Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

środa, 08 lutego 2012

Restaurator usunął ceny z menu. Płacisz ile uważasz! Zbankrutuje czy wygra?

Czym musi zasłużyć restauracja, by znaleźć się na stronach blogu „Subiektywnie o finansach”? Na pewno czymś wyjątkowym, bo od blogów kulinarnych ten różni się zasadniczo - nie traktuje o parówkach w cieście, ani o jajecznicy na maśle. Czasem ktoś bywa po lekturze jakiegoś wpisu ugotowany, jest tu też sporo jaj, ale na tym koniec kulinarnych ambicji autora blogu. Pisałem co prawda o podwodnej restauracji gdzieś na końcu świata, ale głównie po to, by zachęcić Was do „złego”, czyli do płacenia kartami i zdobywania nagród, za które zapłaci właściciel sklepu spożywczego na rogu. A dziś będzie o pomyśle jednego z warszawskich restauratorów, który wpadł na pomysł ściśle związany z zawartością naszych portfeli. Pomysł ryzykowny, szatański i ekscytujący zarazem.

Otóż właściciel restauracji „Akademia Smaku” ogłosił na początku lutego, że przez cały miesiąc lokal będzie przyjmował gości za „co łaska”. Z karty dań usunięto wszystkie ceny, klient przychodzi, konsumuje, a potem płaci tyle, ile uważa za stosowne. Ciekawy pomysł, przyznacie? Nie słyszałem o takiej akcji ani w Polsce, ani za granicą, choć być może jakieś restauracje w ten nietypowy sposób promowały się przy otwarciu. Miłośnicy blogu na Facebooku piszą, że była taka restauracja w Gdyni, ale odpuściła, bo klienci się frustrowali :-). I była na południu Polski, ale odpuściła, bo frustrował się... urząd skarbowy. I podobno ten model biznesowy zdarza się też w Azji. Akcja warszawskiego restauratora w zamierzeniu nie jest promocją na otwarcie lokalu. Po prostu postanowił się wyróżnić i zobaczyć co się stanie jeśli zrezygnuje z narzucania mieszkańcom cen za swoje usługi. Co więcej: pomysł - jeśli się sprawdzi - nie skończy się z końcem miesiąca, tylko będzie stałą ofertą. I to już byłby ciekawy precedens.

Pomysł zaintrygował mnie na tyle, że poprosiłem o spotkanie z właścicielem restauracji, by ustalić co mu do łba strzeliło, by wierzyć w to, że konsument będzie w stanie właściwie „wycenić” jego pracę. Bo moja pierwsza myśl, jak tylko usłyszałem o tej akcji, to było „gość oszalał, ściągnie setki cwaniaków, którzy pozamawiają wykwintnych dań, a potem zapłacą 10 zł i sobie pójdą”. Druga myśl była taka, że do restauracji chodzą raczej ludzie posiadający elementarną kindersztubę, a takim osobom jest głupio kupić coś za 100 zł i zapłacić 10 zł. Poza tym jeśli „Akademia Smaku” będzie dawała dobrze jeść, to każdy będzie chciał wrócić, zamiast zapłacić za mało i znaleźć się w sytuacji człowieka, na którym spoczywa wzrok kucharza-bazyliszka :-). Więc ryzyko biznesowe jest chyba mniejsze, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Ale jest inny problem. Zanim o tym napiszę, to rzućmy jeszcze okiem na tę „jadłodajnię”. Naprawdę, bardzo zacny, fajnie zrobiony lokal.

Akademia Smaku, Warszawa

Mój problem polega na tym, że nie do końca wiem czy brak cennika jest odpowiednim instrumentem, by przyciągnąć do niej nowych klientów. Ci, którzy już dziś są bywalcami warszawskich restauratorów, zapewne skorzystają. Ale tu chyba gra idzie o coś więcej... Pan Marcin, który wspólnie z dwoma kolegami zarządza „Akademią Smaku”, chce ściągnąć osoby, które w ogóle nie chodzą do restauracji, bo obawiają się, że zapłacą za wysoki rachunek. A jak już wpadną raz na jakiś czas, to starają się wybrać dania możliwie najtańsze i oszczędzać na czym się da (nie zamówią kieliszka wina, tylko wodę). Co ciekawe - jak przekonuje pan Marcin - ci sami delikwenci, idąc do McDonalds'a lub KFC, potrafią wydać kilkadziesiąt złotych na jakieś mega-zestawy z frytkami i uważają, że zaoszczędzili. Według pana Marcina jeśli konsument będzie wiedział, że nie musi trzymać się w knajpie za portfel żeby dobrze i smacznie zjeść - przyjdzie chętniej. Przestanie ścibolić, zje to na co ma ochotę. A nie to, na co wskaże mu cennik z karty dań - czyli najtańszego śledzika i sałatkę.

Tymczasem według mojej oceny Polacy stołują się w domu, a nie „na mieście” nie tylko z powodu wysokich cen w restauracjach, a raczej z powodu braku nawyku jadania na zewnątrz. Rodzinny obiadek raz w miesiącu, uroczysta kolacja przy rocznicy ślubu, zaręczyn, pierwszego seksu :-) to dla części nas z jedyne okoliczności wyganiające do restauracji. I wcale nie dlatego, że nas nie stać na odwiedzanie restauracji lub że wydaje nam się, że nas nie stać. Wiadomo, że nie każdy może sobie pozwolić na wydanie co drugi dzień jakichś 50 zł od osoby na obiad czy kolację zjedzoną „na mieście”, ale stać na to znacznie więcej osób, niż ci, którzy rzeczywiście co kilka dni w jakiejś restauracji zostawiają pieniądze. A jeśli ktoś ma w głowie blokadę i uważa, że wizyta w restauracji to wyrzucanie pieniędzy w błoto i strata czasu (dlatego wybiera McDonalds'a) - to obawiam się, że usunięcie cen z karty dań może nie wystarczyć, by ruszył się z domu. Ale bardzo chciałbym się mylić, bo lubię dobre pomysły i innowacje korzystne dla mojego portfela.

Przetestowałem na własnym żołądku ofertę tej restauracji za „co łaska”. Wpadłem tam w porze obiadowej. Było pustawo, co - jak na restaurację w ścisłym centrum Warszawy, na tyłach Krakowskiego Przedmieścia - nie jest dobrym symptomem. Prześwietliłem kartę dań, nie stwierdzając nic podejrzanego (a więc klientów raczej nie wypłoszyło z tego miejsca menu, które nie straszy, a wręcz przeciwnie: jest ze wszech miar zachęcające). Zamówiłem śledzia holenderskiego ze śmietaną z pieczonym ziemniaczkiem (mniam), rosół z domowym makaronem, marchewką i zieloną pietruszką (mniam, mniam) oraz halibuta w sosie mango z czerwoną soczewicą i roszponką (nie wiem co to jest roszponka, ale cóż - kto nie ryzykuje, ten nie je). A na koniec jeszcze sernik (i powiem Wam, że takiego to ja jeszcze w życiu nie jadłem - rozpływał się w ustach, a nie w dłoni). Do tego wino (oczywiście czerwone, o ile pamiętam: australijskie). Obżarłem się jak smok, po czym poprosiłem o rachunek. Zamiast niego - kartka z prośbą o wycenę oraz druga - z rachunkiem za wino. Bo akcja z jedzeniem za „co łaska” nie obejmuje napojów. Restaurator tłumaczy, że na ceny wina nie ma wpływu, więc musi je wyceniać tradycyjnie.

Próba wycenienia pracy kucharza w „Akademii Smaku” była niezłą zabawą. Jak tu zrobić żeby nie wyjść na skąpca i dusigrosza, ale i nie przeszarżować? Człowiek najedzony staje się mniej czujny, więc ryzyko błędu rośnie. Orzekłem, że przystawka była warta 15 zł, zupa też 15 zł, halibut jakieś 40 zł, a sernik 20 zł. W sumie 90 zł plus cena wina. Dużo? Mało? Wyszedłem na łosia? Nie wiedziałem. Pan Marcin zachował twarz pokerzysty i powiedział, że to jest OK. Czyli wyceniłem restaurację fair. Ale zaraz dodał, że gdybym zapłacił 70 zł, to powiedziałby to samo. Bo tu chodzi o to, żeby klient był dla kucharza partnerem, który zapłaci więcej jeśli mu smakowało i mniej - jeśli nie. Pan Marcin nie chciał zdradzić jakie są wyniki nowego podejścia: czy zarabia więcej, czy mniej niż wtedy, gdy w menu były wpisane konkretne ceny. Ale powiedział, że miał już klientów, którzy przebili „cennik” dwukrotnie. Czyli z własnej wyceny zadowolenia wyszło im, że powinni zapłacić dwa razy tyle, ile zapłaciliby według oficjalnego cennika. Knajpę odwiedziłem w czwartym dniu trwania akcji, więc rachunki „co łaska” zapłaciło do tamtej pory góra kilkadziesiąt osób - za mało, by myśleć o jakichś daleko idących podsumowaniach.

Chęć oszacowania potencjalnych skutków „Bezcennego lutego” (tak nazywa się akcja) dla kieszeni warszawskiego restauratora nie dawała mi spokoju. Bo jeśli zapłaciłem 90 zł i to było zbyt mało, to restaurator pójdzie z torbami i będę go miał na sumieniu. A jeśli to było za dużo - wredzina obłowi się kosztem niczego nie świadomego konsumenta-frajera. Pan Marcin, widząc moje rozterki, patrzył na mnie jakbym miał co najmniej lekkiego świra i wymagał porady lekarza lub farmaceuty :-). Bez większego skutku usiłował mnie przekonać, żebym w ogóle nie myślał o kasie, tylko skupił się na przyjemności konsumowania, bo to wszystko jest obliczone właśnie na zwiększenie mojego zadowolenia. Rzecz w tym, żebym odsunął od siebie kwestię rachunku - i tak zapłacę ile będę chciał i mógł - a skupił się na tym, żeby mi było dobrze. Niestety, tak do końca nie potrafiłem. Po powrocie do domu odwiedziłem stronę internetową restauracji w poszukiwaniu rozwiązania zagadki, która mnie dręczyła. No i okazało się, że właściciele lokalu zapomnieli tak całkiem usunąć cen z internetowego menu! Są one przekreślone, ale wciąż tam są. Chłopaki, mam Was!

Wiecie co ustaliłem? Przed „Bezcennym lutym” mój halibut kosztował 43 zł, śledź holenderski - 26 zł, zupa - 16 zł, a sernik - 19 zł. A więc ”po staremu” zapłaciłbym 104 zł plus wino. Nie doszacowałem zdecydowanie przystawki i minimalnie - dania głównego. Jeśli wyniki mojego prywatnego testu byłyby jakoś-tam reprezentatywne, to właściciele „Akademii Smaku” mimo wszystko chyba nie wyjdą źle na swoim pomyśle. Dochód - nawet jeśli będzie nieco niższy od tego „zgodnego z cennikiem” - nie wysuszy im portfeli, bo marże restauracyjne mimo kryzysu, który nas otacza, wciąż nie są niskie. A dzięki niestandardowemu podejściu do klientów, odwadze i po prostu dobremu jedzeniu mogą liczyć na wzrost obrotów. Pomysł jest na tyle wyjątkowy, że zapewne do „Akademii Smaku” jeszcze wrócę. I pewnie nie ja jeden. W czasach, kiedy każdy chciałby na mnie zarobić jak najwięcej, podejście pana Marcina i jego kolegów potwornie mnie kręci i podnieca. Subiektywnie chciałbym, żeby im się udało.   

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę. 

UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To wciąż jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. W zeszłym roku ukazało się ok. 380 notek, zaś liczba Waszych komentarzy przekroczyła już 10.000. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
środa, 08 lutego 2012 08:07

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • robal_pl napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 10:03:29:

    No... 100 zl za obiad dla JEDNEJ osoby to stanowczo gorna polka. Znaczy DUZO (nie mylic z drogo).
    W sumie nic dziwnego, ze w lokalu bylo pusto... Przy takich cenach, jakie zapamietali klienci z poprzednich "razow" to nie zaskakuje ich niechec do przychodzenia ponownie lub polecania restauracji innym.
    Aczkolwiek pomysl jest fajny i bardzo zblizony do tego co robia niektore zespoly muzyczne ( ale autorzy np. ksiazek rowniez) oferujacy swoja tworczosc bez cennika w Internecie i zarabiajacy co laska. I co najciekawsze zarabiaja i to niemalo !

  • g.r.a.f.z.e.r.o napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 11:04:13:

    Robal - ale autorzy mają ZEROWE(albo pomijalne) koszty związane z każdym następnym klientem.
    W przypadku restauracji tak nie jest. Bo co prawda stałe koszty stanowią istotny element finalnej ceny produktu, to jednak surowce i praca kucharza musi być poswięcona każdej potrawie każdego klienta.

  • klosinska4 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 11:06:48:

    Lubisz sobie pojesc, albo sciemniasz robiac im super reklame...;)
    Cedny nie sa przesadzone - ryba to na pewno min. 30-40zl, skoro w ssklepie potrafi kosztowac 20zl ;p

  • kadykianus napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 11:10:48:

    A ja myślę, że to pomysł ryzykowny także dla klienta.
    Zdałem sobie sprawę, że nie umiejąc poprawnie wycenić dania dawałbym za dużo zamiast za mało. Obawa, że wyjdę na śmieciarza i chama płacąc za mało jest zbyt duża :)
    Bardzo ładny lokal.

  • urmiasz napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 11:18:50:

    A czy dostał Pan rachunek? I czy był zgodny z Pańską wyceną?

  • kuglarz napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 12:07:55:

    W Pradze jest taka mała knajpka (obskurna ale z klimatem), która działa na tym samym modelu biznesowym, Nazywa się Big Lebowski www.biglebowski.cz/index.php

  • madmaxs napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 12:19:34:

    nie zapomniajcie ze to warszawa

  • dkm1 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 13:19:11:

    pomysł niesamowity, aczkolwiek największy problem to mentalność :) ciekawie zostało to pokazane w artykule. Bardzo liczę na to że im się uda i zdołają przebić się do świadomości że tu chodzi o smak nie zaś kasę (w sensie kolejności). Trzymam kciuki, tym bardziej że podobną akcję widziałem w salonie fryzjerskim

  • sw.stefan napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 13:39:44:

    w pewnej knajpie we Lwowie trzeba się targować,co za masakra,to jest dopiero masaakra

  • lukas20000 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 13:43:18:

    To szkoda, że autor sie tak nie orientuje. Pomysł zmałpowany z restauracji Londynu, z przed 3 lat. Oto link:

    www.se.pl/wydarzenia/ciekawostki/bezcenne-jedzenie-w-czasach-kryzysu_88683.html

  • kq-s napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 13:48:33:

    Ja wczoraj byłem w MC i za 50zł mieliśmy (4 osoby) 4x McZestaw Powiększony, więc jak ten pan sądzi i oczekuję na klientele z MC to się grubo myli. U niego w tej restauracji to na 4 osoby nie kupimy nawet zupy nie mówiąc już o przystawkach.

    Poza tym w MC mi to smakuje więc nie chodzi tylko o kasę !

  • hlynurbjorn2 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 15:01:25:

    "Knajpę odwiedziłem w czwartym dniu trwania akcji Bezcenny luty, więc rachunki co łaska zapłaciło do tej pory góra kilkadziesiąt osób."

    Jeśli to można traktować w ramach sukcesu to smutne...

    Przy realnych zarobkach w wysokości 1500-2000zł wiele knajp (w których obiad na 2 osoby kosztuje 200zł) upadnie.

  • ganbaja napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 15:40:32:

    Ja jednak obstaję przy tym, że w Polsce ludzie nie stołują się w restauracjach, ponieważ ich na to nie stać. 100 zł za obiad dla jednej osoby to spora przesada. Ile zatem wydałaby 4 osobowa rodzina? Czy przy dochodach niższych dwukrotnie niż w Grecji, stać nas na to?

  • tim.666 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 16:54:30:

    A ja taką reataurację spotkałem - we Włoszech w miejscowości Matera (tam, gdzie kręcono Pasję). Mała, rodzinna restauracja, bardzo lokalne i pyszne dania. Polecam.

  • znajomy_jennifer_lopez napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 17:07:26:

    Ciekawe kiedy zlecą sie żule z Centralnego - i jak wtedy traktuje gości restaurator: może już na "dzień dobry" wyprasza klienta.
    Ja bowiem, w przeciwieństwie do Autora jak i może restauratora - wyobrażam sobie chmary amatorów darmowych zupek. I taki człowiek tez wyjdzie z poczuciem uczciwości: skoro w barze mlecznym za zupe zapłaciłem 4zł a tutaj dałem 5 więc jest OK. Więcej nie przyjdzie i tak. Promocja niezwykła ale niezwykle ciekawe choc tragiczne moga być efekty gdy o knajpie dowiedzą się żebracy. A może i dobrze, przynajmniej się najedzą...

  • observator_nathan napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 17:20:35:

    Pięć lat temu byłem w Berlinie w restauracji opartej na identycznym pomyśle, tyle że menu było dosyć ograniczone (jeżeli dobrze pamiętam: 3 przystawki, 3 dania główne i 3 desery) i szczerze mówiąc, dosyć średniej jakości. I kilka win stojących na ladzie, do dolewania we własnym zakresie. Aha, i 1 eur/os "wpisowego".

  • mokos99 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 18:26:01:

    Oby tylko: urząd skarbowy nie próbował dla zasady udupić faceta oraz żeby facet nie próbował kręcić US. Poza tym pomysł bdb - na podobnej zasadzie działaja restauracje, a raczej nazwijmy je bary "jedz ile chcesz za tą samą cene" np. 15-30zł + napoje.

    Za to niektóre kluby które kasują za wejście 50-100zł potrafią dawać "promocje" pijesz ile chcesz...

  • rabbinhood napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 19:33:17:

    jak na przeciętnego Polaka 90pln to dużo. Mnie na to nie stać. Kiedyś byłem w Oslo i odwiedziłem knajpkę Wietnamczyków w podziemiu, za ustaloną kwotę można było jeść ile się poradzi, ale nie wolno wynosić. Tworzy to równanie z jedną niewiadomą, bo cena jest ustalona, ale ilość nieokreślona. Z knajpą bez cen jest podobnie, bo ilość określona, ale cena niewiadoma. Urząd skarbowy musi mieć łebskiego rzeczoznawcę aby wyszacował jaki rachunek, chyba że w ramach rewanżu też pozwolić restauratorowi aby sam się określił;-) Ja na ich miejscu wprowadziłbym ruletkę kulinarną, stawiają np 30pln i losują, jak wygrają szpinak, którego nie lubią, to obstawiają drugi raz podbijając stawkę, a potem jedzą co wygrali. Raz wyjdzie drożej raz taniej.

  • pawels80 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 20:35:59:

    z tymi restauracjami, to jest teraz jak z apartamentami (czyli zwyklymi mieszkaniami w bloku). restauracja, to lokal gastronomiczny o wysokim standardzie, w ktorym lokal i obsluga tworza nastroj. to co widzimy na obrazku, to powiedzialbym zwykla jadlodalnia rodem z ikeii, a nie jakas restauracja.
    mialem okazje ostatnio byc w kilku tzw. wloskich restauracjach na terenie krakowa (poza kosmicznie drogim centrum), gdzie zjadlem pieczywko z oliwa na wstepie, potem jakas zupke i na final makaronik carbonara zostawiajac za taki zestaw ~100pln. w kazdym lokalu obslugiwalo mnie od 2 do 3 kelnerow na zasadzie wez z kuchni i podaj klientowi, wiec o zadnej kreacji relacji klient-kelener mozna zapomniec, ot taki lepszy fast-food. w kazdym lokalu forma dania przewyzszala zawartosc talerza i po calosci wychodzilem taki srednio najedzony (wiecej sie czeka, niz faktycznie konsumuje). osobiscie za te 100pln jestem w stanie ugotowac w domu to samo dla 3-osobowej rodziny i jeszcze sobie zorganizowac nastroj z zona przy winie :)
    dlatego omijam tzw. restaruacje bardzo szerokim lukiem, a jak juz musze cos zjesc na miescie, to raczej wstepuje do barow typu "polskie jadlo" gdzie place X pln/kg i za 20pln mam pelny talerz tego co chce ze szklaneczka kompotu w 3 minuty.

  • roman_j napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 20:48:28:

    Szkoda, że nie mieszkam w Warszawie, bo wybrałbym się do tego lokalu. Za taki obiad, jak autor, dałbym maksymalnie 50 zł. Niezależnie od tego, jak by mi smakował, bo te gadki o smaku mają za zadanie sprawić, żeby klient głębiej sięgnął do portfela. Zapłaciłbym 50 zł nawet mając świadomość, że normalnie zapłaciłbym dwa razy tyle. I w przeciwieństwie do niektórych nie czułbym się jak "cham", czy "szmaciarz". Skoro ktoś pozwolił by mi płacić tyle, ile uważam, to dlaczego miałbym nie wykorzystać okazji, żeby zjeść dużo taniej niż zwykle? Skoro ten człowiek podjął ryzyko takiego sposobu prowadzenia swojego interesu, to dlaczego ja miałbym czuć się w obowiązku go asekurować? Jeśli zbankrutuje, to trudno. Ktoś inny zajmie jego miejsce. :)

  • dkm1 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 22:51:41:

    hola,hola fajnie że pojawia się coś nowego. Jeżeli stawiacie Mc jako porównanie to lekka przesada. Czy jest to knajpka ciekawa, jest, czy wygląda jak ikea, po trosze. Liczy się pomysł. Chciałbym zauważyć, że tego typu promocje są świetnym polem do badania dla socjologa - czy żule przyjdą? może przyciągnie średnią klasę? może wykorzystają? może zaczną chodzić w marcu częściej? Jeżeli czujecie, że to nie dla Was to odpuście sobie i tyle, idźcie do Mc, KFC etc. Ważne jest to, iż możesz wydać 92 pln albo 1 pln - to Twój wybór!

  • bluff napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 23:06:33:

    w Melbourne takie restauracje istnieja od kilkunastu lat,zaczynala jedna,wegetarianska w centrum,teraz jest ich wiecej,wystarczy wpisac w wyszukiwarke np."melbourne restaurant pay what you think".W wawie bym nie ryzykowal:))

  • cziken20 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 23:20:57:

    A ja jadam w Poznaniu w Bar-a-Boo gdzie mają pyszną pizzę i makarony. Za pełny obiad z zupą, przystawką, daniem głównym i deserem płacę 30 zł. Smak wyborny a cena "normalna". Jak widać da się prowadzić restaurację w normalnych cenachm

  • marter7 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/08 23:58:59:

    Ech - a skąd u autora taki strach przed zapłaceniem za dużo/mało, skoro płaci dokładnie tyle, ile według niego jest warte?

    A swoją drogą - spędziłem jakiś czas w centralnej Azji, gdzie każdy zakup związany był z targowaniem się (także obiad w restauracji) i bardzo mi się to podobało, jako ekonomia w skali mikro - w końcu cena wyznacza poziom równowagi między popytem a podażą - gdzie "podażą" był sprzedawca, a "popytem" - ja. Ale spotkałem tam wielu Europejczyków sfrustrowanych tym, że może zapłacili komuś za dużo,,,

  • astoria48 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/09 02:42:53:

    Do pawels80.
    Masz racje.Jak chcesz sie duzo najesc najlepiej gotuj sam w domu.Kup duzo ziemniakow,miesa i troche zieleniny.Bedziesz bardzo zadowolony,duzo i tanio.
    Kiedy widze napis w stylu "domowe obiady","polskie jadlo" miejsca te omijam z daleka.
    W cywilizowanych krajach sa restauracje,gdzie placi sie jedna kwote i mozna jesc do woli.Cena jest zroznicowana w zaleznosci od pory dnia.
    W Kanadzie jest to np chnska restauracja MANDARIN.Lunch kosztuje chyba 20$ , dinner 25$.Bardzo duzy wybor dan z baru,miesa,ryby,warzywa,zupy.I rozne chinske przysmaki.Ciasta i owoce tez.Za napoje oprocz wody trzeba placic.
    Pozdrawiam.

  • hawaii18 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/09 11:44:11:

    W Australii jest taka mała knajpka nad oceanem-bez cennika(na stałe).

  • brianjones napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/09 12:56:34:

    Witam,
    Gordon Ramsay w trakcie krecenia programu "The F word" zrobil cos podobnego- oczywiscie pomijajac fakt, ze decyzja klientow byla wynikiem jury. Zakaska, danie glowne deser, z tego co pamietam odpowiednio 7, 15 i 5 funtow, placisz tylko za to co ci smakowalo. Tak tez mozna i tez moim zdaniem zdaje to egzamin. Inna sprawa, ze klienci mieli wtedy "set menu", gdzie zakaska, danie glowne i deser byly dla wszystkich takie same.
    Co do samej restauracji, pomysl swietny, moim zdaniem gdyby cos takiego by zrobily restauracje w stylu Tamka 43 w Warszawie lub Ancora w Krakowie to jestem pewien, ze ludzie by wyszli, bo to sa restauracje znanych i uznanysz szefow kuchni, ktorzy wiedza na czym gotowanie polega, jak to sie robi i robia to w sposob nieprzecietny. Moim zdaniem gdyby w lutym i marcu w zadnej restauracji w polsce nie bylo cen, i kazdy wycenial by danie wg tego jak mu smakuje etc, udalo by sie oczyscic polski rynek gastronomiczny z "restauracji" i "szefow kuchni" wmawiajacych gosciom, ze Michelin to banda skorumpowanych snobow, a marco Pierre White w polsce nie dostal by sie nawet do Przewodnika.
    Reasumujac, pomysl swietny, szkoda ze mnie tam nie ma.

  • puzzle2004 napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/09 13:21:39:

    nie wiem, czasy sa ciezkie, rynek trudny (duzo knajp), wiec kazdy ruch jest dobry
    w skrocie dziele jakby ceny dla siebie do przyjecia w zaleznosci od rodzaju posilku:
    - obiad w robocie - ok 20 zl/os;
    - obiad typu pizza+piwo - ok 50 zl/os;
    - raczej kolacja = przystawka, glowne, deser, wino - ok 70 zl/os;
    wiec taka zaplata bylaby ode mnie w tym lokalu; mysle ze bylaby uczciwa, poza tym napoje nie sa platne wg uznania, wiec i tak jakos wyjda na swoje
    patrze na to troche jako eksperyment psychologiczny - juz gdzies czytalem, ze jak nie wiemy, ile zarzadac, to trzeba zapytac, ile wyniesie uczciwa cena
    ludzi czuja sie zobowiazani i raczej prze- niz niedoplaca
    trzymam kciuki

  • public_enemy napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/09 14:49:52:

    moim zdaniem niejadanie w Polsce to kombinacja zarobków i braku zwyczajów jedzenia "na mieście". Raz że przez długi czas nie było gdzie jeść za bardzo, zresztą "robotę" kończyło się o 14 lub 15 więc był czas żeby zjeść w domu i nie mamy wytworzonej kultury jedzenia poza domem. Teraz tak naprawdę na dobre jedzenie stać ludzi dobrze zarabiających, bo jest gros "restauracji" w przystępnych cenach ale trafienie na przyzwoitą to gra w ruletkę.
    Na zachodzie zwykłego robotnika stać na to żeby wyjść do pubu i złapać tam jakiś obiad na kolację przynajmniej raz w tygodniu, ale to się zmienia wraz z kryzysem bo tam brak ludzi w knajpach to rzeczywiście skutek bezrobocia i niższych zarobków.
    Mnie osobiście w polskich restauracjach brakuje tzw. set menu czyli zestawów w atrakcyjnej cenie. No i jakichś wąskich specjalizacji, większość ma tak długie menu że od razu wiadomo że danie na talerzu przebyło drogę z zamrażarki, przez mikrofalę do mojego żołądka.
    p.s. tym którym smakuję w mcd, zaznaczam że jak się zmieli papier, doda aromaty i poprawiacze smaku to też będzie smakować. Spróbujcie zrobić dobre hamburgery w domu albo restauracji która robi je na miejscu to się okaże czy warto dalej jeść mc zestawy. Już wolę nowy fastfood Gessler, przynajmniej świeże wszystko a ceny jak w mcd czy innych "amerykanach.

  • bopin napisał(a) komentarz datowany na 2012/02/24 13:33:20:

    90 zł za obiad dla jednej osoby, Łooo matko, toć za te pieniadze moja rodzina je dwa dni obiady.

  • aard napisał(a) komentarz datowany na 2013/07/30 08:20:03:

    Dopiero teraz trafiłem na ten wpis. Warto by było jakoś podsumować "po latach", panie Maćku. Ja się pokuszę tylko o obserwację, że na stronie internetowej restauracji znów są ceny potraw. Od jak dawna? Nie wiem, ale akcja najwyraźniej jednak nie wypaliła ;)
    Może Pan zdołałby się dowiedzieć, jak pan Marcin wyszedł na swoim pomyśle? Aż fatalnie czy tylko słabo?

    PS. Przyznam, że w życiu nie dałbym za Pański obiad 100 zł. Po namyśle dałbym 60. No, ale ja nie przywykłem do Warszawskich cen ;)

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line