Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpis

środa, 10 stycznia 2018

Jak ogarnąć degrengoladę panującą w służbie zdrowia? Oto plan w pięciu punktach

 

Nasz narodowy budżet na zdrowie to 120 mld zł. W proporcji do naszej liczebności i wartości naszej pracy to nie są duże pieniądze. Szczerze? Jedne z najmniejszych w grupie państw tzw. cywilizowanych. Gdybyśmy mieli proporcjonalnie do „wartości” kraju wydawać tyle, ile wynosi średnia w państwach OECD (czyli tej części świata uznawanej za rozwiniętą, do której się zresztą zaliczamy) musielibyśmy przeznaczać na służbę zdrowia jeszcze o 60 mld zł więcej, niż dziś.

Wtedy miejsc w szpitalach byłoby więcej, można byłoby więcej leków refundować, zatrudnić więcej lekarzy i pielęgniarek, sprawniej rehabilitować przewlekle chorych.  Kłopot w tym, że brakujących do poziomu przyzwoitości 60 mld zł rząd nie ma. To więcej, niż całe wydatki na szkoły, albo na wojsko, policję i urzędników albo na transport.

To, że służba zdrowia jeszcze jakoś działa, jest w pewnej mierze zasługą tego, że dopłacamy do niej z własnych, prywatnych pieniędzy (te z podatków też są nasze, ale wydaje je w naszym imieniu rząd). Prywatne wydatki na zdrowie sięgają już 40 mld zł. A więc jedną trzecią pieniędzy zużywanych przez służbę zdrowia finansujemy z własnych kieszeni.

Na co idzie ta kasa? To bardzo ciekawe. Ponad połowa naszych prywatnych wydatków (a dokładniej 55%) to leki i parafarmaceutyki oraz suplementy diety.A więc: dopłaty do leków refundowanych, leki nierefundowane, leki bezreceptowe (OTC) oraz reklamowane w telewizji uzdrawiające witaminki.

Ta druga, „mniejsza” połowa to wydatki na stomatologię (jedyną, poza ginekologią, w dużej części „sprywatyzowaną” gałąź służby zdrowia), prywatnych lekarzy oraz na abonamenty medyczne i ubezpieczenia zapewniające dostęp do lekarzy inną ścieżką, niż finansowaną z podatków (czym się różnią abonamenty od ubezpieczeń – zaraz opowiem).

Miliardy wpuszczamy w kanał. I pozwalamy jeździć na gapę

Żeby było jeszcze smutniej: dużą część z tej naszej prywatnej kasy, przeznaczonej na zdrowie, po prostu „przepalamy”, wyrzucamy w błoto, wydajemy nieefektywnie. Po pierwsze jesteśmy narodem lekomanów, więc kupujemy i zjadamy więcej leków, niż powinniśmy. Zamiast składać się na „prawdziwą” służbę zdrowia, finansujemy koncerny farmaceutyczne i nie dostajemy w zamian zdrowia tylko reklamy tego, że moglibyśmy być zdrowi gdybyśmy wzięli jeszcze więcej witaminek.

Po drugie płacimy dwa razy za to samo. Najpierw w podatku składkę na państwowego lekarza, a potem prywatnie dostęp do tego samego lekarza w szybszym czasie i bez kolejki. Po trzecie: ten lekarz często obsługuje nas na państwowym sprzęcie, za który też już raz zapłaciliśmy – w podatkach. A na domiar złego jesteśmy pojedynczym, małym żuczkiem, któremu dyktuje się ceny z kosmosu. Ta sama usługa zakontraktowana przez „hurtowego” płatnika byłaby znacznie tańsza, niż w sytuacji, gdy kupujemy ją jako indywidualny pacjent.

Po czwarte: na służbę zdrowia płacą tylko niektórzy. W Polsce składkowanie na zdrowie jest skrajnie niesprawiedliwe. Nie każdy musi płacić składki, niektórzy są obciążeni w znacznie mniejszym stopniu, niż inni. Czy uwierzycie, że aż 52% budżetu NFZ pochodzi od osób zatrudnionych na umowę o pracę, zaś kolejne 25% od… emerytów? Czyli: państwo wypłaca im emeryturę, od której potrąca składkę na zdrowie, którą przekłada do drugiej kieszeni (z ZUS do NFZ).

Przedsiębiorcy prowadzący działalność pozarolniczą wkładają do dziesiątą złotówkę do budżetu NFZ, zaś pozostałych osiem grup społecznych – łącznie 14%. Nasz system składkowania ma furę pasażerów na gapę, którzy się nie dokładają, a otrzymali prawo do takich samych świadczeń, co inni. Gdyby owych gapowiczów nie było, być może nie byłoby też 60-miliardowej dziury między tym, czego potrzebujemy a tym co mamy.

Czytaj też: Ukąszenie pająka? Wizyta UFO? Od czego warto się ubezpieczyć? Śmiertelnie poważny ranking

O roli ubezpieczeń w naszym życiu: czytaj w raporcie „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” – plik pdf jest tutaj

Nadchodzą dwa tsunami: demograficzne i technologiczne

Państwo przy obecnym poziomie wydatków socjalnych oraz opodatkowania obywateli raczej nie dorzuci wiele do obecnie wydawanych 80 mld zł. My sami już dziś wydajemy 40 mld zł, wpuszczając dużą część tych pieniędzy w kanał. Już sam ten obrazek mrozi krew w żyłach.

Ale przed nami jest przyszłość, która może być jeszcze gorsza. Według badań EY, biorąc pod uwagę tylko czynnik demograficzny (to główny generator kosztów służby zdrowia), by utrzymać obecny poziom publicznej opieki zdrowotnej nad Polakami (z kolejkami do lekarzy takimi jak teraz, z zamykanymi oddziałami szpitali, z niedziałającą opieką nocną) potrzebujemy wydawać w 2060 r 8,8% PKB rocznie zamiast obecnych 4,5%. A więc nawet dorzucenie 60 mld zł do systemu ochrony zdrowia nie zagwarantuje poprawy sytuacji!

Jeśli nie zwiększymy puli, to w kolejkach do lekarzy-specjalistów, do zabiegów, operacji będzie stało coraz więcej osób, lekarzy będzie mniej i kolejki do nich się wydłużą, szpitale będą jeszcze bardziej przepełnione, lista leków refundowanych nie będzie się zwiększała o nowe pozycje (czyli nowoczesne, skuteczne leki). Będziemy szybciej umierać z powodu raka, cukrzycy, smogu. A na salach operacyjnych nie będzie nowoczesnego sprzętu, który robi „ping”.

To nie jest żadna wyższa matematyka. Po prostu się starzejemy – za chwilę na jednego emeryta będzie przypadało tylko dwóch pracujących – a wydatki na ochronę zdrowia 30-latka są sześć razy niższe, niż na 60-latka. Jeśli w społeczeństwie będzie więcej 60-latków to i budżet na ich leczenie musi być wyższy.

Do tsunami demograficznego dochodzi drugie – technologiczne. Umiemy leczyć choroby, których nie leczyliśmy, umiemy personalizować leczenie, dobierać je do fenotypu, za chwilę będziemy dobierali terapie w zależności od genotypu pacjenta. Rośnie średnia długość życia człowieka. Nieco wolniej niestety rośnie średnia długość życia w zdrowiu, ale za to w górę idzie koszt utrzymania nas w tym zdrowiu – jest więcej przewlekłych chorób: otyłość, nadciśnienie, smog, choroby kręgosłupa. To nowe, masowe problemy, których leczenie lub utrzymywanie pacjenta w komforcie coraz więcej kosztuje.

Pięć rzeczy, które musimy zrobić, by uratować naszą służbę zdrowia przed katastrofą

Czas, żeby politycy przestali zajmować się duperelami, bo nie ma dziś ważniejszej dla Polaków sprawy, niż uzdrowienie systemu opieki medycznej. Inaczej zaczniemy padać jak muchy z powodu braku dostępu do lekarzy, szpitali, leków.

Co konkretnie robić? Zapraszam do lektury pełnej wersji tekstu na mojej stronie "Subiektywnie o finansach". Analizę znajdziecie tutaj

Partnerem cyklu „Bez znieczulenia o ubezpieczeniach” jest Polska Izba Ubezpieczeń”. Więcej na temat roli ubezpieczeń w naszym życiu: czytaj w raporcie „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” – plik pdf do pobrania lub obejrzenia jest tutaj

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
maciek.samcik
Czas publikacji:
środa, 10 stycznia 2018 08:49

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • blasha napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/10 12:39:18:

    to się da ogarnąć? nie wierze !

  • karv napisał(a) komentarz datowany na 2018/01/11 23:16:23:

    nie da się

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny