Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

wtorek, 17 stycznia 2012

Inwestowanie w obrazy z Abbey House: wielka okazja czy mętne sztuczki?

Słyszeliście o Abbey House? To dom aukcyjny, którego ostatnio wszędzie pełno. Publikacje są wyłącznie pozytywne, podkreślające, że rynek sztuki w Polsce jest niedorozwinięty, zaś każdy, kto dziś kupi obraz uznanego współczesnego malarza i potrzyma na ścianie przez kilka lat (nic do niego nie dorysowując :-)), będzie mógł go sprzedać z kilkukrotną przebitką. Brzmi świetnie. Czytając materiały informacyjne Abbey House można dojść do wniosku, że... jeśli ktoś jeszcze nie zainwestował na rynku sztuki, to coś go w życiu omija. A konkretnie, że omijają go wielkie zyski. Autorzy publikacji są wciąż ci sami - Jakub Kokoszka z Abbey House bądź też Maciej Gajewski, tytułujący się jako niezależny ekonomista. We wszystkich publikacjach powtarzają się też te same, inspirujące liczby.

A więc: z danych raportu „Investment & Pension in Europe” wynika, że w ciągu ostatnich trzech lat 120 największych fundusze emerytalnych i inwestycyjnych zwiększyło zaangażowanie w  dzieła sztuki z 6% do 8% wartości swych portfeli. Europejskie fundusze w dzieła sztuki różnej maści zainwestowały 27 mld euro. I raczej na tym nie straciły. Według portalu Artrust.com długoterminowa, 50-letnia stopa zwrotu z indeksu oddającego inwestycje w sztukę - The Mei Moses All Art. Index -  wyniosła 10,47% w skali roku. W tym samym czasie indeks akcji S&P500 dał 10,95%, amerykańskie bony skarbowe 5,42% w skali roku, zaś złoto - 5,17% w skali roku. W ciągu ostatnich pięciu lat wartość The Mei Moses All Art. Index rosła średnio po 3,59% w skali roku, zaś przez ostatnią dekadę - średnio po 4,86%. Największa hossa była  w zeszłym roku - indeks poszedł w górę o 16,6%. Dobrze wiodło się też notowanym na giełdach domom aukcyjnym i innym spółkom rynku sztuki - indeks tych spółek Skate’s Art. Stock Index w 2010 r. poszedł w górę o 69,68%.

W Polsce rynek sztuki jest malutki, obroty aukcji i galerii wyniosły w zeszłym roku 300 mln zł, gdy globalny handel sztuką jest szacowany na 9,4 mld dolarów. Ale podobno i u nas dało się już zarobić. Abbey House kusi gigantycznymi przebitkami na niektórych obrazach.  Maria Jarema namalowała w 1957 r. obraz pt. „Postacie, kompozycja III”. W 1997 r. obraz ów został sprzedany za 4500 zł, a w 2005 r. zmienił właściciela po cenie 270.000 zł.  W rankingu najdroższych malarzy współczesnych rekordową cenę osiągnął obraz Stefana Gierowskiego o tytule „XCIII”, który w styczniu 2009 r. zmienił właściciela za 470.000 zł. Czy Wam też świecą się oczka na samą myśl o takich zyskach z przeróżnych dzieł malarstwa? Mnie się zaświeciły, więc zgłosiłem się do Abbey House z własnymi pieniędzmi. Nie, nie jestem milionerem, bratem żadnego Wojciecha Fibaka, ale przecież Abbey ma w ofercie także coś dla takich „detalistów” jak ja - czyli Art.-Lokatę.

Art Lokata w Abbey House

Mechanizm na pierwszy rzut oka jest zachęcający - to wygląda na swego rodzaju produkt strukturyzowany z gwarancją zysku. Otóż kupuję od Abbey House obraz za co najmniej 15.000 zł (to minimalny próg transakcji) i trzymam go przez dwa lata - może wisieć albo u mnie w domu na ścianie, albo w magazynie Abbey House (wówczas otrzymuję tylko certyfikat własności). Po dwóch latach firma sprawdza ile ten obraz jest wart na rynku. Jeśli w dniu rozliczenia cena będzie niższa od wyjściowej (na podstawie transakcji płótnami tego samego malarza, o podobnych parametrach, z dwóch poprzednich kwartałów), Abbey House odkupi ode mnie obraz i zapłaci kupon - 9,5% w skali roku, bez podatku Belki. Jeśli zaś cena w ciągu tych dwóch lat pójdzie w górę, to obraz sprzedajemy na aukcji i zysk powyżej przysługującego mi kuponu dzielimy w proporcji 70% dla mnie i 30% dla Abbey House. Brzmi nieźle.

Teraz jednak zaczynają się schody. Nie jestem wybitnym smakoszem sztuki i chciałbym, żeby były dla mnie czystą inwestycją finansową, więc płótno musiałbym przechować w magazynie firmy. Opłata wynosi 2% wartości obrazu w skali roku (firma wystawi dwie faktury - po pierwszym i po drugim roku), co oznacza, że mój gwarantowany zysk z inwestycji spada do 7,5% bez podatku. To wciąż ciut więcej, niż mogę mieć w banku - dziś najlepsza oferta to 6,5% bez podatku - ale trzeba wziąć pod uwagę, że Abbey House to nie bank i nie daje żadnych gwarancji państwowych. Nie ma tu Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, który zapłaci mi za lokatę, gdyby Abbey House nie miał kaprysu wywiązać się z umowy cywilno-prawnej. W czarnym scenariuszu mogę zostać na lodzie z jakimś bohomazem, za który zapłaciłem, ale wartym znacznie mniej, niż wynosi cena podyktowana przez Abbey House. Czy opłaca mi się ryzykować tyle dla jednego punktu procentowego zysku powyżej tego, co mogę mieć w banku? Cóż, żeby się w to bawić trzeba optymistycznie założyć, że za dwa lata nasz obraz będzie wart więcej, niż dziś.

Ale tutaj dochodzimy do drugiego zgrzytu - ceny obrazu, który miałbym kupić w ramach Art Lokaty. Ponieważ o rynku sztuki pojęcie mam blade, to wśród artystów promowanych przez Abbey House wybrałem jedynego, którego nazwisko mi cokolwiek mówiło - Stanisława Młodożeńca. Poprosiłem firmę o katalog z obrazami, z których chciałem wybrać sobie jakieś płótno. Abbey House może mi sprzedać „Szary pejzaż” z 2005 r. za jedyne 35.200 zł, albo „Blue Composition” z tego samego roku za 41,600 zł. Drogo. A mogę coś tańszego? „Sunny” z 2007 r. (prawie nówka, hi, hi) za 33.600 zł. Albo „Coloradość” za 36.500 zł. A dalej jest już tylko drożej, najbardziej wartościowe - zdaniem Abbey House - płótno Młodożeńca - „1981-1989” mogą mi opchnąć po cenie takiej, jakby Młodożeniec malował dzieło przez te bite siedem lat bez żadnej przerwy. Czyli za 70.400 zł. Żebyście mogli ocenić o czym mówię, zobaczcie obraz „Peyzage” z 2006 r., tego właśnie malarza.

Młodożeniec - Peyzage

No, ale - pomyślałem - jak mistrz jest perspektywiczny, to może warto włożyć dziś te 35.000 zł, by za dwa lata sprzedać płótno np. za 160.000 zł. Po tyle ostatnio poszedł obraz Agaty Kleczkowskiej na aukcji organizowanej przez Abbey House. Ale żeby się upewnić, że Młodożeniec jest wart rzeczywiście tyle, ile dyktuje Abbey House, wszedłem do internetowego serwisu ArtInfo.pl, żeby sprawdzić po ile mógłbym kupić obraz Młodożeńca w innej galerii, niż Abbey House. Nie żebym im nie ufał, chłopaki są bardzo sympatyczne, ale tak - na wszelki wypadek - warto zawsze sprawdzić drugie źródło. No i sprawdziłem. W listopadzie 2011 r. na aukcji „Wielkie serce” obraz Młodożeńca bez tytułu, namalowany w 2010 r., został sprzedany za 5.500 zł (przy cenie wywoławczej 100 zł). We wrześniu 2011 r.  w domu aukcyjnym Desa Unicum płótno „Kompozycja” z 1981 r. poszło po 4.000 zł i to warunkowo. W grudniu 2010 r. obraz z 2007 r. poszedł po 800 zł, a w marcu 2010 r. inny poszedł po 1.600 zł.

No i teraz tak: albo cały świat nie docenia perspektywicznego artysty, wyceniając jego obrazy średnio siedem razy niżej od Abbey House, albo Abbey House chce mi wcisnąć coś, co jest warte 5.000 zł za 35.000 zł licząc, że się nie zorientuję. Nawet bym tę firmę zrozumiał, jest notowana na giełdzie i jeśli sprzeda mi jakiegoś Młodożeńca za 35.000 zł to tym samym o tyle właśnie wzrosną jej aktywa. A że obraz jest rynkowo wart dużo mniej (bo Abbey House mógł go kupić od autora np. za 5.000 zł), to już żadnego księgowego nie zainteresuje - może sobie spokojnie wpisać do bilansu 35.000 zł. Im więcej takich transakcji, tym bardziej napompowana będzie wartość rynkowa Abbey House. Biznes działa nieźle, bo jeszcze latem - przy debiucie Abbey House na rynku New Connect - jedną akcję galerii wyceniano na niecałe 5 zł, a teraz kosztuje prawie 17 zł. Inwestorzy wierzą, że magazyny galerii są pełne obrazów, które wkrótce będą ociekać zyskami. Na przykład takie (to Andrzej Wajda, rysunek nazywa się „Biesy”, Abbey House kupił całą kolekcję rysunków Wajdy w 2010 r.):

Jakub Wajda, Biesy

Może i racja. Z tego, co mi opowiedziały sympatyczne chłopaki z Abbey House wynika, iż ich model biznesowy jest prosty jak drut. To ta sama koncepcja, która już sprawdziła się w proszkach do prania oraz gumach do żucia, więc czemu ma się nie udać w obrazach? :-). Otóż trzeba kontrolować podaż i pompować popyt, a wycena rynkowa sama pójdzie w górę. Jak to zrobić? Otóż Abbey House ma umowy na wyłączność z 11 artystami. Anna Szprynger, Agata Kleczkowska, Jakub Słomkowski, Andrzej Cisowski i wspomniany Stanisław Młodożeniec, to nie są malarze bardzo znani na świecie i chyba też nie każdemu miłośnikowi sztuki są znani w Polsce. Ale przecież jeśli chodzi o już uznanych, nieżyjących artystów to trudno podpisywać z nimi umowy na wyłączność, prawda? :-). A sztuką dawną - np. obrazami Kossaka - w ogóle nie da się handlować, bo na wszystko trzeba mieć zgodę Ministerstwa Kultury, zaś wzrost cen już się dokonał. W tej sytuacji tylko młodzi, tworzący raptem od kilku, kilkunastu lat, dadzą się ewentualnie wykreować na gwiazdy, pozwalające posiadaczom ich obrazów kilkakrotnie pomnożyć zainwestowany kapitał.

Czytaj też: co miesięcznik Forbes napisał niedawno o chłopakach z opactwa

Abbey House, mając w ręku wyłączność na podaż obrazów wybranych artystów, zajmuje się teraz pompowaniem popytu, czyli promocją. Bo ta firma to również galeria (ostatnio sprzymierzyła się ze znawcą sztuki Wojciechem Fibakiem), wydawnictwo prasowe (ma magazyn „Art & Business”) oraz instytucja finansowa, oferująca quasi-lokaty, czy leasing obrazów (we współpracy z bankami). Dzięki tego rodzaju instrumentom finansowym Abbey kreuje dodatkowo popyt inwestycyjny na obrazy „swoich” artystów. Ale i to nie wszystko: Abbey House próbuje doprowadzić do sytuacji, w której „jego” artyści będą występowali głównie na „jego” aukcjach. A mając podaż pod kontrolą, wykreowany popyt i miejsce handlu na wyłączność ma się już wszystko, co potrzebne do ubijania dobrych interesów. Tyle, że w tych okolicznościach może pojawić się pokusa, by te aukcje po prostu „ustawiać”. I ustalać - będąc monopolistą - ceny oderwane od rzeczywistości. A później pokazywać je w branżowych czasopismach, ściągając na rynek kolejnych inwestorów, którzy włożą pieniądze. Interes kręciłby się świetnie dopóki byłaby dostawa nowych pieniędzy, na zasadzie zbliżonej do piramidy finansowej. Tylko ostatni inwestorzy w tym korowodzie krzyczeliby po nocy z rozpaczy, niekoniecznie tak, jak ta pani :-)

To oczywiście czysta spekulacja, ale nie ja jeden identyfikuję tego typu zagrożenie. W jednym z branżowych blogów znalazłem taki oto opis działalności Domu Aukcyjnego Abbey House, (firma jest nazywana w tym tekście skrótem DAAH): „Idea działania DAAH ma polegać na promowaniu swoich artystów, poprzez zamknięte aukcje. Ekskluzywne, tajemnicze i dla wybranych. Tak mają ustalać się ceny, które będą podstawą notowań prac danego artysty. Artyści, jakich reprezentuje DAAH - nie są szczególnie znani (z wyjątkiem jednego), ani z wystaw, ani z notowań. Ceny relatywnie bardzo wysokie. Piszę relatywnie, ponieważ albo nie można ich porównać z braku innych notowań, albo (jak w przypadku Stanisława Młodożeńca) różnią się o rząd wielkości od uzyskanych przez inne domy aukcyjne”.

I dalej pisze autor, że w wykreowanie mody na współczesnych twórców tak do końca nie wierzy. „Dlaczego DAAH ma się nie udać ? Może porwą masy, wykreują nową modę na sztukę współczesną, na nowych artystów, stworzą nową estetykę? Wszyscy na tym skorzystamy - bo jeżeli praca Iksińskiej (rocznik 1985) sprzedaje się za 10.000 euro, to ile w takim razie będzie wart obraz Kantora (rocznik 1915) czy Malczewskiego (rocznik 1855)? Jeżeli proporcjonalnie więcej, to wszyscy postawimy DAAH pomnik ze złota. Niestety, taki scenariusz jest  mało prawdopodobny, ponieważ klienci kupujący dzieła sztuki - nawet tacy, którzy dopiero zamierzają kupić - nie  podążą bezkrytycznie za serią publikacji prasowych lub argumentów z jednego źródła. Żyjemy w czasach, gdzie każdą informację można zweryfikować, gdzie Internet bezlitośnie zapamiętuje notowania i wypowiedzi. Mamy narzędzia, dzięki którym możemy doskonale sobie sami zrobić analizę co nam się opłaca, a co nie”.

Aż mam sam ochotę przetestować model biznesowy Abbey House. Dlatego ogłaszam „aukcję pisaną”, dotyczącą obrazu niejakiego Jakuba Samcika, którego dzieło pt. „Kompozycja 205.v1” wyceniam na 30.000 zł. Ten twórca maluje tylko dla mnie, więc macie pewność, że nie będzie płodny ponad miarę. A dzieło, moim zdaniem, ładniejsze od niejednego płótna Szprynger, czy Młodożeńca. Mam nadzieję, że będziecie licytować ochoczo, a ja zobowiązuję się całą uzyskaną kwotę (no dobra, połowę :-)) przeznaczyć na cel charytatywny. Że dzieło nie jest tyle warte? Sorry, ale uważam, że magia nazwiska działa już dziś, choć autor jest jeszcze nieznany. I udowodnijcie mi, że jest inaczej. Oferty w ramach aukcji proszę składać w komentarzach pod blogiem.

Jakub Samcik, kompozycja

Swoim zamiarem napisania niniejszego paszkwilowatego tekstu podzieliłem się z panią Joanną Stopyrą, rzeczniczką Abbey House. Twierdzi ona, że nie ma nic dziwnego w tym, iż Młodożeniec, którego obrazy firma mi proponuje, jest dziś rzekomo wart osiem razy więcej, niż rok temu. „Rynek sztuki jest bardzo specyficzny - brzmi to jak banał, ale tak jest. Świetnie zresztą wytłumaczył to jeden z wybitnych ekspertów rynku sztuki Sergey Skaterschikov w swojej książce „Skate's Art Investment Handbook”. Kwestia cen obrazów jest jedną z najbardziej "wrażliwych", a w Polsce także drażliwych jego cech. Pisze Pan o Młodożeńcu i fakcie, że jego dzieła w Abbey House są kilka razy droższe niż na pojedynczych aukcjach, na których można faktycznie spotkać w ofercie nieliczne prace artysty z okresu przed jego współpracą z Abbey House. Nie jest to jednak na tym rynku coś niestandardowego, dlatego, że prace nawet tak uznanych artystów osiągają na różnych aukcjach, w podobnym czasie diametralnie różne ceny. To są swoiste okazje na rynku sztuki.

Myślę, że jakby Pan zapytał np.Pana Fibaka czy innego wytrawnego, doświadczonego kolekcjonera, to przytoczyliby Panu ciekawe anegdoty o okazyjnie kupionych obrazach - dziś wielkich artystów” - pisze mi pani Joanna. A więc wszystkie napotkane przeze mnie aukcje poprzednich prac Młodożeńca to były „okazje”, zaś to, co dyktuje Abbey House - normalność. Tylko dlaczego tak, a nie odwrotnie? „Skoro prace artysty, który jest już klasykiem i jest znany na całym świecie jak Roman Opałka, potrafią się wahać o 300% w ciągu jednego miesiąca, mimo, że są to prace o identycznej klasie i formacie (z tego samego cyklu), to prace artysty, który jest promowany przez najbardziej dynamiczną polską firmę na rynku mogą wykazywać jeszcze większe różnice”. Widać nie udało mi się pani Joanny zbić z tropu. A na koniec jeszcze zaapelowała, bym swoim „paszkwilem” nie szkodził temu, raczkującemu jeszcze, rynkowi.

A ja wciąż mam wątpliwości. Czy model rynku sztuki, który dyktują szefowie Abbey House, to w ogóle jest jakikolwiek rynek? Autor obrazów maluje tylko dla jednej firmy, jego prace sprzedają się na aukcjach tylko jednej firmy, są wyceniane według cen dyktowanych przez tylko jedną firmę. Czy można to nazwać rynkiem? Przypomina mi to raczej gospodarkę centralnie sterowaną, która wiemy jak skończyła. Czy powinienem wspierać idee rynku, w którym o wszystkim decyduje tylko jeden podmiot? A jeśli tym podmiotem jest firma, która chce być jednocześnie domem aukcyjnym, inwestorem kupującym i sprzedającym obrazy na własny rachunek, galerią sztuki promującą i prezentującą swoje obrazy oraz funduszem inwestycyjnym, instytucją finansową, wymyślającą wehikuły pompujące popyt zewnętrzny na jej własną sztukę? Przyjmuję, że chłopaki z Abbey House mają dobre intencje, zresztą robią sporo dobrych rzeczy dla polskiego rynku sztuki (a może tylko dla siebie, jako inwestora na tym rynku?). Tyle, że są niecierpliwi i mają zapędy do dyrygowania nie swoimi pieniędzmi.

Nie przeczę, że ceny obrazów Młodożeńca, Szprynger, czy Słomkowskiego mogą w przyszłości rosnąć i niewykluczone, że byłaby to świetna inwestycja. Ale mam również wrażenie, że Abbey House - firma, która proponuje mi taką inwestycję - jest w strukturalnym konflikcie interesów. Nie można bowiem jednocześnie walczyć o swój interes sprzedawcy obrazów, spółki giełdowej, której aktywa i kurs akcji zależą od jak najwyższych wycen obrazów, które ma w magazynach, a jednocześnie o interes klienta kupującego te obrazy. Walcząc o swoje firma powinna wciskać ludziom obrazy - na aukcjach, w ramach Art Lokaty i na każdy inny sposób - po jak najwyższych cenach, a walcząc o interes klienta - budować klarowne i jak najbardziej przejrzyste zasady handlu, unikając pompowania baniek cenowych. Tych ról się nie da połączyć. Albo działa się wyłącznie w interesie klienta, albo we własnym (kosztem klienta). Wyobraźcie sobie, że giełda papierów wartościowych (jako organizator handlu akcjami), jednocześnie jest głównym akcjonariuszem wszystkich notowanych spółek i dzięki temu decyduje o cenie obowiązującej na parkiecie. Zaś innych inwestorów dopuszcza do handlu tylko na wskazanych przez siebie warunkach. Słabo to brzmi, prawda?

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Samcik blox

UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To wciąż jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. W zeszłym roku ukazało się ok. 380 notek, zaś liczba Waszych komentarzy przekroczyła już 10.000. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”. Kapituła pod przewodnictwem nestora bankowców Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić, to zapraszam! Czekam na Facebooku, możesz opisać swój pomysł w komentarzu pod niniejszą notką albo napisać do mnie e-mail na adres maciej.samcik@gazeta.pl

SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA RELIGIJNA! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gości w różnych miejscach, nie wyłączając... programów religijnych. W piątym odcinku autorskiego programu ks. Kazimierza Sowy pt. „Etyka w biznesie” - który można oglądać w soboty w „Religia TV” - opary subiektywności ukazały się w rozmowie z doświadczonym bankowcem Mariuszem Grendowiczem. Zapraszam do obejrzenia i dyskusji o tym czy bankowość może być etyczna. Komentujcie i recenzujcie! Link do zapisu programu „Etyka w biznesie” o bankowości - znajdziesz tutaj.

TV Religia Samcik-Grendowicz

O BANKACH SUBIEKTYWNIE - I CZARNO NA BIAŁYM. Na ten właśnie temat, czyli o kondycji finansowej polskich banków i możliwości zmian własnościowych w sektorze bankowym, autor blogu kilka dni temu wypowiadał się w reportażu red. Anny Twardowskiej w TVN24, nadanym w ramach programu „Czarno na białym” Tomasza Sekielskiego. Ponieważ programu nie ma w internetowym serwisie TVN Player - pozwoliłem sobie sam wrzucić go do internetu, mam nadzieję, że koledzy z TVN wybaczą mi to małe piractwo. A Was zapraszam do oglądania!

SUBIEKTYWNOŚĆ WESZŁA NA WYŻSZY POZIOM. Niedawno subiektywność w finansach gościła w programie TVP dla młodzieży pt. „Poziom 2.0”. Było głównie o tym jak młody człowiek powinien zabrać się do oszczędzania, po co mu karta płatnicza i czy powinien namawiać rodziców do założenia samodzielnego ROR-u. A poza tym... hmmm... subiektywność w tym programie bywa widziana pod bardzo dziwnym kątem.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
wtorek, 17 stycznia 2012 08:40

Polecane wpisy

Trackback

  • Gówno nie sztuka ! z „ Przemyślenia z drogi...” datowany na 2012/01/23 21:32:27:

    Większą sztuką jest dla mnie namalowanie legendarnego i obciachowego wręcz jelenia na rykowisku niż to coś co ostatnio zepsuła pewna niemiecka sprzątaczka. Świetnie to zresztą opisała krótkim stwierdzeniem ...to bałagan ! 65279 Dobrze i ...

Komentarze

Dodaj komentarz

  • arnoldbuzdygan napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 09:41:14:

    Czyli sprzedają w rzeczywistości swoje obligacje na 9,5% rocznie.
    Tyle, że nie papierowe a płócienne ;)
    Jak zbankrutują to ludziom - przynajmniej tym co odbiorą kupione szmaty - zostaną "bezcenne" dzieła w piwnicach. A zbankrutują na pewno jeśli tą kasę za DZIEŁA oddają w większości ich twórcom, a nie zostawiają sobie do obrotu na czym normalnym.
    I kto wie - może za 200-300 lat jakiś pra pra wnuk odgrzebie takowy i... ?
    A nie, też nie!
    Ani dzisiejsze płótna ani farby nie przeżyją tylu lat, to nie ta receptura co tych materiałów sprzed wieków i chemicznej rewolucji ;)
    Tak swoją drogą to ciekawe czy te płótna wiszące u nich za 2% wartości (sic!) są podpisane właścicielsko i ubezpieczone czy też nie?
    Jakieś opłaty za chęć oglądnięcia własnego kupionego bohomaza też mają? Czy można codziennie przychodzić i prosić o okazanie za darmo?

    A może podepnę się pod nich?
    Ja tworzę diamentowe pieniądze o nominałach e do potęgi x .
    W przeciwieństwie do płócien są wieczne (jak to diament).
    Może kupią ode mnie za 10 mln dolców egzemplarz sztuki inwestycyjnej o nominale e do 10 globali ?
    Nie? Szkoda :( Sprzedam w takim razie na aukcji w Sothebys .


    p.s.
    Rynek dla sztuki to jest w USA a nie w Polsce . Tam takie zakupy odlicza się od podatku i można łatwo dogadać się z żyjącym twórcą co do "optymalizacji podatkowej". I wtedy wszyscy są zadowoleni, no może poza Wujem Samem, ale skoro tak ustawił przepisy dla bogaczy to widać tak ma być ;)

    p.s.2.

    Skoro jestem pierwszy to licytuję - daję 1 zł za Twoje arcydzieło.

  • klasa62 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 10:20:46:

    Kreowanie popytu, czyli po prostu kolejna "bańka"

  • mdcc napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 11:16:29:

    Panie Macieju - Gratuluję tekstu.

    U nas faktycznie istnieje niesamowity popyt na "trzecią drogę". I stąd różne cuda w ofercie i płacz na koniec.
    Oczywiście na sztuce, winach, zużytych rowerach i wszystkim innym jest szansa zarobić - ale to nie jest rynek, w takim rozumieniu jak jest prezentowany przez sprzedawców.

  • mentatd_at_gmail napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 11:56:58:

    To w 90% kiepska inwestycja.
    By była to dobra inwestycja trzeba się znać na sztuce. Gdy inwestujemy w akcje jakiejś firmy powinniśmy rozumieć "co oni w tej firmie robią". Tak samo jest ze sztuką - nie znasz się - wtopisz, znasz się - zarobisz.
    Tak jest z każdą inwestycją.

    Na nie korzyść takiego inwestowania natomiast przemawia zdecydowanie mało płynny rynek. Wiem, że niekoniecznie musi to być dla sztuki wadą, ale dla mnie jako inwestora jest.

  • annakwiat.1 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 12:42:01:

    abbey to piramida finansowa, kpwig powinno sie tym zajac

  • grzegorzb1 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 13:21:36:

    Podstawowa zasada przy kupowaniu sztuki: kup coś takiego, co Ci się będzie podobało. Nie myśl o tym jak o kolejnym instrumencie. Obraz czy rzeźba to nie akcja. Jeśli tak to traktujesz, to odpuść sobie.

  • maciejgajewski1981 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 14:11:37:

    Część 1
    Panie Macieju,
    Zacznę od tego, że się przedstawię. Nazywam się Maciej Gajewski i szczerze wierzę, że zaliczam się do kategorii sympatycznych chłopaków z Abbey House. Tak jak Pan zauważył, jestem autorem tekstów o rynku sztuki i analiz polskiego rynku aukcyjnego. Choćby po pobieżnym przyjrzeniu się tym publikacjom, z pewnością zgodzi się Pan, że nie występuję tam jako nikt inny niż ekspert Abbey House.
    Teraz, gdy już poznał Pan autora odpowiedzi, przejdę do konkretów. Będą sprostowania, wyjaśnienia (kilka informacji o rynku sztuki), dementi zarzutów oraz liczne przechwałki. Choć skupił się Pan na swoich zastrzeżeniach w stosunku do modelu biznesowego Abbey House, na marginesie trochę zauważył Pan również, że firma robi wiele dobrego dla polskiego rynku sztuki. Zacznę od początku.
    Słyszeliście o Abbey House? To dom aukcyjny, którego ostatnio wszędzie pełno. Dopowiem, że od 1989 roku właściwie żaden dom aukcyjny nie zaprzątał sobie głowy szerszą promocją swojej działalności. Moim zdaniem, bardzo przyczyniło się do marginalizacji polskiego rynku sztuki oraz traktowania kupowania dzieł sztuki wyłącznie w kategoriach ciekawostki, ekstrawagancji, niszy. Przez te 20 lat zmieniło się naprawdę niewiele. Samo medialne zaistnienie na taką skalę traktujemy oczywiście jako sukces, ale również coś, co odczarowuje firmy branżowe, o których nie słyszał nikt, poza garstką osób. Po kilkunastu miesiącach działalności Abbey House osiągnął wiele, z czym ciężko się nie zgodzić także konkurencji. Wiele tych osiągnięć to nowinki na polskim rynku sztuki. Za taką oceną zasług przemawia fakt, że nie spotkałem się z podobną analizą (abstrahując w tym momencie od jej ogólnego wydźwięku) dotyczącą firm od dawna zajmujących się sprzedażą sztuki w Polsce.
    Jeśli z lektury materiałów informacyjnych firmy można wynieść wrażenie, że nie inwestując na rynku sztuki, coś nas omija, to z pewnością jest to jedna z idei, którą chcemy przekazać swoim odbiorcom i potencjalnym inwestorom. Już nawet abstrahując od tych, sympatycznie określonych przez Pana, bohomazów i szeregu przyjemności, które nam dają wisząc na ścianie, jako inwestorzy tracimy nie inwestując w sztukę. Nie wydaje się Panu przekonujące stwierdzenie, że w dobie kryzysu obojętność wobec inwestycji alternatywnych może być bardzo kosztowna? Świat wie o tym od dawna, w Polsce to jeszcze nowość.
    Obszernie przywołuje Pan liczby, które komunikujemy w licznych materiałach. Odnośnie rynku polskiego, światowego, indeksów sztuki i spółek branżowych, struktury portfela inwestycyjnego itd. Czy liczne teksty na ten temat, które trafiają do czytelników za sprawą Abbey House, nie są nowością w Polsce? Są. Jeśli zachwalamy sztukę jako przedmiot inwestycji, to piszemy o tym, jak inwestuje świat, jak świat liczy stopę zwrotu ze sztuki, jak się wiedzie notowanym na giełdach spółkom rynku sztuki. Panie Macieju, czy jako dziennikarz ekonomiczny, nie odczuwał Pan wcześniej braku ekonomicznych i stricte inwestycyjnych publikacji o rynku sztuki? Bardziej niż rekordy cenowe interesują nas parametry inwestycyjne, głównie stopy zwrotu uzyskiwane z inwestycji w konkretny obraz lub w twórczość konkretnego artysty. Panie Macieju, zmarła przed ponad 50 laty Maria Jarema to klasyk polskiej sztuki, współtworząca teatr Cricot z Tadeuszem Kantorem. A więc, nawet w obecnej konwencji i przy z rozróżnieniu na różne kompetencje, z pewnością nie zasługuje na tytułowanie jej na wzór dopiero zdobywających uznanie absolwentów uczelni artystycznych niejaką Marią Jaremą. cdn

  • araya napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 14:15:40:

    Strona o cudotwórcach z opactwa na forbes.pl już zniknęła :( Kolej na blog?

  • maciejgajewski1981 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 14:15:52:

    Część 2

    Przy kalkulacji opłacalności pisze Pan o opcji potraktowania art-lokaty w kategoriach czysto finansowych, tzn. bez trzymania obrazu we własnym domu. W tym miejscu chciałbym przekonać Pana jednak do zmiany nastawienia. Siła inwestycji alternatywnych, do których należy sztuka, polega właśnie na tym, że oprócz wirtualnego (jak akcje), mamy też przedmiot realny, a więc dodatkowe korzyści. Jako smakosz sztuki (niekoniecznie wybitny) mocno namawiam na duży obraz w salonie. Jeden przedmiot, a wnętrze (nawet całe mieszkanie) się zmienia na korzyść.
    Zastanawia się Pan dlaczego cenimy płótna Stanisława Młodożeńca kilkakrotnie wyżej niż ich cena rynkowa. Dla porządku wyjaśnię, że orientacyjnym punktem odniesienia może być jedynie obraz Kompozycja z 1981 roku sprzedany za 4 tys. zł. Ale i on nie do końca. Pozostałe prace są albo słabsze, albo w zupełnie innym formacie. No więc zbliżony obraz został sprzedany siedmiokrotnie taniej. Dlaczego my sprzedajemy go 7-krotnie drożej? Po pierwsze podpisaliśmy na wyłączność umowę z tym artystą i uważamy, że jego obrazy są warte więcej. Po drugie kupując obraz Młodożeńca sprzed okresu jego współpracy z Abbey House, nie było żadnego konkretnego powodu przypuszczać, że jego dorobek zacznie być nagle bardziej zauważany. Model działalności Abbey House zakłada właśnie intensywne działania wspierające budowanie wartości prac danego twórcy. Czy pamięta Pan początek swojego wpisu? Że o Abbey House jest głośno. Zapewniam Pana, że jeszcze więcej robimy dla promocji artystów, organizacji wystaw, zainteresowania ich twórczością najważniejszych krytyków, organizacji szkoleń z ich udziałem, a także, last but not least, w kwestii zdobywania klientów.
    Po raz kolejny po niejakiej Marii Jaremie zapewnił Pan naszemu zespołowi uśmiech w poniedziałkowe przedpołudnie Jakubem Wajdą. Naszym artystą jest Jakub Słomkowski, a nazwisko nad obrazem, który Pan przedstawił powstało z połączenia go z Andrzejem Wajdą, słynnym reżyserem. Kolekcję rysunków Andrzeja Wajdy Abbey House kupił w 2010 roku. Ze swojej strony chciałbym zwrócić Pana uwagę na bardzo ciekawy wątek artystyczny w biografii reżysera. Andrzej Wajda studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (wraz z Andrzejem Wróblewskim). Potem zajął się reżyserią, ale przez całe życie tworzył rysunki, tworzone szybko, np. w trakcie podróży, służące do zachowania ulotnego wrażenia lub pomysłu (stąd szkicowa forma). Jeden z nich (rysunek, nie płótno), Biesy przywołał Pan w swoim wpisie.
    Na koniec chciałbym podziękować za obszerny wpis na temat Abbey House. Jak zwykle bywa, odpowiedzi na wiele zgłoszonych wątpliwości udzieli czas. W Abbey House jesteśmy zdania, że obraz olejny dobrego malarza w cenie 500 złotych byłby śmieszną ciekawostką, gdyby nie świadczył o sytuacji artystów w Polsce. Podobna sztuka jest wielokrotnie droższa za granicą. Dając w ramach Art-lokaty gwarancję odkupienia obrazu dajemy z naszej strony mocny sygnał, że wierzymy w nasz model działalności, jesteśmy przekonani o ogromnym potencjale artystów, z którymi wiążemy się współpracą i o możliwościach zespołu. Zapewniam, że młody zespół składa się nie tylko z chłopaków, ale i dziewczyn i nie tylko z osób sympatycznych, ale także kompetentnych i energicznych.
    Pozdrawiam,
    Maciej Gajewski

  • arnoldbuzdygan napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 16:33:31:

    Czy korporacja, która promuje piosenkarkę - na której twórczość ma wyłączność - robi coś dobrego dla MUZYKI i SZTUKI czy też jednak niekoniecznie?
    To samo pytanie dotyczy Waszej działalności - czy pompując sztucznie (marketingiem) kilka, kilkanaście WŁASNYCH twórców robicie rzeczywiście coś dobrego dla rynku, sztuki itd. ?
    Co z wartością takich napompowanych nazwisk i ich prac gdy pompowanie się skończy?
    Czy aby wytrzymają próbę czasu?

    p.s.
    Maćku - jeżeli nikt nie przebije mojej oferty to odbiór dzieła osobisty czy wysyłką?

  • grzegorz_s0 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 16:42:25:

    "kupując obraz Młodożeńca sprzed okresu jego współpracy z Abbey House, nie było żadnego konkretnego powodu przypuszczać, że jego dorobek zacznie być nagle bardziej zauważany"

    No to brzmi jak genialna inwestycja. Zwłaszcza, że zdanie pochodzi od eksperta Abbey House. Co mam podpisać żeby dać im moje pieniądze?!

    p.s.
    Jak to szło z tą definicją bańki spekulacyjnej... ? Chyba jednak przydałoby się BFG.

  • maciejgajewski1981 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 16:51:38:

    Panie Grzegorzu,
    Rzeczywiście nieporadnie się wyraziłem. Jeśli przyjmujemy artystę do naszej "stajni", zaczynamy pracować na rzecz jego prac i marki. Tak, uważam, że od tego momentu inwestycja staje się szczególnie godna uwagi.
    pozdrawiam
    Maciej Gajewski

  • syncerus napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 17:31:54:

    Nic już nie pomoże, DAAH, "jaki jest koń każdy widzi". Obrazy są sprzedawane przez "doradców" inwestycyjnych z Kancelarii Finansowej Pyffel & Partners, której właścicielem jest Norbert Pyffel jeden z sympatycznych chłopaków z DAAH. Jakie mają kwalifikacje oceńcie sami. Wiemy wszyscy, jakim szacunkiem i zaufaniem w społeczeństwie cieszą się doradcy finansowi ( bezprawnie używający tego tytułu) często ze średnim wykształceniem ogólnym. Jak nie idą fundusze i ubezpieczenia to może obrazy sprzedamy. Tylko, dlaczego akurat te? Może Makowski zna się na błonniku, od którego sprzedaży zaczynał na studiach. Czy to jednak wystarczy, aby dyktować trendy w sztuce? Moim zdaniem nie.

  • syncerus napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 17:39:19:

    Dam dwa zyle i odsprzedam sąsiadowi jako art lokatę. Chętnie podpiszę umowę na wyłączność. Tak na początek może dwa dzieła miesięcznie po 2 zeta za sztukę.
    Pozdrawiam Pana Redaktora
    P.S Dobry tekst. Swoją drogą czujni są w tym DAAH. Odpowiedź błyskawiczna.

  • maciek.samcik napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 19:24:01:

    Szanowni, dziękuję za dyskusję. @Arnold: przypominam, że cena wywoławcza płótna Jakuba Samcika to 30.000 zł :-). @Grzegorz: celna uwaga. Jeśli wartość rynkowa danego artysty ma zależeć wyłącznie od marketingu, to mamy do czynienia z traktowaniem artysty jak soczków Frugo. Czy na tym polega sztuka? Brrr... @MaciejGajewski: Dziękuję bardzo za polemikę. Błąd w imieniu Andrzeja Wajdy poprawiłem, dzięki za zwrócenie uwagi. Co do meritum, to rzeczywiście - jakość modelu biznesowego wymyślonego przez Państwa potwierdzi czas. Kłopot w tym, że jeśli model się nie sprawdzi, nie straci na tym DAAH, a ludzie, którzy firmie zawierzyli. Życzę wszystkim, którzy kochają sztukę, by wzrost cen obrazów artystów współczesnych dokonał się nie tylko wewnątrz 'alternatywnej rzeczywistości', którą z dużym rozmachem Państwo de facto tworzą, ale także poza nią. Pozdrawiam wszystkich!

  • arnoldbuzdygan napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/17 21:48:36:

    Maciek - tak gwoli ścisłości napisałeś, że wyceniasz dzieło na 30 tys. a nie , że 30 tys. to cena wywoławcza licytacji :)

    No i patrz - myślałem, że nabędę dzieło za niewielkie pieniądze i potem sprzedam w Abble House za te miliony ;)




  • maciek.samcik napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 08:12:04:

    W tym modelu biznesowym, do jasnej cholery, zarabiać mam ja. Nie po to chodziłem na nauki do sympatycznych chłopaków z Abbey House, żeby odstawiać chałę :-)

  • h2ols napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 12:19:08:

    www.kfpip.pl/index.php?ak=info&idp=3 - kapital zakladowy potezny ;] nie dalbym im prowadzic nawet swojego warzywniaka. z prostej przyczyny: towar i polki wart jest wiecej niz suma do ktorej w mysl prawa odpowiadaja jako "kancelaria finansowa" [co to za potworek semantyczny? priming pod adwokackie skojarzenia?]

  • h2ols napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 12:27:29:

    w temacie Kompozycja 205.v mam kilka pytan jako potencjalnmy
    klient:
    1. jakie sa rozmiary plotna? [nie wiem czy mi sie w salonie zmiesci?]
    2. czy Artysta nie chcialby ze mna jako marszandem podpisac kontraktu
    takiego jaki Arsenal proponuje 5 letniemu synkowi pilkarza o nazwisku Van
    Persie?
    3. czy moge zamienic ten obraz w instrument finansowy gdy oceny dokona magister Chmielewski?

  • artiserka napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 13:09:48:

    z innej beczki.

    Zastanawiam się nad tym modelem biznesowym i sądzę, że warto chwilke poczekac i pewne tezy postawione ww teksćie (gratuluję, bardzo dobry i wciągający) na temat skuteczności działań domu aukcyjnego zwłaszcza w obszarze portfela inwestora indywidualnego poddać ocenie czasu.

    Wydaje mi się, że np. p. Stanisław Młodożeniec, dzięki podpisaniu kontraktu z Abbey House, ma szanse zbudowac swoją markę - docelowo przyczynić się do tego, że zainteresowanie jego obrazami wzrośnie. No tak, zainteresowanie wzrośnie, ale przecież, ze względu na wyłączność wynikającą z zawartej umowy z Abbey House, niełatwo będzie wejść w posiadanie takiego obrazu. Albo trzeba będzie kupić któryś z kolekcji Abbey House, albo też, od kogoś, kto już wszedł w posiadanie takiego dzieła wcześniej. Prawda jest taka, że jeżeli, nawet sztucznie, ograniczamy podaż, to popyt na produkt rośnie (standardowy mechanizm działania wprzypadkuw wszystkich produktów rynkowych).

    Wypromować można wszystko i każdego - malarza również. Ludzie wydają fortuny na tzw produkty luksusowe tylko dlatego, że ktoś ich kiedyś przekonał, że takimi są. Siła marketingu - siła skutecznej reklamy. Myślę, że Abbey House też coś takiego robi.

    Z tego, co piszą, to podpisują umowę z autorem - przez 5 lat go wspierają (finansowo, promocyjnie) a przez kolejne 15 lat on im jest zobowiązany przekazywać miesięcznie 1 dzieło "na preferencyjnych warunkach cenowych". Jeśli im się uda wypromować tego autora (w Polsce i poza granicami), to sami sobie odpowiedzcie, ile "chłopaki i dziewczyny" zarobią później na dziełach tego artysty. Jeśli mają biznesowy background, to powinno im się udać. Pamiętajmy, że promowanie dzieł sztuki w Polsce, to, póki co, ziemia dziewicza.



  • h2ols napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 13:47:40:

    @artiserka: rozumiem, ze sztuke, dziela idzie zadekretowac i produkowac masowo ;] w takim razie Pan Jakub Samcik moze tworzyc jeszcze przez dobre 80 lat:D w taki sam sposob media dla Pan [te kolorowe pisemka na reklamy] i marketerzy przekonali, ze mamy wybitnego kompozytora o nazwisku Rubik ;]

  • meeyore napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 14:13:55:

    Gratuluję tekstu Redaktorze. Jednak brzydko jest naigrywać się ze sztuki współczesnej. Można jej nie lubić, ale swoją wartość ma (nie tylko finansową ale i estetyczną) i nie każdy widzi w niej bohomazy.
    Swoją drogą jak się zastanowić, skoro artysta ma przekazywać firmie w zamian za wsparcie 1 obraz miesięcznie, to może niedługo nastapić zalew Młodożeńców i innych dzieł, a firma zje własny ogon, bo ceny pospadają.
    PS. Czy artysta wystawia fakturę za wylicytowane dzieło?

  • syncerus napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 14:16:14:

    Dla zobrazowania sytuacji, w której działa Daah, należy brać pod uwagę fakt, iż obecnie w ZPAP zrzeszonych jest koło 7000 artystów plastyków!
    Jak wybrali tych 15 artystów malarzy?
    Na szczęście nie tylko DAAH decyduje o pozycji artysty na rynku sztuki. Nie wszystkie drzwi otwierają pieniądze cypryjskich spółek.

  • hilary82 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 16:19:02:

    Gratuluję ciekawego i dowcipnego artykułu :) Co do inwestycji w sztukę - interesuję się tym od dawna. Sam od wielu lat jestem jej miłośnikiem. I coraz częściej myślę nad tym, żeby swoje ciężko (jakby nie patrzeć.) zarobione pieniądze ulokować właśnie w taki "piękny" sposób. Nudzi mnie już patrzenie jak co roku przybywa mi na koncie "kilka procent" od banku. Co ciekawe choć wydźwięk całego artykułu jest powiedzmy średnio pozytywny (;]) to przewrotnie zachęcił mnie on do bliższego przyjrzenia się usługom domów aukcyjnych. Dziękuję! :)))

  • h2ols napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 16:37:31:

    @meeyore: miernikiem wartosci niekoniecznie musi byc cena...

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 17:33:02:

    Cały pomysł Abbey House oparty jest na błędnym założeniu. Ceny wyjściowe wzięte są z powietrza. Nijak nie mają uzasadnienia. Gdyby handlowano złotem lub diamentami wszystko byłoby O.K. Niech nabywca (jeśli taki istnieje) spróbuje sprzedać kupionego za 160 tys. zł Ryczącego Jelenia Kleczkowskie na jakiejś aukcji sztuki współczesnej w kraju lub zagranicą. Uzmysłowi sobie wówczas, jak bardzo przepłacił za swój portret. Poza ty wąska grupa ludzi nie może decydować o artystycznej ekstraklasie, bo tak należy traktować w kontekście cen tych jedenastu zakontraktowanych artystów. Przecież klasycy polskiego malarstwa często sprzedają się znacznie taniej. Prawdziwa sztuka często opłacana jest nieszczęściem, bezgraniczną samotnością, zrujnowanym przez używki zdrowiem. Weryfikowana jest przez wystawy, konkursy, krytykę, ekspertów i najzwyklejszych odbiorców. Malowanie na zamówienie bywa podejrzane. Być może są w tym wszystkim dobre chęci, ale tymi często wybrukowane jest piekło.

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/18 22:41:44:

    Proszę mnie doedukować. Zakupiono kolekcję prac p. A.Wajdy ale nie oryginałów tylko reprodukcji. Na czym polega korzyść z takiej transakcji?. Zamieszczona ilustracja - szkic scenograficzny do fimowej adaptacji Biesów, miała być aukcyjną atrakcją finału Jazz Jamborre, hucznie zapowiadaną przez AH; "kolekcjonerzy już zacierają ręce". Czy praca się sprzedała i za ile? Czy p. Wajda i p. Fibak firmując A.H. swoim nazwiskiem nie postąpili zbyt pochopnie?

  • mike1981wawa napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/19 17:46:17:

    Produkcja obrazów, czyli czysty produkt inwestycyjny podszyty marketingowym hasłem "sztuka". dobrze się kojarzy, chłopaki z opactwa podobnie, szaliczki atłasowe, przycięte bródki, kontrolowany nieład zarostu i fryzury, Range Rover .... wszystko ma się zgadzać z wciskaną iluzją . . . mam nadzieję, że już nie ma takich frajerów, którzy nabierają się na wykreowany blichtr ... a może jeszcze p. Filip Wyganowski, jeden z właścicieli, kumpel "Słowika" brylujący po aukcjach za pieniądze z afer warszawskich.... fajne chłopaki....

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/20 09:18:51:

    Czytam: "Po dwóch latach firma sprawdza ile ten obraz jest wart na rynku. Jeśli w dniu rozliczenia cena będzie niższa od wyjściowej (na podstawie transakcji płótnami tego samego malarza, o podobnych parametrach, z dwóch poprzednich kwartałów)... itd." Pytam się w jaki sposób firma to sprawdzi?!! Przepuści przez wolny rynek za pomocą publicznych ogólnodostępnych aukcji, czy ustali to jej etatowy ekspert p. Deptuła.? I tu tkwi paradoks całego pomysłu. To rozumowanie jest własciwe dla rzeczy, których wartość określają z dnia na dzień tabele kursowe.

  • hilary82 napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/20 10:40:43:

    @vince.nt tworzenie faksymiliów to powszechnie znana technika na całym świecie :) nie wiem co Cię tak dziwi. Nie są to obrazy, które zostały "wydrukowane" na kartce A4 tylko prawdopodobnie takie, które posiadają hologram artysty.

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/20 11:22:40:

    Przeczyta cały tekst źródłowy o Abbey house i wszystkie komentarze, bo odnoszę wrażenie, że nie jesteś w temacie . Ja nie neguję czy to są oryginały. Chodzi o wycenę wartości dzieł, a ta na świecie ustalają ją na ogół otwarte aukcje w renomowanych domach a nie kontaktowi eksperci.

  • timecode napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/23 14:34:37:

    Czy oprócz tego tekstu, ktoś zna jeszcze jakieś tekst o AH nie pisany przez ich pracowników lub za ich pieniądze na zamówienie?
    Ja znam jeden:
    www.tokfm.pl/Tokfm/1,103454,10993725,160_tysiecy_po_raz_pierwszy____Ktos_da_wiecej_.html?as=3&startsz=x

  • aarvedui napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/23 21:03:40:

    aż się chce przytoczyć holenderski handel cebulkami tulipanów....

    ileż wieków temu to było, a ludzie nadal się nie nauczyli ;>

  • amanitavirosa napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/23 22:50:41:

    ten "Jeleń" Kleczkowskiej to raczej nie najszczęśliwszy wybór na promowanie inwestycji

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/24 14:02:30:

    Jutro w Rempexie będzie licytacja obrazu zdolnej, młodej malarki Anny Szprynger. Być może jacyś podstawieni kupcy będą pompować cenę w trakcie licytacji, aby uwiarygodnić działania Cudotwórców i słuszność ich założeń na niezależnej publicznej aukcji. Tylko, że Rempex zdaje się powiązany jest biznesowo z AH poprzez wydawanie Artbiznesu.

  • h2ols napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/24 21:03:40:

    inspirowany ostatnim tygodnikiem Forum wgryzlem sie nieco w temat i widze: 1. solidna konkurencje sla syna Redaktora Samcika 2. niezla nisze dla chlopakow z Abbey ;]
    www.guardian.co.uk/artanddesign/2011/nov/11/kieron-williamson-boy-wonder-norfolk-landscapes www.guardian.co.uk/artanddesign/interactive/2011/may/03/kieron-williamson-art-interactive

  • syncerus napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/26 06:52:03:

    Wynik aukcji jednego obrazu Anny Szprynger ( 34 000 zł) niczego nie dowodzi. Własciwie było to do przewidzenia dla wszystkich, który śledzą poczynania Abbey House przez ostatni rok. Napisał już o tym wcześniej vince.nt : " Być może jacyś podstawieni kupcy będą pompować cenę w trakcie licytacji, aby uwiarygodnić działania Cudotwórców i słuszność ich założeń na niezależnej publicznej aukcji. Tylko, że Rempex zdaje się powiązany jest biznesowo z AH poprzez wydawanie Artbiznesu."

  • vince.nt napisał(a) komentarz datowany na 2012/01/27 14:07:09:

    Dziś przy twórcach A.H. A. Szprynger i J.Słomkowskiego na ostatniej aukcji Rempexu zniknęły kwoty sprzedaży

  • tobias77 napisał(a) komentarz datowany na 2012/05/16 01:03:38:

    chłopaki robią zajebista robotę a ci wszyscy frustraci porostu po polsku zazdroszczą i to mega przykre ze w takim kraju żyjemy rozmawiałem z mega mądrymi ludzimi w Londynie i tam to jest normalne a u nas Afryka a jak oni próbują coś zmienić to się frustraci aktywują tyle co oni zrobili nikt do tej pory nie zrobił brawooooooo chłopaki :)))))

  • no.2 napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/07 03:25:58:

    Dziękuję za tekst. W sieci sporo paszkwili na temat AH, ale pozbawionych argumentacji. Ten tekst zawiera opinie i argumenty. To bardzo cenne. Pozdrawiam.

  • maciek.samcik napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/07 09:29:51:

    Dziękuję ;-)

  • odszkodowanie123 napisał(a) komentarz datowany na 2017/08/30 10:05:14:

    Należy zwrócić uwagę, że większość dzieł sztuki oferowanych przez Timeless Gallery można nabyć w innych galeriach, bądź u samego artysty nawet za 10% ceny oferowanej przez Timeless Gallery. Pomagamy odzyskać pieniądze z tej inwestycji, i z powodzeniem nam się to udaje. Jeżeli Zainwestowałeś pieniądze w Timeless Gallery i potrzebujesz pomocy napisz email: kontakt.pomocinvest@gmail.com

  • klienttgg napisał(a) komentarz datowany na 2017/09/04 17:51:06:

    Należy zwrócić uwagę że niejaki Pan Marcin K. reprezentujący kancelarię prawną G. (tutaj pod nazwą odszkodowanie123) z Krakowa bezpodstawnie oczernia firmę TGG i próbuje w ten sposób naciągnąć nieświadomych klientów.
    Panie Marcinie, nie ma bladego pojęcia o modelu działania Grupy TGG.
    Działania takie są wysoce nieetyczne i nieprzystoją profesjonalnym prawnikom.
    Zalecam wystrzegać się takich profesjonalistów.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny