatego pożyczone pieniądze natychmiast wydasz i będziesz musiał przyjść po więcej. I znowu, jak narkoman. Zasada jest prosta: im więcej możesz dostać gratis, tym większa szansa, że się przeliczysz. Dlatego firmy "za darmo" pożyczają coraz więcej, nawet 1500 zł. Pożyczkodawcy wykorzystują udowodnioną przez naukę zasadę, że nasz mózg wariuje, gdy widzi cenę "zero". Firma, która udziela pierwszej pożyczki gratis, zarobi dopiero na trzeciej pożyczce udzielonej temu samemu klientowi. Albo na kosztach windykacyjnych, jeśli ten "nie dociągnie" do tej trzeciej pożyczki i przewróci się wcześniej. Taki sposób funkcjonowania pozabankowych firm pożyczkowych, w powiązaniu z brakiem możliwości ogłoszenia upadłości przez konsumenta i brakiem ustawy antylichwiarskiej, nie pozwala zgodzić się z tezą, że pożyczkodawców trzeba bronić przed krytyką i wspierać w mediach dobrym słowem.

      Ale mam dla pana prezesa GTF, a przede wszystkim dla jego kolegów od chwilówek dobrą wiadomość. Ta branża może bardzo łatwo sprawić, że i ja stanę się dobrym człowiekiem i przestanę się nad Wami pastwić. Ba, zacznę Was doceniać, dopieszczać,chwalić. I traktować jako realne uzupełnienie oferty banków. A najlepsze jest to, że aby zyskać moją przychylność nie będziecie musieli nawet obniżać cen, bierzcie sobie nadal te swoje 20% miesięcznie, przynajmniej dopóki "ciemny lud to kupi". Jeśli nie chcecie, żeby media Wami pomiatały i Was opluwały, zróbcie trzy proste rzeczy. Po pierwsze: solidarnie wprowadźcie zakaz rolowania pożyczek. Skoro jesteście tacy etyczni, nie zamierzacie nikogo wpędzać w pętlę długów, to odetnijcie klientom możliwość pożyczania drugi raz, przynajmniej przez kilka miesięcy. Wtedy nikt nie będzie Wam stawiał zarzutu, że liczycie na to, iż Wasz klient się od Was uzależni i będziecie go doili jak pijawka. Po drugie: zlikwidujcie oferty "pierwsza pożyczka gratis". Transparencja, etyka, odpowiedzialność - jeśli chcecie mieć z tym cokolwiek wspólnego, to przestańcie "grać" na to, że klient się przewróci. Nie chrzańcie mi tu, że chodzi o to, żeby klient coś wypróbował, sprawdził, nabrał zaufania do formuły, przetestował system. Chodzi wyłącznie o to, żeby klient się uzależnił. Po trzecie: stwórzcie niezależny sąd polubowny (chętnie zostanę prezesem ;-)), który będzie działał tak, że jeśli klient udowodni, iż w chwili, gdy podpisywał z Wami umowę, był już na granicy niewypłacalności, umarzacie mu cały dług. I wtedy będzie można mieć pewność, że pożyczacie odpowiedzialnie. Następnego dnia po spełnieniu tych trzech warunków zacznę Was chwalić i pieścić dobrym słowem. Tylko nie jestem pewny, czy macie wystarczająco duże cojones, żeby przyjąć to wyzwanie.

      DZIŚ CZYTAJ TEŻ "PIENIĄDZE EKSTRA". Jak co czwartek, blog "Subiektywnie o finansach" ma swoje autorskie szpalty w "Gazecie Wyborczej". W dzisiejszym numerze odkrywamy tajemnice stacji benzynowych, sprawdzamy jak zaoszczędzić na świętach 25%, ubezpieczamy domowego czworonoga i sprawdzamy dlaczego karty płatnicze działają nawet wtedy, gdy zostaną zastrzeżone. Prześwietlamy też ostatnie podwyżki opłat i prowizji w bankach. Kup dzisiaj "Wyborczą" i kibicuj Ekipie Samcika.

      Jak inwestować i pomnażać

      POD CHOINKĘ KUP BESTSELLER O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. 

      JAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić Maciej_Samcikokladkaw wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Pan prezes i jego bańka, czyli świąteczne orędzie do Narodu. W sprawie chwilówek i dziennikarzy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 grudnia 2014 00:26

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line