Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

poniedziałek, 07 maja 2012

Zobacz najdrożej wylicytowany obraz w historii. W Polsce też da się zarobić?

Edward Munch, KrzykW czasie, gdy spora część Polaków byczyła się podczas oficjalnie już chyba Najdłuższego Weekendu Nowoczesnej Europy (nota bene: gdyby nie Konstytucja 3 Maja, to mielibyśmy figę, a nie długi weekend, więc wara od polityków :-)), zaś pozostali patrzyli na to z zazdrością, ktoś zarobił górę kasy. W domu aukcyjnym Sotheby's na licytacji w Nowym Jorku padł bowiem 2 maja rekord świata. Obraz norweskiego artysty Edwarda Muncha z 1895 r. osiągnął cenę 119,9 mln dolarów przy wywoławczej 80 mln "zielonych". Wystarczył kwadransik, by ten, kto wystawił obraz - a był nim ponoć biznesmen Petter Olsen, przyjaciel Muncha - wzbogacił się o 40 mln pachnących zielenią dolarów.

Nie wiem jak wy, ale ja chciałbym przeżyć kiedyś taki emocjonujący kwadransik, po którym udałbym się do kasy. Munch stał się ponoć najdroższym artystą wylicytowanym na aukcji, bo przebił 106,5 mln dolarów, które dwa lata temu osiągnął obraz Pabla  Picassa o budzącej żądze nazwie „Akt, zielone liście i popiersie” - rzecz działa się na licytacji w domu aukcyjnym Christie's. Ale podobno najdroższym malarzem wszech czasów wciąż jest Jackson Pollock, którego obraz „No.5” z 1948 r. - sęk w tym, że poza aukcją - zmienił właściciela za 140 mln dolarów. Ale i tak mamy gwarancję, że po rekordowej aukcji w Londynie reprodukcje „Krzyku” (przedstawiającego postać na moście) będą się świetnie sprzedawały na pocztówkach, koszulkach i kubkach. Schowa się nawet Mona Lisa. Tylko co na to Papa Dance?

A prawdziwy obraz podobno znalazł się w rękach szejka z Dubaju - inna wersja mówi, że kupił je nabywca z Pekinu. Biorąc pod uwagę, że Chińczycy ostatnio kupują obrazy na potęgę, nie jest to niemożliwe (w końcu to Chińczyk Zhang Daqian w zeszłym roku był najbardziej  kasowym malarzem na światowych aukcjach, przynosząc właścicielom jego obrazów, zapewne głównie Azjatom, 507 mln dolarów zysku, wyprzedzając Warhola i Picassa). Ten, kto w swoim pałacu w Pekinie powiesi sobie "Krzyk" Muncha na ścianie, będzie mógł na co dzień podziwiać naocznie to, co powiedział Munch, a ja wyczytałem w Newsweeku: "nagle niebo wypełniła krwista czerwień - zatrzymałem się, czując wyczerpanie i oparłem się na barierce - nad czarno-błękitnym fiordem było widać krew oraz języki ognia; - moi przyjaciele szli dalej, a ja stałem tam i trząsłem się z wrażenia - poczułem nieskończony krzyk przepływający przez naturę".

Roman OpałkaUwznioślony tak chciałem przejść do biznesu i zobaczyć czy u mnie w domu  na ścianie nie wisi żadne dzieło sztuki, które mógłbym wystawić na aukcji. Bo słyszałem na mieście, że i polscy malarze potrafią dać nieźle zarobić. W zeszłym roku "Taniec z szablami" Henryka Siemiradzkiego poszedł za 1,8 mln dolarów w Sotheby's. Wśród artystów współczesnych rządzi ponoć Roman Opałka, zmarły w zeszłym roku w wieku 80 lat artysta (na zdjęciu nieco powyżej), którego tryptyk z cyklu "Obrazy liczone: Opałka 1965/1-∞” nie tak dawno, bo w 2010 r. został w Londynie sprzedane za 816.000 funtów szterlingów, czyli jakieś  1,3 mln dolarów (licząc przy dzisiejszych relacjach kursowych - czyli nieco ponad 3 mln złotych polskich).

No dobra, zejdźmy na ziemię. Obraz Marii Jaremy z 1957 r. (pod tytułem „Postacie, kompozycja III”). w 1997 r. został sprzedany za 4500 zł, a w 2005 r. zmienił właściciela już po cenie 270.000 zł. Jedynym obrazem, który ma podobny potencjał, a znajduje się w mojej kolekcji, jest kompozycja Jakuba Samcika, którą osobiście już dziś wyceniam na jakieś 30.000 zł. Czy dostrzegacie w niej zapędy konceptualistyczne? Bo ja tak. :-)

Jakub Samcik, Kompozycja

Niestety, póki co możliwości zarabiania na sztuce są w Polsce zarezerwowane dla koneserów pokroju Wojciecha Fibaka. Pewnie pamiętacie, że jakiś czas temu sprawdzałem ofertę bodaj jedynej firmy w kraju, która oferuje usługi typu art banking dla przeciętnego zjadacza bułek. Było tam wszystko. Była "Art Lokata", czyli bezpośrednia inwestycja w obraz, oferująca 9,5% zysku w skali roku z opcją zatrzymania i powieszenia sobie na ścianie płótna, które zyskałoby na wartości. Był i fundusz inwestycyjny Abbey Art Fund, który inwestuje w akcje światowych domów aukcyjnych (z progiem wejścia ok. 200.000 zł). Były wreszcie akcje spółki DAAH, która ma w magazynach pakiet obrazów - przy odrobinie szczęścia - mogących stać się kiedyś przepustką do świata milionerów...Ten rodzynek, który zwie się Abbey House, niespecjalnie mnie przekonał. W każdym razie nie do tego stopnia, bym mógł z czystym sumieniem polecić jego usługi czytelnikom blogu.

Bo i artyści, których obrazy oferuje Abbey House, byli do niedawna mało znani (żaden z nich przed podjęciem współpracy na wyłączność z Abbey House nie osiągał na aukcjach wzmożonego zainteresowania publiczności), i ceny oferowane przez spółkę za ich obrazy - od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych za każde płótno - wydawały się wzięte z palca. Bo jeśli wartością odniesienia są wyceny z wewnętrznych aukcji, organizowanych przez tę samą firmę, która sprzedaje obrazy jako pośrednik, a jednocześnie owa firma ma płótna "swoich" malarzy i zalicza je do portfela inwestycji własnych... Cóż, przy takim modelu biznesu wiadomo, że firma ta może być zainteresowana szybkim, spekulacyjnym podbijaniem cen. Nawet jeśli w rzeczywistości nie pompuje bąbli, to niejednemu potencjalnemu nabywcy obrazów zaświeci się w głowie ostrzegawcza lampka. Połączenie funkcji domu aukcyjnego (pośrednika między kupującym, a sprzedającym), galerii sztuki (kreatora wartości obrazów), funduszu inwestycyjnego oraz spółki giełdowej zarabiającej m.in. na sprzedawaniu obrazów to potencjalna mieszanka wybuchowa.

Czytaj też: Najdroższa polska moneta w historii okazją inwestycyjną?

Szefowie Abbey House dość długo zdawali się nie dostrzegać tego niebezpieczeństwa i publiczną krytykę swojego modelu biznesowego utożsamiali atakiem środowiska klasycznych domów aukcyjnych, obawiających się utraty wpływów. Jednak na poprzednią publikację w moim blogu zareagowali bardzo dojrzale -  a chyba nietrudno było dostrzec, że ze środowiskiem krytyków i marszandów sztuki nie mam wiele wspólnego - przedstawili pakiet pomysłów, które mają zwiększyć zaufanie inwestorów do firmy.  Bardzo mnie to cieszy, bo nie ma nic gorszego, niż obrazić się na krytycznego dziennikarza, a już kompletnym dramatem jest ciągać się z nim po sądach. Wtedy wszyscy wiedzą, że firma nie chce nikogo przekonać, tylko próbuje zastraszyć swoich krytyków. Abbey House podjął dyskusję i wykonał pierwsze kroki, by poprawić swoją wiarygodność. A jakie? W mojej opinii jeszcze niewystarczające, lecz i tak godne pochwały. Chętnie posłucham Waszych komentarzy w tej kwestii.

Po pierwsze "Art Lokata" (więcej na jej temat przeczytacie w poprzednim wpisie o Abbey House) została wzbogacona o opcję zabezpieczenia finansowego - Abbey House przelewa do banku pieniądze równe wartości sprzedawanego klientowi obrazu, by zabezpieczyć jego potencjalne roszczenia (by po zakończeniu "Art Lokaty" nie został na lodzie z nic niewartym obrazem). Niezły pomysł, choć też nie zapewnia jeszcze 100% bezpieczeństwa, bo nie mówimy tutaj o klasycznym rachunku powierniczym, lecz o koncie w  banku, którego właścicielem i zarządcą pozostaje Abbey House. Namawiam szefów firmy, by poszli krok dalej i zagwarantowali swoją wiarygodność w oczach klientów, składając pieniądze zabezpieczające ewentualną transakcję, na koncie powierniczym. Wtedy "Art Lokata" uzyska bezpieczeństwo porównywalne wręcz z depozytem bankowym i stanie się sensownym wehikułem do inwestowania nawet małych pieniędzy w rynek sztuki. Niekoniecznie aktu, choć jest to mój ulubiony gatunek sztuki :-)

Po drugie zaś - i jeszcze istotniejsze - Paweł Makowski, jeden z głównodowodzących Abbey House, obiecał mi, że firma będzie wprowadzała coraz więcej obrazów swoich twórców do zewnętrznych domów aukcyjnych. I podał przykłady pierwszych aukcji, które były organizowane poza Abbey House. Obraz Jakuba Słomkowskiego "Huta" poszedł 25 stycznia po 13.000 zł (przy cenie wywoławczej 11.000 zł), zaś płótno Anny Szprynger "Kompozycja" miesiąc później sprzedało się za 17.000 zł przy cenie wywoławczej 2000 zł. Szkoda, że w eksperymencie bierze udział tylko dom aukcyjny Rempex. Ale jesienią tego roku mają być przeprowadzone pierwsze aukcje obrazów artystów Abbey House za granicą. I to byłby spory krok w dobrym kierunku. Bo o ile pojedyncze aukcje można próbować "ustawiać" poprzez oferty składane przez zaprzyjaźnionych inwestorów, to jeśli dzieła artystów firmy znajdą się w międzynarodowym obiegu, to prędzej czy później uzyskają niezależną wycenę i również niezależne recenzje.

A wtedy wszyscy się przekonamy czy artyści Abbey House to rzeczywiście talenty pierwszej wody, czy też - jak piszą niektórzy eksperci - malarze typu no-name. I że ceny za ich prace nie wynikają wyłącznie z widzi-mi-się szefów Abbey House, lecz z realnego zainteresowania osób inwestujących w sztukę. Zniknie więc podstawowy zarzut, który stawia się firmie: pompowania cen w celu uzyskania bieżących zysków. Bo z faktu, że firma podpisała umowy na wyłączność z artystami mniej lub bardziej znanymi i próbuje na wszelkie sposoby kreować ich wartość, zarzutu Abbey House stawiać nie zamierzam. Rynek sztuki od zawsze podlegał modom i to, że wartość jakiegoś artysty rośnie niekoniecznie wynika z tego, że doceniono jego malarstwo - często po prostu ktoś zadbał o dobry marketing. Dlaczego dwaj najlepiej zarabiający w zeszłym roku malarze pochodzą z Chin? Bo tam właśnie jest moda na malarstwo. Inna sprawa, że takie mody przemijają. Nie wiadomo czy za kilka lat dzisiejsi nabywcy prac chińskich malarzy będą mogli sprzedać je na aukcji po cenach, które osiąga Munch. To, że dziś Paweł Makowski i jego wspólnicy zrobią marketingowy szum i wypromują na świecie obrazy jednego czy drugiego polskiego artysty współczesnego niestety nie oznacza, że nabywcy tych obrazów za 50 lat będą milionerami.

Czytaj też: Jeszcze jeden rekord aukcyjny. Tym razem... Rothko

Pewne jak w banku jest tylko to, że milionerami będą twórcy Abbey House, zarabiający na wzroście cen akcji swojej firmy i prowizjach za pośrednictwo w handlu obrazami. Ale nie zmienia to faktu, że w samym promowaniu polskiej sztuki i kreowaniu mody nic złego nie ma - o ile oczywiście wszystko odbywa się na zasadach rynkowych, a nie poprzez manipulowanie cenami i wyobraźnią kupujących. W kierunku takiego właśnie rynkowego podejścia zdaje się zmierzać Abbey House. Będę się temu życzliwie przyglądał, bo w Polsce brakuje uczciwych firm, które mogłyby zająć się art bankingiem. Pisał o tym ostatnio w jednym z raportów Deloitte.– z jego badań wynika, że 50% wszystkich nabywców dzieł sztuki na świecie traktuje je przede wszystkim jako dobrą lokatę kapitału, a niemal 80% banków zamierza korzystać z zewnętrznych doradców w oferowaniu usług art bankingu. Poniżej obraz Anny Szprynger, jednej z podopiecznych Abbey House. Ładne?.

Anna Szprynger

"W latach 2003-2008 inwestycje w dzieła sztuki dawały o wiele wyższą stopę zwrotu niż lokaty w akcje. Gwałtowne załamanie nastąpiło  w 2009 r., ale kolejny rok przyniósł już wzrosty, które utrzymały się także w 2011 r. W tym roku wartość światowego rynku dzieł sztuki osiągnęła sumę 60 mld dolarów (...) Rynek inwestycji w działa sztuki nie jest jeszcze dojrzały. Z analizy przeprowadzonej przez nas wynika, że tylko 56% banków posiada w swojej ofercie usługi związane z rynkiem sztuki, przez okres dłuższy niż trzy lata. A 25% ankietowanych instytucji dołączyło je do swojego portfolio dopiero w ostatnim roku. (...) Największą przeszkodą jest jednak problem z właściwą wyceną sztuki, 61% ekspertów bankowych podkreśla brak przejrzystych zasad regulujących zasady działania tego rynku. (...)" - pisze Deloitte.

I dodaje: "Rosnące zainteresowanie inwestycjami w dzieła sztuki zaowocowało również powstaniem specjalistycznych funduszy inwestycyjnych. Na razie rynek ten określany jest jako niszowy, a wartość zarządzanych aktywów sięga zaledwie 960 mln dolarów. Jednak w latach niepewności gospodarczej inwestorzy coraz częściej postrzegają dzieła sztuki (obok wina, srebra i złota) jako dobrą lokatę kapitału. (...) Obecnie jedynie 11% prywatnych banków oferuje klientom usługi w zakresie doradztwa funduszy inwestycyjnych specjalizujących się w rynku sztuki. Jednakże niemal 40% banków, które nie posiadają jeszcze tego typu doradztwa, zamierza włączyć je do swojej oferty w ciągu najbliższych 2-3 lat". To kolejny dowód, że na rynku sztuki warto być, zarówno z małymi, jak i z dużymi pieniędzmi.

DAAH - wykres kursuTym większe znaczenie ma batalia o zaufanie inwestorów, którą prowadzi właśnie Abbey House. Firma powinna jednak działać w tym kierunku szybciej i odważniej, bo na razie tej batalii jeszcze nie wygrywa. Choć wspomniany wyżej fundusz Abbey Art Fund, który w pierwszej subskrypcji zebrał latem 2011 r. raptem 4 mln zł, w dwóch kolejnych, przeprowadzonych jesienią i zimą zeszłego roku - zgarnął już kolejne 5,5 mln zł (ponoć w swojej ofercie ma ten fundusz bankowość prywatna Alior Bank i Friedrich Wilhelm Raiffeisen). Po trzech kwartałach działalności fundusz dał inwestorom 9,61% zysku (dane z marca 2012), choć niestety nie wiemy czy i w jakim stopniu wycena jest "napompowana"  wartością obrazów, które firma ma w magazynach (można je wyceniać ostrożnie lub... mniej ostrożnie). A notowania DAAH na rynku New Connect? Cóż, nie budzą już takich emocji jak kiedyś. Jeszcze latem zeszłego roku kurs sięgał 20 zł, dziś nie przekracza 11 zł (patrz wykres powyżej). Firma nawet nie chwali się ostatnio na swojej stronie wynikami finansowymi. Wychodzi na to, iż inwestorzy giełdowi, podobnie jak ja, czekają aż aktywa firmy - czyli m.in. 1700 obrazów zdeponowanych w magazynach - uzyska wycenę zweryfikowaną przez rynek. Trzymam kciuki, by chłopakom z Abbey House się to udało. Bo jeśli się uda, za cenę wartej dziś 11 zł jednej akcji będzie można kupić realny kawałek rynku sztuki w Polsce.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

Jak pomnażać oszczędnościNOWY PORADNIK AUTORA BLOGU! W nowej książce pt. "Jak pomnażać oszczędności" podsuwam pomysły na to jak zabrać się do oszczędzania i inwestowania nawet nie mając w tej mierze żadnego doświadczenia. Książkę możecie kupić w sieci salonów Empik, dobrych księgarniach na stronie www.samosedno.com.pl oraz w sklepach internetowych www.empik.pl oraz www.merlin.pl. Jeśli odpowiada Wam lekkie podejście do finansów, które prezentuję również na stronach niniejszego blogu, to zapraszam do lektury. Tak napisał o książce ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”Autor, od lat piszący w ”Gazecie Wyborczej” o giełdzie, funduszach i bankach, wie jak rozprawiać o finansach w sposób zachęcający i zrozumiały. (...). Uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Wiarygodne źródło wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Klaudyna Gąsior, autorka blogu o książkach: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami. Pozwala sobie czasem na luźniejszą, bardziej przyjazną formę. Szary obywatel sporo wyniesie z takiej lektury, nie będzie czuł się przytłoczony fachową terminologią, a jednocześnie jego wiedza naprawdę się wzbogaci".

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
poniedziałek, 07 maja 2012 09:13

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • czaknorris58 napisał(a) komentarz datowany na 2012/05/07 15:17:36:

    ... dał się Pan jednak podejść... a rynek aukcyjny NIE
    www.artinfo.pl/?pid=catalogs&sp=auction&id=1649&id2=278333&lng=1
    www.artinfo.pl/?pid=catalogs&sp=auction&id=1580&id2=257439&lng=1
    www.artinfo.pl/?pid=catalogs&sp=auction&id=1611&id2=278637&lng=1

  • rtpm napisał(a) komentarz datowany na 2012/05/07 17:37:46:

    Witam,

    Chciałbym się podzielić pewnymi przejściami dotyczącymi usługi 3D Secure w banku bzwbk.

    Aktywowałem kiedyś tą usługę i postanowiłem z niej zrezygnować. Jako posiadacz konta Wydajesz & Zarabiasz, bank pobiera opłatę za każdego SMSa, który przychodzi w trakcie dokonywania tejże autoryzacji.

    Jak to w bzwbk, najpierw zadzwoniłem na infolinię bzwbk, gdzie zamawia się np. kredyt ratio albo dowiaduje innych rzeczy o kartach. Pani z infolinii poinformowała, że rezygnacja z 3D Secure może nastąpić tylko w oddziale.

    Udałem się więc do oddziału. Tam poinformowano mnie, że deaktywacji 3D Secure dokonuje się tylko przez telefon. Wymusiłem ostrym głosem, żeby Pani z okienka przy mnie zadzwoniła na infolinię. W czasie rozmowy rzeczywiście przyznała, że deaktywują, ale zakładka, gdzie się deaktywuje jest jakby .. nieaktywna. Poprosiła więc o napisanie reklamacji. Tak też zrobiłem, kartka A4 w ruch i prośba o deaktywację, z podaniem nru karty oraz wyraźną prośbą wyłączenia usługi.

    Oddzwoniła do mnie po kilku dniach z informacją, że nie może deaktywować tej usługi, gdyż jest ona nieaktywna w moim przypadku. Powiedziałem jej, że jest na pewno aktywna, bo przecież przy każdej płatności muszę wklepać swój internetowy nr. klienta w banku (NIK), a później kod z SMSa.

    Powiedziała, żeby przyjść jutro. Ja dla pewności jeszcze raz zadzwoniłem na infolinię, i zapytałem czy w przypadku mojej karty mam aktywną usługe 3D Secure. Pani odpowiedziała, że TAK. Ucieszyłem się, bo pomyślałem, że może ja czegoś nie rozumiem. Teraz już mogę walczyć o wyłączenie.

    Pomyślałem sobie, że może tą panią zapytam o wyłączenie 3D Secure? Tak też zrobiłem i odpowiedź jasna - "Nie można tej usługi już wyłączyć". Zapytałem kilkakrotnie, czy to ostateczne stanowisko i dlaczego od 2 tygodni zwodzi się mnie w tej kwestii ? Przeprosiła i w 100% przekonaniu powiedziała, że tej usługi nie da się wyłączyć.

    Zatem więc moje dwa pytania:
    1. Dlaczego jest taki bałagan?
    2. Czy rzeczywiście nie mogę w żaden sposób wyłączyć usługi, którą sam aktywowałem,
    czy może to ściemnianie ?

    Ja nie mam już z kim się kontaktować. Pozostaje pisać kolejną reklamację w oddziale, z której dowiem się pewnie, że jestem obcokrajowcem, albo wielbłądem.

  • payee napisał(a) komentarz datowany na 2012/05/07 19:45:02:

    @rtpm
    Znam niezawodny sposób na pozbycie się tej usługi. Należy zrezygnować z karty, dla której ta usługa jest aktywna. Może nie jest to satysfakcjonujące rozwiązanie, jednak powinno być skuteczne.

    Może należy zaktualizować umowę bankowości elektronicznej, jest to możliwe z poziomu "internetowego konta".

  • rtpm napisał(a) komentarz datowany na 2012/05/07 23:08:58:

    Niestety, mam RATIO niemałe uruchomione i nie na rękę mi teraz zamykać kartę.

  • potrykuspykus napisał(a) komentarz datowany na 2012/07/12 23:02:12:

    Czytam Pana bloga już od dłuższego czasu i dopiero dziś zdecydowałam się zarejestrować i umieścić komentarz z moim pytaniem - czy jest coś co się Panu podoba? W każdym temacie jest dużo krytyki, surowej i jak sam blog mówi subiektywnej oceny... ale nie znalazłam jeszcze wpisu by coś się Panu po prostu podobało, czy po prostu takie jest założenie? Dużo firm boi się negatywnych opinii, ale jednak pod twardą skórką można znaleźć trochę pozytywów, mimo wytoczenia ponurych dział Pańskiej krytyki...

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny