Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

czwartek, 25 sierpnia 2016

Jak twardziel z twardzielem, czyli bankier kontra Samcik. Walki w kisielu to przy tym pikuś :-))

Zadzwonił do mnie ostatnio telemarketer z jednego z kilku banków, w których mam konta, karty, pewne oszczędności oraz limit kredytowy. Zadzwonił w celu wiadomym: żeby coś sprzedać. Oczywiście negocacji nie zaczyna się od tekstu typu: "mam smoka i nie zawaham się go użyć", więc telemarketer bardzo ostrożnie stąpał na polu minowym samcikowej jaźni. Oczywiście: celem ostatecznym miało być sprzedanie Samcikowi jakiegokolwiek długu. Bo kredyty konsumpcyjne są dziś dla banków najważniejszym źródłem przychodów. Na hipotekach zarabiają mało (po wprowadzeniu podatku bankowego - bardzo mało), na prowadzeniu kont też kokosów nie zbijają (większość ROR-ów kosztuje mało lub nic), dochody na transakcjach zostały zdemolowane przez ustawę ograniczającą interchange, sprzedaż ubezpieczeń rozwaliła z kolei rekomendacja KNF ograniczająca możliwość robienia klientów w bambuko na polisach grupowych. Zostaje kredyt na konsumpcję. Jak największy. A więc - do roboty

PODEJŚCIE PIERWSZE: KARTA KREDYTOWA. Każdy saper zaczyna od rozpoznania terenu, więc telemarketer zapytał mnie czy częściej płacę kartą czy gotówką. Gdy odpowiedziałem, że plastikiem, natychmiast zaproponował "kartę płatniczą zapewniającą dodatkowe środki". Dlaczego nie "kredytową"? Cóż, kieszonkowiec, który chciałby ci wyjąć z kieszeni portfel też nie szturcha cię przed "skokiem", tylko stara się wykonać swoją robotę bezszelestnie ;-). Pan zapytał jaki limit wydatków by mnie interesował i dodał, że ta karta pozwala płacić pieniędzmi banku. Koszt - 70 zł rocznie (chyba, że wykonam dużo rocznego obrotu lub jeszcze więcej transakcji). "Ale ja już mam u was kartę kredytową..." - syknąłem. "To może chce pan drugą, będzie pan mógł płacić na zmianę, raz tą, raz tamtą?" - zapytał rezolutnie saper. "Nie? To może chociaż podwyższy pan limit na tej karcie, ktrą pan ma?" - dodał zrezygnowany.

PODEJŚCIE DRUGIE: KREDYT ODNAWIALNY. Pierwsze natarcie nieudane, przeciwnik okazał się niepodatny na efekt zaskoczenia. Ale telemarketer postanowił przyatakować z drugiej flanki: "A może skorzystałby pan z limitu odnawialnego? Ile by pan chciał mieć na dodatkowe wydatki? Wykorzystuje pan 1000 zł i miesięcznie płaci od tego tylko 8 zł odsetek. Tyle co nic" - przyładował z grubej rury. W tym momencie sprowokowałem dłuższą chwilę krępującej ciszy, bo chciałem ustalić czy telemarketer wspomni coś o prowizjach związanych z kredytem odnawialnym. Ale nic, cisza. Pewnie, po co opowiadać klientowi, że uruchomienie kredytu kosztuje 3% w skali roku, lecz co najmniej 70 zł, a przedłużenie na kolejny rok - automatycznie 2,5%? I że te prowizje liczą się od całości limitu, a nie od jego wykorzystanej części? Owszem, jak klient będzie upierdliwy i zapyta to się mu powie, ale... może nie zapyta?

PODEJŚCIE TRZECIE: TANIA GOTÓWKA DO RĘKI. "Ale... ja już mam u was limit kredytu odnawialnego i nie potrzebuję drugiego..." - odpowiedziałem kiedy krępująca cisza zaczęła być już krępująca nawet dla mnie. "W porządku" - powiedział telemarketer, którego cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. W jego głosie usłyszałem, że czas na plan C. "A gdyby miał pan wielką kwotę pieniędzy do zagospodarowania, to na co by ją pan wydał?" - zapytał niewinnym głosikiem. Nie odpowiedziałem, choć kusiło mnie, żeby rzucić tekstem typu "chciałbym gwiazdkę z nieba". Moje milczenie zostało przyjęte za dobrą monetę, więc telemarketer drążył dalej: "Po co odkładać przez pół życia, gdy możemy zrealizować marzenia już dziś, a zaoszczedzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na spłatę dogodnych rat? I już dziś cieszyć się spełnionymi marzeniami? Mam dla pana naprawdę bardzo atrakcyjną ofertę". 

PODEJŚCIE TRZECIE I PÓŁ: JESZCZE TAŃSZA GOTÓWKA DO RĘKI. Teraz ja poczułem krew. Najbardziej niewinnym głosikiem, na jaki mnie było stać, zapytałem: "A gdybym tak pożyczył 20.000 zł na dwa lata, to ile bym płacił"? Telemarketer, z trudem ukrywając radość, oświadczył, że może mi pożyczyć pieniądze na 6,99%. "To atrakcyjne oprocentowanie, prawda?" - upewnił się czy na pewno dobrze usłyszałem, że to "sześć", a nie "sześćdziesiąt sześć". Podły jestem, bo udałem głupka: "No, tanio, tanio. A jest jakaś prowizja? Bo wie pan, czasem przy tych kredytach to są jakieś dodatkowe ubezpieczenia, prowizje..." - z miną cherubinka przyładowałem w miękkie podbrzusze. Facet odparł, że owszem, jest prowizja, 8,99% "w skali roku" (tak powiedział, "w skali roku" - pewnie się pomylił, ale jeśli nie, to klękajcie narody). I że łącznie koszt kredytu wyniósłby 4500 zł, z czego 1050 zł to odsetki, 1935 zł prowizja, a 1529 zł ubezpieczenie.

Zrzuciłem maskę idioty i zadałem kolejny cios: "Wie pan, ja tu widzę niezły przekręt. Kredyt na 6,99% z prowizją 8,99%? To są jakieś jaja?". Po chwili grozy usłyszałem w słuchawce, że to nie są jaja i żebym nie zabijał posłańca. Oraz że oczywiście można negocjować. "No, ja myślę" - powiedziałem triumfalnie, widząc oczami wyobraźni telemarketera z gardłem w żelaznym uścisku. "Z ubezpieczenia zrezygnujemy. A ile by pan chciał zapłacić tej powizji?". Nie widzę żadnego powodu, bym musiał płacić jakąkolwiek prowizję za kredyt, w sprawie którego ktoś do mnie przychodzi, żeby mi go sprezentować. I taką też informację przekazałem telemarketerowi. "Aż tak, to nie mogę zejść z ceny. Może się jakoś dogadamy"? - usłyszałem w słuchawce płaczliwy głosik. "Dobra, ile?" - warknąłem. "Mam informację, że mogę zejść do 7,99%. No dobrze, do 6,99%" - dorzucił telemarteter szybko, słysząc mój dziki wrzask w słuchawce. "Ale to już jest maks" - szepnął.

PODEJŚCIE CZWARTE: PŁATNA KARTA DEBETOWA. Nie dogadaliśmy się. Jeśli bank, w którym mam konto od wielu lat i nienaganną historię, oferuje mi "najbardziej atrakcyjny" kredyt gotówkowy z nie najgorszym co prawda oprocentowaniem, ale chce jeszcze 6,99% prowizji za jego udzielenie, to chyba mu się scoring przegrzał. Dałbym głowę, że słyszałem gong i głos sędziego, że "zwycięzcą walki przed czasem jest Macieeeeej...". Ale nie, to był głos telemarketera, który co prawda brzmiał metalicznie, ale zapewne tylko z powodu zakłóceń w transmisji. "Skoro pan nie potrzebuje gotówki, to może prestiżową kartę płatniczą typu gold?" - zapytał. Zdziwiłem się. Jeszcze przed chwilą byłem dla mojego banku śmieciowym klientem, którego można obrażać proponując kredyt gotówkowy z prowizją 9%, a teraz nagle stałem się "prestiżowym" klientem, godnym statusu gold? "O kartach kredytowych już gadaliśmy" - powiedziałem władczo. "Nie, nie, to nie kredytowa, to płatnicza. To jest, chciałem powiedzieć, debetowa" - dodał telemarketer.

"Ale po co mi, do ciężkiej cholery, kolejna karta debetowa, skoro jedną już mam?" - powiedziałem najbardziej dobrotliwym głosem, na jaki mnie było stać. "Bo ta jest prestiżowa, daje bezpłatne bankomaty na całym świecie i możliwość bezpłatnego wpłacania pieniędzy we wpłatomatach na pana konto" - odpowiedział człowiek po drugiej stronie wirtualnego drutu. "O ile mi wiadomo wpłatomaty i tak są bezpłatne..." - odparłem ozięble. "Bankomaty na całym świecie bez opłat" - powtórzył też ozięble. "Aha, jest jeszcze serwis konsjerż, gdyby pan chciał zarezerwować bilety na mecz za granicą, albo coś...". No, ten konsjerż to rzeczywiście jest coś. Co prawda w gratisie tylko organizują usługi (a za samą usługę trzeba płacić), ale kilka razy taki konsjerż uratował mi tyłek.

CIOS KOŃCZĄCY. Byłem dziwnie pewny, że telemarketer nie proponowałby mi karty debetowej, gdyby była ona za darmo, czyli na tych samych warunkach jak ta, którą cieszę się dzisiaj. Oczywiście w czasie rozmowy na temat prestiżowej karty gold nie padło ani słówko, że ona coś kosztuje. Ale wiedziałem już, że oferta banku dzieli się na tę część, o której telemarketer mówi sam i tę, którą trzeba z niego wycisnąć, skłaniając go do pokonania wstydu. No i wycisnąłem. Karta debetowa w wersji gold miesięcznie miałaby mnie kosztować mniej więcej dychę (no, chyba że zapłaciłbym nią w ciągu miesiąca 2000 zł w sklepach, wtedy już nic by nie kosztowała). Po co miałbym zamieniać darmową kartę debetową na taką, która kosztuje dychacza? Darmowe bankomaty na całym świecie? Za wypłatę kasy nie wezmą, ale za to dowalą taką prowizję przy przewalutowaniu transakcji na złote, że używanie plastiku poza Polską byłoby samobójstwem. Wpłatomaty? I tak mam je za darmo. W sumie więc z "pakietu korzyści" zostaje konsjerż. Skoro konsultant widzi, że korzystam z karty kredytowej, która kosztowałaby mnie słono, gdybym nie wykręcił nią dość wysokich obrotów, to po co proponuje mi kartę debetową, która też kosztuje słono jeśli nie wykręcę nią dość wysokich obrotów? Czy aby nie po to, by mnie... wyobracać? ;-). Pamiętajcie, nie dajcie się wyobracać, bo do Was też na pewno zadzwonią. Mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno? ;-)

Straciłem kilkanaście minut, ale to pikuś. W celach szkoleniowych chętnie będę takie rozmowy odbywał nawet raz w tygodniu. Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego bank, który powinien wiedzieć o swoim kliencie wszystko, w lot odczytywać jego potrzeby, mieć rozłożony na czynniki pierwsze jego profil konsumencki, traci czas swoich pracowników? Po co dzwonić do gościa, który ma kartę debetową, kredytową, linię kredytową z ofertą wzięcia... drugiej karty kredytowej, droższej karty debetowej oraz drugiego limitu kredytu odnawialnego? Po co dzwonić do gościa, który w życiu nie wziął ani złotówki kredytu gotówkowego (a w dodatku ma na koncie i dochody i osad sprawiające, że raczej szybkiej gotówki nie potrzebuje) z ofertą kredytu konsumpcyjnego z prowizją 9%? Po co opowiadać temu gościowi o tym, że "nie warto przez całe życie czekać ze spełnianiem marzeń", skoro ten gość ma w banku otwarte niemal wszystkie możliwe produkty oszczędnościowe, a więc gołym okiem widać, że nie jest podatny na takie opowieści? Po co? 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
czwartek, 25 sierpnia 2016 09:23

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • leskki napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 10:16:12:

    no właśnie, gdyby przemyślane oferty były by tańsze i bardziej skuteczne..
    tymczasem teraz telefony z kierunkowym 022 odrzucam czerowna słuchawka na telefonie z automatu...

  • lerkincedomain napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 10:55:25:

    A propos debetów. Zgadując, że omawiany wpis dotyczy pewnego łowickiego banku to tam jest tak, że debet uruchomią Ci w koncie za darmo, ba (!) powiększą za darmo jego wielkość, ale jak już masz jakąś poważną kwotę ciężaru (od którego całości przypomnijmy płacimy za odnowienie rocznie 2,5% - bandytyzm w czystej postaci) i chciałbyś np. co miesiąc zmniejszać ten ciężar zmniejszając zadłużenie to to już trzeba aneksować, a każdorazowy aneks 50zł kosztuje... Jak chcesz się niewolniku wygrzebać z debetu to musisz na raz spłacić zadłużenie i wypowiedzieć umowę o debet. O przeniesieniu do innego banku bez badania zdolności kredytowej (bo przecież przechodziłeś już to badanie w obecnym banku i obsługiwałeś prawidłowo kredyt) zapomnij, ot taka solidarność banksterska.

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:10:23:

    Jak odpowiedzieć krótko? Plan sprzedażowy ma.
    I nikt w banku nie raczył mu stargetować klientów, którym może faktycznie coś polecić. Więc siedzi przez te 8 godzin, za 2 kPLN, jak ta wyszkolona i zmotywowana planami sprzedażowymi małpa, ze słuchawką na uchu, skryptem na blacie i nawija klientom wybranym ze słupka w CRM-ie.

    Trochę szkoda mi takich Misiów na słuchawce, bo marnują się zasoby, które mozna by wykorzystać efektywniej. Ludzkie, czas pracy, koszty szkoleń... Ale wystarczy przygnieść ogon takiego szczura planem sprzedażowym, i będzie biegał szybciej.

    Sam tego doznałem - dzwonił do mnie Misio z WBK, proponując zwiększenie limitu na karcie debetowej (gdy w papierach już dwa razy sprawdzano, że nijak i ni Dudy zwiększyć się go nie da, gdy kredytówkę mam spłaconą na zero i osad na koncie pięciocyfrowy. w EURO.

    A ostatnie z aktualnych mych marzeń, to zobaczyć wszystkie siedem nowożytnych cudów świata. Został mi tylko Chrystus z Rio, ale ktoś musi siedzieć z rocznym dzieckiem w domu...

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:17:58:

    @leskki:
    Ja te wszystkie numery telemaketerskie dodaję do jednego wpisu książki tel., pod nazwą BAN (zbanowany). A dźwięk dzwonka mam ustawiony na sekundę ciszy ;-)
    Ale faktycznie, w celach testowych może warto porozmawiać... Zobaczyć jakie trendy są ;-) Na co uważać, nauczyc się (że tak Yodą pojadę).
    Ale Plan sprzedażowy się Misiowi posypie, ma 3 minuty na klienta, zajmiemy mu 15, nic nie zamówimy a on biedny kredytu za swoją klatkę szczurzą nie spłaci..

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:28:42:

    ale emocje :) fajnie napisane. Najlepsze jest to że te telemarketry dzwonią w ciemno, w ogóle nie znają klienta, proponują produkty które klient już ma i w ogóle liczą chyba na szczęśliwy traf. Z takimi lepiej nie gadać. Masz rachunek w banku to masz swojego opiekuna. Taki jak zadzwoni to może faktycznie coś doradzić, pomóc wyjaśnić wątpliwości, przedstawić produkt o który klient zapyta a nie odwrotnie, bo to nie ma sensu. No chyba że masz rachunek do którego bank dopłaca to i wiadomo opiekuna też nie masz, bo nie jesteś jakiś premium tylko zwykły leszcz z ulicy, to nikomu nie zależy. Może to i lepiej, bo w sumie jak ktoś ma kasę to nie zanosi jej do banku. A jak nie ma kasy to może sobie jeszcze bardziej zaszkodzić jakimś lichfiarskim kredytem

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:46:18:

    @com.one:
    Masz rację - wolę iść do oddziału banku i samodzielnie sprofilować produkt dla siebie, niż dać się wkręcić Misiowi na słuchawce. Tym bardziej, że w moim oddziale zawsze obsługuje mnie pani Kierowniczka - po prostu o to proszę i już ;-D Wtedy odnoszę wrażenie że mój czas jest mniej marnowany i zostanę profesjonalnie obsłużony. I wyrażenie "negocjujmy" nie brzmi jak bajka o żelaznym wilku. O tym że kredytówkę życzyłem i odebrałem w oddziale, a nie listownie, już pisałem ;-)

    IMHO, jest to jeden z niewielu banków, w którym dopuszczalna i praktykowana jest kustomizacja klienta.

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:54:46:

    No zaspamuję, sorry ;-) Lubię wizyty w Oddziale (zamiast słuchawki), bo kiedy przynoszę jakieś 300-400 gram gotówki w celu dokonania wpłaty własnej, wspominam że właśnie sprzedałem Chińczykom kolejną nerkę. Za trzecim razem kierowniczka zapytała, ile ich jeszcze mam ;-) Wspomniałem że mi odrastają, jak Prometeuszowi wątroba ;-D Chyba jestem nieco charakterystycznym klientem mojego banku ;-DD

  • kmiarek napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 11:55:27:

    W obecnych czasach posiadanie jednocześnie lokat i limitu odnawialnego mija się z celem, gdy sama prowizja za przydzielenie limitu jest wyższa, niż oprocentowanie lokaty.

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 12:05:48:

    Ja mam swojego opiekuna wbitego w komórę i z nikim innym nie gadam. Sam z resztą do niego czasami kręcę i mamy taki układ że nie życzę sobie telefonów od sprzedawców i o dziwo to działa. Dodam tylko że nie jest to bank łowicki, z tymi to szlag mnie trafia na samą myśl :)

    zmieniając temat. Ale urwał, wdzieliście to ? już chyba popłynęli businessinsider.com.pl/finanse/twoje-pieniadze/frankowicze-kontra-mbank-istotny-poglad-w-sprawie-uokik/2hmcsds

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 12:06:52:

    @kmiarek:
    Może źle myślę, ale to chyba kwestia skali.
    Jeśli ktoś (jak ja) ma duży, lecz niestabilny dochód, wygodnie jest mieć lokaty z dużych kwot, a limit kredytowy (no, nie debetówka) na kwotę o rząd czy dwa wielkości mniejszą. Skala różnicy może niwelować nieopłacalność takiego rozwiązania.

  • lkuziem napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 12:17:31:

    z założenia - jeżeli ktoś do mnie dzwoni z ofertą, to tylko po to aby zarobić. Nie po to abym ja zarobił.
    A bank z definicji jest na straconej pozycji. Podziękujmy bankom i przestańmy używać niepotrzebnych w większości produktów. Mały nawet osad daje już jakąś swobodę. Nie wciągajmy się w długi, bo wtedy wystarczy zmiana regulaminu i trzymają nas za jaja.

    @com.one
    pracownik banku może coś doradzić? Może sprzedać kit, a nie doradzić.. .

  • kmiarek napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 12:28:58:

    @nerkofil
    To nie ma znaczenia. Zwyczajnie kwotę, którą chcesz mieć jako limit wpłacasz na rachunek, resztę na lokatę. Wtedy mamy do czynienia z taka samą kwotą.
    Jedynie należy wtedy pamiętać, że punkt "0" się przesunął.

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 12:36:23:

    @lkuziem
    kity wciskają sprzedawcy, co zrobić taki mamy klimat a sprzedawcy taką mają pracę. Zadaniem opiekuna nie jest sprzedanie czegokolwiek, opiekun ma się opiekować. Możliwe, że nie wszystkie "polskie" banki rozróżniają te dwie role.

  • cyfrowyja napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 18:37:29:

    Poco? Bo kierownik kazał zrobić 100 telefonów dziennie.

  • ra74 napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/25 22:01:32:

    obstawiał bym mbank ale kojarzę że ma tylko brzydkie karty, golda nie kojarzę
    mnie pani przeczołgała chyba 9 produktami, potem za jakiś czas ponownie przez 10 minut chciała mi wcisnać jakąś debetówkę za 15 zeta/mc bo przecież skorzystam z mokazji i się spłaci. Po rozmowie odwołałem wszelkie możliwe zgody.

  • dzidecki napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/26 10:52:28:

    Nie mogę jednak zrozumieć dlaczego bank, który powinien wiedzieć o swoim kliencie wszystko, w lot odczytywać jego potrzeby, mieć rozłożony na czynniki pierwsze jego profil konsumencki, traci czas swoich pracowników? Po co dzwonić do gościa, który ma kartę debetową, kredytową, linię kredytową z ofertą wzięcia... drugiej karty kredytowej, droższej karty debetowej oraz drugiego limitu kredytu odnawialnego?

    Ja to rozumiem, co nie znaczy, że akceptuję. To nie są pracownicy banku. Bank po prostu wynajmuje firmę pracującą w telemarketingu, zlecając im zwabienie klientów. Przekazuje w ramach umowy tylko i wyłącznie numer telefonu. Ci telemarketerzy nie mają pojęcia z kim rozmawiają. Nie mają wyciągu z kont ani żadnego profilu klienta.
    Przekonałem się o tym, gdy jakieś dwa, może trzy miesiące temu przeprowadziłem podobną rozmowę - tyle że ja nie podpuszczałem telemarketera, tylko od razu ścinałem zdecydowanym tekstem o braku chęci na jakiekolwiek zadłużanie. Ciekawym było, że ostatnim zagadnieniem poruszanym w rozmowie było pytanie telemarketerki - czy może przekazać mój numer telefonu komuś innemu z ich firmy, aby ktoś inny mnie przekonał do skorzystania z oferty kredytowej. Miałem wrażenie, że to było przyznanie się do osobistej porażki. To mi zobrazowało ich sposób działania - gdyby to był pracownik banku, nie zadałby mi takiego pytania, bo mój nr telefonu jest podstawowym sposobem na komunikację ze mną, w tym sposobę na autoryzację zleceń składanych przez internet.

  • adds01 napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/26 17:52:01:

    Nietrafione oferty to u nich standard ..zalozysz gruba lokate to za chwile zadzwonia z pytaniem czy moze potrzebujesz kredytu gotowkowego..

  • boringer napisał(a) komentarz datowany na 2016/08/27 11:36:09:

    Operatorzy komórkowi też tak mają. Co chwila mam oferty tysięcy minut w sytuacji kiedy od lat nie wydzwoniłem więcej niż 45 min/mies.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny