Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

środa, 08 lutego 2017

UberEats już działa. A które jeszcze apki warto mieć w telefonie, gdy chwyci głód?

W Warszawie - a ściślej pisząc w centrum Warszawy, bo usługą nie są objęte jeszcze wszystkie dzielnice - ruszyła nowa odsłona słynnego, znienawidzonego przez taksówkarzy Ubera - UberEATS. Oprócz wożenia ludzi Uber od teraz będzie woził do ludzi... jedzenie. Jest to usługa bardzo podobna do tych, które oferują portale typu Pyszne.pl, czy PizzaPortal.pl. A więc wybierasz restaurację spośród dostępnych z listy, komponujesz zamówienie, płacisz z poziomu aplikacji i czekasz na dostawę. Nic nowego pod słońcem. No, może poza "społecznościową" formułą całego interesu. Bo choć Uber jest wielką korporacją uciskającą swoich kierowców nie gorzej, niż jakakolwiek inna wielka korporacja, to formalnie działa jako dobroczyńcza łączący ludzi mających czas na jeżdżenie po mieście z tymi poszukującymi usługi transportowej.

Tym co co wyróżnia UberEATS wśród podobnych usług typu "kup jedzenie przez internet z dostawą" (a jest tego sporo, poza licznymi aplikacjami "jedzeniowymi" własną dostawę oferują przecież poszczególne sieci restauracji i fast foodów) może być łatwość aktywacji dla użytkowników "podstawowego" Ubera. Jeśli masz już apkę uberową w smartfonie, to po ściągnięciu UberEATS natychmiast możesz zamawiać jedzenie - nie trzeba się rejestrować, podpinać karty, ani definiować sposobu płatności. Wystarczy potwierdzić, że jesteś tym samym użytkownikiem, który ma w smartfonie apkę Ubera i po robocie. Aha, trzeba jeszcze wybrać adres dostaw. Mając do wyboru UberEATS i każdą inną apkę do zamawiania jedzenia, w której trzeba się zarejestrować, podać trochę danych i coś-tam podpiąć, większość osób mających kiedykolwiek styczność z Uberem wybierze zapewne apkę uberową. I o to chodzi. Na razie w ofercie UberEATS jest 150 warszawskich restauracji, ale pewnie będzie lepiej.

Czytaj też: Kogoś nieźle pogrzało? Uber chce być luxtorpedą. Limuzyna, poczęstunek...

Czytaj też: Tani powtór gruchotem z nocnej impry? Zapłata kartą cioci? Uber ma czar ;-)

Czytaj też: Taksówkarze się boją tańszej konkurencji? Oto trzy sposoby na zabicie Ubera

20170207_193719Dość atrakcyjne - jak to w Uberze - są też ceny, bo dostawa kosztuje 7,99 zł. Samo jedzenie jest oczywiście oferowane w cenie takiej samej, jak restauracyjna. De facto mamy więc usługę, która pozwala kupić jedzenie z dostawą po cenie niedostępnej dla małych zamówień w większości konkurencyjnych aplikacji. To cenne, choć spodziewam się, że za jakiś czas pojawią się wyższe ceny dla najmniejszych zamówień oraz wyższe stawki dla dostaw w najbardziej "chodliwych" godzinach. Na razie jednak jest tanio. Miałbym pewne wątpliwości co do jakości usługi, bo z "normalnym" Uberem ostatnio jest coraz więcej problemów. Opowiadałem Wam już jak woził mnie pewien kierowca z Ukrainy wokół Teatru Komedia i nie mógł dowieźć, bo aplikacja mu kazała jeździć w kółko? A o kierowcy z innego miasta, który w ścisłym centrum jechał pod prąd i powiedział, że inaczej nie może, bo "tak mu każą"? Nie omieszkam przetestować jedzeniowego Ubera w najbliższych dniach, ale mam nadzieję, że pamiętają tam, że głodny Samcik to zły Samcik ;-)).

Czytaj też: Konkurencja dla Ubera? Przetestowałem auto na minuty!

Czytaj też: Kolejki do przychodni? Oto Uber dla pacjentów. Lekarz z apki

Wejście do gry UberEATS chciałbym potraktować jako punkt wyjścia do opowiedzenia Wam o kilku aplikacjach jedzeniowych, które mogą Wam się przydać w podobnym stopniu, jak UberEATS. Bo jeśli chodzi o wielkie żarcie, to smartfonowa rewolucja przyniosła prawdziwy wysyp nowych możliwości. Poniżej przedstawiam kilka z tych, które przetestowałem własnymi, prywatnymi pieniędzmi (lub pieniędzmi moich znajomych ;-)). Oczywiście nie będę tu pisał o aplikacjach Pyszne.pl i PizzaPortal.pl, bo te fani zamawiania żarcia przez internet zapewne doskonale znają. A ci, którzy nie znają, zapewne nie chcą poznać.

QUERTES, CZYLI DOMOWE ŻARCIE SPOŁECZNOŚCIOWE. To najbardziej zbliżona konceptem do UberEATS aplikacja jedzeniowa, która ostatnio wpadła mi w ręce. Polega to-to na tym, że albo gotuję fajne rzeczy i mogę je wystawić na sprzedaż (z dostawą lub nie), albo jestem znudzony jedzeniem ciągle tych samych rzeczy i chciałbym zaryzykować spożycie czegoś nowego. Domowe żarcie - a takie jest oferowane przede wszystkim w tej społecznościowej "restauracji" - ma wiele zalet, choć oczywiście ma też wady: nigdy nie wiemy czy nie zarazimy się przy okazji salmonellą ;-). Ale wyjąwszy to ryzyko: jest miło. Żeby przyjmować płatności od ludzi trzeba mieć zarejestrowane konto w PayPalu, a żeby skutecznie zamówić u kogoś jedzenie - przypiąć do aplikacji kartę płatniczą (wystarczy podać numer, datę ważności i kod CVV). W chwili zamówienia kwota jest blokowana na karcie, ale aplikacja wymaga też potwierdzenia odbioru jedzenia (poprzez kod SMS lub zbliżenie telefonów i zczytanie QR kodu). Dopiero wtedy kasa jest zabierana z karty. A sprzedający otrzymuje kasę pomniejszoną o prowizję dla operatora aplikacji.

quertesscreen2

KEKEMEKE, CZYLI WIRTUALNE PIECZĄTKI. To aplikacja, którą obserwuję już od ponad roku. Jest de facto zamkniętym w smartfonie programem lojalnościowym do zbierania pieczątek i oczywiście do odbierania w zamian za nie darmowych posiłków. Apka w oparciu o geolokalizację podpowiada też użytkownikowi okazje cenowe w lokalnych knajpkach, ale nie jest to clue jej działania. Głównie chodzi o to, żeby przy okazji wizyty w danej restauracji, kawiarni, barze, czy klubie poprosić sprzedawcę o wirtualną pieczątkę. Jej przyznawanie polega na tym, że sprzedawca dyktuje nam kod e-kuponu (apka go zapamiętuje nawet jeśli smartfon nie ma połączenia z internetem) i jest on dopisywany do naszego konta. W podobny sposób, po uzbieraniu określonej liczby e-pieczątek, można otrzymać darmowy posiłek. Apka daje małym, samodzielnym knajpkom, nie należącym do żadnych sojuszy, sieci, ani wielkich programów lojalnościowych, spróbować budować lojalność klientów. Właściciel punktu gastronomicznego ma w ramach Kekemeke mnóstwo instrumentów, które pomagają odpowiednio budować jego własny program lojalnościowy (np. ściągać odpowiednią grupę klientów i odpowiednio ich motywować, żeby wpadali częściej).

 kekemekescreen1

KOFI UP, CZYLI KAWA ZE SMARTFONA. To z kolei coś dla tych, którzy mają już powyżej dziurek w nosie sieciowych kawiarni. KofiUp to apka, która pozwala kupić i opłacić z góry kilka kaw serwowanych przez miejsca, których pewnie nie znacie, bo nie należą do żadnej z wielkicj sieci. Cena jest przyzwoita - trzy kubki kawy opłacone z góry kosztują w najtańszym pakiecie Basic tylko 15 zł, a np. pięć kubków - 23 zł. W takim tanim pakiecie do wyboru są jednak tylko dwa rodzaje kawy (espresso i americano). Większy wybór jest w pakiecie Premium, ale tu już trzeba zapłacić 21 zł za trzy kubki i 33 zł za pięć. Pakiet trzeba wykorzystać w ciągu trzech-sześciu miesięcy (w zależności od liczby opłaconych z góry kaw). Płaci się kartą albo e-przelewem, a odbiór kawy polega na tym, że wchodzimy do aplikacji, klikamy rodzaj zamawianej kawy, zatwierdzamy zakup i wpisujemy kod transakcji, który podaje barista. Aplikacja pokazuje potwierdzenie transakcji, odejmuje nam z salda kubek kawy i gotowe.

cofiupscreen

OPENCARD, CZYLI RESTAURACJA ZA PÓŁ CENY. O tej karcie lojalnościowej, występującej zarówno w formie plastikowej, jak i w smarfonie, było już w blogu. Kupuje się za kilkadziesiąt złotych abonament na zniżki w wybranych restauracjach. W ramach zniżki (trzeba przed wejściem do lokalu zaanonsować się telefonicznie i poinformować, że jest się członkiem programu OpenCard) jedna osoba - posiadacz karty, nie ma tu opcji rodzinnej - może zapłacić 50% rachunku za jedzenie (nie ma wtedy zniżki na napoje i alkohole)opencard2 lub dostać 30% zniżki za cały rachunek. W sumie do zaoszczędzenia jest więc jednorazowo kilkanaście, może 20-30 zł (przy bardziej wystawnym jedzeniu) podczas jednego "posiedzenia". Słabość polega na tym, że restauracje przeważnie ograniczają możliwość korzystania ze zniżek przy zestawach lunchowych (które same w sobie są promocją). A druga słabość polega na tym, że ta karta kosztuje. Teraz na próbę można kupić ważną przez dwa tygodnie kartę za 15 zł, ale w standardzie trzy miesiące możliwości korzystania z rabatów to wydatek 50 zł, zaś pół roku - 70 zł. Płaci się przelewem ekspresowym, a w restauracji trzeba mieć smartfona z aplikacją, bo restaurator może poprosić o okazanie karty.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
środa, 08 lutego 2017 08:54

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • nerkofil napisał(a) komentarz datowany na 2017/02/10 11:00:44:

    Quertes to fajna inicjatywa, jakiś czas temu próbowałem tego w Hiszpanii i Grecji; -) Przeżyłem. A w tamtych krajach niczym dziwnym nie jest zaproszenie na obiad do domu kogoś poznanego na ulicy, a z tego samego kotła jedzą wszyscy domownicy, wiec siebie nie potruja :-)
    W Polsce widziałem coś podobnego, raczej jako wydarzenie miejskie, a nie stała inicjatywę, ale początki są w większych miastach!

    Pizze mam pod domem, a chińska zupkę w wersji improved robie w 7 minut. Ergo, słaby klient ze mnie dla Ubera :-)

  • lukasfiles napisał(a) komentarz datowany na 2017/02/11 11:26:07:

    Panie Macieju, w kwestii OpenCard należy tu się pewne sprostowanie, bo z pańskiego wpisu można wywnioskować, że karta działa tylko dla jednej osoby. Natomiast w wielu restauracjach jedna karta pozwala opłacić rachunek ze zniżką nawet czterem osobom biorącym udział w biesiadzie. A zdarzały się i takie, których posiadacz jednej karty mógł zastosować zniżkę nawet dla 12 osób.

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line