Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 22 października 2014
    • Ta ostatnia niedziela, czyli aż milion klientów zmieni w weekend swój e-bank (jeśli się uda)

      Dla ponad miliona klientów dawnego Kredyt Banku zbliżają się stresujące chwile. W następny weekend ich dane, zlecenia, salda, karty, kredyty i oszczędności mają zostać przeniesione do systemów informatycznych BZ WBK. Dla dawnych "kredytbankowców" zmieni się wygląd panelu konta po zalogowaniu, a też i sam sposób logowania. Zaś by transfer olbrzymich ilości danych nie skończył się wielkim zamieszaniem, w BZ WBK podjęli decyzję, że na najbliższy weekend praktycznie zamykają bank. I to zarówno jego "kredytbankową" część, czyli systemy obsługi klientów odziedziczonych po przejętym banku, jak i własną. To oznacza, że przez całą sobotę i niedzielę (a być może także w piątek po południu) klienci BZ WBK nie będą mogli dostać się do swojego konta, zadzwonić na infolinię, zlecić przelewów, sprawdzić sald. W piątek wcześniej zostaną zamknięte oddziały, a w poniedziałek później się otworzą (najpewniej dopiero o 10.00). Karty w sklepach i bankomaty mają działać w najbliższy weekend bez zakłóceń - tyle, że w trybie offline, a więc wszystkie transakcje zakupowe, czy wypłaty z bankomatów zostaną rozliczone dopiero w poniedziałek.

      Skąd ta nagła rewolucja? Mało kto już o tym pamięta, ale choć formalnie klienci przejętego dwa lata temu Kredyt Banku są już od dawna klientami BZ WBK, to tak naprawdę zmieniła się tylko "skórka". Oddziały mają nowy szyld, ale wszystkie systemy są identyczne, jak dawniej. Jeśli jakiś klient "postkredytbankowy" chciałby załozyć lokatę w BZ WBK, to musiał zakładać konto tak, jak nowy klient. Systemy BZ WBK nie "widziały" jego produktów z Kredyt Banku, a te kredytbankowe nie "widziały" pieniędzy, które klient trzymał w BZ WBK. Niby więc jeden bank, a systemy dwa. Teraz to ma się zmienić - w najbliższy weekend systemy Kredyt Banku zostaną ostatecznie wyłączone, a klienci będą przeniesieni na platformę BZ WBK. W banku obiecują, że wszystkie pakiety ROR, karty, ustawienia oraz numery kont pozostaną bez zmian - inne będzie tylko miejsce w sieci, gdzie te dane będą przechowywane. A klienci byłego Kredyt Banku tylko na tym zyskają, bo będą mogli korzystać z większej palety usług (oferta BZ WBK jest znacznie bogatsza od tej, z której "kredytbankowcy" korzystali dotychczas).

      Rozmawiałem kilka dni temu z menedżerami BZ WBK, którzy odpowiadają za tzw. migrację i patrząc mi głęboko w oczy zapewniali, że są już po próbach generalnych i wszystkie dane przeniosą bez błędów, a klienci będą mogli korzystać z kont na dotychczasowych zasadach. Ale bez drobnych komplikacji się nie obędzie. Klienci przy pierwszej wizycie online w "nowym" banku będą musieli zaakceptować nowe umowy o prowadzenie rachunków oraz podać bankowi numer telefonu. A to dlatego, że w Kredyt Banku obowiązywała autoryzacja transakcji za pomocą kart kodów jednorazowych, tzw. zdrapek, albo poprzez tokeny sprzętowe. W BZ WBK podstawowym systemem autoryzacji są SMSy przysyłane przez bank na komórkę klienta. Zmiana sposobu zatwierdzania transakcji odbędzie się przy pierwszym logowaniu w serwisie internetowym BZ WBK po przyszłym weekendzie (można je wykonać od razu w poniedziałek albo np. za tydzień lub za dwa tygodnie). Klienci byłego Kredyt Banku będą poproszeni - po podaniu dotychczasowego loginu i hasła - najpierw o podanie numeru telefonu, na który mają przychodzić SMSy z banku, a dopiero potem o zatwierdzenie za pomocą pierwszego SMSa nowych umów (czyli kliknięcie "zgadzam się").

      Wszystko ma nie zająć więcej, niż trzy minuty. A potem jedynym problemem byłych "kredytbankowiczów" ma być przyzwyczajenie się do wyglądu systemu transakcyjnego BZ WBK. I sprawdzenie, czy wszystkie pieniądze, zlecenia stałe, kredyty i karty zostały prawidłowo przetransferowane. Jeśli ktoś ma konto i w Kredyt Banku i w BZ WBK, to nie będzie musiał nic robić - po prostu logując się po raz kolejny do BZ WBK zobaczy poza swoimi produktami z tego banku także te przeniesione z systemu Kredyt Banku. Klienci dostali już listy z informacją o czekających ich zmianach. Nie wszyscy są zachwyceni:

      "Sposób informowania klientów o zmianach jest sprowadzony do absolutnego minimum. Infolinia BZ WBK o numerze 19999 kompletnie ignoruje klientów Kredyt Banku. Dopiero teraz, na tydzień przed przenosinami, dowiadujemy się szczegółów. Np. tego, że w krytycznym momencie przez prawie trzy dni nie będzie dostępu do systemu. Po wejściu w życie zmian milion klientów rzuci się do logowania. Jeśli tylko 10% klientów w tym momencie będzie miało problem z nowym procesem autoryzacji, to mamy 100.000 osób dzwoniących na infolinię. Na miejscu konkurencji szykowałbym ofertę dla dawnych klientów Kredyt Banku"

      - pisze jeden z czytelników. Zapewne przesadza - jeśli migracje przebiegnie bez problemów, nic się nie zawiesi, nie zepsuje, to klienci szybko docenią możliwości jakie daje platforma transakcyjna BZ WBK. Przede wszystkim klienci wreszcie dostaną możliwość korzystania z bankowości mobilnej, łącznie z opcją kupowania biletów komunikacji miejskiej przez smartfona i regulowania w ten sposób opłat za parkowanie. W Kredyt Banku nie było kredytów online (tzw. oferta "na klik"), ani przelewów ekspresowych (w BZ WBK są i to tanie - przelew Express Elixir, który u celu będzie w ciągu kilku minut, kosztuje tylko 3 zł). BZ WBK ma też przyjemną usługę płatności za zakupy online - Przelew24. Z poziomu konta można inwestować pieniądze w fundusze Arka. Jeśli BZ WBK dobrze przedstawi "kredytbankowiczom" nowe możliwości, to może liczyć na wymierne efekty ich przenosin do nowego systemu transakcyjnego. Ta część klientów BZ WBK charakteryzuje się stosunkowo niskim "uproduktowieniem", a więc mają albo tylko ROR, albo tylko lokatę, albo tylko konto z kredytem. Teraz będzie łatwiej ich aktywizować. Niech tylko co dziesiąty aktywuje bankowość mobilną, a co dwudziesty spróbuje zassać kredyt gotówkowy online. To wszystko jednak pod warunkiem, że przeniesienie danych klientów pójdzie sprawnie, a w poniedziałek serwery wytrzymają większy, niż zwykle ruch (obstawiam, że większość klientów dawnego Kredyt Banku będzie chciała od razu zalogować się "po nowemu").

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ta ostatnia niedziela, czyli aż milion klientów zmieni w weekend swój e-bank (jeśli się uda)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 października 2014 23:11
    • Centrala SKOK-ów pod lupą KNF. Jak płynie kasa na ratowanie Kas? Niepatriotycznie

      Przy okazji sprawozdania z kolejnego posiedzenia Komisja Nadzoru Finansowego opublikowała arcyciekawy, choć przy tym przygnębiający dokument, poświęcony SKOK-om. Jeśli się nad nim głębiej zastanowić, to pokazuje on bezsens ratowania SKOK-ów w ich obecnej postaci - przynajmniej dopóki ktoś nie wytnie narośli, która oplata kasy i na nich pasożytuje. Zanim jednak opowiem o najważniejszych liczbach przedstawionych w tej analizie, przypomnę, że SKOK-i są dziś w stanie ciężkim. Ich fundusze własne, czyli podstawę do prowadzenia jakiejkolwiek działalności, nadzór szacuje na minus 70 mln zł, a jeśli doliczyć do tego korekty wynikające z inspekcji KNF w kasach - to saldo spadnie do poziomu minus 660 mln zł. Żeby SKOK-i spełniały choćby najniższe wymogi dotyczące posiadania własnego kapitału, obowiązujące w firmach przyjmujących pieniądze od ludzi, brakuje im 1,5 mld zł. Straty SKOK-ów za ostatni rok nadzór szacuje na 565 mln zł (choć same SKOK-i twierdzą, że wypracowały 23 mln zł zysku). Już 31% kredytów jest przeterminowana w spłacie lub stracona.

      Pół miliarda strat i półtora miliarda dziury w kapitałach to wystarczający powód, by się zastanawiać czy ten okręt może nadal płynąć. 45 kas przygotowuje programy naprawcze (tylko 10 SKOK-ów nie musi "się naprawiać"). Jeden SKOK już zbankrutował (z pieniędzy pochodzących od banków jego klientom wypłacono ponad 800 mln zł). Kolejne dwa SKOK-i są przeznaczone do przejęcia przez banki. W sumie ta trójka stanowi 7-8% aktywów całego systemu. A co będzie z resztą, z kilkunastoma, kilkudziesięcioma kolejnymi kasami? To pytanie otwarte. Można byłoby wierzyć w postawienie tego wszystkiego na nogi, gdyby było widać, że samym SKOK-owcom zależy. Ale jest tak, że Grzegorz Bierecki, do niedawna szef tej wesołej, samonadzorującej się hałastry - o której nadużyciach pisałem przez wiele lat i miałem z tego powodu pewnie z kilkanaście wygranych procesów w sądzie - zrejterował z funkcji kapitana. Członkowie SKOK, w liczbie ponad 2,6 mln, nie mają najmniejszej ochoty dokapitalizować systemu kwotą składek wartych 1,5 mld zł. Prezesi samych SKOK-ów są - zdaniem KNF - jak dzieci we mgle: KNF nie dał zgody na pełnienie funkcji kilkunastu prezesom SKOK-ów, a także - co już wcale nie jest zabawne - szefowi Krajowej SKOK.

      skokTeraz do tego obrazu dochodzi jeszcze jeden element. Otóż, jak wynika z opublikowanego we wtorek komunikatu, KNF policzył jakie obciążenia ponoszą SKOK-i -na rzecz różnych spółek, fundacji i innych podmiotów, z którymi łączą je różne umowy (formalnie stworzone po to, żeby SKOK-i mogły wspólnie zamawiać i limitować koszty działania). Duża część tych spółek, na rzecz których płacą SKOK-i, jest kontrolowana przez spółkę SKOK Holding w Luksemburgu. Zajmuje się ona głównie inkasowaniem dywidend, a jej głównym udziałowcem jest Krajowa SKOK. Według KNF w zeszłym roku, za pośrednictwem jedenastu podmiotów kontrolowanych przez SKOK Holding, ze spółdzielczego systemu wypłynęło ponad 83 mln zł. W tym roku ma to być jakieś 70 mln zł. Do końca zeszłego roku luksemburska spółka zakumulowała łącznie z tych wszystkich wypłat równowartość 141 mln zł. Gdyby SKOK Holding (pomarańczowy twór na wykresie obok) wypłacił te pieniądze w formie dywidendy do Krajowej SKOK (na zielono na wykresie), mogłyby one wrócić do SKOK-ów (są na czerwono) w formie pomocy, lub pożyczek. Tak się jednak nie dzieje. Z jednej więc strony klienci banków płacą pośrednio - w formie wypłat z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego - na ratowanie SKOK-ów, a z drugiej strony te SKOK-i wypuszczają dziesiątki milionów złotych rocznie w formie zapłaty za usługi na rzecz spółek kontrolowanych z Luksemburga. KNF narysowała nawet taki milutki schemacik powiązań kapitałowych:

      SKOK_powizania_kapitaowe

      Z analizy KNF wynika też, że system wciąż jest źródłem dobrych zarobków dla ludzi, którzy tak nim zarządzali przez 20 lat, że teraz grozi mu bankructwo. Z Krajowego Rejestru Sądowego wynikać ma, że Grzegorz Bierecki, były długoletni prezes Krajowej SKOK, zasiada w zarządach pięciu podmiotów oplatających SKOK-i (SKOK Holding, Arenda Bierecki, MP 59 Bierecki Sosnowski, SIN Bierecki oraz Fundacja Sanitas), a także w radach nadzorczych piętnastu kolejnych (SKOK Stefczyka, Stefczyk Nieruchomości, Asekuracja, TUnŻ SKOK, TUW SKOK, TFI SKOK, TF SKOK, Apella, eCard, TZ SKOK, TZ SKOK SKA, Stefczyk Finanse i jeszcze trzy fundacje na dokładkę). I jeszcze w wolnych chwilach szefuje WOCCU, skok-owemu stowarzyszeniu z siedzibą w USA. Jego brat Jarosław jest w dwóch zarządach i dziewięciu radach, Adam Jedliński zasiada w siedmiu gremiach zarządczych, Grzegorz Buczkowski w piętnastu, zaś Andrzej Sosnowski - w ośmiu. Ludzie renesansu, prawda? Dalibyście radę pracować w tylu miejscach naraz? Pisałem już jakiś czas temu, że prezes Bierecki jakoś daje radę. A w tym czasie pracownicy SKOK-ów drżą o swoją przyszłość i nawet porządnie nie mogą się ubezpieczyć od utraty pracy. Według obliczeń KNF spółki kontrolowane przez SKOK Holding w 2012 r. wypłaciły członkom swoich zarządów i rad nadzorczych co najmniej 17 mln zł wynagrodzenia.

      Co to wszystko oznacza? Ano chyba to, że uzdrawianie SKOK-ów nie będzie miało większego sensu, dopóki nie zostaną przerwane nici, które powodują, że pieniądze ze SKOK-ów wyciekają nie tylko wskutek fatalnej polityki kredytowej i braku zarządzania ryzykiem, ale też wskutek jakichś dziwnych układów z zaprzyjaźnionymi podmiotami. Czas pewnie zadać też pytanie o intencje ludzi zarządzających dziś systemem SKOK, a zwłaszcza zarządu Krajowej SKOK. Bo z jednej strony pozwala on na to, że pieniądze ciekną ze SKOK-ów jak z durszlaka, a z drugiej strony nie pomaga SKOK-om w uzyskaniu finansowania w trudnych chwilach. Na razie KNF sukcesywnie odsuwa od zarządzania SKOK-ami osoby, które - jak można się domyślać - są odpowiedzialne za kultywowanie kosztownych powiązań finansowych, utrudniających skuteczną restrukturyzację. Wygląda na to, że SKOK-i, jeśli mają przetrwać ten kryzys i być kiedyś lokalną konkurencją dla banków, wymagają nie tylko oczyszczenia finansowego, ale i personalnego. Pytanie czy da się tego dokonać "na miękko", bez - choćby kontrolowanego - bankructwa dużej części systemu.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Centrala SKOK-ów pod lupą KNF. Jak płynie kasa na ratowanie Kas? Niepatriotycznie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 października 2014 08:07
  • wtorek, 21 października 2014
    • UOKiK na odsiecz ofiarom polis inwestycyjnych! Od dziś łatwiej odzyskać pieniądze?

      Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów urządził dziś sobie małą egzekucję na firmach oferujących klientom słynne polisy inwestycyjne. Nałożył 50 mln zł kar, zakwestionował nowe warunki proponowane klientom oraz zapowiedział, że żąda wyrównania przez winne firmy strat wszystkim klientom, którzy zostali wprowadzeni w błąd. Tym, którzy spędzili ostatnie kilka lat na Marsie przypomnę pokrótce, że chodzi o popularne swego czasu kontrowersyjne plany oszczędnościowe opierające się na inwestycjach w fundusze bądź w produkty strukturyzowane, a sprzedawane pod hasłem "bezpieczna lokata". Są opakowane w polisę na życie i sprzedawane przez firmy ubezpieczeniowe, które zarabiają na tym lepiej, niż na tradycyjnych ubezpieczeniach. A klient nie może się z nich bezkarnie wycofać przez 10- 15 lat, często musi płacić bardzo wysokie opłaty za zarządzanie, zaś gwarancja zwrotu wpłaconego kapitału obowiązuje tylko czasami i to tylko na koniec inwestycji, w wartościach nominalnych. Zainwestowały w to-to setki tysięcy osób (jeśli nie miliony), z czego część - tylko dzięki perswazji zawodowych kito-wciskaczy.

      Czasem firmy ubezpieczeniowe uwzględniają reklamacje klientów, żądających zwrotu pieniędzy bez potrącania opłat likwidacyjnych, ale z reguły jest to możliwe tylko wtedy, gdy a) zgłosi się większa grupa klientów ze znaną kancelarią prawniczą pod pachą, b) jeśli klient może udowodnić czarno na białym, że nie dostał części dokumentów do wglądu (lub że firma nie dopełniła jakichś obowiązków informacyjnych), albo jeśli c) w plan inwestowania został wpuszczony emeryt, któremu żaden doradca finansowy na świecie nie miał prawa sprzedać 25-letniego produktu inwestycyjnego. Kto tych warunków nie spełnia, przeważnie jest odsyłany z kwitkiem i skazany na drogę sądową. Nie rozumiałem do tej pory dlaczego takich osób nie chce wspierać Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który przecież jest utrzymywany z naszych podatków właśnie po to, żeby amortyzować przewagę profesjonalnych finansisów nad przeciętnymi klientami. Wygląda na to, że UOKiK wreszcie postanowił wyjść z mysiej nory i podjąć się tej nory. Co się dzisiaj wydarzyło i co to oznacza dla posiadaczy polis inwestycyjnych?

      SPRZEDAWCY POLIS ZAPŁACĄ 50 MLN. Z punktu widzenia konsumenta to najmniej ważna sprawa, ale warto o niej wspomnieć, bo kary nałożone przez urzędników są srogie. Aegon ma zapłacić do budżetu państwa 23,5 mln zł, Idea Bank - prawie 4,2 mln zł, Open Finance - niemal 1,7 mln zł, zaś Raiffeisen Polbank - 21,1 mln zł. Zapewne wszystkie firmy odwołają się od decyzji UOKiK do sądu, więc sprawa wciąż pozostaje otwarta, ale niewątpliwie producenci i sprzedawcy polis (nawet ci, którzy już zaprzestali ich oferowania, a "tylko" muszą sobie radzić z niezadowolonymi klientami starych polis) znajdą się pod presją. UOKiK zasygnalizował, że prowadzi 24 kolejne postępowania i jest pewne jak w banku, że i one zakończą się większymi lub mniejszymi karami. Będą one tym mniejsze, im więcej starań dołożą sprzedacy niby-polis, żeby naprawić grzechy w stosunku do klientów. Być może niejedna firma, która dziś odsyła wprowadzonych w błąd klientów z kwitkiem, przemyśli swoje postępowanie i wyjdzie z jakimiś propozycjami ugodowymi.

      DORADCY OPEN FINANCE I IDEA BANKU WPROWADZALI W BŁĄD. Urzędnicy UOKiK uznali - głównie na podstawie skarg klientów, ale i po analizie dokumentów, które otrzymali od pośrednika finansowego - że doradcy Open Finance przekazywali klientom informacje o ubezpieczeniach inwestycyjnych w sposób wprowadzający konsumentów w błąd. Nie poświęcili wystarczająco dużo czasu wyjaśnieniu kwestii ryzyka, eksponowali głównie korzyści związane z inwestycją, nie mówili całej prawdy o kosztach wycofania się z interesu. UOKiK wytknął, że dokumenty przekazywane doradcom na szkoleniach m.in. w niepełny sposób prezentowały zasady 100%-owej ochrony kapitału ("bez szczegółowego wyjaśnienia w jaki sposób należy to interpretować"), zaś produkty były nazywane w sposób, który mógł wprowadzić klienta w błąd (np. "Plan Oszczędnościowy Bezpieczne Oszczędzanie", "Bezpieczny Zysk", "Kurs na 8% Zysk". W orzeczeniu UOKiK czytam: "Większość z nazw była powiązana z pojęciami sugerującymi osiągnięcie zysku oraz z określeniami, które mogą w sposób bezpośredni być odbierane jako zapewnienie stabilności i pewności efektu inwestycji np. bezpieczny, emerytura, oszczędzanie, przyszłość, stabilny zysk, bezpieczny zysk. Nazwa (...) sugerowała konsumentom, że oferowany był im produkt gwarantujący zysk i bezpieczeństwo".

      Z decyzji UOKiK nie wynika, by w dokumentach podsuwanych klientom były poważne nadużycia. Każdy dostawał "Deklarację przystąpienia", wypełniał "Oświadczenie ubezpieczonego", odbierał "Karty informacyjne". A tam informacje o ryzykach i o tym, że to nie jest lokata bankowa. Natomiast fakt, że klienci podpisali, że rozumieją w co się pakują, zdaniem UOKiK nie wystarczył, by rozgrzeszyć sprzedawców. Urzędnicy uznali, że "konsument mógł zostać łatwo wprowadzony w błąd, co do cech jakie posiadały oferowane produkty. Osiągnięcie tego efektu nastąpiło m.in. przez położenie w trakcie prezentacji produktu nacisku na potencjalne korzyści, jakie można uzyskać dzięki oferowanym produktom, kosztem informacji o realnych ryzykach, jakie się z nimi wiążą". Według UOKiK z opisów prowadzonych z klientami spotkań wynika, że pracownicy zdawali sobie sprawę z preferowanych przez konsumentów cech produktów i pomimo tego prowadzili z nimi rozmowy w taki sposób, aby klienci wierzyli, że przedmiotem rozmów są produkty związane z bezpiecznym oszczędzaniem. "Konsumenci powinni być informowani o ryzyku płynności związanym z warunkami wycofania pieniędzy przed terminem, przy wyraźnym wskazaniu wszelkich prowizji, opłat, potrąceń i kar związanych z wcześniejszym zakończeniem inwestycji" - dodaje UOKiK. A, jak wiadomo, w większości przypadków takiej informacji klienci nie otrzymali w rozmowie ze sprzedawcami.

      AEGON NIELEGALNIE ZMIENIŁ OPŁATĘ LIKWIDACYJNĄ. Firma Aegon, która jeszcze w 2012 r. została przez UOKiK napiętnowana za to, że obciążała klientów wycofujących się z jej planów oszczędnościowych opłatami likwidacyjnymi, sięgającymi 99% wpłaconych pieniędzy (składek, nie zysków!), zmieniła opłaty likwidacyjne na nieco mniej dolegliwe. Ale po pierwsze zrobiła to jednostronną decyzją zarządu (bez zgody klientów), a po drugie - nowa opłata likwidacyjna ma dość podobną konstrukcję do starej. I to właśnie nie spodobało się UOKiK-owi, który doszedł do wniosku, że Aegon gra mu na nosie. (umowy ubezpieczeniowo-inwestycyjnej nie można zmienić w trakcie jej trwania - art. 830 Kodeksu.cywilnego). Urzędnicy nałożyli za to drakońską karę i zobowiązali aegonowców do wykonania zaleceń - czyli uczynienia opłaty likwidacyjnej zgodną z prawem. To może być bardzo ważne orzeczenie z punktu widzenia klientów Aegonu, którzy mają w tej firmie otwarte polisy, jak również dla tych, którzy się wycofali, akceptując wyliczoną po nowemu opłatę likwidacyjną. Szczegóły - w kolejnym wpisie.

      RAIFFEISEN ŁAMAŁ PRAWO PRZEZ TELEFON. Niektórzy sprzedawcy nie trudzili się nawet, by spotykać się z klientami, ale po prostu zawierali z nimi umowy na wieloletnie produkty oszczędnościowe po prostu... przez telefon. Tak robił m.in. Raiffesien Bank w stosunku do swoich klientów, których potem obciążał składkami pobieranymi bezpośrednio z ich ROR-ów. Ale robił to w sposób, który okazał się - według urzędników UOKiK - bezprawny i w dodatku nie uznawali prawa klientów do wycofania się z tak dziwacznie zawartej umowy w ciągu 30 dni. Na czym dokładnie polegało przestępstwo? Według UOKiK Raiffeisen nie przekazywał klientom przed zawarciem umowy - a powinien to zrobić na piśmie lub za pomocą innego "statycznego nośnika informacji dostępnego dla konsumenta" – informacji o istotnych cechach polisy, cenie i opłatach oraz o sposobie odstąpienia od umowy. Oczywiście klienci nie dowiadywali się, ze nie mogą wypłacić pieniędzy przed upływem określonego czasu. Ale ta sprawa jest dość stara - Raiffeisen przestał sprzedawać polisy inwestycyjne przez telefon w 2012 r., co oznacza, że orzeczenie UOKiK trzeba czytać głównie jako akt sprawiedliwości dziejowej oraz ewentualną pomoc dla niedobitków, które ewentualnie walczą z bankiem o zwrot pieniędzy.

      BĘDZIE LIMIT NA PROWIZJE AGENTÓW? Urzędnicy zasygnalizowali nie tylko możliwość nakładania dalszych drakońskich kar (które wszakże muszą jeszcze obronić w sądzie), ale i wprowadzenie nowych regulacji. Podobno jakiś propozycje UOKiK-u zostały przesłane już do rządu w ramach prac nad zmianami w ustawie o działalności ubezpieczeniowej. UOKiK chce m.in. ustalenia maksymalnej wysokości prowizji pobieranej w przy oferowaniu tego typu produktów. To dobry pomysł, bo właśnie gigantyczne prowizje - nawet w wysokości całorocznej składki klienta - spowodowały większość wynaturzeń i przekształciły niektórych sprzedawców w nieetycznych zbirów. Tyle, że to się da pewnie ominąć - sprzedawcy będą dostawali pieniądze formalnie za inne usługi i tyle. Dopóki firmy ubezpieczeniowe nie postawią szlabanu dla wysokich prowizji, to regulacje administracyjne mogą być mało skuteczne.

      CO TO DLA NAS OZNACZA? Decyzje UOKiK w sprawie polis inwestycyjnych mogą mieć potencjalnie ogromne znaczenie dla tych z Was, którzy po dobroci lub w sądzie walczą o odzyskanie pieniędzy z tego typu polis, gdyż czują się wprowadzeni w błąd i oszukani. UOKiK daje Wam do ręki nieoceniony dowód rzeczowy - organ państwowy stwierdził autorytatywnie, że dana instytucja złamała zbiorowo prawa konsumentów. Jasne - to nie dowodzi jeszcze niezbicie, że złamała też Wasze, ale sąd może uznać to za wysoce prawdopodobne (bo niby dlaczego wobec Was doradca miałby się zachować inaczej, niż wykazał to UOKiK w odniesieniu do całych tłumów klientów?). Do każdej reklamacji, pisma przedsądowego, pozwu sądowego przeciw Aegonowi, Open Finance, czy Idea Bankowi należy więc załączyć UOKiK-owską decyzję. Nie zaszkodzi to na pewno, a może pomoże. Sąd może oczywiście bardzo dokładnie przeczytać decyzję UOKiK i po tej lekturze dojść do wniosku, po pierwsze jest ona nieprawomocna (zakładam, że UOKiK będzie musiał jeszcze udowodnić w sądzie, że miał rację), a po drugie - że wynikają z niej "tylko" niezgodne z prawem praktyki sprzedażowe, ale nie wykazano, żeby w papierach było coś nie tak. Klient podpisał, że się pisze na taką, a taką inwestycję, że akceptuje ryzyko itp. A że nie rozumiał co podpisuje? Albo że sprzedawca wmówił mu, że podpisuje coś zupełnie innego? To już inna sprawa. Prawdę pisząc, rzadko się jednak zdarza, żeby sąd nie wziął pod uwagę stanowiska tak poważnego urzędu, jak UOKiK. Wasze życie powinno więc od dziś być łatwiejsze.

      UOKiK POMOŻE NAPRAWIĆ SZKODY? W dokumentach UOKiK wyczytałem też jeszcze jedną ciekawą zapowiedź. Że urząd uważa za niezbędne "nałożenie na instytucje finansowe zaangażowane w sprzedaż [polis inwestycyjnych - red.] obowiązku usunięcia negatywnych skutków dla wprowadzonych w błąd klientów". Kto wie, czy nie skończy się to jakąś ustawą, na podstawie której produkty tego typu zostaną de facto zdelegalizowane, a firmy ubezpieczeniowe będą musiały oddać klientom pieniądze? Na razie aż tak dalekich spekulacji bym nie snuł, ale być może wkrótce doczekamy się tak promowanego przeze mnie systemowego rozwiązania kwestii polis inwestycyjnych - każdy, kto czuje, że został wprowadzony w błąd, będzie mógł się wycofać bez opłat karnych. Zapewne nie będzie to oznaczało, że nie straci żadnych pieniędzy (bo nie sądzę, żeby dało się zgodnie z prawem wywalczyć zwrot wpłaconych pieniędzy "po nominale" przez każdego klienta), ale kajdany mogą zostać zdjęte.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Maciej_SamcikokladkaJAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      Jak inwestować i pomnażać

      DRUGIE WYDANIE BESTSELLERA O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „UOKiK na odsiecz ofiarom polis inwestycyjnych! Od dziś łatwiej odzyskać pieniądze?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 października 2014 15:39
    • Jordan Belfort wam tego nie powie: jak walczyć z nieetycznymi sprzedawcami finansowego kitu?

      Ktoś mi ostatnio podesłał zaproszenie na spotkanie z niejakim Jordanem Belfortem, pierwowzorem książki i filmu "Wilk z Wall Street". Za jedyne 295 zł mogę dowiedzieć się "jaka prawda stoi za jego sukcesem" i w jaki sposób zbudował "jedną z najszybciej rosnących organizacji sprzedażowych na Wall Street", jak udawało mu się zarządzać armią 1000 agentów "przeszkolonych w zakresie jego autorskich technik sprzedaży". Za jedyne 3000 zł (bilet Platinium) Jordan opowie mi osobiście o tym, co uniemożliwia mi zrobienie takiej kariery i zarobienie takich pieniędzy, jak on. Niech zgadnę: skrupuły? ;-). Z zaproszenia wynika, iż "świat uczy się od Jordana Belforta". Tak, coś o tym słyszałem, gość ma w Polsce kilku pojętnych uczniów. I kilka tysięcy czeladników - takich, co sprzedadzą własną matkę, żeby wcisnąć klientowi bezwartościowe g... opowiadając przekonująco, że właśnie ów klient robi deal życia. Oczywiście, przydaje się też odpowiednia motywacja i coaching  ;-)

       

      Obawiam się, że znam kilka osób, które powinny koniecznie wpaść do Jordana, bo już schodzą na złą drogę ;-). Miałem ostatnio okazję prowadzić dyskusję podczas dorocznego spotkania certyfikowanych doradców finansowych - takich, którzy zdają co roku europejski egzamin EFPA i tym samym gwarantują swoim klientom "certyfikowaną" jakość usług. Ponieważ na sali byli głównie doradcy pracujący w bankach (i obcujący z klientami private banking, nie z takimi żuczkami, jak my), postawiłem przed nimi pytanie o konflikt interesów - czy da się jednocześnie działać w interesie klienta i nie działać na szkodę własnego pracodawcy? Zresztą dylemat ten dotyczy nie tylko tych "doradców klienta", którzy są zatrudnieni przez banki. Przecież doradcy finansowi są w tej samej sytuacji - mają prowizję od banku i jeśli kierują się wysokością własnego zarobku, to ich praca z uczciwym doradzaniem klientowi nie musi mieć nic wspólnego. Może więc - tę myśl podrzucił mi ostatnio redakcyjny druh - po prostu trzeba skończyć ten kabaret i zakazać nazwania pracowników obsługi klienta "doradcami klienta", albo :doradcami finansowymi", dopóki nie pobierają opłat za swoje usługi od klientów, którym doradzają? Albo drugi pomysł - może trzeba wprowadzić w tej branży licencje, idąc pod prąd deregulacji? Postępując nieetycznie można byłoby ją stracić, co nie dawałoby już takiemu pracownikowi szansy spotykania się z klientami

      IMG_5533

      Moi rozmówcy - a w panelu dyskusyjnym byli reprezentowani certyfikowani private bankerzy, ich szefowie, klienci oraz ci, którzy prowadzą proces certyfikacji - przeciwko licencjom, egzaminom itp. nic nie mają. Choć to pewnie odcięłoby dostęp do doradztwa finansowego wielu Polakom, tak jak stało się na rynku doradców inwestycyjnych, mających wyłączne prawo do rekomendowania zakupu albo sprzedaży akcji - kogo dzisiaj stać na zatrudnienie doradcy inwestycyjnego z licencją? Z drugiej strony - skoro żeby rekomendować komuś zakup akcji trzeba mieć licencję, to dlaczego nie miałaby być potrzebna tym, którzy mogą człowieka utopić na całe życie, rekomendując mu Librę, Lucro, albo frankowy kredyt hipoteczny na 130% LTV w zgrzewce z inwestycją w fundusze akcji? A może zamiast licencji wystarczyłaby zasada współodpowiedzialności doradcy klienta, czy też doradcy finansowego w sytuacji, gdyby jego sugestia okazała się wyjątkowo niekorzystna dla klienta? Tylko jak udowodnić, że klient podjął decyzję pod wpływem sugestii, a nie z własnej inicjatywy? I jak ustalić granicę, która oddziela decyzję niekorzystną od "wyjątkowo niekorzystnej"? Trzeba by tworzyć papierową dokumentację wszystkich rozmów doradcy z klientem (a i to przecież nie znosi ryzyka, że klient podpisze coś, czego nie przeczytał) albo... nagrywać rozmowy. Tak źle i tak niedobrze.

      Ja uważam, że "doradca klienta" albo "doradca finansowy" to powinny być zwroty zarezerwowane dla ludzi, którzy pracują na rzecz klienta w zamian za opłatę pobieraną od klienta? Moi rozmówcy na konferencji EFPA przekonywali, że z tym konfliktem interesów, który mnie tak boli, nie jest tak, jak myślę, bo przy etycznym prowadzeniu biznesu da się ów konflikt sprowadzić do minimum. A więc proponować klientowi takie produkty, na których i on może zarobić i bank nie straci. A jeśli takiego produktu nie ma w ofercie - to powiedzieć o tym klientowi prosto z mostu. EFPA-iści zarzekali się, że wielokrotnie zdarzyło im się powiedzieć klientowi: "w moim banku nie ma kredytu/lokaty, którą sam uznałbym za wystarczająco dobrą". Nie sprzedali produktu, ale zachowali klienta, który w dłuższym terminie przyniesie firmie dochód na prowizjach od innych produktów. Znacie chociaż jednego doradcę bankowego, albo finansowego, którzy by tak postępował? Ja znam dosłownie kilkoro. I wielu takich, którzy nie zrezygnowaliby z jednorazowej prowizji na rzecz uczciwej porady. Jak "wyprodukować" więcej doradców, którzy byliby na to gotowi? Podczas dyskusji zdefiniowaliśmy kilka warunków, które ułatwiają rzetelne doradztwo finansowe.

      IMG_55252

      Poproś o sensowny plan sprzedażowy. Jeśli pracownik - nieważne, czy obsługujący milionera, czy zwykłego klienta - ma wpisane w plan sprzedażowy, że musi w miesiącu sprzedać kart kredytowych, to trudno liczyć, że będzie się zachowywał etycznie. Część z doradców z cerfyfikatami EFPA twierdzi, że mają w swoich planach sprzedażowych wpisany tylko jeden warunek: wzrost aktywów pod zarządzaniem i wzrost przychodów na określonym, niezbyt wysokim poziomie. To oznacza, że ich pracodawca nie mówi im: "masz sprzedać tyle-a-tyle kredytów gotówkowych oraz wcisnąć frajerom tyle-a-tyle struktur" Mówi im tylko, że mają tak zarządzać klientami, żeby albo przychodzili do niego nowi (generujący wzrost aktywów i przychodów), albo ci obecni przynosili do niego nowe pieniądze. Każda błędna, niezgodna z interesem klienta porada może oznaczać odejście klienta, jego aktywów i zmniejszenie się przychodów. Proste i nieskomplikowane, prawda? Tak: od sensownego planu sprzedażowego wszystko się zaczyna. Jeśli bank ma furę nieetycznych sprzedawców, to nie tylko dlatego, że źle trafił z rekrutacją. To prezes, wiceprezes, dyrektor pionu oraz szef departamentu odpowiadają za to, że w banku szerzą się nieetyczne lub wręcz bandyckie praktyki sprzedażowe.

      Zbuduj zaufanie klienta. A do tego niezbędne jest zastosowanie innej zasady: poznaj klienta, zanim coś zaproponujesz. Tę z kolei warto zblokować z kolejną: nie sprzedawaj nic na pierwszym spotkaniu. Na drugim też niekoniecznie ;-). Im lepszą relację zbudujesz z klientem zanim zaproponujesz mu pierwszy produkt finansowy, tym większa szansa, że bedzie on "trafiony". A jeśli tak, to zyskasz zaufanie klienta, który przyniesie ci kolejne pieniądze. Budowanie zaufania w Polsce - nie tylko w branży finansowej - przypomina spacer po polu minowym. Żeby nie wybuchnąć (dosłownie i w przenośni) warto trzymać się z daleka od skomplikowanych produktów, których klient mógłby nie zrozumieć. Bo jeśli na nich nie zarobi - odpowiedzialnością obarczy swojego doradcę. Jeśli zaoferujesz proste, klarowne, przejrzyste produkty, które razem rozłożycie na czynniki pierwsze, to ryzyko porażki klienta spadnie. Jeśli czegoś nie rozumiesz, nie wiesz, nie potrafisz odpowiedzieć na pytanie klienta - przyznaj się do tego - dobędziesz punkty za szczerość. A jak klient podejmie jakąś decyzję dotyczącą inwestycji - upewnij się dlaczego właśnie tak zdecydował. Znając tok myślowy klienta i upewniając się, że nie podejmuje decyzji o swoich pieniądzach na zasadzie ślepego strzału, działasz w jego interesie.

      Zaoferuj klientowi wybór. Uczestniczyłem ostatnio jako ekspert w ogólnoeuropejskim projekcie jednej z finansowych grup kapitałowych. Efektem tego projektu ma być wykreowanie mechanizmów, które powolą promować etyczną sprzedaż bez negatywnego impaktu na wyniki finansowe firmy, zaś z pozytywnym wpływem na długoterminowe relacje z klientami. Jedną z moich rekomendacji - usłyszałem ją także podczas spotkania EFPA - było: zbuduj otwartą platformę produktów lub przynajmniej zaoferuj klientowi wybór spośród kilku własnych produktów. Otwarta plaftforma to ważny instrument, pozwalający lepiej wykorzystywać kompetencje doradców klienta. Co z tego, że ma on pięć certyfikatów, skoto bank nie ma w ofercie wystarczająco szerokiego portfolio produktów? A tu nie chodzi tylko o komfort i wykorzystanie kompetensji doradcy klienta, ale i o podejście do klienta. Żeby mógł dokonać świadomego wyboru, trzeba mu ten wybór dać. A jeśli przychodzi się do niego z jednym produktem, który jest akurat w promocji, to nie ma co mówić o budowaniu z klientem długoterminowej relacji. A jeśli nie będziesz potrsfił dać klientowi odpowiedniego wyboru, to... pozwól mu odejść. Niech wie, że prędzej nie zarobisz na nim pieniędzy, niż źle mu doradzisz. Jeśli jest rozsądny, prędzej czy później do ciebie wróci.

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA TWORZYĆ DOBRE STANDARDY. Blog "Subiektywnie o finansach" to nie tylko narzekanie i kopanie finansistów po kostkach. Nie stronię od dyskusji z przedstawicielami branży finansowej, by pomóc im tworzyć i krzewić dobre standardy. Już drugi rok z rzędu wezmę w tym roku udział - jako członek Rady Marek Superbrands - w renomowanym plebiscycie Superbrands, który wyłania najsilniejsze marki biznesowe, także w branży finansowej. Pomagam też wybrać Liderów Świata Bankowości, zasiadając w jury tego konkursu. Na Forum Bankowym 2014, największej imprezie środowiska bankowego, miałem przyjemność powiedzieć kilka słów do bankowców i poprowadzić panel dyskusyjny poświęcony temu jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych

      Forum Bankowe 2014

      Miałem też zaszczyt poprowadzić debatę podczas konferencji "Nienieodpowiedzialni" poświęconej etyce i zrównoważonemu rozwojowi w branży finansowej. Cieszę się, bo mam już w ręku zaproszenie na kolejną edycję tego zacnego przedsięwzięcia. 

      samcik nienieodpowiedzialni 1

      Podczas niedawnego VIII Forum Assistance, największego w Polsce spotkania ludzi specjalizujących się w działalności bancassurance miałem z kolei okazję poprowadzić dyskusję o tym, w jaki sposób banki powinny oferować produkty ubezpieczeniowe, by było to bezpieczne dla klientów i etyczne. Jako specjalny bonus wszyscy uczestnicy tej imprezy otrzymali moją ostatnią książkę z dedykacją

      forum_assistance

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZNÓW DOCENIONA. Dowody sympatii i uznania otrzymuję zarówno od czytelników, jak i od ekspertów - za co jestem wszystkim bardzo wdzięczny.Ostatnio mile zaskoczyła mnie wiadomość - którą chcę się z Wami podzielić - iż otrzymałem nominację w konkursie "MediaTory", organizowanym przez krakowskich studentów (chcą mnie wyróżnić w kategorii "InicjaTor", za łączenie rzetelności i żartobliwością). To kolejny splendor, który spłynął na mnie dzięki Wam. W tym roku wielką frajdę przyniosła mi nagroda "Heros Rynku Kapitałowego", przyznawana przez środowisko inwestorów indywidualnych...

      sii3www

      a także nagroda "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny" w konkursie portalu Money.pl. oraz nominacja do nagrody im . Mariana Krzaka (po dziesięciu latach od zdobycia tej nagrody w jednej z poprzednich edycji). Subiektywność znalazła się też wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. To dla mnie dowód, że mrówcza praca ma sens i zobowiązanie, żeby nie zwalniać tempa ;-).

      Nagroda Fikusa 2014

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Jordan Belfort wam tego nie powie: jak walczyć z nieetycznymi sprzedawcami finansowego kitu? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 października 2014 09:52
  • poniedziałek, 20 października 2014
    • Ubezpieczyli pracowników SKOK-ów od utraty pracy. Gdy się zorientowali - wpadli w panikę

      Pod koniec zeszłego tygodnia wyszła na jaw dziwna historia pewnego ubezpieczenia od utraty pracy, które zostało nagle... unieważnione wbrew woli klientów. Zdecydowały o tym unieważnieniu wspólnie firma ubezpieczeniowa (Europa) oraz sprzedawca polisy (Expander). Zaskoczeni klienci dostali od Expandera pismo z informacją, że umowa ubezpieczenia z dniem 1 października wygasa. I że dostaną zwrot składki za okres ochrony, z którego w zaistniałych okolicznościach nie skorzystają. Firma ubezpieczeniowa powołała się na art. 816 Kodeksu cywilnego, który mówi, że "w razie ujawnienia okoliczności, która pociąga za sobą istotną zmianę prawdopodobieństwa wypadku" jedna strona może przeliczyć wysokość składki (tak, żeby odzwierciedliła wzrost ryzyka ubezpieczeniowego), zaś druga może wypowiedzieć umowę. W tym przypadku firma Expander, która ubezpieczyła swoich klientów, nie zgodziła się na wzrost składki, ponoć wielokrotny. A klienci, którzy w dobrej wierze wykupili polisę i zapłacili składki, zostali potraktowani jak worek kartofli. Była polisa - nie ma polisy. Bo im się już nie opłaca nas ubezpieczać. Jak to możliwe?

      Na zdrowy rozum wygląda to na rozbój w biały dzień. To tak, jakbym wziął z banku kredyt oprocentowany według stałej stopy, a po kilku miesiącach bank powiedziałby mi: "sorry kolego, ale naudzielaliśmy twoim kolegom trefnych kredytów i mamy trochę strat, więc musimy ci podnieść oprocentowanie". A jak się nie podoba, to przecież można spłacić kredyt od razu i pójść do konkurencji. Brzmi to słabo, ale tak mniej więcej zachowali się Europa z Expanderem - umówili się z ludźmi na roczne ubezpieczenie na określonych warunkach, a potem doszli do wniosku, że się rąbnęli w rachunkach, więc muszą zerwać umowę. A to są profesjonaliści, którzy nie powinni dopuścić do sytuacji, w której muszą wypłacić więcej świadczeń, niż zebrali składek. A jeśli dopuścili, to może powinni mieć resztki honoru, żeby wziąć na klatę skutki swojej niekompetencji lub niedostatków w przewidywaniu przeszłości?

      Jest i druga strona medalu. Owszem, umowa była spisana na rok, ale klienci nic nie stracili - przez kilka miesięcy byli chronieni polisą od utraty pracy, ze wszystkich zobowiązań firma ubezpieczeniowa się wywiązuje na bieżąco, zaś za niewykorzystany okres ubezpieczenia uposażone osoby dostaną zwrot składki. Ot, po prostu przedterminowe rozwiązanie umowy, takie samo jak w przypadku komunikacyjnych polis OC po sprzedaży auta. Wtedy też firma ubezpieczeniowa zwraca pieniądze za niewykorzystany czas ochrony, choć wina jest po stronie klienta, który umówił się na roczne ubezpieczenie, a zerwał umowę wcześniej. Ale skoro można w ten sposób się wymówić z ubezpieczania klientów, to czy tego rodzaju ubezpieczenia w ogóle mają jeszcze jakiś sens? Co z tego, że wykupię polisę zdrowotną, jak potem się dowiem, że ona już nie obowiązuje, bo ubezpieczyciela doszły słuchy, iż zbliża się epidemia grypy i unieważnił mi ubezpieczenie? Albo skasują mi polisę turystyczną, bo dojdą do wniosku, że tam, gdzie lecę, jest strajk służb lotniskowych i rośnie ryzyko kradzieży bagażu. Owszem, mogę sobie szukać nowego ubezpieczenia, ale to kosztuje czas i nerwy.

      Takie numery podważają zaufanie do ubezpieczeń i do konkretnych firm. Komunikaty Europy i Expander niewiele tłumaczą, wynika z nich jedynie, że Europa mocno podniosła składkę wskutek tajemniczego "ujawnienia okoliczności", a Expander uznał, że nie ma sensu przerzucać tego na klientów. Kto zawinił? Jakie okoliczności "zostały ujawnione"? Czy profesjonaliści od ubezpieczeń naprawdę nie potrafili ocenić ryzyka i teraz wpadli w panikę, że nie zarobią pieniędzy? A może zostali oszukani przez pośrednika? Alarmujące wieści na temat tej sprawy przychodziły do mnie przez cały zeszły tydzień. Poprosiłem Europę - producenta polisy - o wyjaśnienia, ale w kilku turach dostałem dość ogólnikowe oświadczenia. Dopiero lektura Waszych doniesień rzuca sporo światła na tę historię. Najpierw oddam głos pani Annie:

      "Mam nadzieję, że zainteresuje Pana sytuacja w jakiej się znalazłam, jak i kilkaset innych osób w Polsce. W styczniu 2013 roku ubezpieczyłam się w TU Europa na wypadek utraty pracy. Ubezpieczenie to zgodnie z warunkami było zawarte na rok z automatycznym przedłużeniem. Kilka dni temu otrzymałam wypowiedzenie od ubezpieczyciela i pośrednika. Podobno zmieniły się okoliczności i musiałabym zapłacić wyższą składkę za przedłużenie polisy oraz wstecz - od stycznia 2013. Prawdopodobnie składkę podnieśli 20-krotnie. Czuję się oszukana, ponieważ ubezpieczałam się po to, żeby czuć się bezpieczniej. Myślę, że na decyzję firmy ubezpieczeniowej ma wpływ fakt, że wielu z ubezpieczonych jest pracownikami różnych SKOK-ów. Choć przecież nigdzie nie jest powiedziane, że będę zwolniona. Myślę że jest to nieuczciwy biznes, by ubezpieczenie obowiązywało tylko wtedy, kiedy opłaca się ubezpieczycielowi".

      - pisze pani Anna. Wynikałoby z tego - jak również z innych listów, które dostałem, że firma ubezpieczeniowa wpadła w panikę, gdy zorientowała się, że polisy kupiło w Expanderze sporo pracowników SKOK-ów, obawiających się utraty pracy. Tylko, że - do jasnej ciasnej - to chyba naturalne, że ubezpieczenia od utraty pracy, zwłaszcza jeśli są sprzedawane jako oddzielny produkt, wykupują głównie ci, którzy aktualnie boją się utraty pracy. W Europie nie chcieli mi potwierdzić wiadomości o 20-krotnym wzroście składki. Raz napisali, że był "istotny", a potem, że "duży". Jak to się stało, że dopiero teraz się ogarnęli i policzyli, że mają na pokładzie samych "ryzykownych" klientów? 

      "W połowie stycznia w mojej już byłej pracy nagminnie kontaktowali się z nami doradcy finansowi z Expandera w celu przedstawienia nam bardzo korzystnego ubezpieczenia od utraty pracy. Przedstawiciel, który przedstawił nam ofertę był bardzo dobrze zorientowany jeżeli chodzi o sytuację mojej firmy, informując jednocześnie, iż dużo osób się już od nas ubezpieczyło. Okres karencji wynosił tylko 30 dni. W połowie lipca uzyskałam informację od pracownika Expandera, iż produkt ten został wycofany, gdyż prawdopodobnie Europa przeliczyła się, jednak osoby, które zawarły umowę, nie mają się czym martwić, ponieważ ona dalej obowiązuje"

      - pisze kolejna czytelniczka, pani Magda. Na początku września dostała wypowiedzenie z pracy ze skutkiem na 27 września. Pani Magda nie jest pewna, czy w ej przypadku Europa wywiąże się z umowy, bo warunkiem ubiegania się o ubezpieczenie jest dostarczenie świadectwa pracy, na które musiała poczekać, a także nabycie statusu osoby bezrobotnej i dostarczenie dokumentów do oddziału Expandera. A ona komplet dokumentów dostarczyła dopiero 3 października, dowiadując się od pracownika, że umowa ubezpieczenia już nie obowiązuje. Będę monitorował tę sprawę, bo jeśli ubezpieczyciel odmówi w tej sytuacji wypłaty, to okaże się niezłym zbójem. Ale wracając do głównego nurtu - z zeznań pani Magdy wynika, że expanderowscy sprzedawcy robili regularne naloty na firmy, o których wiedzieli, że pracownicy mogą tam mieć niejakie kłopoty z utrzymaniem pracy.Tym sposobem Expander sporządził Europie taki portfel uposażonych klientów, że hej. Cóż, dla sprzedawcy liczy się tylko prowizja. A na takie ubezpieczenie najłatwiej namówić kogoś, kto ma przeczucie, że za chwilę straci pracę. W Europie postawili na hurt, w Expanderze na ilość i się ze...psuło. Potwierdza to wszystko pani Joanna.

      "Na początku roku uzyskałam informację, że w firmie Expander można zakupić polisę ubezpieczeniową od ryzyka utraty pracy. Z uwagi na niepewną sytuację firmy i możliwość utraty stałego źródła dochodów postanowiłam "kupić sobie spokój" i uzbrojona w już zdobyte OWU udałam się do placówki Expandera w celu podpisania umowy. Mniej więcej w połowie marca do naszych biur zaczęli dzwonić pracownicy firmy Expander pytając, czy wiemy o ubezpieczeniu od utraty pracy, bo oni bardzo chętnie umówią nas na spotkanie z doradcą w celu zawarcia umowy. Czas mijał, niektórzy zostali "zmuszeni" do skorzystania ze świadczenia ubezpieczeniowego. Teraz jestem wzburzona, bo koleżanka z oddziału, w którym pracuję, została zwolniona (bynajmniej nie z powodu zdarzeń wykluczających świadczenie ubezpieczeniowe) i na początku października była w dwóch różnych oddziałach Expandera, gdzie nikt słowem nie wspomniał, że polisa nie działa".

      I wszystko jasne: firma ubezpieczeniowa chciała zarobić jak najwięcej kasy, więc zamiast sprzedawać polisy indywidualne, najlepiej jako umowy dodatkowe do innych produktów (żeby nie przyciągać tylko ryzykownych klientów obawiających się utraty pracy, lecz zbierać grupę o poziomie ryzyka "książki telefonicznej") zrobiła deal z pośrednikiem finansowym. Pośrednik też chciał zarobić jak najwięcej kasy, więc zaczął pchać produkt tam, gdzie mają wyrzucać z pracy. Szło jak woda, przynajmniej dopóki ktoś w Europie spojrzał w papiery i "ujawnił okoliczności", czyli że Expander przyniósł samych potencjalnie "złych" klientów. Wniosek dla klientów? Unikamy polis grupowych, sprzedawanych przez pośredników, bo chociaż są tanie, to potem możemy skończyć jako worek kartofli. Wniosek dla firm ubezpieczeniowych? Sprzedając polisy od utraty pracy lepiej uważnie dobrać sobie kontrahentów. Albo unikać hurtu, bo przy tym produkcie łatwo można wsadzić na minę. Biorąc pod uwagę, że tym razem na minę został wsadzony nie kto inny, jak Europa, dobrą pointą będzie powiedzenie: "nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka". Tylko dlaczego przy okazji po głowie dostają też klienci?

      "Nie interesuje mnie zwrot składki za niewykorzystany okres ubezpieczenia – chce być objęta ubezpieczeniem, w grudniu przyjęłam ofertę i dokonałem zakupu produktu, który miał mnie chronić, który miał zapewnić mi byt w okresie gdy będę bez pracy – nie wiem jak długo będzie istniał mój zakład pracy - pracuję w SKOK Kopernik razem z mężem - dlatego wykupiłam to ubezpieczenie jak wielu moich kolegów i koleżanki z pracy. Okazuje się jednak, że nie będę chroniona, bo ujawniły się jakiś okoliczności. Dlaczego mam odpowiadać za niekompetencję sprzedawców i aktuariuszy towarzystwa Europa. Nikt nie wyjaśnił mi jakież to okoliczności się ujawniły - w momencie zakupu polisy w naszym zakładzie pracy był już ustanowiony zarządca komisaryczny"

      - pisze do mnie kolejna czytelniczka, pani Anna. I trudno nie przyznać jej odrobiny racji. Dziś jej sytuacja jest taka, jak mieszkańca terenu zalewowego, który usłyszał w telewizji, że idzie powódź i pobiegł do zakładu ubezpieczeń po polisę. Nikt takiego klienta nie ubezpieczy. Pracownicy SKOK-ów, w związku z sytuacją w tej grupie finansowej, prawdopodobnie nie zaznają już spokojnego snu. A Expander i Europa? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpieczyli pracowników SKOK-ów od utraty pracy. Gdy się zorientowali - wpadli w panikę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 października 2014 09:27
  • niedziela, 19 października 2014
    • Kolejny bank daje klientom tablet w prezencie. Lecz ten prezent opłaci się tylko... czasami :-)

      Tablety są ostatnio w bankach w modzie. Niedawno opisywałem tabletową promocję Citi Handlowego, w której można było dostać iPada po spełnieniu kilu drobnych warunków. Z kolei w BNP Paribas można było dostać tablet prawie bez spełniania jakichkolwiek warunków, co skończyło się megaawanturą, bo w banku nie spodziewali się, że tak dużo ludzi w Polsce nie ma jeszcze tabletu, a chciałoby mieć. Warto też wspomnieć o prekursorach tabletowego szaleństwa z Idea Banku, w którym już w 2012 r. rozdawali takie urządzenia po złotówce, w zamian za założenie niewielkiej lokaty. Teraz coś idealnie płaskiego chciałby dać swoim klientom kolejny bank - niewielki BIZ Bank, obsługujący głównie firmy. Od czwartku każdy, kto weźmie w nim "Kredyt Ekspresowy" i spełni pewne dodatkowe warunki, otrzyma w prezencie tablet Samsung Galaxy Tab 4,7 o wartości mniej więcej 800-850 zł. Te warunki to założenie i utrzymywanie w BIZ Banku konta przez dwa lata, comiesięczne wpływy na poziomie 2000 zł miesięcznie oraz transakcje kartą płatniczą w wysokości co najmniej 500 zł miesięcznie. W praktyce sprowadza się to do propozycji: "wybierz nas na swój główny bank na najbliższe dwa lata i zadłuż się w nim, a dostaniesz prezent".

      BIZBanktablet

      Przyglądam się zawsze bardzo uważnie tego typu prezentom, bo zwykle wszystko sprowadza się do tego, iż klient funduje sobie tablet sam, z opłat, które musi ponieść przy okazji spełniania warunków koniecznych, by uzyskać prezent ;-). W BIZ Banku bezpośredniego przeliczenia "ile zapłacisz bankowi za to, żeby otrzymać prezent" zrobić się nie da, bo ROR, który trzeba założyć, kosztuje raptem 7 zł miesięcznie (dwuletni koszt jego prowadzenia to ok. 170 zł), zaś innych obowiązkowych kosztów nie ma. Chyba, że będziesz wypłacał pieniądze z bankomatów innych, niż BZ WBK (tylko te są darmowe), albo nie wypełnisz w którymś miesiącu jednego z warunków promocji (2000 zł wpływów, 500 zł transakcji kartowych). W takim przypadku bank naliczy karę w wysokości 30 zł miesięcznie. Nie podoba mi się takie stawianie sprawy, bo przecież z kartami różnie bywa - nie zawsze transakcje są rozliczane online, czasem trwa to dobrych kilka dni. Znam wiele przypadków, w których klienci banków byli niesłusznie gnębieni za to, że nie wykonali określonych transakcji kartą w danym miesiącu, a potem okazywało się, że wykonali, ale nie zostały od razu rozliczone. Gdyby BIZ Bank grał fair, nie wkładałby do taryfy opłat tak drastycznej kary, albo przynajmniej rozliczałby wartość transakcji w dłuższym okresie, niż miesiąc.

      Tym niemniej odpowiedź na pytanie o sens skorzystania z promocji BIZ Banku sprowadza się do ustalenia dwóch parametrów - o ile tańszy musiałby być kredyt u konkurencji, żeby zyski z tego tytułu przekroczyły bonus w postaci nagrody oraz czy przypadkiem wizja otrzymania tabletu nie spowoduje, że zaciągniemy wyższy kredyt, niż potrzebujemy. Bo - o czym nie napisałem wcześniej - BIZ Bank da tablet tylko tym, którzy zaciągną aż 40.000 zł kredytu (lub więcej, limit to 60.000 zł). Rozważmy oba warunki. Przy założeniu, że wartość nagrody to 850 zł, zaś koszty wynikające z posiadania konta to 160 zł i że raz w ciągu dwóch lat (sądzę, że to nieuniknione) wpadniemy w 30-złotową karę za niewypełnienie restrykcyjnych warunków dotyczących konta, wychodzi, iż netto bank oferuje korzyść w wysokości 660 zł. Co musi się wydarzyć, żeby ta korzyść rzeczywiście była dla nas bonusem, a nie czymś, za co zapłaciliśmy de facto z własnej kieszeni, zachowując się - z chęci otrzymania nagrody - nieracjonalnie?

      Jeśli zaciągniemy dwuletni kredyt na 40.000 zł, to - przy założeniu braku prowizji, innych kosztów i dodatkowych produktów w "zgrzewce" - każdy punkt procentowy oprocentowania kredytu (jeśli poruszamy się w granicach 9-12%) oznacza jakieś 450 zł różnicy w łącznych odsetkach. Wystarczy więc, że jakiś bank zaproponuje kredyt oprocentowany o 2% (punkty procentowe) niżej, niż BIZ Bank, a już warto machnąć ręką na tablet. Nie warto też z powodu tej nagrody zwiększać swoich potrzeb kredytowych. Jeśli chcielibyśmy wziąć np. 33.000 zł kredytu na 12%, to zapłacilibyśmy 4280 zł odsetek. Przy tym samym oprocentowaniu i kredycie 40.000 zł zapłacimy już 5190 zł odsetek. Różnica w odsetkach jest znacznie większa, niż wartość tabletu. Mając do wyboru: kredyty o tym samym oprocentowaniu i okresie spłaty na 30.000 zł bez tabletu i na 40.000 zł z tabletem, bardzo opłaci się wybrać... ten bez tabletu. Można się domyśleć, że bank specjalnie tak wysoko ustawił próg wartości kredytu, od którego przyznaje nagrodę, by przedsiębiorcy, którzy potrzebują ileś-tam kredytu, nagle poczuli potrzebę wyższego długu. Bo przecież dostaną w prezencie tablet. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny bank daje klientom tablet w prezencie. Lecz ten prezent opłaci się tylko... czasami :-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 października 2014 21:10
  • piątek, 17 października 2014
    • Sześć sposobów na to, żeby zbankrutować i... żeby przedtem było ci przyjemnie ;-)

      Dokładnie rok temu - 17 października 2013 r. - ukazało się pierwsze wydanie "Pieniędzy Ekstra", czyli papierowej emanacji blogu "Subiektywnie o finansach". Przez te 12 miesięcy Ekipa Samcika w pocie czoła walczyła z wiatrakami w bankach, firmach ubezpieczeniowych, sklepach oraz wszędzie tam, gdzie dźgnięcie ze strony Don Kichote'a mogło cokolwiek pomóc, albo przynajmniej dokuczyć niegodziwcom maści wszelakiej. Przede wszystkim jednak w tych czwartkowych wariacjach finansowo-konsumenckich staraliśmy się radzić czytelnikom jak rozsądnie oszczędzać i wydawać pieniądze. Pierwszy nasz grupowy numerek wyglądał tak:

      pieniadzeekstra1nr

      Dziś jednak koniec z tym zrzędzeniem ;-). Niniejszym przedstawiam unikatowy poradnik dla tych, którym te 50 odcinków "Pieniędzy Ekstra" nie przypadło do gustu. Jeśli czujesz, że dyscyplina w domowym budżecie, limitowanie niepotrzebnych wydatków i wyciskanie ostatnich soków z oszczędności to nic ciekawego, zaś krew, pot i łzy wolisz oglądać wyłącznie w telewizji - czas przeczytać niezbędnik beztroskiego konsumenta.

      1. Pod żadnym pozorem nie prowadź dziennika wydatków. Lepiej nie wiedzieć na co wydaje się pieniądze. To mogłoby ci popsuć humor. A nuż okazałoby się, że wydajesz je na jakieś całkiem niepotrzebne rzeczy? Gorzej: mogłoby się okazać, że wydajesz więcej, niż zarabiasz! Generalnie jeśli tak jest, to prędzej czy później powie ci to windykator albo komornik, więc nie ma się co wyrywać i przyspieszać biegu historii. Nadgorliwość bowiem jest gorsza, niż faszyzm. A konsumpcja jest motorem gospodarki, dzięki niej ludzie w wielu branżach mają pracę. Nie ma powodu, by zabijać tę koniunkturę z tak błahego powodu, że pieniądze na wydatki nie są twoje, lecz tylko pożyczone. W końcu cały świat tonie w długach i jakoś nikt nie załamuje rąsi. Jakby coś, to w ostateczności  zrobisz jak Obama - wyemitujesz obligacje i wciśniesz je Chińczykom. Oni wszystko łykną  ;-). 

      2. Bez wahania bierz jak dają. Pieniądze nie po to leżą na ulicy, by ich nie podnieść. Pożyczki bez odsetek, raty zero procent, kredyty ze zwrotem raty lub nawet dwóch - te wszystkie wynalazki są po to, żeby móc sobie sprawić odrobinę przyjemności już, teraz, od razu, bez czekania. I bez liczenia czy w ogóle cię stać na przyjemność. Od liczenia to są ci, którym za liczenie płacą. Skoro dobrzy ludzie od szybkich pożyczek dają ci pieniądze, to pewnie doszli do wniosku, że masz zdolność kredytową i generalnie zasłużyłeś na zastrzyk gotówy. Grzechem byłoby z nimi polemizować. To tak jakby powiedzieć Świętemu Mikołajowi, żeby spadał, bo w tym roku masz gdzieś jego prezenty. No, nie godzi się po prostu. 

      3. Nie gromadź kasy na później, bo przepadnie. Posiadanie oszczędności może i jest miłe, ale dochodzenie do tego stanu powoduje, że mniej pieniędzy zostaje na bieżące przyjemności. A to źle, bo bieżące przyjemności poprawiają humor, a te przyszłe poprawią humor dopiero w mglistej, bliżej nieokreślonej przyszłości. Zanim ta poprawa humoru nastąpi, mogą przyjść różne hiperinflacje, dewaluacje, deprecjacje, halucynacje, wariacje, wymiany walut, bankructwa rządu, niewypłacalność banków. Lepiej więc wydać kaskę od razu, niż czekać aż i tak będzie warta tyle, co papier toaletowy. Pewna babcia czekała i teraz obligacjami z 1935-go pali w piecu.

      4. Zakupy? Tylko spontaniczne! Z najwyższą pogardą spoglądaj na tych, którzy chodzą po sklepie z listą zakupów, pieczołowicie pilnując, by w koszyku nie znalazło się nic spoza planu. Co za żałosne dupki! Po to wymyślono duże sklepy, w których możesz kupić wszystko, żebyś nie musiał wybierać co kupisz, tylko żebyś mógł kupić wszystko ;-). I nie robić żadnych list zakupów. Przebiegniesz sobie między półkami i zgarniesz wszystko, co wpadnie pod rękę i już. Szukanie tańszych sklepów? To zajęcie dla frajerów. Życie jest zbyt krótkie, żeby dwa razy biegać po dwóch sklepach, skoro można biegać tylko po jednym. Sprawdzanie cen towaru - jak wiadomo ten leżący na półce na poziomie twojego wzroku jest droższy, niż ten który leży na samym dole - może miałoby sens, ale od tego sprawdzania może tylko zaboleć cię kręgosłup. A zdrowie jest prawie tak ważne, jak wydawanie kaski. Odmawianie sobie spontanicznych zakupów w kolejce do kasy? Zbędna tortura. Próbowałeś kiedyś opanować ślinotok czekając na swoją kolej przy kasie? Kasjerka jeszcze gotowa pomyśleć, że ten ślinotok ma z nią coś wspólnego. Zakupy mają dawać fun, a fun nie znosi ograniczeń. Ani ślinotoku.

      5. Nie przejmuj się większymi wydatkami. Każdy budżet rodzinny dwa, trzy razy w roku doznaje nieprzyjemnego wstrząsu w postaci jakiegoś większego - czasem nieprzewidzianego - wydatku. Są tacy nadgorliwcy, którzy z każdej miesięcznej pensji przeznaczają np. 5% na "fundusz awaryjny", z którego pokrywają nagłe wydatki przekraczające wpływy z bieżących zarobków. Masakra jakaś. Bądź wyznawcą finansowego maczyzmu, czyli koncepcji bezstresowego przyjmowania na klatę niespodziewanych wydatków. I zasady mówiącej: "pokaż mi wydatek, a pieniądze zawsze się znajdą". Że co? Nie ma takiej zasady? No to teraz już jest.

      6. Wachluj się kartami kredytowymi. Nie ma nic gorszego, niż brak kasy w sytuacji, kiedy masz ochotę sobie coś nowego kupić. Nowe majtki, buty, ajpad, ajfon, telewizor... Nigdy nie wiesz kiedy nadejdzie ten impuls, który zmusi cię do poszukania kasy. Zdajesz sobie sprawę jaki to stres kiedy patrzysz do portfela, a tam nic nie szeleści? Tego stresu trzeba za wszelką cenę uniknąć, bo od stresu psuje się cera. Cash (flow) is the king, więc im więcej masz kasy pod ręką, tym większy jesteś king. I wcale nie musi to być twoja kasa. A nawet lepiej, że nie jest twoja, bo jeszcze mniej żal ją wydawać  :-). 

      Prawda, że to ciekawsze, niż moje coczwartkowe przynudzanie o oszczędzaniu? Niestety, wkrótce gorączka spadnie, leki zadziałają i Samcik znów będzie tym starym, zgredowatym nudziarzem. I tak przez kolejnych 50 numerów "Pieniędzy Ekstra". No, może z małą przerwą na... piwo ;-). 

      zdjcie_piwo

      PS. Nie tylko o tym, jak znaleźć dobre piwo w supermarkecie było przez ten rok w "Pieniądzach Ekstra". Pisaliśmy też o winie z dyskontu, o tym, czy da się bezpiecznie robić przelewy przez komórkę, ile kosztuje konto za zero, jak okiełznać szkolne wydatki, jak oszczędzać w deflacji, o tym ile kosztuje pogrzeb, o niemieckiej chemii, o kupowaniu telewizorów i smartfonów, o tym jak nabyć przyzwoity tablet za nieduże pieniądze, o tym jak skutecznie zareklamować buty, o tanich biletach na pociąg i samolot oraz o tanim podróżowaniu po świecie, o tym jak mieć tańszy prąd, o stanikach (chcecie więcej stanika, mniej Samcika, czy na odwrót? ;-))), o operacjach plastycznych, o zimowych oponach, o psujących się samochodach... Wszystkie tematy z ostatniego roku znajdziecie na www.wyborcza.biz/pieniadzeekstra

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Sześć sposobów na to, żeby zbankrutować i... żeby przedtem było ci przyjemnie ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 17 października 2014 16:14
  • czwartek, 16 października 2014
    • Gwarantują 5000 zł pensji przez 20 lat. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć?

      Nie grałem nigdy w Lotto (no, chyba że przypadkiem, jak kiedyś musiałem rozmienić pieniądze :-)) i nigdy nie rozumiałem tych, którzy przepuszczają kilkadziesiąt albo i kilkaset złotych miesięcznie na opłacenie "wejściówek" do tego kasyna. Oczywiście znam zasadę, że aby wygrać najpierw trzeba dać sobie szansę, ale patrząc na wielkość tej szansy - jest znacznie mniej prawdopodobne, że wygram milion w Lotto, niż to, że zginę w katastrofie lotniczej (nie mówiąc już o wypadku samochodowym) - jakoś mnie nigdy nie bolało przechodzenie obok tej szansy. Co oczywiście nie przeszkadzało mi pisać w blogu o rekordowych stawkach do wygrania w Lotto. Bywało, że po iluś-tam kumulacjach na stole - w zasadzie należałoby napisać, że "w bębnie" - znajdowało się prawie 50.000.000 zł. Czyli kwota pozwalająca luksusowo żyć z samych tylko odsetek, nie wydając ani grosza z astronomicznego kapitału. Nota bene są wśród nas tacy, którzy te 50.000.000 zł zarabiają własnoręcznie przez rok i nie muszą liczyć na to, że uśmiechnie się do nich szczęśliwy los w Lotto. I w tę stronę chciałbym podążać. Może jestem jakiś dziwny, ale im bardziej abstrakcyjnie wysoka nagroda, tym mniejszą ochotę mam na branie udziału w takiej zabawie.

      Przy okazji: zobacz listę najbardziej stresujących i najbardziej niebezpiecznych zawodów. Może twój też jest na czarnej liście?

      Ale w Totalizatorze Sportowym postanowili podejść takich jak ja z drugiej mańki. I uruchamiają nową grę losową, w której nikt nie epatuje wysokością jednorazowej wygranej, lecz czymś znacznie bliższym ciału przeciętnego zjadacza chleba - ekstra pensją wypłacaną przez co najmniej jedną trzecią życia (no, może przez jedną czwartą, jak ktoś się mało denerwuje i hazard pokocha już w najmłodszych latach dorosłości ;-)). Moim zdaniem - nieźle wykombinowali. Czasy są takie, że stabilne zatrudnienie to dobro bardzo deficytowe. Wielu dałoby się pokroić, żeby mieć gwarancję zatrudnienia i przyzwoitej płacy przez dłuższy czas. Nie każdy jest przecież związkowcem w firmie energetycznej z 20-letnią gwarancją zatrudnienia, wyszarpaną przez związki zawodowe z naszych, klientowskich kieszeni. I o ile wielu powie, że nie potrzebują 50.000.000 zł, bo i tak nie mieliby co z taką kasą zrobić, to już gwarancję stałej pensji przyjęliby bez obrzydzenia. Nie bez powodu w firmach ubezpieczeniowych karierę robią teraz ubezpieczenia emerytalne, które działają w taki sposób, że wpłacasz przez kilkadziesiąt lat określoną składkę, a firma ubezpieczeniowa już dziś gwarantuje ci wypłatę dodatkowej renty, z góry określonej już w momencie podpisania umowy. Renty wypłacanej dożywotnio, albo przez określony czas (np. 10 lat).

      Tyle, że tu trzeba się najpierw nachodzić, żeby coś mieć, a w Totalizatorze Sportowym można mieć od razu. Rzecz nazywa się "Ekstra Pensja" i polega na dwóch typowaniach dokonywanych przez uczestnika. W pierwszym etapie trzeba prawidłowo zgadnąć pięć liczb spośród 35., a w drugim - jeszcze dodatkowo trafić jedną z czterech. Komu się uda trafnie wykonać oba zadania, otrzyma nagrodę w postaci pensji na 20 najbliższych lat. I to nie najniższej krajowej, tylko pensji w wysokości 5000 zł miesięcznie (chyba netto). W sumie więc na stole jest 1,2 mln zł, tyle że z wypłatą w ratach. Losowania będą dwa w tygodniu (w środy i niedziele począwszy od tej najbliższej), zaś gra się tak samo, jak w inne gry Lotto, czyli trzeba się udać do kolektury i wziąć kupon drukowany przez specjalny terminal (można typować samemu lub według zasady chybił-trafił). Kupon nie jest tani, bo jedna "wejściówka" na losowanie będzie kosztowała 5 zł. No, ale jeśli za te pięć zeta przez kolejnych 20 lat człowiekowi ma być miło... ;-). co ciekawe, gwarancja wypłacania tych 5000 zł miesięcznie może posłużyć w banku jako "wspomagacz" w wyliczaniu zdolności kredytowej, można też owo uprawnienie zapisać komuś w... spadku.  

      ekstra_pensjaoldTa loteria to nic nowego, ale do tej pory występowała w archaicznej, papierowej postaci - kupowało się karty-zdrapki i w każdej trwającej kilka miesięcy edycji można było sobie zdrapać 3000 zł pensji przez 32 miesiące (czyli niespełna trzy lata) oraz jako specjalny bonus 100.000 zł jednorazowo, do ręki. I podobno nawet byli tacy, którzy wygrali ;-). Z tego co wiem, "Ekstra Pensja" w wersji vintage była jedną z najlepiej "żrących" loterii typu zdrapkowego, stąd i nie dziwi fakt, że teraz awansowała do wersji elektroniczno-telewiziyjnej. I nawet nakręcono z tej okazji telewizyjne spoty, więc zapowiada się niewąska kampania reklamowa. 

      Leżąc sobie w łóżku i lecząc grypę zacząłem snuć marzenia: jak by to było, gdybym miał takie 5000 zł ekstra przez 20 lat. Raz na kwartał egzotyczny wyjazd  na drugą półkulę, a raz w roku - podróż dookoła świata. Albo mniejsze przyjemności: co drugi weekend wypad do jakiegoś spa za 2500 zł. Żyć jak król może za 5000 zł się nie da, ale na porządny masaż wystarczy ;-). Najrozsądniej pewnie byłoby nie przeznaczać wszystkiego na wyuzdaną konsumpcję, lecz np. 500 zł systematycznie odkładać na lokatę bankową, w jakieś obligacje lub w dość bezpieczne fundusze. Po 20 latach przy założeniu zysku w okolicach 5% w skali roku i po odjęciu podatku Belki uzbierałoby się 185.000 zł. Może nie zwiedziłbym wszystkich spa na świecie, ale za mógłbym wypłacać sobie ekstra pensję po 3000 zł przez kolejnych pięć lat. Gdybym chciał odkładać po 1000 zł z każdej wypłaconej przez Lotto miesięcznej pensji, uzbierałbym na "przedłużenie" ekstra pensji nawet na kolejnych 11 lat.

      ekstrapensja1No dobrze, ale jak wyglądają szanse na wygraną? Bo może to jest wreszcie pomysł na to, by w kraju zapanowało szczęście, a po ulicy chodzili sami rentierzy? Samych tylko kombinacji pięciu liczb wybieranych spośród 35 jest - przy założeniu, że te raz wylosowane nie wracają do puli - jakieś... 324.632. A jeśli dołożyć do tego fakt, że potem trzeba jeszcze trafić jedną liczbę z czterech z drugiego "koszyka", to okaże się, że mamy tu drobne 1.298.528 kombinacji, czyli szansa na miodowe 20 lat życia w gwarantowanym pół-luksusie okazuje się być znacznie mniejsza, niż jedna na milion. To wciąż łatwiejsza gra niż Lotto, czy Lotto Plus, ale generalnie mój entuzjazm gwałtownie opadł. Co prawda są też mniejsze wygrane - np. trafienie pięciu z 35 z pierwszego "koszyka" i pudło w drugim losowaniu (jednej z czterech kuleczek) pozwala wygrać 25.000 zł. Cztery trafione liczby z pierwszego koszyka i udany strzał z drugiego to 1000 zł. Ale to jednak nie to samo, co gwarantowane 5000 zł przez najbliższe 20 lat, prawda? :-).

      No dobrze, może zamiast liczyć na fuksa i płacić po 5 zł za każdy los w nowej loterii Lotto, lepiej zainwestować w przyszłość na własną rękę? Nie, nie myślę tu o rozwiązaniach typu polisa posagowa, lecz raczej o samodzielnym inwestowaniu. Sprawa jest o tyle trudna, że nawet przy dość odważnym założeniu, że pieniądze pracowałyby w tempie 8% rocznie (więc dość solidnie), aby myśleć o wypłacie porównywalnej do głównej nagrody w "Ekstra Pensji", trzeba byłoby miesięcznie inwestować jakieś 2000 zł. Czyli tyle, ile byłoby warte 400 losów. Zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa każde 100 losów wystarczy do zwiększenia szansy na wygraną do 1:12000. Inwestując pieniądze na rynku kapitałowym co prawda musimy odczekać na swój milionik 20 lat, ale szansa, że się doczekamy, jest jednak ciut większa, niż te jeden do kilku tysięcy. To oczywiście tylko teoretyzowanie, bo nikt, kto ma w kieszeni 2000 zł miesięcznie nie będzie grał w Lotto, żeby wygrać 5000 zł przez następnych 20 lat :-). To gra, w której będą uczestniczyli maluczcy, kupując po kilka losów i ciesząc się szansą jedną na kilkaset tysięcy.

      Loterie telewizyjne: bezdennie głupie, oszukańcze, manipulatorskie. A te bankowe?

      Smutni? Na pocieszenie powiem Wam, że te 5000 zł to wcale nie tak dużo. Miesięczna super pensja nie jest wcale waloryzowana o inflację, więc nawet jeśli ktoś ją wygra, to z czasem wcale nie będzie tak fajnie wyglądała w domowym budżecie. Za 20 lat, przy założeniu średniorocznej inflacji na poziomie 3%, te 5000 zł będzie warte tylko tyle, ile dziś 2700 zł. A więc do spa będzie można sobie jeździć, ale już tylko raz w miesiącu, he, he ;-). Naprawdę, nie ma czego zazdrościć ;-). 

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Maciej_SamcikokladkaJAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      Jak inwestować i pomnażać

      DRUGIE WYDANIE BESTSELLERA O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Gwarantują 5000 zł pensji przez 20 lat. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć? ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 października 2014 19:32
  • środa, 15 października 2014
    • Bank od półtusz chciał grać fair, a teraz... został wystawiony na sprzedaż. Klienci mają pecha?

      Kolejny spory polski bank został wystawiony na sprzedaż. Amerykańska korporacja General Electric poinformowała, że zamierza pozbyć się banku BPH. Formalnie na razie GE podała, że jedynie "analizuje strategiczne możliwości sprzedaży akcji Banku BPH" oraz że "do udziału w procesie zaangażowano banki inwestycyjne i innych doradców", ale w praktyce ta informacja oznacza, że losy BPH są przesądzone. Nie jest to bardzo zaskakująca wiadomość - o tym, że BPH prędzej czy później zmieni właściciela, mówiło się już od wielu miesięcy. Jest za mały, by efektywnie zarabiać w bankowości detalicznej i rywalizować z gigantami, a za duży, by wbić się w jakąś atrakcyjną niszę. To będzie dość łakomy kąsek, choćby ze względu na wielkość - trzynasty największy bank w Polsce, ponad 400 placówek w całym kraju (w tym 280 własnych, reszta to partnerskie), prawie 1,1 mln klientów oraz 600.000 prowadzonych kont osobistych. Gdy Francuzi z BNP Paribas połkną porównywalny co do wielkości Bank BGŻ, wedrą się na 6-7 miejsce w Polsce. Per analogia: jeśli jakiś bankowy średniak chce namieszać w czołówce. to przejęcie BPH może być dobrym na to pomysłem.

      Historia BPH jest wyjątkowo burzliwa. Jeszcze w 2006 r. był to trzeci największy bank w Polsce, z zyskiem netto 1,27 mld zł, portfelem kredytów przekraczającym 35 mld zł i depozytami przekraczającymi 41,4 mld zł. Józef Wancer stworzył w tym banku menedżerski dream team, który wyprowadził rynkowego średniaka, należącego do niemieckiej grupy HVB, na pozycję najszybciej rosnącego polskiego banku. Niestety dla BPH, przyszedł czas europejskich megafuzji w bankowości. HVB został połknięty przez UniCredit, właściciela Banku Pekao. BPH padł ofiarą swego szybkiego rozwoju - nadzór bankowy nie zgodził się na połączenie go z Pekao, obawiając się powstania na rynku szkodliwego duopolu. Wymyślono więc wyjątkowo głupią koncepcję podzielenia BPH - pół banku UniCredit przyłączył do Pekao, a pół - sprzedał. Połakomiła się nań amerykańska grupa GE, która prowadziła w Polsce nastawiony na kredyty hipoteczne bank GE Money. Amerykanie połączyli GE Money z BPH pod marką tego ostatniego, na stołku prezesa postawiła Richarda Gaskina i zaczęła myśleć o zrobieniu solidnego banku uniwersalnego, który zmieściłby się w pierwszej dziesiątce w rankingach największych banków. Logo miało przypominać półtusze wieprzowe, ale to szczegół ;-)

      Plan był może i niezły, ale się nie udał. Przez pięć lat, które upłynęły od fuzji BPH i GE Money bank nie zdołał znacząco urosnąć. Patrząc na aktywa można powiedzieć, że bank wręcz się skurczył - na koniec zeszłego roku aktywa wyniosły 31,5 mld zł, zaś w 2009 r., po zrobieniu przez Amerykanów porządków w swojej działalności bankowej w Polsce, wynosiły 35 mld zł. Portfel kredytowy to dziś 22 mld zł (w 2009 r. bank podsumowywał go na 28 mld zł), depozyty - 12,5 mld zł (pięć lat temu było 10 mld zł). Do tego skandalicznie niska, wręcz obraźliwa dla Amerykanów, rentowność kapitału. Na koniec zeszłego roku stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału (ROE) była w BPH na poziomie rzędu 5%, podczas gdy np. w Alior Banku, porównywalnym pod względem aktywów, kredytów i potencjału, ROE wynosi... 12,1%. Nie ma wielkiego sensu lokować kapitału w bank, gdy kapitał ów daje zwrot niewiele większy, niż z obligacji rządowych. BPH-owski zysk netto też jest z punktu widzenia grupy GE pomijalny - to niecałe 200 mln zł zarobku netto w zeszłym roku i 61 mln zł przez pierwsze półrocze tego roku. Choć jeszcze kilka lat temu BPH w ogóle nie zarabiał pieniędzy

      Dlaczego plan wzrostu organicznego nie wypalił, a bank BPH nie zdołał przebić się do pierwszej dziesiątki największych banków w Polsce? Na pierwszy rzut oka powinno się udać, bo pomysł na wyróżnienie się z tłumu był niezły - stworzyć wizerunek banku grającego najbardziej fair wobec klientów. Strategia "Po prostu fair", wsparta kilkunastoma konkretnymi zobowiązaniami (m.in. odpowiedź na reklamację klienta w określonym czasie, wydłużony okres na anulowanie umowy) oraz ciekawymi produktami - jak np. jedno z pierwszych abonamentowych kont osobistych na polskim rynku, karta kredytowa "Po prostu fair", a ostatnio też konto oferujące zniżkę na wydatki kulturalne. Do tego akcja "Zwykły bohater" realizowana wspólnie z duża telewizją komercyjną. I co? I nic. Klienci nie chcą fair kredytów, tylko takie, które można dostać szybko do ręki, na jeden klik. Nie potrzebują też fair lokat, tylko takich, które dają najwyższe oprocentowanie. Nie potrzebują fair kont, tylko takie, które są całkiem za darmo. Prawdopodobnie zabrakło trochę innowacyjnych technologicznie produktów, a także agresywnego marketingu, by przeciągnąć klientów od konkurencji (sami nie przyjdą). Tylko jak pogodzić agresywny marketing ze strategią bycia fair wobec klientów? No i też nie da się ukryć, że wizja banku fair co i rusz rozjeżdżała się z bolesną rzeczywistością. Prezes BPH Richard Gaskin kazał zaś sobie słono płacić za swoją robotę.

      To wszystko sprawiło, że klienci BPH, którzy w dużej części przyszli do niego "wcieleni siłą" z Pekao lub z GE Money, teraz znów będą musieli przeżyć zmianę. Jak pech to pech. Kto kupi BPH? Dla PKO BP ten kąsek chyba byłby zbyt duży (nie wiadomo czy UOKiK dałby zgodę, zwłaszcza, że PKO BP ostatnio przejął podobny do BPH bank Nordea). Chociaż z drugiej strony, pod hasłem repolonizacji banków, tak miłym Komisji Nadzoru Bankowego? Kto wie... Chichotem losu byłoby, gdyby w przetargu znalazł się Bank Pekao - a nie jest to wykluczone, bo prezes Lovaglio dobrze wie, że na PKO-wskie przejęcie Nordei powinien jakoś odpowiedzieć. Nie bez powodu interesował się bankiem BGŻ, który ostatecznie sprzątnęli mu sprzed nosa Francuzi. Raiffeisen jeszcze przeżuwa przejęty Polbank, BZ WBK też wygląda na najedzony, a poza tym zajmuje się głównie rebrandingiem, ING nie przejawia krwiożerczych zamiarów (może teraz mu się odmieni?), Millennium i Alior same niedługo będą na sprzedaż (chociaż ten ostatni mimo wszystko udał się ostatnio na zakupy do... Tesco), zaś Getin kupuje tylko w cenie złomu (a BPH raczej tani nie będzie). Może więc ktoś nowy? Ale to z kolei oznacza duże ryzyko strat, bo w Polsce wysokie zyski notują albo banki niszowe (BPH takim nie jest) albo te, które mieszczą się w pierwszej dziesiątce. Zapłacić miliard euro (za tyle poszedł BGŻ) - lub nawet trochę mniej (większa Nordea poszła za 700 mln euro) - za bank, który generuje 150-200 mln zł rocznego zysku i nie ma widoków na więcej? Problemem może być też duży portfel kredytów hipotecznych we frankach, którym zarządza BPH ("odziedziczony" po GE Money). Nie każdy nabywca będzie chętny przez 15-20 najbliższych lat żyć z takim obciążeniem. Kto, Waszym zdaniem, kupi bank BPH i zaopiekuje się ponad milionem jego klientów?

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2000 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Jeśli wolisz, bądź ze mną na Google+. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube. Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      CO CZWARTEK BLOG NA STRONACH "GAZETY WYBORCZEJ". Przypominam, że co czwartek podnosimy ciśnienie złym ludziom nie tylko w blogu, ale w "Pieniądzach Ekstra", czyli na konsumenckich stronach Gazety Wyborczej. Tam Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych. Zapraszam codziennie do blogu i co czwartek do samcikowych stron autorskich w "Wyborczej". Przekażcie tę wieść potrzebującym!

       SUBIEKTYWNOŚĆ WSPIERA EMERYTALNĄ AKCJĘ INWESTORÓW. "Nie czekaj aż ZUS i OFE wypłacą ci emeryturę" - apeluje Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. I namawia, byśmy wzięli sprawy w swoje ręce, część oszczędności umieszczając nie tylko w banku, lecz również na rynku kapitałowym. Wspieram tę akcję, bo uważam, że inwestorzy mają sporo racji: akcje, fundusze inwestycyjne, obligacje firm nie gryzą. Jeśli będziemy przyspawani do lokat bankowych, nie będziemy efektywnie zarządzali naszymi oszczędnościami (a i nie pomożemy rozwijać polskiej gospodarki). Nie tylko w blogu, lecz także w swoich książkach przedstawiałem pomysły i strategie na zbudowanie planu długoterminowego oszczędzania z komponentem "kapitałowym". O tym, że mamy mentalny problem z zabraniem choćby małej części pieniędzy z banku, też pisałem niedawno w blogu. Będę wspierał starania SII i co jakiś czas podrzucał Wam pomysły na wzbogacenie Waszych portfeli w taki sposób, żeby ograniczyć ryzyko, a mieć dużą szansę na większy zarobek, niż w banku. 

      oszczedzajnaemeryture640

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bank od półtusz chciał grać fair, a teraz... został wystawiony na sprzedaż. Klienci mają pecha?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 15 października 2014 21:36
  • wtorek, 14 października 2014

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line