Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 24 kwietnia 2015
    • Kolejny polski bank trafi na giełdę. Jego klienci powinni trzymać się za kieszenie?

      Poczta Polska jednak będzie miała swój bank. A ściślej pisząc - zachowa kontrolę nad tym, który już zbudowała, czyli nad Bankiem Pocztowym. Tak wynika z ogłoszonych dziś komunikatów PKO BP oraz  Ministerstwa Skarbu. Od 2012 r. ostrzył sobie nań zęby prezes Zbigniew Jagiełło, hegemon branży finansowej w Polsce. PKO BP już dziś ma 25% udziałów w banku pocztowców, ale chciał przejąć całość, oferując Poczcie Polskiej w zamian setki milionów prowizji od sprzedawanych na poczcie lokat, kredytów i innych produktów finansowych PKO. Pocztowcy przez trzy lata konsekwentnie odrzucali te awanse, choć podobno Komisja Nadzoru Finansowego naciskała, żeby Bank Pocztowy jednak oddać do PKO BP. Szefowie Poczty Polskiej uważają, że usługi finansowe - sprzedawanie kredytów, ubezpieczeń i pośredniczenie przy przelewach - powinny być jednym z ich głównych źródeł dochodów, obok paczek i różnych usług elektronicznych (np. spersonalizowanych znaczków pocztowych). Rzeczywiście, tak właśnie działają firmy pocztowe w niektórych krajach, ale posiadanie banku wymaga jednak ogromnych inwestycji, na co Poczta Polska nie ma pieniędzy. Zresztą dziś na polskim rynku dużo poważniejsi gracze, niż Bank Pocztowy, mówią "pas". Tylko w ostatnich miesiącach wystawiono na sprzedaż Bank BPH, czy Raiffeisen Bank. Ich właściciele uznali, że trzeba brać pieniądze i wiać, zanim na rynku zacznie się rzeź.

      Walka między PKO BP i Pocztą Polską o bank wyróżniający się bardzo dobrym dostępem do klientów w małych miejscowościach, zakończyła się zgniłym kompromisem. Stanęło na tym, że Poczta Polska zostawi sobie Bank Pocztowy, ale... Poczta nie chce (nie może?) odkupić 25% udziałów od PKO BP płacąc gotówką (musiałaby wysupłać na to dla prezesa Jagiełły - bagatela - jakieś 150 mln zł). Potrzebuje też zassać skądś pieniądze, żeby wpakować je w kapitał banku potrzebny m. in. do rozwoju akcji kredytowej (bo na plecach siedzi pocztowcom szef KNF, żądając wyższych wskaźników). Postanowiono więc, że Bank Pocztowy... wejdzie na giełdę. Poczta Polska nieco się rozwodni jeśli chodzi o posiadany pakiet akcji, ale mimo wszystko zachowa 51% akcji Banku Pocztowego. Ten zgarnie z giełdy jakieś 200 mln zł, zasypując dziurę związaną z najpilniejszymi potrzebami (dzięki temu KNF na chwilę się odczepi) zaś PKO BP odsprzeda trochę swoich akcji (dzięki temu prezes Jagiełło też przestanie zrzędzić).

      Jest tylko jedno "ale": kto kupi te akcji i za ile? Czas na wprowadzanie na giełdę akcji banku jest najgorszy z możliwych. Na banki spadają wszystkie możliwe plagi - obniżka interchange, utrudnienia w sprzedawaniu polis kredytowych, podwyższona składka na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, pomysły na to, by tworzyć drugi fundusz na restrukturyzację branży "na wszelki wypadek". Nawet czarodzieje Leszka Czarneckiego nie poradzili sobie z tą serią nieszczęść i prawie położyli na łopatki ofertę Idea Banku, który jest chyba atrakcyjniejszym kąskiem, niż Bank Pocztowy. Minister Skarbu, ogłaszając koniec sporu o przyszłość Banku Pocztowego, wyskoczył jak Filip z konopi, mówiąc coś o budowie kolejnego narodowego czempiona, ale prawda jest taka, że Bank Pocztowy - nawet jeśli jakimś cudem uda się dobrze sprzedać jego akcje w tak trudnym dla banków momencie - żadnym czempionem nie będzie, przynajmniej na razie. Choć nie jest też maluchem - ma dziś 8 mld zł aktywów, 40 mln zł rocznego zysku i rentowność dla akcjonariuszy ROE na poziomie 10% (najlepsze banki na rynku mają 15-18%).

      Zanosi się, że z konieczności to będzie taki trochę (bez urazy) "bank dla ubogich", który swą działalność ograniczy do ubierania klientów w drogie, szybko rolujące się pożyczki gotówkowe i nie będzie szarżował z rozbudowywaniem oferty. Nie wejdzie w kredyty hipoteczne, nie będzie rozwijał na dużą skalę bankowości transakcyjnej i w ogóle niczego, co chłonie kapitał. Klienci mogą na razie zapomnieć o banku uniwersalnym z kompleksową, rozbudowaną ofertą kredytową, kartową, oszczędnościową, inwestycyjną dla mieszkańca średniego i małego miasta, czy dla emeryta-tradycjonalisty. W taki bank trzeba by wpakować już znacznie większą kasę, niż dziś jest w stanie wysupłać Poczta Polska. Akcja z wystawieniem banku na giełdę świadczy, że możliwości Poczty Polskiej finansowania Banku Pocztowego są dość ograniczone. Zresztą już dziś widać, że w ramach polityki oszczędnościowej Bank Pocztowy zaczął się "zwijać" jeśli chodzi o ofertę. Zaczęło się od likwidacji większości odmian ROR-ów i de facto skasowania dedykowanej oferty dla seniorów. Główną atrakcją dla tej grupy klientów było do tej pory Pocztowe Konto Nestor, które powalało na bezpłatne operacje bankowe w placówkach pocztowych, dostarczanie do domu gotówki przez listonosza, czy możliwość tańszych zakupów leków (choć akurat ta usługa była raczej marketingowym trikiem, niż realną korzyścią).

      Zarówno pod względem jakości oferty, jak i pod względem możliwości dotarcia do klientów-seniorów Bank Pocztowy był o lata świetlne przed konkurencją. Efekt tej strategii był taki, że z ponad 800.000 rachunków ROR prowadzonych przez Bank Pocztowy niemal połowę stanowiły Pocztowe Konta Nestor. Minus był taki, że klienci typu tradycyjnego są trudni do "uproduktowienia" oraz "krossellowania", a w każdym razie kosztuje to dużo więcej czasu i wysiłku pracowników, niż podesłanie nowoczesnemu klientowi "apki mobilnej" i dorzucenie programu rabatowego do zakupów w sklepach. Teraz jednak liczy się czas pompowanie wyników przed ofertą publiczną, więc Bank Pocztowy stracił cierpliwość zarówno do seniorów, jak i do pracowników poczty, którzy mieli tych seniorów "uproduktowić" oraz "skrossellować". Wycofano więc z oferty Pocztowe Konto Nestor i od lipca bank podwyższy prowizje seniorom, którzy z niego korzystają. Przelew zlecony w oddziale będzie teraz kosztował 2,5 zł, a za papierowy wyciąg z konta bank będzie pobierał 7 zł (chyba, że senior zgodzi się dostawać go tylko raz na kwartał, na co pewnie mało która starsza osoba się zgodzi, bo pieniądze z emerytury trzeba liczyć częściej). Za dostarczenie gotówki przez listonosza będzie trzeba zapłacić 7 zł (dziś pierwsza dostawa jest gratis).

      Wersja oficjalna uzasadnienia tych zmian jest taka, że Bank Pocztowy ma być teraz bankiem o najprostszej na rynku konstrukcji oferty. Jedynym proponowanym klientom ROR-em będzie Konto Zawsze Darmowe, które ma co prawda zawartą w nazwie gwarancję, ale... nie dotyczy ona opłaty za kartę, dzięki której bank będzie mógł zapewnić sobie wpływy boczną furtką. Obecnie opłata za używanie karty wynosi 5 zł miesięcznie i można jej nie ponosić jeśli zapłaci się kartą w sklepie 300 zł miesięcznie. W ramach Konta Zawsze Darmowego płaci się 2,5 zł za przelew zlecony w placówce, 1,5 zł za taki zlecony przez telefon (za pomocą "żywego" konsultanta, a nie automatycznego serwisu, który pozostaje darmowy), zaś dostarczenie gotówki za pomocą listonosza będzie obciążane prowizją rzędu 1,5% od dostarczanej kwoty, lecz co najmniej 5 zł. Kto nie lubi elektronicznych wyciągów z konta zapłaci 5 zł za dostarczenie takiego papierowego. Klienci Pocztowego powinni trzymać się za kieszenie, bo w banku ani chybi zacznie się realizacja programu pod kryptonimem "gotówka, chwilówka dla każdego". Niedawno bank wprowadził nawet do oferty taką niby-chwilówkę ;-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 kwietnia 2015 18:58
    • Bank źle policzył, choć nie musiał. A sąd... rozwiązał umowę kredytową we frankach

      Wielu klientów banków marzy o tym, żeby udało się unieważnić ich umowy kredytowe. Dotyczy to zwłaszcza kredytobiorców frankowych, których dług po wielu latach spłaty jest większy, niż na początku i chętnie by poszli na układ "zwracam kredyt w wartości startowej, a bank zwraca mi raty, które wpłaciłem". Droga do takiego rozwiązania jest wyboista, bolesna i przeważnie nie kończy się powodzeniem. Nie wystarczy wykazać, że sprzedawca wprowadził w błąd, nie pomoże udowodnienie, że jeden czy drugi punkt umowy zawiera klauzule abuzywne (czyli nie wiążące żadnej ze stron). Na razie sądy nie unieważniają też umów z powodu niestabilności wysokości zadłużenia klienta (charakterystycznej dla kredytów walutowych, ale czy zgodnej z naturą produktu o nazwie "kredyt"?), ani z powodu nadzwyczajnej zmiany stosunków łączących strony umowy, czyli wzrostu kursu waluty w skali przewyższającej to, czego może spodziewać się trzeźwo myślący konsument. Okazuje się, że droga do rozwiązania umowy bywa prostsza, niż mogłoby się wydawać. Wystarczy wykazać, że bank coś źle policzył. Nawet jeśli policzyć... nie musiał.

      Moja koleżanka z "Gazety Wyborczej" w Łodzi opisuje sprawę kredytobiorców, którym udało się - na razie nieprawomocnie - unieważnić kredyt hipoteczny zaciągnięty w Getin Banku. Umowa została przez nich podpisana w najgorszym możliwym momencie, w 2008 r., gdy panował boom na kredyty we franki, a kurs "szwajcara" wydawał się zmierzać nieuchronnie w kierunku poniżej 1 zł :-). Kredyt jest niemały, na starcie wynosił 242.000 franków, co bank przeliczył na starcie jako równowartość 468.000 zł. I uwiązał bohaterów niniejszej historii do franka na bite 40 lat. Albo raczej klienci sami się uwiązali na dożywocie (nie chcę moralizować, ale czy naprawdę trzeba było się zadłużać w obcej walucie pod korek?). Dziś - jak łatwo obliczyć - kredytobiorcy mają do spłaty prawie milion złotych minus to, co udało im się spłacić przez niecałe siedem lat odprowadzania rat do banku. Na domiar złego kredyt nie spełnił pokładanych w nim nadziei, bo w tzw. międzyczasie kredytobiorcy chcieli przenieść zabezpieczenie na inną nieruchomość, czego bank im odmówił. Zaczęli więc analizować umowę i szukać punktu zaczepienia, by dało się odkręcić kredyt. I znaleźli najprostszy możliwy haczyk - błąd rachunkowy banku. A konkretnie: źle policzone RRSO i całkowity koszt kredytu. 

      Kredytobiorcy doszli do wniosku, że w umowie bank zaniżył koszt kredytu o 80.000 zł. Jak to możliwe, żeby bank zrobił tak prosty błąd? Niestety nie ma jeszcze uzasadnienia wyroku na piśmie, a jedyne źródło, na którym się opieram, to artykuł prasowy, więc od tego momentu mój wywód staje się samcikową interpretacją sytuacji, poprowadzoną bez absolutnej pewności, że zgadzają się wszystkie dane "wejściowe" do analizy. Z informacji, które dziś mam wynika, iż sąd doszedł do wniosku, że w ramach RRSO oraz całkowitego kosztu kredytu należało uwzględnić... spread walutowy. Czyli różnicę pomiędzy kursem kupna i sprzedaży franka (klient dostaje kredyt po kursie kupna, a spłaca po kursie sprzedaży, w obu przypadkach różnica pomiędzy tymi kursami, a ceną waluty na rynku międzybankowym, stanowi zarobek banku - to wytłumaczenie dla tych z Was, którzy nie mieli nigdy nic wspólnego z kredytami walutowymi).

      Sąd powołał biegłego, który spojrzał na harmonogram spłat, umowę kredytową oraz podane w umowie parametry informacyjne. I orzekł, że bank rzeczywiście nie ujął różnic kursowych w RRSO i całkowitym koszcie kredytu. Tylko w jaki sposób niby miałby je uwzględnić? Nie jest to dla mnie tak do końca jasne, ale możliwości w których teoretycznie mogłoby to nastąpić - najogólniej rzecz biorąc - są chyba dwie. Pierwsza jest taka, że w symulacji bank przedstawia klientowi taką oto kalkulację: biorę tyle-a-tyle złotych kredytu, mam do spłaty co miesiąc tyle-a-tyle franków, co przekłada się na tyle-a-tyle złotych licząc po bieżącym kursie. Przez 40 lat muszę więc oddać tyle-a-tyle złotych. Koszt kredytu wynosi zatem tyle-a-tyle, a RRSO tyle-a-tyle. Druga opcja: bank pokazuje symulację w której jest napisane, że biorę kredyt ileś-tam franków, stopa procentowa to LIBOR plus ileś-tam procent, więc do spłaty mam ileś-tam franków. RRSO wynosi tyle-a-tyle, całkowita kwota spłaty tyle-a-tyle. W pierwszej możliwości bank mógłby umieścić w koszcie kredytu szacowany spread jako "domiar" do złotowych rat. W drugim wariancie w ogóle nie ma możliwości, żeby uwzględnić spread, bo na poziomie symulacji nie występuje żadne przeliczenie na złotówki. 

      Tak czy owak, sędzia doszedł do wniosku, że nieuwzględnienie spreadu to błąd, bo jeśli klient ma ponieść koszty różnic kursowych, to ma o tym wiedzieć. Są następujące pytania. Pierwsze: czy spread w ogóle da się ująć w koszcie kredytu i RRSO, bo przecież wzory do wyliczania obu parametrów wynikają z ustawy, a bank nie może dowolnie ich modyfikować. Drugie: po co bank w ogóle umieszczał w umowie RRSO i całkowity koszt kredytu, skoro był to kredyt hipoteczny, a więc nie podpadający pod ustawę o kredycie konsumenckim (a to z niej wynika obowiązek liczenia RRSO)? Bank zresztą argumentował w odpowiedzi na pozew, że nie miał obowiązku pokazywać RRSO, lecz sąd stwierdził, że skoro już ten wskaźnik został pokazany, to powinien zostać wyliczony prawidłowo. I trzecie  pytanie: dlaczego sąd uznał, że klient nie został prawidłowo poinformowany o kosztach kredytu, skoro koszt spreadu był wymieniony w umowie kredytowej? Sąd najwyraźniej potraktował RRSO oraz całkowity koszt kredytu jako samodzielne mierniki, które klient mógłby czytać w oderwaniu od całej umowy. Cóż, to nieco ekstrawaganckie spojrzenie, ale nie znając uzasadnienia wyroku trudno je podważać. Zastanawiająca jest też surowa sankcja - unieważnienie umowy z powodu błędnego RRSO - to strzał z grubej rury. Ale tu też więcej (np.dodatkowe okoliczności) może powiedzieć uzasadnienie.

      Co wynika z tego wyroku? Czy jest on przełomowy i może dać nadzieje tysiącom i dziesiątkom tysięcy frankowych kredytobiorców? Wciąż za mało wiem, żeby z pełną odpowiedzialnością wydać osąd. Na pewno jest w tym wyroku mała sensacja - błąd w symulacji określającej cenę kredytu został ukarany przez sąd na tyle surowo, że teraz wszyscy powinniśmy wziąć do ręki nasze umowy i sprawdzać czy bank się gdzieś nie rąbnął ;-). Przeciwko ocenie tego wyroku jako przełomowego przemawia z kolei bardzo specyficzna sytuacja - mamy tu umowę o kredyt hipoteczny, w której sąd kwestionuje nie sam zapis dotyczący spreadu, ale pominięcie spreadu w symulacji kosztów kredytu, której to symulacji w hipotecznych umowach kredytowych generalnie się nie umieszcza (bo nie są to kredyty konsumenckie). Poza tym wydaje się, że tego typu interpretacja, jaką zaserwował sąd - nawet gdyby ktoś jeszcze miał w swojej umowie hipotecznej policzone RRSO, bo przecież nie można wykluczyć, że np. Getin Bank umieszczał te wskaźniki we wszystkich umowach - mogłaby dotyczyć i tak tylko wyliczeń dla kredytów indeksowanych, ale już nie denominowanych we frankach. W kredytach denominowanych we frankach wszystkie parametry umowy są podane w obcej walucie, więc uwzględnianie w symulacji spreadu byłoby chyba bez sensu. Ale jedno trzeba powiedzieć: sąd z nieznaną w polskim wymiarze sprawiedliwości pieczołowitością - ocierającą się o ekstrawagancję - podszedł do kwestii poinformowania klienta o wszystkich kosztach podpisywanej umowy. Gdyby takie podejście się upowszechniło, bankowi prawnicy musieliby zadrżeć o swoją skórę.

      SZUKAJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" ma ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Bank źle policzył, choć nie musiał. A sąd... rozwiązał umowę kredytową we frankach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 kwietnia 2015 08:41
  • czwartek, 23 kwietnia 2015
    • Klienci DNB nie odpuszczają. Piszą do UOKiK o "zbiorowym naruszeniu praw konsumentów"

      Polityka łapania za gardło, stosowana przez bank DNB wobec części klientów hipotecznych, musi skończyć się w sądzie. Klienci mają zbyt wiele do stracenia, zaś bank uważa, że w egzekwowaniu umowy kredytowej nie ma nic złego, nawet jeśli kara dla klientów jest drakońska - zwiększenie rat o kilkaset złotych miesięcznie przez najbliższych kilkanaście lat. Nota bene także mnie się oberwało po nosie za blogowanie na ten temat. Ale - żeby nie było, że między bankiem i klientami jest tylko walka na noże - Norwegowie próbują się też z polskimi klientami zaprzyjaźnić i poznać jak zachowuje się gospodarstwo domowe, kiedy mu rośnie rata kredytu walutowego. Czy klientom uda się podważyć warunki promocji? Oto jest pytanie. Argumentację jednego z klientów, opartą na "kwestii dużej litery", już opisywałem w blogu. A gdyby to nie wystarczyło? Klienci szukają wsparcia prawnego gdzie się da, także w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. To niegłupie, bo gdyby udało się wykazać, że postępowanie banku uderza w zbiorowe interesy konsumentów, to bank mógłby się już z tego nie wywinąć. Wiem, że jeden z klientów złożył już, za pośrednictwem wrocławskiej kancelarii Putz-Skrobich, zawiadomienie do UOKiK o łamaniu przez bank DNB zbiorowych praw konsumentów. Najciekawszy jest jednak nie sam fakt, że takie zawiadomienie zostało złożone, lecz jego uzasadnienie.

      Otóż klient reprezentowany przez wrocławskich prawników uważa, że bank DNB dopuścił się nieuczciwych praktyk rynkowych, gdyż złamał art. 385 Kodeksu cywilnego (niejednoznaczne zapisy w umowie interpretowane na niekorzyść klienta), art. 457 Kodeksu cywilnego (odmawianie klientom wcześniejszej spłaty zobowiązania), zapisy Rekomendacji S oraz art. 69 Prawa bankowego (nieudzielenie klientowi pełnej informacji o oprocentowaniu kredytu, warunkach zmiany oprocentowania oraz umowy). Trzeba przy tym od razu zaznaczyć, że sprawa nie dotyczy klienta, który podłożył się bankowi w sposób bezdyskusyjny, lecz takiego, który warunki promocji kredytu hipotecznego spełniał, lecz nie robił tego dokładnie w wyznaczonych mu przez bank terminach. Zdarzyło się kilkakrotnie, że przelew w wysokości 5000 zł lub więcej (jeden z wymogów utrzymania promocyjnej marży) wpływał do banku 30-go dnia poprzedniego miesiąca, zamiast pierwszego dnia miesiąca, w którym powinien był wpłynąć. Skutek był taki, że w jednym miesiącu przelew wpływał dwukrotnie, a w kolejnym nie wpływał w ogóle. W banku stwierdzili, że klient nie nadaje się do "ułaskawienia" i odrzucili jego odwołanie. Klient poprzysiągł zemstę i tak wylądowaliśmy w miejscu, w którym sprawa zaczyna zahaczać o UOKiK.

      Jeśli chodzi o art. 385 K.c to klient dowodzi, że przepis ten zawiera dyrektywę, by interpretować niejednoznaczne postanowienia umowy na korzyść konsumenta. I powołuje się na orzeczenie Sądu Najwyższego, z którego wynika, iż przedsiębiorcę zawierającego umowę z konsumentem obciążają niekorzystne konsekwencje wadliwej i niedbałej redakcji zawartej umowy. Rekomendację S oraz Prawo bankowe bank miał naruszyć nie zapewniając jednoznaczności i zrozumiałości dokumentów mających znaczenie dla podjęcia przez konsumenta decyzji o zaciągnięciu zobowiązania. Klient twierdzi, iż pod takie postępowanie da się podciągnąć stosowanie przez bank różnych terminów dotyczących tej samej rzeczy. Chodzi oczywiście o to, że raz w papierach mówi się o "terminie 30 dni", w innym miejscu definiuje się miesiąc jako miesiąc kalendarzowy, co według klienta moze wprowadzać w błąd. Poza tym klient zwraca uwagę, że precyzując okoliczności pozwalające na podwyższenie marży bank odwołuje się odesłaniem do paragrafu zawierającego pięć ustępów, siedem punktów oraz osiem podpunktów. A całość owego odesłania jest zawarta w krótkim zdaniu, mówiącym o "warunku skorzystania z promocji wskazanego w paragrafie 2."

      To nie wszystko. Klient - to już ostatni argument dotyczący nieprecyzyjnego sformułowania zasad promocji - wskazuje, że w regulaminie promocji nie został wskazany termin, w którym bank może skorzystać z prawa do podwyższenia marży oraz od czego zależy to, czy skorzysta z tego prawa, czy nie ("bank ma prawo"). I to jest rzeczywiście dość mocne. Pdobne sfomułowania bywały już kwestionowane przez Sąd Ochrony Konkurencji. Jeśli zaś chodzi o art. 457 K.c., klient przypomina, że jest w nim zastrzeżenie, iż dłużnik jest uprawniony do spełnienia swojego świadczenia wcześniej, niż wynosi termin jego wymagalności. A wierzyciel musi takie świadczenie przyjąć. Owszem, wierzyciel może obwarować taką sytuację dodatkowymi warunkami (np. klient musi zapłacić prowizję, albo zawiadomić na piśmie bank o tym, że zamierza spłacić ratę długu wcześniej, ale jeśli żadnych obostrzeń nie było, to wierzyciel nie może czynić fochów, gdy dłużnik ma chęć spłacić dług tzw. górką. Miałbym wątpliwość, czy spełnienie warunku wpływów na rachunek można interpretować jako spłatę jakiegokolwiek długu, bo ani nie jest to kredyt, ani pieniądze te nie stawały się własnością banku, więc akurat ten argument wydaje mi się dość naciągany. Generalnie jednak argumenty klienta wydają się interesujące i sąd oraz urzędnicy UOKiK mogą mieć z nimi niezły zgryz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Klienci DNB nie odpuszczają. Piszą do UOKiK o "zbiorowym naruszeniu praw konsumentów"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 kwietnia 2015 18:22
    • Prywatna renta od sprzedawcy polis, czyli jak mieć 1000 zł miesięcznie bez ryzyka. I czy warto?

      Miałem okazję ostatnio uczestniczyć w kilku finansowych konferencjach poświęconych m.in. tematyce przyszłości ubezpieczeń na życie. Prezesi firm ubezpieczeniowych dość zgodnie twierdzili, że czas wrócić do źródeł, a więc promować głównie proste, ochronne produkty, nie mające zbyt wiele wspólnego z wpuszczaniem klientów w ryzyko inwestycyjne. A więc z tym, co stało się przyczyną reputacyjnej katastrofy ubezpieczycieli. Oczywiście nie każdy produkt inwestycyjny w "opakowaniu" ubezpieczeniowym jest zły, ale nie da się ukryć, że większość z nich była obłożona takimi opłatami, że klient był z góry na straconej pozycji (np. opłata administracyjna 10 zł miesięcznie plus 2,95% opłaty za zarządzanie). Kilkoro z Was napisało mi ostatnio, że przy okazji rezygnowania z polis unit-link Aegon (jedyna firma, która oficjalnie ogłosiła, że nie będzie utrudniać klientom "ucieczki" od polis typu inwestycyjnego, jeśli uznają je za nieopłacalne) zaproponowano im podmianę ubezpieczenia na... polisę rentową. A więc taką, która jest swego rodzaju programem systematycznego oszczędzania, ale gwarantuje klientowi z góry określoną wypłatę miesięcznej renty po osiągnięciu wieku 65 lat.

      Opisywałem już w blogu takie ubezpieczenia, które - szczerze pisząc - tak troszeczkę przypominają zabawę w ZUS. Jakkolwiek od strony czysto finansowej trudno je uznać za najlepszy możliwy sposób inwestowania pieniędzy z myślą o dostatniej emeryturze, to mają niezaprzeczalną zaletę - klient z góry wie ile wyniesie jego minimalna wypłata, zaś firma ubezpieczeniowa bierze na siebie ryzyko inwestowania klientowskich pieniędzy, obiecując "działkę" w tych potencjalnych zyskach. Takie ubezpieczenie mógłbym polecić osobom, które nie chcą mieć w życiu do czynienia z żadnymi lokatami, obligacjami, akcjami, funduszami inwestycyjnymi, nie interesuje ich pomnażanie kapitału, lecz tylko święty spokój dotyczący przyszłej emerytury. Spokój połączony z brakiem jakichkolwiek opłat - administracyjnych, za zarządzanie - i niezależnością od tego czy na giełdach będzie panowała hossa, czy też rynki pogrążą się w otchłaniach bessy. Dla tych z Was, którzy zastanawiają się nad tego typu ubezpieczeniem rentowym przygotowałem recenzję aegonowego produktu. Możecie ją też wykorzystać przy ocenie innych tego typu produktów, bo - jak już wspomniałem - większość firm ubezpieczeniowych ma w ofercie bardzo podobne polisy o charakterze rentowym.  Składki można płacić dla siebie, albo dla kogoś z rodziny, np. swoich dzieci. Aha, minimalna składka miesięczna to 100 zł.

      Mechanizm działania "Gwarantowanego Programu Emerytalnego Plus" jest następujący: płacisz składki przez maksymalnie 30 lat, potem zgromadzone pieniądze leżą na koncie ubezpieczyciela i czekają na osiągnięcie przez ciebie wieku 65 lat, a kiedy to już nastąpi, to są wypłacane w ramach dożywotniej renty. Można też całą zgromadzoną kasę zabrać od razu. Od początku wypłat renty (65-ty rok życia) do 80-tki jest taki "bonus", że w przypadku śmierci ubezpieczonej osoby prawo do wypłaty niewykorzystanej części renty przypadnie uposażonej osobie. A więc gros pieniędzy - nie tylko zebranych ze składek, ale i zarobionych przez firmę ubezpieczeniową - nie przepadnie w żadnych okolicznościach, niezależnie od tego jak długo będzie żył klient. Kluczowe dla wysokości renty jest to przez jak długi okres "zdążysz" opłacać składki. Im później zaczynasz, tym mniejszą masz szansę, że będziesz płacił składki przez 30 lat.

      Jakie pieniądze można otrzymać i jaką "cenę" w postaci składek trzeba za to zapłacić? W prezentacji programu pojawia się 28-latek, pan Grzegorz, który przez 30 lat co miesiąc płacić będzie 500 zł. W zamian Aegon gwarantuje mu wypłatę dożywotnio renty w wysokości 989 zł lub jednorazową "odprawę kapitałową" w wysokości prawie 240.000 zł. Sporo? Z kolei 40-letnia pani Jola zdąży opłacać składki w wysokości 500 zł tylko przez 25 lat, a w zamian uzyska prawo do dożywotniej wypłaty renty na poziomie 661 zł miesięcznie lub też do wypłaty jednorazowej na poziomie 155.000 zł. Obie kwoty to poziom minimalny, realnie wypłaty mogą być większe, bowiem Aegon będzie inwestował składki klienta i dzielił się z nim zyskami (w proporcji 50:50), o ile przekroczą poziom 2,8% w skali roku. Przy założeniu, że Aegon będzie w stanie "wykręcać" 5% rocznie (nie jest to niemożliwe, bo firma może kupować np. obligacje rządowe z różnych stron świata, choć oczywiście może też unikać ryzyka i wtedy na pewno 5% nie wykręci) pan Grzegorz będzie miał 1380 zł renty dożywotniej albo 335.000 zł do wzięcia jednorazowo. Wypłata pani Joli wzrosłaby w takim przypadku do 818 zł miesięcznie lub 192.000 zł jednorazowo.

      aegonrentowywykres

      Ponieważ aż do 65. roku życia suma ubezpieczenia równa jest sumie wpłaconych przez klienta składek (dopiero w ciągu pierwszych 15 lat wypłacania renty przez Aegon ewentualni spadkobiercy mają prawo do wypłaty wszystkich, już pomnożonych przez Aegon pieniędzy) na to ubezpieczenie trzeba patrzeć tak, jak na alternatywę do odkładania pieniędzy na koncie oszczędnościowym lub na lokacie bankowej. W takiej sytuacji też moglibyśmy sobie wypłacić jednorazowe "świadczenie" po przekroczeniu wieku emerytalnego i mielibyśmy 100%-owy udział w zysku (a nie tylko 50%-owy od nadwyżki ponad 2,8% rocznie). Bonusem w przypadku skorzystania z oferty firmy ubezpieczeniowej jest to, że jego świadczenie wypłacane jest dożywotnio, a więc jeśli będziemy się zdrowo odżywiać i żyć bezstresowo, to możemy osiągnąć bardzo sędziwy wiek i przez cały ten czas dostawać od Aegona pieniądze. Czas więc policzyć ile pieniędzy można uzbierać nie korzystając z ubezpieczenia rentowego Aegona, tylko wpłacając pieniądze na konto oszczędnościowe lub na lokatę.

      Najpierw pan Grzegorz. Załóżmy, że pan Grzegorz przez 30 lat co miesiąc wpłaca 500 zł na konto oszczędnościowe i że jest ono oprocentowane tylko na 3% (według dzisiejszych standardów to byłoby dużo, ale stopy procentowe nie zawsze chyba będą tak niskie, jak dziś). Po 30 latach oszczędzania, a więc w wieku 58 lat, pan Grzegorz będzie miał 265.000 zł (już uwzględniając podatek Belki). Przez kolejnych 7 lat (do ukończenia 65-tki) cała ta kwota leży na lokacie bankowej oprocentowanej na 4% (zakładam, że lokata na tak wysoką kwotę jest negocjowalna i pozwala zarabiać więcej). To oznacza, że pan Grzegorz po przekroczeniu 65 lat miałby na koncie 323.000 zł. A więc znacznie więcej, niż miałby w gwarantowanej opcji w Aegonie. Gdyby jednak firma ubezpieczeniowa rzeczywiście wykręciła 5% rocznie lub więcej, to jej wypłata byłaby większa, niż efekt samodzielnego oszczędzania na koncie oszczędnościowym. Ale z drugiej strony nasze wyliczenia oprocentowania lokat też są bardzo konserwatywne. Wygląda więc na to, że polisa rentowa w Aegonie jest dobrą opcją dla tych, którzy wierzą w to, że firma będzie potrafiła zarabiać pieniądze na składkach klienta, żeby się nimi podzielić. Bo gwarantowane poziomy wypłat nie są przesadnie atrakcyjne. Chyba, że... zamierzamy żyć bardzo długo i dostawać dożywotnią rentę. Suma miesięcznych rat otrzymywanych przez pana Grzegorza mniej więcej równoważy się z 20-letnim okresem prognozowanego życia pana Grzegorza na emeryturze. Zaczyna on "wygrywać", czyli odbierze więcej, niż wpłacił, jeśli pożyje dłużej, niż do 85-tki.

      A pani Jola (661 zł renty dożywotniej albo 155.000 zł jednorazowej wypłaty z Aegona oraz opcja "podwyżki" do 192.000 zł jeśli firmie dobrze pójdzie inwestowanie pieniędzy). Gdyby pani Jola wpłacała po 500 zł na konto oszczędnościowe dające 3% w skali roku, to po zapłaceniu podatku Belki po 25 latach będzie miała jakieś 206.000 zł. Znów znacznie więcej, niż w opcji gwarantowanej w Aegonie i nawet ciut więcej, niż w opcji zawierającej 5% zysku firmy. Choć oczywiście warto pamiętać, że wkładanie pieniędzy do firmy ubezpieczeniowej nie wymaga najmniejszego trudu, a zarządzanie własnymi oszczędnościami - już tak. Nawet głupie konto oszczędnościowe czasem trzeba zamienić na inne, albo włożyć część pieniędzy na lokatę, albo zrolować jedną lokatę na drugą. Słowem - jest tu jakiś element zarządzania aktywami i jeśli ktoś kompletnie nie czuje potrzeby, żeby się tym zajmować i pilnować, by wykręcać te 3-4% rocznie, to pomysł Aegona - lub którejś z podobnych firm - może być jakimś rozwiązaniem.

      Jeśli jednak ktoś ma opanowane zakładanie lokat bankowych i nie przewiduje, że będzie żył 100 lat, to opcja samodzielnego oszczędzania powinna mu się opłacić bardziej. Tzw. break-even następuje tu przy stopie zwrotu 2% rocznie. Jeśli sam masz czas i ochotę, żeby wykręcać więcej, ubezpieczenie rentowe wydaje się być mniej korzystną opcją, niż samodzielne oszczędzanie. Przynajmniej patrząc na ten konkretny przypadek, bo oczywiście inne firmy ubezpieczeniowe mogą mieć nieco inne proporcje wysokości składek do wysokości wypłat oraz podziału zysków. I jeszcze jedna uwaga na sam koniec: warto oczywiście pamiętać, że wszystkie kwoty są w wartościach nominalnych - jeśli wartość wypłat ma utrzymać realną wartość pieniądza w czasie, składki powinny być waloryzowane o inflację, którą w naszych kalkulacjach pomijamy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Prywatna renta od sprzedawcy polis, czyli jak mieć 1000 zł miesięcznie bez ryzyka. I czy warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 kwietnia 2015 08:45
  • środa, 22 kwietnia 2015
    • "Insynuacje" i "przekroczenie granic krytyki", czy prawda między oczy? Dostałem list z banku

      Codzienni obserwatorzy blogu wiedzą, że ostatnio ostro krytykowałem podejście do klientów ze strony banku DNB, który nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, "przypomniał" sobie o tym, że niektórzy klienci np. dwa lata temu nie dopełnili warunków promocji. uprawniającej do naliczania promocyjnej marży kredytowej. Nie podoba mi się takie postępowanie i to z kilku przyczyn: po pierwsze bank tak samo potraktował klientów-recydywistów, jak tych, którzy popełnili drobny błąd. Po drugie sprawy dotyczą przewinień sprzed wielu miesięcy i klient może nie mieć możliwości udowodnienia, że jednak wszystkie wymogi promocji spełniał. Bank twierdzi, że dużą część reklamacji rozpatruje pozytywnie, ale to de facto potwierdza, że początkowo strzelał do wszystkich, jak popadnie, być może nawet strzelał z premedytacją, licząc na to, że klienci jak barany pójdą na rzeź. Po trzecie wreszcie sama promocja była od początku zrobiona w sposób nieetyczny. Klienci nie powinni bawić się w tę grę, ale to, że byli niezbyt sprytni bądź zbyt ufni nie oznacza, że bank powinien tego rodzaju oferty wystawiać. A jeśli już wystawił, to mógłby się zastanowić, czy stosowanie dziś polityki hakowej mieści się w granicach skandynawskiego podejścia do bankowości.

      Moje publikacje wzbudziły wśród bankowców dużo kontrowersji. Po każdym wpisie otrzymywałem e-maile z wyjaśnieniami: że bank postąpił zgodnie z regulaminem, że nie piętnuje klientów, którzy dopuścili się drobnych uchybień, lecz tylko recydywistów, że rozpatruje pozytywnie niemałą część odwołań klientów. Słuchałem tych wyjaśnień z dobrotliwą życzliwością, ale i donosiłem o kolejnych pomysłach DNB, który postanowił m.in. poprosić swoich polskich klientów, by uczyli zarządzania finansami norweskich konsumentów. Klienci w Polsce to obśmiali i zrobili akcję oczerniającą DNB na Facebooku, ale też planują walczyć na gruncie prawnym - udowadniając, że promocja była od początku wadliwie skonstruowana. Zobaczymy czy uda im się coś wywalczyć. Ja z kolei doigrałem się listu, w którym bankowcy wyrażają rozczarowanie moją postawą, wymieniając szczególnie naganne i krzywdzące sformułowania. Ponieważ od początku istnienia blogu staram się - przy całej jego "prokonsumenckości" - brać pod uwagę argumenty obu stron, postanowiłem zacytować list w całości i poddać Waszej ocenie. Pozwoliłem sobie też na krótki komentarz i małą szyderę, ale to później. Najpierw list menedżerów DNB, a w zasadzie jego obszerne fragmenty. 

      "W nawiązaniu do kolejnego wpisu na blogu „Subiektywnie o finansach” chcemy się odnieść do wybranych wpisów, a przede wszystkim niektórych sformułowań użytych w Pana publikacjach. Rozumiemy, że blog jest miejscem, gdzie prezentuje Pan swoje osobiste oceny, odczucia, często w bardzo luźnym, nieformalnym tonie. Mimo jednak, że – jak się zaznacza – są to opinie subiektywne, to jednak wybrane sformułowania dotyczące naszego banku, są bardzo krzywdzące i nieuprawnione. Przytoczone poniżej sformułowania martwią nas i niepokoją, tym bardziej, że – wygłaszane przez autora bloga, wieloletniego i cenionego dziennikarza "Gazety Wyborczej", autora publikacji – są one niewątpliwie opiniotwórcze"

      - piszą menedżerowie DNB, zaznaczając, że szczególnie niepokojące są dla nich takie sformułowania, jak to, że bank "może szukać na klientów haków względnie bezkarnie, bo i tak nie zależy mu ani na wizerunku w Polsce, ani na pozyskiwaniu nowych klientów". Albo to, że "nikt nie spodziewa się, że bank będzie się zachowywał aż tak nie fair". Jak również to: "w DNB wiedzą, że jego klienci są też jego niewolnikami". Niepokój wzbudza też zdanie, iż "opisuję w blogu walkę klientów banku DNB, którzy czują się pokrzywdzeni stosowaną przez bank polityką hakową". Naganna jest również moja opinia, iż "międzynarodowy bank pozwala swojej lokalnej jednostce kantować klientów w majestacie prawa" oraz zadane pół-żartem pytanie „jak to możliwe, że oni dostali w Polsce licencję na prowadzenie banku ;-)”. Z listu wynika, że zwłaszcza to ostatnie pytanie się bankowi nie podoba, bo "poddaje w wątpliwość wręcz legalność samego istnienia DNB Bank Polska", zaś "tego typu nieuprawnione insynuacje pod adresem Banku oraz KNF stanowią wyraźne przekroczenie granic dopuszczalnej krytyki w ramach swobody wyrażania subiektywnych opinii". Przedstawiciele DNB po raz kolejny przekonują, że w ich postępowaniu wobec klientów nie ma nic dziwnego:

      "Raz jeszcze podkreślamy, że Bank nie szuka żadnych ”haków”, a jedynie egzekwuje swoje prawa wynikające wprost z postanowień zawartych umów, na które zgody wyrazili klienci poprzez ich podpisanie. Nazywanie przestrzegania oczywistych postanowień umów „szukaniem haków” budzi, delikatnie rzecz ujmując, nasze głębokie zdziwienie i zaniepokojenie. Ponadto, wyrażamy zdumienie prezentowanym, zdecydowanie jednostronnym podejściem do opisywanego tematu. Idąc tokiem rozumowania autora, osoby, które korzystały z warunków promocyjnych, mimo że nie wywiązywały się z jasno określonych w umowach zobowiązań są pokrzywdzone. Chcemy jasno podkreślić, że nasi Klienci byli w pełni świadomi, że obniżona marża będzie im przysługiwać tylko wtedy, gdy spełnią wszystkie warunki promocji. (...) Znajduje tu więc zastosowanie starożytna zasada - chcącemu nie dzieje się krzywda (volenti non fit iniuria).

      Bank monitorował to, w jakim stopniu Klienci wywiązują się ze zobowiązań, co pozwoliło nam wyodrębnić grupę Kredytobiorców, którzy – niestety – nie spełniają warunków promocji. Ponieważ jednak skala wspomnianego zjawiska nasiliła się – uznaliśmy, że powinniśmy zareagować i zacząć egzekwować nasze prawa wynikające z postanowień zawartych umów (jak już podkreślaliśmy, w przypadku naprawdę sporej grupy Klientów, którzy naruszyli warunki promocji jedynie w nieznacznym stopniu, odstąpiliśmy od przywrócenia marży do poziomu wyjściowego, określonego w umowie kredytowej). Proszę również zwrócić uwagę, że pomimo ewidentnego naruszenia warunków promocji, wielu Klientów mogło przez dłuższy czas nadal korzystać z promocyjnych warunków oferty, co czyni z nich faktycznych beneficjentów tej sytuacji.

      Fakt, że dopiero po pewnym czasie poinformowaliśmy o niewypełnianiu warunków promocji i przywracamy im marżę do pierwotnych warunków umownych, powoduje, że Klienci ci zaoszczędzili określone, bardzo często znaczne (w zależności od salda kredytowego) środki pieniężne. Dziwi zatem wyrażana pretensja, że Bank zwlekał z powyższą akcją skoro im później Bank ją rozpoczął tym więcej Klienci realnie zaoszczędzili, ponieważ spłacali w tym czasie niższe raty do Banku. Mamy nadzieję, iż powyższe wpłynie na wyrażanie mniej jednostronnych i bardziej wyważonych opinii w tej sprawie. Jesteśmy także do dyspozycji w razie potrzeby udzielenia dalszych wyjaśnień"

      Nie będę szczegółowo polemizował z opiniami bankowców, pozostawiam ich argumenty Waszej ocenie i generalnie rzucam Wam ich na pożarcie :-)). Powiem jedynie, że grający fair z klientami bank - mając świadomość, że promocja była de facto ofertą standardową (bo niepromocyjne warunki były na ówczesne czasy zaporowymi), zaś pracownicy w oddziałach utwierdzali kredytobiorców, iż bank nie będzie bardzo restrykcyjnie podchodził do realizacji warunków promocji - powinien ostrzec klientów o zmianie podejścia i dopiero od tego momentu ich rozliczać. A także wziąć pod uwagę, że nie tylko klienci nie respektowali warunków gry. Bank też nagle się zmienił, m.in. zwinął całą sieć placówek. To nie tylko klienci dali ciała. Chcę też wyraźnie powiedzieć: nie mam intencji, by kogokolwiek obrażać - a już na pewno nie bankowców, bo gdyby nie oni, musiałbym się zająć handlem pietruszką na targu. Po prostu czasem żeby spróbować załatwić sprawę trzeba rzucić prawdą między oczy. Przykro mi, jeśli kogoś przy okazji uraziłem, sprawiłem przykrość, naruszyłem godność. Obiecuję też solennie, że nie będę więcej żartował na temat licencji bankowej dla DNB. Bo potem się okaże, że w Komisji Nadzoru Finansowego też nie mają poczucia humoru i jeszcze będzie z tego kwas ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „"Insynuacje" i "przekroczenie granic krytyki", czy prawda między oczy? Dostałem list z banku ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 kwietnia 2015 15:35
    • Procentowe opłaty za przyznanie kredytu mogą być nielegalne? Ciemne chmury nad bankami

      We wtorkowy poranek Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikował pewien niepozorny komunikat,dotyczący jednej z firm pożyczkowych. Większość bankowców zapewne nie zwróciła na ten komunikat uwagi, wychodząc z założenia, że walka urzędników z pozabankowymi lichwiarzami z definicji ich nie powinno interesować. A tymczasem komunikat ten wydaje mi się w pewnym sensie precedensowy i zakładam, że może mieć niemałe znaczenie dla całej branży bankowej. A zwłaszcza dla tej jej części, która zajmuje się działalnością pożyczkową- czyli wmawianiem klientowi, iż kupuje on w sklepie pietruszkę (zaciąga kredyt na 5%) podczas, gdy tak naprawdę wciska się mu marchewkę (kredyt na 35%). W czym rzecz? Otóż UOKiK zabronił firmie pożyczkowej pobierania opłaty przygotowawczej wyrażonej procentowo, a więc oderwanej od faktycznych kosztów poniesionych przez pożyczkodawcę w celu przygotowania umowy. Mówi Wam to coś, kochani bankowcy?

      Oskarżonym była w tym przypadku firma Provident, zaś głównym punktem oskarżenia - opłaty pobierane za obsługę pożyczek w domu klienta. Jak wiadomo, Provident ma w ofercie taką usługę - kiedyś była to jedyna dostępna forma otrzymania gotówki, teraz jest jedną z dwóch do wyboru, oprócz przelewu - i dzięki niej przez lata mógł omijać ustawę antylichwiarską (było to zbawienne dla firmy zwłaszcza w czasach, kiedy w ustawie istniało ograniczenie do 5% prowizji za udzielenie pożyczki). W ramach postępowania UOKiK stwierdził, że Provident nalicza tę opłatę w zależności od kwoty pożyczki, a nie w zależności od tego ile wysiłku kosztuje dowiezienie klientowi kasy (a powinno kosztować tyle samo trudu - zarówno dowiezienie mu 500 zł, jak i 5000 zł). Provident - tu miła dla jego klientów niespodzianka - przyznał się do winy i obiecał natychmiastową zmianę systemu opłat za obsługę w domu. Teraz będą naliczane ryczałtem, czyli firma skalkuluje je w sposób niezależny od kwoty pożyczki. Spór z UOKiK-iem zakończył się więc czymś w rodzaju ugody, za co obie strony trzeba pochwalić.

      Tak właśnie powinien działać UOKiK - nie zajmować się bieganiem po mieście i spektakularnym nakładaniem jak największych kar, tylko informować konkretnych "winowajców", że trzeba by coś zmienić w biznesie, ścisnąć im cojones w podręcznym imadle i skłonić do ugody. Rzecz jasna w firmach pożyczkowych kadra menedżerska cojones ma z żelaza, więc są odporne na tego typu perswazję, więc samo imadło mogłoby nie wystarczyć. Tu pomogła chęć współpracy ze strony Providenta i jego postępowanie według zasady "zło dobrem zwyciężaj". Powiedziałbym też coś o nadstawianiu drugiego policzka, ale to byłaby już lekka przesada, w końcu mówimy o firmie pożyczkowej, a nie o aniołach miłosierdzia z konkurencyjnych firm, niosących pierwszą działkę... tfu, pożyczkę, gratis ;-). Co to wszystko ma wspólnego z bankowcami, oprócz oczywiście tego, że niejednemu z nich również należałaby się "kara imadła"? Ano przy okazji zajmowania się kosztami obsługi domowej, UOKiK zgłosił się do Providenta również w drugiej sprawie - opłaty przygotowawczej. Takiej samej, jaką czasem naliczają banki przy udzielaniu kredytów gotówkowych.

      "Opłata ta, jak ustalił prezes UOKiK, kalkulowana jest na różnym poziomie dla różnych kwot pożyczki. Dodatkowo wskazać należy, iż opłata przygotowawcza dla tych samych kwot pożyczki, ale dla różnych okresów spłaty, ustalana jest także na różnym poziomie. W ocenie prezesa Urzędu przygotowanie przez spółkę umowy pożyczki następować powinno w każdym przypadku na tych samych zasadach"

      - pisze UOKiK w swojej decyzji. I dodaje, że skoro firma pożyczkowa posługuje się gotowym wzorcem umowy, zaś proces oceny ryzyka kredytowego również jest ustandaryzowany, to pobieranie opłat przygotowawczych uzależnionych od pożyczanej kwoty jest cokolwiek od czapy. "Niezrozumiałe jest pobieranie przez spółkę opłaty przygotowawczej w różnych wysokościach". Także i w tym przypadku Provident zgodził się z UOKiK-iem i zawarł ugodę, zobowiązując się do opracowania nowych, zryczałtowanych opłat, uzależnionych wyłącznie od nakładu pracy potrzebnego na przygotowanie umowy. Gdyby takie podejście upowszechniło się w podejściu UOKIK-u do banków - zwłaszcza jeśli będą to banki typu consumer finance, oferujące wystandaryzowane pożyczki gotówkowe - to może dojść do poważnej jatki. Dziś bowiem naliczane procentowo od kwoty pożyczki opłaty stanowią główny zarobek każdego banku oferującego szybką pożyczkę (na odsetkach bankowi nie wolno zarobić więcej, niż 10%, biorąc pod uwagę obecny poziom stóp procentowych).

      Czy można sobie wyobrazić sytuację, w której UOKiK nakazuje bankom przejście z procentowych na kwotowe, zryczałtowane opłaty za udzielenie pożyczki? Jeśli chodzi o opłaty przygotowawcze (pisałem, że w Alior Banku potrafią sięgnąć 30% kwoty pożyczki), to sprawa wygląda na dość oczywistą. Przygotowanie każdej umowy, niezależnie od kwoty kredytu, powinno zająć mniej więcej tyle samo czasu i sił (przynajmniej dopóki nie mówimy o kredycie hipotecznym, a więc indywidualnie negocjowalnym). Argumentację stosowaną wobec Providenta UOKiK może z dziecinną łatwością przetransponować na dowolny bank. I też mu zabronić procentowych opłat przygotowawczych. Z prowizją za udzielenie kredytu jest już pewna cienkość, choć tu też można przeprowadzić rozumowanie, z którego wynikałoby, że udzielenie kredytu to pewna czynność lub zespół czynności, których przeprowadzenie wygląda mniej więcej tak samo dla kredytu w wysokości 1000 zł, jak i 10.000 zł. Dlaczego więc klient miałby płacić zawsze np. 9% prowizji od przyznanej kwoty? W tym przypadku banki mogą jednak się bronić twierdząc, że prowizja przypięta do oprocentowania kredytu gotówkowego to rodzaj wynagrodzenia dla pracownika, który pośredniczy przy transakcji (a więc pozyskał klienta). A tego typu prowizje mogą być ujęte procentowo, by pracownikowi chciało się chcieć. Ale czy - nawet jeśli rzeczywiście przyjmiemy taką hipotezę - koszty tego systemu wynagrodzeń powinny być przerzucane bezpośrednio na klienta? Skoro to bank udziela kredytu, a nie pośrednik, to być może opłata za przyznanie kredytu powinna być przez klienta postrzegana wyłącznie jako koszt przygotowania umowy - a więc ujmowana jako stała, niezależna od parametrów kredytu?

      Bardzo jestem ciekaw, czy po eksperymencie na Providencie (och, jak mi się ślicznie zrymowało :-)) prezes UOKiK spróbuje pokusić się o ofensywę skierowaną przeciwko bankom. Na miejscu bankowców czułbym pewien niepokój. "Koszty, które konsument ponosi z tytułu usług realizowanych w związku z udzieleniem i spłatą pożyczki powinny odpowiadać wartości tych usług" - czytam w komunikacie UOKiK dotyczącym Providenta. To brzmi jak zapowiedź prześwietlenia nie tylko prowizji pobieranych przy udzielaniu kredytu, ale i innych opłat związanych np. z windykacją, upominaniem klienta itp. Zresztą Urząd nie tak dawno, powołując się na tę samą argumentację, ukarał bank BZ WBK za zbyt wysokie opłaty upominawcze.

      JESZCZE WIĘCEJ SUBIEKTYWNOŚCI NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko na www.samcik.blox.pl oraz w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza kontrowersyjna superprodukcja jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca? Ten, pełen obrazoburczych tez materiał, proszę oglądać wyłącznie po uprzednim zażyciu środków na uspokojenie ;-). Cykl klipów wideo, które możecie oglądać poniżej, realizuję wspólnie z Adamem Rosołowskim, który wszystko ładnie zapisuje, montuje i przygotowuje oprawę graficzną.

      Zobacz też inne filmy z cyklu "Samcik prześwietla". Ostatnio mówiłem m.in. o tym jak wycisnąć najwięcej z lokaty i jak do niej nie dopłacać, a także o najpopularniejszych haczykach w umowach pożyczek gotówkowych. Zapraszam do oglądania i subskrybowania mojego kanału na YouTube!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Procentowe opłaty za przyznanie kredytu mogą być nielegalne? Ciemne chmury nad bankami ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 kwietnia 2015 08:52
  • wtorek, 21 kwietnia 2015
    • Największy polski portal do wzięcia. Czy warto zapisać się na akcje Wirtualnej Polski?

      Jeszcze tylko do środy można zapisywać się na akcje jednej z największych w Polsce spółek medialnych działających w internecie - Wirtualnej Polski Holding. Właściciel portali wp.pl oraz o2.pl, serwisów Money.pl oraz Biztok.pl, a także słynnego Pudelka.pl sprzedaje 14,8 mln akcji, z których każda maksymalnie może kosztować 37 zł (ostateczna cena zależy od popytu zgłoszonego przez dużych inwestorów instytucjonalnych). To może być jedna z największych ofert publicznych akcji w tym roku (nawet pół miliarda złotych) i jedna z najbardziej intrygujących. Z jednej strony mamy "na stole" spółkę de facto medialną, a więc pochodzącą z sektora, który nie ma ostatnio lekko (vide walka o utrzymanie zysków notowanych już na giełdzie TVN, czy Agory), bo rynek reklamy mocno się zmienia. Ale z drugiej strony jest to firma, która zarabia głównie na emisji reklam internetowych, a więc jest ulokowana w najbardziej atrakcyjnej i jedynej szybko rosnącej części polskiego tortu reklamowego. No i w dodatku mówimy o liderze na rynku portali internetowych (15,5 mln użytkowników serwisów, 8 mln użytkowników kont pocztowych), któremu po piętach depcze tylko Ringier Axel Springer (właściciel portalu Onet.pl), zaś reszta rywali (Agora z portalem Gazeta.pl, czy Bauer z Interią.pl) nie może mu zagrozić.

      Największy "problem" z Wirtualną Polską Holding jest taki, że grupa jest w fazie szybkiego wzrostu i porządkowania niedawno sfinalizowanych zakupów (w zeszłym roku do jego rodziny dołączyły Domodi, Homebook, Sportowe Fakty oraz Grupa Money), więc analiza jej finansów jest trudna. Z prospektu emisyjnego (lektura, przynajmniej w części mówiącej o ryzykach, obowiązkowa) wynika, że w 2014 r. holding zanotował 200 mln zł przychodów (z czego 160 mln zł z reklam), miał 23,8 mln zł zysku z działalności operacyjnej oraz zaledwie 4,1 mln zł zyski netto. Przy takich cyferkach można byłoby się zastanawiać nad przyszłością firmy, bo zysk przypadający na akcję wynosi 0,16 zł., co nijak się ma do ceny akcji w ofercie (37 zł). Ale wyniki te w pewnym sensie są niemiarodajne, bo gdyby odessać jednorazowe koszty wynikające z transakcji przejmowania portali (np. doradztwo, koszty prawne) oraz wydatki wynikające z restrukturyzacji m.in. zatrudnienia, to nad holdingiem zrobiłoby się jaśniej (zysk przed opodatkowaniem hipotetycznie mógłby wynieść ponad 40 mln zł). To oznaczałoby, że na jedną akcję przypadałoby kilkadziesiąt groszy zysku netto. Nadal niewiele. Wskaźnik cena/zysk, mówiący ile złotych trzeba zapłacić za złotówkę zysku firmy, wynosiłby przy maksymalnej cenie akcji w ofercie publicznej kilkadziesiąt złotych. Choć w przypadku firm technologicznych takie rzeczy nie są niespotykane, bo mogą one bardzo szybko zwiększać zyski.

      Dzisiaj 67% udziałów w Wirtualnej Polsce Holding ma spółka należąca do Innova Capital, jednego z największych funduszy inwestycyjnych działających w naszej części Europy, zaś 31,5% jest w posiadaniu spółek trzech osób fizycznych, Michała Brańskiego, Jacka Świderskiego oraz Krzysztofa Sieroty. Innova chce się pozbyć mniej niż połowy swoich akcji i z posiadanych 16,7 mln papierów zamierza upłynnić prawie 6 mln (te, które pozostaną, dadzą 32% udziału na WZA). Swoje akcje utrzyma wspomniana wyżej trójka, a pozostałe 32% będą mieli nowi inwestorzy giełdowi (5,8 mln akcji). Na co pójdzie kasa z emisji? Od 20 do 30 mln zł - na spłatę zadłużenia, a reszta (50-80 mln zł) na dalsze przejęcia. To oznacza, że Wirtualna Polska Holding chce być w najbliższym czasie równie drapieżna, jak w zeszłym roku, kiedy na przejęcia wydała 70 mln zł. To z jednej strony dobrze (jest szansa na dalszą ekspansję), a z drugiej oznacza wysokie ryzyko (jeśli firmę zawiedzie nos...). No i mogą być problemy z oceną wyników finansowych, obciążanych jednorazowymi kosztami. Zresztą firma uczciwie zaznacza w prospekcie, że...

      "Z uwagi na ograniczony horyzont czasowy wyników operacyjnych i finansowych osiąganych przez Grupę w jej obecnym kształcie, nie są dostępne porównywalne dane o wynikach operacyjnych i finansowych osiągniętych w poszczególnych kwartałach (...) Brak dostępnych danych historycznych odnośnie do sezonowości działalności Grupy w jej obecnym składzie może mieć istotny negatywny wpływ na ocenę przez inwestorów jej bieżących wyników osiąganych w kwartałach, a w rezultacie oceny jej perspektyw, a przez to na cenę akcji"

      Na tym czynniki ryzyka się nie kończą. Firma w 90% "wisi" na rynku reklamy internetowej, nie ma alternatywnych źródeł przychodu. Najwięcej firma zarabia na reklamach tzw. nieefektywnościowych (125 mln zł), czyli jest wynagradzana za wyświetlenie reklamy na komputerze odbiorcy, a nie za to, czy ów odbiorca na to wyświetlenie zareaguje. Jakieś 30 mln zł holding zarobił na reklamach efektywnościowych, czyli takich, w których klient musi co najmniej kliknąć baner reklamowy albo kupić produkt lub oferowaną w reklamie usługę. Trudno powiedzieć jak się te proporcje będą kształtowały w przyszłości - im więcej będzie reklamy efektywnościowej, tym więcej pieniędzy będzie do zarobienia (takie reklamy są wielokrotnie droższe) oraz do stracenia. Zagrożeniem może być to, że internauci będą w stanie coraz lepiej bronić się przed reklamą internetową (w Polsce coraz popularniejsze są ad-blockery). Nie wiemy też jakie znaczenie dla wartości przychodów reklamowych w przyszłości będzie miała jakość treści, które przy tej reklamie będą się pojawiać (a jakość=koszty) i czy internauci bardziej będą kochali portale, czy raczej wybiorą serwisy specjalistyczne (wydawało się, że mamy schyłek portali, ale ostatnio ich popularność znów rośnie). Poza tym rynek reklamy internetowej szybko się zmienia - niewykluczone, że jej przyszłością będą reklamy wideo i wyświetlane na urządzeniach mobilnych. To oznaczałoby, że w części wyścig o przychody dla największych internetowych firm medialnych zacznie się od nowa (holding Wirtualnej Polski miał w zeszłym roku 6 mln przychodów z reklam wideo i 6 mln zł z mobilnych).

      To oczywiście trudne pytania i niepewność co do odpowiedzi należałoby wliczyć w cenę akcji Wirtualnej Polski Holding. Ale trzeba też powiedzieć, że rynek reklamy online na razie rośnie i to szybko - w 2007 r. był wart 750 mln zł, teraz podobno 2,6 mld zł rocznie (w ostatnich latach rośnie w tempie po 200 mln zł). I nie widać zbyt wielu czynników, które by ten rozpędzony pociąg miały zatrzymać. A Wirtualna ma w nim już "zadekretowany" przyzwoity udział, zapewne w przyszłości nieco większy, niż obecnie pokazywane 200 mln zł, czy nawet 250 mln zł wykazywane w raportach pro-forma. Ale o ile większy? Oto jest pytanie. I warto spróbować na nie odpowiedzieć, zanim kupimy akcje po 37 zł za sztukę, bo w tę cenę - o czym dalej - jest już wliczony zarówno solidny wzrost przychodów, jak i zysków. Inne dane, bardziej wąsko definiujące reklamę internetową, mówią, iż ten rynek wart jest 1,3-1,5 mld zł, podczas gdy rynek reklamy telewizyjnej - ponad 3,5 mld zł. Wielką zagadką jest też potencjał Big Data, czyli możliwości analizowania danych o zachowaniu użytkowników i marketingowego spieniężenia tej wiedzy, w postaci np. personalizowania reklam i zarabiania na nich wielokrotnie więcej, niż na "zwykłych":

      "Personalizacja jest możliwa m.in. dzięki profilowaniu i segmentacji użytkowników na podstawie ich zachowań. Zwiększenie efektywności personalizacji reklam polega m.in. na zwiększeniu konwersji, czyli liczby kliknięć (lub innych pożądanych zachowań użytkowników) w wyniku obejrzenia reklamy. Dzięki większej liczbie kliknięć na reklamę Grupa może osiągnąć większe przychody w przypadku rozliczeń w modelu efektywnościowym"

      Tak, jak już napomknąłem wyżej, nawet biorąc pod uwagę, ze "prawdziwe" zyski holdingu są większe, niż wynika z audytowanych danych, cenę akcji w ofercie publicznej trudno uznać za szczególnie okazyjną. Tu raczej kupujemy wiarę w przyszły sukces, niż obecne przychody, zyski i gotówkę w kasie. Analitycy z kilku optymistycznie nastawionych biur maklerskich prognozują, że firma w 2015 r. zarobi 60-70 mln zł, a wskaźnik cena/zysk może spaść w okolice 20. Jeśli firma będzie w stanie skutecznie "posprzątać" po już dokonanych przejęciach i dorzucić do tego kilka nowych (które nie okażą się pomyłkami), to czemu nie? Ale na dziś jednak przy cenie 37 zł wartość całej firmy wynosiłaby 1,25 mld zł. To ponad dwa razy więcej, niż jest warta Agora (ta miała w zeszłym roku 12,5 mln zł straty, a dwa lata temu była tylko minimalnie nad kreską, ale jednak dysponuje dość zróżnicowanym portfolio aktywów, od papierowej gazety i magazynów, przez portale internetowe i kino, po telewizyjny kanał filmowy, radio i reklamę zewnętrzną) oraz jedna piąta giełdowej wyceny TVN. Axel Springer ponad dwa lata temu zapłacił za Onet mniej więcej 1 mld zł, a wtedy chodziło o pakiet kontrolny, więc cena była dodatkowo "napompowana" premią za władzę nad spółką. Dlaczego Wirtualna Polska miałaby być warta 20% więcej, choć sprzedawany jest pakiet mniejszościowy? Wirtualna Polska ponad rok temu trafiła do Innova Capital za ok. 400 mln zł. Nawet uwzględniając efekt synergii wynikający z połączenia z o2.pl i kilkoma innymi serwisami, czy możemy mówić o uzasadnionym potrojeniu wartości?

      To wszystko oznacza, że "bezpieczna" cena za akcje Wirtualnej Polski Holding powinna być o 20-25% niższa od maksymalnej. A więc poniżej 30 zł za akcję. Pisząc "bezpieczna", mam na myśli bieżącą wartość internetowego biznesu holdingu przy założeniu, że nie wiemy jak będzie on wyglądał za dwa, trzy lata. Przyjmując optymistyczne założenia, że przez ten czas nic się wokół spółki i na internetowym rynku reklamowym nie "popsuje", a przejęcia pójdą jak z płatka, można sobie pozwolić na wycenę nawet znacznie przekraczającą 30 zł. Ale trzeba mieć świadomość, że wtedy kupujemy obietnicę bardzo dobrej przyszłości, a nie dobrą rzeczywistość, która jest jednak warta nieco mniej. Kłopot w tym, że inwestor detaliczny i tak musi zapisać się na te papiery po cenie maksymalnej. I liczyć, że ta spadnie po negocjacjach emitenta z dużymi inwestorami, biorącymi udział w budowaniu księgi popytu. Sądzę, że ostateczna cena będzie jednak niższa od 37 zł, bo w prasie finansowej czytałem, że zarządzający funduszami inwestycyjnymi nie mają ochoty aż tak przepłacać. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Największy polski portal do wzięcia. Czy warto zapisać się na akcje Wirtualnej Polski?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 14:52
    • Oto perfekcyjny bank: potrafi liczyć odsetki nawet od... zera ;-). Jak to możliwe?

      Ściąganie groszowych długów to praktyka, która denerwuje, ale przy dużej dozie dobrej woli można próbować ją jakoś-tam uzasadnić. Gorzej jeśli taki dług trafia do windykacji zewnętrznej, wtedy już nie jest ani śmiesznie, ani logicznie. Wiem, że niektóre banki mają politykę umarzania małych długów bez wchodzenia w szczegóły ich powstania, bo zdają sobie sprawę, że wchodzenie w szczegóły oznacza jednocześnie mnożenie kosztów własnych, a w dodatku klient może poczuć się molestowany. Lepiej więc umorzyć dług i nie drażnić tygrysa. Choć oczywiście są firmy, które nie dbają o wizerunek, stosując zasadę, że "prawo prawem, a racja musi być po naszej stronie". I walczą w sądzie nawet o długi w nędznej wysokości. Dziś jednak historia jeszcze bardziej absurdalna, niż wspomniane powyżej. Dotyczy banku związanego z firmą telekomunikacyjną.

      "Czytam Pana bloga już od dawna i wielu ciekawych rzeczy się z niego dowiedziałam. Ostatnio pisał Pan o praktykach ściągania groszowych długów przez bank Credit Agricole. Pomyślałam więc sobie, że sytuacja mojej babci też może Pana zainteresować. Kilka dni temu moja babcia, która ma już 88 lat, dostała pismo z banku Plus Bank wzywające ją do spłaty długu. Widać na nim, że należność główna to 0,00 zł!"

      - napisała do mnie pani Justyna. Sprawa naświetlona przez nią jest poważna, bo babcia została wezwana do zapłaty kwoty ponad 92 zł, z czego 90 zł wynoszą koszty związane z windykacją, zaś 2,18 zł - odsetki od należności głównej. Bank informuje również klientkę, iż będzie naliczał dalsze odsetki od kwoty według stopy procentowej 4,5%.

      plus_bank_zero

      Babcia miała prawo się zdziwić, bo w czasach, kiedy miewała coś wspólnego z "normalnymi" bankami, jakiekolwiek odsetki liczone od zera wynosiły zero. No, ale teraz mamy bankowość XXI-wieczną, nowoczesną, w której są SWAP-y, CIRS-y, kredyty w obcej walucie i wszechogarniający wszystkich lewar. Babcia więc zaczęła się zastanawiać czy może coś jej umknęło i 4,5% liczone od zera da jednak jakąś inną liczbę, niż zero? Oczywiście troszkę sobie dworuję, bo teoretycznie można sobie wyobrazić, że babcia spłaciła cały kredyt, ale zapomniała uregulować jakichś odsetek doliczonych z ostatnią ratą z tytułu niedopłaty zanotowanej wcześniej i zauważonej przez bank dopiero przy rozliczeniu kredytu. Może tak właśnie było, rzecz w tym, że bank wcale nie ułatwia klientce wyjaśnienia tej zagadki. Informuje, że jest dług, ale nie informuje skąd się wziął i czego dotyczy.

      "Byliśmy wszyscy bardzo zdziwieni ponieważ ostatni raz babcia brała kredyt kilkanaście lat temu, prawdopodobnie na zakup pralki lub czegoś podobnego i poza tym myśleliśmy że cały kredyt został spłacony. Nie wiemy kiedy dokładnie ten kredyt był zaciągany, na wezwaniu od banku brakuje takiej informacji. Mogło to być nawet ok. roku 2001, ale nie jesteśmy tego pewni.Nie znaleźliśmy jeszcze tych dokumentów. Nie dostawaliśmy żadnych listów o zaległych odsetkach, a teraz nagle pismo z informacją o nie zapłaconych odsetkach w kwocie 2,18 zł. Wysłanie tego wezwania musiało kosztować więcej niż 2,18 zł. dlatego pewnie doliczyli sobie te 90 zł"

      - pisze pani Justyna. Sprawą za bardzo się nie przejęła: uznała, że kredyt był spłacony, żadnych dziwnych kosztów nie będzie bankowi płacić i w razie czego wygra sprawę w sądzie z powodu przedawnienia. Ale prawdą jest, że cała ta praktyka wysyłania do starszych ludzi groźnie brzmiących wezwań do zapłaty wyciągniętych z kapelusza i szantażowania ich sprzedażą długów do firm windykacyjnych jest naganna. Mam nadzieję, że upublicznienie tej sprawy pomoże komuś w Plus Banku stuknąć się w czoło. Następnie ten ktoś zauważy jak absurdalne i śmieszne jest ściąganie 2,18 zł odsetek po kilkunastu latach i naliczanie do tego kosztów w wysokości 90 zł.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Oto perfekcyjny bank: potrafi liczyć odsetki nawet od... zera ;-). Jak to możliwe?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 kwietnia 2015 08:46
  • poniedziałek, 20 kwietnia 2015
    • Sprawa dywidendy z PKO BP będzie testem dla rządu. Co ważniejsze: kasa, czy zasady?

      Szkoda, że rząd nie chce wreszcie uciąć spekulacji i wesprzeć autorytetu nadzoru bankowego w sprawie dywidendy z akcji banku PKO BP. Ostatnia wypowiedź ministra skarbu Włodzimierza Karpińskiego nie zakończyła spekulacji. Minister oświadczył, że wpływy państwa z dywidend nie są zagrożone, że nie ma planów kompensowania ewentualnego braku dywidendy z PKO BP daniną z innych spółek oraz że decyzję w sprawie dywidendy podejmuje WZA spółki. Niby nic, ale takie combo może być - przy odrobinie złej woli - interpretowana tak, że rząd - mimo negatywnej opinii KNF - nie wyklucza przeforsowania wypłaty dywidendy przez PKO BP. Przypomnę pokrótce, że indywidualne zalecenia nadzorcze w sprawie dywidendy dostały ostatnio od KNF banki mające największe zaangażowanie w kredyty walutowe, głównie we frankach szwajcarskich - m.in. BZ WBK, mBank oraz PKO BP właśnie (w walucie obcej ma 16% portfela kredytowego). Chodzi o to, by bankowcy nie uszczuplali kapitału, który może być potrzebny na pokrycie strat z tytułu frankowych kredytów, gdyby kurs znów wystrzelił albo na zaspokojenie roszczeń frankowych kredytobiorców. gdyby okazało się, że wyrokiem sądu lub na mocy jakiejś ugody z klientami banki będą musiały przewalutować te kredyty po niekorzystnym dla siebie kursie. Lub w jakikolwiek inny sposób umorzyć klientom część zobowiązań.

      Zalecenia nadzorcze w sprawie dywidendy są praktyką iście kowbojską, bo formalnie KNF nie ma uprawnień, by wcinać się w politykę dywidendową banku, gdyż jest to wyłączne uprawnienie akcjonariuszy. Ale utarło się, że nadzór czasem bawi się w Lucky Luke'a i daje bankowcom alternatywę: "albo zrobicie co każemy, albo przyślemy do was taką kontrolę, po której się nie pozbieracie przez trzy kwartały". Kiedy kilka tygodni temu na ręce prezesa mBanku listonosz położył gorące jeszcze pismo od przewodniczącego KNF, ten przerwał walne zgromadzenie, żeby akcjonariusze mogli ochłonąć i do dziś nie wznowił. A jak wznowi (za nieco ponad tydzień, 29 kwietnia), to zapewne akcjonariusze uznają, że nie chcą żadnej dywidendy, byle tylko KNF sobie poszedł i nie dawał bankowi zbyt dużych domiarów kapitałowych (bo wtedy nie tylko nie dostaną pieniędzy z zysku, ale będą musieli zorganizować dla banku dodatkowe pieniądze). Czy znajdą się tacy akcjonariusze banków, którzy dywidendowych rekomendacji KNF się nie boją? Minister Karpiński wypowiada się zbyt enigmatycznie jak na człowieka, który wydaje dyspozycje przedstawicielom resortu skarbu na walne zgromadzenia w spółkach, w których państwo ma udziały.

      Żartów nie ma, bo PKO to największy polski bank, którego roczny zysk wynosi ok. 3,2 mld zł, czyli ponad jedną piątą zarobku całej polskiej branży bankowej. Tak się składa, że rząd ma w PKO BP ponad 31% udziałów i jest największym akcjonariuszem. Drugi pod tym względem udziałowiec, grupa funduszy Aviva, ma raptem niecałe 7% i też lubi otrzymywać dywidendy :-). Niewykluczone, że KNF w sprawie zatrzymania dywidendy przez "frankowe" banki nieco przesadza - banki mają na tyle dobrą sytuację finansową, że przeznaczenie części zysku na dywidendę być może nie niosłoby dużych zagrożeń. Nie jestem też przekonany, czy nadzór powinien posuwać się do "terroryzowania" akcjonariuszy banków, bo przecież udział w zysku spółki to podstawowe prawo każdego akcjonariusza i jedna z podwalin istnienia rynku kapitałowego (inna sprawa, że pięć lat temu, w czasie kryzysu finansowego, takie zachowanie nadzoru zapobiegło drenowaniu polskich banków kapitału przez zagraniczne "mamusie"). Ale przedstawiciele rządu akurat teraz - gdy niejasna jest sytuacja dotycząca frankowych portfeli kredytowych - powinni stanąć murem po stronie nadzoru bankowego. "Jeśli rządowy akcjonariusz będzie miał w nosie wytyczne nadzorcy, to może i nam wolno mieć je w nosie?" - mogliby pomyśleć inni strategiczni akcjonariusze.  

      Ceną za bezhołowie wśród bankowców, którzy nie boją się już niczego i nikogo, może być pieniądz podatnika, którym trzeba ratować chwiejące się instytucje finansowe. Oczywiście, od takiego scenariusza dzielą nas jeszcze lata świetle, ale lepiej, żeby tak zostało. "Podstawą jest równe traktowanie wszystkich banków - zasady są takie same zarówno dla banków z kapitałem międzynarodowym, jak i krajowym, w tym z udziałem Skarbu Państwa. Bezpieczeństwo depozytów jest najistotniejsze, niezależnie od tego kto jest właścicielem banku. KNF uważa, że dobro deponentów i stabilność banków jest dobrem nadrzędnym wobec krótkoterminowych korzyści dla akcjonariuszy związanych z oczekiwaniami co do polityki dywidendowej banków" - oświadczyła KNF.  Ale ciekaw jestem jak długo szef nadzoru będzie sobie i kolegom z Komisji pozwalał na takie pouczanie akcjonariuszy, wśród których jest jeden szczególny - państwowy. Niestety, prawda jest taka, że przewodniczącego KNF powołuje premier, czyli szef tego ministra od zgarniania dywidend... Rozwiązania są dwa: albo rząd zrezygnuje z posiadania udziałów w polskich bankach, albo trzeba wrócić do poprzedniego modelu nadzoru nad bankami, zamontowanego przy odseparowanym od wpływu polityków banku centralnym. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawa dywidendy z PKO BP będzie testem dla rządu. Co ważniejsze: kasa, czy zasady?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 kwietnia 2015 20:38
    • Banków wyścig z czasem. Czy po wyroku Trybunału sądy będą "przyklepywały" BTE?

      Zeszłotygodniowe, mocno zaskakujące orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, skazało na niebyt Bankowy Tytuł Egzekucyjny, czyli najwygodniejszy dla banków sposób odzyskiwania zaległych długów. Trybunał zastrzegł, że niebyt zacznie się dopiero od sierpnia 2016 r., co powinno oznaczać, że przez ponad rok BTE mógłby obowiązywać bez zmian. I takie też były pierwsze interpretacje orzeczenia Trybunału (także ta, którą zaprezentowałem na gorąco w blogu). Ale tak naprawdę wygląda na to, że sprawa nie jest taka prosta. I nikt nie wie co się stanie, gdy jakiś bank pójdzie dziś do sądu potwierdzić BTE (czyli otrzymać klauzulę wykonalności). Wiadomo, że takie procedury dzieją się bez udziału zadłużonego klienta banku (na tym polega cały urok BTE dla banków, że nie trzeba organizować żadnych wielkich rozpraw), więc on i tak nie będzie mógł zaprotestować przeciwko nadaniu BTE klauzuli wykonalności, powołując się na uznanie tego instrumentu za nielegalny. Ale sąd sam może dojść do wniosku, że nadanie klauzuli wykonalności czemuś, co zostało właśnie uznane za niezgodne z konstytucją, może nie być najlepszym pomysłem.

      Jakie są podstawy, by sąd nie zastosował się do wytycznych Trybunału, sugerującego, żeby do sierpnia 2016 r. wszystko było "po staremu"? Prawnicy konfederacji Lewiatan przypominają orzeczenia Sądu Najwyższego, z których wynika, iż przepis uznany za niezgodny z Konstytucją RP, nawet w przypadku odroczenia utraty jego mocy wiążącej, nie powinien być stosowany ani przed wydaniem wyroku, ani po jego ogłoszeniu (tak powiedział Sąd Najwyższy w wyroku 20 maja 2009 r., sygnatura akt I CSK 379/08). Tak samo powiedział jakiś czas temu Naczelny Sąd Administracyjny (wyrok z 6 lutego 2008 r., sygnatura akt II OSK 1745/07). Według NSA przepis uznany przez Trybunał Konstytucyjny za niezgodny z ustawą zasadniczą ma taki charakter od samego początku, tj. od dnia ogłoszenia tego faktu. Pytanie czy sądy, do których banki przychodzą po "przyklepanie" BTE, czyli nadanie im klauzul wykonalności, też dojdą do takiego wniosku, czy też w ogóle nie będą wnikać w wyrok Trybunału Konstytucyjnego, bo uznają, że w tym momencie nie ma on jeszcze nic do rzeczy.

      BTE i kredyty frankowe. Sądy już otworzyły furtkę do wstrzymania egzekucji!

      Jest i druga "instancja" - kwestia ewentualnych działań sądowych klienta, który dojdzie do wniosku, że nie ma ochoty poddać się BTE, bo w obecnym stanie prawnym nie ma potrzeby, by honorował instrument niezgodny z konstytucją. Taki klient może iść do sądu i wszcząć postępowanie przeciwegzekucyjne. Także w tym przypadku sąd będzie musiał dokonać trudnej decyzji - brać pod uwagę orzeczenie Trybunału, które już zapadło i już zostało ogłoszone, ale jeszcze nie obowiązuje? Bardzo jestem ciekaw jak sądy będą podchodziły do tych spraw. A najśmieszniejszy - choć to chyba nie jest dobre słowo w zaistniałej sytuacji - może być fakt, że różne sądy mogą w identycznych sprawach różnie sądzić. Przynajmniej przez pierwszych kilka tygodni, zanim ustoi się linia orzecznictwa. A więc jeden klient może zostać "ułaskawiony", co zmusi bank do egzekucji długu na normalnej drodze, zaś drugi będzie musiał się poddać BTE. No i ten ostatni klient - taki wariant też jest teoretycznie możliwy - mógłby później domagać się w sądzie odszkodowania od polskiego państwa, powołując się na to, że zastosowano w jego przypadku niekonstytucyjny przepis. Clou problemu to pytanie: czy niekonstytucyjność może "wejść w życie" później, niż została ogłoszona.

      "Z jednej strony, już samo ogłoszenie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego uchyla domniemanie konstytucyjności zakwestionowanych przepisów. Z drugiej zaś, odroczenie utraty ich mocy obowiązującej wskazuje, że nagła zmiana stanu prawnego mogłaby być zbyt radykalną i niosącą za sobą negatywne skutki. Zresztą w swoim komunikacie, Trybunał wskazał, że odroczenie to umożliwić ma zakończenie spraw w toku oraz wydanie przez ustawodawcę odpowiednich przepisów intertemporalnych"

      - pisze konfederacja Lewiatan w swoim komentarzu. Niewykluczone zresztą, że ta historia już się dzieje. Banki przecież codziennie składają w sądach wnioski o nadanie BTE klauzul wykonalności. I niewykluczone, że pierwsze orzeczenia dotyczące tej kwestii już w sądach zapadają. Bardzo jestem ciekaw jak ukształtuje się w tym przypadku linia orzecznictwa. Bankowcy zdają się mieć w tej sprawie nie najlepsze dla siebie przeczucia, bowiem napisali do Ministra Sprawiedliwości list, w którym proszą o jak najszybsze wprowadzenie stawek maksymalnych dotyczących taks notarialnych dotyczących oświadczeń o poddaniu się egzekucji w trybie art. 777 Kpc. Bowiem w braku BTE to właśnie notarialne oświadczenie klienta i jego zgoda na zastosowanie "trzech siódemek" ma dać bankowi równie mocną podstawę do stosowania uproszczonej egzekucji. Banki najwyraźniej przygotowują się do podsuwania zarówno nowym, jak i "starym" klientom aktów notarialnych i woleliby uniknąć awantur i zarzutów klienta typu "a dlaczego mam płacić kilka tysięcy złotych notariuszowi".

      Niższa opłata notarialna sprawi, że klienci nie będą się awanturowali, a banki nie doznają "uszczerbku wizerunkowego". Skąd ten pośpiech? Wygląda na to, że banki nie na żarty obawiają się, iż możliwość korzystania z BTE zostanie im zabrana znacznie wcześniej, niż w sierpniu 2016 r. Tak czy siak: jeśli jesteście "podmiotem" postępowania egzekucyjnego w banku i dojdą Was słuchy, że bank wystawił w Waszym przypadku BTE, to koniecznie sprawdźcie jego datę. BTE wystawione przed 14 kwietnia raczej będą trudne do zakwestionowania (choć przecież sąd może uznać, że w tzw. międzyczasie tytuł egzekucyjny stracił prawomocność). Te, które już mają klauzulę wykonalności sprzed tej daty - bardzo trudne. Ale jeśli macie na koncie BTE wystawione później, niż 14 kwietnia (choć nie wiem co z wystawionymi 14 kwietnia rano ;-)), to potencjał do powalczenia w sądzie być może jest. Oj, będzie ciekawie. Dawajcie znać jaka jest sytuacja na froncie, a ja będę trzymał w tej sprawie rękę n pulsie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Banków wyścig z czasem. Czy po wyroku Trybunału sądy będą "przyklepywały" BTE? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 kwietnia 2015 12:02

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line