Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

piątek, 21 października 2016

W Toruniu drugi przewrót kopernikański? Sędzia wzruszył... banki: "To w ogóle nie jest kredyt!"

Toruń wydaje się być właściwym miejscem do tego, by postawić wszystko do góry nogami (lub też ustawić normalnie to, co do tej pory stało na głowie - to zależy od punktu widzenia ;-)), więc nie dziwi mnie, że właśnie tam zapadł bodaj pierwszy aż tak radykalny wyrok sądowy w sprawie dotyczącej franków szwajcarskich. Wcześniej sądy - o ile w ogóle stawały po stronie konsumentów, bo z tym różnie bywało - mówiły przede wszystkim o abuzywności klauzuli dotyczącej spreadu (albo tylko części tej klauzuli), albo dochodziły do wniosku, że umowy nie da się wykonać, więc trzeba ją unieważnić. Ale sąd w Toruniu... poszedł na całość, stwierdzając, że to w ogóle nie jest żaden kredyt. Owszem, podobne spojrzenie nie tak dawno zaprezentował Rzecznik Finansowy, a potem Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale w obrocie "sądowym" aż tak radykalny pogląd do tej pory się nie znalazł. Jednak w Toruniu już raz wzruszono ziemię i wstrzymano słońce, więc nic dziwnego, że teraz doszło do powtórki ;-). Dla fanów czytania wyroków mam tu link pod którym znajduje się pełne uzasadnienie wyroku.

Spór, który zaprowadził bank i jego klientkę na salę sądową, dotyczył kredytu w wysokości 88.000 franków szwajcarskich, zawartego jeszcze w 2005 r., czyli w nie najgorszym dla kredytów frankowych momencie. Kredyt był krótkoterminowy, miał zostać spłacony do 2011 r. Klientka wpadła jednak w tarapaty i pieniędzy nie oddała. Bank zażądał zwrotu nieco ponad 42.000 franków. Targi, próby restrukturyzacji i przepychanki trwały przez kilka lat, ale ostatecznie wszystko skończyło się w sądzie. W kwietniu 2016 r. ów sąd wydał - na prośbę banku - nakaz zapłaty, co otworzyło drogę do przysłania klientce komornika. Klientka nie w ciemię bita złożyła sprzeciw i stwierdziła, że bank nie udowodnił, iż ona jest mu winna akurat tyle złotówek, ile zażądał od niej. Zwłaszcza, że znalazła w umowie klauzule abuzywne, które mogą powodować wystrzelenie umowy w kosmos. W mieście Kopernika nikogo nie zdziwiłby taki finał tej historii ;-)).

Czytaj też: Tak w Europie rozprawiają się z frankami. Chorwacja, Serbia, Rumunia...

Sprzeciw do nakazu zapłaty trafił na ręce sądu odwoławczego, a ten podrapał się w głowę i stwierdził, że "za uzasadnione uznać należy zarzuty pozwanej dotyczące nieważności umowy w związku z zawartymi w niej niedozwolonymi klauzulami umownymi". Sąd oparł swoje rozumowanie na art. 69 ust. 1 Prawa bankowego, z którego wynika, że na mocy umowy kredytu bank zobowiązuje się "oddać do dyspozycji kredytobiorcy na czas oznaczony w umowie kwotę środków pieniężnych z przeznaczeniem na ustalony cel", a kredytobiorca zobowiązuje się "do korzystania z niej na warunkach określonych w umowie, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu". Przepis jak przepis, ale... sąd zauważył, że umowa zawarta między bankiem i klientem jest umową kredytu walutowego. I w tym momencie coś zaczęło sądowi zgrzytać.

"Ustawa prawo bankowe nie zawiera legalnej definicji umowy kredytu walutowego. Odwołując się do zasad interpretacji językowej, za kredyt walutowy uznać należy zatem kredyt, który jest określony w walucie obcej, w tejże walucie obcej jest wypłacony i w walucie obcej jest spłacony"

- zaczął kombinować Wysoki Sąd, pomijając cały prawniczy spór dotyczący tego czy kredyty wolno waloryzować jednocześnie LIBOR-rm i kursem franka, czy też może jednak nie wolno. Cóż, tu sąd zatrzymał się na konkluzji, że klient franka szwajcarskiego nie widział nawet w bankowej gablocie. Na poparcie tych budzących grozę i zniesmaczenie faktów sędzia znalazł w §39 bankowego regulaminu udzielania kredytów walutowych zapis, że "kredyty w walutach wymienialnych uruchamiane są w złotych, przy zastosowaniu kursu kupna walut obowiązującego w banku w momencie wypłaty". I że "kredyty w walutach wymienialnych spłacane są w złotych, przy zastosowaniu kursu sprzedaży waluty obowiązującego w banku w momencie spłaty lub w walucie, w której zostały udzielone". W umowie klientki z bankiem, która była przedmiotem sporu, stało jak wół, że kredyt został uruchomiony w złotych. Czyli nie pasował do wcześniej zacytowanej definicji kredytu walutowego.

"Tak skonstruowana umowa nie stanowi umowy kredytu, zawiera bowiem liczne odstępstwa od definicji zawartej w prawie bankowym. Do essentialia negoti umowy kredytu bankowego należy bowiem określenie kwoty kredytu i waluty kredytu, określenie oprocentowania i zasad jego zmiany, cel kredytu i wysokość prowizji (...). W omawianej sprawie wartość kredytu wyrażona została we franku szwajcarskim, natomiast wypłata i ustalenie wysokości raty odnosiło się do złotych. W tej sytuacji kredytobiorca nigdy nie spłaca nominalnej wartości kredytu. Cecha ta stanowi znaczące odejście od ustawowej konstrukcji kredytu, której elementem przedmiotowo istotnym jest obowiązek zwrotu kwoty otrzymanej"

- uznał sąd. Jego zdaniem jeśli kwota kapitału do zwrotu jest ruchoma, to nie jest to kredyt, tylko coś dziwnego. Jest to o tyle ciekawe spojrzenie, że - gdyby się ugruntowało - pozwalałoby unieważniać zarówno umowy kredytów indeksowanych do franka szwajcarskiego, jak i denominowanych w szwajcarskiej walucie (do tej pory trudnych do podważenia). Do tej pory argument o tym, że wahająca się złotowa wartość kapitału do spłaty słabo widzi się z polskim prawem bankowym nie znajdował zbytniego posłuchu wśród sędziów. Większość z nich przekonywał kontrargument Sądu Najwyższego, że "kredytobiorca może być zobowiązany do zwrotu bankowi sumy pierwotnie wykorzystanego kredytu, ale taka wykorzystana suma może mieć inną wartość rynkową w okresie spłaty kredytu".  Sąd, poza zakwestionowaniem umowy jako "kredytu" oświadczył też, że jego zdaniem spread jest ukrytą prowizją banku. Bo skoro kredytobiorca, zaciągając i spłacając kredyt nawet tego samego dnia i przy niezmienionym kursie waluty, musiałby spłacić więcej, niż pożyczył, to coś tu nie gra. Sąd doszedł też do wniosku, że bank przyznał sobie prawo do jednostronnego regulowania wysokości rat kredytu.

"Skoro bank może wybrać dowolne i niepoddające się weryfikacji kryteria ustalania kursów kupna i sprzedaży walut obcych, stanowiących narzędzie indeksacji kredytu i rat jego spłaty, wpływając na wysokość własnych korzyści finansowych i generując dla kredytobiorcy dodatkowe i nieprzewidywalne co do wysokości koszty kredytu, klauzule te rażąco naruszają zasadę równowagi kontraktowej stron na niekorzyść konsumentów, a także dobre obyczaje"

- ochrzanił bankowców sąd. Co z tego wszystkiego wynika? Ano wynika, że nie wiadomo ile klientka winna jest bankowi. Sędzia nie pociągnął dalej wątku dotyczącego istoty umowy (skoro to nie jest kredyt, to umowę trzeba chyba unieważnić?), bo sprawa dotyczyła jedynie zablokowania egzekucji w oparciu o nakaz zapłaty. Sąd uznał, że mechanizm przeliczenia waluty na złoty oparty był o niedozwolone klauzule umowne i że w tej sytuacji "nie jest możliwa prawidłowa ocena, czy uiszczone raty nie „nadpłacały” zobowiązania pozwanej i czy były ustalane prawidłowo". Można tylko żałować, że nie była do sprawa o unieważnienie umowy kredytu, bo wtedy ocena sędziego, dotycząca "niekredytowości" umowy nabrałaby praktycznego znaczenia i być może sąd nakazałby konkretne działania. A tak posłużyła tylko do stwierdzenia, że wysokość roszczenia banku budzi wątpliwości i co do kwoty i co do zasady. A więc: nie tylko nie wiadomo czy klientka ma taki dług jaki bank mówi, ale czy w ogóle ma jakiś dług.

CO PONIEDZIAŁEK MÓJ NOWY PROGRAM WIDEO! Zapraszam do oglądania nowego tygodnika wideo o wdzięcznej nazwie "Kasownik Samcika". Będzie o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach...Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik. Żeby nie przegapić kolejnych odcinków - zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
piątek, 21 października 2016 09:09

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • pozwalembank napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 10:16:36:

    Z niecierpliwością czekam na medialne komentarze kolegów: Pietraszkiewicza, Bańki i Groszka. Mam nadzieję, ze skorygują ten incydent.

    W uzupełnieniu wpisu (Pan redaktor nie podał):
    Sąd Okręgowy w Toruniu, wyrok z dnia 13 lipca 2016 r., Sygn. akt I C 916/16.
    orzeczenia.ms.gov.pl/content/$N/151025000000503_I_C_000916_2016_Uz_2016-07-13_001

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 11:12:35:

    Sąd oddalił powództwo banku o zapłatę. W uzasadnieniu sąd stwierdził że powód nie sprostał obowiązkowi udowodnienia swego roszczenia zarówno co do zasady jak i wysokości. Sąd nie stwierdził nieważności umowy. Raczej tylko chwilowo oddalił komornika

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 11:23:12:

    "W omawianej sprawie pozwana podniosła dwa zarzuty: zarzut nieudowodnienia wysokość dochodzonego roszczenia oraz zarzutu nieważności umowy.

    Za uzasadnione uznać należy zarzuty pozwanej dotyczące nieważności umowy w związku z zawartymi w niej niedozwolonymi klauzulami umownymi."

    hmm skoro uzasadnione to dlaczego sąd nie unieważnił ?

  • armark napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 11:28:43:

    com.one
    Ponieważ nie to było treścią rozprawy sądowej. Kredytobiorca był tu li tylko pozwanym. I siłą rzeczy, skoro to Bank wniósł sprawę do Sądu, to tenże Sąd mógł się poruszać tylko w zakresie jaki Bank zakreślił w pozwie.

  • pozwalembank napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 11:43:46:

    @armark

    Ciekawe jaka jest sygnatura sprawy, którą teraz wnieśli do sądu kredytobiorcy .... :-)

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 12:01:17:

    Rozumiem, potrzebne jest kolejne 7,5tys pln i nowa sprawa: ). Jeśli nie wiadomo o co chodzi to wiadomo że chodzi o pieniądze.

    Stronami sporu jest kredytobiorca i bank, więc co za różnica po której stronie stołu stoją w sądzie ? czy jak teraz zamienią się miejscami i dalej będą mieli te same argumenty to orzeczenie w tym sporze będzie odmienne ?

  • armark napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 12:15:34:

    com.one

    No niestety, tak to jest.... Sąd może działać tylko w zakresie wskazanym w pozwie. Co najwyżej, w uzasadnieniu może wskazać, jakimi przesłankami, nawet tymi, wykraczającymi poza treść pozwu, się kierował wydając takie, a nie inne orzeczenie. Zresztą w tym wypadku tak to zrobił.
    Faktem jest, że jak teraz Kredytobiorca wniósłby sprawę do Sądu o unieważnienie tego czegoś, co kredytem nazwać nie można, to Sąd (inny skład orzekający) mógłby stwierdzić, że dla niego "to coś" to jednak kredyt... :-).
    Nie mamy prawa precedensowego i dla Sądów I instancji jedynie orzeczenie SN (i to w pełnym składzie) jest obowiązujące.

  • com.one napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 12:41:23:

    armark
    z tego co piszesz wynika ze sprawy frankowiczów w sądach będą się toczyć "na dwoje babka wróżyła". Lovely

  • armark napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/21 15:03:34:

    com.one

    Taki stan mamy przecież obecnie... Dlatego ciągle mówimy o "kształtowaniu się linii orzecznictwa". A "kształtowanie" z definicji tego słowa oznacza, że dopóki się nie wykształci, to zdania i orzeczenia mogą być diametralnie różne
    Brzmi to absurdalnie, ale tak jest...

  • kardupel_nadenty napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/22 11:58:53:

    @com,one

    Nawiazujac do wypowiedzi @armarka

    - dawno, dawno temu na Dzikim i Dalekim Zachodzie, szeryfi, którzy byli Ex quo organem sądowym jak i egzekutorami wyroków taki bank osądziliby i od razu rozstrzelali winnych.
    Teraz mamy demokrację i mozemy Cię okraśc w swietle dnia i co nam zrobisz? Zaden sąd, policja aniz nawet Bog Ci nie pomoze.

    takie czasy, lepsze, demokratyczne okradanie ;-)))

  • maryan.wielki napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/22 12:05:46:

    Czytając od dłuższego czasu o tym, co się dzieje wokół kredytów frankowych, zaczynam postrzegać ich problem przez analogię do procesów znanych w politologii.
    Otóż tak zwykle bywa, że gdy jakiś błąd prawny, nawet niewielki, jest akuszerem sprawy od samego początku, to tkwi jakby w ukryciu i nie wywołuje na początku żadnych skutków. Bywa zazwyczaj niedostrzegany, ale mimo, że fundament posiada gdzieś fałszywe cegły, to już fasada budowli wydaje się już w pełni lege artis. Ale w którymś momencie na fasadzie zaczynają pojawiać się rysy.... Wygląda na to, że sądy w Polsce po latach badania reguł fasady, zaczynają badać fundamenty i chyba zaczynają dostrzegać te fałszywe cegły.

  • kardupel_nadenty napisał(a) komentarz datowany na 2016/10/22 20:35:49:

    @maryan.wielki

    Piekna retoryka.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line