Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 29 czerwca 2015
    • Rejestr klauzul zakazanych nie działa. A gdyby ktoś czytał umowy wprowadzane na rynek?

      Jak chronić klientów banków, firm ubezpieczeniowych i pośredników finansowych przed umowami, w których roi się od niedozwolonych zapisów? Finansiści podsuwają nam pod nos coraz bardziej skomplikowane dokumenty, pisane często trudnym, prawniczym językiem, a my nie mamy żadnych narzędzi, które pozwoliłyby ocenić czy dana umowa lub regulamin nie zawierają żadnych niezgodnych z prawem "wrzutek". No, chyba że będziemy wszędzie chodzić z prawnikiem pod pachą.Nie polecam za to lektury listy klauzul niedozwolonych (abuzywnych), wiszącej w stronie internetowej Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Szukając w niej zapisów podobnych do tych, które mamy w umowie, możemy doczekać się siwizny na skroni ;-). A finansiści nie uczą się na swoich błędach. Miałem ostatnio okazję poczytać kilka regulaminów polis inwestycyjnych, wprowadzanych ostatnio do sprzedaży. W większości z nich zauważyłem zapisy podobne do tych, które zostały już w przeszłości zakwestionowane przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (np. dotyczące opłat likwidacyjnych).

      Błąd? Niedopatrzenie? Celowa krecia robota, żeby klient nie miał zbyt lekko? Trudno wyczuć. Cóż, procedura wyrzucania z umów zapisów łamiących prawa konsumenta jest tak nieskuteczna, że ryzyko dla firmy jest niewielkie. Teoretycznie system usuwania z umów "lewych" zapisów mamy i on działa. Jeśli ktoś zauważy w umowie coś, co może łamać prawa konsumenta, składa pozew do Sądu Ochrony Konkurencji, a ten - jeśli rzeczywiście jest coś na rzeczy - uznaje, że klauzula nie wiąże klienta. Sama umowa jest nadal ważna, a tylko niezgodny z prawem zapis powinien zostać "wygumkowany".Co więcej, zapis trafia do wspomnianego wyżej rejestru klauzul abuzywnych a to oznacza, że nie może być stosowany przez żadną inną firmę. Tyle teorii. A praktyka? Prawnicy firm finansowych argumentują, że wyniki tzw. kontroli abstrakcyjnej (dotyczącej wzorca umowy, a nie konkretnej umowy) nie niosą żadnych skutków dla klientów (a więc nie można na ich podstawie żądać odszkodowań). A więc pokazują nam środkowy palec. 

      Co prawda rząd pracuje nad ustawą, która ma wyposażyć UOKiK w nowe uprawnienia i odebrać tę wymówkę finansistom, ale to pomysł na przyszłość. A co można zrobić już dziś? Może nie byłoby źle, gdyby Komisja Nadzoru Finansowego, kontrolująca wszystkie banki i firmy ubezpieczeniowe, sama albo we współpracy z UOKiK-iem wzięła się za analizowanie (lub nawet zatwierdzanie!) wzorców umów, które finansiści nam podsuwają do podpisu. Już sama świadomość, że urzędnik nadzoru przeczyta umowę działałby na konstruktorów nowych ofert mobilizująco. KNF wzorców od dawna nie analizuje, podobno dlatego, że dyrektywa unijna tego nie przewiduje. Ale przewiduje np. ustawa o działalności ubezpieczeniowej, która mówi, że

      "organ nadzoru może żądać od zakładu ubezpieczeń przedstawienia wzorów umów ubezpieczenia, informacji o poszczególnych produktach oferowanych na podstawie indywidualnych negocjacji z ubezpieczającymi, wniosków o zawarcie ubezpieczenia, taryf składek ubezpieczeniowych i innych formularzy lub innych drukowanych dokumentów stosowanych przez zakład ubezpieczeń przy zawieraniu umów".

      Zawsze byłem - i nadal jestem - przeciwnikiem wkładania nadzorowi finansowemu nadmiaru obowiązków "prokonsumenckich". Głównym zadaniem KNF jest zapewnianie prawidłowości i stabilności działania rynku, zaś ochrona konsumentów to raczej rola UOKiK-u. Sęk w tym, że UOKiK sobie nie radzi: - w pewnej mierze ze względu na ułomnie działające ustawy. Dopóki nie mamy skutecznie działającego prawa i procedur, broniących klientów przed wrzucaniem do umów niezgodnych z prawem zapisów, trzeba wykorzystać każdą furtkę, by klienci mogli czuć się bezpieczniej. A tak się składa, że ta furtka - możliwość analizowania i ewentualnie zatwierdzania wzorców umów (choćby tylko ubezpieczeniowych, ale być może do analizy produktów bankowych też dałoby się znaleźć jakieś prawe uzasadnienie?) - jest już uchylona, wystarczy przez nią przejść. Uważam, że warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Rejestr klauzul zakazanych nie działa. A gdyby ktoś czytał umowy wprowadzane na rynek? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 czerwca 2015 14:00
  • niedziela, 28 czerwca 2015
    • Gdy premier jest jak bankomat, "out of service", a ELA boi się, że Grecy sprawdzą jak żyć bez niej

      Żyjemy w ciekawych czasach, oj ciekawych. W sobotę Europejski Bank Centralny ogłosił, że zamierza we wtorek odciąć greckim bankom dostęp do pożyczek (a dokładniej - do zamiany posiadanych przez nie obligacji wyemitowanych przez rząd Grecji na żywe euro w gotówce). Negocjacje między Grekami a zachodnimi wierzycielami (żądają wiarygodnego planu spłat 220 mld euro, a o tym dlaczego żądają i dlaczego aż tyle - pisałem w blogu w piątek) załamały się, kiedy premier Grecji powiedział "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem". Wiadomo, ciągle mu ktoś d... zawraca, a chłop chciałby w spokoju zjeść kanapkę ;-)

      Premier Grecji Tsipras zapowiedział referendum, w którym obywatele zdecydują czy przyjąć program zaciskania pasa, proponowany przez instytucje europejskie, czy też się nań wypiąć. Umywanie rąk w takiej sytuacji IMO może świadczyć jedynie o tym, że gość podający się za premiera Grecji w ogóle nie wie po co znalazł się na swoim stołku. Na szczęście to nie nasz problem, tylko włodarzy strefy euro, którzy najpierw przez chwilę byli w szoku, a potem powiedzieli, że "tych klientów nie obsługujemy". I że jeśli Grecja nie spłaci do wtorku 7 mld euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to Europejski Bank Centralny odłączy respirator greckim bankom. Czyli będzie tak:

      Na koniec spotkali się w niedzielę i powiedzieli, że finansowanie dla greckich banków będzie takie jak dotychczas nawet jeśli nie oddadzą pieniędzy wierzycielom. A więc, że przymkną chwilowo oko na to, co się dzieje ze spłatą greckich długów, Ale w każdej chwili mogą je otworzyć ;-). Najwyraźniej w EBC ktoś przestraszył się, że ewentualny upadek greckich banków może wywołać na rynku finansowym turbulencje, które zaszkodzą bankom w "dużej" Europie, np. tym mocno inwestującym na rynku instrumentów pochodnych (podobno tu ostro pogrywa m.in. Deutsche Bank).

      Ogromnie ciekawe jest to, co teraz się stanie. Patrząc od strony konsekwencji dla greckiego budżetu państwa tak właściwie... nie stanie się nic. Ot, po prostu nie pójdzie przelew do wierzycieli. Ci być może udadzą, że nic nie zauważyli, a być może uznają to za default i ogłoszą, iż Grecja jest bankrutem (i nie pożyczą jej już ani jednego euro), ale... Najśmieszniejsze jest to, że klasycznym bankrutem Grecja w sumie nie jest. Wyjąwszy spłaty rat dla wierzycieli w budżecie ma nawet niewielką nadwyżkę (wpływy z podatków przewyższają wydatki), więc teoretycznie bez dalszych kredytów może się obyć. Przynajmniej do czasu, w którym częściowo odcięta od reszty świata gospodarka nie zacznie się chwiać (default na poziomie państwa nie poprawia wiarygodności na poziomie prywatnych przedsiębiorstw działających w danym kraju i potrzebujących czasami kupić coś na kredyt kupiecki lub zaciągnąć kredyt inwestycyjny). Zwykle bankrutujący kraj musi zdewaluować swoją walutę i to jest największy skutek utraty wiarygodności, ale Grecja jest w tej komfortowej sytuacji, że jej waluta ma wiarygodność gwarantowaną przez Angelę Merkel. Może więc nie płacić wierzycielom ani grosza, a i tak dewaluacja majątku narodowego jej nie grozi.

      Sam rząd Grecji  może otrzepać marynarki i rządzić sobie dalej. Np. zasugerować wierzycielom, że jak zredukują żądania finansowe, dajmy na to, o połowę, to oni, Grecy, może ewentualnie się zastanowią, czy jakiejś miniratki nie zapłacić. Jednak nie wiadomo czy przyszłotygodniową burzę przetrwają greckie banki. Sprawa jest taka, że w weekend Grecy oraz przebywający w tym kraju turyści dokumentnie osuszyli bankomaty z pieniędzy, obawiając się zamrożenia, przewalutowania lub znacjonalizowania ich oszczędności.

      grexitfoto21

      Bardzo jestem ciekaw czy "utrzymanie pomocy dla banków na dotychczasowym poziomie" przez EBC wystarczy. Paniki tak łatwo się nie powstrzymuje. Pewnie dlatego Tsipras ogłosił, że w poniedziałek zamknięta będzie giełda i banki. Ostatecznie będą też ograniczenia w przepływach kapitału z banków W ciągu niespełna pół roku z greckich banków odpłynęło ponad 30 mld euro oszczędności, zaś w sam bieżący weekend - grubo ponad miliard euro. Przez pięć lat greckie banki straciły mniej więcej połowę depozytów (wówczas miały 280 mld euro, a pod koniec kwietnia tego roku - niecałe 150 mld euro). To dużo, biorąc pod uwagę, że tylko cztery największe grupy bankowe udzieliły 260 mld euro kredytów (nota bene 35% z nich najprawdopodobniej nie uda się odzyskać). Poniżej macie trochę cyferek. W tabelce poniżej dane - już niestety lekko nieświeże, bo bez czerwca - o odpływie depozytów w poszczególnych miesiącach z podziałem na gospodarstwa domowe (27,3 mld euro), przedsiębiorstwa (7,1 mld euro) oraz sektor finansowy (2 mld euro).

      greecedepos

      A tutaj wykresik z informacją jak pięknie spadają depozyty w greckich bankach w dłuższej perspektywie. W sumie to dobrze, że grecki EFG Eurobank (występujący u nas niegdyś pod nazwą Polbanku) nie musi już finansować wypłat z greckich bankomatów depozytami swoich polskich klientów ;-), gdyż został sprzedany austriackiemu Raiffeisenowi (który prawie się zresztą udławił ;-)).

      greecedepos2b

      No i na koniec kilka słów o kredytach w największych greckich bankach. W kolejnych kolumnach wartość udzielonych kredytów, NPL, czyli kredyty nie spłacane w terminie, ich odsetek w całym portfelu oraz stopień w jakim banki pokryły rezerwami (a więc odpisały od zysków) te wątpliwe kredyty. Oj, nie ma co, u nas nawet SKOK-i chyba wyglądają lepiej ;-) 

      grecja_bankloans

      Płynność działania greckich banków gwarantował do tej pory wyłącznie Europejski Bank Centralny, zasilający je w euro, biorąc w zastaw tych pożyczek obligacje emitowane przez grecki rząd. EBC jest już na granicy wytrzymałości i wydawało się, że ELA idzie już do domu. ELA to ten mechanizm, dzięki któremu bankomaty w Grecji do tej pory wypłacały pieniądze ;-). A teraz bankomaty są jak premier Grecji - "out of service".

      grexitfoto

      W takiej sytuacji, żeby utrzymać płynność finansową banków i zyskać na czasie, zwykle wprowadza się ograniczenia w wypłatach pieniędzy z kont bankowych. Sęk w tym, że to dla obywateli sygnał, że rząd sobie nie radzi. Tak stało się w 2013 r., kiedy banki na Cyprze się złożyły jak domki z kart i najpierw ograniczyły ludziom wypłaty, potem je zamroziły, a na koniec obłożyły podatkiem oszczędności największych deponentów. Dlatego przedstawiciele greckiego rządu w niedzielę ogłosili, że nie przewidują żadnych obostrzeń w wypłatach w najbliższej przyszłości, a bank centralny Grecji - że wspólnie z EBC pracuje nad rozwiązaniami, które zabezpieczą interesy klientów banków. W niedzielę po południu okazało się, że jednak przekonali EBC, by nie zostawiał greckich bankomatów na pastwę tubylców.

      Szczerze pisząc gdyby posiadacze oszczędności w Grecji w poczuciu patriotycznego obowiązku powstrzymali się od odwiedzania bankomatów, Grecja może by i przetrwała bez wychodzenia ze strefy euro do czasu jakiejś renegocjacji zadłużenia. Dziś gra toczy się o to, by banki nie straciły płynności i nie zamknęły oddziałów, co z kolei zmusiłoby rząd do nacjonalizacji i wypłacania ludziom pieniędzy w jakiejś nowej walucie, np. drachmie. A propos: podobno jest już nawet projekt tej drachmy :-)

      grecjadrachma

      Na dłuższą metę to chyba jest już pozamiatane. Można sobie wyobrazić, że banki jeszcze przez chwilę będą pod respiratorem, że zachowają płynność, że ludzie - których do piersi przytuli ELA - przez jakiś czas w ogóle nie będą potrzebowali przychodzić do banków po pieniądze (może 140 mld euro im zwisa i to, co chcieli wypłacić, wypłacili już z pieniędzy "podarowanych" z Europejskiego Banku Centralnego?). Gospodarka Grecji w dużej części greececashprzeszła w ostatnich miesiącach na obrót gotówkowy (patrz wykres obok - nałożono na nim spadek depozytów w systemie bankowym Grecji kontra wartość gotówki w obiegu), więc może przejść nań jeszcze bardziej. Sęk w tym, że w takiej sytuacji ludzie będą mieli coraz mniej pieniędzy, a banki nie będą udzielały Grekom kredytów. Spadek branży finansowej zdolności do finansowania gospodarki już dziś jest duży, a będzie jeszcze większy. W jakim stopniu odbije się to na rynku nieruchomości, inwestycjach? O ile w przyszłości spadną z tego powodu - oraz z kilku innych - wpływy podatkowe? Czy grecki rząd i tak nie będzie musiał przyjść po prośbie do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (nie marudząc, że nie może zrezygnować z wydatków, bo obywatele je lubią)? Albo zamienić euro na nową, zdewaluowaną w 50-80% drachmę?

      grexitlogoSytuację w Grecji polecam podglądać uważnie tym z Was, którzy się ze mnie stale nabijają, że przy okazji szukania rozwiązania problemu frankowiczów tak dbam o "stabilność systemu" i "bezpieczeństwo depozytów". I namawiają, żebym przestał wreszcie straszyć, że jakiś bank upadnie. Bo przecież może oddać wszystkim 100% pieniędzy, a deponenci nawet się nie zorientują, że to czas, żeby iść do bankomatów :-). Jak widać strach i nieufność deponentów powoduje, że nawet ELA zachowuje się jakby wpadła w panikę. A Europejski Bank Centralny za wszelką cenę stara się powstrzymać "bankomatową panikę". Ciekawe dlaczego? Czyżby też obawiali się o "stabilność systemu" i "bezpieczeństwo depozytów"? Obserwowanie greckich podchodów rekomenduję też tym z Was, którzy uwielbiają głosować na polityków obiecujących, że załatwią wszystkie Wasze problemy, ale nie mówiąc skąd wezmą na to pieniądze. I tych, którzy mówią, że do załatwienia tych problemów żadnych pieniędzy w ogóle nie potrzeba. Być może wydaje im się, że im też za frajer pomoże ELA ;-). Wreszcie namawiam do obserwowania sytuacji u naszych bardzo południowych prawie-sąsiadów :-) tym z Was, którzy w e-mailach do mnie oraz komentarzach manifestują, że nie obchodzi ich, że polski sektor bankowy upadnie, bo przecież i tak jest zagraniczny. Grecy, zdaje się, przygotowują się do tego, żeby bez banków spróbować się jednak obyć ;-). Jeśli im się uda, to myślę, że by też możemy tego spróbować :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy premier jest jak bankomat, "out of service", a ELA boi się, że Grecy sprawdzą jak żyć bez niej”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 czerwca 2015 17:19
  • piątek, 26 czerwca 2015
    • Kiedy najlepiej kupić euro na wakacje? I czy frankowicze pojadą na wakacje? Akcja Grexit

      Czy warto zabezpieczyć się przed droższymi wakacjami i już dziś kupić trochę euro, zanim unijna waluta oszaleje w wyniku greckiej tragedii? Z dnia na dzień dostaję od Was coraz więcej takich pytań, dlatego w blogu wreszcie pojawia się temat "grecki" - to będzie taki mały niezbędnik początkującego panikarza ;-). Jakkolwiek nie chce mi się wierzyć w bankructwo Grecji - a więc że opuści strefę euro, odmówi spłacania wyrażonych w tej walucie długów i wyda swoim obywatelom drachmy - to jednak nie można wykluczyć, że do poniedziałkowego świtu greckiemu duetowi polityków Tsipras-Varoufakis nie uda się przekonać instytucji europejskich do planu restrukturyzacji. Wtedy Grecy nie dostaną 7 mld euro kolejnych pożyczek i budżet tego państwa może stracić płynność finansową, a na pewno stracą ją tamtejsze banki, podłączone do kroplówki z euro. Wtedy jedynym rozwiązaniem będzie właśnie wyemitowanie i rozdanie obywatelom nowej waluty, zaś z punktu widzenia Europy - koniec nadziei na to, że Grecja odda pożyczone pieniądze, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jeśli w ogóle jakieś będą ;-). Ale od początku.

      DLACZEGO GRECJA POTRZEBUJE POŻYCZEK? Kraj jest mocno zadłużony, w sumie jego długi sięgają 320 mld euro, czyli 180% PKB (wartości wszystkich wytwarzanych rocznie w kraju dóbr i usług). Z tego jakieś 220 mld euro to zadłużenie wobec instytucji europejskich (Grecja w latach 2009-2010 dostała od nich gigantyczny pakiet pomocowy, żeby mogła spłacić długi wobec zachodnich banków i funduszy inwestycyjnych, dzięki czemu system bankowy w Europie się nie załamał). Te 180% PKB to dużo, bo średnia długu publicznego w Unii Europejskiej wynosi 90% PKB, a np. Polska ma dług nie przekraczający 55% PKB. Powód złej sytuacji Grecji jest prozaiczny: rozbudowany socjał i wydatki publiczne (m.in. na urzędników i armię), niska ściągalność podatków, korupcja i nepotyzm. Będąc w strefie euro Grecja mogła tanio zadłużać się emitując obligacje, z czego obficie korzystała, fałszując przy tym statystyki wysyłane do Brukseli. Kiedy przyszedł kryzys finansowy w 2008-2009 r. i popyt na obligacje spadł, okazało się, że Grecy są bankrutami i bez kolejnych pożyczek nie są w stanie wypłacać pensji, rent i emerytur.

      O CO DZIŚ TOCZY SIĘ AWANTURA? Tak naprawdę o drobiazg, nędzne 7 mld euro pożyczek na spłatę kolejnych rat długu wobec europejskich instytucji. Grecki budżet państwa po reformach gospodarki nie jest dziś w złym stanie (jego dochody są mniej więcej takie, jak wydatki nie licząc spłaty rat długów), ale wciąż nie w aż tak dobrym, by móc zgodnie z planem zwracać raty od 220-miliardowego nawisu. Europa jest gotowa rolować zadłużenie Greków, o ile ci "polecą Balcerowiczem", czyli zetną wydatki budżetu,podwyższą wiek emerytalny, sprywatyzują co się da i zwiększą niektóre podatki oraz ich ściągalność. Tsipras i Varoufakis nie mają na to ochoty (zwłaszcza na cięcie wydatków), bo ich zdaniem to spowoduje pogorszenie sytuacji gospodarki Grecji i budżet będzie wtedy w jeszcze gorszym stanie, co jeszcze zmniejszy szanse Greków na spłatę długów. Kto ma rację? Jedni i drudzy. Dług Grecji jest niespłacalny i dlatego powinien być zredukowany. Tylko dlaczego Europa ma to zrobić, skoro Grecy nie chcą ciąć wydatków budżetowych? Zaklęte koło.

      CO SIĘ STANIE JEŚLI SIĘ NIE DOGADAJĄ? Jeśli Grecy nie zdobędą kasy na obsługę długów wobec wierzycieli, to w zasadzie nic nie powinno się stać. Po prostu nie zapłacą i już. Niestety, to nie jest jedyny problem. Ich banki stracą płynność, bo dziś wypłaty depozytów są tak duże, że przy życiu utrzymują bankowców greckich tylko pożyczki z Europejskiego Banku Centralnego w ramach mechanizmu o wdzięcznej nazwie ELA. Załamanie banków, które są krwioobiegiem każdej gospodarki, może oznaczać konieczność ich nacjonalizacji i wydawanie ludziom alternatywnej waluty, drachmy. Nawet jeśli jej kurs wyjściowy będzie równy 1 euro, to wiarygodność międzynarodowa tej waluty będzie żadna, więc jej wartość poleci na łeb, na szyję. Zatrzyma się wtedy, gdy kurs będzie tak niski, że wyrażone w euro, dolarach, czy innej twardej walucie nieruchomości, wakacje i jedzenie będą tak tanie, że zacznie się opłacać inwestować w Grecji. Ale czy do tego momentu wartość greckiego pieniądza spadnie o 50%, czy o 80%? Nie wiadomo. Efekt będzie taki, że każdy kto ma jakiekolwiek oszczędności lub majątek, większość z tego majątku straci. Wyjście Grecji, zwane Grexit lub Grexident (Greek, exit, accident), opłaci się tylko tym, którzy dziś są bardzo biedni lub nie mają nic. Grecja może zostać na długo odcięta od międzynarodowych inwestycji i finansowania. Zacznie od nowa z poziomu bankruta.

      O scenariuszach dla Grecji mówiłem też w programie "Minęła 20" w TVP. Obejrzyjcie!

      tvpgrecja2

      CZY EUROPA TEŻ UCIERPI? W zasadzie odpowiedź powinna brzmieć "nie". Oczywiście: 220 mld euro to dużo kasy, ale jeśli wierzycielem są takie "firmy" jak Europejski Bank Centralny, czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to przecież nic złego się nie stanie, bo te "firmy" i tak nie mogą zbankrutować. Ale za to mogą przeznaczać mniej kasy na pompowanie w europejską gospodarkę (źle w krótkim terminie) lub drukować więcej pieniędzy, żeby załatać dziurę po Grecji (źle w długim terminie, bo to psucie pieniądza). Jak inwestorzy światowi zareagują na każdą z tych opcji? Nie wiadomo, ale wiarygodność euro jako waluty niezniszczalnej może zostać wystawiona na próbę. Wyjście Grecji bez spłaty długów może na dłuższą metę spowodować, że w przyszłości każdy kto będzie miał niespłacalne długi będzie sobie wychodził. To może być początek końca strefy euro. Jeśli inwestorzy światowi tak przeczytają sytuację, to kurs euro wobec dolara może mocno spadać, destabilizując sytuację na giełdach (gigantyczne przepływy kapitału z bardziej ryzykownych aktywów do bezpiecznych) i w bilansach banków. Im gwałtowniejsze byłoby zamieszanie, tym bardziej nieobliczalne skutki i tym większe ryzyko efektu domina. Dla nas np. załamanie kursu euro to w sumie pikuś, ale wtedy euro może też spadać wobec franka szwajcarskiego i jena, a to już nie będzie takie dobre, bo we franku mamy długi. 

      Jest też opcja B: że rynki uznają, iż wyrzucenie Grecji ze strefy euro to jak usunięcie zgniłego jajka, które powoduje, że w całym koszyku śmierdzi. Trudno, 220 mld euro pójdzie do piachu, ale to cena wpuszczania do ekskluzywnego klubu euro biedaków i kombinatorów. Przy takiej interpretacji wystawienie Grecji za drzwi wcale nie musiałoby spowodować finansowego tsunami. Ale gwarancji nie ma. Czy opłaca się ryzykować? Tak naprawdę Europie bardziej opłacałoby się zredukować długi Grekom, bo jeśli tego nie zrobi, Grecja sama je sobie "zredukuje" o jakieś 80-90%, emitując drachmę. Przy okazji zniszczy oszczędności swoich obywateli, ale jeśli alternatywą ma być niedojadanie przez następnych 50 lat, żeby oddać co do grosza 220 mld euro z odsetkami, to Grekom może być już wszystko jedno. Z kolei jeśli Europa dokona redukcji greckich długów, to nagrodzi kombinatorów, a w przyszłości każdy kraj w tarapatach będzie jej żądał. 

      CO TO MA WSPÓLNEGO Z NASZYMI PORTFELAMI? Wymiana gospodarcza Polski z Grecją jest śladowa, więc nawet gdyby ten kraj został zmieciony z powierzchni ziemi - bezpośrednio nie ucierpimy. Gdyby z jakichś przyczyn osłabił się wzrost gospodarki Niemiec, naszego głównego partnera gospodarczego - to już gorzej. Ale niemieckie banki są już spłacone, więc tu większego zagrożenia też nie ma. Największą niewiadomą jest wpływ ewentualnej greckiej tragedii na wartość złotego, oprocentowanie polskiego długu zagranicznego i ceny akcji na polskiej, prowincjonalnej giełdzie (a mamy tam ulokowanych ponad 100 mld zł oszczędności). W niepewnych czasach inwestorzy światowi uciekają do franka szwajcarskiego i jena, więc najbardziej po kieszeni mogliby oberwać Polacy zadłużeni w tych walutach (frank znów mógłby się bez problemu zbliżyć do 4,5 zł na fali osłabienia euro). Inwestorzy wliczą też w ceny polskich akcji i obligacji ryzyko inwestowania w dzikim kraju na Wschodzie (jeszcze bardziej dla nich dzikim, niż kiedyś Grecja). Ale jeśli przetrwamy turbulencje, to na dłuższą metę Grexit nie powinien nas wiele kosztować. A inwestorzy szybko - w ciągu kilku dni, tygodni - muszą zauważyć, że Polska to nie Grecja (chociaż będą się bacznie przyglądać obietnicom wyborczym polskich polityków). Jesteśmy mniej zadłużeni i choć mamy strukturalny deficyt w budżecie, to nasza gospodarka dość szybko rośnie.

      Jeśli masz wkrótce wyjazd zagraniczny i chcesz po najlepszej cenie kupić euro, to oczywiście nie powiem Ci kiedy to zrobić, bo nie jestem wróżką :-). Ale zawsze polecam tę samą strategię - dzielimy wartość zakupu na dwie-trzy transze (im większa kwota tym więcej transz) i kupujemy kolejne porcje waluty systematycznie, w równych odstępach czasu, nie przejmując się bieżącymi kursami i uśredniając cenę. Nie wiemy co się stanie w poniedziałek, więc jeśli euro potrzebujemy na wyjazd, który jest już za np. dwa tygodnie, to nie zaszkodzi trzymać ręki na pulsie i pierwszą transzę kupić jeszcze zanim los Grecji się rozstrzygnie. Choć podkreślam: Europie bardziej opłaca się zredukować Grekom długi, niż stracić prawie wszystko. Zaś Grecy na wyjściu z klubu euro utopiliby się - z dnia na dzień ludzie straciliby 50-80% pieniędzy i majątku tylko po to, żeby zrobić na złość MFW. To wszystko pachnie mi zgniłym kompromisem, a w jeśli tak - to w poniedziałek euro nie powinno być dużo droższe, niż dziś...

      SUBIEKTYWNIE W TVN O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Posiadaczy polis inwestycyjnych - tych szczęśliwych i tych nieszczęśliwych - zapraszam do obejrzenia rozmowy z Janem Niedziałkiem w programie "Biznes jest dla ludzi". Mówiliśmy o zmianach szykujących się w polisach inwestycyjnych. Jak widzicie w tej dziedzinie zostaje nam już tylko modlitwa ;-)

      biznesdlaludzipolisy

      SUBIEKTYWNIE O WŁAMANIACH DO BANKÓW. Na fali włamania hakerów do Plus Banku i szantażu, iż zostaną ujawnione dane klientów (500 pechowych firm już zostało obnażonych) miałem okazję gościć nie tylko w Waszych komputerach, blogując obficie na ten temat, ale i w Waszych odbiornikach radiowych i telewizyjnych. Zapraszam do obejrzenia :-)

       panoramahaker

      tvn_hakers 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Kiedy najlepiej kupić euro na wakacje? I czy frankowicze pojadą na wakacje? Akcja Grexit”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 czerwca 2015 08:53
  • czwartek, 25 czerwca 2015
    • Jak przesłać kasę z zagranicy? Oni kuszą, że dostarczą gotówkę do domu. Taniej, niż przelew?

      Ceny przelewów międzynarodowych zabijają. Jedyną w miarę tanią opcją są przelewy typu SEPA, ale one dotyczą tylko waluty euro (prowizje banków zwykle nie przekraczają kilku złotych). Na wysokich kosztach przelewów międzynarodowych (nota bene w niektórych bankach nawet przelew z konta walutowego w moim banku na konto walutowe w innym polskim banku jest traktowany jako przelew międzynarodowy) karierę robią różnego rodzaju firmy zajmujące się przyjmowaniem i dostarczaniem gotówki w ramach przekazów pieniężnych. To też kosztuje jakieś kilkanaście złotych od wysyłanej kwoty, ale mniej, niż przelewy walutowe. Firmy zajmujące się przekazywaniem gotówki (jest ich sporo, że wymienię MoneyGram, PayDirect, Western Union, czy kantory internetowe) mają coraz ciekawsze pomysły na usługi dodatkowe. Western Union, bodaj największa tego typu firma (ostatnio mocno promowała się w Polsce, sponsorując piłkarską Ligę Europy), wpadła na pomysł, że będzie dostarczała kasę klientom bezpośrednio do domu.

      inPost_western_union

      Pamiętacie pewnie podobną usługę oferowaną przez Bank Pocztowy w ramach Pocztowego Konta Nestor. Był to rachunek dla seniorów związany bezpłatną opcją "domowego bankomatu", czyli dostarczenia gotówki do domu klienta przez listonosza Poczty Polskiej (waściciel tego banku). Teraz usługa jest już mocno okrojona, ale w wersji szczątkowej wciąż istnieje. Tym samym tropem poszedł Western Union z tą wszakże różnicą, że dogadał się nie z Pocztą Polską, tylko z prywatnym operatorem pocztowym InPost. W opcji krajowej InPost ma zresztą usługę przekazów pieniężnych (można przesłać komuś gotówkę z dostawą przez listonosza za 5 zł plus 0,9% wysyłanej kwoty (czyli wysłanie 500 zł kosztuje niecałe 10 zł). U listonosza InPostu można teraz zamówić dostawę przekazu Western Union. I to bez dodatkowych opłat, wystarczy zgłosić taką potrzebę na stronie www.zamowprzekaz.pl.

      O tym marzą w bankach: Wypłać 100 euro w Hiszpanii, zapłać kartą w Tunezji...

      Wyjątkowo kosztowny przelew: Banki potrąciły sobie... 15.000 zł. Zgodnie z prawem

      Rzecz jasna cala operacja ma sens tylko wtedy, gdy za pomocą Western Union wysyłamy komuś żywą gotówkę, nie zaś pieniądze na konto. Jest też inny warunek: iż przekaz dostarczany być musi w złotówkach. W przypadku przekazów z Niemiec wyrażonych w euro spread walutowy wynosi od 1% do 1,7% (w zależności od landu), zaś jeśli chodzi o przekazy z Wielkiej Brytanii, to spread wynosi 1,5%. Cena usługi dostawy pieniędzy bezpośrednio do domu jest "schowana" w łącznej prowizji, którą płaci nadawca przekazu. W Western Union ta prowizja zależy od wysyłanej kwoty, średnio jest to 3-5% tej sumy. Wysyłając z Wielkiej Brytanii 100 funtów do kraju zapłaciłem - testując tę usługę - mniej więcej 5 funtów prowizji (chyba nawet o kilka pensów mniej), a przy przekazie o wartości 500 funtów Western Union potrącił znajomemu 12 funtów. Im mniejsza kwota, tym bardziej opłaca się przekaz. Przelew bankowy systemem SWIFT kosztowałby najmarniej 50-70 zł, z tego 30 zł to opłata stała, a reszta prowizje banków wyrażone procentowo.

      A dostarczenie pieniędzy do domu. W przypadku wysyłania pieniędzy do starszych osób, które cenią sobie osobistą obsługę może być sensowną opcją, zwłaszcza jeśli nie trzeba za nią dodatkowo płacić. Słabe jest tylko to, że InPost dostarcza wyłącznie złotówki. Przydałoby się, żeby - przynajmniej w granicach rozsądku, czyli palety łatwych do pozyskania nominałów, dało się w ten sposób przekazywać także najpopularniejsze waluty obce. Ale to co jest i tak bije na głowę "przelewy międzykrajowe" w bankach, które wyśmiewałem jakiś czas temu z tym oto zabawnym klipie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jak przesłać kasę z zagranicy? Oni kuszą, że dostarczą gotówkę do domu. Taniej, niż przelew?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2015 17:33
    • Kandydatka na premiera o pomysłach na pomoc dla frankowiczów. Co z przewalutowaniem?

      W "Rzeczpospolitej" jest dziś spory wywiad z Beatą Szydło, która być może pokieruje wkrótce polskim rządem. Wśród wielu tematów, które się w nim pojawiły (m.in.skąd wziąć kasę na realizację obietnic PiS: 500 zł miesięcznie na każde dziecko, powrót do wcześniejszych emerytur, wyższa kwota wolna od podatku) pojawił się też drogi memu sercu wątek frankowiczów i tego jak im pomagać. Nadzieje frankowiczów bardzo mocno rozbudził w kampanii prezydenckiej zwycięski kandydat PiS Andrzej Duda, ogłaszając że popiera ideę przewalutowania tych kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Na moje oko oznaczałoby, że ktoś musiałby pokryć różnicę między historyczną wartością franka (np. 2 zł), po której kredyt byłby przeliczony, a wartością aktualną, w której wyrażone są zobowiązania banków z tytułu finansowania udzielonych kredytów. Pan prezydent jednak obiecał co obiecał i kto wie, czy kilku głosów wyborczych, przechylających szalę zwycięstwa, z tego powodu nie ugrał.

      Ważniejsze jest jednak to, co myśli o sposobach na franka kandydatka na premiera desygnowana przez ugrupowanie zdecydowanie prowadzące w sondażach, bo to większość parlamentarna musiałaby uchwalić napisaną przez prezydenta lub rząd ustawę o "ułaskawieniu" frankowiczów. "Jak miałby wyglądać model pomocy dla frankowiczów?" - pyta dziennikarz Beatę Szydło w bodaj pierwszym dużym wywiadzie po jej ogłoszeniu jako kandydatki na premiera. Czy frankowicze wciąż mogą mieć nadzieję na to, że ich kredyty zostaną odwrócone, a oni sami "zaliczą" spadek zadłużenia i w wielu przypadkach również zwrot różnicy z już zapłaconych rat? I tu małe zaskoczenie. Z wypowiedzi p. Szydło nie wynika, by była ona zwolenniczką tak radykalnego rozwiązania. Co prawda łaja banki aż miło i podkreśla, że powinno powstać rozwiązanie korzystne dla klientów, ale też podkreśla konieczność "podzielenia się ryzykiem" oraz "znalezienia konsensusu", by "nie załamać sektora bankowego"

      "Banki nie mogą przerzucać odpowiedzialności za swoje działania. To one chciały zrobić biznes na tych kredytach. Pierwszy nasz projekt w sprawie frankowiczów zakładał podzielenie się ryzykiem między bankiem i klientem. Są też propozycje stowarzyszenia frankowiczów czy przewalutowania kredytu po kursie z dnia jego zaciągnięcia. Są na stole propozycje, trzeba znaleźć konsensus korzystny dla klientów. Nie można oczywiście załamać systemu bankowego. Ale nie jest to duży problem"

      - mówi najpoważniejsza dziś kandydatka na premiera. Jej zdaniem taki konsensus korzystny dla klientów i nie powodujący załamania systemu bankowego da się wypracować, bo - jak powiedział kandydatce PiS jeden z prezesów banków - "chodzi tylko o to, że banki zmniejszą swój spory zysk". Hmmm... Na moje oko to musiałby być były prezes banku, który dziś nie odpowiada już za bilans kierowanej przez siebie instytucji. Jeśli rzeczywiście obecny, to jakiś wybitny masochista ;-).

      KNF2015hip

      Jeśli istnieje rozwiązanie, spełniające wszystkie powyższe kryteria, to chętnie usłyszę jego szczegóły. Bo kiedy trzeba sprawiedliwie podzielić kilkadziesiąt miliardów złotych strat (tak na oko 30 mld zł, licząc górę 40 mld franków kredytów po średnim kursie ich zaciągania i porównując wynik mnożenia z bilansową wartością zobowiązań banków po obecnym kursie), to dobrego rozwiązania szuka się trudno. Tego typu projekt, godzący ogień i wodę, próbował zgłaszać szef Komisji Nadzoru Finansowego, ale zdaniem bankowców jest nierealne i nie do przyjęcia, a i klienci chyba w większości by się nie chcieli w nie pakować. Może Beata Szydło, mówiąc o konsensusie i rozwiązaniu, które jedynie zmniejszy zyski banków, ale ich nie zarżnie, ma na myśli projekt ustawy napisany przez "Sprawiedliwą Polskę", klub poselski skupiający posłów współpracujących z PiS? Nie jest on wcale zły, ale nie zakłada w ogóle przewalutowania kredytów, jak chciałby prezydent-elekt Andrzej Duda.

      Wypowiedzi kandydatkifranki_badania PiS na premiera czytam w taki sposób, że o przewalutowaniu kredytów z datą "startową" raczej nie myśli (a w każdym razie nie potwierdza tej koncepcji wprost). Nie byłby to bowiem "konsensus", ani "dzielenie się ryzykiem", tylko obciążenie banków pełną odpowiedzialnością za ryzyko, na które naraziły klientów. A wiele wskazuje na to, że klienci tego ryzyka chcieli, choć na pewno nie wszyscy i nie w takiej skali, jaka przydarzyła się w rzeczywistości. Tak przynajmniej wynika z badań renomowanej firmy sondażowej TNS (patrz screenshot obok). Choć, uczciwie dodajmy, badań przeprowadzonych na zlecenie Związku Banków Polskich. Beata Szydło sprawnie zresztą lawiruje, mówiąc o kredytach frankowych, by zbytnio nie urazić tych, którzy mają kredyty w złotych i których jest dwa razy więcej, niż frankowiczów. A przez lata płacili oni wyższe raty od swoich kredytów, więc na każde hasło "pomóc frankowiczom" reagują alergicznie. Co racja to racja, spójrzcie na sąsiedni wykres:

      z18051866QPorownaniekredytowwefrankachiwzlotych

      "Znam wyliczenia, które mówią, że frankowicze skorzystali. Na kredyty w naszej walucie działa mechanizm stóp, a kredyty frankowe podlegały innym regułom. To nie jest tak, że zaciągali je tylko zamożni ludzie. Wciskano je ludziom, którzy nie mieli zdolności kredytowej w złotych"

      - mówi Szydło w wywiadzie dla "Rzepy". I tu dotyka istoty problemu. Moim zdaniem wina banku, który zaoferował kredyt we frankach, bo inaczej nie udzieliłby żadnego, jest większa, niż wina banku, który zaoferował klientowi dwa kredyty, zaś klient - mniej lub bardziej świadomy ryzyka, ale jednak zawsze mając o nim przynajmniej blade pojęcie - wybierał ten tańszy. Oczywiście, nawet w tym przypadku nie uważam, żeby można było obciążyć klienta 100% ryzyka. Mój pomysł na rozwiązanie problemu kredytów frankowych zakłada, że bank powinien w pewnym momencie przejmować ryzyko kursowe od klienta. Oczywiście: diabeł tkwi w szczegółach i wcale nie uważam, że ów poziom powinien być taki sam dla wszystkich klientów. Ale to temat na zupełnie inną dyskusję.

      "Chcę też jasno powiedzieć: wszyscy klienci banków muszą się czuć bezpiecznie i w kontaktach z nimi muszą mieć równe prawa, bo dzisiaj to banki w tej relacji mają dominującą pozycję"

      - mówi Beata Szydło i trudno się z nią nie zgodzić. Generalnie pierwsze wypowiedzi kandydatki PiS na premiera w sprawie franków są znacznie bardziej enigmatyczne, niż ostatnie przed wyborami wypowiedzi w tej samej kwestii kandydata PiS na prezydenta :-). To z jednej strony dobrze, bo to znaczy, iż Beata Szydło jest politykiem, który zdaje sobie sprawę, iż problem jest trudny i że warto wyważyć różne racje, zanim się coś palnie. Chociaż jednocześnie opowiada,że to wszystko "nie jest wielki problem", co wygląda dość idiotycznie. Gdybym należał do najbardziej radykalnej frakcji frankowiczów (a należę - od razu zaznaczę - do tej umiarkowanej), to pewnie bym wpadł w pewien poprezydencki dysonans poznawczy. Cóż, wyjaśnienie tego dysonansu może przyniosą kolejne dni, tygodnie i miesiące.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (54) Pokaż komentarze do wpisu „Kandydatka na premiera o pomysłach na pomoc dla frankowiczów. Co z przewalutowaniem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2015 08:04
  • środa, 24 czerwca 2015
    • Nowe wcielenie jednej z najstarszych bankowych marek! Czym zaskoczy? Dobrze płaci za... pensję

      bgz_bnp_logoDziś oficjalnie zaczęła się historia nowego banku - BGŻ BNP Paribas. Wprawdzie to BNP Paribas wchłonął BGŻ (jego ostatni slogan to "dobrze służy ludziom" oraz wiewiórkom ;-)), ale jednym z warunków postawionych przez Komisję Nadzoru Finansowego było zachowanie przez francuskiego inwestora nazwy BGŻ. Tym sposobem powstał mały potworek (przypomina to nieco tak okropne nazwy jak BZ WBK, albo FM Bank PBP), ale Francuzi i tak chyba postawiliby na ten kompromis, bo BGŻ to jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek bankowych w Polsce (i jedna z najlepiej się kojarzących). Rezygnowanie z tej nazwy byłoby głupotą. Skoro UniCredit pozostał przy marce Bank Pekao, a ING przez dziesięć lat utrzymywał na oddziałach szyld ING Bank Śląski, to i znak BGŻ raczej szybko nie zginie. I będzie wyrzutem sumienia dla zwolenników repolonizacji branży bankowej, bo przecież BGŻ jest bankiem, którego nie udało się "odzyskać" polskiemu kapitałowi. Tak, tak, to chłopaki z PZU mogli nosić te literki :-)

      Ponad 600 oddziałów banków BGŻ oraz BNP Paribas zostało właśnie przemalowanych na bladą zieleń z białymi gwiazdami w tle. Serwis bankowości internetowej BGŻ też się zazieleni, podobnie jak cała sieć bankomatów "rolniczego" banku, należącego poprzednio do holenderskiego Rabobanku. Zmiany kolorystyczno- estetyczne to na razie wszystkie, które czekają 1,7 mln klientów połączonych banków. Systemy informatyczne będą łączone dopiero w przyszłym roku, więc klienci przejmowanego BGŻ na razie będą mogli korzystać ze swoich kont i kart tak, jak do tej pory. Nic nie zmieni się także dla tych, którzy mają depozyty w internetowej odnodze - BGŻ Optima. Klienci dawnego BGŻ poza "swoimi" placówkami będą mogli korzystać z tych do tej pory należących do BNP Paribas. Patrząc na screenshoty ze spotu wizerunkowego BGŻ BNP Paribas ostrzę sobie zęby na to, że między klientami obu banków zaiskrzy tak, jak między menedżerami w reklamie ;-))

       bh_bank_meeting

      bnp_paribas_meeting

      bgz_bnp_spot

      Czy nowy bank zatrzęsie polskim rynkiem finansowym? BGŻ BNP Paribas to bank o gabarytach takich asów jak Raiffeisen Polbank, Bank Millennium, czy Getin Bank, więc jeśli dobrze odczyta potrzeby klientów i zaproponuje ofertę przełomową jakościowo, to może mocno namieszać. Patrząc na dotychczasowe poczynania BNP Paribas - oferuje m.in. fajne, chociaż nietanie konta dla wymagających klientów premium, próbował też wykorzystywać rosnącą w Polsce modę na sport - należy się spodziewać sensownych propozycji. Choć niestety zdarzały się Francuzom przykre wpadki, jak np. niedawny żenujący konkurs z tabletami. Celem dla Francuzów na pewno nie jest obecna pozycja numer 7-8 na polskim rynku (to nie da satysfakcjonującej rentowności w nadchodzących chudszych czasach), lecz raczej miejsce w pierwszej trójsce-czwórce, czyli tam, gdzie dzisiaj jest mBank czy należący do Santandera BZ WBK (nota bene Hiszpanie to wielki globalny rywal BNP Paribas). Krótko pisząc: do obecnych 1,7 mln klientów trzeba dodać w kolejnych kilku latach jeszcze drugie tyle.

      Plan na BGŻ BNP Paribas. "4% udziału w rynku to za mało, by zaistnieć na radarze"

      Pierwszym pomysłem BGŻ BNP Paribas na przyciąganie klientów jest nowy rodzaj konta osobistego - Konto Aktywna Pensja. Ma się ono charakteryzować tym, że pieniądze, które wpłyną na konto tytułem pensji będą oprocentowane na 4% w skali roku (do poziomu 5000 zł). Dla tych, którzy nie zdołają skorzystać z wysokiego oprocentowania, bo całą pensję od razu wydają, nowy bank przygotował z kolei darmowy debet - również do wysokości wpływu z tytułu pensji (tu też "sufit" wynosi 5000 zł). Niestety, oba bonusy działają tylko przez 12 miesięcy od założenia konta. Poza tym ROR - standardowo kosztujący 10 zł miesięcznie - ma być darmowy przy wpływach w wysokości 1000 zł (uwaga, nie może to być wpływ z innego konta należącego do tej samej osoby), karta też, o ile zapłacimy nią w sklepach 300 zł miesięcznie. Za zero są też wszystkie bankomaty na świecie, przelewy internetowe i zlecenia stałe. Niezły pakiecik, chociaż dużo w nim zer warunkowych lub promocyjnych. Bardziej do mnie trafiają oferty takie jak ta przygotowana przez Raiffeisena - promująca lojalność i bez haczyków.

      Zobaczymy czy "paribaskom", którzy powierzyli stery nestorowi bankowców Józefowi Wancerowi (twórca niegdysiejszej potęgi BPH) starczy pary, by przez kilka lat iść szybko w górę, goniąc liderów rynku (bąd ich przejmując). I czy nie skończy się to tak, jak fuzja Raiffeisena z Polbankiem, który okazał się dla Austriaków niestrawnym daniem. BGŻ też nie był nigdy okazem rentowności i przesadnie efektywnego rozwoju. Pamiętacie nieudany projekt BGŻ Integrum, który miał wprowadzić BGŻ do dużych miast? Nie bez powodu Rabobank stracił nadzieję na to, że BGŻ przebije się do czołówki największych polskich banków. Przez wiele lat BGŻ praktycznie stał w miejscu. Francuska grupa bankowa będzie musiała zmierzyć się z tym wyzwaniem. A trzeba przypomnieć, że długo starała się osiągnąć znaczącą pozycję na polskim rynku i też popełniała na tej drodze błędy. Od 2009 r. była właścicielem polskich operacji belgijskiego Fortis Banku oraz wrocławskiego Dominet Banku. Rośnięcie szło im jak po grudzie :-). I dopiero przejęcie BGŻ wprowadziło Francuzów w okolice pierwszej ligi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nowe wcielenie jednej z najstarszych bankowych marek! Czym zaskoczy? Dobrze płaci za... pensję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 czerwca 2015 20:01
    • Klient w tarapatach, ale chce negocjować z bankiem. Ten głuchy jak pień. Wsiadłem na koń

      Czasem człowiekowi powinie się noga i wpada w finansowe tarapaty. Nie starcza pieniędzy na raty kredytów, banki zaczynają się niepokoić, a w końcu na horyzoncie zaczyna majaczyć komornik. Co robić? Oczywiście, najlepiej zawczasu - jeszcze zanim sytuacja stanie się podbramkowa - samemu udać się do wierzycieli z propozycją restrukturyzacji zadłużenia. A pisząc po ludzku: z nowym planem spłat, dostosowanym do nowej sytuacji, gdy dochody są mniejsze. Tak właśnie zrobił pan Piotr, który pomaga w wyjściu z długów swojej mamie. W 2009 r. mama mojego czytelnika zaciągnęła w banku Santander Consumer kredyt na zakup mieszkania w Krakowie. Kredyt był niemały, ponad 290.000 zł. Ponieważ okres kredytowania został ustalony na zaledwie 7 lat, mama mojego czytelnika została obłożona dość wysoką ratą, 3300 zł. Niestety, w czwartym roku spłacania kredytu sytuacja finansowa kredytobiorczyni diametralnie się pogorszyła i zaczęły się problemy ze spłatą rat. Dziś sytuacja jest taka, że od roku kredyt w ogóle nie jest spłacany. Mama mojego czytelnika jest winna bankowi jeszcze, bagatela, 92.000 zł.

      Pan Piotr już jakiś czas temu wszczął akcję ratunkową. Chciał uzgodnić z bankiem plan restrukturyzacji. Sęk w tym, że druga strona nie kwapiła się do rozmów. W sprawie zmian w umowie kredytowej rozmawiać można było tylko przez telefon, zaś pracownicy banku odsyłali do wynajętych przez bank firm windykacyjnych. Podczas każdej z kilku rozmów telefonicznych z pracownikami współpracujących z bankiem firm pan Piotr proponował zmniejszenie rat kredytu z 3300 zł do 2000 zł, a co za tym idzie wydłużenie okresy spłaty. Podczas zebrania rodzinnego uradzono bowiem, że jest to najwyższa kwota możliwa do spłaty regularnie i terminowo. W banku niestety mój czytelnik nie znalazł zrozumienia. Dowiedział się, że ma spłacić od razu pewną część długu (co najmniej 10-15%) i dopiero wtedy reszta kredytu zostanie rozłożona na raty zgodnie z prośbą pana Piotra. Bankowcy zapowiedzieli, że to jedyna oferta i lepszej na pewno już nie będzie.

      "Wysyłaliśmy już szereg pism z opisem naszej sytuacji i prośbą o rezygnację przez bank z warunku w postaci jednorazowej spłaty części długu. Niestety, nie mamy możliwości pożyczenia takiej kwoty. Gdybyśmy mieli takie pieniądze, stać by nas było, żeby spłacać terminowo raty..Bardzo proszę o poradę gdzie szukać pomocy. Zdaje sobie sprawę, że spraw takich jak nasza są setki, ale nie za bardzo wiemy w jaki sposób spróbować się jeszcze bronić"

      - napisał pan Piotr. A ja napisałem do banku prośbę o odpowiedź na pytanie co da się jeszcze zrobić w tej sytuacji. Klientka straciła jedno ze źródeł dochodów, więc nie będzie w stanie spełnić warunków banku, a z drugiej strony nie uchyla się od chęci zapłacenia długu, prosi jedynie o zmniejszenie rat i wydłużenie okresu kredytowania. W banku obiecali mi, że przyjrzą się sprawie i już po kilkunastu dniach otrzymałem kolejny list od pana Piotra.

      "Kiedy do Pana pisałem nie spodziewałem się odpowiedzi gdyż wiem, że nie narzeka Pan na nadmiar wolnego czasu. Tym bardziej trudno mi opisać radość, iż zainteresowały Pana moje kłopoty. Trzy dni temu bank przysłał pismo iż zgadza się na obniżkę rat do 2000 zł miesięcznie. To zaskakujące, gdyż tydzień wcześniej dostaliśmy kolejną decyzję odmowną na naszą prośbę. Sprawy wydają się lekko klarować"

      - pisze pan Piotr. Cieszę się, że udało się przeskoczyć przez tę przeszkodę i że bank zrozumiał wreszcie, iż jeśli ktoś prosi o restrukturyzację kredytu, to raczej nie czyni tego z takiego powodu, iż cierpi na nadmiar wolnej gotówki. O podobną dozę zrozumienia proszę inne banki - wasi klienci (jeśli nie wszyscy to w zdecydowanej większości) nie są przekręciarzami, tylko normalnymi ludźmi, którzy chcą oddawać pieniądze, które pożyczyli, ale jeśli mają kłopoty finansowe, to nie możecie ich zostawiać bez możliwości zmniejszenia rat lub obwarowywać tę opcję koniecznością częściowej spłaty zadłużenia. Tylko wtedy odzyskacie swoje pieniądze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Klient w tarapatach, ale chce negocjować z bankiem. Ten głuchy jak pień. Wsiadłem na koń”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 czerwca 2015 11:16
    • Do pozabankowej pożyczki pakiet deluxe: zero opłat za windykację, zawieszenie spłat i... lekarz

      Firmy pożyczkowe nieustannie kombinują jak zrobić, żeby być przyjacielem swoich klientów. Żeby to nie był zwykły handel pieniędzmi po lichwiarskich cenach, lecz coś więcej - najlepiej coś mistycznego :-). Pisałem ostatnio o pomyśle Wongi, która łączy wycenę pożyczki ze stopniem wyedukowania klientów. Naciągane to odrobinę, ale od strony marketingowej na pewno trafione w punkt. Oczywiście pożyczkodawcy nie grają w jednej drużynie. Taki np. Provident nie kryje się ze swoim postrzeganiem sprzedawców klasycznych chwilówek jako szkodników, których trzeba się pozbyć (ma być w tym celu nawet specjalna ustawa :-)). Prócz prowadzenia działań partyzanckich Provident próbuje też tak skonfigurować swoją ofertę, żeby klienci byli mniej podatni na pokusy firm oferujących mikropożyczki przez internet. I żeby poczuli się tak zaopiekowani, że aż szczęśliwi, mogąc spłacać drogą pożyczkę. Nowy pomysł providentowców - startuje od dziś - zasadza się z jednej strony na zwiększeniu liczby dostępnych opcji pożyczki, a z drugiej strony na usługach dodatkowych, które tej pożyczce towarzyszą i mają dawać klientom poczucie, że ci kupują coś więcej, niż tylko gorący pieniądz, który mogliby kupić wszędzie indziej.

      Czytaj też: Kto będzie Hapi, czyli właściciel Providenta wchodzi z pożyczkami do sieci

      Kto przyjdzie teraz do Providenta po nową pożyczkę dostanie do wyboru nie dwie opcje, jak dotychczas ("pakiet Przelew" i "pakiet Gotówka"), lecz aż trzy: "Pakiet Standard", "Pakiet Standard Plus" oraz "Pakiet Elastyczny". Najprostszy i najtańszy (choć słowo "taniość" jest tu bardzo kontrowersyjne) będzie "Pakiet Standard", w którym pożyczka jest wypłacana przelewem i tą samą drogą klient co tydzień spłaca raty. Oprocentowanie wynosić będzie 10% w skali roku od kwoty pożyczki, opłata przygotowawcza 40 zł, zaś prowizja 18% dla krótszych pożyczek oraz 28% dla dłuższych. Nie podoba mi się to dzielenie kosztów na trzy części, bo to zamydla łączny wynik, ale providentowe kalkulatory na stronie internetowej będą podawały ile w sumie kosztuje taka pożyczka. Biorąc 1000 zł mniej więcej na rok zapłaciłbym 100 zł odsetek, 40 zł prowizji i 280 zł prowizji, czyli musiałbym łącznie oddać (w tygodniowych ratach) o 420 zł więcej, niż pożyczyłem. W firmie chwilówkowej po 12-krotnym zrolowaniu pożyczki byłoby ze cztery razy drożej, ale przeciętnym banku - znacznie mniej. Taki np. Eurobank ostatnio reklamuje "Wypożyczkę", w której opłata za "wypożyczenie" pieniędzy wynosi 10% pożyczanej kwoty i jest to jedyny koszt ponoszony przez klienta. Jakby nie patrzeć jest to cztery razy taniej, niż w Providencie. Ale przez providentowy scoring pewnie łatwiej się prześlizgnąć, niż przez eurobankowy.

      Czytaj też: Pożyczkowy gigant zaczyna sprzedawać... chwilówki. Będzie jatka?

      Druga opcja to "Pakiet Standard Plus", który od podstawowego różni się tym, że klient dostaje pieniądze na konto, ale raty spłaca z pomocą wysłannika Providenta, a więc w gotówce (w ramach serwisu domowego). Ta obsługa w domu kosztuje 6 zł od każdej raty, co oznacza, że w skali roku przyjemność bycia obsługiwanym przez kogoś w rodzaju kuriera odbierającego gotówkę oznacza dodatkowy wydatek w wysokości ponad 300 zł. Jest wreszcie "Pakiet Elastyczny", który oznacza, że pieniądze przywozi w gotówce człowiek z Providenta, a potem również on odbiera od klienta raty. Dowiezienie gotówki do domu klienta kosztuje dodatkoeo 50 zł, zaś odbiór - po 5 zł za każdą ratę. W skali roku oznacza to wydatek dla klienta na poziomie 300 zł (mniej więcej tyle samo, ile w "Pakiecie Standard Plus". Wprowadzenie zryczałtowanej opłaty za obsługę w domu to reakcja Providenta na poczynania UOKiK-u, który ukarał firmę za stosowanie procentowych opłat za obsługę w domu, które to opłaty nijak nie mają się do rzeczywistych kosztów prowadzenia takiej domowej obsługi. Teraz klient płaci kulturalnie 5-6 zł za każdy odbiór gotówki od niego z domu i 50 zł za dostarczenie pożyczki do domu. Taniej może nie jest (zwłaszcza przy mniejszych pożyczkach), ale za to klarowniej.

      Dla tych, którzy kupią najdroższą opcję, czyli gotówkę z dostawą do domu i jej odbieranie przez wysłannika firmy, Provident ma dodatkowo płatny pakiet bonusów. W ten pakiet wchodzi możliwość zawieszenia spłaty czterech rat (bez konieczności podawania powodu) i kolejne cztery tygodnie "zawieszki" w razie jakiegoś nieszczęścia osobistego lub w rodzinie, pobytu w szpitalu i tego typu komplikacji. Jest też gwarancja, że Provident nigdy nie naliczy do pożyczki żadnych dodatkowych opłat. Gdyby klient nie spłacił w terminie pożyczki, wartość długu jest zablokowana, nie będzie się nic więcej naliczało, żadnych karnych odsetek, opłat za rolowanie (na których zarabiają obficie firmy chwilówkowe), ani opłaty windykacyjne. Czwarty bonus to gwarancja, że dług nie przejdzie na spadkobierców, gdyby pożyczkobiorcy się nagle zmarło. To fajny pakiet (zwłaszcza to zablokowanie wartości zobowiązania, bo klienci firm pożyczkowych najczęściej są goleni właśnie przy przedłużaniu, prolongowaniu i windykowaniu), ale niestety słono płatny. Kosztuje 23% wartości pożyczki dla krótszych terminów spłaty i 33% wartości pożyczki dla pożyczek dłuższych, niż 45-tygodniowe. To dużo. Komfort w postaci zawieszenia płatności przy 1000-złotowej pożyczce sięgnie dodatkowo 330 zł.

      Razem ze wszystkimi poprzednimi kosztami oznacza to, że za 1000 zł po roku muszę oddać prawie dwa razy tyle, ile pożyczyłem. Choć oczywiście święty spokój ceny nie ma ;-). No i też trzeba powiedzieć, że przed reformą cena providentowej pożyczki na rok była mniej więcej taka sama, można więc powiedzieć, że - przynajmniej przy wyższych pożyczkach, przekraczających 1500-2000 zł - "goły" pieniądz potaniał, a w tej cenie, która obowiązywała dotychczas można mieć pożyczkę z bonusami. Zastrzegam, że nie widziałem jeszcze regulaminów, które dotyczą tych bonusów, więc nie dam sobie ręki uciąć, że nie ma tam żadnych haczyków. Ale zakładam, że przy tak słonej cenie firma już raczej nie włożyła tu żadnych istotnych wyłączeń (poza standardowymi: np, że z zawieszenia spłat z powodu własnego widzimisię można skorzystać dopiero po spłaceniu czterech rat). Aha, do tych wszystkich opcji dochodzi jeszcze jedna - możliwość dokupienia za 2 zł tygodniowo usługi medycznego assistance (wizyty lekarzy w razie nagłego zachorowania, dowóz leków itp.). To takie "hurtowe" ubezpieczenie od Axy, naprawdę tanie (96 zł rocznie, niezależnie od kwoty pożyczki), ale zawierające sporo ograniczeń, więc prześwietlę je osobno.

      Czy pomysł Providenta na sprzedawanie oferty na zasadzie klocków "wzbogacających" pożyczkę, z których klient sam sobie "uszyje" ofertę pod klucz, pomoże firmie w walce o klientów? Zapewne trochę tak, bo pakiet bonusów - choć drogi - jednak zapewnia dodatkowy komfort, którego nie obieca żadna firma chwilówkowa (w ograniczonym zakresie gwarancje podobnego gatunku oferuje tylko Wonga, która wśród firm chwilówkowych uchodzi za najbardziej fair wobec klientów). Ten pomysł nie jest zły - do prostej i możliwej do uzyskania wszędzie usługi jaką jest pożyczanie pieniędzy nie zaszkodzi dodać coś ekstra, co będzie poczuciem bezpieczeństwa, albo czymś ubogacającym człowieka duchowo :-), jak np. świadomość dostępu d prywatnego lekarza w razie nieszczęśliwego wypadku. Ale w providentowej ofercie cena za te udogodnienia jest wysoka. Przypomina mi to usługi typu "przedłużona gwarancja", sprzedawane w salonach telekomów. Tam też dodatkowa składka potrafi sięgnąć dużego procentu wartości podstawowej zakupu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 czerwca 2015 08:54
  • wtorek, 23 czerwca 2015
    • Link4 da ci gratis nawigację i... sprawdzi jak zachowujesz się za kółkiem. Polubisz tę zabawę?

      Niedawno pisałem w blogu o tym, że firmy ubezpieczeniowe mają ochotę uzależniać składkę ubezpieczenia komunikacyjnego od tego ile, gdzie i jak jeździmy. Narzędzia do tego już są, bo odkąd wynaleziono smartfony non stop podłączone do internetu nie ma większych przeszkód, by wykorzystywać geolokalizację do "śledzenia" kierowców. Co więcej, według szacunków brytyjskiego stowarzyszenia ubezpieczycieli w 2017 r. już co szósta polisa wystawiana w Europie będzie wyceniana w zależności od tego, czy na autostradzie byliśmy grzeczni, a w obszarze zabudowanym nie jechaliśmy szybciej, niż 50-tką ;-). Zresztą ubezpieczyciele mają chrapkę na znacznie większy kąsek - chcieliby uzależniać ceny polis także od tego czy w przeszłości zdarzały nam się opóźnienia ze spłacaniem kredytów oraz czy nie skarżył się na nas operator telekomunikacyjny. Piękna wizja, prawda? Ci, którzy nie łamią przepisów, zachowują się zgodnie z zasadami, nie bekają przy stole oraz zawsze mówią "proszę" i "przepraszam" nie powinni się obawiać - dla nich inwigilacja powinna być cenowo opłacalna, bo może wreszcie przestaliby płacić za gałganów i lekkoduchów, którzy generują największe ryzyko ubezpieczeniowe. A jednak troszkę mnie ten trend niepokoi.

      Gra o urlop: Kto podsunie ci najlepszy hotel na wakacje? A może sam go... wylicytujesz?

      Pierwsze zajawki tego, że polskie firmy ubezpieczeniowe też chciałyby wiedzieć więcej np. o naszym stylu jazdy, już testowałem na własnej skórze. Jakiś czas temu firma ubezpieczeniowa Aviva wprowadziła aplikację, która przez pewien czas śledziła moje poczynania za kierownicą, a potem wystawiła ocenę. Była to zabawa jednorazowa i nawet byłem rozczarowany, że tak krótko trwało głaskanie mnie za to, że jestem takim dobrym kierowcą. Teraz żarty się skończyły, bo konkurent Avivy, należąca do PZU firma Link4 wprowadza na rynek tę samą opcję, tyle że w wariancie permanentnym. Rzecz wygląda tak, że klient wraz z polisą ubezpieczeniową może wziąć za darmo nawigację samochodową NaviExpert z zainstalowaną nań funkcją "Bezpieczna jazda z Link4". Odpala się to-to i aplikacja zaczyna śledzić nasz styl jazdy. Za dobre zachowania jesteśmy nie tylko głaskani po główce, ale dostajemy punkty, za które w różnych konkursach będzie można dostać nagrody. Konkursy zapewne nie będą polegały na tym kto wystraszy więcej staruszek gwałtownie hamując na przejściu dla pieszych, lecz raczej na tym kto prowadzi auto tak, żeby zasłużyć na specjalne odznaczenie od Komendanta Głównego Policji.

      link4naviexpert

      Generalnie mając takie cudo w samochodzie (żeby móc zbierać punkty i zamieniać na nagrody trzeba będzie włączać nawigację za każdym razem wsiadając do auta, choć swoją drogą ciekaw jestem jak oni to będą weryfikować) można się poczuć jakbyśmy mieli obok siebie pana komendanta. Aplikacja będzie mierzyć: ile kilometrów przejechaliśmy w danym okresie, ile z nich zgodnie z przepisami, jak często przekraczaliśmy dozwoloną prędkość, w tym w terenie zabudowanym i poza miastem, o ile najczęściej ją przekraczaliśmy, ile przejechanych kilometrów to była „płynna jazda", jak często gwałtownie przyspieszaliśmy i hamowaliśmy, Niezły pakiecik, prawda? Nic tylko dobrowolnie oddać się w ręce najbliższego partolu :-). Dla tych klientów, którzy sami nie dojdą do tego wniosku aplikacja przygotuje rady "podprowadzające", czyli dotyczące ryzyka, jakie dany sty jazdy powoduje na drodze, ile metrów będziemy potrzebowali, żeby przy danej prędkości zahamować w sytuacji kryzysowej, jak jeździć ekonomicznie i co zrobić, żeby nie stracić kontroli nad samochodem, czyli żeby samochód nie pojechał sobie sam.

      Czytaj też: Ubezpiecz u nich auto, a odwiozą cię do domu z nocnej imprezy

      Czytaj też: Rewolucja w OC, czyli wyznanie kierowcy lekko stukniętego

      Dobra wiadomość jest taka, że korzystanie z aplikacji NaviExpert jest dobrowolne. Firma po prostu opłaca za każdego klienta roczny abonament (w standardzie kosztowałby klienta 99 zł), a już tylko od dobrej woli kierowcy zależy czy zechce z niego skorzystać i powalczyć o punkty i nagrody. A te mogą być cenne, bo firma wspomina, że najlepsi kierowcy będą wygrywali smartfony Sony, vouchery na paliwo, gadżety samochodowe, czy kursy w szkole bezpiecznej jazdy (to akurat bez sensu, bo oni akurat doszkalać się nie potrzebują, bardziej z głową postępuje Aviva, fundując taki kurs tym, którzy spowodowali stłuczkę). Jeśli aplikacja NaviEpert dojdzie do wniosku, że dany delikwent jeszcze dłuuuugo poczeka na jakiekolwiek nagrody, to się nad nim zlituje i udzieli kilku światłych rad co zrobić, żeby dostać wreszcie jakieś punkty. Mam nadzieję, że nie będą to rady w stylu "zmniejsz średnią prędkość w terenie zabudowanym", albo "jeśli chcesz zdobyć jakieś punkty, częściej używaj pedału hamowanie (to ten środkowy)".

      W Link4 zapewniają, że wcale, ale to wcale nie będą gromadzili, ani wykorzystywali danych o stylu jazdy kierowców ani do kalkulacji wysokości składek, ani przy likwidacji szkód. Trzeba przyznać, że czują pismo nosem, bo w dziale FAQ chyba połowa z pytań zahacza o możliwe obawy klientów dotyczące inwigilacji. Pytanie pierwsze: "Czy będę śledzony" (odpowiedź: nie). Trzecie: "Czy Link4 przekaże dane policji" (odpowiedź: "cóż za obrzydliwa insynuacja" ;-)). A potem: "Do jakich celów będą wykorzystywane dane", albo "co stanie się z danymi, gdy w kolejnym roku ubezpieczę się w innym towarzystwie", Link4 zapewnia, że chodzi mu tylko o promowanie bezpiecznej jazdy. Choć jedna z odpowiedzi - "na tym etapie nie planujemy wykorzystywać danych na temat Twojego stylu jazdy do kalkulowania składek" - zdradza pewne zamiłowanie firmy do cieszenia się danymi o stylu jazdy klientów nie tylko w celu rozdawania im nagród. A konkretnie zdradza je fraza "na tym etapie" ;-). Nie żebym się czepiał, bo być może to wcale nie jest takie głupie, że dobry kierowca kiedyś dostanie lepsze warunki ubezpieczenia, niż słaby. Gorzej jeśli ten dobry dostanie takie same, a słaby znacznie wyższe. Wtedy na telematyce zarobi niekoniecznie dobry klient, a bardziej ubezpieczyciel.

      Niezależnie od tego czy będziecie chcieli bawić się z Link4 w zdobywanie sprawności dobrego kierowcy i powalczyć o naprawdę niezłe nagrody, należy się Wam na koniec kilka informacji technicznych. Z aplikacji będą mogli też korzystać ci klienci Link4, którzy już mają aktywne polisy (nie są więc "nowymi" klientami), ale w ich przypadku darmowy dostęp do NaviExpert będzie krótszy i wyniesie trzy miesiące. Zła wiadomość jest taka, że aplikacja NaviExpert z opcją "Bezpieczna jazda z Link4" jest dostępna tylko dla smartfonów z systemem Android, wersje na iPhone'a i telefony z systemem Windows Phone będą dopiero za kilka miesięcy. Druga zła wiadomość jest taka, że sprezentowana przez Link4 nawigacja bez żadnych dopłat będzie działała tylko na polskich drogach. Za wersję z mapami dróg w całej Europie trzeba już dopłacić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Link4 da ci gratis nawigację i... sprawdzi jak zachowujesz się za kółkiem. Polubisz tę zabawę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 czerwca 2015 16:00
    • Nadali nowe znaczenie frazie "drobnym druczkiem". List, który trzeba oglądać pod lupą

      Nie da się ukryć, że niskie stopy procentowe i spadający limit oprocentowania, wynikający z ustawy antylichwiarkiej, zmienia życie ludzi odpowiedzialnych w bankach za budowanie oferty kredytów konsumpcyjnych. Czasem zmienia je w złym kierunku - przykładem jest ściema, że kredyt gotówkowy kosztuje "tylko 5% {i że jest "najtańszy na rynku", bo ma "gwarancję najniższej raty" - a czasem w nie najgorszym. Powstają bowiem oferty pożyczek gotówkowych, w których cena jest po prostu opłatą za "wypożyczenie" pieniędzy. Bierzesz 5000 zł i oddajesz 5000 zł, a płacisz tylko z góry stałą kwotę, dokładnie tak, jakbyś wypożyczał samochód, czy apartament wakacyjny. Oczywiście: płatna z góry "opłata za wypożyczenie" stanowiąca np. 10% pożyczanej kwoty wcale nie oznacza, że oprocentowanie tego kredytu wynosi 10%. Opłatę za udzielenie pożyczki płacimy bowiem z góry, zaś odsetki byłyby liczone od coraz mniejszego kapitału. Ale to nieważne - grunt, że kwoty są przejrzyste, a klient wie ile zapłaci.

      Wydawało mi się, że w czasach, kiedy każda reklama jest pod lupą subiektywności, najbardziej niecne praktyki, które można określić sloganem "pisane drobnym druczkiem", odejdą w siną dal. Ale nie, one wciąż mocno się trzymają. Jedna z moich czytelniczek, stała klientka sieci hipermarketów Auchan, otrzymała ostatnio pocztą superofertę taniej pożyczki od firmy Oney. To marka oferująca usługi finansowe klientom Auchan i Leroy Merlin, głównie pożyczki ratalne i gotówkowe, także "opakowane" w karty kredytowe. Opisywałem już kiedyś jeden z produktów Oney w niezbyt ciepłych słowach, ale chyba nikogo nie dziwi, że pożyczki dostępne bezpośrednio w sklepach są drogie. Wygoda w dostępie do pieniądza niestety kosztuje. Ale dziś nie skrytykuję Oney za to, że oferuje drogi pieniądz, namawiając klientów do wyuzdanej konsumpcji i wpędzając najsłabsze mentalnie i finansowo jednostki w pętlę długów. Nie skrytykuję też Oney za to, że pożyczka jest sprzedawana jako tania - tylko 3,99% - podczas gdy z góry wiadomo, że jej prawdziwy koszt jest większy. Skrytykuję firmę za to:

      oney1

       oney2

      Spójrzcie na dysproporcję między ilością miejsca poświęconego na przekonywanie klienta, że kredyt jest tani, bo oprocentowany tylko na 3,99%, a tą, którą firma poświęca na disclaimer z informacjami tłumaczącymi, że tak naprawdę pożyczka kosztuje znacznie więcej, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Takie listy są wysyłane m.in. do osób starszych, emerytów i rencistów, ale przecież nawet przeciętny konsument, nie mając w domu lupy, będzie miał kłopoty z przeczytaniem tego, co oni tam na dole piszą. A piszą rzeczy naprawdę istotne. Na przykład to, że RRSO przy kredycie w wysokości 11600 zł wziętym na trzy lata wynosi drobne 29,69%. Albo że przy takim kredycie, oprocentowanym na 3,99%, prowizja wynosi 1450 zł (czyli ponad 10% wartości kredytu!), zaś opłata za ochronę ubezpieczeniową w pakiecie rozszerzonym (fakultatywnym, choć być może jakiś nieetyczny sprzedawca będzie wmawiał klientom, że bez tego ubezpieczenia "nie da rady") to kolejne 2842,29 zł. Jest jasne, że tym, którzy skonstruowali taką ofertę niespecjalnie zależy, by klienci poznali jej szczegóły. Ale elementarna przyzwoitość nakazywałaby im przynajmniej nie utrudniać. Naprawdę, lasy w Polsce przetrwają jeśli firmy finansowe zaczną komunikować się z nami większą czcionką. Używanie tak mikrej czcionki w ulotkach reklamowych, listach do klientów, czy innym przekazie "pisanym" powinno być surowo karane. Na rynku w moim rodzinnym Poznaniu stoi pręgierz. Chętnie osobiście wymierzę karę, gdyby ktoś się poczuwał do odpowiedzialności :-). Jest tylko jedna rzecz gorsza od bardzo drobnego druczku. To dużo stron bardzo drobnego druczku :-).

      Żeby nie było, że tylko narzekam: niektóre reklamy bankowych pożyczek gotówkowych są naprawdę słodkie. Ostatnio do moich ulubionych należy spot Banku BPH pod hasłem "Przytul odsetki", w którym bohater - najprawdopodobniej kredytobiorca, który pożyczył trochę kasy na zakup samochodu - zostaje osaczony przez urocze, małe stworki, przypominające nieco słynnego kota ze Shreka (zwłaszcza tymi niewinnymi oczętami :-)). Osaczanie jest bardzo miłe i zaczyna się w garażu, gdzie pierwsza odsetka znienacka zaczyna przyglądać się naprawianiu lub tuningowaniu auta, a następnie domagać się gwałtownie przytulenia. Potem odsetki pojawiają się w różnych innych miejscach posiadłości bohatera klipu, a na koniec już przytulenia domagają się wszystkie, w liczbie aż dwunastu. Odsetki są bardzo czułe i mają poczucie humoru, można się z nimi zaprzyjaźnić na całego. Co trzeba zrobić, żeby przytulić odsetki? Niewiele, wystarczy wziąć w Banku BPH kredyt gotówkowy i go spłacać przez rok bez żadnych opóźnień. A potem już można się zabrać za przytulanie odsetek.

      Bardzo miło się ogląda takie mniamuśne reklamy, chociaż oczywiście wiadomo, że kant lub przynajmniej kancik być gdzieś musi. Choćby dlatego, że pożyczki gotówkowe to coś, na czym banki zarabiają teraz najwięcej i nie ma żadnego powodu, dla którego Bank BPH miałby nie chcieć robić tego samego. Oferta jest następująca: jeśli nie masz lub nie miałeś do niedawna żadnego kredytu gotówkowego w BPH i pożyczysz od 1000 zł do 20.000 zł na 12-24 miesiące, a następnie bez opóźnień spłacisz wszystkie raty, to bank gwarantuje zwrot odsetek za 12 miesięcy. Przy krótkiej pożyczce będzie to oznaczało zwrot wszystkich zapłaconych odsetek, zaś przy dłuższym - zdecydowanej ich większości. Bo przecież przy kredytach z ratami równymi w pierwszych ratach odsetek jest zawartych znacznie więcej, niż w ostatnich ratach. Z tego punktu widzenia - patrząc wyłącznie przez pryzmat rozliczeń dotyczących oprocentowania - promocja Banku BPH jest uczciwsza, niż to, co kiedyś oferował np. Bank BGŻ, czyli zwrot odsetek za drugi rok spłaty kredytu po terminowej spłacie rat w pierwszym roku. Tam tych odsetek do zwrotu było mało, a w ofercie BPH - zdecydowana większość lub wręcz wszystkie.

      Wszystkie koszty pożyczki oczywiście muszą być ukryte gdzieś indziej, niż w odsetkach. Nie trzeba być specjalnie bystrym obserwatorem tej reklamy, żeby dowiedzieć się gdzie. W dolnej części spotu wędrują pisemne komunikaty-zastrzeżenia związane z ofertą. Można z nich wyczytać, że zwrot nie dotyczy prowizji kredytowej, ani ubezpieczenia. Swoją drogą to miłe, że BPH pokazuje to wszystko w taki sposób, żeby dało się przeczytać, nie stroniąc w dodatku od poczucia humoru, bo ostatni napis brzmi "przy kręceniu tego filmu żadna odsetka nie ucierpiała". Niezłe ;-). A ile ta urocza pożyczka z przytulaniem w pakiecie kosztuje? Oczywiście niemało. W przykładzie reprezentatywnym bank podaje, że jeśli ktoś zechce pożyczyć np. 3200 zł i rozbije to na 18 rat, to zapłaci 202 zł raty miesięcznej. Łączny koszt kredytu będzie się składał z 245 zł odsetek, z czego bank gotów jest zwrócić klientowi 208 zł, a także z 430 zł prowizji, która oczywiście zwrotowi nie podlega. Jak łatwo obliczyć ta prowizja, pobierana z góry, stanowi kilkanaście procent wartości kredytu i jest dużo mniej słodka oraz mniamuśna, niż odsetki ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Nadali nowe znaczenie frazie "drobnym druczkiem". List, który trzeba oglądać pod lupą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 czerwca 2015 08:37

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line