Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 18 września 2017
  • piątek, 15 września 2017
  • środa, 13 września 2017
  • czwartek, 07 września 2017
  • wtorek, 05 września 2017
    • "Tych umów nie rozumiało 99% pracowników banku. A klienci podpisywali". Szokujące

      Dziś mam dla Was kilka cytatów z zeznań pracownika jednego z “frankowych” banków. Zeznania są składane pod przysięgą i z otwartą przyłbicą (czyli pod nazwiskiem "autora"), więc trzeba zakładać, że są zgodne z prawdą. Dowodzą one głębokiej demoralizacji menedżmentu i pracowników tego banku. Posłuchajcie:

      “Zarówno wynagrodzenie banku, jak i moje, było dużo wyższe w przypadku przekonania klienta do zawarcia umowy kredytu indeksowanego. Bank zarabiał przy takim kredycie na spreadzie walutowym. Stosowaliśmy standardowe argumenty sugerujące klientowi, aby wybrał taki kredyt: że to jest dla niego tańsze, że rata jest niższa niż w złotówkach… Istniał cały arsenał argumentów, które miały sugerować, że rozwiązanie w postaci kredytu indeksowanego jest lepsze”

      – zeznaje pracownik. A jak opowiadało się klientom o ryzyku kursowym? Wiadomo, że powiedzieć trzeba było, ale zawsze można powiedzieć półgłębkiem.

      “Zasadniczo staraliśmy się nie wchodzić w szczegóły, aby klient nie zadawał trudnych pytań. Komunikowaliśmy mu, że taki kredyt oznacza ryzyko, ale nie analizowaliśmy z klientem jakie to ryzyko. Podawaliśmy po prostu informację, że w takim kredycie występuje zmienność kursu walutowego”

      Sprzedawali kredyty w taki sposób, by ograniczyć klientowi możliwość wyboru. Uważam, że w przypadku każdego kredytu frankowego udzielonego przez ten bank – nie tylko tego, który jest przedmiotem postępowania sądowego powiązanego z niniejszymi zeznaniami – powinny one wpływać na podział kosztów wynikających z “frankowości” kredytów. Organy państwa powinny to wyegzekwować. Inna sprawa to odpowiedzialność osób, które ten system zbudowały. W państwie, które nie działa teoretycznie, dałoby się kilka osób osądzić i wsadzić za kraty.

      Kiedy zacząl się kryzys finansowy kondycja tego banku była mocno zagrożona, więc zarząd wdrożył pomysł, by z klientami, którzy mieli kredyty walutowe bądź indeksowane, spisywać aneksy, które miały dawać klientowi poczucie bezpieczeństwa. Kosztowały go one dodatkową prowizję, która dawała bankowi natychmiastowy zastrzyk finansowy. Jak to wyglądało? Na ten temat równiż zeznał pracownik banku. Więcej o tych zeznaniach piszę na www.subiektywnieofinansach.pl. Zapraszam do lektury, cały tekst jest pod tym linkiem

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „"Tych umów nie rozumiało 99% pracowników banku. A klienci podpisywali". Szokujące”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 września 2017 07:38
  • piątek, 01 września 2017
  • środa, 30 sierpnia 2017
    • Bank "zapomniał" usunąć negatywnego wpisu o klientce w BIK. Sam zaproponował "karę"!

      Pani Joanna jest moją czytelniczką od kilku lat. Od czasu do czasu wymieniałem się z nią e-mailami, kibicując jej próbom wykaraskania się z problemów finansowych. Straciła pracę, nie była w stanie spłacić długów. Próbowała – m.in. z moją pomocą – dogadać się z kilkoma bankami, by rozłożyły spłaty na mniejsze raty. Z niektórymi bankami udało się dogadać, ale dwa były nieugięte i plan restrukturyzacji długów się nie powiódł. Pani Joanna złożyła więc do sądu wniosek o upadłość konsumencką, godząc się na utratę całego majątku.

      W styczniu 2015 r. sąd rejonowy ogłosił upadłość konsumencką moej czytelniczki. Pod kuratelą syndyka sprzedała mieszkanie i oddała na poczet długów wszystkie cenne rzeczy. Sąd zgodził się umorzyć część długów, w tym te, które miała wobec Citibanku. To oznaczało, że pani Joanna powinna odzyskać dobre imię również na kartach BIK-u, gdzie od lat jej nazwisko widniało jako nierzetelnej klientki z przeterminowanym długiem. Nie spłacona część długu została prawomocnie umorzona.

      Citibank nie spieszył się jednak ze zmianą statusu klientki z “nie spłaca długu” na “dług został umorzony”. Nowy wpis pojawił się dopiero w maju, po pięciu miesiącach od wyroku sądu! I to mimo, że prawo bankowe w takich okolicznościach daje bankowi 7 dni na poprawienie wpisu w BIK. Postanowienie sądu stało się prawomocne na początku marca 2015 r. i wtedy też pani Joanna złożyła w banku pismo z prośbą o zamknięcie zobowiązania i usunięcie wpisu dotyczącego jego niespłacania ze wszystkich baz, w których on mógł figurować.

      Od tego momentu Citibank przez dwa i pół miesiąca nie znalazł czasu na zaktualizowanie statusu długu mojej czytelniczki. Ba, nie raczył nawet – jak twierdzi kredytobiorczyni – w ciągu 30 dni przesłać odpowiedzi na jej prośbę. W połowie maja pani Joanna pobrała z BIK swój raport kredytowy, w którym przeczytała, iż kwota 130.000 zł, którą była winna bankowi i którą są umorzył, wciąż jest otwartym kredytem w fazie windykacji. Dopiero po awanturze bank “wyczyścił” sprawę. Klientka zażądała odszkodowania

      Ile można dostać pieniędzy za takie niedopatrzenie banku? Ile pieniędzy zaproponował Citibank swojej wkurzonej klientce? O tej bardzo ciekawej sprawie piszę na www.subiektywnieofinansach.pl. Bezpośredni link do tego tekstu jest tutaj, ale zapraszam do obejrzenia także innych rubryk - niektóre moje teksty są publikowane  tylko na "Subiektywnie o finansach"!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bank "zapomniał" usunąć negatywnego wpisu o klientce w BIK. Sam zaproponował "karę"!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 sierpnia 2017 08:52
  • wtorek, 29 sierpnia 2017
    • Płatności przyszłości czyli nadchodzi rewolucja w kupowaniu. Koniec z portfelem! Cieszycie się?

      Przeżywamy wielką rewolucję w płaceniu. Upowszechnienie się kart płatniczych - któż z nas nie spróbował wygody płacenia zbliżeniowego? - to dopiero jej początek. Kilka milionów Polaków “włożyło” swoje karty do smartfonów – czy to za pośrednictwem bankowych aplikacji mobilnych, czy też różnych elektronicznych portmonetek. Zaś kolejna odsłona zmian jest już za rogiem. To płacenie… bez płacenia, czyli wykorzystywanie jako nośników pieniądza przedmiotów, w których “zaszyta” będzie karta płatnicza. Te wszystkie zmiany będę pokazywał i przybliżał Wam w nowym cyklu tekstów poświęconych nowoczesnemu płaceniu.

      Czy w przyszłości będziemy w ogóle płacili kartami? Może do łask wróci gotówka, której używanie ma jedną, ale za to ważną, zaletę – gwarantuje anonimowość? A może do gry wejdzie pieniądz cyfrowy, taki jak bitcoin? Cyfrowa “gotówka” tym różni się od zwykłego pieniądza bezgotówkowego (tego, który jest zapisany na naszych kontach bankowych lub kartach płatniczych), że przekazujemy go bezpośrednio ze smartfona na smartfon – bez pośredników w postaci banków, firm rozliczających i organizacji płatniczych. To plik kryptograficzny, zabezpieczony wirtualnymi “znakami wodnymi”. 

      A jeśli karty przetrwają, jako mimo wszystko najwygodniejszy sposób kupowania i płacenia, najlepszy nośnik programów lojalnościowych? Jak będzie w przyszłości wyglądało płacenie kartą? Moim zdaniem będzie wyglądało mniej więcej tak:

      KARTA BĘDZIE W SMARTFONIE. Wszystko więc wskazuje na to, że w XXI wieku wciąż będziemy płacili kartami. Są zbyt wygodne, zbyt powszechnie akceptowane i mają zbyt dużo korzyści dla klientów, by dały się szymś zastąpić. To oczywiście nie znaczy, że karty będą wyglądały tak, jak do tej pory. Pierwszy krok to przeniesienie “plastiku” do smartfona. Coraz więcej banków, we współpracy z organizacjami płatniczymi, wprowadza możliwość instalowania karty płatniczej w smartfonie.

      Z czego to wynika? Wygląda na to, że właśnie smartfon będzie w niedalekiej przyszłości centrum naszego życia. Jeśli będzie można włożyć do niego wszystkie wirtualne dokumenty (w tym e-dowód i e-prawo jazdy) i pieniądze to portfel w kieszeni stanie się zbędny. Jest mały problem: smartfona nie da się włożyć do terminala, ani do bankomatu. Jednak przygniatająca większość terminali płatniczych w Polsce ma już funkcję zbliżeniową, a z przygniatającej większości bankomatów da się już wypłacić pieniądze bez wkładania karty (działają zbliżeniowo lub na kod).

      CZIP NA KARCIE “POGADA” Z CZIPEM W LODÓWCE. Kolejnym etapem rewolucji będzie “oczipowanie” przedmiotów w naszym otoczeniu. W erze internetu nowej generacji (5G) stanie się realne, iż nasza lodówka, komunikując się z naszym smartfonem, zamówi w naszym imieniu masło w sklepie, gdy czujniki wskażą, że się już kończy ostatnia osełka. A my tylko zatwierdzimy transakcję. Albo samochód sam będzie płacił za paliwo, kontaktując się zdalnie w naszym imieniu z terminalem płatniczym. Niewykluczone, że karta płatnicza zostanie “zaszyta” w tzw. inteligentnych okularach, które przejmą część funkcji smartfona (są już w sprzedaży pierwsze tzw. smart-glasses).

      PŁACENIE BEZ PŁACENIA, CZYLI… BIOMETRIA. Jak będzie wyglądała autoryzacja transakcji? Dziś rządzi PIN, ale zapewne w niedalekiej przyszłości będziemy zatwierdzać płatności biometrycznie. Już dziś niektórzy z nas logują się do smartfonów i do banku w smartfonie odciskiem palca. Z części bankomatów można wypłacić pieniądze zatwierdzając transakcję palcem. Są pierwsze banki, w których do konta można się zalogować głosem. Niewykluczone, że w podobny sposób będziemy niedługo potwierdzać zakupy.

      Tej przyszłości będziemy się wspólnie przyglądać w cyklu tekstów, który dziś rozpoczynam i który będę kontynuował przez cały najbliższy rok. Oprócz tekstów będą quizy, konkursy, a także klipy wideo, w których przedstawię najlepsze pomysły na używanie kart na wakacjach, na zakupach, w urzędzie, za granicą. Opowiem też o najważniejszych funkcjach kart płatniczych, podpowiem jak ich rozsądnie i bezpiecznie używać, jak wycisnąć z Waszych kart jak najwięcej korzyści. Zapraszam do specjalnej sekcji tematycznej, w której będę publikował kolejne teksty - "O wygodnym płaceniu, czyli niezbędnik nowoczesnego konsumenta". Czytajcie i komentujcie. Piszcie też do mnie – jestem pod maciej@maciejsamcik.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Płatności przyszłości czyli nadchodzi rewolucja w kupowaniu. Koniec z portfelem! Cieszycie się?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 sierpnia 2017 08:07
  • poniedziałek, 28 sierpnia 2017
  • czwartek, 24 sierpnia 2017
    • Wynajmij samochód na trzy lata i płać w zależności od tego ile go używasz. To już działa!

      Auta coraz szybciej tracą na wartości. A nowe generacje konsumentów nie są już tak przywiązane do własności – bardziej liczy się wygoda. A posiadanie auta wygodne nie jest. Trzeba je serwisować i – jak się ma pecha – naprawiać. A sprzedać nie jest łatwo, bo świat pędzi za szybko. To, co wczoraj było krzykiem mody i nowoczesności, za kilka lat jest już przestarzałe i nikt tego nie chce.

      Na tym właśnie bazuje pomysł wynajmu długoterminowego. Bierzesz z salonu samochodowego nowe auto, używasz przez kilka lat płacąc co miesiąc ratę, a na koniec oddajesz i… bierzesz kolejną nówkę-sztukę. W czasie trwania umowy nie interesują cię koszty przeglądów, serwisów, wymiana opon, ani ubezpieczenie – wszystko zapewnia ten, kto wynajmuje ci auto. Ty płacisz tylko comiesięczną ratę i wlewasz do samochodu paliwo.

      Pomysł Idea Banku – choć realizowany nie przez sam bank, lecz przez spółki z jego grupy: Getin Rent i Getin Leasing – wygląda na najbardziej kompleksowe tego typu rozwiązanie na rynku. Nie ogranicza się bowiem ani do finansowania transakcji, ani do zarządzania najmem, lecz jest pakietem zapewniającym to wszystko łącznie. Klient podpisuje umowę najmu z firmą należącą do grupy Idea Banku, zaś ta organizuje wszystko od A do Z – czyli od przygotowania samochodu po jego rejestrację, ubezpieczenie i dostarczenie pod dom klienta. Wszystko jest na platformie. W internecie znaczy się.

      Drugim wyróżnikiem platformy Happy Miles jest to, że rata, którą płaci najemca samochodu składa się z dwóch części – stałej i uzależnionej od liczby przejechanych kilometrów. A więc do pewnego stopnia jest to układ “płacisz tylko wtedy, gdy używasz”. Za auto trzymane w garażu płaci się mniej, niż za jeżdżące codziennie po mieście. Jak oni to badają? W każdym samochodzie jest “czarna skrzynka” z GPS-em. Trzeba im wierzyć na słowo, że GPS służy tylko do sprawdzania liczby przejechanych kilometrów, a nie do profilowania klientów.

      Ile to kosztuje? Tutaj sprawdzam konkretne oferty i przy jakich założeniach to się może opłacić

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 sierpnia 2017 08:31

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line