Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.
niedziela, 29 stycznia 2012

Niechętnie rozmawiam z ludźmi dzwoniącymi do mnie z banków. Wychodzę z założenia, że jeśli będę potrzebował jakiejś nowej usługi to sam sobie ją znajdę. A jeśli bank mi coś proponuje, to z reguły w momencie, w którym tego nie potrzebuję i na warunkach niekoniecznie konkurencyjnych. A przy tym zapewne będzie to nieporadny telemarketing, zabijający chęć do życia. Wyjątek robię tylko wtedy, kiedy bank chce zainwestować w relację intymną :-). Tym razem zadzwoniono do mnie z Alior Banku, ale nie zbyłem pani z call-center od razu, bo mnie zaintrygowała. Powiedziała, że wspólnie z ING Życie chce mi sprzedać ubezpieczenie „Życiowy Bonus”. Tak naprawdę użyła do tego kilku innych zdań, sugerujących chęć lepszego zorganizowania mojej rzeczywistości finansowej, ale odsysając ładne słowa od rzeczywistych intencji - po prostu chodziło jej o sprzedanie mi polisy na życie. Sprawa mnie zaintrygowała, bo takiej polisy, jaką pani mi zaoferowała, nie znalazłem na stronie internetowej Alior Banku, w standardowej ofercie. Postanowiłem zgłębić problem i wdałem się z panią w dyskusję o „Życiowym Bonusie”.

Okazało się, że to bardzo proste, terminowe ubezpieczenie, obejmujące tylko jedną osobę i obowiązujące przez pięć lat od podpisania cyrografu. Odszkodowanie jest wypłacane wskazanej w polisie osobie wyłącznie w przypadku śmierci ubezpieczonego. Pieniędzy jest nieco więcej jeśli mamy do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem lub wypadkiem komunikacyjnym. Sumy ubezpieczenia zaczynają się od 10.000 zł, a kończą na 70.000 zł. Składka wynosi od 15 zł miesięcznie do 40 zł. Polisa ma jedną rzeczywiście unikalną cechę, z którą do tej pory - nie będąc wybitnym specem od ubezpieczeń - się nie spotkałem. Otóż jeśli kupię tę polisę i przez cały czas trwania umowy, czyli rzeczone pięć lat, nie przydarzy mi się nic złego, ING Życie zwróci mi część wpłaconych składek. A konkretnie - połowę. Przyznam, że to bardzo ciekawy wabik. Zwykle bowiem pieniądze wpłacane na ubezpieczenie - zwłaszcza jeśli jest to ubezpieczenie na życie lub mieszkaniowe - traktujemy jako wydatek nie do odzyskania, swoistą cenę świętego spokoju. A tu proszę: można dostać polisę i mieć gwarancję wypłaty odszkodowania, a przy tym jeszcze możliwość odzyskania połowy wpłaconych pieniędzy. A rosyjscy internauci mają już pomysł na co taką odzyskaną forsę można byłoby przeznaczyć... :-)

Czytaj też o Ciesnym Wieśku, który również zagrał w drużynie ING

Gdyby pofilozofować, to słabą stroną tego interesu jest fakt, że klient może dojść do wniosku, że skoro firmie ubezpieczeniowej opłaca się oddawać połowę składki, to znaczy, że została ona skalkulowana na zawyżonym poziomie, ergo: klient jest robiony w bambuko. Ale to już budowanie teorii nazbyt złożonych, których snucie nie przyjdzie do głowy przeciętnemu klientowi Alior Banku, namawianemu na ubezpieczenie ze zwrotem połowy składki. A czy cena faktycznie jest zawyżona? Cóż, przy najwyższym proponowanym wariancie ubezpieczenia - a więc zakładając sumę na polisie wynoszącej 50.000 zł - miesięczna składka wynosi 40 zł. Porównałem to z moim prywatnym ubezpieczeniem, które również jest bardzo proste w konstrukcji i też pięcioletnie (choć poza śmiercią obejmuje też urwanie ręki, nogi, ogłuchnięcie i oślepnięcie), ale opiewa na znacznie wyższą kwotę. I z tego co wiem jest to jedna z bardziej konkurencyjnych polis na rynku (a w każdym razie była w czasie kiedy ją zawierałem). Gdybym przełożył składkę, którą płacę, na sumę ubezpieczenia 50.000 zł, to płaciłbym miesięcznie 28 zł. Biorąc pod uwagę możliwość zwrotu połowy składki przez ING Życie, ich polisa kosztowałaby mnie 20 zł miesięcznie. Rzeczywiście niedużo.

Można też spojrzeć na sprawę z drugiej strony - te 40 zł miesięcznie (przy założeniu, że po rabacie suma wyniesie 20 zł) oznacza konieczność wysupłania 240 zł rocznie i 1200 zł w skali całego okresu ubezpieczenia. Innymi słowy zapłacę w formie składek ok. 5% wartości sumy ubezpieczenia, a po rabacie - 2,4%. Firma ubezpieczeniowa pójdzie z torbami, jeśli będzie musiała wypłacić odszkodowanie co dwudziestemu klientowi. Czy mi się tylko zdaje, czy śmiertelność w całej populacji jest znacznie niższa? Wiem, czepiam się strasznie, bo ubezpieczenia dokładnie tak działają - firmy ubezpieczeniowa zgarniają znacznie wyższe składki, niż by mogły i żyją dzięki temu jak pączki w maśle. Akurat oferta ING - poza kilkoma słabymi punktami, które wskażę za chwilę - należy do stosunkowo tanich, pewnie także dlatego, że sprzedaje się ją z pominięciem agentów, poprzez call-center. A pomysł ze zwrotem połowy składki moim zdaniem może spowodować, że odsetek osób, które zgodzą się zawrzeć umowę, będzie drastycznie wyższy, niż przy klasycznym marketingu telefonicznym.

W ogólnych warunkach ubezpieczenia, po pobieżnym przejrzeniu dokumentu, żadnych poważnych pułapek nie zauważyłem, no może poza jedną. Nie, nie chodzi o to, że firma nie wypłaci odszkodowania jeśli krótko po zawarciu polisy osoba ubezpieczona popełni samobójstwo. I nie o to, że nie zapłaci, gdy do śmierci przyczyniła się wojna, niebezpieczne hobby albo alkohol lub narkotyki. Problem w tym, że przez pierwsze dwa lata ING Życie nie wypłaci też odszkodowania w przypadku śmierci, której przyczyną była wcześniej zdiagnozowana choroba ubezpieczonego. To niezbyt fajny zapis, bo generalnie duża część zgonów jest dziś wynikiem chorób przewlekłych. Ba, nawet zatrzymanie pracy serca da się wytłumaczyć jakimś „załamkiem Q”, o czym pisałem jakiś czas temu w blogu. Ponieważ przy zawieraniu polisy nie ma żadnych badań lekarskich (wszelkie choroby trzeba jedynie zgłosić w specjalnym formularzu), nie można wykluczyć, że przy każdym roszczeniu odszkodowawczym pracownicy działu likwidacji szkód będą przetrząsali dokumentację medyczną w poszukiwaniu śladów przewlekłych chorób, które mogły przyczynić się do zgonu. I tym samym zwolnić firmę z odpowiedzialności. O, tak:

Czytaj też: Miał polisę, ale pieniędzy nie będzie. Kartdiomiopatia czy kant?

Być może krzywdzę teraz firmę ING Zycie, bo nie mam żadnych przesłanek, by sądzić że akurat ona w taki sposób postępuje, ale też nie chce mi się wierzyć, by życie było tak piękne, jak przedstawia to w reklamach Metlife Amplico, firma pragnąca za wszelką cenę zatrzeć złe wrażenie zbudowane przez lata wśród wielu klientów przez swoją poprzedniczkę, Amplico AIG. Przy okazji muszę pochwalić ING Życie za poważne potraktowanie odbiorców i napisanie zrozumiałych, czytelnych i nie obciążonych slangiem ubezpieczeniowym OWU. Już kiedyś zwróciłem uwagę na to, że w ING Życie postawili na komunikowanie się fair z klientem i z zadowoleniem stwierdzam, że firma nie zeszła z obranej drogi. Pod względem konstrukcji i wyglądu OWU inne firmy ubezpieczeniowe powinny się od ING Życie uczyć.

Mam natomiast zastrzeżenia do tego w jaki sposób pani z Alior Banku usiłowała mnie na tę ofertę namówić. Pani bez przerwy pytała mnie czy podzielam jej zdanie o tym, iż oferta jest wspaniała, niepowtarzalna i jedyna taka na rynku, zaś składka atrakcyjna. A jeśli nie słyszała wystarczającego entuzjazmu w moim głosie, to już o nic nie pytała, tylko sama nawijała, że „jak pan widzi...”. Denerwujące. A już do szewskiej pasji mnie doprowadziła swoim szczerym zdumieniem, że chciałbym zapoznać się z OWU. Zaproponowała mi, że jeśli mam jakieś pytania to ona sama zajrzy do OWU i mi odpowie.Aż mi się zapaliła czerwona lampka w głowie. Dopiero po tym, jak dałem jej do zrozumienia, że „OWU albo życie”, wskazała gdzie na stronie Alior Banku schowany jest ten dokument. Nie spodobało mi się też, że polisa jest zawierana od razu podczas rozmowy telefonicznej. Myślę, że część ludzi, do których dzwonią telefoniści Aliora, może nie zorientować się, że odpowiadając „tak” na pytanie pani z banku: „czy taka oferta panu/pani odpowiada”, de facto zawierają pięcioletnią umowę, wiążącą się z kilkutysięcznym zobowiązaniem finansowym. Ale może lepsze to, niż rozmowa z agentem?

O tym, że pani z Alior Banku opowiadała mi namiętnie tylko o jednym, najdroższym wariancie ubezpieczenia, już nawet nie wspomnę. Generalnie oferta wygląda na porządną, ale sposób jej oferowania przez Alior Bank mi się nie podoba. Za dużo tępego marketingu i zwykłego, ubezpieczeniowego naganiactwa, a za mało „wyższej kultury bankowości”. Plus za pomysł i innowacyjność, ale minus za sposób oferowania klientom.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego ubezpieczyciela lub zobaczyć co myślą na jego temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

SPRAWDŹ CZY WARTO ZAŁOŻYĆ IKZE? Firmy ubezpieczeniowe zaczęły reklamować nową odmianę kont emerytalnych, pozwalających zbierać dodatkowe pieniądze na emeryturę. To Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego. Wabikiem jest ulga podatkowa. Rocznie można odpisać od podatku nawet kilkaset złotych. Ale czy ta nowinka rzeczywiście pozwala zarobić więcej, niż na Indywidualnym Koncie Emerytalnym, na którym możemy oszczędzać już od wielu lat? Wprawdzie na IKE ulgi podatkowej nie ma, ale...

sobota, 28 stycznia 2012

Dziś w blogu sprawa niczym z Archiwum X. Założę się, w jej wyświetleniu nie obędzie się bez pomocy ABW i CBA. Idzie bowiem o prowizję za przelew zagraniczny. Prowizję, do której nikt się nie przyznaje. Pieniądze z konta zabrane, ale przez kogo i z jakiego tytułu? Tajemnica bankowa. Napisał do mnie klient banku Citi Handlowy. „Być może moja historia ma jakieś proste wyjaśnienie, ale czuję się zwyczajnie naciągnięty, więc piszę ku przestrodze innym... 29 grudnia 2011 r. z mojego konta dolarowego, które posiadam w Citi Handlowym, wysłałem na konto internetowego kantoru, mającego konto w BRE Banku, kwotę 15 000 dolarów. Wysłałem je w celu wymiany tych pieniędzy na złote. Zaznaczyłem że jestem gotów pokryć ewentualne koszty banku przyjmującego, będąc jednak przekonanym, że żadnych opłat z tytułu tej transakcji nie poniosę. Posiadając konto Citi Gold jestem zwolniony z opłat (standardowa to 0.25%), a rzeczony kantor ma umowę z BRE Bankiem, na podstawie której bank pokrywa wszystkie opłaty wynikające z przyjęcia przelewu walutowego.

Proszę wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy z mojego konta złotowego pobrano kwotę 46,55 zł z tytułu "OPLATA BANKU BREXPLPW ZA PRZELEW Z DNIA 29/12/2011 NA KWOTE:15000.00 USD". W Citi, zostałem utwierdzony w przekonaniu że to opłata naliczona przez bank beneficjenta (czyli BRE). Sam też powziąłem to podejrzenie na podstawie opisu transakcji, mimo, że zarówno BRE jak i kantor potwierdzili mi telefonicznie, że nie tylko takiej kwoty ode mnie nie zażądali, i nawet nie widnieje tego typu opłata w ich tabelach prowizji. Ściemniali? W Citi zalecono mi złożenie reklamacji do BRE, czego oczywiście nie mogę zrobić bo nie jestem jego klientem. Zacząłem się zastanawiać: być może opis w tytule transakcji jest błędny i jest to opłata banku pośredniczącego w przelewie zagranicznym (wszystkie przelewy walutowe w Citi są traktowane jak zagraniczne). Ale tu rodzi się pytanie: dlaczego Citi o tym nie wspomina w tabeli opłat, skoro ich standardowa procedura polega na tym, że walutę przesyła przez inny bank (zapewne Citi w Nowym Jorku).

Nie liczę na odzyskanie moich 46,55 zł, które zawrotną kwotą może i nie są. Ale tu chodzi o zasady i przestrogę dla innych klientów Citi, którzy chcieliby kiedykolwiek wysyłać walutę za ich pośrednictwem. Nadmienię jednak, że generalnie jestem z usług Citi bardzo zadowolony, moje reklamacje (choć bezskuteczne) były bardzo szybko realizowane (cztery dni w porównaniu z miesiącem w moim poprzednim banku), a konto Gold spełnia wszystkie moje wymagania. Po prostu już nigdy nie wyślę stąd przelewu walutowego” - kończy opowiadanie mój czytelnik. I co powiecie? Opłata, do której nie przyznaje się ani odbiorca przelewu, ani bank odbiorcy, a której nie miał też prawa pobrać bank nadawcy... Nikt się nie przyznaje, nie można złożyć skutecznej reklamacji, tabela opłat i prowizji milczy, normalnie sytuacja jak w czeskim filmie. Zanim poproszę o pomoc ABW uderzyłem do dyrektora Pawła Zegarłowicza z Citi Handlowego. Pan Paweł jest mi światełkiem w tunelu zawsze, gdy przyjdzie mi do łba napisać coś na temat Citi, które never sleeps.

W tej sprawie jednak pan Paweł niewiele mi rozjaśnił. „Wszystkie przelewy w walutach obcych są w naszym banku kwalifikowane jako przelewy zagraniczne (co jest zresztą powszechną praktyką rynkową). Tak jest również w przypadku, gdy taki przelew realizowany jest między krajowymi bankami. Tak zaklasyfikowany przelew wiąże się z opłatą, która różnicuje się w zależności od rodzaju konta, jakie klient ma w Citi, np dla kont CitiGold przelew zagraniczny wychodzący jest zwolniony z opłaty (ze strony Citi). Opłata zależy nie tylko od rodzaju kont, ale również od tego jakim kanałem klient tę dyspozycje składa, tj. czy poprzez Citibank OnLine, doradcę w oddziale lub doradcę CitiPhone. Niezależnie od tych uwarunkowań, na końcowy koszt przelewu wpływają jeszcze potencjalne opłaty naliczane przez banki pośredniczące (tzw. banki korespondenci) i bank odbiorcy przelewu. Gdy przelew walutowy realizowany jest do innego banku w Polsce, lista banków uczestniczących jest zazwyczaj ograniczona do dwóch - bank nadawcy i bank odbiorcy. Jednak, gdy przelew walutowy zlecany jest poza granicami Polski w procesie biorą udział również banki pośredniczące.

Pomiędzy bankiem zleceniodawcy przelewu, a bankiem odbiorcy może wystąpić nawet kilka pośredniczących banków i każdy może pobrać opłatę za pośrednictwo w transakcji. Nie dysponujemy dokumentem, który zawiera wszystkie możliwe warianty - ich wysokość jest ustalana przez każdy bank we własnym zakresie i jest niezależna od Citi Handlowy. Ergo nie mamy możliwości przygotowania dokładnej wyceny klientowi przed zleceniem przelewu. Przykładamy jednak należytej staranności, aby informować klientów o opłatach, jakie leżą po naszej stronie - w tym celu precyzyjnie wyliczamy wszelkie koszty, jakie może ponieść klient. Procedura reklamacji nie może jednak odnosić się do kosztów naliczonych przez bank odbiorcy przelewu. Pozostaje to poza nasza gestią” - napisał mi pan Paweł. Do konkretnego przypadku mojego czytelnika nie chciał się odnieść, bo tajemnica bankowa. Ale zgodnie z tym, co powiedział przedstawiciel Citi prawdopodobnie żadnego trzeciego banku po drodze nie było - pieniądze szły z dolarowego konta w Citi na dolarowe w BRE Banku. To oznacza, że sprawa zaginionych 46,55 zł staje się jeszcze bardziej zagadkowa. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie proszony jest o kontakt. A parówkowym, pardon, bankowym skrytożercom...

Przypominam też to, o czym już w blogu pisałem kilka razy. Przed wysłaniem przelewu zagranicznego - czyli de facto każdego przelewu w walucie obcej, nawet jeśli odbiorcą ma być posiadacz konta w banku na drugiej stronie ulicy - trzeba zdecydować się na jedną z opcji kosztowych. Wysyłając pieniądze na konto internetowego kantoru z pełną premedytacją można było zaznaczyć opcję kosztową obciążającą w całości odbiorcę przelewu (skoro kantor jest zwolniony z opłat, to i tak nic by nie zapłacił). Poza tym tam gdzie się da przelewajcie pieniądze w ramach systemu SEPA - prowizje nie przekroczą 5 zł od przelewu. Jeśli Wasz bank oferuje opcję SEPA - zawsze warto ją zakreślić. No, to by było na tyle. A w sprawie mojego czytelnika, klienta Citi, nie pozostaje mi nic innego, jak telefon do ABW. Chyba, że wśród Was jest jakiś agent specjalny, który rozwikła zagadkę. Zapraszam!

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

piątek, 27 stycznia 2012

Banki wymyślają najróżniejsze rzeczy, którymi kuszą swoich klientów biznesowych. Czasem pomagają w ekspertyzach prawnych, czasem dorzucają w pakiecie księgowego i doradcę podatkowego, obowiązkowo obiecują preferencyjne finansowanie bieżące i inwestycyjne - jeśli tylko przedsiębiorca przeniesie do nich swoje rachunki - ułatwiają inwestowanie nadwyżek pieniędzy dostarczając różne nowoczesne formy zarządzania płynnością, czasem nawet wspomagają przedsiębiorcę w odzyskiwaniu wierzytelności, by delikwent miał z czego płacić prowizje bankowe :-). To wszystko pięknie, ale dopiero jedna z czytelniczek mojego blogu, pani Edyta Żak uświadomiła mi, że banki niezmiernie rzadko dają przedsiębiorcom to, czego ci przedsiębiorcy potrzebują najbardziej. Nie, nie pieniądze. Jak ktoś robi biznes, to kasę na jego prowadzenie też będzie umiał sobie załatwić, nawet gdyby na świecie nie było banków. Ten pożądany przez wszystkich towar to po prostu... informacja.

I wygląda na to, że w jej dostarczaniu drobnym przedsiębiorcom niewielkie, regionalne banki spółdzielcze wyprzedzają komercyjnych molochów z miliardowymi kapitałami. Orzesko-Knurowski Bank Spółdzielczy, Śląski Bank Spółdzielczy „Silesia” w Katowicach,  Bank Spółdzielczy w Białej Rawskiej, czy Warmiński Bank Spółdzielczy w Jonkowie - czy te nazwy cokolwiek Wam mówią? Mi też mówiły niewiele, ale zachęcony przez panię Edytę zerknąłem na prowadzoną przez nie akcje „Wsparcie w biznesie”. Rzecz polega na tym, że klienci tych banków mogą korzystać z usług... białego wywiadu gospodarczego. I na przykład zamówić analizę dotyczącą branży, w której działają, zmian na rynku, siły konkurencji itp. Albo analizę kosztów, przychodów i zysków ze sprzedaży, zobowiązań i należności, rentowności aktywów, kapitałów własnych i sprzedaży dla 10,15 lub 35 wybranych firm. Pakiet danych „wywiadowczych” dostarcza firma InfoVeriti, która specjalizuje się m.in. w handlu informacją gospodarczą.

OK Bank Wsparcie w biznesie

Wyjątkowe w tym pomyśle jest zwłaszcza to, że oferta jest dostępna nawet dla małego przedsiębiorcy, zatrudniającego choćby i kilkanaście osób. Banki komercyjne zwykle oferują tego typu bonusy tylko wybranej grupie największych klientów korporacyjnych. A to błąd. Znaczenie analiz rynkowych dla przedsiębiorcy, zwłaszcza początkującego i nie mającego jeszcze doskonałego rozeznania w branży, może decydować o życiu lub śmierci biznesu. Z takich analiz można wyczytać na ile firmie opłaca się kooperacja z danym kontrahentem, jak duże mogą być marże, jak planować sprzedaż, czy inwestycja w nową działalność będzie opłacalna. Dostępny jest wykaz danych o kontrahencie, z którym przedsiębiorca zaczyna robić interesy. Można poprosić też np. o spisanie powiązań kapitałowo-osobowych (informacje o biznesowym CV kontrahenta).

Oczywiście, tego typu analizy nie są żadną wiedzą tajemną. Chodzi o szybkie sporządzenie ich w oparciu o zgromadzone w rejestrach sądowych dane bilansowe, w sposób czytelny dla  laika, który nie przedarłby się przez kilkadziesiąt stron danych. Cena przynajmniej niektórych analiz nie jest zaporowa - zaczyna się od ok. 200 zł, choć niestety co bardziej smakowite raporty są wyceniane dużo drożej, np. na 600-800 zł. Ale pomijając kwestię ceny muszę pochwalić spółdzielców za szukanie dla siebie miejsca w świecie twardej, bankowej konkurencji. Pomaganie klientowi w dostępie do informacji, nawet jeśli dzieje się na zwykłych, komercyjnych zasadach, bardzo go do banku przywiązuje, a bankierom daje poczucie, że zapewniają jakąś wartość dodaną, a nie tylko przelewy i lokaty, czyli to, co można mieć wszędzie.

To dobrze, że bankowcy zauważyli, iż warto oferować przedsiębiorcom - razem z kontami, przelewami, kartami i kredytami - wartość dodaną. W zeszłym roku Toyota Bank dodał do konta firmowych ubezpieczenie DAS, które pokrywa koszty porady prawnej, którą klient banku chciałby zasięgnąć w dowolnej sprawie. Tą samą droga poszedł Idea Bank, który do kont firmowych dorzucił obsługę księgową firmy Tax Care, a pod koniec zeszłego roku - także możliwość korzystania z usług prawników. W tę samą nutę uderzył Alior Bank, przy którym działa kancelaria Alior Doradztwo Prawne. Oczywiście te usługi też słono przedsiębiorców kosztują. Alior liczy sobie za pracę prawnika 200 zł od godziny. Czy drobnych przedsiębiorców stać na płacenie takich stawek? W Idea Banku wysokość miesięcznego abonamentu uzależniona jest od zakresu doradztwa. Cena najtańszego pakietu to 149 zł, a najdroższego – 349 zł. Słono. Jak sądzicie, czy oferowanie tego typu usług - podatkowych, prawnych, białego wywiadu gospodarczego - to przyszłość bankowości dla małych firm?

W ostatnich dniach w instytucjach finansowych zaczęło się szaleństwo związane z IKZE - czyli Indywidualnym Kontem Zabezpieczenia Emerytalnego. To nowa, wprowadzona przez rząd w zeszłym roku, możliwość oszczędzania na dodatkową emeryturę. Możliwość na pierwszy rzut oka bardzo atrakcyjna, bo wiążąca się z natychmiastową korzyścią podatkową. Co prawda z korzyścią niewielką, bo do IKZE można „bezkarnie” odłożyć - a więc i od podatku odpisać - tylko 4% swojego wynagrodzenia brutto. Ale lepszy rydz... Jeśli więc zarabiam 4000 zł brutto (48.000 zł rocznie), to do IKZE mogę wpłacić 1920 zł (4% wynagrodzenia). I odliczyć od tej kwoty 18% podatku przy rozliczeniu rocznym PIT. Czyli jestem do przodu o 346 zł. Taki pieniądz piechotą nie chodzi. Już widzę te zastępy akwizytorów z firm ubezpieczeniowych, którzy będą naganiać klientów do IKZE opowiadaniem o „lokacie dającej gwarantowane 18% dochodu”. Bo to rzeczywiście tak wygląda - wkładasz 1920 zł, a z powrotem dostajesz ulgę podatkową wartą 346 zł. A pieniądze dalej pracują na dodatkową emeryturę.

Tyle, że instytucje finansowe od razu się wycwaniły i - przynajmniej co niektóre - obłożyły składki do IKZE ogromnymi opłatami. Wpadła mi w ręce zgrabnie zrobiona ulotka firmy ubezpieczeniowej Aviva, która tak zachęca do założenia IKZE: „Uchwal sobie obniżkę podatków”. Aviva wyciąga rękę po pieniądze, które dostanę z ulgi podatkowej, bo od każdej składki chce mi zabierać aż 8% opłaty manipulacyjnej! Co prawda po przekroczeniu 6000 zł oszczędności na IKZE opłata spada do 4%, ale przy przykładowych dochodach brutto rzędu 4000 zł do niższych opłat trzeba czekać aż trzy lata. Przyznam szczerze - ani mi się śni. Przez pierwsze trzy lata Aviva od wpłaconych 5700 zł zgarnie 460 zł opłaty manipulacyjnej, czyli zabierze mi więcej niż trzecią część tego, co zaoszczędzę dzięki uldze podatkowej. To oznacza, że zamiast 160 zł miesięcznie inwestowane będzie tylko 147 zł. A od tych 147 zł firma pobierze jeszcze opłatę za zarządzanie. Ja wysiadam.

Aviva IKZE folder

Co prawda w Avivie przekonują, że mają też promocję, dzięki której opłata od składki już na samym początku zjeżdża do 4%, ale obejmuje ona przede wszystkim obecnych klientów firmy. „Przy czym pojęcie „obecnego klienta" rozumiemy bardzo szeroko - cytuję za regulaminem: „uczestnikiem promocji może być każda osoba fizyczna, która jest ubezpieczającym, ubezpieczonym, współubezpieczonym lub uczestnikiem w umowie ubezpieczenia na życie" - pocieszył mnie Bohdan Białorucki z Avivy. Na rabat może też liczyć ktoś, kto nie był wcześniej ubezpieczony w Avivie, ale razem z IKZE założy konto iBOK, służące do samoobsługi przez internet. W sumie więc dość łatwo załapać się na „ulgową” opłatę od składki. Po co w takim razie Aviva straszy klientów opcją znacznie droższą? Wizerunkowy strzał w kolano? Te 4% to i tak grabież, ale w porównaniu z 8% standardowej opłaty bez promocji... Na bezrybiu i rak ryba. Z tego co słyszałem niektóre instytucje finansowe obłożyły IKZE znacznie niższymi prowizjami.  W Metlife Amplico mają maksymalnie 2,5% opłaty od składki i ryle samo rocznie za zarządzanie. W Pramerica - nie biorą w ogóle opłaty od składki, za to ta za zarządzanie wynosi 2,5% w skali roku. W PZU Życie jest grabież prawie taka sama, jak w Avivie. Otóż nasz narodowy ubezpieczyciel życzy sobie 4% opłaty od każdej składki i jeszcze 2% za zarządzanie pieniędzmi.  

No dobrze, ale pomijając niekiedy skandalicznie wysokie opłaty i prowizje warto chyba sprawdzić sprawdzić czy IKZE rzeczywiście bardziej się opłaca, niż IKE. Załóżmy, że zarabiam rzeczone już wyżej 4000 zł brutto. Mój limit wpłat na IKZE wynosi rzeczone 160 zł miesięcznie czyli 1920 zł rocznie. Odpisuję od podatku 346 zł rocznie (czyli 4% dochodu brutto). Dla uproszczenia zakładam, że przez 30 lat oszczędzania te parametry finansowe są constans - czyli nie zmienia się ani moja pensja, ani wpłaty na IKZE, ani limity podatkowe, ani skala podatkowa. Odważne założenie :-). Pieniądze wpłacam do funduszu inwestycyjnego, w którym mam 7% nominalnego zysku rocznie (równie odważne założenie, ale niech będzie). Po 30 latach inwestowania na moim koncie w IKZE znajdzie się przyjemna kwota 264.300 zł. Pieniądze na IKZE są zwolnione przy wypłacie z podatku Belki, ale... trzeba będzie od nich płacić zwykły podatek dochodowy. Oczywiście nie da się powiedzieć ile on będzie wynosił za 30 lat i jest to kolejna duża niewiadoma, która znacznie zwiększa niepewność wchodzenia w ten interes. Ale spróbujmy wyszacować daninę dla fiskusa przy założeniu, że ów podatek wynosiłby tyle, ile wynosi dziś, czyli 18% dla większości podatników.

Załóżmy, że z kwoty 264.300 zł wypłacałbym sobie dodatkową emeryturę przez kolejnych 20 lat. A więc 13.215 zł rocznie i jakieś 1050 zł miesięcznie. Pomijam inne ulgi podatkowe (które mogą wyzerować moje należności wobec fiskusa), czy kwoty wolne od podatku (nie mam pojęcia jak mogą wpłynąć na opodatkowanie wypłat z IKZE). Zakładam, że płacę 18% podatku dochodowego od całej wypłaconej sobie kwoty, czyli 2510 zł rocznie. Łącznie wyniesie to 50.200 zł w ciągu 20 lat. Jeśli dobrze interpretuję zasady obowiązujące przy IKZE, to przez 30 lat zaoszczędzę na podatku PIT jakieś 10.380 zł (ulga podatkowa na wejściu), zaś przy wypłatach oddam fiskusowi w ciągu kolejnych 20 lat jakieś 50.200 zł (podatek dochodowy na wyjściu). Czy tylko mi się wydaje, że najlepiej na tym interesie wyjdzie państwo? Myślę i myślę i...

Idę spać, nie siedź do późna

Policzyłem też ile wyniosłyby moje korzyści netto z inwestowania w IKZE - czyli czysty dochód z funduszy, po odliczeniu wpłaconych składek w wysokości 160 zł miesięcznie, po doliczeniu korzyści z ulgi podatkowej na wejściu i odjęciu zapłaconego podatku dochodowego na wyjściu. Czysty dochód z inwestowania z IKZE wyniósłby 168.880 zł. A gdybym zamiast w IKZE oszczędzał na zwykłym Indywidualnym Koncie Emerytalnym, czyli słynnym IKE? Załóżmy, że wpłacam na IKE przez 30 lat po te same 160 zł miesięcznie, że zarabiam na tym średnio 7% rocznie, że na koniec nie płacę żadnego podatku dochodowego ani podatku Belki. Niestety nie dostaję też corocznej ulgi podatkowej na wejściu. Na koniec 30-letniego okresu oszczędzania miałbym na koncie 264.300 zł, z czego 206.700 zł to korzyść netto z inwestowania pieniędzy w IKE (czysty zysk, po potrąceniu wpłaconych składek).

Wygląda więc na to - a mam nadzieję, że nie popełniłem żadnego błędu w rozumowaniu - że wyższą emeryturę będę miał dzięki inwestowaniu moich zaskórniaków w starym, poczciwym IKE, a nie w promowanym obecnie IKZE. Ale muszę uczynić tu aż trzy dodatkowe zastrzeżenia. Otóż nie uwzględniłem w obliczeniach wartości pieniądza w czasie. Czyli faktu, że ulgę podatkową otrzymuję teraz, a państwo zgarnia podatek dopiero (w moim przykładzie) za 30-50 lat, gdy dzisiejsze pieniądze będą znacznie mniej warte z powodu inflacji. Wartość realna każdej złotówki z oddawanych fiskusowi 50.200 zł będzie na pewno mniejsza od realnej wartości każdej złotówki z otrzymanych przeze mnie w ciągu 30 lat - licząc od dziś - 10.380 zł w ramach ulgi podatkowej. Przy przykładowej inflacji wynoszącej średnio 3% realna wartość 10.380 zł za 15 at (połowa okresu osiągania korzyści podatkowej) wyniesie przeciętnie 6662 zł (tyle będzie za 15 lat warte 10.380 zł). Przy tej samej inflacji realna wartość 50.200 zł za 40 lat (czyli wartość zapłaconego podatku w połowie okresu pobierania dodatkowej emerytury) wyniesie 15.389 zł. A więc korzyści netto z inwestowania w IKZE można powiększyć dodatkowo o 10.000 zł.

Czytaj też: Ten to ma łeb! Podliczył IKZE z reinwestowaniem składek i inflacją

Drugie zastrzeżenie dotyczy opłat manipulacyjnych i za zarządzanie. Jeśli trafię do instytucji finansowej, która w przypadku IKZE pobiera znacznie niższe opłaty, niż te, które płaciłbym w IKE - mam dodatkowy parametr, który muszę wziąć pod uwagę. Gdybym trafił do IKZE, w którym nie ma opłaty dystrybucyjnej, czyli nie płaciłbym tych 156 zł rocznie, które chce ze mnie ściągnąć Aviva przez pierwsze trzy lata i po 77 zł przez kolejnych 27 lat, to na opłatach byłbym do przodu o 6705 zł plus procent składany z inwestowania tej kwoty. No i jeszcze ostatnie zastrzeżenie: wysokość zarobków osoby wpłacającej do IKZE. Jeśli dziś ktoś wpłacałby na IKZE wysokie kwoty (bo dużo zarabia), to jego ulga podatkowa wyniesie 32%, a nie 18%, jak zwykłych śmiertelników. A wypłaty z IKZE - jeśli będą rozłożone w czasie - zostaną obłożone niższym podatkiem, gdyby trzymać się dzisiejszych realiów, to 18%-owym. Korzyści z takiego długoterminowego „arbitrażu podatkowego” widać gołym okiem. Taki bogaty ciułacz więcej zarobi na IKZE, niż wpłacając pieniądze do IKE. Ale to poniekąd przypadek szczególny.

To wszystko sprawia, że moja teza o większej opłacalności IKE, niż IKZE staje się mniej stanowcza i w tytule notki dopisuję słowo „chyba”. Niewiadomych jest zbyt wiele, bym mógł z entuzjazmem mówić o tej nowince, proponowanej przez rząd. Bo IKZE byłoby ideałem w zachęcaniu Polaków do inwestowania na dodatkową emeryturę, gdyby rachunek kończył się na uldze podatkowej, natychmiastowej korzyści, nagrodzie za oszczędzanie. Ale w tym miejscu się on wcale nie kończy. Powtarzam: założeń jest mnóstwo i każdy powinien wszystko przeliczyć sam, zanim podejmie decyzję jak oszczędzać na emeryturę. A jeśli zdecydować mu trudno, zawsze można zastosować podstawową metodę ograniczania ryzyka w inwestowaniu - założyć i IKE i IKZE, podzielić pieniądze na dwie części, a za 40 lat skorzystać i z tego co się bardziej opłaciło i z tego, co opłaciło się mniej. Jedno jest pewne: lepiej oszczędzać na dodatkową emeryturę, niż na nią nie oszczędzać.

Samcik blox

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

czwartek, 26 stycznia 2012

Kredyty hipoteczne we frankach praktycznie zniknęły z oferty banków - dziś bodaj jedynym, który w ogóle ich udziela, jest Nordea, ale trzeba zarabiać 15.000 zł miesięcznie i mieć wkład własny - ale jest pewien bank, który bardzo chętnie podpisze nawet ponad 10.000 nowych umów na kredyty frankowe. I to na całkiem dobrych warunkach, bo z marżą 2,5-2,7% - niewielką jak na kredyt walutowy, zwłaszcza we frankach, których banki ostatnio boją się jak diabeł święconej wody. Zdziwieni? Już rozwiązuję tę szaradę. Tak właśnie wygląda najnowsza oferta BRE Banku skierowana do grupy klientów tzw. starego portfela, zwanych „Nabitymi”. Jak pamiętacie część z tych klientów uważa, że została oszukana przez mBank i Multibank, bo do ich umów wpisano paragrafy pozwalające właściwie dowolnie kształtować oprocentowanie kredytów. I bank z takiej opcji korzystał pełnymi garściami, doprowadzając klientów do szału.

Nabici - samochód

W końcu i oni zaczęli kąsać - założyli fora promujące ich walkę, rozsyłali w internecie antyreklamy BRE, jeździli po mieście z mobilnymi plakatami zniechęcającymi do korzystania z usług mBanku i Multibanku, pikietowali siedzibę BRE, a na koniec złożyli w sądzie pozew zbiorowy, pod którym do tej pory podpisało się ok. 900 osób. BRE już kilkakrotnie proponował zbuntowanym klientom ugody i przejście z oprocentowania ustalanego decyzją zarządu banku na takie, które opiera się na stałej marży dorzucanej do oprocentowania pożyczek we frankach na rynku międzybankowym (czyli wskaźnika LIBOR). Podobno do tej pory aneksy do umów podpisało 8.000 osób, a więc wciąż mniej niż połowa wszystkich „Nabitych”. Pozostali walczą w sądach o ustalenie bezprawności klauzul zawartych w ich umowach. A jak się to uda - będą domagali się od banku odszkodowań. I to właśnie do nich BRE kieruje swoją najnowszą ofertę ugody.

Obecna propozycja dla klientów mBanku i MultiBanku umożliwia pozostanie przy frankach szwajcarskich jako walucie spłaty kredytu oraz zmianę zasad ustalania oprocentowania tak, by było ono oparte na stałej marży powiększonej o wskaźnik LIBOR 3M dla CHF. Proponowane marże mieszczą się w przedziale od 2,5% do maksymalnie 2,7% (...) Proponowane przez mBank i MultiBank marże dla spłacanych kredytów we frankach stanowią konkurencyjną ofertę wobec marż oferowanych przez inne banki nie tylko obecnie, ale także w okresie 2010-2011 r. Jak wynika z informacji z raportu Szybko.pl, Expandera i Metrohouse, średnia marża kredytów we frankach szwajcarskich, oferowanych w okresie styczeń 2010 r.–lipiec 2011 r., mieściła się w przedziale 3,9-4,0%” - czytam w komunikacie BRE. Z oświadczenia banku wynika, że oferta dla „Nabitych” wystartowała 25 stycznia i będzie aktualna do ostatniego dnia marca, zaś mogą z niej skorzystać nawet ci klienci, którzy już wcześniej podpisali z BRE ugody, ale obecne warunki uznają za lepsze od tych wynegocjowanych zawczasu.

DylematBank jednak nie kryje, że liczy głównie na tych kredytobiorców „starego portfela”, którzy nadal toczą z nim wojnę. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że BRE stoi pod ścianą i nowa oferta jest przejawem strachu przed przegranymi procesami i koniecznością wypłacania klientom sutych odszkodowań. Ale jeśli bliżej się temu przyjrzeć to chyba jest jeszcze zbyt wcześnie, by prawnicy BRE mogli wpadać w panikę. Co prawda przegrali batalię o niedopuszczenie do rozpatrywania pozwu zbiorowego 900 klientów, mają też na koncie jeden nieprawomocnie przegrany proces z klientem, który poszedł do sądu indywidualnie. Ale z tego co się dowiedziałem pokątnie - a czym prawnicy BRE nie chcą się publicznie chwalić, choć zupełnie nie wiem dlaczego - może aby nie rozjuszać przeciwnika? - kilkanaście spraw indywidualnych, wytoczonych im przez klientów, wygrali (choć większość jeszcze nieprawomocnie). Nie można więc powiedzieć, że bank przegrywa w sądach wszystko i wszędzie. W tym kontekście nowa propozycja skierowana do klientów tzw. starego portfela może być dla wielu z nich sensowną alternatywą dla kilkuletnich bojów sądowych. Mają o czym myśleć do późna...

Choć z drugiej strony wielu klientów zapewne jest gotowych do dużych poświęceń, by zrewanżować się BRE Bankowi za lata upokarzających i - trzeba to przyznać - trudnych do uzasadnienia podwyżek oprocentowania kredytów. Tak czy siak moment złożenia klientom nowej oferty wydaje się zastanawiający - następuje akurat w momencie, kiedy sąd w Łodzi, rozpatrujący pozew zbiorowy klientów BRE, ogłasza możliwość przystąpienia do pozwu kolejnych osób. To ostatnia szansa, by przyłączyć się do pozwu zbiorowego, nim ruszy merytoryczne rozpatrywanie sprawy. W interesie BRE jest oczywiście to, by liczba pozywających go klientów już bardziej nie urosła. A marchewka w postaci kredytu we frankach z niską marżą, wyciągnięta niczym as z rękawa, może być do tego doskonałym narzędziem. Trudno byłoby o lepsze.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

Samcik blox

UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r., w którym blog „Subiektywnie o finansach” bił rekordy Waszego zainteresowania. W zeszłym roku kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”. Kapituła pod przewodnictwem nestora bankowców Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić, to zapraszam! Napisz do mnie: maciej.samcik@gazeta.pl

SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA RELIGIJNA! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gości w różnych miejscach, nie wyłączając... programów religijnych. W piątym odcinku autorskiego programu ks. Kazimierza Sowy pt. „Etyka w biznesie” - który można oglądać w soboty w „Religia TV” - opary subiektywności ukazały się w rozmowie z doświadczonym bankowcem Mariuszem Grendowiczem. Zapraszam do obejrzenia i dyskusji o tym czy bankowość może być etyczna. Komentujcie i recenzujcie! Link do zapisu programu „Etyka w biznesie” o bankowości - znajdziesz tutaj.

TV Religia Samcik-Grendowicz

środa, 25 stycznia 2012

Lepiej późno niż wcale. Organizacje płatnicze postanowiły wreszcie wziąć się za bary z problemem straszenia ludzi kartami zbliżeniowymi, czyli takimi, które umożliwiają płacenie za zakupy w punktach handlowych poprzez zbliżenie karty do czytnika, a w transakcjach do 50 zł - dodatkowo bez PIN-u. W internecie jest pełno opisów, z których wynika, że posiadacz takiej karty jest narażony na to, że złodziej zdalnie - tylko zbliżając się do portfela - „wyssie” z karty wszystkie dostępne dane, sklonuje ją i będzie płacił bezkarnie w sklepach internetowych, korzystając z fałszywej tożsamości. Sprawa nie jest błaha, biorąc pod uwagę, że kart zbliżeniowych mamy już w kieszeniach kilka milionów, a ich liczba lawinowo rośnie. Czy rzeczywiście nasze dane, zawarte na takich kartach, mogą zostać zdalnie ukradzione i wykorzystane do złodziejskich transakcji?

Światło dzienne ujrzał właśnie ostry komunikat organizacji płatniczej MasterCard, której znak nosi co trzecia wydana w Polsce karta: „W związku z wprowadzającą w błąd naszych klientów kampanią i stroną internetową firmy ID Block Systems i podobnych firm, poddającą w wątpliwość bezpieczeństwo kart z technologią zbliżeniową MasterCard PayPass i Maestro PayPass raz jeszcze pragniemy podkreślić, że: tylko za pomocą oryginalnej karty z technologią zbliżeniową PayPass można dokonywać transakcji. Przy każdej transakcji dokonywanej za pomocą karty z technologią zbliżeniową PayPass generowany jest jednorazowy kod, który jest przypisany wyłącznie tej transakcji. Wszystkie transakcje dokonywane kartami z technologią PayPass poniżej 50 zł bez kodu PIN są monitorowane przez banki. Nie można przechwycić: imienia i nazwiska zapisanego na karcie. Jedyne co można przechwycić to datę ważności i numer karty. W przypadku przechwycenia tych danych nie można ich ponownie wykorzystać do realizacji żadnej transakcji. Nie można też stworzyć na ich podstawie fałszywej karty”.

Przez długie miesiące Visa i MasterCard, na spółkę z bankami, po cichu wciskały klientom miliony kart zbliżeniowych nie tłumacząc jak to jest, że można dokonywać transakcji bez PIN-u, a plastik mimo tego jest bezpieczny. Pewnie finansiści myśleli, że naród wyjdzie z założenia, że skoro bank mówi, iż coś jest bezpieczne, to jest. Naród jednak postanowił mieć własne zdanie i nawet mój redakcyjny kolega, który naprawdę kocha swój bank miłością platoniczną, ostatnio się wściekł, bo przysłano mu nową kartę (oczywiście z funkcją zbliżeniową), choć stara ma się jeszcze dobrze, a jej termin ważności kończy się dopiero za rok. Uspokoiłem kolegę, że wcale nie musi aktywować tego nowego badziewia. Jego reakcja dowodzi, że ktoś zapomniał przygotować Polaków na zbliżeniową rewolucję.I właśnie w tę lukę zgrabnie weszły firmy, które na naszym strachu i nieświadomości chcą zbić majątek.

ID Block

W pierwszym rzędzie producenci etui do kart, które mają uchronić plastik przed skopiowaniem danych za pomocą specjalnych czytników „udających” terminale przyjmujące płatność. Jeden z producentów tych „magicznych” etui to właśnie firma ID Block, która sączy strach na swoich stronach internetowych. „Z usługi płatności zbliżeniowych trudno zrezygnować – jeden z polskich banków już rozpoczął wymianę wszystkich kart płatniczych na zbliżeniowe. (...) Jeśli używasz [m.in. takiej karty - red.] jesteś potencjalnie narażony na klonowanie Twoich personaliów, które następnie mogą być użyte w dowolny sposób przez złodzieja – do okradzenia Ciebie, zaciągania w Twoim imieniu zobowiązań, czy w końcu popełniania przestępstw posługując się Twoimi danymi. (...) Skradzione dane osobowe dają złodziejom niewiarygodnie wiele możliwości – na ich podstawie mogą wytworzyć dokumenty wyglądające wiarygodnie nawet dla banku i zawierać wszelkiego rodzaju transakcje podszywając się pod nas”.

Czytaj też: Błąd w telewizyjnej reklamie płatności zbliżeniowych MasterCarda?

Brzmi groźnie? Owszem. Ale - jeśli wierzyć komunikatowi MasterCarda - prawda nie jest aż tak straszna, jak chcieliby tego spece od etui na karty. Zresztą o plastikowym bezpieczeństwie pisałem już w blogu kilkakrotnie. „Jeśli zbliżam kartę bezstykową do czytnika zainstalowanego w sklepie, to terminal podpięty do czytnika automatycznie generuje, a czytnik wysyła do karty, pewien numeryczny kod. Czip na karcie przyjmuje kod i na podstawie zdefiniowanego wcześniej algorytmu wykonuje kilka obliczeń (wykorzystuje do nich kod przesłany z czytnika, numer karty i licznik transakcji). Trzy ostatnie cyfry otrzymanej liczby czip karty odsyła do czytnika sklepowego. Jeśli wszystko się zgadza, transakcja jest zatwierdzana” - tłumaczył mi kiedyś Wojciech Drzyzga z MasterCarda. A więc nie mając oryginalnej karty z autentycznym czipem „znającym” algorytm hasła i „odzewu” - nie da się nijak wykorzystać danych zawartych na karcie, nawet gdyby chcieć je przejąć, czyli po prostu wykraść. Jeśli do tego wśród danych potencjalnie zagrożonych nie ma imienia, ani nazwiska posiadacza karty, to oznaczałoby, że ID Block w swoim straszeniu ludzi kradzieżami danych z kart zapędził się zdecydowanie za daleko.

wtorek, 24 stycznia 2012

Zawsze marudziłem, że polskie fundusze inwestycyjne dają swoim klientom wyjątkowo nędzne możliwości na tle zagranicznych odpowiedników. Bo rzeczywiście - patrząc na ofertę większości TFI mamy fundusze akcji, obligacji, jakieś fundusze inwestujące za granicą (najczęściej „nakładki” na fundusze zagranicznych TFI), czasem zdarzy się jakiś fundusz sektorowy albo surowcowy. I tyle. Ale od dwóch lat spektrum inwestycyjne w polskich funduszach rośnie. Mamy fundusze inwestujące w wierzytelności, pisałem o funduszach grających „na krótko”, czyli zarabiających na spadkach cen akcji, wspominałem kilka razy o funduszach typu hedge, inwestujących na różnych rynkach, nie tylko akcji i obligacji. Pojawiło się kilka funduszy typu venture capital, czyli inwestujących w start-up'y albo spółki we wczesnej fazie rozwoju, był nawet fundusz lokujący w prywatne szpitale. Jest nawet fundusz inwestujący w wino, choć na razie nic nadzwyczajnego nie pokazał.

Teraz mój główny problem polega na tym, że takie fundusze są zbyt często niedostępne dla zwykłych zjadaczy bułek. Albo próg wejścia jest liczony w dziesiątkach tysięcy euro albo wręcz fundusze są z definicji robione na zamówienie konkretnych inwestorów i nikogo z zewnątrz nie wpuszczają. Niedostępność tego typu funduszy boli mnie tym bardziej, że w zeszłym roku kilka z nich pokazało lwi pazur, którego żaden tradycyjny fundusz akcji pokazać nie mógł (bo trudno pokazywać lwi pazur kiedy giełda leci w dół o 20%?).Weźmy taki fundusz wierzytelności ze „stajni” niszowego towarzystwa Go TFI - od stycznia do grudnia zarobił 67,9%. Na kolejne lata jego szefowa Beata Kielan zapowiada zarobki rzędu 20% w skali roku. Tyle, że trzeba mieć 40.000 euro, żeby pani Beata wpuściła nas do skarbca :-). Na szczęście wśród funduszy dostępnych dla szarego zjadacza bułek też jest kilka perełek, mających nietypową strategię. Jest taki fundusz PZU Energia Medycyna Ekologia, który zarobił w zeszłym roku 26% na kupowaniu spółek m.in. farmaceutycznych.

Powiernikom wciąż nie brakuje nowych pomysłów. Najnowszy, pochodzący ze „stajni” TFI Copernicus, to koncepcja funduszu, który zajmie się inwestowaniem w... prywatne uczelnie. Przedsięwzięcie nazywa się Kopernik FIZAN. Jego celem jest inwestowanie w uczelnie niepubliczne, ośrodki naukowe, instytucje badawcze. Ma z nich powstać konsorcjum ogólnopolskie oferujące usługi edukacyjne możliwie najwyższej jakości. Nowy fundusz jest owiany mgiełką tajemnicy. Nie wiadomo kto jest jego udziałowcem, nie wiadomo ile jest w nim pieniędzy. Ci, co go otworzyli nie chcą mówić o pieniądzach, wycisnąłem z nich tylko, że rzecz jest obliczona na kilkanaście milionów złotych. Poza dotychczasowymi inwestorami jest jeszcze miejsce dla nowych, ale chętni muszą się zgodzić, by wyłożyć co najmniej milion złotych i zablokować pieniądze na co najmniej 20 lat - taki okres działalności przewiduje fundusz. A uczniowie? Cóż... :-)

Kopernik FIZAN mnie intryguje, bo to taki pomysł trochę „deweloperski”, bazujący na chęci stworzenia nowej jakości na rynku. Jeśli się uda - jego udziałowcy kilkakrotnie pomnożą kapitał. Kopernik docelowo chce mieć udziały w 15 uczelniach, choć w pierwszym etapie zapełni portfel udziałami w pięciu szkołach wyższych. Oficjalnie fundusz jest gotów inwestować również w uczelnie będące w kiepskiej sytuacji finansowej, ale twórcy Kopernika między wierszami dają do zrozumienia, że woleliby nie wchodzić w interes, do którego trzeba przez dłuższy czas dopłacać - wolą szkoły generujące pieniądze przynajmniej na swoje utrzymanie. Ale czy takie będą się chciały sprzedać? W interes chętnie wejdą pewnie przede wszystkim te, które sobie nie radzą, widząc szansę w tym, że „razem raźniej”. No i w ogóle czy ten pomysł na inwestowanie może się udać w czasach niżów demograficznych i gdy eksperci spodziewają się kryzysu w prywatnym szkolnictwie, a sporo uczelni prywatnych jest na krawędzi bankructwa? Nie słyszałem o licznych funduszach private equity, które inwestowałyby akurat w szkolnictwo. A funduszowcy z private equity najlepiej wiedzą gdzie szukać najwyższej rentowności... Cóż, na odkrywaniu nowych terenów zarabia się najlepiej, choć i ryzyko jest najwyższe. Panie, panowie, kto postawi na to bańkę albo dwie? :-)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

A już myślałem, że skończył się zły czas dla produktów strukturyzowanych.  Pół roku temu ogłaszałem, że po długim okresie smuty „struktury” wreszcie zaczęły się sprawdzać, dając lepszą ochronę przed inflacją, niż klasyczne depozyty bankowe. Wówczas 60% zakończonych produktów strukturyzowanych - czyli tych quasi-lokat z gwarancją kapitału i zyskiem uzależnionym od inwestycji niewielkiej części pieniędzy w ryzykowne opcje - przyniosło mniejsze lub większe zyski, zaś 22% „struktur” finiszowało z zyskami dwucyfrowymi, licząc w skali roku. Podczas gdy większość depozytów bankowych nie chroniło pieniędzy nawet przed inflacją, ponad połowa produktów strukturyzowanych pozwoliło ochronić realną wartość naszych zaskórniaków.

Ale dziś już wiemy, że to był tylko krótki „strukturyzowany” epizod. Bo dane z drugiego półrocza 2011 r. są znów bardzo złe - tylko niecałe 7% produktów zakończyło się dwucyfrowym zyskiem.  Te fatalne statystyki zaważyły na obrazie „struktur” w całym zeszłym roku, który po raz pierwszy od dawna mógł być naprawdę niezły. Ale nie jest. Marcin Krasoń z Open Finance podliczył wszystkie produkty z zeszłego roku i wyszło mu, iż z puli 470 zakończonych „struktur” tylko połowa zarobiła dla klientów jakiekolwiek pieniądze. (a dokładniej - niecałe 52%). Średni zysk z tej połowy „struktur” wyniósł 2,67%, a więc w żadnym wypadku nie pokrył inflacji. Kto kupił - bawi się w...

„Struktury” były w miarę dobrą lokatą dla co czwartego ich posiadacza, bo 113 zakończonych w zeszłym roku produktów dało ponad 5% zarobku (zwykle bez podatku Belki), co wystarczyło do pobicia inflacji i większości lokat bankowych. Szczęśliwców, którzy zaliczyli zysk przekraczający 10% było już tylko 13%, więc o kokosach z produktów strukturyzowanych trzeba raz a dobrze zapomnieć. Połowa kończąca się w ogóle bez zysku, zaś kolejne 25% z zyskiem czysto symbolicznym to zawstydzające statystyki, które powinny każdą osobę inwestującą w produkty strukturyzowane uczulić - tu wygrywa się stosunkowo rzadko i niestety głównie wtedy, kiedy na giełdzie panuje hossa. „Struktur” pozwalających zarabiać na spadkach jest niewiele, więc nic dziwnego, że w drugiej połowie zeszłego roku, kiedy giełda akcji osunęła się o 15%, na produktach strukturyzowanych się nie zarabiało.

Czytaj też: Zakładasz się z bankiem o zmiany kursów walut? Nie wygrasz

Marcin Krasoń twierdzi, że w kolejnych kwartałach statystyki jeszcze się pogorszą. „Wysokie stopy zwrotu na rynku struktur są możliwe tylko w przypadku średnio- i długoterminowych struktur (od półtora roku w górę), powiązanych z cenami surowców lub z giełdami. A warunkiem koniecznym jest tu idealny „timing”, czyli rozpoczęcie inwestycji w cenowym dołku. Z takim mieliśmy do czynienia np. na giełdach w pierwszej połowie 2009 r. i stąd produkty zapadające dwa lata później przynosiły atrakcyjne zyski” - pisze analityk Open Finance. W 2010 r., kiedy startowały „struktury” kończące się niedługo, hossa była już w stanie rozkwitu, zaś w 2011 r. większość giełd akcji słabowała, a i ceny surowców nie szły w górę jak szalone. „Struktury” nie będą więc miały z czego „odlecieć”. Dla ich fanów idą więc kolejne naprawdę trudne miesiące. A z ulgą odetchną pewnie fundusze inwestycyjne, dla których produkty strukturyzowane też są pewną kokurencją.

Jeśli chcecie godziwie zarabiać na „strukturach”, to wybierajcie takie oparte na mechanizmie autocall. Daje on kilka szans na sukces w postaci stałego, z góry zakontraktowanego kuponu (np. 10-12% w skali roku). W określonych momentach następuje odczytanie wartości indeksu, który jest podstawą „struktury” i albo warunek osiągnięcia zysku jest spełniony albo nie. W tym drugim przypadku zabawa toczy się dalej (odczytów jest zwykle trzy-cztery). Jeśli któryś z nich jest korzystny dla inwestora - „struktura” kończy żywot. Rzadko się zdarza, by w ciągu dwóch-trzech lat trwania inwestycji żaden odczyt nie spełnił warunku wypłaty zysku. Wśród 50 najlepszych „struktur” 2011 r. znalazło się aż 21 opartych na opcji autocall. Tego typu „struktury” - jak zeznaje Marcin Krasoń - można kupić w m.in. Citi Handlowym, Deutsche Banku PBC, Noble Banku i Wealth Solutions.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

sobota, 21 stycznia 2012

Talanx: tak od teraz nazywa się druga największa firma ubezpieczeniowa w Polsce.  Ten niemiecki gracz mający centralę w Hannowerze - ponoć piąta, szósta największa firma ubezpieczeniowa na tamtejszym rynku - przeprowadził w Polsce klasyczny blitzkrieg, pokazując jak wykorzystuje się kryzys finansowy do zwiększenia obecności na tak obiecującym rynku, jak Polska. W piątek Talanx poinformował o zakupie za 770 mln euro (jakieś 3,5 mld zł) firmy ubezpieczeniowej Warta od belgijskiej grupy KBC. Kilka tygodni wcześniej, wspólnie z Japończykami, odkupił od Leszka Czarneckiego (za niespełna miliard złotych) udziały w towarzystwie Europa, które jest znane przede wszystkim z ubezpieczeń kredytów hipotecznych. A że wcześniej Talanx miał już w Polsce firmy ubezpieczeniowe HDI oraz Gerling, to teraz może myśleć nawet o detronizacji PZU. Czy ta spektakularna inwazja zacznie się od symbolicznego trzaśnięcia drzwiami? :-)

Grupa skupiająca spółki Talanxa: a więc HDI, dawny Gerling (początkowo występujący jako HDI Gerling, ale ostatnio połączony z HDI), Europa oraz Warta, w sumie będzie miała jakieś 15% rynku ubezpieczeń majątkowych (samochodowych, mieszkaniowych) oraz ze 20% w polisach na życie. No i jakieś 2,5 miliona klientów. Więcej ma tylko PZU - po ok. 30% rynku. Pozycja do zaatakowania rynkowego będzie więc wymarzona. Tylko pod jaką marką? Sądząc po dotychczasowych posunięciach Talanxa w Polsce prawdopodobnie wiodącą marką będzie HDI. Na miejscu Niemców nie żałowałbym marki Warta, bo choć jest znana w każdym polskim domu, to nie kojarzy się zbyt dobrze - przez lata została „zapuszczona” i funkcjonuje w świadomości Polaków jako synonim usług raczej siermiężnych, nadających się dla mało wymagających klientów.

Czytaj też: Gdzie ubezpieczyć samochód? Najlepszy serwis mają...

Kłopot w tym, że Talanx niewiele lepszego ma klientom do zaoferowania. Marka HDI jest bowiem nie tyle „zapuszczona”, co od początku bytności na polskim rynku kojarzyła się z niskimi składkami i... kłopotami przy likwidowaniu szkód. Od razu powiem, że sam jestem do tej marki solidnie uprzedzony, bo kiedyś miałem polisę komunikacyjną ubezpieczyciela z grupy HDI i przeżyłem nie lada kłopot z uzyskaniem pieniędzy przy likwidacji szkody z AC. Ostatecznie musiałem postraszyć firmę sądem, ale i tak byłem w stanie jedynie ostudzić apetyt HDI na osuszenie mojej kieszeni. Obiecałem sobie, że nigdy już z HDI nie chcę mieć nic wspólnego. A tu proszę - wygląda na to, że trzeba będzie unikać drugiego największego ubezpieczyciela w Polsce :-).

HDI Asekuracja

Czy podzielacie mój sceptycyzm co do ubezpieczania się w spółkach HDI? Czekam na komentarze! Zanim przystąpiłem do pisania tej notki przejrzałem najpopularniejsze fora ubezpieczeniowe i przekonałem się, że moja opinia o HDI  nie jest odosobniona. Firma zbiera stosunkowo dużo negatywnych ocen i mało pochwał. Wiadomo, że w internecie w ogóle trudno o pochwały pisane rękami prawdziwych klientów (głównie wpisują je marketingowcy samych firm), ale porównując opinie o HDI z recenzjami o Ergo Hestii, PZU i niektórych małych ubezpieczycielach można dojść do wniosku, że to nie Samcik miał przed laty pecha, a firma HDI niezmiennie i chronicznie ma problem z wizerunkiem oraz jakością obsługi klientów. Czas ów wizerunek... podnieść.

Z kilkuprocentowym udziałem w rynku można było mieć wizerunek - przepraszam, to moja prywatna opinia - „śmieciowego” ubezpieczyciela - takiego, który oferuje niskie stawki polis i jako-taką jakość usług tylko do momentu zgłoszenia przez klienta szkody. Ale będąc drugim największym towarzystwem na rynku warto byłoby wykreować nieco inne skojarzenia klientów i potencjalnych klientów o swej marce. Przed szefami HDI będzie więc stało megatrudne zadanie, bo trudno będzie z dnia na dzień przekonać Polaków, że HDI to połączenie wciąż niskich cen i coraz wyższej jakości obsługi klienta, a przede wszystkim likwidacji szkód. Bez odrobienia tej pracy HDI będzie miało problem z doganianiem PZU i uciekaniem konkurentom na rynku ubezpieczeń majątkowych (głównym rywalem jest Ergo Hestia z 10%-owym udziałem) oraz życiowych (tu będzie łatwiej, bo najgroźniejsi konkurenci - ING i Aviva - mają jakieś 8-9% rynku, czyli dwa razy mniej, niż firmy z grupy Talanx). Co prawda Polacy rzadko zmieniają ubezpieczyciela, więc do utrzymania obecnych trzeba niewiele (wystarczy w miarę atrakcyjna cena), ale aby walczyć o nowych trzeba już coś pokazać.

Czytaj też: Turysto, chcesz ubezpieczyć bagaż? Ubezpieczą ci szalik i majtki

Czekam więc co pokażą spółki Talanx - czy Niemcy pożegnają się z marką Warty? Jak spróbują poprawić wizerunek HDI? Czy wschodząca potęga na ubezpieczeniowym rynku wywoła wojnę cenową w ubezpieczeniach? Co do tego ostatniego to nie łudziłbym się. Po pierwsze dlatego, że Niemcy zainwestowali właśnie w przejęcia w Polsce prawie miliard euro i pewnie będą chcieli zbudować biznesplan dający nadzieję na zwrot z inwestycji w rozsądnym terminie. Po drugie konsolidacja rynku rzadko oznacza spadek cen, przeważnie im mniejsza konkurencja (nawet jeśli dzięki połączeniom konkurują ze sobą coraz potężniejsze firmy) tym mniejsza chęć głównych graczy, by walczyć o klientów niskimi cenami. Mniej jest firm, które w ten sposób muszą walczyć „o życie”. No i wreszcie nie sposób nie zauważyć, że firmy ubezpieczeniowe w Polsce mają za sobą kilka w sumie chudych lat - tylko część z nich w ogóle generuje zyski.

Z jednej strony dokuczyły im kataklizmy naturalne (powodzie), z drugiej obostrzenia regulacyjne (m.in. wchodzący w życie obowiązek pokrywania kosztów auta zastępczego dla osób likwidujących szkodę na własnym pojeździe z polis OC sprawcy). Przyciśnięci do ściany ubezpieczyciele, którzy w dodatku wciąż nie znaleźli sposobu na skuteczną walkę z masowymi wyłudzeniami odszkodowań komunikacyjnych, nie będą organizować igrzysk i walczyć ze sobą na noże. Z tej windy już dawno wysiedli (albo ich wysadzono)...

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego ubezpieczyciela lub zobaczyć co myślą na jego temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

piątek, 20 stycznia 2012

Ile może kosztować wytransferowanie pieniędzy z konta oszczędnościowego? Teoretycznie nie powinno kosztować nic, bo przecież istotą konta oszczędnościowego jest łatwy dostęp do oszczędności w każdej chwili. I to przy oprocentowaniu pieniędzy znacznie wyższym, niż na ROR. Inna sprawa, że od dość dawna modne stało się w bankach ograniczanie klientom swobody wypłacania w każdej chwili pieniędzy z konta oszczędnościowego. Z reguły bezpłatny jest tylko jeden przelew w miesiącu. Za każdy kolejny trzeba już płacić. Czasem banki dodatkowo idą klientom na rękę i dają im za darmo wszystkie przelewy na ROR-y związane z danym kontem oszczędnościowym. A płatne są tylko tzw. przelewy zewnętrzne. Ale to rzadkość, bo przeważnie z kont oszczędnościowych w ogóle nie da się wytransferować pieniędzy na konto zewnętrzne. Oszczędności przelać można tylko na ROR w danym banku i dopiero z niego wyprowadzić pieniądze dalej.

Kto więc nie zaplanuje dobrze swoich transferów z konta oszczędnościowego i musi drugi raz w danym miesiącu przelać pieniądze z takiego konta, zwykle nacina się na słoną prowizję. Przeważnie banki każą sobie płacić jakieś 8-10 zł, co jest stawką bolesną, ale nie kładącą na łopatki. Ot, przeważnie dochód z odsetek się zeruje lub mocno topnieje. Ale jest pewien bank, w którym przelew wychodzący z konta oszczędnościowego może kosztować w prowizji nawet kilkadziesiąt lub - nie uwierzycie! - kilkaset złotych. Doniósł mi o tym czytelnik blogu pan Andrzej. „Chciałbym tą drogą przestrzec wszystkich klientów banku BOŚ. Chodzi o ofertę konta oszczędnościowego Ekoprofit i bardzo niekorzystną prowizję za przelewy z tego konta. Pierwszy przelew lub wypłata jest darmowa, ale kolejne kosztują chyba najwięcej w kraju, jeżeli nie w Europie. Mianowicie kolejne tego typu operacje obciąża prowizją w wysokości 10 zł, ale tylko pod warunkiem, że są z odroczonym terminem płatności!

A jeśli przelew ma być zrealizowany natychmiast? To już gorzej. „Moja znajoma realizowała w grudniu cztery przelewy z konta Ekoprofit. Z tego jeden był darmowy, a za trzy kolejne zapłaciła po 500 zł każdy. Zapłaciła tak drakońską prowizję, ponieważ nieświadoma była wyrachowanej i skomplikowanej metody naliczania opłat: Bank za każdy kolejny przelew w miesiącu nalicza prowizję procentową od transferowanej kwoty. Dla posiadaczy ROR w banku jest to 0,2% wartości przelewu, minimum  5 zł, a dla pozostałych klientów jest to 0,25%, minimum 12 zł. Przy tak niesprawiedliwie wysokich opłatach za zwykły w sumie przelew można zapłacić setki złotych. Nie ma maksymalnej wysokości opłat, w sumie sky is the limit... Oczywiście w tabeli prowizji wszystko jest podane, ale to nic nie tłumaczy. Żaden chyba inny bank nie pobiera tak wysokich opłat za nieskomplikowaną w gruncie rzeczy operację bankową. Co ciekawe oprocentowanie konta Ekoprofit nie jest szczególnie atrakcyjne, więc bank nie ma powodów do rekompensowania sobie przykładowo bardzo wysokiego oprocentowania oferowanego klientom” - skarży się pan Andrzej. No, rzeczywiście, 4,4% na koncie Ekoprofit to oprocentowanie, które nie powala. Można się wściec, jak pewien tenisista, Marco Baghdatis, na trwającym właśnie turnieju Australian Open.

Zerknąłem w tabelę opłat BOŚ-owego konta Ekoprofit i niestety informacje mojego czytelnika się potwierdzają. „Każda kolejna wypłata gotówkowa lub bezgotówkowa w miesiącu kalendarzowym, realizowana w formie zlecenia stałego lub przelewu z odroczonym terminem realizacji składanym za pomocą usługi BOŚBank24 - 5 zł dla posiadaczy ROR w banku oraz 10 zł dla pozostałych klientów”. Pozostałe wypłaty - 0,2-0,25% wartości wypłaty. I jeszcze zastrzeżenie: „opłata nie jest pobierana w przypadku wypłaty bezgotówkowej środków, z których następuje otwarcie rachunku lokaty terminowej w BOŚ”. Dobre i to - bank nie ukarze klienta wysoką prowizją, o ile pieniądze z konta powędrują na lokatę w tym samym banku. A jeśli nie? Przelew natychmiastowy (nie taki z odroczoną płatnością, traktowany preferencyjnie) kwoty 10.000 zł będzie kosztował, bagatela, 25 zł. Przelew 20.000 zł pochłonie już 50 zł prowizji. A za przelanie 50.000 zł z konta oszczędnościowego można w BOŚ zapłacić 125 zł prowizji. Za jeden przelew! W końcu... sky is the limit.

Oczywiście: można powiedzieć, że prowizja ta jest łatwa do uniknięcia. Wystarczy pomyśleć nieco i nie przelewać pieniędzy z konta oszczędnościowego częściej, niż raz w miesiącu. A jeśli już nie da się tego uniknąć - to zaklasyfikować ten przelew jako taki z przyszłą datą, a nie do realizacji natychmiast. Wówczas zamiast tych 25 lub 50 zł zapłacimy standardowe 5-10 zł prowizji (w zależności od tego, czy mamy w banku BOŚ również ROR). Ale z drugiej strony: któż z klientów BOŚ mógłby podejrzewać, że taki drobiazg jak zlecenie przelewu wcześniej bądź wysłanie go jako natychmiastowego może mieć znaczenie dla poziomu prowizji? Jeśli potrzebuję wytransferować pieniądze z konta osobistego to po prostu to robię normalnym przelewem z dzisiejszą datą! To ewidentnie podejrzany chwyt banku, który ma na celu naciągać nieuważnych klientów na płacenie zawyżonych prowizji. Moim zdaniem - kolejny przykład wyjątkowo głupiej i przy tym podstępnej prowizji.

Dobrze przynajmniej, że nie jest ona komunikowana tak, jak te zawarte w tabelach, dajmy na to,  Polbanku. Niedawno te polbankowe tabele zostały rozesłane klientom, ale niestety niektórzy z nich poskarżyli mi się, że bank zapomniał dołożyć do przesyłek... lupy. Bo bez niej doczytanie się nowych prowizji banku jest - przynajmniej dla starszych klientów - nieco... hmmm... utrudnione. 

Mała czcionka Polbanku

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117
wyborcza.pl
wyborcza.biz
Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

top | © Agora SA | design by kate_mac | zmiany: mawal
Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users