Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 21 listopada 2014
    • Wygrali proces zbiorowy jeszcze przed pierwszą rozprawą. Jest zwrot kasy z opłat likwidacyjnych!

      Czyżby właśnie nastąpił przełom w boju tysięcy klientów "wpuszczonych" w polisy inwestycyjne z firmami ubezpieczeniowymi? W piątek otrzymałem sensacyjną wiadomość od kilkorga klientów kancelarii LWB, którzy grupowo walczą z towarzystwem Aegon o zwrot opłat likwidacyjnych pobranych po zerwaniu umów. Klienci donosili mi, że... na ich kontach bankowych pojawił się zwrot pieniędzy! Są to znaczne kwoty, od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Mniej więcej w tym samym czasie dostałem SMS-a od mec. Anny Lengiewicz, partnera w kancelarii LWB. Wynikało z niego, że w piątek od rana dzwonią do kancelarii zaskoczeni klienci z identyczną wiadomością - że Aegon wypłacił w całości roszczenia uczestnikom pozwu. Wciąż nie ma pewności, czy zwrot obejmuje wszystkich pozywających firmę klientów, ale mec. Langiewicz twierdzi, że z jej kancelarią skontaktowało się przynajmniej kilkudziesięciu uczestników pozwu spośród 168, którzy się pod nim podpisali (kolejnych 180 zgłosiło akces, by dołączyć). Prawdopodobnie więc jest to akcja Aegona dotycząca co najmniej wszystkich osób walczących w pozwie zbiorowym. Nie wiadomo co to oznacza innych klientów domagających się zwrotu opłat likwidacyjnych - tych walczących w sądach indywidualnie oraz tych, którzy są na etapie procedury przedsądowej (wysyłania do Aegona reklamacji).

      Nie udało mi się skontaktować z przedstawicielami Aegona, by ustalić jak szeroko jest zakrojona akcja zwracania pieniędzy, ale obstawiam, że mamy właśnie do czynienia z generalną zmianą podejścia firmy do roszczeń klientów. I to byłoby ogromne zwycięstwo klientów, wspierających ich prawników (tu zasłużone gratulacje dla LWB za skuteczną walkę) oraz wszystkich, którzy nagłaśniają skandal związany z opłatami likwidacyjnymi. W tym gronie również i ja się poczuwam do poczochrania za uszkiem ;-). A na jakiej podstawie - przeczytacie na końcu niniejszego wpisu. Czy można było się tego przełomu spodziewać? Przypomnę pokrótce jak wygląda pole bitwy: sąd ochrony konkurencji już kilka lat temu zakwestionował zapis w OWU, pozwalający Aegonowi zabrać wszystkie pieniądze klientom wycofującym się z umowy w pierwszych latach. Aegon zmienił zasady na mniej dolegliwe, ale i te ostatnio zostały zakwestionowane przez UOKiK. firma otrzymała też ponad 24 mln zł kary finansowej, co może pochłonąć istotną część jej rocznych zysków. Jednocześnie Aegon przegrywa z niektórymi klientami sprawy indywidualne, choć jego prawnicy dokonują cudów zręczności, by utrudnić życie klientom. Jest wreszcie pozew grupowy kancelarii LWB, który co prawda nie został jeszcze przyjęty do rozpatrzenia, ale do tej pory wszystkie wnioski formalne składane przez prawników Aegonu są odrzucane. Być może ktoś w Aegonie doszedł do wniosku, że czas wywiesić białą flagę i zacząć "drugie życie", z czystą kartą?

      Do tej pory Aegon twardo odrzucał roszczenia klientów i robił wiele, by utrudnić im życie. Część klientów mających "stare umowy" nie dostąpiła nawet zaszczytu skorzystania z nowej wersji opłat likwidacyjnych. Firma pobierała od nich pieniądze według starej zasady, zdelegalizowanej przez sąd ochrony konsumentów. Ci, którzy kwestionowali nowe opłaty likwidacyjne, byli przekonywani, że decyzja UOKiK jest jeszcze nieprawomocna, zaś Aegon ma sporo powodów, by ją unieważnić w sądzie. W sądach też firma walczyła do upadłego, chwytając się wszystkich metod, by osłabić argumenty klientów. Jednocześnie Aegon proponuje klientom dopiero zamierzającym wycofać się z umów możliwość odstąpienia od pobrania opłaty likwidacyjnej jeśli wycofane z polis pieniądze przeznaczą na zakup nowego pakietu inwestycyjnego. Firma wprowadziła też nowe produkty, w których opłata likwidacyjna została zamieniona na dystrybucyjną, działającą mniej więcej tak samo. Piątkowa kapitulacja wobec uczestników pozwu zbiorowego może być więc pewnym zaskoczeniem. Ale z drugiej strony - kiedyś i tak musiałoby do tego dojść. Ryczałtowe opłaty likwidacyjne są od kilku miesięcy unieważniane przez sądy i to nie tylko w pozwach przeciwko Aegonowi, przegrywa je też m.in. Axa.

      Jeśli potwierdzi się, że Aegon skapitulował i przeznaczy kilka, kilkanaście milionów złotych na wyrównanie roszczeń klientów, którzy wycofali się z umów, to jego posunięcie może znacznie ułatwić dochodzenie pieniędzy również przez klientów innych firm. Sama tylko kancelaria LWB już złożyła pozwy zbiorowe przeciwko firmom Skandia, Axa i Generali, a przygotowuje kilkanaście kolejnych pozwów. Ewentualna biała flaga wywieszona przez Aegona może sprawić, że z jednej strony sądy będą zupełnie inaczej patrzyły na roszczenia klientów, a z drugiej strony - pozostałe firmy ubezpieczeniowe zaczną na poważnie brać pod uwagę zawarcie generalnych ugód z wszystkimi klientami, nawet gdyby miały one kosztować miliony. Pytanie brzmi: co z klientami, którzy jeszcze nie zerwali umów (nie mają więc roszczeń). Prawdopodobnie też otrzymaliby w takim wypadku możliwość odejścia "za darmo" (i drugą ofertę - pozostania na znacznie lepszych warunkach, czyli z obniżonymi opłatami za zarządzanie polisą). To byłby dobry finał wielkiej afery z wciskaniem ludziom polis inwestycyjnych pod pozorem, iż są to bezpieczne odpowiedniki lokat bankowych. Ale nie chciałbym, by był to koniec planów systematycznego inwestowania w ogóle. Być może nie powinny być oferowane pod płaszczykiem polis na życie (bo to wprowadza w błąd), lecz w dłuższym terminie tego typu produkty - uczciwsze, pozwalające klientowi się wycofać i nieobarczone horrendalnie wysokimi opłatami za zarządzanie - powinny zajmować ważną (jeśli nie główną) część naszych portfeli.

      2009-2014: SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Temat polis inwestycyjnych, ich kontrowersyjnie wysokie koszty, ograniczenia w dostępności pieniędzy, chory system wynagradzania sprzedawców tych produktów, niemożność "ukarania" zarządzających jeśli źle wykonują swoją robotę, misseling. Te wady wytykam dostawcom i "producentom" unit-linków od lat na stronach tego blogu. Już w sierpniu 2009 r. naigrywałem się z naganiacza firmy Aegon, który uczył mnie inwestowania w fundusze tak, żeby zawsze wygrywać. W czerwcu 2010 r. sprawdzałem kto z oferujących polisy inwestycyjne ukrywa przed nami najwięcej. W listopadzie 2010 r. analizowałem strrrrasznie zaniedbaną polisę firmy Allianz. W lutym 2012 porównywałem los posiadaczy polis inwestycyjnych do chłopów pańszczyźnianych. W marcu 2012 r. pytałem kto się wyłamie z chorobliwej zmowy i zaoferuje uczciwą polisę inwestycyjną. Listopad 2012 r. to był prawdziwy przełom - ujawniłem, że są pierwsze wyroki orzekające, że tzw. opłaty likwidacyjne, które wiążą posiadaczom polis inwestycyjnych ręce, są po prostu nielegalne. Reakcja firm ubezpieczeniowych była błyskawiczna: zaczęły oferować klientom aneksy zmieniające zasady zakończenia inwestycji przed terminem. Apelowałem też do producentów polis, żeby przestali płacić z góry swoim agentom. Ostrzegałem też tych, którzy mają do zainwestowaniu większą kwotę. Jest wysoce prawdopodobne, że doradcy finansowi takiej okazji nie przepuszczą. Ostatnio w blogu pojawiła się historia choroby polis inwestycyjnych, pisana Waszymi rękami. Jest jeszcze smutne memento: bank najpierw zatrudnił nieetycznego sprzedawcę, potem go zwolnił, ale klientom ulżyć nie zamierza... Sporo słów poświęciłem bankowi Getin, który wycofał się z oferowania badziewia, z którym od wielu miesięcy na stronach tego blogu wspólnie walczyliśmy, a potem oświadczył, że zaczyna ostro ciąć opłaty likwidacyjne. Zrobił to m.in. po publikacji wpisu o historii choroby pt. "misselling polis inwestycyjnych". W marcu 2013 r. pisałem o nowych polisach inwestycyjnych - z jednorazową składką i podobno niższymi opłatami. W lipcu opisałem nowe zasady pobierania opłat likwidacyjnych przez Aegon (dziś już wiemy, że zdeniem UOKiK zostały wprowadzone nielegalnie). W sierpniu 2013 r. zapowiadałem pierwszy pozew zbiorowy przeciwko Aegonowi, a niedługo później - przeciwko Skandii i towarzystwu Axa. Dziś wszystkie są już w sądach.  W styczniu 2014 r. opisałem przegrany z kretesem przez Axę proces o zwrot opłaty likwidacyjnej, a zaraz potem sukces klienta Aegonu. I zastanawiałem się co zrobić z trefną polisą. W maju cytowałem prawników, którzy domagali się od UOKiK-u, żeby doprowadził do zakazu pobierania opłat likwidacyjnych na całym rynku.  W sierpniu 2014 r. informowałem o nowym triku Aegona, który w nowych polisach zamienił opłaty likwidacyjne na dystrybucyjne, działające mniej więcej tak samo. Oraz o firmie Generali, która potraktowała klienta jak worek kartofli (później mi tłumaczyła, że to nieporozumienie). Pisałem też o pomyśle pewnego prawnika, który wycisnął ze sprzedawcy toksycznej polisy takie oświadczenie, że kapcie spadają. Ostatnio było w blogu o tym, że UOKiK zakwestionował łagodniejszą wersję opłaty likwidacyjnej w Aegonie oraz ukarał trzy inne firmy za nieetyczną sprzedaż. Pisałem też o reakcji Aegona na tę decyzję. Czyżby ta wieloletnia walka o to, by plany oszczędzania nie były sposobem na naciąganie klientów, była już bliska szczęśliwemu finałowi?

      SUBIEKTYWNOŚĆ NOMINOWANA DO 'GRAND PRESS ECONOMY'. Muszę się Wam dziś pochwalić, iż znów spłynął na mnie splendor. Otóż miesięcznik "Press" ogłosił właśnie listę nominacji do nagrody "Grand Press Economy", którą redakcja przyzna dziennikarzowi "wyróżniającemu się profesjonalizmem, rzetelną i obiektywną prezentacją tematów ekonomicznych, wysoką jakością publikowanych materiałów". Lista nominacji powstała "po konsultacji z szefami redakcji mediów zajmujących się ekonomią, gospodarką i finansami, dziennikarzami i ekspertami ekonomicznymi". Z radością zobaczyłem na owej liście swoją uśmiechniętą facjatę. Bardzo dziękuję redakcji "Press" za docenienie mojej pracy, zaś nieznanym mi z nazwiska ekspertom i redaktorom - za wskazanie mojej skromnej osoby jako nominata i to jeszcze z pięknym uzasadnieniem. Gratuluję też pozostałym nominowanym

      grand_press_economy

      Ostatnio mile zaskoczyła mnie też wiadomość, iż otrzymałem nominację w konkursie "MediaTory", organizowanym przez krakowskich studentów (chcą mnie wyróżnić w kategorii "InicjaTor", za łączenie rzetelności i żartobliwością). To kolejny splendor, który spłynął na mnie dzięki Wam. W tym roku wielką frajdę przyniosła mi nagroda "Heros Rynku Kapitałowego", przyznawana przez środowisko inwestorów indywidualnych...

      sii3www

      a także nagroda za "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny" w konkursie portalu Money.pl. Przyjemność sprawiła mi też nominacja do nagrody im . Mariana Krzaka (wróciłem do łask Związku Banków Polskich po dziesięciu latach od zdobycia tej nagrody). Subiektywność znalazła się też wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. To dla mnie dowód, że mrówcza praca ma sens i zobowiązanie, żeby nie zwalniać tempa ;-).

      Nagroda Fikusa 2014

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Wolisz większe formy? Proszę bardzo: zapraszam cię do zakupu moich książek: bestsellera o inwestowaniu ("Jak inwestować i pomnażać oszczędności") oraz poradnika o zarządzaniu domowymi pieniędzmi ("100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową"). Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-)

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      W ostatnich tygodniach miałem też niewątpliwą przyjemność gościć na spotkaniu certyfikowanych doradców finansowych i rozmawiać z nimi o tym jak etycznie sprzedawać produkty inwestycyjne, a także na kilku innych finansowych konferencjach poświęconych dobrym praktykom - m.in. na dorocznym Forum Bankowym, Forum Assistance, czy konferencji "Nienieodpowiedzialni" 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrali proces zbiorowy jeszcze przed pierwszą rozprawą. Jest zwrot kasy z opłat likwidacyjnych!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 listopada 2014 23:40
    • Pożyczkowy wyścig zbrojeń. Niebankowe firmy dają Już 1500 zł bez odsetek. To groźne?

      Właśnie zaczyna się bardzo niebezpieczny czas dla naszych portfeli - przedświąteczna gorączka zakupowa. O tym dlaczego w te święta na pewno wydasz więcej pieniędzy, niż myślisz, że wydasz - pisałem już w zeszłym roku i ani jedna literka z tego mojego pisania się nie przeterminowała. Ale pojawił się pewien nowy aspekt, który multiplikuje zagrożenia. To niski bądź wręcz zerowy procent. Bank Millennium reklamuje pożyczkę na 7% (tak, tyle kosztowały do niedawna kredyty hipoteczne ;-)). W telewizji Kevin Spacey tańczy z kolędnikami w drodze po szybką gotówkę od BZ WBK, a w PKO BP przekonują, że na kredyt stać każdego, bo spłaca się mniej, niż 1 zł dziennie za każdy pożyczony tysiąc. Inna sprawa, że taki "tani" kredyt będzie trzeba potem spłacać przez ponad trzy lata. Bo właśnie z rozłożenia rat na długi termin bierze się tak niski dzienny koszt. Rozłożenie takie nie zawsze jest złe, ale ewidentnie jest to rodzaj mniejszego zła, którego nigdy nie należy ordynować sobie nie będąc w sytuacji podbramkowej.  A - umówmy się - konieczność kupienia makowca na święta taką sytuację nie jest.

      Pokus, żeby wyprawić święta za pożyczoną gotówkę nie brakuje, ale największymi kusicielami w tej dziedzinie nie są wcale banki, lecz pozabankowe firmy pożyczkowe, w których kasę dostaje się na konto w ciągu kwadransa, na podstawie internetowego formularza i ekspresowego sprawdzenia wiarygodności płatniczej klienta w biurach informacji gospodarczej. Konkurencja na rynku jest coraz większa, a wśród pożyczkodawców trwa "wyścig zbrojeń", który przybiera coraz bardziej niepokojące rozmiary. Firmy pożyczkowe licytują się: kto pożyczy pierwszorazowemu klientowi więcej pieniędzy bez żadnych odsetek. Pierwszą tego typu promocję przygotował Vivus, ale teraz firm oferujących pierwszą pożyczkę gratis jest chyba kilkanaście. A skala "darmoszki" jest coraz większa. Ostatnio widziałem w telewizji reklamę firmy pożyczkowej NetCredit (mającej siedzibę bodaj w Chicago), która oferuje aż 1500 zł pożyczki bez odsetek, ani żadnych innych kosztów! I jest to chyba rekord w tej licytacji. Nie sądzę jednak, by się długo utrzymał, bo w świątecznym okresie każdy pożyczkodawca chce się przebrać w strój Świętego Mikołaja, nawet jeśli gołym okiem widać, że bliżej mu do renifera (przynajmniej pod względem wielkości rogów). 

      1400

      1500

      Dlaczego licytacja na darmowe pożyczki jest taka groźna? Przecież wszystkie firmy przekonują solidarnie, że w tej "zabawie" chodzi tylko o możliwość wypróbowania innowacyjnej propozycji (nie zaś wpuszczenia kogokolwiek w pętlę długów). I oczywiście wszyscy prywatni pożyczkodawcy zapewniają, że przez sito sprawdzenia wiarygodności płatniczej i tak przejdą tylko ci, którzy najlepiej rokują, iż będą mieli z czego oddać pieniądze. Ot, takie anioły miłosierdzia z tych firm pozyczkowych. LINKKKK A jaka jest prawda? Sam ostatnio próbowałem zassać chwilówkę, co prawda w banku, a nie w firmie pozabankowej, ale odbiłem się od ściany. A chciałem pożyczyć tylko 200 zł. Albo stwierdzili, że mam za wysokie dochody, więc nie mam szans na stałe zostać klientem chwilówek, albo uznali, że chcę pożyczyć za mało i szansa, iż wpadną w pętlę długów jest zbyt mikra, by opłacało się udzielać mi pożyczki - nawet oprocentowanej na zasadach rynkowych, czyli na 25% w skali miesiąca. Jeśli tak zachował się bank, to co zrobiłay firma pożyczkowa, która po raz pierwszy pożycza bez procentów i do tej darmowej pożyczki dopłaca kilkaset złotych? Żeby interes jej się zwrócił, dany klient powinien wziąć w niej jeszcze dwie kolejne pożyczki, oprocentowane już standardowo, na 20-30% w skali miesiąca.

      Może weźmie je dla przyjemności (bo przekona się jakie to fajne pożyczyć dziś 1000 zł i za miesiąc oddać 1250 zł), albo stwierdzi, że jest to dobry pomysł na zwiększanie płynności domowego budżetu (bo np. dobrze zarabia, ale jest na umowach-zlecenia i w banku patrzą na niego krzywo), ale najbardziej prawdopodobne jest to, że on wróci głównie z powodu przymusu ekonomicznego - po prostu przeliczy się z siłami i nie będzie w stanie oddać kwoty, którą pożyczył za pierwszym razem, w ramach gratisowej oferty. Firmami pożyczkowymi nie zarządzają ćwierćinteligenci. W tej branży wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tegi, że z siłami przeliczy się wielu klientów, otrzymujących pierwszą pożyczkę gratis. Oni znają wyniki badań, z których wynika, że nasz mózg zachowuje się dziwnie, gdy zobaczy cenę "zero". Że taka cena zaburza jasność myślenia i powoduje, że mamy kłopoty z rzeczywistą oceną naszych możliwości finansowych. A im większa jest kwota darmowej pierwszej pożyczki, tym większa szansa, że klient nie będzie w stanie jej spłacić i będzie musiał się zrefinansować drugą transzą, już płatną.

      Nie miałbym problemu z tymi "świętymi Mikołajami", oferującymi coraz więcej pieniędzy bez odsetek, gdyby prawo w Polsce zobowiązywało taką firmę do umorzenia długu klientowi, który wykaże - np. w sądzie - iż już w momencie pobierania pożyczki był w tarapatach i pożyczkodawca postąpił nieetycznie, przyznając pożyczkę. Po prostu liczył na to, że klient się finansowo potknie. Wiem, że to udowodnić trudno, bo jak obiektywnie ustalić rolę firmy pożyczkowej w niewypłacalności klienta? Ale wystarczyłoby, aby przy orzekaniu upadłości konsumenckiej (tej nowej, która pewnie niedługo już wejdzie w życie) sąd miał możliwość subiektywnej oceny, na ile firma pożyczkowa, jako profesjonalny uczestnik rynku finansowego, mogła sobie zdawać sprawę z tego, iż pożyczając danemu klientowi pieniądze zakłada mu kamień młyński na szyję i zrzuca do rzeki. Już sama taka opcja spowodowałaby, że firmy pozyczkowe - te małe i te duże - brałyby współodpowiedzialność za sytuację finansową klienta zmieniającą się wskutek udzielenia mu wysoko oprocentowanej pożyczki. Dziś firmy pożyczkowe mają gdzieś to, ilu ich klientów popełni samobójstwo wskutek pętli zadłużenia, byle tych pozostałych, którzy zapewnią rentowność kapitału, było wystarczająco dużo.

      Jak długo firmy pożyczkowe nie będą współodpowiadały - także finansowo - za bankructwa swoich klientów, tak długo będą oferowały pierwsze pożyczki gratis - a ich procesy scoringowe są na tyle zaawansowane, że potrafią sprawnie odsiać tych, którzy są zbyt zamożni, by z powodu darmowej pożyczki mogli wpaść w tarapaty, ani tych, którzy są zbyt biedni i może im nie starczyć czasu na zaciągnięcie kolejnych pożyczek, na których firma zarobi. A potem już można takich klientów wyrzucić na śmietnik. Oto cała tajemnica "pierwszej pożyczki gratis", oczywiście odkrywana moim subiektywnym, może nadmiernie surowym okiem. Bo wiem, że gdyby policzyć ludzi będących w pętli długów, to nie prywatni pożyczkodawcy są ich największymi "producentami", ale banki, oferujące masowo karty kredytowe z wysokimi limitami, czy kredyty hipoteczne w pakiecie z pięcioma programami inwestowania, w których klient zobowiązuje się do stałych wpłat przez 15 lat. Ale dzięki bałamutnej ofercie "pierwsza pożyczka gratis" to firmy pozyczkowa są najszybciej rosnącym nowym zagrożeniem dla stabilności naszych domowych budżetów. Niestety, ustawa o maksymalnych kosztach pożyczki, która miała utrącić "pierwszą pożyczkę gratis", wciąż nie wyszła z Sejmu. A liczyć na to, że firmy pożyczkowe w odruchu odpowiedzialności przestaną zatruwać nam mózgi pożyczkami za darmo, to jak wierzyć w Świętego Mikołaja (choć są takie, jak Wonga, czy Provident które się przed zeroprocentowym szkodnictwem wzbraniają, za co mają u mnie po maleńkim plusiku).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Pożyczkowy wyścig zbrojeń. Niebankowe firmy dają Już 1500 zł bez odsetek. To groźne?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 listopada 2014 09:08
  • czwartek, 20 listopada 2014
    • Banki zapłacą prawie miliard złotych na "fundusz restrukturyzacji SKOK-ów". Zapłacisz i ty?

      Ruszyła kolejna "zbiórka publiczna" na rzecz ratowania/stabilizowania/porządkowania (niepotrzebne skreślić) systemu SKOK. Wśród płatników w ramach tego przedsięwzięcia prawdopodobnie znajdziecie się i Wy, czytający blog posiadacze bankowych ROR-ów oraz lokat i kredytów. Zaś z kapeluszem będzie chodził, zbierając datki, szef Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Od innych "zbiórek" ta będzie się różniła tym, że... nie będzie dobrowolna. Z kasy wyskakujecie wszyscy i bez zadawania zbędnych pytań. W przyszłym roku BFG podwyższa bowiem drastycznie składki na fundusz, z którego ratowane są banki i SKOK-i. A właściwie na dwa fundusze, bo banki płacą też tzw. opłatę ostrożnościową. Przyszłoroczna składka na podstawowy fundusz wzrośnie z 0,1% tzw. aktywów ważonych ryzykiem do 0,189%. Druga pójdzie w górę z 0,04% do 0,05% wymogu kapitałowego wyliczanego dla każdego z banków (czyli wartości pieniędzy, którymi banki muszą dysponować, by udzielać kredytów)

      W sumie - jak szybko wyliczyli mi bankowi dyrektorzy finansowi - oznacza to, że zamiast 1,3-1,5 mld zł bankowcy wpłacą do funduszy "ratunkowych" między 2,2 mld zł, a 2,7 mld zł (w zależności od tego kto szacuje i jakie przyjmuje założenia dotyczące przyszłej wysokości aktywów banków i wymogów kapitałowych). Średni bank zapłaci o 20-30 mln zł więcej, niż dzisiaj, a duży bank - o 100-120 mln zł więcej. A po co to wszystko, skoro Bankowy Fundusz Gwarancyjny dysponuje wciąż bardzo przyzwoitym kapitałem 12 mld zł? W BFG otwartym tekstem mówią, że składki idą w górę, bo muszą odzwierciedlać sytuację w sektorze finansowym, czyli w bankach i SKOK-ach. Jak wiadomo banki mają 15-16 mld zł rocznych zysków, a jedynym "podejrzanym" elementem systemu są w tym momencie są SKOK-i. Niedawno BFG wypłacił ponad 800 mln zł klientom bankrutującego SKOK-u Wspólnota, a bynajmniej nie jest to jedyny SKOK, któremu grozi taki los. SKOK Kopernik i SKOK Rumia będą wchłonięte przez banki, ale te stawiają Bankowemu Funduszowi warunek, że jeśli mają zajmować się "sprzątaniem", to potrzebują dofinansowania.

      Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli w SKOK-ach państwowych gwarancji depozytów

      Najwyraźniej BFG przygotowuje się do kolejnych dużych wydatków związanych ze SKOK-ami - czy to na wypłatę pieniędzy posiadaczom depozytów w przypadku bankructwa jakiegoś SKOK-u, czy też na dofinansowanie banków, które będą przejmować kasy. Tyle, że tak gigantycznego wzrostu obciążeń nikt się nie spodziewał. Według analityków wyższe składki na BFG przełożą się na spadek zysków banków łącznie o przynajmniej pół miliarda złotych. Nie miałbym z tym problemu, gdyby nie podejrzenie, że te pieniądze banki wyciągną z naszej kieszeni w prowizjach i niższym oprocentowaniu depozytów, a potem zameldują się na mecie z kolejnymi rekordowymi zyskami. Nota bene przerąbane mają też SKOK-i, które do tej pory były traktowane przez BFG preferencyjną stawką 0,08%. Teraz zapłacą aż cztery razy więcej, bo aż 0,3% aktywów, czyli co najmniej 55 mln zł. Biorąc pod uwagę, że według KNF cały system ma roczną stratę na poziomie 560 mln zł, nie chciałbym być w skórze prezesów SKOK-ów, próbujących wyjść nad wodę. Z drugiej jednak strony dlaczego tylko banki i ich klienci mają płacić składki na fundusz, z którego będą ratowane tylko SKOK-i? Nawet przy składkach rzędu 50 mln zł rocznie kasy przez kilka dziesięcioleci musiałyby spłacać to, co BFG w nie "inwestuje" i będzie "inwestował" w przyszłości. 

      Jaka przyszłość marki SKOK po ujawnieniu "przepompowni" w SKOK-u Wołomin?

      Wiecie co mnie wkurza najbardziej? Jeśli rzeczywiście wspólnie złożymy się na dodatkowy miliard złotych składki (w przeliczeniu na jednego posiadacza ROR-u oznacza to niecałe 36 zł rocznie "ekstrapodatku", o ile banki przerzuciłyby go na klientów), to dlaczego - do ciężkiej cholery - z tych pieniędzy mają być wypłacane klientom upadłych SKOK-ów pieniądze razem z odsetkami od depozytów? Podobno według ustawy nie da się tego zrobić inaczej, ale jest to głęboko niesprawiedliwy układ - nie dość, że SKOK-i, nie mając kosztów w postaci obciążeń na BFG, składek na NBP i innych obowiązków "systemowych", płaciły za depozyty znacznie lepiej, niż banki, to teraz, jeśli m.in. z powodu tej rozrzutności jakiś SKOK się przewróci, to ja, jako klient banku, mam zapłacić mu odsetki. Przecież to stoi na głowie. A jeszcze słyszę z ust szefów nadzoru bankowego, że w czasie, kiedy ja będę oddawał moje 36 zł "składki na SKOK-i" w opłatach i prowizjach dla mojego banku, to SKOK-i przelewają 70-90 mln zł rocznie na rzecz spółek kontrolowanych przez SKOK Holding w Luksemburgu, Składkę na dokapitalizowanie SKOK-ów powinni płacić ze swoich pensji posłowie i senatorowie, którzy przez lata blokowali lub opóźniali wprowadzenie SKOK-ów pod nadzór bankowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Banki zapłacą prawie miliard złotych na "fundusz restrukturyzacji SKOK-ów". Zapłacisz i ty?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 listopada 2014 19:41
    • Niezły meksyk, czyli kowboje konfiskują przelew na ponad 3000 $. I nie chcą oddać. Donaldzie!

      Wysyłanie pieniędzy na drugi koniec świata to ryzykowna zabawa. Czasem można zapłacić setki złotych lub nawet dziesiątki tysięcy złotych prowizji (rekordowa prowizja, o jakiej słyszałem, wyniosła... 15.000 zł), a czasem... można już nie zobaczyć swoich pieniędzy. Mój imiennik, pan Maciej, pewnego dnia w sierpniu 2011 r. postanowił przelać trochę kasy do... Meksyku. A konkretnie do tamtejszego biura podróży, które miało miało zorganizować mu wycieczkę na trasie Meksyk-Kuba. Kwota niebagatelna - 3220 dolarów (to była połowa kosztów, resztę pan Maciej miał zapłacić na miejscu). Mój imiennik wysłał pieniądze przelewem międzynarodowym, więc brał pod uwagę możliwość, iż podróż zajmie dolarom kilka dni, a przelew trzy razy okrąży ziemię, nim dotrze do celu. Skoro przelew dolarów pomiędzy dwoma polskimi bankami, mieszczącymi się kilka przecznic od siebie, potrafi lecieć taką drogą, jak na tym klipie poniżej, to co dopiero przelew z Polski do Meksyku.

      Po ponad dwóch tygodniach oczekiwania na potwierdzenie otrzymania przelewu przez biuro podróży pan Maciej zaczął się niepokoić. I zwrócił się z prośbą o wyjaśnienie sytuacji do swojego banku w Polsce - tego, w którym nadał przelew (był nim mBank, ale w tej sprawie nie ma to chyba żadnego znaczenia, bo mógłby to być jakikolwiek inny bank, a sprawa najpewniej skończyłaby się tak samo). Bank przeprowadził kontrolę i okazało się, iż cała kwota została zatrzymana przez amerykańską agencję rządową OFAC z siedzibą w Waszyngtonie. Została zatrzymana z powodu budzącego podejrzenia służb tytułu przelewu: "Wpłata 50% zaliczki na wycieczkę Kuba-Meksyk dla trzech osób". Skąd OFAC na drodze przelewu z Polski do Meksyku? Cóż, okazało się, że polski bank przy transferze pieniędzy do Meksyku korzysta z pośrednictwa amerykańskiego banku, który natychmiast powiadomił rządową agencję o podejrzanym przelewie.

      "Pomimo wielokrotnych interwencji mojego banku, a następnie przesłania przeze mnie stosownych dokumentów wyjaśniających całą sytuację – urząd OFAC odmawia zwrotu kwoty zaliczki tłumacząc to swoją polityką o wdzięcznej nazwie "OFAC Policy – Sansctions against Cuba" oraz prawem USA. Zaznaczam, iż w moich wyjaśnieniach do OFAC wielokrotnie podkreślałem, iż nie posiadam obywatelstwa USA i jako obywatel Polski podlegam wyłącznie prawu polskiemu. Zwłaszcza wtedy, gdy wykonuję czynności na terenie mojego kraju"

      - piekli się pan Maciej. Niestety, na amerykańskich kowbojów żadna argumentacja nie działa. Pan Maciej zwracał się o pomoc nawet do aktywistów Polonii amerykańskiej w Chicago i Nowym Yorku, do Polskiego Kongresu w USA, do kancelarii Prezydenta USA, prawników w USA zajmujących się takimi sprawami – niestety bez efektu. Mój czytelnik czuje się bezradnym obywatelem, skazanym na porażkę w nierównej walce z potężną instytucją należącą do rządu USA. I zwraca się do mnie z pytaniem: czy jest jakiś sposób na to, aby kowboje zwrócili zagarniętą - zdaniem pana Macieja można śmiało powiedzieć, iż skradzioną - pokaźną sumę pieniędzy. Pan Maciej szukał pomocy u polskich dyplomatów w Waszyngtonie, ale im też nie udało się nic w OFAC wskórać. Pan Maciej zastanawia się, czy jego bank nie powinien przypadkiem wziąć części odpowiedzialności na klatę, bo powinien wiedzieć, że jest taka instytucja jak OFAC i nie wysyłać przelewu do Meksyku korzystając z pośrednictwa banku w USA, co musiało skutkować jej zakoszeniem przez kowbojów z rządowej agencji.

      Ktokolwiek widział... Prowizja za przelew, do której żaden bank się nie przyznaje

      Podjąłem w interesie mojego czytelnika akcję dyplomatyczną, zasięgając języka w polskich i zagranicznych bankach, które maczały sprawę w przelewie. Czego się dowiedziałem? Że przy tego rodzaju przelewie nie ma za bardzo możliwości ominięcia banku amerykańskiego (w trzech bankach, które pytałem, pieniądze płynące do Ameryki Łacińskiej przechodzą przez Stany). A bank amerykański ma w nosie regulacje obowiązujące bank zleceniodawcy, bo ma własne. Ze względu na kary, jakie amerykański KNF nakłada na banki nieprzestrzegające sankcji, tamtejsi bankowcy komercyjni dmuchają na zimne i zatrzymują nawet lekko podejrzane przelewy. A ten został "aresztowany" mimo, że z Kubą miał tylko tyle wspólnego, że nazwa tego państwa pojawiła się w tytule.

      Koszmar SWIFT powraca. Przelewasz kilkadziesiąt złotych, a płacisz...

      To ewidentny czynnik ryzyka przy płatnościach w dolarach amerykańskich. Co on oznacza? Ano - przynajmniej tak twierdzą bankowcy, z którymi rozmawiałem - starają się identyfikować przelewy, które potencjalnie mogłyby zostać zatrzymane i blokują je, informując klientów o potencjalnym zagrożeniu. Ale w tym przypadku wydawało im się, że wszystko jest w porządku - przelew szedł do kraju, który nie był objęty żadnymi sankcjami. Bankowcy ponoć przy każdym takim przypadku korespondują z OFEC i tłumaczą kowbojom złożoność problemu, ale czasem odbijają się od ściany. Tak było w tym przypadku - dolarów i oddać nie chcą. Wygląda na to, że sprawy blokowania płatności przez banki-korespondentów z USA nie da się rozwiązać bez pomocy... naszego człowieka w Unii Europejskiej, niejakiego Donalda Tuska. Dopóki europejskie banki nie zaczną w ramach retorsji zaiwaniać przelewów w walucie euro, płynących z Ameryki do np. Rosji, to kowboje nadal będą mieli w nosie, że jakiemuś Polakowi zatrzymali pieniądze, gdyż nieostrożnie zatytułował przelew. Niestety, kłopoty można mieć nie tylko źle tytułując przelew do Meksyku. Moja kolejna czytelniczka ma problem, bo płaciła kartą w... Boliwii.

      "Panie Macieju, może Pana magiczne moce tu zadziałają :-). Sprawa w sumie śmieszna - w Boliwii kupiłam za pomocą karty Idea Banku bilety na przelot liniami Amazonas. Cóż to był za błąd! Razem z przyjaciółką udałyśmy się na "lotnisko", gdzie okazało się że pomimo wniesienia opłaty za bilety nigdzie nie polecimy, bo moja karta nie ma wypukłych cyferek. Nie poleciałyśmy i spędziłyśmy w dżungli kolejne kilka dni, pijąc sporo tanich drinków i czekając na kolejny samolot, za który przezornie zapłaciłyśmy gotówką"

      - pisze moja czytelniczka, która rzecz jasna postanowiła odzyskać zapłatę za bilet. Same linie Amaszonas przyznały, że reklamacja jest zasadna i oddadzą należność. Zatem nie powinno być problemu, by klientka mogła skorzystać z usługi chargeback. Jakież było jej zdziwienie, gdy Idea Bank odpisał, że bardzo by chciał spełnić życzenie, lecz nie może, gdyż siły zła sprzysięgły się przeciwko niemu.

      "Uprzejmie informuję, że Bank zwrócił się z wnioskiem o zwrot kwoty transakcji dokonanej przy użyciu karty numer xxxx3681 na kwotę 1300 BOB (593,27 zł) w La Paz Amazonas. Usługodawca jednak odmówił jej zwrotu, informując iż transakcja została zrealizowana poprawnie. Mając na uwadze powyższe Pani reklamacja została uznana za niezasadną".

      Bank stwierdził, że nic nie da się zrobić, choć moja czytelniczka przekazała kopię e-maila, którego otrzymała z biura linii Amazonas, w którym przewoźnik przyznaje, że dał ciała. I że usługa, za którą klientka zapłaciła, nie została zrealizowana. Poprosiłem bank o wzmożenie działań w celu odzyskania pieniędzy klientki. Nie minął tydzień, a do mojej czytelniczki zadzwonił konsultant z informacją, że reklamacja oczywiście jest zasadna i pieniądze na koncie pojawią się w ciągu dwóch dni kalendarzowych. Co prawda kiedy po tygodniu nadal ich nie było, a klientka zadzwoniła na infolinię, to okazało się, że nic tam nie wiedzą o tej reklamacji i o tym, że ma być jakiś zwrot, ale na szczęście to było tylko nieporozumienie, a moja czytelniczka w celu odzyskania swoich pieniędzy nie musiała lecieć do Boliwii - kasę ostatecznie dostała. A ja otrzymałem od niej w ramach podziękowania... domowe przetwory warzywne ;-).

      SUBIEKTYWNOŚĆ NOMINOWANA DO 'GRAND PRESS ECONOMY'. Muszę się Wam dziś pochwalić, iż znów spłynął na mnie splendor. Otóż miesięcznik "Press" ogłosił właśnie listę nominacji do nagrody "Grand Press Economy", którą redakcja przyzna dziennikarzowi "wyróżniającemu się profesjonalizmem, rzetelną i obiektywną prezentacją tematów ekonomicznych, wysoką jakością publikowanych materiałów". Lista nominacji powstała "po konsultacji z szefami redakcji mediów zajmujących się ekonomią, gospodarką i finansami, dziennikarzami i ekspertami ekonomicznymi". Z radością zobaczyłem na owej liście swoją uśmiechniętą facjatę. Bardzo dziękuję redakcji "Press" za docenienie mojej pracy, zaś nieznanym mi z nazwiska ekspertom i redaktorom - za wskazanie mojej skromnej osoby jako nominata i to jeszcze z pięknym uzasadnieniem. Gratuluję też pozostałym szczęśliwcom:

      grand_press_economy 

      WIDZIAŁEM BANKOWY ODDZIAŁ PRZYSZŁOŚCI. Oto moja wideorelacja z otwarcia "placówki przyszłości" mBanku, która działa od kilku tygodni w łódzkim centrum handlowym. Jeszcze w listopadzie podobne oddziały mają być uruchomione w co najmniej dwóch innych miastach. Zdaniem wielu taka właśnie jest przyszłość bankowości oddziałowej. Obejrzyjcie i podzielcie się spostrzeżeniami - czy ten eksperyment się uda?

      Zapraszam też do obejrzenia innych klipów poświęconych finansom osobistym. Opowiadałem w nich m.in. o trikach stosowanych przez banki przy pożyczkach gotówkowych, a także o tym dlaczego w wielu sklepach wciąż nie da się zapłacić kartą. Zapraszam też do subskrybowania kanału "Subiektywnie o finansach" na Youtube!

      CO CZWARTEK BLOG NA STRONACH "GAZETY WYBORCZEJ". Przypominam, że co czwartek podnosimy ciśnienie złym ludziom nie tylko w blogu, ale w "Pieniądzach Ekstra", czyli na konsumenckich stronach Gazety Wyborczej. Tam Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych. Zapraszam codziennie do blogu i co czwartek do samcikowych stron autorskich w "Wyborczej". Przekażcie tę wieść potrzebującym!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Niezły meksyk, czyli kowboje konfiskują przelew na ponad 3000 $. I nie chcą oddać. Donaldzie!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 listopada 2014 09:08
  • środa, 19 listopada 2014
    • Bank doi frankowicza: 10 zł za obowiązkowy ROR, 20 zł za przyjęcie przelewu... Jak tego uniknąć?

      Dobre wychowanie nakazuje zapytać drugą stronę umowy o zgodę, jeśli się tę umowę chce zmienić. Niestety, w branży bankowej dobre wychowanie jest towarem deficytowym, a jego miejsce zajmuje często... taryfa opłat i prowizji. Umówisz się na określone warunki w umowie, ale bank sprytnie niektóre z nich określi jako uzależnione od taryfy opłat. A tę, jak wiadomo, może zmienić bez zgody klienta, dając mu co najwyżej możliwość odstąpienia od umowy, gdyby nie był zadowolony ze zmian. Uprawnienie to jest w przypadku niektórych umów czysto pozorne. Nie słyszałem, by ktokolwiek chciał odstąpić od kredytu hipotecznego we frankach pod wpływem wiadomości, że bank wprowadził tylnymi drzwiami jakieś nowe opłaty. Napisał do mnie wkurzony nie na żarty klient Deutsche Banku, spłacający kredyt walutowy. Oczywiście razem z kredytem został uszczęśliwiony kotem bankowym, które początkowo było bezpłatne, a od jakiegoś czasu kosztuje mniej więcej 10 zł miesięcznie. Mój czytelnik pokornie płacił, ale ostatnio zorientował się, że bank każe sobie płacić jeszcze więcej.

      "Nie dość, że od roku płacę za rachunek, to teraz dodatkowo bank ściąga 20 zł od każdego przelewu przychodzącego w walucie obcej! Według mnie to jest niezgodne z ustawą antyspreadową, która nakłada na bank obowiązek przyjęcia bezpłatnie raty w walucie kredytu. Przy prowizji rzędy 20 zł od przelewu przestaje mi się opłacać spłata rat bezpośrednio we frankach"

      - skarży się czytelnik. O co tu chodzi? Otóż czytelnik, chcąc ominąć spread walutowy, przelewa do Deutsche Banku kwotę raty bezpośrednio we frankach. Bank do pewnego momentu pieniądze księgował i wszyscy byli zadowoleni. Ale bank najwyraźniej postanowił być bardziej zadowolony i każe sobie płacić za to, że przyjmuje przelew w walucie obcej. Nie jest to w Deutsche Banku nowa praktyka (dla części rachunków istniała od dłuższego czasu) i nie jest też niczym nietypowym na rynku. Banki, walcząc z internetowymi kantorami, coraz częściej wprowadzają opłaty za przyjmowanie przelewów walutowych, by kantorom nie opłacało się obsługiwanie klientów wymieniających tam waluty w celu spłacenia raty kredytu. Zapytałem o tę 20-złotową prowizję i potwierdzono mi, że ostatnio bank gmerał w tabeli opłat i prowizji.

      "Najprawdopodobniej skarga klienta ma związek ze zmianą tabeli opłat dla niektórych pakietów kont, która miała miejsce w sierpniu. Dla niemal wszystkich rachunków została ujednolicona opłata za przelewy przychodzące w walucie obcej. Obecnie wynosi ona 20 zł, przy czym dla większości kont obniżyliśmy ją z 30 zł, natomiast dla dwóch pakietów została ona wprowadzona lub podwyższona. Nie jest pobierana tylko w przypadku kont db Life, db Invest i db Elite. Klienci mogą jednak skorzystać z kilku rozwiązań, dzięki którym nie będą ponosić tego kosztu w ramach posiadanych rachunków"

      -napisała mi pani Katarzyna Wiszniewska, którą poprosiłem o pomoc w rozwikłaniu sprawy. Domyślam się, że bank nie rozpowiada o tych sposobach na lewo i prawo, bo przecież lepiej mieć klienta, który co miesiąc, razem z ratą kredytu hipotecznego, zostawia w banku 30 zł dodatkowych prowizji, niż obsługiwać takiego, który od prowizji potrafi się wywinąć. Z tego właśnie względu zacytuję kilka słów pani Katarzyny o tych patentach, które pozwalają się wywinąć: aby klienci Deutsche Banku - a także innych banków, w których być może panują podobne zwyczaje - mogli uniknąć niektórych zbędnych opłat. Bankowi dziękuję za serce na dłoni. 

      "Klient bez dodatkowych kosztów może wpłacać walutę obcą bezpośrednio na rachunek techniczny kredytu, prowadzony w walucie kredytu – w formie gotówkowej lub bezgotówkowej. Może jednocześnie zmienić obecny pakiet rachunków na dowolnie wybrany z oferty banku, również bezpłatny db Net prowadzony w złotych. Jeśli jednak chciałby korzystać z szerszych funkcjonalności kont, a jednocześnie bezkosztowo regulować zobowiązanie kredytowe, może zmienić dotychczasowy pakiet rachunków na jeden z trzech (db Life, db Invest, db Elite), w ramach których konto walutowe i jednocześnie spłaty rat z tego rachunku oraz przelewy przychodzące w walucie obcej są bezpłatne"

      - napisała mi pani Katarzyna. Zapomniała dodać, że te konta niemało kosztują, ale nie bądźmy małostkowi;-). A więc należy postąpić tak: ustalamy jaki numer ma rachunek techniczny naszego kredytu i walutę przelewamy bezpośrednio na to właśnie konto. Nie powinno być prowizji za przyjęcie takiego przelewu. Poza tym sprawdzamy ile kosztuje ROR, który bank dla nas prowadzi (zakładam, że jest on obowiązkowy, więc jakiś mieć musimy), a jeśli jest on drogi - prosimy bank o konwersję na niższy pakiet. Tu niestety trzeba najpierw sprawdzić w umowie kredytowej, czy nieopatrznie nie zgodziliśmy się na posiadanie przez najbliższych 20 lat konkretnego pakietu ROR. Bo takie numery też się, niestety, w przeszłości zdarzały. Na szczęście w większości przypadków da się zmienić obowiązkowy ROR na tańszy. A tam, gdzie zmienić się nie da, postanowienie jest niezgodne z prawem i warto je zakwestionować. Szczerze polecam, zwłaszcza że banki w ostatnich latach masowo podwyższały opłaty za konta przypięte do kredytów hipotecznych (że niby skończyła się "promocja"). Zresztą mamy to nie tylko w przypadku połączenia ROR-ów z hipotekami - coraz popularniejszą praktyką jest oferowanie klientowi darmowego konta i pisanie drobnym druczkiem, że po okresie promocyjnym, np. roku, konto będzie automatycznie konwertowało się na jakąś drogą odmianę. Niefajne, ale legalne. I skuteczne, bo większość klientów daje się na to nabrać, nie czytając drobnego druczku. Ku przestrodze kolejny list od czytelniczki.

      "Chciałabym przestrzec wszystkich przed pułapką w rachunku firmowym w mBanku. Bank jest na wysokich pozycjach w różnych rankingach kont firmowych. I faktycznie - na pierwszy rzut oka wygląda całkiem nieźle. Same zera w taryfie. Jednak jak się w nią wczytamy, to okazuje się, że rachunek jest darmowy, owszem, ale tylko przez pierwsze 12 miesięcy. A potem znienacka zmienia się a konto mBiznes Komfort. Płatne... 25 zł miesięcznie. Prawie się dałam złapać. Dlatego chciałam przestrzec wszystkich i zachęcić do dokładnego czytania regulaminów i taryf opłat i prowizji".

      A oto dowody rzeczowe: screenshoty ze strony internetowej mBanku. Nie można powiedzieć, że bank całkiem nie ostrzega klienta, że darmowość nie będzie wieczna, ale... można mieć wątpliwości do frazy "sam zdecydujesz", bo w rzeczywistości samorządność i niezależność klienta jest poddana ciężkiej próbie ;-). Zacznijmy od przekazu reklamowego:

      image_1

      Tutaj sposób działania banku jest podobny, jak przy kredytach frankowych, z którymi klient brał w pakiecie darmowy ROR, a dziś się okazuje, że "promocja" się skończyła i za konto trzeba płacić. W tym konkretnym przypadku niby sam decydujesz na jakie konto przekształcisz swój mBiznes Start po roku posiadania rachunku, ale w taryfie opłat czytamy, że... "rachunek po 12 miesiącach od otwarcia przekształca się automatycznie w mBiznes Komfort". Dlaczego nie przekształca się w jakiś darmowy rachunek? I dlaczego bank nie zapyta niezdecydowanych, niezorientowanych, nieuważnych, tylko podejmuje decyzję sam? - można zapytać. Odpowiedzi mogą być dwie. Ta korzystna dla banku zakłada, że bank jest dobry i chce zaoferować klientowi najlepszy rachunek, a nie jakieś-tam zwykłe konto Standard za zero złotych (pod warunkiem, że reguluję z niego ZUS), w którym za każdy przelew trzeba płacić 1,5 zł. Odpowiedź niekorzystna dla banku zakłada, że w czasach niskich stóp procentowych szuka on każdego sposobu, by podrasować wpływy z prowizji i to jest jeden z takich pomysłów.

       mBank_taryfa1

      mBank na swoją obronę ma pewien drobiazg. Choć sama zmiana pakietu jest automatyczna, to klientom, którym kończy się okres promocyjny rachunku "startowego", bank wysyła informację o tym, że nadchodzi koniec balu. Automatycznie przekształcają tylko te rachunki, w przypadku których klienci nie wykonają żadnego ruchu. No, jest to pewna okoliczność łagodząca... Ale generalnie automatyczne przekształcanie promocyjnych rachunków w takie, które są drogie lub bardzo drogie, przypomina mi szukanie wśród klientów jeleni. Oczywiście banki robią to dość nagminnie, opisany przypadek nie jest żadną sensacją. W PKO BP konto Biznes Debiut po półtora roku nagle zaczyna kosztować 14 zł, Millennium Biznes Start mniej więcej po tym samym okresie staje się kontem za 25 zł, w BZ WBK Biznes Mini już po pół roku zaczynają pieścić klienta opłatą po 15 zł miesięcznie,..

  • wtorek, 18 listopada 2014
    • Nowy pomysł speców od polis inwestycyjnych: "pozwolimy ci odejść za darmo, ale w zamian..."

      Październikowa decyzja Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o ukaraniu czterech firm sprzedających polisy inwestycyjne dała, jak można było przewidzieć, mnóstwo wiatru w żagle tym klientom, którzy mają ze sprzedawcami polis na pieńku. Interesująca jest zwłaszcza sytuacja firmy Aegon, która dostała wielomilionową karę za to, że samowolnie zmieniła klientom zasady pobierania opłat likwidacyjnych. Zamiast tych zakwestionowanych już kilka lat temu, najpierw przez UOKiK, a potem przez Sąd Ochrony Konkurencji, Aegon pobiera od klientów opłatę według nowych zasad, nieco mniej dolegliwych, ale skutkujących i tak utratą dużej części pieniędzy. Nowe zasady są stosowane na podstawie uchwały zarządu Aegonu. I właśnie to jest złe. Według UOKiK-u jednostronna zmiana zdelegalizowanej klauzuli na inną, nieuzgodnioną z klientami, jest równoznaczna z samowolną zmianą umowy, czyli ze złamaniem praw konsumentów. Aegon nie miał prawa stosować "starej" opłaty likwidacyjnej, ale nie miał też prawa wstawić w to miejsce innej. UOKiK, poza nałożeniem kary finansowej, zażądał od Aegona zmiany praktyki uznanej przez urzędników za nielegalną.

      Jak można się było spodziewać, w odpowiedzi na decyzję UOKiK klienci Aegona zaczęli wysyłać pisma z żądaniem udostępnienia im możliwości "odejścia za darmo". Klienci liczą na to, że firma uzna - w ślad za UOKiK-iem - iż nie ma prawa pobierać żadnej opłaty likwidacyjnej. Niestety, wygląda na to, że Aegon jest twardy i nie zamierza się cofnąć ani o krok. Jestem w posiadaniu kilku listów z odpowiedziami na roszczenia osób chcących się wycofać z polis, wysłanych przez biuro obsługi klientów Aegona już po UOKiK-owskiej decyzji. Zawierają one dokładnie tę samą argumentację, co poprzednio (że konkretny sposób liczenia opłat likwidacyjnych został zakwestionowany, ale sama możliwość pobierania opłat - nie), a także pewien nowy akapit:

      "Jednocześnie pragniemy wyjaśnić, że decyzja Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie jest prawomocna i nie oznacza zmiany w sposobie naliczania opłat likwidacyjnych w tym momencie. Wszelkie kroki związane z ewentualną zmianą sposobu naliczania opłat Towarzystwo będzie wdrażało jeśli tylko powstaną wyraźne wytyczne w tej sprawie, czy to nakazem Sądu, czy poprzez rozwiązania ustawowe"

      Aegon pisze klientom, że ma "liczne" podstawy, by od decyzji UOKiK odwołać się do sądu. I dodaje, że klient może odwołać się od odpowiedzi zawartej w piśmie, a w przypadku nieuwzględnienia odwołania, będzie miał prawo wytoczyć Aegonowi pozew sądowy. Niezłe filutki z tych aegonowych pisarzy ;-). "Jeśli ci bardzo zależy, to napisz odwołanie, a my ocenimy czy jesteś wystarczająco zdeterminowany, żeby iść z nami do sądu" - tak chyba należy to rozumieć.

      aegonpismonew.skan2

      To sytuacja trochę podobna do tej, którą mamy w sprawie "Nabitych". Tam sąd wykreślił klauzulę, na podstawie której bank podwyższał oprocentowanie kredytu. I wyrok ten, wbrew pozorom, niczego nie rozwiązał, gdyż bank uznał, iż skoro w umowie jest napisane, że oprocentowanie jest "zmienne", a warunki owej zmienności zostały zdelegalizowane, to trzeba na ich miejsce wyznaczyć inne. Z kolei klienci twierdzą, że skoro klauzula definiująca zasady zmian oprocentowania wypadła, to oni mają z bankiem umowę na stały procent, taki jak w dniu podpisania umowy. Z Aegonem jest tak samo, tylko że jeszcze dziwniej - skoro sąd zdelegalizował opłaty likwidacyjne, to Aegon nie tylko uznał, że w to miejsce należałoby wpisać inne ich określenie, bardziej fair wobec klientów, ale po prostu "wpisał" coś, co mu się wydawało bardziej fair (w cudzysłowie, bo przecież tak naprawdę do warunków polisy nic nie zostało wpisane, nowe zasady opłat likwidacyjnych są stosowane na podstawie uchwały zarządu).

      Czytaj też: prawnicy o opłatach likwidacyjnych. Dlaczego UOKiK ich nie zdelegalizuje?

      Z punktu widzenia Aegonu sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Po pierwsze zawsze jest szansa (w tym przypadku, jak sądzę, mała), iż sąd nie uzna argumentacji UOKiK-u i stwierdzi, iż skoro Aegon chciał zmienić zasady pobierania opłat na lepsze, to nie wymagało to zgody klienta. Aegon może też zmienić warunki polis w taki sposób, żeby klienci w ogóle nie mieli ochoty odchodzić, korzystając z furtki otwartej przez UOKiK. Wiadomo, że ci klienci, którzy zostali wmanewrowani w plan inwestowania myśląc, że mają szansę na gwarantowane zyski, i tak odejdą. Ale większość wiedziała w co się pakuje, lecz nie doceniła poziomu opłat, które pochłaniają większość lub całość wypracowanych zysków. Nic nie stoi na przeszkodzie, by zaproponować klientom ich zmianę. Wygląda jednak na to, że Aegon idzie trzecią drogą - proponuje klientom możliwość wycofania się z polisy bez opłaty likwidacyjnej, ale... pod warunkiem, że odzyskane w ten sposób pieniądze klient przeznaczy na zakup kolejnej polisy. Ten genialny w swej prostocie trik powoduje, że firma utrzymuje pieniądze klienta, a tylko zmienia mu produkt na taki, w którym zapisy o opłatach likwidacyjnych są już zmienione. Taką właśnie ofertę dostał jeden z moich czytelników:

      "Panie Macieju, szukam kontaktu do Pana, gdyż potrzebuję pomocy co do polisy w Aegon, gdyż nie do końca ufam opiekunowi, który zajmuje się moimi polisami. Wraz z mężem mamy polisę od pięciu i pół roku i w związku z szumem wokół tej sprawy zaczęliśmy baczniej przyglądać się polisie i przeliczać wpłacone pieniądze. Jak się okazało, na koncie mamy stratę (nie licząc opłat, jakie pobierają co miesiąc). Po kontakcie z doradcą dowiedzieliśmy się, że jest możliwość wycofania się z polisy i powalczenia o brak opłaty likwidacyjnej, ale warunkiem jest przystąpienie do "korzystniejszej" polisy na 15 lat (na "dzień dobry" chcą skasować opłatę w wysokości 720 zł) Co robić? Czy to nie jest znowu jakieś nabijanie w butelkę? Proszę o poradę"

      - pisze czytelnik, a podobnych listów otrzymałem ostatnio kilka. Cóż, sprawa jest trudna do rozstrzygnięcia. Gdyby polisa była obłożona niskimi prowizjami (np. opłata za zarządzanie 1% lub mniej, brak opłaty administracyjnej, brak lub bardzo niska opłata od każdej wpłacanej składki), to można byłoby się zastanowić nad taką konwersją. Ale miałoby to sens tylko po osiągnięciu 200% pewności, że ani opłata likwidacyjna, ani zasady pobierania przez firmę opłat nie są niekorzystne dla klienta. I że opłata likwidacyjna nie została zamieniona na inną, równie bałamutną.

      Więcej o tym: Zamienili opłatę likwidacyjną i... dalej sprzedają klientom polisy inwestycyjne

      Z drugiej strony są dwa argumenty, żeby nie przyjmować oferty. Pierwszy to kwestia wcześniejszych doświadczeń - jeśli ktoś raz zawiódł twoje zaufanie, to czy należy go "nagradzać" możliwością zarabiania na tobie przez kolejnych wiele lat? Może ów ktoś chce odkupić swoje winy, a może... tylko jeszcze raz cię oszukać? Drugi argument to niejasna sytuacja prawna dotycząca możliwości odejścia "za darmo" bez żadnych warunków. Po uprawomocnieniu się decyzji UOKiK może się okazać, że klienci mający polisy ze "starymi" opłatami likwidacyjnymi mogą odzyskać wolność bez żadnych warunków (być może nawet z odsetkami ustawowymi?). Zawierając z Aegonem układ "zero opłat likwidacyjnych w zamian za nową polisę" takiej szansy się pozbawiamy. Zanim zdecydujecie się na przeskoczenie do kolejnej polisy, bardzo uważnie to rozważcie, żeby potem nie było płaczu i zgrzytania zębów. I nie ufajcie bezgranicznie pracownikowi firmy, bo on ma prowizję od sprzedaży nowej polisy (i to wysoką, najmarniej kilkusetzłotową), co nie skłania do obiektywnego przedstawienia wszystkich "za i przeciw" konwersji polis.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł speców od polis inwestycyjnych: "pozwolimy ci odejść za darmo, ale w zamian..."”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 listopada 2014 08:57
  • poniedziałek, 17 listopada 2014
    • Gdy domowy budżet zabijają raty pożyczek gotówkowych. Dwa (kosztowne) patenty

      Zarządzanie własnymi długami to nie lada sztuka. Bywa, że z trudem radzimy sobie ze spłatą rat, potem przestajemy je płacić i zamiast od razu poprosić o restrukturyzację, chowamy głowę w piasek, skazując się na nieuchronną wizytę windykatora, a potem komornika. Z okazji dzisiejszego Dnia bez Długów chciałbym Wam pokazać dwa kosztowne patenty, które mimo wszystko warto zastosować jako mniejsze zło po to, żeby nie musieć otwierać kopert z "dobrymi wiadomościami" od firm windykacyjnych. Okoliczności do samodzielnego wychodzenia z długów zdają się być sprzyjające, bo - jak pisałem jakiś czas temu w blogu - zbliża się czas, w którym banki przestaną wreszcie odsyłać z kwitkiem klientów, którzy powinni zrestrukturyzować swoje zadłużenie. Sytuacja pani Iwony, mojej czytelniczki, która jest bohaterką dzisiejszego wpisu, nie jest jeszcze tak zła, ale...

      "Piszę, ponieważ chciałabym obniżyć raty moich dwóch kredytów gotówkowych. Wcześniej zarabiałam dobrze, ale od jakiegoś czasu mam niskie zarobki - a te kredyty są wysoko oprocentowane. Nie wiem jak powinnam ewentualnie negocjować zmiany warunków kredytów. Gdyby udało się obniżyć raty kredytów, mogłabym pozwolić sobie na jakieś comiesięczne oszczędności, bo jak na razie nie jest to możliwe"

      - pisze pani Iwona. Zauważcie, że pani Iwona ma świadomość, iż w dobrze skrojonym budżecie domowym powinny być luzy. I nie zrobiła jeszcze tego, co w podobnej sytuacji robi wielu innych kredytobiorców - nie poszła po chwilówkę do firmy pożyczkowej, co na dłuższą metę byłoby zabójcze dla jej domowego budżetu. Z harmonogramów, które mi przesłała pani Iwona wynika, iż oba kredyty gotówkowe ma w tym samym banku, czyli BZ WBK. Pierwszemu kredytowi do spłaty zostały cztery lata, zaś drugiemu - trzy lata. Łącznie moja czytelniczka oddaje bankowi 630 zł, zaś łączne saldo zadłużenia wynosi obecnie 24.000 zł. Oprocentowanie jest podkręcone do maksimum tego, na co może sobie pozwolić bank, czyli 12% w skali roku (to obecnie limit ustawy antylichwiarskiej).

      Ostatnio w blogu: Internetowa katastrofa PKP. Winny? Pendolino oraz komu pomoże odwrócony kredyt hipoteczny. W ofercie banków może pojawić się już za miesiąc! A w praktyce - może nie pojawi się w ogóle

      Sytuacja nie jest jeszcze podbramkowa, ale byłoby ze wszech miar pożądane, gdyby pani Iwona uzyskała zdolność akumulacji oszczędności i zbudowała sobie poduszkę finansową. Jak do tego doprowadzić? Oczywiście możemy przyjąć założenie robocze, że bank okaże się dobrym wujkiem i przystanie na renegocjację warunków pożyczek, obniżając znacznie oprocentowanie. Albo że da się przenieść kredyty do konkurencji, która zaproponuje oprocentowanie mocno jednocyfrowe. Ale to niestety rzadkie przypadki. Jeśli taki się nie zdarzy? Na pierwszy rzut oka nasuwają mi się dwa podstawowe rozwiązania. Oba mają skutki uboczne, ale w krótkim terminie zwiększą elastyczność budżetu pani Iwony. Ponieważ pani Iwona ma kredyt hipoteczny, to być może  na rzeczy byłoby "dorzucenie" 24.000 zł do tegoż kredytu. Na szczęście nie jest to kredyt we frankach, bo takiego lepiej nie ruszać (ostateczny koszt frankowego kredytu jest nieznany, więc nie sposób też przewidzieć jak będzie się zmieniała "dodatkowa" część raty, wynikająca z dorzucenia do hipokredytu długów konsumpcyjnych).

      Czytaj też o ciemnych stronach konsolidacji zadłużenia. Chcesz skonsolidować sobie kilka kredytów? Uważaj, by bank nie potraktował cię jak dojną krowę

      Różnica między oprocentowaniem "hipotek" i zwykłych kredytów gotówkowych jest spora. Automatyczne wydłużenie okresu spłaty (poprzez dostosowanie ich do terminu spłaty kredytu hipotecznego) spowoduje, że łącznie odsetki wzrosną, ale rata będzie duuuużo niższa. O ile? Policzmy. Przy kredycie o wartości 200.000 zł z marżą 1,5% i umowie na 30 lat wysokość raty wynosi 899 zł (oczywiście jest to wartość zmienna, obliczyłem ją na podstawie obecnego wskaźnika WIBOR wynoszącego ok. 2%). Jeśli dorzucimy do tego kredytu (dla ułatwienia załóżmy, że dorzucamy już w pierwszym roku spłacania) 24.000 zł, to miesięczne obciążenie domowego budżetu zwiększy się do 1005 zł. A więc zamiast spłacać 630 zł miesięcznie pani Iwona może z tytułu pożyczek konsumpcyjnych miesięcznie dorzucać tylko 106 zł do raty kredytu hipotecznego. Ale są skutki uboczne. Te 106 zł w perspektywie 30 lat złoży się na ponad 15.000 zł dodatkowego kosztu kredytu. Czy warto iść w tę stronę? Jeśli problem ze związaniem końca z końcem jest duży, to nie ma innego wyjścia.

      Drugie rozwiązanie - dziwię się, że bank pani Iwony, czyli BZ WBK, jeszcze go nie zaproponował z własnej inicjatywy - to proste połączenie dwóch kredytów w jeden i wydłużenie okresu ich spłaty. Przykładowo: gdyby pani Iwona wydłużyła swoje pożyczki z 3-4 lat do siedmiu, to nawet przy oprocentowaniu rzędu 12%, rata wyniesie 423 zł miesięcznie, czyli o 200 zł mniej, niż obecnie. Jak by nie patrzeć, jest to mniej, niż suma obecnych rat. Ale coś za coś. Do spłaty zamiast obecnych 24.000 zł będzie łącznie 36.000 zł. Gdyby wydłużyć spłatę do aż dziesięciu lat, to wysokość raty dałoby się zbić w okolice 345 zł. Ale do spłaty byłoby już 41.300 zł. Uważam, że pani Iwona powinna iść do swojego - bądź dowolnego innego - banku i zażądać konsolidacji przy możliwie niskim oprocentowaniu, jednocześnie wydłużając okres spłaty.  O ile? Oczywiście im mniejsze wydłużenie, tym lepiej, byle nowa rata była już do zniesienia przez domowy budżet. Czy chcielibyście coś dodać? Pani Iwona słucha. I ja też. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy domowy budżet zabijają raty pożyczek gotówkowych. Dwa (kosztowne) patenty”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 listopada 2014 19:08
    • Odwrócona hipoteka nadchodzi! Za chwilę będzie już w bankach? Co powinieneś o niej wiedzieć?

      15 grudnia zacznie obowiązywać ustawa, dzięki której banki będą mogły oferować klientom tzw. odwrócony kredyt hipoteczny. Nowe prawo przyjął już Sejm, podpisał prezydent, a w piątek pojawiło się w Dzienniku Ustaw. Już za miesiąc przed posiadaczami nieobciążonych hipotecznie nieruchomości powinny otworzyć się nowe możliwości. Czy rzeczywiście się otworzą? Odwrócona hipoteka ma być bardziej bezpieczną dla seniora alternatywą w stosunku do renty dożywotniej, czyli produktu już oferowanego seniorom przez prywatne firmy, zwane funduszami hipotecznymi (największe z nich to FH Dom i FH Familia). Zresztą bankowcy nigdy za funduszami hipotecznymi nie przepadali i czasem nawet im się wymknęło, że chętnie fundusze hipoteczne by po prostu zaorali. Czy teraz skorzystają z okazji?

      ZALETY ODWRÓCONEJ HIPOTEKI. Przewaga odwróconej hipoteki nad rentą dożywotnią ma polegać na tym, że: a) oferować ją będą licencjonowane banki, pilnowane przez Komisję Nadzoru Finansowego (może ona, jak się naprawdę wkurzy w wyniku np. skarg klientów, wyrzucić prezesa banku na bruk, albo wywłaszczyć akcjonariuszy), b) banki - tego też pilnuje nadzór - muszą posiadać wystarczający kapitał, żeby nie było wątpliwości, iż wywiążą się z umów zawartych z klientami (fundusze hipoteczne nie są nadzorowane, nie muszą też spełniać żadnych wymogów kapitałowych), c) odwrócona hipoteka nie oznacza utraty własności mieszkania przez klienta, następuje to dopiero na końcu, przy rozliczeniu umowy (sytuacja jest więc bezpieczniejsza z punktu widzenia klienta), d) odwrócona hipoteka jest umową terminową, a nie dożywotnią, przez co - przynajmniej na pierwszy rzut oka - bank może zaoferować lepsze warunki finansowe klientowi (bo ma mniej niewiadomych dotyczących np. długości życia klienta), e) odwrócona hipoteka jest umową odwracalną, czyli np. spadkobiercy mogą odzyskać mieszkanie od banku. Jak widzicie: fura zalet.

      Czytaj też: 2000 zł prywatnej renty dla emeryta? Tak, ale zrzeknij się praw do... pałacu

      JAKIE PRAWA MA KLIENT LUB JEGO SPADKOBIERCY? Przede wszystkim - będzie mógł, tak samo, jak w wariancie z rentą dożywotnią - mieszkać do końca życia w mieszkaniu objętym umową z bankiem. Niezależnie od tego, że pieniądze z odwróconego kredytu bank będzie wypłacał tylko przez okreslony czas (np. przez 15 lat), to własność mieszkania przejmie dopiero po śmierci klienta. Co się stanie jeśli klient będzie żył bardzo długo? Teoretycznie oznaczać to może stratę dla banku, bo nie będzie mógł wziąć od klienta nic poza prawem do własności mieszkania po jego śmierci. Chyba, że odpowiednio nisko wyceni mieszkanie (o tym dalej). A co będzie jeśli klient umrze niedługo po zawarciu umowy? Spadkobiercy w ciągu roku od tej przykrej okoliczności mogą "odwrócić" umowę, spłacić bank i odzyskać prawo do mieszkania. A więc oddać bankowi tę część kredytu, którą już zdążył wypłacić w ratach plus odsetki od tych pieniędzy, których bank jeszcze nie pobrał, ale przez cały czas nalicza (wziąłby je z kwoty uzyskanej za sprzedaż nieruchomości). Mieszkanie wraca wtedy do spadkobierców.

      JAK JEST ROZLICZANA ODWRÓCONA HIPOTEKA? Wzór jest zawsze taki sam: po śmierci klienta rzeczoznawca wycenia mieszkanie, a bank przedstawia spadkobiercom kwity dotyczące wysokości wypłaconych rat i odsetek, które zamierzał pobrać po ewentualnej sprzedaży mieszkania. Jeśli mieszkanie jest warte więcej, niż należności banku, to bank wypłaca tę nadwyżkę spadkobiercom i sprzedaje nieruchomość, inkasując w ten sposób odsetki. Jak widać, o ile w przypadku renty dożywotniej firma przejmuje od razu przy podpisaniu umowy własność mieszkania i bierze na siebie korzyści lub straty wynikające z krótko- bądź długowieczności klienta, w przypadku odwróconego kredytu hipotecznego bank zarabia tylko na odsetkach - nie bawi się w Pana Boga. Jego zarobek, czyli wartość odsetek, zależy tylko od czasu między podpisaniem umowy, a zakończeniem życia klienta, w minimalnym tylko stopniu ma tu znaczenie zmiana wartości nieruchomości. .

      NIEBEZPIECZEŃSTWO HAZARDU. Odwrócona hipoteka to produkt, który wymaga od klienta odpowiedzialności. Senior może - jeśli ma takie życzenie - dostać do ręki od razu całą wartość kredytu i wydać te pieniądze na podróże i luksusowe życie. A potem zgłosić się do pomocy społecznej, bo znów nie będzie miał z czego żyć. A nawet jeśli nie przepuści w ciągu kilku lat całej wypłaty, tylko będzie pobierał ją w ratach, to i tak pieniądze z kredytu kiedyś się skończą i poziom życia drastycznie spadnie. W przypadku renty dożywotniej sytuacja - o ile fundusz hipoteczny nie zbankrutuje przed wywiązaniem się z umowy - jest bezpieczniejsza. Pieniądze są wypłacane w ustalonej wysokości do końca życia klienta. Nie ma sytuacji, w której się mogą skończyć i poziom życia seniora spadnie. Nie ma też ryzyka, że klient weźmie pieniądze i pójdzie z nimi do kasyna, bo fundusze hipoteczne nie wypłacają całej kasy od ręki - zawsze odbywa się to w dożywotnich ratach.

      DLACZEGO ODWRÓCONA HIPOTEKA RACZEJ NIE BĘDZIE HITEM? Dla banku odwrócona hipoteka nigdy nie będzie żyłą złota. O ile w zwykłym kredycie bank wypłaca klientowi pieniądze, kładzie łapę na hipotece i przez określony czas zarabia na odsetkach, o tyle przy odwróconej hipotece ów zarobek na odsetkach jest niewiadomą. Albo klient będzie żył długo, więc czas naliczania odsetek będzie porównywalny z "normalnym" kredytem, albo będzie żył krótko i wtedy z cała transakcją będzie więcej zachodu, niż to warte. Poza tym bank musi bardzo bezpiecznie wycenić mieszkanie. Nie wie kiedy będzie mógł do niego wejść, a wartość nieruchomości za te kilkanaście lub ponad 20 lat musi być wystarczająco wysoka, by po sprzedaży mieszkania pokryć: wypłacone klientowi raty, naliczone odsetki od tych wypłaconych pieniędzy, koszty transakcji spieniężenia lokalu.

      Niezależnie od tego, że umowa jest terminowa, trudno liczyć na sensowne przeliczniki sumy gwarantowanych wypłat dla klienta w stosunku do obecnej wartości nieruchomości. Im mniejszą część obecnej wartości nieruchomości bank zobowiąże się wypłacić klientowi w ratach, tym większą ma szansę, że za 15-20 lat to mieszkanie będzie wystarczająco dużo warte, by nie zabrakło pieniędzy na koszty operacyjne i rozliczenie odsetek. I jeszcze jedno ryzyko: rozliczenie umowy odwróconej hipoteki ze spadkobiercami ma być przeprowadzane na podstawie wyceny rzeczoznawcy, a nie faktycznej ceny sprzedaży. Bank musi więc też wziąć pod uwagę ryzyko, że rzeczoznawca wyceni lokal wyżej, niż da się go faktycznie sprzedać. I bank będzie musiał wypłacić dodatkową kasę spadkobiercom, której żadną miarą nie odzyska. Wniosek? Odwrócona hipoteka jest produktem, przy którym bank czeka wyjątkowo dużo dłubania, a zarobek jest palcem na wodzie pisany.

      CO Z FUNDUSZAMI HIPOTECZNYMI I RENTĄ DOŻYWOTNIĄ? Po głębszej analizie łatwo dojść do wniosku, że ustawa o odwróconym kredycie hipotecznym nie spowoduje anihilacji funduszy hipotecznych, bo większość banków po prostu nie będzie zainteresowana zbudowania produktów będących alternatywą dla renty dożywotniej. A nawet jeśli je zbudują, to warunki oferowane klientom nie mają prawa być znacząco lepsze od tych, które oferują dziś fundusze hipoteczne (np. wypłaty comiesięcznej renty sumujące się do 40% obecnej wartości mieszkania). W dodatku banki te prawdopodobnie i tak musiałyby wynająć do procesowania umów i zarządzania nimi... fundusze hipoteczne. Bo żaden bank nie ma doświadczenia w pracy z seniorami, ani w zarządzaniu nieruchomościami. Problem duszący setki tysięcy osób - duża liczba seniorów posiada nieobciążone nieruchomości, a jednocześnie ma bardzo niskie świadczenia - może nie zostać przez odwróconą hipotekę rozwiązany. A renta dożywotnia na swoją ustawę - a tym samym na zwiększenie wiarygodności funduszy ją oferujących - poczekają do przyszłego roku. Tak naprawdę ani odwrócona hipoteka, ani renta dożywotnia nie są najlepszymi rozwiązaniami dla seniorów. Zwłaszcza w porównaniu z opcją sprzedaży mieszkania i zamiany na mniejsze lub spisania przez seniora umowy "rentowej" ze spadkobiercami (wyjdzie na pewno korzystniej, niż powierzanie nieruchomości funduszom hipotecznym lub bankom).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Odwrócona hipoteka nadchodzi! Za chwilę będzie już w bankach? Co powinieneś o niej wiedzieć?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 listopada 2014 09:12
  • niedziela, 16 listopada 2014
    • Internetowa katastrofa PKP. Chcesz biletu na pendolino - idź na dworzec. I licz na szczęście

      Jak być może część z Was już wie, już za miesiąc, czyli od niedzieli 14 grudnia na polskich torach pojawią się nowe, superszybkie pociągi pendolino. W ofercie PKP będą występowały pod marką InterCity Premium. Kilka dni temu PKP opublikowały rozkład jazdy, z którego wynika, że nowe pociągi pojawią się na trasie Warszawa-Wrocław (czas przejazdu wyniesie godne szacunku, acz nie rewelacyjne 3 h i 40 min., samochodem da się przejechać w 4 h), Warszawa-Trójmiasto (czas przejazdu 2 h i 55 min., porównywalne z jazdą autostradą bez korków), Warszawa-Kraków i Katowice (będzie się jechało pendolino niecałe dwie i pół godziny, czyli ciut szybciej, niż dziś). A jako połączenie tych kierunków będzie jeszcze trasa z Krakowa i Katowic do Trójmiasta.

      Przeczytaj też: To sen, czy jawa? Wi-fi w przedziale, gniazdko przy fotelu, wagon zabaw dla dzieci, bilet w smartfonie... Kolej po polsku. Ale nie ta, o której myślicie ;-)

      Jako InterCity Premium będzie teraz występowała część dotychczasowych połączeń InterCity. Np. z Warszawy do Wrocławia na początek pojadą zamiast "zwykłych InterCity" dwa pendolino o 6.20 i 13.20, a od wiosny ruszą kolejne dwa lub trzy. Ma być szybciej, wygodniej (więcej miejsca na nogi, gniazdko elektryczne przy każdym fotelu) i drożej - podstawowa cena to 150 zł na krótsze trasy i prawie 190 zł na dłuższe (ze Śląska nad morze). Jednak ok. 20 pierwszych biletów w każdym pociągu ma być po 49 zł, więc niedzielny start sprzedaży biletów zapowiadał się gorąco. Kto by nie chciał znaleźć się za 49 zł w takim cacku, nawet jeśli to cacko i tak nie będzie umiało jeździć po polskich torach szybciej, niż 150 km/h? ;-)

      pendolinow_wntrze

      Początkowo PKP zapowiedziały, że pierwszym dniem sprzedaży biletów będzie piątek. Potem przesunięto termin na noc z soboty na niedzielę, tłumacząc to obawą, że piątkowy szczyt zakupów biletów nałoży się na run klientów chętnych przejechać się tanio pendolino i system się "zapcha". Cała zabawa miała wystartować o godz. 1. w nocy. Ale już w sobotę pojawił się komunikat, że w kasach dworcowych start może się opóźnić na godz. 3. lub nawet bardziej, a w kanałach elektronicznych - czyli w biletomatach i na stronie internetowej intercity.pl będzie można kupować bilety od 5. rano. Jak wiecie jestem gotów dla Was na każde poświęcenie ;-)), więc nastawiłem sobie budzik w niedzielę na 5. rano, włączyłem komputer, a tu... komunikat o przerwie technicznej.

      i_ntercityGodzinę później - to samo. Kwadranse mijały, a system wciąż leżał i w chwili, gdy piszę te słowa (ok. 14.00 w niedzielę) - wciąż leży. I to nie z powodu nadmiernego zainteresowania pasażerów, lecz testowania nowego systemu sprzedaży biletów, uzależniającego ceny nie tylko od terminu zakupu, ale i od obłożenia pociągów. Systemu, który nie jest jakimś wielkim wynalazkiem, bo stosują go we wszystkich liniach lotniczych, czy np. w PolskimBusie. W PKP najwyraźniej wprowadzenie tej "nowinki" dla klientów "samoobsługowych" okazało się wyzwaniem tak trudnym, że aż niewykonalnym. 

      Intercity dla spóźnialskich, czyli... gdy nie lubisz kupować biletów wcześniej

      Na facebookowym profilu Intercity kolejarze strzelają sobie kolejne samobóje - nie odpowiadają na pytania kiedy ruszy sprzedaż internetowa, ale za to... pochwalili się, że w kasach dworcowych bilety można kupić bez problemu, a do rana sprzedali ich 3000 (z tego większość na pendolino). Mam jednak kilka sygnałów od czytelników, którym nie udało się kupić biletu ani w internecie, ani w kasie. Kasjerki mówiły, że system "się zawiesił". Wychodzi na to, że w PKP postanowili popełnić wizerunkowe samobójstwo i odpalili sprzedaż na nierównych zasadach (nie we wszystkich kasach w jednym momencie) i z pominięciem tego kanału sprzedazy, na którego rozwoju podobno najbardziej im zależy - internetowego. Każda "normalna" korporacja stara się najbardziej dopieścić klientów samoobsługowych, bo właśnie oni są najbardziej rentowni. Nie ogarniam jak to możliwe, że rozpoczęto sprzedaż w kasach, skoro zawiódł system internetowy. Można było zawczasu przesunąć start sprzedaży, skoro ów system nie był gotowy, albo przynajmniej nie robić z powodu przedsprzedaży biletów na pendolino tyle szumu. Jak się nie jest pewnym, czy nowy produkt zadziała, to startuje się z nim po cichu, a dopiero kilka dni później informuje, że już działa.

      Przetestowałem "weekendową biletomanię". Ryanair i PolskiBus w strachu?

      Internetowa katastrofa PKP jest kompletna, bo oprócz tego, że nie da się kupić biletów na pendolino, to nie da się też kupić przez internet jakichkolwiek biletów, oddać biletów wcześniej kupionych, podobno są też problemy z biletami w smartfonach (na stronach InterCity pojawił się komunikat, że będą sprawdzane w ramach awaryjnej procedury, czyli z kontrolą dokumentu tożsamości podróżnego). Prawdopodobnie po "postawieniu" sprzedaży internetowej tanich biletów na pendolino już nie będzie (chyba, że w PKP pójdą po rozum do głowy i zwiększą pulę tanich biletów z myślą o pokrzywdzonych klientach internetowych). I tym sposobem pendolino, które ma być przełomem w postrzeganiu kolei i które ma spowodować, że więcej osób zechce podróżować po kraju koleją, na razie jest kolejnym dowodem na to, że państwowe koleje w Polsce działają nadal "analogowo" - tak, jakby nie miały konkurencji i jakby jej klienci nie mieli żadnej alternatywy. Zresztą porównując ceny oferowane przez pendolino oraz czas podróży z ofertą linii lotniczych szybko możemy dojść do wniosku, że pendolino żadnej rewolucji w naszych zwyczajach nie przyniesie.

      intercity_ceny

      Nawet przy wczesnym zakupie biletu - już teraz idę na dworzec, stoję w kolejce po bilet na połowę grudnia i jakimś cudem trafiam bilet ze zniżką 30%, bo na ten za 49 zł zapewne szans już nie mam - podróż jednym z dwóch pociągów pendolino do Wrocławia kosztować będzie 105 zł. Bilet na jeden z dwóch lotów (rano lub wieczorem) Ryanair w tym samym terminie kosztuje dziś 39-81 zł (jeśli mam dużą torbę to dopłacę 71 zł za bagaż, z jedną niewielką torbą mogę podróżować bez dopłaty). Dojazd na lotnisko w Modlinie z Warszawy co prawda może kosztować i 100 zł (taksówką), ale działają też busy, w których ceny nie przekraczają kilkunastu złotych. Ergo: nawet mając spory bagaż mogę bez problemu dostać się do Wrocławia w trzy godziny samolotem Ryanaira za 130-170 zl. Pendolino zawiezie mnie w ciągu ponad 3,5 godziny za 100-150 zł 

      Przydałby się Ryanair na torach? Oni mają zadatki. Oto konkurencja Intercity

      A LOT? Bez dwóch zdań jest droższy - do wyboru mam jeden z czterech samolotów Eurolotu po 212 zł (i dwa jeszcze droższe). Ale... jeśli nie uda mi się kupić biletów na pendolino z rabatem (np. dlatego, że będzie wysokie obłożenie), to przy cenie superpociągu na poziomie 150 zł będzie mi się opłacało przesiąść na tańszy środek transportu (PolskiBus oferuje w tym terminie bilety w cenach od 10 zł do 35 zł, ale jedziemy 4,5-5 godzin), albo dołożyć te 50 zł i polecieć samolotem, co zajmie mniej więcej tyle samo czasu, co podróż pendolino. No bo policzmy: dojazd na lotnisko - 30 min, odprawa i transfer do samolotu - 45 min, sam lot i wyjście z samolotu - godzina, dojazd do centrum - 30 min. Podróż do Wrocławia samochodem potrwa tylko ciut dłużej i też będzie kosztowała ok. 160-200 zł (w zależności ile paliwa "żre" silnik" i jak dugo pojedziemy płatną autostradą).

      Cóż, prezesi PKP oraz dyrektorzy odpowiedzialni za "projekt pendolino" powinni chyba przypomnieć sobie złotą myśl ekscentrycznego prezesa Ryanaira: "powinniśmy się starać, by nie wk... klientów bez powodu". W PKP przez lata do perfekcji opanowali wk... klientów bez powodu i czynią w tej dziedzinie coraz to nowe odkrycia.  Klienci internetowi, których właśnie PKP postanowiły potraktować per noga, niestety potrafią liczyć. I niestety - o czym wiedzą doskonale np. menedżerowie w bankach internetowych - to właśnie ta grupa klientów jest najbardziej wymagająca jeśli chodzi o jakość obsługi oraz najbardziej wrażliwa na wszelkie wtopy. A nie trzeba wielkiej wrażliwości na jakość obsługi by zadać pytanie, czy firma, która nie potrafi w miarę sprawnie uruchomić procesu sprzedaży biletów na swoje pociągi, będzie w stanie uruchomić bez katastrofy start samych pociągów? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Internetowa katastrofa PKP. Chcesz biletu na pendolino - idź na dworzec. I licz na szczęście”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 listopada 2014 15:04
  • czwartek, 13 listopada 2014
    • Zamienili darmowe ubezpieczenie na płatne. Złamali przy tym własny regulamin! Jaka kara?

      Często opisuję w blogu sytuacje trudne, beznadziejne i nierozwiązywalne. A także takie, których sami rozwiązać nie zdołaliście, a ja mogę Wam pomóc - czy to wstawiając się za Wami w banku, czy też po prostu zawstydzając finansistów opublikowaniem historii. Zdarza się, że kiedy wprowadzi się bankowców w stan zawstydzenia, łatwiej przekonać ich do rozsądnych rozwiązań. Czasem - odnoszę wrażenie, że coraz częściej - w dyskusjach z bankami doskonale radzicie sobie sami. A blog "Subiektywnie o finansach" traktujecie tylko jako inspirację oraz dowodem na to, że zdeterminowany i mający za sobą mocne argumenty klient w sporze z bankiem nie jest na z góry straconej pozycji. Zdarzają się sytuacje, w których bank musi zapłacić klientowi za swój błąd całkiem spore pieniądze, np. 20.000 zł. Dziś taka właśnie historia klienta, który poczuł się zrobiony przez bank w trąbę, w dość klasyczny zresztą sposób, ale się nie poddał. A jego konsekwencja i cierpliwość zostały nagrodzone. Jak? Posłuchajcie:

      "Zachęcony Pana blogiem postanowiłem powalczyć z moim bankiem o niezasadne opłaty za kartę kredytową. Od maja 2014 r., w tabeli opłat pojawiła się pozycja "opłata za ubezpieczenie na życie". Jak mi wyjaśniono przez telefon, ubezpieczenie takie zawsze było przypięte do karty, lecz wcześniej było za darmo. A teraz bank "ujednolicił tabele opłat". Dla mnie jednak takie postępowanie było jednoznaczne z wprowadzeniem nowej opłaty"

      - napisał do mnie pan Janusz, klient Raiffeisena. Kiedy przez telefon zgłosił nieśmiały protest, wyjaśniono mu, że składając wniosek o kartę w 2010 r. zgodził się na objęcie ubezpieczeniem. Pan Janusz poprosił bankowców o przedstawienie dowodu, czyli podpisanego przez niego dokumentu, z którego wynikałoby, że zgodził się na płacenie za polisę na życie przywiązaną do karty. W banku postanowili spławić upierdliwca, więc poinformowali mojego czytelnika, że odnalezienie tych papierów w archiwum będzie kosztowało 90 zł. A więc sporo w relacji do sumy opłat, które bank pobrał z tytułu ubezpieczenia (a było to 0,18% opłaty od salda zadłużenia). Pan Janusz chwilowo oddalił się jak niepyszny, ale oddalił się tylko na chwilę. Kiedy ochłonął, złożył już nie reklamację telefoniczną, ale formalną, na piśmie. W reklamacji mój czytelnik napisał, że jeżeli nawet zgodził się na ubezpieczenie, to na darmowe, a nie płatne.

      Czytaj: Bank nie odpowiedział klientce na reklamację w sprawie 6 gr. Zemsta była straszna

      Podziwiaj: Zemsta jest słodka, czyli klient przez 10 lat szkodził bankowi.

      Bierz przykład: Krwawa jatka o 43 zł. Klient wygrał, a bank targował się nawet o... 4,08 zł

      A poza tym - co też podkreślił klient - w tzw. międzyczasie bank  zmienił nie tylko zasady ubezpieczenia z darmowego na płatne, ale i dostawcę tej usługi, czyli firmę ubezpieczeniową. A na taką zmianę też zgody klienta nie było. Pan Janusz podkreślił też, że określenie "ujednolicenie opłat" jest mylące. Jeśli nie było opłat i nagle się pojawiły, to nie ma żadnego "ujednolicenia", tylko jest wprowadzenie prowizji. Bank nie wykazał większego zrozumienia dla argumentów klienta i grzecznie mu wytłumaczył - a trzeba przyznać, że w tym zakresie klient został potraktowany poważnie, bo odpowiedź przyszła szybko i na temat - że po "przeprowadzeniu szczegółowego postępowania wyjaśniającego" i "dokładnym zbadaniu wszystkich okoliczności przedmiotowej sprawy" wyszło mu, że pobieranie nowej opłaty, wprowadzonej od kwietnia tego roku, jest uzasadnione.

      "Zgodnie z (i tu paragraf z umowy) posiadacz wyraża zgodę, by ochrona z tytułu ubezpieczenia na życie trwała przez cały okres obowiązywania umowy i oświadcza, że nie cofnie swojej zgody na objęcie ubezpieczeniem (...) We wniosku o kartę kredytową wyraził Pan zgodę na objęcie ubezpieczeniem na życie i nie ma możliwości wycofania powyższej zgody"

      Klient został spuszczony na drzewo już drugi raz i pewnie większości klientów by to wystarczyło, ażeby dojść do wniosku, że nie ma co się kopać z koniem, tylko trzeba płacić. Ale pan Janusz pokazał, że ma wielkie, żelazne cojones.  Po otrzymaniu rzeczowej odpowiedzi banku wziął do ręki regulamin kart kredytowych, obowiązujący w tejże zacnej instytucji i przeczytał go dokładnie, od deski do deski. Ponad 80 paragrafów, prawie 20 stron litego tekstu. Mógł nam pan Janusz wykitować od czytania tych nudziarstw, mógł zanudzić się na śmierć lub też nic nie zrozumieć, bo przecież regulaminy nie są pisane dla normalnych ludzi, tylko dla prawników. Żadna z tych okoliczności nie zaszła. Zamiast tego pan Janusz znalazł w regulaminie następujący zapis:

      "Ubezpieczeniami bez dodatkowych opłat jest objęty każdy Posiadacz, chyba że złoży oświadczanie, że nie wyraża zgody na objęcie ochroną ubezpieczeniową. Ubezpieczeniem odpłatnym objęty jest jedynie ten Posiadacz, który złożył deklarację przystąpienia do ubezpieczenia i wyraził zgodę na pobieranie opłaty na pokrycie kosztów ubezpieczenia".

      Wynika z tego, że wymagana jest zgoda klienta na obciążanie rachunku wszelkimi opłatami z tytułu ubezpieczenia. A klient był przekonany, że zgody na płatne ubezpieczenie nie wyrażał! Napisał się do banku jeszcze jedno pismo, powołując się na wszystkie poprzednie argumenty oraz na ów fragment regulaminu. Ponownie poprosił o ujawnienie przez bank dokumentu, z którego by wynikało, że nasz czytelnik zaakceptował koncepcję, iżby miał płacić za ubezpieczenie. Pan Janusz poprosił też o zamknięcie umowy karty, bo niezależnie od wszystkiego nie chciał mieć plastiku obciążanego ekstra-opłatami z tytułu ubezpieczeń. Karta to karta i powinna służyć do płacenia, a nie do ubezpieczania na życie. Bank odpisał znów krótko i na temat, lecz w zupełnie innym tonie:

      "W odpowiedzi na złożoną przez Pana reklamację uprzejmie informujemy, że Bank uznał Pana reklamację za zasadną. Mając na uwadze zaistniałą sytuację zawiadamiamy, iż decyzją Banku wskazany rachunek karty kredytowej został zamknięty bez pobierania dodatkowych opłat".

      Ha! I co? Opłaciło się powalczyć? Pan Janusz dokonał rzeczy wielkiej - rozłożył swoją argumentacją na czynniki pierwsze machinę bankowej biurokracji. Trzeba przyznać, że bank w końcu zachował się bardzo ładnie, bo nie szedł w zaparte, tylko przyznał pisemnie, że się zagalopował. Pytanie brzmi: czy poza uznaniem racji tego konkretnego klienta zmieniła się również praktyka dotycząca wszystkich klientów, tzn. czy bank przestał pobierać od klientów wprowadzoną w kwietniu składkę na ubezpieczenie. Nie omieszkam o tym napisać w blogu. Ale w tym wpisie chodzi mi przede wszystkim o godną pochwały postawę pana Janusza. Klient wskazał dokładnie punkt regulaminu, który obliguje bank do uzyskania zgody klienta na ewentualną zamianę bezpłatnego ubezpieczenia na płatne. Pamiętajcie: kiedy bank mówi Wam, że nie macie racji, zanim w to uwierzycie, przeczytajcie umowę i regulamin dotyczący spornej usługi. To może być klucz do zwycięstwa.

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZNÓW W "DZIEŃ DOBRY TVN". Niedawno w telewizji śniadaniowej TVN mówiono o ratach zero procent, a ściślej - o tym, że raty zero procent często są jak Yeti, czyli wielu o nich słyszało, a nikt nie widział na własne oczy. Ponieważ temat ten wielokrotnie pojawiał się w blogu "Subiektywnie o finansach", miałem okazję powiedzieć kilka słów o najważniejszych trikach sprzedawców. Obejrzyjcie ;-)

      ddtvnratyzero

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-)

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Zamienili darmowe ubezpieczenie na płatne. Złamali przy tym własny regulamin! Jaka kara?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 listopada 2014 23:53

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line