Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 27 lutego 2017
    • Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!

      Relacje niektórych banków z ich klientami trudno uznać za przyjazne. Przypominają raczej ciągłą walkę o to, by w granicach wyznaczonych prawem, umowami i regulaminem pognębić przeciwnika i wycisnąć z niego jak najwięcej. Obie strony stosują zarówno wysublimowane taktyki, jak i zwykłą, starą jak świat grę na czas. Jeśli można drugiej stronie zrobić pod górkę czekając z wykonaniem kolejnego ruchu do końca dozwolonego prawem terminu - to tak właśnie się robi. Czasem obie strony dochodzą do ściany, bowiem potyczka merytoryczna zaczyna przekształcać się w proceduralną: czy jakiś termin w ramach gry na czas nie został przekroczony? Czy procedura nie została naruszona? Dziś taka właśnie potyczka, której treścią jest termin odpowiedzi banku na reklamację klienta. Jak wiadomo, zgodnie z prawem wynosi on 30 dni pod karą automatycznego uwzględnienia reklamacji. Klient twierdzi, że bank termin przekroczył, a bank - że bynajmniej.

      Poszło o odsetki, które bank BGŻ BNP Paribas miał naliczać klientowi w promocyjnej wysokości. Bonusowe oprocentowanie miało wynosić aż 4% w skali roku, ale oczywiście nie miało dotyczyć wszystkich pieniędzy zgromadzonych na koncie, lecz "do wysokości najwyższego pojedynczego wpływu zaksięgowanego na koncie w miesiącu naliczenia odsetek promocyjnych, nie więcej niż 5000 zł". Ja to rozumiem w taki sposób, że bank wybiera najwyższy w danym miesiącu wpływ (najczęściej jest to przelew wynagrodzenia) i nalicza w tym miesiącu 4% odsetek od tego przelewu (jeśli jest wyższy, niż 5000 zł - to nalicza 4% tylko dla 5000 zł). Klient zrozumiał chyba jakoś inaczej ten warunek, bo policzył, że w ciągu roku bank powinien mu naliczyć 1943 zł, podczas gdy bank naliczył mu łącznie 143 zł.

      Już na pierwszy rzut oka widać, że klient nie ma racji w sporze merytorycznym, ale roszczenie oficjalnym kanałem reklamacyjnym zgłosił, więc należy mu się formalna odpowiedź. O ile kiedyś bank mógł takiego klienta po prostu zignorować (np. wychodząc z założenia, że na głupie pytania nie odpowiada, choć to może niegrzeczne), to od 2015 r. obowiązuje "Ustawa o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego", która zobowiązuje firmy finansowe do udzielenia odpowiedzi na reklamację "bez zbędnej zwłoki, jednak nie później niż w terminie 30 dni od dnia otrzymania reklamacji". Ustawa dodaje, że "do zachowania terminu wystarczy wysłanie odpowiedzi przed jego upływem", czyli nie musi ona dotrzeć do konsumenta, a jedynie zostać do niego wysłana w ciągu 30 dni. I jeszcze: "W przypadku niedotrzymania terminu (...) reklamację uważa się za rozpatrzoną zgodnie z wolą klienta".

      Mój czytelnik, pan Krzysztof, wysłał reklamację 6 grudnia o godz. 11.02 drogą e-mailową. Czekał na odpowiedź, czekał, czekał, aż się doczekał. Nadeszła - również wysłana e-mailem - 5 stycznia po godz. 17.43. Oczywiście odmowna. Pan Andrzej zaczął szybko liczyć dni i doszedł do wniosku, że literalnie rzecz biorąc bank... nie zmieścił się w terminie.

      "Tak sobie liczę i wyszło mi, że 30 dni to 43.200 minut. Licząc od daty oraz godziny wysłania reklamacji wyszło mi, że odpowiedź powinieniem dostać do godz. 11:02 dnia 5 stycznia. A otrzymałem tego dnia o godz. 17:43. Dla mnie to przypadek, w którym - zgodnie z ustawą o rozpatrywaniu reklamacji - bank "pogrzebał" sprawę. Jeśli podmiot do którego jest skierowana skarga się spóźni lub w ogóle nie odpowie, reklamacja będzie uznana za rozpatrzoną po myśli klienta. W tym wypadku, wg mojego roszczenia, stawką jest 1800 zł"

      Klient zażądał od banku przelania 1800 zł (czyli tej części z 1943 zł, której bank - jego zdaniem - nie wypłacił) w ciągu kolejnych 30 dni. O ile mi wiadomo, bank nie zapłacił. Czy złamał prawo? A może to klient niesłusznie się pieni? Biorąc pod uwagę meritum sprawy jest dla mnie oczywistym, że klient pieni się niesłusznie, bo żadną miarą 4% w skali roku od kwoty nie przekraczającej 5000 zł nie może dać prawie 2000 zł. Ale czy od strony proceduralnej bank się nie zagapił i nie powinien zapłacić? Formalnie od wysłania reklamacji do nadejścia odpowiedzi minęło 30 dni i kilka godzin. Ale są przepisy, które narzucają nieco inną interpretację wydarzeń:

      "Termin na odpowiedź liczy się od następnego dnia po dniu, w którym nastąpiło pewne zdarzenie. Takim zdarzeniem przeważnie jest otrzymanie pisma z urzędu pocztą (decyzji, postanowienia, wezwania) lub ogłoszenie decyzji. Jeśli postanowienie w swojej sprawie otrzymałem w poniedziałek 10 listopada i mam siedmiodniowy termin na zażalenie, to termin zaczyna biec od wtorku, czyli ostatnim dniem terminu jest poniedziałek 17 listopada"

      - piszą dość zgodnie portale prawnicze. A więc - inaczej, niż chciałby klient - odpowiedź z banku została wysłana w 29-tym dniu procedury (bo dzień wysłania reklamacji, czyli 6 grudnia, się nie liczy). Poza tym - i to jest drugi punkt dla banku w tym sporze - "w przypadku, gdy jakiś termin oznaczony jest w dniach, wówczas kończy się z upływem ostatniego dnia". A więc nawet gdyby bank odpowiedział klientowi następnego dnia, czyli 6 stycznia, to i tak miałby czas do północy, zatem godz. 17.43 byłaby całkiem w porządku. Bank jest więc "w prawie" i to podwójnie. Nie bardzo natomiast rozumiem dlaczego jeszcze się z klientem drażnił, czekając z odpowiedzią do ostatniej chwili. Do bankowców mam prośbę: nie prowokujcie takich napięć, bo po pierwsze nie służy to dobrym relacjom z klientami, a po drugie może się zdarzyć, że kiedyś się jednak nie zmieścicie w terminie i będzie obciach.

      Na obciachu może się nie skończyć, bowiem - jak donosi mi mec. Mariusz Korpalski, który jest na pierwszej linii frontu walki sądowej konsumentów z instytucjami finansowymi - Rzecznik Finansowy zajął wreszcie jednoznaczne stanowisko w sprawie skutków prawnych spóźnionej odpowiedzi banku na reklamację klienta. Zdaniem Rzecznika są to skutki bardzo daleko idące. Rzecznik zastanawiał się czy jeżeli w reklamacji klient zaproponuje konkretne rozwiązanie, którego przyjęcie oznacza w istocie zawarcie nowej umowy (np. ugody), to spóźniona reakcja banku oznacza "mimowolne podpisanie" takiej umowy przez bank? Owocem tego zastanawiania się jest konkluzja, iż owszem - tak właśnie należy rozumieć opóźnienie terminu rozpatrzenia reklamacji przez bank.

      To stanowisko Rzecznika jest zgodne z wcześniejszym stanowiskiem Sądu Najwyższego sformułowanym przy okazji rozpatrywania uprawnień konsumenta w umowie sprzedaży (wyrok o sygnaturze IV CSK 75/12). I oznacza, że jeśli składacie jakąś reklamację, to zawsze możecie dodać dla kurażu daleko idącą propozycję rozwiązania sporu. Jeśli bank nie zdąży odpowiedzieć na reklamację, zaś sąd podzieli rozumowanie Rzecznika Finansowego, dostaniecie rekompensatę taką, że ho-ho! Pamiętacie słynną sprawę klienta banku, który postanowił zrobić dopiski do umowy kredytowej, z których to dopisków wynikało, że umowa de facto jest nieoprocentowana? Bank się zagapił i podpisał tak poprawioną umowę, a potem chciał ścigać klienta w sądzie. Ostatecznie rzecz zakończyła się ugodą, ale w obecnych warunkach prawnych tego typu manewry mogą się okazać - co by nie mówić - znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bank czekał do ostatniej chwili z odpowiedzią na reklamację i... pomylił się? Stawką 1800 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2017 08:54
  • niedziela, 26 lutego 2017
    • Tak się bawią przyszli emeryci, czyli ZUS ma straszne oczy, a wapniaki... duży money-back ;-)

      Już ponad 900.000 osób oszczędza w ramach Indywidualnych Kont Emerytalnych (IKE), czyli tej odmiany gromadzenia kapitału, która w przyszłości pozwoli nie płacić podatku od zysków kapitałowych. Zaś prawie 650.000 osób ma pieniądze na Indywidualnych Kontach Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), które pozwalają oszczędzać na emeryturę odliczając zebrane kwoty od podatku PIT. Tak wynika z opublikowanych właśnie danych Komisji Nadzoru Finansowego na koniec 2016 r. Przy założeniu, że jakaś część ludzi oszczędza i w IKE i w IKZE, można szacować, że na dodatkową emeryturę postanowiło gromadzić pieniądze 1,2 mln Polaków. Z tego mniej więcej jedna trzecia robi to systematycznie, a więc ich zainteresowanie gromadzeniem kasy na lepsze jutro nie jest pozorne. Mamy więc w kraju 16 mln pracujących i z tego jakieś 400.000 osób - czyli 2-3% osób zarabiających pieniądze - aktywnie korzysta z preferowanych podatkowo mechanizmów oszczędzania na emeryturę. Te osoby wpłaciły w zeszłym roku w ramach tych mechanizmów prawie 1,5 mld zł nowych pieniędzy.

      Czytaj też: Co drugi z nas nigdy nie będzie miał oszczędności, bo... nie umie

      Oczywiście mówimy tylko o oszczędzających w IKE i IKZE, jest zapewne jakaś grupa osób, które nie korzystają z żadnego z tych mechanizmów, a też gromadzą oszczędności w bankach, funduszach inwestycyjnych, nieruchomościach, albo w sztabkach złota. Ponad 50 mld zł jest w polisach inwestycyjnych, 100 mld zł w funduszach inwestycyjnych, 660 mld zł w bankach. Jakaś część z tych pieniędzy jest pewnie "parkowana" z myślą o emeryturze. Ale jaka? Trudno wyczuć - zapewne lwia część to inwestycje krótkoterminowe. Wracając do IKE i IKZE: w sumie na jednych i drugich kontach emerytalnych zebraliśmy 7,7 mld zł, czyli kwotę zauważalną. Inna sprawa, że jeszcze kilka lat temu w drugim filarze emerytalnym, czyli na kontach OFE, było aż 300 mld zł naszych pieniędzy. Na tym tle pieniądze uciułane na IKE i IKZE wyglądają blado. Gdyby je wypłacać każdemu posiadaczowi konta w IKE lub IKZE w porcjach po 1000 zł miesięcznie (np. na dodatkową emeryturkę), to wystarczyłoby na pięć miesięcy. Co nie oznacza, że z ostatnich danych o naszym oszczędzaniu na emeryturę nie można wyciągnąć żadnych optymistycznych wniosków.

      Czytaj też: Polacy rzucili się do gromadzenia. Ogromne wzrosty oszczędności!

      STRACH MA DWA RAZY WIĘKSZE OCZY. Z dwóch preferencyjnych mechanizmów oszczędzania na emeryturę większe znaczenie ma IKE - ta forma gromadzenia kapitału jest starsza i ma mniej ograniczeń - na IKE można po prostu wpłacić więcej pieniędzy (ale za to nie ma bieżącego odpisu od podatku PIT). Z 7,7 mld zł, które mamy odłożone w dwóch "wehikułach emerytalnych" większość przypada na IKE. W zeszłym roku otworzyliśmy 85.000 nowych rachunków tego typu. To znacznie więcej, niż w poprzednich latach. W 2015 r. było to 66.000 nowych rachunków, zaś w 2014 r. - 47.500. Wartość pieniędzy zgromadzonych na IKE wzrosła zaś w zeszłym roku o 900 mln zł i wynosi już 6,6 mld zł (rok wcześniej wzrost był mniejszy i wyniósł "tylko" 700 mln zł). Widać więc, że zainteresowanie oszczędzaniem na emeryturę - oraz świadomość, że ZUS nie załatwi nam kolorowej przyszłości - wolno bo wolno, ale się upowszechnia.

      FUNDUSZE NA TOPIE, POLISY W ODWROCIE. Z 85.000 nowo-otwartych rachunków aż 51.000 osób wybrało jako inwestycję w ramach IKE fundusze inwestycyjne. Tylko 17.500 osób postanowiło "opakować" w IKE polisę inwestycyjną, zaś 12.500 osób - depozyt bankowy. Widać, że firmy ubezpieczeniowe straciły dużą część zaufania Polaków jeśli chodzi o ich rolę pośrednika w inwestowaniu pieniędzy. Z 900.000 kont IKE wciąż większość - aż 570.000 kont - to te ubezpieczeniowe (czyli różnego rodzaju polisy inwestycyjne), ale liczba IKE w formie funduszy inwestycyjnych wynosi już 236.000 i rośnie naprawdę szybko. Co ciekawe, tylko na mniej niż co czwarte konto IKE założone w firmie ubezpieczeniowej w zeszłym roku zostały wpłacone pieniądze! W przypadku IKE w formie funduszy inwestycyjnych - wpłata była na prawie co drugie. Choć kont w formie ubezpieczeniowej jest dwa i pół raza więcej, niż w formie funduszowej, to na obu rodzajach IKE jest prawie po tyle samo pieniędzy - ok. dwa miliardy złotych. W ubezpieczeniowych o 200 mln zł więcej, ale prawdopodobnie już raz rok ta różnica zostanie ostatecznie zniwelowana.

      ELITA: WPŁACILI PO 10.000 ZŁ I KUPILI... AKCJE. To pokazuje skalę zniechęcenia ludzi to ubezpieczeń inwestycyjnych. Ale prawdziwą elitą wśród oszczędzających na emeryturę w ramach IKE są ci, którzy konto emerytalne otworzyli w biurze maklerskim, a więc inwestują swoje oszczędności w akcje spółek i notowane na giełdzie obligacje. Takich kont jest tylko 27.500, ale zgromadziliśmy na nich aż miliard złotych - połowę tego, co na kontach ubezpieczeniowych, których funkcjonuje dwadzieścia razy więcej! W zeszłym roku na więcej, niż co drugie konto IKE w biurze maklerskim wpłaciliście nowe pieniądze. A w dodatku średnia wpłata wynosiła ponad 9.000 zł, trzy razy tyle, ile do IKE ubezpieczeniowych. Szacunek. A podobno styl niemieckiego emeryta nie jest dla nas ;-). Sporą "wydajnością" mogą się też pochwalić IKE w formie depozytu bankowego lub obligacji. Takich rachunków nie mamy dużo - tylko 64.000 sztuk - ale jest na nich 1,2 mld zł i w zeszłym roku na dwie trzecie z tych kont zostały wpłacone nowe pieniądze!

      IKE MEKKĄ WAPNIAKÓW. Nie zmieniło się natomiast to, że na emeryturę oszczędzają w Polsce głównie ci, dla których dzwoni już ostatni dzwonek, a więc osoby po 40-tce. Tylko nieco ponad 10% rachunków IKE (95.000 sztuk) mają założone osoby przed 40-tką! Oczywiście nie ma nic zdrożnego w oszczędzaniu na emeryturę z czterema krzyżykami na karku, ale wtedy oszczędności przyrastają wolniej ("śniegowa kula" nie tyle ma czasu, by się rozpędzić). Zaczynając oszczędzanie w młodości można odkładać cztery razy mniejsze pieniądze, by osiągnąć po 60-tce tę samą sumę co ktoś, kto zaczął oszczędzanie w średnim wieku. I dopóki wśród tych kilku procent zapobiegliwych emerytalnie Polaków będą głównie wapniaki, cała zabawa z trzecim filarem będzie trochę nez sensu. Czas żeby program zachęt do samodzielnego oszczędzania na emeryturę wicepremiera Morawieckiego wyszedł wreszcie z excela. 

      Czytaj też: Sześć pomysłów żeby chciało nam się chcieć oszczędzać na potem

      5% KASY JUŻ JEST. A RESZTA? Średnie saldo zebrane przez statystycznego posiadacza konta IKE nie powala na kolana - to 7.300 zł. Nie można powiedzieć, że da się z tego urzeźbić sensowny dodatek do emerytury. Szczerze pisząc to zaledwie 5% kwoty potrzebnej, by chociaż przez 15 lat mieć 1000-złotowy dodatek do państwowej emeryturki. Biorąc jednak pod uwagę, że tylko co trzecie IKE jest aktywne, trzeba szacować, że ów procent na kontach najbardziej systematycznych ciułaczy jest znacznie bardziej skoncentrowany i zebrali już 10% kwot potrzebnych, by na emeryturze mieć zabezpieczone godne warunki finansowe. Średnia wpłata nowych pieniędzy na IKE w zeszłym roku wyniosła 3.700 zł, czyli nieco ponad 300 zł miesięcznie. To niezły pieniądz, ale jeśli 90% posiadaczy IKE to ludzie po 40-tce, więc nie jestem przekonany czy nie powinni jeszcze podkręcić tempa.

      BĘDZIE REKORDOWY MONEY-BACK ZE SKARBÓWKI! Na koniec dwa słowa o rachunkach IKZE, do których założenia namawiałem Was w zeszłym roku w celu optymalizacji podatkowej. Przyznam szczerze, że sukces tych moich namów był połowiczny. Z jednej strony założyliście w 2016 r. "tylko" 63.000 nowych kont IKZE (rok wcześniej było 92.000 kont), ale z drugiej strony napływ pieniędzy był bardzo wysoki - ponad poł miliarda złotych. W 2015 r. "udział" IKZE w "rynku" preferencyjnych form oszczędzania na emeryturę wyniósł tylko 10%. Teraz wynosi już blisko 15%. W zeszłym roku wartość kasy zgromadzonej przez nas na kontach IKZE się niemal podwoiła. Tylko na co czwarte IKZE została wpłacona w zeszłym roku jakaś kasa, ale widać, że jak ktoś wpłacał, to od razu "pod korek". Dwie trzecie nowo-otwartych kont IKZE było otwieranych pod skrzydłami funduszy inwestycyjnych. To nie wszystko - wśród 87.000 kont IKZE, które prowadziły fundusze inwestycyjne, na aż 71.000 kont wpłynęły w 2016 r. pieniądze. Dla porównania: firmy ubezpieczeniowe zdołały zmobiliozować do wpłat tylko 62.000 osób, choć prowadzą aż 450.000 kont IKZE!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Tak się bawią przyszli emeryci, czyli ZUS ma straszne oczy, a wapniaki... duży money-back ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2017 15:54
  • piątek, 24 lutego 2017
    • Mistrzowie subtelnego przykręcania śruby. Ten money-back będzie tylko dla... ukredytowanych

      Drobna, aczkolwiek symptomatyczna zmiana nastąpiła właśnie w jednym z nielicznych wciąż pozostałych przy życiu programów premiowych (tych, dzięki którym możemy "zarabiać" na używaniu karty wydanej konta bankowego). Chcę o niej opowiedzieć, bo wiem, że wyznaczy ona trend także innym bankom, a więc może dotyczyć wielu. Rzecz dzieje się w banku T-Mobile, który niemiecki telekom prowadzi w Polsce wspólnie z Aliorem. Jak wiecie, flagowym pakietem banku T-Mobile jest Konto Freemium, które jest za zero, o ile klient zapłaci kartą 200 zł miesięcznie (darmowe są też wypłaty z dowolnego bankomatu w miesiącu). T-Mobile wyróżnia się jedną z najnowocześniejszych na rynku aplikacji mobilnych oraz właśnie programem premiowym. W jego ramach można dostawać 5% zwrotu za zakupy, ale nie więcej niż 15 zł miesięcznie. Rabat nie jest może duży, ale za to łatwy do uzyskania, bo dotyczy wszystkich zakupów kartowych, a nie tylko w wybranych sklepach (jak często jest u konkurencji).

      Takie płacenie klientom za to, że używają kart, jest ważne dla banku telekomowego, bo dla 95% klientów taki bank jest "rezerwowym". Klient, który przychodzi do punktu obsługi T-Mobile, Orange, czy Plusa z reguły ma już gdzieś ROR, więc nie jest łatwo przekonać go, by przeniósł całe domowe finanse do banku w smartfonie. W Orange Finanse (banku stworzonym przez francuski telekom) mają jako teaser najwyżej oprocentowane na rynku konto oszczędnościowe (3,5% w skali roku), w Plus Banku opcję obniżania rachunku za telefon w zamian za intensywne używanie banku, zaś w T-Mobile zachętą jest właśnie owe 15 zł miesięcznie, które niskim kosztem może otrzymać właściwie każdy klient. Przy wysokim procentowym rabacie wystarczy zapłacić kartą za zakupy 300 zł, żeby tę kasę zainkasować. Darmowe konto, darmowe bankomaty i kasa wpadająca comiesięcznie do kieszeni? Jak na dzisiejsze czasy - bomba.

      Czytaj też: W co gra ten bank? Czy prawidłowo poinformował o podwyżkach prowizji?

      Czytaj też: Niezły numer - dyskretnie wymazali z regulaminu promocji słówko "lub", bo...

      No i najwyraźniej w T-Mobile doszli do wniosku, że za dużo już tego dobrego, bo postanowili ograniczyć money-back, ale robiąc to bardzo sprytnie - można powiedzieć, że w białych rękawiczkach. Nie zmieniła się bowiem ani procentowa wartość zwrotu, ani kwotowy limit miesięczny, ani nawet zakres transakcji objętych zwrotem (w dalszym ciągu będą to wszystkie punkty handlowe z drobnymi wyłączeniami uniemożliwiającymi nadużycia). Zmienia się tylko jeden drobiazg: money-back będzie można otrzymywać w nieograniczonym czasowo terminie tylko wtedy, gdy ma się w banku jakikolwiek produkt kredytowy. Kto zatrzymał się na etapie "konto z kartą" będzie mógł otrzymywać money-back jeszcze tylko przez sześć miesięcy. Zmiany wchodzą w życie od maja. 

      freemiumregulaminnew

      Sprytne? A jakże. Produkty kredytowe to te, na których bank najwięcej zarabia. Jeśli więc klient ma dostawać korzyść w oparciu o transakcyjność, na której z kolei bank zarabia nie za wiele, to niech da od siebie jeszcze coś w zamian. To takie subtelne przykręcenie śruby. Czy mnie to dziwi? Nie. To kolejny etap strategii stosowanej przez bank T-Mobile od dawna. Pierwszym był bank, w którym jest wszystko totalnie za darmo i który Polacy pokochali. Potem - by klienci zaczęli używać banku (a nie tylko go mieć), pojawiła się warunkowa opłata za kartę płatniczą, ale łatwa do uniknięcia. Potem nastąpił czas "kocich opowieści" - a więc program lojalnościowy dobrze płacący za intensywniejsze używanie tej karty. Następnie program ten został zredukowany (z 25 zł miesięcznie do 15 zł miesięcznie). A teraz dokłada się warunek, iż program jest limitowany czasowo, chyba że klient weźmie w banku T-Mobile jakąś formę kredytu. Jakieś pytania? Jestem dziwnie pewny, że tą samą drogą pójdą inne banki oferujące money-back.

      Czytaj też o innych promocjach bankowych w blogu jakdorobic.com

      Nie ma ich wiele. W banku BGŻ BNP Paribas money-back jest tylko "na powitanie", przez cztery miesiące (choć dość szczodry, 3% wartości zakupów w wszystkich sklepach i do 40 zł miesięcznie). W mBanku też jest to akcja "powitalna" - trwa sześć miesięcy i po zapłaceniu tylko 250 zł miesięcznie kartą dostaje się aż 50 zł nagrody. W Toyota Banku akcja nie jest ograniczona czasowo, zwracają duży procent (5-10% zakupów), ale... tylko na paliwo. Pisałem o tej promocji w blogu - zerknijcie. No i money-back jest mocno uzależniony od sumy oszczędności jakie klient ma w banku. W Banku Pocztowym zwracają aż 5% przez pierwszy rok posiadania konta (do 20 zł miesięcznie), ale też tylko na jedną, wybraną przez klienta kategorię zakupów (zdrowie, sport...). W Eurobanku płacą również 5% (aż do 60 zł miesięcznie), lecz tylko za wydatki kulturalno-sportowo-rozrywkowe. W Aliorze money-back jest już w ogóle tylko na niby, bo wynosi ledwie 1,5% i to tylo na zakupy w sklepach spożywczych i marketach.

      Patrząc na tę degrengoladę money-backów (gdzie te czasy, gdy wyciągało się z takich promocji z palcem w nosie po 720 zł rocznie?) widać trzy rodzaje przykręcania śruby przez banki - jedni ograniczają czas dostępności zwrotów za zakupy, inni wyznaczają tylko jedną kategorię zakupów okraszonych zwrotem, a T-Mobile poszedł trzecią drogą - poprosił klientów, żeby się jeszcze bardziej zaangażowali jeśli chcą mieć w sumie najlepszy na rynku, bo nieograniczony czasowo money-back. Jest to jakoś-tam zrozumiałe, bo przy obecnym poziomie opłat interchange i przy ultraniskim poziomie stóp procentowych banki nie zarabiają na pośrednictwie w transakcjach klienta tyle, żeby zwrócił się kilkunastozłotowy comiesięczny money-back. Nie wykluczam, że duża część klientów banku T-Mobile będzie wolała zrezygnować z money-backu, niż pchać się w drogie kredyty, ale część weźmie np. kartę kredytową, która w T-Mobile pod pewnymi warunkami jest gratis. Tę drogę poleca mój kolega-bloger z jakdorobic.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Mistrzowie subtelnego przykręcania śruby. Ten money-back będzie tylko dla... ukredytowanych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2017 09:15
  • czwartek, 23 lutego 2017
    • Na kopaniu piłki w Polsce nikt nie zarabia więcej, niż on. Ile w Legii wart jest team spirit?

      Legia Warszawa w tej edycji pucharów europejskich Legia zarobiła ponad 20 mln euro. Za wejście do Ligi Mistrzów dostała 12 mln euro, za udział w eliminacjach - 2,7 mln euro. Dodatkowo wpadło 2 mln euro za zdobyte w fazie grupowej punktasy i - jak szacuje Przegląd Sportowy - jakieś 5 mln euro za prawa telewizyjne. Legia co prawda nie wyszła z grupy w Lidze Mistrzów, ale dzięki remisowi z Realem i pokonaniu Sportingu Lizbona nie została odesłana całkiem do domu, lecz dokooptowana do Ligi Europy. Za udział w 1/16 finału zgarnęła 500.000 euro. Największe od lat sukcesy w polskiej piłce klubowej to wynik pracy piłkarzy, nowego trenera Jacka Magiery oraz... team spirit. 

      Legia ma na pokładzie najlepiej opłacanego piłkarza kopiącego w Polsce - Artura Jędrzejczyka. Według doniesień sportowych gazet wynegocjował kontrakt o wartości 800.000 euro rocznie i w tej cenie - jak sugerowali włodarze klubu - oprócz kopania będzie zapewniał spirit. Team spirit. Niektórzy się dziwią, że można tyle płacić za kopanie i usługi duchowe w jednym, ale klub piłkarski to prywatna firma i może płacić komu chce i ile chce (o ile od tego nie zbankrutuje). Dopóki abonenci Canal Plus (pokazuje mecze polskiej ligi), nabywcy gadżetów klubowych, reklamodawcy klubu oraz nabywcy karnetów i biletów chcą za to płacić - wolna droga. A poza tym jeśli dzięki usługom duchowym pana Jędrzejczyka drużyna Legii uwierzy w siebie jeszcze bardziej, może znów awansować do Ligi Mistrzów i znów zarobić 20 mln euro. Czyli na pensję ponad dwudziestu Jędrzejczyków.

      arturjedrzejczykZ budowaniem team spirit jest ten problem, że wymaga skupienia duchowego ;-). Czy nie zakłóci jego kreowania szelest banknotów zasypującej najwyżej opłacanego piłkarze ligi? Przez najbliższe cztery lata pan Artur będzie miał wpływy na ROR w okolicach 3,5 mln zł rocznie, a to może człowieka zdekoncentrować. Policzmy: miesięcznie jakieś 290.000 zł, a dziennie... 10.000 zł. Taką wypłatę przyjmują najlepiej opłacani prezesi banków. Aby pan Artur mógł uzyskać spokój duchowy i przełożyć go na budowanie team spirit w Legii, powinien przyjąć kilka rad dotyczących tej mamony. Pan Artur ma prawie 30 lat, pewnie pogra jeszcze przez pięć, sześć. A potem niechaj dobrze żyje ze zgromadzonego kapitału. Aby po przejściu na sportową emeryturę mieć tylko 20.000 zł miesięcznie "kieszonkowego" (wypłacane do końca życia), powinien zatrzymać w bankach ok. 10 mln zł lub kupić nieruchomości na wynajem za co najmniej 6 mln zł. 

      Najrozsądniejszą strategią byłby miks tych aktywności, aby 40% "emeryturki" płynęło z banku (zapewnią to depozyty warte 5-6 mln zł z oprocentowaniem 3% rocznie), a 50% z czynszów od wynajętych nieruchomości (wystarczy 3-4 mln zł ulokowane w mieszkania na wynajem przy rentowności 4-5% rocznie). Dodatkowo 1-2 mln zł zainwestowałbym w dobrze zapowiadające się spółki niepubliczne. O inwestycjach typu private equity lub venture capital (w spółki we wczesnym stadium rozwoju) wie dużo Robert Lewandowski, który tak lokuje część swojej fortuny. Do którego banku wpłacać kasę, skoro miesięcznie wpływa na konto prawie tyle pieniędzy, ile wynosi maksymalna gwarancja państwowa? Trzymanie kilku milionów złotych w banku, który się przewraca, oznacza utratę większości pieniędzy (gwarancja opiewa na ok. 420.000 zł). Cóż, kto ma dużo kasy, musi je lokować w różnych walutach, by utrzymać ich realną wartość na lata. 25% w dolarach, 20% w euro, trochę w jenach i frankach. A reszta w PKO BP ;-)). Są jeszcze podatki dochodowe oraz drobne wydatki "na życie". I kasa z czteroletniego kontraktu zagospodarowana ;-). Mając tę świadomość pan Artur może spokojnie oddać się budowaniu team spirit zespołu Legii. Powodzenia! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 18:50
    • Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku

      Oprocentowanie większości depozytów, które trzymamy w bankach, nie chroni już oszczędności przed inflacją. Czas więc ruszyć się z fotela i spróbować przynajmniej zmniejszyć straty. Postanowiłem więc dziś zebrać w jednym miejscu zebrać rady dla tych, którzy chcieliby, żeby pieniądze trzymane przez nich w banku nie traciły realnie na wartości. Tym tematem powinno zainteresować się wielu, bo prawie połowa naszych oszczędności leży w kilku największych bankach, które nigdy nie rozpieszczały klientów atrakcyjnym oprocentowaniem. Pieniądze leżą i się marnują z niskim procentem, bo po prostu nie chce nam się ich zabrać, trzymamy je w danym banku od lat "z przyzwyczajenia". A także z przekonania, że dla kilku groszy dodatkowego zysku z oprocentowania nie opłaca się robić zamieszania z przechodzeniem do innego banku.

      Czytaj: To koniec pewnej ery. Idą (jeszcze) gorsze czasy dla oszczędności. Co robić?

      Jeśli ktoś ma np. 10.000 zł, to przy oprocentowaniu 1% w skali roku będzie czerpał ze swoich oszczędności 80 zł odsetek (po potrąceniu podatku Belki), a przy oprocentowaniu 1,2% zysk zwiększy się raptem do 96 zł. Dla 16 zł dodatkowych odsetek naliczonych przez cały rok większość ciułaczy nie zechce zdzierać zelówek w butach. Ale gdyby rzecz dotyczyła już 25.000 zł, zaś różnica w oprocentowaniu sięgnęła 0,5 pkt. proc., to stawka zaczyna być zauważalna - 110 zł. Z moich obserwacji wynika, że mniej więcej taka właśnie - pół punktu procentowego, w porywach nawet do całego punktu - jest różnica między oprocentowaniem pieniędzy w dużych i w małych bankach. Co więcej, trzymając pieniądze poza największymi bankami, płacącymi najmarniej, zwykle udawało się w przeszłości chronić realną wartość oszczędności.

      inflacja_w_polsce_10lat_i_depo

      Dowody? Oto wykres pokazujący jak mniej więcej kształtowała się w przeszłości relacja inflacji do oprocentowania pieniędzy w dziesięciu najlepiej płacących bankach w danym momencie. Nie są to bardzo dokładne dane, ale mam sporo archiwalnych materiałów porównawczych, na podstawie których to mniej więcej oszacowałem. I - co ważne - pokrywa się mniej więcej z obserwacjami, które poczyniłem na podstawie analizy własnego portfela depozytów. Tak jak niedawno pisałem w blogu, średnie oprocentowanie moich prywatnych pieniędzy w zeszłym roku wyniosło 1,4%. Jakieś 30-40% depozytów (to się zmieniało w czasie) trzymałem w skarbcach największych banków, a 60-70% w bankach mniejszych (powiedzmy, że spoza pierwszej ósemki na rynku). I tę strategię polecam każdemu, kto chciałby spać spokojnie, a z drugiej strony nie tracić realnej wartości swoich pieniędzy w banku. Jak jeszcze zwiększyć opłacalność trzymania pieniędzy w banku?

      Czytaj też: Nadeszła depozytowa katastrofa. W tych bankach pieniądze już tracą

      ROR: RACZEJ OSZCZĘDZAJ ROZSĄDNIE.  Wiadomo, że część kasy leży tam, bo czeka aż jutro, pojutrze lub za kilka dni ją wydamy. Ale czasem jest to stały "osad", który traktujemy w kategoriach poduszki finansowej "na wszelki wypadek". O ile w czasie deflacji można było takie przetrzymywanie nadwyżek finansowych na nie oprocentowanych ROR-ach rozgrzeszać, o tyle teraz jest to już karygodne. Nawet pieniądze, które będą nam wkrótce potrzebne warto przesunąć na konto oszczędnościowe, by pracowały choćby na ułamek procenta. Przesunięcie kasy z ROR-u na konto oszczędnościowe zajmuje w dzisiejszych czasach kilkadziesiąt sekund (i to razem z czasem potrzebnym na założenie konta oszczędnościowego), więc nawet jeśli będzie to gra warta kilku złotych, to i tak warto. Po czym poznać milionera? Że bardzo się złości, gdy choćby okruch jego fortuny się marnotrawi.

      POZWÓL KASIE "POZDRÓŻOWAĆ". Banki w Polsce nie cenią lojalnych klientów, zwykle najwyższe oprocentowanie miewają tzw. lokaty na nowe środki. Nowe, czyli takie, które wpłynęły z innego banku (przesunięcie osadu z ROR-u albo pieniędzy z konta oszczędnościowego zwykle nie kwalifikuje się jako nowe środki). Można dostać ekstra mniej więcej 0,5 pkt. proc., choć nie zawsze jest to bonus bezwarunkowy (czasem wiąże się z obowiązkiem założenia i zasilenia ROR-u). Ja mam kilka ROR-ów, więc zdarza się, że przerzucam pieniądze między nimi. Tak czy owak: wykonując cztery "wędrówki" w roku (czyli wędrując między bankami z depozytem kwartalnym) możemy znacząco zwiększyć procent na depozycie. Warto raz w miesiącu sprawdzać w internecie zestawienia najlepszych depozytów i kont oszczędnościowych - szukamy oczywiście najlepszych ofert "na nowe środki" bez dodatkowych warunków bądź z łatwymi do spełnienia (np. trzeba tylko założyć ROR i wpłacić nań określoną kwotę, ale nie trzeba mieć karty i nią płacić).

      SPRAWDŹ "OSZCZĘDNOŚCIÓWKĘ" W PROMOCJI. Czasem nawet mając w banku tylko "stare środki" warto się rozejrzeć czy np. niektóre okresy lokowania depozytów nie dają większej możliwości zarobku, niż inne. Np. trzymając pieniądze na sześciomiesięcznej lokacie można zarobić ciut więcej, niż na czteromiesięcznej. Są banki, w których taki "arbitraż" opłaca się też przy zmianie lokaty terminowej na konto oszczędnościowe (choć na zdrowy rozum depozyt powinien "płacić" lepiej, bo wiąże się z koniecznością zablokowania pieniędzy). Przykładowo w ING mają promocję na nowo otwierane konta oszczędnościowe (płacą 2% przez cztery miesiące), a na lokacie rocznej da się wycisnąć tylko 1%. Oczywiście: interes się nie "zepnie" jeśli w porę nie zabierzemy pieniędzy z konta oszczędnościowego, bo jego standardowe oprocentowanie spadnie do 0,7 proc. w skali roku. Według serwisu bankobranie.blogspot.com w czterech bankach są teraz promocje kont oszczędnościowych (Orange Finanse, Deutsche Bank, Millennium, Eurobank). Nie sprawdzałem, ale jeśli macie ROR-y w tych bankach, to zerknijcie na warunki promocji, może opłaca się przez kilka miesięcy mieć tam nie tylko ROR, ale i "oszczędnościówkę"?

      WEŹ LOKATĘ PRZEZ SMARTFONA. Część banków promuje korzystanie z bankowości mobilnej. Ściągając sobie na smartfona aplikację mobilną banku i aktywując ją nabywamy prawo do założenia z jej pomocą lokaty znacznie lepiej oprocentowanej, niż zwykła, zakładana w oddziale lub przez bankowość internetową. Bankiem, w którym zwykle opłaca się założyć lokatę przez smartfona jest Bank Millennium (tu można wycisnąć 2,5%) oraz BZ WBK (też 2,5%). Aż 3% za lokatę założoną przez smartfona zapłaci Getin Bank, zaś Raiffeisen - 2,2%. Lokatę mobilną na 1,75% (niestety tylko na miesiąc) lub na 1,2% (na pół roku) ma PKO BP, który za "zwykłe" lokaty płaci ok. 1,1%. Zwykle takie depozyty są ograniczone do trzech miesięcy i mają maksymalny próg 10-20 tys. zł. Ale zawsze coś.

      UPIECZ DWIE PIECZENIE NA JEDNYM OGNIU. Jeśli jesteś niezadowolony z usług swojego obecnego banku, to możesz upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i przenieść się do konkurencji pod warunkiem, że zaoferuje promocyjny depozyt. Warto odwiedzić oddział banku, który polecają znajomi, albo zadzwonić na infolinię i zapytać o ile więcej bank zapłaci za depozyt przy przeniesieniu konta. Np. Toyota Bank zapłaci 2,5% na lokacie 160-dniowej, ale pod warunkiem, że założysz w nim nowe konto. W mBanku przez trzy miesiące nowi klienci mogą mieć nawet 3,5%. Nest Bank daje nowym posiadaczom kont osobistych trzymiesięczną lokatę na 4% w skali roku. Prawie każdy bank ma taką ofertę. Niektóre banki mają też promocje polegające na wypłacaniu klientom premii finansowej za założenie konta. Taka premia może wynosić od 100 zł do 300 zł. Obecnie mają w ofercie takie bonusy m.in. ING, mBank, Citibank oraz wspomniany Toyota Bank. Jeśli masz np. 10.000 zł oszczędności, to premia oznacza de facto równowartość dodatkowego 1-3 pkt. proc. rentowności depozytu.

      NIE ROZMIENIAJ SIĘ NA DROBNE. Jestem wielkim fanem dywersyfikacji i rozpraszania oszczędności w wielu miejscach (ze względów bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku). Ale nadmierne rozdrabnianie się w przypadku depozytów bankowych oznacza niestety wymierne straty. Oprocentowanie dla różnych kwot depozytów się spłaszcza, ale jeśli chodzi o oprocentowanie kont oszczędnościowych to wciąż widać różnicę na korzyść większych osadów. W BZ WBK za Konto Max Oszczędnościowe płacą 0,5% w skali roku, ale jeśli masz więcej, niż 100.000 zł, to 0,76%. W mBanku na koncie oszczędnościowym eMax Plus mając do 50.000 zł można zarobić 0,5%, zaś przy większych saldach - 0,65-1%. Może się więc opłacić umieszczenie większej kwoty w jednym banku (oczywiście kwota ta nie powinna przekraczać państwowej gwarancji dla depozytów w przypadku upadłości banku - równowartości 100.000 euro). Część banków od depozytu rzędu 50.000 zł może proponować indywidualne warunki, lepsze o 0,1-0,2% od standrdowych.

      ZAUWAŻ TEŻ MALUCHA. Wystarczy rzut oka na bankowe tabele z oprocentowaniem i już widać, że mniejsze banki płacą znacznie lepiej, niż duże. A cieszą się takimi samymi, państwowymi gwarancjami depozytów. Liderem w depozytach trzymiesięcznych jest PBS Ciechanów (czyli jeden z większych banków spółdzielczych, któremu niedawno jeszcze groziła utrata płynności z powodu paniki klientów po wprowadzeniu do banku zarządu komisarycznego). Tu bez żadnych dodatkowych warunków można umieścić pieniądze na trzy miesiące przy oprocentowaniu 2,05%. Idea Bank i Lion's Bank dają 1,85%, zaś Plus Bank - 1,65%. W porównaniu z ofertą największych banków - pomijając promocje płacą one ok. 1% - jest sporo szczodrzej. Inny bank spółdzielczy - neoBank - płaci za sześciomiesięczne depozyty 1,5% w skali roku, a za trzymiesięczne - 1,8% (ale ta druga oferta dotyczy tylko nowych środków). Dla odważnych są też SKOK-i, których sytuacja finansowa jest kiepska, ale są objęte państwowymi gwarancjami depozytów. Największy SKOK Stefczyka za depozyt półroczny płaci 1,8%.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Twój bank mało płaci? 7 prostych sposobów na to jak wycisnąć więcej procentów z lokaty w banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2017 08:55
  • środa, 22 lutego 2017
    • Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!

      Wypowiedzenie kredytu i jego postawienie w stan natychmiastowej wymagalności to teoretycznie najcięższa sankcja, która może spotkać pożyczkobiorcę. Dolegliwość tej sankcji jest podwójna jeśli rzecz dotyczy kredytu frankowego. Tu bowiem dochodzi automatyczne przewalutowanie długu na złote po niekorzystnym kursie. Można się wystraszyć, choć tak naprawdę rzadko kiedy wypowiedzenie kredytu jest bezwarunkowe. Przeważnie banki traktują je jako rodzaj "zaproszenia" do negocjacji. Oczywiście są to specyficzne "negocjacje", bowiem klient występuje w nich w pozycji klęczącej. I o to chodzi. Pytanie czy w ten sposób wolno z klientami "negocjować". Tak naprawdę wypowiedzenie kredytu to dla banku średni interes. Lepszym jest ugoda, na którą wystraszony klient się godzi i pod pistoletem spłaca nawet takie raty, na które - jak mu się wydawało - go nie stać.

      Sęk w tym, że - jak się okazuje - taka "zabawa" z klientem, mająca charakter tresury, może być zabawą ryzykowną, także dla banku. Wpadł mi niedawno w ręce wyrok, po którego lekturze bankowcy bawiący się z kredytobiorcami w kotka i myszkę mogą przestać czuć się tak pewnie, jak dotychczas. Rzecz dotyczy kredytu udzielonego najprawdopodobniej przez bank Santander Consumer (co prawda w kopii uzasadnienia wyroku nazwa banku została "wygumkowana", ale jest kilka szczegółów, które wskazują, że chodzi właśnie o tę instytucję finansową) o wartości 106.000 zł, oczywiście indeksowanego do franka szwajcarskiego. Klienci kredyt przestali spłacać i na początku 2015 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny. Po kilkunastu dniach sąd zatwierdził go, ale klienci złożyli sprzeciw przeciwegzekucyjny, powołując się na wiele nieprawidłowości - delegalizację BTE przez Trybunał Konstytucyjny, abuzywne klauzule w umowie kredytowej (na tej podstawie dowodzili, że bank nieprawidłowo wyliczył wartość zadłużenia w BTE) oraz jeszcze kilka rzeczy. Część z nich sąd uwzględnił, większość odrzucił, ale nie o to dziś chodzi.

      Zwróciłem uwagę na coś innego - sąd, uznając częściowo argumentację klientów, stwierdził, że bankowy tytuł egzekucyjny został wystawiony wadliwie, a więc bez przyczyny. A to dlatego, że... w ogóle nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy! Sędzia napisał w uzasadnieniu, że w piśmie skierowanym do dłużnika bankowcy wezwali go do uregulowania należności jednocześnie dodając, że w przypadku nie spełnienia tego warunku bank będzie uważał, że umowa została wypowiedziana

      "Zdaniem sądu Okręgowego pozwany powinien wezwać do zapłaty i przypomnieć o o terminach wypowiedzenia, a następnie, w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę (...). Zdaniem Sądu wypowiedzenie umowy, jako jednorstronne oświadczenie woli o charakterze prawno-kształtującym nie może zostać uczynione z zastrzeżeniem warunku. Dopuszczenie takiej możliwości pozostawałoby w sprzeczności z istotą tego rodzaju czynności, której celem jest definitywne uregulowanie łączącego strony kontraktu"

      Wyrok, który został ogłoszony przez Sąd Okręgowy we Włocławku (sygnatura akt I C 338/15), rzuca nowe światło na kwestię wypowiadania umów kredytowych. Banki bardzo często wypowiadają je tak, żeby w rzeczywistości sprawę dało się jeszcze odkręcić, o ile klient wystarczająco się wystraszy. Okazuje się, że oprócz powoływania się na unieważnienie instytucji BTE przez Trybunał Konstytucyjny i oprócz podważania kwoty wpisanej na BTE można jeszcze spróbować przekonać sąd, że... wypowiedzenie w ogóle nie było wypowiedzeniem. I na tej podstawie nie tylko powstrzymać komornika, ale też unieważnić wypowiedzenie kredytu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bank, by zmiękczyć klienta, bawił się z nim w kotka i myszkę. Ale kto mieczem wojuje... Mocne!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2017 10:03
  • wtorek, 21 lutego 2017
    • Przełom? Oto pierwszy kredyt hipoteczny, którego bank udzieli przez... internet. No, prawie ;-)

      Banki nie od dziś testują nowoczesne metody kontaktu z klientami, takie jak wideoczaty, serwisy internetowe czy bankowość mobilna. Im większy odsetek spraw uda się klientom załatwiać zdalnie, tym więcej kasy banki zaoszczędzą na etatach i placówkach. Jakiś czas temu pisałem o samoobsługowych kioskach, które postawił w galeriach handlowych Getin Bank. Zamiast z żywym pracownikiem rozmawia się z obsługą przez wideo, a zamiast okienka bankowego są skanery, drukarki, wrzutnie i kieszenie, do których wkłada się podpisane dokumenty, a także wpłatomat i bankomat. Na razie takie kioski wyprzedzają swój czas i nie są popularne, ale w przyszłości mają zastąpić klasyczne placówki bankowe. Dziś banki stawiają przede wszystkim na aplikacje w smartfonach, które mają być jak najbardziej wszechstronne i dawać możliwość załatwienia jak największej liczby spraw od A do Z.

      Płacenie rachunków przez ich skanowanie, zakładanie lokat w rozszerzonej rzeczywistości, kredyt na jeden klik, wirtualna karta płatnicza w smartfonie - to zajawka nowej przyszłości. Ale wciąż nie da się pominąć papierologii i czasochłonnych procedur przy zakładaniu rachunków (choć w Niemczech i Austrii banki otwierają już ROR-y przez wideoczat) oraz przy udzielaniu kredytów hipotecznych. To usługa bankowa na tyle skomplikowana, że wszelkie próby jej zautomatyzowania i przekazania do kanałów zdalnych kończyły się do tej pory niepowodzeniem. Pamiętacie firmę Invigo, która jakiś czas temu uruchomiła pośredniczenie w ogarnianiu kredytów hipotecznych przez telefon, internet i czat? O ile mi wiadomo nie był to wielki sukces, co zresztą mnie wcale nie zdziwiło. Ale być może ta firma też nie trafiła w swój czas?

      Czytaj też: Każdy kredyt hipoteczny to tykająca bomba zegarowa. Jak ją rozbroić?

      Czytaj też: Czy najtańszy kredyt hipoteczny może okazać się najdroższym? Tak to się robi

      Czytaj też: Czy to dobry czas, by iść po kredyt hipoteczny? I jak nie dać się naciąć?

      Tymczasem są kolejni śmiałkowie. Bank ING właśnie ogłosił, że jako pierwszy w Polsce będzie udzielał kredytów hipotecznych przez internet. No, prawie, bo trzeba będzie przyjść do placówki w celu podpisania umowy. Ale to tylko raz i tylko na chwilę. W ING opracowali system internetowego obiegu danych i dokumentów, dzięki któremu wszystko co związane z ubieganiem się o kredyt hipoteczny można załatwić z poziomu bankowości elektronicznej. A więc sam wniosek o kredyt jest elektroniczny (podpisywany kodem SMS), dokumenty załączane do tego wniosku też można załączyć w formie skanów, zaś decyzję kredytową z warunkami kredytu i wzór umowy bank przekazuje klientowi do "szuflady" w jego serwisie bankowości elektronicznej. Przez cały czas klient ma możliwość kontaktu przez e-mail, telefon i przez czat ze swoim doradcą kredytowym (to ostatnie dopiero za chwilę), który ma odpowiadać na pytania i wyjaśniać wątpliwości.

      Ten sposób działania ma swoją angielską nazwę - remote advisory. Wykorzystuje się to np. przy likwidacji szkód ubezpieczeniowych. Już kilku ubezpieczycieli oferuje możliwość zarządzania likdwidacją szkody z poziomu aplikacji w smartfonie. Klient, który miał wypaek, dostaje na smartfona link do aplikacji, a potem już komunikuje się z likwidatorem przez czat. Zdjęcia uszkodzonego auta wykonuje smartfonem i wysyła do aplikacji (może też uruchomić "transmisję" wideo), potrzebne dokumenty skanuje i też umieszcza w aplikacji. W ten sam sposób akceptuje lub odrzuca proponowane przez firmę odszkodowanie. Ale czy przy kredytach hipotecznych też da się procedować zdalnie? Cóż, wypełnianie wniosków kredytowych w bankowości elektronicznej to nie jest rocket science. Akceptowanie dokumentów przesyłanych przez klienta elektronicznie? To już jest coś. Ale czy przełom?

      Patrząc na listę dokumentów, które trzeba zgromadzić osobiście ubiegając się o kredyt hipoteczny można stracić ochotę do życia. Dwa dowody tożsamości, zaświadczenie o zatrudnieniu i zarobkach, wyciągi z rachunków bankowych, PIT za poprzedni rok, zaświadczenie z ZUS o wpłaconych składkach, umowa przedwstępna podpisana z deweloperem, dokumenty dotyczące działalności dewelopera, zdjęcia nieruchomości, ostateczna decyzja o pozwoleniu na budowę... To tylko pakiet podstawowy, nie uwzględniający komplikacji życiowych takich jak prowadzenie działalności gospodarczej, rozdzielność majątkową w rodzinie, refinansowanie kredytu lub zaciągania kredytu na budowę domu. Większość z wymienionych dokumentów nie jest możliwa do uzyskania w formie elektronicznej, co oznacza, że "udzielanie kredytu hipotecznego przez internet" jest mrzonką i to nie z winy banku, tylko z powodu skrzeczącej analogowości naszej rzeczywistości.

      Bank ING robi duży krok naprzód otwierając internetowy kanał komunikacji dotyczący wniosku kredytowego i dokumentów z nim związanych, ale prawda jest taka, że dotyczy to jedynie ostatniej prostej całego procesu. Bardzo ważnej, biorąc pod uwagę, że kończy się przelewem dużej kasy, ale.. o hipotekach przez internet będziemy mogli mówić wtedy, gdy banki - mam nadzieję, że ING będzie w awangardzie tego procesu - zbudują interfejsy informatyczne pozwalające na łączenie się z cyfrowymi zasobami wielu instytucji i ściąganie stamtąd dokumentów w formie elektronicznej. Lub też takie, które pozwolą "podpiąć" się do systemu elektronicznego obiegu dokumentów np. firmom deweloperskim (w ich interesie jest ułatwienie klientom uzyskania finansowania). Skoro można za pomocą bankowości elektronicznej złożyć wniosek o 500 zł na dziecko, skoro można przez e-bankowość zautoryzować się do platformy ePUAP, przez którą załatwiamy zdalnie niektóre sprawy w urzędzie gminy, skoro pierwsze banki zaczną pomagać w składaniu wniosków do skarbówki o rozliczenie PIT-ów przez urzędników...

      Oczywiście, nawet bez tych wszystkich interfejsów można by coś-tam poułatwiać. Np. zamiast zaświadczenia o dochodach od pracodawcy bank mógłby sobie sam te dochody ustalić na podstawie danych z kont bankowych ściąganych przez internetowego "robaka". Dowód osobisty i drugi dokument można byłoby "okazać" za pomocą wideoczatu, a uzyskanie dokumentów od dewelopera zlecić bankowi. Tych karesów akurat ING - ani tym bardziej żaden inny bank - nie oferuje. A takie właśnie przyjazne podejście do kredytobiorcy, wynikające z filozofii "wszystko co możemy sobie sprawdzić sami - sprawdzamy, a nie zatruwamy życia klientowi", jest drugą częścią mojej listy życzeń (pierwszą są wspomniane wyżej interfejsy).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przełom? Oto pierwszy kredyt hipoteczny, którego bank udzieli przez... internet. No, prawie ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2017 21:02
    • Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują

      Brak możliwości okazania urzędnikowi e-dowodu osobistego, a policjantowi e-prawa jazdy - lub przynajmniej zidentyfikowania człowieka bez konieczności okazania przez niego fizycznego dokumentu - to w XXI wieku skandal. Większość dokumentów może występować już w formie elektronicznej (łącznie z kartami płatniczymi, nie mówiąc już o biletach, czy kartach lojalnościowych). W autoryzacji dostępu zaczyna się używać odcisków palców, barwy głosu oraz układu naczyń krwionośnych (każda z tych technologii jest już oferowana klientom polskich instytucji finansowych). A w urzędach? Owszem, można już płacić telefonem, pojawił się dostęp do niektórych czynności urzędowych przez internet (via platforma ePUAP, do której można wejść przez konto bankowe), ale możliwości przechowywania dowodów tożsamości w smartfonie wciąż brak. Skoro konto bankowe trzymamy w smartfonie, to dlaczego nie możemy legitymować się urzędnikom e-dokumentami?

      ZAMIAST DOWODU OSOBISTEGO SMS AUTORYZACYJNY? Szefowa resortu cyfryzacji Anna Streżyńska zapewnia, że wkrótce to się zmieni. Jesienią zeszłego roku zapowiedziała utworzenie bazy e-dokumentów, do której będzie można zaglądać w taki sam sposób, w jaki dziś potwierdzamy wysłanie przelewów bankowych przez internet - za pomocą SMS-ów autoryzacyjnych. Miało to wyglądać tak, że np. policjant, który chce nas wylegitymować, wpisywałby w swojej aplikacji na tablecie nasz PESEL oraz nazwisko i wysyłał zapytanie do "centrali". A stamtąd popłynąłby SMS autoryzacyjny na naszego smartfona. Podając kod stróżowi prawa, wpuszczalibyśmy go do e-szuflady na ministerialnym serwerze, w której będzie "leżał" nasz e-dowód. Proste? Ale z ostatnich wypowiedzi minister Streżyńskiej wynika jednak, że koncepcja dostępu do e-dokumentów może być nieco inna. "Istniejące rozwiązania informatyczne umożliwiają realizację takich celów bez SMS-ów. Rozmawiamy jak ułożyć ten projekt od nowa" - powiedziała niedawno w wywiadzie dla TVN24.

      JEST INNY POMYSŁ: MOBILE CONNECT. Jakie to może być rozwiązanie? Najpewniej chodzi o mobile connect, czyli prosty sposób potwierdzania tożsamości za pomocą smartfona oraz z wykorzystaniem infrastruktury operatorów telekomunikacyjnych.  Pierwszą firmą telekomunikacyjną, która od kilku tygodni testuje już to rozwiązanie na wybranych klientach, jest T-Mobile. Mobile connect polega na tym, że jeśli chcę się zalogować do jakiejś bazy danych, to wpisuję na ekranie logowania - w komputerze lub tablecie - swój numer telefonu, zaś drugą częścią "klucza" jest powiadomienie push wysłane na ten telefon. Potwierdzam swoją tożsamość klikając "tak" na ekranie smartfona (gdy powiadomienie push zawiera jedynie prośbę o potwierdzenie, że chcę się zalogować w dane miejsce), albo wpisuję w komputerze lub na tablecie kod PIN (może być stałym hasłem albo jednorazowym, wysyłanym za pomocą powiadomienia push). W pierwszym wariancie telefon jest de facto tokenem sprzętowym, zaś w drugm - może dostarczać w bezpieczniejszy od SMS-a sposób jednorazowe hasło do logowania.

      Wprowadzenie mobile connect jako standardu w autoryzacji może zmienić nasze życie. Jeśli na tę technologię postawi Ministerstwo Cyfryzacji, to szybko wprowadzą ją wszyscy operatorzy telekomunikacyjni. I zaoferują ten sposób autoryzacji klientom nie tylko w kontaktach z urzędnikami, ale wszędzie tam, gdzie klient będzie chciał się zalogować - będzie to nowy, zunifikowany sposób potwierdzania tożsamości i autoryzacji dostępu w różne miejsca.

      schematintegracjioidc

       

      O mobile connect pisali niedawno też moi koledzy z Cashless.pl. Polecam ;-)

      LOGOWANIE DZIŚ: NIEBEZPIECZNE ALBO NIEWYGODNE. Wyobraźmy sobie, że chcemy zalogować się do sklepu internetowego. A później do innego sklepu, do portalu randkowego, do serwisu VOD, do banku, na konto u operatora telekomunikacyjnego, do biura obsługi klienta w firmie dostarczającej nam prąd... Dziś potrzebujemy do tego wszystkiego tuzina loginów i haseł (zdefiniowanych i zapamiętanych przy rejestracji kont). Oznacza to albo ryzyko "dekonspiracji" (bo wszystkie te loginy i hasła mamy gdzieś pozapisywane bez gwarancji, że ktoś nie wpadnie w posiadanie tej listy) albo... ryzyko utraty pieniędzy i tożsamości (bo mamy jedno hasło do wszystkiego i jeśli ktoś nam je wykradnie, może spróbować go np. żeby zalogować się w naszym imieniu np. w banku). Alternatywą dla polityki "jednego hasła" lub zapisywania wszystkich haseł na kartce (opcjonalnie w pliku o nazwie "moje hasła" :-)) jest korzystanie z opcji "zaloguj przez Facebooka". Ale to z kolei oznacza powierzania wielu danych osobowych - i nie tylko osobowych - amerykańskiemu serwisowi bez żadnej pewności, że nie zostaną kiedyś wykorzystane w niecny sposób.

      TELEKOM JAKO CENTRUM AUTORYZACJI. Mobile connect to technologia, która może skończyć z tym chaosem, bo przerzuca potwierdzanie tożsamości użytkownika na firmę telekomunikacyjną, która oferuje jedną "bramkę" do wszystkich miejsc, w których się logujemy. "Loginem" jest zawsze numer telefonu (czyli de facto karta SIM, którą "podpisaliśmy" nazwiskiem przy rejestracji), zaś hasłem smartfon (lub hasło dostarczone na ten telefon pushem). Niezależnie od tego na jakiej stronie się logujemy - zawsze potrzebny jest tylko ten zestaw danych. Żadnych loginów, PIN-ów, identyfikatorów i haseł, które trzeba byłoby zapamiętywać lub spisywać na karteczkach. Teleoperatorzy, mając działającą i przetestowaną usługę mobile connect zapewne w pierwszym rzędzie zastosują ją w kontaktach z własnymi klientami - wiem, że np. T-Mobile już testuje ten sposób autoryzacji klientów do e-kont, na których można konfigurować usługi, kupować telefony, dokupywać pakiety danych itp. - a potem zgłoszą się z podobną ofertą do banków, sklepów i usługodawców, którzy chcieliby ułatwić klientom logowanie przy zachowaniu dotychczasowego poziomu bezpieczeństwa.

       mobile_connect_hdiw1

      JEDNO HASŁO DO WSZYSTKIEGO I... SZYBKIE PŁACENIE? Usługodawcy prawdopodobnie nie będą mieli nic przeciwko temu, bo dziś ich głównym problemem jest to, iż odwiedzający ich strony internetowe klienci nie chcą się rejestrować (bo to wymaga wymyślania i zapamiętywania kolejnych loginów i haseł). W dalszej perspektywie można sobie wyobrazić połączenie mobile connect z inną technologią - direct billing. Czyli procesu logowania z łatwym zakupem na jeden klik w ciężar rachunku telekomunikacyjnego. Jeśli klient już się zautoryzował numerem telefonu i powiadomieniem push, to po co miałby używać do płacenia przelewów ekspresowych lub kart płatniczych, skoro jednym klikiem mógłby zlecać firmie telekomunikacyjnej obciążenie danym zakupem jego rachunku za telefon? Oczywiście, są już technologie płatnicze pozwalające płacić jednym klikiem, ale nie wszyscy z nich korzystają. Miejsce na połączenie mobile connect z direct billing niewątpliwie jest.

      KTO BĘDZIE CENTRUM AUTORYZACJI? BANKI CZY TELEKOMY? Technologia mobile connect, zwłaszcza jeśli zostanie ogłoszona oficjalnym standardem przez Ministerstwo Cyfryzacji, może wynieść teleoperatorów na zupełnie inną orbitę. Z usługodawców "takich jak wszyscy", występujących w jednym szeregu z dostawcami prądu, czy bankami, mogą się przeistoczyć w centra uwierzytelniania klientów i w pośredników w płatnościach. A na tym można zarobić całkiem duże pieniądze. To z kolei mogłoby oznaczać kłopot dla banków, które mają mniej więcej ten sam plan - z pośredników w obrocie pieniędzmi chcą się przekształcić w pośredników między klientami i handlowcami (podsuwających najlepsze opcje zakupowe i ich finansowanie) oraz w centrum autoryzacji tożsamości właśnie.

      Banki nie bez przyczyny ochoczo zadeklarowały gotowość przyjmowania wniosków w programie "Rodzina 500+". I nie bez powodu zaczynają umożliwiać dostęp do kont ePUAP (można na nim załatwić niektóre sprawy urzędowe) z poziomu bankowości elektronicznej. Mobile connect oznacza, że "bramkę" do autoryzacji dostępu w wiele miejsc ustawią telekomy. Choć z drugiej strony trudno sobie wyobrazić logowanie via konto bankowe np. do serwisów społecznościowych, czy randkowych, więc być może mobile connect aż tak bardzo nie wejdzie bankom w drogę. Aczkolwiek mogę sobie wyobrazić, że bankowcy chcieliby zintegrować konto bankowe z kontem klienta w firmie dostarczającej energię bądź usługi telekomunikacyjne. Mobile connect jest w tym kontekście dla bankowców niebezpiecznym rywalem.

      BANKI TEŻ WYKORZYSTUJĄ "PUSH" W AUTORYZACJI. Bankowcy  też zaczynają wykorzystywać mobile connect. mBank już teraz, jako pierwszy gracz w branży finansowej, wprowadza autoryzowanie transakcji za pomocą swojej aplikacji mobilnej i powiadomień push. Klient, który ma aplikację mobilną mBanku w smartfonie wkrótce będzie bezpieczniejszy - zamiast SMS-a, którego ktoś może przejąć i spróbować zdalnie wykorzystać, dostanie powiadomienie push, które musi wpisać na swoim smartfonie. Nawet gdyby złodziej przejął kod, to musi mieć jeszcze smartfona, żeby spróbować wyprowadzić pieniądze z konta klienta. Tyle, że do tego rozwiązania potrzebny jest w miarę nowoczesny smartfon, aplikacja mobilna (większość klientów banków jeszcze z nich nie korzysta, obawiając się o bezpieczeństwa) i aktywny transfer danych w smartfonie (to może rodzić duże koszty w czasie podróży poza Unię Europejską, gdzie transfer danych bywa potwornie drogi). Mobile connect udostępniany przez teleoperatorów działa nawet na starej Nokii, nie wymaga instalowania żadnych aplikacji (komunikaty są wysyłane po sieci telekomunikacyjnej), ani nie zżera transferu danych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie rewolucja w logowaniu? Jedno mobilne hasło do wszystkiego? W T-Mobile już to testują”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2017 09:10
  • poniedziałek, 20 lutego 2017
    • U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?

      Myśleliście kiedyś o tym jak to by było świetnie wygrać milion na loterii? Albo pięć milionów? Rzuciłoby się robotę, kupiłoby się duży dom i porządną furę, rozdało trochę kasy rodzinie (żeby nie zrzędziła) lub potrzebującym (żeby się lepiej poczuć), zwiedziłoby się świat, leżałoby się i pachniało. Pełnia szczęścia? Otóż niekoniecznie. Internet pęka w szwach od opowieści ludzi, którzy wygrali ogromne pieniądze i po kilku latach nie było po nich śladu. Zacytuję tylko jeden, pochodzący sprzed trzech lat i dotyczący osoby, która wygrała w Loto prawie 3 mln zł. "Ponad milion złotych w trzy lata zniknął na różne zakupy, wyjazdy, no i na życie. Przez prawie dwa lata nie pracowaliśmy, a wydawaliśmy krocie. Pierwszą lokatę założyłem dopiero po ponad roku od wygranej, więc dużo pieniędzy wypływało, a nic nie wpływało. Potem i tak musiałem sięgnąć do tych oszczędności, bo postanowiliśmy wrócić do pracy, ale na swoim. Jak to bywa na rynku, interes się nie do końca udał, ale swoje koszty wygenerował" - opowiadał jeden z milionerów serwisowi NaTemat.

      W blogu też było niemało opowieści o tych, którzy wygrali miliony i już ich nie mają. Nie jest to zjawisko nadzwyczajne, takie rzeczy się zdarzają. Podobno 10% zwycięzców loterii bankrutuje w ciągu kilku lat. Nie wiedzą jak się obraca takimi pieniędzmi i tracą cały majątek. Podobne zjawisko dotyczy zresztą również sportowców, którzy kończą kariery i zamiast spokojnie prowadzić żywot rentierów pakują się w finansowe tarapaty. Nie każdy bankrutuje, bo głupio inwestował, za dużo wydawał i naiwnie pożyczał, czasem po prostu okazało się, że depozyt w banku niekoniecznie jest najbezpieczniejszą opcją. Gdy przychodzi hiperinflacja - a od czasu do czasu Polską rządzą "artyści", którzy sztucznie "produkują" inflację, by rozdawać pieniądze bez pokrycia - to banknotami wypłacanymi w banku można sobie tapetować ściany.

      Masz oszczędności i boisz się inflacji? Oto kilka samcikowych rad o tym gdzie umieścić pieniądze w niepewnych czasach

      loteriaLokowanie dużych pieniędzy to sztuka. Nie bez powodu pisałem w blogu poradnik dla osób, które nagle stały się posiadaczami milionowych fortun - niekoniecznie po wygranej w Lotto, czasem po prostu po otrzymaniu spadku. Od czasu do czasu piszą do mnie, jako do niezależnego eksperta, tacy szczęśliwcy prosząc o radę. I wcale nie wyglądają na szczęśliwych, raczej na wystraszonych. Bo jak się ma wiele do stracenia, to i presja człowieka zjada. Ale chyba jeszcze większy problem rodzi się w głowie. Posiadanie milionów potrafi spowodować zmiany w mózgu: człowiek myśli inaczej, zachowuje się irracjonalnie, traci przyjaciół, zmienia się na gorsze i robi sobie krzywdę. Właśnie za to chce pozwać National Lottery, państwowego organizatora loterii Euromillions (to takie Lotto, tylko za większe pieniądze ;-)) oraz innych gier losowych, jedna z uczestniczek, brytyjka Jane Park (to ta dama na zdjęciu, jako żywo nie przypominająca ofiary postępującej depresji ;-)).

      Pani Park nie grała co prawda w "zwykłe" brytyjskie Lotto, ale i tak spotkało ją coś niespodziewanego. Jest najmłodszą osobą, która wygrała w jackpota (a pisząc po ludzku, w "jednorękiego bandytę") okrągły milion funtów (lub coś koło tego, amerykańskie źródła podają wartość 1,25 mln dolarów). Dziś ma 21 lat, ale posiadaczką miliona stała się jako... 17-latka. W Wielkiej Brytanii prawo pozwala grać w niektóre gry losowe już 16-latkom. Pani Park nikt do grania nie zmuszał, ale dziś twierdzi, że jackpot nie tylko uczynił ją bogatą, ale przede wszystkim "zrujnował jej życie". A zrujnował, bo była zbyt młoda, by poradzić sobie z nagłym przypływem bogactwa.

      Jak "zagrać" w Euromillions przez internet? Pan Ryszard pomoże. Ale czy podzieli się wygraną? ;-). Mam wątpliwości ;-))

      Jak mieć 5000 zł gwarantowanej pensji przez 20 lat? Lotto ma na to pomysł. Ale czy warto skorzystać? Policzyłem to!

      "Czasami czuję, że wygrana na loterii zrujnowała mi życie. Bez tych pieniędzy przeżyłabym ostatnie lata 10 razy lepiej" - zwierzyła się pani Park. I zwierzyła się też, że zamierza złożyć pozew przeciwko operatorowi loterii. A co w jej życiu poszło nie tak? Po pierwsze: zakupoholizm. Kiedy 17-latka dostaje do dyspozycji nieograniczony w jej mniemaniu budżet zakupowy, to kupuje bez opamiętania i wchodzi jej to w krew. Po drugie: trudno jest było znaleźć chłopaka, który byłby z nią z powodu jej piękna wewnętrznego, chętni są tylko do tego, by prawić czułe słówka i uprawiać seks w zamian za dostęp do portfela. Pani Park obwiniła też National Lottery o to, że nie ma prawdziwych przyjaciół (patrz punkt wyżej) oraz że jej życie jest "puste". Nie jest tak dosłownie, bo pechowa zwyciężczyni loterii - to trzecie oskarżenie - wydała część pieniędzy na operacje plastyczne (można powiedzieć, że "zainwestowała w siebie", ale chyba nie jest to inwestycja udana, bo 21-latka dziś nie lubi swojego nowego ciała, "ufundowanego" przez organizatora loterii).

      Czwarty punkt oskarżenia to brak pracy. Przed wygraną w loterii Jane pracowała jako asystentka administracyjna w jednej z prywatnych firm, zarabiała 8 funtów za godzinę (przy tamtejszych płacach i sile nabywczej byłoby to w okolicach polskiej płacy minimalnej - 13 zł za godzinę) i mieszkała w skromnym mieszkaniu w szkockim Edynburgu. Oczywiście pracę rzuciła, by rzucić się w wir zakupów. Teraz nie ma co prawda stałej pracy, ale za to jest właścicielką jaskrawo-fioletowego Range Rovera i dwóch nieruchomości. To czego nie wydała na zakupach w galeriach handlowych, na samochody i domy, operacje plastyczne, zanihilowała na podróże po całym świecie. Nie jest tak źle z tą siłą nabywczą funta, skoro skromny milion funtów pozwolił na aż tak wiele ;-).

      Rozumiem, że kiedy po czterech latach Jane ochłonęła (lub kaska zaczęła się kończyć), okazało się, że coś w jej życiu poszło nie tak. Ale czy można obwiniać o to organizatora loterii? Pani Park uważa, że państwowy monopol loteryjny popełnia niegodziwość dopuszczając do jakichkolwiek gier losowych i hazardowych osoby niepełnoletnie, niedojrzałe emocjonalnie, które nie mają szans udźwignąć wygranej. "Nie można dać 17-letniej osobie takich pieniędzy!" - twierdzi pechowa zwyciężczyni gry w jackpota. Rzecznik brytyjskiego operatora loterii powiedział, że firma przekazała jej - razem z nagrodą - wszystkie niezbędne porady finansowe o tym jak zajmować się takimi pieniędzmi. I że skoro prawo pozwala na granie przez 16-latków w jackpota, to nie można mówić o przestępstwie. Na jego miejscu dodałbym też, że skoro milion funtów wygranej tak zniszczył pani Park życie to jak bardzo zrujnowałoby je odszkodowanie przyznane przez ludzie od loterii? ;-)

      Bardzo jestem ciekaw jak oceniacie tę sytuację? Czy 21-latka chce wyłudzić kolejne pieniądze po tym jak zasmakowała w nic-nie-robieniu i wydawaniu kasy w wersji unlimited? A może rzeczywiście powinna mieć pretensje do organizatorów loterii za to, że pozwalają grać i wygrywać osobom, które najprawdopodobniej te pieniądze zniszczą, a nie "ustawią" na całe życie? Ale czy wtedy w ogóle nie trzeba byłoby wprowadzić zasady, iż każdy uczestnik gry losowej musi mieć zaświadczenie od psychologa, że gryby wygrał to mu nie odbije? A poza tym jeśli ktoś miałby się troszczyć o zbyt młodych zwycięzców gier losowych, to może powinien też ogarniać problemy młodocianych sportowców (czyli wprowadzić im limit zarobków) oraz tych, którym kariera rozwija się za szybko (a więc zaczynają za szybko zarabiać pieniądze)? Jakoś nikt nie zakazuje sprzedawania ferrari gówniarzom, którzy potem rozbijają je na pierwszym drzewie. Na drugą nóżkę: ale przecież prawo chroni - a przynajmniej próbuje chronić - obywateli przed lichwą, za frankowicze domagają się unieważnienia ich kredytów stawiają zarzuty, że nie wiedzieli na jakie ryzyko się piszą... Może porównanie nie na miejscu, ale z drugiej strony tu kasyno i tu kasyno. Chociaż na jednym z tych lokali widniał szyld ze stosowną informacją :-). Ale może mimo wszystko panią Park - oraz innych młodocianych, którzy przepuszczają fortuny w automatach nawet jeśli ich nigdy nie wygrają - też należało chronić przed wygraną? Bardzo jestem ciekaw Waszych opinii.

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy stażem bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym, a także Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i BPH TFI. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „U progu dorosłości wygrała milion. I chce za to pozwać organizatorów gry. Absurd? A może nie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 lutego 2017 09:06
  • niedziela, 19 lutego 2017
    • Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?

      Nie jestem wielkim fanem kina, ani telewizji. Gdyby policzyć ile czasu spędziłem przed ekranem w zeszłym roku, to pewnie wyszłoby nie więcej, niż kilkanaście minut na dobę. Filmy w kinie denerwują mnie tym, że są za długie, za smutne, za głębokie lub za płytkie :-). Kino poza tym denerwuje mnie popcornem i półgodzinną dawką reklam przed każdym seansem. Ale tak naprawdę chyba chodzi o to, że nie będąc kinomaniakiem mam problem z ustaleniem na co warto się wybrać do kina, a nie stać mnie na "zainwestowanie" trzech-czterech godzin w niecelny strzał. W telewizję inwestować czasu nie trzeba (tylko pieniądze), ale tam niewiele dla siebie znajduję. Im więcej kanałów (a mam wykupiony naprawdę wypasiony pakiet w kablówce, zawierający wszystkie dodatkowo płatne opcje), tym większy chaos i przesyt. Zaś zarządzanie chaosem mnie męczy.

      Krótko pisząc: należę do tych konsumentów treści muldimedialnych, którzy potrzebują, żeby podstawić im pod nos to co lubią. Trzeba mi to podstawić wtedy, kiedy akurat - zwykle o dziwnych porach - jestem skłonny poświęcić na oglądanie bardzo niewielką porcję czasu - góra kilkadziesiąt minut. Oczekuję maksymalnej wygody, nie toleruję błędnych wyborów, szybko się zniechęcam, Wymarzony klient VOD, czyli oglądania na żądanie. Tak, ale do niedawna żadnemu serwisowi VOD nie udało się podbić mojego serca, choć próbowałem korzystać z wielu - płatnych (w sensie abonamentu) i bezpłatnych (lub z płatnością "od filmu"). Wszystkie mnie wkurzały tym, że sam musiałem wybierać, metodą prób i błędów, odpowiednie treści. Wkurzały mnie nieprzyjaznym interfejsem, chaotycznym menu, albo niewystarczającymi lub nieprzyswajalnymi opisami filmów, Denerwowały nieprzyjaznym sposobem logowania, skomplikowaną płatnością, albo zbyt małym wyborem, albo zbyt dużym :-).

      JAK WYCIĄGNĄĆ MI Z KIESZENI KILKA DYCH MIESIĘCZNIE? Dość długo sądziłem, że jest ze mną coś nie tak. To zresztą dość wiarygodna hipoteza, biorąc pod uwagę to jak bardzo narzekam na jakość wszelkiego rodzaju usług finansowych :-). Ale odkąd skorzystałem z amerykańskich serwisów VOD - głównie z Netfliksa, a ostatnio też z Amazon Prime (bo w promocji kosztuje tylko 2,99 euro) i ShowMax (bo ma dwa tygodnie za darmo) - dochodzę do wniosku, że to nie ze mną, a ze światem było coś "nie halo". Pochodzę z Poznania i nie cierpię płacić za cokolwiek, a jednak płacę za dostęp do Netfliksa ponad 40 zł miesięcznie. Jego ofiarą padną niechybnie wszystkie darmowe i płatne telewizje oraz usługi VOD dostarczane przez kablówkę oraz poszczególne kanały (może poza usługą HBO GO, z której jeszcze szczątkowo korzystam). I sam się sobie dziwię. Jak udało się namówić gościa, który prawie nic nie ogląda, żeby... płacił za oglądanie? 

      Nie publikuję tu wpisów sponsorowanych, więc mogę sobie powolić na opisanie tego zjawiska na konkretnym przykładzie bez ryzyka, że zostanę posądzony o kryptoreklamę. Być może zresztą przykład, który podaję, jest totalnie nie trafiony, z punktu widzenia tych, którzy są fanami kina (niekoniecznie z poziomu multipleksu, są też przecież małe kina studyjne), łapią w lot nowości z wielkiego ekranu i nęcą ich ambitne produkcje z najwyższej półki. Przywoływany tu amerykański serwis nie cechuje się oferowaniem produkcji najwyższych lotów (choć wypłynął na szerokie wody dzięki głośnemu i bardzo dobremu serialowi "House of cards"). Jest w nim seryjnie aplikowana odbiorcom, porządnie zrobiona za duże pieniądze papka rozrywkowa. Choć oczywiście znaczenie ma fakt, iż jest to produkcja własna w modnej ostatnio formule seriali (przeważnie udostępnianych wszystkimi odcinkami na raz). Lecz ja występuję tu w charakterze "wąsatego Stefana oglądania", czyli osobnika, który zainteresowanie kinem ma ograniczone, a czasu na jego wzbudzanie - jeszcze mniej. I do tej pory w sensie źródła przychodów ze sprzedaży był poza orbitą przemysłu filmowego. Tym niemniej większość moich spostrzeżeń ma wymiar uniwersalny i da się zastosować także w innych branżach - wszędzie tam, gdzie pojawia się klient i można od niego wyciągnąć pieniądze zapewniając mu tzw. UX, czyli user exparience :-).

      "CZY JESTEŚ PEWNY, ŻE CHCESZ NAM PŁACIĆ?". Amerykanie - i dotyczy to wszelkiego rodzaju usług, nie tylko VOD - mają w kontaktach z klientem coś takiego, że nie próbują naciągać. Kiedy wziąłem na próbę Netfliksa, to w trakcie darmowego miesiąca chyba ze trzy razy przypomniał mi e-mailem lub SMS-em, że zbliża się koniec "darmoszki" i że wciąż mogę wyłączyć subskrypcję, żeby nie płacić. Jestem przyzwyczajony do innych standardów - że ukrywa się przede mną koniec promocyjnego okresu korzystania z usług po to, żeby mnie naciągnąć na zapłacenie standardowej ceny. Czy banki informują Was o tym, że lokata roluje się automatycznie i zmienia oprocentowanie na niższe? Czy firmy telekomunikacyjne informują o wejściu w życie nowej, bardziej korzystnej oferty z której moglibyście skorzystać? A po co? Klient niedoinformowany lub frajer daje więcej zarobić. Jestem bardzo wyczulony na uczciwą, pełną informację i na podejście fair do mnie jako do konsumenta.

      OGLĄDANIE PO KAWAŁKU, KTÓRE NIE BOLI. Kiedy korzystam z VOD, video on demand, to chcę, żeby wszystko było rzeczywiście "on demand". Czyli tak jak ja chcę, a nie tak, jak wymyśli sobie architekt systemu. W serwisie VOD mojego kochanego UPC notorycznie zdarzało się, że nie dokończony film musiałem następnego dnia oglądać od początku, bo głupi system nie zapamiętał w którym miejscu przerwałem. Chcę przesunąć scenę, którą już widziałem? Muszę przesunąć jeszcze sąsiednią, bo system nie umie wykonywać "małych kroków". Albo nie daje możliwości podglądu tego, co przesuwam. Chcę kontynuować oglądanie filmu po kilku dniach? Muszę go jeszcze raz znaleźć, bo podsunięcie mi opcji "kontynuuj oglądanie" przerasta możliwości projektantów. U "Amerykańca" oglądane wcześniej filmy i seriale same się "podkładają" i zapraszają, żebym je odtwarzał dalej. Dostęp do opcji zmiany napisów i włączenia/wyłączenia lektora jest "na jeden klik", zaś przesuwanie filmu między kolejnymi scenami nie powoduje ryzyka dużych strat treści ("kroki" są drobne).

      NAPISY KOŃCOWE, CZYLI KRYTYCZNY MOMENT. To zawsze ten moment, w którym walkę o mój czas może wygrać coś innego (a jeśli będzie wygrywało zbyt często, to przestanę płacić abonament). Pewnie dlatego jeśli oglądam w Netfliksie serial, zaś odcinek się kończy i zaczynają płynąć napisy końcowe, to automatycznie podświetla mi się opcja przejścia do następnego odcinka jednym klikiem. Tym sposobem nie mam czasu, żeby znaleźć sobie inne zajęcie, znudzony oglądaniem napisów. Skończyłem oglądać film lub serial? Trzeba mi podstawić podobny, który też mnie zainteresuje. Jako "niekwalifikowany" konsument multimediów nie znam najnowszych produkcji i nie chcę ich znać - widząc multum obco brzmiących nazw filmów i seriali wpadam w panikę i... znajduję sobie inne zajęcie. A wtedy płacę komuś innemu, co nie jest po myśli serwisu VOD. Trafne podstawienie mi treści podobnych do filmu lub serialu, który obejrzałem do końca (a więc musiał mnie zainteresować) to już połowa sukcesu. Odnoszę wrażenie, że amerykańskie serwisy VOD bardzo sprawnie się uczą moich preferencji, bo duża część "strzałów" jest celna. Mimo wszystko nie mogę się zdecydować? "Zawiesiłem się" na planszy tytułowej? FIlm zaczyna mi się wyświetlać sam. Jeśli pierwsze wrażenie jest dobre (a seriale są robione tak, żeby właśnie to osiągnąć), będę oglądał dalej.

      ZŁY WYBÓR - STRATA CZASU. Nawet jeśli nie wybiorę produkcji podstawionej mi przez serwis VOD jako podobny do właśnie ukończonego, to wchodząc za kilka dni lub tygodni widzę filmy posegregowane nie alfabetem lub kategoriami (bo to dla mnie zbyt chaotyczne), ale poprzez skojarzenia z czymś co już widziałem. "Ponieważ obejrzałeś..." - taki spis treści pozwala mi ominąć cały spis treści i skoncentrować się na gatunkach, które lubię. Jeśli obejrzałem jakiś film lub serial, to dostanę mejla i SMS-a, że jest już dostępny kolejny sezon lub sequel. Oni po prostu robią wszystko, by - przy okazji zarabiania pieniędzy dla siebie - oszczędzać mój czas. Oczywiście: są seriale typu "Wahata", "Pakt", czy "Belfer", dla których da się znieść każdą niedogodność. Ale co do zasady wojnę o mój czas wygrywa ten, kto dostarczy mi swoją produkcję w najbardziej wygodny sposób. Nota bene Netflix manifestuje też chęć szanowania mojego pieniądza, bo dość szybko - już po kilku miesiącach - ogłosił, że będzie pobierał z mojej złotowej karty złotówki, a nie euro. Biorąc pod uwagę spread i kwestie kursu, oznacza to obniżkę kosztów o dobrych kilka złotych. Nie musieli tego robić, wielu globalnych usługodawców uwlelbia zarabiać na spreadzie. Tym zniechęca do siebie klientów AirBnb, czy Ryanair, który bawi się w kantr walutowy. 

      KTO WYGRA WOJNĘ O MÓJ CZAS, ZAROBI PIENIĄDZE. Patrząc na wyniki finansowe Netfliksa dochodzę do wniosku, że nie tylko ja lubię, gdy firma sprzedająca mi jakieś towary lub usługi dba o mój czas i stara się go oszczędzać. Ostatnio ten internetowy serwis VOD podał, że w ciągu kwartału pozyskał 7,1 mln nowych subskrybentów na całym świecie (gdy analitycy oczekiwali góra 5,2 mln). I że ma już 94 mln abonentów, z czego 89 mln płaci za oglądanie, a w sumie w zeszłym roku firma pobrała z kont i kart klientów jakieś 8,8 mld dolarów. Kurs akcji firmy, który niespełna pięć lat temu, we wrześniu 2012 r., wynosił nieco ponad 8 dolarów, dziś sięga już niemal 140 dolarów. Inwestując w połowie 2012 r. powiedzmy 10.000 zł w tę firmę, dziś można byłoby wyjąć 170.000 zł. Albo i więcej, bo w połowie 2012 r. dolar był po 3,5 zł, a teraz jest po 4,1 zł. Wartość rynkowa firmy to 62 mld dol., czyli równowartość ćwierć biliona złotych. Nasz PKO BP jest wart 37,5 mld zł (przy przychodach z prowizji i odsetek 13,2 mld zł), a PKN Orlen - 35 mld zł. Czyli jeden Netfliks to siedem Orlenów, mimo że zarabia znacznie mniej pieniędzy. 

       netflix5lat1

      Czytaj też: Ilu użytkowników w Polsce ma Netflix?

      Na koniec uwaga ogólna. Czasy, które nadeszły, wymagają od dostawców usług większego szacunku do naszego, konsumentów, czasu. Kto nie szanuje mojego czasu, polegnie i to bez względu na to jak wysokiej jakości produkt będzie chciał mi zaproponować (choć oferując produkt wysokiej jakości będzie umierał wolniej ;-)). Dla coraz większej liczby konsumentów najbardziej deficytowym dobrem ze wszystkich kwantyfikowalnych dóbr jest wolny czas, a nie pieniądze. Im bardziej biznes i usługi będą się przesuwać do internetu, tym bardziej rywalizacja o nasz czas będzie się odbywała na poziomie ekranu komputera, tabletu, smartfona. I wiecie co myślę. Zbyt często, do jasnej cholery, jestem traktowany jako ktoś, kto ma zbyt dużo czasu. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Wyznania tele-nie-maniaka. Jak wyciągnąć kasę za oglądanie od kogoś, kto... prawie nie ogląda?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 lutego 2017 09:12

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line