Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 04 marca 2015
    • 60.000 zł oszczędności, stała praca, 3500 zł pensji. Banki wyrzucają go przez okno. Paranoja?

      Tajemnica sukcesu firm pożyczkowych w Polsce to temat na pracę doktorską. Nad Wisłę zjeżdżają najpotężniejsi lichwiarze z całego świata i robią tu złote interesy. Jeden z menedżerów firmy pożyczkowej - wcale nie takiej największej - klarował mi niedawno, że w tym biznesie break-even point osiągnął po ledwie półtora roku działalności. Powiedzieć, że niebankowi pożyczkodawcy żyją jak pączki w maśle byłoby lekką przesadą, ale na pewno nie przymierają głodem. A ich marże na "gorących pieniądzach" - już po potrąceniu kosztów informatycznych, weryfikacji klientów, windykacji i reklamy - dają komfort działania i pozwalają na "inwestowanie" w reklamę i triki typu "pierwsza pożyczka gratis". Dość powiedzieć, że są kwartały, w których największym reklamodawcą na rynku finansowym nie jest żaden bank, lecz firma pożyczkowa. Konkretnie ta:

      Jakie są przyczyny tego eldorado? Po pierwsze Polska to kraj wystarczająco zamożny, by znalazło się w nim trochę milionów osób posiadających wiarygodność płatniczą, a zarazem wystarczająco biedny, by ludzie ci potrzebowali gorącej gotówki. Po drugie Polska to duży kraj, w którym znajdzie się miejsce dla każdego lichwiarza, nie trzeba walczyć o życie, obniżając ceny pożyczek (choć pierwsi śmiałkowie już są :-)). Po trzecie Polska to kraj, w którym ludzie są nowocześni, otwarci na nowe technologie. Bankowcy nauczyli nas finansów przez internet i smartfona, stworzyli infrastrukturę przelewów ekspresowych, dostępu online do rejestrów pomagających badać wiarygodność płatniczą, a nawet ściągania historii kont klienta z różnych banków. To oznacza, że można zaoferować pożyczkę pozabankową dostępną w ciągu kilku minut, zamawianą przez smartfona. I wykorzystać okazję, by klient nie zdążył pomyśleć ile to kosztuje. Po czwarte Polska to kraj, w którym banki są trzymane przez nadzór na krótkiej smyczy, więc konkurować z nimi jest łatwo. Po piąte Polska to kraj, w którym nie działa ustawa antylichwiarska i można klienta ubrać w dowolnie wysokie koszty, a ten nie może nawet pisnąć. Po szóste Polska to kraj, w którym przepisy są maksymalnie przegięte w kierunku wierzycieli. Komornik może przyjść i zabrać ci traktor, bo akurat nie zastał sąsiada, a ty możesz odziedziczyć długi nawet o tym nie wiedząc. Na szczęście jest nowa ustawa o upadłości konsumenckiej, która w pewnym stopniu wyrównuje nasze szanse w konfrontacji z lichwiarzami. Po siódme: w Polsce windykacja działa perfekcyjnie, a rynek sekurytyzacji aktywów chodzi jak ta lala. Nic tylko pozbywać się nie spłaconych przez klientów pożyczek i udzielać nowych.

      Czytaj też: Chłopaki z klubiku krzewią standardy na rynku pożyczek pozabankowych

      To wszystko prawda. Ale jest jeszcze siódmy powód, o którym chciałbym dziś z Wami porozmawiać. To wygodnictwo, krótkowzroczność, lenistwo,bankowców. Ostatnio mój kolega redakcyjny Maciek Bednarek cytował w "Gazecie Wyborczej" badania, z których wynikało, że klientami firm pożyczkowych nie są przysłowiowi gołodupcy (a przynajmniej nie tylko oni), ale też młode, dobrze sytuowane osoby, które bez problemu powinny mieć zdolność kredytową w banku. Do niedawna sądziłem, że banki po prostu przegrywają wyścig technologiczny - nie są w stanie zaoferować klientowi z ulicy pożyczki tak szybko i w tak przyjaznej procedurze, jak firmy pożyczkowe. Ale ta teza przestaje być prawdziwa: w wielu bankach zwiększenie limitu karty kredytowej, czy debetu w rachunku osobistym odbywa się "na klik", są też banki procedujące wnioski kredytowe od A do Z w kanale bankowości mobilnej. O co więc chodzi, do jasnej cholery? Aż tak bardzo nie uczą nas w szkole matematyki, że ludzie nie odróżniają pożyczki na 20% rocznie od takiej na 20% miesięcznie? Aż tak bardzo odbiło nam na punkcie konsumpcji, że musimy mieć wszystko teraz-zaraz, bez względu na koszty i ryzyko wpadnięcia w pętlę zadłużenia? Chodzi, proszę państwa, o to, że bankowcy w Polsce są po prostu bezmyślni. Opowiem Wam historyjkę, którą być może czytaliście już w "Pieniądzach Ekstra" - już jutro kolejne wydanie, w których podobnych historyjek nie zabraknie oj nie zabraknie... - ale nie zaszkodzi przeczytać jeszcze raz, osadzając w szerszym kontekście.

      Czytaj też: Bank idzie na wojnę z chwilówkami. Pożycz 900 zł bez żadnych odsetek

      Otóż jest sobie pan Ireneusz. Ma 23 lata, mieszka od czterech lat w Warszawie, z rodzicami i siostrą. Studiuje na Politechnice Warszawskiej. Już od dwóch lat pracuje. Ostatnio jako zastępca kierownika w restauracji. Zarabia nieźle. Od 2800 zł do 3500 zł. Nie prowadzi hulaszczego trybu życia, więc zgromadził bardzo duże, jak na swój wiek, oszczędności - prawie 60.000 zł. Chłopak chce się jak najszybciej usamodzielnić. Zamierzał kupić własne mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią za 320.000 zł..Poprosił doradcę finansowego, by sprawdził w bankach gdzie mógłby zassać najlepszy kredyt hipoteczny. Sprawdził pięć banków, ale za każdym razem system wypluwał odmowę. Nikt mu nie zarzucał braku zdolności kredytowej, a jedynie brak historii kredytowej. Ogarniacie? Bank nie pożyczy pieniędzy klientowi ze stałą pracą, wysoką pensją, niskimi kosztami utrzymania (brak licznej gromadki dzieci), z dużymi oszczędnościami tylko dlatego, że człowiek nie jest zadłużony po uszy.

      Czy ci bankowcy się na łby pozamieniali? Gdyby człowiek nie miał wkładu własnego, gdyby chodziło o kredyt niezabezpieczony, gdyby nie miał stałej umowy o pracę... Ale nie. Klient ma tylko jedną, jedyną wadę - jest bankową dziewicą. A jak system widzi taką dziewicę, to zaczyna dymić, trząść się i wybucha. Podobnie się zachowuje jak zobaczy człowieka, który nie ma etatu, tylko jest na umowie zlecenia. Tak, jakby rodzaj kontraktu pracowniczego miał jakiekolwiek znaczenie dla stabilności zatrudnienia. Odrzucanie przez banki klientów bez etatu lub bez historii kredytowej jest dziwactwem, które da się wytłumaczyć tylko niską zdolnością bankowców do nowych warunków w otoczeniu gospodarczym. To ciężka choroba i bankowcy powinni się leczyć. Może seria bolesnych zastrzyków, czy co? Na razie jednak planują jedynie uśmierzyć ból, przygotowując ustawę, która ma zmusić firmy pożyczkowe, by wrzucały dane o swoich klientach do bankowej bazy BIK. Dzięki temu liczba bankowych dziewic by spadła, a część klientów mających dziś bana dostałaby kredyt w banku. Uważam, że tu trzeba zmiany sposobu myślenia, a nie zmiany zawartości baz danych. Tak długo, jak banki będą bezmyślnie wyrzucały przez okno młodych klientów, tak długo Polska będzie eldorado dla sprzedawców chwilówek.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „60.000 zł oszczędności, stała praca, 3500 zł pensji. Banki wyrzucają go przez okno. Paranoja?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 04 marca 2015 17:09
    • Jeden bank, trzy prawdy i... upierdliwy klient, który nie chciał zapłacić 200 zł

      W takiej sytuacji jest wielu klientów banków: instytucja finansowa, w której mają kredyt, konto, kartę lub depozyt została przejęta przez inną. Zwykle nie oznacza to natychmiastowych zmian, bo wszystkie umowy, numery rachunków, warunki depozytów i stopy procentowe pozostają przez jakiś czas bez zmian. Ale,prędzej czy później, przychodzi miotła i porządkuje. Zmiana systemów informatycznych to jeszcze pikuś. Gorzej jeśli bank, którzy przejął klientów, zaczyna się tak zachowywać, jak gdyby wziął ich w jasyr. Standardem jest podnoszenie opłat i prowizji związanych ze "starymi" pakietami usług, pochodzącymi jeszcze z czasów, kiedy przejęty bank był samodzielnym bytem. Podnosi się je tak długo, aż uda się klienta wypłoszyć i skłonić do wymiany "starego" pakietu na taki z oferty "nowego" banku. Nieposłuszni są karani, bo przecież nie po to bierze się klientów w jasyr, żeby się z nimi pieścić. Napisał do mnie wzięty w jasyr były klient Kredyt Banku, obecnie BZ WBK, a w przyszłości - Santandera :-)

      "Na początku grudnia otrzymałem informację, że bank BZ WBK zmienia opłaty dotyczące mojego konta. Posiadam “Profil Ambitny”, jeszcze po dawnym Kredyt Banku. Z korespondencji przesłanej przez bank dowiedziałem się, iż od początku lutego opłata za ten rodzaj konta zwiększa się aż o 6 zł miesięcznie. Konto to jest powiązane z kredytem mieszkaniowym, który posiadałem w Kredyt Banku. Postanowiłem nie wyrazić zgody na zmiany i poinformowałem bank, że jednocześnie nie jestem zainteresowany żadnym kontem z aktualnej oferty banku BZ WBK. Doszedłem do wniosku, że płaciłbym więcej za "darmowe konto" w BZ WBK niż teraz płacę za płatne”

      - napisał do mnie krnąbrny klient BZ WBK. Na początku grudnia skontaktował się więc z oddziałem BZ WBK w Gostyniu. Otrzymał jednak odpowiedź, że nie da się nic zrobić. Że musi przyjąć nowe warunki lub skorzystać z innego konta z oferty BZ WBK. W przeciwnym wypadku będzie musiał - uwaga! - jednorazowo spłacić kredyt mieszkaniowy. Mojemu czytelnikowi nie spodobała się ta odpowiedź. W banku przejmującym potraktowano go, jak jeńca wziętego do niewoli. Ma kredyt hipoteczny, więc albo ma się zgodzić na zaporowe prowizje, albo musi zmienić konto na jedno z "zielonych"? Klient skontaktował się z bankiem przez internet. E-mailem odpowiedziano mu, że... owszem, może nie zgodzić się na nowe warunki prowadzenia dotychczasowego konta i wcale nie musi brać żadnego z kont z obecnej oferty BZ WBK. Jeśli nie odpowiada mu żadna z opcji, to do kredytu otrzyma konto techniczne. Ale... zmiana numeru konta do spłaty rat powoduje konieczność spisania aneksu do umowy kredytu mieszkaniowego i będzie kosztowało 200 zł.

      Klientowi polecono kontakt z Infolinią Centrum Obsługi Kredytów Hipotecznych. Co też zrobił i tam otrzymał informację, że w przypadku braku zgody na zmiany warunków prowadzenia konta nie ponosi żadnych kosztów tych zmian. A więc aneks może zostać spisany bez 200-złotowej opłaty. To już trzecie miejsce w banku, do którego zgłosił się klient i... trzecia wersja wydarzeń, która została zaserwowana klientowi. Jemu jednak było jeszcze mało, dlatego napisał do Rzecznika Klienta BZ WBK. W banku jest taka instytucja, a celem jest oczywiście załatwianie konfliktów na linii pracownik banku-klient. Rzecznik klienta się jednak zapowietrzył i nie odpowiedział w ogóle. Może po prostu nie chciał robić tłoku. Skoro są już trzy wersje, to po co produkować czwartą, nawet gdyby to ona miała się okazać prawdziwa? :-). W związku z tym klient postanowił ponownie udać się do oddziału banku w Gostyniu:

      "Poinformowałem tam, że nie wyrażam zgody na zmiany prowizji dotyczące mojego konta i nie chcę też innego ROR-u z aktualnej oferty banku. Otrzymałem informację, że jednak mogę zmienić konto na techniczne, ale nie ma mowy, żeby zrobić to za darmo. I że będzie mnie to kosztować 200 zł za aneks. Nie zgodziłem się, gdyż uważam, że jeśli bank zmienia zasady gry, to ja mam prawo się na to nie zgodzić i nie powinienem ponosić z tego tytułu żadnych kosztów. Ale jedynie, co zyskałem, to wysłanie w moim imieniu - po konsultacjach z kierownictwem - reklamacji przez pracowników banku"

      Bank miał 30 dni na odpowiedź. Sprawa nie wygląda na nadmiernie skomplikowaną, więc mój czytelnik spodziewał się, że zostanie załatwiona szybko. Niestety, gdy czas, który bank dał sobie na rozstrzygnięcie kwestii, zbliżał się do końca, bank przesłał list z informacją, że ze względu na złożoność problemu prosi o... dodatkowe 90 dni na rozpatrzenie reklamacji. Wiadomość jest podpisana przez Rzecznika Klienta.

      "Problem jest taki, że posiadam trzy różne opinie dotyczące tego samego problemu od różnych pracowników banku. Osobiście uważam, że takie zmiany nie powinny mnie obciążać, bo konieczność podpisania aneksu do umowy kredytowej jest konsekwencją działań banku. Tyle, że to jest informacja telefoniczna, a będąc w oddziale i chcąc wcielić ją w życie nie udało mi się to, bo tam sądzą całkiem coś innego. I teraz co?"

      - pyta mój czytelnik. Kiedyś już był klientem BZ WBK i starał się tam o kredyt mieszkaniowy. Wtedy - jak twierdzi - też był jakiś drobny problem i też otrzymał trzy wykluczające się opinie. Może na tym polega demokracja w banku? Tylko dlaczego jest ona tak denerwująca dla klientów? Cierpliwość i upierdliwość tym razem została nagrodzona. Rzecznik klienta pod koniec stycznia - a więc po dwóch miesiącach od pierwszego kontaktu klienta z bankiem! - wreszcie wydał werdykt, z którego wynika, że klient może zmienić konto i nie płacić 200 zł. Dlaczego ta prosta konstatacja zajęła tyle czasu? I czy każdy klient miałby tyle determinacji, by walczyć o swoje? Ilu nie walczyło i zapłaciło 200 zł? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Jeden bank, trzy prawdy i... upierdliwy klient, który nie chciał zapłacić 200 zł”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 04 marca 2015 08:43
  • wtorek, 03 marca 2015
    • Skończyłeś niedawno 26 lat? Odkurz bankową taryfę prowizji zanim... zrobi to twój bank ;-)

      Pisałem niedawno o problemach banku PKO BP z utrzymywaniem relacji ze studentami. To bank, który bardzo wcześnie zaczyna budować przyczółki, jako jedyny ma ofertę dla klientów nie mających nawet 10 lat, rozbudowuje i unowocześnia Szkolne Kasy Oszczędności, ma też ciekawe plany systematycznego oszczędzania. Ale kiedy taki podlotek, któremu PKO BP towarzyszy w dorastaniu, kończy studia i zaczyna dorosłe życie, coś się zacina. Zacina się również wtedy, gdy korzysta z preferencyjnego kredytu studenckiego i zgłasza się do banku z prosbą o umorzenie jego części (ze względu na dobre wyniki w nauce). W relacjach ze studentami największy polski bank potrafi strzelić sobie takiego samobója, że aż zęby bolą. Tym razem napisał do mnie pan Grzegorz, który też korzystał w PKO BP z preferencyjnego kredytu studenckiego i w związku z tym ma w PKO BP konto. Rachunek był oczywiście - jak to konto młodzieżowe - bezpłatny. Tym niemniej stało się tak, że pan Grzegorz stracił 26 lat, osiągając wiek, w którym w większości banków traci się przywileje studenckie. Pan Grzegorz - podobnie jak ja - do upływu czasu podejście ma swobodne, więc po prostu 26. wiosna mu minęła i pobiegł dalej. Zatrzymała go dopiero przesyłka z PKO BP z informacją, że ma zapłacić 50 zł zaległych opłat za konto.

      Pan Grzegorz się zdziwił, bowiem pamiętał, że jego ROR miał być bezwarunkowo bezpłatny. I kiedy, jeszcze ubiegając się o kredyt, dopytywał się w szczecińskim oddziale PKO BP o to, czy ROR związany z kredytem na pewno nie będzie go nigdy nic kosztował, pracownicy przysięgali na wszystkie świętości oraz na portret prezesa wiszący na ścianie, że wszystko będzie za darmo i bez żadnych warunków. Bo w PKO nasz student, nasz pan.

      "Moje przekonanie o tym, iż rachunek jest bezwarunkowo bezpłatny zostało zweryfikowane po upływie 10 miesięcy od ukończenia 26. roku życia. Wówczas na koncie pojawił się debet opiewający na kwotę 50 zł. Nie jest to być może majątek, ale uznałem, że: po pierwsze doradca bankowy powinien informować klienta o wszystkich warunkach prowadzenia "darmowego" rachunku (szczególnie gdy klient dopytuje o to, czy za prowadzenie rachunku faktycznie nie pobiera się opłat...), po drugie bank z przekazaniem informacji o zadłużeniu nie powinien czekać aż 10 miesięcy".

      W związku z zaistniałą sytuacją pan Grzegorz postanowił złożyć do banku reklamację w tej sprawie. W piśmie przytoczył swoją historię, a także szereg innych doświadczeń z PKO BP. Być może to przelewanie na papier swoich frustracji związanych z funkcjonowaniem PKO BP nie było zbyt "polityczne", bo w banku stwierdzili, że skoro klient jest z gatunku "awanturujących się", to nie ma sensu specjalnie się nad nim rozczulać. Być może gdyby się ukorzył i ładnie poprosił, to dostałby zwrot tych 50 zł (choć przecież prowizje zostały naliczone zgodnie z taryfą - konto automatycznie się przekształciło w "dorosłe" i wpadło w inne miejsce taryfikatora). Ale ponieważ gówniarz pyskował, spotkał go za to słuszny odpór, który bank dał mu na dwóch stronach odpowiedzi na reklamację, zapisanych drobnym maczkiem.

      PKO_student_odpowied_PKO

      Bank opisał panu Grzegorzowi, językiem przypominającym urzędniczą chińszczyznę (bez urazy dla Chińczyków ;-)), całą historię świata, m.in. to jaki jest numer jego rachunku, w ramach jakiej umowy jest prowadzony, jakie przepisy prawa oraz wewnętrzne przepisy banków regulują tę umowę i jakie były formalne przesłanki, by pobrać opłatę. A były takie, że konto młodzieżowe od 26. roku życia jest bezpłatne tylko pod warunkiem, że zapewni saldo na poziomie co najmniej 1000 zł.

      "Od banku otrzymałem informację, iż posiadałem dostęp do taryfikatora opłat za prowadzenie rachunku i wina za zadłużenie leży wyłącznie po mojej stronie. Fakt, mogłem sam sprawdzić taryfikator. Nie zmienia to jednak faktu, że doradca bankowy w momencie zakładania konta zapewniał mnie o jego bezpłatności. Dwie osoby z mojego najbliższego otoczenia po usłyszeniu mojej historii sprawdziły swoje rachunki i okazało się, że ich salda również są ujemne...Zapewne, w opinii banku, debety były jeszcze zbyt małe by poinformować o nich klientów. To strasznie przykre, że osoby cieszące się z otrzymania kredytu studenckiego, niejednokrotnie umożliwiającego podjęcie studiów, w pewnym momencie spotyka takie rozczarowanie. Osobiście się na to nie zgadzam"

      - konkluduje pan Grzegorz. No, nie wiem czy mam dla niego pełnię wyrozumiałości. Kto jak kto, ale osoba aspirująca do dyplomu szkoły wyższej powinna mieć zdolność analizy dokumentów, nawet tak skomplikowanych, jak umowa rachunku bankowego i tabela opłat i prowizji. Przy okazji wcześniejszych tego typu historii bank tłumaczył mi, że informuje klientów o tym, że czas darmoszki się kończy (np. w comiesięcznych wyciągach). Sęk w tym, że studenci to ludzie wyjątkowo mobilni i być może standardowy system kontaktowania się z nimi nie jest wystarczający. Poza tym dla kogoś, kto dopiero przestał być studentem, każdy pieniądz jest ważny. I o ile dla "zwykłego" klienta konieczność dopłaty np. 50 zł nie będzie końcem świata, to akurat tu bank powinien zachować szczególną wrażliwość, by po prostu nie zmarnować jednym szybkim ruchem kapitału zaufania, który zbudował sobie w czasie dorastania klienta. Zakładam, że system PKO BP da się podkręcić tak, żeby "wypluwał" monit do zadłużonego klienta wcześniej, niż wtedy, kiedy jego dług urośnie do 50 zł. Można również podkręcić procesy w drugą stronę: żeby taki upierdliwiec stracił zapał do składania reklamacji ;-).  Którą drogą pójdzie PKO BP? Zobaczymy...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Skończyłeś niedawno 26 lat? Odkurz bankową taryfę prowizji zanim... zrobi to twój bank ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 03 marca 2015 08:23
  • poniedziałek, 02 marca 2015
    • Czy nadzór nie upilnował banków w sprawie franka? A może... ktoś zepsuł ten nadzór?

      Kryzys frankowy - niezależnie od tego, czy spojrzymy nań jak na przekręt stulecia, czy też uznamy go jedynie za kolejny niezbyt przyjemny epizod w życiu finansowym Polaków - powinien nas skłonić do refleksji nad rolą nadzoru bankowego w rozbrajaniu tego rodzaju "bomb" w przyszłości. Rozbrajaniu ich zanim jeszcze wybuchną, co niestety nie do końca udało się przy kredytach walutowych. Na kanwie tego przypadku warto zastanowić się, czy obecne usytuowanie Komisji Nadzoru Finansowego - urzędu, który odpowiada za stabilność banków, a przede wszystkim za bezpieczeństwo depozytów ich klientów - gwarantuje nam brak "powtórki z rozrywki" w bliższej lub dalszej przyszłości. Rozbujanie kredytów frankowych było typowym przykładem pomysłu w krótkim terminie radującego wszystkich - "jak najwięcej jak najtańszego kredytu!" - w długim terminie prowadzącego do kłopotów. Widać tu pewne podobieństwa (oczywiście, zachowując proporcje) do kryzysu kredytów subprime w USA. Pożyczanie pieniędzy "na puls", czy klientom NINJA (o charakterystyce "no income, no job, no assets") zawsze pomaga wygrać najbliższe wybory i przeważnie źle się kończy.

      Nie istnieje złoty środek, który zagwarantowałby, że nadzór nad bankami będzie zawsze działał bezbłędnie. To kwestia ludzi, procedur, kontroli. Ale im dalej ów nadzór jest usytuowany od polityków, zainteresowanych głównie wynikami najbliższych wyborów, tym większa jest nadzieja, że w krytycznym momencie podejmie skuteczne, choć niepopularne decyzje. W Polsce od pewnego czasu nadzór finansowy jest niestety dość blisko bieżącej polityki. W 2006 r., za rządów prawicy - m.in. na złość prezesowi NBP Leszkowi Balcerowiczowi - postanowiono rozwalić sprawdzoną strukturę nadzoru finansowego i postawić nową, opartą na wzorach anglosaskich. Zamiast trzech wyspecjalizowanych urzędów, zajmujących się bankami (Komisja Nadzoru Bankowego), funduszami inwestycyjnymi i giełdą (Komisja Papierów Wartościowych i Giełd) oraz ubezpieczeniami (Komisja Nadzoru Ubezpieczeń i Funduszy Emerytalnych), powołano superurząd - Komisję Nadzoru Finansowego. Pisałem wtedy, że to ryzykowny pomysł, bo zmniejsza niezależność nadzorców od polityków.

      Przewodniczącego KNF powołuje premier, zaś resztę jej członków nominują różne ośrodki władzy (m.in. dwa ministerstwa, prezydent, państwowy fundusz gwarancyjny, NBP). Wcześniej szefem Komisji Nadzoru Bankowego "z automatu" był prezes NBP, cieszący się w naszym ustroju ogromną niezależnością. I to on mianował generalnego inspektora nadzoru, który był operacyjnym mózgiem tego organu. Tamten układ sił gwarantował nadzorcom spokojną głowę od nacisków politycznych. Nie ma odpowiedzi na pytanie na ile nowe usytuowanie nadzoru miało wpływ na rozwój frankowego bezhołowia. Pierwszą rekomendację, która przykręcała śrubę bankom, uchwalono jeszcze w 2006 r., przed reformą nadzoru. Ale w styczniu 2008 r., czyli dokładnie wtedy, kiedy banki udzielały na potęgę kredytów frankowych, ruszył "nowy" nadzór, wyrwany z korzeniami z banku centralnego. Nie dość, że stracił mnóstwo czasu na zorganizowanie się na nowo, to do dziś nie cieszy się wśród banków autorytetem, który miał "stary" nadzór, przed wyjęciem go z NBP.

      Nie mam powodu, by podważać niezależność przewodniczącego KNF Andrzeja Jakubiaka. Ale nie mogę też zapomnieć, że mianował go polityk (premier), z rekomendacji innego polityka (pani prezydent Warszawy). To sprawia, że nigdy nie będzie wolny od spekulacji, że w swoich decyzjach - choćby podświadomie - może przejawiać "wdzięczność" dla tych, którzy go wynieśli na ważne stanowisko. Pole do takich spekulacji otwiera sam przewodniczący, zachowując się dwuznacznie w sprawie kredytów frankowych. Najpierw znienacka ogłosił w radiu (sic!) pomysł na rozwiązanie pomysłu frankowego. Zrobił to bez konsultacji z branżą bankową i bez przeprowadzenia jakichkolwiek wyliczeń (co sam przyznał). Po tygodniu w Sejmie przedstawił kolejny pomysł, bardzo inny od poprzedniego, choć "sprzedawany" jako doprecyzowanie pierwotnej koncepcji. I też wzbudzając poważne wątpliwości czy realny. To zachowanie - odległe o lata świetlne od powściągliwości, którą powinien się odznaczać - nie pasuje mi do doświadczonego już szefa nadzoru (Jakubiak pełni funkcję od 2011 r.). Nie mogę wykluczyć, że jego źródłem są "czynniki rządowe", wrażliwe na głos swoich wyborców (frankowicze rekrutują się głównie z klasy średniej, a to elektorat PO).

      Organizatorzy ulicznych demonstracji frankowiczów - co dobitnie było widać podczas sobotniej demonstracji pod Pałacem Prezydenckim - widzą winę za swoje kłopoty wyłącznie w bankowcach i w nadzorze bankowym właśnie. Ja uważam, że winy rozkładają się bardziej "demokratycznie" - między bankowców, urzędy odpowiedzialne za ochronę praw konsumentów, nadzór finansowy, polityków ze wszystkich stron sceny oraz samych klientów. Wszyscy świadomie weszliśmy do tego kasyna, nie doceniając ryzyka. Choć pewnie prezesi banków mieli w ręku więcej wiedzy i doświadczenia, niż szarzy kredytobiorcy, by wyobrazić sobie możliwe konsekwencje oferowania kredytu w obcej walucie. Być może ta asymetria znajdzie wyraz w jakichś ewentualnych spec-rozwiązaniach dla frankowiczów, które rodzą się w bólach. Odbyłem kilka dni temu długą rozmowę z moim redakcyjnym druhem a propos czystych lub brudnych sumień bankowców.

      On, na podstawie rozmów z różnymi profesorami, przekonywał mnie, że ten cały frankowy armagedon dało się przewidzieć, bo w książkach o tym piszą: podobna masakra, jak u nas, była w ciągu kilkudziesięciu ostatnich lat z kredytami walutowymi w Wielkiej Brytanii, w Skandynawii i jeszcze w kilku miejscach na świecie. A prezesi banków to zwykle ludzie, którzy odebrali w szkołach bardzo dobre wykształcenie, także o historii świata finansów. I zapewne widzieli kiedyś takie wykresy, jak ten z kilkudziesięcioletniej historii notowań franka do dolara, na którym widać, że kurs "szwajcara" może się zmieniać jak na roller-coasterze (owszem, w stosunku do euro frank był stabilny, ale - jak już wiemy od Czarnego Czwartku - nic nie trwa wiecznie).

      USDCHF30lat 

      Skoro banki udzieliły mnóstwa toksycznych kredytów, za które kiedyś będą musiały zapłacić - czy to poprzez dopłacanie do kredytów mających ujemny LIBOR, czy to poprzez umorzenie części długów klientom w ramach procedury upadłości konsumenckiej, czy to w ramach jakiegoś spec-rozwiązania (przewalutowanie po niższym kursie?), czy to po przegranych procesach o nieprecyzyjne klauzule - to znaczy, że nadzór popełnił jakieś błędy. Ale uważam, że jeśli już kogoś pozywać, to prezesa banku albo członka zarządu odpowiedzialnego za politykę kredytową w czasie rozdawnictwa frankowego, a nie szefów nadzoru, którzy akurat przykręcała śrubę bankom udzielającym kredytów we frankach. Choć - trzeba przyznać - przykręcała mało skutecznie. 

      W Rekomendacji S nadzór postulował bowiem przedstawianie klientom symulacji wahań kursu franka w oparciu o przynajmniej roczny okres  Jeśli bank był uczciwy wobec klienta, powinien pokazać całą historię wahań kursu złotego wobec franka (a polska waluta została "uwolniona" w 2000 r.). Roczne wahania nic klientowi nie mogły powiedzieć. W tym kontekście rzeczywiście rekomendacja nadzoru była nieprzesadnie restrykcyjna (choć miała inne zalety, np. utrącała też możliwość udzielania kredytów frankowych ludziom, którzy nie mieli przynajmniej 20-procentowego "zapasu" w stosunku do zdolności kredytowej w złotych). Argumentem w rękach zwolenników spalenia na stosie byłych lub (w zastępstwie za tych, których nie uda się doprowadzić do ogniska) obecnych szefów KNF może być dokument, o którym mało kto pamięta - pewna niepozorna notatka Najwyższej Izby Kontroli w 2010 r. Powstała ona przy okazji kontroli pt. "Realizacja zadań związanych z zapewnieniem stabilności sektora bankowego". Jest tam taki oto cytacik:

      "Zdaniem NIK, przed pogorszeniem się sytuacji na rynkach finansowych działania nadzoru bankowego, podejmowane w celu ograniczenia ryzyk wynikających ze wzrostu akcji kredytowej, nie były w pełni skuteczne. W latach 2007–2008 nastąpił gwałtowny wzrost portfela kredytowego, a zwłaszcza tej jego części, która została udzielona w walutach obcych. W 2008 r. przyrost kredytów ogółem wyniósł 38,8% a kredytów walutowych aż 91,4%. W tym czasie w niektórych bankach, pomimo działań kontrolnych nadzoru i zaleceń inspekcyjnych, wystąpiły przypadki niedopasowania czasowego aktywów i pasywów. Długoterminowa akcja kredytowa była finansowana krótkoterminowymi pasywami. (...) Stało się to groźne, gdy po zaostrzeniu zjawisk kryzysowych ograniczona została dostępność finansowania na rynku międzybankowym oraz skokowo wzrosły jego koszty"

      - pisze NIK w notatce z 2010 r. I dodaje, że gdyby NBP nie pomógł, z bankami udzielającymi kredytów we frankach mogłoby być krucho prawie tak, jak dziś jest ze SKOK-ami (to już moja prywatna złośliwość, nie pochodząca z notatki NIK ;-)).

      "Sytuację ustabilizowało zaoferowanie przez Narodowy Bank Polski finansowania w postaci regularnych swapów walutowych. Banki zareagowały także na zalecony przez nadzór w IV kwartale 2008 r. przegląd polityki inwestycyjnej i struktury źródeł finansowania. Zalecenia te odniosły skutek, gdyż w warunkach niepewności związanej z kryzysem banki były skłonne do ograniczenia apetytu na ryzyko. Do tego czasu mało skuteczne były działania nadzoru na rzecz poprawy rzetelności ocen zdolności kredytowej dokonywanej przez banki. Kwestia ta była przedmiotem inspekcji w bankach, jednak mimo że została zdiagnozowana przez Generalny Inspektorat Nadzoru Bankowego już w 2007 r., nie przeciwdziałano jej w sposób systemowy"

      - pisali kontrolerzy NIK w wystąpieniu do szefa nadzoru bankowego. Może z tego wynikać wniosek, że nadzór bankowy stracił cały 2006 r., 2007 r. oraz większość 2008 r. na działania, które kompletnie nic nie zmieniły w podejściu banków do ryzyka. Tak naprawdę dopiero rynek, czyli wzrost kosztu dostępu do franków, wymusił na bankach opuszczenie szlabanu na kredyty frankowe. Sytuacja na szczęście nie była jeszcze wtedy na tyle zła, żeby trzeba było ratować banki w kieszeni podatników, ale pamiętam, że dwóm bankom (ich nazw litościwie nie wymienię) wcale nie tak dużo brakowało do utraty płynności finansowej.

      "Wpływ Rekomendacji S, wydanej przez Komisję Nadzoru Bankowego (KNB) w 2006 r., zarówno na poprawę rzetelności ocen kredytowych, jak i na inne aspekty bezpieczeństwa zadłużania się ludności w walutach obcych był ograniczony. W efekcie ryzyko kredytowe podejmowane przez banki było wyższe niż oszacowane na podstawie ocen zdolności kredytowej. (...) Dopiero w II półroczu 2008 r. KNF rozpoczął opracowanie Rekomendacji T, mającej na celu wyznaczenie standardów rzetelnej oceny zdolności kredytowej i ograniczenie konkurowania banków przez obniżanie bezpieczeństwa kredytowania. (...) W związku z zahamowaniem tempa przyrostu kredytów w 2009 r. KNF zasadnie wstrzymała wprowadzenie w życie Rekomendacji T tak, aby nie osłabiać ewentualnych działań antykryzysowych rządu i NBP na rzecz ożywienia akcji kredytowej".

      Widać, że NIK już kilka lat temu, kiedy na horyzoncie nie było jeszcze franka powyżej 4 zł, wytykał nadzorowi finansowemu małą skuteczność. Ale czy mamy tu sytuację analogiczną do afery Amber Gold? Wtedy firma zbierająca depozyty bez zezwolenia, nie składająca sprawozdań finansowych do KRS, z prezesem karanym wcześniej za przestępstwa finansowe i z reklamami w telewizji jawnie wprowadzającymi w błąd ("gwarantowany zysk") działała sobie przez dwa lata i na koniec doprowadziła kilkanaście tysięcy osób do utraty oszczędności. A i to nie wystarczyło, by sąd przyjął do rozpatrzenia pozew zbiorowy przeciwko Skarbowi Państwa (a ściślej - przeciwko jego nieudacznictwu). Pozew został co prawda oddalony z przyczyn formalnych, ale w świat i tak poszedł komunikat, że to nie państwo i jego urzędnicy odpowiadają za Amber Gold. W przypadku KNF po pierwsze nie można powiedzieć, że całkiem nic nie robił (z całą pewnością nie działał tak sprawnie i skutecznie, jak mógł i powinien, ale jednak - jako jeden z nielicznych - działał). Po drugie zaś nie można zapominać o kontekście. To był czas, w którym politycy wyrwali nadzorowi bankowemu kły, przewracając do góry nogami jego strukturę.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2500 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 300.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 27.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      SUBIEKTYWNE RUBRYKI AUTORSKIE. Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko w internecie, w portalach społecznościowych oraz na YouTube. Jest też w rubrykach autorskich, które ukazują się w mediach "tradycyjnych", czyli drukowanych na papierze ;-). Co czwartek rubryka "Subiektywnie o finansach" ukazuje się na stronach "Gazety Wyborczej", co miesiąc w miesięczniku "Logo" oraz raz na kwartał w magazynie finansowym "%", z którym stykają się osoby inwestujące pieniądze w funduszach.  

      samcikpapierzajaffka2

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Czy nadzór nie upilnował banków w sprawie franka? A może... ktoś zepsuł ten nadzór?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 marca 2015 20:01
    • Ten ROR idzie pod prąd: dobrze płaci i nie stawia warunków. Zawstydzi "banksterkę"?

      Wyróżnić się czymś na rynku kont osobistych to dziś mission impossible. Przynajmniej o ile jednocześnie chcesz, drogi bankowcu, zarabiać pieniądze (a zwykle, niestety, chcesz). Klienci, rozpieszczeni podejściem "wszystko za zero", oczekują od banku fajerwerków i ofert "jeszcze bardziej za zero". Zaś marketingowcy pocą się okrutnie naa wymyślaniem trików, które dadzą klientom złudzenie, że ich nowe konta rzeczywiście są "jeszcze bardziej za zero". To dlatego zaledwie kilka banków - są to zwykle nowe banki mobilne - proponuje ROR-y rzeczywiście za zero. W większości banków zerowość wiąże się z koniecznością zapewniania wpływów i wykonywania transakcji. Sorry, taki mamy klimat. A więc jest "zero pod warunkiem" i banki ścigają się głównie tym czy ów warunek lub warunki są mniej, czy też bardziej dolegliwe. Ale w reklamach wszystko wygląda ładnie: zero, zero, zero. I gwiazdki.

      Ostatnio wabikiem "z gwiazdką" jest wysokie oprocentowanie ROR-ów, bądź też powiązanych z nimi kont oszczędnościowych. Getin Bank rozpoczął właśnie kampanię reklamującą 4% na koncie oszczędnościowym, gwarantowane do końca 2016 r. Oczywiście są warunki: założenie konta osobistego, comiesięczne wpływy na ROR w wysokości minimum 1000 zł i transakcje kartą za 300 zł miesięcznie oraz wyrażenie zgody na grillowanie przez telefon. A wysokie oprocentowanie obowiązuje tylko do salda 10.000 zł. Eurobank odpowiada ofertą konta osobistego Prestige z oprocentowaniem 4% w skali roku, ale... obowiązującym tylko do 3000 zł. Konto trzeba w dodatku zasilać kwotą co najmniej 3000 zł miesięcznie, a kartą do konta płacić w sklepach 200 zł miesięcznie. Inaczej ROR kosztuje prawie 25 zł miesięcznie. W mBanku też można mieć 4% na "Koncie Mobilnym Plus", ale i tu dobry procent jest tylko do 3000 zł, a także obowiązkiem zasilenia ROR-u kwotą 1000 zł oraz 200-złotowych płatności kartą.

      Ten bank najlepiej w Polsce doi klientów. Dowiedz się jak oni to robią

      Wieść o nowym koncie osobistym, takim w którym nie ma żadnych gwiazdek, ani obostrzeń ("tylko dla nowych klientów", "tylko dla nowych środków", "tylko pod warunkiem, że zapewnisz wpływy", "tylko pod warunkiem, że będziesz używał karty"), mającym sensowne warunki korzystania (dużo zer w cenniku), zelektryzowała mnie i jednocześnie zaintrygowała. Kim są samobójcy, którzy postanowili zrezygnować z gwiazdek, dzięki którym cała branża zarobiła w zeszłym roku 16 mld zł? Tę ryzykowną misję podjęli menedżerowie Raiffeisen Polbanku, którzy od dziś wprowadzają na rynek "Wymarzone Konto". Dzięki nowemu rachunkowi - ma być reklamowany spotem z karuzelą która, w odróżnieniu od innych karuzel w wesołym miasteczku, nigdy się nie zatrzymuje - Raiffeisen chce zwiększyć liczbę obsługiwanych aktywnych klientów o 100.000 w ciągu najbliższego roku. To ambitny cel, biorąc pod uwagę, że takie osiągnięcia w każdym roku mają na koncie tylko trzy-cztery najbardziej agresywne banki. Nowy pomysł Raiffeisena idzie pod prąd i chyba rzeczywiście może wyznaczyć nowy standard w podejściu do klienta. Zupełnie inny, niż ten:

      KONTO GRATIS, KARTA ZA 3 ZŁ. BEZ WARUNKÓW. W Raiffeisenie postawili na przejrzystość. W odróżnieniu od większości konkurentów, którzy opłatę za ROR lub za kartę (lub za obie te rzeczy) uzależniają od aktywności klienta, tu nie ma żadnych warunków. Niezależnie od tego czy konto będzie zasilane wpływami, czy też nie, ma być prowadzone za darmo. A karta - niezależnie od tego, czy będzie używana, czy nie - zawsze będzie kosztowała 3 zł. Można się zastanawiać czy klienci to "łykną" w zalewie kont "darmowych pod warunkiem, że...", ale jeśli spojrzę w głąb mojej skrzynki e-mailowej, to zobaczę multum e-maili dotyczących sporów klientów z bankami o to, czy w danym miesiącu dany warunek został spełniony czy nie. To potwornie psuje atmosferę i sprawia, że klienci czują się oszukani, bo np. zapłacili kartą na dwa dni przed końcem miesiąca, a bank rozliczył transakcję już w nowym miesiącu (bo np. była to transakcja zbliżeniowa, przeprowadzona w trybie offline).

      ROSNĄCE OPROCENTOWANIE. Pierwszym wyznacznikiem "Wymarzonego Konta" w Raiffeisen Polbanku jest to, iż jest to hybryda konta osobistego i oszczędnościowego. To zaleta z punktu widzenia klientów, bo ułatwia maksymalizowanie odsetek z bieżących oszczędności. Osad na ROR zwykle jest dla klienta czystą stratą, a lokaty overnight lub trzymanie nadwyżek na koncie oszczędnościowym (z którego bez opłat można zabrać pieniądze tylko jeden raz w miesiącu) to rozwiązania połowiczne. Tu zaś mamy ROR oprocentowany i to bez limitów kwotowych. Co więcej, oprocentowanie jest tym wyższe, im większy jest osad (czyli odwrotnie, niż w promocjach u konkurencji). Do 3000 zł jest to 0,5%, powyżej tej kwoty 1,5%, a powyżej 10.000 zł bank płaci 2%. Ta stawka nie jest przypadkowa, bank ustawia ją na poziomie stopy referencyjnej NBP. Jeśli więc Rada Polityki Pieniężnej zmieni stopy procentowe, zmieni się też oprocentowanie "wymarzonego" ROR-u. Ciekawe rozwiązanie, prawda? Taka sytuacja jest gwarantowana przez bank dożywotnio, tzn. tak długo, jak długo będzie istniało "Konto Wymarzone", jego oprocentowanie powyżej 10.000 zł będzie równe stawce referencyjnej NBP, zaś oprocentowanie najniższego osadu klientowskiego wyniesie jedną czwartą tej stawki.

      WYPŁATY I BANKOMATY ZA FREE. Oczywiście nowy ROR w Raiffeisen Polbanku charakteryzuje się darmowymi przelewami przez internet (normalka), a także darmowymi wpłatami gotówki na konto w oddziale (też w zasadzie już standard). Jako bonus dołożono jedną w miesiącu darmową wypłatę gotówki w oddziale banku (gdyby klient awaryjnie potrzebował pieniędzy, a nie miał przy sobie karty). Są też wszystkie bankomaty w Polsce za free i to też jest już coś, co warto podkreślić w kontekście ostatnich posunięć niektórych banków (Bank Pekao właśnie poinformował klientów, że przestaje za darmo oferować bankomaty Euronetu, zaś PKO BP kilka miesięcy zabrał klientom darmowe bankomaty BZ WBK). Darmowe bankomaty też są gwarantowane klientom konta dożywotnio.

      UBEZPIECZENIA I ASSISTANCE ZA FREE. Klient, który do konta weźmie kartę debetową (tę za 3 zł miesięcznie) w pakiecie otrzyma pakiet ubezpieczeń na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń losowych oraz ubezpieczenie podróżne (aktywuje się samo, kiedy klient zapłaci kartą za wycieczkę lub zrobi zakupy poza granicami Polski). Nie wczytywałem się w ich warunki, więc nie będę ich tutaj recenzował, ale zakładam, że w cenie 3 zł nie może być żadnych wodotrysków. Jednakowoż darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda :-). Do karty są też - i to jest już na pewno dobra wiadomość - dorzucane usługi assistance (dostawcą jest Europ Assistance). Oczywiście są limity - wizyt elektryka, hydraulika, ślusarza, czy specjalisty od sprzętu RTV i AGD nie można wezwać częściej niż 1-2 razy w roku, ale za to w Raiffeisenie zrezygnowali z limitu kwotowego pojedynczej wizyty. To oznacza, że klient, który zamawia specjalistę assistance ma pewność, że nie będzie musiał zapłacić z własnej kieszeni, bo np. ubezpieczenie pokrywa naprawę tylko do 100 zł, a usługa kosztuje 250 zł. Pakiet assistance zawiera też pomoc medyczną i drogową - też bez limitów kwotowych i kilometrowych.

      PREMIE ZA LOJALNOŚĆ. Istotą nowego podejścia Raiffeisena do klientów ma być zachęcanie ich do większej aktywności za pomocą marchewki, a nie kija. A więc nie ma podwyżek opłat dla klientów, którzy z konta za mało korzystają, są za to tzw. oferty miesiąca dla tych, którzy zapiszą się pozytywnie w książkach rachunkowych Raiffeisena :-). Nie wiem jeszcze jak to będzie w praktyce działało - w sensie: jak duże będą podwyżki oprocentowania depozytów oraz rabaty w oprocentowania kredytów dla aktywnych klientów - ale jeśli to ma się udać, powinny być solidne. Nie jest łatwo wyrwać Polaka od konkurencji z korzeniami. Ponoć standardowa obniżka oprocentowania "szybkiej gotówki" dla aktywnego klienta ma wynieść 2%. To nie byłby szał pał. Jeśli w raiffeisenowym pakiecie widzę jakąś rafę, to właśnie tutaj - konto "na próbę" założy pewnie wielu, ale to, czy zaczną przenosić do Raiffeisena całe swoje domowe finansowe zależy w dużej mierze od atrakcyjności ofert lojalnościowych. U konkurencji muszą być aktywni, bo są trzymani za gardło. Tutaj - nic nie muszą i pytanie brzmi, czy bank będzie potrafił ich do tego nakłonić.

      DLA "STARYCH" BEZ DOPŁAT. To, co mi się bardzo podoba w raiffeisenowej koncepcji bankowania, to równe traktowanie wszystkich klientów. Bynajmniej nie jest to standard w polskich bankach, choć wiem, że takiego spojrzenia na niektóre promocje próbuje np. ING Bank. W większości banków jest jednak inaczej, a niechlubny rekord bije Alior Bank, który pozwala przejść klientom na tańsze konto pod warunkiem, że zapłacą 150 zł. Absolutny szok i niedowierzanie. Raiffeisen pozwoli przejść dotychczasowym klientom na nowe konto bez żadnych dopłat i to jest bardzo fair. Czy nie jest to zbyt duże ryzyko dla banku? Skądinąd wiem, że duża część klientów banku to i tak tzw. martwe dusze (głównie ci z dawnego Polbanku, których jest w banku większość). Z tego punktu widzenia taka postawa niewiele Raiffeisena kosztuje - i tak na tych klientach niewiele zarabia, więc jeśli przejdą na nowe konto i zaczną go używać, to bank na tym nie straci.

      ZERO MONEY-BACKU I RABATÓW. Jeśli szukamy czarnych dziur w nowej ofercie Raiffeisen Banku, to są dwie - jedna mała i jedna duża. Ta mniejsza to brak choćby niewielkiego programu money-back. Cóż, Raiffeisen ma takie cóś w innym swoim rachunku, więc nie czepiam się tej sprawy jakoś szczególnie mocno. Może w imię prostoty i przejrzystości można było sobie money-back odpuścić? Gorzej z brakiem programu rabatowego, który nagradzałby klientów tańszymi zakupami za to, że są w tym a nie innym banku. W Raiffeisenie jest program Class&Club, ale nie będzie z automatu przyłączany klientom "Wymarzonego Konta". Podobno prace trwają i tego typu karesy będą udostępnione w ramach nowej karty kredytowej, która ma być uzupełnieniem "Wymarzonego Konta". Na razie liderem w wyciskaniu siódmych potów z rabatów jawi się mBank :-)

      Nowy ROR i nowe podejście Raiffesen Polbanku do klientów może zaskakiwać. Z jednej strony dlatego, że to bank, który ma dużo za uszami - głównie ze względu na stare sprawki polbankowe i niespójności w systemach po fuzji Raiffeisena z greckim bankiem - a z drugiej strony dlatego, że Raiffeisen nigdy nie był znany z agresywnej walki ceną. A tu mamy nagle podejście fair do klienta i oferowanie naprawdę wypasionego pakietu przy bardzo niskim koszcie oraz obietnicy, że to nie jest żadna promocja, tylko oferta "na zawsze". Czy wystawianie takiej oferty nie jest strzałem w kolano dla banku, który ma nie najlepsze wyniki i został przez austriacką spółkę-matkę wystawiony na sprzedaż? Cóż, Raiffeisen ma niewiele do stracenia. Gdyby podobną ofertę chcieli wprowadzić tacy mistrzowie efektywności jak Alior, czy BZ WBK, to natychmiast poszliby na dno, bo bardzo mocno spadłyby im przychody prowizyjne. Ale w Raiffeisen Polbanku musieli dojść do wniosku, że przychodów z prowizji około-ROR-owych mają na tyle niewiele, iż mogą sobie pozwolić na odrobinę szaleństwa. A jeśli nabiorą masy "klientowskiej", to tym łatwiej będzie potem sprzedać bank za dobre pieniądze. Niezależnie od intencji, które przyświecają twórcom nowego konta i nowej filozofii (samo dobro, czy "pompowanie" banku "pod" sprzedaż), podejście "bez gwiazdek" i oferowanie usług na jasnych zasadach, dla wszystkich klientów takich samych, to coś, co lubię. Jak sądzicie - czy to będzie hit, który zmieni oblicze branży bankowej w Polsce, czy raczej krótki przerywnik, który przeminie, jak tegoroczny śnieg? ;-)

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      JAK ODCZYTAĆ LISTĘ TRANSAKCJI Z CUDZEJ KARTY? Zapraszam Was do obejrzenia krótkiego filmu, na którym pokazuję jak z użyciem zwykłego smartfona możecie zadać szyku na spotkaniu rodzinnym i spróbować odczytać lisę transakcji z karty płatniczej znajomego lub, dajmy na to, teściowej ;-)

      NIE MUSISZ JUŻ PAMIĘTAĆ LOGINU! DO BANKU ZALOGUJESZ SIĘ... GŁOSEM. Smart Bank, instytucja finansowa, której szefuje Sławomir Lachowski, niegdysiejszy twórca mBanku, uruchomił po raz pierwszy w Polsce wygodną możliwość logowania - zamiast loginu, hasła, czy PIN-u można "podpisać się" głosem. Jak to działa? Opowiedziałem o nowym rozwiązaniu w wideofelietonie, który znajdziecie na kanale blogu "Subiektywnie o finansach" w Youtube.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA GOSPODARCZYM OTWARCIU ROKU. W styczniu miałem przyjemność brać udział w Gospodarczym Otwarciu Roku, czyli inaugurującej 2015 r. konferencji organizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą. Dyskutowałem tam z ekspertami i urzędnikami o nowych regulacjach prawnych, które czekają w tym roku świat finansów. Pod tym względem - ustawa antylichwiarska, ustawa o upadłości konsumenckiej, kolejne zacieśnienie ustawy o interchange, rekomendacja nadzoru bankowego w sprawie bancassurrance - to będzie dla finansistów bardzo intensywny rok. Dyskutowaliśmy też - m.in. z Adamem Jasserem, szefem UOKiK - o tym oznaczają te wszystkie zmiany jeśli chodzi o ochronę konsumentów.

      KIG_gospodarcze_otwarcie_promo

      SUBIEKTYWNOŚĆ W SEJMIE O FRANKOWICZACH. Niedawno miałem przyjemność dyskutować w Sejmie o sposobach pomocy frankowiczom. Na zaproszenie Klubu Parlamentarnego "Sprawiedliwa Polska" wziąłem udział w debacie, w której pozostałymi dyskutantami byli Krzysztof Pietraszkiewicz, szef Związku Banków Polskich, Janusz Szewczak, reprezentujący SKOK-i, mec. Jacek Czabański i red. Łukasz Warzecha. Byli też przedstawiciele frankowiczów oraz oczywiście posłowie. Mam wrażenie, że byłem w tej dyskusji głosem rozsądku :-). Zapis wideo z debaty znajdziecie poniżej. 

      START-UPY FINANSOWE I SUBIEKTYWNOŚĆ. W zeszłym tygodniu miałem okazję uczestniczyć jako gość specjalny (czyli taki "zapładniacz intelektualny") w spotkaniu m.in. start-upów finansowych podczas konferencji Start-up Grind. Mówiłem o przyszłości banków i podstawowych produktów bankowych, o potrzebach konsumentów, których żadna firma finansowa jeszcze nie zaspokoiła, o cyfrowej walucie... Było bardzo inspirująco, a spotkani trwało do późnej nocy. Recenzja jednego z finansowych start-upów, z którymi udało mi się zaprzyjaźnić, jest już w blogu.

      10015158_781948321860577_5035212269630905545_n

      10991362_781947278527348_2609491788090024344_n

      STAŃ Z SUBIEKTYWNOŚCIĄ TWARZĄ W TWARZ. Mimo licznych obowiązków, staram się wykroić trochę czasu także na spotkania z moimi czytelnikami. W ostatnich tygodniach i miesiącach spotykałem się z Wami nie tylko w Warszawie (m.in. na GPW oraz podczas targów książki), ale i w Karpaczu, Piasecznie, na Uniwersytetach Ekonomicznych w Poznaniu oraz w Krakowie. Wszędzie tam, gdzie zbierze się większa grupa chętnych, którzy chcą porozmawiać o bezbolesnych sposobach na oszczędzanie, budowaniu sensownego planu systematycznego inwestowania oraz dowiedzieć się jak sam inwestuję swoje prywatne pieniądze - staram się dotrzeć i sprostać wyzwaniom. 

      sii5

      pia2

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Ten ROR idzie pod prąd: dobrze płaci i nie stawia warunków. Zawstydzi "banksterkę"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 marca 2015 00:02
  • sobota, 28 lutego 2015
  • piątek, 27 lutego 2015
    • Bolą was franki? Tam banki zrobiły hipotecznych kredytobiorców w balona. Dosłownie

      Spora część osób, które dziś narzekają na swoje kredyty we frankach szwajcarskich, kieruje mniej lub bardziej słuszne pretensje pod adresem bankowców. Uważają, że zostali wpuszczeni w maliny. Bankowcy byli znacznie lepiej opłacani za sprzedawanie klientom kredytów we frankach, niż tych złotowych, więc nie informowali właściwie o ryzyku kursowym i dawali kredyty zbyt lekką ręką. Coś w tym jest - przed 2008 r., kiedy zaczęła obowiązywać Rekomendacja S, kredyty frankowe często były proponowane klientom "subprime", którzy nie mieli zdolności kredytowej, by zadłużyć się w złotych. Podpisując umowy kredytowe te osoby były gotowe niemal całować bankowców po rękach, bo gdyby nie kredyt we frankach, musiałyby mieszkać z rodzicami, pod mostem, albo wynajmować mieszkanie. Teraz mają do tych samych bankowców żal, że założono im pętle na szyję. Wielu zawiedzionych frankowiczów uważa, że cała ta akcja z kredytami walutowymi była spiskiem zagranicznych banków, które miały nadmiar depozytów we frankach i wymyśliły sposób, by przepakować SWAP-ami i "upchnąć" to g... ciemnemu ludowi z Europy Wschodniej. 

      Zakładając, że zagraniczne "mamusie" dały prikaz polskim spółkom-córkom "ubierajcie słowiańskich frajerów we frania", a następnie wskazały jak można doić klientów spreadem (dzięki któremu kredyty frankowe były dla banków bardziej dochodowe, niż złotowe), rzeczywiście można szukać poszlak, iż był to celowo zaplanowany sabotaż. Ale wnioski z analizy austriackiego rynku kredytów hipotecznych skłaniają raczej do stawiania tezy, że tam bankowcy "ufrankowili" też bezlitośnie własnych obywateli. Okazuje się, że tamtejsze banki, które należały do najbardziej agresywnie rozwijających kredyty frankowe w krajach Europy Wschodniej (na Węgrzech, na Bałkanach oraz oczywiście w Polsce), nie zachowały się wcale lepiej w stosunku do swoich własnych obywateli. Ostatnio znajomy podesłał mi depeszę o tym jak tam wyglądają "ubrani" w kredyty walutowe klienci banków. No, najogólniej rzecz biorąc, wyglądają nieszczególnie. W Austrii kredyty we frankach ma 150.000 rodzin, a ich wartość to mniej więcej 30 mld franków (w Polsce - 40 mld franków, ale liczba zadłużonych jest znacznie większa - 560.000 rodzin). I są to niefajne kredyty, niż nasze. Też zostały zabronione przez tamtejszy nadzór, ale znacznie wcześniej, niż taki zakaz nastąpił u nas, bo już w 2008 r.

      Samcik radzi i pocieszaMasz kredyt we frankach? Zachowaj spokój.

      W Austrii banki udzielały kredytów we frankach głównie w formule... z ratą balonową. Kredyt balonowy wygląda tak, że klient na bieżąco spłaca odsetki oraz mały kawałek kapitału, a dopiero na koniec trwania kredytu spłaca jednorazowo dużą ratę balonową, wynoszącą np. 30% pozostałego kapitału. W Polsce takie kredyty też się zdarzają, niektóre banki według takiej formuły pożyczają klientom pieniądze np. na zakup samochodu. Dla zamożnych klientów, którzy mają oszczędności lub możliwość ich akumulowania, taki kredyt jest niezłą opcją, pozwalającą płacić niskie raty i w tym czasie oszczędzać. Przy kredycie samochodowym rzecz wyglądać może tak, że klient na koniec sprzedaje auto, dostając np. 25% jego początkowej wartości, spłaca ratę balonową i... wyjeżdża z salonu z nowym autem, też kupionym na kredyt balonowy. O ile w Polsce frankowe kredyty hipoteczne występowały niemal wyłącznie w formule rat równych, to w Austrii 75% kredytów hipotecznych we frankach było kredytami "balonowymi".

      To oznacza, że o ile w przypadku polskich klientów ryzyko zmiany kursu franka rozkłada się na cały okres spłaty kredytu mniej więcej po równo (nawet jeśli dziś kredyt jest wart księgowo dwa razy tyle, ile był wart na początku, to wcale nie oznacza, że klient będzie musiał tyle spłacić, bo kurs będzie raz wyższy, raz niższy), o tyle w Austrii trzeba spłacić dużą część pożyczanych franków w jednym momencie, po kursie dziś nieznanym. Austriacy to zamożny naród, ale nawet oni mogliby mieć kłopoty z wysupłaniem np. 30.000 franków na ratę balonową. O ile więc nasi bankierzy beztrosko namawiali klientów, by brali kredyty np. na 120% wartości nieruchomości i nadwyżkę inwestowali w fundusze akcji, o tyle w Austrii mądrale pakowali klientów w programy inwestycyjne, które miały przynieść zysk wystarczający, by spłacić ratę balonową. Oczywiście żadnych zysków nie ma, a część klientów kupiła produkty strukturyzowane oparte na kursach walutowych, które zostały automatycznie zamknięte ze stratą po wzroście kursu franka. Klienci nie mają więc obiecanych gór oszczędności, a ich kredyty wzrosły.

      Nie piszę tego, żeby skłonić Was do ronienia rzewnych łez nad losem austriackich rodzin. Tam ceny nieruchomości od 2007 r. poszły w gorę o 45%, więc skala "ujemnego wkładu własnego" klientów jest znacznie mniejsza, niż w Polsce. Kurs franka do euro umocnił się w mniejszym stopniu, niż franka do złotego, więc wzrost rat klientów też był mniejszy (a i same raty są mniej dolegliwe, co wynika z zasad kredytu balonowego). Rzecz w tym, że w Austrii już spekuluje się, iż wściekli klienci wytoczą bankom wspólny proces arbitrażowy, a w sprawę wmiesza się rząd, patronując ewentualnemu kompromisowi. U nas na razie o interwencji rządu w sprawy frankowiczów nie widać, bo banki - zapewne licząc na udobruchanie klientów - szybciutko obniżyły raty do poziomu sprzed wzrostu kursu franka. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bolą was franki? Tam banki zrobiły hipotecznych kredytobiorców w balona. Dosłownie ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 18:23
    • Bankowy doradca okłamywał klienta w sprawie wyników polisy inwestycyjnej. Jaka kara?

      Klienci polis inwestycyjnych, rozczarowani wynikami finansowymi tych inwestycji, wiedzą już, że wycofanie się po kilku latach wpłacania składek nie musi wcale oznaczać konieczności pożegnania się z prawie całą kasą. Coraz częściej próbują odzyskać pobrane od nich opłaty likwidacyjne bądź żądać refundacji strat, które ponieśli. Nie zawsze jest to łatwe - zwłaszcza kłopoty mogą mieć ci, którzy nie zainwestowali w zwykłe fundusze inwestycyjne, ale w specjalne wehikuły funduszowe, utworzone "pod" poszczególne typy polis. W wehikułach tych schowane są opcje na jakieś indeksy. Wartość takiej "czarnej skrzynki" potrafi się wahać w sposób niezrozumiały i często straty wycofującego się klienta pochodzą właśnie z tytułu obniżki notowań funduszu, nie zaś dlatego, że ktoś "ostrzygł" klienta opłatą likwidacyjną. Niedawno prawnicy LWB policzyli ile kasy "wyparowało" z polis tego typu w tajemniczy sposób. W tej sytuacji odzyskanie pieniędzy może być trudne, bo nie wystarczy zakwestionować legalności wyliczenia opłaty likwidacyjnej, co dziś potrafi zrobić każde prawnicze dziecko. Trzeba znaleźć jakąś inną podstawę, np. nierzetelność informacyjną. Można też próbować wycisnąć z doradcy finansowego, który sprzedał polisę, jakieś oświadczenie, będące jego spowiedzią. Albo... no właśnie, czasem wystarczy drobiazgowo zbadać działalność konkretnego doradcy.

      Klient mec. Jacka Szymańskiego w 2011 r. podpisał z pracownikiem Noble Banku umowę ubezpieczenia dotyczącego pakietu "Libra II". Wpłacił składkę w wysokości prawie 50.000 zł i dodatkowo zobowiązał się, że będzie też wpłacał po 2000 zł miesięcznie przez 20 lat. Koncertowy przykład zakładania sobie pętli na szyję i naprawdę dziwię się: jak można było dać się namówić na takie zobowiązanie. Ma-sa-kra. Ale już trudno, stało się. Klient zeznaje, iż pracownik banku wcisnął mu standardowy kit, iż jest to bezpieczny produkt finansowy, bez określonego terminu wpłacania składek, z możliwością odzyskania pieniędzy w każdym momencie. I jeszcze poza tym wszystkim miało to zarabiać dwa razy więcej, niż lokata bankowa. Naiwnych nie sieją. Klient przez jakiś czas płacił grzecznie składki, a przez dłuższą chwilę był nawet dość zadowolony z inwestycji. Po kilku miesiącach od podpisania umowy pracownik Noble Banku przyniósł klientowi zestawienie aktywów w ramach "Libra II". Miał interes, żeby się czymś pochwalić, bo mniej więcej w tym samym czasie kończyła się jedna z lokat, którą założył ów klient w Noble Banku i dobre wyniki "Libry II" mogły popchnąć go do dalszych "ciekawych" inwestycji.

      W zestawieniu przekazanym przez pracownika banku stało jak wół, że stopa zwrotu z jego inwestycji w "Libra II" w okresie od 7 lutego 2011 r. do lipca 2011 r. wyniosła 12,46%. Cóż, klient się ucieszył i choć nie wpłacił pieniędzy z lokaty na kolejną edycję, to zachował spotkanie z pracownikiem banku w ciepłej pamięci. I żył sobie dalej w świadomości, że nie ma to jak finansowi magicy, którzy potrafią bezpiecznie wyczarować zyski dwa razy większe, niż to, co zwykli frajerzy" wyciułają" na lokatach bankowych. Mleko wylało się dopiero w 2013 r., kiedy klient doszedł do wniosku, iż nie ma już ochoty inwestować z "Librą" i chciałby wycofać pieniądze. Okazało się, że po pierwsze pieniędzy zostało niewiele, a po drugie wycofać się można, ale trzeba za to zapłacić karę. Klient, choć wcześniej wykazał się ogromną naiwnością i łapał jak młody pelikan wszystkie kity rzucane mu przez bankowców, tym razem postanowił już się nie dać robić w trąbę i zgłosił się do prawnika. Ten zaczął szukać dziury w całym (czyli w argumentach banku oraz dostawcy polisy) i doszedł do ciekawego wniosku: że wyniki tego produktu były zupełnie inne, niż prezentował to bankowy sprzedawca:

      "Analiza notowań tego produktu doprowadziła mnie do wniosku, że w dniu 7 lutego 2011 r. wartość jednostki wynosiła 76,90 zł natomiast w całym lipcu roku 2011 r. ani razu nie przekroczyła 56 zł. Począwszy od lutego 2011 r. do dzisiaj wzrost wartości jednostek funduszu, w który zostały zainwestowane pieniądze klienta, nigdy nie osiągnął takiego wskaźnika, jak prezentował pracownik".

      Widziałem zestawienie, które otrzymał od pracownika banku klient, widziałem też wykres notowań ubezpieczeniowego funduszu kapitałowego, na którym oparta jest "Libra II" i rzeczywiście obie rzeczy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Mec. Szymański uważa, że choć nie ma bezpośrednich dowodów na to, iż jego klient został wprowadzony w błąd już na etapie zawierania umowy, to złapanie pracownika banku na gorącym uczynku w tak drobnej sprawie, jak prezentacja wartości inwestycji, czyni bardzo prawdopodobnym domniemanie, iż ów pracownik równie "rzetelnie" podchodził do swoich obowiązków wcześniej. Dalszy przebieg tej sprawy będzie mnie niezwykle interesował - z tego co wiem nie trafiła jeszcze do sądu - bowiem "Libra" jest jedną z tych polis, w których trudno zrobić firmie ubezpieczeniowej oraz bankowi-pośrednikowi krzywdę posługując się sprawdzonymi już argumentami o nielegalności ustalanej ryczałtowo opłaty likwidacyjnej. Straty klienta wynikają głównie ze spadku wartości funduszy, w której zostały zainwestowane pieniądze, a nie z opłaty likwidacyjnej, pobranej przy wycofywaniu się z inwestycji. Trzeba więc szukać innej drogi. I jedną z nich mogą być np. takie manewry, na jakich mec. Szymański przyłapał sprzedawcę.

      Oczywiście, firmy ubezpieczeniowe oferujące w przeszłości tego typu polisy bronić się mogą argumentem, iż przecież jest to produkt terminowy, związany z gwarancją kapitału na koniec okresu inwestycji. A więc nie ma znaczenia ile warta jest jednostka danego funduszu dzisiaj lub jutro - ważne jest ile będzie wynosiła na koniec umowy. I nawet jeśli będzie niższa od bazowej, to ubezpieczyciel pokryje tę stratę i odda klientom pieniądze, które wpłacili. Co najwyżej nie będzie zysków. Mec. Szymański uważa jednak, że i tę argumentację da się obalić:

      "Twierdzenia o gwarancji wpłaconego kapitału, jako gwarancji niskiego ryzyka, są o tyle nietrafne, że ma ona charakter iluzoryczny i to z kilku względów. Po pierwsze, uwzględniając sposób obliczenia kapitału, po upływie okresu ubezpieczenia z kwoty wpłaconych składek odjęte zostaną przewidziane w warunkach opłaty. Po drugie uwzględniając poziom inflacji w 20-letnim okresie trwania umowy, kwota wpłaconych składek będzie miała ułamek siły nabywczej wartości składek w dacie zawarcia umowy. Po trzecie w końcu, w przypadku zajścia zdarzenia ubezpieczeniowego, np. w trzecim roku trwania umowy, uposażeni z umowy ubezpieczenia otrzymaliby kwoty w żaden sposób nieprzystające do kwot które w wykonaniu tej umowy na rachunek ubezpieczenia wpłaciłby klient. Umowa ubezpieczenia grupowego „Libra II” pozostaje nieważna jako sprzeczna z zasadami współżycia społecznego"

      - uważa pełnomcnik wpuszczonego w maliny (trochę na własne życzenie, bo potwornie naiwnego) klienta. Sprawom dotyczącym temu gatunkowi polis inwestycyjnych będę się przyglądał, bo jest to tylko mały fragment większej całości. Piszcie jakich patentów zamierzacie użyć - lub wasi prawnicy - w sytuacji, gdy spadek wartości inwestycji wynika nie z naliczenia opłaty likwidacyjnej (a w każdym razie nie tylko z tego powodu) lecz głównie z przeceny funduszu, który znajdował się "wewnątrz" polisy. Najciekawsze sposoby będę oczywiście opisywał w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bankowy doradca okłamywał klienta w sprawie wyników polisy inwestycyjnej. Jaka kara?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 09:14
  • czwartek, 26 lutego 2015
    • Zrobił dopiski do umowy kredytowej, a bank ich nie zauważył. Znam już finał tej historii!

      Jakiś czas temu opisywałem w blogu historię klienta, który postanowił wprowadzić pewne drobne poprawki do umowy o pożyczkę gotówkową. Zwykle to banki dokonują tego typu manewrów, zmieniając klientom jednostronnie wzorce umowne, albo wprowadzając w życie nowe wersje regulaminów, do których znajdują się odniesienia w umowach kredytowych. A tym samym - kuchennymi drzwiami zmieniając warunki umowy. Klient, który chce coś zmieniać w umowie przed jej podpisaniem (albo w trakcie trwania relacji z bankiem), często jest traktowany przez bankowców jak zawalidroga i pouczany, żeby się nie wymądrzał, bo od pisania umów to są bankowi prawnicy, a nie klienci. Tym razem było inaczej i to klient postanowił "podredagować" kwit, który dostał od banku. Obiecałem Wam, że dowiecie się jak ta historia - która rozgrzała Wasze jestestwa do czerwoności - się skończyła. I dziś zamierzam wywiązać się z obietnicy. Ale najpierw krótkie przypomnienie o co kaman - dla tych z Was, którzy nie pamiętają tej historii.

      Dywersyjna działalność klienta stała się możliwa, no zgłosił się do banku internetowego, a nie do "zwykłego", w którym dostałby do ręki wydrukowaną przez pracownika umowę i podpisałby się we wskazanym miejscu w dwóch lub trzech egzemplarzach. W banku internetowym, jak wiadomo, umowy, formularze i regulaminy są dostarczane klientowi w formie plików komputerowych. Klient te papiery drukuje, podpisuje i wysyła do banku (są już instytucje finansowe, które nawet kwestię podpisu załatwiają elektronicznie, czyli np. klient "podpisuje się" hasłem jednorazowym wysyłanym przez bank na telefon komórkowy). Mój czytelnik, zgodnie z procedurą, najpierw wypełnił formularz, który był zawieszony w internetowym serwisie transakcyjnym banku. Po otrzymaniu e-maila z projektem umowy zachował się niestandardowo i... postanowił nanieść w otrzymanych dokumentach kilka zmian. A dopiero potem druki podpisać i odesłać do banku. Bo przecież klient może mieć swoje propozycje do umowy, nieprawdaż? Zmiana, której mój czytelnik postanowił dokonać, mieściła się w punkcie umowy o nazwie "Oświadczenia". W paragrafie 6. został naniesiony dopisek "Bank zobowiązuje się do całkowitego umorzenia kwoty kredytu i należnych odsetek do (...)”. I tutaj stosowna data.

      Trudno było robić sobie nadzieje, że bank połknie tę żabę. Zwłaszcza w XXI wieku, kiedy można dość łatwo sprawdzić zgodność treści dwóch dokumentów. Zwłaszcza, że zmiana wprowadzona przez czytelnika była fundamentalna: bank ma przerobić kredyt na darowiznę. Ale stała się rzecz przedziwna. Klient dostał z banku najpierw odpowiedź, że dokumenty zostały przekazane do ostatecznej weryfikacji (i że najpóźniej następnego dnia zostanie podjęta przez bank decyzja kredytowa), a później kolejny list z informacją, że decyzja jest pozytywna, zaś kredyt został wypłacony. Do klienta została też wysłana umowa - w brzmieniu zaproponowanym przez niego - wraz z podpisami trzech pracowników banku: szeregowego, starszego inspektora oraz koordynatora. Na każdej stronie bank podbił umowę pieczątką "wpłynęło z datą (...)". Na czym polega wyjątkowość tej sytuacji? W bankach mówią "nie przeczytałeś przed podpisaniem, to płać". A potem podsuwają coś, czego się nie da przeczytać bez asysty trzech prawników i dwóch ekonomistów. Tu klient odwrócił sytuację. To bank musiał przeczytać umowę, którą sam spłodził. Gdyby była prostsza, to nie byłoby trudno wychwycić zmian. Ale widać umowa była na tyle skomplikowana, że w banku jej dokładnie nie przeczytali.

      Klient stąpał po cienkim lodzie: oświadczenia tak istotne dla umowy jak spłata rat kredytu bądź też warunki ograniczające taki obowiązek klienta powinny być uwzględnione w rozdziale umowy oznaczonym "spłata kredytu", a nie "oświadczenia". Poza tym nowe brzmienie umowy rodzi konflikt między jednymi jej postanowieniami (mówiącymi o tym, że klient ma spłacić tyle-a-tyle) a innymi (oświadczeniem, że kredyt ma zostać w określonym terminie umorzony). Poza tym dopisek klienta zmienił istotę umowy - z kredytu na darowiznę. A to ryzykowne od strony prawnej. Co stało się dalej? Czytelnik złożył w banku wniosek o umorzenie kredytu zgodnie z umową. I na tym skończyłem poprzedni wpis dotyczący tej dziwnej sytuacji. Dziś ciąg dalszy story. Odpowiedź od bankowców przyszła po kilku tygodniach. Jak można było się spodziewać, finansiści nie wykazali nadmiernego zrozumienia dla postępowania klienta. Prawdę mówiąc nie wykazali go w ogóle. Bank zażądał od klienta wykonania umowy w pierwotnym jej brzmieniu, nie honorując żadnych zmian. I - w bardzo zawoalowany sposób, lecz chyba zrozumiały dla klienta - postraszył go kodeksem karnym.

      "Na podstawie złożonego przez Pana wniosku, Bank udzielił Panu kredytu w kwocie 5.000 zł na okres 60 miesięcy. Dokonana przez Pana bezprawna i nieuzgodniona z Bankiem, zmiana treści umowy, przesłanej Panu przez Bank do podpisu, nosi znamiona podstępu, sprzecznego z zasadami współżycia społecznego. Zmieniony zapis umowy jest nieważny, jako sprzeczny z naturą stosunku prawnego i ustawą Prawo bankowe. Zgodnie z bezwzględnie obowiązującym przepisem art. 69 ust. 1 Prawa bankowego, obowiązkiem kredytobiorcy jest spłata otrzymanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych w umowie terminach spłaty. Wzywamy do spłaty rat kredytu zgodnie z załączonym do umowy harmonogramem pod rygorem wypowiedzenia umowy"

      Ja z kolei napisałem do banku list z prośbą o potraktowanie klienta nie jak oszusta i cwaniaka, lecz jako testera procedur w banku. Klient wykrył dziury i należą mu się podziękowania, a nie kara. Poinformowałem też, że właśnie dlatego miłosiernie nie ujawniłem nazwy instytucji finansowej, z którą pogrywał sobie czytelnik, by bank miał szansę zachować się przyzwoicie. Bo, szczerze pisząc, obawiałem się, że jeśli bank nie będzie miał już nic do stracenia, to klient będzie miał w sądzie sprawę o próbę oszustwa, czy jakieś inne przestępstwo związane z samowolnym poprawianiem umowy adhezyjnej, opartej na wzorcu. W banku - jak relacjonuje mi klient - pomyśleli dłuższą chwilę i zaoferowali takie oto salomonowe rozwiązanie: klient podpisuje aneks, w którym strony usuwają sporny dopisek klienta, a w zamian bank w innym miejscu umowy zmniejszy klientowi procentowanie kredytu do zera. Innymi słowy - w ramach ugody klient otrzyma kredyt bez odsetek. Mój czytelnik początkowo zaproponował, że spłaci tylko połowę kredytu, ale poprosiłem go, by przystał na propozycję banku. I - z tego co wiem - tak właśnie się stało. Co innego wywalczyć sobie darmowy kredyt, a co innego nie oddać pieniędzy, które się pożyczyło. Wniosek z tej sprawy jest jasny: bankowcy, upraszczajcie umowy, bo - jak widać na załączonym przykładzie - są tak zamotane, że sami ich nie czytacie przed podpisaniem!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Zrobił dopiski do umowy kredytowej, a bank ich nie zauważył. Znam już finał tej historii!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 lutego 2015 08:26
  • środa, 25 lutego 2015
    • Gdy za późno zakwestionujesz transakcje na wyciągu wysłanym przez bank. Będą kłopoty?

      Opłaty pobierane za używanie kart płatniczych to jedno z poważniejszych pól konfliktu między bankami, a ich klientami. Problem polega głównie na tym, że część transakcji nie jest rozliczana online, a z kolei od obrotów na karcie uzależniona jest wysokość comiesięcznego abonamentu lub wręcz jego brak. Czasem sytuacja jest taka, że klient dopiero w ostatnich dniach "wykręci" potrzebny limit, a bank nie zaksięguje terminowo wszystkich transakcji. I robi się kwas. W takiej właśnie sprawie - wzbogaconej o dodatkowe wątki - napisał do mnie klient mBanku. To jeden z kilku podobnych listów, które dostałem i nie jest to dziwne - wszak klienci mBanku od zawsze są mocno wrażliwi na ceny usług bankowych i nie zdzierżą, jeśli mają płacić za coś, co mogłoby być darmowe. Przedmiotem sporu jest karta MasterCard Debit Gold wydawana przez mBank do rachunku eKonto. Karta nie jest tania i kosztuje miesięcznie 9,99 zł. Jednak w przypadku dokonania transakcji na kwotę 2.000 zł bank ma zwrócić prowizję.

      "Często nie otrzymywałem tego zwrotu mimo spełnienia warunku podanego w regulaminie. Taki przypadek powtórzył się 11 razy, co daje nam kwotę niesłusznie pobranych prowizji na poziomie prawie 110 zł. Zauważyłem to dopiero po tym jedenastym incydencie, które następowały na mniej więcej raz na dwa miesiące na przestrzeni dwóch lat. Poprosiłem bank o wyjaśnienia i o zwrot niesłusznie pobranych opłat"

      - pisze klient mBanku. Sprawa wydaje się dość dziwna, bo przeliczanie, czy klient spełnił warunek wystarczająco wysokiego obrotu na karcie, by plastik był do niego darmowy, nie może być szczególnie wyrafinowanym procesem. Pomyłka może się zdarzyć raz na tzw ruski rok, ale nie raz na dwa miesiące! Mój czytelnik powziął - i trudno mu się dziwić - głębokie przekonanie, że w banku rzeczywiście najpierw się pomylili, ale gdy nie było na to żadnej reakcji klienta, to doszli do wniosku, iż mogą spróbować go golić dalej. A nuż się nie zorientuję? W końcu się jednak zorientował. co bank mu odpowiedział? Ano odpowiedział tak, że kapcie spadają:

      "Odpowiadając na Pana reklamację uprzejmie informuję, że zgodnie z Regulaminem przyjmowania i rozpatrywania reklamacji Klient zobowiązany jest weryfikować zestawienie transakcji w celu kontrolowania prawidłowości rozliczeń transakcji płatniczych, opłat i prowizji. Klient zobowiązany jest niezwłocznie zgłosić Bankowi: 14 dni od dnia udostępnienia Klientowi zestawienia transakcji"

      Prosta, acz skuteczna metoda biurokracji - znaleźć jakieś uchybienie formalne i odesłać klienta z kwitkiem bez badania sprawy. Rzeczywiście, w regulaminie prowadzenia rachunków wspominają o 14 dniach na złożenie reklamacji, licząc od dnia dostarczenia klientowi wyciągu. Ale czy to aby nie lekka przesada? Załóżmy, że ktoś mi ukradnie z konta pieniądze. Czy jeśli zorientuję się dopiero po dwóch tygodniach, to taka kradzież będzie automatycznie "legalna", a przynajmniej tak będzie na nią spoglądał bank? Przyznacie, że coś tu nie gra. Czytelnik pyta czy wobec takiej postawy banku może coś jeszcze zrobić, czy też powinien zapomnieć o należnych mu 110 zł. Podpytałem bankowców z mBanku i okazało się, że rzeczywistość panująca w tej instytucji jest nieco inna, niż nakreślono to klientowi:

      "Opisana sprawa klienta porusza dwa zagadnienia – regulaminu, na który powołano się przy rozpatrywaniu reklamacji, oraz braku automatycznego zwrotu prowizji za posiadanie karty. Co do regulaminu, bank nie stosuje tak restrykcyjnych przepisów. Obsługa reklamacji odbyła się niezgodnie ze standardami przyjętymi w tego typu przypadkach, za co uprzejmie przepraszamy. Pracownik omyłkowo powołał się na zapis, który nie powinien mieć zastosowania w tej sprawie. Dotyczy bowiem transakcji płatniczych zainicjowanych przez klienta, takich jak: wpłaty, przelewy, płatność kartą czy wypłaty środków. W tym wypadku wątpliwości dotyczyły zaś miesięcznej opłaty za posiadanie karty, a te mogą być zgłoszone nawet do 30 dni od momentu, w którym klient taką nieprawidłowość zauważy".

      Z wyjaśnień banku wynika, że klient nie został właściwie obsłużony, ale w banku jednak obowiązują limity czasu na zgłoszenie reklamacji. Warto o tym pamiętać i nie wyrzucać od razu do kosza na śmieci (lub do "kosza" na pulpicie komputera) najnowszych wyciągów z rachunku. Warto najpierw omieść wyciąg wzrokiem i sprawdzić czy nie ma na nim podejrzanych transakcji. Czy to oznacza, że po upływie terminu na zauważenie nieprawidłowości ewentualny fraud staje się zalegalizowany? Oczywiście nie, zawsze można go zgłosić na policję, więc 30-dniowy termin, dyktowany przez bank, nie ma charakteru bezwzględnego. W tym przypadku bank zwrócił klientowi część opłat, choć reklamacja została złożona już po terminie. Zdaniem banku skala nieprawidłowości w naliczeniach była mniejsza, niż przedstawiona przez klienta. Reklamacja została wznowiona, a niewłaściwie pobrane pieniądze bank zwrócił, co oznacza, iż blog "Subiektywnie o finansach" ma na koncie kolejną sprawę zakończoną sukcesem. mBank zapewnił, że wdrożył działania, które wykluczyły ryzyko takich pomyłek w przyszłości. Tym niemniej publikuję tekst poświęcony tej sprawie, byście pozostali czujni i też sprawdzili archiwalne wyciągi z kont.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy za późno zakwestionujesz transakcje na wyciągu wysłanym przez bank. Będą kłopoty?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 17:14

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line