Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 17 kwietnia 2014
    • Duch molocha opęta Link4 ;-). Koniec taniochy?

      Link4, najweselsza ostatnio firma ubezpieczeniowa, za kilka miesięcy zmieni właściciela. Za 350 mln euro kupi ją od brytyjskiej firmy RSA nasz rodzimy gigant - PZU. Prezes Andrzej Klesyk od wielu miesięcy, w przerwach między ganianiem się po firmie z duchami molocha, odgrażał się, że drapieżny i okazuje się, że nie było to tylko czcze prężenie muskułów. Brytyjczycy sprzedadzą w pakiecie z Link4 również swoje spółki ubezpieczeniowe na Litwie, Łotwie i w Estonii. Ponad miliard złotych, które PZU zapłaci za cztery spółki RSA, to dużo i niedużo. Takie pieniądze PZU zarabia w ciągu kwartału, więc się nie wykosztuje, ale z drugiej strony zyski brutto wszystkich czterech kupowanych firm to raptem 100 mln zł, więc trudno powiedzieć, by PZU kupował kury znoszące złote jajka. Ale chyba nie o zyski tu chodzi: dzięki tej transakcji PZU stanie się największym graczem "nadbałtyckim" (a więc wykonuje pierwszy krok w swojej strategii ekspansji międzynarodowej), zaś w Polsce - wejdzie na dobre na rynek ubezpieczeń direct, czyli zawieranych przez telefon i internet. A więc tam, gdzie do tej pory konkurencja upuszczała mu najwięcej krwi. Pamiętacie jak upuszczała?

      Rynek ubezpieczeń direct, na którym najwięksi gracze to Link4, Liberty Direct, czy Axa Direct, nie jest jakąś wielką częścią całego tortu ubezpieczeniowego. "Odpowiadają" za najwyżej kilka procent wszystkich kupionych polis o łącznej wartości 1,2 mld zł rocznie. Dla porównania: cały rynek polis majątkowych to jakieś 26 mld zł zebranych składek, a jeśli wyjmiemy z niego tylko polisy komunikacyjne - to właśnie tu najmocniejsze są "directy" - 13 mld zł. Porównując przypis składki w trzech kwartałach 2013 r. w PZU (4,33 mld zł) oraz w Link4 (180 mln zł) widać, że nawet największa firma w segmencie direct to liliput. Ale po pierwsze nie wiemy, czy w przyszłości kupowanie polis przez internet nie zyska na znaczeniu (coraz popularniejsze jest kupowanie w ten sposób ubezpieczeń turystycznych). Po drugie zaś działalność firm "directowych", agresywnie zbijających ceny, najbardziej szkodzi właśnie największym graczom, w tym PZU. Jeden z prezesów firm ubezpieczeniowych powiedział mi jakiś czas temu, że gdyby PZU miało przejąć Link4, to chyba tylko po to, żeby je zamknąć i żeby nie robiło mu konkurencji w cenach.

      Prezes Andrzej Klesyk już zadeklarował, że Link4 nie zamknie. I że zarówno znana marka, jak i jej klienci będą dobrym uzupełnieniem dla oferty PZU. Może to i racja: w PZU ludzie kupują ubezpieczenia "z przyzwyczajenia" bądź z tego powodu, że cenią sobie obsługę agenta, zaś w Link4 - ze względu na znacznie niższe ceny i to, że żadnego agenta nie muszą oglądać. Ale nie wierzę, że PZU utrzyma wszystkie linie produktowe Link4. Ubezpieczenia komunikacyjne zostawi, ale czy utrzyma ubezpieczenia mieszkaniowe, czy podróżne? Nie dałbym sobie za to ręki uciąć. Nie wierzę też, że przejęcie Link4 nie odbije się wzrostem cen ubezpieczeń direct. Determinacja PZU, by żyłować ceny i ścigać się w konkurencji "kto ma najtańszą polisę", będzie na pewno mniejsza, niż determinacja RSA. A PZU jest już dziś znane z tego, że ogląda siedem razy każdą złotówkę, zanim ją wypłaci klientowi. Sądzę też, że PZU spróbuje jak najbardziej odróżnić od siebie ubezpieczenia PZU (jako ofertę "premium") od tego, co będzie miała w ofercie Link4. Może to oznaczać, że w Link4 zostaną proste pakiety, bez wysublimowanych usług dodanych, zaś wszystkie "fajerwerki" będą zarezerwowane dla oferty PZU. Ciekawe co będzie z fajerwerkami reklamowymi ;-).

      Dla PZU ważne jest to, żeby być na rynku direct "tak na wszelki wypadek". Na okoliczność, gdyby ten rynek nagle zaczął szybko rosnąć w związku ze zmianą przyzwyczajeń lub potrzeb konsumentów.  A póki nie rośnie, ludzie odpowiedzialni za strategię w PZU będą pilnie uważać, żeby Link4 za bardzo nie "zjadał" biznesu PZU. A to może się odbić zarówno na cenach, jak i na ofercie Link4. Raczej niezbyt pozytywnie z punktu widzenia klientów. Choć z drugiej strony można mieć nadzieję, że dzięki dostępowi do infrastruktury PZU, polepszą się standardy obsługi klientów Link4 w zakresie likwidacji szkód (jak chodzi o bieżącą obsługę sprzedażową Link4 już dziś reprezentuje wyższe standardy, niż PZU).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Duch molocha opęta Link4 ;-). Koniec taniochy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 kwietnia 2014 21:25
    • Firma windykacyjna kupiła dług od banku i go "hoduje". Czy jest na nią jakiś sposób?

      Czy zdarzyło się Wam dostać wezwanie od firmy windykacyjnej, która twierdzi, że macie jej spłacać zadłużenie powstałe w związku z umową kredytową lub abonamentem telekomunikacyjnym, choć wcześniej nikt nie poinformował Was o sprzedaży długu? Jesteście fuksiarzami. Mogło być gorzej. Mogli sprzedać Wasz dług windykatorowi i utajnić informację kto jest nabywcą. A nabywca... mógł utajnić informację, że jest nabywcą. Taka właśnie sytuacja przydarzyła się pani Teresie, a właściwie jej siostrzeńcowi, który nie wie, jak powinien się zachować. Nie uregulował na czas zobowiązania wobec banku, ale po pewnym czasie jego sytuacja materialna się poprawiła, chciał rozliczyć się z długu i zamknąć sprawę. W banku otrzymał jednak informację, że wierzytelność została sprzedana firmie windykacyjnej i to z nią powinien teraz ustalać zasady spłaty. Bank nie chce powiedzieć, która firma kupiła dług. Siostrzeniec czytelniczki nie wie, komu powinien przelać pieniądze. Na pierwszy rzut oka naprawdę wygląda nieciekawie, bo dłużnik nie chce być już dłużnikiem, a bank uniemożliwia mu zakończenie tej przykrej sprawy. 

      Z reguły umowy z bankami, firmami telekomunikacyjnymi, czy innymi dostawcami usług konstruowane są tak, że wierzyciel (czyli np. bank) może bez zgody dłużnika przenieść wierzytelność na rzecz firmy windykacyjnej. I jest to całkowicie zgodne z prawem. Co gorsza, wierzyciel może to zrobić bez pytania dłużnika o zgodę. Wynika to z Kodeksu cywilnego i nazywa się przelewem wierzytelności. No, chyba, że strony wyłączyły taką możliwość w umowie. Nota bene: zaciągając np. kredyt hipoteczny możemy negocjować z bankiem wykreślenie z umowy kredytowej punktu mówiącego o możliwości sprzedaży długu. Szanse na sukces są jednak nikłe, bo każdy bank chce mieć możliwość pozbycia się kłopotliwego długu, choćby za grosze. Bank nie musiał więc informować siostrzeńca mojej czytelniczki o swoich zamiarach, ani nie musiał wskazać, która z wielu działających na polskim rynku firm będzie teraz uprawniona do przyjęcia spłaty zadłużenia. Teoretycznie w interesie nowego wierzyciela leży, by jak najszybciej się ujawnić, by odzyskać pieniądze. Ale w omawianym dziś przypadku komuś coś się pomyliło i się nie ujawnił. Kiszka. A na kiszki najlepsza jest ta książka ;-)

      Samcik 100 sposobów

      Co robić? Sytuacja jest krzywa, bo przecież czas to pieniądz. A dłużnik chciałby wyczyścić sobie kartę, choćby po to, żeby przynajmniej częściowo odzyskać wiarygodność kredytową. Poprosiłem o radę prawnika. "Dłużnik winien zapłacić dotychczasowemu wierzycielowi. Dopóki nowy wierzyciel nie poinformuje dłużnika o przelewie wierzytelności, ten ma prawo spełniać świadczenie na rachunek firmy, u której zadłużenie powstało" - tłumaczy znajoma blogerko-prawniczka Martyna Kośka. A jak "stary" wierzyciel zgubi wpłatę, bo nie będzie miał gdzie jej zaksięgować? Wolałbym złożyć pieniądze do depozytu sądowego. Przepisy przewidują taką opcję. Ale blogero-prawnicy mówią, że generalnie jest to zalecane wtedy, gdy nie wiadomo, kto jest wierzycielem. W innej sytuacji wierzyciel mógłby dowodzić przed sądem, że świadczenie wcale nie zostało spełnione i np. żądać odsetek za zwłokę. W naszym przypadku co prawda też nie możemy precyzyjnie wskazać wierzyciela, ale wiemy, kto był nim do tej pory.

      Depozyt sądowy to ponoć rozwiązanie awaryjne w sytuacji, w której np. wiemy, że kiedyś nasz spadkodawca zaciągnął jakiś kredyt, bank nie przyznaje się, by miał takiego klienta, a my podejrzewamy, że dług nadal istnieje, tyle, że został sprzedany. Siostrzeniec mojej czytelniczki ma też inny problem: nie wie ile dokładnie ma zapłacić. Pani Teresa zarzuca firmie windykacyjnej, że ta nie ujawnia się i nie przedstawia swoich roszczeń, gdyż zależy jej na tym, by istniejący dług urósł o odsetki. Firma windykacyjna nie ma prawa doliczać do zadłużenia dodatkowych kosztów, ale - o ile się orientuję - tak, jak w przypadku każdej przeterminowanej wierzytelności, może doliczać odsetki należne do dnia zapłaty. Można więc mieć windykatorowi za złe, że pogarsza położenie dłużnika. Niestety, przepisy mówią, że w takiej sytuacji obowiązkiem dłużnika jest ustalenie aktualnej wysokości zadłużenia. Gdyby wierzyciel się ujawnił i wskazał ile pieniędzy trzeba mu oddać, siostrzeniec pani Teresy miałby informację z pierwszej ręki. A tak? Musi poradzić sobie inaczej. Do obliczenia wysokości długu można użyć dostępnych w internecie kalkulatorów, które, po wpisaniu daty powstania zadłużenia, jego wysokości i przyjętych w umowie odsetek, precyzyjnie określają wysokość aktualnego zobowiązania. I to chyba najlepsze, co może dziś zrobić siostrzeniec pani Teresy.

      A odsetki bywają solidne, oj, solidne. I to niezależnie od tego, czy dług został sprzedany, czy nie. "Mój ojciec, który jest dłużnikiem Banku BPH, otrzymał jakiś czas pismo informujące o zaległości na kredycie w wysokości 10.126 zł. Jest tam  informacja o naliczaniu dalszych odsetek karnych w wysokości 60% w skali roku, licząc od kwoty nie spłaconego kapitału" - napisała do mnie pani Beata. I pyta czy to legalne. Bo Kodeks Cywilny przewiduje, że maksymalna wysokość odsetek nie może przekraczać czterokrotności wysokości stopy kredytu lombardowego Narodowego Banku Polskiego. "Klauzula mówiąca o takiej wysokości odsetek, zawarta w piśmie z BPH, chyba mogłaby być uznana za niezgodną z prawem" - dodaje pani Beata, dołączając skan pisma z banku. Przeczytałem i włos staje mi dęba. Z kwitu wynika bowiem, że 10.126 zł, których żąda bank od ojca pani Beaty, jest pochodną kredytu o wysokości... 2500 zł. Co prawda starego, bo z 2004 r., ale to jednak szokujące, że kwota do spłaty urosła tak bardzo: odsetek bank naliczył 7748 zł, kosztów sądowych 80 zł, a komorniczych - 96 zł. 

      Bank lojalnie ostrzega, że będzie naliczał odsetki w wysokości 60% w skali roku. Policzyłem - przy obecnej wysokości długu dziennie bank dolicza 16,6 zł. Za rok ojciec pani Beaty będzie winien już ponad 16.000 zł. Czyż to nie piękny model biznesowy? Pożyczyć 2500 zł, dać na tacę, żeby delikwent nie spłacił, a potem żyć jak pączek w maśle z naliczanych odsetek. 16,6 zł dziennie to prawie 500 zł miesięcznie. Nie wiem jaką ojciec pani Beaty ma emeryturę, ale jeśli ma np. 1500 zł i chciałby pozbyć się długu w ciągu roku, to powinien miesięcznie oddawać 840 zł kapitału i 500 zł odsetek. Na życie zostawałoby mu jakieś 160 zł. Nie podoba mi się to. Zapytałem w banku czy aby nie łamie ustawy antylichwiarskiej. Bank się zarzeka, że nie. I chyba ma rację. "Odsetki maksymalne zostały wprowadzone w ustawie z dnia 7 lipca 2005 r. (obowiązującej od 20 lutego 2006 r.) o zmianie ustawy Kodeks cywilny oraz o zmianie niektórych innych ustaw. Zgodnie z art. 5. tej ustawy, przepisy stosuje się do czynności prawnych dokonanych po jej wejściu w życie. W opisanym przypadku Klient zawarł umowę z bankiem w listopadzie 2004 r." - odpisano mi w banku.

      Poprosiłem Monikę, moją koleżankę z Ekipy Samcika, żeby spróbowała wywołać wśród bankowców wyrzuty sumienia. Jak powszechnie wiadomo, bankowcy nie mają sumienia, ale zawsze można wzbudzić w nich któreś z pokrewnych uczuć w stosunku do wyrzutów sumienia, np. uczucie dojmującej przykrości. Monika z Ekipy to potrafi ;-). Udało się: "Prosimy o przekazanie Klientowi naszej prośby o kontakt, tak abyśmy mogli wspólnie ustalić dogodny dla niego sposób spłaty zadłużenia" - napisano z banku. Wyrażamy wstępną radość i satysfakcję z takiego przebiegu wypadków, ale zwracamy uwagę, że bank sam powinien dojść do wniosku, że coś tu nie gra, a nie dopiero pod presją łez ronionych przez Ekipę Samcika ;-). Niezależnie od tego, że klient ewidentnie zawinił, nie spłacając długu w terminie, skandaliczne jest naliczanie odsetek w wysokości, która nie odzwierciedla żadnych kosztów ponoszonych przez bank. Ani kosztów zaangażowanego kapitału, ani kosztów operacyjnych, ani jakiejkolwiek innych. Żaden bank, a w szczególności taki, który ma na sztandarach bycie fair, nie powinien stosować takiego zdzierstwa.

      Książka SamcikW KSIĘGARNIACH JEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA! Ponad rok temu wydałem, wspólnie z wydawnictwem Edgard, książkowy poradnik "Jak pomnażać oszczędności". Wkrótce jego drugie, uzupełnione wydanie! Ale od 16 kwietnia w księgarniach możecie też kupić moją kolejną książkę, wydaną przez Agorę: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą mi prawdziwe Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym!

      DZIŚ W "GAZECIE WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA, czyli jazda w stylu subiektywnym (samcik-stajl ;-)). W ten czwartek razem z Ekipą piszę: >> o tym czy da się zostać rentierem mając średnią krajową w portfelu i... nocnik pod ręką. >> o tym, jak nas w sklepach rąbią na chlebie (o ile lepszy jest chleb za 10 zł, niż ten za 2 zł?), >> o dobrych radach wujków z banku, którzy objawili mojemu czytelnikowi, ze dobrze byłoby, gdyby ubezwłasnowolnił własną żonę, >> o tym komu matematyka przydaje się w banku. Zapraszam w imieniu całej Ekipy Samcika!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Firma windykacyjna kupiła dług od banku i go "hoduje". Czy jest na nią jakiś sposób?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 kwietnia 2014 08:04
  • wtorek, 15 kwietnia 2014
    • W tym banku od dziś nawet przedszkolak może mieć kartę płatniczą. I kupować w Google Play ;-)

      PKO BP pokazał we wtorek pierwsze w Polsce karty płatnicze, przeznaczone dla dzieci poniżej 13-go roku życia. To kolejny krok największego polskiego banku w zanęcaniu noworodków i przedszkolaków :-) do korzystania z jego usług. Kolejny, bo przypomnę, że już jakiś czas temu PKO wprowadził do oferty specjalną odmianę ROR-u dla małolatów - PKO Konto Dziecka. Ponieważ prawo - najzupełniej słusznie - zabrania noworodkom posiadania samodzielnego konta bankowego (podobnie, jak grania na foreksie i zakładów bukmacherskich ;-)), "dziecięcy" ROR jest na stałe spięty z kontem rodzica-klienta PKO BP (kto nie ma żadnej relacji z największym polskim bankiem, musi w tym celu założyć PKO Konto Rodzica). Do tej pory dziecięcą wersję konta w PKO założyło ok. 100.000 małolatów pod nadzorem 85.000 rodziców (prosty rachunek pokazuje, że niektórzy zakładali konto więcej, niż jednemu dziecku). Z tego jakieś 15.000 to osoby, które do tej pory nie miały nic wspólnego z PKO. Widać więc, że fajnie skrojona i unikalna na rynku oferta dla dzieciaków zaczyna powoli pomagać bankowi w przyciąganiu także dorosłych klientów. Oferta "indywidualna" to jedna z dwóch PKO-wskich nóg juniorskich - drugą jest zmodyfikowane SKO. Mają też program systematycznego oszczędzania o nazwie PKO Pierwszy Kapitał, skierowany do rodziców dzieci dopiero odstawionych od piersi :-).   

      Długo trwało, zanim PKO BP zdecydował się dołączyć do "dziecięcej" oferty karty płatnicze. Sprawa jest o tyle śliska, że prawo zabrania dzieciom posiadania klasycznej karty debetowej. W PKO wymyślili więc, że będą sprzedawali rodzicom kartę pre-paid, którą - zgodnie z regulaminem - będzie można przekazać w użytkowanie dziecku. I przypiąć ją do PKO Konta Rodzica (albo do innego ROR-u, za pomocą którego rodzic "kontroluje" rachunek małolata). Osesek, jako użytkownik plastiku, ma podgląd na tę kartę z poziomu PKO Konta Dziecka i może samodzielnie wykonywać plastikiem transakcje. Karta działa w sklepach, w bankomatach, a nawet w internecie. Można ją przypiąć do konta w Google Play czy w Amazonie, dzięki czemu przedszkolak nie musi już obciążać swoimi zakupami w necie złotej karty kredytowej tatusia ;-). Kartę pre-paid dla dziecka rodzic będzie mógł kupić w trzech postaciach - jako klasyczną kartę (z wzorem złożonym z kolorowych cyferek), jako nalepkę zbliżeniową (małolat może ją nakleić np. na telefon komórkowy i płacić zbliżeniowo), albo jako uroczy brelok-zawieszkę silikonową albo pluszową żyrafkę (odlot - płacić w sklepie żyrafką ;-)).

      Ponieważ karta jest pre-paidowa, ma swój numer i musi być zasilana niezależnie od PKO Konta Dziecka. I to jest na pewno jej największa wada. Drugą jest fakt, że trzeba za nią zapłacić - kosztuje jednorazowo 15 zł (na szczęście to jedyny koszt związany z jej używaniem). Naklejka zbliżeniowa kosztuje 15 zł, silikonowa zawieszka - 30 zł, a żyrafka - aż 50 zł. W PKO BP twierdzą, że i tak oferują żyrafki "po kosztach". A plusy? Na pewno możliwość wypłacania bez prowizji kasy z bankomatów PKO BP (minimalna kwota - 20 zł, gdy zwykle trzeba wypłacić co najmniej 50 zł). Co ciekawe, kiedy włoży się "dziecięcą" kartę do bankomatu, ten wyświetla też "dziecięce" menu. Fajny gadżet. Przy transakcjach internetowych PKO BP rezygnuje z opłat za przewalutowanie, jedynym kosztem związanym z wymianą waluty jest spread (ale ten w PKO BP akurat nie należy do najwyższych na rynku). No i niewątpliwą zaletą jest możliwość podpięcia nawet trzech kart "dziecięcych" do "dorosłego" konta w PKO BP (oraz możliwość ich "przepinania" z jednego konta należącego do dziecka, na inne). Przy czym te wszystkie przypięcia i odpięcia mają znaczenie tylko w kontekście informacyjnym.

      "Dziecięce" karty PKO można byłoby potraktować głównie jako zabieg marketingowy, czyli dziecięce "opakowanie" najzwyklejszej w świecie karty pre-paid. Ale nie byłoby to do końca sprawiedliwe, bo PKO-wskie plastiki mają kilka bonusów, takich jak specjalna ścieżka przy wypłatach bankomatowych, możliwość zarządzania kartą przez rodzica, czy preferencyjne warunki transakcji internetowych za granicą. No i trzeba też przyznać, że są konkurencyjne cenowo - średnia cena pre-paida na rynku to 15 zł (jeśli chodzi o ten parametr, to PKO nie jest tańszy, niż większość konkurentów), ale już jeśli chodzi o wypłaty z bankomatów własnych, to np. BZ WBK, czy Pekao pobierają za taką czynność po 5 zł prowizji, a w mBanku lub Banku Millennium są wysokie prowizje za przewalutowanie transakcji zagranicznych. Banki często też biorą prowizje za sprawdzenie przez bankomat ile kasy pozostało na karcie. W PKO ta usługa jest darmowa. No i jest jeszcze taki drobiazg, jak przyporządkowanie PKO-owskiej karty dziecięcej do tzw. numeru NRB, czyli: jeśli wymieniamy kartę, nie zmienia się numer rachunku "przywiązanego" do tej karty.

      Ciekaw jestem kiedy inne banki zauważą, że w dzieciach jest potencjał, by w przyszłości pozyskiwać je jako "dorosłych" klientów. Ubankowienie Polaków w segmencie 0-12 lat wynosi 5% i dziś 100% tego rynku kontroluje PKO BP. W segmencie wiekowym 13-17 lat wskaźnik ubankowienia nie przekracza 8%, a wśród osób mających 18-20 lat błyskawicznie rośnie do 48%. To oznacza, że jeśli jakiś bank przechwyci dziecko jako klienta w jego szczenięcych latach, będzie też miał większą szansę na jego utrzymanie w przyszłości. Znam tylko jeden bank, który wyraźnie stawia na dzieci i młodzież - to niewielki Toyota Bank, który np. płaci młodym klientom za piątki w szkole. Z tego, co wiem, w PKO BP już myślą o kolejnych nowościach: bank będzie wypuszczał karty z wizerunkami bohaterów bajek Cartoon Network oraz wprowadzi konta oszczędnościowe dla dzieci. Będą wysoko oprocentowane dla małych kwot, przyzwoicie - dla większych kwot, a najważniejszą ich cechą ma być dopłacanie przez bank pieniędzy dla klientów, którzy systematycznie oszczędzają na takim rachunku. Brzmi nieźle.   

      Książka SamcikOD JUTRA W KSIĘGARNIACH MOJA NOWA KSIĄŻKA! Ponad rok temu wydałem, wspólnie z wydawnictwem Edgard, książkowy poradnik "Jak pomnażać oszczędności". Książka cieszyła się - i nadal cieszy, wkrótce drugie wydanie! - Waszym dużym zainteresowaniem, w pierwszym półroczu po wydaniu była jednym z ekonomicznych bestsellerów w sieci Empik. Tymczasem od 16 kwietnia w księgarniach będziecie mogli kupić moją kolejną książkę, wydaną przez Agorę: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą mi prawdziwe Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Zapraszam do księgarń - książka w sprzedaży już od środy!     

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „W tym banku od dziś nawet przedszkolak może mieć kartę płatniczą. I kupować w Google Play ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 kwietnia 2014 20:14
    • Polak w banku jest zimnokrwisty. Jak rozpalić go do czerwoności? Lista patentów ;-)

      Niedawno w blogu przybliżałem Wam wyniki badań firmy doradczej Accenture, która próbowała odpowiedzieć na pytanie: dlaczego zmieniamy usługodawców i co ci usługodawcy mogliby zrobić, żeby nas zatrzymać. Aż 80% ludzi, którzy powiedzieli "bye" swojemu dostawcy prądu, usług telekomunikacyjnych, czy finansowych twierdzi, że łatwo byłoby ich zatrzymać, ale dotychczasowy usługodawca robił wrażenie, że mu nie zależy. Dziś rozbieramy na czynniki pierwsze lojalność klientów wobec banków. Jako przewodnik posłuży nam  coroczne badanie klientów banków, które przeprowadziła firma doradcza EY. Za pośrednictwem internetu jej wysłannicy przepytali ponad 36.000 klientów banków w 43 krajach świata. W badaniu wzięli udział również polscy konsumenci. Raport EY pokazuje dobitnie, że choć czasy się zmieniają, to o podejściu klientów do banków niezmiennie decyduje jeden czynnik - zaufanie. Wzrost lub spadek zaufania do głównego dostawcy usług finansowych (GDUF) ma spory wpływ na naszą skłonność do rekomendowania jego usług znajomym. Zerknijcie na poniższy wykres, który to pokazuje:

      EY badanie

      Klienci, którzy darzą swój podstawowy bank całkowitym zaufaniem (z badania wynika, że jest to 44% wszystkich klientów banków na świecie), znacznie chętniej stają się jego "ambasadorami" marki swojej instytucji finansowej. Aż dwie trzecie z takich klientów ocenia jako "bardzo duże" prawdopodobieństwo, że poleci swój bank znajomym, kolegom, rodzinie. Tacy "ambasadorowie" stanowią dla każdego banku ogromny potencjał, bo polecenia znajomych - to też wynika z badania EY - są dla jednej trzeciej konsumentów decydujące w wyborze instytucji finansowej, która ich obsługuje.

      EY badanie

      Wśród osób, które darzą swój bank "umiarkowanym zaufaniem" (połowa wszystkich przebadanych na świecie) już tylko co piąta jest skłonna polecać przy każdej okazji jego usługi. Różnica w skłonności do rekomendaowania usług jest więc ogromna, stąd banki powinny walczyć o to, by klienci ufali im niemal bezgranicznie - dzięki temu będą zdobywały nowych klientów skuteczniej, niż wydając miliony na reklamę.

      EY badanie

      Co banki mogą zrobić, żeby uzyskać pełne zaufanie klientów? Z sondażu wynika, że o poziomie zaufania, oprócz takich parametrów jak stabilność finansowa banku (co zrozumiałe), decyduje przede wszystkim sposób traktowania klienta (dla 56% posiadaczy kont, kart, kredytów i lokat to jeden z głównych wyznaczników zaufania do banku!). Dla porównania: takie czynniki jak opłaty, oprocentowanie lokat, czy relacja z konkretnym pracownikiem w oddziale są czynnikiem budującym zaufanie tylko dla 19-26% osób).

      EY badanie

      Badanie pokazuje, że polscy klienci, na tle średniej środkowoeuropejskiej oraz wyników światowych, są wyjątkowo wymagający. Tylko co trzeci Polak-klient banku zarekomendowałby jego usługi rodzinie lub znajomym! Dla porównania: w Rosji ten odsetek wynosi 43%, zaś na Ukrainie zbliża się do połowy wszystkich klientów. Co druga z osób, które zarekomendowałyby usługi swojego banku, otworzyła w nim - lub planuje otworzyć - nowy rachunek: konto oszczędnościowe, lokatę, kredyt. Zaś 8% przeniosłaby do takiego banku całe swoje domowe finanse.

      Polak nie lubi monopolu w swoim portfelu. Rodacy znacznie mniej chętnie, niż inni mieszkańcy naszego regionu Europy, są skłonni konsolidować swoje finanse w jednej instytucji finansowej. I to niezależnie od tego jak bardzo są zadowoleni z jej usług. Wśród polecających swój bank mieszkańców np. Turcji aż co trzeci chętnie przeniósłby się do tego banku ze wszystkimi pieniędzmi. Średnia dla naszego regionu wynosi 14%. Niższą od Polaków skłonność do związania się z jedną instytucją finansową  mają tylko Czesi (6% z polecających swój bank przeszłoby do niego "na wyłączność"). To tłumaczy dlaczego w Polsce w zeszłym roku otwarto aż milion nowych ROR-ów. Klienci poszukują nowych, lepszych banków, ale niechętnie rezygnują z dotychczasowych usługodawców (liczba przeniesionych z banku do banku kont nie przekracza - według danych Związku Banków Polskich - kilkudziesięciu tysięcy rocznie).

      EY zapytał klientów co skłoniło ich do otwarcia nowego konta w banku. Co odpowiedzieli Polacy? 40% tych, którzy tak postąpili twierdzi, że zrobiło to ze względu na... doświadczenia z innymi bankami. A więc: ze złości na dotychczasowego usługodawcę. Często nowy bank przyciąga niższymi cenami - taką motywację przedstawiło 44% zakładających nowe konto. Dla 20% ważna była bliskość oddziału lub bankomatu.  Co czwarty twierdził, że ma w "nowym" banku jakąś usługę, wiec zacieśnia z nim współpacę "na próbę". A więc jednak Polak, przy całej swojej niechęci do "monopolu bankowego" w obsłudze finansowej jest skłonny nagrodzić zakupem nowej usługi bank, który zapisał się dobrze w jego pamięci. A jak można tego dokonać? EY zapytał konsumentów: "co bank powinien zrobić, byś był skłonny zapłacić za jego usługi więcej albo kupić kolejny produkt?". Najpierw wyniki globalne:

      EY badanie

      Najwięcej punktów bank może zbić za to, że inwestuje w poprawę kondycji finansowej klienta (czyli np. oferuje dobre produkty oszczędnościowe, dba o to, by klient wzmacniał się finansowo). Aż 16%. osób zapłaciłoby takiemu bankowi więcej za usługi, a 33%. założyłoby nowy rachunek. Na drugim miejscu jest podrzucanie nowych rozwiązań, które pomagają zarabiać pieniądze, a na trzecim - dostarczanie sposobów na realizację planów finansowych klientów. Na to pytanie odpowiedzi Polaków nie różniły się znacznie od tego, co zeznawali ankietowani z innych krajów naszego regionu (choć odsetek tych, którzy są "podatni" na wymienione wyżej sposoby, jest nieco mniejszy, niż średnia regionalna, co potwierdza naszą klientowską "ziemnokrwistość"). A to wyniki globalne:

      EY badanie


      Wniosek? Bankowcy, jeśli chcą przeciągnąć do siebie klientów, nie mogą tylko licytować się ceną (choć to wciąż decydujący czynnik przy zakładaniu nowych kont "na próbę"), ale przede wszystkim powinni zaimponować klientowi inwencją, pomysłami na pomaganie mu w realizacji planów i w rozwiązywaniu problemów z domowymi finansami.

      EY badanie

      A program obowiązkowy to oczywiście dostosowanie kanałów obsługi i ich dostępności do potrzeb klientów. Potrzeby te wyglądają następująco:

      EY badanie

      Ale to nie wszystko. Więcej, niż co czwarty polski klient banku (dokładniej - 27%) w ostatnim roku zgłosił swojemu bankowi jakiś problem, który wymagał pomocy jego pracowników. I aż 43% z tych "problematycznych" klientów nie jest zadowolonych z tego, w jaki sposób została załatwiona ich sprawa.

      EY badanie

      O tym, jak diabelnie ważne jest pokazanie się klientowi z dobrej strony, gdy ten zgłosi jakiś problem lub reklamację, przekonuje wspomniany wyżej raport, ogłoszony ostatnio przez firmę  Accenture. Według Accenture tzw. switching economy, czyli "rynek" osób zmieniających dostawców usług, jest globalnie wart 5,9 biliona dolarów. Tyle mogą zarobić firmy przyciągające nowych klientów kosztem tych, które ich stracą wskutek złej jakości obsługi.

      W konkluzjach ze swojego "bankowego" badania EY stwierdza, że droga do zwiększenia lojalności i zaufania klientów banków prowadzi przez bardziej czytelną komunikację z klientami (produkty finansowe muszą być prostsze, bardziej przejrzyste, zaś klienci muszą czuć się właściwie poinformowani o ich działaniu) oraz zapewnienie klientom dostępu do usług wszystkimi możliwymi kanałami - nie tylko w placówce i przez internet, ale też przez telefon, bankowość mobilną oraz wideoczat. Z badania wynika, że coraz częściej klienci wybierają banki, które nie tylko zapewniają tanie i łatwo dostępne usługi, ale też są gotowe doradzać w sprawach domowych finansów i szybko rozwiązywać problemy. Tylko tyle i aż tyle. Który z działających w Polsce banków jest, Waszym zdaniem, najbliżej ideału?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Polak w banku jest zimnokrwisty. Jak rozpalić go do czerwoności? Lista patentów ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 kwietnia 2014 15:00
    • Tego jeszcze nie było: ROR gratis, rabat na telefon i na TV, a w plusie... abonament na prąd!

      Jakiś czas temu wieszczyłem, że wkrótce zobaczymy w Polsce bank, w którym będzie można wziąć kredyt, założyć internet, wykupić telewizję cyfrową i usługi telekomunikacyjne, zamówić dostawę prądu i gazu oraz oczywiście ubezpieczyć życie i majątek. Salon, szampon i odżywka w jednym. Choć są już pomysły na banki tworzone wspólnie przez instytucje finansowe i operatorów komórkowych (niedawno mBank sprzymierzył się z Orange, zaś Alior Sync z T-Mobile, pod nazwą T-Mobile Usługi Bankowe), to najbliżej idei dostarczenia klientowi wszystkich potrzebnych usług w jednym miejscu jest Plus Bank, należący do Zygmunta Solorza. Wspólnie z siecią Plus - mającą tego samego właściciela - od niedawna bank oferuje pakiety łączone: telefon plus konto bankowe. Jeśli na ROR wpłacasz miesięcznie co najmniej 1000 zł i jednocześnie używasz aktywnie karty płatniczej (co najmniej 500 zł wydane na zakupy), to masz przez pół roku po 10% rabatu miesięcznie na abonament lub doładowania w Plusie. A po upływie pół roku - po 5% rabatu miesięcznie. Jeśli twoje rachunki, opłacone kartą, przekroczą 1000 zł, to rabat rośnie do 20% w promocji i 10% w standardzie. I tak dalej.

      Bank plus telefon to już dużo, ale teraz pod tym samym dachem będzie można też kupić... prąd. Plus poinformował, że od wtorku 15 kwietnia zaczyna sprzedawać w swoich oddziałach energię elektryczną dla klientów indywidualnych. Od maja prąd będzie można też kupować w placówkach Cyfrowego Polsatu. Plus w komunikacie nie ujawnił po ile będzie sprzedawał prąd, ale obiecał, że w taryfie znajdą się zniżki dla klientów sieci Plus i Cyfrowego Polsatu. Nie wspomniał nic o rabatach dla klientów Plus Banku, ale nawet jeśli na początku ich nie przewidział, to jest więcej, niż pewne, że i klienci banku Plusa z czasem zostaną objęci jakimiś rabatami. Zresztą ceny prądu kupowanego od Plusa są tylko jednym z czynników, który może zdecydować o atrakcyjności tej oferty. Równie ważna jest wygoda - wszystkie najważniejsze usługi dla domu - telefon, internet, telewizja i prąd - mogą znajdować się na jednej, prostej fakturze, z jednym terminem płatności i z uwzględnieniem rabatów za zakup całego pakietu. A i z ewentualnym reklamacjami będzie prościej - Plus ma 1200 punktów sprzedaży, a firmy energetyczne zwykle nie grzeszą gęstą siatką POK-ów.

      Prąd od PlusaCo ciekawe, Plus będzie sprzedawał prąd w "paczkach", z których najmniejsza liczyć ma 100 kWh miesięcznie, zaś największa - 2000 kWh miesięcznie. Dzięki temu klient będzie płacił stały abonament, tak jak za telefon z pakietem darmowych minut i SMS-ów. Jeśli zużycie przekroczy to, co klient kupił w pakiecie, Plus doliczy do rachunku dodatkowe kilowaty ponad opłacony z góry abonament. Jeśli prądu zużyjemy mniej, niż zamówimy, nadwyżka ma być przeliczana na złotówki i przekładać się na niższy abonament w kolejnym miesiącu. Ciekaw jestem jak to będzie działało w praktyce, ale jeśli rzeczywiście wszystko będzie się sprowadzało do jednego, prostego abonamentu, to Plus może namieszać na rynku sprzedawców energii elektrycznej, na której roi się od agresywnych graczy, jak np. opisywany przeze mnie kilkakrotnie Duon. "Inni dostawcy energii podają w ulotkach skomplikowane stawki i nie mówią klientom wprost ile wyniesie miesięczny rachunek za prąd. Plus wprowadza jasną zasadę - klient przez cały czas trwania umowy płaci stałą miesięczną opłatę za pakiet energii. Oferta zbudowana została według sprawdzonych i jasnych zasad znanych wszystkim z usług telekomunikacyjnych" - zachęca Plus.

      Na Węgrzech podobną usługę oferuje Magyar Telekom wspólnie z T-Mobile (obie firmy mają wspólnego, niemieckiego właściciela) i zdobył 150.000 klientów. Jest to też dość częsta forma łączenia pod jednym dachem usług w USA. U nas do tej pory zainteresowanie takimi sojuszami było umiarkowane, bo z jednej strony sprzedaż energii nie jest przesadnie dobrym interesem (firmy energetyczne nie mogą sobie pozwolić na "odpalanie" zewnętrznym sieciom sprzedaży wysokich prowizji.  Sondażowo taką ofertę łączoną wprowadziły jakiś czas temu T-Mobile i Tauron, ale nie słychać, by był to nadzwyczajny sukces. Tak naprawdę sprzedaż prądu dla klientów indywidualnych może dać klientowi wartość dodaną dopiero wtedy, kiedy jest trzecią-czwartą usługą kupowaną u jednego dostawcy. A ten ostatni, nawet jeśli akurat na sprzedaży prądu nie zarobi, to znakomicie zwiększa lojalność klienta. I o to chodzi. Klient grupy kapitałowej Zygmunta Solorza dzięki posiadaniu ROR-u w Plus Banku ma tańszy telefon. Dzięki telefonowi w Plusie może - w ramach oferty smartDom - dokupić taniej internet i telewizję. A jak już to wszystko ma, to dostanie rabat na prąd. Czy taki klient pójdzie kiedykolwiek do konkurencji?

      Książka SamcikOD JUTRA W KSIĘGARNIACH MOJA NOWA KSIĄŻKA! Ponad rok temu wydałem, wspólnie z wydawnictwem Edgard, książkowy poradnik "Jak pomnażać oszczędności". Książka cieszyła się - i nadal cieszy, wkrótce drugie wydanie! - Waszym dużym zainteresowaniem, w pierwszym półroczu po wydaniu była jednym z ekonomicznych bestsellerów w sieci Empik. Tymczasem od 16 kwietnia w księgarniach będziecie mogli kupić moją kolejną książkę, wydaną przez Agorę: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą mi prawdziwe Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Zapraszam do księgarń - książka w sprzedaży już od środy!     

      GŁOSUJ NA SUBIEKTYWNOŚĆ W KONKURSACH. Blog "Subiektywnie o finansach" oraz ja, jako jego współautor (drugim jesteście oczywiście Wy) bierze udział w dwóch konkursach. W plebiscycie Money.pl stawką jest tytuł Najlepszego Blogu Ekonomicznego Roku, zaś w konkursie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych - tytuł Herosa Rynku Kapitałowego. Jeśli uznasz, że warto wesprzeć subiektywność albo wyrazić sympatię dla blogu - będzie mi niezmiernie miło!

      Z OKAZJI 5-LECIA BLOGU KONKURS Z NAGRODAMI. Blogasek "Subiektywnie o finansach" skończył właśnie pięć latek. Z tej okazji mam dla Was konkurs z nagrodami. Do wygrania jest moja nowa książka z autografem i dedykacją, płyty CD z muzyką z Radia Roxy FM, e-booki z poradnikami o finansach oraz wycieczki po redakcji "Gazety Wyborczej" z subiektywnym przewodnikiem. Zabawa trwa jeszcze tylko dziś! Szczegóły konkursu znajdziesz w jubileuszowym wpisie z 31 marca.

      5 lat  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Tego jeszcze nie było: ROR gratis, rabat na telefon i na TV, a w plusie... abonament na prąd!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 kwietnia 2014 00:22
  • niedziela, 13 kwietnia 2014
    • W małych sklepach jednak nie zapłacimy kartą? Interchange spada, ale w zamian podwyżka...

      Jak wiecie, za półtora miesiące wejdą w życie opłaty stawek, które sklepy płacą za akceptowanie płatności kartowych. Jeszcze do niedawna były one najwyższe w Europie, a ponieważ finansistom nie udało się dogadać w sprawie samoregulacji, całe towarzystwo wzięli za twarz posłowie. I uchwalili, że banki mogą pobierać maksymalnie 0,5% opłaty interchange za rozliczanie transakcji kartowych. W tle jest też podobny plan Komisji Europejskiej, która - jeśli dobrze jej pójdzie - od końca przyszłego roku może zbić opłatę interchange nawet do 0,2% dla kart debetowych i 0,3% dla kredytowych. Wszystkim chodzi oczywiście oto, by koszt obsługi kart stał się niższy od kosztów obsługi gotówki. A tym samym  - żeby właścicielom sklepów bardziej opłaciło się przyjmować płatność kartami, niż banknotami i monetami. Wtedy w każdej wsi będą w sklepach terminale do płatności kartą, a każdy dorosły Polak będzie czuł się w obowiązek mieć nie tylko konto w banku, ale i przynajmniej jedną kartą płatniczą. Czyż to nie piękna wizja? I czyż nie jest bliska realizacji, skoro od czerwca interchange, zamiast niedawnych 1,8% będzie mógł wynosić maksymalnie 0,5%? Zaś jedna z organizacji płatniczych obiecuje największym sieciom handlowym 0,3%?

      Napisał do mnie pan Jacek, który prowadzi w Warszawie bistro. "Od zawsze klienci płacą u nas kartami. Nie narzucamy żadnych kwot minimalnych, mimo, że czasem rachunek to tylko 5 zł. Kwoty, które co miesiąc oddaję z tytułu akceptowania kart do firmy eService są spore. Czytam od wielu miesięcy w gazetach, że opłaty będą niższe i że już są w okolicach 1,2%-1,4%. Te informacje mnie trochę irytują, bo moja stawka to 1,72%. Dlaczego? Opłaty kartowe składają się ze stawki procentowej i opłat stałych. Dla takich firm jak moja, które mają dużo niskich rachunków, finalna stawka jest dużo wyższa - opłata stała, to np. 8 gr. za każdą transakcję, co sprawia, że naszą zmorą są transakcje zbliżeniowe, na małe kwoty" - pisze pan Jacek. Ale nie pisze po to, żeby się użalać. "Od dłuższego czasu podejrzewałem, że ani Visa ani MasterCard ani eService nie pozwolą na zmniejszenie swoich dochodów i wymyślą jakiś sposób, żeby nas dalej kosić" - zwierza się czytelnik. Zwierza się niebezpodstawnie, bo załącza dowód tego, w jaki sposób finansiści zamierzają obejść przepisy ograniczające ich zarobek.

      "Załączam list, który dostałem z eService. Wynika z niego, że stawki będą kiedyś malały ale najpierw muszą wzrosnąć, bo Visa i MasterCard podniosły jakieś tajemne opłaty processingowe i marketingowe. Ja rozumiem, że to musi kosztować, ale nie tak dużo! Ani banki ani organizacje płatnicze nie oferują mi nic szczególnego. Nic, co powinno tyle kosztować. Banki i organizacje płatnicze może i obniżą interchange ale podwyższą inne opłaty, co się już dzieje" - zżyma się czytelnik. No to zerknijmy na pisemko z firmy eService. "Kolejną ze zmian, jakiej oczekujemy w drugiej połowie roku, jest zmiana wysokości opłaty interchange. Opłata ta (...) ulegnie znacznemu obniżeniu. Jednocześnie pozostałe koszty związane z obsługą kart niestety wzrosną, co jest całkowicie niezależne od eService. W związku z podniesieniem w pierwszym kwartale przez organizacje płatnicze opłat processingowych i marketingowych, pobieranych or transakcji realizowanych kartami, zarząd eService podjął decyzję o zmianie opłaty pobieranej z tytułu transakcji" - pisze firma do pana Jacka i zapewne do tysięcy innych właścicieli sklepów, których obsługuje.

      W przypadku pana Jacka opłaty idą w górę o 0,04%, więc nie jakoś drastycznie, ale najbardziej wkurzające jest to, że w ogóle idą w górę. Sprawa jest ze wszech miar podejrzana i rzeczywiście warto się jej przyjrzeć, zanim będzie za późno. Bo jeśli ma być tak, że cała para z obniżką interchange pójdzie w gwizdek, bo karciarze odbiją sobie straty innymi prowizjami, to będzie to jeden z większych przekrętów gospodarczych w ostatnich latach. Przede wszystkim pan Jacek rzeczywiście ma rację, że ustawa zmniejsza administracyjnie tylko tę część opłat nakładanych na sklepy, która idzie do banków - a więc interchange fee. Ale na finalny koszt akceptowania kart składają się też inne opłaty: marketingowe (0,05% w przypadku Visy i 0,18% w przypadku MasterCarda, ta opłata idzie na różne akcje promocyjne organizowane przez Visę i MasterCarda), processingowe (to czysty przychód Visy i MasterCarda) oraz marże pobierane przez firmę rozliczeniową (eService, First Data i inne). Przeważnie sklep płaci też czynsz najmu terminali (są wypożyczone od firmy rozliczeniowej) oraz opłatę za przesył danych łączami internetowymi.

      Pytanie: gdzie w tym systemie są dziury, które pozwolą finansistom doić właścicieli sklepów? Tak się składa, że byłem ostatnio na spotkaniach z szefami MasterCarda i Visy w Polsce. Obaj zarzekali się, że opłat processingowych nie podwyższali. Visa zwiększyła opłaty marketingowe o 0,02% (z 0,03 na 0,05% od obrotu). MasterCard zmieniał ich konstrukcję (trzy opłaty zamiast dwóch), łączna wartość zwiększyła się też o 0,02%, z 0,16% do 0,18% od obrotu. Zarówno Visa, jak i MasterCard zapewniają, że nie zamierzają w najbliższym czasie zwiększać ani opłat za marketing, ani za processing. W sytuacji, w której dochód banków jest zafiksowany, a Visa z MasterCardem robią wrażenie niewinnych dziewic, być może trzeba patrzeć na ręce firmom rozliczeniowym? One mogą podwyższyć swoje opłaty, zwalając winę na Visę i MasterCarda. Niestety, nie ma żadnego mechanizmu, który by sklepikarzy przed tym uchronił. Z końcem czerwca każdy z nich powinien aneksować umowę ze swoją firmą rozliczeniową i patrzeć uważnie, czy oprócz obniżenia opłaty interchange w taryfach nie zmienia się aby coś jeszcze.

      GŁOSUJ NA SUBIEKTYWNOŚĆ W KONKURSACH. Blog "Subiektywnie o finansach" oraz ja, jako jego współautor (drugim jesteście oczywiście Wy) bierze udział w dwóch konkursach. W plebiscycie Money.pl stawką jest tytuł Najlepszego Blogu Ekonomicznego Roku, zaś w konkursie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych - tytuł Herosa Rynku Kapitałowego. Jeśli uznasz, że warto wesprzeć subiektywność albo wyrazić sympatię dla blogu - będzie mi niezmiernie miło!

      Z OKAZJI 5-LECIA BLOGU KONKURS Z NAGRODAMI. Blogasek "Subiektywnie o finansach" skończył właśnie pięć latek. Z tej okazji mam dla Was konkurs z nagrodami. Do wygrania jest moja nowa książka z autografem i dedykacją, płyty CD z muzyką z Radia Roxy FM, e-booki z poradnikami o finansach oraz wycieczki po redakcji "Gazety Wyborczej" z subiektywnym przewodnikiem. Zabawa potrwa jeszcze tylko dwa dni! Szczegóły konkursu znajdziesz w jubileuszowym wpisie z 31 marca.

      5 lat

      SUBIEKTYWNOŚĆ O BANKACH I NIE TYLKO. Blog "Subiektywnie o finansach" nie jest jedynym miejscem, w którym mam okazję wyrażać Waszą i swoją opinię o tym jak powinien zmieniać się świat finansów. Mam też okazję uczestniczyć w ważnych spotkaniach finansistów i pomagać im w stawaniu się lepszymi. W ostatnim czasie odwiedziłem: V Bankowe Forum Wierzytelności, organizowane przez BIG Infomonitor, gdzie poprowadziłem panel na temat Big Data i tego, czy Biura Informacji Gospodarczej nie staną się w przyszłości zbyt potężnymi Big Brotherami. Wkrótce napiszę kilka słów o tym, co wyniosłem z dyskusji.

      V Bankowe Forum Wierzytelności

       Jako jeden z jurorów kapituły pod przewodnictwem Józefa Wancera współwybierałem też najlepszych bankowców roku. Statuetki w konkursie Liderów Świata Bankowości w tym roku dostali: mBank (najbardziej innowacyjny bank), płatności mobilne IKO w PKO BP (najciekawsza innowacja), BZ WBK (najszybciej rozwijający się bank oraz najlepszy duży bank), Alior Bank (najlepszy średni bank), Mateusz Morawiecki (menedżer roku) oraz Cezary Stypułkowski (człowiek roku). Zwykle te osoby i instytucje ścigam i ganię, ale tym razem gratuluję im tego, co im dobrze wyszło!

      Liderzy Świata Bankowości 2014

      Choć bankowcy nie mają z subiektywnością łatwego życia, to czasem nadchodzi ten szczęśliwy dzień, kiedy nie wyrzucają autora blogu przez okno i zamiast ostrzeliwać go z broni gładkolufowej, zapraszają do dyskusji. Na Forum Bankowym, największej imprezie środowiska bankowego, organizowanej co roku przez Związek Banków Polskich, sporo czasu poświęcono m.in. temu, jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych. Bankowcy spierali się m.in. o to, czy bank powinien ułatwiać klientowi decyzję w sprawie wyboru produktu finansowego, czy też jedynie przedstawiać mu najważniejsze informacje.

      Forum Bankowe 2014

      Udało mi się też wpaść na jeden z "Czwartkowych spotkań o social mediach", gdzie wspólnie z Barbarą Górską z firmy EY oraz Jerzym Ciszewskim z MSL Public Relations dyskutowaliśmy o tym jak zmieniła się rola dziennikarza i PR-owca odkąd wynaleziono Fejsa i Twittera. I czy oba zawody w zaistniałem sytuacji są jeszcze potrzebne. To było inspirujące ;-).

      Czwartkowe spotkania Social Media

      W ostatnich dniach brałem też udział w zorganizowanej przez Forum Obywatelskiego Rozwoju dyskusji na temat edukacji finansowej. Brali w niej udział przedstawiciele NBP, BZ WBK, Centrum Edukacji Ekonomicznej, innych organizacji organizujących szkolenia i projekty wspomagające edukację ekonomiczną w szkole. A przede wszystkim było tam ponad 100 nauczycieli przedmiotu Podstawy Przedsiębiorczości, których namawiałem do tego, żeby ich praca wyglądała tak, jak nasza dyskusja w blogu - wspólna wymiana doświadczeń i poznawanie zasad ekonomii. Bo żeby uczyć o pieniądzach niekoniecznie trzeba mieć ich dużo, prawda?

      FOR nauczyciele

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „W małych sklepach jednak nie zapłacimy kartą? Interchange spada, ale w zamian podwyżka...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 kwietnia 2014 23:42
  • sobota, 12 kwietnia 2014
    • Który imperator potężniejszy: Obama czy Putin? Zamiast czołgów i samolotów policzmy im... kasę

      Wiem, że duża część z Was złożyła już zeznania podatkowe za 2013 r., a niektórzy nawet zdążyli zassać zwrot nadpłat (szczerze zazdroszczę, ja niestety nie spodziewam się w tym roku prezentu od "skarbówki"). Ministerstwo Finansów chwali się, że w tym roku już co trzeci PIT jest wysyłany elektronicznie (za pomocą strony e-Deklaracje.gov.pl) - w sumie 3,5 mln zeznań. W tym roku po raz pierwszy PIT-y elektronicznie można składać też za pomocą działających online programów przygotowanych przez prywatne firmy (niedawno recenzowałem w blogu jeden z nich - PITax). Do pełni szczęścia brakuje już tylko "zawieszenia" w internecie zeznań wszystkich obywateli, co na pewno dodałoby nowego żaru sąsiedzkiej rywalizacji. Nie trzeba byłoby ścigać się na to, kto ma lepszą furę, ale na kwoty przychodów ;-). Niestety, z braku takich uciech możemy się podniecać co najwyżej zeznaniami podatkowymi możnych tego świata (takich podniet zresztą w blogu nigdy nie brakowało, prawda? ;-)). W dzisiejszym odcinku podatkowy pojedynek imperatorów - Baracka Obamy i Władimira Putina. Obaj właśnie ujawnili swoje zeznania majątkowe za 2013 r.

      Zeznanie podatkowe ObamaPatrząc na dochody Baracka Obamy można się niepokoić, że niedługo nie będzie miał co do garnka włożyć, bo prezydentowi USA z roku za rok wpada do kieszeni coraz mniej zielonych banknotów z nadrukowanymi twarzami jego poprzedników. W zeszłym roku zainkasował nieco ponad pół miliona dolarów (a dokładniej 503.183 dolary). Z tego 395.000 dolarów to jego prezydencka pensja, zaś prawie 105.000 dolarów - dochody ze sprzedaży książki. Obama w zeszłym roku nie miał natomiast żadnych dochodów kapitałowych (nie zarobił na funduszach inwestycyjnych, w których ma oszczędności). W 2012 r. Obama wykazał 662.000 dolarów dochodu, a w 2011 r. - ponad 790.000 "zielonych". Jak na dłoni widać więc, że portfel najważniejszego mieszkańca Białego Domu staje się coraz chudszy. Chociaż zeszłoroczne pół miliona dolarów to i tak sporo grosza, przeliczając "na nasze" daje to równowartość 1,5 mln zł (co oznacza, że każdy dzień prezydentowania jest wart dla Obamy nieco więcej, niż miesiąc pracy dla przeciętnego Polaka - ponad 4100 zł). Oczywiście Obama ma w pakiecie jest fajny dom, Air Force One i dostęp do informacji CIA o tym co robi w toalecie każdy z przywódców Europy ;-).

      Nawet na tle podupadających dochodów prezydenta Obamy (ten zacznie pewnie zarabiać porządne pieniądze dopiero, gdy będzie "byłym prezydentem" i będzie jeździł po świecie z wykładami) blado wygląda pensja szefa drugiego mocarstwa - Rosji. Władimir Putin, jak wynika z jego zeznania podatkowego za zeszły rok, zanotował dochód netto w wysokości 3,7 mln rubli, co przekłada się na nędzne 75.000 euro, czyli równowartość 105.000 dolarów. Wychodzi na to, że pod względem "wartości nabywczej" jeden Obama jest wart pięciu Putinów :-). A rosyjski imperator oficjalnie zarabia żałosne grosze w porównaniu z pieniędzmi, które wypłacał sobie jego pomagier Janukowycz, wykopany niedawno przez Ukraińców. Inna sprawa, że Putin nie musi zarabiać fortuny, by mieć większe możliwości korzystania z majątku państwowego, niż Obama. Widziałem kiedyś wyliczenia, z których wynika, że tak naprawdę Putin, "kontrolując" pakiety akcji rosyjskich firm, ma 60-70 mld dolarów. Pytanie ile z tej kwoty mógłby przełożyć do prywatnej kieszeni (lub ile już przełożył), poza jakąkolwiek kontrolą podległych mu urzędników. Zarabiających przeważnie nawet więcej, niż sam Putin.

      Dla porównania, kanclerz Niemiec Angela Merkel wkłada rocznie do portfela (z samej tylko pensji kanclerskiej, nie licząc innych dochodów) jakieś ćwierć miliona euro (czyli 340.000 dolarów). Pensja polskiego prezydenta Bronisława Komorowskiego starcza już tylko na waciki, bo głowa polskiego państwa ma rocznie równowartość 80.000 dolarów. Na tym tle kompleksów nie musi mieć np. Robert Lewandowski, najlepszy polski piłkarz, którego zarobki tego lata wzrosną do równowartości 13-14 mln dolarów. To mniej więcej 30-krotność zarobków prezydenta USA. Co mógłby sobie kupić Lewandowski za swoją pierwszą pensję? O tym mówię w poniższym filmiku. No, ale najlepiej wynagradzany piłkarz świata, Cristiano Ronaldo ma 25 mln dolarów, czyli 50 "obamów" ;-). A najlepiej wynagradzany prezes banku w Polsce w zeszłym roku zgarnął 2 mln euro, czyli mniej więcej sześć razy tyle, ile wynoszą zarobki Obamy. No, ale on też nie ma Air Force One i też nie wie co robią w toalecie... i tak dalej. ;-)

      SUBIEKTYWNIE O PIENIĄDZACH. Z blogu mogliście się dowiedzieć ile w Polsce płaci się za godzinę pracy, jak Polacy wyobrażają sobie idealną drabinkę płac i ile powinna w związku z tym zarabiać sprzątaczka, sprawdzałem też ile tak naprawdę zarabia prezes banku i który zarabia najwięcej, porównywałem to z pensjami piłkarzy, pytałem jak oszczędzamy pieniądze i czy rząd dobrze zachęca nas do tego, zgłębiałem tajemnice słynnego indeksu Big Maca, opisywałem raport o światowym bogactwie i jak na tym tle prezentują się nasze oszczędności, a z niezbędnika lansera mogliście dowiedzieć się jakich marek używałby Polak, gdyby był bogaty i jakich używa ten, który rzeczywiście jest bogaty.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ponad 450.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 22.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już ponad 2200 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      POPRZYJ BLOG "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH". Kliknij nań w konkursie na najlepszy blog ekonomiczny, organizowanym przez portal Money.pl. Głosowanie odbywa się poprzez "zalajkowanie" wybranej strony. Każdy internauta może "zalajkować" dowolną liczbę lubianych przez siebie blogów, ale każdy z nich tylko raz ;-). Aby zademonstrować poparcie dla subiektywności, kliknij poniższy obrazek i "zalajkuj" blog.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Który imperator potężniejszy: Obama czy Putin? Zamiast czołgów i samolotów policzmy im... kasę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 12 kwietnia 2014 10:01
  • piątek, 11 kwietnia 2014
    • Jestem cięty na e-przelewy. Przestały być najłatwiejsze i często wkurzają mnie prowizjami

      Płatności przelewem pay-by-link zaczęły mocno konkurować o nasze dusze i portfele z tradycyjnymi płatnościami kartą kredytową, czy debetową. Zwłaszcza w sklepach internetowych, ale też przy płatności za usługi "tradycyjne", np. za bilety do kina, czy do teatru. E-przelew wygląda prościej, niż płatność kartą. W tej ostatniej zawsze mnie wkurzała konieczność podawania wielu danych, których nie mam w pamięci - przede wszystkim numeru karty. Poza tym: imię, nazwisko, data ważności karty, kod CVC z odwrotu karty. E-przelew wymaga  podania mniejszej liczby danych - klikam logo banku, do którego ma mnie przekierować sklep internetowy, wpisuję login i hasło (zwykle z pamięci), od razu podstawia mi się formatka z danymi do przelewu, klikam potwierdzenie, przepisuję z telefonu hasło jednorazowe i wio. A ostatnio zdarzają się ekspresowe wersje e-przelewów, w których "wio" następuje jeszcze szybciej. Nie pamiętam kiedy ostatnio, mając do wyboru przelew elektroniczny i płatność kartą płatniczą, użyłem tej ostatniej w sklepie internetowym.

      Jednak ostatnio e-przelewy mi podpadły. Najpierw przyszedł do mnie jeden z kolegów redakcyjnych z informacją, że kupował online bilet do kina i ściągnęło mu z konta o kilka złotych więcej, niż wynosiła cena biletów. "Co to za głupkowaty zwyczaj. Kupuję zdalnie, a więc powinienem być preferowany, bo dzięki mnie kino może zatrudniać mniej kasjerów. A tu nie dość, że nie ma żadnych preferencji, to jeszcze dostaję po kieszeni dlatego, że kupuję zdalnie" - pieklił się kolega. Kilka dni mnie też zdarzyła się taka przygoda. Płaciłem za pewną usługę internetową 100 zł. Spośród kilku form płatności wybrałem oczywiście e-przelew. Poszło gładko, szybciutko i bezboleśnie, ale zdziwił mnie pewien szczegół - otóż zamiast 100 zł z konta zniknęło mi 102,5 zł. Potem kupowałem bilet do Multikina. Też e-przelewem. Opłata manipulacyjna za obsługę płatności - 1 zł. Wkurzyłem się. Nic na to nie poradzę - nie lubię płacić prowizji za to, że płacę za tradycyjną usługę e-przelewem.  Prowizje bywają iście bandyckie. W sklepie Agito.pl jeden z moich czytelników płacił za sprzęt AGD. do zamówienia o wartości 1400 zł doliczono mu... 99 zł prowizji za płatność przelewem online.

      Agito płatność

      Czyste zdzierstwo! Inna sprawa, że przy płatności kartą prowizja w tym akurat sklepie nie byłaby niższa. Więc nie zawsze jest to kwestia pazerności operatorów e-przelewów, ale czasem i polityka sklepów. Sam kupowałem niedawno jakiś sprzęt w firmie Euro AGD i ostatecznie zapłaciłem... gotówką, bo jak mi naliczyli opłaty za płatność przelewem online lub kartą, to mnie zgięło (było to kilkadziesiąt złotych). O ile jestem w stanie znieść, że płatność za pośrednictwem karty płatniczej przestała być za darmo, to akceptowanie wysokich prowizji za płatność przelewem ekspresowym przychodzi mi z trudem. W regulaminie firmy PayU, jednego z głównych dostawców tego typu usług, znalazłem zastrzeżenie, że choć sama usługa e-przelewu jest dla klienta darmowa, to z umowy między PayU i punktem handlowym mogą wynikać jakieś dodatkowe opłaty. No i obie strony ochoczo z tej opcji korzystają. Czy można mieć do nich pretensje?

      PayPal i dane o naszych płatnościach. Czy oni nie są zbyt wścibscy?

      Jest jeden powód, by e-przelewy były tańsze, niż płatności kartą. Otóż używając płatności kartą mam prawo żądać charge-backu, jeśli usługa, za jaką zapłaciłem, nie została dostarczona. Charge-back nie jest prostym narzędziem (trzeba udowodnić, że się domagałeś zwrotu kasy na własną rękę i dopiero potem wolno żądać obciążenia zwrotnego), ale jest i działa! Płacąc przelewem typu pay-by-link takiej opcji odwrócenia transakcji nie mam. Więc dlaczego mam płacić za nią tyle samo, co za transakcję kartową? W ramach protestu ostatnio zacząłem namiętnie używać w e-sklepach usługi IKO, czyli płacenia przez telefon komórkowy (mam IKO spięte z kontem pre-paid, ale jak ktoś ma konto w PKO BP, to może płacić w ten sposób bezpośrednio ze swojego ROR-u). Jest to-to za darmo (choć czasami potrafi się zawiesić), a obsługa jest jeszcze prostsza, niż w przypadku e-przelewów. Firmom zarabiającym na e-przelewach może też utrzeć nosa nowa usługa organizacji Visa, która upraszcza płatność kartą w sieci na tyle, że jest ona przyjaźniejsza od e-przelewu.

      Inna sprawa, że e-przelewy też starają się przyspieszyć: w PayU mają opcję PayU Express, która pozwala płacić znacznie szybciej. Jeśli jednak nie będzie to znacząco tańsza opcja płacenia, niż operowanie kartą płatniczą, będę patrzył na nie z rezerwą. Nota bene - jak mówimy o  formach płatności w internecie - coraz odważniej rozpycha się też PayPal, globalny pośrednik w płatnościach, który specjalizuje się w obsłudze sklepów internetowych. Ostatnio wszedł do e-sklepu "Piotr i Paweł", jest też we Frisco.pl. Płatność PayPalem da się przeprowadzić już w dwóch kliknięciach, więc szybciej, niż klasycznym e-przelewem. Wojna o rząd dusz w płatnościach może się więc nasilić. Mam nadzieję, że wygra nie tylko ten, kto będzie szybszy (i umożliwi bezpieczną płatność jednym kliknięciem), ale też ten, kto nie będzie - do spółki z punktem handlowym - ograbiał mnie na kwotę np. 100 zł prowizji tylko za to, że nie płacę gotówką. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Jestem cięty na e-przelewy. Przestały być najłatwiejsze i często wkurzają mnie prowizjami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 11 kwietnia 2014 10:01
  • czwartek, 10 kwietnia 2014
    • Jak żyć, gdy profesor z przewodniczącym chcą zrobić ze mnie emerytalnego matoła?

      "Ludzie w ogóle nie powinni dowiedzieć się o wyborze: OFE czy ZUS. Dopiero w sierpniu powinni się zorientować, że wszyscy zostali przeniesieni w całości do ZUS" - wypalił dziś w "Gazecie Wyborczej" ekonomista, prof. Bogusław Grabowski. Najwyraźniej uważa on, że jestem totalnym matołem, nie ogarniam kwestii emerytur oraz że nie ma po co pytać mnie o zdanie. Miło. Nie mam niestety pewności, czy pan Grabowski uważa mnie za matoła tylko w sprawie OFE, czy tak w ogóle. "Ludzie w ogóle nie powinni dowiedzieć się, że są jakieś wybory. Dopiero w sierpniu powinni się zorientować, że wszyscy wybrali nas na następną kadencję" - mógł by powiedzieć profesor. Bogusław Grabowski jest członkiem Rady Gospodarczej przy premierze. A więc być może i premier uważa, że jestem matołem i nie ogarniam? To by tłumaczyło, że nie pytając mnie o zdanie zabrał z OFE połowę moich pieniędzy. I że zabronił OFE reklamowania swoich usług, żeby fundusze nie mieszały w moim małym mózgu. I że wydaje niemałe pieniądze na "kampanię reedukacyjną", dla niepoznaki tylko zwaną "informacyjną". Zobaczcie w której ziemiance się ukryłem, żeby tej propagandy nie słuchać ;-)

      Co zrobić, żeby ludzie nie tylko - wbrew prof. Grabowskiemu - dowiedzieli się o tym, iż jest coś takiego, jak wybór między ZUS-em i pakietem ZUS-OFE, ale też żeby mieli ochotę w ogóle brać pod uwagę ów wybór? Fundusze emerytalne mogą zrobić tylko jedno: przekonać Polaków, że teraz będą znacznie tańsze w "utrzymaniu". Bo tego, że będą bardziej efektywne, niż do tej pory (a zarabiały średnio 6,8% w skali roku inwestując większość kasy - na polecenie rządu - w bezpieczne obligacje), obiecać nie mogą. Polityka inwestycyjna "nowych OFE" będzie bowiem zupełnie inna, niż do tego pory (zakaz inwestowania w obligacje skarbowe), a przy tym nie wiadomo jakie będą miały aktywa do dyspozycji. I czy dopływ nowych pieniędzy ze składek będzie większy, niż odpływ kasy, którą będzie trzeba przekazywać do ZUS-u w związku ze zbliżającymi się wypłatami dla pierwszych emerytów. Dobry krok zrobił fundusz OFE Aviva, który na konferencji prasowej ogłosił, że od teraz obniża do 0,75% opłatę od składki. Bardziej obniżyć nie może, bo płaci na ZUS, fundusze gwarancyjny i inne obowiązkowe opłaty.

      Opłaty w Aviva OFE

      Takie propozycje OFE to chyba jedyny sposób, żeby fundusze mogły przekonać do siebie Polaków. Sęk w tym, że nie będzie nam łatwo się o tym dowiedzieć. Zwłaszcza, że głównym "pałkarzem" stał się tu przewodniczący KNF. Napisał list do szefów OFE, w którym przypomina, że zakazane są działania, mające na celu "skłonienie kogokolwiek, aby przystąpił do otwartego funduszu lub pozostawał członkiem tego funduszu". KNF pisze też - co jest już kuriozalne - że "podejmowanie czynności (...) związanych z informowaniem o możliwości dokonania wyboru między ZUS a OFE może prowadzić do naruszeń przepisów prawa, w zakresie w jakim działania takie będą miały na celu skłonienie kogokolwiek, aby przystąpił do otwartego funduszu emerytalnego lub pozostawał członkiem tego funduszu". I dalej: "Działania, które mogą mieć wpływ na podejmowane przez członków OFE decyzje o wyborze między ZUS a OFE, mogą być interpretowane jako działania niezgodne z regulacjami". Jak OFE mają informować o swoim istnieniu, żeby nie powstało posądzenie, że "wpływają się na decyzje"? Na jakiej podstawie ludzie mają podejmować świadome decyzje? Kogoś tu nieźle pogięło. Dla tych z Was, którzy nie lubią być traktowani jak ciemna masa, mam garść obiektywnych argumentów za i przeciw obu rozwiązaniom, które mamy do dyspozycji. I kilka liczb - podaję za Wyborczą.biz - które pan premier i jego pomagierzy uznaliby zapewne za ściśle tajne ;-)

      wyniki OFE

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Jak żyć, gdy profesor z przewodniczącym chcą zrobić ze mnie emerytalnego matoła?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 kwietnia 2014 20:25
    • To już ostatnia szansa, by pożyczyć pieniądze Orlenowi. Tym razem płaci za obligacje aż 5%

      Obligacje korporacyjne to ostatnio gorący temat. Niskie oprocentowanie lokat (choć ostatnio wreszcie lekko drgnęło w górę) sprawia, że Polacy wykorzystują każdą okazję, by zamienić depozyt na "coś innego". Pośrednicy finansowi i wysłannicy biur maklerskich zasypują mnie propozycjami zainwestowania moich lekko zarobionych pieniędzy w papiery firm deweloperskich, czy windykacyjnych. Niedawno jak ciepłe bułeczki sprzedały się np. obligacje windykacyjnej firmy Best. Ba, nawet polski rząd czerpie pełnymi garściami z rosnącego zainteresowania Polaków "czymś innym" i sprzedawał ostatnio niestandardowe, krótkie obligacje skarbowe. Wśród największych, najbardziej wiarygodnych korporacji, oferujących obligacje skarbowe zwykłym ciułaczom, od dawna prym wiedzie PKN Orlen. Kiedy w maju zeszłego roku Orlen ogłosił, że będzie oferował obligacje dostępne dla wszystkich, to w dwa dni sprzedał na pniu papiery za 200 mln zł. Kolejne transze znalazły nabywców w czerwcu i listopadzie, przy czym Orlen perfekcyjnie testował "wytrzymałość" inwestorów. Na początku płacił 1,5% powyżej WIBOR, potem - 1,4%, aż wreszcie zjechał do 1,3%.

      To oznacza, że osoby kupujące obligacje PKN Orlen, przy obecnym poziomie WIBOR (jakieś 2,7%), zyskały prawo do odsetek w wysokości 4% w skali roku (w bieżącym okresie odsetkowym, bo jak WIBOR się zmieni, to i oprocentowanie pójdzie w gorę lub w dół). Te 4% to ciut więcej, niż płaci na lokatach większość banków. Choć oczywiście szału nie ma - nawet w bankowych tabelach można dziś znaleźć lokaty dające 4% zysku (zwykle są to lokaty długoterminowe, dwu- i trzyletnie). Papiery Orlenu to w dodatku zabawa dla cierpliwych chłopców (i dziewcząt) - pięć wyemitowanych dotychczas serii obligacji Orlenu zakończy żywot dopiero po czterech latach (odsetki są wypłacane co pół roku). Orlen to na tyle solidna marka, że niezależnie od tych wszystkich ograniczeń Naród chce mu wciąż pożyczać pieniądze. Ale teraz, emitując ostatnią serię swoich obligacji, Orlen postanowił wystawić nas na jeszcze większą próbę wiary (w to, że dystrybutor z paliwem nie wyschnie ;-))) oraz cierpliwości. Finałowa, 100-milionowa transza detalicznych obligacji Orlenu, które można kupić od środy, ma gruntownie zmienione warunki. Obligacje stały się sześcioletnie, zaś ich oprocentowanie ze zmiennego przeistoczyło się w stałe - 5% w skali roku.

      OSTATNIO W BLOGU: Takiej kredytówki jeszcze nie było. Robisz zakupy, a karta pyta...

      Na pierwszy rzut oka te warunki są rewelacyjne: z dzisiejszej perspektywy gwarantowane 5% rocznego zysku, przyznawanego według zasady "czy się stoi czy się leży, stały procent się należy" to oferta nie do pogardzenia. Ale gdy spojrzeć na sprawę chłodnym okiem, to widać pewne rysy. Stały procent do te facto zakład o przyszłą inflację i stopy procentowe. Jeśli w ciągu sześciu najbliższych lat stopy procentowe w Polsce pójdą znacznie w górę (a to jest dość prawdopodobne), gwarantowany przez obligacje Orlenu stały procent może zacząć uwierać posiadaczy tych papierów. Dziś, gdy na lokacie można dostać przeciętnie mniej, niż 3%, proponowane przez paliwowego potentata 5% błyszczy pełnym blaskiem (zwłaszcza, że odsetki od obligacji są wypłacane co pół roku). Ale czy tak będzie np. za trzy lata, nie mówiąc już o sześciu? Nie wiadomo - nie ma takiego asa, który by to przewidział. Jest natomiast pewne, że Polacy nie przepadają za długoterminowymi inwestycjami. Cóż, najbliższe dni przyniosą odpowiedź na pytanie czy posiadacze wolnej gotówki przełamią się dla wizji gwarantowanych 5% w skali roku. Ja mam co do tego poważne wątpliwości, choć chciałbym się mylić.

      NO RISK, NO FUN. Puścili z dymem 2-letnie zyski klientów. Na "bezpiecznych" obligacjach.

      Stałoprocentowe obligacje Orlenu mogą być mimo wszystko godnym zastanowienia pomysłem dla tych z Was, którzy szukają względnie bezpiecznych inwestycji pod kątem np. swojej przyszłej dodatkowej emerytury albo innego, długoterminowego celu inwestycyjnego. W Waszych portfelach emerytalnych, oprócz akcji spółek dywidendowych oraz oczywiście obligacji skarbowych i depozytów bankowych powinno być też miejsce dla obligacji emitowanych przez najpotężniejsze polskie koncerny. Inwestycje emerytalne lubią długi horyzont, więc sześć lat zupełnie w tym kontekście nie przeraża. A stały procent, co by nie mówić, daje pełną przewidywalność wartości inwestycji na koniec jej trwania. Bardzo jestem ciekaw, czy nowe parametry obligacji PKN Orlen przypadną Wam do gustu i czy obligacje znów sprzedadzą się na pniu, tak jak poprzednie serie. Gdyby tak się stało, to saldo pieniędzy wyjętych z naszych portfeli przez największy w kraju koncern paliwowy dobiłaby do okrągłego miliarda złotych. Kto poczuł się zachęcony - niech przeczyta prospekt emisyjny, a potem ewentualnie bierze kurs na Dom Maklerski PKO BP, CDM Pekao, albo Dom Inwestycyjny Xelion - te biura maklerskie prowadzą sprzedaż obligacji. Oczywiście, tak jak w przypadku poprzednich serii, na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy".

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ponad 450.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 22.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już ponad 2200 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      DZISIAJ SUBIEKTYWNOŚĆ W "WYBORCZEJ". Jak co czwartek zapraszam Was do zakupu w kiosku (albo w e-kiosku) "Gazety Wyborczej", bo znajdziecie w niej strony "Pieniądze Ekstra". A na nich solidna porcja pożytecznych porad. Jak nie dać się nabić w drogą pożyczkę i czy wreszcie będzie można pożyczać taniej poza bankiem? Ile powinien kosztować dobry krem do rąk, a ile balsam do ciała? I jak nie przepłacić w drogerii? Jak to możliwe, że da się w sklepie zapłacić "starą", zastrzeżoną już kartą płatniczą? Dlaczego warto zapłacić za paliwo kartą Visa na stacji BP, a plastik MasterCarda schować na dnie portfela? Poza tym Ekipa Samcika przywraca pamięć pracownikom firmy telekomunikacyjnej. Jak widzicie, nie zwalniamy, więc i Wy nie zwalniajcie i głosujcie nogami na "Pieniądze Ekstra"

      JAK SENSOWNIE OSZCZĘDZAĆ NA "PÓŹNIEJ"? Warto się nad tym zastanowić, gdy rząd zabiera część pieniędzy z funduszy emerytalnych i przerzuca je do niewypłacalnego de facto ZUS-u. Sposobów jest kilka, zapraszam do obejrzenia filmu, w którym o nich opowiadam

      Z OKAZJI 5-LECIA BLOGU KONKURS Z NAGRODAMI. Blogasek "Subiektywnie o finansach" skończył właśnie pięć latek. Z tej okazji mam dla Was konkurs z nagrodami. Do wygrania jest moja nowa książka z autografem i dedykacją, płyty CD z muzyką z Radia Roxy FM, e-booki z poradnikami o finansach oraz wycieczki po redakcji "Gazety Wyborczej" z subiektywnym przewodnikiem. Szczegóły konkursu znajdziesz w jubileuszowym wpisie z 31 marca.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „To już ostatnia szansa, by pożyczyć pieniądze Orlenowi. Tym razem płaci za obligacje aż 5%”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 kwietnia 2014 07:49

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line