Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 kwietnia 2016
    • Naga prawda na Święto Pracy. Mając tę robotę prędzej czy później wylądujesz na bruczku

      Z okazji Święta Pracy należy się Wam garść rad o tym co zrobić, żeby w najbliższej przyszłości być za wykonywaną robotę dobrze wynagradzanym. Z danych Eurostatu wynika, że generalnie płacą nam nie najlepiej, przynajmniej na tle innych krajów europejskich. Rodzina z dwójką dzieci i jedną przeciętną pensją po potrąceniu podatków i kredytów ma na życie 8.300 euro rocznie (czyli 690 euro miesięcznie, w przeliczeniu 3000 zł). To daje nam trzecie miejsce od końca w europejskim rankingu (mniej mają tylko Węgrzy i Turcy). Hiszpańska rodzina o podobnych parametrach ma roczny dochód netto na poziomie 22.100 euro, czyli z grubsza trzy razy wyższym (choć i ceny są w Hiszpanii generalnie wyższe, więc w wartościach realnych. Rodzina francuska, brytyjska, albo niemiecka ma 35.000 euro, czyli już ponad cztery razy więcej, niż my. Zaś szwajcarska - 72.000 euro rocznie (czyli równowartość ponad 25.000 zł miesięcznie). Pisałem już w blogu z czego to wynika - najogólniej rzecz ujmując: z innowacyjności gospodarki.

      Czytaj też: Ile w Polsce płaci się za godzinę pracy? Szarak dostaje...

      Pytanie o to co robić, żeby płacili nam więcej, jest tym bardziej zasadne. Jakiś czas temu raport o naszych zarobkach opublikował serwis Wynagrodzenia.pl. Wynika z niego niezbicie, że większą szansę na dobrą kasę daje odpowiednie wykształcenie, a w drugiej kolejności - doświadczenie. Najwyżej "wyceniane" dziś w Polsce zawody to informatyk, elektronik i specjalista od automatyki (czyli "złota rączka" od tematów związanych z różnymi urządzeniami-automatami). Tylko co czwarty człowiek po tego rodzaju studiach wyższych zarabia mniej, niż 4000 zł brutto, a średnia pensyjka w tych branżach to 5900-6200 zł brutto. A więc godnie. Mniej więcej jedna piąta informatyków, elektroników i speców od automatyki wyciąga więcej, niż 9.000-10.000 zł. Nie macie talentów w tych dziedzinach? Cóż, sukces finansowy można osiągnąć w każdym zawodzie, różnica polega na tym, że w przypadku zawodów mniej cenionych trzeba zmieścić się np. w 1% najlepszych fachowców, a w przypadku zawodów bardziej chodliwych wystarczy być w górnej połówce. Jeśli jest się leniem i beztalenciem, to nawet mając w ręku chodliwy fach w górnych widełkach się nie znajdziemy.

      Pieniądze to nie wszystko: Co trzeci w pracy się nie męczy, co szósty budzi postrach w sklepach. Tacy smart-Polacy

      Najbardziej przyszłościowe zawody świata: Co warto robić, żeby się nie narobić?

      Drugim elementem, który decyduje o tym jaką nam płacą kasę, jest doświadczenie w swoim zawodzie. Na początku kariery zarabiamy średnio 50% tego, co pracodawca włoży nam do portfela kiedy nabędziemy rutyny. Najbardziej cenionymi pracownikami są ci, którzy mają 16-20 lat stażu w swoim zawodzie. Przyjmując, że w większości zawodów debiutujemy "pracowniczo" w wieku 24-25 lat, trzeba się spodziewać, że szczyt wysokości pensyjki przypadnie Wam w wieku 35-45 lat. To oczywiście tylko średnia, a więc niektórzy będą zarabiali 10 razy więcej, niż na początku, a inni - tylko trochę więcej. Im bardziej "chodliwy" jest dany zawód, tym większa szansa, że zwiększając doświadczenie pracownicze można znaleźć się w "kominie płacowym", czyli iść w górę znacznie szybciej, niż średnia rynkowa. W mniej modnych zawodach kominy są niższe i węższe, czyli trudniej się do nich załapać. Ot i cała tajemnica. Aha, warto jeszcze wziąć pod uwagę, że mody się zmieniają i to, co dziś wydaje się jeszcze w miarę dobrym fachem, za 10-15 lat może być zawodem na wymarciu. Bo np. zostanie zastąpione przez roboty. Oto mój miniranking zawodów, w których związki zawodowe wkrótce staną się zbędne, bo i "żywi" pracownicy będą jakby dobrem deficytowym.

      Ranking otwiera zawód kasjera, którego już dziś daje się zastąpić urzędomatem przyjmującym płatności i dokumenty automatycznie. Nie jestem pewny czy ostanie się zawód kuriera (coraz większą część rynku mogą zdobywać paczkomaty, a kto wie, czy nie również drony precyzyjnie zgeolokalizowane). Dość wątpliwa jest przyszłość księgowych, bo większość różnych usług rozliczeniowych, podatkowych itp. da się wpuścić w automatyczne systemy, a uproszczenie zasad opodatkowania - o ile nastąpi - jeszcze ten proces ułatwi (rozliczaliście już PIT-y z pomocą elektronicznej platformy Ministerstwa Finansów?). Podobnie przerąbane ma makler oraz analityk kredytowy. Ten ostatni przestanie być potrzebny ze względu na to, że wszystkie dane dotyczące wiarygodności płatniczej będą organizowane w ramach Big Data (bardzo poszukiwani będą zaś specjaliści, którzy opracowują algorytmy, czyli co wyciągać z danych). Zresztą... jest kilka nawet przyjemniejszych, niż spec od Big Data, zawodów przyszłości ;-). Podobna kwestia dotyczy np. pośredników finansowych (może z wyjątkiem tych od kredytów hipotecznych) i nieruchomościowych, którym robotę też odbierze smartfon, geolokalizacja, Big Data.

      Czytaj też: Ile warte jest twoje mieszkanie? Oni to policzą na przykładzie... sąsiada

      Czytaj też: Dzień niepodległości... finansowej. Osiem sposobów, by ją osiągnąć

      Nie jestem pewny, czy za 10-20 lat będzie jeszcze miejsce dla kierowców zawodowych. Coraz więcej jest projektów badawczych dotyczących budowy samochodów, które same się sterują (ostatnio zajęła się tym koalicja Volvo, Google'a i Ubera) i choć sądzę, że nie będzie łatwo zastąpić żywego kierowcy robotem, to jednak w pewnym zakresie będzie to możliwe (już dziś piloci w samolotach są właściwie zbędnym dodatkiem, przydają się wyłącznie w sytuacjach awaryjnych). Niektórzy twierdzą, że o swoją robotę mogą obawiać są nawet... kucharze, bo istnieją już roboty, które mają tak dużą liczbę sensorów, rąk i silniczków, że są w stanie wykonać dowolny przepis, o ile dostaną podane na tacy składniki. Ale w to akurat nie wierzę, bo w gotowaniu błysk geniuszu potrafi zrobić różnicę. Wydaje się, że zacznie zanikać zawód telemarketera, bo wszelkiego rodzaju infolinie są już dziś automatyzowane, zaś przekaz marketingowy będzie nam sączony bezpośrednio do mózgów za pomocą okularów 3D, internetu i smartfona. Generalnie wygląda na to, że na długą metę "bezpieczni" są tylko ci z Was, którzy mają robotę kreatywną, która jest trudno-zastępowalna przez roboty.

      KASOWNIK SAMCIKA: O CZYSZCZENIU BIK I NIE TYLKO.  W pilotowym odcinku "Kasownika Samcika": >>> radzę co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do zaciągnięcia kredytu hipotecznego, >>> sprawdzam jakie zdolności najbardziej liczą się u faceta, >>> odpowiadam na pytanie dlaczego kurs złotego leci na pysk, >>> zdradzam kiedy podwoją się Wasze oszczędności. Jeśli ta formuła Wam się spodoba, będzie cała seria "Kasowników..." 

      POLECAM NOWĄ KSIĄŻKĘ DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie.

      BZWBK_MOJE_PIERWSZE_KIESZONKOWE_LCD_1360x7681

      Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do lektury pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      dywidendalogo1JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na klipy wideo: 

      Zerknijcie też na transmisję z pierwszego webinaru w ramach akcji. W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się zabrać za inwestowanie w takie spółki, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 kwietnia 2016 23:45
  • piątek, 29 kwietnia 2016
    • Rozkoszna lekkość bytu: "nasz agent panią oszukał? Właściwie to prawie go nie znaliśmy" :-)

      Sposób rozstrzygania reklamacji bardzo wiele mówi o firmie i wielka szkoda, że ta oczywista prawda tak słabo dociera do większości polskich korporacji (ze szczególnym uwzględnieniem tych finansowych). Jak to powinno wyglądać? Pisałem Wam kiedyś o posiadaczu iPada, który któregoś pięknego dnia zauważył, że właśnie ściągnięto mu z konta 2000 zł na pokrycie zakupu jakichś wirtualnych żołnierzyków w grze komputerowej. Wystarczyło, że iPad na chwilę wpadł w ręce małolata, a wcześniej dorosły posiadacz iPada kupował jakiegoś e-booka w AppStore. Poziom zabezpieczeń konta był taki, że jeszcze przez pół godziny można było robić kolejne zakupy bez podawania PIN-u, więc małolat kupował, być może nawet nie zdając sobie sprawy ile to kosztuje. Do konta podpięta była karta kredytowa, więc pieniądze od razu zostały ściągnięte,a AppStore dopiero następnego dnia wystawił e-fakturę. Po-za-mia-ta-ne.

      W polskich warunkach właściciel takiego AppStore wyśmiałby klienta zgłaszającego reklamację. Poziom bezpieczeństwa konta był domyślny, ale klient się nań zgodził, a transakcje były właściwie zatwierdzone. Ale Apple to amerykańska firma, więc i standardy obsługi klienta ma amerykańskie. Zadzwonił więc do klienta człowiek z Londynu, przeprosił za stres, odwrócił transakcję i pomógł na nowo skonfigurować poziom zabezpieczeń konta. Jak możecie się domyślać, polski klient najpierw przez trzy dni zbierał szczękę z podłogi, a od tego czasu kupuje wyłącznie sprzęt tego producenta. Przekładając to na polskie warunki można powiedzieć, że starą maksymę "klient nasz pan" należałoby rozbudować o drugą: "klient nasz partner". Może się pomylić, kupić coś przez pomyłkę, ale - jak w małżeństwie - czasem warto wybaczyć. Dziś opowiem Wam dwie historie o wybaczaniu właśnie.

      Moja koleżanka po fachu kilka lat temu ubezpieczała mieszkanie w Warcie. Ponieważ jest do bólu tradycyjną klientką, to umowę polisy zawierała za pośrednictwem agenta, przekazując mu gotówkę do ręki. Jak wiadomo to wcale nie musi tak wyglądać. Wystarczy spisać z agentem wniosek o ubezpieczenie i w ciągu kilku dni - ale przed początkiem ochrony - przelać pieniądze na konto firmy ubezpieczeniowej. Polisę agent może nawet wystawić awansem, bo wiadomo, że i tak zacznie działać pod warunkiem zapłacenia składki (ja zwykle dostaję polisy pocztą po zapłaceniu składki). Moja koleżanka po fachu prawdopodobnie o tym wszystkim nie wiedziała, dlatego poszła do agenta z gotówkę w ręku. Agent pieniądze wziął, klientka żyła w przekonaniu, że jej mieszkanie jest chronione. Po mniej więcej dwóch latach dostała czuły liścik, z którego wynikało, że nie tylko nie była chroniona, ale wręcz ma z tytułu tej polisy dług do spłacenia. I że ten dług został sprzedany do firmy windykacyjnej, która nie będzie się cackała. To był szok. Jak tylko minął, klientka zadzwoniła najpierw do agenta ("numer nieprawidłowy"), a potem do Warty i poprosiła o wyjaśnienie sprawy.

      "Co roku płaciłam za polisę gotówką, w tamtym roku też, chociaż wiem, że była również możliwość zapłacenia kartą. Mam prośbę - czy państwo nie mogliby wyjaśnić tej wątpliwości u agenta? Kupowałam polisę u niego przez kilka lat z rzędu, może będzie pamiętał? Może na przykład kompletnie omyłkowo wpisał w polisie formę płatności jako "przelew" i stąd wynikła rzekoma niedopłata? W kolejnym roku, gdy płaciłam za polisę w biurze Warty, dostałam adnotację, że mam zero lat bezszkodowych, podczas gdy była to moja czwarta polisa kupowana w Warcie. Tę pomyłkę zauważyłam dopiero po powrocie do domu, więc nie reagowałam, ale w życiu bym nie przypuszczała, że wynika to z jakiegoś zadłużenia w poprzednich latach"

      W Warcie chwilę pomyśleli, a potem doszli do wniosku, że... to nie ich problem. Owszem, agent kiedyś był ich, ale się już z nim rozstali i to chyba bez żalu. Polisa też była ich, ale rzeczywiście stało na niej jak byk, że ma być opłacona przelewem. Nie została, więc klientka ma wobec firmy dług. A że klientka nie przeczytała tego, co podpisała w papierach i jednocześnie dała pieniądze do ręki agentowi? Cóż, frajerka do kwadratu. Owszem, agent przyjmujący pieniądze miał na czole logo "Warta", ale to przecież nic nie znaczy. Mógł mieć np. wyryte słowo "papież", ale to wcale by nie znaczyło, że można u niego zamówić audiencję generalną. Owszem, dość długo firma nie odzywała się do klientki, a potem od razu odesłała sprawę do zewnętrznej windykacji, ale jak się ma kilka milionów klientów, to przecież nie można się cackać z jedną panią, która kupiła polisę, ale zapomniała zapłacić. Przecież nie można niańczyć każdego klienta. Jak nie zapłacił, to kiedyś zapłaci, z odsetkami. I z kosztami windykacji.

      Czytaj też: Płacisz 10% ceny i... korzystasz z wypasionej polisy samochodowej. Warto?

      Czytaj też: W ciągu kilku godzin od zgłoszenia szkody wypłacą kasę? XXI wiek!

      Oczywiście nie cytuję dosłownie słów z korespondencji Warty z klientką, ale taka generalnie była jej wymowa. Przyznacie, że to dość typowe spojrzenie firmy finansowej na klienta, który ośmiela się mieć pretensje. Nie przeczytał umowy, podpisał, a potem jeszcze się pieni, że od niego czegoś wymagają. W USA pewnie by się bardziej przejęli. Jak to? Nasz agent ukradł pieniądze klientki, narażając na szwank naszą reputację? Na krzesło elektryczne z nim! A klientkę trzeba ładnie przeprosić za stres związany z czytaniem listów od firmy windykacyjnej i natychmiast dług umorzyć. Owszem, nie ma żadnego dowodu na to, że klientka zapłaciła składkę, ale skoro jest naszą stałą klientką od wielu lat i zawsze płaciła w terminie, to dlaczego miałaby kłamać? Tak, amerykańska firma zapewne tak by postąpiła. Niestety, Warta jest firmą staropolską, więc przez kilka dobrych miesięcy przerzucała się z klientką pismami i e-mailami próbując udowodnić, że to nie jest wina, że agent okazał się nieuczciwy, a zresztą wcale nie wiadomo czy był nieuczciwy, bo żadnych dowodów, że przyjął pieniądze i je sobie przywłaszczył, nie ma.

      W końcu łaskawie dali się namówić na umorzenie części kosztów (o ile pamiętam - kosztów windykacji). Łzy wzruszenia zalewają mi oczy. Stracili natomiast wieloletnią klientkę i chyba nie tylko ją jedną, bo wiadomo jak to z dziennikarzami jest - mają szerokie kontakty, znają mnóstwo ludzi i potrafią wykorzystywać społecznościowe platformy komunikacji ze znajomymi i nieznajomymi, by zrobić nie lubianej firmie kuku. Jest to zapewne typowa historia, a takie podejście firmy do pieniącego się klienta też znacie pewnie aż za dobrze. Dlatego - żeby choć troszkę Was zdziwić - opowiem też drugą historię, której "podmiotem lirycznym" jest znajoma frankowiczka, która z racji dość chropowatych stosunków z firmami finansowymi nie darzy ich zbyt wielkim szacunkiem, ani zaufaniem. Uważa, że kredyt frankowy wciśnięto jej podstępem, a wcześniej też została "ubrana" w program systematycznego inwestowania, który okazał się pułapką. Tym większym zaskoczeniem było to, co spotkało ją w firmie ubezpieczeniowej Ergo Hestia. Tłem historii jest niedopatrzenie klientki, która postanowiła zmienić ubezpieczyciela, ale nie dostarczyła na czas do Hestii stosownego oświadczenia. I Hestia polisę OC automatycznie przedłużyła, naliczając składkę.

      "Poinformowaliśmy naszego agenta, że rezygnujemy z polisy OC. Miał dopełnić formalności, ale pewnie tego nie zrobił. A Ergo Hestia przesłała na stary adres męża w Pruszkowie, gdzie już nie mieszkał od kilku lat, przedłużenie umowy ubezpieczenia OC. W wyniku nie opłacenia składki OC firma domagała się płatności, ale nie dotarła do nas skutecznie z tą informacją. W kolejnym roku po raz kolejny Hestia przedłużyła umowę, ale znów wysłała korespondencję na zły adres. W styczniu tego roku komornik wszedł na nasze konta i rozpoczęła się egzekucja kwoty ponad 1600 zł. Po tym jak mąż dowiedział się czego dotyczy egzekucja – bo było to dla nas totalnym zaskoczeniem - zadzwonił do Ergo Hestia i opowiedział o co chodzi, Poproszono go o złożenie reklamacji"

      - opowiada pani Monika. Miała świadomość, że to nic nie da, bo przecież to ona dała ciała, uwierzywszy agentowi, że dopełni formalności związanych z zerwaniem umowy. Dlaczego agent miałby to zrobić? Przecież ma prowizję od przedłużanych polis, a nie od tych zrywanych. A masochistą nie jest. Mąż pani Moniki pro-forma sporządził pismo, w którym poprosił o życzliwe podejście do sprawy. A pani Monika dodatkowo zadzwoniła do rzecznika klientów Ergo Hestia (mają tam taką osobę) i opowiedziała jej całą historię przez telefon. Następnie wysłała wszystkie dokumenty. Wynik tych poczynań był niemałym szokiem dla pani Moniki, jej męża oraz dla mnie, jak tylko dowiedziałem o finale tej historii. 

      "Pani rzecznik zajęła się sprawą dynamicznie. Wstrzymała egzekucję, odkręciła zadłużenie i nawet koszty sądowe firma wzięła na siebie. Myślę, że warto o tym napisać. Będzie to fajny przykład dla innych firm i osób, które mają takie kłopoty, że warto poświęcić trochę czasu na wyjaśnienie i porozumienie a mogą być z tego wymierne korzyści dla obu stron"

      - pisze pani Monika. Mam nadzieję, że to nie był jednostkowy przypadek. Mam dość dobre wspomnienia ze współpracy z Ergo Hestią i nie wykluczam, że instytucja rzecznika klienta działa tam rzeczywiście sprawnie. Znam ją z wielu banków, ale w większości z nich taki rzecznik zajmuje się głównie udowadnianiem klientowi, że ten nie ma racji. Albo nic-nie-robieniem, bo i tak jest traktowany przez ludzi z "działów biznesowych" jako upierdliwiec utrudniający korporacji zarabianie pieniędzy. Jak widać na załączonym obrazku, dobrze osadzony, dynamiczny i empatyczny rzecznik klienta może być wart tyle złota ile waży. Bo w czasach mediów społecznościowych zarządzanie wizerunkiem z poziomu pieniędzy wydawanych na kampanie reklamowe i na klasyczny PR nie jest już wystarczające. Jak kogoś nie stać na sensownego rzecznika konsumenta, to może przynajmniej zrobić bankomat, który rozdaje prezenty :-).

      KIEPSKA HISTORIA W BIK UTRUDNIA ŻYCIE. CO ROBIĆ? W pierwszym odcinku "Kasownika Samcika" radzę co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do zaciągnięcia kredytu hipotecznego

      JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na powitalne wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się za to zabrać, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. .W najbliższy wtorek zapraszam na webinarium, gdzie razem z "Longtermem"dywidendalogo1opowiemy o inwestowaniu dywidendowym,formularz zapisu jest tutaj. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Rozkoszna lekkość bytu: "nasz agent panią oszukał? Właściwie to prawie go nie znaliśmy" :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 kwietnia 2016 09:05
  • czwartek, 28 kwietnia 2016
    • ROR z "wkładką". Za 6 zł miesięcznie ubezpieczą ci elektronikę, portfel i zakupy. Warto?

      Banki mają z grubsza trzy pomysły na odbieranie klientów konkurencji. Pierwszy to oferowanie podstawowych usług na atrakcyjnych warunkach cenowych (konto i karta za zero pod warunkiem dokonania transakcji o określonej wartości, np. 200 zł miesięcznie). Drugi to programy premiowe, money-back za zakupy we wszystkich lub niektórych sklepach i różne bonusy dla aktywnych klientów (punkty lojalnościowe, rabaty itp.). Trzeci - dziś wciąż stosunkowo mało popularny, ale mający przed sobą największą przyszłość - to dorzucanie do kont usług dodatkowych, które ułatwiają klientowi życie i sprawiają, że bank nie jest już tylko stroną internetową do przelewów i lokat, lecz pomocnikiem w różnych sprawach i problemach. Najczęściej takim ekstra-bonusem jest assistance domowe (hydraulik, złota rączka), zdrowotne (konsultacje medyczne w razie nagłej choroby, korepetycje dla chorego dziecka, dowóz leków itp.), samochodowe lub turystyczne. Rzadziej - ubezpieczenie dotyczące rzeczy codziennego użytku: telefonów, tabletów, dokumentów, pieniędzy.

      Czytaj też: Dokup do ROR-u debet, money-back, lekarza i... korepetycje dla dziecka

      Czytaj też: Tego jeszcze nie było. Za 59 zł rocznie ubezpieczą ci torebkę :-)

      Właśnie takie ubezpieczenie dołączył ostatnio do ROR-ów oferowanych swoim klientom Eurobank, znany ostatnio z tego, iż jego twarzą reklamową jest Piotr Adamczyk. Eurobank ma ciekawą strategię przyciągania klientów: jego konta nie są darmowe, ale za to daje wysokie oprocentowanie depozytów w zamian za aktywne używanie ROR-u. Z kolei pożyczki gotówkowe ma przejrzyste i pozbawione haczyków, choć nie można o nich powiedzieć, że są tanie. Teraz na to wszystko eurobankowcy nałożyli specjalne, dodatkowo płatne ubezpieczenie. Gwarantuje ono odszkodowanie w sytuacji, gdy ktoś nam ukradnie kartę płatniczą i jej użyje zanim zdążymy ją zastrzec (o ile nie zostawiliśmy z kartą PIN-u). Albo gdy ktoś nam ukradnie gotówkę wypłaconą z bankomatu (ten "magiczny pierścień" działa w ciągu 24 godzin od wypłaty). Ubezpieczenie zadziała też, gdy zły człowiek ukradnie jakiś zakupiony przez nas towar (ten "magic shield" jest aktywny przez 30 dni od zakupu). Chroniona jest też nasza elektronika, gdy ktoś nam ją ukradnie lub przypadkowo sobie uszkodzimy np. smartfona, czy tablet. Odszkodowanie będzie też wypłacone, gdy w efekcie kradzieży, włamania lub rozboju stracimy dokumenty, klucze do domu lub samochodu, portfel.

      Ubezpieczenie ma dwie wersje, różniące się głównie poziomem ochrony sprzętów elektronicznych: w tańszej - za 5,85 zł miesięcznie - ochroną objęte są tylko urządzenia należące do ubezpieczonej osoby i może to być tylko smartfon i tablet, zaś w opcji rozszerzonej - za 10,85 zł miesięcznie, czyli ponad 130 zł rocznie - polisa działa też w stosunku do wszystkich członków rodziny, a lista chronionych urządzeń jest znacznie szersza (są też kamery i aparaty fotograficzne, palmtopy, odtwarzacze mp3 i mp4, konsole, GPS-y, dyktafony, czytniki e-boków. W obu wersjach pod ubezpieczenie podpadają wyłącznie sprzęty, które są nie starsze, niż trzy lata. Dobra wiadomość jest taka, że ubezpieczenie jest aktywne zarówno w kraju, jak i za granicą. Zła jest taka, że z ochrony wypadają wszelkie okoliczności "przyrodnicze" - burze, powodzie, huragany, nawałnice, strajki, zamieszki i oczywiście terroryzm.

      Czytaj też: Złotą rączkę i lekarza domowego dokupisz nawet do... czynszu

      Czytaj też: Będziesz płacił więcej za konto. Ale co w zamian? Ano to ;-)

      Minusy? Co prawda ubezpieczenie chroni karty płatnicze, gotówkę i portfel, dokumenty, elektronikę i nowo kupione towary w dość szerokim katalogu wydarzeń - włamania, rozboju lub zwykłej kradzieży, np. kieszonkowej - ale działalność kieszonkowca jest wyłączona z odpowiedzialności ubezpieczyciela jeśli chodzi o portfel i dokumenty. Jeśli więc ktoś wyjmie nam z tylnej kieszeni spodni portfel, ubezpieczyciel nie odda ani grosza. Z kolei towary, które po zakupie objęte są 30-dniową ochroną na wypadek kradzieży lub uszkodzenia, muszą mieścić się w cenie między 200 zł a 1000 zł (co jest wyjątkowo głupim ograniczeniem). Nikt nam nie odda pieniędzy jeśli zakupy albo sprzęt elektroniczny zostanie skradziony z samochodu. Jeśli chodzi o zakupy to w ogóle wyłączona jest z ochrony m.in. żywność, biżuteria i sporo innych rodzajów rzeczy, które kupujemy.

      Na koniec jeszcze ograniczenia kwotowe - w przypadku kradzieży karty to tylko 150 euro (ale tu nie ma się co czepiać, bo wszystkie straty powyżej tej kwoty i tak są refundowane przez banki na mocy ustawy), w przypadku kradzieży gotówki wypłaconej z bankomatu - 1000 zł (ale rzadko kiedy wypłaca się większe kwoty, więc to ograniczenie też nie boli), w przypadku kradzieży lub uszkodzenia zakupionego towaru - 1000 zł, w przypadku kradzieży portfela (o ile nie była to kradzież kieszonkowa, bo ona w ogóle jest wyłączona z odpowiedzialności) - tylko 100 zł. Jeśli chodzi o ochronę posiadanej elektroniki (kradzież, przypadkowe uszkodzenie, nieuprawnione użycie karty pamięci), to w wariancie podstawowym limity wynosi 600 zł, a w rozszerzonym - 4000 zł (i tylko ta druga kwota oferuje w miarę sensowną ochronę). Aha - w ciągu roku można zgłosić tylko jedną szkodę dotyczącą telefonu lub dwa razy dotyczącą innych sprzętów.

      Ubezpieczenie - przynajmniej jeśli mówimy o kosztach w skali miesiąca - nie jest może jakoś szczególnie kosztowne, ale też wyłączeń i ograniczeń odpowiedzialności jest niemało, a i limity odpowiedzialności firmy ubezpieczeniowej - nie imponują, w większości przypadków nie przekraczają 1000 zł. Chyba bardziej mi się nie podoba to ubezpieczenie, niż podoba. Bo mam takie skrzywienie, że wolę zapłacić więcej za solidną ochronę przed jednym, konkretnym ryzykiem. A tu jest taki groch z kapustą. Trochę tego, trochę tamtego, kwoty odszkodowań raczej niskie, a wyłączeń sporo. Ale ciekaw jestem co Wy myślicie o tego typu ubezpieczeniach domowych rzeczy - elektroniki, zakupów, kart, kluczyków i portfela.  Lepsze tanie combo, czy drogie, ale uszyte na miarę ubezpieczenie konkretnej kategorii?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „ROR z "wkładką". Za 6 zł miesięcznie ubezpieczą ci elektronikę, portfel i zakupy. Warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2016 16:44
    • Akademia zarabiania kasy, czyli Abramowicz, Wagner i kurs na zysk. Postanowiłem skorzystać!

      Uwielbiam czytać o ludziach sukcesu. Czuję się wówczas taki uwznioślony, że są jeszcze w Polsce alchemicy finansów, którzy dzielą się swoją wiedzą o bogactwie z maluczkimi :-). Jest na przykład taki koleś - to znaczy podobno jest, bo osobiście nie miałem przyjemności go poznać - który "gwarantuje, że zaczniesz zarabiać 3000 zł dziennie i to bez ciężkiej pracy". Człowiek nazywa się Adam Abramowicz - a jak wiadomo to nazwisko jednoznacznie kojarzy się z pieniądzem na koncie :-) - i zachęca do udziału w "Akademii zarabiania". Zachęca tak, że aż oczka mi się zaświeciły :-)

      "Pięć lat temu miałem kiepską pracę, zajmowałem mało prestiżowe stanowisko i byłem gorzej niż spłukany. Moje długi przekroczyły ponad 800.000 zł, a moim całym „majątkiem” była żona i dwoje dzieci. Wynajmowaliśmy ciasne mieszkanie na PRL-owskim blokowisku, jeździliśmy rozpadającym się gruchotem z komisu i mieliśmy co najwyżej kilkaset złotych odłożonych na czarną godzinę. W ciągu jednego miesiąca, po odkryciu metody, którą nazywam „sekretem wysokich zarobków leniwych ludzi”, czyli inwestowania w opcje binarne, wszystko zaczęło się zmieniać – delikatnie mówiąc. Błyskawicznie spłaciłem wszystkie długi, pożyczkę po pożyczce – a wierzyciele przestali mnie ścigać. Przesiadłem się do nowiutkiego, eleganckiego auta – prosto z salonu. Stan mojego konta wzrósł 40 razy. A to wszystko w ciągu pierwszych 30 dni!"

      A dziś pan Adam tak się wzbogacił na opcjach binarnych, że mieszka - podobno, nie wiem, bo nie byłem :-)) - w domu wartym trzy miliony złotych, ma przestronne biuro na ostatnim piętrze ekskluzywnego biurowca w centrum Warszawy (niestety nie wiadomo w którym, bo chętnie bym wpadł i obejrzał widoczki), ma 200-metrowy, jak to określa, „domek” nad jeziorem na Mazurach. dwa mieszkania, trzy auta i Harley-Davidson.

      metodaamramowiczascreen

      Co ciekawe, pan Adam może nam zdradzić jak to się robi :-). Wiecie, że jestem miłośnikiem szybkiego zarabiania, więc niezwłocznie skontaktowałem się z ludźmi pana Adama, korzystając ze stosownego formularza. W ciągu kilkunastu godzin odezwała się miła pani, która dokładnie mnie wypytała o to czy mam jakieś sensowne pieniądze i czy moja determinacja do zarabiania 3000 zł dziennie jest wystarczająco silna. Nie zdradziłem pani, że znam kilka lepszych sposobów na zarabianie takich kwot, ale musiałem brzmieć przez telefon wiarygodnie, bo przebrnąłem przez pierwsze sito i zostałem dopuszczony do pierwszej Bramy Tajemnic. Czyli poproszony o zalogowanie się na platformie NobleOption.

      nobleoptionbanner

      A tam szybko okazało się, że sposób na szybkie dorobienie się tego wszystkiego, czego dorobił się pan Adam, jest dziecinnie proste. Trzeba tylko wpłacić kasę - można małą, ale przy większych pieniądzach, setkach tysięcy złotych, przysługuje mi lepszy serwis i pomoc "opiekuna" - i zacząć zakładać się o zmiany cen najróżniejszych aktywów - złota, walut, indeksów giełdowych. Mogę obstawić, że w określonym czasie, liczonym w godzinach, kurs pójdzie w górę lub w dół (nieważne o ile pójdzie). Jeśli rzeczywistość potwierdzi moją prognozę - wygrywam. Jeśli nie - tracę kasę. Prosta jak drut droga do bogactwa :-). Oczywiście moje konto z pieniędzmi będzie na Cyprze, a - tak zrozumiałem to, co mówiła pani Agnieszka - ja nie kupuję żadnych opcji, ani kontraktów terminowych na "prawdziwej" giełdzie, a tylko "zakładam się", a firma, która organizuje przedsięwzięcie, ma zadbać o to, żeby po drugiej stronie zakładu też ktoś się pojawił. Zakładając się czy złoto w ciągu najbliższych 10 minut zdrożeje czy stanieje mogłem wygrać z zainwestowanych 10 zł jakieś 17 zł. 

      opcjebinarnedemo

      Oczywiście firma ma solidne podstawy, tradycję i  doświadczenie, ale nie jest nadzorowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Gdyby coś się stało z pieniędzmi, to trzeba by szukać wiatru w polu. Albo raczej na Cyprze. Trzeba przyznać, że pani Agnieszka dość fachowo objaśniła o co chodzi w tym interesie, uświadomiła ryzyko straty i zapytała trzy razy o to, czy jestem przygotowany na "ostrą jazdę", więc obiektywnie rzecz ujmując serwis miałem dużo lepszy niż w niejednym nadzorowanym przez KNF banku albo firmie ubezpieczeniowej, oferującej polisy inwestycyjne oferujące podobny poziom bezpieczeństwa, co opcje binarne :-).

      Pani Agnieszka była tyleż fachowa, co stanowcza. Zażądała przesłania skanu dowodu osobistego i rachunku za prąd lub gaz i to szybko, bo chętnych do zarabiania jest na pęczki i nikt nie ma czasu, żeby się ze mną pieścić. Poprosiłem o czas dla drużyny, bo szczerze pisząc nie mogę się zdecydować: wkładać pieniądze w firmę, która przyjmuje zakłady o wyniki loterii, mieszczącą się na Wyspie Man, czy raczej w firmę, która przyjmuje zakłady o zmiany ceny złota i euro, mieszczącą się na Cyprze. Mógłbym też po prostu zagrać w Lotto albo kupić kontrakt terminowy w biurze maklerskim, ale tam z zyskami nie jest aż tak kolorowo :-). Pani Agnieszka już nie zadzwoniła, a i mi było głupio zawracać jej głowę bez potrzeby. Przecież ludzi chcących zarabiać 5000 zł dziennie bez wysiłku jest wielu i aż trudno sobie wyobrazić, żeby pani Agnieszka zdołała ich wszystkich uszczęśliwić. Już chciałem odejść na zawsze, dy nagle zobaczyłem w internecie... to. I znów pragnę poznać sekret zarabiania kasy bez wysiłku. :-)

      kademiawagnera

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Akademia zarabiania kasy, czyli Abramowicz, Wagner i kurs na zysk. Postanowiłem skorzystać!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2016 08:49
  • środa, 27 kwietnia 2016
    • Co trzeci w pracy się nie męczy, co szósty budzi postrach w sklepach. Tacy smart-Polacy ;-)

      Im więcej wokół nas jest nowoczesnych technologii, tym więcej mamy możliwości, żeby za ich pośrednictwem "optymalizować się", czyli lepiej zarządzać swoim czasem. Generalnie każdy z nas już to w pewnym zakresie ogarnął, nawet jeśli nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jeśli korzystamy z bankowości internetowej albo mobilnej, zamiast iść do banku i stać w kolejce (no, chyba, że chodzi o stanie w kolejce w taaakiej placówce ;-)) - to już jest pierwszy krok. Wymieniamy walutę w kantorze internetowym i spłacamy ratę kredytu frankowego bez spreadu? To krok pierwszy i pół. Robimy zakupy w internecie, zamiast w realnym sklepie, obchodząc trzy razy dokoła centrum handlowe? To drugi krok. Zaczynamy korzystać z usług na takich zasadach, żeby to nam było jak najwygodniej, a nie naszym usługodawcom? To trzeci krok. Co mam na myśli? Ano zamówić taksówkę przez smartfona i zapłacić z poziomu aplikacji, zamiast czekać aż pani na infolinii odbierze słuchawkę i zrozumie pod jakim adresem jesteśmy. Skorzystać z paczkomatu zamiast czekać przez pół dnia przy drzwiach na kuriera, oddać rzeczy do prania, zamiast prać i prasować samemu, skorzystać z assistance, zamiast bawić się w "złotą rączkę". Rozliczyć PIT przez internet, zamiast nadawać formularz listem. Zapłacić opłatę gminną w urzędomacie, a nie w kasie, kwitnąc w kolejce przez pół godziny.

      Wszystko to razem nazywają smart-living, czyli "bystre życie ze smartfonem w rąsi". Efektem końcowym ma być posiadanie większej ilości wolnego czasu na realizację marzeń (lub w wariancie dla pracoholików: możliwość zrobienia większej liczby rzeczy w czasie doby :-)). A odpowiedź na pytanie ilu z nas spełnia większość nakreślonych wyżej kryteriów i żyje "smart" to jednocześnie pytanie o przyszłość placówek bankowych, tradycyjnych sklepów, kasjerów w urzędach. Jest i drugie pytanie - czy nowe modele biznesowe, oparte na połączeniu "starych" potrzeb i nowych technologiach osiągną w Polsce większy czy mniejszy sukces? A może zbankrutują, gdyby okazało się, że "smart-Polak" to człowiek, który ma chęci, ale nie ma pieniędzy, żeby być smart? Bo bystre życie niekoniecznie musi być tańsze, niż tradycyjne (np. internetowe sklepy spożywcze już dawno temu przestały mieć bardziej okazyjne ceny od tradycyjnych, oszczędza się w nich raczej czas, niż pieniądze).

      SMART-LIVING: 5% HARD-USERÓW. Wpadł mi w ręce raport o smart-living, który urzeźbiła firma Hi'Shine, czyli właściciel sieci samoobsługowych pralniomatów) z pomocą firmy badawczej Mobile Institute. Ta ostatnia przepytała przez internet reprezentatywną grupę ludzi korzystających z sieci na okoliczność bycia smart. Nie jest to tak dobra metoda badawcza jak np. sprawdzenie konkretnych decyzji zakupowych ludzi i ocena jaka część z nich zachowuje się jakby była smart, ale mimo wszystko kilka ciekawych rzeczy z tego badania wynika. Według jego autorów za "smart-Polaków" można uznać 22% internautów (biorąc pod uwagę, że wśród nas trochę jest też nie-internautów, odsetek opisujący ogół społeczeństwa byłby jeszcze mniejszy). A i kryteria pozwalające dostać się do "smart-elity" nie były jakoś szczególnie wyśrubowane - wystarczyło zadeklarować systematyczne zachowywanie się "smart" w tylko jednej z kilku głównych dziedzin życia :-). Natomiast "po całości" ideę "smart-życia" realizuje najwyżej 5% internautów (oni we wszystkich aspektach życia wykorzystują technologie, żeby mieć więcej wolnego czasu).

      SMART, CZYLI TECHNO. 30% NIE MA ŻYCIA BEZ SMARTFONA. Ci, którzy nie są "smart" uważają, że to dlatego, iż całe to technologiczne ustrojstwo wymaga dużej wiedzy (18%), jest przeznaczone głównie dla młodzieży (18% wśród ogółu i 30% wśród części Polaków, którzy są mniej "smart"), jest drogie (19%) oraz wymaga zbyt dużej zmiany przyzwyczajeń (16%). Dość długa lista narzekań, ale gdy jednocześnie w innym miejscu badania zapytano internautów z jakich udogodnień chętnie by skorzystali, to 33% chciałoby bliżej zapoznać się z inteligentnym sprzętem AGD i RTV (część z nas ma już smart-TV w domu, czyli telewizory podłączone do internetu i zbierające dane o tym co lubimy oglądać :-)), aż 32% chciałoby mieć w domu robota-asystenta (zapewne część z nich myśli o robocie razem z osobą do jego obsługi :-)), 29% chętnie jeździłoby do pracy automatycznym samochodem bez kierowcy, a 29% ma ochotę na terapię genową zapewniającą pozbycie się chorób dziedzicznych (zapewne nie myślą o ciąży, czyli najczęściej spotykanej chorobie przenoszonej drogą płciową :-)).

      smartliving1Wychodzi więc, że jeśli pokazać nam przez szybę konkretne rozwiązania z gatunku "smart", to obaw jest jakby mniej, niż w przypadku ogólnego pytania o to czy mamy ochotę na "smart-życie". Z badania wynika zresztą, że już 58% Polaków przyznaje się do korzystania ze smartfonów, a 39% ma tablet, zaś po 32% komputer stacjonarny bądź laptop. Mniej więcej co trzeci badany przyznaje (a dokładniej 29-33% osób), że nie wyobraża sobie życia bez powszechnego dostępu do internetu i smartfona (i jest to wskaźnik bardzo niski biorąc pod uwagę, że mówimy o badaniu internetowym :-)), a 24% nie widzi dla siebie miejsca na planecie Ziemia gdyby nagle zabrać im możliwość robienia zakupów przez internet. A stąd - czyli od posiadania w domu elektroniki i poczucia niezbędności takich elementów życia, jak internet ze smartfonem - już wcale nie tak daleko do większej powszechności rozwiązań charakterystycznych dla "smart-życia", czyli np. do zamawiania taksówki przez smartfona, albo robienia zakupów z poziomu aplikacji mobilnej.

      SMART-ZAKUPY: 16% JEST POSTRACHEM SKLEPÓW. Najciekawsze z mojego punktu widzenia jest to, co w badaniu na temat smart-living internauci mówią o zakupach. Bo to przy zakupach najczęściej wychodzi czy ktoś ma w głowie chęć bycia bystrym, czy też kupuje raczej bezmyślnie. Okazuje się, że jakieś 25% internautów przed zakupem zasięga opinii bliskich, znajomych lub kolegów z Facebooka, a 21% porównuje kilka ofert zanim wybierze tę jedną. Dokładnie taki sam odsetek ogląda produkty w sklepie stacjonarnym, a kupuje je w internecie, bo tam jest taniej, 17% korzysta z kuponów rabatowych, żeby obniżyć koszty (plus 11% osób, które korzystają z zakupów grupowych i ofert hurtowych typu Groupon). Z kolei 16% internautów będąc w sklepie stacjonarnym sprawdza na smartfonie jaka jest różnica w cenie towaru w różnych sklepach oraz czy bardziej nie opłaciłby się zakup w internecie. Można więc powiedzieć, że "zakupowa" część raportu potwierdza, że mniej więcej 20% Polaków mających dostęp do internetu rzeczywiście wykorzystuje nowe technologie do tego, żeby kupować sprytniej. A pozostała większość posiadacz smartfonów? Dlaczego oni nie chcą wykorzystywać ich nie tylko jako urządzeń do komunikacji, ale też jako "inwestycji" pomagającej oszczędzać pieniądze w domowym budżecie?

      SHARING ECONOMY? SMART-DZIECINA. Jakkolwiek w oparciu o powyższych kilka zdań można powiedzieć, że co piąty internauta ogarnia ideę smart-living w stopniu podstawowym, to jednak im głębiej w las... Tylko 7% internautów regularnie korzysta z nowoczesnych usług transportowych (np. BlaBlaCar, MyTaxi, czy Uber), choć na pocieszenie można powiedzieć, że aż 23% kiedykolwiek z nich skorzystało. Ledwie 3% systematycznie wynajmuje pokoje od innych ludzi w ramach serwisów typu AirBnB, co jest tańsze niż w hotelach i - jak mówią - przyjemniejsze. Mniej więcej tyle samo osób ma we krwi to, że próbuje zbić cenę pokoju w hotelu wykorzystując portale typu Trivago, czy Booking (w obu przypadkach kilkanaście procent osób kiedyś z tych sposobów skorzystało, ale im się ten zwyczaj nie utrwalił :-)), Również w granicach błędu statystycznego mieści się używanie takich nowinek jak wypożyczalnie luksusowych rzeczy (rent-a-bag), wypożyczanie miejskich rowerów (systemy typu Veturilo). A szkoda, bo gdyby tak używać Veturilo zamiast jeździć do pracy samochodem...

      Nie zmienia to faktu, że są elementy smart-living, których chętnie byśmy spróbowali, ale nie są jeszcze masowo oferowane. Aż 29% osób chciałaby móc możliwość napełniania wirtualnego koszyka w tradycyjnym sklepie, zapłacenia online i wyjścia, a zakupy żeby same przyjechały (czyli takie połączenie funkcjonalności sklepu internetowego z przyjemnością chodzenia między prawdziwymi półkami), 26% chciałoby móc płacić automatycznie w sklepach (bez konieczności wyciągania portfela, karty lub telefonu), 24% chciałoby móc identyfikować się w e-sklepie za pomocą odcisku palca (to za chwilę będzie już możliwe w kilku polskich bankach), zaś 31% - żeby w sklepach internetowych była możliwość oglądania rzeczy w okularach 3D. Z kolei 21% internautów polubiłoby rozwiązania polegające na pojawianiu się spersonalizowanych promocji w momencie, w którym akurat są blisko ulubionego sklepu. Niewykluczone więc, że na razie po prostu "produktów smart-living" jest jeszcze za mało i są niewystarczająco dopasowane do potrzeb przeciętnego internauty. Albo też internauci bujają w obłokach deklarując "co to ja bym nie zrobił, gdybym chciał" - deklaratywnie zawsze chętniej i bardziej masowo akceptujemy nowości, niż później naprawdę z nich korzystamy.

      smartliving2SMART-PATRIOTYZM, CZYLI TERAZ POLSKA! A jak z naszym patriotyzmem gospodarczym? To w końcu też jest część smart-living. 42% internautów deklaruje, że przy zakupach zwrac uwagę na to czy marka towaru jest polska (to dość wysoki odsetek, ale pytanie nie jest precyzyjne - część polskich marek jest w zagranicznych rękach, a to, że marka jest polska nie znaczy jeszcze, że towar na pewno został wyprodukowany w Polsce, rękami polskich pracowników). 34% internautów zeznaje, że zwraca uwagę na to, czy towar, który kupują jest ekologiczny i fair trade (czyli czy nie powstał np. w ramach wyzysku człowieka przez człowieka lub natury przez człowieka). To budujące, ale jestem dziwnie przekonany, że w rzeczywistości stojąc przed półką sklepową w mniejszym stopniu zwracamy uwagę na to, żeby głosować nogami za produktami nie niszczącymi środowiska i nie produkowanymi rękami niewolników.

      smartliving3SMART-PRACA: 35% SIĘ NIE MĘCZY. Sądząc po tym ile czasu dziennie poświęcamy na odpoczynek (a przynajmniej jak to wygląda w naszych deklaracjach) naprawdę nie jest z tym naszym smart-życiem najgorzej :-). 27% osób odpoczywa przez pięć godzin dziennie lub więcej (nie licząc snu), a kolejna jedna trzecia z nas ma na odpoczynek 3-5 godzin. Pozostali są tak zajęci zarabianiem na smart-living, że odpoczywają dziennie mniej. 16% pytanych internautów przyznaje, że poświęca na pracę więcej, niż 8 godzin dziennie, zaś mniej więcej połowa (47%) pracuje przez osiem godzin. 35% osób pracuje maksymalnie siedem godzin, a najczęściej - mniej niż sześć godzin. Ciekawe czy uwzględniają przerwy na lunch i kawę :-). Te dane pokrywają się z wieściami o tym, że 35% osób kilka razy w tygodniu uprawia sport (co też jest elementem smart-living, bo sport to zdrowie, a zdrowy człowiek nie wydaje pieniędzy na leki, co najwyżej wydaje ich jeszcze więcej na suplementy diety :-))).

      smartliving4DOMOWY OUTSOURCING: MY HOME IS (NOT) MY CASTLE. Elementem bystrego życia jest zlecanie na zewnątrz tego, na czym się nie znamy. Pod tym względem nie jest najgorzej: 58% z nas raz na jakiś czas się na to zdecydowało, a najczęściej - wskaźniki dwucyfrowe, w okolicach 13% - chodziło o pranie, prasowanie, sprzątanie i gotowanie, czyli same ulubione czynności facetów :-). Ci, którzy nie korzystają z outsourcingu twierdzą, że sami ogarniają sprawy lepiej (33%), że nie wpadli na pomysł, żeby kogoś wynająć (30%), że zlecanie usług domowych na zewnątrz za drogo kosztuje (22%) oraz że to może być niebezpieczne, bo trzeba wpuścić do domu obcego. A, jak powszechnie wiadomo, my home is my castle ;-). No i na koniec rzecz najważniejsza: otóż osoby stosujące zasady smart-living (czyli takie, które odhaczyły w deklaratywnym badaniu liczbę "bystrych" czynności wystarczającą, by dać im przynajmniej 5 pkt. na 10 możliwych) twierdzą, że są... szczęśliwsze w życiu. No i teraz pozostaje tylko pytanie czy są szczęśliwsze i dlatego są smart, czy są smart i dlatego są szczęśliwsze? Z tym pytaniem Was dzisiaj zostawiam :-).

      smartliving5

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Co trzeci w pracy się nie męczy, co szósty budzi postrach w sklepach. Tacy smart-Polacy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2016 13:39
  • wtorek, 26 kwietnia 2016
    • Ile naprawdę warte jest twoje mieszkanie? Możesz to sprawdzić na przykładzie... sąsiada

      Zastanawialiście się kiedyś ile warte jest Wasze mieszkanie, albo dom? Dla kogoś, kto kupuje albo sprzedaje mieszkanie jest to wiedza niemal bezcenna, bo ewentualne "przestrzelenie" wartości transakcji w tę lub wewtę oznacza potężne straty dla "przegranej" strony. Oczywiście, zawsze można poprosić o wycenę rzeczoznawcę, który za kilka stówek rzuci jakąś liczbę. Ale tak naprawdę tylko "zbiorowa mądrość rynku", czyli średnia cen transakcji nieruchomościowych zawieranych w ostatnim czasie w najbliższej okolicy konkretnego mieszkania, może dać nam wiedzę o tym czy dana cena - dyktowana przez drugą stronę transakcji - jest uzasadniona, czy wzięta z sufitu. Ta wiedza do tej pory była zarezerwowana dla oczu nielicznych, głównie bankowców płacących ciężkie pieniądze firmom prowadzącym bazy danych na temat transakcji nieruchomościowych. Od dziś te dane będą dostępne dla każdego i to za w miarę rozsądną cenę.

      cenatorium2W samo południe wystartuje serwis Urban.One, prowadzony przez firmę Cenatorium, który otwiera dla konsumentów potężne bazy danych o transakcjach nieruchomościowych. Przez internet, w ciągu kilku minut będzie można się dowiedzieć ile - według statystyk i algorytmów przygotowanych przez analityków - warte jest Wasze mieszkanie. A także mieszkanie Waszego sąsiada, szefa oraz teściowej :-). Trzeba tylko podać dokładny adres nieruchomości, trochę informacji na jej temat (ile ma metrów, ile pokoi, na którym piętrze, w jakim standardzie, czy są jakieś udogodnienia typu parking, czy winda) oraz zapłacić przelewem internetowym PayU drobne 29,99 zł, podając przy tym adres e-mail na który ma dotrzeć dokument pdf z wyceną wskazanej nieruchomości. W raporcie, który dociera zwykle w ciągu kilku minut, poza wyceną mieszkania lub domu na podstawie podobnych transakcji w najbliższej okolicy, są podane również widełki w jakich obracały się zmiany właścicieli mieszkań w danej okolicy, poglądowa mapka z lokalizacją mieszkania, a także odległości od najbliższego parku, szkoły, przedszkola, centrum handlowego, przychodni, przystanków autobusowych, tramwajowych i metra. Aha: i wiadomość o tym jak w ostatnich miesiącach i latach zmieniały się ceny transakcyjne nieruchomości w najbliższej okolicy. W jaki sposób powstaje wycena?

      "Wyceny podawane przez Urban.One wyliczane są za pomocą modeli statystycznych bazujących na cenach transakcyjnych mieszkań w danej okolicy. W swoich systemach wykorzystujemy modele takie jak sieci neuronowe, drzewa decyzyjne czy lasy losowe. Cały czas pracujemy nad optymalizacją algorytmów i wyborem najlepszych rozwiązań. Bierzemy pod uwagę szereg parametrów nieruchomości. Jakość i dokładność wyceny zależy od podanych danych, oraz od dostępności cen transakcyjnych z okolicy. Bazą jest ponad 2,8 mln rekordów z informacją o cenach transakcyjnych z Bazy Cen Nieruchomości Cenatorium (zgeolokalizowanych, uzupełnionych o informacje o punktach POI)"

      - odpisali mi szefowie Cenatorium. Urban.One zaoferuje nam całkiem solidny pakiet danych. Gdybym miał szukać mankamentów tej oferty to - oczywiście poza tym drobiazgiem, że za raport trzeba płacić :-) - pewnie musiałbym wymienić to, że cała "zabawa" ogranicza się do możliwości przeanalizowania cen nieruchomości w 12 największych polskich miastach. Bo tylko dla nich właściciel serwisu Urban.One ma wystarczająco dużo danych, by wystawić średnią, która nie byłaby przypadkowa. Wiadomo, że większość transakcji nieruchomościowych dzieje się w największych miastach, ale mimo wszystko kilku czytelników może się niemile zaskoczyć, iż ich mieszkanie lub dom nie może być wycenione przez serwis. Drugim kłopotem są nie zawsze kompletne informacje dotyczące tego co mieści się w okolicach danej posesji. Odległości od parków, przystanków komunikacji miejskiej, szkół, czy centrów handlowych nie zawsze pokrywają się 100%-owo z rzeczywistością. Ale to raczej drobiazg, bo nikt nie kupuje mieszkania nie robiąc uprzednio "wizji lokalnej".

      widgets_desktop_v611Tuż po długim weekendzie majowym ruszy wspólna akcja Urban.One z jednym z największych w Polsce miejsc z ogłoszeniami nieruchomościowymi - należącym do Allegro serwisem OtoDom. Do każdego ogłoszenia powieszonego w OtoDom, które będzie zawierało wystarczająco dużo danych identyfikujących nieruchomość, będzie dorzucona informacja o tym jak wystawiona przez ogłoszeniodawcę cena ma się do zakresu cen transakcji zawartych w najbliższej okolicy. To może być duża podpowiedź dla potencjalnych kupujących, którzy od razu widzą jak na dłoni, że np. mieszkania w danej okolicy "chodzą" po cenach niższych od ceny z ogłoszenia. To rzecz jasna jeszcze nic dziwnego, bo dane mieszkanie może mieć dodatkowe przymioty (np. standard wykończenia), które uzasadniają wyższą cenę. Tym niemniej z punktu widzenia serwisu OtoDom i jego użytkowników chcących kupić mieszkanie ogłoszenia zyskają wartość dodaną.

      Co będzie miał z tego Urban.One? Cóż, po pierwsze dostęp do ogromnej bazy potencjalnych klientów, bo po stronach OtoDom chodzi wielokrotnie więcej użytkowników, niż "wyceniarka" mogłaby zgarnąć działając samodzielnie. A przy każdym ogłoszeniu będzie podana nie tylko informacja o tym po ile "chodziły" nieruchomości w danej okolicy, ale też i możliwość wykupienia pełnego raportu z wyceną tej konkretnej nieruchomości - oczywiście za 29,99 zł. Poza tym serwis będzie zarabiał oczywiście na tym, na czym zarabiają wszyscy pośrednicy - na podsyłaniu klientów bankom. Bo jeśli ktoś sprawdzi już wartość nieruchomości, to być może też zechce przejść przez wstępny scoring w banku, który mu ewentualnie na tę nieruchomość może pożyczyć pieniądze. Docelowo to z takiego kompletu usług Urban.One chce zrobić swój podstawowy produkt: obiektywnie wycenić nieruchomość, dostarczyć tę informację wszystkim stronom transakcji, aranżując kupno-sprzedaż mieszkania, wystawić operat szacunkowy dla banku, sprawdzić stan nieruchomości w e-księdze wieczystej, zbadać zdolność kredytową klienta i wystawić mu scoring. Bankowi zostanie tylko nacisnąć "enter" i wypłacić pieniądze. A jeśli do tego dodamy jeszcze możliwość działania serwisu w ramach aplikacji mobilnej i wykorzystania geolokalizacji, to łatwo sobie wyobrazić rzeczywistość, w której już przechodząc ulicą obok mieszkania wystawionego na sprzedaż będzie można je kupić. I to jest moc.

      CO SIĘ BARDZIEJ OPŁACA: KUPIĆ MIESZKANIE NA KREDYT CZY WYNAJMOWAĆ? Jeśli też mierzysz się z tym dylematem, to obejrzyj ten klip - wiele rzeczy ci się w głowie ułoży. A przy okazji subskrybuj najbardziej subiektywny finansowo kanał na YouTube

      Jak Wam się podoba propozycja Urban.One? Oczywiście, nie można wykluczyć możliwości, że gdzieś w procesie analizy danych znajdą się błędy, które spowodują zafałszowanie niektórych "odczytów" (np. poprzez wzięcie pod uwagę danych trudno porównywalnych bądź ze zbyt dużego obszaru terytorialnego). Do wszelkiego rodzaju "prawd objawionych" w postaci jedynie słusznej wyceny podchodzę nieufnie. Ale z drugiej strony - nawet wycena wynikająca z jakiejś-tam statystycznej średniej to więcej, niż to, co mają dziś do dyspozycji przeciętni konsumenci. Choć np. istnieje serwis Ceny.szybko.pl, w którym znalazłem podobne dane o wartości nieruchomości mojego sąsiada, jak w Urban.One. Tam nie biorą za to 29,99 zł, ale też nie mają dostępu do cen transakcyjnych, wycena powstaje na podstawie danych wyciąganych z ogłoszeń. O ile pamiętam, to największy "wyceniacz" Amron sprzedawał kiedyś coś w rodzaju indywidualnego raportu, w którym podawał ceny transakcyjne w najbliższej okolicy. Ale baza Amron to baza międzybankowa - informację do niej przekazują banki (a więc zbiera wyłącznie informacje dotyczące transakcji kredytowanych). Raporty cenowe udostępniał też chyba Home Broker (na podstawie transakcji, w których pośredniczył). Ale dziś nie znajduję takiej możliwości na jego stronach internetowych.

      Możliwość poznania "prawdziwej" wartości swojej nieruchomości - przy całej rezerwie, którą warto mieć do jakiejkolwiek "prawdziwej" wyceny czegokolwiek - przypomina mi inne produkty finansowe tego typu, takie jak możliwość "wyceny" własnej wiarygodności kredytowej (myślę tu o konsumenckim koncie w BIK, które za kilkadziesiąt złotych rocznie oferuje możliwość stałej kontroli swojego scoringu oraz przyjmowania SMS-ów z informacją gdyby jakiś bank o nas pytał w bazie BIK). Podobne ustrojstwo ma w swojej ofercie Krajowy Rejestr Długów, z tym że tam możemy sprawdzać czy ktoś nas wpisał na "czarną listę" oraz kontrolować wiarygodność naszych np. pracodawców. To wszystko są ciekawe gadżety pomagające nam szybko, łatwo i przyjemnie dowiedzieć się czegoś więcej o sobie.

      JAK ZNALEŹĆ NAJLEPSZY KREDYT HIPOTECZNY? Obejrzyj krótki wideoporadnik i nie daj się "ubrać" w kredyt, którego zaciągnięcia będziesz później żałował.

      KIEPSKA HISTORIA W BIK UTRUDNIA ŻYCIE. CO ROBIĆ? W pierwszym odcinku "Kasownika Samcika" radzę co zrobić, żeby jak najlepiej przygotować się do zaciągnięcia kredytu hipotecznego

      JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na powitalne wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się za to zabrać, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. .W najbliższy wtorek zapraszam na webinarium, gdzie razem z "Longtermem" dywidendalogo1opowiemy o inwestowaniu dywidendowym, formularz zapisu jest tutaj. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Ile naprawdę warte jest twoje mieszkanie? Możesz to sprawdzić na przykładzie... sąsiada”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 kwietnia 2016 09:02
  • poniedziałek, 25 kwietnia 2016
    • Perpetum mobile? Gdy komornik zablokuje puste konto, a bank... nie chce go zamknąć

      Zajęcie konta przez komornika to bardzo przykre wydarzenie w życiu każdego klienta banku. Zwłaszcza, że zwykle następuje znienacka i wiąże się z dość wysokimi prowizjami, które banki pobierają za pośredniczenie w ściąganiu pieniędzy na rzecz komornika (od jednego przelewu na jego konta bankowcy potrafią pobrać 30 zł). Szczyt pecha jest wtedy, kiedy komornik się pomyli i wskaże nie tego klienta, którego powinien, a w banku nikomu nie chce się sprawdzić podstawowych faktów. Dziś skupimy się na przypadku klienta, w przypadku którego zajęcie rachunku było jak najbardziej uzasadnione, lecz przyniosło nieoczekiwane i długoterminowe skutki uboczne. Napisał do mnie czytelnik blogu, pan Artur.

      "Jakiś czas temu otworzyłem rachunek w Banku Millennium. Rachunek po pewnym czasie został zajęty przez komornika. Moje możliwości korzystania z tego rachunku są mocno ograniczone, w związku z tym nie chcę już ponosić kosztów jego prowadzenia. Bank odmawia mi zamknięcia rachunku właśnie z powodu istniejącego zajęcia komorniczego. Miesiąc w miesiąc nalicza opłaty za prowadzenie konta, kartę i jakieś ubezpieczenie. To łącznie kilkanaście złotych miesięcznie. Zakładając konto nie mogłem przewidzieć zajęcia środków na nim. Nie jestem w stanie szybko spłacić długów komornikowi, co oznacza, że bank po wsze czasy będzie kasował mnie za martwe konto. Co mogę zrobić?"

      - pyta pan Artur. Gołym okiem widać, że czytelnik trochę lawiruje, bo skoro przestał używać konta wskutek zajęcia komorniczego, to znaczy, że przeszedł na gotówkowe, nieoficjalne rozliczenia z pracodawcami. I komornik, jeśli jest dobry w swojej robocie, zapewne spróbuje te przepływy wyśledzić. Co ma wspólnego z tym wszystkim bank? Cóż, po prostu administruje pustym kontem i pobiera za nie opłaty.

      Czytaj też: Sprytny klient prostym trikiem przechytrzył komornika. Niegrzeczne!

      Czyżby zajęcie komornicze miało mieć taki skutek, jak ubezwłasnowolnienie klienta? Będzie musiał do końca życia płacić za martwe konto, bo ma długi i komornika na karku? Gdyby tak było, osoby z zajęciami komorniczymi byłyby najbardziej pożądanymi klientami banków :-). Kredytobiorca hipoteczny, którego bank przy okazji "ubierze" w ROR, kiedyś w końcu ten kredyt spłaci i nie będzie musiał już posiadać konta. A klient z zajęciem komorniczym? Zapytałem o tę sprawę Bank Millennium. Odpowiedź przyszła wkrótce i zawierała w sobie okruchy nadziei dla mojego czytelnika.

      "Klient ma możliwość zamknięcia rachunku w trakcie skutecznego zajęcia wierzytelności, pod warunkiem, że saldo rachunku jest zerowe. Posiadacz rachunku nie może wypowiedzieć umowy w trakcie skutecznego zajęcia, gdy saldo na rachunku jest dodatnie (...) Jednocześnie bank nie pobiera opłat w przypadku rachunku objętego egzekucją. Ta zasada obowiązuje od momentu, kiedy konto zostanie zablokowane"

      - odpisano mi z banku. To może oznaczać, że klient ma podwójnego pecha. Po pierwsze najwyraźniej komornik zajął jego rachunek, ale z jakichś przyczyn go nie wyzerował, uniemożliwiając tym samym klientowi zamknięcie konta. Po drugie w banku ktoś popełnił błąd, bo nie zlikwidował klientowi opłaty za prowadzenie konta mimo tego, że ów klient ma rachunek nie w pełni funkcjonalny (bo zajęty). Może to pech, a może i nie. Bo przecież każdy bank woli pobierać opłatę za konto, niż jej nie pobierać, prawda? W tym konkretnym przypadku - oraz w wielu podobnych, które zapewne się dzieją, bo zajęć komorniczych jest w kraju multum - powinna pomóc zwykła reklamacja. A przy tej okazji mamy też bardzo ważny morał - jeśli komornik zablokuje Wam konto, niekoniecznie musicie za nie dalej płacić.

      dywidendalogo1JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na powitalne wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się za to zabrać, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. .W najbliższy wtorek zapraszam na webinarium, gdzie razem z "Longtermem" opowiemy o inwestowaniu dywidendowym, formularz zapisu jest tutaj. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      OBYWATELU! SUBSKRYBUJ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE. Subiektywność jest nie tylko w blogu, ale i na wizji. Na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w YouTube jest już prawie 70 wideofelietonów. Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak mądrze zagospodarować 500 zł na dziecko, a wcześniej zastanawiałem się czy mógłbym zostać milionerem, gdybym zaczął jeździć na... rowerze. Zapraszam do oglądania i subskrybowania subiektywności w wersji wideo.

      NADCHODZI "KASOWNIK SAMCIKA". Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie taki po części żartobliwy, po części pouczający, a po całości pożyteczny wideotygodnik-przewodnik po Waszych domowych finansach. Jeśli Wam się spodoba testowy odcinek, to będzie to stałą forma na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube. To jest również ten moment, w którym potrzebuję Waszych rad, spostrzeżeń i życzliwej krytyki. Obejrzyjcie i dajcie znać!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Perpetum mobile? Gdy komornik zablokuje puste konto, a bank... nie chce go zamknąć”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 kwietnia 2016 17:25
    • Znudziły cię już oferty "kredytów za zero"? Oni mają coś lepszego. Kredyt na... ujemny procent!

      Obowiązująca w Polsce ustawa antylichwiarska - a także fakt, że większość konsumentów nie umie sobie policzyć "prawdziwego" kosztu kredytu - sprawiają, że rozpleniły się, jak kraj długi i szeroki, bałamutne oferty kredytów nisko oprocentowanych lub wręcz z oprocentowaniem zerowym. To naprawdę urocze, gdy bank obiecuje, że pożyczy pieniądze na 4,99%, albo na 2,99%, lecz do kosztów dorzuca np. 20% prowizji i twierdzi, że to "najtańszy kredyt na rynku". Są bankowcy-artyści, którzy wspaniałomyślnie oddają potem część zapłaconych przez klienta odsetek :-). Prowizji oczywiście nie zwracają, bo to ich prawdziwy zarobek. Szlag mnie trafia, gdy oglądam takie oferty, ale w sumie to i tak lepsze, niż pożyczka-chwilówka sprzedawana w opcji "pierwsza pożyczka gratis", którą potem trzeba zamienić na kolejną, już nie darmową, lecz kosztującą kilkadziesiąt procent.

      Dla bankowych marketingowców mam dziś świetną wiadomość - jeszcze nie doszliście do ściany jeśli chodzi o kreatywność w oferowaniu "nibytanich" pożyczek. Kolejny krok może wyglądać dokładnie tak, jak najnowsza oferta włoskiego sklepu meblowego "Who's Perfect", wystawiona niemieckim klientom na początku kwietnia wspólnie z niemiecką odnogą banku Santander Consumer (obecnego również w Polsce, dziś występującego już jako część BZ WBK). Z okazji 20-lecia istnienia sklepu Włosi proponują okazjonalny kredyt z oprocentowaniem... minus 1%. Tak, nie pomyliłem się, mówimy o kredycie konsumenckim z ujemnym oprocentowaniem. Zaciągasz 1000 euro kredytu z okresem spłaty maksymalnie 24 miesiące, bierzesz ze sklepu nowiutkie mebelki i oddajesz do banku w ratach 990 euro . A więc mniej, niż pożyczyłeś (nota bene ciekaw jestem co na to niemieckie prawo bankowe, bo w polskim stoi, że umowa kredytu jest umową odpłatną ;-)). Są pewne warunki: klient musi mieć oczywiście zdolność kredytową, a więc w miarę stałe dochody. W przypadku obywateli spoza UE trzeba okazać też zezwolenie na pobyt i pracę oraz aktualny dowodu rejestracyjny.

      minus1proc

      Oferta jest ważna dla stosunkowo niewielkich kredytów (np. dla studentów jest to maksymalnie 1200 euro) i - jak sądzę - mogą w niej występować dodatkowe pułapki w postaci prowizji, rekompensujących bankowi ujemne oprocentowanie kredytu (choć z niemieckojęzycznego opisu - na tyle, na ile go zrozumiałem - to wcale nie wynika, więc może być tak, że kredyt jest dotowany przez sklep). Od strony marketingowej to całkiem niezły pomysł, nieco podobny do money-backu stosowanego przez niektóre polskie banki. W sumie nie powinny nas dziwić takie oferty w sytuacji, w której coraz więcej banków centralnych ma oficjalnie ujemne stopy procentowe. To z kolei oznacza, że banki komercyjne, trzymając pieniądze na ich kontach, nie tylko nie dostają żadnych odsetek, ale i muszą jeszcze dopłacać do interesu. Wśród banków, które dziś mają ujemne stopy procentowe, jest nie tylko Szwajcarski Bank Narodowy, ale i Europejski Bank Centralny, którego polityka sprawia, że na rynku międzybankowym stawka EURIBOR 3M kształtuje się na poziomie minus 0,25%. Szwedzki bank centralny Riksbank też ma ujemną oficjalną stopę procentową (minus 0,5%), podobna sytuacja jest w Japonii, a nawet od niedawna na Węgrzech.

      "Hans Peter Christensen otrzymał z banku zawiadomienie, że w ramach obsługi kredytu zostanie mu wypłacone 249 koron (ok. 144 zł) odsetek. Stało się tak dlatego, że oprocentowanie jego kredytu wyniosło minus 0,056%"

      - pisał niedawno Wall Street Journal. W Polsce oficjalne stopy procentowe banku centralnego są na "normalnym", mocno dodatnim poziomie, choć i tak najniższym w historii - najważniejsza stopa referencyjna wynosi 1,5%. Więc i oprocentowanie kredytów nie bywa jeszcze ujemne. Ale z oprocentowaniem depozytów już bywa różnie :-). Ujemne oprocentowanie pieniędzy jakiś czas temu wykryłem na koncie oszczędnościowym w banku PKO BP, gdzie z jednej strony jest żałośnie niskie oprocentowanie, a z drugiej strony obowiązuje prowizja za jego prowadzenie. To oznacza, że w pewnych okolicznościach (gdy mam mało kasy na koncie oszczędnościowym) oprocentowanie pieniędzy staje się ujemne. Podobny mechanizm zadziałał też na koncie oszczędnościowym w banku BNP Paribas.

      Z kolei ci hipoteczni kredytobiorcy frankowi, którzy mają bardzo niskie marże swoich kredytów, dostają od banków zwrot części zapłaconych odsetek. UOKiK oraz nienawistna wrzawa, którą - nie chwaląc się - rozpętał blog "Subiektywnie o finansach", zmusiły banki do honorowania ujemnych stóp procentowych w Szwajcarii. To oznacza, że jeśli ktoś ma np. kredyt frankowy z marżą 0,5%, to przy obecnej wysokości stawki bazowej LIBOR CHF na poziomie minus 0,72% nie tylko nie płaci żadnych odsetek, ale wręcz bank zwraca mu część zapłaconej raty kapitałowej. Niedawno podszedł do mnie klient Banku Millennium i zaaferowany opowiadał, że bank przelewa mu co miesiąc jakieś 40 zł i on nie wie o co chodzi. Ano o ujemne stopy procentowe chodzi :-). Bo "zero procent" już przecież nikogo nie podnieca... Czy tylko mi się wydaje, że świat staje na głowie?

      ZRÓB DOBRY UCZYNEK ;-): SUBSKRYBUJ MÓJ KANAŁ NA YOUTUBE. Subiektywność jest nie tylko w blogu, ale i na wizji. Na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w YouTube jest już prawie 70 wideofelietonów. Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak mądrze zagospodarować 500 zł na dziecko, a wcześniej zastanawiałem się czy mógłbym zostać milionerem, gdybym zaczął jeździć na... rowerze. Zapraszam do oglądania i subskrybowania subiektywności w wersji wideo.

      "KASOWNIK SAMCIKA". Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie taki po części żartobliwy, po części pouczający, a po całości pożyteczny wideotygodnik-przewodnik po Waszych domowych finansach. Jeśli Wam się spodoba testowy odcinek, to będzie to stałą forma na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube. To jest również ten moment, w którym potrzebuję Waszych rad, spostrzeżeń i życzliwej krytyki. Obejrzyjcie i dajcie znać!

       

      POLECAM NOWĄ KSIĄŻKĘ DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie.

      BZWBK_MOJE_PIERWSZE_KIESZONKOWE_LCD_1360x7681

      Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do lektury pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      dywidendalogo1JAK ZMONTOWAĆ SOBIE PLAN OSZCZĘDZANIA Z... DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na powitalne wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się za to zabrać, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. .W najbliższy wtorek zapraszam na webinarium, gdzie razem z "Longtermem" opowiemy o inwestowaniu dywidendowym, formularz zapisu jest tutaj. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Znudziły cię już oferty "kredytów za zero"? Oni mają coś lepszego. Kredyt na... ujemny procent!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 kwietnia 2016 08:31
  • sobota, 23 kwietnia 2016
    • Kogoś nieźle pogrzało? Uber chce być luxtorpedą: przewiezie limuzyną, zaoferuje poczęstunek...

      Jak wiecie przyglądam się z dużym zainteresowaniem walce, która rozgrywa się na rynku przejazdów taksówkowych. Po jednej stronie stoi Uber, czyli społecznościowe przejazdy zamawiane "u znajomych" przez smartfona, po drugiej tradycyjne usługi taksówkowe wykonywane przez licencjonowanych taksówkarzy. Nota bene jest to dość podobne pole gry do rynku usług finansowych, na którym najróżniejsze "finansowe ubery" walczą z bankami. W taksówkach jeszcze niedawno wydawało się, że tradycyjne korporacje przegrają z kretesem, bo model "uberowy" jest po prostu bliżej konsumenta. Smartfon zamiast pani w centrali, "pan Józio", którego zdjęcie widzę w smartfonie (i którego pracę mogę ocenić) zamiast anonimowego, naburmuszonego i cierpiącego taksówkarza. I płatność, która dzieje się sama, podczas gdy w taksówce zapłata w inny sposób, niż gotówką, wywołuje zniesmaczenie u kierowcy. No i oczywiście znacznie niższa cena, bo "pan Józio" nie ponosi kosztów takich, jak licencjonowany kierowca.

      Im dłużej jednak obserwuję próbę sił między licencjonowanymi taksówkarzami, tym bardziej widzę, że Uber traci swoją przewagę, a atutów mu nie przybywa. Z jednej strony podgryzają go nowoczesne korporacje taksówkowe, w których też można zamawiać samochód przez smartfona i płacić za pomocą aplikacji (jak MyTaxi, czy iTaxi), z drugiej tradycyjni taksówkarze wciąż trzymają się mocno, bo siła przyzwyczajenia części klientów do zamawiania taksówki przez telefon jest wielka. Z trzeciej zaś korporacje licencjonowanych taksówkarzy mają większą zdolność wchodzenia w sojusze np. z przewoźnikami kolejowymi w ramach usług łączonych, albo z bankami (by klienci zamawiali i płacili za taksówkę z poziomu aplikacji bankowej). Uber zaś wykonywał ruchy świadczące o tym, że chce okopać się na froncie walki z klientem niskobudżetowym. Najpierw wycofał się z podwyżki cen, a potem wprowadził jeszcze tańsze przejazdy weekendowe UberNite dla tych, którym nie przeszkadza jeżdżenie gruchotami i czekanie na auto dłużej, niż w ramach podstawowej usługi UberPop.

      Czytaj i oglądaj: Taksówką pojedziesz taniej, niż własnym autem?  Policzyłem:

      To wygląda logicznie, bo - jak się wydaje - za "nibytaksówkę" nikt dużo płacił nie będzie. Lubię "uberowych" kierowców, bo są bezpośredni, uśmiechnięci i kontaktowi, uczciwi (jeden mi kiedyś przywiózł portfel, który zostawiłem w samochodzie), ale nie zmienia to faktu, że standard samochodów jest bardzo nierówny, że nie są w żaden sposób oznaczone (co zwiastuje dłuższe poszukiwania kierowcy na dworcu lub na lotnisku), że nie pojadą buspasem, ani nie staną tuż przy biurowcu, jak taksówka, że kierowcy czasem nie znają miasta (zdarzyło mi się jeździć w kółko z "uberowym" kierowcą w okolicach celu podróży, bo zapętliła mu się nawigacja i biedak zgłupiał), że jeżdżąc z kierowcą "uberowym" jestem nieubezpieczony i w razie wypadku nie dostanę żadnej rekompensaty za uszczerbek na zdrowiu... Jest tych defektów wystarczająco dużo, by zdefiniować tę usługę jako zarezerwowaną dla osób miłujących przede wszystkim niskie ceny, nie zaś wysoką jakość (abstrahuję od aspektów "społecznościowych", bo one są wartościami niewymiernymi).

      Uber zdaje się jednak nie przyjmować do wiadomości, że nigdy nie będzie "normalną taksówką" i spróbuje "macać" rynek klientów o wyższych budżetach, którzy byliby gotowi zapłacić więcej za komfort i stały, przewidywalny standard usługi. Od kilku dni po Warszawie jeżdżą samochody UberSelect. To jedna z wielu odmian Ubera funkcjonujących na świecie, oferująca przejazd wygodniejszym, przestronniejszym i nowszym autem (Volkswagen Passat, Ford Mondeo, Mercedes C, Audi A4, czy Skoda Superb). Dodatkowo Uber obiecuje, że kierowcy UberSelect nie będą przypadkowymi amatorami, jeżdżącymi bezmyślnie według nawigacji, tylko profesjonalistami znającymi miasto. No i w samochodzie ma czekać na klienta minipoczęstunek. Prawie jak w pendolino :-). Słowem, oprawa godna lepszej okazji, jak np. powrót z randki do domu (na ciąg dalszy randki, czyli kolację ze śniadaniem :-)), albo z teatru, filharmonii, czy też z herbatki u prezydenta w pałacu lub u prezesa na Nowogrodzkiej :-). Z każdego miejsca, w którym pojawienie się "zwykłego Ubera" mogłoby być obciachem. W zamian za to klient będzie płacił więcej - 7 zł za start (w zwykłej opcji 5 zł) oraz 1,7 zł za każdy kilometr (w standardowym UberPop jest to 1,5 zł) i wreszcie 0,35 zł za każdą minutę spędzoną w autku (o 5 gr więcej, niż w podstawowej opcji).

      -----------------------------------------------------------------------------------------------------------

      dywidendalogo1JAK ZMONTOWAĆ SOBIE EKSTRA-EMERYTURĘ Z DYWIDEND? Wspólnie z Giełdą Papierów Wartościowych, Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych oraz blogiem o długoterminowym inwestowaniu "Longterm" zachęcam Was do sprawdzenia jak można sobie zmontować dodatkową emeryturę - lub plan systematycznego inwestowania - z dywidend wypłacanych przez największe, najstabilniejsze i najbardziej wiarygodne koncerny - polskie i zagraniczne. O tym dlaczego sam lokuję w ten sposób część swoich oszczędności pisałem w blogu kilka dni temu, zachęcam Was do lektury. Przeczytajcie też  zaproszenie do udziału oraz o liście prezentów, jakie przygotowali dla Was partnerzy akcji. Zerknijcie również na powitalne wideo: 

      W kolejnych odcinkach cyklu w blogu przedstawię firmy płacące najbardziej stabilną dywidendę i opowiem jak się za to zabrać, żeby nie wiązało się ze zbyt wysokim ryzykiem. .W najbliższy wtorek zapraszam na webinarium, gdzie razem z "Longtermem" opowiemy o inwestowaniu dywidendowym, formularz zapisu jest tutaj. "Longterm" ma dla Was też e-booka o tym jak - krok po kroku - zacząć zarabiać na dywidendach. E-book, w którym zresztą również maczałem palce, można mieć za darmo w zamian za zapisanie newsletter o inwestowaniu dywidendowym

      -----------------------------------------------------------------------------------------------------------

      Nie dziwię się, że Uber kombinuje w tę stronę, bo choć korzysta z palmy pierwszeństwa (mam w smartfonie trzy aplikacje taksówkowe, ale korzystam z przyzwyczajenia z jednej, góra dwóch i Uber jest na tej liście "z przyzwyczajenia"), to obniżając ceny i "wyciskając" z kierowców siódme poty skazuje się na pauperyzację - coraz niższy standard aut, coraz bardziej wkurzonych "pracowników" i coraz biedniejszych klientów. Zwłaszcza, że rywalizujący z Uberem przewoźnicy smartfonowi nie tylko mają licencjonowanych taksówkarzy, ale i coraz lepszy standard wozów (np. MyTaxi wyposaża swoich kierowców w nowiutkie Mercedesy w ramach specjalnego programu leasingowego). Mając do wyboru różne możliwości zamówienia auta przez smartfona niekoniecznie wybiorę tę najtańszą - będę skłonny zapłacić nieco więcej za przewidywalną jakość. I zapewne Uber to zauważył - stąd zaczął testować w Warszawie "przewozy premium". Tylko czy klient premium wsiądzie do czegoś, co tylko udaje taksówkę? Pożyjemy, zobaczymy.

      Los Ubera leży jednak nie tylko w naszych, klientowskich rękach - i od tego jak duża część osób korzystających z taksówek będzie przesiadała się na zamawianie samochodów przez smartfona - ale i od tego, czy rządzący będą mieli wystarczająco duże cojones, żeby dobrać się nibytaksówkom do tyłka. W ostatnich miesiącach prasa biznesowa rozpisywała się o problemach Ubera w Niemczech, gdzie firma została zmuszona do prowadzenia działalności na takich samych zasadach, jak tradycyjne korporacje (czyli kierowcy muszą mieć licencje). No i okazało się, że jak trzeba walczyć fair ze "zwykłymi" taksówkami, to nie ma łatwo. Uber wycofał się z Berlina, Monachium, Hamburga, Frankfurtu, Dusseldorfu. W Polsce tak źle Uberowi na razie nie jest, bo wciąż skutecznie wciska wszystkim kit, że jest jedynie aplikacją transportową :-), czyli miejscem spotkań tych, którzy mają samochód i trochę wolnego czasu z tymi, którzy potrzebują akurat się przejechać. A sztywny system wynagrodzeń dla kierowców i "plany motywacyjne" służące temu, by pracowali jak najwięcej i jak najwydajniej (a najlepiej na okrągło) to są tylko przez przypadek :-). Ale minister Ziobro nie z takich gagatków wyciskał całą prawdę, osadzając w "wydobywczym". Ech, gdyby jeszcze na stanie był Agent Tomek... ;-)

      OSIEM FINANSOWYCH POMYSŁÓW DLA TWOJEGO PORTFELA. Jak z małych pieniędzy zbudować swoje finansowe bezpieczeństwo? Jakich trików użyć, żeby bezboleśnie oszczędzać? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego inwestowania? Jak lokować je nie tylko w banku? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na YouTube. Kilka z nich zamieszczam poniżej.

      JEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie.

      BZWBK_MOJE_PIERWSZE_KIESZONKOWE_LCD_1360x7681

      Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do lektury pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz"Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kogoś nieźle pogrzało? Uber chce być luxtorpedą: przewiezie limuzyną, zaoferuje poczęstunek...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 kwietnia 2016 13:08
  • piątek, 22 kwietnia 2016
    • Raj (podatkowy) dla ubogich, czyli jak wziąć duży los w swoje ręce? Oni chętnie pomogą :-)

      Od pewnego czasu furorę w polskim internecie robią różne platformy umożliwiające zarabianie dużych pieniędzy. Najbardziej za serce chwycił mnie World Lottery Club, który ma być sposobem na tanie wygrywanie w loteriach polskich i zagranicznych. Niedawno World Lottery Club proponował mi wykupienie za 5 zł aż 44 zakładów na losowanie Lotto. Jak to możliwe, skoro jeden "prawdziwy" zakład kosztuje 3 zł? Jak możecie się domyślać, klub pełni rolę pośrednika, który zbiera do jednego worka np. 150 "składkowiczów" i za te pieniądze - jak sądzę - wykupuje ów kupon Lotto. Oczywiście metodą chybił-trafił, żeby klubowicze się nie pozabijali przy wyborze "twojego szczęśliwego numerka".

      "(Członek klubu) zwiększa znacznie swoje szanse na wygraną, obstawiając większą liczbę kombinacji za mniej. Każda nagroda, dzielona jest w równych proporcjach pomiędzy wszystkich graczy w danej grupie. Kombinacje liczb wybierane są automatycznie, a jedyne co gracz musi zrobić to potwierdzić swój udział w grze! Gracze mogą zwiększać rozmiary swoich wygranych, poprzez wykupowanie dodatkowych udziałów, jak również zaznaczyć samoodnawianie - dzięki czemu już nigdy nie ominą następnego losowania. Na co czekasz? Wygrywanie w Lotto nigdy nie było jeszcze tak proste!"

      - taki liścik napisała do mnie pani Daria z działu obsługi klienta. Piękna wizja, prawda? Mogę być też członkiem VIP i nie tylko wygrywać miliony w naszym, polskim Lotto, ale też w zagranicznych loteriach, w których stawki i wygrane są dużo wyższe, niż u nas. A na czym polega ta "gra"? Na obstawianiu wyniku "prawdziwego" losowania. Firma jest tu pośrednikiem internetowym, który przyjmuje płatność, wykupuje losy w losowaniach, a potem ewentualnie wypłaca kasę jeśli trafi się szczęśliwy numerek. A przynajmniej obiecuje, że ją wypłaci :-).

      polskielotto1

      Tak samo działają też inne internetowe firmy, wykorzystujące fakt, że "prawdziwe" Lotto w Polsce nie ma prawa działać przez internet, lecz jedynie przez tradycyjne punkty sprzedaży kuponów. Co by nie mówić, przez internet jest wygodniej, nawet jeśli dealujesz nie z loterią, ale z mniej lub bardziej wiarygodnym pośrednikiem internetowym. Zakładasz konto, płacisz za pośrednictwem przelewu pay-by-link i dostajesz e-mailowe potwierdzenie, że założyłeś się o wynik takiego lub innego losowania. Co dostajesz za włożone w interes pieniądze? Przeczytajmy regulamin przykładowego World Lottery Club. Chłopaki nie owijają w bawełnę.

      "Jesteśmy organizatorem zakładów w związku z losowaniami (...) Nie dokonujemy zakupu kuponów na loterię dla Państwa ani w Państwa imieniu. Nie sprzedajemy kuponów na loterię i nie działamy jako operator gier losowych. (...)"

      - stoi jak wół w regulaminie. Stoi też, że World Lottery Club posiada licencję wydaną przez... Komisję Nadzoru Hazardu na Wyspie Man (the Isle of Man Gambling Supervision Commission - jest moc!). No, nazwa przypomina nawet trochę Komisję Nadzoru Finansowego, więc od razu nam raźniej :-). Jak wiadomo każdy biznes to loteria, więc klub nie pozostawia złudzeń w regulaminie, że...

      "Nasza cała i łączna odpowiedzialność wobec Państwa, niezależnie od tego, czy w ramach umowy, czynu niedozwolonego, zaniedbania czy innej czynności związanej z Państwa Członkostwem i usługami dostarczanymi Państwu przez nas (włączając Usługi) jest ściśle ograniczona do (...) sumy Opłat wniesionych przez Państwa na naszą rzecz w ciągu 12 miesięcy bezpośrednio poprzedzających wydarzenie, na skutek którego ta odpowiedzialność wynikła lub kwoty 5.000 funtów szterlingów".

      Aha, jest jeszcze informacja dotycząca naszych ciężko zarobionych pieniędzy, które będziemy wpłacać na konto na platformie i dzięki temu zyskiwać szansę na wygraną. Będzie można poczuć się jak w raju, bo te pieniądze rzeczywiście znajdą się w raju. Podatkowym :-). Czyli mamy takie Panama Papers dla ubogich :-)

      "Wszelkie kwoty przechowywane na Państwa Koncie Gracza są przechowywane przez nas w Państwa imieniu na rachunku klienta na Wyspie Man. Jednakże nie jesteśmy bankiem i nie wypłacamy odsetek od żadnej kwoty znajdującej się na Państwa Koncie Gracza. Komisja Nadzoru Hazardu Wielkiej Brytanii opublikowała ranking środków użytkowników dla ich licencji i środki zdeponowane u nas zostały sklasyfikowane jako ‘średnie’ w zgodzie z tym systemem"

      Nie jest to napisane poprawną polszczyzną, ale jeśli ta uwaga dotyczy bezpieczeństwa pieniędzy wpłaconych do klubu loteryjnego, a komisja hazardu na Wyspie Man przy całych wyśrubowanych standardach tam zapewne panujących -) określa je jako "średnie", to chyba jednak wolę Lotto, mimo żenująco niskich nagród i braku możliwości obstawiania wyników przez internet oraz - co najważniejsze - braku możliwości zbudowania grupy wsparcia, dzięki której już nie miliony złotych, ale miliardy euro i dolarów są na wyciągnięcie... losu :-). Miłego udziału w losowaniu i do zobaczenia na Wyspie Man! :-)

      A JEŚLI WOLICIE OSIĄGNĄĆ ZAMOŻNOŚĆ BARDZIEJ TRADYCYJNYMI METODAMI... Jak z małych pieniędzy zbudować swoje finansowe bezpieczeństwo? Jakich trików użyć, żeby bezboleśnie oszczędzać? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego inwestowania? Jak lokować je nie tylko w banku? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na YouTube.

      JEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie.

      BZWBK_MOJE_PIERWSZE_KIESZONKOWE_LCD_1360x7681

      Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      POLECAM INNE MOJE KSIĄŻKI: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i jak bezpiecznie lokować pieniądze poza bankiem. 

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Raj (podatkowy) dla ubogich, czyli jak wziąć duży los w swoje ręce? Oni chętnie pomogą :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 kwietnia 2016 09:14

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line