Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

czwartek, 01 września 2016

Wielka polityka i gra w zielone, czyli jak żyć, gdy bank "aresztuje" twój wakacyjny przelew?

Przesuwanie pieniędzy do odległych miejsc na ziemi potrafi przynieść niezapomniane przeżycia. Nie chodzi nawet o prowizje, które nie są małe - bo po drodze muszą się pożywić trzy, a czasem i cztery banki - ale o sytuacje nadzwyczajne, których nadawca przelewu nie wymyśliłby nawet gdyby zajmował się zawodowo pisaniem scenariuszy do filmów sensacyjnych. Pamiętacie opisywaną w blogu historię klienta, któremu amerykański bank po prostu zakosił pieniądze i nie chciał oddać, bo uznał, że łamią embargo kubańskie? Nie tylko Wasz ulubiony bloger interweniował w tej sprawie, ale i zaufani ludzie ówczesnego szefa MSZ. Ale jak kowboj aresztuje pieniądze, to nie ma mocnych ;-). Kowboje załatwili też sobie w polskich bankach duże badania ankietowe. Też dostaliście to do wypełnienia? ;-) Dziś historyjka nieco mniej złożona, ale za to dotycząca jeszcze bardziej egzotycznego kraju świata.

"Zaplanowałem wakacje w Birmie. Zatrudniłem lokalnego operatora do organizacji zwiedzania i przelotów wewnętrznych. On wystawił fakturę płatną w dolarach. Zleciłem przelew zagraniczny w mBanku. Następnego dnia dostałem e-maila z departamentu płatności, że z powodu sankcji banków amerykańskich nie mogę wysłać do Birmy dolarów, lecz euro lub franki"

- pisze do mnie jeden z czytelników, pan Dariusz. Przelew miał iść do singapurskiego banku, w którym konto ma organizator wycieczek na Birmie - kontrahent pana Dariusza. Przesłanie do tego banku euro w sytuacji, gdy kontrahemnt ma konto dolarowe może oznaczać, że przelew albo gdzieś utknie, albo będzie dodatkowo kosztował (bo u celu trzeba go będzie przewalutować). Mój czytelnik podrapał się w głowę i... wymyślił fortel. Przelał jeszcze raz pieniądze - ok. 1400 dolarów - na to samo konto w singapurze, ale w opisie przelewu nie wpisał, że to "zaliczka za wycieczkę w Birmie", tylko coś innego, bardziej neutralnego (typu: "zasilenie konta", "doładowanie", "prezent dla teściowej"...). Tym razem odpisał departament compliance, który miał za złe mojemu czytelnikowi, że ten próbował brzydkich numerów. I ponowił ofertę wysłania do Birmy przelewu w innej walucie, mniej zielonej. Wygląda na to, że od dolarów miejscowy reżim będzie się pasł, ale wysyłanie euro i franków jest dla pryncypiów całkiem niegroźne.

"Nie jestem terrorystą. To przedpłata za wakacje. Amerykanie tam odpoczywają, a ja nie mogę? Niech departament bezpieczeństwa zajmie się pralniami pieniędzy, a nie moimi wakacjami. Bilety lotnicze mam kupione, a nie mogę wykupić usługi turystycznej tylko dlatego, że dolary są "be"? Przecież to jakiś absurd"

- gardłuje się pan Dariusz. Cóż, zawsze może wysłać pieniądze przez Western Union, albo inny MoneyGram. Ale pan Dariusz się uparł i napisał w tej sprawie do centrali Commerzbanku, czyli spółki-matki mBanku. Stamtąd też grzecznie lecz stanowczo mu odpisali, żeby nie robił hałasu większego, niż to warte: "With regard to US sanctions against Myanmar and to Commerzbank's business policy we are not in the position to support any Myanmar related business in USD". Dlaczego zaś mBank był gotów przesłać do Singapuru i Birmy euro? Być może wtedy nie musiałby korzystać z usług amerykańskiego banku-korespondenta, a europejski bank-pośrednik niekoniecznie ma "zapis" na Birmę.

"Stosując się do międzynarodowych standardów bezpieczeństwa finansowego bank podjął decyzję o pełnym wstrzymaniu obrotu pieniężnego m.in. z Birmą w zakresie realizacji transakcji rozliczanych w dolarach amerykańskich. Ograniczenia te są rezultatem wydania szeregu restrykcji przez Radę Unii Europejskiej, Office of Foreign Assets Control (OFAC) oraz Radę Bezpieczeństwa ONZ. Większość międzynarodowych instytucji finansowych podjęło decyzje o ograniczeniu lub nie uczestniczeniu w obrocie pieniężnym z określonymi krajami, w tym z Birmą"

- tak wytłumaczył oficjalnie bank całe zamieszanie. Hmmm... na Birmie przez długie dziesięciolecia powojenne panowała dyktatura, ale od 2008 r. kraj ma konstytucję, w 2010 r. odbyły się pierwsze wybory (co prawda wygrali je wojskowi, ale to pikuś ;-)), a od marca 2016 r. głową państwa jest pierwszy cywilny prezydent od 1962 r. Cóż, może najpierw musi się sprawdzić, żeby polscy klienci mogli zasilać jego banki zieloniutkimi dolarami... Polskie banki miewają problem ze współpracą także z innymi egzotycznymi krajami o podejrzanych ustrojach.

"Skuszona atrakcyjnymi kursami wymiany walut założyłam konto w banku i kantorze walutowym Alior Banku, by dzięki temu zaoszczędzić na przelewach z Kuwejtu. Do tej pory pieniądze stamtąd otrzymywałam na zwykłe konto w Banku Millennium, a kurs wymiany dolara wołał tam o pomstę do nieba. Ale w Banku Millennium przelewy z National Bank of Kuwajt do oddziału w Polsce trwały maksymalnie dwa dni robocze. W Alior Banku czekam już prawie tydzień"

- poskarżyła mi się czytelniczka. Zaczęła - jak twierdzi - wydzwaniać do banku. Najpierw w polskim banku pojawiła się hipoteza, że Kuwejtczycy wpisali zły numer konta. Potem pracownik miał twierdzić, że pieniądze w ogóle do Aliora nie dotarły. Pech chciał, że czytelniczka miała screenshota z potwierdzeniem przelewu, na którym wszystko się zgadzało. Potem aliorowcy poprosili klientkę, żeby to bank-nadawca wyjaśnił sprawę, bo Alior nie może monitować w sprawie pieniędzy, które do niego nie dotarły. Następnie zaczęto się zastanawiać czy "być może nadawcy zabrakło pieniędzy na koncie" oraz że "w banku pośredniczącym przechowują, bo coś zostało źle wpisane". Moja czytelniczka była nerwowa, bo ZUS trzeba zapłacić i nikt nie będzie się tam użalał nad losem jakiegoś przelewu z Kuwejtu. Na szczęście uspokoił ją wujek, który też ma konto w Alior Banku i od dwóch tygodni czekał na przelew z Austrii. Słuchając takich historii jak ta dzisiejsza nie mogę doczekać się już nadejścia globalnej ery pieniądza cyfrowego, który - tak, jak najsłynniejsza tego typu waluta, Bitcoin - jest przekazywany bezpośrednio ze smartfona na smartfon, bez pośrednictwa banków.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
czwartek, 01 września 2016 20:31

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • kantornline napisał(a) komentarz datowany na 2016/09/01 22:14:11:

    Bitcoiny to zdecydowanie przyszłość a wręcz Scienice Fiction, bo takie mało "narodowe" ;)

  • sojers1 napisał(a) komentarz datowany na 2016/09/02 10:39:39:

    że też naprawdę ktoś jeszcze robi międzynarodowe przelewy poza UE dla zarezerwowania jakiejś usługi. Podałby nr karty kredytowej (MasterCarda oczywiście, bo amerykańska VISA mogłaby nie przejść;), ściągnęliby sobie z karty i po problemie. Ryzyko na pewno nie większe niż w przypadku przelewu.
    A jeśli chce kupować usługę za 1400 USD a ten ktoś nie ma terminala płatniczego, to dla mnie byłby z automatu podejrzany. No ale nie znam szczegółów kontrahenta, może to jakiś znajomy czy coś.

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2016/09/04 21:44:17:

    Alior. I wszystko jasne. Rozdeta reklama i zerowe mozliwosci za horrendalne pieniadze.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line