Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 21 sierpnia 2014
    • Masz telefon w Plusie? Dostaniesz ofertę zmiany dostawcy energii. Warto skorzystać?

      Ostatnio, jako abonent sieci Plus, dostałem ciekawy mailing od bytu przedstawiającego się jako Plus Energetyka: "Jeśli masz dość prognoz w swoich rachunkach za energię elektryczną mamy dla Ciebie innowacyjną ofertę Energia Bez Prognoz z comiesięcznym odczytem energii i rozliczeniem tylko za to co faktycznie zużyłeś w danym miesiącu" - głosił slogan reklamowy. A zaraz pod nim drugi: "W Plusie wiesz ile zapłacisz za prąd co miesiąc. Inni dostawcy podają Ci skomplikowane stawki w ulotkach, ale nie podadzą ile wyniesie miesięczny rachunek za prąd".  I pod spodem link do kalkulatora, bym sprawdził ile zaoszczędzę, jeśli poza usługami telekomunikacyjnymi kupię w Plusie również prąd. Plus Energetyka celnie bije: to właśnie skomplikowane faktury oparte na prognozach, a nie na faktycznym zużyciu, najbardziej wkurzają klientów największych firm energetycznych (w tym RWE).

      Jeden z moich czytelników, pan Marcin, przez ponad rok toczył z RWE batalię dotyczącą właśnie sposobu rozliczania jego rachunków. Choć płacił wyższą opłatę handlową i jego rachunki miały opierać się na comiesięcznym zużyciu prądu, a nie na żadnych prognozach, rozliczanych co pół roku, to RWE z uporem maniaka naliczała mu faktury oparte częściowo na prognozach i uważała, że wszystko jest w porządku. Na reklamacje odpowiadała na przykład tak:

      "Informujemy, że rozliczenia prowadzone są w oparciu o odczyt licznika dokonany przez kontrolera poboru energii elektrycznej w ciągu danego miesiąca. Na ostatni dzień rozliczanego okresu wskazania licznika są oszacowywane na podstawie średnio dobowego zużycia energii w lokalu. Mogą ona zatem nieznacznie odbiegać od faktycznych wskazań. Z uwagi na fakt, że wskazania przyjęte na ostatni dzień miesiąca jest jednocześnie wskazaniem początkowym na pierwszy dzień kolejnego okresu rozliczeniowego zachowana jest ciągłość rozliczeń i w efekcie Klient płaci zgodnie z ilością dostarczonych kWh. Informujemy, że rozliczenie sporządzone jest prawidłowo".

      Pan Marcin domagał się prostej rzeczy - żeby licznik był odczytywany rzeczywiście ostatniego dnia miesiąca, a nie np. tydzień wcześniej. Liczniki, które można odczytywać zdalnie nie są w dzisiejszych czasach jakąś rocket science, ale skoro firma nie wszędzie takie liczniki klientom zainstalowała, to nie powinna oferować usługi, której nie jest w stanie wykonać. Np. w rozliczeniu za czerwiec klient znalazł szacowane wskazanie na koniec czerwca, które jest wyższe, niż rzeczywiste wskazanie na 20 lipca. Zdarzają się podobno miesiące kiedy odczyt rzeczywisty nie odbywa się wcale i firma "wycenia" zużycie prądu na podstawie szacunków i - jak twierdzi klient - coraz bardziej mija się ze wskazaniem rzeczywistym, A klient płaci przecież podwyższoną opłatę handlową za rozliczenia w trybie miesięcznym. Pan Marcin ostatecznie wywalczył - po roku wymiany korespondencji z firmą - wywalczył obietnicę poprawy:

      "Informujemy, że podjęliśmy decyzję, że rozliczenia dla Pana lokalu będą prowadzone do rzeczywistego zużycia energii na koniec miesiąca"

      - napisała do niego przedstawicielka RWE. Tyle, że nie wiemy jak ta deklaracja będzie wyglądała w praktyce. No i oczywiście to nie jest zmiana praktyki stosowanej przez firmę, lecz wyjątek sprokurowany przez jednego, wyjątkowo upierdliwego klienta. Wielu innych nie znajdzie w sobie determinacji, by przez wiele miesięcy przerzucać się z firmą listami i tłumaczyć, że nie otrzymują takiej, za jaką płacą. Na tym właśnie polu bitwy chce zaistnieć Plus, który oferuje swoim telekomunikacyjnym klientom prąd wytwarzany przez zespół elektrowni Pątnów-Adamów-Konin, należący - tak jak Plus - do tego samego właściciela, Zygmunta Solorza.  Plus obiecuje, że będzie rozliczał faktyczne zużycie prądu w trybie comiesięcznym i przedstawiał rachunki w czytelniejszy sposób, niż konkurencja. Poza tym gwarantuje brak opłat handlowych oraz nieco niższą cenę prądu, niż większość dużych firm energetycznych.

      Czy to są wystarczająco znaczące bonusy, by zmienić dostawcę na takiego z grupy Plus? Cóż, oferowane przez firmę rabaty dla obecnych klientów Plusa nie są szczególnie miażdżące. Dziś w RWE płacę 0,2762 zł za 1 kWh prądu netto (przed oVATowaniem) plus 4,29 zł opłaty handlowej (też netto). W Plusie proponują 0,2390 zł za 1 kWh prądu netto i brak opłat handlowych. Z kalkulatora, który znalazłem na stronie Plus Energetyka wynika, że moje miesięczne oszczędności z tytułu różnicy cen wyniosłyby 21 zł, zaś comiesięczna faktura - 213 zł. Ale moje zużycie jest wysokie, prawie 2200 kWh przez pół roku. Większość z Was pewnie odczułoby mniejszą różnicę. Nawet jeśli firma będzie rzeczywiście odczytywać realne zużycie, nie posiłkując się żadnymi prognozami i nawet jeśli przy okazji będzie oferować większą wygodę w płatnościach - jedna, comiesięczna faktura z konkretną sumą do zapłaty - to obawiam się, że rabat jest zbyt niski, by mógł wstrząsnąć abonentami Plusa. Zwłaszcza, że firma nie daje też - jak niektórzy konkurenci - gwarancji ceny niższej od poprzedniego dostawcy. Chyba, że potraktujemy prąd jako jedną z kilku konsolidowanych w Plusie usług - dodamy też bank, telewizję i internet. Wówczas, na zasadzie "ziarnko do ziarnka" oszczędności staną się zauważalne.

      JAK ROZSĄDNIE ZARZĄDZAĆ PIENIĘDZMI I BUDOWAĆ ZAMOŻNOŚĆ? Odpowiedź na te pytania znajdziesz w mojej najnowszej książce - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. To idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      SUBIEKTYWNOŚĆ W ODDZIAŁACH CREDIT AGRICOLE! Niektórzy klienci banku już to zapewne zauważyli, zaś pozostałych z największą przyjemnością informuję: specjalne wydanie mojej bestsellerowej książki "Jak pomnażać oszczędności" jest już dostępne we wszystkich placówkach Credit Agricole. Każdy klient banku, który chciałby uzupełnić swoją wiedzę lub wyjaśnić wątpliwości przed wyborem lokaty, funduszu lub programu oszczędzania, ma szansę na miejscu poczytać, przekonać się co o tym wszystkim myślę i sprawdzić czy podejmuje słuszną decyzję. Specjalne wydanie książki jest opatrzone rysunkami Andrzeja Mleczki, a także przedmową samcikową oraz uzupełnione o kilka odniesień do produktów banku. Jestem pewien, że pracownicy Credit Agricole, wyposażeni w taką "pomoc naukową", będą obsługiwali Was z najwyższym pietyzmem, a i Wy chętniej zabierzecie się za oszczędzanie i budowanie swojego finansowego bezpieczeństwa, a potem - pomyślności i zamożności.  

      W CZWARTKOWEJ "WYBORCZEJ" SZUKAJ "PIENIĘDZY EKSTRA". Jak co czwartek, subiektywność gości  na kolumnach "Gazety Wyborczej". Posiadaczom oszczędności radzę jak wycisnąć siódme soki z deflacji. Posiadaczom polis inwestycyjnych - jak dobrać się do tyłków ich producentom. Moja Ekipa walczy w obronie Waszych interesów na zakupach: w tym tygodniu radzimy jak kupić markowe i oryginalne kosmetyki za pół ceny oraz pomagamy odzyskać 100 zł rabatu od klienta jednego z banków. Jak widzicie jest moc i Ekipa Samcika w "Wyborczej" daje radę co najmniej tak dobrze, jak sam Samcik w blogu ;-). Zapraszam do kiosków po czwartkową "Wyborczą".  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Masz telefon w Plusie? Dostaniesz ofertę zmiany dostawcy energii. Warto skorzystać?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 sierpnia 2014 07:43
  • środa, 20 sierpnia 2014
    • Depozyt w PKO BP bardziej bezpieczny, niż w małym banku? Dobre i złe strony niewiedzy

      Czy lokata w małym banku - np. w spółdzielczym - jest bardziej ryzykowna, niż depozyt założony w PKO BP? Pytanie wydaje się dość proste, bo przecież wszystkie depozyty w Polsce są objęte identycznym parasolem ochronnym - opieką Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Zwróci on kasę każdemu klientowi bankrutującego banku oraz SKOK-u do równowartości 100.000 euro (czyli obecnie 420.000 zł). Nie ma więc znaczenia gdzie ulokujemy pieniądze, byle była to jakakolwiek instytucja objęta gwarancjami BFG - bank komercyjny, bank spółdzielczy lub SKOK. Dlaczego więc kilka milionów Polaków trzyma kasę w PKO BP oraz Banku Pekao, czyli bankach, które cierpią na chroniczną niechęć do płacenia klientom za depozyty? Odpowiedź na to pytanie przynosi badanie, które na początku sierpnia przeprowadziła firma ARC Rynek i Opinia na reprezentatywnej grupie Polaków.

      Zapytano m.in. o to, które depozyty gwarantowane są przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Tylko 56% wie, że w razie bankructwa banku, może liczyć na zwrot pieniędzy. W przypadku lokat w SKOK-ach przekonanych jest o tym tylko 20% Polaków. Cała reszta liczymy raczej na stabilność konkretnej instytucji finansowej, niż na gwarancje rządowe. Konsekwencją tego faktu jest większe zaufanie do solidnych marek bankowych - mamy większe przekonanie, że pieniądze odzyskamy z odsetkami, gdy ulokujemy je w PKO BP, czyli największym banku detalicznym, niż np. w BizBanku, czyli najmniejszym banku komercyjnym w Polsce.

      Czytaj o bułgarskiej aferze bankowej: Niezła imprezka. Bank zamknięty, klienci szturmują placówki, szef nadzoru podejrzany o przymykanie oka... Czytaj też o konfiskacie depozytów na Cyprze: Armageddon ciułacza. Czy gwarancje oszczędności staną się mirażem?  

      Jak to wygląda na liczbach? Na prośbę Wyborczej.biz firma badawcza zadała takie pytanie: gdybyś miał 5000 zł, to gdzie założyłbyś lokatę przyjmując, że każda oferuje takie samo oprocentowanie? „Zdecydowanie tak” lub „raczej tak” lokatę w PKO BP założyłoby 64%. ankietowanych. Depozyt w Banku Pekao oraz w BZ WBK bez strachu założyłoby 56% Polaków, a w Banku BGŻ - 46%. Zaufanie do małych banków takich jak FM PBP Bank (właściciel marki Biz Banku) czy Plus Bank ma już tylko 10% ankietowanych. Tylko tylu odpowiedziało, że bez strachu ulokowałoby pieniądze z którejś z tych instytucji. W SKOK Stefczyka lokatę „bez stresu” założyłoby tylko 13% Polaków. Mniejsze SKOK-i wypadły jeszcze gorzej. Np. na lokatę w SKOK Wołomin zdecydowałoby się tylko 6 proc. badanych. 

      systemochrdepo

      Trudno się dziwić Polakom, że są nieufni względem systemu ochrony depozytów. Dwa lata temu prof. Krzysztof Rybiński, jeden z najbardziej znanych polskich ekonomistów (były wiceprezes NBP) skomentował gwarancje depozytów jako "fikcyjne". Więcej o tej wypowiedzi przeczytasz w tekście: Wspomnień czar, czyli o tych, którzy nie chcieli gwarancji depozytów w SKOK-ach. Rybiński ma o tyle rację, że system finansowy oparty jest dziś na zaufaniu. W bankach i SKOK-ach na lokatach i kontach oszczędnościowych Polacy trzymają ponad 570 mld zł. Gdyby nagle każdy chciał wycofać pieniądze, starczyłoby ledwie dla garstki, bo większość zdeponowanych kwot bankowcy przetwarzają na kredyty. Ale BFG, w którym jest 12 mld zł na ewentualne "ratunkowe" wypłaty, to bezpiecznik pozwalający stłumić w zarodku panikę i zażegnać efekt kuli śniegowej.

      Czy nasza niewiedza o systemie ochrony depozytów ma jakieś dobre strony? Owszem: Zbigniew Jagiełło, prezes największego na rynku banku PKO BP już kilka lat temu skarżył się na politykę mniejszych banków, żyłujących oprocentowanie lokat do nieracjonalnych poziomów, byle tylko odebrać klientów bankom z "pierwszej ligi". I zżymał się, że system jest zbudowany tak, iż promuje hazard moralny - klientom jest wszystko jedno, czy pójdą z pieniędzmi do stabilnego banku z tradycjami, czy do agresywnego "malucha". Z badań wynika, że jednak Polakom nie jest wszystko jedno i liczy się dla nich coś więcej, niż tylko wysokość oprocentowania. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Depozyt w PKO BP bardziej bezpieczny, niż w małym banku? Dobre i złe strony niewiedzy”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 20 sierpnia 2014 16:38
  • wtorek, 19 sierpnia 2014
    • Szczere oświadczenie pośrednika finansowego: "Ściemniałem, bo kazali". Pomoże w sądzie?

      To pytanie zadajecie mi bardzo często: jak wyplątać się z polisy inwestycyjnej, która okazała się pułapką? Oczywiście, najłatwiej to osiągnąć, jeśli wykażemy jakieś złamania procedury po stronie sprzedawcy - np. na druku ogólnych warunków ubezpieczenia nie ma naszego podpisu (lub jest, ale opatrzony późniejszą datą, niż ta na polisie). Szanse na odzyskanie pieniędzy rosną również wtedy, gdy ofiarą polisy jest emeryt. Wtedy łatwo wykazać misselling, czyli sprzedanie długoterminowego produktu osobie, której pod żadnym pozorem nie wolno było oferować czegoś takiego. Jeśli nie uda nam się wykazać żadnej z tych dwóch okoliczności, możemy liczyć na dobrą wolę firmy ubezpieczeniowej, która w trosce o swój wizerunek weźmie "na klatę" koszty wynikające ze stworzenia potencjalnie toksycznego produktu-pułapki w rękach nieodpowiedzialnego dystrybutora. Ale to rzadkie przypadki (choć się zdarzają), bo firmy ubezpieczeniowe boją się precedensów, które potem mogłyby zostać wykorzystane przez innych klientów.

      Pan Jacek Szymański, poznański prawnik z kancelarii Szymański & Kornalewicz, który od czasu do czasu daje się we znaki firmom ubezpieczeniowym, ostatnio podrzucił mi pewien ciekawy patent, pozwalający zyskać dodatkowy argument w walce o odzyskanie pieniędzy z trefnej polisy. Tym argumentem może być... oświadczenie pośrednika, który sprzedał nam badziewie i który zainkasował za to sutą prowizję. Do mec. Szymańskiego zwrócili się klienci "zapakowani" w produkt ubezpieczeniowo-inwestycyjny "Libra". Kto zna trochę problemy z polisami inwestycyjnymi wie, że to złowroga nazwa. Klienci myśleli o lokacie, a dostali w oddziale Open Finance ubezpieczenie inwestycyjne. W ciągu pięciu lat wpłacili 150.000 zł. Na skutek tajemniczych sposobów wycen jednostek uczestnictwa, sztucznego zawyżania ich wartości na początku inwestycji i błyskawicznego zbicia po kilku miesiącach wskutek pobranych "z góry" prowizji i opłat, aktualny stan rachunku klientów pana Jacka wynosi ok. 30.000 zł. Gdyby chcieli się wycofać, to po potrąceniu opłaty likwidacyjnej zostałoby ok. 7000 zł. Tak - po pięciu latach inwestowania ze 150.000 zł wpłaconych pieniędzy zostałoby 7000 zł.

      Prawnik postanowił zabawić się w detektywa i dotarł do pośrednika, który sprzedał jego klientom "Librę". Człowiek nie pracuje już u tego pośrednika, dlatego nie wyrzucił mecenasa przez okno, tylko merytorycznie z nim porozmawiał. Nie wiem jakich argumentów użył mecenas, ale musiały być one mocne, gdyż udało mu się pozyskać oświadczenie owego sprzedawcy, dotyczące wprowadzania w błąd konsumentów w procesie sprzedaży "Libry". Sprzedawca napisał w oświadczeniu, że agenci mieli obowiązek mówić klientom, iż to produkt o horyzoncie inwestycyjnym "do 15 lat", a nie 15 lat. Przyznał też, że wciskano klientom kit, iż spodziewany wynik inwestycyjny umożliwia wyjście z inwestycji po pięciu latach bez żadnych strat. Napisał również, że konsumenci byli przez niego namawiani do zawarcia umów poprzez sugerowanie im, że to ostatni miesiąc, kiedy ów fantastyczny produkt jest w sprzedaży i podobna okazja inwestycyjna może się więcej nie powtórzyć.

      owiadczenie2W oświadczeniu jest również mowa o tym, iż ani ten konkretny sprzedawca, ani inni pracownicy nie byli informowani o stopniu ryzyka inwestycyjnego związanego z produktem "Libra", zwłaszcza o możliwości radykalnego rozdźwięku pomiędzy wartością indeksu, od którego miał zależeć wynik inwestycyjny (tzw. indeksu bazowego), a wyceną jednostek uczestnictwa, która odzwierciedla zyski i straty klientów. Skoro zarówno ten sprzedawca, jak i jego koledzy, nie byli poinformowani przez szefów oraz przez "producentów" polisy o tak istotnych niuansach, to klienci o takich zagrożeniach też nie mogli być poinformowani. A skoro tak, to jest jasne, że zostali wprowadzeni w błąd. Pracownik pośrednika finansowego oświadczył, że wszystko, co przekazywał klientom, było zgodne z wiedzą, którą uzyskał na szkoleniach sprzedażowych. I że ma świadomość, iż klienci są w sporze ze sprzedawcą i z producentem polisy.

      Przyznacie, że takie oświadczenie - poparte gotowością sprzedawcy, by wystąpić w sądzie jako świadek - powinno podziałać zarówno na pośrednika finansowego, jak i na "producenta" polisy motywująco. Przy założeniu, że oświadczenie nie zostało złożone pod przymusem, nie zostało wyłudzone, a jego treść jest zgodna z prawdą (te wszystkie okoliczności będą zapewne weryfikowane), może to być mocny argument w sądzie na rzecz anulowania umowy jako wprowadzającej w błąd i zwrotu pieniędzy klientom. Dlaczego piszę o sądzie? Gdy mec. Szymański wysłał kopię oświadczenia do firmy, która sprzedała "Librę", otrzymał najkrótszą z możliwych odpowiedzi, z odmową spełnienia żądań. Prawdopodobnie więc sprawa i tak skończy się przed obliczem Temidy, jednak wszystkim, którzy zbierają argumenty w sporze dotyczącym polisy inwestycyjnej rekomenduję próby kontaktu ze sprzedawcą, uświadomienia mu, że postąpił źle oraz propozycji, by naprawił błąd, składając oświadczenie mówiące o tym jak wyglądał proces sprzedażowy. Mec. Szymański uważa, że tego rodzaju dowód ma podwójne znaczenie:

      Po pierwsze ułatwiają wykazanie, że sprzedawca stosował nieuczciwe praktyki rynkowe, czyli takie, które polegają m.in. na przedstawianiu produktu finansowego w sposób, który powoduje mylne wyobrażenie o jego cechach, w tym o ryzyku, na które konsument jest narażony w związku z zawarciem i wykonywaniem umowy. Skoro pośrednik przyznaje, że sam nie miał wiedzy o ryzyku inwestycyjnym związanym z produktem, posługując się w jego ocenie kalkulatorem udostępnionym mu przez pracodawcę (o tym również było w oświadczeniu) oraz miał nakaz wprowadzania klientów w błąd w sprawie okresu trwania umowy, to nie ma dwóch zdań, że są to okoliczności, które mogły wywołać i wywołały decyzję o zawarciu umowy, której z pewnością by nie podjęli, gdyby takich informacji nie uzyskali. Jeżeli w oparciu np. o takie oświadczenia klienci będą w stanie udowodnić w sądzie, że padli ofiarą nieuczciwej praktyki rynkowej, będą mogli żądać zwrotu pieniędzy. Art. 12 ust 1. pkt 4. Ustawy o nieuczciwych praktykach rynkowych:

      „W razie dokonania nieuczciwej praktyki rynkowej konsument, którego interes został zagrożony lub naruszony, może żądać : naprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych w szczególności żądania unieważnienia umowy z obowiązkiem wzajemnego zwrotu świadczeń oraz zwrotu przez przedsiębiorców kosztów związanych z nabyciem produktu”

      Mec. Szymański myśli też o użyciu posiadanego oświadczenia w postępowaniu przeciwko dystrybutorowi polisy w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Chodzi o wniosek o wszczęcie przez prezesa UOKiK postępowania wyjaśniającego "w przedmiocie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów". Takie postępowanie może się skończyć nałożeniem wielomilionowych kar na pośrednika finansowego. Dla konsumentów taka kara ma drugorzędne znaczenie, ważniejsze jest, że można byłoby ją wykorzystać w indywidualnych sporach dotyczących polis inwestycyjnych.

      "Jeżeli taka decyzja zapadnie i się uprawomocni, to zgodnie z aktualnym poglądem Sądu Najwyższego, będzie ona miała charakter prejudykatu wobec przedsiębiorcy i może wiązać się nawet z niedopuszczalnością przeprowadzania postępowania dowodowego w zakresie oceny czy nieuczciwe praktyki konsumentów były stosowane wobec konkretnego konsumenta i obowiązku przyjęcia ustaleń wskazanych w decyzji Prezesa UOKiK"

      O ile więc dziś niezwykle trudno wykazać, że przy sprzedaży polisy inwestycyjnej doszło do "naruszenia interesów konsumenta poprzez stosowanie nieuczciwych praktyk rynkowych", o tyle w przyszłości wykazywanie tego przez zwykłych klientów-szaraków będzie wręcz zbędne, a w konsekwencji dochodzenie roszczeń z tytułu polis inwestycyjnych zrobi się znacznie łatwiejsze. Wiem, to idylliczna wizja, nie uwzględniająca różnych raf, które czają się po drodze, ale chcę wierzyć w to, że właśnie taka przyszłość nas czeka.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Szczere oświadczenie pośrednika finansowego: "Ściemniałem, bo kazali". Pomoże w sądzie?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 sierpnia 2014 11:28
    • Bank naruszył procedury i złamał tajemnicę. W ramach przeprosin wysłał klientowi...

      Bankowiec też człowiek - czasem popełni błąd. Klient przeważnie jest wyrozumiały, chyba że... błąd dotyczy jego danych osobowych. Wtedy przeważnie wyrozumiały nie jest i bardzo się awanturuje. Pytanie brzmi: jak takiego wściekłego klienta udobruchać? Pomysły są najróżniejsze, dziś o jednym z nich. Do tekstu załączam prośbę: nie róbcie tego u siebie, drodzy bankowcy. Nigdy. Bo spadnie na Was nasz - setek tysięcy czytelników tego blogu - gniew. Dziś natomiast na cenzurowanym znajdzie się Bank Millennium, którego niedopatrzenie i nieudolne próby jego neutralizacji opisał mi pan Marcin. Kłopoty zaczęły się w chwili, gdy pan Marcin na infolinii Banku Millennium zamówił nową kartę płatniczą w miejsce starej, którą zastrzegł. Po kilku dniach czytelnik otrzymał przesyłkę, która nie była odpowiednio zaadresowana - wpisany był jedynie adres mieszkania, pod który poczta ma dostarczyć list, brakowało informacji na czyje ręce adresowana jest przesyłka. Domyślacie się co stało się dalej:

      "Fakt ten spowodował, że osoba niepowołana otworzyła przesyłkę. Z mojego punktu widzenia doszło do złamania tajemnicy bankowej oraz tajemnicy korespondencji. Złożyłem reklamację z wnioskiem o symboliczne zadośćuczynienie" 

      - napisał do mnie pan Marcin. Nie wiem jak bardzo symbolicznego zadośćuczynienia zażądał (niektórzy moi czytelnicy w podobnych sytuacjach domagali się kwot kilkutysięcznych i też uważali, że w porównaniu do ich strat moralnych są to kwoty żałośnie niskie), jednak przewinienie banku nie ulega wątpliwości. Różne są relacje mieszkaniowo-rodzinne i nie każdy lubi, jak ktoś inny się dowiaduje o istnieniu jakiejś karty kredytowej zarejestrowanej na męża, żonę lub partnera. Bank oczywiście nadesłał panu Marcinowi odpowiedź. Mniej więcej taką: 

      "Otrzymaliśmy Pana reklamację, dotyczącą otrzymanej przesyłki. Na wstępie przepraszamy za zaistniałą sytuację i związane z nią niedogodności. Rozumiemy, że powyższa sytuacja spowodowała Pana niezadowolenie. Zapewniamy, że mając na uwadze stałe dążenie Banku do podnoszenia jakości świadczonych usług, dołożymy starań, aby reklamowana sytuacja miała charakter incydentalny"

      - pokajał się bank. To krok w dobrym kierunku, zwłaszcza, że do przesyłki zostało dołączone pudełeczko z bankowym gadżetem - długopisem firmowym z logo banku. Który klient nie chciałby otrzymać długopisu z logo swojego ulubionego banku? Bank odniósł się do oczekiwań pana Marcina w zakresie wypłaty zadośćuczynienia: 

      "Informujemy, że zgodnie z przepisami prawa, w ramach odpowiedzialności umownej poszkodowanemu przysługuje wyłącznie roszczenie o naprawienie szkody rozumianej jako uszczerbek majątkowy. Jednocześnie, odpowiedzialność odszkodowawcza Banku uzależniona jest od wykazania przez Pana doznania szkody majątkowej, pozostającej w normalnym związku przyczynowym z zawinionym wadliwym działaniem Banku oraz wysokości tej szkody"

      Innymi słowy: zadośćuczynienie się nie należy, należy się odszkodowanie. Oczywiście, o ile klient poniósł szkodę i jest w stanie ją wymiernie udowodnić. Pan Marcin, choć dostał piękny długopis z logo banku wciąż czuje, że bank nabija go w butelkę. Wysłał więc do Millennium odpowiedź, z której wynika, że zadośćuczynienie mu się słusznie należy, gdyż straty, które wynikały z błędu bankowców, są niepowetowane. Bank w odpowiedzi poprosił o udokumentowanie strat, jakie poniósł klient. Tylko jak udokumentować stratę wynikającą ze złamania tajemnicy bankowej i tajemnicy korespondencji? Dobre pytanie.

      Bank nie wykonał prostej dyspozycji klienta. Zapłaci 5900 zł zadośćuczynienia?

      Dla pana Marcina i innych klientów, którzy czują, że wskutek błędu banku coś im się jednak należy - i tym czymś nie jest tylko firmowy długopis - mam cień dobrej rady. Być może prawnicy mnie wyśmieją, ale gdyby tak nieco zmienić "kwalifikację" strat poniesionych w wyniku niedopatrzenia banku? Co prawda przepisy mówią, że zadośćuczynienia nie można się domagać za nieprawidłowe wykonanie umowy - jest ono związane wyłącznie z "cierpieniami fizycznymi i psychicznymi" będącymi następstwem czynu niedozwolonego - ale można próbować powiązać nieprawidłowe wykonanie umowy z naruszeniem swych dóbr osobistych, które spowodowało cierpienia fizyczne i psychiczne. Lecz czy naruszenie tajemnicy bankowej i tajemnicy korespondencji można byłoby podciągnąć pod czyn niedozwolony, zamiast za niewłaściwe wykonanie umowy? Bardzo jestem ciekaw co o tym myślicie. Przecież zdarza się, że w podobnych sytuacjach banki przyznają np. 1000 zł na waciki ;-). Bank zaś proszę, by nie wysyłał klientom w zamach rekompensaty ani długopisów, ani różowych portfelików (bo i takie dowody miłości w branży bankowej się zdarzają), tylko zachował się jak mężczyzna. A jak zachować się powinien prawdziwy mężczyzna pisałem już w blogu przy okazji dużo cięższej wpadki innego mężczy... tfu, banku ;-) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bank naruszył procedury i złamał tajemnicę. W ramach przeprosin wysłał klientowi...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 sierpnia 2014 08:38
  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
    • Bank oferuje 6% na lokacie i dorzuca w prezencie iPhone'a. Gdzie tkwi haczyk?

      Konkurencja w lokatach jest ostatnio wyjątkowo zacięta. Banki walczą nie tylko na procenty, ale i na prezenty. Jakiś czas temu dość krytycznie recenzowałem pomysł Citibanku, który rozdaje co jakiś czas tablety za założenie ROR-u. W historii branży finansowej są zresztą dużo bardziej szczodre prezenty, np. Harley Davidson za założenie lokaty, czy luksusowe Audi w zamian za ulokowanie większej sumki w funduszu inwestycyjnym. Dlaczego ludzie się na takie promocje łapią? Przecież zwykle warunki otrzymania prezentu są tak wyśrubowane, że z oferty i tak mogą skorzystać tylko ludzie, których byłoby stać, żeby sobie kupić motocykl, albo limuzynę. Osłupiałem po raz kolejny, kiedy zobaczyłem, że Noble Bank, a więc instytucja kreująca się jako dom dla pieniędzy zamożnych Polaków, proponuje prezent w postaci iPhone'a 5S w zamian za założenie depozytu w połączeniu z programem systematycznego oszczędzania o łącznej wartości 200.000 zł. Proporcja podziału pieniędzy, uprawniająca do otrzymania nagrody to 150.000 zł na lokacie i 50.000 zł inwestycji w program oszczędnościowy z opcją dodatkowych wpłat później.

      Który zamożny klient, mający do dyspozycji 200.000 zł, połasiłby się na iPhone'a w prezencie, dodawanego do produktu, będącego połączeniem lokaty i inwestycji (a więc "zgrzewką", co już na pierwszy rzut oka wygląda podejrzanie)? Najwyraźniej jednak są tacy, bo nie bez powodu Noble Bank wypuszcza tego typu oferty i wydaje pieniądze na ich reklamowanie. Postanowiłem sprawdzić bilans zysków i strat "lokaty z iPhone'm". Po stronie plusów jest oczywiście aż 6% odsetek z części depozytowej. Niestety, tak wysokie oprocentowanie - mniej więcej dwa razy wyższe od dobrej lokaty poza promocją - jest naliczane tylko przez trzy miesiące. Nadwyżka między odsetkami od "zwykłej" lokaty, a tymi, które oferuje Noble Bank, wynosi w okresie kwartału ok. 1100 zł. Drugim bonusem jest oczywiście smartfon, którego wartość oszacujmy na 2500 zł. W sumie więc skorzystanie z oferty oznacza dodatkowy zarobek w wysokości 3600 zł.

      noble_ajfon

      A druga strona medalu? Tą jest długoterminowe zobowiązanie do wpłacania pieniędzy na program systematycznego oszczędzania. W środku są fundusze inwestycyjne, które mogą dać zarobić albo nie. Lecz wcale nie w ryzyku, na które wystawiamy tę część pieniędzy, widzę największy problem. Sęk w tym, że aby kupić takie fundusze wcale nie trzeba inwestować w program oferowany w ramach pakietu z iPhone'm. Można je kupić solo, bez dodatkowych zobowiązań. Przyjrzyjmy się zatem z bliska obowiązkom, które narzuca Noble Bank w zamian za smartfona i dobrą lokatę. Otóż pieniądze trzeba wpłacać przez 10 lat. A za zarządzanie portfelem funduszy firma współpracujące z Noble Bankiem będzie pobierała dodatkowe wynagrodzenie, którego nie ma przy samodzielnym inwestowaniu w fundusze (większa część z tego wynagrodzenia wróci do banku).

      Nie wiem ile ono wynosi (tej informacji nie ma ani w reklamie, ani na stronie internetowej produktu), ale standard na rynku to 1-2% rocznie. A więc już w pierwszym roku - 500-1000 zł. W kolejnych więcej, bo opłata za zarządzanie jest naliczana od wartości aktywów, zaś klient zobowiązuje się, że przez 10 lat będzie do programu dopłacał kolejne pieniądze. \Do tego dochodzi zapewne jakaś comiesięczna opłata administracyjna i być może inne, dodatkowe obciążenia. Wygląda na to, że wydatek na prezent się bankowi zwróci z naddatkiem. A przecież do zagospodarowania jest jeszcze te 150.000 zł, które klient położył na trzymiesięcznej lokacie. Jeśli po owym 6-procentowym kwartale zaproponuje się mu to, co zwykle proponuje się klientom kończącym promocyjne lokaty w Noble Banku lub w jego bliźniaczej marce Lion's Banku - czyli produkt strukturyzowany dający bankowi znacznie wyższy zarobek, niż marża odsetkowa - to można się zastanawiać: dlaczego ci bankowcy są tacy skąpi i proponują klientowi tylko iPhone'a 5S, skoro byłoby ich stać na znacznie bardziej wypasiony prezent? ;-)

      WYJECHAŁEŚ NA DŁUGI WEEKEND? SPRAWDŹ CO CIĘ OMINĘŁO! To był ostatni długi weekend tego lata, więc zapewne wielu z Was byczyło się na plażach, kąpało w jeziorach, albo szwendało się po górach. Czas więc nadrobić zaległości w czytaniu blogu "Subiektywnie o finansach", bo tu w weekend było gęsto. W piątek pisałem o pewnym eksperymencie psychologicznym, z którego obficie korzystają... działające w Polsce firmy pożyczkowe. Lepiej przeczytajcie, zanim oni przetestują to też na Was. W sobotę trochę się z Wami pokłóciłem w sprawie pewnego robaka. Tego, którego kilka tygodni temu zabroniła Komisja Nadzoru Finansowego. Ja byłbym skłonny robaka ocalić, choć trzymając go w klatce. Wasz wyrok jest jednak surowszy - zgnieść padalca. W niedzielę było o ciekawej ofercie polskich linii lotniczych, które oferują ubezpieczenie od... anulowania biletu. Przetestowałem krajową wersję tej nowinki. I zrecenzowałem. 

      JAK ROZSĄDNIE ZARZĄDZAĆ PIENIĘDZMI I BUDOWAĆ ZAMOŻNOŚĆ? Odpowiedź na te pytania znajdziesz w mojej najnowszej książce - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. To idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      SUBIEKTYWNOŚĆ W ODDZIAŁACH CREDIT AGRICOLE! Niektórzy klienci banku już to zapewne zauważyli, zaś pozostałych z największą przyjemnością informuję: specjalne wydanie mojej bestsellerowej książki "Jak pomnażać oszczędności" jest już dostępne we wszystkich placówkach Credit Agricole. Każdy klient banku, który chciałby uzupełnić swoją wiedzę lub wyjaśnić wątpliwości przed wyborem lokaty, funduszu lub programu oszczędzania, ma szansę na miejscu poczytać, przekonać się co o tym wszystkim myślę i sprawdzić czy podejmuje słuszną decyzję. Specjalne wydanie książki jest opatrzone rysunkami Andrzeja Mleczki, a także przedmową samcikową oraz uzupełnione o kilka odniesień do produktów banku. Jestem pewien, że pracownicy Credit Agricole, wyposażeni w taką "pomoc naukową", będą obsługiwali Was z najwyższym pietyzmem, a i Wy chętniej zabierzecie się za oszczędzanie i budowanie swojego finansowego bezpieczeństwa, a potem - pomyślności i zamożności.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Bank oferuje 6% na lokacie i dorzuca w prezencie iPhone'a. Gdzie tkwi haczyk?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 sierpnia 2014 00:41
  • niedziela, 17 sierpnia 2014
    • Gdy linia lotnicza oferuje ubezpieczenie od anulowania biletu. Warto dopłacić?

      Ci z Was, którzy mają dzieci, na pewno znają ten ból: chciałoby się coś wcześniej zaplanować - jakiś wyjazd, wycieczkę, weekend w miłym miejscu - ale serce dusi niepewność. Dzieci uwielbiają "torpedować" takie wyjazdy chorobami. A jak nie dzieci, to figla spłata złośliwy los, uziemiając nas z powodu jakiegoś wypadku, albo komplikacji rodzinnej.  Na szczęście większość rezerwacji w hotelach (z wyjątkiem tych promocyjnych, z niską ceną w zamian za brak możliwości anulowania pobytu) można bezkosztowo odwoływać. Gorzej jeśli w grę wchodzi podróż samolotem. Linie lotnicze oczywiście mają taryfy bardziej i mniej elastyczne, ale różnica w cenie między biletem bezzwrotnym, a takim dającym opcję rezygnacji w każdej chwili, jest znacznie większa, niż w przypadku rezerwacji hotelowych - bywa kilkukrotna.  Na szczęście z odsieczą przychodzą ubezpieczenia.

      Nasze linie lotnicze LOT oferują do każdego biletu rezerwowanego przez internet polisę pokrywającą koszt anulowania biletu. W przypadku biletów na loty zagraniczne taka polisa jest częścią szerszego ubezpieczenia od nieszczęśliwych wypadków podczas podróży oraz ubezpieczenia bagażu. W przypadku lotów krajowych występuje samodzielnie. Czy warto je kupić? Dziś spróbuję pomóc Wam w odpowiedzi na to pytanie. Od czego ubezpiecza taka polisa? Ubezpieczyciel zwróci nam za anulowany bilet w sytuacji, gdy: nagle zachorujemy, doznamy nieszczęśliwego wypadku, umrze ktoś z naszej najbliższej rodziny, ktoś włamie nam się do mieszkania, gdy ukradną nam dowód osobisty albo paszport (pod warunkiem, że było to włamanie lub rozbój, a nie zwykła kradzież kieszonkowa), gdy wydarzy się pożar lub zalanie naszego mieszkania, albo stracimy część majątku w rezultacie huraganu.

      Maksymalna wartość ubezpieczenia to 2000 zł, ale jest wkład własny ubezpieczonego - 60 zł. A zatem jeśli zapłacimy za bilet np. 500 zł i te pieniądze przepadną, to ubezpieczyciel pokryje 440 zł. Jednak ważniejsze, niż wkład własny, są wyłączenia, które mogą spowodować odrzucenie roszczenia w sytuacji, gdy rzeczywiście będziemy musieli anulować bilet. Wyłączeń jest, niestety, sporo - ponad 30. Niektóre jeszcze chwilowo nas nie dotyczą (wojna, także niewypowiedziana, rebelia, rewolucja, przejęcie władzy przez wojsko, skutki użycia broni chemicznej, wybuchu jądrowego...). Innych da się łatwo uniknąć (konieczność odwołania podróży z powodu... bójki), na jeszcze inne nie mamy wpływu (koszty spowodowane przez katastrofy naturalne, straty spowodowane zanieczyszczeniami, skażeniami lub wyciekami). Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale widzę, że jesteście wystarczająco przerażeni listą rzeczy, o których nie wiedzieliście, że Was mogą spotkać, ale ubezpieczyciel jak najbardziej bierze to pod uwagę ;-).

      Gdybym miał wybrać najbardziej "ryzykowne" z punktu widzenia klienta, to wymieniłbym "skutki chorób przewlekłych, ich zaostrzeń lub powikłań", "następstwa ciąży", "następstwa, powikłania, komplikacje lub pogorszenia stanów chorobowych, które zaistniały przed zawarciem ubezpieczenia". Wynika z tego, że do tego ubezpieczenia nadaje się tylko ktoś zdrowy jak koń i nieposiadający "śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową", czyli ciąży ;-). Zagadką jest dla mnie wyłączenie obejmujące "następstwa sytuacji, w której ubezpieczający w momencie nabywania polisy zdaje sobie sprawę z okoliczności zwiększających ryzyko" Ki diabeł? Przy odrobinie złej woli pod to wyłączenie można podciągnąć każdą okoliczność zwiększającą ryzyko ubezpieczyciela (bo przecież, cokolwiek by to było, klient mógł sobie z tego czegoś zdawać sprawę).  Nie będzie odszkodowania, jeśli odwołanie podróży wynika z tego, że padliśmy ofiarą epidemii (np. grypy),

      Ta obfita lista wyłączeń nie oznacza, że ubezpieczenie nie może się przydać, ale przyznam, że wyłączenia dotyczące chorób są dość restrykcyjne (no, może z wyjątkiem wyłączenia z powodu "chorób śmiertelnych zdiagnozowanych przez rozpoczęciem podróży", choć wolałbym, żeby momentem wyłączenia nie było rozpoczęcie podróży, a zawarcie umowy ubezpieczenia).. Bo przeważnie to z powodu chorób musimy anulować bilety lotnicze.  A cena? Niedawno ktoś z mojej rodziny dokupił takie ubezpieczenie do biletów na rejs krajowy - za trzy bilety (dwie dorosłe osoby i dziecko) zapłacił niecałe 500 zł, a za ubezpieczenie dopłacił 43 zł (a więc koszt ochrony wyniósł niecałe 10% tego, co było do stracenia, czyli całej ceny biletu). Dużo? Mało?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy linia lotnicza oferuje ubezpieczenie od anulowania biletu. Warto dopłacić?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 sierpnia 2014 08:35
  • sobota, 16 sierpnia 2014
    • Sprawa robaka: KNF nie zgadza się na zasysanie przez banki danych o naszych ROR-ach. Myli się?

      W branży bankowej ostatnio dużo mówi się o Big Data, czyli idei budowania i wykorzystywania ogromnych baz danych o klientach. Analiza historii rachunku bankowego oraz transakcji kartowych to kopalnia cennych informacji na temat kondycji finansowej i zwyczajów każdego z nas. A jeśli jeszcze połączyć to z danymi pozyskanymi od firm telekomunikacyjnych (świadczą o naszej solidności w płaceniu zobowiązań), czy z portali społecznościowych (ulubione strony i znajomi to dobra lub zła rekomendacja)... Jedna z firm pożyczkowych już ściąga dane na temat klienta od "wujka Facebooka". Entuzjaści Big Data w branży bankowej twierdzą, że większa wiedza o klientach przełoży się na korzystniejsze ceny i lepsze dopasowanie usług do potrzeb konkretnych osób. Przeciwnicy - rekrutujący się głównie z fundacji i organizacji prokonsumenckich ostrzegają, że z tej bankowej inwigilacji nic dobrego nie wyniknie - zyski banków będą szybko rosły (przynajmniej tych, które wyprzedzą konkurencję technologicznie i będą w stanie skuteczniej analizować dane), a kredyty będą dostępne tylko dla młodych, pięknych i bogatych. Pisałem ostatnio o tym, jak jeden z banków otwartym tekstem poinformował swoich klientów - "tak, będziemy handlowali danymi na Wasz temat".

      Czytaj też: Oni policzyli ile kosztuje prowadzenie przeciętnego ROR-u w Polsce. Mają rację?  

      Ostatnio niektóre banki zaczęły inwestować w technologię, która pozwala zasysać dane o naszych finansach od innych banków. Operację przeprowadza specjalny "robak", czyli program komputerowy odpowiedzialny za uzyskanie dostępu do konta klienta w danym banku, namierzenie określonych danych, ściąganie ich i sprowadzenie do wspólnego mianownika. Aby automat mógł zassać dane, klient musi mu podać loginy i hasła do swoich kont bankowych. Stosują to mBank i Alior Bank w procesie przyznawania kredytów konsumenckich (jako jedną z opcji udostępnioną klientowi do wyboru - nie trzeba przynosić, ani przysyłać do banku żadnych dokumentów) oraz Idea Bank przy kredytach dla małych firm. W Idei mówią, że w ten sposób pożyczki otrzymało już kilkadziesiąt tysięcy przedsiębiorców, z których większość odpadłaby przy tradycyjnym sposobie badania zdolności kredytowej (bo wówczas bank dowiedziałby się o nich zbyt mało, by ocenić ryzyko kredytowe).

      Choć screen scraping jest ostatnim bankowym hitem - podobno co najmniej trzy kolejne banki pracują nad jego użyciem, zaś Idea Bank planuje za pomocą "robaka" przenosić klientom rachunki bankowe od konkurencji (czyli salda, zlecenia płatnicze, historię transakcji), wygląda na to, że technologię tę "upupi" Komisja Nadzoru Finansowego. Według KNF screen scraping prowokuje złamanie najważniejszej zasady bezpieczeństwa w bankowości elektronicznej - tej mówiącej, że nigdy nie podajemy nikomu loginów, ani haseł do naszego konta, zaś logujemy się do niego wyłącznie ze strony naszego banku. Tutaj zaś dane pobiera ktoś trzeci - inny bank,

      "Prowadzi to do złamania przez klienta przepisów ustawy o usługach płatniczych oraz warunków dotyczących korzystania z bankowości internetowej (...). Wiąże się to z ryzykiem utraty prawa do reklamacji ewentualnych nieautoryzowanych transakcji. (...) Jest prawdopodobne, że spowoduje to zmniejszenie czujności klientów w odniesieniu do miejsc, w których wprowadzają oni swoje dane logowania (...)"

      - pisze KNF w komunikacie. I informuje złowieszczo, że w stosunku do "zarobaczonych" banków prowadzi "indywidualne działania nadzorcze". Z nadzorem się nie dyskutuje, więc oskarżone banki już zapowiedziały rezygnację z wykorzystywania "robaka". Ale czy to dla nas, klientów banków, dobra wiadomość? Nie lubię inwigilacji, ale zastanawiam się, czy KNF nie przesadza, bezwzględnie zabraniając korzystania ze screen scrapingu jako opcji dawanej klientom do wyboru, obok tradycyjnych sposobów przekazywania bankowi danych na swój temat. Bo to - upraszczając do bólu - jest taki deal: oddaję bankowi więcej danych (lub raczej oddaję je w bardziej przyjaznej dla niego formie), ale w zamian dostaję decyzję kredytową zdalnie, w ciągu minuty, a pieniądze na koncie mam w pięć minut. Do tej pory tego typu karesy były dostępne tylko dla klientów firm pożyczkowych, które brak wiedzy na temat klienta rekompensują sobie horrendalnie wysokim kosztem pożyczki. Wiecie, że do robienia kuku lichwiarzom to ja jestem pierwszy ;-). A jeśli ta technologia miałaby oprócz tego ułatwić przenoszenie rachunku z banku do banku, sprowadzając rzecz - przynajmniej w przypadku niektórych klientów - do jednego kliknięcia? Przyznacie, widać w tym screen scrapingu kilka zalet, a nie tylko same wady...

      Dobry dowcip? Ona tańczy (nie) dla mnie, czyli jak zamknąć konto "zamknięte częściowo"?

      Owszem, każdy z nas ma w regulaminie bankowości elektronicznej wpisane zastrzeżenie, że podstawowym obowiązkiem jest chronić hasła i loginy oraz nie udostępniać ich nikomu innemu. Ale dziś największe zagrożenia dla naszych pieniędzy tkwią w naszych własnych komputerach - złodzieje podsyłają nam programy do śledzenia loginów i haseł wpisywanych na klawiaturze oraz próbują przejmować wysyłane przez banki SMS-ami kody autoryzacyjne do poszczególnych przelewów (lub nakłaniać nas do akceptacji złodziejskiej transakcji poprzez wprowadzenie w błąd co do tego jaki przelew tak naprawdę akceptujemy). Nie trzeba więc wcale podawać żadnemu "robakowi" danych do logowania, aby stać się ofiarą kradzieży. Albo inaczej: nie ma znaczenia czy podajemy dane na stronie swojego banku, czy obcego - jeśli mamy wirusa, to i tak mogą one trafić do złodziei. Problemem są też relatywnie słabe zabezpieczenia bankowości internetowej (brak haseł maskowanych, dopuszczanie autoryzacji niektórych przelewów bez SMS-ów autoryzacyjnych) lub potencjalne luki w bezpieczeństwie, które mogą powstać dzięki dołączeniu do konta internetowego dostępu przez smartfona (na którego łatwo dziś wprowadzić wirusa). 

      Na tle tych zagrożeń screen scraping nie robi na mnie większego wrażenia - przynajmniej w sensie niebezpieczeństwa przejęcia danych do logowania lub historii rachunku przez złodziei, Choć gdyby screen scraping miał być dozwolony, to tylko pod warunkiem, że banki stosowałyby restrykcyjne zasady bezpieczeństwa - np. program do ściągania danych musiałby być umieszczony na bezpiecznej stronie banku (a nie pośrednika), powinien wymuszać jednorazową zmianę haseł dostępu do kont, która obowiązywałaby tylko w czasie transferu danych. I tego przede wszystkim oczekiwałbym od nadzoru bankowego - ustawienia wysoko poprzeczki dotyczącej bezpieczeństwa nowej technologii, a niekoniecznie jej utrącenia. Nie sądzę, bym chciał dać bankowi X historię mojego konta w bankach Y oraz Z, ale być może ktoś, kto chciałby szybko przenieść sobie ROR, albo dostać kredyt szybciej i taniej, niż u lichwiarza, w taki interes by wszedł. Polak generalnie nie ceni wysoko danych na swój temat i odda je za kilka srebrników. Ale to jest już zupełnie inna historia.

      Wiem, że i bankowcy w tej sprawie nie grają w jednej drużynie. Zwolennicy screen scrapingu to najbardziej agresywni gracze, którzy chcą wykorzystać tę metodę nie tylko do oferowania błyskawicznych kredytów klientom konkurencji i firm pożyczkowych, ale też do automatycznego przenoszenia klientom ROR-ów. To nie może podobać się największym bankom, które w obawie przed utratą części klientów w sporze o "robaka" kibicują KNF-owi. A kto wie, czy to nie one zasuflowały nadzorowi konieczności interweniowania w sprawie "robaka". W ich interesie jest, żeby przenoszenie się z banku do banku nie było zbyt łatwe. Zwłaszcza, że z danych firmy Bain&Company wynika, że Polacy są nacją, która i tak najczęściej na świecie zmienia swój podstawowy bank. Co sądzicie o "robaku"? Powinien być administracyjnie zabroniony, czy też to od klienta powinno zależeć ile danych odda bankowi za szybki kredyt lub ułatwienie w przenoszeniu ROR-u (oczywiście przy założeniu, że powstałyby standardy pozwalające mieć pewność, że procedura screen scrapingu jest absolutnie bezpieczna)?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawa robaka: KNF nie zgadza się na zasysanie przez banki danych o naszych ROR-ach. Myli się?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 16 sierpnia 2014 11:41
  • piątek, 15 sierpnia 2014
    • Nasz mózg wariuje, gdy zobaczy "za darmo". Oto badania, z których korzystają firmy pożyczkowe

      Darmowe pożyczki mnożą się, jak norki. Ostatnio widziałem zestawienie, z którego wynika, że takie dziwo ma w ofercie już co najmniej dziesięć firm pożyczkowych. Generalnie jest to dobra wiadomość ;-). No bo tak: idę do Vivusa, pożyczam bez procentów. Potem udaję się do Kredito24, skąd zasysam pożyczkę darmo i spłacam nią Vivusa. Potem idę do Soho Credit w celu uzyskania darmowego szmalu, którym spłacę Kredito24. Z Soho Credit po 30 dniach udaję się do NetCredit, bo tam też dają całkiem darmo, zaś po kolejnych czterech tygodniach szukam placówki Filarum. Następnie włączam nawigację i kieruję się do OK Money skąd obieram kurs do Kyzoo (nie wiedziałem, że takie coś istnieje, ale odkąd zapragnąłem pożyczać za darmo, musiałem poszerzyć horyzonty). Takie bieganie jest męczące, więc na koniec załatwiłbym sobie pożyczkę w ViaSMS, przeleciał przez Pożyczkomat.pl (nie mylić z paczkomatem InPostu ;-)), a na koniec wylądowałbym w czymś, co nazywa się BIGCredit i wcale nie jest rejestrem złych dłużników. Tym sposobem przez okrągły rok mógłbym spotykać samych dobrych ludzi pożyczających za darmo.

      Tak, wszystkie te firmy dają pierwszą pożyczkę gratis! ;-). Jedyną słabą stroną tego modelu biznesowego byłby fakt, iż kiedyś w końcu te pieniądze, pożyczane bez procentów, trzeba będzie oddać, bo skończą się firmy do których można przyjść pierwszy raz. Ponieważ temat pt. "pierwsza działka gratis, czyli dziewice orleańskie w akcji" zawsze bardzo mnie interesował, to znaleźli się dobrzy ludzie, którzy wyjaśnili mi jak to jest, że tyle firm pożyczkowych postanowiło rozdawać pieniądze. Otóż wszystko to kwestia... psychologii. Jakiś czas temu wydano w Wielkiej Brytanii i USA książkę niejakiego Dana Ariely, zatytułowaną "Predictably Irrational" ("Przewidująco nieracjonalny"), w której autor cytuje wyniki pewnego eksperymentu przeprowadzonego na konsumentach. Otóż położono przed konsumentami dwie tabliczki czekolady - renomowanej firmy Lindt i "zwykłej" firmy Hershey's, oferującej produkty ze średniej półki. Ich cenę ustawiono na 15 centów (Lindt) oraz 1 cent (Hershey's). 73% wybrało dużo droższą czekoladę Lindt'a. W drugiej części eksperymentu minimalnie zmieniono ceny. Tabliczka czekolady Lindt miała kosztować 14 centów, a Hershey's - miała być za darmo.

      za_darmo

      Efekt? Kompletna zmiana proporcji wyborów dokonywanych przez konsumentów! Przy lepszej marce zostało tylko 31%. Reszta zdradziła Lindt'a mimo, że był tańszy, niż wcześniej. Zdradziła go  tylko dlatego, że konkurencyjna tabliczka czekolady została zaoferowana po cenie "zero". Choć przyznacie, że różnica między "zero" a 1 cent jest nieistotna. Okazało się, że zdaniem konsumentów "zero" jest ceną inną, niż wszystkie, bardziej atrakcyjną. I sprawia, że ludzie przestają myśleć logicznie. Identyczny eksperyment przeprowadzono dla cen 27 centów (Lindt) i 2 centy (Hershey). Trzy czwarte ludzi wybrało droższą tabliczkę lepszej marki. Obniżono ceny do 26 centów (Lindt) oraz 1 cent (Hershey). Proporcje "głosujących" konsumentów pozostały bez zmian. Obniżono więc cenę Lindt'a do 25 centów, a Hershey's do ceny "zero". I znowu dwie trzecie konsumentów rzuciła się na produkt dawany za darmo, chociaż nie chciała go wybrać, kiedy był "prawie za darmo". Identyczny eksperyment przeprowadzono na klientach kupujących bony na zakupy w Amazonie. Początkowo na bon o wartości 20 dolarów, sprzedawany po 8 dolarów zapisało się więcej chętnych, niż na bon o wartości 10 dolarów, sprzedawany tylko za dolara. Ale kiedy cena bonu 20-dolarowego spadła do 7 dolarów, a tego 10-dolarowego - do zera, większość konsumentów niespodziewanie zaczęła wybierać bon "za zero", choć wcześniej nie chcieli zapłacić za identyczny bon 1 dolara.

      To niefajne, że nasz mózg tak działa. Bardzo niefajne, że marketingowcy w firmach pożyczkowych to zauważyli. I chyba dobrze, że twórcy nowej ustawy antylichwiarskiej szykują przepisy, które mogą przyblokować oferty typu "pierwsza działka gratis". Większość z osób, które dają się złapać na lep tego typu ofert, nie bierze pieniędzy na zero procent dlatego, ze ma fanaberię pożyć na kredyt za darmo, lecz dlatego, że nie mają co do garnka włożyć i nie myślą co będzie dalej - byle zassać tani/darmowy pieniądz i przeżyć do pierwszego. Oczywiście, są też wśród klientów firm pożyczkowych osoby, które po prostu przychodzą po szybki pieniądz, bo mają taką fanaberię - chcą sobie coś kupić teraz, zaraz, a pieniądze z umowy zlecenia dostaną dopiero za trzy tygodnie. Ale zakładam, że tych jest mniejszość. Dlatego uważam oferty "pierwsza pożyczka za darmo" są groźne i nieetyczne. Osoby, które mają kłopoty finansowe, widząc ofertę drogiej pożyczkę może nie przyszłyby do firmy pożyczkowej, a widząc ofertę darmową - przyjdą.A pożyczkodawca będzie robił wszystko, żeby naciągnąć tę osobę na kolejną pożyczkę, już wysoko oprocentowaną, bo dopiero wtedy zarobi.

      Tym bardziej trzeba doceniać te firmy pożyczkowe, które - jak Provident, czy Wonga - poprzestają na bardziej "normalnych" promocjach, które nie odbierają nam zdolności logicznego rozumowania i trzeźwego osądu sytuacji. W Wonga.com stawiają na nieco dłuższe pożyczki (do dwóch miesięcy) i starają się przyciągnąć lepszymi cenami klientów o dobrej wiarygodności kredytowej. I mówią, że ta taktyka dość dobrze im się sprawdza - przeciętny klient Wongi legitymuje się teraz o 40 pkt. lepszą oceną punktową BIK, niż przed wprowadzeniem promocji. Widać więc, że czasem warto mieć klientów, którzy nie wariują na twój widok i nie odbiera im rozumu ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Nasz mózg wariuje, gdy zobaczy "za darmo". Oto badania, z których korzystają firmy pożyczkowe”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 15 sierpnia 2014 09:22
  • czwartek, 14 sierpnia 2014
    • Takiego przejęcia jeszcze nie było: Alior Bank postanowił kupić sobie... SKOK! Co to oznacza?

      Jeśli zawieszenie działalności drugiego co do wielkości SKOK-u w Polsce - mowa oczywiście o bankructwie SKOK-u Wspólnota - wzbudziło duże kontrowersje, to czwartkowa decyzja Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie SKOK-u Św. Jana z Kęt na pewno wywoła biurzę. Ta kasa co prawda nie upadnie, ale właśnie ogłoszono, że zostanie... przejęta przez Alior Bank. Z punktu widzenia członków SKOK-u efekt będzie podobny, jak bankructwo - ich udziały przepadną, zaś sam SKOK przestanie istnieć. Od poniedziałku rządy w Kasie przejmuje bank (podobno już we wtorek w jego centrali w Rumi pojawi się delegat władz Aliora i będzie wiadomo jak ma wyglądać proces wchłaniania SKOK-u). O takim scenariuszu ratowania SKOK-ów mówiono już od kilku miesięcy, gdy okazało się, że członkowie kas nie palą się do wykładania pieniędzy na dodatkowy kapitał (w całym systemie brakuje ponad miliarda złotych), zaś Krajowa SKOK nie ma pomysłu na "zorganizowanie" innych pieniędzy, niż te, które były w tzw. funduszu stabilizacyjnym (300 mln zł). Pytanie: który z patentów - bankructwo, czy przejęcie przez bank - zostanie zastosowany w ratowaniu kolejnych kilku SKOK-ów? Zarządy komisaryczne są jeszcze w kilku innych kasach.

      SKOK im. Św. Jana z Kęt jest znacznie mniejszą kasą, niż likwidowany SKOK Wspólnota, której aktywa przekraczały - przypominam - 500 mln zł (6% udziałów w aktywach systemu). Tym razem chodzi o kasę z aktywami rzędu 60 mln zł, mającą 18 oddziałów na Pomorzu i niecałe 20.000 członków, którzy zdeponowali niecałe 100 mln zł. Głównym problemem SKOK-u Św. Jana z Kęt jest fatalna jakość portfela pożyczkowego - odsetek nie spłacanych w terminie pożyczek zbliża się do 50%. Być może zaprzęgnięcie do działań windykatorów z banku, dla którego pożyczki gotówkowe to jeden ze strategicznych produktów, pozwoli odzyskać część pieniędzy. Ale spisanie części portfela na straty jest nieuniknione i Alior zapewne się z tym liczy. A z czym muszą się liczyć członkowie SKOK-u w Rumi? Najpewniej jeszcze przez jakiś czas będą korzystali z tych samych kont, kart i placówek, acz stopniowo będą zachęcani do korzystania z oferty Aliora. Poza stratami wynikającymi z umorzenia udziałów zapewne będą musieli się pogodzić z obniżeniem oprocentowania depozytów, które w SKOK-ach przeważnie jest wyższe, niż w bankach. Po stronie plusów będzie przynależność do nowoczesnego banku, który ma bogatszą ofertę i więcej placówek oraz bankomatów, niż lokalny SKOK.

      Co strzeliło Alior, żeby się pchać w kłopoty? Do tej pory banki ostro protestowały, gdy urzędnicy KNF próbowali "wmusić" im przejmowanie SKOK-ów (prezesi banków pisali nawet listy protestacyjne do nadzoru). Czyżby branża zmiękła i dała się w końcu "sterroryzować"? Niekoniecznie. Alior Bank zawsze chodził własnymi ścieżkami. Wygląda na to, że prezes Wojciech Sobieraj postanowił podać pomocną dłoń szefom nadzoru, ale to podlizywanie się nie wynika zapewne tylko z chęci wyróżnienia się Aliora na tle całej reszty bankowych trutni. Wdzięczność urzędników KNF może mu się wkrótce przydać - Alior jest przecież wystawiony na sprzedaż, zaś KNF ostatnio bardzo kręci nosem na zmiany właścicielskie w bankach. Nieformalna gwarancja życzliwego podejścia do zaproponowanego inwestora branżowego w Aliorze w zamian za pomoc w załatwieniu przynajmniej jednego SKOK-owego problemu to deal korzystny dla obu stron. Zwłaszcza, że Alior nie zostanie pozostawiony sam ze sobą w procesie "sprzątania" w SKOK-u im. Św. Jana z Kęt. Nie znam szczegółów planu uzgodnionego na linii bank-KNF-Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ale jestem pewien, że w pakiecie są jakieś gwarancje dotyczące portfela kredytowego SKOK-u. Zaś 20.000 klientów to łakomy kąsek dla każdego banku, nawet Aliora, który obsługuje ich już 2,3 mln.

      Znamy już pierwszą reakcję SKOK-owej centrali na decyzję Komisji Nadzoru Finansowego. Jak można się było spodziewać - jest skrajnie negatywna. Krajowa SKOK od zawsze uważała, że przejmowanie SKOK-ów przez banki będzie orężem dla znienawidzonej branży bankowej do walki z "krajowym kapitałem".   

      "Kasa Krajowa zwraca uwagę, że można było zrestrukturyzować tę Kasę w ramach systemu SKOK tym bardziej, że według naszej wiedzy była Kasa gotowa do przejęcia SKOK-u im. Św. Jana z Kęt i wyłącznie warunki postawione przez Komisję Nadzoru Finansowego uniemożliwiły doprowadzenie do takiego połączenia. Jednocześnie Kasa Krajowa przypomina, że w ciągu 20 lat istnienia SKOK-ów w Polsce stosowano dwie podstawowe ich formy sanacji: autosanację i konsolidację kas. Łączenie spółdzielni jest dobrze opisane w przepisach, istnieje ukształtowane od lat orzecznictwo, nie ma wątpliwości co do postępowania z majątkiem i innymi składnikami będącymi własnością ich członków"

      - czytam w bałamutnym komunikacie Krajowej SKOK. Bałamutnym, bo to właśnie uprawiane przez lata "zamiatanie kłopotów pod dywan" - poprzez przyłączanie słabszych kas do silniejszych - leży u podstaw obecnego załamania finansów SKOK-ów. I to Krajowa SKOK jest odpowiedzialna za to, że system stanął dziś na krawędzi bankructwa. Odwoływanie się dziś do autosanacji, polegającej na wykorzystaniu filozofii "wiódł ślepy kulawego", kompromituje włodarzy SKOK. Zwłaszcza, że Krajowa SKOK nie przyłożyła ręki do zdobycia dodatkowych pieniędzy na dokapitalizowanie najsłabszych kas. A jej ówczesny szef sprzeciwiał się nawet objęciu SKOK-ów opieką Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Zresztą odnoszę wrażenie, że w Krajowej SKOK powoli zaczynają się godzić z tym, że duża część systemu będzie musiała zostać zlikwidowana. Nie wiem czy widzieliście ostatnie reklamy Kasy Stefczyka. Nie znajdziecie w niej Artura Żmijewskiego, który jeszcze do niedawna był twarzą reklam SKOK-ów. Twarz zniknęła, zmieniła się poetyka reklamy, a nowy slogan nie pozostawia wątpliwości: "są banki, SKOK-i i jest Kasa Stefczyka". Ten komunikat zapewne ma odciąć w świadomości odbiorców Kasę Stefczyka od "zbrukanej" marki SKOK. Pewnie w następnych reklamach Kasa Stefczyka będzie przekonywała widzów, że z żadnymi SKOK-ami nigdy nie miała nic wspólnego. 
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Takiego przejęcia jeszcze nie było: Alior Bank postanowił kupić sobie... SKOK! Co to oznacza?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 sierpnia 2014 17:40
  • środa, 13 sierpnia 2014
    • Mamy deflację. Co to oznacza dla naszych portfeli? Jakie lokaty wybierać, żeby skorzystać?

      Doczekaliśmy się pierwszej w historii wolnej Polski deflacji. Główny Urząd Statystyczny podał właśnie, że w lipcu ceny były średnio o 0,2% niższe od tych sprzed roku. Co to oznacza dla naszych portfeli? Teoretycznie - samo dobro. Pieniądze - nawet te przechowywane na koncie osobistym, oprocentowanym na 0,01% - nie tracą na wartości. Trzymasz zaskórniaki na lokacie? Masz obligacje? Wpłacasz kasę na konto oszczędnościowe? Twoja sytuacja jest wymarzona: prawie całe oprocentowanie jest twoim czystym zyskiem (pomniejsza go tylko podatek Belki). Jeszcze dwa lata temu, kiedy inflacja przekraczała 4%, ponad połowa lokat w bankach nie przynosiła realnego zysku. Czyli bardziej opłacałoby się wydać te pieniądze, niż oszczędzać, bo przechowywane na lokacie traciły realną wartość. Dziś bardziej opłaca się oszczędzać, niż wydawać. 

      W skali całej gospodarki sytuacja nie wygląda już tak różowo, bo brak inflacji jest przejawem słabego popytu na to, co wyprodukują krajowi producenci. Jeśli ceny nie rosną, to producenci mają w dodatku mniejsze szanse na wzrost zysków. A jeśli go nawet osiągną - to kosztem cięć kosztów (bo cóż innego zrobić, skoro cen ruszyć nie wolno?). A w jaki sposób najprościej ciąć koszty dobrze wiemy. Gdyby taka sytuacja się ustabilizowała, to gospodarka mogłaby wpaść w pętlę nieszczęść - cięcia kosztów w firmach => niższe zatrudnienie => mniejszy popyt => cięcia kosztów w firmach itd. Gdybyście byli Japończykami, to byście to mieli obcykane. Dlatego władze zapewne będą chciały rozruszać gospodarkę, pompując do niej pieniądze. A to najłatwiej zrobić obniżając stopy procentowe NBP i przez to pośrednio zbić ceny kredytów w bankach.

      Lokuj i pilnuj: Nieodnawialna lokata zmienia się w odnawialną, a bank gmera przy procentach. To przypadek, czy... dobrze zorganizowany kant? Czytaj w blogu.

      Oczywiście: to, że według GUS-u ceny w gospodarce spadły, nie oznacza, że tak jest w przypadku każdego z nas. Każdy konsument ma własną, prywatną inflację, na którą składają się ruchy cen wszystkiego, co kupuje. A ów portfel zakupowy wcale nie musi być zbieżny (i w przypadku 99,9% Polaków nie jest zbieżny) z koszykiem dóbr i usług, na którym GUS opiera oficjalną inflację.

      deflacja_w_Polsce

      Jeśli masz oszczędności i trzymasz je w banku, to pewnie zastanawiasz się jak zmaksymalizować zyski wynikające z deflacji. Na zdrowy rozum patent powinien być taki: trzeba już teraz zafiksować sobie stałe oprocentowanie lokaty na atrakcyjnym poziomie, by nie dać się uderzyć po głowie ewentualną obniżką stóp procentowych. Niektórzy ekonomiści spodziewają się, że Rada Polityki Pieniężnej zacznie obniżać stopy procentowe za dwa miesiące (gdy będzie już pewna, że deflacja nie jest chwilowym "kaprysem"). Jeśli tak, to banki powinny zareagować już wcześniej, obniżając oprocentowanie lokat na bazie samych tylko oczekiwań, że oficjalne stopy procentowe spadną. To model teoretyczny. Ale czy tak będzie naprawdę? Nie jestem pewien.

      W ostatnich miesiącach dowiedzieliśmy się bowiem, że mamy rekordowy wzrost udzielanych kredytów konsumpcyjnych (jednocześnie marże kredytów gotówkowych w dalszym ciągu utrzymują się na bardzo wysokim poziomie) oraz najniższy od lat wskaźnik dopływu pieniędzy na lokaty. Z kolei z badań Getin Banku wynika, że 85% posiadaczy oszczędności nie jest zadowolona z oprocentowania swoich pieniędzy. Banki stają na uszach, żeby przyciągnąć pieniądze, zwłaszcza te długoterminowe. Czy w tej sytuacji będą znacząco obniżać oprocentowanie pieniędzy na lokatach? Przypuszczam, że wątpię, choć oczywiście sporo zależy od popytu na kredyt i sytuacji na rynku kapitałowym: jeśli sytuacja tam będzie słaba, to pieniądz ciułaczy, jak niepyszny, będzie musiał płynąć znów w kierunku banków, A te będą wtedy mogły sobie pozwolić na odważniejsze obniżanie procentów na lokatach.

      Walczy o milion złotych od największego banku. Poszło o... nazwę lokaty!

      Co więc powinieneś teraz zrobić ze swoimi oszczędnościami, jeśli masz wolną kasę? Ponieważ nie wiadomo jak długo potrwa deflacja i jakie wywoła za kilka miesięcy skutki w polityce banków, część pieniędzy mimo wszystko warto dziś ulokować na wysoki, stały procent. Nawet jeśli okaże się, że deflacja będzie efemerydą, skutki wojny handlowej z Rosją nie dobiją polskiej gospodarki, a poważnej obniżki stóp procentowych nie będzie, to zagwarantowanie sobie dziś dobrego procentu np. na najbliższy rok z pewnością nie zaszkodzi. Wśród banków komercyjnych nieźle płaci dziś m.in. Meritum Bank (3,6% na stałe przez rok) oraz BizBank (3,75% na stałe przez rok). Kilka banków (Millennium, BGŻ Optima, Santander) oferuje stawki w okolicach 3-3,1%, można też poszukać fajnej lokaty w bankach spółdzielczych. Ale część pieniędzy - choćby niezbyt wielką - mimo wszystko trzymałbym "w pogotowiu", czyli na 3-6 miesięcznym depozycie (najlepiej o stałej stopie). I - nie przejmując się groźbą spadku oprocentowania lokat - polowałbym na okazje, czyli promocyjne akcje zbierania depozytów przez banki.

      JAK ROZSĄDNIE ZARZĄDZAĆ PIENIĘDZMI I BUDOWAĆ ZAMOŻNOŚĆ? Odpowiedź na te pytania znajdziesz w mojej najnowszej książce - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z głową". Kup w specjalnej cenie. Kliknij ten link i wpisz kod promocyjny "samcik", a dostaniesz potężny rabat. To idealny pomysł na prezent dla twojego dziecka, chrześniaka, rodzeństwa, przyjaciela. O pieniądzach lekko i dowcipnie, ale i pouczająco.

      baneryinternetoweksiazki_640x250013

      W CZWARTKOWEJ "WYBORCZEJ" SZUKAJ "PIENIĘDZY EKSTRA". Jak co czwartek, subiektywność gości  na kolumnach "Gazety Wyborczej". Odkrywamy tajemnicę gwarancji dla naszych pieniędzy (czy wiecie np. ile dostaniecie z programu systematycznego oszczędzania opakowanego w polisę, gdyby firma ubezpieczeniowa wpadła w tarapaty finansowe?), opowiadamy o psychologicznym fenomenie ceny "zero", który spowodował, że aż 10 firm pożyczkowych w Polsce zaczęło oferować darmowe pożyczki (naukowo udowodniono, że nasz mózg wariuje, jak widzi cenę "zero"!), prześwietlamy polisę ubezpieczającą przed... anulowaniem biletu lotniczego i sprawdzamy ile to kosztuje, walczymy z firmą telekomunikacyjną, która żądała od klienta spłaty długów zrobionych na jego konto przez oszusta zatrudnionego w tejże firmie (nie pomógł nawet wyrok sądu, a Ekipa Samcika - i owszem), a także radzimy jak uzyskać odszkodowanie i zadośćuczynienie za straty spowodowane nieudanym urlopem. Jak widzicie jest moc i Ekipa Samcika w "Wyborczej" daje radę co najmniej tak dobrze, jak sam Samcik w blogu ;-). Zapraszam do kiosków po czwartkową "Wyborczą".  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Mamy deflację. Co to oznacza dla naszych portfeli? Jakie lokaty wybierać, żeby skorzystać?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 13 sierpnia 2014 21:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line