Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 lipca 2015
    • Najmłodsi klienci ex-Nordei wściekli. "PKO kroi nas horrendalną prowizją!". Przez pomyłkę?

      Bycie klientem przejmowanego banku to nic fajnego. Traktują cię jak worek kartofli i jesteś pierwszy w kolejce do podwyżek prowizji. Przekonują się o tym choćby klienci Meritum Banku, którzy przez lata korzystali z oferty kont "za zero", a jak tylko dobrał się do nich Alior Bank, to podstawowy ROR, czyli bezpłatne bezwarunkowo "Proste Konto Osobiste", zaczęło straszyć opłatą za kartę - 8 zł plus dodatkowe 6 zł jeśli ktoś niewystarczająco często używa plastiku. Stare konta Credit Agticole w zeszłym roku podrożały nawet do 17 zł miesięcznie. Czasem "stary" klient jest tak kłopotliwy do banku, że w sprawie prowizji są na jego temat aż trzy prawdy. A najbardziej takie "prezenty" banku lubią rozdawać przed świętami. Podwyżki taryf w przejmowanych bankach to duża niedogodność dla klientów, ale nie jedyna, inną jest wycinanie w pień "ich" produktów. Rachunki oferowane przez przejmowane banki są z reguły likwidowane, a rachunek wycofany z oferty to z definicji gorsza odmiana rachunku. Jeśli bank chce podwyższyć prowizje, to zaczyna właśnie od takich kont. Dziś napiszę o pewnej praktyce stosowanej przez bank PKO BP w stosunku do klientów przejętego banku Nordea. Sprawa może jest mała, ale ciekawa, bo dotyczy większej liczby osób.

      Przedmiotem zamieszania jest "PKO Konto Pierwsze" - rachunek oferowany młodzieży od 13 do 18 roku życia. Bezpłatne całkowicie, więc miłe dla oka i nie tylko. Ale nie wszystkich młodzieńców i panny PKO BP chce traktować jednakowo. Sporą ich część "kroi", odciągając miesięcznie 9,9 zł za kartę debetową do tego konta. Kogo tak kroi? Ano dotychczasowych posiadaczy kont dla młodzieży w Nordei. Też do tej pory bezpłatnych. Napisał do mnie jeden z byłych klientów Nordea Banku, ojciec dzieciom, korzystający do tej pory z karesów oferowanych przez młodzieżowe konto skandynawskiego banku.

      "Wraz z całą rodziną stałem się klientem PKO BP, choć wcale tego nie chciałem. Przed laty toczyłem boje z tym bankiem, obiecując sobie, że już nigdy do niego nie wrócę. Teraz mnie wcielono siłą... A także mojego młodszego syna. Jakież było jego i moje zdziwienie, gdy w maju wyczytał w miesięcznym rozliczeniu, że pobrali mu 9,9 zł. Jak dostaje stówę kieszonkowego, to bank podpierdzielił mu 10%! Gdy zapytałem w oddziale o co chodzi, to wytłumaczono mi, że konta były przenoszone z automatu i teraz takie konto, które kiedyś było młodzieżowym, bezpłatnym bezwarunkowo, stało się kontem bezpłatnym tylko wówczas, gdy w ciągu miesiąca przeprowadzi się na nim operacje za minimum 300 zł".

      Oczywiście: można ten defekt ominąć np. przelewami w tę i wewtę - od ojca do syna i na odwrót. Tylko po co? Niewielu młodych klientów banku wykonuje operacje finansowe w wysokości przekraczającej 300 zł miesięcznie, więc do kombinowania zmuszonych będzie większość nieletnich klientów byłej Nordei. Zwłaszcza tych, którzy traktują konto jako "świnkę-skarbonkę", by pieniądze wypłacane przez "starych" w ramach kieszonkowego się nie rozchodziły. Żeby było śmieszniej, ten sam bank - PKO BP - promuje naukę oszczędności pod hasłem "Dziś oszczędzasz w SKO, jutro w PKO". W stosunku do klientów byłej Nordei przybrała ona dość karykaturalną formę. Wiadomo, że każdy bank chce zarabiać. Ale żeby chcieć zarabiać na najmłodszych i to w niesprawiedliwej formule, bo przecież młodzież "rdzennie PKO-wska" nie płaci 9,9 zł miesięcznie za nie wykonywanie żadnych operacji. A wystarczyło wziąć pod uwagę numer PESEL... Zapytałem w banku PKO BP co im strzeliło do głowy. Okazało się - jak to zwykle bywa - że do głowy strzelił im excel, bezmyślny automat.

      "W exNordea "Konto Ulubione" – bo o takie chodzi, wnosząc z opisu, który otrzymaliśmy – miało różne parametry w zależności od tego czy należało do osoby dorosłej czy dziecka. W systemie PKO nie stosujemy takiego rozwiązania – konta dla dzieci, młodzieży, osób dorosłych są oddzielnymi produktami. W procesie integracji nie było możliwości automatycznej konwersji "Konta Ulubionego dla dzieci" na "PKO Konto Pierwsze". Klient może natomiast zlecić bezpłatne przekształcenie tego konta np. na "PKO Konto Pierwsze" Jeśli oddział tego nie zaproponował przy okazji wizyty klienta – bardzo przepraszamy".

      Jak wygląda PKO Konto Pierwsze? Prowadzenie – 0 zł, przelewy internetowe - 0 zł, karta debetowa - 0 zł lub 3,9 zł (darmoszka włącza się przy wykonaniu co najmniej dwóch transakcji bezgotówkowych). Dobra wiadomość jest taka, że opiekunowie nieletnich posiadaczy "Konta Ulubionego" w Nordei mogą poprosić o przekształcenie konta, które PKO BP im automatycznie przyporządkował w "PKO Konto Pierwsze". Zła wiadomość jest taka, że PKO BP nie wpadł na pomysł, żeby wykorzystać tę rubrykę w excelu zbierającym dane klientów Nordei, w której jest wpisany PESEL każdego klienta. Skończyło się tak, że przejmowany klient traktowany jest jak worek kartofli i musi prosić o to, żeby ewentualnie mógł nadal być traktowany tak, jak do tej pory? Bank przejmujący powinien zadbać o to bez proszenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Najmłodsi klienci ex-Nordei wściekli. "PKO kroi nas horrendalną prowizją!". Przez pomyłkę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 lipca 2015 09:14
  • środa, 29 lipca 2015
    • Ryzyko niepowetowanej szkody, czyli klient wygrał w sądzie proces o milion i... nic!

      Sytuacje, w których klient jest zmuszony walczyć w sądzie o wypłatę pieniędzy z polisy ubezpieczeniowej - lub o zwrot składek w przypadku, gdy polisa okazała się "niby-polisą" - są bolesne, jak każde starcie szarego konsumenta z potężną instytucją, mającą za sobą zespoły najlepszych prawników. Uważam, że do takich pojedynków nie powinno dochodzić, a spory powinny być rozstrzygane polubownie, bo wtedy taki spór mniej przypomina starcie Dawida z Goliatem. Ale już absolutnym skandalem jest sytuacja, w której klient wynajmuje prawnika, składa w sądzie pozew, wygrywa sprawę i mając w ręku prawomocny wyrok nie jest w stanie wyegzekwować swoich pieniędzy. Opisywałem już jeden taki przypadek, w którym klienci Banku Millennium w dwóch instancjach wygrali proces o zwrot ubezpieczenia niskiego wkładu własnego do kredytu hipotecznego, a bank i tak odmówił im wypłaty pieniędzy. Przekazał je na rachunek kredytu twierdząc, że... zalicza ją na poczet kolejnej składki tego samego, zakwestionowanego już skutecznie przez sąd, ubezpieczenia.

      Dziś kolejny bulwersujący przypadek klienta, który wygrał z ubezpieczycielem i mając w ręku prawomocny wyrok sądu wciąż musi się szarpać o zwrot pieniędzy. I to nie byle jakich, bo rzecz idzie o milion złotych. W blogu "Subiektywnie o finansach" opisywałem już tę sprawę m.in.wiosną 2014 r., ale wtedy była jeszcze daleko od ostatecznych rozstrzygnięć. Zaczęło się od ogromnej tragedii rodzinnej. Córka mojego czytelnika popełniła samobójstwo, przekazując spadkobiercom automatycznie w spadku ogromne zadłużenie z tytułu kredytu we frankach - mniej więcej milion złotych. Ponieważ do kredytu było dołączone ubezpieczenie na życie (z cesją praw na bank) mój czytelnik poprosił bank, by ten ściągnął należność kredytową z ubezpieczyciela. Dostawcą polisy na życie była renomowana firma Benefia, należąca dziś do grupy Compensa, której z kolei właścicielem jest austriacki holding ubezpieczeniowy Vienna Insurance Group.

      Bank nie miał najmniejszej ochoty iść na udry z zaprzyjaźnionym ubezpieczycielem, więc mój czytelnik musiał przeprowadzić sądową batalię, by bank chciał w ogóle przekazać mu prawa do polisy. Kiedy po dwóch latach się to wreszcie udało, pojawił się kolejny problem - Benefia odmówiła wypłaty, powołując się na wyłączenia odpowiedzialności zawarte w OWU oraz wynikające z przepisów. Jakie? Prawnicy ubezpieczyciela powołali się na kilka przepisów, w tym na art. 815 Kodeksu cywilnego (mówi, że ubezpieczony ma obowiązek podać prawdziwe informacje we wniosku o ubezpieczenie) w związku z art. 834 Kodeksu cywilnego, który z kolei mówi, że towarzystwo może wyłączyć swoją odpowiedzialność, gdy przy zawieraniu umowy klient podał nieprawdziwe dane, a od wypadku ubezpieczeniowego nie upłynęły trzy lata (córka mojego czytelnika zmarła w trzecim roku obowiązywania umowy). Standardowy okres wyłączenia odpowiedzialności ubezpieczyciela w przypadku samobójstwa wynosi dwa lata.

      Benefia przypomniała też przepis z Ogólnych Warunków tego ubezpieczenia, z którego wynika, że można odmówić wypłaty odszkodowania uposażonej osobie w sytuacji, gdy śmierć osoby ubezpieczonej nastąpiła w wyniku "chorób zdiagnozowanych i leczonych" lub "zdarzeń zaistniałych przed dniem rozpoczęcia ochrony ubezpieczeniowej". Ankieta zdrowotna, którą wypełniła córka mojego czytelnika przy przystępowaniu do ubezpieczenia, zawierała pięć pytań. Wśród nich takie: „czy stosuje Pani środki psychotropowe, uspakajające, nasenne, pobudzające i czy jest Pani od nich uzależniona?". Odpowiedź ubezpieczonej klientki brzmiała: "nie", bo pytanie było wyjątkowo podchwytliwe, niejednoznaczne i mające na celu zmniejszyć ryzyko, że firma ubezpieczeniowa będzie kiedykolwiek musiała zapłacić jakiekolwiek odszkodowanie. Jak byście odpowiedzieli na pytanie o stosowanie środków nasennych, uspokajających, albo pobudzających? Ja np. od czasu do czasu popijam Red Bulla albo kawę. A to środki pobudzające.

      Gdy Benefia odmówiła wypłaty, mój czytelnik złożył pozew w sądzie. A ponieważ to człowiek nie w ciemię bity, to zabezpieczył się opiniami prawnymi kilku łabskich prawników od ubezpieczeń, w tym prof. Jerzego Hadschke, guru w tej branży, zmarłego w zeszłym roku. Wszystkie były dla niego korzystne, sprowadzając się do konkluzji, że w tej konkretnej sytuacji w przypadku samobójstwa klienta ubezpieczyciel może się uchylić od odpowiedzialności tylko w pierwszych dwóch latach od podpisania polisy. A córka mojego czytelnika zmarła po upływie tego okresu (w trzecim roku trwania polisy). Ponad rok temu sąd pierwszej instancji uznał jednak, że to ubezpieczyciel ma rację i oddalił żądanie zapłaty odszkodowania. Mój czytelnik postanowił walczyć dalej. Wysupłał kolejne 50.000 zł na wpis sądowy i złożył apelację. Kilka tygodni temu jego cierpliwość i upór zostały nagrodzone - w drugiej instancji sąd uznał, że ubezpieczyciel powinien wypłacić pieniądze z polisy na życie (dokładnie 971.000 zł plus odsetki), a więc mój czytelnik powinien zostać "uwolniony" od długu hipotecznego. Zwycięstwo? Nie do końca, bowiem gdy bohater niniejszej historii zwrócił się o wypłatę pieniędzy, otrzymał od prawników Compensy pismo, z którego wynika, że... nic nie dostanie, przynajmniej na razie.

      Powód? Ubezpieczyciel rozważa złożenie w Sądzie Najwyższym kasacji, a ze względu na dużą kwotę zasądzonego świadczenia i fakt, że są to pieniądze przeznaczone na spłatę zadłużenia wobec banku - firma wskazała na ryzyko „niepowetowanej szkody”. A jakiej? Gdyby wyrok został ostatecznie uchylony lub zmieniony na korzyść ubezpieczyciela, firma obawia się, że nie będzie w stanie odzyskać tego miliona od mojego czytelnika. Sprytne. Powołując się na taką argumentację można uchylić się od wykonania każdego prawomocnego wyroku sądowego. Wystarczy wskazać, że klient jest biedny - choć przecież mojego czytelnika było stać na "zainwestowanie" w sprawę 100.000 zł (wpis sądowy w dwóch instancjach) oraz opłacenie prawników oraz ekspertyz autorytetów ubezpieczeniowych - i że nie będzie go stać na zwrot tego, co miałby otrzymać po wygranej w sądzie.

      Bardzo mi się nie podoba ta zagrywka firmy ubezpieczeniowej - jeśli przegrała prawomocnie sprawę z konsumentem, to jej obowiązkiem jest wykonać prawomocny wyrok, przynajmniej dopóki nie uzyskała w Sądzie Najwyższym klauzuli wstrzymującej wykonalność tego wyroku (taki manewr wykonali np. prawnicy mBanku w słynnej sprawie z "Nabitymi"). A nie ma żadnego powodu, by taką klauzulę sąd ubezpieczycielowi przyznał. Po drugie firma ubezpieczeniowa nie ma żadnych dowodów na ograniczoną wypłacalność spadkobiercy swojej klientki. Po trzecie klient znów jest w takiej sytuacji pokrzywdzony, bo musi iść do sądu po klauzulę wykonalności i czekać na to, aż komornik zajmie rachunki ubezpieczyciela. Po czwarte tak naprawdę sprawa dotyczy umowy ubezpieczenia, w której uposażonym jest bank. A klient działał jedynie w jego imieniu (bank umył ręce i nie chciał walczyć w sądzie z ubezpieczycielem). W ostateczności więc - gdyby mój czytelnik okazał się niewypłacalny - ubezpieczyciel może dochodzić pieniędzy od banku.

      Wiem, że w sprawie wykonania wyroku toczą się między klientem, a firmą ubezpieczeniową negocjacje, mam nadzieję, że zakończą się one jedynie słusznym wnioskiem i mój czytelnik nie będzie musiał prosić komornika o zablokowanie kont dużej, bądź co bądź firmy. Z bankiem też mój czytelnik się lekko poprztykał, bo nie dość, że wykonał zań całą "mokrą robotę", czyli wygrał proces o ubezpieczenie, dzięki któremu kredyt zostanie błyskawicznie spłacony, to jeszcze bankowcy odmówili pokrycia choćby części kosztów batalii prawnej, którą skutecznie stoczył klient. Na szczęście przynajmniej w tym wątku idzie ku dobremu, bo mBank ostatecznie zgodził się partycypować w kosztach (opłaci premie prawników wynajętych przez mojego czytelnika). Czy to naprawdę musi tak wyglądać? Najpierw klient musi walczyć o wykorzystanie polisy, bo nie chce tego zrobić ten, kto powinien (bank), potem - jak już udaje mu się osiągnąć sukces - to okazuje się, że ubezpieczyciel sabotuje prawomocny wyrok. To jest jakiś martix.

      PIĘĆ RZECZY, KTÓRE POWINIENEŚ ZROBIĆ PRZED URLOPEM. Zapraszam Was do obejrzenia kolejnego wideofelietonu z cyklu "Samcik prześwietla". Dziś  o pięciu rzeczach, o których na pewno zapomniałeś przed urlopem. Nie, nie chodzi mi o zostawianie czajnika na gazie, ani włączonego telewizora ;-). Zapraszam do oglądania!

      W innych klipach z tego cyklu sprawdzam jak najlepiej lokować pieniądze w banku, żeby zarobić...

      ... czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy wynajmować...

      ... oraz jak zabrać się do inwestowania pieniędzy nie tylko w banku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (30) Pokaż komentarze do wpisu „Ryzyko niepowetowanej szkody, czyli klient wygrał w sądzie proces o milion i... nic!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2015 23:52
    • LOT nie odleciał, klient został na lodzie, a w infolinii "zapomnieli" zaproponować przesiadki

      Mamy środek sezonu urlopowego, więc wszyscy gdzieś jadą lub latają. Ale czasem nie mogą polecieć, mimo że kupili bilet z dużym wyprzedzeniem, bo siatka połączeń się zmieniła. Zapewne właśnie z powodu kolejowa spółka PKP Intercity nie sprzedaje biletów wcześniej, niż na miesiąc przed odjazdem. Po co mieliby potem tłumaczyć się nedoszłym pasażerom ze skasowanych połączeń? W lniach lotniczych jest inaczej - tu przedsprzedaż kwitnie z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, a jeśli lot zostanie wycofany, to przewoźnik ma obowiązek zagwarantować klientowi najlepszy możliwy zamiennik. No i właśnie z jakością tego zamiennika bywają kłopoty. Napisał do mnie pan Mariusz, obieżyświat, który z niejednego lotniczego pieca chleb jadał. Pan Mariusz twierdzi, że pod górkę zrobił mu LOT, nasz krajowy przewoźnik, który z początkiem czerwca ogłosił, że od 1 lipca nie będzie latał do niektórych miast. Powód: działania restrukturyzacyjne narzucane przez Komisję Europejską (a więc "siła wyższa").

      "Stałem się jednym z pasażerów, który e-mailem został poinformowany, że mój lot się nie odbędzie. Po kontakcie z infolinią (czas oczekiwania: 1,5 h) otrzymałem informację, że mogę zmienić termin wylotu na czerwcowy (wtedy samoloty jeszcze będą kursowały) lub otrzymać zwrot kosztów biletu. Pracownik infolinii ani słowa nie zająknął się o przysługującym mi prawie do przebukowania biletu. Po mojej uwadze, że mam takie prawo stwierdził, iż nie ma takiej procedury. Odesłano mnie do innego pracownika, od którego usłyszałem tę samą śpiewkę. Proszę zatem Pana o kontakt z przedstawicielem naszego narodowego przewoźnika i wyjaśnienie czy celowo wprowadza w błąd klientów"

      - pisze pan Mariusz. I nawet podrzuca gotowe pytania: Dlaczego LOT, kierując sie wytycznymi UE w sprawie restrukturyzacji, nie przestrzega prawa w postaci rozporządzenia 261/2004 Parlamentu Europejskiego? Dlaczego pracownicy infolinii nie informują pasażerów o takiej możliwości? Dlaczego nie wdrożono możliwości przebukowania biletów na połączenia innych przewoźników? Dlaczego nikt nie zajmuje się już pasażerami, którzy zostali pozostawieni na lodzie? Pytania pana Mariusza są słuszne, a jest to człowiek światły, którego pasją są podróże i lotnictwo. Jest osobą doskonale zorientowaną w swoich prawach i możliwościach rozwiązania problemu pt. "skasowanie połączenia". Jednak nawet jemu w kontaktach z pracownikami infolinii LOT brakuje już cierpliwości.

      Czytaj też: W którym banku przeżyjesz największy odlot? Porównuję!

      Czytaj też: LOT chce być jak Ryanair. Wprowadza bilety tańsze o 30%!

      Działanie przewoźnika mój czytelnik interpretuje tak: inkasujemy kasę od pasażerów, obracając nią np. przez sześć miesięcy, po czym zostawiamy ich na lodzie twierdząc, że przecież możemy oddać tę kasę, która wystarczy na jedną dziesiątą biletu na inną linię (bo w ostatniej chwili bilety są wielokrotnie droższe). Zapytałem LOT o to dlaczego nie zaproponowano klientowi przebukowania lotu, a jedynie zwrot kosztów lub zmianę terminu lotu na wcześniejszy - a więc dwa rozwiązania na których klient byłby stratny. Odpowiedź była wykrętna:

      "Jest nam bardzo przykro, że dostępne rejsy alternatywne nie odpowiadają pasażerowi. Jednocześnie trudno nam się odnieść do konkretnego przypadku, ponieważ podróżujący nie podaje swoich danych, destynacji czy nawet daty planowanego rejsu. Chcemy zapewnić, że postępujemy zgodnie z obowiązującym prawem. Każdemu pasażerowi oferujemy aktualne, dostępne w danym momencie możliwie najlepsze rejsy alternatywne. Te propozycje podyktowane są jednak dostępnością miejsc w samolotach innych przewoźników jak również możliwościami taryfy, w jakiej pasażer miał wykupiony bilet"

      - napisał mi przedstawiciel LOT-u. Sęk w tym, że mój czytelnik nie czyni fochów dlatego, że nie dostał wystarczająco dobrej oferty lotu alternatywnego. On dymi dlatego, że nie dostał żadnej - tylko opcję zwrotu biletu. I pewność, że za otrzymaną kwotę w ostatniej chwili nie kupi już biletu na dany termin. Albo mój czytelnik miał wyjątkowego pecha - i to dwa razy, bo niepełną informację otrzymał od dwóch osób w LOT - albo co innego pisze mi linia lotnicza, a co innego dzieje się na infolinii. Czy pracownicy mieli wytyczne, żeby w miarę możliwości nie uświadamiać klientów na temat najkorzystniejszego dla nich, a jednocześnie najbardziej kosztownego dla linii lotniczej rozwiązania? To byłoby bardzo, bardzo nie fair. W ten sposób można zwiększyć krótkoterminowe zyski, ale w dłuższym terminie nie ma co myśleć o utrzymaniu klientów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „LOT nie odleciał, klient został na lodzie, a w infolinii "zapomnieli" zaproponować przesiadki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2015 09:04
  • wtorek, 28 lipca 2015
    • Ukraińscy alchemicy finansów i 18% miesięcznie do wzięcia. Ktoś podkłada im kłody pod nogi

      Tak obiecującej korporacji finansowej nie było w Polsce od czasów Amber Gold. Przyglądam się tym ancymonom od dłuższego czasu i zasadzam się, żeby coś napisać, bo trzymanie Was w nieświadomości traconych szans na zarobek potwornie mnie męczy.  Trzy miesiące temu weszła do Polski firma Helix Capital Investment, której jedyną misją jest "rozwój małych i średnich przedsiębiorstw w krajach UE i wschodniej Europy". Swoją cegiełkę może dołożyć każdy, a przy tym - nieźle zarobić. Firma przeznaczy bowiem uzyskane od chętnych inwestorów pieniądze na tak przyszłościowe i dochodowe przedsięwzięcia, które pozwolą jej wypłacać gwarantowane dywidendy. Np. w ramach "pakietu inwestycyjnego" Helix Light można włożyć od 50 dol. (nie więcej, niż 199 dol.) i w zamian co miesiąc otrzymywać 18% ulokowanej kwoty. W pakietach Medium, czy Large, wymagających większej inwestycji, dochód jest jeszcze bardziej obiecujący - od 19% do 21% miesięcznie. Nie wierzycie? To obejrzyjcie i się przebudźcie: 

      O ile jednak Amber Gold było nędzną manufakturą, skleconą przez Marcina P., drobnego rzezimieszka, o tyle Helix Capital Investment... Nooo, tu nie ma żartów. Firma co prawda nie ma stuletniej historii (zaczęła działać w 2014 r.), ale za to ma siedzibę w Londynie oraz biuro główne na Ukrainie. Nie, nie w Kijowie, tylko w miejscowości Chmielnicki. Pewnie dlatego, że tam są tańsze biura, a ludzie od wielkich pieniędzy nie lubią przepłacać jak jakieś-tam Kulczyki ;-). Kilka tygodni temu korporacja powołała do życia polskie biuro w Kielcach. Firma pisze na swojej stronie internetowej, że..

      "z sukcesami rozwija się na terenie Ukrainy, Rosji, Białorusi, Polski, Włoch, Rumuni, Grecji, wchodzi na rynki Kazachstanu, Chin i RPA. Oprócz tego już niedługo firma otworzy swoje biura na terenie innych krajów, takich jak Gruzja, Armenia, Estonia, Macedonia i Cypr".

      Szczególnie ten Cypr jako kierunek inwestycyjny wydaje się interesujący, ale na razie zamiast Cypru są Kielce. Od czegoś, do cholery, trzeba zacząć. Szczerze pisząc pierwsze udane inwestycje Helix ma już za sobą - na Ukrainie. Spa, centrum zabaw dla dzieci, a poza tym biuro podróży, biuro pośrednictwa pracy, czy firma nieruchomościowa. Holding pełną gębą, nie jakaś-tam linia lotnicza z samolotami w leasingu. Mam dla Was ekskluzywną relację z niezwykle reprezentacyjnej kieleckiej siedziby, która być może nie odpowiada aspiracjom korporacji, ale jest dobrym początkiem. Zresztą, niedawno przedstawiciele korporacji odbyli spektakularny tour po Polsce, a na trasie znalazły się tak znane, przepełnione inwestorami centra finansowe, jak Kielce, Starachowice, Konin, czy Koszalin. No dobra, był też Wrocław :-). 

       

      Nareszcie jakaś poważna propozycja dla inwestorów spragnionych zysków, jak kania dżdżu, którym krajowi nieudacznicy proponują jakieś rzekomo bezpieczne depozyty bankowe, albo jakieś nędznej jakości fundusze inwestycyjne, które niczego nie gwarantują poza tym, że "się postarają". A cieniasy z funduszy private equity i venture capital, którym wychodzi co dziesiąta inwestycja? Phi! Tu wreszcie poważni ludzie ze Wschodu wykładają kawę na ławę - pożyczamy im pieniądze i w zamian dostajemy dywidendy od zysków, które zapewne wykręcą.

      "Usługi oferowane przez firmę są wykonywane w globalnym rozmiarze, dzięki czemu konkurencyjność oferty stale jest na wysokim poziomie. Zarząd stara się nie przerwanie ulepszać swoje techniki inwestowania i podwyższać poziom obsługi personelu w już istniejących przedsiębiorstwach. Jakość usług – dla firmy jest to obowiązek przed partnerami. Tak właśnie wygląda filozofia budowania biznesu przez 11 tysięcy profesjonalistów Helix Group – filozofia, która leży u podstaw naszego sukcesu".

      Jak w każdej poważnej firmie inwestycyjnej jest też program budowania sieci współpracowników. Za inwestycje osobiście zaproszonych inwestorów można dostać 5% prowizji, a od trzeciej do ósmej linii - 1% od łącznego zaangażowania finansowego wprowadzonych do biznesu ludzi. Godnie. W prezentacji pojawia się kwota 2 mln dolarów, które można wypracować zapraszając tylko trzy osoby, z których każda zaprosi kolejne trzy osoby, z których każda... No co się tak wybałuszacie, to zwykły program lojalnościowy. Piramida? Piramidy to macie w Egipcie. Aha, a jak się dobrze sprawicie, to będziecie Izumrudowym prezydentem i dostaniecie 500.000 premii. W dolarach.

      Czytaj: Kolejna "firma inwestycyjna" zdemaskowana. Właścicielem podejrzana postać

      Obejrzyj: Złota szóstka pani Joli, czyli bez wysiłku zarobisz milion na dobra czynieniu

      Zdziw się: Matryca konsumencka Paytrade, czyli piramida z... polis

      Wniknij: Zeekrewards pochłonął w Polsce 6000 ofiar. Teraz rządzi Bannersbroker

      Zassij: Piramidalne tajemnice wspólnoty Lyoness

      Odkryj: Dziwny pomysł na sprzedawanie złotych sztabek. Skojarzenia z Amber Gold

      Wiecie co mnie najbardziej wkurza? Że to finansowe perpetum mobile, inwestycyjne eldorado, oazę sukcesu i szansę finansowego wsparcia dla naszej części Europy, ktoś chce zaprzepaścić. I odebrać nam szansę na zyski z dywidend pewnych jak w banku, gwarantowanych przez ukraińskich menedżerów z najwyższej półki. Komisja Nadzoru Finansowego wpisała właśnie Helix Capital Investment na listę ostrzeżeń publicznych. Pewnie z czystej zazdrości. Też by chcieli tak zarabiać. Zobaczcie historię sukcesu, który został Wam odebrany:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Ukraińscy alchemicy finansów i 18% miesięcznie do wzięcia. Ktoś podkłada im kłody pod nogi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lipca 2015 08:31
  • poniedziałek, 27 lipca 2015
    • Najwygodniejszy sposób płacenia za granicą? Rządzi kantor i bankomat. A plastik?

      Choć w większości krajów, do których jeździmy na wakacje, można bez problemu płacić kartą, to banki robią wiele, żeby nas do tego zniechęcić. Albo raczej: robią niewiele, by odzwyczaić nas od tradycyjnego posługiwania się gotówką kupioną w kantorze. Pośrednictwo bankowo-kartowe w wydawaniu kasy w na Wyspach Kanaryjskich, w Barcelonie, czy na Lazurowym Wybrzeżu jest niezmiennie drogie, znacznie droższe, niż byłby to w stanie zaakceptować przeciętny konsument w XXI wieku, czyli w erze Bitcoina. Wprowadzane ostatnio przez banki opłaty za przewaluowanie transakcji zagranicznych wprawdzie nie są same w sobie złe - czynią
      koszty płacenia w obcych walutach przejrzystymi (o ile jednocześnie walutą rozliczeniową karty staje się polski złoty, a więc odchodzą spready przy wielokrotnych przewalutowaniach). Sęk w tym, że te opłaty za przewalutowanie bywają horrendalnie wysokie.

      Chcąc zapłacić kartą 100 euro za zakupy i mając kartę np. Visa mBanku, muszę się liczyć z tym, że przy kursie euro w okolicach 4,11 zł moje zakupy będą przeliczone po... 4,37 zł. Najpierw swoje kilka groszy odcina Visa na przewalutowaniu z euro na złote, a potem jeszcze opłatę za to przewalutowanie, w wysokości 5,9%, przywala bank. Nota bene mBank postępuje wobec klientów bardzo fair, bo komunikuje wyraźnie te koszty, łącznie z linkiem do kalkulatora Visy, który pomaga je wyliczyć. Część banków woli pozostawiać swoich klientów w stanie błogiej nieświadomości i nie "chwali" się takimi informacjami. Alternatywą jest karta wielowalutowa, która przepina się z konta ROR na konto walutowe i dzięki temu płacimy bezpośrednio w zagranicznej walucie. Jedynym problemem są koszty prowadzenia konta walutowego i karty walutowej oraz ewentualne prowizje przy zakupie zagranicznej waluty (żeby zasilić nią konto walutowe), np. w internetowym kantorze, czy to zewnętrznym, czy bankowym. Ale - powiedzmy sobie szczerze - jeśli na jednej, 100-eurowej transakcji mam być czochrany kwotą 27 zł, to opłaca mi się nawet ponieść koszt prowadzenia konta lub karty (np. 1 euro miesięcznie). Karty wielowalutowe nie są jeszcze standardem w polskich bankach, ma je ledwie kilka instytucji finansowych, więc trudno mówić o tym, że banki powszechnie starają się przychylić klientom nieba, by ci płacili za granicą kartą.

      O tym jak nie ufamy swoim bankom jeśli chodzi o używanie kart za granicą świadczy sondaż instytutu IBRIS na zlecenie Deutsche Banku (co prawda tylko telefoniczny, ale za to przeprowadzony na reprezentatywnej grupie Polaków). Na pytanie o to jaka jest najbardziej wygodna - nie najtańsza, ani najbardziej dostępna, ale właśnie najbardziej wygodna - forma płacenia za granicą aż 28% pytanych odpowiedziało, że jest nią... pobranie gotówki z kantoru w Polsce. Kolejne 25% za najwygodniejszą opcję uznało wypłacenie gotówki z bankomatu za granicą, zaś 8% - wymianę kasy w kantorze po przyjeździe na miejsce. Generalnie ponad 60% Polaków albo nie chce mieć za granicą nic wspólnego z kartą płatniczą, albo chce mieć z nią tylko tyle wspólnego, żeby włożyć ją do bankomatu i wypłacić gotówkę honorowaną w miejscu pobytu. Kartę płatniczą - debetową lub kredytową - jako najwygodniejszy sposób płacenia podało 39% ludzi. Być może nie należy się temu dziwić, bo przecież jakieś 20% Polaków w ogóle nie ma konta w banku, a więc tym bardziej nie ma dostępu do karty, ale mimo wszystko sytuacja, w której tylko nieco więcej, niż co trzeci z nas dopuszcza możliwość zapłacenia za coś kartą w czasie wakacji zagranicznych, jest obciachem dla banków.

      Na pocieszenie można powiedzieć, iż pewnie większość z ankietowanych i tak za granicę się nie wybiera, a gdyby zapytać tych, którzy w ciągu ostatnich pięciu lat opuszczali kraj, może wyniki byłyby mniej dołujące (przynajmniej dla bankowców). Ale z drugiej strony jeśli wśród mieszkańców metropolii - podróżujących za granicę zapewne nieco częściej, niż mieszkańcy wsi - odsetek osób uznających kartę za najwygodniejszą formę płatności poza Polską wynosi 36%, to trudno mówić, że tylko "ciemny lud", który nie był nigdy na Malediwach, zagłosował za kantorami i bankomatami. Co ciekawe najwięcej miłośników kantorów jest wśród osób młodych (w wieku 18-24 lata), co jest kolejną złą wiadomością dla bankowców. W tej grupie wiekowej z karty płatniczej za granicą (w celu innym, niż wypłata gotówki z bankomatu) skorzystałoby dla wygody tylko 27%. Wygodę plastiku ponadprzeciętnie często wybierają posiadacze tłustych portfeli - osoby z dochodem netto na rękę ponad 5000 zł. W tej grupie prwie 20% płaciłoby za granicą za zakupy kartą kredytową, a 34% - debetową. No, ale im jest wszystko jedno czy bank wrzuci im kurs wymiany o prawie 6% wyższy, niż wynosi spread kantorowy, bo i tak latają wszędzie biznesklasą ;-). Pozostali czekają, aż bankowcy pukną się w czoło i przestaną traktować ich zakupy zagraniczne jako okazję do obłowienia się. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Najwygodniejszy sposób płacenia za granicą? Rządzi kantor i bankomat. A plastik?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lipca 2015 18:38
    • Łabędzi śpiew polskich banków? Miażdżą konkurentów w regionie, że aż przykro patrzeć ;-)

      Jak co roku rzuciłem okiem na raport "Top 200 banks in CEE" firmy badawczej Inteliace Research, która podsumowuje stan rynku bankowego w naszej części Europy. Rzucanie okiem na ten raport to miłe zajęcie, bowiem do Środkowo-Wschodniej Europy (CEE) autorzy raportu nie zaliczają ani Austrii, ani Rosji, co oznacza, iż to Polska jest najpotężniejszym krajem tak zdefiniowanego regionu. Ranking opiera się na aktywach banków (czyli zarządzanym przez nie majątku, w tym portfelach kredytowych) i na danych nieskonsolidowanych (czyli nie obejmujących aktywów spółek zależnych, jak towarzystw funduszy, firm leasingowych, pośredników finansowych).

      top20020141

      Jak widzicie na powyższym slajdzie, mamy w tym zestawieniu - bazującym na danych z końca 2014 r. - aż 28 banków w elicie 200 największych (aby się w niej zmieścić bank musiał mieć 600 mln euro aktywów). Jeśli spojrzeć na wielkość banków w regionie CEE to przewaga polskich jest bezapelacyjna - aktywa naszych banków sięgają 360 mld euro (a gdyby nie umocnienie euro wynosiłyby prawie 370 mld euro), podczas gdy czeska branża bankowa może się pochwalić aktywami na poziomie ponad 190 mld euro, zaś węgierska to ledwie 100 mld euro.

      top20020142

      W dodatku polskie banki odjeżdżają konkurentom z prędkością pendolino. Zerknąłem na identyczny raport Inteliace sprzed trzech lat. W czasie między 2011 a 2014 r. polska branża bankowa urosła o 70 mld euro, podczas gdy czeska o nieco ponad 10 mld euro, zaś węgierska - męczona podatkiem bankowym i obowiązkową pomocą dla tamtejszych frankowiczów - skurczyła się o 5 mld euro. Pytanie jak interpretować taki wynik - szybko rosnące banki to efekt ofensywy kredytowej (świadczy o tym, że Polacy mają coraz większą zdolność kredytową, czyli są zamożniejsi), ale i wyciskania z nas siódmych potów (kilkanaście miliardów złotych rocznych zysków, powstałych z naszej krwawicy, też częściowo wpływa na bankowe aktywa). Inna sprawa, że biorąc pod uwagę aktywa banków na głowę pojedynczego obywatela to wcale nie jesteśmy tacy gigantyczni. U nas na głowę przypada 9300 euro aktywów bankowych, gdy a Węgrzech jest to 10.500 euro, a w Czechach - 18.200 euro.

      Bardzo ciekawe jest spojrzenie kilka lat wstecz przez pryzmat listy największych inwestorów zagranicznych, inwestujących w banki w naszym regionie. Jeśli chodzi o ranking gigantów to nic się nie zmienia - największym inwestorem w naszej części Europy jest włoski UniCredit, który kontroluje aktywa bankowe warte 100 mld euro w dziewięciu krajach (w Polsce jest właścicielem Banku Pekao). Potem jest nieobecne u nas w bankowości detalicznej austriackie Erste oraz chcący się stąd wycofać Raiffeisen (choć ostatnio w prasie finansowej czytałem, że być może jednak nie sprzeda swoich polskich aktywów, czyli banku Raiffeisen Polbank). Ale jeśli porównać zaangażowanie największych zachodnich inwestorów w tej części Europy do tego sprzed trzech lat, to widać trend do konsolidacji. Trzy lata temu UniCredit był obecny w 16 krajach, dziś została mu tylko połowa, choć same aktywa kontrolowane przez Włochów wzrosły. Erste też sprzedał połowę banków, KBC - zmniejszył zaangażowanie z ośmiu do czterech krajów (też przy zachowaniu kontrolowanych aktywów na podobnym poziomie, w Polsce pozbył się Kredyt Banku), a Societe Generale - z 11 do 9 (u nas należy do niego Eurobank).

      top200201431

      Przy okazji wychodzi też na to, że PKO BP, chociaż jedynym znakiem jego zagranicznej ekspansji jest wstydliwa inwestycja w bank na Ukrainie, i tak zajmuje pozycję szóstej największej grupy bankowej w naszej części Europy. "Grupa bankowa" to może złe słowo w kontekście PKO BP ;-), ale może to jest znak, żeby zacząć myśleć o naszym największym banku, chlubie narodowej, perle w koronie i srebrach rodowych w kontekście próby osiągnięcia przezeń pozycji takiej jaką ma np. Erste, obecne w sześciu krajach regionu i mające 75 mld euro aktywów w regionie (PKO - 57 mld i pierwsze miejsce w rankingu największych banków regionu). Wzywam więc ponownie, jak kilka lat temu - prezesie Jagiełło, na koń! ;-)

      W pierwszej dziesiątce największych banków regionu (minus Austria i Rosja - przypominam) mamy w tegorocznym zestawieniu aż sześć banków i jest to rekord. Poza PKO BP i Bankiem Pekao, które od lat liderują, na miejscach 6-7 czają się mBank i BZ WBK (strata do trzech czeskich banków jest już bardzo niewielka), na dziewiątym jest ING Bank Śląski, zaś po raz pierwszy na listę dziesięciu największych banków w Środkowej Europie wszedł Getin Bank. W tej naszej, zdaniem wielu niewystarczająco zrepolonizowanej, branży bankowej mamy więc dwa należące do polskiego kapitału banki w dziesiątce największych w regionie. Gdyby PZU zrealizował swój plan urzeźbienia dużego banku z Aliora (już kupiony), Banku BPH (trwają podobno ostre przymiarki), oraz Raiffeisena (tu jest na razie najchłodniej), to mielibyśmy już trzech rdzennie polskich przedstawicieli bankowych w pierwszej dziesiątce. Mało?

      top20020144

      Po lekturze raportu Inteliace zaczynam się zastanawiać, czy zamiast repolonizacji nie powinno raczej nastąpić wzmożenie w kierunku ekspansji polskich banków za granicę. Ale wydaje mi się, że politycy raczej dojdą do wniosku, że nasze banki nie muszą aż tak skutecznie wyprzedzać konkurencji w regionie. Jeśli spojrzycie na ostatnią kolumnę tabelki (zyski i straty banków) oraz porównacie pozycje największych banków sprzed kilku lat oraz dziś - zobaczycie jak największy bank na Węgrzech stacza się coraz niżej, tracąc dystans do banków czeskich i polskich. No, ale może nadszedł czas, żeby i nasze banki zaczęły się wreszcie staczać? Po co nam tyle tych ich lichwiarskich kredytów?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Łabędzi śpiew polskich banków? Miażdżą konkurentów w regionie, że aż przykro patrzeć ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lipca 2015 08:53
  • sobota, 25 lipca 2015
    • SKOK-owcy gryzą pomocną dłoń, ale rachunek chętnie nam wystawią. Kogo kopnąć w tyłek?

      Mam coraz większe wątpliwości czy system spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych da się jeszcze uratować przed upadłością. Na razie z ponad 50 działających SKOK-ów upadło "tylko" kilka kas (ale dość sporych), zaś kilka kolejnych przejęły banki. System się skurczył, ale większość SKOK-ów wciąż obsługuje klientów. Tyle, że mijają miesiące i kwartały, a sytuacja finansowa SKOK-ów wciąż jest dramatycznie zła i nic nie wskazuje na to, by miała się poprawić. Niedawno Komisja Nadzoru Finansowego podała, że po pierwszym kwartale SKOK-i mają - zdaniem rachmistrzów KNF, bo Krajowa SKOK ocenia sytuację inaczej - deficyt funduszy własnych na poziomie ponad 1,2 mld zł. Innymi słowy - i pisząc w dużym uproszczeniu - takie pieniądze powinny dopłacić dwa miliony członków-"udziałowców" SKOK-ów, by były one w stanie dziś prowadzić w miarę bezpieczną działalność. Ponad rok temu, relacjonując sytuację SKOK-ów, pisałem "miliard potrzebny od zaraz", więc widać, że nie idzie ku dobremu. Fundusze własne są fundamentem działalności każdej firmy finansowej, bo gwarantują, przynajmniej częściowo, zwrot pieniędzy deponentom z własnych pieniędzy fundatorów firmy, gdyby nie udało się odzyskać pieniędzy "zainwestowanych" przez tę firmę w pożyczki. W przypadku banków mierzący ową zdolność współczynnik wypłacalności wynosi średnio 12-13%. W przypadku SKOK-u minus 3,8%.

      CZY SYSTEM SKOK MOŻE WYJŚĆ NAD WODĘ? Co więcej, nawet gdyby członkowie SKOK-ów - albo osoby odpowiedzialne za cały bałagan, zarządzające nieudolnie systemem kas przez 20 lat, z senatorem Grzegorzem Biereckim na czele - jakimś cudem wpłaciły te 1,2 mld zł, to nic by to nie dało, bo SKOK-i są wciąż nierentowne. Rok temu KNF szacowała straty wszystkich SKOK-ów na 600 mln zł, teraz już na prawie 720 mln zł. Przy tak potężnych stratach w SKOK-i - tak, jak nie przymierzając w polską służbę zdrowia - można wpompować dowolnie wielką kasę, a i tak zniknie w czarnej dziurze i będzie potrzebna kolejna. SKOK-owcy tłumaczą, że "prawdziwe" straty są mniejsze lub nie ma ich w ogóle (wczoraj w komunikacie Krajowa SKOK napisała, że system na poziomie operacyjnym generuje 50 mln zł zysku, ale dlaczego wyliczenia KNF miałyby być aż tak bardzo mylne?), a Kasy muszą działać w warunkach co i rusz zmieniających się rozporządzeń dotyczących rachunkowości, ale nie są wiarygodni, bo - było o tym w blogu kilka lat temu - sami zaniżali rezerwy na złe kredyty. Jaką więc mają legitymację moralną, żeby teraz krytykować regulacje księgowe nakładane przez Ministerstwo Finansów? Zapewne mają one na celu dostosowanie rachunkowości kas do reguł, których muszą przestrzegać wszystkie firmy finansowe - w tym banki komercyjne oraz spółdzielcze. SKOK-owcy są przyzwyczajeni, że przez lata byli tylko głaskani przez regulacje jako "krajowy kapitał". Teraz muszą działać tak jak wszyscy i okazuje się, że wtedy jest jakoś trudniej.

      CO MIAŁ NA MYŚLI "DZIEDZIC" PRUSKI? Wydaje mi się, że sprawa stanęła na ostrzu noża. Im dłużej będzie trwała sytuacja, w której system jest trwale nierentowny, tym większa będzie dziura w kapitałach i tym więcej na koniec za bałagan w SKOK-ach zapłacimy. W relacji PAP z posiedzenia sejmowej podkomisji przeczytałem, że prezes Bankowego Funduszu Gwarancyjnego Jerzy Pruski mówił, iż gdyby nie przejęcia niektórych kas przez banki, Fundusz musiałby wypłacić w postaci gwarancji depozytów dla klientów SKOK-ów cztery razy więcej pieniędzy. Nie bardzo rozumiem o co mu chodziło: bo Fundusz i tak musiał już wypłacić 3,2 mld zł. Albo to "razy cztery" dotyczyło alternatywy w stosunku do upadłości kas, które zostały przejęte przez banki, albo... prezesowi Pruskiemu wyrwały się niechcący symulacje co by było, gdyby wszystkie SKOK-i upadły, zamiast zostać przejęte przez banki. Rachunek wyniósłby 12 mld zł? Ciarki chodzą po plecach. Trudno liczyć, że banki będą gremialnie przejmować SKOK-i, bo przecież nie o to chodzi w restrukturyzacji systemu, żeby SKOK-i "ubankowić". Co to wszystko oznacza? Ano dość duże i rosnące każdego dnia ryzyko, że na ratowanie SKOK-ów złożyć się będą musiały nie tylko banki i ich klienci (jak do tej pory), ale i wszyscy podatnicy. Władze z oczywistych nie dopuszczą, by całe kilkanaście miliardów złotych z funduszu gwarantowania depozytów poszło na spłacanie deponentów SKOK-ów, bo oznaczałoby to bezprecedensową grabież i zniszczenie poduszki bezpieczeństwa, którą system bankowy gromadził przez całe lata.

      POLITYCY PRZEJRZELI NA OCZY. ZA PÓŹNO? Jestem urlopowo daleko od kraju, ale docierają do mnie wieści, że sejmowa podkomisja napisała raport, z którego wynika, że trzeba będzie powołać do zbadania przekrętów wokół SKOK-ów komisję śledczą (mon Dieu, politycy dopiero teraz, przed wyborami, raczyli zauważyć jak koszmarnie korupcjogenny był sposób zarządzania SKOK-ami przez 20 lat, choć wspólnie z Bianką Mikołajewską piszemy o tym od mniej więcej 10 lat), a minister finansów nazwał cały system "piramidą". Ja bym się tak daleko nie posunął w ocenach, to był po prostu skrajnie źle zarządzany system finansowy, na którym pasożytowały różne grupy sprytnych biznesmenów (bo czym innym, jak nie pasożytnictwem, był wszechogarniający SKOK-i outsourcing, z wyprowadzeniem na zewnątrz wynajmu nieruchomości, czy działalności pożyczkowej?). Politycy różnych opcji - najbardziej ci z PiS, którym szefostwo SKOK-ów sprzyjało - mieli w nosie, że jest sobie jakiś Grzegorz Bierecki, który jednocześnie był szefem zarządu systemu SKOK (prezesem Krajowej SKOK), głównym "udziałowcem" (szefem Fundacji na Rzecz Polskich Związków Kredytowych,mającej 75% udziałów w Krajowej SKOK) oraz kontrolerem (Krajowa SKOK ustalała normy ostrożnościowe dla wszystkich SKOK-ów). I że sam sobie urzeźbił system ochrony depozytów (oparty na TUW SKOK i z takim limitem odpowiedzialności Towarzystwa, że posiadaczom depozytów w największych SKOK-ach prawdopodobnie niczego nie gwarantował). I że ten cały układ częściowo został "wyeksportowany" za granicę, do Luksemburga.

      Zwykle jest tak, że intensywna restrukturyzacja firmy finansowej - urealnienie wartości i sprzedaż zbędnych elementów majątku, zerwanie niekorzystnych umów, ograniczenie skali działalności, próba wyciśnięcia największej wartości z portfela nie spłacanych pożyczek, zastrzyk płynności z zewnątrz (żeby nie skończyć jak banki w Grecji) - przynosi efekty. Powstaje mocno skurczona, ale wydajniejsza organizacja, po pewnym czasie uzyskująca zdolność wzrostu. Jeśli jest źle, to łączy się te wszystkie patenty z utworzeniem "złego banku" i przekazaniem toksycznych aktywów do osobnego wehikułu zarządzanego przez speców od restrukturyzacji. Wówczas w dotychczasowej organizacji zostaje tylko to, co działa dobrze i po odciążeniu od "śmieci" znów może zacząć rosnąć. Na to wszystko czasem nakłada się "haircut", czyli podatek na właścicieli, obligatariuszy lub (taki przypadek mieliśmy na Cyprze) deponentów. Jak idzie o trwającą już trzeci rok restrukturyzacji SKOK-ów na razie wszystkie zastosowane sposoby zawodzą. I to jest dla mnie najbardziej niepokojące, bo oznacza, że im dłużej będzie trwała agonia SKOK-ów, tym więcej wszyscy za nią zapłacimy

      A MOŻE... TRZEBA KOPNĄĆ W TYŁEK CZŁONKÓW SKOK? Tak naprawdę najbardziej sprawiedliwym wyjściem byłoby ogłoszenie bankructwa przez wszystkie kasy nie dające rękojmi wyjścia na prostą i obłożenie ich członków ("udziałowców") podatkiem (najłatwiej byłoby nałożyć podatek od depozytów, choć być może i na udziały członkowskie). Wiem, to radykalny pomysł. Ale jak słyszę, że większość SKOK-ów nie realizuje rekomendowanych przez państwowy nadzór programów restrukturyzacyjnych, a za chwilę te SKOK-i wyciągną ręce po państwowe gwarancje depozytów, to scyzoryk mi się w kieszeni otwiera. Skoro Krajowej SKOK nie zależy na współpracy z państwowym nadzorcom, to powinno na niej zależeć właścicielom, członkom SKOK-ów. Wygląda na to, że im też nie zależy, bo trzymają w zarządach kas ludzi, którzy nie realizują zaleceń "sponsora" gwarancji ich depozytów. Klienci wpłacali pieniądze do SKOK-ów, bo te - nie mając wielu "bankowych" obowiązków - płaciły za depozyty dużo więcej, niż banki. Dlaczego teraz klienci banków mają gwarantować członkom SKOK-ów zwrot wszystkich tych pieniędzy z odsetkami? W oddziale żadnego SKOK-u nie jest napisane, że jest to bank, więc członkowie SKOK-ów musieli mieć świadomość, że prowadzą swego rodzaju "hazard moralny". Klientom Amber Gold też nikt nie oddaje depozytów, chociaż przecież firma wydawała miliony na reklamę w telewizji, miała własną linię lotniczą, sieć oddziałów, oferowała "lokaty" oraz "system gwarancyjny" z którego żona Marcina P. wypłacała pieniądze, kiedy potrzebowała pójść na zakupy.

      Porównanie SKOK-ów do Amber Gold, który był zwykłą piramidą finansową, jest krzywdzące. Jednak wkurza mnie, że w SKOK-ach gryzą pomocną dłoń, która została do nich wyciągnięta. Gdyby SKOK-om zostawić ich własny system gwarantowania depozytów, to w kilka tygodni byłoby pozamiatane. SKOK-owcy dostali "prezent" fundowany im przez klientów banków, ale nie chcą przyjąć w związku z tym żadnych obowiązków (np. rzetelnej restrukturyzacji). Może więc zwykłym członkom SKOK-ów trzeba przedstawić wybór - albo odstawiacie od żłobu tych kolesi, którzy po prostu chcą pasożytować na nas wszystkich jak długo się da, być może przekazując wyciśniętą kasę swoim "sponsorom", albo stracicie część pieniędzy. Jeśli stracicie, zwróćcie się proszę o ich zwrot do ekipy Grzegorza Biereckiego, która tak zorganizowała system, że mógł sprawnie działać tylko poza "oficjalnym" systemem i regulacjami. Możecie się też zwrócić z o odszkodowanie do polityków PiS, czyli partii, której prominentni działacze przez lata opóźniali objęcie SKOK-ów państwowym nadzorem i normalnymi zasadami. I od zawsze uważali (zapewne nie bezinteresownie), że tak działające SKOK-i są ideałem narodowego dzieła samopomocy finansowej. Do nas, klientów banków, ani do podatników po swoje pieniądze nie przychodźcie, bo pozwalacie na to, że do rachunku są dopisywane kolejne kwoty.

      SKOK-i URZEŹBIĆ OD NOWA? Być może trzeba podjąć męską decyzję i zacząć budować spółdzielcze kasy oszczędnościowo-pożyczkowe od nowa? Nowe SKOK-i, poddane nowym regułom - i być może nawet korzystające z preferencji, o ile będą prowadziły działalność wyłącznie lokalną, w skali pojedynczej gminy - stałyby się z czasem silną, lokalną nogą polskiego świata finansów. Tam, gdzie nie docierają banki komercyjne, gdzie nawet bankom spółdzielczym się nie opłaca, bo są już za duże, byłyby SKOK-i, jako antidotum na ofensywę pazernych i szkodliwych firm pożyczkowych. Czy to się da przeprowadzić w oparciu o istniejącą strukturę? Mam coraz większe wątpliwości. Najpierw kasy musiałyby stanąć finansowo na nogi, na co się nie zanosi i nawet nie wiadomo czy chcą stanąć na nogi (może wolą być przepompownią kasy do kieszeni biznesmenów i być może też polityków tak długo, jak kasa się nie skończy?). Wygląda na to, że włodarze systemu SKOK też nie ułatwiają. W relacji PAP z posiedzenia sejmowej podkomisji przeczytałem, że według Andrzeja Jakubiaka, szefa KNF, 27 kas wymaga restrukturyzacji, ale tylko 8 kas realizuje program naprawczy, rekomendowany przez KNF. Jako posiadacz depozytów w polskich bankach, a więc osoba współfinansująca tę całą zabawę, mam ochotę powiedzieć: koniec balu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „SKOK-owcy gryzą pomocną dłoń, ale rachunek chętnie nam wystawią. Kogo kopnąć w tyłek?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 25 lipca 2015 09:56
  • czwartek, 23 lipca 2015
    • Jak będzie wyglądał bank przyszłości? Albo tak, albo... w ogóle nie będzie wyglądał ;-)

      Jak będzie wyglądała bankowość przyszłości? I jak banki powinny zmieniać swoje podejście do klientów, żeby nie skończyć tak, jak politycy partii rządzącej, którzy nie zauważyli, że idzie młodość? Miałem przyjemność zajmować się próbą odpowiedzi na to pytanie podczas rozmaitych spotkań finansistów. Na XIV Europejskim Furum Bankowo-Ubezpieczeniowym wymieniałem poglądy w tej kwestii z Arturem Waliszewskim, dyrektorem Google na Europę Środkową, a także z prezesami banków: Wojciechem Sobierajem, Cezarym Stypułkowskim oraz Arkadiuszem Przybyłem (szef Santander Consumer). Punktem wyjścia do dyskusji był krótki film o konsumencie przyszłości, dla którego centrum życia jest smartfon i chmura, sieci społecznościowe i szybkie zmiany. Czy w tej przyszłości będzie jeszcze miejsce na banki i to ich całe nudziarstwo?

      EFBUIV

      Sądząc po tym jak bankowcy dziś usiłują się przypodobać firmom telekomunikacyjnym (sojusze Aliora z T-Mobile i mBanku z Orange) oraz sieciom handlowym (wspólne programy lojalnościowe w stylu mOkazji, wstawianie placówek co centrów handlowych) wygląda na to, że sami bankowcy nie są pewni czy będą jeszcze potrzebni jako samodzielna instytucja służąca do pośrednictwa w transakcjach, przechowywania pieniędzy i dostarczania kredytu. Pewnie będą, choć przecież płatnościami (zwłaszcza w internecie) zajmują się już firmy nie mające z bankami nic wspólnego (PayPal), zaś działalność pożyczkową najlepiej opanowały firmy pozabankowe, nie mówiąc już o pożyczkach społecznościowych (u nas na razie niepopularnych, ale...). Zostaje jeszcze przechowywanie pieniędzy, ale stosunek młodego pokolenia do pieniędzy jest taki, że nie wiadomo czy banki będą miały co przechowywać ;-). A poza tym za to też zaraz wezmą się platformy crowdfundingowe. To oczywiście tylko taki żarcik ;-).

      BANK INTUICYJNY, CZYLI BIG DATA. Zgadzam się z Arturem Waliszewskim, że korzystanie z banków w XXI wieku nie powinno męczyć, ani absorbować uwagi. I nie chodzi tu tylko o to, by bankowcy umożliwili klientom korzystanie z ich usług w biegu, czyli za pośrednictwem dowolnego urządzenia mobilnego. Chociaż to też: wygodny interfejs, logowanie przez portal społecznościowy, umożliwienie szybkich płatności, a przede wszystkim szybkiego kredytu... Ale bank przyszłości nie powinien się narzucać, lecz nauczyć działać w tle. Nie wydzwaniać, nie pouczać, nie sprzedawać kredytu gotówkowego klientowi mającemu oszczędności i szukającemu właśnie dobrej lokaty. Banki już dziś mają o klientach bardzo dużo informacji, ale wciąż nie nauczyły się z nich korzystać. Personalizacja produktów, podrzucanie ofert kredytowych lub lokacyjnych właśnie wtedy, gdy klient chciałby o nich pomyśleć, programy rabatowe sprzężone z profilem konsumenckim danego klienta. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Bank przyszłości ma być jak zaufany służący - wie o tobie wiele, ale wykorzystuje to dla zwiększania twojej wygody. Według CapGemini bodaj jedynym europejskim przykładem banku, który wykorzystuje aplikację mobilną do geolokalizacji i analizy transakcji klienta do przedstawiania mu spersonalizowanych ofert, jest turecki Garanti Bank.

      panel_Finanse_przyszoci___XIV_EFBU_fot._3

      BANK PRZYSZŁOŚCI W TELEFONIE. A CO Z PLASTIKIEM? Prezesi banków nie mają wątpliwości, że w przyszłości podstawowym urządzeniem, za pośrednictwem którego będziemy korzystali z banku, będzie smartfon. Dziś ledwie kilka procent Polaków używa smartfona do bankowania. Dlaczego? Moja odpowiedź jest posta: dopóki karta płatnicza z funkcją zbliżeniową będzie najwygodniejszą formą płacenia, nie ma co myśleć o tym, że ktoś będzie używał banku przede wszystkim za pośrednictwem smartfona. A płatności zbliżeniowe, owszem, są w smartfonach dostępne, ale tylko na niektórych. A już w całkiem nielicznych - w opcji niezależnej od operatora telekomunikacyjnego (technologia HCE). Z czym do ludzi? Owszem, Sławomir Lachowski podjął próbę zbudowania pierwszego banku cyfrowego w Polsce i niektóre usługi rzeczywiście są w nim prostsze do wykonania przez telefon, niż z komputera (np. płacenie rachunku za pośrednictwem skanowania kodu paskowego). Ale mnie się marzy bank, który pozwoli nie tylko płacić zbliżeniowo za pośrednictwem smartfona, ale też taki, który pozwoli np. kupować - także na kredyt - rzeczy, które zobaczę na reklamie ulicznej, którą zeskanuję i automatycznie wrzucę do aplikacji zakupowej.

      BANK W PLACÓWCE, CZY NA WIDEO? Prezes Sobieraj powiedział, że jego zdaniem w przyszłości banki będą zajmowały się utrzymywaniem sieci placówek, bo rynek będzie tego od nich oczekiwał. A dokładniej - 12% rynku, gdyż pozostałą część będą "kontrolowali" klienci, którzy placówek nie potrzebują :-). Spryciarz z tego prezesa, bo przecież Alior ma ogromną sieć placówek (1800), to czwarta największa sieć sprzedaży w Polsce (m.in. po Poczcie Polskiej i PKO BP). Inna sprawa, że większość tej sieci to albo malutkie punkty, które można zwinąć w ciągu trzech dni, albo placówki franczyzowe, albo partnerskie... No, słowem - to się da szybko zwinąć i zamienić na wirtualność w postaci wideokonferencji, albo placówek automatycznych. Tyle, że do takich automatów bankowych ludzie na razie się boją wchodzić, a do tradycyjnych placówek - niekoniecznie. Zaś z badań CapGemini wynika, że "używalność" placówek rośnie, a nie spada.

       uzywalnoscbankuff1

      uzywalnoscbankuff2 

      BANK PRZYSZŁOŚCI A CYFROWA WALUTA. Czy Bitcoin może zabić banki? Cóż, pieniądz cyfrowy jest dziś najtańszym - bo omijającym tradycyjny system bankowy - sposobem transferu pieniędzy. Dopóki pozostaje poza oficjalnym obrotem, nie będzie dla banków konkurentem. Ale uważam, że jeśli banki go oswoją, to będą miały potężny atut w ręku. Dlaczego? Płacenie pieniądzem elektronicznym zawsze będzie kosztowało, bo potrzebni są pośrednicy i zabezpieczenia baz danych. W przypadku pieniądza cyfrowego (np. Bitcoina) zabezpieczony kryptograficznie jest każdy cyfrowy banknot, jego przenoszenie może być więc tanie.Wyobraźmy sobie bank, który umożliwia swoim klientom zamianę pieniądze bezgotówkowego na cyfrowy, a potem jego tani transfer i zamianę na gotówkę w bankomacie. Tym co powoduje, że banki - transakcje, kredyty itp. - są coraz droższe są koszty całego systemu płatności. A waluta cyfrowa pozwala na transakcje obok tego systemu. I jeszcze jedno: jeśli banki oswoją cyfrową walutę, będą w stanie lepiej dostosować się do potrzeb najmłodszych klientów, dla których cyfrowa waluta za jakiś czas może być główną walutą rozliczeniową, bo będzie powszechnie stosowana jako sposób płatności w grach online. To zaczyna się dziać w Polsce, bo i my za chwilę będziemy mieli swoją cyfrową walutę - Billon.

      To tylko kilka aspektów, które bankowcy muszą wziąć pod rozwagę planując długoterminowo swój rozwój i strategię wzrostu. Są też dwa pytania, które dodatkowo można nałożyć na te, które już zadaliśmy. Takie jak to o tempo wzrostu e-biznesu. Czy i kiedy znikną "realne" sklepy? Czy staną się tylko wystawą, zaś transakcje zakupowe - łącznie z zakupami spożywczymi - będziemy robili wyłącznie w sieci? Albo pytanie o znaczenie finansów społecznościowych: czy banki rzeczywiście powinny zakładać, że wymiana walut, pożyczanie pieniędzy, inwestowanie pieniędzy przeniesie się do sieci społecznościowych? Jeśli tak się stanie to w jaki sposób z takimi sieciami konkurować? A może... wejść z nimi w sojusze? Ale tym niech się martwią prezesi banków, w końcu za coś biorę te swoje 4 mln zł rocznie ;-).

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA DYSKUSJI BANKOWCÓW I STUDENTÓW. Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się ze znakomitymi polskimi bankowcami - Zbigniewem Burligą, Sławomirem Lachowskim, Przemysławem Gdańskim, Piotrem Olendskim - oraz studentami Szkoły Głównej Handlowej na dyskusji poświęconej konsolidacji polskiego sektora bankowego. Szukaliśmy wspólnie odpowiedzi na pytanie czy jest ona nieunikniona i co może dla nas w najbliższym czasie oznaczać. To było bardzo inspirujące spotkanie, bardzo dziękuję członkom Studenckiego Koła Naukowego "Negocjator" za zaproszenie!

      11225744_665842186882694_2619100657400554885_n

      SUBIEKTYWNOŚĆ WŚRÓD ŁOWCÓW WIERZYTELNOŚCI. Oddech subiektywności czuli ostatnio na plecach przedstawiciele sektora windykacyjnego i bankowego podczas Bankowego Forum Wierzytelności. Przekonywałem tam branżę finansową, by otarła łzy, bo przecież wcale nie jest tak, jak branża myśli, że dziś większe prawa w banku ma dłużnik, niż wierzyciel.  

      vibankforwierz

      SUBIEKTYWNOŚĆ DYSKUTUJE Z FIRMAMI POŻYCZKOWYMI. W ostatnich dniach miałem okazję uczestniczyć w Kongresie Firm Pożyczkowych zorganizowanym w Warszawie przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych, skupiającą m.in. pożyczkodawców i firmy handlujące wierzytelnościami. To nie były łatwe rozmowy, bo dotyczyły tego czy taka działalność, jaką prowadzą firmy pożyczkowe, może być etyczna. Byłem zmuszony rzucić uczestnikom subiektywną prawdę między oczy. Bolało ;-)

      KPF3

      SPOTKANIE LIDERÓW BANKOWOŚCI I... SUBIEKTYWNOŚCI. Jaka jest przyszłość branży bankowej i jaką rolę odegra w niej sprzedaż produktów ubezpieczeniowych dołączanych do kont, kart i kredytów? O tym dyskutowałem z bankowcami i szefami firm ubezpieczeniowych podczas Spotkania Liderów Bankowości. Wniosek, jaki wyniosłem z tej dyskusji, ogranicza się do konkluzji, że czas na powrót do prostoty, oferowania klientom nieskomplikowanych, niezachachmęconych produktów o charakterze ochronnym, nie łączących ochrony i inwestycji.

      gallidbank5

      SUBIEKTYWNOŚĆ WŚRÓD PRZEDSIĘBIORCÓW. Nim stopniały tegoroczne śniegi miałem przyjemność brać udział w Gospodarczym Otwarciu Roku, czyli inaugurującej 2015 r. konferencji organizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą. Dyskutowałem tam o nowych regulacjach prawnych, które czekają w tym roku świat finansów. Pod tym względem - ustawa antylichwiarska, ustawa o upadłości konsumenckiej, kolejne zacieśnienie ustawy o interchange, rekomendacja nadzoru bankowego w sprawie bancassurrance - to będzie dla finansistów bardzo intensywny rok. Dyskutowaliśmy też - m.in. z Adamem Jasserem, szefem UOKiK - o tym oznaczają te wszystkie zmiany jeśli chodzi o ochronę konsumentów.

      KIG_gospodarcze_otwarcie_promo

      SUBIEKTYWNIE WŚRÓD START-UPÓW. W tym roku miałem okazję uczestniczyć jako gość specjalny(czyli taki "zapładniacz intelektualny") w spotkaniu m.in. start-upów finansowych podczas konferencji Start-up Grind i rozmawiać z przedstawicielami finansowych start-upów o potrzebach polskich konsumentów i o innowacjach, które wkrótce mogą zatrząść naszymi portfelami

      10015158_781948321860577_5035212269630905545_n

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Jak będzie wyglądał bank przyszłości? Albo tak, albo... w ogóle nie będzie wyglądał ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lipca 2015 09:05
  • środa, 22 lipca 2015
    • To nowy pomysł banków, by więcej zarobić? Kredyt gotówkowy ze... zmienną marżą

      Jak powszechnie wiadomo, kredyty w Polsce miewają zmienne lub stałe oprocentowanie. Zmienne jest oparte na stawce WIBOR i przeważnie dotyczy to długoterminowych umów hipotecznych. Spora część kredytów gotówkowych na krótki termin jest z kolei zakontraktowana na stały procent. Bywa tak lub siak, ale tym, co w nawet najbardziej długoterminowej umowie do tej pory było elementem stałym, jest marża banku. Wysokość raty może się zmieniać, ale to zależy wyłącznie od zmian wskaźnika WIBOR (lub LIBOR jeśli kredyt jest walutowy) - marża jest ustalona raz na zawsze. Ale coś się w tej odwiecznej zasadzie zaczyna zmieniać, bo ostatnio - prowadząc standardowe skanowanie tego, co bankowcy chcieliby przede mną ukryć - znalazłem na internetowej stronie jednego z banków kredyty o... zmiennej marży. W podstawowych informacjach poświęconych kredytowi gotówkowemu w mBanku, pośród różnych innych parametrów znalazłem następujące zdanie: "oprocentowanie zmienne składające się ze zmiennej marży i stawki WIBOR 3M". 

      Zmiennej marży? Szczerze pisząc byłem przekonany, że to musi być jakiś błąd. Sądziłem, że do rozpisania kredytu na czynniki pierwsze wzięli jakiegoś studenta pierwszego roku filologii i mu się wszystko pomyliło. Ale tak na wszelki wypadek zapytałem w banku czy mają coś takiego jak kredyt o zmiennej marży. Okazuje się, że to nie jest żadna pomyłka, lecz zamierzona zmiana sposobu naliczania oprocentowania.

      "13 maja br. dla nowoudzielonych kredytów gotówkowych (w tym także mPożyczka) wprowadzona została zmienna marża banku. Dotychczas, zmieniała się wyłącznie stawka bazowa WIBOR 3M – teraz zmianie ulegać będzie również marża banku. Jej początkową wysokość określa Umowa Kredytu (tak jak dotychczas), jednak w trakcie spłaty kredytu bank ma możliwość jej zmiany, jeśli zmieni się wysokość odsetek maksymalnych na rynku"

      - odpowiedziano mi w banku. Pisząc o wysokości odsetek maksymalnych mają na myśli oczywiście tzw. ustawę antylichwiarską, która ustala odsetki maksymalne na poziomie czterokrotności tzw. stopy lombardowej NBP. A ta - jak zapewne wiecie - zmienia się podczas posiedzeń Rady Polityki Pieniężnej wraz z pozostałymi stopami procentowymi NBP. Dziś próg antylichwy ustawiony jest na poziomie 10%, ale przecież nie zawsze tak będzie. I właśnie przy jej zmianie ruszyć się może nie tylko ta część oprocentowania, która wynika ze stopy WIBOR 3M, ale też ta część, która wynika z marży banku. W jaki sposób będzie się zmieniała marża banku? W najprostszy sposób z możliwych, czyli razem z progiem antylichwy. Jeśli stopy procentowe NBP pójdą w górę o 0,5% (punktu procentowego), a tym samym próg antylichwy podniesie się o 2% (punkty procentowe), to o tyle samo pójdzie w górę marża banku. Mechanizm ma też działać w drugą stronę - gdyby stopy procentowe spadły, to w dół pójdzie też marża banku.

      Co to w praktyce oznacza? Większą niestabilność rat kredytowych. Zamiast jednego parametru, który wpływa na oprocentowanie kredytu (zmiana WIBOR-u), będą grały dwa parametry, czyli WIBOR i stopa lombardowa NBP pomnożona przez cztery. Niestety, te dwa parametry chodzą zawsze w tym samym kierunku, jeśli się rozjeżdżają to raczej tylko na tej zasadzie, że jeden przychodzi wcześniej, a drugi później. WIBOR z reguly spada na fali oczekiwań dotyczących zmian stóp procentowych, zaś same stopy spadają dopiero w myśl decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Klient, który zdecyduje się na mBankowy kredyt ze zmienną marżą naraża się więc na to, że jego oprocentowanie będzie się zmieniało znacznie gwałtowniej, niż "zwykłego" kredytu. Jeśli dziś wynosi 9,5% i składa się ze stawki WIBOR 3M (1,5%) oraz marży (8%), to relatywnie niewielki wzrost stóp procentowych NBP o 0,5% może spowodować ruch oprocentowania aż do 12% (WIBOR urośnie o 0,5%, zaś marża banku - o 2%). Krótko pisząc - kredyt proponowany przez mBank naraża klienta na większe ryzyko niestabilności raty i nie powinien być zaciągany przez osoby, których budżet jest dość napięty.

      mbank_zmienno

      Zastanawia też moment, w którym mBank zdecydował się na wprowadzenie nowego mechanizmu, pozwalającego stosować ruchomą marżę kredytową. Rzecz zdarzyła się w połowie maja tego roku i mam wrażenie, że wiąże się z sygnałami ożywienia w polskiej gospodarce. Tak samo, jak banki dziwnym trafem nie oferowały klientom ubezpieczeń od wysokiego kursu franka, tylko od wysokiego LIBOR-u (zapewne przeczuwając, że nie ma nań wielkich szans) tak teraz - jak mi się wydaje - ruch mBanku może mieć na celu zapewnienie sobie wyższej rentowności kredytów po spodziewanej podwyżce stóp NBP, nie zaś "pomoc" kredytobiorcom w oczekiwaniu na coraz niższe stopy. Zdecydowana większość ekonomistów przewiduje bowiem na najbliższe kwartały wzrost inflacji i w końcu - wzrost stóp procentowych. Sprytne te nasze bankowe chłopaki, prawda? ;-).

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" oprócz swojej "pisanej" wersji ma też wideofelietony, w których przedstawiam nowinki, zdradzam nowe pomysły banków na zarabianie albo radzę Wam jak zarobić więcej. Obejrzyjcie najnowsze klipy, zwłaszcza jeśli - tak jak ja - leżycie właśnie na plaży lub przebywacie obecnie w okolicy jakiegoś jacuzzi ;-)

      O tym jak lokować swoje pieniądze w tak niepewnych czasach, jakie dziś mamy, opowiadam też w dwóch klipach wideo, które przygotowałem specjalnie dla tych, którzy chcieliby spróbować czegoś nowego, ale z powodu Grecji trochę się boją. 

      Obejrzyjcie też moje wideokomentarze do nowych pomysłów dla frankowiczów i do koncepcji dodatkowego opodatkowania banków

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „To nowy pomysł banków, by więcej zarobić? Kredyt gotówkowy ze... zmienną marżą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lipca 2015 08:51
  • wtorek, 21 lipca 2015
    • Wrócił po wielu latach od zamknięcia konta. Okazało się, że bank... jest baaardzo pamiętliwy

      Czy po zamknięciu konta bankowego możemy mieć pewność, że nasza relacja z bankiem jest zakończona, konto rzeczywiście przeszło do historii, zaś hasła i loginy wylądowały w niszczarce? Cóż, kto uważnie czyta blog doskonale wie, że takie rzeczy tylko w Erze. W rzeczywistości bywa różnie. Każde zamknięte konto to minus dla pracowników oddziału, do którego było przypisane, więc przy zamykaniu rachunków dzieją się najróżniejsze cuda. Łącznie z wmawianiem klientowi, że nie ma czego zamykać, bo przecież żadnego rachunku w tym banku nie miał. ;-). Zdarzają się też konta "zamknięte częściowo" ;-). Oraz takie, o których przypomina sobie bank cztery lata po tym, gdy powinien sobie przypomnieć. Jeden z moich czytelników długo dochodził do siebie po przygodzie, która spotkała go w dwóch bankach. Skusił się ów miły człowiek na "Lubię to! Konto" w Banku BPH. Rachunek rzeczywiście jest dość atrakcyjny, a charakteryzuje się zwrotem części kwot wydawanych przez klienta kartą na robienie sobie dobrze. Mój czytelnik nie był w BPH całkiem "nówka-sztuka", miał wcześniej z tym bankiem romans. Rozwód był burzliwy i nastąpił 4-5 lat temu. Klient złożył wypowiedzenia dotyczące umów na wszystkie produkty posiadane w banku, w tym ROR i kartę kredytową. Teraz postanowił wrócić niczym syn marnotrawny.

      "Podczas podpisywania w oddziale umowy o nowe konto odkryłem, że bank wcale o mnie nie zapomniał. Posiadam ten sam numer klienta, który posiadałem kiedyś. W sumie to dobrze, że bank czekał na mnie tak długo i nie "sprzedał" mojego numeru. Ciekawszą rzecz odkryłem, gdy zalogowałem sie do bankowości elektronicznej. Przy próbie zmiany hasła ze startowego na moje własne chciałem ustawić hasło, które stosuję we wszystkich innych moich bankach (wiem - zła praktyka). Okazuje się, że system pamięta moje poprzednie hasło sprzed 5 lat i nie pozwala ustawić takiego samego (ostatnie 10 haseł nie moze sie powtarzać). Myślę "fajnie". Po zmianie hasła oraz zalogowania się do systemu okazuję się, że widzę wszystkie moje poprzednio zdefiniowane przelewy zaufane!"

      Klient się zdziwił. Myślał, że rozwiazując umowę z bankiem osiągnie efekt w postaci całkowitego "zapomnienia" przez bank. Oczywiście: bank posiada i archiwizuje przez pewien czas kartoteki klientów, a zapewne też historie ich rachunków (by móc się tymi danymi wylegitymować na żądanie np. prokuratury, czy sądu). Jednak jeśli klient zamknął poprzenie konto i teraz - po wielu latach - otwiera nowe, to ma prawo oczekiwać, że dostanie przynajmniej nową, czystą fiszkę w kartotece. Przydałaby się też czysta historia rachunku (przynajmniej w sensie bankowości elektronicznej). Podobną sytuację ten sam czytelnik testował w Bankiem Millennium. Był klientem tego banku, potem zrezygnował z jego usług, a następnie znów założył tam konto. Za drugim razem dostał nowy numer klienta, a w bankowości elektronicznej nie widział historii z poprzedniego konta.

      Chciał mieć lepszą ocenę w BIK. Napisał do banku pismo: "wycofuję zgodę..."

      Podpisujesz umowę z telekomem? Sprawdź czy nie sprzedajesz danych bankom

      Czy bank ma prawo do takiej praktyki? I czy - nawet jeśli przechowuje historie zamkniętych rachunków - powinien klientowi otwierającemu nowe konto udostępniać starą, dawno zapomnianą historię? Cóż, sprawa jest o tyle trudna, że nie wiem jaka była treść zgody na przetwarzanie danych osobowych, której udzielił bankowi klient przy otwieraniu pierwszy raz konta w BPH - nie otrzymałem od klienta jakiej informacji, gdyż on z kolei nie zażądał jej od banku, a swoich dokumentów starego konta nie miał. Ale całkiem prawdopodobne, że ów kwitek miał treść podobną do tej:

      "wyrażam zgodę na „(...) przetwarzanie przez Bank, aktualnie i w przyszłości moich danych osobowych, w rozumieniu Ustawy o ochronie danych osobowych z dnia 29.08.1997 zawartych w administrowanym przez Bank zbiorze danych osobowych"

      Kluczowe jest stwierdzenie "teraz i w przyszłości". Prawo pozwala bankom na przetwarzanie danych po zakończeniu relacji z klientem, o ile klient nie ma nic przeciwko temu, zaś nie zmieni się cel przetwarzania tych danych. O ile w przypadku zgód marketingowych sprawa jest "czysta" (cel marketingowy się nie zmienia, tyle, że bank na podstawie takiej zgody może atakować nie tylko obecnego klienta, ale też byłego), o tyle jeśli chodzi o przetwarzanie danych w celu prowadzenia rachunków klienta, to miałbym wątpliwości. Rachunki nie są już bowiem prowadzone i cel ten jest nieaktualny. W sukurs bankowi przychodzi art. 105a ustawy Prawo bankowe

      "Banki oraz instytucje, o których mowa w art. 105 ust. 4 ustawy Prawo Bankowe, mogą przetwarzać informacje stanowiące tajemnicę bankową dotyczące osób fizycznych po wygaśnięciu zobowiązania wynikającego z umowy zawartej z bankiem lub inną instytucją ustawowo upoważnioną do udzielania kredytów, bez zgody osoby, której informacje dotyczą, dla celów stosowania metod statystycznych, o których mowa w art. 128 ust. 3 ustawy, tj. dla obliczania wymogów kapitałowych. Przetwarzanie informacji w ww. celu może być wykonywane przez okres nie dłuższy niż okres 12 lat od dnia wygaśnięcia zobowiązania"

      Z tego wynika, ze przechowywanie danych osobowych przez bank mimo rozwiązania przez niego umowy prowadzenia rachunku bankowego, może dziać się "w celu realizacji obowiązków, uprawnień" wynikających z przepisów. Bank powinien jednak udostępnić klientowi "czystą" kartotekę, bo klient postanowił otworzyć nowe konto. Przypuszczalnie w banku albo systemy nie przewidują posiadania dwóch rachunków przez jednego klienta (jeden numer PESEL), a rachunek były traktują tak samo, jak aktywny, albo też bank chciał ułatwić życie klientowi i podstawił mu dane ze starego konta zakładając, że klient się ucieszy (nie musi np. jeszcze raz definiować odbiorców rachunków zdefiniowanych, ma bezpłatny wgląd w historię konta sprzed wielu lat, a w wielu bankach za dostęp do tych danych trzeba płacić ciężkie pieniądze).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Wrócił po wielu latach od zamknięcia konta. Okazało się, że bank... jest baaardzo pamiętliwy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lipca 2015 08:56

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line