Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 26 stycznia 2015
    • Klient wpisał poprawkę do umowy kredytowej. W banku nic nie zauważyli i... co dalej?

      Jak wiadomo banki nie lubią wprowadzać zmian w zatwierdzonych przez własne działy prawne wzorcach umów z klientami. Chyba, że są to zmiany na ich korzyść ;-). Czy jest to umowa pożyczki ratalnej na 1000 zł, czy umowa kredytowa na 300.000 zł, to niechęć do negocjowania z klientami ich treści nie maleje. Zdarzają się jednak klienci, którzy nie lubią być stawiani w sytuacji, w której nie mają wyboru i z bankiem dyskutować jednak próbują. Opisywałem już przypadki takich prób, które kończyły się dla klientów bardzo smutno - banki były gotowe nawet stracić takiego klienta-upierdliwca, byle tylko nie pozwolić mu na jakiekolwiek zmiany w umowie - ale dziś przykład z zupełnie innej beczki. Jeden z moich czytelników wziął kredyt w banku przez internet. Zgodnie z procedurą najpierw wypełnił formularz, który był zawieszony w internetowym serwisie transakcyjnym banku. Podał wszystkie dane, wyspowiadał się ze swoich dochodów, sytuacji rodzinnej, życiowej i pracowej, napisał wszystko o swoich psach oraz kotach i czekał na odpowiedź. Bank po kilku dniach podziękował mu za spowiedź i przesłał mojemu czytelnikowi w e-mailu druk umowy.

      "Prosimy o wydrukowanie, podpisanie oraz przysłanie do banku załączonej umowy wraz ze wskazanymi poniżej dokumentami: zaświadczenie o dochodach, średni dochód z 3 ostatnich miesięcy (ważne jeden miesiąc od wystawienia). historia rachunku z widocznymi wpływami wynagrodzenia, kopia dowodu osobistego kredytobiorcy podpisana „za zgodność z oryginałem”. Jednocześnie informujemy, iż w ciągu najbliższych dni skontaktuje się z Panem kurier firmy InPost w celu potwierdzenia danych osobowych. Po otrzymaniu kompletu dokumentów wniosek zostanie przekazany do ostatecznej analizy".

      Jeśli pytacie mnie dlaczego tak ładnie rozwijają się w Polsce firmy pożyczkowe, to już pewnie domyślacie jaka jest moja odpowiedź. Bo u nich nie trzeba się bawić w skanowanie, drukowanie, podpisywanie dokumentów potwierdzających dochody, tożsamość oraz przepływy na koncie bankowym. Taka procedura, zwłaszcza, że mówimy o banku umożliwiającym składanie wniosku przez internet, mogłaby zniechęcić każdego. Ale nie mojego czytelnika. Po otrzymaniu e-maila z projektem umowy postanowił nanieść kilka zmian, a dopiero potem druk podpisać i odesłać do banku. Bo przecież klient może mieć swoje propozycje do umowy, nieprawdaż? Zmiana, której mój czytelnik postanowił dokonać, mieściła się w punkcie umowy o nazwie "Oświadczenia". W paragrafie 6. został naniesiony dopisek "Bank zobowiązuje się do całkowitego umorzenia kwoty kredytu i należnych odsetek do (...)”. I tutaj stosowna data.

      Well... na miejscu mojego czytelnika nie robiłbym sobie większych nadziei, że bank połknie tę żabę. Zwłaszcza w XXI wieku, kiedy można dość łatwo sprawdzić zgodność treści dwóch dokumentów. Ale stała się rzecz przedziwna. Klient dostał z banku najpierw odpowiedź, że dokumenty zostały przekazane do ostatecznej weryfikacji (i że najpóźniej następnego dnia zostanie podjęta przez bank decyzja kredytowa), a później kolejny list z informacją, że decyzja jest pozytywna, zaś kredyt został wypłacony. Mój czytelnik trochę się zdziwił, bo jedyne egzemplarze umowy, które zostały przez niego podpisane, zawierały wspomnianą wyżej klauzulę, iż bank zobowiązuje się do umorzenia całego kredytu. Czyżby bank podpisał umowę w kształcie zaproponowanym przez klienta-żartownisia?

      "Po otrzymaniu przelewu z pieniędzmi listownie dostałem jeden z dwóch egzemplarzy wydrukowanej i wcześniej podpisanej przeze mnie propozycji umowy wraz z podpisami trzech pracowników banku: pracownika, starszego inspektora oraz koordynatora. Na każdej stronie bank podbił umowę pieczątką "wpłynęło z datą (...)". Czyli została zaakceptowana przez trzech ludzi w banku! Z tego wynika ewidentnie, że w banku nikt nie czyta umów, tylko je podpisuje. A jednocześnie wymaga się od klientów uważnego czytania tego, co się podpisuje, analizowania różnych kruczków i małych druczków. A w razie konfrontacji tłumaczy się klientowi "trzeba było przeczytać umowę". Teraz zastanawiam się, czy bank musi mi umorzyć ten kredyt zgodnie z umową?"

      - pyta czytelnik w obawie, że bankowcy mogą próbować się czymś wykręcić. Ale to by chyba dowodziło, że tylko klient w banku musi przestrzegać umowy, a bank nie musi, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że ta umowa (choć sam ją podpisał) jest głupia lub zawiera coś nielogicznego. Albo jest niezgodna z wzorcem umownym. Nie da się ukryć, że świadczenia tak istotne dla umowy jak spłata rat kredytu bądź też warunki ograniczające taki obowiązek klienta powinny być uwzględnione w rozdziale umowy oznaczonym "spłata kredytu", a nie "oświadczenia". Poza tym takie brzmienie umowy rodzi konflikt między jednymi jej postanowieniami (mówiącymi o tym, że klient ma spłacić tyle-a-tyle) a innymi (oświadczeniem, że kredyt ma zostać w określonym terminie umorzony). Ale z drugiej strony dlaczego punkt umowy znajdujący się w "oświadczeniach" miałby mieć mniejszą moc od innych? Mój czytelnik złożył już w banku wniosek o umorzenie kredytu zgodnie z umową. I grzecznie czeka na odpowiedź.

      Gdy tylko się dowiem jak sprawa się skończyła - nie omieszkam Was poinformować ;-). Jak obstawiacie? Kto będzie górą w tej potyczce na paragrafy? I jak oceniacie postępowanie samego czytelnika? Pospolite cwaniactwo? A może w banku wszystkie chwyty są dozwolone, zwłaszcza, że siły i tak z definicji są nierówne? Z jednej strony mały "żuczek", a z drugiej instytucja z całymi działami prawników, ludzi od kontroli procesów.... Nawet gdyby bank uznał swoją winę, to ja na miejscu kredytobiorcy pewnie oddałbym z własnej, nieprzymuszonej woli przynajmniej sam kapitał. Tak nakazywałaby mi elementarna uczciwość. Co innego wywalczyć sobie darmowy kredyt, a co innego nie oddać pieniędzy, które się pożyczyło... Chociaż z tego, co piszą do mnie ci z Was, którzy porządnie orientują się w kwestiach prawnych, szansa na to, że bank ustąpi, nie są duże:

      "Umowa kredytu jest tzw. umową adhezyjną, opartą na wzorcu umownym (szablonie), klient może ją przyjąć albo odrzucić w całości, nie ma w niej miejsca na negocjacje. A już na pewno nie na podstępne przemycanie swoich dopisków na etapie wysłania umowy do akceptacji i podpisu. Tym, którzy piszą o rzekomych negocjacjach z bankiem, abstrahując od faktu, że umowa kredytu jest zasadniczo zawierana w trybie oferty, a nie negocjacji - polecam art. 72 Kodeksu Cywilnego: § 2.Strona, która rozpoczęła lub prowadziła negocjacje z naruszeniem dobrych obyczajów, w szczególności bez zamiaru zawarcia umowy, jest obowiązana do naprawienia szkody, jaką druga strona poniosła przez to, że liczyła na zawarcie umowy"

      - pisze jeden z czytelników. A inny proponuje,żebyśmy odwrócili sprawę. Czytelnik czyta jakiś regulamin, wzór umowy, na coś szczegółowo się umawia, a potem firma podsuwa do podpisu bliźniaczo podobny dokument, w wyniku którego czytelnik traci wielotysięczną kwotę. Kim jest osoba - pracująca w firmie - podsuwająca do podpisu zmieniony wzór umowy? Oszustem? Cwaniakiem? Być może. Ale przecież, żeby nie szukać daleko, niemal tego typu postępowanie mieliśmy w przypadku sprzedania niejednej polisy inwestycyjnej. I nikomu nie spadł włos z głowy. A banki, które przyjmują wniosek o kredyt hipoteczny, a potem przysyłają klientowi do podpisu umowę z wyższą marżą? Takie przypadki też przecież w blogu opisywałem...

      "Nie nazywam czytelnika oszustem, ale spełnia on moje osobiste kryteria oszusta. I to nawet, gdyby bank "jeleń" przed podpisaniem odnalazł zmianę, wystąpiłaby próba oszustwa. I może nawet klient uzyska umorzenie kredytu, bo pewnie z podpisanej umowy będzie się trudno bankowi wymigać. Ale chwilę później bank złoży do sądu pozew w sprawie oszustwa. Pana beztroska ciekawość jako znawcy tematu banków i finansów, przerastającego wiedzą nas Polaków o głowę, zaskoczyła mnie. "Ciekawe co zrobi bank?" A co ma zrobić? Powinien upupić oszusta" 

      - surowo ocenia kolejny czytelnik. Sądzę, że bankowcy będą mieli więcej oleju w głowie, bo może i w sądzie odzyskaliby te kilka tysięcy złotych, ale przy okazji bardzo szeroko byłaby komentowana ich "lekkość bytu" przy obcowaniu z klientowskimi umowami. Sądzę, że najlepiej byłoby sprawę - wstydliwą, jak by nie patrzeć, przynajmniej z punktu widzenia banku - załatwić po cichu i polubownie. To jest właśnie powód, dla którego nie podaję w tekście nazwy banku. Daleki jestem też od traktowania klienta jako oszusta. Raczej jako testera systemu. W bankach mówią "nie przeczytałeś przed podpisaniem, to płać". A potem podsuwają coś, czego się nie da przeczytać. Klient odwrócił sytuację. To bank musiał przeczytać umowę, którą sam spłodził. Gdyby była prostsza, to nie byłoby trudno wychwycić zmiany. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (53) Pokaż komentarze do wpisu „Klient wpisał poprawkę do umowy kredytowej. W banku nic nie zauważyli i... co dalej?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 stycznia 2015 09:01
  • piątek, 23 stycznia 2015
    • Na tropie Yeti ;-). Czy banki udzielające kredytów frankowych miały w ogóle jakieś franki?

      Czy banki, udzielając kredytów denominowanych lub indeksowanych we frankach, musiały mieć w bilansie jakiekolwiek franki? Czy musiały je kupić i musiałyby sprzedać, gdyby ktoś kazał im przewalutować kredyty klientów np. po 2 zł? Czy zarabiają na wzroście kursu franka? A może cały ten "franek" to była tylko taka wirtualna waluta rozliczeniowa, służąca do tego, by uzasadnić udzielenie klientowi większego kredytu, niż ten, na który byłoby go stać w złotych? Zwolennicy oddłużenia frankowiczów stawiają tezę, że banki żadnych franków nigdy nie miały i nie mają, więc gdyby kazać im przewalutować kredyty na złote, to nie straciłyby ani grosza. Czy mają rację? Gdyby rzeczywiście tak było, oznaczałoby to, iż kredyty frankowe to jedna wielka fikcja, a równie dobrze kredyty mogłyby być denominowane w bananach i dług klientów mógłby być obliczany na podstawie ceny rynkowej bananów. Sprawa jest tym bardziej istotna, że mamy na stole propozycję Andrzeja Jakubiaka, szefa KNF, która ma wiele zalet i kilka wad, z których największą jest ta, że wygląda na to, iż banki straciłyby na niej dziesiątki miliardów złotych. Chyba, że... żadnych franków w ich bilansach nie było i nie ma.

      Dziś przedstawiam moje rozumienie procesu udzielania, spłacania przez klientów i finansowania przez banki całego tego frankowego interesu, oparte na lekturze sprawozdań finansowych i na rozmowach ze specami od księgowania w bankach różnych rzeczy. Zacznijmy od dwóch niekontrowersyjnych konstatacji. Po pierwsze - sądzę, że to nie budzi niczyich wątpliwości - banki nie pożyczają własnych pieniędzy, lecz te, które pozyskują z zewnątrz (ściślej: kreują pieniądz kredytowy w oparciu o pozyskane źródła finansowania). Pod każdy kredyt w złotych powinien być w bilansie banku depozyt klientowski, obligacja, albo pożyczka od innego banku. Po drugie zaś żaden bank nie może udzielić więcej kredytów, niż mniej więcej dziesięciokrotność własnego kapitału. Własnego, czyli wniesionego przez akcjonariuszy, a nie pożyczonego z zewnątrz. Oznacza to, że jeśli właściciele wyposażyli bank w kapitał o wartości 100 mln zł, to bank może (bardzo mocno upraszczam) udzielić mniej więcej miliarda złotych kredytów, nawet gdyby miał dostęp do znacznie większej bazy depozytowej albo pożyczek. Chodzi o to, żeby banki nie przesadzały z lewarem i żeby w każdej chwili były w stanie obsłużyć przynajmniej 10% deponentów. 

      Czy z kredytami frankowymi jest inaczej? Oczywiście nie: bank musi najpierw pożyczyć pieniądze, żeby udzielić kredytu we frankach. W jakiej walucie musi je pożyczyć? Zacznijmy od kredytów denominowanych we frankach. W tym rodzaju kontraktu frankowego klient formalnie dostaje kredyt we frankach. Bank - niby dla wygody klienta, który kupuje mieszkanie w złotych - zamienia tę kasę po własnym kursie kupna na złocisze. A następnie wypłaca klientowi kredyt w rodzimej walucie. Żeby do takiej operacji mogło dojść, bank powinien najpierw pożyczyć franki za granicą - np. w formie obligacji, pożyczek na rynku międzybankowym, czy linii kredytowej od spółki-matki. Np. mBank pożyczył franki od Commerzbanku, a np. PKO BP działa na rynku międzybankowym oraz emituje wyrażone we frankach obligacje (czyli też pożycza "szwajcara"). Co dzieje się dalej? Klient spłaca raty po aktualnym kursie franka, zaś bank systematycznie spłaca z tych pieniędzy część kredytu, który zaciągnął za granicą. Nie zarabia więc na tym, że frank drożeje lub tanieje, bo działa tylko jako pośrednik - dostaje od klienta złotówki, kupuje za nie franki i spłaca małą porcję długu zaciągniętego za granicą (lub dostaje od klienta od razu franki, zgodnie z ustawą antyspreadową). Do tego mogą dochodzić jakieś transakcje zabezpieczające bank przed gwałtownymi zmianami kursu między datą otrzymania raty przez klienta, a datą płatności raty długu bankowi zagranicznemu (ale to pikuś).

      Na czym więc zarabia bank? Na marży kredytowej oraz na spreadzie. Marża to np. te 1,5% powyżej LIBOR-u, które klient ma wpisane w ratę. Oczywiście część z tej marży bank musi oddać temu,od kogo pożyczył franki, więc tak naprawdę czysty zysk jest tu nędzny. Żyłą złota jest spread, wynoszący do niedawna w niektórych bankach nawet 8%. Klient spłaca kredyt po wyższym kursie, niż go otrzymał, a różnica w całości trafia do banku. No, chyba że klient jest sprytny i spłaca raty bezpośrednio we frankach (wtedy bank nawet zarobek na spreadzie ma z głowy ;-). Stąd właśnie biorą się te opowieści banków, że do dużej części frankowych kredytów dopłacają. Niektórzy z was powiedzą, że to ściema i bankowa propaganda oraz bajeczki dla grzecznych dzieci. Ale spójrzmy na bilanse banków. Śledztwo musi być z konieczności poszlakowe, bo w bilansach nie widnieją pozycje denominowane w obcych walutach.

      PKOBPbilans

      W najnowszym sprawozdaniu PKO BP (patrz powyżej), banku, który ma 28,5 mld zł kredytów denominowanych we frankach, mamy informację, że bank finansuje swoje aktywa (czyli m.in. udzielone kredyty) głównie zobowiązaniami wobec klientów (czyli depozytami), ale też zobowiązaniami wobec innych banków (19 mld zł) oraz długiem podporządkowanym i emisjami obligacji (20 mld zł). Dwie ostatnie pozycje mniej więcej odpowiadają portfelowi kredytów frankowych. PKO prawdopodobnie pożycza kasę od innych banków i emituje obligacje, by mieć podkład pod udzielone kredyty. Weźmy bilans mBanku, który ma jakieś 15 mld zł kredytów frankowych. Nie jest tajemnicą, że finansuje je pożyczkami z Commerzbanku. Prawdopodobnie za tę linię kredytową "odpowiada" 19 mld zł zobowiązań wobec innych banków uwzględnionych po stronie pasywów (bank pokazuje też po stronie finansowania akcji kredytowej 4 mld zł pochodnych instrumentów finansowych oraz 74 mld zł depozytów).

      mBanksprawozdania

      Bank BPH, inny duży kredytodawca, ma portfel kredytów hipotecznych rzędu 16 mld zł, a po drugiej stronie bilansu aż 11,7 mld zł "zobowiązań wobec pozostałych instytucji" (czyli finansowania z grupy GE, prawdopodobnie we frankach). Dla porównania: depozytami od klientów bank finansuje się w 12,4 mld zł. Poniżej fragment sprawozdań finansowych BPH ze źródłami finansowania m.in. akcji kredytowej.

      BPHraportiiik2bilans

      A więc te franki w bilansach banków jednak są, tyle że wykazywane w złotówkach (bo rachunkowość w Polsce prowadzi się wyłącznie w złotych polskich). Prawdopodobnie nie istnieje żadna możliwość, żeby ominąć zasadę, iż kredyt frankowy musi być finansowany frankowym kapitałem (gdyby tak nie było, to NBP w kryzysowym momencie kilka lat temu nie podstawiałby chyba bankom awaryjnego finansowania we frankowych SWAP-ach...).

      Co stałoby się, gdyby wszystkie kredyty frankowe - jak chce m.in. przewodniczący Jakubiak oraz organizacje frankowców - przewalutować na złote po kursie z dnia spisania umowy? Załóżmy, że kurs przewalutowania wyniósłby 2 zł. Taki np. PKO BP ma 28,5 mld zł kredytów frankowych, czyli 9 mld franków. Załóżmy też, że pozwala kredytobiorcom spłacić te franki po 2 zł, uzyskując 18 mld zł. Następnie za te pieniądze bank musiałby kupić franki, żeby spłacić oddać je bankom zagranicznym, które sfinansowały akcję kredytową. Za 18 mld zł ciężko jest w dzisiejszych czasach kupić 9 mld franków szwajcarskich, więc bank musiałby ponieść na tej operacji ogromną stratę. W wariancie przewodniczącego Jakubiaka kilka miliardów złotych "odfrankowieni" klienci dorzuciliby jako wsteczne rozliczenie różnicy między ratami kredytów frankowych, a złotowych Ale nadal brakowałoby kolejnych miliardów złotych, które bank musiałby wrzucić w straty. Takie prawdziwe, a nie wymyślone straty, jak chcą fani teorii, że w bankach nigdy nie było żadnych franków. 

      Idźmy dalej. W bankach, jak wiadomo, istniały nie tylko kredyty denominowane w walucie obcej (czyli wyrażone we frankach), ale też takie, które były do franków jedynie indeksowane. A więc klient miał wpisaną w umowie kwotę kredytu w złotych, a dopiero w chwili wypłaty tych złotówek ich wartość przeliczona była na franki po bieżącym kursie. Czy jeśli kredyt jest wyrażony w złotych, a tylko spłata rat jest indeksowana do waluty obcej, to podkład kapitałowy musi być w walucie obcej?  Spora rzesza moich czytelników twierdzi, że tak być nie musi i że mają wiedzę, iż banki finansują tego typu kredyty złotowymi depozytami. Zerknąłem dziś do najnowszego sprawozdania finansowego Banku Millennium, jednego z banków, który udzielał głównie kredytów indeksowanych do franka.

      bank_millenniumzobowizania

      Bank ma w portfelu 26,7 mld zł kredytów hipotecznych i najmarniej połowa z nich to te frankowe. W bilansie, po stronie pasywów, powinny widnieć jakieś zobowiązania wobec innych banków, wyemitowane papiery wartościowe itp., które byłyby śladem po pożyczaniu franków za granicą. I owszem, taka pozycja jest, ale ma wartość jedynie 2 mld zł (plus jeszcze miliard w instrumentach pochodnych zabezpieczających zmiany kursów). Dłużne papiery wartościowe też są, ale jedynie na 1,7 mld zł. Wszystkie te pozycje nie spinają się do kwoty udzielonych przez bank kredytów we frankach. Czy więc część tych kredytów jest finansowana zobowiązaniami wobec klientów, czyli depozytami w złotych (ich wartość w bilansie to 47 mld zł)?  I czy w kredytach indeksowanych, a więc gdy umowa jest zawarta w złotych, "podkładem" kapitału pod kredyt mogą być polskie złote?  Sprawa ta frapuje moich czytelników, w tym pana Andrzeja:

      "Wmawia się opinii publicznej, że banki muszą kupować franki po obecnym kursie. A tak przecież wcale nie musi być i najprawdopodobniej nie jest, gdyż banki nie pożyczały franków w Szwajcarii! Banki korzystały ze złotówek, jakie w postaci depozytów trafiły do nich od Kowalskiego czy Nowaka. 'Frankowiczom' wypłacano złotówki, które wirtualnie - jedynie w umowie - przeliczano na CHF. Tym samym, jeśli kredyty mieszkaniowe były finansowane z depozytów złotowych (inaczej mówiąc: jeśli bank pożyczał ‘frankowiczom’ złotówki pozyskane z depozytów złotowych, a jedynie w umowie zapisał ich równowartość w CHF), to dziś nie musi on nikomu oddawać franków po sztucznie zawyżonym kursie! Oddaje przecież złotówki swoim depozytariuszom. Aby sprawdzić, czy tak jest w rzeczywistości, należy natychmiast upublicznić sposoby finansowania kredytów frankowych przez banki. KNF może to zrobić. Wtedy będzie możliwa dalsza, merytoryczna dyskusja. Jeśli okaże się, że banki korzystały ze złotówek, aby następnie pożyczyć też złotówki 'frankowiczom' (ale zapisując w umowie rozliczenie w CHF), to będzie wszystko jasne: bankowy skok na kasę obywateli. Jeśli jednak banki pożyczyły franki i teraz muszą oddawać rzeczywiście tę walutę, wtedy sytuacja jest na korzyść banków. Niech KNF przedstawi raport w tej sprawie".

      Idźmy dalej w tych spekulacjach (b lubimy spekulować, prawda?). Jak należałoby podejść do sytuacji, w której - hipotetycznie - okazałoby się, że po drugiej stronie kredytu hipotecznego spłacanego na podstawie kursu franka, nie ma żadnych zobowiązań frankowych, tylko złotowe? Czy bank wówczas mógłby przewalutować kredyt np. po 2 zł, nie osiągając straty, a jedynie "zdejmując" z obu stron bilansu kwotę wynikającą ze wzrostu kursu tego "wirtualnego" franka? Niestety, wygląda na to, że to marzenie ściętej głowy. Z odpowiedzi, którą otrzymałem od Banku Millennium wynika, że od strony finansowania kredyty indeksowane do franka są zorganizowane tak samo, jak te denominowane. Ponieważ jest to instrument walutowy (dług zależy od kursu innej waluty), to i "podkład" kapitałowy musi być zapewniony w walucie obcej. Ten stan rzeczy równolegle potwierdziłem w dwóch innych bankach, które po publikacji porannego tekstu blogowego same się ze mną skontaktowały, żeby przedstawić swój stan wiedzy (choć same nie udzielały kredytów indeksowanych do franka). Skąd Bank Millennium bierze franki, skoro nie widać ich w bilansie, po stronie pasywów?

       "Bank Millennium finansuje portfel kredytów hipotecznych w CHF za pomocą tzw. SWAP-ów walutowych. Są to instrumenty pozabilansowe, które polegają na tym, że bank otrzymuje pożyczkę od swoich kontrahentów w określonej kwocie we frankach szwajcarskich i jest zobowiązany zwrócić taką samą kwotę, w tej samej walucie"

      - wyjaśnił mi rzecznik, pan Wojciech Kaczorowski. Sposób finansowania - czy jest w bilansie, czy poza nim - jest drugorzędny. Choć oczywiście, gdybym był nadzorem bankowym, to kategorycznie zabroniłbym finansowania 30-letnich kredytów pożyczkami SWAP-owymi na krótki termin, których nie widać nawet w bilansie. Albo ktoś ma "poważny" kapitał na pożyczanie we frankach, albo niech nie zawraca sobie tym głowy. Ale najważniejsze jest to, że kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego, a więc takie, gdzie klienci mają w umowie wpisaną kwotę długu w złotych, też wymagają finansowania we frankach. A to raczej zamyka dyskusję na temat możliwości przewalutowania umów bez poniesienia przez bank strat wynikających z różnicy kursowej między kwotą, którą bank otrzymuje od klienta z tytułu kredytu i tą, którą musi oddać we frankach zagranicznemu bankowi finansującemu cały interes. Zanim wybierzecie się na demonstracje przeciwko "banksterce", które organizują zwolennicy przerzucenia na banki, rząd, nadzór finansowy oraz papieża pełnej odpowiedzialności za własne decyzje finansowe, weźcie sobie do serca konstatację, iż w bankach jakieś franki jednak były. A w niektórych nawet od czasu do czasu wciąż są.

  • środa, 21 stycznia 2015
    • Szef KNF: a może przewalutować kredyty z dopłatą za "odfrankowienie"? Czy to w ogóle możliwe?

      Mijają dni od niepojętej decyzji szwajcarskiego banku centralnego, a kurs franka szwajcarskiego nie tylko chce spadać, ale wręcz idzie lekko w górę. W chwili, kiedy piszę te słowa, "szwajcar" jest wyceniany prawie na 4,32 zł. Po wtorkowym posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej, na które zostali zaproszeni prezesi niektórych banków, umarła nadzieja na szybkie wypracowanie rozwiązań systemowych, które umożliwiłyby podział ryzyka kursowego między kredytobiorców, a banki. Po stronie ustępstw banków możemy na razie zapisać deklaracje większości z nich, że wyliczając klientom oprocentowanie uwzględnią ujemne stopy LIBOR (dzięki temu wzrost raty wynikający z wzrostu kursu franka będzie niższy o połowę lub nawet o dwie trzecie) oraz że zetną kosmiczne spready walutowe. W tym sensie można powiedzieć, że banki zadeklarowały wzięcie "na klatę" części kosztów wynikających ze zmiany okoliczności - z jednej strony odetną sobie część marży kredytowej (ujemny LIBOR oznacza de facto, że bank mniej zarabia na marży), a z drugiej - skasują część zarobku na spreadzie. Czy to wystarczy, żeby ulżyć frankowym kredytobiorcom? Na chwilę może i tak, ale moim zdaniem od wypracowania systemowych rozwiązań nie uciekniemy.

      Pod względem ich wykreowania wszystkich przebił przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, który wyszedł z nową propozycją dość radykalną. Pomysł przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka, wygłoszony w Radiowej Trójce i "Dzienniku Gazecie Prawnej", wygląda następująco: trzeba się zastanowić nad umożliwieniem przewalutowania kredytów frankowych na złote po wyjściowym kursie (czyli po tym, po którym klienci zaciągali kredyty, np. po 2 zł), pod warunkiem, że zgodzą się, by dopłacić do kredytu tyle, ile kosztowałby on, gdyby od początku był w złotych.

      "Rozwiązanie powinno być dopasowane do indywidualnych przypadków. I jest ono możliwe. Osoba, która zaciągnęła kredyt walutowy, mogłaby mieć prawo do przewalutowania go na złote nawet po kursie z dnia wzięcia kredytu, ale powinna wtedy pokryć różnicę między faktycznie poniesionym kosztem spłaty tego kredytu a tym, który poniosłaby, gdyby od początku był to kredyt złotowy. To byłoby uczciwe i zgodne z konstytucyjną zasadą równości. (...) Musimy sprawdzić, czy takie rozwiązanie miałoby sens, i zbadać, jak wpływałoby na bilanse banków. To wymaga analiz. Nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie. Niewątpliwie wdrożenie tego rozwiązania będzie wymagało w każdym przypadku porozumienia pomiędzy bankiem a kredytobiorcą".

      - powiedział Jakubiak. Czy można się zdziwić, że frankowicze natychmiast wpadli w zachwyt? "Pierwsza rozsądna propozycja rozwiązania kryzysu frankowego", "nareszcie ktoś pomyślał rozsądnie" - brzmiały pierwsze komentarze osób tkwiących we frankowej pętli kredytowej. Sęk w tym, że - jeśli dobrze rozumiem propozycję przewodniczącego Jakubiaka - jest przeciwieństwem tego, co mówił jeszcze niedawno, ostrzegając przed ideą przewalutowania kredytów. I wieszcząc, że banki straciłyby na tym kilkadziesiąt miliardów złotych, zaś gospodarka mogłaby wpaść w recesję. KNF jesienią 2013 r. opracowała na ten temat nawet specjalny raport. Konsekwencje przewalutowania kredytów po kursie ich zaciągnięcia przez klientów zostały opisane tak:

      "W siedmiu bankach straty spowodowałyby obniżenia współczynnika wypłacalności poniżej 8% procent wymaganych prawem bankowym, przy czym w trzech z tych banków straty byłyby tak wysokie, że spowodowałyby utratę całości ich kapitałów, co oznaczałoby niewypłacalność"

      Jakkolwiek przewodniczący Jakubiak mocno zaasekurował się, że propozycja wymaga analiz, obliczeń i w ogóle nie wiadomo co z niej wyniknie, to wydaje mi się, że została rzucona zbyt lekko. A już na pewno przedwcześnie, biorąc pod uwagę "ciężar gatunkowy" urzędnika, który ją wygłosił. Nie wygląda też na tanią, o ile w ogóle jest możliwa do przeprowadzenia. Poprawcie mnie jeśli się mylę: po jednej stronie bilansu każdego banku są należności wynikające z kredytów walutowych. Po drugiej stronie - zobowiązania wobec instytucji, które udostępniły "podkład" kapitałowy, by bank mógł udzielić kredytu denominowanego we frankach (jakieś obligacje, itp.). Te pieniądze w chwili rozwiązania umowy kredytu walutowego bank musi oddać instytucji finansującej. Raczej po bieżącym kursie, niż po 2 zł. 

      "Wraz z osłabieniem złotego rosły nie tylko należności banków (z tytułu udzielonych kredytów CHF), ale również ich zobowiązania wobec deponentów i kontrahentów transakcji zawartych w celu zamknięcia pozycji walutowej wynikającej z udzielenia kredytów w walutach obcych" -

      - tak opisywał wpływ kursów walut na bankowe bilanse KNF-owski raport z jesieni 2013 r.  Jeden z bankowych menedżerów tłumaczył potencjalny wpływ przewalutowania na rachunek wyników w taki sposób, że musi tu powstać strata wynikająca z obecnej wyceny poziomu zadłużenia klienta względem banku oraz tzw. pozycji banku po obu stronach bilansu. Załóżmy, że klient pożyczył 100 jednostek waluty, które zostały przeliczone na 100 zł (po ówczesnym kursie 1:1). Załóżmy też, że dziś - np. z powodu różnic kursowych - jego zadłużenie w banku, czyli pozycja po stronie aktywów banku, wynosi 200 zł (choć wciąż jest to 100 jednostek waluty). W bankach musi być "pod" ten kredyt zdeponowana waluta - czyli na kwotę zadłużenia klienta bank musi mieć finansowanie wyrażone w jednostkach owej "bazowej" waluty (w tym przypadku we frankach). Jeśli klient spłaci 100 zł, to pozostaje drugie 100 zł po stronie zadłużenia klienta (czyli pasywów). Jeśli klient nie pokryje tych 100 zł, to zostaną one zaksięgowane jako strata banku. Bo bank musi zwrócić finansowanie we frankach na obecnych warunkach. Bo aktywa i pasywa muszą się zgadzać.

      Przewodniczący Jakubiak ma sposób na "zmiękczenie" ewentualnego wpływu przewalutowania na bankowe bilanse. Kombinuje on, żeby zrefundować bankom straty poprzez konieczność dołożenia przez klientów różnicy między sumą rat, które zapłacili, a tą, którą zapłaciliby, gdyby wzięli kredyt w złotych. Nawet zakładając, że jakimś cudem tę różnicę da się rzetelnie wyliczyć (pojawia się pytanie na jakim poziomie ustawić marżę tego alternatywnego, hipotetycznego kredytu w złotych?), uwzględniając przy tym różnicę w tempie spłaty kapitału, a także spread walutowy, to czy pieniędzy z tych dopłat będzie wystarczająco dużo, by banki się nie przewróciły od konieczności zwrócenia po 4,3 zł tego, co pożyczyły np. przy kursie 2 zł? Jeszcze do 2013 r. większość frankowiczów była na swoich kredytach "do przodu" (półtora roku temu KNF podsumowywał ich "zyski" w spłaconych już ratach na kilkanaście miliardów złotych). Ale teraz ten bilans chyba przechyla się w stronę złotówkowiczów (wciąż na plusie mogą być ci frankowicze, którzy zaciągali kredyt przy kursie rzędu 2,8-2,9 zł).

      Jest i drugie pytanie - będące odwrotnością tego pierwszego: czy - jeśli kwota zwrotu będzie poważna - ten interes się klientowi będzie opłacał. Bo on de facto oznacza odwrócenie wszystkich przeszłych korzyści wynikających z posiadania kredytu frankowego oraz jednoczesne pozbycie się jakichkolwiek przyszłych korzyści - zakładając, że frank nie zawsze będzie kosztował 4-5 zł. Oznacza też zamianę taniego kredytu na droższy. Jako frankowicz być może oddałbym kilkanaście tysięcy złotych swoich oszczędności za trwałe pozbycie się ryzyka kursowego i być może nawet zaakceptowałbym w tym celu wyższą ratę w złotych. Pytanie tylko ile rzeczywiście musiałbym dopłacić. Bo jeśli np. 70.000 zł... to chyba bym w taki interes nie wszedł. To drugie pytanie, które trzeba postawić obok tego o to jak byłoby z rozliczeniem tej luki, wynikającej z różnicy kursowej, po której liczony jest kredyt jako wierzytelność banku i "podkład" kapitałowy jako zobowiązanie.

      "Moja idea jest taka, żeby oderwać się od dyskusji na temat, kto kogo wprowadził w błąd, i skupić się nad tym, jak odpowiedzialnie ten problem rozwiązać. Dziś bowiem największym problemem jest porównanie wielkości zobowiązania do wartości nieruchomości. Należy pamiętać jednak, że misją KNF jest przede wszystkim ochrona deponentów. Nie możemy doprowadzić do sytuacji – i politycy też powinni o tym pamiętać – w której depozyty byłyby zagrożone. Gdyby do tego doszło, wymagałoby to interwencji państwa"

      - słusznie prawi przewodniczący Jakubiak. Pytanie jak pogodzić ochronę deponentów z przewalutowaniem kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu sam KNF szacował skutki finansowe podobnej operacji bodaj na 50 mld zł. Przypominam, że wtedy kurs franka był niższy o jakieś 25% od dzisiejszego... i sam jestem ciekaw ile pieniędzy z tej "dziury" dałoby się odzyskać z dopłat klientów za zmianę waluty kredytu? Im więcej by tych pieniędzy było, tym gorzej dla klientów. Im mniej by ich było, tym bardziej nierealna jest propozycja Jakubiaka. Wiem, że o propozycji szefa KNF dość ciepło wyraził się prezes mBanku Cezary Stypułkowski, choć jemu też daleko było do entuzjazmu. Chętnie zobaczyłbym wyliczenia, które pokazałyby, czy taka operacja - możliwość "wykupienia się" z niewoli franka i banku - byłaby możliwa do przeprowadzenia. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale...

      A gdyby się udało? Rozwiązanych problemów byłoby sporo. Przede wszystkim raz na zawsze wszyscy - i banki i kredytobiorcy - pozbywają się problemu z ryzykiem kursowym przy kredycie hipotecznym. To z kolei oznacza, że zostaje odblokowany rynek nieruchomości - mieszkania, które zostały nabyte na kredyt we frankach są dzisiaj "niesprzedawalne", a klienci są w nich uwięzieni. Przewalutowanie kredytów na złotowe oznacza, że kredyt można zrefinansować na normalnych zasadach, mieszkanie sprzedać i zamienić na większe lub mniejsze. Miód, malina. Banki jednocześnie pozbywają się ryzyka przegranych procesów zbiorowych z konsumentami - o spread, a klauzule przeliczeniowe i o to czy taki kredyt w ogóle jest kredytem hipotecznym. Banki pozbywają się też ryzyka fali wniosków o upadłość konsumencką, która od stycznia jest bardziej "ludzka" i niewykluczone, że w wielu przypadkach oznaczałaby dla banków konieczność umorzenia długów. Z kolei klienci, którzy mają kredyt w złotych też nie są stratni, bo to frankowicze będą dopłacać za to, że skusili się na tańszy kredyt. Nic na tym nie zarobią. Z kolei nadzorowi bankowemu spadnie z głowy problem LTV i niewystarczającego zabezpieczenia kredytów we frankach - dziś co najmniej połowa kredytów jest wyższa, niż wartość zabezpieczających ich spłatę nieruchomości.

      A minusy? Są trzy, Po pierwsze ewentualne straty dla banków z tytułu umorzenia części należności i konieczności rozliczenia zobowiązań po bieżącym, wysokim kursie franka, mogłyby być nie do zaakceptowania. Po drugie: być może zbyt wysoka byłaby kwota, którą kredytobiorca musiałby zwrócić za odwrócenie kontraktu frankowego. Po trzecie: docelowo oznaczałoby to wyższe raty dla "uwolnionych" frankowiczów, bo jednak kredyty w złotych są dziś rekordowo tanie, zaś ta promocja nie potrwa długo. O ile więc w ostatecznym rozrachunku wartość długu zaciągniętego w banku zostałaby dla frankowiczów obniżona, o tyle miesięczne raty raczej byłyby wyższe, niż do tej pory.A gdyby pomysł KNF okazał się nierealny do wprowadzenia? Zawsze zostaje wariant B, czyli wprowadzenie do umów frankowiczów "bezpiecznika", który od pewnego poziomu kursu franka wprowadzałby współpłacenie banku i klienta, by mitygować ewentualny wzrost raty. Jak sądzicie, czy pomysł KNF da się wprowadzić w życie? 

    • Po finansowym spotkaniu na szczycie: banki uwzględnią ujemny LIBOR i przymkną oko na LTV?

      Komitet Stabilności Finansowej zajął się we wtorek frankowymi kredytami hipotecznymi, a przy okazji "przesłuchał" prezesów banków najbardziej "umoczonych" w tym interesie. Na komunikat z obrad czekaliśmy długo, bo aż do godz. 20.00, ale kto spodziewał się fajerwerków - ja należałem do tej grupy, bo lubię ostre strzelanie - mógł poczuć się lekko zawiedziony. Najważniejsze w polskich finansach gremium ustaliło bowiem, że banki są odporne na szoki związane ze wzrostem kursu franka, a także skonstatowało dość oczywistą prawdę, że odsetek kredytów walutowych nie spłacanych w terminie jest niski (a jak ma być wysoki, skoro większość kredytów nie spłacanych w terminie jest szybciutko przewalutowaywana przez banki na złotowe?). Komitet doszedł też do wniosku, że z powodu wyższych rat kredytów frankowych najpewniej nie dojdzie w Polsce do recesji, bo konsumpcja aż tak bardzo nie spadnie ;-), zaś nad większymi obciążeniami gospodarstw domowych mieszkających z Frankiem S. nie ma się co roztkliwiać, gdyż ich płace i inne dochody w ostatnich lat rosły w takim tempie, że wzrost rat ledwie je dogania. Po osiągnięciu konsensusu w wyżej wspomnianych kwestiach Komitet spokojnie mógłby rozejść się w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, ale... Na szczęście zamiast tego postanowił napisać jeszcze jeden akapit komunikatu, poświęcony kredytobiorcom. Dobrze, że Komitet tak uczynił, bo bez tego komunikat wyglądałby drętwo. Chociaż, szczerze pisząc, i tak tak wygląda ;-).

      W "konsumenckiej" części sprawozdania z obrad dowiadujemy się dwóch istotnych rzeczy. Po pierwsze Komitet przyjął od bankowców deklaracje, że będą uwzględniali ujemny LIBOR w kalkulacjach rat kredytowych. To miła memu sercu wiadomość, bo od kilku dni w blogu, portalu Wyborcza.biz oraz w papierowej "Gazecie Wyborczej" alarmowałem, że całkiem spora grupa banków zamierza fiksować klientom LIBOR na poziomie zero, choć faktycznie zjechał on już prawie 0,5% poniżej zera. Część banków poprawki umożliwiające tak asymetryczne podejście do tematu wprowadziły na domiar złego nie do umów, lecz do regulaminów (a więc bez zgody klientów) i zrobiły to dopiero w ostatnim czasie. We wtorek sprawa ta oburzyła panią premier, która poprosiła o działania prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta, a ten natychmiast wszczął postępowanie w sprawie, aby pani premier nie wzburzyła się na Urząd. Nie wiem czy nie można było tego załatwić wcześniej, ale grunt, że kredytobiorców najprawdpodobniej czeka ulga. W wielu przypadkach uwzględnienie ujemnego LIBOR-u będzie oznaczało, że wzrost raty w wyniku skoku franka wyniesie nie 400-500 zł, a 200-250 zł. Zawsze coś.

      Drugim interesującym punktem komunikatu Komitetu Stabilności Finansowej jest informacja, że obecni podczas spotkania prezesi banków zadeklarowali "brak konieczności żądania dodatkowych zabezpieczeń kredytów". Jeśli dobrze rozumiem, posiadacze kredytów hipotecznych, których LTV wynosi dzisiaj 150%, albo i więcej, po tej deklaracji nie muszą się spodziewać telefonów z banku z informacją, że albo następnego dnia przyniosą kilkadziesiąt tysięcy złotych, nadpłacając kredyt, albo wykupią dodatkową polisę ubezpieczenia ujemnego wkładu. Biorąc pod uwagę, że od czwartku przed tygodniem być może nawet 100.000 kredytobiorców znalazło się "pod wodą" jeśli chodzi o wskaźnik LTV, jest to ewidentnie uspokajająca wiadomość. Oby tylko nie skończyło się na słowach, bo przecież takie gromadne przymykanie oczu na niski poziom zabezpieczenia dużej części kredytów może być trudne. Ciekaw jestem jakich trików będzie musiała używać Komisja Nadzoru Finansowego, żeby nie zauważyć, że duża część kredytów jest zabezpieczona wyjątkowo licho.

      "Komitet rekomenduje bankom stosowanie rozwiązań restrukturyzacyjnych dostosowanych do indywidualnych potrzeb i możliwości każdego klienta oraz ich dopasowanie do aktualnych warunków rynkowych. Wskazano na konieczność utrzymywania kontaktu z klientami posiadającymi walutowe kredyty hipoteczne, zwłaszcza tymi, którzy mają trudności z ich spłatą. (...) Zgodzono się, że z podjęciem ewentualnych działań o długofalowych skutkach należy powstrzymać się do czasu ustabilizowania się sytuacji na rynku walutowym i ustalenia nowego kursu równowagi franka szwajcarskiego na światowych rynkach"

      - czytam w komunikacie, co chyba oznacza, że na razie nie ma mowy o przyjęciu mojego postulatu, by banki wzięły na siebie część kosztów wynikających z gwałtownego umocnienia kursu franka. Nie mówiąc już o dalej idących postulatach, jak przewalutowanie kredytów, czy zamrożenie kursu franka. Komitet nie zająknął się też ani słowem na temat postulatu, by ograniczyć stosowanie przez banki bankowego tytułu egzekucyjnego w przypadku kredytów frankowych. Być może wstrzemięźliwość najważniejszych polskich finansistów jest chwilowa, bo z komunikatu wynika, że wciąż czekają na zrównoważenie kursu franka.

      Inna sprawa, że obrady Komitetu chyba zmiękczyły kamienne serca niektórych bankowców. Tuż po komunikacie z obrad mBank, jeden z największych kredytodawców w kraju, ogłosił oficjalnie, że będzie respektował ujemny LIBOR (wcześniej sugerował, że będzie, ale niekoniecznie w stosunku do wszystkich klientów), a co ważne - że również zawęzi spread walutowy oraz będzie proponował klientom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej rozłożenie kredytu na dłuższy termin tak, by ich rata pozostała bez zmian w stosunku do tej, którą płacili drzewiej (czyli wtedy, kiedy kurs franka nie przekraczał 3,5 zł). Jest to z pewnością krok w dobrym kierunku, pokazujący, że - tak, jak mówił ostatnio prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka - w interesie banku komercyjnego nie powinno być dodatkowe dołowanie klienta, którego sytuacja finansowa właśnie mocno się pogorszyła. To, że mBank zdecydował się m.in. zawęzić spread (ciekaw jestem skali tego zawężenia), świadczy o gotowości tej instytucji finansowej do ponoszenia, przynajmniej w pewnym stopniu, współodpowiedzialności za katastrofalny wzrost kursu franka.

      Sądzę, że warto to docenić, chociaż z drugiej strony oczywiście nie mam złudzeń: to tylko program obowiązkowy, powrót do dobrych praktyk, które powinny obowiązywać zawsze. Deklaracja mBanku zakłada, że będzie on respektował, że matematyczny minus jest minusem, że nie będzie zarabiał tyle, ile zarabiał do tej pory na wirtualnym wymienianiu walut oraz że nie będzie czynił fochów przy restrukturyzacji kredytów (co jest i tak w jego interesie) . Oczywiście, na bezrybiu i rak ryba, ale po pierwszych chwilach euforii muszę przyznać, że mój entuzjazm przygasł. Bardzo jestem ciekaw reakcji innych banków. Mam nadzieję, że zobaczę w nich coś więcej, niż program obowiązkowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (70) Pokaż komentarze do wpisu „Po finansowym spotkaniu na szczycie: banki uwzględnią ujemny LIBOR i przymkną oko na LTV?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 21 stycznia 2015 00:49
  • wtorek, 20 stycznia 2015
    • Czy w Polsce da się wiernie skopiować frankowy "wariant węgierski"? Jest pewien problem

      Od tygodnia bardzo zazdrościmy Węgrom słynnego kompromisu między bankami, a rządem, który zaowocował przewalutowaniem wszystkich kredytów frankowych w tym kraju na wyrażone w forintach. Przypomnę w dwóch słowach, że jednocześnie banki musiały oddać klientom cały pobrany przez lata spread oraz anulować wstecz podwyżki oprocentowania kredytów. Dzięki temu dług klientów spadł o mniej więcej 20% (bo to, co banki im zwróciły pomniejszyło kapitał do spłaty) Banki od tego roku będą musiały też przestrzegać nowej ustawy o "fair bankowości", na podstawie której nie będzie dozwolone ani udzielanie kredytów w obcej walucie, ani udzielanie długoterminowych kredytów o stałym oprocentowaniu - stawka ma być uzależniona od rynkowych warunków i co trzy lata zmieniana. Czy to powinien być wzór do naśladowania dla polskich polityków i bankowców? Wielu moich czytelników sugeruje, że nasi kredytobiorcy frankowi powinni być wzięci pod podobny parasol. Jeden z komentatorów rozmarzył się do tego stopnia, że nawet narysował jak wyglądałoby takie kompromisowe rozwiązanie w jego konkretnym przypadku  Niestety, rysował jeszcze przed Czarnym Czwartkiem....

      "Kredyt jest zaciągnięty na 100.000 zł, przy kursie 2,2 zł za franka, co dawało na starcie 45.455 franków. Do dziś spłacono 10% kapitału (raty malejące), co daje zadłużenie na poziomie 40.909 franków po kursie 3,5 zł, czyli jakieś 143.181 zł. Jeśli bank by wziął na klatę 25% kapitału, a resztę przewalutował po dzisiejszym kursie 3,5 zł, to mamy zadłużenie 107.386 zł. Nadal gorzej, niż po kursie z dnia podpisania umowy, ale takie, jak gdyby kurs wynosił 2,62 zł. Gorzej, niż 2,2 zł, ale dużo lepiej, niż 3,5 zł. Bank też ma spokój, bo ma 0% zagrożonych kredytów. Więcej i tak jest do przodu, czyli zarabia na kredycie. I nie ryzykuje, że część klientów wygra pozwy zbiorowe. Bo gdyby przegrał w sądzie proces o unieważnienie umowy, musiałby nie tylko przewalutować kredyt przy kursie z dnia zawarcia umowy - w tym przykładzie 2,2 zł - ale też zwracać nadpłaty plus odsetki ustawowe (średnio to 13% rocznie)"

      - pisze czytelnik. Pozornie wygląda to nieźle i nawet odpowiada mojemu postulatowi współodpowiedzialności za kłopoty wynikające z zaciągnięcia kredytu w walucie obcej - część kosztów bierze na siebie bank, a część klient. Choć chyba ja wolałbym tej współodpowiedzialności bez przewalutowania kredytów. Uważam, że kredyt frankowy to gra, której nie powinno się bez ważnej przyczyny przerywać przed zakończeniem (inne pytanie brzmi czy ta "ważna przyczyna" nie pojawiła się w czwartek...). Różnie można ustalić współodpowiedzialność za różnice kursowe powstałe w stosunku do startu tej gry, jednak jej przerwanie w trakcie zaburza podstawową zasadę, iże kredyt walutowy najbezpieczniejszy jest wtedy, gdy spłaca się go małymi porcjami przez długi okres. A gdyby jednak przyjąć, że franki są toksyczne i przymusowo przewalutować kredyty, tak jak na Węgrzech? Czy dałoby się skopiować ich rozwiązanie tak, jak pokazał to jeden z czytelników?

      hufprzewalutowanie1Pewnie by się dało, choć węgierski układ dotyczy kompletnie innej sytuacji i innych kredytów, niż te, które spłacają Polacy. Węgrzy zaciągali kredyty frankowe przy stałej stopie. Ich oprocentowanie w momencie startu wynosiło średnio 5,5% (średnia marża banku ponad LIBOR - 3,4%), zaś jesienią 2014 r. - mimo formalnie stałej stopy - wynosiło 7,8% (i tyle zarabia bank, bo przy zerowym wskaźniku LIBOR CHF cała marża jest dla niego). Poza tym banki oczywiście narzuciły klientom spread. Co obejmuje układ? To w zasadzie kredyty trochę podobne do tych, które zaciągnęli nasi "Nabici". Z tym, że mBank udzielił im pożyczki o zmiennej stopie, a nie o stałej. Ale w przypadku kredytów "Nabitych" - tak samo, jak na Węgrzech - podstawa zmian oprocentowania została zdelegalizowana. Na Węgrzech klienci dostaną zaliczony w poczet kapitału zwrot z podwyżek oprocentowania i spreadu, co spowoduje dwa efekty - spadek długu (a więc i odsetek oraz w efekcie raty) oraz wyzerowanie ryzyka kursowego w przyszłości. Na wykresie wygląda to mniej więcej tak:

      hungary_przewal3

      W Polsce nie da się skopiować w całości "wariantu węgierskiego" ze względu na inną strukturę zarobku banków na kredytach. U nas w większości kredytów obowiązuje oprocentowanie według zmiennej stawki opartej o LIBOR. Marża banku wynosi np. 1,2% i jest stała. Na Węgrzech już na starcie była wysoka (średnio 3,4%), a przed przewalutowaniem na forinty była jeszcze wyższa (7,8%). Na Węgrzech banki czochrały klientów nieprawdopodobnie wysokim oprocentowaniem i do tego jeszcze spreadem. U nas, przy niskich marżach kredytów frankowych, to spread jest głównym zarobkiem banku (na marży kredytowej nie zarabiają wiele, bo mniej więcej tyle, ile kosztuje je pozyskanie kapitału we frankach, potrzebnego na drugą stronę bilansu). Bo ten kapitał- wbrew temu, co piszą niektórzy frankowicze, musi po drugiej stronie bilansu banku być.

      Stąd bierze się mój pomysł, żeby urządzić to wszystko w bardziej zrównoważony sposób - niech kontrakty walutowe pozostaną w mocy, a obie strony umowy kredytowej podzielą się kosztami wynikającymi z nienaturalnie wysokich zmian kursów walut. Oczywiście - to oznacza pewne ryzyko po obu stronach, bo dziś już nie można wykluczyć, że frank będzie kiedyś po 5 zł, albo po 7 zł. Niedawno nie wierzyłem, że będzie po 4 zł (kto mógł zakładać taki masochizm szwajcarskiego banku centralnego?), ale dziś - kiedy szwajcarscy bankierzy centralni okazali się być kompletnie nieobliczalni - trudno wykluczyć cokolwiek. A poniżej kolejny ciekawy wykres z prezentacji węgierskiego banku centralnego, dotyczącej operacji przewalutowania kredytów na forinty. Tak wygląda rozkład procentowy spadku zadłużenia klientów z podziałem na grupy.

      hung2

      Nie da się ukryć, że już przed Czarnym Czwartkiem w Polsce mieszka 250.000 potencjalnych hipobankrutów, których nieruchomości są warte mniej, niż spłacane kredyty. Wśród rozwiązań - obok postulowanego przeze mnie wprowadzenia współodpowiedzialności banków za  wzrost kursu franka oraz specjalnej ścieżki dla osób chcących z powodu frankowego kredytu ogłosić upadłość konsumencką - pojawiły się np. pomysły, by ograniczyć odpowiedzialność kredytobiorcy tylko do wartości nieruchomości, albo wprowadzić zasadę, że to bank bierze "na klatę" konsekwencje ewentualnego spadku wartości nieruchomości (czyli sytuacji, w której LTV kredytu przekracza 100%). Ale czy te dwa ostatnie rozwiązania da się wprowadzić dla już udzielonych kredytów frankowych? 

      CO ZROBIĆ Z FRANKOWYMI KREDYTAMI? Dyskusje na ten temat trwają od pewnego czasu. W jednej z nich - jeszcze przed frankową zawieruchą - brałem udział na antenie TVN 24 BiS. Pojawiło się tam kilka pomysłów dla frankowiczów - jakie mają wady i zalety? Obejrzyjcie! ;-). Przeczytajcie też polemikę Grzegorza Sroczyńskiego z Ryszardem Petru, który twierdził niedawno, że problemu z frankami nie ma. A także spowiedź liberała, który był prezesem banku, ale o frankach wypowiada się z największym obrzydzeniem.

      tvnbislist3

      DUŻO SUBIEKTYWNOŚCI PO SZOKU FRANKOWYM. Zaskoczony i przestraszony szalonym wzrostem ceny franka szwajcarskiego? W blogu znajdziesz trochę ukojenia i rzetelnej informacji o tym co się stało. Przeczytaj artykuł o tym dlaczego frank tak koszmarnie podrożał (ergo: dlaczego szwajcarski bank centralny zachował się nieracjonalnie, strzelając w kolano własnej gospodarce), o siedmiu rzeczach, które ten szok zmienia w życiu każdego frankowicza (a być może nie tylko frankowicza?) i o tym jak nowa sytuacja może paradoksalnie poprawić sytuację osób walczących z bankami w sądzie o unieważnienie swoich kredytów frankowych. W blogu recenzuję też pierwsze pomysły polityków na to, jak pomóc kredytobiorcom wyplątać się z franka.

    • Zaczęło się: Chorwacja zamrozi kurs franka! Co na to polskie banki? Oto plan minimum

      Dziś, pięć dni po frankowej katastrofie, która zaowocowała wzrostem walutowego zadłużenia Polaków o prawie 30 mld zł, zbiera się Komitet Stabilności Finansowej, na którego posiedzenie zostali wyjątkowo zaproszeni prezesi największych polskich banków zaangażowanych w kredyty frankowe. To może być ważne spotkanie, bo w gronie szefów nadzoru, banku centralnego oraz wysokich przedstawicieli rządu mogą zapaść jakieś decyzje dotyczące losów 550.000 rodzin "ugotowanych" po szalonym wzroście szwajcarskiej waluty o 20% w ciągu jednego dnia. Frankową epopeję nad Wisłą obserwują zresztą nie tylko sami frankowicze, ale też finansiści z całej Europy. O naszych walutowych kredytobiorcach pisały w ostatnich dniach największe finansowe gazety świata - duży tekst poświęcił im "The Economist", a także "Financial Times", pisząc że Polska przespała czas na załatwienie problemu kredytów walutowych. 

      Czytaj też: Ujemny LIBOR poratuje? Nie, bo... banki nie chcą go uwzględniać!

      Spór o to, czy powinno się pomagać frankowiczom, jest gorący i każda strona ma mocne argumenty. Nikt nikogo nie zmuszał do zaciągania kredytu frankowego, ale i nikt nie uświadomił klientów, że to aż tak ryzykowna "zabawa". Moje stanowisko jest takie, że frankowiczom nie powinno pomagać państwo, lecz banki, które do tej pory przerzucały całe ryzyko związane z kredytami w obcej walucie na klienta. Skoro ryzyko to okazało się aż tak gigantyczne, to uważam, że bankowcy powinni wziąć jego część "na klatę". W innych krajach już zresztą zapadają takie decyzje. W poniedziałek późnym wieczorem chorwacki premier Zoran Milanović ogłosił, że rząd skieruje do parlamentu ustawę zamrażającą kurs franka na rok, na poziomie sprzed czwartkowego załamania. A więc klienci banków przez kolejnych 12 miesięcy będą płacili raty po kursie ze środy sprzed tygodnia - 6,39 kun za franka. Koszt różnic kursowych mają pokryć chorwackie banki (w 90% kontrolowane przez "zagranicę"). W Chorwacji kredyty frankowe ma 60.000 osób (spośród 4,2 mln mieszkańców), czyli proporcjonalnie podobny odsetek populacji, co w Polsce.

      A więc chyba się zaczęło: Chorwacja to kolejny po Serbii kraj, który zdecydował się przerzucić na banki część odpowiedzialności za niemożliwy do przewidzenia i anormalny wzrost kursu franka - czyli obcej waluty, w której zadłużyli się jego obywatele. W odróżnieniu od Węgier nie ma tu mowy o przewalutowaniu, a jedynie o zamrożeniu rat kredytowych na pewnym maksymalnym poziomie. Oczywiście,Chorwacki pomysł to tylko rozwiązanie tymczasowe, szybko założona proteza na czas poszukiwania docelowych rozwiązań i bezpieczników systemowych. Czy polskie banki również zdecydują się partycypować w kosztach frankowych perypetii swoich klientów? Sądząc po tym, jak kombinują, żeby nie uwzględnić w oprocentowaniu kredytów frankowych ujemnej stawki LIBOR, można mieć wątpliwości co do ich dobrych intencji. Polskich bankowców w radiu TOK FM zganił za tę nieprzyjazną postawę wobec klientów sam Marek Belka, szef Narodowego Banku Polskiego.

      "Na posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej chcemy zapytać banki, czy będą w stanie uwzględnić ujemne stopy procentowe w oprocentowaniu kredytów. Wiem, że są takie banki, które uwzględniają spadające stopy, ale tylko do poziomu "zero". Nawet jeśli w umowie jest takie ograniczenie, to przecież można zmienić umowę"

      - tak mniej więcej mówił Marek Belka. Prezes Narodowego Banku Polskiego opowiada się za uwzględnieniem przez banki ujemnego LIBOR-u w oprocentowaniu kredytów frankowych. I zwraca uwagę, że czasem warto poświęcić część zysków i pomóc klientowi, niż biernie obserwować, jak ten klient bankrutuje, obciążając przy tym konto banku. Mówiąc o tym, że banki powinny wziąć "na klatę" część kosztów Belka miał na myśli nie tylko uwzględnianie ujemnej stopy LIBOR w oprocentowaniu kredytów, ale też zmianę podejścia banków do zabezpieczeń kredytowych. Jeśli jakiś klient ma dziś mieszkanie warte dużo mniej, niż kredyt udzielony na zakup tego mieszkania (np. w efekcie szalonego wzrostu kursu franka), to bank powinien na własną rękę zadbać o dodatkowe zabezpieczenie tego kredytu, a nie żądać tego zabezpieczenia od klienta. Obie propozycje prezesa NBP bardzo mi się podobają. Miejmy nadzieję, że prezesi banków dojdą do podobnych wniosków. 

      Jwarto_dugw_frankowych eżdżąc metrem, robiąc zakupy w sklepie, tankując na stacji benzynowej - wszędzie słucham ludzi, którzy autentycznie boją się, że bank wyrzuci ich z mieszkania. Im dłużej bankowcy nie uspokoją tych strachów swoich klientów, tym bardziej radykalnych poczynań spanikowanych kredytobiorców trzeba się spodziewać. Już dziś wiemy, że walą oni drzwiami i oknami do kancelarii prawniczych, a jedna z organizacji zrzeszających klientów banków zbiera podpisy pod pomysłem, by pozwać polski rząd o to, że niewystarczająco ostrzegał przed kredytami frankowymi. Wiemy też, że sprawą zainteresowali się politycy - PiS ogłosił swój pomysł na uratowanie frankowiczów, a wicepremier Janusz Piechociński w niedzielę zapowiedział, że jeśli będzie trzeba (czyli jeśli frank będzie utrzymywał się powyżej 4 zł) rząd może rozważyć jakąś pomoc dla kredytobiorców. Tylko patrzeć, jak pod oddziałami banków zaczną odbywać się demonstracje, a w Sejmie pojawią się projekty ustaw prześcigające się w hojności względem frankowiczów.

      Apeluję do banków: jak najszybciej, najlepiej w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin, ogłoście - wspólnie lub każdy z osobna - w jaki sposób będziecie podchodzili do klientów, którzy nie będą w stanie spłacać kredytów po kursie powyżej 4 zł. A także jaka będzie Wasza polityka w stosunku do tych, którzy swój kredyt spłacają, ale jego LTV jest już grubo powyżej 100%. Klienci oczekują od Was konkretnej, rzetelnej i uspokajającej informacji. Chcą wiedzieć, że nie zaczniecie ich wyrzucać z mieszkań jeśli nie będzie ich stać na spłatę rat. Że będziecie wspólnie z nimi szukali wyjścia z pułapki długu, że przychylnie spojrzycie na plan restrukturyzacji kredytu. I że weźmiecie na siebie część kosztów tej sytuacji, przekraczającej możliwości zdrowym rozsądkiem. Sytuacja, która spotkała Waszych klientów, nie jest wynikiem normalnych zmian na rynku walutowym, które można było przewidzieć. Jest wynikiem radykalnego,szalonego wręcz kroku szwajcarskiego banku centralnego, który nawet przez samych Szwajcarów - a zwłaszcza przez właścicieli największych koncernów produkujących zegarki lub czekoladę - jest uznawany za samobójczy.

      Jeśli Wy, bankowcy - oraz organizacja, która powinna reprezentować Wasze interesy, czyli Związek Banków Polskich - nie przedstawicie dobrego pomysłu na podział odpowiedzialności za frankową katastrofę między Was i klientów oraz nie zaproponujecie działań wspomagających klientów, to zrobią to za Was inni. Tak, jak było to w przypadku opłat interchange. Sytuacja wymaga Waszej natychmiastowej reakcji. Albo przynajmniej - jeśli nie macie jeszcze spójnego "planu antykryzysowego" - opracowania tymczasowych procedur, które zapewnią klientom elementarny komfort w tej trudnej sytuacji. Jak taki "plan tymczasowy" mógłby wyglądać? Moi niezawodni czytelnicy przysłali mi kilka pomysłów, z których najlepszy wydaje mi się ten podrzucony przez pana Tomasza, nieco podobny do tego, który proponuje premier w Chorwacji.

      "W tej całej sytuacji głównym zagrożeniem jest wypowiedzenie umowy kredytowej przez bank, co niesie za sobą przeliczenie zobowiązania na złotówki po obecnym kursie franka. Zakładając, że bank sprzeda przez komornika nieruchomość, to kredytobiorca pozostaje z ogromnym długiem bez nieruchomości. Sprzedaż nieruchomości w takich okolicznościach może zaspokoić wierzytelność w mniej niż połowie. To co jest najważniejsze dziś, to nie regulacje unieważniające umowy frankowe, czy działania zmierzające do przewalutowania ich po kursach z lat poprzednich, ale ochrona klientów przed wypowiadaniem umów przez banki"

      - pisze pan Tomasz. Jak mogłoby wyglądać rozwiązanie, które zapewniłoby klientom elementarne poczucie bezpieczeństwa w okresie przejściowym? Mój czytelnik uważa, że banki powinny zadeklarować, że w przypadku, gdy klienta nie będzie stać na zapłatę całej raty, będą przyjmowały pewną część należnych pieniędzy, płatność pozostałej części przesuwał w czasie, nie naliczając od tej kwoty żadnych odsetek.

      "Zakładając, że klient miał w budżecie domowym przeznaczony np. 1000 zł na obsługę kredytu, zaś jego rata wynosi ok. 300 franków, to obecnie jest w stanie spłacać 200– 250 franków. Bank powinien mu pozwolić na takie posunięcie. Ta kwota będzie wystarczała na obsługę oprocentowania i spłatę części kapitału"

      - pisze pan Tomasz. Uważam, że to byłby bardzo dobry pomysł na uspokojenie nastrojów wśród frankowiczów do czasu wypracowania jakichś rozwiązań systemowych (czyli mechanizmów uwzględniających podział odpowiedzialności za nadzwyczajne ruchy kursów między bankiem i klientem). Kluczem jest dziś doprowadzenie do sytuacji, w której kredytobiorca deklarujący spłatę rat w poprzedniej wysokości nie byłby zagrożony wypowiedzeniem umowy kredytowej przez bank. Niechby nawet temu rozwiązaniu towarzyszyło zastrzeżenie, że obniżona rata musi być wyższa niż naliczane odsetki (czyli klient spłaca odsetki plus część raty kapitałowej). Tym samym może udałoby się zdjąć z ludzi zagrożenie utraty nieruchomości i ogromnych kłopotów finansowych. I co, drodzy bankowcy? Już rozumiecie, że stoicie przed ważnym testem na wiarygodność, którego oblanie może doprowadzić to tego, że będziecie wstydzili się przyznać w towarzystwie gdzie pracujecie?

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)
      Jak inwestować i pomnażać

      SUBIEKTYWNE POSTANOWIENIE NOWOROCZNE. Idealny upominek to taki, który z jednej strony cieszy oko dającego i przyjmującego tenże, a z drugiej - pozwala żyć lepiej, efektywniej lub przyjemniej - czyli na coś się przyda. Oba te warunki spełniają moje książki, które polecam Wam jako pomysły na upominek wspierający postanowienia noworoczne. Jeśli chcielibyście przekazać komuś bliskiemu wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - kupcie mu poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku

      SUBSKRYBUJ KANAŁ "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach jest na Facebooku, Twitterze, jest też w Google+ oraz na Instagramie. Zaś subiektywne wideofelietony pojawiają się w blogowym kanale na Youtube. Zasubskrybuj, żeby nie przeszedł ci obok nosa żaden film. W najnowszym odwiedzam najdziwniejszą placówkę bankową. To rodzaj bankowej klubokawiarni, która łączy funkcje bankowe z kawowymi oraz z oferowaniem klientom wygodnego miejsca do pracy i spotkań z kontrahentami. Kto nie może być tam osobiście, niech obejrzy moją krótką wideorelację z przedpremierowej wizyty w tym zadziwiającym miejscu (na moim kanale w Youtube jest też dłuższe sprawozdanie). Chętnie się dowiem co myślicie o takim modelu przyjmowaniu klientów przez bank w placówce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (41) Pokaż komentarze do wpisu „Zaczęło się: Chorwacja zamrozi kurs franka! Co na to polskie banki? Oto plan minimum”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 20 stycznia 2015 00:44
  • poniedziałek, 19 stycznia 2015
    • Ujemny LIBOR ratunkiem dla frankowiczów? Niestety, część banków nie chce go uwzględnić

      LIBORCHF1801Tego co się stało z kursem franka nie da się objąć rozumem. Wygląda na to, że jeszcze przez jakiś czas posiadacze kredytów frankowych będą płacili znacznie wyższe raty, niż wcześniej. Ale jest pewna okoliczność, która mogłaby obniżyć wzrost raty przynajmniej o połowę. Chodzi o uwzględnienie w oprocentowaniu kredytu spadku stawki LIBOR CHF do ujemnego poziomu. Frankowy LIBOR jest podstawą dla ustalania oprocentowania przygniatającej większości kredytów hipotecznych (do niego bank dolicza marżę i tak powstaje oprocentowanie kredytu). Dziś LIBOR CHF jest poniżej zera, bo szwajcarski bank centralny, podejmując szaloną decyzję o "uwolnieniu" kursu franka, jednocześnie wprowadził ujemną stopę depozytową na poziomie -0,75%. Kto chce deponować dziś pieniądze w banku centralnym, musi do tego sporo dopłacać. Ujemne oprocentowanie depozytów w banku centralnym zawsze przenosi się na rynek banków komercyjnych, stąd międzybankowy LIBOR też znalazł się "pod wodą". Każdy bank, który uwzględni ujemny LIBOR wyliczając klientowi nowe oprocentowanie, de facto obcina sobie część marży (bo jeśli oprocentowanie kredytu to np. LIBOR plus 2%, to przy ujemnej cenie pieniądza na rynku międzybankowym oprocentowanie kredytu będzie mniejsze, niż 2%.

      Niestety, niektóre banki nie chcą liczyć oprocentowania kredytów w ten sposób, upierając się, że w ich algorytmie najniższa możliwa wartość LIBOR-u może wynosić "zero". I nie ma podstaw, by zejść poniżej tego zera. Taką politykę stosuje w stosunku do części klientów m.in. mBank. Kłopot w tym, że klienci czekają na takie przeliczenie z utęsknieniem. Kilka dni temu rozmawiałem z jednym z ekonomicznych dziennikarzy telewizyjnych i zarzekał się, że wciąż czeka na obniżkę oprocentowania swojego kredytu w mBanku. I że jak się nie doczeka, to napisze w tej sprawie wniosek do banku. Inny mój znajomy przesłał mi fragment umowy kredytowej, którą podpisał jakiś czas temu z mBankiem (a konkretnie - z Multibankiem, bliźniaczym bankiem wcielonym już do mBanku). Znajomy liczy na to, że bank w oparciu o te paragrafy umowy obniży mu oprocentowanie kredytu.

      LIBOR

      W umowie nie ma ani słowa o tym, że stawka LIBOR przy aktualizacji oprocentowania nie może być ujemna. Jest jedynie napisane, że oprocentowanie kredytu jest ustalane jako stawka bazowa LIBOR powiększona o stałą marżę w wysokości 1,05%. I że bank co miesiąc będzie aktualizował część oprocentowania zależną od LIBOR-u (pod warunkiem, że zmiana będzie większa, niż 0,1%. 

      "Do końca stycznia, zgodnie z zapisami Regulaminu i umów, mBank utrzymuje oprocentowanie kredytów bazujące na grudniowej wysokości LIBOR CHF.Po kolejnej aktualizacji stawki, mBank przekaże klientom informacje o aktualizacji harmonogramów kredytowych. Będziemy honorować zapisy zawartych umów, zgodnie z charakterem umowy kredytowej, która została ukształtowana przez ustawodawcę jako umowa odpłatna. W nowych umowach, podpisywanych od końca grudnia 2012 r., uprzedzamy klientów w dokumentach związanych z kredytem o stosowaniu stawki „zero” w sytuacji, gdy stopa rynkowa byłaby ujemna. W umowach podpisanych przed tym terminem takiego zastrzeżenia nie stosowaliśmy"

      – uspokaja mBank. Enigmatycznie, ale wygląda na to, że przynajmniej część klientów, jak to mówią na kolei, "dozna ulgi". ;-) Niekorzystne dla klienta interpretowanie umowy - zwłaszcza w zaistniałej sytuacji, gdy klienci dostają białej gorączki z powodu wzrostu swych rat - to byłby duży błąd banku. I mógłby się skończyć masowymi protestami klientów. Akurat mBank został nimi już w przeszłości boleśnie doświadczony. Na cudzych błędach nie chce chyba uczyć się Credit Agricole, który jesienią zeszłego roku zmienił klientom jednostronnie wzorce umowne. W umowach kredytowych indeksowanych do franków pojawił się zapis, który zabezpiecza bank na wypadek ujemnych stóp procentowych. Par 4 ust 5 nowego wzorca umownego mówi: "w przypadku gdy wartość stopy bazowej, określonej w ust 4 przyjmie wartość 0,00% lub wartość ujemną, Bank przyjmuje jako stopę bazową obowiązującą w Banku, stopę bazową w wysokości 0,00%"

      Dosłownie kilka tygodni po zmianie wzorca umownego - otwarte jest pytanie, czy bank miał do tego prawo - tak się złożyło, że szwajcarski bank centralny obniżył stopy procentowe do wartości ujemnej. A bank, w oparciu o wprowadzony ostatnio zapis, zapewne spróbuje uniknąć obniżania klientom rat. Zapytałem przedstawicieli Credit Agricole na jakiej podstawie zmienili klientom jednostronnie umowę, wprowadzając tak istotne zmiany, jak nowe zasady ustalania oprocentowania kredytów. Czego się dowiedziałem?

      "Zaproponowane przez nas zmiany nie dotyczyły postanowień umownych, będących przedmiotem indywidualnych ustaleń.Zaktualizowaliśmy wzorce umów kredytów hipotecznych tak, aby postanowienia w nich zawarte były w pełni zgodne z obowiązującymi przepisami prawa i zaleceniami regulatorów, a jednocześnie były precyzyjne i nie nasuwały wątpliwości interpretacyjnych. Również zapis, o który pytasz, stanowi realizację tego celu, by jednoznacznie pokazać zasady oprocentowania kredytu. Zasady te to: zmienne oprocentowanie kredytu mieszkaniowego, stanowiące sumę zmiennej stopy bazowej oraz marży banku; marża ustalana jest indywidualnie z klientem i jest stała w określonych w umowie okresach. W treści umowy wskazywane są szczegółowe zasady wyliczania stopy bazowej. Ani stopy bazowe, ani zasady ich wyliczania nie są ustalane indywidualnie z kredytobiorcami"

      - tłumaczy bank, nie poczuwając się do winy. Mnie to kompletnie nie przekonuje. Podciąganie pod "doprecyzowanie" tak istotnej zmiany umowy, jak sposób naliczania oprocentowania i mówienie, że to nie jest parametr "uzgadniany indywidualnie" jest dla mnie mocno wątpliwe. Coś mi mówi, że sprawa może się skończyć w sądzie. W podobnej sytuacji są klienci innego francuskiego banku, BNP Paribas. Tu też umowa nie wspomina o tym, że najniższa możliwa wartość stawki LIBOR przy aktualizacji oprocentowania kredytu może wynosić "zero". Ale... za to w 2014 r. wpisał klientom do regulaminu kredytów hipotecznych, a więc do dokumentu, którego klienci nie muszą podpisać, następujące zastrzeżenie: "W przypadku osiągnięcia przez stopę bazową oprocentowania wartości ujemnych, dla celów wyliczenia oprocentowania produktu kredytowego przyjmuje się, że stopa bazowa oprocentowania wynosi zero". Piszą do mnie oburzeni klienci banku, którzy zorientowali się, że w oparciu o ten zapis bank może wymigać się od obniżki oprocentowania. W umowie kredytowej podobno nie ma takiego zapisu.

      "Jaka jest podstawa wprowadzenia nowego zapisu do regulaminu, który zmienia zasady gry? Kredyt brałem w 2005 r. z pełną świadomością ryzyka kursowego. W tamtym czasie obowiązywał inny regulamin. W tym zakresie - moim zdaniem - pierwszeństwo powinny mieć zapisy w umowie, a nie pobożne życzenia banku, wyrażone w nowym regulaminie"

      - pisze pan Wojciech. Drodzy Przyjaciele z banku BNP Paribas, co Wy tam palicie... to jest... kombinujecie? Czy wolno jednostronnie zmienić klientowi tak istotny parametr, jak sposób ustalania stopy procentowej? Czy Wy też nazwiecie to "doprecyzowaniem"? Do czytelników bloga mam prośbę: sprawdźcie czy w Waszych umowach definicja stawki bazowej lub referencyjnej obejmuje zastrzeżenie dotyczące ujemnych stawek LIBOR i czy przypadkiem takie zastrzeżenie nie znajduje się w regulaminie zamiast w umowie. Jeśli tak, to niewykluczone, że Wasz bank kuchennymi drzwiami wprowadził zmiany, które utrącą Wam możliwość skorzystania z mocno ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii. Oczywiście: zmiany regulaminu klient nie musi zaakceptować i ma wtedy prawo wypowiedzieć bankowi umowę kredytową. Ale przecież jest jasne jak słońce, że akurat dla frankowych kredytobiorców jest to niewykonalne, bo oznaczałoby konieczność spłacenia całego kredytu po obecnym,wysokim kursie franka. Dlatego uważam, że sprawą wprowadzania za pomocą regulaminów zmian dotyczących oprocentowania kredytu powinien zająć się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Albo sądy powszechne.

      "Brałem kredyt w Polbanku, który w regulaminie - będącym załącznikiem do umowy - opierał oprocentowanie kredytu na „naturalnym” LIBOR CHF. Obecnie, gdy Polbank stał się Raiffeisen Polbankiem, w regulaminie LIBOR jest opisany z dolnym limitem „nie mniej niż 0%. Czy zawieranie istotnego elementu ceny kredytu w regulaminie, który nie jest elementem negocjacji z klientem nie jest klauzulą abuzywną? Jest to temat dla UOKiK oraz KNF, który powinien zostać gruntownie przebadany" - pisze kolejny czytelnik.

      Gdyby banki stosowały stopę bazową o ujemnych wartościach, sytuacja kredytobiorców z powodu katastrofalnego wzrostu kursu franka nie uległaby aż takiemu pogorszeniu, z jakim mamy do czynienia. Jeżeli stopa LIBOR CHF będzie na poziomie -1%, a kredyt ma marżę 1%, to tak naprawdę powinniśmy spłacać tylko kapitał (bank nie zarabia żadnych odsetek!). Przy kredycie 30-letnim we frankach odsetki w pierwszych latach stanowią nawet ponad ok. 30% raty równej (annuitetowej). W związku z tym wzrost franka mógłby zostać zrównoważony ujemną stopą procentową, czyli frank po 4,5 zł nie byłby taki straszny. Banki często w dyskusyjny sposób zabezpieczyły sobie tzw. „downside risk”, przerzucając całe ryzyko „frankowego szaleństwa” na klientów. Są na szczęście banki - jak np. PKO BP - które już zadeklarowały, że uwzględnią ujemne stopy procentowe w oprocentowaniu kredytów. To oznacza, że wzrost raty kredytów frankowych będzie w przypadku PKO-owskich klientów wyraźnie mniejszy, niż wynikałoby to ze skali wzrostu kursu franka. Proponuję, byście w komentarzach pisali jak zachowują się w tej sprawie Wasze banki. A ja czym prędzej ułożę czarną listę i będę naciskał na bankowców, żeby się poprawili. A także będę naciskał na regulatorów, żeby naciskali na banki ;-). 

      DUŻO SUBIEKTYWNOŚCI PO SZOKU FRANKOWYM. Zaskoczony i przestraszony szalonym wzrostem ceny franka szwajcarskiego? W blogu znajdziesz trochę ukojenia i rzetelnej informacji o tym co się stało. Przeczytaj artykuł o tym dlaczego frank tak koszmarnie podrożał (ergo: dlaczego szwajcarski bank centralny zachował się nieracjonalnie, strzelając w kolano własnej gospodarce), o siedmiu rzeczach, które ten szok zmienia w życiu każdego frankowicza (a być może nie tylko frankowicza?) i o tym jak nowa sytuacja może paradoksalnie poprawić sytuację osób walczących z bankami w sądzie o unieważnienie swoich kredytów frankowych. W blogu recenzuję też pierwsze pomysły polityków na to, jak pomóc kredytobiorcom wyplątać się z franka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (117) Pokaż komentarze do wpisu „Ujemny LIBOR ratunkiem dla frankowiczów? Niestety, część banków nie chce go uwzględnić”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 stycznia 2015 08:52
  • sobota, 17 stycznia 2015
    • Zrobią w Polsce drugi Budapeszt? Recenzuję "prawe" pomysły na kredyty frankowe

      Czy i jak ulżyć frankowiczom w sytuacji, gdy ich zadłużenie z dnia na dzień skoczyło łącznie o 30 mld zł, zaś raty kredytowe wzrosły przeciętnie o 300-400 zł, zaś w przypadku dużych kredytów nawet o ponad 1000 zł? Festiwal politycznych pomysłów otworzyło w piątek Prawo i Sprawiedliwość, przedstawiając propozycję, by osoby zadłużone we frankach szwajcarskich mogły spłacić cały kredyt po kursie sprzed uwolnienia szwajcarskiej waluty (czyli po ok. 3,5 zł). Różnicę między obecną ceną, a kursem z 14 stycznia miałyby pokryć banki. Zamiana byłaby dobrowolna - klient, który chciałby się przewalutować na preferencyjnych zasadach, musiałby złożyć w banku stosowne oświadczenie woli. PiS proponuje więc rozwiązanie bardzo podobne do tego, które przeprowadzili Węgrzy, mający już za sobą rozprawę z frankiem. Tam przewalutowanie odbyło się po kursie rynkowym z listopada 2014 r. (wówczas ten kurs wydawał się mało atrakcyjny, ale teraz...). Aha, na Węgrzech banki musiały przy okazji zwrócić klientom cały spread walutowy, jaki pobrały od początku trwania kredytów oraz anulować wstecz wszystkie podwyżki oprocentowania.

      Wolałbym, aby politycy - nawet ci w miarę rozsądni, jak Paweł Szałamacha, który przedstawiał w piątek propozycje PiS - nie mieszali się do rozwiązania sprawy kredytów frankowych. Przynajmniej na razie. Moja koncepcja rozwiązania problemu frankowiczów jest nieco inna. Uważam, że umowy kredytowe powinny być regulowane zgodnie z harmonogramem, ale  powinien istnieć jakiś kurs, powyżej którego to bank zaczyna brać częściową  "odpowiedzialność" za wzrost franka. Tak właśnie rozwiązano sprawy w Serbii, gdzie bank centralny wydał specjalną rekomendację.  Bo tu obie strony - i bank i klient - mają "krew na rękach". Bankowcy zaoferowali klientom potencjalnie toksyczny produkt, a kredytobiorcy podjęli ryzykowną decyzję życiową, zadłużając się w innej walucie, niż zarabiają. Nikt nie mógł przewidzieć, że kurs aż tak pójdzie w górę. W czasie frankowego boomu wszyscy myśleliśmy - łącznie z ówczesnym premierem Tuskiem - że za kilka lat Polska wejdzie do strefy euro. Gdyby tak się stało, to kredyty złotowe byłyby bardziej ryzykowne, niż frankowe, bo nie byłoby wiadomo po jakim kursie będą przewalutowane na eurowe po naszym wejściu do europejskiego klubu. Nie bez sensu staje się dziś też argument, że taka zmienność rynków, jaką dziś obserwujemy, w dotychczasowej historii rynków się nie zdarzała. 

      Owszem, rację mają ci, którzy twierdzą, że duża część frankowych kredytobiorców to osoby dobrze sytuowane, które stać na spłacanie wyższych rat. Najwyżej zamiast na Malediwy pojadą tym razem na ferie zimowe np. do Karpacza. Mają też rację ci, którzy podnoszą argument, że kredytobiorcy frankowi przez długie lata korzystali z niskich stóp procentowych w Szwajcarii, płacąc dwukrotnie niższe raty od osób, które postanowiły nie brać na siebie ryzyka walutowego i zadłużyły się w złotych. Skoro dziś frankowcy mieliby dostać jakieś rekompensaty za wzrost kursu walutowego, to dlaczego mieliby ich nie dostać złotówkowi kredytobiorcy za długie lata zaciskania pasa? To wszystko racja, ale ten medal ma dwie strony. Nie wszyscy frankowi kredytobiorcy to finansowi krezusi. Owszem, niektóre banki oferowały takie kredyty tylko osobom o wysokich dochodach, ale były też banki, które podsuwały kredyt frankowy każdemu, kto nie miał wystarczającej zdolności kredytowej, by otrzymać kredyt w złotych. Nie wiemy jak duża jest ta grupa kredytobiorców, ale jest pewne, że w ich przypadku banki ciężko zgrzeszyły, oferując im ryzykowny produkt, który w żadnym wypadku nie był dla nich przeznaczony. 

      Pomysł na umożliwienie kredytobiorcom przewalutowania kredytu po preferencyjnym kursie, proponowany przez posłów PiS, nie jest wcale taki najgorszy, biorąc pod uwagę wcześniejsze propozycje tej partii ;-). Choć oczywiście trzeba pamiętać, że każde przewalutowanie to ryzyko. Co będzie jeśli za dwa lata kurs franka poleci na łeb, na szyję? Uważam, że umowa to umowa i trzeba ją wypełnić, co najwyżej uwzględniając przy jej rozliczeniu nadzwyczajne zmiany sytuacji na rynku. Viktor Orban miał więcej szczęścia, niż rozumu, przeprowadzając swoją wersję rozstania z frankiem, ale dziś moment na skopiowanie tego rozwiązania wcale nie musi być taki najlepszy. Być może więc bezpieczniejszym pomysłem byłyby preferencje kursowe dla osób chcących systematycznie nadpłacać kredyt? Jestem też sobie wyobrazić sytuację, w której bank pozwala klientowi nadpłacić raty i w zamian z własnej strony nieco redukuje jego dług. Ale PiS ma też inne propozycje na rozwiązanie problemu z frankiem.  Zebrałem wszystkie proponowane rozwiązania i postanowiłem spojrzeć na nie chłodnym okiem. Propozycje są następujące:

      Przewalutowanie kredytów hipotecznych we frankach na złote po kursie z dnia podpisania umów. Z tym postulatem się nie zgadzam. O ile sąd nie zdelegalizuje kredytu walutowego (czyli nie uzna go za "niekredyt", tylko opcję walutową), to obie strony powinny ponosić odpowiedzialność za fatalne skutki tej umowy. Należy ustalić jakiś "sprawiedliwy" kurs, przy którym kończy się odpowiedzialność klienta za ryzyko kursowe i zaczyna się odpowiedzialność banku. Ryzyko powinno być rozłożone sprawiedliwie i w miarę równomiernie. Gdyby tak było od samego początku, banki nie oferowałyby klientom tak chętnie kredytów frankowych. Kredyt frankowy to gra, której skutki będzie można ocenić dopiero po jej zakończeniu. Większość frankowiczów dobrze wyszła na ryzyku, które podjęli - przez cały dotychczasowy okres spłaty kredytu zapłacili mniejsze raty, niż klienci złotowi. To trochę tak, jak w kasynie - czy ci, którzy przegrają, powinni się domagać anulowania zakładu? Inna sprawa, że w tym przypadku nie wszyscy chyba zdawali sobie sprawę, że wchodzą do kasyna, bo na drzwiach było napisane, że to bank. I tu jest pies pogrzebany.

      Ograniczenie zobowiązań „frankowiczów” do kwoty jaką ewentualnie uzyska bank ze sprzedaży przejętej nieruchomości... Takie rozwiązania obowiązują w USA. Niegłupie, być może tak właśnie powinien wyglądać kredyt hipoteczny - bank może w razie czego zająć nieruchomość, ale nie wolno mu ruszyć innego majątku dłużnika. W takim układzie każda ze stron bierze na siebie jakieś ryzyko. Tyle, że w takiej konfiguracji kredyty pewnie byłyby droższe i wymagałyby wyższego wkładu własnego, niż dziś. Być może tego typu kredyty powinny być w Polsce dostępne jako jedna z opcji do wyboru? Jednak zastosowanie tej zasady do już trwających umów oznaczałoby przerzucenie całej odpowiedzialności za trudną sytuację klienta na bank. A - jak napisałem wyżej - tu każda strona ma trochę za uszami. ...i ułatwienie upadłości konsumenckiej przy zapewnieniu ochrony przed bezdomnością. PiS uważa, że należy znieść przepisy o eksmisji na bruk. Nowa ustawa o upadłości konsumenckie zapewnia dłużnikowi kredyt od państwa na pokrycie kosztów procedury upadłościowej, pieniądze na dwuletni wynajem innego mieszkania (jednak swoje mieszkanie bankrut traci) oraz możliwość redukcji długów na zgodą sądu. Nowa upadłość w zasadzie więc spełnia postulaty PiS.

      Ustanowienie zasady, że kredyty hipoteczne mogą być udzielane tylko w złotych i muszą mieć stałą stopę oprocentowania. Chodzi o to, żeby klienci banków, którzy wezmą takie kredyty znali swe zobowiązania wobec banku przez cały okres obowiązywania umów. Pierwsza część tego postulatu jest już de facto zrealizowana dzięki rekomendacji S2 Komisji Nadzoru Finansowego. Druga też jest przetestowana - dwa albo trzy banki mają w ofercie kredyty o stałej stopie procentowej, ale tak drogie, że pies z kulawa nogą się nimi nie interesuje. A drogie są dlatego, że bank musi wycenić - i wpisać w oprocentowanie - ryzyko wysokich stóp procentowych, które przynajmniej kilka razy w całym czasie spłaty rat zapewne się pojawią. Pomysł na kredyty o stałej stopie procentowej jest szczytny, ale chwilowo klienci banków pragną takich kredytów znacznie mniej, niż politycy.

      Wyeliminowanie Bankowego Tytułu Egzekucyjnego (BTE) w przypadku kredytów hipotecznych. BTE doprowadza do tego, że ludzie, którzy nie spłacą jednej raty, są eksmitowani na bruk i pozbawieni ochrony sądowej - uważają zwolennicy antyfrankowego programu PiS. Mój komentarz? Owszem, zdarzają się sytuacje, w których bank chce szybko położyć łapę na nieruchomości i korzysta z szybkiej ścieżki umożliwionej przez BTE. Tylko czy likwidacja BTE - niewątpliwie wspomagająca osoby będące w tarapatach finansowych (nie tylko frankowiczów) - nie spowoduje wzrostu wymagań dla nowych kredytobiorców? Banki muszą mieć jakiś instrument egzekucji należności, bo pożyczają nie swoje pieniądze, lecz kasę deponentów (dokładnie mechanizm kreacji pieniądza kredytowego wygląda nieco inaczej, ale upraszczając można tak powiedzieć). Jeśli nie będzie nim BTE, to będą żądały dwóch żyrantów i trzech weksli in blanco. A weksel potrafi utopić człowieka skuteczniej, niż BTE. Byłbym tu ostrożny, niczym saper.

      Ujednolicenie umów o kredyt hipoteczny, tak by ułatwić klientom banków refinansowanie kredytu w konkurencyjnym bankach w dowolnym momencie w zależności od warunków rynkowych, jak choćby od aktualnego korzystnego poziom stóp procentowych. Umożliwi to również ewentualne zbycie nieruchomości i poprawi mobilność klientów banków w przypadku np. utraty i poszukiwania pracy. Mój komentarz: Bardzo dobry pomysł. Z pewnością mógłby się tym tematem zająć Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

      A na koniec mam dla Was prezent. Dostałem jakiś czas temu możliwość, żeby dołączyć kilka swoich pytań do jednego z paneli badawczych ARC Rynek i Opinia. Wśród moich pytań do respondentów (próba ogólnopolska, ponad 1000 osób, badanie internetowe) znalazły się dwa dotyczące kredytów frankowych. Posiadacze kredytów frankowych kilkanaście tygodni temu odpowiadali na pytanie czy są zadowoleni z posiadanego kredytu, czy też z dzisiejszej perspektywy uważają, że popełnili błąd. Oto odpowiedzi:

      franekpis2

      Zapytałem też wówczas o to, czy frankowiczom należy pomagać. Wyszło, że większość Polaków sobie tego nie życzy, ale to normalne - większość nie ma w rodzinie nikogo z kredytem frankowym. Oj, ciekaw jestem czy przypadkiem dziś te torciki nie układałyby się zupełnie inaczej ;-).

       franekpis3

      Wszelkie kalkulacje dotyczące rozwiązań dla frankowiczów powinny uwzględniać też fakt, że w Polsce są 2,2 mln osób, które nie płacą w terminie rachunków. I pewnie kilkaset tysięcy tych, którzy są w pętli długów. Wielu nie wyjdzie z nich do końca życia i przekaże długi dzieciom. Frankowcy  nie są jedyną grupą konsumentów, która może wymagać wsparcia.

  • piątek, 16 stycznia 2015
    • Czwartkowa katastrofa da nowy oręż walczącym frankowiczom? "Nadzwyczajna zmiana..."

      Frankowa zawierucha, która w czwartek wywindowała kurs szwajcarskiej waluty do irracjonalnych poziomów zmienia wiele w życiu frankowiczów i generalnie są to zmiany na gorsze, o czym pisałem w blogu dziś rano, ale może też znacznie zmienić sytuację prawną tych, którzy zamierzają podważyć spisany z bankiem kontrakt. Być może sądy inaczej będą teraz patrzeć na argumentację dotyczącą natury kredytu w walucie obcej. Do tej pory sędziowie dość zgodnie odrzucali argumentację, iż kredyt frankowy jest de facto zawoalowanym zakładem o wartość waluty, zaś tak szalone zmiany kursów walutowych są czymś więcej, niż zwykłą cechą rynku finansowego. Na tej podstawie niektórzy kredytobiorcy próbowali podważać konieczność spłaty kredytów po bieżącym kursie, domagając się ich rozliczania po cenie z dnia podpisania umowy. Skoro jednak nie można było udowodnić, że kredyt to zakład walutowy, zaś wzrost kursu np. z 2 zł do 3,5 zł sądy uznawały za coś, co na rynku może się zdarzać, szanse klientów na anulowanie kredytu frankowego jako takiego nie były duże. Ale niewykluczone, że wiele w tej sprawie mógł zmienić Czarny Czwartek.

      Mamy bowiem sytuację, w której chyba zbyt pochopna decyzja Swiss National Bank o zamianie jednego instrumentu zniechęcania inwestorów do zakupu franków na inny spowodowała coś, co na pewno nie jest ani normalne, ani typowe. Jeśli kurs waluty w ciągu kilku godzin rośnie z 3,5 zł do 5,2 zł, zaś w ciągu jednej doby zadłużenie klientów mających kredyty walutowe łącznie rośnie o 30 mld zł, to można się zastanawiać czy to wciąż jest normalny rynek i normalny kredyt. Prezesi SNB zapewne nie spodziewali się aż takiej reakcji inwestorów na swoje posunięcia - żaden profesjonalny bankier centralny nie powinien doprowadzać do takiej destabilizacji rynków - ale być może niechcący dali do ręki dodatkowy argument tym, którzy domagają się anulowania kredytów frankowych, powołując się np. na klauzulę zawartą w prawie cywilnym, iż można zmienić kontrakt jeśli w czasie jego realizacji zaszła "nadzwyczajna zmiana stosunków". Zresztą są prawnicy, jak dr Marek Koenner, którzy próbują już dowodzić, że tego rodzaju okoliczność właśnie zaszła na rynku franka szwajcarskiego. Identyczny argument usłyszałem dziś z ust Pawła Szałamachy, prawnika z wykształcenia, a jednocześnie posła PiS.

      "Jeżeli z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków spełnienie świadczenia byłoby połączone z nadmiernymi trudnościami albo groziłoby jednej ze stron rażącą stratą, czego strony nie przewidywały przy zawarciu umowy, sąd może po rozważeniu interesów stron, zgodnie z zasadami współżycia społecznego, oznaczyć sposób wykonania zobowiązania, wysokość świadczenia lub nawet orzec o rozwiązaniu umowy"

      - tak brzmi przepis prawa cywilnego, który miałby pozwolić na wyplątanie się przez klienta z kredytu walutowego. Oczywiście: nic tu nie stanie się automatycznie. Interpretacja ostatnich wydarzeń może być najróżniejsza, tym niemniej.siła argumentu uzasadniającego korektę umowy kredytowej ze względu na to, że "spełnienie świadczenia stało się znacznie utrudnione lub grozi rażącą stratą jednej ze stron", czyli kredytobiorcy, jakby rośnie. Pytanie oczywiście jaka będzie argumentacja drugiej strony. Bankowcy mogą bowiem dowodzić, że czynili starania, by klienci z franka się przewalutowali. W kilku bankach były w ostatnich latach przygotowane specjalne oferty przewalutowania kredytów na złotowe np. po kursie NBP. Szkoda, że banki nie przewidziały żadnej marchewki dla kredytobiorców, by ci mieli przekonanie, że obie strony idą na kompromis, żeby "załatwić" sprawę franka. .Tym niemniej jeśli sąd będzie rozważał kwestię konsekwencji "zmiany stosunków" to fakt, że klienci dostawali oferty wycofania się z franka, które odrzucili, może mieć wpływ na podział odpowiedzialności za całą sytuację.

      Bardzo jestem ciekaw czy bankowcy wezmą pod uwagę ten argument będący - obok upadłości konsumenckiej - kolejnym, który powinien zwiększyć ich elastyczność, łącznie z otwarciem na możliwość wzięcia "na klatę" przynajmniej części konsekwencji wynikających z drastycznego wzrostu kursu franka. Zwłaszcza w sytuacji,kiedy klient otrzymał kredyt we franku nie mają zdolności kredytowej dla zaciągnięcia kredytu złotowego. Do tej pory mieliśmy jeden udany dla klientów proces zbiorowy, w którym sąd uznał, że bank nieprecyzyjnie ustalił zasady zmiany oprocentowania kredytu. Mieliśmy też korzystne dla klientów wyroki sądu dotyczące Bankowego Tytułu Egzekucyjnego i jego bezskuteczności w przypadku kredytu frankowego. Bankowcy zapewne więc już wiedzą, że to nie przelewki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Czwartkowa katastrofa da nowy oręż walczącym frankowiczom? "Nadzwyczajna zmiana..."”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 16 stycznia 2015 13:17
  • czwartek, 15 stycznia 2015
    • Za nami frankowy Czarny Czwartek. Oto siedem rzeczy, które nie będą już takie same

      Mniej więcej 550.000 polskich rodzin ma za sobą wyjątkowo ciężki dzień. Tylko ten, kto spędził ostatnie godziny na Marsie, może nie wiedzieć, że szwajcarski bank centralny zaprzestał utrzymywania sztywnego kursu franka wobec euro, wskutek czego "franciszek" dokumentnie w czwartek zwariował. W ciągu kilku godzin z niespełna 3,6 zł, co i tak było już wysoką ceną, szwajcarska waluta podrożała do... 5,17 zł. Szaleństwo trwało przez cały dzień i teraz cena "szwajcara" oscyluje w okolicach 4,1-4,2 zł. A więc w rejestrach, które jeszcze miesiąc temu były nie do pomyślenia. Co gorsza, fachowcy nie pozostawiają złudzeń - frank może nie będzie w najbliższych dniach drożał, ale raczej nie wróci do 3,5 zł. Jakie więc czekają nas skutki czwartkowego pandemonium? Oto siedem rzeczy, które właśnie zmieniły się w życiu wielu z Was.

      1. DŁUG FRANKOWICZÓW SKOCZYŁ O 30 MLD ZŁ. Najbardziej oczywistą konsekwencją skokowego wzrostu kursu franka jest wzrost zadłużenia 550.000 rodzin mających kredyty w tej walucie. O ile do tej pory ich dług przeliczał się na mniej więcej 140-150 mld zł, to teraz skoczył do 170-180 mld zł. Co to oznacza? W zasadzie nic, dopóki po bieżącej cenie franka kredytobiorca nie będzie chciał tego kredytu spłacić. Po prostu księgowo będzie on teraz wart więcej, co może pogorszyć nastrój kredytobiorcy. Jedyną odczuwalną tu i teraz konsekwencją będzie wzrost najbliższej raty do zapłacenia (większość osób płaci w pierwszej dekadzie miesiąca, więc jest jeszcze kilkanaście dni na przygotowanie "kapusty". Ale pamiętajmy - to kredyt na 20-30 lat i to, że dziś rata jest wyższa, nie oznacza, że za czas jakiś nie będzie bardzo niska. Trzeba się nauczyć z tym żyć i nie stresować się wysokością długu. I nie kombinować z przewalutowaniem kredytu na złote, zwłaszcza teraz,kiedy mleko się już rozlało, zaś kurs franka jeździ jak na roller-coasterze. Proponuję zachować spokój i "robić swoje", czyli spokojnie spłacać swoje raty zgodnie z harmonogramem. W perspektywie 20-30 lat na pewno frank będzie jeszcze nie raz bardzo drogi i nie raz tani.

      chf5lat2015

      2. NAJBLIŻSZE RATY BĘDĄ WYŻSZE O 200-400 ZŁ. Rata ratą, ale pewnie na jednej wysokiej racie się nie skończy. Nie da się ukryć - frankowicze będą teraz płacili wyższe raty. Ci, którzy wzięli małe kredyty zapłacą o 100-200 zł więcej, ci ze "standardowymi" kredytami o wartości 300.000 zł pewnie o 300-400 zł więcej. Kto wziął milion na dom, zapłaci o 1200 zł wyższą ratę. I trzeba będzie skądś wysupłać na to pieniądze. Nie wiemy jak długo potrwa czas, gdy raty będą wyższe, ale pewnie każdy z frankowiczów powinien przygotować swój domowy budżet na taką okoliczność, że będzie to trwało kilka, kilkanaście miesięcy. Może krócej. Europejski Bank Centralny za tydzień ogłosi zapewne dodruk pieniądza (nota bene właśnie z tego powodu szwajcarski bank centralny zmienił metodę "zbijania" kursu franka - nie chciał się z EBC ścigać na "dodruki") i zobaczymy jak zareaguje na to frank. Może być tak, że kapitał zacznie uciekać i z Europy (ze względu na dodruk) i ze Szwajcarii (ze względu na bardzo mocno ujemne stopy procentowe). O ile nie zacznie jednocześnie uciekać z rynków wschodzących, sytuacja frankowiczów może się polepszyć. Pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie nie ma co załamywać rąk, że teraz już zawsze będzie źle. Słonce zaświeci i to może już całkiem niedługo.

      Frankowy FAQ. Masz kredyt we franku? Co robić? Czytaj mój poradnik w Wyborczej.biz

      3. LTV: NAWET 100.000 KLIENTÓW MOŻE ZEJŚĆ "POD WODĘ". Sam wzrost księgowy sumy długu oraz IMG_0125zajefajnekonieczność płacenia wyższych kilku, czy kilkunastu rat to jedno, ale taki układ, jaki właśnie mamy na rynku walutowym automatycznie oznacza, że dług kilkudziesięciu tysięcy kredytobiorców "wszedł" w obszar LTV (wartość kredytu do wartości nieruchomości). Już przy cenie franka na poziomie 3,5 zł aż 150.000 osób miało LTV kredytów powyżej 130%, zaś ponad 300.000 kredytów było z LTV między 80% a 100%. W pierwszej grupie LTV wszystkich tych kredytów znalazło się jeszcze bardziej "pod wodą", zaś z drugiej grupy pewnie 30-40% z nich też właśnie zeszło "pod wodę". Jakie to może rodzić konsekwencje? Teoretycznie bank powinien zażądać dodatkowego zabezpieczenia. Ale banki przymykają oczy na LTV przekraczające 100% i wyceniają mieszkania "przez palce" albo biorą do wyliczeń jakiś "kurs średni" franka - byle znaleźć pretekst, żeby nie musieć czepiać się klientów. Czy przy zwiększeniu skali "ujemnego" LTV banki będą mogły dalej przymykać oczy? Wydaje się, że będą próbowały, przynajmniej tak długo, jak długo pozwoli im na to nadzór bankowy. A jeśli jakiś bank okaże się ponadprzeciętnie zasadniczy? Nie można wykluczyć, że zażąda opłacenia dodatkowej składki ubezpieczającej "ujemne" LTV albo poprosi o zastaw na innej nieruchomości lub np. o zastaw na jakiejś lokacie. Nie sądzę, żeby było to zjawisko masowe, ale trzeba sobie zdawać sprawę, że banki mają prawo do takiego postępowania w każdym przypadku, kiedy LTV kredytu przekracza 100%.

      jesuisfranc

      4. DO 90.000 FRANKOWICZÓW MOŻE BYĆ ZAGROŻONYCH BANKRUCTWEM. Ilu frankowiczów dziś zbankrutowało? Takie pytanie zadał mi w czwartek jeden z prowadzących program ekonomiczny, w którym komentowałem sytuację. Odpowiedź brzmi: żaden. Na razie jest ryzyko, że przez jakiś czas będzie trzeba płacić wyższe raty. Ilu kredytobiorców tego nie wytrzyma? To zależy na jakim poziomie ustabilizuje się cena franka. A to będziemy wiedzieli chyba nie wcześniej, niż za tydzień-dwa. Gdyby było to powyżej 4 zł, to - zgodnie z samcikowym stress-testem konsumenckim, który przeprowadziłem kilka tygodni temu (nie przewidując, że tak szybko się przyda) - liczba osób nie radzących sobie ze spłacaniem rat może wzrosnąć z obecnych 30.000 do jakichś 90.000 rodzin. Jeśli "franciszek" ustabilizuje się poniżej 4 zł - wtedy tych osób będzie mniej. A jeśli na wyższym? Wtedy. do gry wejdzie zapewne znów szwajcarski bank centralny, bo to będzie oznaczało, że nowa zastosowana przezeń metoda zbijania kursu franka nie działa i być może zostanie skorygowana. Jak? Nie mam pojęcia, może jakimś okazjonalnymi interwencjami?

      Czytaj i słuchaj: Mój komentarz dla TOK FM oraz audycja "Post factum"

      5. NIEKTÓRYM RATY SPADNĄ PRZEZ UJEMNY LIBOR Jeśli można mówić o jakichś dobrych stronach zaistniałej sytuacji, to dla klientów większości banków powinno być nią obniżenie oficjalnych stóp procentowych w Szwajcarii do minus 0,75%. Oznacza to prawdopodobny spadek oprocentowania depozytów w bankach komercyjnych oraz spadek stawki rynkowej ceny pieniądza, czyli LIBOR CHF. Część polskich banków uwzględnia ujemny LIBOR w obliczaniu raty, co może nieco zamortyzować wzrost kursu franka spadkiem oprocentowania kredytu. Niestety, nie wszystkie banki tak robią. Wiem, że np. w mBanku oraz w Credit Agricole ujemny LIBOR jest traktowany w rozliczeniach z klientami jako zerowy. Pewnie będzie to obszar intensywnych dyskusji banków z klientami. Co zrobić, żeby wymóc na bankach obniżenie oprocentowania? Wykres LIBOR CHF do wtorku (a więc jeszcze sprzed czasu wielkiej apokalipsy) macie poniżej (powered by Bankier.pl).

      liborchf3m20151601

      6. WRÓCĄ POMYSŁY, ŻEBY BANKI ZA WSZYSTKO ZAPŁACIŁY. Sytuacja z drogim frankiem zapewne wywoła dwa efekty - wzrost liczby kredytobiorców mocno zdeterminowanych, by udowodnić, że ich umowa kredytowa ma wady prawne i powinna być unieważniona przy uwzględnieniu kursu z dnia zaciągnięcia kredytu. Są już wyroki sądów, w których wcale nie jest do takich wniosków daleko. Z jednej strony będą do tego dążyły grupy zbuntowanych kredytobiorców, zachęcanych do tego przez kancelarie prawne. Z drugiej strony pojawią się zapewne postulaty polityków, by ulżyć kredytobiorcom frankowym. Jestem pewny, że pojawią się pomysły podobne do tych,które zostały zastosowane na Węgrzech, a trzeba powiedzieć, że przecież frankowym kredytobiorcom pomagają też w Serbii i Chorwacji.  A podobno też coś kroi się w Rumunii. Czy w Polsce też powinni? IMHO warto było pomyśleć o jakimś "bezpieczniku", czyli o kursie, przy którym bank zaczyna brać "na klatę" koszty wynikające ze wzrostu kursu franka. Tyle, że takie rzeczy robić się powinno w stabilnej sytuacji, przed kryzysem, a nie w jego obliczu. Apelowałem o takie rozwiązanie, swego rodzaju "bezpiecznik" od wielu miesięcy.

      Frank po 5 zł? Spokojnie, to tylko awaria - mój gorący komentarz z Wyborczej.biz

      Subiektywność o frankowiczach w Panoramie. Obejrzyj na www.panorama.tvp.pl

      panorama17012015

      7. BĘDZIE WIĘCEJ RENEGOCJACJI WARUNKÓW KREDYTÓW  Od stycznia obowiązuje znacznie bardziej przyjazna ustawa o upadłości konsumenckiej. Procedura jest tańsza, nie wymaga tylu formalności, zaś dłużnik ma szansę, żeby nie spłacać całego długu, lecz liczyć na umorzenie części zobowiązań. Jeśli więc już widzisz, że przy obecnych kursach franka twój domowy budżet na pewno się nie domknie, możesz użyć argumentu dotyczącego upadłości konsumenckiej w negocjacjach z bankiem. Banki bardzo się boją tej nowej upadłości i będą na pewno chciały dogadywać się z klientami bez udziału sądu i syndyka. Na co masz szansę? Na wakacje kredytowe, na spłacanie przez kilkanaście miesięcy tylko odsetek, a wreszcie na rozłożenie długu na większą liczbę rat. Ale pamiętaj: na razie jeszcze nie wiesz na czym stoisz, bo o ile wyższy będzie kurs równowagi franka do złotego w najbliższych miesiącach dowiemy się dopiero za kilka lub kilkanaście dni.

      SUBSKRYBUJ KANAŁ "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach jest na Facebooku, Twitterze, jest też w Google+ oraz na Instagramie. Zaś subiektywne wideofelietony pojawiają się w blogowym kanale na Youtube. Zasubskrybuj, żeby nie przeszedł ci obok nosa żaden film. W najnowszym odwiedzam najdziwniejszą placówkę bankową. To rodzaj bankowej klubokawiarni, która łączy funkcje bankowe z kawowymi oraz z oferowaniem klientom wygodnego miejsca do pracy i spotkań z kontrahentami. Kto nie może być tam osobiście, niech obejrzy moją krótką wideorelację z przedpremierowej wizyty w tym zadziwiającym miejscu (na moim kanale w Youtube jest też dłuższe sprawozdanie). Chętnie się dowiem co myślicie o takim modelu przyjmowaniu klientów przez bank w placówce.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (43) Pokaż komentarze do wpisu „Za nami frankowy Czarny Czwartek. Oto siedem rzeczy, które nie będą już takie same”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 stycznia 2015 22:23

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line