Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

czwartek, 28 sierpnia 2014

Firma pożyczkowa chce nam sprzedać obligacje na 9,5%. Złoty interes, czy ruletka?

Im niższe jest oprocentowanie depozytów i obligacji rządowych, tym bardziej tęsknię za nowymi możliwościami inwestowania pieniędzy. Obligacje emitowane przez firmy - czasem firmy tak renomowane, że ich wiarygodność płatnicza porównywana jest z wiarygodnością przypisywaną obligacjom skarbowym - to jeden z ważnych elementów mojego portfela długoterminowych inwestycji. Zła wiadomość jest taka, że największe koncerny rzadko wypuszczają obligacje dostępne dla inwestorów detalicznych, wolą pożyczać pieniądze od instytucji finansowych. Do nas, małych żuczków, uderzają przeważnie mniejsze firmy, cieszące się umiarkowanym zaufaniem banków. Dla takich firm oferowanie wysoko oprocentowanych obligacji inwestorom detalicznym jest jednym z ostatnich dostępnych pomysłów na pozyskiwanie kapitału (przynajmniej jeśli mówimy o źródłach względnie tanich). Ostatnio odbierałem więc telefony z ofertami zainwestowania w obligacje firm windykacyjnych o nic nie mówiących mi nazwach, albo w papiery firm deweloperskich średniej wielkości. Deweloperzy mają ostatnio przerąbane, bo inwestorzy pamiętają jeszcze, że swoich obligacji nie spłacił Gant, jeden z największych deweloperów w kraju (a płacił też nie najgorzej, bo 11% w skali roku)

Ale takiej oferty jeszcze w Polsce nie było. Po raz pierwszy będziemy mogli kupić obligacje emitowane przez... firmę oferującą szybkie pożyczki gotówkowe. Oczywiście, tego typu firmy czasem wychodzą po finansowanie do inwestorów (ogromne emisje obligacji przeprowadzał dla banków, funduszy i firm ubezpieczeniowych np. Provident), ale niezmiernie rzadko się zdarza, by firma tego pożyczała pieniądze od zwykłych ciułaczy. Pokusi się o to spółka Mikrokasa - od dziś do 10 września przyjmuje zapisy na dwuletnie obligacje, których oprocentowanie wynosi - uwaga - aż 9,5% w skali roku. Tak, do "wyjęcia" jest mniej więcej trzy razy tyle, ile z lokaty bankowej. Dwuletnie obligacje rządowe po kolejnym cięciu odsetek płacą tylko 2,6% w skali roku. Jedna obligacja ma kosztować 1000 zł, zaś odsetki będą wypłacane co kwartał. W sumie Mikrokasa chce nam wyjąć z kieszeni 2 mln zł, żeby z tych pieniędzy finansować akcję pożyczkową. Czyli udzielać jeszcze więcej pożyczek oprocentowanych na 80-100% w skali roku.

Pozornie wygląda to na okazję inwestycyjną. Jak powszechnie wiadomo, tego typu firmy mają w Polsce, jak w raju. Banki z reguły nie są w stanie dorównać im ani w szybkości, ani w bezceremonialności pożyczania pieniędzy. Polacy zaś wciąż nie wyleczyli się z konsumpcjonizmu i najważniejsza jest dla nich nie cena, a dostępność pieniądza. Nic więc dziwnego, że największe tego typu firmy pod względem budżetów reklamowych wyprzedzają większość banków. I mogą sobie pozwolić nawet na takie cuda, jak oferowanie pierwszej pożyczki bez oprocentowania (lub prawie bez). Czy w tej sytuacji pożyczenie pieniędzy firmie, nomen omen, chwilówkowej, może wiązać się z jakimkolwiek ryzykiem, skoro w ciągu roku wyciągnie ona z tych pieniędzy zyski dochodzące do 100%? No, może mniej, po spisaniu na straty części pożyczek i uwzględnieniu kosztów technologii, marketingu oraz weryfikacji każdego wniosku o pożyczkę.

Moja odpowiedź na to pytanie brzmi: owszem, ryzyko jest i to niemałe. Już sam poziom oferowanego oprocentowania świadczy o dużej determinacji Mikrokasy. Z własnego doświadczenia wiem, że obligacje korporacyjne, których oprocentowanie przekracza 8%, mają poziom ryzyka porównywalny z akcjami albo większy (bo jak coś pójdzie nie tak, to traci się z reguły 100% pieniędzy). Duże, solidne firmy, mające ugruntowaną pozycję rynkową, pożyczają pieniądze mniej więcej na 6-7% w skali roku. A tu mamy prawie dwucyfrowy kupon! Taka determinacja musi z czegoś wynikać i tym czymś jest prawdopodobnie wysoki koszt finansowania narzucony przez banki. Banki zaś przeważnie wiedzą co robią, żądając wysokich odsetek od kredytów. Z drugiej strony można powiedzieć, że banki z natury są konserwatywne i nie chcą brać na siebie ryzyka, które my, zwykli ciułacze, lokując niewielką część swoich oszczędności, możemy chcieć na siebie wziąć po to, żeby nie trzymać pieniędzy w banku na 3%. Mikrokasa nie jest gigantem (2 mln zł przychodów w zeszłym roku i 250.000 zł zysku netto), ale ma już 10 mln zł portfela pożyczkowego, więc nie jest już firmą typu "no-name". Jej główni właściciele to dwie osoby fizyczne, które włożyły w firmę 1,2 mln kapitału własnego.

Jakie są potencjalne ryzyka, które mogą stanąć na drodze do sukcesu? Lista jest podobnie długa, jak możliwe do osiągnięcia zyski. Po pierwsze: konkurencja. To biznes nieregulowany, z niskim progiem wejścia, nieskomplikowany, w każdej chwili może się pojawić w okolicy ktoś bogatszy, kto zrobi to samo, dyktując dumpingowe ceny i przejmie klientów. Po drugie: klienci. Im mniejsza firma pożyczkowa, tym większą część jej potencjalnych klientów stanowią osoby, które nie tylko odbiły się bez skutku od bankowych scoringów, ale też zostały odrzucone przez największe firmy pożyczkowe (choć Mikrokasa deklaruje, że współpracuje zarówno z BIG Infomonitor, jak i z bankową bazą BIK i odsiewa sprawnie najbardziej ryzykownych klientów). Małe firmy chwilówkowe mają więc wybór: zwiększyć ryzyko portfela i sprzedawać więcej pożyczek, albo je zmniejszyć i nie zarabiać pieniędzy. Po trzecie: zabezpieczenie inwestycji w obligacje. Papiery, które firma sprzedaje, są zabezpieczone portfelem pożyczkowym (o wartości 170% wartości obligacji), ale jakość tego zabezpieczenia jest wielką zagadką (nie wiemy ile z pożyczek nie zostanie spłacona). Po czwarte: prawo antylichwiarskie. Rząd pracuje nad administracyjnym limitem kosztów pożyczek-chwilówek. To może mocno skomplikować sytuację firm, zwłaszcza tych mniejszych, które mają bardziej "ryzykownych" klientów. Po piąte: upadłość konsumencka. W przyszłym roku konsumentowi będzie łatwiej upaść, a wtedy pożyczkodawcy mogą mieć większy problem z odzyskaniem pieniędzy, niż przy obecnym stanie prawnym.

Te wszystkie ryzyka oczywiście nie przesądzają o tym, iż lokowanie pieniędzy w obligacje Mikrokasy jest całkiem bez sensu. Takie "wariackie" inwestycje czasem warto mieć jako niewielką część portfela. Ale po pierwsze: naprawdę niewielką, a po drugie w tego rodzaju papiery można ewentualnie ulokować tylko te pieniądze, które są najbardziej ryzykownym elementem waszych portfeli (chętnych zapraszam na stronę poświęconą obligacjom Mikrokasy). Choć walory, o których mówimy, mają w sobie nazwę "obligacja", to tak naprawdę poziom ryzyka, z jakim się wiążą, jest porównywalny do inwestycji w akcje. Fajnie, że coraz więcej firm chce pożyczać od nas pieniądze, ale wciąż czekam, aż tego rodzaju oferty wejdą w krew takim tuzom, jak PKN Orlen, KGHM, Orange, czy największe polskie banki (choć obligacje "dla ludu" czasem emitują banki spółdzielcze, czy np. Getin Bank). Na razie najwięcej jest emitentów, którzy płacą naprawdę świetne pieniądze (powyżej 8-9% rocznie), ale ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o ich obligacjach jest to, że są aaaabsolutnie bezpieczne.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
czwartek, 28 sierpnia 2014 14:04

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • p_g_mail2 napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 15:10:45:

    Ten procent co oni podaja to w przypadku takich firm nie jest duzo. To wrecz bardzo malo w relacji do ryzyka. Choc jest nieco(tutaj) uzasadniony statystyka bo jesli rzeczywiscie na tyle pozyczaja to przynajmniej 1/3 podobno powinna byc splacona(tak zazwyczaj twierdza).

    Biorac pod uwage, ze zysk jest generalnie watpliwy, zabezpieczenia... Wlasnie te rozne upadlosci i (chyba nawet dobrze, to dyskusyjne) ograniczenie lichwy spowoduja duza szanse na ich wytarcie z rynku.

    Co do firm podanych to chyba mala szansa(ale zapewne jakas jest), zeby zwlaszcza takie duze miedzynarodowe koncerny jak pomaranczowy chcialy pozyczac w Polsce, nawet na lokalne inwestycje. Skoro w krajach, ktore znaja jest czesto duzo nizsze oprocentowanie, gdzie czasem nie ma/nie bedzie wrecz za bardzo gdzie ciac to biorac pod uwage oslabianie sie lokalnej waluty chyba bardziej oplaca sie tam czy w okolicach miec kredyt/pozyczyc a dodatkowo zyskac w momencie inwestycji na kursie. Oczywiscie liczac, ze po jakims czasie sie umocni lub nie spadnie zbytnio.

  • mat089 napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 15:29:24:

    Obligacje są ciekawym sposobem inwestowania środków, lecz myślę, że warto poznać również inne formy inwestowania przed pożyczeniem pieniędzy jakiejś firmie. Wbrew pozorom nie trzeba mieć ogromnych środków, by móc inwestować. Dla zainteresowanych polecam independenttrader.pl/232,inwestycje_dla_mniej_zamoznych.html

  • ciekawykomentujacy napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 15:51:36:

    Ciekawe, bardzo ciekawe!

  • cutpurse napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 18:43:52:

    Jest jeszcze jeden aspekt: im mniej tych obligacji ludzie kupią, tym mniej desperatów firma będzie mogła (często tylko na ich życzenie oczywiście) wpędzić w długi.

  • jg46889 napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 19:28:22:

    Te obligacje są niezabezpieczone niczym? Śmieci.
    Załóżmy że jest 90% prawdopodobieństwo że firma spłaci obligi i 10% prawdopodobieństwo, że skończy jak Gant. Wartość oczekiwana z tej inwestycji będzie ujemna!!!
    Już lepiej kupić na giełdzie obligacje Banku Polskiej Spółdzielczości z oprocentowaniem efektywnym ponad 6%. Bank nie upadnie.

  • jg46889 napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/28 19:33:25:

    Doczytałem, że zabezpieczeniem jest zastaw rejestrowy. Czyli żadne zabezpieczenie.

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2014/08/29 12:50:41:

    Ta oferta jakoś mi za bardzo pachnie zasadą minimaxu :)

  • mark6 napisał(a) komentarz datowany na 2014/09/01 13:19:13:

    Ryzyko zapewno jest ale jeżeli ktoś ma szansę na płacenie tak wysokich odsetek to są to zapewne firmu udzielające "chwilówek".
    Po prostu dlatego, że żadna poważna instytucja finansowa nie zarabia ponad 100 % od
    zainwestowanego kapitału.
    Nie wydaje mi się także aby procent niespłaconych "cwilówek" był zbyt wielki.
    Jeżeli właścicielami firmy nie są złodzieje próbujący dokonać kolejnej "przewały"
    to inwestycja w ich papiery może być całkiem, całkiem.
    pozdrawiam

  • owen13 napisał(a) komentarz datowany na 2014/09/01 17:16:12:

    Witam
    Nie jestem adwokatem Mikrokasy, ale ponieważ interesuję się obligacjami korporacyjnymi, postanowiłem dwa zdania napisać. Dla kogoś takiego jak ja, ten tekst spełnia wszystkie kryteria "nie znam się, więc się wypowiem".
    Zacznę od tego, że analizę ryzyka w przypadku emisji obligacji firm rozpoczyna się od analizy samego emitenta. No, ale to wymaga już innego rodzaju wysiłku intelektualnego niż podawanie argumentów z palca (nie wyssanych, tylko napisanych) i rzecz jasna pewnej wiedzy w temacie.
    Łatwo się przekonać, że Mikrokasa jest podmiotem relatywnie silnie zadłużonym wobec konkurentów (bo nie jest prawdą, że emisje firm pożyczkowych adresowane do detalicznych inwestorów są rzadkością; weźmy Ferratum, Markę, Wierzyciela, Eurocent - to pierwsze z brzegu przykłady; Mikrokasa jest pionierem tylko pod tym względem, że oferuje je w ramach emisji publicznej bez prospektu emisyjnego pod rządami nowej ustawy o ofercie publicznej. Przed wejściem nowelizacji tej ustawy bezprospektowe, ale publiczne emisje obligacji firm - w tym również pożyczkowych, by wymienić Ferratum czy bodaj Markę - były powszechne), zobowiązania przekraczają kapitał własny ok. 5,5 krotnie. W tym samym czasie emisję prywatną prowadzi Eurocent (poinformował o tym w raporcie bieżącym, więc nie jest to tajemnica), którego zadłużenie finansowe nie przekracza kapitału własnego. Można sobie zrobić bardziej szczegółowe porównanie (zadłużenie vs EBITDA, wskaźnik pokrycia odsetek etc.) i wysnuć tezę o ryzyku w inwestowanie w obligacje obu firm z tej samej branży, lub wrzucić do porównania pozostałe firmy z branży. Tymczasem argumenty z tekstu p. Samcika można przyłożyć również do każdej z firm i choć firmy wiele je różni pod względem ryzyka, ich ocena pod kątem argumentów z tekstu, musiałaby być identyczna.
    Argumenty autora prowadzą do trafnej skądinąd tezy, że papiery Mikrokasy są inwestycją podwyższonego ryzyka, na co zresztą wskazuje sam kupon. Jestem ciekaw, jak autor wyceniłby ryzyko związane z Mikrokasą (i na jakiej podstawie) by można było spokojnie napisać - ryzyko jest, ale jest wynagrodzone w odsetkach, bo obligacje firm to właśnie gra ryzyka i rentowności.
    A jeszcze bardziej mnie interesuje, dlaczego akurat 8 proc. ma być oprocentowaniem porównywalnym z ryzykiem związanym z inwestycjami w akcje? I czy jest to stała wartość, czy też może zależna od bieżącego WIBOR, rentowności obligacji skarbowych czy może innych benchmarków. Tak tylko przypomnę, że dwa lata temu Kruk płacił 10 proc. (WIBOR plus 5 pkt proc.).
    pozdrawiam

  • gizastan napisał(a) komentarz datowany na 2014/09/11 15:10:12:

    Nie wiem jak jest u innych ale w Mennicy Wrocławskiej dają możliwość przechowywania złota w ich skarbcu. Tam kupujesz i tam trzymasz. W sumie tak chyba najlepiej, ale wśród moich znajomych, którzy kupują złoto nikt nie trzyma go w skrytkach czy nawet w skarbcu. Ideą złota jest też to, że możesz je szybko zabrać na drugi koniec świataJ

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line