Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 października 2014
    • Czy warto oszczędzać na... własny pogrzeb? A może poprosić o to bankowca? Prześwietlam

      Odkąd w 2011 r. rząd obniżył wartość zasiłku pogrzebowego - dziś po zmarłym członku rodziny dostaje się od państwa tylko 4.000 zł, co - przynajmniej w dużych miastach - nie pokrywa nawet połowy kosztów godnego pochówku, coraz więcej firm ubezpieczeniowych i banków proponuje klientom tzw. ubezpieczenia pogrzebowe. Mają one zapewnić dodatkowe świadczenie w przypadku śmierci ubezpieczonej osoby. Dzięki niemu kosztów pogrzebu rodzina nie będzie musiała pokrywać z własnej kieszeni. Tego typu polisy trafiają na podatny - nomen omen - grunt, bo przecież większość z nas nie gromadzi pieniędzy z myślą o tym, żeby rodzina mogła je wykorzystać po naszej śmierci. Choć znam pewną emerytkę, która co miesiąc odkłada po kilkadziesiąt złotych z emerytury właśnie po to, żeby ona lub mąż - w zależności od tego które z nich wcześniej opuści ten padół łez i rozpaczy - mogła zorganizować godny pochówek i nie martwić się o pieniądze. Owa emerytka zbiera pieniądze od pięciu lat i w tym czasie uzbierała już 4.400 zł i - jak twierdzi - jest w połowie zbierania "funduszu pogrzebowego". Nie każdy senior ma taki pragmatyczne podejście do finansowych "spraw ostatecznych", więc nic dziwnego, że firmy finansowe próbują nas w tym wyręczyć.

      moibliscy4lifeNajbardziej znanym dostawcą ubezpieczeń pogrzebowych jest 4Life Direct, specjalizująca się w obsłudze seniorów (choć firma od pewnego czasu oferuje też m.in. ubezpieczenie szpitalne, przeznaczone dla całych rodzin, a nie tylko dla osób starszych). Ubezpieczenie "Moi Bliscy" reklamowane jest jako możliwość zapewnienia sobie pieniędzy na godny pochówek "już od 1 zł dziennie". Niewątpliwie zaletą tego ubezpieczenia jsst fakt, że obowiązuje do końca życia klienta (większość podobnych polis jest ważna tylko do osiągnięcia przez ubezpieczoną osobę określonego wieku) oraz ma stałą składkę (nie rośnie ona wraz z wiekiem klienta). Nie ma również żadnych wyłączeń zdrowotnych - polisa obejmuje również śmierć w przypadku zawałów, udarów, nowotworów, które niekiedy dyskwalifikują klienta u konkurencji. Firma nie wymaga wreszcie żadnych badań medycznych. Tyle o zaletach. A wady? Przede wszystkim wysoka cena. Dla 60-letniej kobiety konsultant 4Life Direct wyliczył mi składkę na poziomie 57 zł przy sumie ubezpieczenia 7.000 zł tys. zł. Gdyby po śmierci firma miała wypłacić 10.000 zł, składka wyniosłaby 72 zł. Jeśli składki byłyby opłacane przekazem pocztowym, a nie z konta, to jeszcze plus 3 zł.

      Jak łatwo policzyć, te 72 zł za 10.000 zł sumy ubezpieczenia oznacza 864 zł składki rocznej. Jest to swoisty zakład o życie - jeśli klientka umrze przed upływem 11,5 roku opłacania polisy (czyli przed upływem 72. roku życia) to będzie "wygrana" - czyli zapłaci mniej składek, niż wyniesie wypłata dla rodziny. Jeśli zaś klientka okaże się długowieczna - składki wyniosą ją więcej, niż suma ubezpieczenia. Jest jeszcze jeden defekt - polisa ma aż dwa lata karencji w przypadku śmierci klienta z przyczyn innych, niż nieszczęśliwy wypadek. Jeśli w czasie tych dwóch lat klient umrze, jego rodzina dostanie tylko zwrot składek (plus 10 proc. bonusu). Poziom obsługi w infolinii 4Life Direct mile mnie zaskoczył - konsultant wszystko dokładnie tłumaczył, nie naciskał na zawarcie umowy od razu, a pod specjalnym numerem infolinii można odsłuchać nagrane warunki ubezpieczenia. Nie zmienia to faktu, że to ubezpieczenie nie wygląda na lepszy pomysł, niż samodzielne odkładanie pieniędzy na koszty własnego pogrzebu. Kiedyś już zajmowałem się tym ubezpieczeniem w blogu - było to pięć lat temu - i wtedy 4Life Direct za polisę dla 60-latki na sumę 5.000 zł życzyła sobie 44 zł  Teraz chyba jest trochę drożej - 57 zł za polisę na 7.000 zł 

      wsparcie_dla_bliskich_bank_pocztowyPostanowiłem porównać polisę "Moi Bliscy" z podobnym ubezpieczeniem "Wsparcie dla bliskich", które mogą wykupić klienci Banku Pocztowego (aby z niego skorzystać, trzeba mieć w banku ROR). Ta polisa - jest nowością, wprowadzoną dopiero we wrześniu tego roku - występuje w czterech wariantach, z których najtańszy kosztuje 17 zł miesięcznie (ale suma ubezpieczenia wynosi tylko 3.000 zł), zaś najdroższa 53 zł (suma ubezpieczenia 10.000 zł). Składka nie zależy od wieku ubezpieczonego, ale ING - to ta firma dostarcza tę polisę klientom banku - nie ubezpieczy klienta, który przekroczył 80. rok życia. W Banku Pocztowym ubezpieczenie pogrzebowe na 10.000 zł jest - przynajmniej dla naszej przykładowej 60-latki - o jakieś 20 zł miesięcznie tańsze, niż w 4Life Direct i nie ma dwuletniej karencji (choć oczywiście nie ma też zwrotu składki gdyby coś się stało przez pierwsze dwa lata). Ale zauważyłem inny poważny defekt - ubezpieczenie automatycznie wygasa po przekroczeniu przez ubezpieczonego 90-tki. Wychodzi na to, że tu również "nie opłaca się" być długowiecznym. O ile w przypadku polisy 4Life Direct klient ryzykuje co najwyżej tym, że w ramach składek zapłaci firmie więcej, niż jego rodzina dostanie z ubezpieczenia, o tyle w przypadku polisy "Wsparcie dla bliskich" na koniec wypłaty może nie być w ogóle. 

      Podsumowując - jeśli chcesz kupić ubezpieczenie pogrzebowe o przyzwoitej sumie wpisanej na polisie (co najmniej 5.000 zł) i jesteś jeszcze w sile wieku - powiedzmy, że masz 60-65 lat), to prawdopodobnie zapłacisz 45-55 zł miesięcznie. Suma ubezpieczenia jest tak skalibrowana, że mniej więcej po 100-130 miesiącach opłacania składek firma ubezpieczeniowa zaczyna "wychodzić na swoje", czyli ma pewność, że wypłaci ci mniej, niż wpłaciłeś. Tak naprawdę to ubezpieczyciel jest na plusie jeszcze ciut wcześniej, bo przecież przez cały czas zarabia na obracaniu pieniędzmi ze składek. Gdybyś wpłacał umowne 50 zł miesięcznie na konto oszczędnościowe oprocentowane tylko na 3% rocznie, to po 10 latach miałbyś to, co wpłaciłeś - 6.000 zł - plus 800 zł z odsetek. Po 20 latach - odsetki wyniosłyby już 3.500 zł. I to jest koszt alternatywny tego ubezpieczenia: utracone odsetki plus konieczność opłacania składek nawet wtedy, gdy suma składek przekroczyła kwotę, która zostanie wypłacona przez ubezpieczyciela po tym, gdy odejdziesz do lepszego świata.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto oszczędzać na... własny pogrzeb? A może poprosić o to bankowca? Prześwietlam”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 października 2014 20:33
    • Wzięliśmy się za oszczędzanie? Najlepszy wynik od lat! Szkoda tylko, że mamy... słabą pamięć

      Z okazji Światowego Dnia Oszczędzania (czy jak to się tam nazywa) życzę Wam, żeby się Wam mnożyło. A sobie życzę, żebym Wam w tym mnożeniu nadal pomagał. A w uzupełnieniu życzeń mam dla Was kilka cyferek o Waszym oszczędzaniu. Co jakiś czas przyglądam się w blogu badaniom, które przeprowadzają na żywym organizmie Narodu przeróżne firmy, by dowiedzieć się dlaczego większość z nas nie oszczędza pieniędzy. Sytuacja jest bowiem taka, że połowa naszych oszczędności - niezbyt w dodatku wielkich na tle zachodnich sąsiadów - należy do wąskiej grupy najzamożniejszych Polaków. Reszta Narodu oszczędności ma mało lub wręcz nie ma ich w ogóle. Naród w dodatku nie poważa zbytnio innych miejsc oszczędzania i inwestowania nadwyżek, niż bank, choć przecież nie brakuje dowodów historycznych na to, że w dłuższym terminie lokata bankowa nie jest najbardziej efektywnym sposobem lokowania pieniędzy. Stawiam tezę, że nasz konserwatyzm w przechowywaniu zaskórniaków wynika głównie z tego, że mamy ich jeszcze relatywnie mało, a z drugiej strony brakuje nam wiedzy o tym jak lokować kasę na rynku kapitałowym w taki sposób, aby było to względnie bezpieczne.

      Zobacz cztery błędy, które utrudniają ci oszczędzanie

      Jak co roku o postawy Polaków w stosunku do oszczędzania wypytała Naród jedna z prężniejszych w kraju organizacji popularyzujących oszczędzanie - Fundacja Kronenberga, działająca przy banku Citi Handlowy. Tak jak zawsze największa część ankietowanych (51%) stwierdziła, że w ogóle nie myśli o oszczędzaniu, bo wydaje wszystko co  zarabia. Kolejne 5% oświadczyło, że żyje na kredyt (założę się, że te dane są zaniżone), zaś 14% powiedziała, żeby ankieter zajął się swoimi pieniędzmi, zamiast wyciągać od uczciwych ludzi wstydliwe tematy. Jedynie 30% osób ma dochody wyższe, niż bieżące wydatki (trochę więcej, niż rok temu, gdy było to 25%). I od nich na pewno można byłoby oczekiwać, że wykażą się systematycznym oszczędzaniem. Czy tak jest? Niespecjalnie, choć patrząc z dłuższej perspektywy widać pozytywne zmiany. Zerknijcie na ten wykres:

      kronenbergoszczedzanie01

      Wynika z niego, że 12% ludzi w Polsce co miesiąc odkłada pewną kwotę pieniędzy, zaś 37% robi to niesystematycznie, czyli od czasu do czasu. W przypadku obu grup mamy wzrost w stosunku do poprzednich lat - więcej jest zarówno tych, którzy oszczędzają systematycznie, jak i tych, którzy robią to od czasu do czasu. Widać, że z wolna się bogacimy i z wolna zmieniamy nawyki. Patrząc na kwoty odkładanych kwot też można pokusić się o mały optymizm - zwiększa się odsetek tych, którzy odkładają 100-250 zł miesięcznie kosztem tych, którzy oszczędzają poniżej 100 zł. To oznacza, że tym, którzy już gromadzą oszczędności, mając dobre nawyki, powodzi się lepiej. A mnie najbardziej zastanawia te 30% ludzi, którzy odmówili odpowiedzi na pytanie ile pieniędzy są w stanie odłożyć. Tak rzadko oszczędzają, że nie pamiętają? ;-)

      kronenbergoszczdzanie021

      Spośród 12% oszczędzających systematycznie i 37% deklarujących, że odkłada pieniądze od czasu do czasu większość nie myśli o swoich pieniądzach w tak długoterminowym horyzoncie, jak emerytura. Wśród wszystkich badanych raptem 16% osób przyznaje, że oszczędza na emeryturę. A więc tylko co trzeci spośród tych, którzy coś-tam odkładają. Chociaż z drugiej strony tu też widać wzrost - jeszcze do niedawna osób oszczędzających na emeryturę było znacznie mniej.

      kronenbergoszczdzanie03

      Teraz słów kilka o inwestowaniu. Wśród tej połowy Polaków, która przebąkuje o oszczędzaniu (12% systematycznie plus 37% czasami) tylko 10% deklaruje, że inwestuje pieniądze. Czyli wkłada je w instrumenty finansowe pozwalające nie tylko ochronić realną wartość pieniądza (bank, obligacje rządowe), ale je pomnożyć na rynku kapitałowym. 

      kronenbergoszczedzanie04

      No i na koniec bardzo ciekawy graf pokazujący czym się różni oszczędzający Polak od przeciętnego Polaka. Jak widzicie ten pierwszy częściej rozmawia z innymi członkami rodziny o pieniądzach i domowym budżecie, częściej liczy pieniądze, które wydaje - a więc wie na co wydaje kasę - i częściej planuje większe wydatki z wyprzedzeniem. I - co ciekawe - częściej od przeciętnego obywatela płaci w sklepach kartą, zamiast gotówką. Jak widać nie ma zależności: "płacę kartą, więc wydaję więcej, słabiej kontroluję wydatki i tonę w długach" (albo przynajmniej nie występuje ona zbyt często). Okazuje się, że plastikowy pieniądz sprzyja ewidencjonowaniu wydatków, a więc i lepszej ich kontroli.

      kronenbergoszczedzanie05  

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wzięliśmy się za oszczędzanie? Najlepszy wynik od lat! Szkoda tylko, że mamy... słabą pamięć”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 października 2014 14:48
    • Na specjalne życzenie Pani Premier: blogowy stress-test dla franka po 4 zł. Ilu bankrutów?

      Pani premier Ewa Kopacz poprosiła Komisję Nadzoru Finansowego o sprawdzenie konsekwencji hipotetycznej sytuacji, iż frank szwajcarski kosztuje 4 zł. Jest to dość ciekawe pytanie, bo zwykle stress-testy robi się bankom, a założę się, że pani premier wcale nie chodziło o zbadanie stresu banków, tylko ich klientów. Bo to oni, a nie prezesi banków decydują o wyniku najróżniejszych wyborów. Nie ma żartów, bo wicepremier Janusz Piechociński zapowiedział, że jak raport o franku po 4 zł już będzie, to zajmie się nim cały rząd. Sprawa będzie trudna, bo ustalenie wpływu 4-złotowego franka na stres wyborców - abstrahując od tego, jak oceniamy prawdpodobieństwo takiego wariantu, mój pogląd na tę kwestię przedstawiłem w blogu - wymaga posiadania danych, których ani żaden bank nie ma, ani tym bardziej nie ma ich Komisja Nadzoru Finansowego. Czyli informacji o tym jak bardzo napięte są budżety rodzin spłacających dziś kredyty frankowe. Bankowcy wiedzą mniej więcej ile osób dziś nie spłaca kredytów w terminie i jak ów wskaźnik wyglądał w przeszłości. Ale nałożenie tego na zmiany kursu franka byłoby bez sensu, bo kredyty "psują się" z tysiąca różnych powodów, a kurs franka - w przypadku kredytów walutowych - jest tylko jednym z tych czynników. Zaś kurs franka, mili Państwo, wygląda tak (wykres obejmuje ostatnie pięć lat)

      kurs_chfpln_5lat

      Ze statystyk KNF, zebranych na koniec zeszłego roku (a także wcześniejszych, które już były w blogu) wynika, że klientów, którzy nie spłacają swoich kredytów hipotecznych w terminie jest ok. 40.000. Jest to 3% wszystkich, którzy taki kredyt mają. Można się domyślać, że przygniatająca większość z nich to kredytobiorcy frankowi, bo złotowi generalnie ostatnio mają coraz niższe raty. Tylko w ostatnim roku dzięki spadkowi stóp procentowych w kraju przeciętna rata przeciętnego kredytu hipotecznego w złotych spadła o 150 zł. W tym samym czasie rata kredytu frankowego, głównie z powodu wzrostu ceny "szwajcara" poszła w górę o 50 zł. Co prawda statystyki KNF mówią, że wśród kredytów zagrożonych więcej jest złotowych, niż frankowych, ale mam wrażenie, że to wynika z przymusowego przewalutowania nie spłacanych w terminie kredytów walutowych - banki zamieniają je na złotowe i dług staje się wyrażonym w naszej walucie, choć przyczyną bankructwa klienta jest frank, a nie złoty.

      Osoby, które mają problem z frankiem stanowią niewielki procent tych, którzy w ogóle mają problem ze spłacaniem długów. Według Infomonitora, firmy badającej skalę nie spłacanych w terminie długów, kłopoty z regularnym płaceniem różnych zobowiązań ma 2,2 mln ludzi. A eksperci-statystycy, zajmujący się badaniem tego problemu szacują, że 700.000 z nich może być już regularnymi bankrutami. To podpowiedź dla pani premier - frankowcy (do których się sam zaliczam, choć mam relatywnie krótki kredyt wzięty w pełni świadomie i - jak się okazało - w dość dobrym momencie) nie są jedyną grupą, która może potencjalnie wymagać stress-testów oraz zainteresowania pani premier oraz całego rządu.  

      Mamy więc 40.000 rodzin, które już są "ugotowane", choć frank kosztuje "tylko" 3,5 zł (kiedy brali kredyty, był po 2 zł). Ich "ugotowanie" jest dwupoziomowe, bo po pierwsze nie starcza im na raty, a po drugie ich kredyt stał się tak wielki, że nawet pozbycie się mieszkania nie pozwoliłoby spłacić więcej, niż 60-70% długu (a jeśli mieszkanie na licytację wystawi komornik - to 40-50%). A więc mogą stracić nieruchomość i zostać z kilkusettysięcznym długiem, którego nie spłacą do końca życia i przekażą dzieciom. Z danych KNF wynika, że problem pt. "mieszkanie warte mniej, niż kredyt i to po kilku latach spłacania rat" mają kredytobiorcy, którzy pożyczyli 77 mld zł. Przy średniej wartości kredytu frankowego na poziomie 250.000 zł wychodzi, że kwestia ta dotyczy mniej więcej 300.000 ludzi. Ale prawdziwy problem jest udziałem tych, którzy już na początku przeszarżowali z wielkością pożyczki i w dodatku nie mieli wkładu własnego. Ponad 130% wartości nieruchomości warte są kredyty osób mających do spłaty łącznie 40 mld zł. I to są główni kandydaci do bankructwa, bo ich domowe budżety są obciążone najbardziej. Dzieląc wartość długu przez średnią wartość kredytu frankowego otrzymujemy liczbę osób będących "pod ścianą" oszacowaną bardzo zgrubnie na 150.000 klientów.

      ltvknf

      W internecie funkcjonuje indeks obciążenia klientów ratami kredytu hipotecznymi, który wylicza co kwartał firma doradztwa finansowego Notus. Niewiele nam od pomoże, bo wynika z niego, że owo przeciętne obciążenie przeciętnego klienta wynosi (jak ja lubię przeciętne...) jakieś 30%. Gdyby móc się dowiedzieć jaki odsetek ludzi ma poziom raty na poziomie 50-60% i więcej - wiedzielibyśmy ilu klientów nie posiada już w domowym budżecie miejsca na wzrost raty, a więc jest bardzo wrażliwa na wzrost franka. Ale takich danych nie udało mi się znaleźć. Pozostaje więc czyste gdybanie. Skoro mamy 40.000 osób z kredytami zagrożonymi i 150.000 kredytów z wartością kredytu przekraczającą 130% wartość nieruchomości, to można oceniać, że co czwarta osoba mająca zbyt duży kredyt nie radzi sobie z jego spłatą. Jak bardzo wzrosłaby ta liczba, gdyby frank był po 4 zł? Nie przychodzi mi do głowy żadna inna metoda oszacowania tego, jak próba prognozy ile kredytów "wpadnie" w poziom LTV (loan-to-value, kredyt do wartości nieruchomości) powyżej 130% przy zwiększeniu kursu franka o 50 gr. A następnie założyć, że jedna trzecia, albo jedna czwarta z nich, przestanie spłacać kredyt. 

      Czytaj też: tam franki nie rozeszły się po kościach. A tam bank z własnej woli zaproponował...

      Były prezes banku o frankach: to było wyjątkowe szkodnictwo

      Według nadzoru jakieś 87 mld zł są warte kredyty osób, których LTV wynosi 80-100%. A więc mówimy tu pewnie o 310.000 osób. Czy z ich punktu widzenia wzrost kursu franka do 4 zł może oznaczać bankructwo? Wzrost kursu o 50 gr. przekłada się na 15-procentowy wzrost wartości kredytu przy stałej wartości nieruchomości. A więc można założyć, że np. połowa tych osób wpadnie w LTV powyżej 100%. Tym samym zostaną "uwięzieni" w swoich nieruchomościach (staną się niesprzedawalne z punktu widzenia spłaty kredytu), ale czy będzie to zagrożenie dla ich domowego budżetu? Sądzę, że niekoniecznie. Większy problem będą mieli Ici, którzy dziś są powyżej 100% LTV, a po wzroście franka do 4 zł wpadną w poziom powyżej 130%. Z 300.000 osób mających LTV powyżej 100% połowa już jest również powyżej 130%, więc od razu zajmijmy się tymi "drugimi" 150.000 (czyli tą częścią frankowiczów, którzy mają LTV w przedziale 100-130%). Jeśli ta grupa statystycznie rozkłada się w miarę równomiernie, to 15%-owy wzrost kursu franka zepchnie połowę z nich - mniej więcej 80.000 osób - w strefę LTV powyżej 130%. Tym samym znajdzie się w niej już 230.000 osób.

       knfltv2

      Trzeba założyć, że w tej grupie odsetek osób niewypłacalnych będzie większy, niż 25-30%, który przyjąłem na początku. Choćby dlatego, że w grupie osób, która już dziś ma LTV powyżej 130% każdy wzrost kursu franka musi wywołać ponadprzeciętny wzrost "przewracalności" klientów. Załóżmy, że przy franku na poziomie 4 zł niewypłacalnych okaże się 40% z osób będących w powiększonej grupie "LTV 130+". Oznaczałoby to, że swoich kredytów nie będzie spłacać 90.000 osób. Czyli ponad dwa razy więcej, niż dziś. Są to rachunki mocno nieprecyzyjne, ale wydaje mi się, że nie całkiem od czapy. Będzie mi miło, jeśli ze mną o tym porozmawiacie w komentarzach. Czy należy pomagać tej - mniejszej lub większej, ale jednak znaczącej - rzeszy (razem z rodzinami)? Cóż, większość z nich jest zadowolona ze swojego kredytu. Ale są i tacy, którzy uważają, że bank ich oszukał, sprzedał coś, co nazywało się "kredytem", a było opcją walutową. Że zostali uwięzieni w niesprzedawalnych nieruchomościach i mają takie długi, że nie spłacą ich do końca życia.

      Ostatnio w blogu: Jeśli chodzisz wcześnie spać, to mogłeś nie zauważyć, że wczoraj wieczorem do blogu wpadł wpis o tym, że największe banki biorą się za handel złotem i co z tego wynika. Czas się bać? Czas się śmiać?

      Jestem zwolennikiem wspólnego wzięcia na klatę problemu frankowiczów będących w najtrudniejszej sytuacji przez banki (które sprzedały im potencjalnie toksyczny produkt) i klientów (którzy podjęli błędną decyzję biznesową i muszą ponieść część odpowiedzialności). Trzeba spotkać się w pół drogi. Precedensy już są - choćby opisywane w blogu rozwiązania serbskie oraz - to temat sprzed kilku dni - rumuńskie. Miałem też jakiś czas temu pomysł na pomoc frankowym bankrutom poprzez preferencyjną ścieżkę upadłości konsumenckiej. W grę wchodzi też - przynajmniej w teorii - umożliwienie sprzedaży mieszkania razem z kredytem. A tak w ogóle to chyba rację mają ci, którzy twierdzą, że problem kredytów hipotecznych stanie się w Polsce systemowy dopiero przy kursie 4,5 zł.

      SUBIEKTYWNIE O FRANKACH W POLSACIE. Czy frank będzie po 4 zł? I dlaczego Szwajcarzy chcą sobie strzelić w kolano, uszkadzając przy okazji nasze? A może w ogóle nie chcą, a polskie media niepotrzebnie sieją panikę? Subiektywnie dwa słowa na ten temat było kilka dni temu w polsatowskich "Wydarzeniach"  Ten temat jakiś czas temu komentowałem też w TVN 24 Biznes i Świat

      samcikpolsatfranki4

      polsatfranki

      SUBIEKTYWNIE W "TERAZ SOLSKA". Od czasu do czasu subiektywność gości w wieczornym programie ekonomicznym TOK FM, prowadzonym przez Joanną Solską. Wczoraj wyjątkowo subiektywnie było w programie o doradcach bankowych - dlaczego czasem źle nam doradzają i co zrobić, żeby takich przypadków było jak najmniej? Czy banki powinny mieć prawo do używania Bankowego Tytułu Egzekucyjnego? Czy zmiany w sprzedaży produktów ubezpieczeniowych w bankach, które nakłada rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego, załatwią problem? Zapraszam do posłuchania audycji.  

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ WSPIERA EMERYTALNĄ AKCJĘ INWESTORÓW. "Nie czekaj aż ZUS i OFE wypłacą ci emeryturę" - apeluje Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. I namawia, byśmy wzięli sprawy w swoje ręce, część oszczędności umieszczając nie tylko w banku, lecz również na rynku kapitałowym. Wspieram tę akcję, bo uważam, że inwestorzy mają sporo racji: akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje firm nie gryzą. Jeśli będziemy przyspawani do lokat bankowych, nie będziemy efektywnie zarządzali naszymi oszczędnościami (a i nie pomożemy rozwijać polskiej gospodarki). Nie tylko w blogu, lecz także w swoich książkach przedstawiałem pomysły i strategie na zbudowanie planu długoterminowego oszczędzania z komponentem "kapitałowym". O tym, że mamy mentalny problem z zabraniem choćby małej części pieniędzy z banku, też pisałem niedawno w blogu. Będę wspierał starania SII i co jakiś czas podrzucał Wam pomysły na wzbogacenie Waszych portfeli w taki sposób, żeby ograniczyć ryzyko, a mieć dużą szansę na większy zarobek, niż w banku. 

      oszczedzajnaemeryture640

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (37) Pokaż komentarze do wpisu „Na specjalne życzenie Pani Premier: blogowy stress-test dla franka po 4 zł. Ilu bankrutów?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 października 2014 08:52
  • czwartek, 30 października 2014
    • Największe banki biorą się za sprzedawanie złota. Rewolucja, czy gra pozorów?

      Dziś bank PKO BP pochwalił się, że jego klienci od października mogą zamawiać w oddziałach złoto w sztabkach lub monetach. I że w ciągu pierwszych czterech tygodni trwania oferty kupili go za pół miliona złotych - z moich obliczeń wynika, że to w okolicach 5 kg (w zależności od cen). Przyznam, że już kilka dni temu przyuważyłem tę ofertę i nawet byłem w jednym z oddziałów banku, żeby sobie kupić sztabkę, ale okazało się, że sztabki to oni mają, ale w katalogu. Nawet najmniejsze, 1-gramowe, które kosztują 165 zł, można co najwyżej zamówić i odebrać w oddziale, kiedy już przyjadą. Może też przywieźć je kurier na adres domowy, ale wtedy jest drożej. Procedura zakupu wygląda tak samo, jak w sklepie internetowym dowolnej z kilku mennic, które w Polsce oferują złoto inwestycyjne. Uzysk klienta jest taki, że nie trzeba wchodzić na stronę internetową, lecz można złożyć zamówienie przy okazji likwidowania lokaty, albo zlecania przelewu. Ceny w banku są podobne, jak w sklepach internetowych mennic. Jednogramowa sztabka w Mennicy Wrocławskiej kosztuje 162-170 zł (w zależności od producenta), w Mennicy Polskiej ceny za jednogramową sztabkę zaczynają się od 160 zł,

      To, że banki sprzedają złoto w sztabkach i monetach nie jest żadną nowością. Ten trend trwa już od kilku lat: świecidełka zaoferowały klientom Alior, Raiffeisen, Deutsche Bank, a nawet Bank Pocztowy. Z punktu widzenia bankowców jest to rozszerzenie gamy produktów dla bardziej wymagających lub konserwatywnych klientów, a z punktu widzenia mennic - może to być pomysł na dotarcie do milionów nowych klientów. Akurat pomysł wrzucania oferty sprzedaży sztabek do 1200 oddziałów największego banku detalicznego jest dla mnie mało zrozumiały - raczej oczekiwałbym wystawienia oferty w wybranych placówkach w dużych miastach, ale za to z dobrą ekspozycją, niż we wszystkich, ale tylko wstydliwie, w katalogach. W Aliorze i Raiffeisenie - to dwa banki, w których złoto można kupować już od dłuższego czasu - przynajmniej zadbali o porządną reklamę: w pierwszym okresie trwania sprzedaży w wielu oddziałach były wystawione atrapy sztab złota, żeby przynajmniej "dawały klientom po oczach".

      Wprowadzenie sprzedaży złota do oddziałów banków mogłoby zdecydowanie zwiększyć popularność tego kruszcu jako swego rodzaju "inwestycji alternatywnej", uzupełniającej klientowskii portfel lokat, obligacji i funduszy inwestycyjnych. Ale żeby ten plan zrealizować, nie wystarczy pójść na łatwiznę i wprowadzić możliwość zamawiania złota w 1200 oddziałach. Złoto musiałoby być dostępne fizycznie w placówkach, do kupienia od ręki (oczywiście nie wszystkich, tylko wybranych - bo to oznaczałoby konieczność zwiększenia zabezpieczeń), a banki musiałyby oferować w tych placówkach jednocześnie usługę przechowania kruszcu. To by było coś - kupujesz złoto w swoim oddziale banku, deponujesz je w sejfie i od czasu do czasu podziwiasz jak ładnie świeci. Oczywiście zwolennicy inwestycji alternatywnych od razu powiedzą, że bez sensu jest trzymanie złota w banku, bo powinno być przechowywane właśnie poza systemem bankowym, przed którego krachem powinno, jako inwestycja, zabezpieczać.

      Polacy kupują jakieś 4-5 ton złota rocznie i jest to bardzo mało. Nawet jeśli klienci PKO BP będą kupowali po 10 kg złota miesięcznie (czyli dwa razy tyle, niż w pierwszym miesiącu trwania oferty), to przełomu na rynku nie zrobią. W Niemczech rocznie klienci kupują 160 ton złota inwestycyjnego. Owszem, tam na każdego obywatela przypada też kilkanaście razy więcej oszczędności, niż w Polsce, ale nikt mi nie wmówi, że rodacy nie chcieliby kupić sobie choćby 10-15 ton złota jako inwestycję. Być może nie kupią go przy stoisku w centrum handlowym (bo i takie dziwaczne pomysły na sprzedawanie złota mają mennice), ale w banku, czyli w miejscu, w którym i tak zajmują się swoimi pieniędzmi... dlaczego nie? Ale pod warunkiem, że taki bank zapewni dobry serwis - czyli odpowiednie pomieszczenie do sfinalizowania transakcji, wygodną płatność, możliwość odkupu złota oraz jego przechowywania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Największe banki biorą się za sprzedawanie złota. Rewolucja, czy gra pozorów?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 października 2014 21:56
    • Mój test taksówek ze smartfona. To koniec tradycyjnych korporacji taksówkowych?

      Od niedawna w największych polskich miastach działają już nie tylko tradycyjne korporacje taksówkowe, ale też te smartfonowe - iTaxi oraz MyTaxi. Obie charakteryzują się tym, że taksówki zamawia się poprzez aplikację na smartfonie, a nie dzwoniąc do centrali. Do tych rozwiązań dołączył też Uber, technologiczna firma, która od pięciu lat rozwija w tym modelu usługi w ponad 100 miastach świata i pod względem tempa wzrostu wartości rynkowej dorównuje mu chyba tylko Facebook. Czy smartfonowe aplikacje taksówkowe są zagrożeniem dla tradycyjnych taksówek, albo raczej dla korporacji taksówkowych, które na zatrudnianiu taksówkarzy zarabiają? Przetestowałem ostatnio dwie z trzech internetowych aplikacji taksówkowych i na podstawie tych doświadczeń zyskałem niezachwiane przekonanie, że koniec tradycyjnych korporacji jest bliski. I to nie ze względu na ceny, lecz na wygodę zamawiania taksówki przez smartfona, dostęp do informacji, a także łatwość płacenia za usługę. Prawda jest taka, że jeśli tylko mój smartfon nie będzie właśnie rozładowany, nie będę poza zasięgiem sieci, ani nie znajdę się w mieście, gdzie nie ma "smartfonowych" korporacji, będę od tej pory zamawiał taksówkę właśnie w ten sposób.

      Czytaj też: Ile kosztuje jeżdżenie własnym samochodem? Taksówką może wyjść... taniej!

      Przejechałem się zarówno Uberem, który formalnie nie jest korporacją taksówkową (jego samochody nie mają licencji, to zwykłe "cywilne" osobówki), jak i autem MyTaxi. Oczywiście wcześniej zainstalowałem sobie na smartfonie aplikacje Uber, MyTaxi, a także trzeciej firmy iTaxi (ta ostatecznie "spadła" mi z testów, bo nie mogłem zdefiniować sposobu płacenia, który mi odpowiadał), zarejestrowałem się jako klient podając podstawowe dane osobowe, zweryfikowałem numer telefonu (na podany przy rejestracji numer przyszedł kod SMS, który kazano mi wpisać w wyznaczonym okienku), a także grzecznie pozwoliłem aplikacjom na inwigilowanie mnie (od tej pory wiedzą gdzie się aktualnie znajduję). W aplikacjach Uber i MyTaxi dodatkowo zdefiniowałem kartę kredytową jako preferowany sposób płatności, podając dane z obu stron plastiku (imię i nazwisko, datę ważności, numer karty, kod CVC z odwrotu). A potem już mogłem zabrać się za "działania operacyjne". Gdybym był w Lyonie, a nie w Warszawie, to pewnie Uber chciałby mnie przewieźć za darmo w ramach usługi UberAvions, obiecując przy tym, że kierowcą będzie "incredibly hot chick". Czyli oszałamiający kierowca płci odmiennej, niż moja. Ostatnio firma tak właśnie się reklamowała w internecie. Ale musiała przestać, bo internauci uznali reklamę za głupią i seksistowską. Znacznie bezpieczniejsze są inne sposoby reklamowania tej nowej quasi-korporacji taksówkowej, jak np. darmowe dostarczanie pizzy, które Uber oferuje w niektórych miastach..

       2f826c5c21eaf8013da765ee00ab83b66400001

      Zamawianie taksówki na jeden klik. Ponieważ aplikacja wie, gdzie się obecnie znajduję, aby zamówić auto nie muszę nic wpisywać - wystarczy, że dotknę ikony "zamów kurs", potwierdzając miejsce odbioru (mogę też wpisać rzecz jasna inny adres). Aha, trzeba zdefiniować (można pokazać na mapie) cel kursu. Na ekranie startowym zawsze widzę jaki jest czas dojazdu najbliższej taksówki, zaś na mapie widzę położenie samochodów. W przypadku MyTaxi mogę jeszcze wybrać sposób płatności (gotówką lub przez aplikację). Uber wozi tylko klientów, którzy zdefiniowali aplikację jako domyślny sposób płacenia. Nie jestem jakoś specjalnie nowoczesnym konsumentem, ale widzę tu zmianę jakościową. Nie muszę się wdzwaniac do centrali, podawać adresu i dowiadywać się, że taksówka będzie "do 10 minut". W aplikacji, jeszcze zanim zamówię auto, widzę jak długo będę czekał. A potem widzę na mapie gdzie jest samochód. Smartfon podaje mi też informację, że kierowcą będzie pani Ewa albo pan Ziutek w takim a takim samochodzie (są też zdjęcia kierowców). Niestety, nie mogę wybrać sobe kierowcy (wolę, gdy wożą mnie dziewczyny, jest jakoś milej), choć mogę zdefiniować "ulubionego kierowcę" i zakładam, że w miarę możliwości czasem to on do mnie przyjedzie. W obu aplikacjach, które testowałem, można poprosić o orientacyjną wycenę kursu jeszcze przed zamówieniem samochodu.

      f9c660dbf52e046571e6423be9bf3f40

      Przejazd i ceny. W Uber kierowcy mają od razu wbitą do nawigacji trasę przejazdu, tę samą, która wyświetla mi się w smartfonie, wraz z informacją kiedy będę na miejscu. Z jednej strony nie pozostawia to kierowcy miejsca na kreatywność (większość "smartfonowych" taksówkarzy grzecznie jeździ tak, jak im nawigacja podpowiada, nawet jeśli trasa na pierwszy rzut oka nie wygląda na najbardziej oczywistą), ale z drugiej strony zapewnia to przewidywalność. Ceny? Nie są niższe od tych w tradycyjnych korporacjach. W MyTaxi odbyłem kurs przy stawce 2,2 zł za kilometr, więc trudno mówić, że postawiłem na najtańszego konia. W Uber taryfy są dość skomplikowane: 5 zł za wejście do auta, a potem 0,25 zł za minutę oraz 1,4 zł za kilometr. Opłata za anulowanie kursu - 10 zł. Za kurs z Mokotowa do Centrum zapłaciłem mniej więcej 20 zł. W sumie wychodzi jakieś 10-15% taniej niż kurs przeciętną taksówką w "tradycyjnej" korporacji. Uber podobno bardziej opłaca się nocą, kiedy taryfy w "zwykłych" taksówkach są dużo wyższe. .

      Zapłata za kurs. To jest dla mnie najważniejsza sprawa - do tej pory jeżdżenie taksówkami zawsze mnie stresowało. Albo musiałem mieć przy sobie żywą gotówkę, albo musiałem zamaiwać taksówkę z terminalem płatniczym, albo kierowca strasznie cierpiał, widząc w mojej ręce kartę płatniczą. A nawet jak się nie dałem złamać i wziąć na litość, to płacenie kartą trwało dłużej, niż w sklepie (zwykle nie dało się zapłacić zbliżeniem). A koporacjach "smartfonowych" płacę bezpośrednio za pomocą aplikacji, tzn. smartfon informuje mnie o zakończeniu kursu w wyznaczonym przeze mnie miejscu i ściąga pieniądze ze zdefiniowanej karty płatniczej. W Uber jest to doprowadzone do ekstremalnej postaci - po prostu wychodzę z auta, a płatność dzieje się sama. Nie muszę nic podpisywać, klikać, potwierdzać. W MyTaxi jest natomiast elementarna autoryzacja: aplikacja prosi mnie o potwierdzenie wartości kursu i dopiero potem finalizuje transakcję. W obu rozwiązaniach jest to szybkie, bezbolesne, bezgotówkowe. Ideał. Wiem, że trzecia z firm oferująca aplikacje teksówkowe - iTaxi - też za chwilę wprowadzi możliwość płacenia za kurs smartfonem.

      Wady taksówek "smartfonowych". Odbyłem raptem trzy kursy, więc pewnie wszystkich jeszcze nie zdążyłem odkryć. Najwięcej ma Uber, który nie zatrudnia taksówkarzy, lecz chętną do pracy młodzież. Albo bezpośrednio (wtedy kierowca ma procent od kursu i jeździ własnym autem), albo za pomocą pośredników (wtedy pośrednik udostępnia samochód i płaci kierowcom stałe pensje, a sam rozlicza się z Uberem). Auto nie będące taksówką nie może jeździć bus-pasem, więc w godzinach szczytu będzie stało w korku. A kwalifikacje kierowców też mogą być różne. Problemem "smartfonowych" taksówek jest też stosunkowo niewielka liczba samochodów (w centrum zawsze coś się znajdzie, ale w peryferyjnych dzielnicach czasem można czekać na kierowcę i 20 minut). No i pozostaje też kwestia dużej wiedzy, którą gromadzą na nasz temat aplikacje taksówkowe. Niby nic, ale jeśli tak pojeździć z nimi przez jakiś czas, to powstanie z tego dość ciekawe narzędzie marketingowe - tylko patrzeć, aż operatorzy taxi-aplikacji zaczną sprzedawać dane o swoich klientach różnym marketingowcom. Ale tak to już jest w XXI wieku - za wygodę trzeba płacić i to przeważnie w naturze

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Mój test taksówek ze smartfona. To koniec tradycyjnych korporacji taksówkowych?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 października 2014 08:51
  • środa, 29 października 2014
    • Ciekawe: bank zaproponował rumuńskim klientom odwrócenie kredytów frankowych?

      Od czasu do czasu opowiadam Wam w blogu o perypetiach frankowych kredytobiorców w różnych krajach. Nie po to, by jątrzyć i podjudzać, ale żeby pokazać jak różna jest sytuacja osób, które wzięły kredyt frankowy w różnych miejscach naszego regionu Europy. Mamy więc nieprawomocną decyzję sądu w Chorwacji, który zarządził odwrócenie kredytów frankowych, czyli ich przeliczenie na lokalną walutę po kursie z dnia zawarcia umowy. Nic mi nie wiadomo, by została rozpatrzona apelacja organizacji bankowych, ale ktokolwiek wie... Mamy ostre działania rządu na Węgrzech, który jednym ruchem skasował spread i pomógł tamtejszym "Nabitym". A nie tak dawno recenzowałem Wam pomysły na rozwiązanie problemu frankowych kredytobiorców w Serbii. Tam autorem rozwiązania, które nakazuje bankom wziąć na klatę większość niekorzystnych różnic kursowych (sprawiających, że wiele kredytów stało się w praktyce "niespłacalnych", przynajmniej w ramach jednego pokolenia), jest bank centralny. We wszystkich tych krajach sytuacja frankowych kredytobiorców jest trudniejsza, niż w Polsce, większy odsetek nie spłacanych kredytów uderza też w stabilność branży bankowej. Ostatnio frankowych kredytobiorców wsparł też europejski Trybunał Sprawiedliwości, powątpiewając, czy banki rzetelnie poinformowały konsumentów o spreadzie, a nawet ogłosił, że rząd kraju, w którym są problemy natury "frankowej" mógłby zmienić umowy kredytowe jeśli uzna je za niezgodne z prawem.

      Czy frank wkrótce będzie po 4 zł? Kilka argumentów Samcika na to, że...

      A tymczasem u naszych "Nabitych": gajowy potrzebny od zaraz?

      Dziś w blogu kilka słów o dość niespodziewanym posunięciu jednego z banków działających w Rumunii, tamtejszego oddziału Raiffeisena, który - jak twierdzi w rumuńskich mediach Gheorghe Piperea, prawnik reprezentujący klientów - zaproponował 250 jego podopiecznym przewalutowanie kredytów frankowych na wyrażone w lokalnej walucie, czyli w lejach. Jak z kolei domniemywa portal, który sprawę opisał - bank chce w ten sposób chce sprawdzić czy to klientów udobrucha. A jest kogo udobruchać, bo trzeba Wam wiedzieć, że w Rumunii problem z frankami jest nie mniejszy, niż u nas. Ludzie się burzą, że zostali wciągnięci w nadmierne ryzyko kursowe i wytaczają bankom procesy. A na dodatek wysoki jest tam odsetek kredytów nie spłacanych w terminie - dla całej branży wynosi 17% (w Polsce 7%), zaś w niektórych bankach portfele kredytowe są zagrożone nawet w 35% (i nie mówimy tu o bankach specjalizujących się w consumer finance, tylko bankach uniwersalnych, udzielających różnych rodzajów kredytów). Jeden z prawników zebrał 2500 kredytobiorców i wytoczył procesy 11 bankom naraz - Raiffeisenowi, Volksbankowi, BancPost, Credit Europe Bank, Piraeus Bank, czy Millennium Bank. Grupa 250 klientów, którzy mają szansę na ucieczkę od franka, miałaby pochodzić właśnie z tej puli (nie wiem niestety według jakiego kryterium mieliby zostać wyselekcjonowani klienci). Bank miał zaproponować, że po przewalutowaniu umów po kursie z dnia zaciągnięcia kredytu (klientom anulowano by więc negatywne różnice kursowe od momentu zaciągnięcia kredytu) strony spiszą aneks, zmieniający też oprocentowanie na takie, które obowiązuje obecnie w Rumunii dla kredytów hipotecznych w lokalnej walucie, czyli w lejach. Z tego, co usłyszeli moi koledzy od przedstawicieli rumuńskiego Raiffeisena, to jednak nie była - jak twierdzi prawnik - oficjalna propozycja banku, lecz dywagacje przed sądem, dotyczące zastosowania takiego rozwiązania w ramach ugody i jego potencjalnych konsekwencji. A więc nic wiążącego. Ale mimo wszystko ciekawe.

      W Polsce pewien bank też zaproponował coś swoim klientom frankowym

      Gryzie ich sumienie. Udzielili megakredytu, a teraz proponują: "umorzymy milion"

      Skąd miałaby wynikać taka szczodrość bankowców? Ano tamtejsi politycy - licząc na głosy klientów "ugotowanych" we frankach - przygotowują kilka projektów ustaw, które mają rozwiązać problem z frankowymi kredytami. Najłagodniejszy z nich zakłada trzy lata karencji w licytowaniu mieszkań osób, które nie poradziły sobie ze spłatą kredytów. Najdalej idący zakłada obowiązek zamknięcia klientom kredytów frankowych po kursie z dnia zawarcia umowy, a następnie udzielenia tym klientom identycznego kredytu, tyle że w lejach i to - jak mówi projekt - "bez dodatkowych kosztów". W bankach zapanowała panika, bo jedna z interpretacji zakłada, że owo "bez dodatkowych kosztów" oznacza, iż klienci mogliby żądać kredytu w lejach, ale na warunkach oprocentowania takich, jak były zawarte w pierwotnej umowie, frankowej. To byłaby nieco podobna sytuacja do tej, w której znajdują się nasi "Nabici" oraz mBank - po zdelegalizowaniu przez sąd zmian oprocentowania, dokonanych na przestrzeni kilku lat, klienci uważają, że mają kredyty z oprocentowaniem takim, jak na początku. Bank na razie nie przyjął tej argumentacji, ale być może sprawę interpretacji umów "Nabitych" niedługo rozstrzygną sądy, do których klienci się udadzą w celu zasądzenia kwot wynikających z anulowania zmian oprocentowania..

      Były prezes banku ostro o kredytach frankowych: "Wyjątkowe szkodnictwo"

      Rumuńskie banki zaczynają też przegrywać procesy indywidualne. Tamtejszy oddział niemieckiego Volksbanku we wrześniu przegrał przed sądem w Galati, czego konsekwencją była zamiana kredytu na denominowany w lejach po kursie z dnia zawarcia umowy powiększonym o 10%. Innymi słowy z 50-procentowego wzrostu kursu franka, jaki miał miejsce od dnia zawarcia umowy w 2007 r. do teraz, bank miałby wziąć "na klatę cztery piąte, a klient jedną piątą. Nic więc dziwnego, że w tej sytuacji jeden z banków w ogóle rozważa zamianę kredyty na takie w lokalnej walucie i to po kursie z dnia zawarcia umowy, licząc na to, że po owym przewalutowaniu (i wzięciu przez bank na klatę wszystkich niekorzystnych różnic kursowych) uda się przynajmniej zwiększyć oprocentowanie kredytu z poziomu "frankowego" na "lejowy". Powtarzam: z tego, co mówią bankowcy nie padła żadna konkretna oferta i są to czyste dywagacje, zaś prawnik kredytobiorców nadinterpretuje sytuację. Gdyby jednak tak właśnie sprawa się skończyła, prawdopodobnie podobne ugody spisaliby ze swoimi klientami kolejni bankowcy, by uniknąć przegranej w sądzie lub "podpadnięcia" pod jedną z projektowanych przez parlamentarzystów restrykcyjnych ustaw. W rumuńskich bankach (kraj ma 20 mln mieszkańców, a pod względem aktywów branża bankowa jest tam trzykrotnie mniejsza, niż polska) aż 60% portfela kredytowego stanowią pożyczki w obcych walutach (głównie we frankach). A odsetek nie spłacanych w terminie kredytów jest najwyższy w Europie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawe: bank zaproponował rumuńskim klientom odwrócenie kredytów frankowych? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 października 2014 08:20
  • wtorek, 28 października 2014
    • Klienci Citi nie będą już mogli zbierać punktów w Miles&More! W zamian - nowa karta "lotnicza"

      Kartowych klientów banku Citi Handlowy czekają duże zmiany. Zwłaszcza tych, którzy dużo podróżują po świecie i lubią przy okazji zbierać mile. Jakiś czas temu porównywałem ofertę banków i organizacji finansowych mających w ofercie takie karty - prym wiodą właśnie Citi, mBank oraz Diners Club, które wydają karty wspólnie z programem Miles and More. Jego operatorem jest - jak pewnie wiecie - nasz rodzimy przewodnik LOT, działający w sojuszu Lufthansy (są tam też m.in. Austrian, Swiss, SAS, Turkish Airlines, czy Air Berlin). Niedawno do bankowego trio "lotniczego" dołączył jeszcze Raiffeisen, oferujący możliwość zbierania mil razem z węgierską tanią linią WizzAir (każde 5 zł wydane kartą to 1 pkt lojalnościowy, zakupy na stronie Wizzair są warte dwa razy więcej). Lecz w interesie musi być ruch, więc - jak się dowiaduję - Citi postanowił zrezygnować z udziału w LOT-owsim sojuszu i wycofać z oferty kartę Citibank-LOT. Jest to niezła sensacja, bo przecież Citi i LOT współpracują niemal "od zawsze". Zamiast karty LOT-owskiej Citi będzie wydawał nowy plastik Citibank PremierMiles, który ma oferować możliwość zbierania mil przy okazji zakupów u największych przewoźników na świecie i przy korzystaniu z noclegów w kilku znanych sieciach hotelowych.

      citi_karta1W nowym citibankowym klubie są m.in. British Airways, Air France, KLM, Qatar Airlines, Delta Airlines, czy Etihad. Wśród sieci hotelowych w programie biorą udział operatorzy sieci Hilton, InterContinental, czy Holiday Inn. Karta będzie dostępna dla klientów klasy CitiGold (czyli takich, którzy wykazują dochody w wysokości mniej więcej trzech średnich krajowych) i ma uzupełniać ofertę nowego konta dla klasy średnio-wyższej, o którym też niedawno pisałem - Citi Priority. Dla każdego, kto "wykręci" nią 3000 zł obrotów, będzie darmowa (w przeciwnym razie trzeba będzie zapłacić bolesne 18 zł miesięcznie opłaty za jej posiadanie). I to jest najbardziej wymagający warunek, bo próg dochodowy jest dużo bardziej znośny - 1200 zł miesięcznego dochodu. Rzecz jasna nikt z tak niskimi dochodami o kartę i tak nie będzie aplikował, bo nie miałby szans osiągnąć wystarczających obrotów. W czym nowy plastik Citi miałby być lepszy od karty Citibank-LOT?

      citi_partnerzy1Cóż, portfolio linii lotniczych, które biorą udział w programie, jest nie najgorsze, Ale brak LOT-u i Lufthansy mimo wszystko jest pewnym/dużym/ogromnym defektem z punktu widzenia polskiego klienta. Jeden z klientów, z którym rozmawiałem, mówi wręcz o samokastracji banku. Citi obiecuje, że punkty zebrane w programie nigdy nie będą się kasowały oraz że będzie można je wymieniać zarówno na tańsze lub darmowe bilety i noclegi, jak i na cash-back, czyli po prostu "płacić" nimi za bilety na samolot linii nie należącej do programu, po wymianie na gotówkę. Trzecią zaletą ma być większa "efektywność" programu z punktu widzenia klienta - czyli, że będzie można szybciej "zasłużyć" na nagrodę. Tak samo, jak w Miles and More na starcie użytkownik dostanie 2000 mil "w prezencie". Czy rzeczywiście przeliczniki są lepsze, niż w karcie LOT-owskiej? Zobaczymy, jak przetestujemy ;-). Na stronie internetowej piszą, że np. jeśli płaci się kartą Citibank PremierMiles 4000 zł miesięcznie, to w ciągu dwóch lat można dostać za to nieco ponad 21000 mil. A mile wymienia się na punkty partnerów według przelicznika 2,5 mili = 1 punkt. Zaś 10.000-12.000 punktów da się wymienić na "promocyjny" lot po Europie lub do Waszyngtonu (nie wyjaśniają co to znaczy "promocyjny", ale chyba chodzi o to, że płaci się tylko opłaty lotniskowe), nocleg w Hiltonie lub dwie podróże w podwyższonej klasie (biznes zamiast ekonomicznej). Oprócz tego do karty są dołączone usługi concierge i program rabatowy Citibanku.

      Poniedziałkowa kumulacja w blogu. Jeśli nie wytrzymałeś tempa, które narzuciłem w blogu na początku tygodnia, wciąż masz okazję nadrobić zaległości. Nim zapiał kur w blogu pojawił się tekst o tym, że pewien Skarbiec się właśnie otwiera i że (może) będzie można na tym zarobić. Gdy Królowa brytyjska udała się na popołudniową herbatkę do blogu wpadł tekst o tym co mnie spotkało, gdy wpadłem na pocztę w celu odkrycia swego prawdziwego jestestwa. Gdy sens życia wielu wyznaczała już piżama, w blogu pojawił się tekst o tym czy frank rzeczywiście będzie po 4 zł, jak usłyszałem w głównych wydaniach wieczornych wiadomości w TV.

      A co ze starymi, poczciwymi kartami Citibank-LOT? Punkty będzie można zbierać tylko do końca tego roku. Potem każda taka karta będzie nadal działała aż do końca okresu jej ważności, ale nie będzie można jej odnowić. Mile zebrane w Programie Miles and More będzie można wymienić na bonusy w takich terminach, o jakich mowi regulamin programu (czyli do momentu, kiedy przepadną). Karty LOT-owskie będą stopniowo wymieniane klientom na standardowe kredytówki Citibank. Kto będzie chciał mieć plastik Citibank PremierMiles, będzie musiał poprosić bank o wymianę karty. Czy rezygnacja z udziału w programie lojalnościowym LOT i stworzenie własnego wyjdzie Citibankowi na zdrowie i zwiększy satysfakcję klientów? Mam wątpliwości, ale to już ocenią klienci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Klienci Citi nie będą już mogli zbierać punktów w Miles&More! W zamian - nowa karta "lotnicza"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 października 2014 08:21
  • poniedziałek, 27 października 2014
    • Czy powinniśmy się bać, że frank będzie po 4 zł? Oto trzy argumenty, by spać spokojnie

      W poniedziałek Polskę obiegła mrożąca krew w żyłach informacja, że wkrótce frank szwajcarski może kosztować nawet więcej, niż 4 zł. I położyć na łopatki setki tysięcy frankowych kredytobiorców, którzy i tak ledwo dyszą przy obecnej cenie franka na poziomie 3,5 zł. Wszystko przez dumę narodową przebrzydłych Szwajcarów, którzy za miesiąc będą głosowali nad zwiększeniem rezerw złota w swoim banku centralnym. Chodzi o to, żeby frank szwajcarski miał większe pokrycie w złocie, tak jak to drzewiej bywało. W tym celu Szwajcarski Bank Centralny miałby zakupić 1400-1600 ton złota. I wywołać tym samym masakryczny wzrost cen kruszcu. Bardziej "złota" waluta to wiarygodna waluta, więc kurs franka wobec innych walut miałby pójść w górę. Co prawda nie wiadomo jakim sposobem miałoby się to stać, skoro bank centralny Szwajcarii od 2011 r. "pilnuje" kursu franka, żeby ten nie był zbyt wysoki. Za każdym razem, gdy euro szykuje się do tego, by kosztować mniej, niż 1,2 franka, szwajcarscy bankowcy centralni "dodrukowują" więcej franków i rzucają na rynek, zbijając kurs (zbyt silna waluta nie jest zdrowa dla gospodarki żadnego kraju). 

      Zwolennicy tezy o franku po 4 zł uważają, że Szwajcarzy nie będą w stanie powstrzymać wzrostu popytu światowych inwestorów na swoją walutę i "pękną". Miałoby to chyba wyglądać tak, że prezes banku wyjdzie z białą flagą w ręce i drżącym, łamiącym się głosem oświadczy (lub w zawoalowany sposób da do zrozumienia), iż jego zobowiązanie do utrzymywania parytetu 1,2 franka za euro już nie obowiązuje. Bo nie jest w stanie ich "wydrukować" tyle, ile trzeba. Kurs euro i dolara w stosunku do franka zacząłby spadać. To oczywiście oznaczałoby katastrofę dla opartej na eksporcie szwajcarskiej gospodarki, która i tak znajduje się na krawędzi recesji. I oczywiście oznaczałoby pewien rodzaj katastrofy również dla nas, bo frank zacząłby rosnąć także w stosunku do złotego (dziś waha się tylko w ograniczonym stopniu - o 10 gr w tę lub wewtę). Już dziś 200.000 spośród ponad 550.000 kredytów frankowych ma wartość większą, niż wartość zabezpieczających ich spłatę nieruchomości. Im droższy frank, tym ten odsetek większy i zarówno bankom, jak i nadzorowi trudniej będzie udawać, że nic się nie dzieje. Kredytów nie spłacanych w terminie dziś jest raptem 35.000, ale kiedyś widziałem szacunki bankowców, z których wynikało, że przy kursie 4,2-4,3 zł za franka i wyższym wzrost rat będzie na tyle wyraźny - można go szacować na 20% - że jedna piąta kredytów może przestać się spłacać.

      Wydaje mi się jednak, że spekulacje dotyczące tragicznego wpływu szwajcarskiego referendum na wartość franka są przesadzone. Co mnie skłania ku takiej lekkomyślności? ;-) Są trzy argumenty, które utrzymują mnie przy nadziei i powodują, że nie poszedłem do apteki po proszki na uspokojenie. Po pierwsze: nie wiemy jak skończy się referendum i wcale nie jest pewne, że Szwajcarzy w imię dumy narodowej postanowią rozwalać sobie gospodarkę, utrudniając własnemu bankowi centralnemu powstrzymywanie umocnienia franka. Zwłaszcza, że przeciwny jest rząd i bank centralny, a to, że dziś w internetowych sondażach przewagę (i to niewielką) mają zwolennicy zwiększenia rezerw, kompletnie nic nie znaczy.  Po drugie: nawet gdyby referendum zakończyło się decyzją skupie złota, to nie ma żadnej pewności, że reakcją inwestorów światowych będzie run na franka. Dlaczego fakt, że frank będzie miał np. 20% pokrycia w złocie, miałby decydować o atrakcyjności tej waluty? Na wiarygodność każdej waluty składa się nieco więcej argumentów, niż jej wymienialność na złoto, m.in. siła tej gospodarki. Dolar jest wiarygodny, bo to jedyna powszechnie akceptowalna w świecie i w pełni wymienialna waluta na inne, a nie dlatego, że ma pokrycie w złocie. Bo w zasadzie już go nie ma ;-) - po II Wojnie Światowej bank centralny USA miał 40% pokrycia dolara złotem, a dziś jest to tylko kilka procent. 

      Owszem, na zdrowy rozum powinny nadejść czasy, w których pokrycie waluty rezerwami złota ma kluczowe znaczenie. Ale gdyby one miały nadejść już teraz, to powinno się zacząć od wzrostu cen złota w czasie dodruku pieniądza papierowego przez banki centralne. Tymczasem było dokładnie odwrotnie - banki centralne drukują tyle banknotów, na  ile mają ochotę i zaciągają za granicą tyle długu, ile dusza zapragnie, a złoto tanieje. Oszem, w USA niektórzy ekonomiści obawiają się, że Chiny lada moment ogłoszą, że ich juan jest związany ze złotem i w pewnym procencie wymienialny na kruszec. Ale czy to spowodowałoby, że świat porzuciłby dolara i jako walutę rozliczeniową zacząłby traktować juana? Gdyby istniało zagrożenie, że od szwajcarskiego referendum zacznie się taki proces, to ani Ameryka, ani Europa na tym nie zyskają. A to prowadzi mnie do trzeciego argumentu: nawet jeśli dwa przedstawione powyżej okażą się fałszywe, nie wierzę w kapitulację szwajcarskiego banku centralnego. Będzie on bronił parytetu 1,2 franka za 1 euro. Zbyt dużo jest do stracenia, by pozwolić na niekontrolowany wzrost wartości franka. Zapobieganie wzrostowi  kursu własnej waluty jest łatwe, bo można "wydrukować" dowolną jej ilość.

      Jedyne ryzyko polega na tym, że zbytnie poluzowanie polityki monetarnej (czyli drukowanie bez opamiętania) może się zemścić w przyszłości inflacją oraz innymi kłopotami charakterystycznymi dla sytuacji, w której na rynku jest za dużo pieniądza w stosunku do "jakości" gospodarki. Być może Bank Centralny Szwajcarii w kryzysowej dla niego sytuacji działałby wspólnie z innymi bankami centralnymi, żeby destabilizacja walutowa nie "zaraziła" europejskiego sektora bankowego? Szwajcarski bank centralny na pewno "obrony" franka nie odpuści. A - jak słusznie zauważa autor jednego z blogów poświęconych rynkowi walutowemu - abyśmy musieli oglądać kurs franka w okolicach 4 zł, kurs euro musiałby prawdopodobnie wynosić ok. 4,8 zł. Nie widać na horyzoncie powodów, które miałyby do tego doprowadzić w sytuacji, gdy Szwajcarzy "trzymają" kurs. A nawet gdyby frank podrożał w stosunku do euro (czyli - gdyby bank centralny Szwajcarii miał zrezygnować z obrony kursu), to bezpośredniego przełożenia kursu EUR/CHF na zachowanie pary CHF/PLN - brak. 

      Jak będzie? Zobaczymy. Bardzo jestem ciekaw co Wy na ten temat sądzicie - komentujcie! Niezależnie od tego w ostatnim czasie posiadacze kredytów frankowych nie są zwycięzcami w kredytowym kasynie. W ciągu ostatniego roku kurs franka poszedł w górę z 3,39 zł do 3,5 zł, co oznacza wzrost comiesięcznej raty przykładowego, 30-letniego kredytu o wartości 300.000 zł o jakieś 50-60 zł. W tym samym czasie posiadacz przeciętnego kredytu złotowego o takiej samej wartości dzięki spadkowi stopy procentowej WIBOR z 2,65% do 2,05% obniżył swoją ratę o 150 zł. A przecież posiadacze "szwajcarskich" kredytów i tak nie mają największego pecha, bo tracą tylko z powodu wzrostu kursu franka - stopa procentowa LIBOR, od której też zależą raty kredytów, jest na rekordowo niskim poziomie 0,02%. I dopiero jej wzrost mógłby spowodować prawdziwą katastrofę w domowych budżetach 55.000 rodzin spłacających kredyty frankowe. Na szczęście, patrząc na opłakany stan szwajcarskiej gospodarki, się na to nie zapowiada. Co oczywiście nie oznacza, że kiedyś okoliczności się nie zmienią. Dlatego niektóre polskie banki usilnie namawiają swoich frankowych kredytobiorców, by wcześniej spłacili swoje kredyty na preferencyjnych warunkach.

      Równie ciekawe, jak los frankowych kredytobiorców, jest to jak wpłynie szwajcarskie referendum na rynek złota. Konieczność kupienia 1500 ton złota przez Szwajcarski Bank Centralny byłaby małym wstrząsem przy założeniu, że zakupy te miałyby nastąpić w krótkim czasie - a chyba żaden Szwajcar nie byłby aż tak krótkowzroczny, by się na taki właśnie wariant zdecydować. Łączne roczne wydobycie złota to jakieś 2300 ton, z czego popyt zgłaszany przez banki centralne stanowi, w zależności od roku, od 300 do 500 ton. Reszta to zakupy jubilerów, przemysłu, inwestorów. Od dłuższego czasu mówi się jednak, że banki centralne mają sprzedawać złoto. Podobno się umówiły, że nie wolno im rocznie sprzedać więcej, niż 400 ton. Jeśli ceny złota będą wyższe - np. z powodu zapowiedzi zakupów ze Szwajcarii - sprzedający pewnie się znajdą. Tym niemniej można mieć nadzieję, że złoto - nawet jeśli nie będzie jakiejś wielkiej hossy "szwajcarskiej" - na dobre odbije się od dna. Kto kilka lat temu kupił na fali boomu sztabki, czy monety, być może wreszcie będzie spał spokojniej?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Czy powinniśmy się bać, że frank będzie po 4 zł? Oto trzy argumenty, by spać spokojnie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 21:40
    • Skoczyłem na pocztę, żeby za 29 zł dowiedzieć się czegoś o sobie. I... skoczę tam znów. A Wy?

      Jakiś czas temu Biuro Informacji Kredytowej wprowadziło możliwość sprawdzania przez klientów wiarygodności kredytowej za pomocą internetu. Z jednej strony dzięki temu wyrównują się szanse - możemy dowiedzieć się o sobie tego samego, co wie o nas bank, do którego przychodzimy po kredyt. Z drugiej strony wiedząc o sobie więcej możemy bardziej dbać o swoją punktację w BIK-u. I tak postępować, żeby mieć więcej gwiazdek. Skok jakościowy jest olbrzymi: jeszcze kilka lat temu żeby dostać do ręki raport o sobie, trzeba było napisać do BIK-u list i czekać kilkanaście dni na odpowiedź. A teraz: kilka kliknięć i można ściągnąć pdf-a z raportem na swój komputer. Do tego dochodzi możliwość wykupienia alertów i różnych powiadomień przychodzących SMS-ami, gdy jakiś bank zapyta o nas w BIK-u. Jedyny problem polega na tym, że usługa nie jest tania, a pakiety jeszcze do niedawna były skomplikowane i trudne do ogarnięcia. BIK uprościł więc ofertę i wprowadził promocję, dzięki której każdy nowy klient może przez trzy miesiące korzystać z wypasionego pakietu za darmo. Dodatkowo - żeby wykreować potrzebę jak najczęstszego korzystania przez klientów ze swoich baz - rozbudowuje program "rabatowy": dla każdego, kto przyjdzie z wydaną przez BIK "legitymacją", czyli tzw. BIK Passem, mają być tu i ówdzie preferencyjne oferty. Ten program niestety na razie jest kupą kamieni, bo i partnerów mało i rabaty nieprzesadnie wstrząsające.

      Teraz w BIK-u pracują nad większą dostępnością BIK Passów. Stąd zapewne pomysł, by po raport na swój temat można było pójść nie tylko do internetu, ale i na pocztę. Od połowy października we wszystkich placówkach Poczty Polskiej, które prowadzą usługi finansowe, klienci mają możliwość zamówienia i wydrukowania raportu BIK Pass Plus, zawierającego ocenę punktową oraz stan zobowiązań, kwoty kredytów i wysokości spłacanych rat. W tym pomyśle chodzi zapewne o to, żeby spróbować dotrzeć do tych bardziej tradycyjnych konsumentów, którzy nie założą sobie konta w portalu BIK przez internet. A na poczcie mogą kupić raport o swojej wiarygodności kredytowej przy okazji wysyłania listu, odbierania przekazu pieniężnego, czy nadawania paczki. Bardzo jestem ciekaw czy ta usługa się przyjmie wśród klientów poczty. Zwłaszcza, że nie jest tania - taki jednorazowy raport ma kosztować 29 zł. Sporo jak na zawartość kieszeni przeciętnego konsumenta. Na poczcie pomogą też założyć konto w portalu BIK, żeby klient mógł już kolejne raporty pobrać sobie online. Przewaga założenia sobie konta w BIK-u przy pocztowym okienku jest to, że omija się kilka kłopotliwych drobiazgów natury "rejestracyjnej" - nie trzeba wysyłać BIK-owi przez internet skanu dowodu osobistego oraz robić przelewu weryfikacyjnego. Dla osób śmigających w internecie, zakładających online konta i lokaty, ta procedura nie jest niczym nadzwyczajnym, ale dla bardziej tradycyjnych klientów może być przeszkodą nie do przeskoczenia.

      Postanowiłem przetestować nową usługę Poczty Polskiej. W tym celu udałem się do jednej z warszawskich placówek z mocnym postanowieniem wydania 29 zł na laurkę, którą będę mógł sobie oprawić w ładną ramkę i powiesić nad biurkiem. Skierowałem się do jednego z okienek, gdzie od razu poinformowano mnie, że "lepiej pójść do stanowiska banku, bo będzie szybciej". Ponieważ z dwóch stanowisk do obsługi klientów "bankowych" czynne było tylko jedno, musiałem odstać 20 minut czekając na to, aż doradca klienta będzie wolny. A jak już się doczekałem, to okazało się, że jest niejaki problem z udostępnieniem mi raportu BIK. Okazało się, że pracownik nie jest w stanie zalogować się do systemu. Próbował ten problem rozwiązać, dzwoniąc do jakiegoś kolegi z wewnętrznego działu wsparcia, ale ten nie potrafił pomóc i odesłał go do BIK-owskiej infolinii. Tam jednak nikt nie odbierał telefonu. W odruchu desperacji pracownik Banku Pocztowego odesłał mnie z powrotem do jednego z okienek pocztowych. Nie skorzystałem, bo przecież stamtąd mnie już raz odesłano. Moja determinacja jest jednak wielka i pójdę na pocztę znów. Może tym razem uda się zalogować

      Czytaj też: Skoczyłem na pocztę po większą gotówkę, czyli wydarzenie towarzyskie

      Mimo wszystko to dobrze, że BIK skoczył na pocztę, oferując tam zarówno jednorazowy wydruk BIK Passu, jak i możliwość założenia konta pozwalającego pobierać raporty online. Mam jednak wątpliwości, czy bywalcy placówek pocztowych te karesy docenią (nawet jeśli wszystko będzie hulało i nie będzie problemów z logowaniem). Stosunkowo mała popularność usług BIK wynika bowiem z jednej strony z relatywnie wysokich cen (konsumenci nie będą skłonni płacić kilkadziesiąt złotych za czystą informację), z drugiej strony z braku wpływu dobrego scoringu na cenę kredytu (jeśli banki pożyczają taniej, to raczej dlatego, że mają do czynienia z własnym klientem mającym dobry BIK, a nie z klientem z ulicy mającym za sobą pięć gwiazdek w BIK-owskim rankingu). Bankowcy i BIK-owcy narzekają na niską świadomość obywateli dotyczącą budowania pozytywnej historii kredytowej (i płatniczej - bo przecież i Biura Informacji Gospodarczej zajmą się niedługo punktowaniem klientów za to, że dobrze płacą rachunki za gaz lub telefon), ale sami niewiele dają w zamian tym, którzy historię w BIK mają doskonałą. Doskonale pokazuje to marne portfolio rabatów w ramach systemu BIK Pass. Jeśli ktoś nie stuknie się w czoło i nie zacznie doceniać wiarygodnych kredytowo klientów bardzo wyraźnymi obniżkami ceny kredytu, to BIK może wchodzić ze swoimi usługami nie tylko na pocztę, ale do każdego supermarketu, a i tak rynku nie zawojuje.

      Jak inwestować i pomnażać

      BESTSELLER O INWESTOWANIU W PROMOCJI! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych ibanner_ebooki_ss1 najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. Uwaga: jeszcze do 30 października trwa wielka promocja - e-book "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" możecie kupić z 50%-ową zniżką. Pospieszcie się, bo nic nie trwa wiecznie, zniżka też ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Skoczyłem na pocztę, żeby za 29 zł dowiedzieć się czegoś o sobie. I... skoczę tam znów. A Wy?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 18:02
    • Skarbiec się otwiera, czyli firma prowadząca fundusze inwestycyjne sprzedaje akcje. Warto?

      Niewiele jest ostatnio ciekawych propozycji inwestowania pieniędzy, zwłaszcza dla niezbyt doświadczonych ciułaczy. Na każdą nową ofertę na rynku pierwotnym cieszę się więc, jak dziecko. Stąd dziś w blogu recenzja startującej właśnie oferty sprzedaży akcji spółki Skarbiec Holding, jednego z największych w Polsce asset managerów. Zaś pisząc bardziej po ludzku: firmy zajmującej się zarządzaniem aktywami. Skarbiec jest piątą największą w Polsce firmą tego typu i jedną z najbardziej znanych (inne o porównywalnie dobrej marce to Union Investment, czy Quercus). Skarbiec zarządza przede wszystkim funduszami inwestycyjnymi - do tej pory utworzył ich 45 - a klienci łącznie ulokowali w nich ponad 15 mld zł. Skarbiec pomaga też tworzyć indywidualne portfele akcji bardzo bogatym inwestorom, acz stanowi to niewielką część jego dochodów. Dawno temu Skarbiec należał do BRE Banku (dziś zwanego mBankiem), ale został sprzedany i trafił w grupy Enterprise Investors, największej w tej części Europy grupy funduszy typu private equity. Takie fundusze kupują jakąś perspektyczną spółkę na 5-7 lat, dają jej pieniądze na rozwój, a kiedy biznes urośnie - sprzedają z zyskiem. No i teraz właśnie Enterprise Investors zapragnął pozbyć się części swoich akcji w Skarbcu, odsprzedając je m.in. czytelnikom blogu.

      Pod młotek pójdzie maksymalnie 46,3% wszystkich akcji Skarbiec Holding (o ile znajdzie się wystarczająco dużo chętnych), których cena maksymalnie może wynieść 44 zł za sztukę. Ostateczną cenę poznamy dopiero po negocjacjach sprzedającego z inwestorami instytucjonalnymi, którzy mają przywilej negocjowania ceny (to tzw. book buildingu). Jeśli ostateczna cena będzie równa maksymalnej, kupujący będą musieli wyłożyć na akcje Skarbca łącznie 139 mln zł, a więc całkiem sporo. Zapisy na akcje przyjmują biura maklerskie do 3 listopada (jeśli ktoś chciałby wziąć udział w tym przedsięwzięciu, a nie ma jeszcze rachunku maklerskiego, to będzie musiał go założyć). Kluczowe pytanie brzmi: czy warto się skusić? Zarządzanie aktywami to nietypowy biznes, trochę podobny do bankowości, ale mniej wymagający ;-). Nie wymaga wysokiego kapitału, a raczej tęgich mózgów, które zgromadzą cudzy (klientowski) kapitał, łączą go w fundusze inwestycyjne i kupują za nie akcje, obligacje, kontrakty terminowe, złoto, nieruchomości... Jeśli osiągają na tyle dobre wyniki w pomnażaniu tych pieniędzy, że klienci przynoszą im coraz więcej oszczędności, firma dobrze żyje z prowizji za zarządzanie funduszami.

      Skarbiec zarabia nieźle. W zeszłym roku zgarnął z opłat za zarządzanie i innych prowizji pobieranych od klientów 101,3 mln zł. W pierwszej połowie tego roku było to 44,7 mln zł, więc należy się spodziewać, że na koniec roku przychody będą podobne do zeszłorocznych (90% w strukturze przychodów stanowią opłaty za zarządzanie funduszami). A zyski? W tej branży stanowią mniej więcej jedną trzecią, jedną czwartą przychodów - w zeszłym roku Skarbiec Holding osiągnął prawie 29 mln zł zysku netto, w pierwszej połowie tego roku zarobił 11 mln zł. Na korzyść tego biznesu przemawiają dwie rzeczy: po pierwsze w Polsce prowizje za zarządzanie funduszami są dziś najwyższe w Europie (Skarbiec z opłaty stałej, nie licząc success-fee, które też są pobierane w niektórych funduszach, zgarnia 3,27% od wartości aktywów w przypadku funduszy akcji i 1,13% od wartości aktywów w przypadku funduszy obligacyjnych). Po drugie zaś u nas popularność funduszy inwestycyjnych jest wciąż wielokrotnie mniejsza, niż na Zachodzie. Aktywa tej branży biją rekordy, ale wciąż to w bankach Polacy trzymają 600 mld zł swoich oszczędności, a w funduszach nieco ponad 100 mld zł. W wielu krajach Europy Zachodniej proporcje są bardziej wyrównane, a w niektórych fundusze gromadzą nawet więcej pieniędzy, niż banki.

      skarbecoszczdnoci

      Trudno więc zakwestionować tezę, że za 10-15 lat Skarbiec ma szansę być firmą wielokrotnie większą, niż dziś. A ponieważ w tym biznesie nie potrzeba wysokiego własnego kapitału, to firma najpewniej będzie cały zysk przeznaczała na dywidendy dla akcjonariuszy. To byłby bardzo duży atut, pozwalający akcjonariuszom ni martwić się o ceny akcji, a po prostu przez całe dziesięciolecia żyć z wypłacanej przez firmę dywidendy. Rozgrzałem Was do czerwoności? To teraz czas na minusy. Biznes, który uprawia Skarbiec, jest tyleż dochodowy, co chwiejny. Firma w dużym stopniu zależy od kilku doradców inwestycyjnych, zarządzających pieniędzmi klientów (odejście kilku kluczowych osób może pociągnąć za sobą np. odpływ większości aktywów, bo ludzie mogą iść za swoim zarządzającym). Pamiętacie jak z TFI Arka odeszło kilku kluczowych pracowników i założyli Caspar TFI? Z Arki błyskawicznie wyparowały setki milionów pieniędzy, które wylądowały u Caspara. Inna sprawa, że kluczowi menedżerowie w Skarbcu podobno są objęci planami motywacyjnymi opartymi na akcjach (mogą dostać kilkaset tysięcy papierów po cenie z oferty publicznej), więc powinni być nieskłonni do rzucania roboty. W asset management nie liczą się maszyny, nieruchomości, ani pieniądze w kasie, tylko potencjał intelektualny.

      Drugim ryzykiem jest... pech. Mieliśmy w historii przypadki nieudanych inwestycji funduszy, które kończyły się źle dla klientów i dla firm zarządzających. Oczywiście - pojedyncze błędy nie powinny zaprowadzić nad przepaść całej firmy zarządzającej (np. Copernicus TFI miał poważną wpadkę i wyszedł na prostą, podobnie jak Union Investment TFI), ale w tej branży zdarzają się fakapy, które kończą się bankructwem. Najlepszym przykładem jest notowane na giełdzie TFI Idea. Akcje tego asset managera po tym, jak firma nie była w stanie zapobiec panice klientów funduszy i straciła licencję KNF, spadły z 3 zł przed rokiem do 19 gr. dziś. Skarbiec ma 45 funduszy i dobrą reputację, ale ryzyka, że niepowodzenia w inwestowaniu pieniędzy spowodują masowy odpływ pieniędzy klientów i spadek dochodów z prowizji wykluczyć się nie da. W kategorii ryzyka pt. "pech" mieści się też krach giełdowy, który - jeśli nastąpi - spowoduje gwałtowny odpływ pieniędzy z funduszy, zwłaszcza tych kupujących akcje, na których każdy asset manager najlepiej zarabia. Krach jest czynnikiem nieprzewidywalnym, nie da się przed nim zabezpieczyć. Jeśli nastąpi, każdy asset manager musi się pogodzić z kilkuletnim radykalnym spadkiem zysków.

      Tu nie mają racji bytu pomysły pt "zmienić rynek zbytu", "poszukać nowych kontrahentów", "wprowadzić na rynek nową kategorię produktów". Jeśli stanie się coś, co spowoduje, że ludzie będą się bali inwestować pieniądze, to w branży asset management nie istnieje rozwiązanie awaryjne. Trzeba też powiedzieć, że takie firmy jak Skarbiec "wiszą" na swoich dystrybutorach. W Polsce klienci stosunkowo rzadko kupują fundusze inwestycyjne przez internet. Zwykle idą do banku, albo pośrednika finansowego. Część banków ma własne TFI, więc nie wpuszcza "obcych". Skarbiec ma umowy na dystrybucję swoich funduszy z dziewięcioma bankami, 14 firmami maklerskimi, fundusze Skarbca są też "zaszyte" w produktach ubezpieczeniowych 13 firm ubezpieczeniowych. To duża i sensowna sieć dystrybucji, jednak Skarbiec jest od niej bardzo uzależniony (aż 50% wszystkich kosztów firmy to opłaty na rzecz dystrybutorów!). Nie wiadomo czy te obciążenia nie będą rosły (choć trudno sobie wyobrazić, by były jeszcze wyższe) i czy przypadkiem nie zaczną spadać dochody z opłat za zarządzanie (np. wskutek wzrostu konkurencji)

      Nie wiadomo też jak będzie się zmieniało w Polsce prawo - czy ktoś nie wpadnie na pomysł, by ograniczyć administracyjnie prowizje za zarządzanie funduszami tak, jak ograniczono opłaty interchange w "przemyśle" kart płatniczych? Czy gwałtownie nie zawali się "ubezpieczeniowa" noga towarzystw funduszy? Polisy inwestycyjne, w których zawarte są fundusze, w skrajnym przypadku mogą zostać nawet zdelegalizowane (jako "nibyubezpieczenia"). Można też sobie wyobrazić dowolne zalecenia nadzorcze, które spowodują, że zyski z zarządzania funduszami będą topniały. Z jednej strony mamy więc niesłychanie rentowny biznes (nie znajdziecie wielu branż, w której zysk stanowi jedną trzecią przychodu), na rynku bardzo jeszcze dalekim od nasycenia (jest prawdopodobne, że Polacy będą się bogacili i przynosili do funduszy więcej pieniędzy), niepodatnym na konkurencję z zagranicy (w Polsce próbowały zrobić karierę największe globalne firmy zarządzające funduszami, łącznie z Franklinem Templetonem, BlackRockiem i innymi tuzami - bez skutku), a także nie wymagający gromadzenia wysokiego kapitału, a więc płacący wysokie dywidendy. Z drugiej strony to biznes, w którym odejście kilku kluczowych pracowników może oznaczać katastrofę, który "wisi" na zewnętrznych sprzedawcach, w którym wiarygodność jest cenniejszym aktywem, niż w jakiejkolwiek innej branży - a od utraty wiarygodności nie istnieje przecież żadne ubezpieczenie.

      Pozostaje jeszcze ostatnie pytanie: czy te akcje są tanie, czy drogie. Bo kupując coś tanio można sobie pozwolić na nieco większe ryzyko. Porównałem Skarbiec Holding z Quercus TFI, innym asset managerem notowanym już na giełdzie, którego głównym udziałowcem jest Sebastian Buczek, jeden z najbardziej renomowanych zarządzających majątkiem w Polsce. Quercus pod względem gabarytów jest podobnym do Skarbca towarzystwem funduszy - jego wartość rynkowa to dziś 350 mln zł (cena akcji na początku zeszłego roku wynosiła 2,5 zł, na początku tego roku - już prawie 9,5 zł, a ostatnio - 5,5 zł). Cały Skarbiec Holding przy maksymalnej cenie emisyjnej byłby wart jakieś 300 mln zł. Z tym, że Quercus przy aktywach pod zarządzaniem pięć razy mniejszych, niż Skarbiec ("tylko" 3 mld zł) generuje wyższe od Skarbca przychody (122 mln zł w zeszłym roku) oraz pokaźniejszy zysk netto (38,7 mln zł w zeszłym roku, prawie 25 mln zł po trzech kwartałach tego roku). A jeśli porównać zysk, który mamy szansę kupić (i potem zamienić na dywidendę) w każdej akcji obu asset managerów? W przypadku Quercusa przy cenie akcji 5,25 zł i zeszłorocznym zysku netto zysk na jedną akcję (EPS) wynosi 0,58 zł, zaś wskaźnik C/Z (mówi ile złotych musimy przeznaczyć na zakup akcji, by za te pieniądze "kupić" złotówkę zysku) wynosi nieco ponad 9. W przypadku Skarbca przy zysku netto na każdą akcję przypada 4,23 zł zysku. Gdyby cena każdego papieru w ofercie publicznej wyniosła maksymalne 44 zł, to każdą złotówkę zeszłorocznego zysku kupowalibyśmy za 10,4 zł.

      Wychodzi na to, że przy cenie maksymalnej Skarbiec jest droższy, niż Quercus, który w dodatku działa bardziej efektywnie, bowiem "wyciska" z mniejszych aktywów większe przychody i zyski. Po co więc kupować Skarbca, skoro można mieć Quercusa i to ciut taniej? Cóż, po pierwsze C/Z to tylko jeden, najprostszy wskaźnik, a po drugie jeśli przyjmiemy założenie, iż długoterminowo wierzymy w biznes pt. zarządzanie aktywami, to drobne różnice w wycenie obu firm w ogóle nie są warte rozważania. Jeśli Polska będzie się bogaciła, Polacy się będą bogacili i w funduszach za 10-15 lat będzie pięć razy więcej pieniędzy jak dziś, to - nawet przy niższych wpływach z opłat za zarządzanie per klient - asset managerowie będą zarabiali lepiej, niż dziś. Możemy też przyjąć inne założenie - że to biznes niczym rosyjska ruletka - nic nie produkuje, nie ma majątku trwałego, obiecuje zyski wynikające z czegoś tak ulotnego jak szczęście (umiejętności?) w zarządzaniu pieniędzmi ludzi. A w dodatku biznes, który jest kompletnie nieelastyczny w obliczu turbulencji na rynku kapitałowym - uzależniony od mody na inwestowanie, która w dzisiejszym świecie, pełnym krachów i bankrutujących państw, stoi pod znakiem zapytania. Ja, jako urodzony optymista, skłaniałbym się raczej ku pierwszemu scenariuszowi (czyli że jednak będzie dobrze), choć zgodzę się też z każdym, kto powie, że zna kilka bezpieczniejszych spółek.

      Jak inwestować i pomnażać

      BESTSELLER O INWESTOWANIU W PROMOCJI! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych ibanner_ebooki_ss1 najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. Uwaga: jeszcze do 30 października trwa wielka promocja - e-book "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" możecie kupić z 50%-ową zniżką. Pospieszcie się, bo nic nie trwa wiecznie, zniżka też ;-)

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-)

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      SUBIEKTYWNOŚĆ WSPIERA EMERYTALNĄ AKCJĘ INWESTORÓW. "Nie czekaj aż ZUS i OFE wypłacą ci emeryturę" - apeluje Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. I namawia, byśmy wzięli sprawy w swoje ręce, część oszczędności umieszczając nie tylko w banku, lecz również na rynku kapitałowym. Wspieram tę akcję, bo uważam, że inwestorzy mają sporo racji: akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje firm nie gryzą. Jeśli będziemy przyspawani do lokat bankowych, nie będziemy efektywnie zarządzali naszymi oszczędnościami (a i nie pomożemy rozwijać polskiej gospodarki). Nie tylko w blogu, lecz także w swoich książkach przedstawiałem pomysły i strategie na zbudowanie planu długoterminowego oszczędzania z komponentem "kapitałowym". O tym, że mamy mentalny problem z zabraniem choćby małej części pieniędzy z banku, też pisałem niedawno w blogu. Będę wspierał starania SII i co jakiś czas podrzucał Wam pomysły na wzbogacenie Waszych portfeli w taki sposób, żeby ograniczyć ryzyko, a mieć dużą szansę na większy zarobek, niż w banku. 

      oszczedzajnaemeryture640

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZNÓW DOCENIONA! Dowody sympatii i uznania otrzymuję w ostatnich miesiącach zarówno od czytelników, jak i od ekspertów - za co jestem wszystkim bardzo wdzięczny.Ostatnio mile zaskoczyła mnie wiadomość - którą chcę się z Wami podzielić - iż otrzymałem nominację w konkursie "MediaTory", organizowanym przez krakowskich studentów (chcą mnie wyróżnić w kategorii "InicjaTor", za łączenie rzetelności i żartobliwością). To kolejny splendor, który spłynął na mnie dzięki Wam. W tym roku wielką frajdę przyniosła mi nagroda "Heros Rynku Kapitałowego", przyznawana przez środowisko inwestorów indywidualnych...

      sii3www

      a także nagroda za "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny" w konkursie portalu Money.pl. Przyjemność sprawiła mi też nominacja do nagrody im . Mariana Krzaka (wróciłem do łask Związku Banków Polskich po dziesięciu latach od zdobycia tej nagrody). Subiektywność znalazła się też wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. To dla mnie dowód, że mrówcza praca ma sens i zobowiązanie, żeby nie zwalniać tempa ;-).

      Nagroda Fikusa 2014

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Skarbiec się otwiera, czyli firma prowadząca fundusze inwestycyjne sprzedaje akcje. Warto?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 października 2014 00:18

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line