Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.
wtorek, 14 lutego 2012

Sponsorem dzisiejszego odcinka „Subiektywnie o finansach” jest literka „M”. M jak miłość. Ale nie będzie ani słowa o trzymaniu się na rączkę, romantycznych zaręczynach w blasku księżyca, ani o gołąbkach gruchających na ławeczce w centrum handlowym (piszę, że w centrum handlowym, bo w parku - a tam grucha się najczęściej - przy obecnej aurze gołąbkom zmarzłyby tyłki). Nie przepadam za kochaniem na komendę, kupowaniem róż na komendę, wizytowaniem sklepów z erotyczną bielizną na komendę (no, w zasadzie to ostatnie mogę robić też na komendę), więc dziś, przy Walentynkach, będzie w blogu o nieco innej miłości, niż piszą tego dnia w innych mediach. Będzie o miłości... płatnej. Tej, która ostatnio przestała być dobrą wymówką w bliskim kontakcie trzeciego stopnia z urzędnikiem skarbowym. Bo - nie wiem czy słyszeliście - przy kontroli nie udokumentowanych dochodów nie można już powiedzieć, że pochodzą one z własnego nierządu. W skarbówce niestety zapytają o listę klientów. Ciekawe tylko która prostytutka (lub męski prostytutek) legitymuje swoich klientów? I tak po micie szwajcarskiej konserwatywnej bankowości padł mit dyskretnych usług seksualnych. W tym kraju nie ostanie się żadna świętość :-))). A zanim przejdziemy do twardych, by nie powiedzieć sztywnych, faktów - pomysł na Walentynki rodem z Rosji :-)

Tak, moi drodzy, z okazji Walentynek postanowiłem być szatańsko wręcz dowcipny sprawdzić ile realnie warta jest płatna miłość w różnych krajach. W przeliczeniu na średnie zarobki obywateli, a potem na... sztandarowy wyrób koncernu McDonald’s - Big Maca. Robi się ciekawie, prawda? Będą też romantyczne przerywniki muzyczne, ale to jedyne romantyczne akcenty tego wpisu :-). Do rzeczy: niestety nie stać mnie było na reportaż uczestniczący, więc w poszukiwaniu cenników płatnych usług seksualnych z konieczności oparłem się na informacjach z internetu. A więc poniższe wiadomości traktujcie więc z lekkim przymrużeniem lewego oka. :-). A z danych w netu - na szczęście jest kilka stron typu Prostitution Guide ;-) - wynika, że w takiej np. Australii godzina płatnego seksu w klubie erotycznym (bo nie wiem czy tam w ogóle występuje instytucja „tirówki”, długo by musiała taka dziewczyna czekać na jakiś pojazd, prędzej kangura by spotkała) kosztuje 150 AUS (czyli dolarów australijskich), w Brazylii 90 BRL (to brazylijski real, wart jest jakieś 0,45 EUR), w Kanadzie 200 CAD (czyli tamtejszych dolarów, co przekłada się na 150 EUR), na Kostaryce, a podobno to najszczęśliwszy kraj na świecie, nędzne 50 USD (jakieś 40 EUR), w Japonii 5000 JPY (jakieś 50 EUR), zaś w USA - ale to chyba muszą być jakieś zawyżone dane - aż 170 USD (niecałe 130 EUR).

Przejdźmy do bliższej zagranicy. W rozpadającej się średnio raz w miesiącu Belgii godzina płatnego seksu kosztuje 70 EUR, co w przełożeniu na roczny dochód obywatela w tym kraju (na rękę 23.400 EUR w 2010 r., świeższych danych niestety nie znalazłem) przekłada się na realną wartość nabywczą seksu w wysokości 334 godzin rocznie. Średniawo. Udajmy się więc na bogatą północ. W Danii godzina w klubie erotycznym to koszt 1000 DKK (duńskich koron, w przeliczaniu 130 EUR), co przy rocznych zarobkach obywatela tego kraju w wysokości 28.612 EUR daje 220 godzin przyjemności. W Finlandii są pokrzywdzeni, bo choć leżą bardziej na północy i bardziej doskwiera im depresja, to seks jest u nich relatywnie droższy - co prawda godzina jest tylko po 120 EUR, ale przy zarobkach 25.618 EUR stać ich raptem na 213 godzin. O Norwegów nawet nie pytam, bo płacą za godzinę z panią (lub panem jeśli mówimy o Norwegu płci pięknej :-)) lekkich obyczajów jak za zboże (130 EUR), więc wyżej 215 godzin nie podskoczą. Czas na romantyczny przerywnik muzyczny, zwany przez niektórych prezenterów interludą :-)

Czas odwiedzić kraje naszego regionu Europy. A tu bieda aż piszczy. W Estonii godzina pracy kobiety lub chłopaka lekkich obyczajów jest wyceniana na 55 EUR, co w porównaniu z przeciętnym rocznym dochodem obywatela (7892 EUR) oznacza, że stać go na nędzne 143 godziny. U bratanka-Orbana jest lepiej. Na Węgrzech godzina clubbingu w wersji hard kosztuje ponoć 10.000-12.000 HUF (35-40 EUR), co w wersji optymistycznej oznacza, że przy rocznych zarobkach na rękę w wysokości 5734 EUR przeciętnego Węgra stać na 163 godziny uciech. Na tym tle Polska nie wygląda źle. Za godzinę w towarzystwie pani lub pana gwarantujących płatną miłość w lokalu (a nie pod drzewkiem lub przy autostradzie) płaci się nad Wisłą jakieś 200 PLN, czyli 45 EUR.  A że zarabiamy rocznie przeciętnie 7180 EUR, to możemy sobie pozwolić na 160 godzin wypłacanych w seksie.

A co słychać w bogatych krajach Unii? Ci to mają dobrze... W Niemczech godzina pracy na rzecz rozkoszy klienta jest warta podobno tylko 50 EUR (potwierdzacie? bo coś mi tu nie gra), co przy rocznym dochodzie przeciętnego Niemca - aż 25.167 EUR - przekłada się na 503 godziny usługi erotycznej. We Włoszech miłośnicy płatnego seksu mają troszkę przerąbane - podobno muszą płacić po 100 EUR, a zarobki mają mniejsze od niemieckich - 18.509 EUR rocznie. Aż mi się nie chce wierzyć, żeby w niedawnym królestwie Berlusconiego było aż tak drogie bunga-bunga. A co słychać w amsterdamskiej Dzielnicy Czerwonych Latarni? Taki Holender jest bogaty - 27.057 EUR rocznego dochodu na rękę - ale za godzinę seksu w lokalu usługowym płaci podobno 80 EUR, więc stać go na mniej, niż Niemca (bo na 337 godzin), ale na więcej, niż Włocha. No i na koniec zajrzyjmy w Alpy, a dokładniej do bogatej Szwajcarii, w której godzina uciech nie jest aż tak droga, jak mogłaby być, bo kosztuje 80 CHF, czyli jakieś 65 EUR. Myślę, że przy tych cenach i przy zarobkach Szwajcarów (37.876 EUR rocznie na rąsię) nie tylko ich kurs wymiany do euro jest sztywny, niczym pal Azji. Bo wynagrodzenie takiego Szwajcara daje mu szansę na 582 godziny nieprzerwanej sztywności. Nie zazdrościmy, bo kto by to wytrzymał? Bez interludy na pewno nie dałoby rady :-)

Mamy więc już przegląd wartości nabywczej naszych pensji w cenach seksu. W krajach środkowej Europy, na dorobku, roczny dochód netto starcza przeciętnemu obywatelowi na jakieś 140-160 godzin płatnego seksu w przyzwoitych warunkach. W zimnej, ale bogatej Skandynawii jest to już jakieś 220 godzin przyjemności za roczną pensję (dużo zarabiają, ale seks drogi u nich jak cholera), a w najbogatszych krajach Europy zarabiają rocznie na 500-600 godzin płatnego seksu. W sumie dobrze też mają tacy Belgowie, Holendrzy i mieszkańcy krajów o podobnej szerokości geograficznej - stać ich rocznie na 330-340 godzin płatnego seksu. Tyle liczenia i tak banalne wnioski :-). Pewnie gdyby liczyć zamiast sekso-godzin np. restauracjo-godziny albo hotelo-godziny, to wyszłoby to samo :-). Powtarzam przeto jeszcze raz: dane mogą być nieprecyzyjne, bo redakcja z przyczyn nieokreślonych nie wysłała mnie na study tour.  A na koniec chcę Wam zaserwować jeszcze jedno smakowite porównanie. Otóż za cenę jednego Big Maca z lokalnej restauracji McDonald's (8,1 PLN) - a piszę to posiłkując się słynnym indeksem Big Mac na 2011 r. - Polak może mieć 2,5 minuty płatnego seksu. Mieszkaniec Danii - tylko niecałe 2 minuty. Ale za to Szwajcar (płaci 5 EUR) - już 4,6 minuty. Na Walentynki i nie tylko życzę Wam jak najmniej Big Mac’ów i jak najwięcej szatańskiego seksu. Tylko nie nazywajcie dzieci, które dziś poczniecie, Walentymi lub Walentynami. Bo prawdziwa Walentyna była tylko jedna - Tiereszkowa :-))

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

Samcik blox

SUBIEKTYWNIE O RESTAURACJI BEZ CEN W MENU: Blog „Subiektywnie o finansach” to nie tylko opowieści o pieniądzach trzymanych w banku, firmie ubezpieczeniowej, czy funduszu inwestycyjnym. Albo tych pożyczonych od banku w formie kredytu. Znajdziesz tu również ciekawostki dotyczące swojego portfela. Ostatnio hitem internetu był felieton o warszawskim restauratorze, który postanowił usunąć z menu ceny. Każdy może najeść się do syta i zapłacić tyle, ile uważa za stosowne. Czy to się może udać w kraju, w którym jest największy w Europie wskaźnik kradzieży w sklepach? Sam oceń i skomentuj!

SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”. Kapituła pod przewodnictwem nestora bankowców Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić, to zapraszam! Napisz do mnie: maciej.samcik@gazeta.pl

SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA RELIGIJNA! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gości w różnych miejscach, nie wyłączając... programów religijnych. W piątym odcinku autorskiego programu ks. Kazimierza Sowy pt. „Etyka w biznesie” w „Religia TV” - opary subiektywności ukazały się w rozmowie z bankowcem Mariuszem Grendowiczem. Zapraszam do obejrzenia i dyskusji o tym czy bankowość może być etyczna. Komentujcie i recenzujcie! Link do zapisu programu „Etyka w biznesie” o bankowości - znajdziecie tutaj.

TV Religia Samcik-Grendowicz

UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. W zeszłym roku ukazało się ok. 380 notek, zaś liczba Waszych komentarzy przekroczyła już 10.000. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

poniedziałek, 13 lutego 2012

Każdemu bankowi zdarzy się czasami popełnić błąd. Nie robi ich tylko ten, co nic nie robi. Jakkolwiek przekrój mojej tfurczości w tym blogu sugeruje, że wyrozumiały jestem tylko dla swoich błędów, to wcale nie jest tak, jak myślicie. Jestem najbardziej wybaczającym samcem oraz dziennikarzem finansowym w świecie. :-) Naprawdę! I dlatego dziś w blogu o wybaczaniu właśnie. Ale o wybaczaniu „klientowskim”, które jest uzależnione od tego jak ładnie bank przeprosi za błąd. Niestety, mój czytelnik został przeproszony w taki sposób, że został tym faktem tylko rozjuszony. Kiepska sprawa. Pewnie umieracie z ciekawości w jaki sposób bank przepraszał, skoro klienta nie tylko nie udobruchał, ale nawet wręcz przeciwnie?

Odwiedzając stronę www.gazeta.pl zdarza mi się czytać Pana wpisy na blogu. Do niedawna była to tylko czysta rozrywka, ponieważ moje kontakty z bankami były sporadyczne. Korzystając z bankowości internetowej miałem poczucie że panuję nad sytuacją. Wydaje się więc, ze mając dobre doświadczenia z obsługą internetową swojego konta osobistego i oszczędnościowego, powinienem być szczęśliwy i zadowolony, korzystając zdalnie z usług Open Finance. Irytuje mnie jedynie czas oczekiwania na połączenie z konsultantem telefonicznym. Ale ostatnio moje zdanie o Open Online, internetowym serwisie Open Finance, nieco się zmieniło. Kilka dni temu minął  termin ważności kilku moich lokat. Zwykle pieniądze trafiały na ROR tego samego dnia, a ja dokonywałem odpowiednich przelewów na nowe lokaty. Tym razem w czwartek skontaktował się ze mną konsultant, który próbował namówić mnie do ulokowania moich pieniędzy na dłuższy okres. Pozostałem przy swoim zdaniu. Konsultant zaproponował więc tylko pomoc w tzw. zrolowaniu lokat. Zgodziłem się, bo teoretycznie z pomocą konsultanta zakończenie starych i założenie nowych lokat powinno być sprawniejsze.

Proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy logując się na stronę Open Online stwierdziłem, ze stare lokaty zostały zlikwidowane, nowe nie zostały założone, a pieniądze nie powróciły na moje konto. Po kilku dniach usłyszałem, ze j wszystko się wyjaśni i skontaktuje się ze mną mój opiekun. Ten próbował mnie uspokajać, podając przykład swojego kolegi, którego pieniądze zniknęły na kilka dni, ale później lokaty zostały jednak założone i to z wsteczną datą. Irytujące było to, że za każdym razem rozmawiałem z inną osobą. Po tygodniu na moim koncie pojawiła się stosowna kwota, a w Open Finance zostały założone nowe lokaty. Jednak ich saldo wynosiło tyle samo co tydzień wcześniej, bez odsetek za pięć dni. Złożyłem kolejną reklamację (telefonicznie i e-mailowo), żądając rekompensaty za straty. Gdy otrzymałem telefon z przeprosinami i z informacją, że Open Finance wysyła do mnie upominek, poczułem się trochę lepiej. Jednak gdy otworzyłem przesyłkę z Open Finance i moim oczom ukazał się wątpliwej urody różowy portfel, miarka się przebrała.

Bank pod różowym portfelikiem

Poinformowałem Open Finance, ze skoro kuszą nowych klientów upominkami takimi jak iPhone, konsole do gier, nawigacje samochodowe, to równie dobrze mogą postarać się zatrzymać swojego stałego klienta jednym z takich upominków. Nie wiem czy moje reklamacje coś zmienią, ale myślę że zdjęcie różowego portfela może być ciekawym akcentem w Pana blogu” - kończy swoją opowieść czytelnik.

A ja muszę połączyć się z nim w bólu. Niby można się uśmiechnąć i powiedzieć, że czytelnik też ma troszkę nierówno pod sufitem, żądając konsoli w zamian za straty moralne za pięć dni (tu nie Ameryka, przynajmniej na razie), ale w jednym na pewno ma rację. Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że nie przepadam za różowym kolorem. Zwłaszcza w męskim kontekście. I chyba większość facetów nie przepada. Z różowych rzeczy lubię tylko „Różową serię” i gdyby Open Finance wysłał mi w prezencie różowy portfelik, to chyba też rozniósłbym ich na strzępy :-))). Kochani! Proszę zapamiętajcie tę ważną rzecz: jeśli chcecie zrobić facetowi prezent, unikajcie różowych portfeli, bo to się może naprawdę źle skończyć. Większość zareaguje tak, jak mój czytelnik. :-). Ale jak chcecie sprawdzić czy mój czytelnik naprawdę Was nienawidzi, to... wyślijcie mu różowego iPhone’a :-). Jeśli prezent wróci, to znaczy, że nienawiść klienta jest naprawdę wielka :-). A tak już pisząc poważniej, to Open zachował się niemal wzorcowo. Zawalił, przeprosił, wysłał upominek. Kłopot w tym, że... różowy. Kurde... różowy!!!. 

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę.

SUBIEKTYWNIE O RESTAURACJI BEZ CEN W MENU: Blog „Subiektywnie o finansach” to nie tylko opowieści o pieniądzach trzymanych w banku, firmie ubezpieczeniowej, czy funduszu inwestycyjnym. Albo tych pożyczonych od banku w formie kredytu. Znajdziesz tu również ciekawostki dotyczące swojego portfela. Ostatnio hitem internetu był felieton o warszawskim restauratorze, który postanowił usunąć z menu ceny. Każdy może najeść się do syta i zapłacić tyle, ile uważa za stosowne. Czy to się może udać w kraju, w którym jest największy w Europie wskaźnik kradzieży w sklepach? Sam oceń i skomentuj!

TYLKO W BLOGU: WSTYDLIWA PRZEGRANA BANKU W SĄDZIE. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wygrał prestiżowy bój z BRE Bankiem. Rzecz dotyczy pozwu UOKiK przeciwko bankowi jeszcze z marca 2009 r. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje (apelację, kasację) i skończy się wpisaniem do rejestru klauzul niedozwolonych zapisu pozwalającego bankowi na dowolne kształtowanie oprocentowania kredytów. Sprawdź czy Twojego kredytu ta sprawa też dotyczy!

sobota, 11 lutego 2012

Życie toczy się szybko. Kilka dni temu pisałem o ostatecznym zakończeniu sprawy sądowej klientów Banku Spółdzielczego w Barlinku, którzy z pomocą poznańskiego prawnika mają już w dłoni wyroki wszystkich możliwych instancji (z Sądem Najwyższym i Sądem Ochrony Konkurencji i Konsumentów włącznie), że bank wpisał im do umowy kredytowej niezgodne z prawem dyrdymały. Przypomnę: chodziło o klauzulę o treści: „Kredyt jest oprocentowany według zmiennej stopy procentowej, obowiązującej w okresach, za które naliczane są odsetki. Wysokość ustalonego oprocentowania może ulec zmianie w przypadku zmiany o co najmniej 0,25% punktu procentowego jednego z niżej wymienionych czynników: stawek WIBOR, stopy procentowej bonów skarbowych 52-tygodniowych, stopy redyskonta weksli NBP, stopy procentowej kredytu lombardowego, wysokości stopy rezerw obowiązkowych”. Ufff, zabrakło tylko śniegu i rozwolnienia. Według wymiaru sprawiedliwości w umowie nie ma prawa być określeń sugerujących dowolność w ustalaniu oprocentowania kredytu. Tak oto na naszych oczach dzieje się historia...

Ledwie kilka dni po tym wpisie - w piątek - czytam na stronie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów takiego newsa: „Sąd apelacyjny potwierdził w piątek zasadność powództwa Prezesa UOKiK o uznanie klauzuli kształtującej wysokość oprocentowania kredytu za niedozwoloną. Niedozwolone postanowienie było stosowane przez BRE Bank w umowach kredytów hipotecznych”. Rzecz dotyczy pozwu UOKiK przeciwko bankowi jeszcze z marca 2009 r. Sprawa przeszła przez wszystkie instancje (apelację, kasację). Wyrok sądu apelacyjnego oznacza prawdopodobnie ostateczną wiktorię UOKiK w boju prawnym z BRE Bankiem i oznacza wpisanie do rejestru klauzul niedozwolonych takiego oto zapisu:

Stopa procentowa kredytu może ulegać zmianom w okresie trwania umowy w przypadku zmiany co najmniej jednego z następujących parametrów finansowych rynku pieniężnego i kapitałowego: oprocentowania lokat międzybankowych (WIBID/WIBOR), rentowność bonów skarbowych, obligacji Skarbu Państwa, zmiany stóp procentowych NBP oraz w zakresie wynikającym ze zmiany tych parametrów”. W komunikacie UOKiK tłumaczy, że „postanowienie to było zbyt ogólne i nieprecyzyjne. Dzięki temu bank miał możliwość kształtowania wysokości oprocentowania kredytu według własnego uznania. Posłużenie się sformułowaniem „może ulegać zmianom w okresie trwania umowy”, powoduje, że bank może dokonywać zmiany oprocentowania według własnego uznania i w dowolnie wybranym momencie, a co za tym idzie, jest uprawniony do wprowadzania zmian wysokości oprocentowania w sposób niekorzystny dla kredytobiorcy. Zdaniem Prezes Urzędu zmiana oprocentowania powinna zależeć od przesłanek obiektywnych, a nie od subiektywnej decyzji banku”.

To dość duża rzecz dla grupy klientów BRE Banku, która mniej lub bardziej aktywnie - i mniej lub bardziej grupowo - walczą o uznanie za nielegalne zapisów z umów kredytowych, które generalnie uzależniają oprocentowanie ich kredytów od decyzji zarządu banku. Co prawda takich zapisów już od dobrych kilku lat bank nie stosuje, ale i tak były one w 20.000 kredytów, które dziś bank nazywa „kredytami starego portfela”. BRE przez cały czas dąży do zamknięcia sprawy, proponując klientom aneksy do umów, zmieniające sposób ustalania oprocentowania z „decyzji zarządu” na LIBOR plus marżę. Jakieś 7500 osób się na to zgodziło, pozostali walczą. Prawie tysiąc osób podpisał się pod pozwem grupowym, jest też w toku trochę spraw indywidualnych (na oko: kilkadziesiąt). Z tych indywidualnych więcej chyba wygrał do tej pory BRE (jego prawnicy nieoficjalnie mówią o kilkunastu, jednak nie da się tego zweryfikować), ale co najmniej dwa procesy zakończyły się zwycięstwem Nabitych. Wiem o sprawie w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieście (sygn. akt XVIII C-upr 1902/11 oraz o sprawie w Sądzie Okręgowym w Łodzi (sygn. akt III Ca 1207/11). W pierwszym przypadku klient wygrał w pierwszej instancji, w drugim - już w apelacji. Moja nagroda za dzielność dla Was to ten, znany Wam już z blogu przebój:

Zwycięstwo UOKiK w sądzie dwie rzeczy oznacza i jednej nie oznacza :-). Po pierwsze oznacza, że nie można już pisać i mówić, iż klienci buntują się przeciwko nieprecyzyjnym klauzulom, ale żaden sąd nie uznał ich nielegalności. Otóż uznał i obciąża to sumienie bankowców, którzy takie klauzule do umów wpisywali. Być może kiedyś obciąży też ich kieszeń (jeśli przełoży się na uznane przez sąd roszczenia odszkodowawcze). Po drugie wpisanie do rejestru klauzul niedozwolonych tej, o którą szedł spór UOKiK z BRE otwiera drogę klientom innych banków do renegocjacji warunków umów lub sporów sądowych. Klauzula zakwestionowana przez UOKiK była swego czasu dość popularna w bankach. Mając w ręku piątkowy wyrok sądu i klauzulę identyczną - lub choćby bardzo podobną - we własnej umowie, można próbować sporo zdziałać.

A czego piątkowe orzeczenie nie oznacza? Ano nie oznacza, że UOKiK wywalczył w sądzie zwycięstwo dla Nabitych. Klauzula, którą oprotestowali Nabici jest jednak inna, niż ta, która była przedmiotem walki UOKiK-u z bankiem. Klauzula, o którą idzie bój w ramach pozwu zbiorowego i większości procesów indywidualnych brzmi: „Zmiana wysokości oprocentowania Kredytu może nastąpić w przypadku zmiany stopy referencyjnej określonej dla danej waluty oraz zmiany parametrów finansowych rynku pieniężnego i kapitałowego w kraju (lub krajów zrzeszonych w Unii Europejskiej), którego waluta jest podstawą waloryzacji”. A więc po pierwsze dotyczy innej odmiany kredytu - frankowego, a nie złotowego - a po drugie ma zupełnie inne brzmienie. Choć oczywiście nie ma dwóch zdań, że zwycięstwo UOKiK daje też moralny sukces Nabitym w tym sensie, że - tak samo zresztą jak w sprawie z Barlinka - sąd uznał, iż wpisywanie do umów sformułowań „może ulec zmianie” i podobnych jest niezgodne z prawem.

Wyrok w sprawie UOKiK vs BRE Bank formalnie więc dla Nabitych nic nie znaczy, ale może być ważnym prognostykiem w ocenie ich szans na zwycięstwo w sądzie. Inna sprawa czy to zwycięstwo będzie miało wymiar finansowy, czy też zjedzą ich koszty narzucone przez sprytnych prawników, którzy postanowili na tej sprawie nieźle się obłowić. Pisała o tym „Gazeta Stołeczna”. Każdy, kto zastanawia się nad dołączeniem do pozwu, musi dokładnie policzyć, ile pieniędzy stracił. Dzięki temu, że do pozwu dołączył miejski rzecznik konsumentów, sprawa jest zwolniona z kosztów postępowania sądowego, ale członkowie grupy muszą zapłacić honorarium adwokatom z kancelarii „Wierzbowski Eversheds” - ok. 2500 zł za proces w pierwszej instancji, a jeżeli bank odwoła się i dojdzie do procesu w drugiej instancji - kolejne 1900 zł”. Nabitym walczącym grupowo życzę, żeby ich ewentualne zwycięstwo nie było pyrrusowe. Nie lubię być tępym narzędziem w rękach prawników, więc wiem co byście czuli, gdyby tak się właśnie miało stać.

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę.

SUBIEKTYWNIE O RESTAURACJI BEZ CEN W MENU: Blog „Subiektywnie o finansach” to nie tylko opowieści o pieniądzach trzymanych w banku, firmie ubezpieczeniowej, czy funduszu inwestycyjnym. Albo tych pożyczonych od banku w formie kredytu. Znajdziesz tu również ciekawostki dotyczące swojego portfela. Ostatnio hitem internetu był felieton o warszawskim restauratorze, który postanowił usunąć z menu ceny. Każdy może najeść się do syta i zapłacić tyle, ile uważa za stosowne. Czy to się może udać w kraju, w którym jest największy w Europie wskaźnik kradzieży w sklepach? Sami oceńcie i skomentujcie!

CO TY WIESZ O EKONOMII, CZYLI SUBIEKTYWNOŚĆ SONDUJE. Moi koledzy z działu wideo Gazeta.pl oraz z Wyborcza.biz ruszyli w miasto i zapytali napotkanych na ulicy przechodniów o znaczenie różnych pojęć ekonomicznych. Nie uwierzycie jak ciekawe mogą być skojarzenia z inflacją lub z OFE. Aż się boję kolejnych odcinków :-)

czwartek, 09 lutego 2012

Wszystkie znaki na niebie i ziemi - oraz informacje od moich jaskółek, krążących po Europie - wskazują na to, że ogłoszenie sprzedaży Kredyt Banku przez belgijską grupę KBC jest kwestią godzin. Według moich wiadomości Belgowie najprawdopodobniej osiągnęli już porozumienie z hiszpańskim Santanderem. Podobno jego ogłoszenie ma nastąpić do końca tego tygodnia. A więc być może już w piątek? Ze strzępów doniesień od osób, które do pewnego momentu uczestniczyły w negocjacjach wynika, że Hiszpanie zapłacą Belgom częściowo żywą gotówką, a częściowo akcjami banku BZ WBK, w którym mają 95% udziałów. Tym samym Santander upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu - przejmie Kredyt Bank i pozbędzie się nadmiaru papierów BZ WBK (nadzór wymaga, by hiszpański inwestor zszedł z udziałami w BZ WBK do 75%).

Jeśli te informacje się potwierdzą, będzie to już kolejna ogromna akwizycja hiszpańskiego Santandera, największego banku w strefie euro. W 2008 r., czyli w pierwszej odsłonie kryzysu Hiszpanie - którzy wcześniej weszli tu przejmując samochodowego pośrednika finansowego PTF - połknęli polskie operacje AIG Banku. Amerykanie byli na skraju bankructwa i musieli pozbyć się większości zagranicznych inwestycji. Potem Santander zasadził się na BZ WBK, w którym głównym inwestorem była irlandzka grupa AIB, zmuszona przez rząd do sprzedania swej polskiej perły w koronie. Hiszpanie negocjowali ostro, wiele wskazuje, że grali nie do końca uczciwie, ale... cel uświęca środki. Pokonali PKO BP i BNP Paribas, płacąc za BZ WBK astronomicznie wysoką cenę 2,3 mld euro. A teraz przyszedł czas na Kredyt Bank, który z kolei musi sprzedać KBC, również pod naciskiem własnego rządu i Komisji Europejskiej, czyli instytucji wykładających pieniądze na jego ratowanie. Ale na ratowanie nie przed Mannem. Ani przed Materną :-).

Z nieoficjalnych doniesień od osób zbliżonych do transakcji wynika, że dogadywanie sprzedaży Kredyt Banku przypominało brazylijską telenowelę, w której mnóstwo jest zwrotów akcji, ale na koniec wszystko wraca do punktu wyjścia. Najpierw Belgowie, na pozór lekkomyślnie, przyznali Santanderowi wyłączność negocjacyjną, w ogóle nie rozpisując przetargu. Może mieli rację i woleli iść na pewniaka, niż skompromitować się jak portugalskie BCP Millennium? Portugalczycy zorganizowali konkurs na sprzedaż Banku Millennium, a potem chyłkiem się z niego wycofali, bo chętnych było jak na lekarstwo. Ale w grze o Kredyt Bank Santander nie docenił wyciągniętej ręki i złożył bardzo niską ofertę, widząc że Belgowie są pod ścianą. Dał nie tylko mało pieniędzy (ponoć 600-700 mln euro), ale jeszcze zażądał od KBC, by zapewniło przez kilka najbliższych lat finansowanie portfela kredytów frankowych Kredyt Banku (czyli po prostu Belgowie musieliby sami kupować franki na rynku , płacąc za nie jak za zboże).

Czytaj też: Klęska HSBC w Polsce powinna być nauczką dla Santandera

KBC było pod ścianą, ale wyrwało się ze śmiertelnego uścisku, kiedy Belgom udało się świetnie sprzedać niemieckiemu Talanxowi inną polską inwestycję - firmę ubezpieczeniową Warta. Gdy w kasie znalazło się ponad 700 mln euro, ciśnienie z szefów KBC zeszło i natychmiast wysłali pewnych siebie Hiszpanów na przysłowiowe drzewo. Negocjacje wydawały się zerwane. Wtedy to Santander musiał pokornie wrócić do KBC i poprawić ofertę. Poprawił ją na tyle, że Belgowie najprawdopodobniej zgodzili się przyjąć w rozliczeniu trochę akcji BZ WBK, zamiast żywej gotówki. Jaka może być wartość transakcji? Tego dowiemy się niebawem - jeśli się potwierdzi, że deal jest uzgodniony. Jedno jest pewne - Hiszpanie raczej drugi raz by nie przepłacili. Ich sytuacja finansowa nie jest zła, ale nie mogą sobie pozwolić na kolejną przeszacowaną inwestycję. Zakup BZ WBK był tak drogi, że Hiszpanie, nie bacząc na zalecenia polskiego nadzoru, od razu zaczęli przymierzać się do pobrania z polskiego banku dywidendy. W tym celu ściągnęli do Polski Chucka Norrisa. On niczego się nie boi, jest straszniejszy nawet od Banderasa. Boski Antonio nie zdołał nastraszyć nawet Andrzeja Jakubiaka z KNF, któremu za bardzo spodobało się pozowanie na macho.

Architektem budowy potęgi Santandera w Polsce jest niejaki Andrea Orcel, który prowadzi od lat akwizycje prezesa hiszpańskiego banku Emilio Botina. I wyniki jego prac są rzeczywiście imponujące. Jeśli rzeczywiście dojdzie do ogłoszenia zakupu Kredyt Banku przez Hiszpanów, to Santander stanie się trzecią najpotężniejszą siłą w polskiej branży bankowej. Po przejęciu AIG Banku miał 7 mld zł aktywów w naszym kraju, potem dołożył 59 mld zł aktywów BZ WBK, a teraz miałby jeszcze pod swoją pieczą 43 mld zł aktywów Kredyt Banku. W sumie - 109 mld zł. Znacznie więcej niż dotychczasowa „trzecia siła”, czyli grupa BRE (ma 98 mld zł aktywów). Potężniejszy jest tylko PKO BP (ok. 190 mld zł) oraz Bank Pekao (144 mld zł). Hiszpanie będą pewnie potrzebowali dwóch-trzech lat na zintegrowanie swojego biznesu w Polsce, ale jak już to zrobią, oba PKO powinny mieć się na baczności.

Będziemy więc mieli na rynku cztery potężne grupy bankowe, z których każda będzie miała ponad 100 mld zł aktywów - PKO BP, Bank Pekao (włoska grupa UniCredit), Santander i BRE. W bardzo trudnej sytuacji znajdą się ci, którzy dziś z trudem trzymają się za liderami, a więc ING, Citi Handlowy, Bank Millennium, Getin i Raiffeisen (po połknięciu Polbanku). Rozpędzający się giganci będą zwiększali dystans do średniaków tak, jak dzieje się to na najbardziej rozwiniętych rynkach Zachodu. We Włoszech, Francji, Niemczech są trzy-cztery wielkie banki i trochę drobnicy oraz kilka średnich banków specjalistycznych. U nas pewnie będzie za kilka lat podobnie. To źle dla klientów, bo konkurencja między bankami się zmniejszy i ceny usług wzrosną. Będzie tak:


Jeśli sprawdzi się scenariusz zakładający sprzedaż BRE Banku przez niemiecki Commerzbank, będzie to bodaj ostatnia okazja dla zagranicznych inwestorów, by „załapać się” do czołówki przed dokumentnym „zabetonowaniem” rynku przez najpotężniejszych. Słyszałem, że w podróży po Polsce sojuszników do wspólnej akcji pójścia „na Niemca” szukali ostatni prezesi BNP Paribas. Ten francuski bank oraz austriacki Raiffeisen są dla mnie potencjalnymi kandydatami na „czwartego do brydża”, jeśli okaże się, że nie może już nim być niemiecki Commerzbank. 

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę. 

CO TY WIESZ O EKONOMII, CZYLI SUBIEKTYWNOŚĆ SONDUJE. Moi koledzy z działu wideo Gazeta.pl oraz z Wyborcza.biz ruszyli w miasto i zapytali napotkanych na ulicy przechodniów o znaczenie różnych pojęć ekonomicznych. Nie uwierzycie jak ciekawe mogą być skojarzenia z inflacją lub z OFE. Aż się boję kolejnych odcinków :-)

Inflacja? "Jakiś spadek? Ruina?" Co to właściwie jest?

OFE? To fundusze, ale... "różnie się starają"

Firma Kokos.pl wysłanym niedawno komunikatem prasowym uświadomiła mi, że rynek pożyczek społecznościowych w Polsce ma już bite cztery lata. Sporo, a pewnie z połowa tego czasu to był okres burz i naporów oraz różnych zawirowań. Duże firmy działające na tym rynku bankrutowały, zwijały się, łączyły z innymi...  Zniknął m.in. Monetto.pl, niemiecki gigant Smava został wykupiony przez krajowego konkurenta, ale od jakichś dwóch lat na rynku panuje mała stabilizacja, dzięki której platformy ułatwiające pośredniczenie między posiadaczami gotówki a ludźmi w potrzebie mogą powoli budo9wać wiarygodność. I chyba jako-tako to wychodzi, bo według wyliczeń Kokos.pl przez cztery lata obecności pożyczek społecznościowych w Polsce przez platformy tego typu przepłynęło już 130 milionów złotych.

Kokos.pl - którego właścicielem jest znana w światku finansowym spółka Blue Media, ta sama która uruchomiła niezależny od KIR system przelewów natychmiastowych - chwali się, że w ciągu czterech lat działalności przyciągnął ponad 180.000 użytkowników (zarówno pożyczkobiorców, jak i inwestorów). Najbardziej wnikliwi czytelnicy blogu „Subiektywnie o Finansach” zapewne wiedzą, że jestem jednym z nich. Dwa lata temu założyłem konto w serwisie Kokos.pl i postanowiłem przetestować ideę pożyczek społecznościowych, zwanych dumnie social lending. Przyznam się Wam bez bicia, że akurat w moim przypadku jest to doświadczenie bolesne, a dotkliwe uczucie boleści wynika zapewne z małego doświadczenia inwestora oraz zbyt ograniczonej dywersyfikacji aktywów. Czyli: jak w życiu, jak w życiu...

Kokos podaje, że średnia spłacalność rat pożyczek zaciągniętych za pomocą jego serwisu waha się między 92%, a 100%. Zaś zyski inwestorów oscylują najczęściej w granicach między 12%, a 24%. Przyznam szczerze, że w moim przypadku niestety te liczby się nie sprawdzają. Obecność na rynku pożyczek społecznościowych jako inwestora póki co przynosi mi więcej strat, niż korzyści. Udzieliłem bowiem trzech pożyczek, na kwotę w sumie 700 zł. Oprocentowanie dwóch, które nie zostały jeszcze spłacone, wynosi 19% i 31%. Pierwsza jest spłacana mniej więcej terminowo (z pewnym opóźnieniem), druga nie jest spłacana w ogóle (z powrotem dostałem raptem pięć z 12 rat). Póki co z moich 700 zł dostałem z powrotem 508 zł, zaś jeśli druga z pożyczek, w którą zainwestowałem, się nie „zepsuje”, moja ponad dwuletnia przygoda z Kokosem.pl skończy się stratą 105 zł z zainwestowanych 700 zł. A do tego jeszcze powinienem doliczyć koszty wynikające z weryfikacji mojej wiarygodności w różnych BIK-ach, firmach telekomunikacyjnych, bankach, za którą Kokos.pl pobrał chyba ze 30 zł. Cóż, miałem w tym czasie dużo lepsze inwestycje (choć miałem też gorsze).

Kokos - mac

Ale może nie powinienem kończyć z Kokosem, tylko właśnie skorzystać z uzyskanych doświadczeń i pożyczać ludziom dalej, nie popełniając ponownie tych samych błędów? Tak naprawdę wystarczy porządnie prześwietlić w internecie pożyczkobiorcę (pomoże wujek Google: czasem nazwa pożyczkobiorcy wiele mówi...) oraz nie ufać partnerowi, który pożycza najpierw na krótko, a potem - korzystając ze zbudowanej wiarygodności - zgłasza się jeszcze raz po pożyczkę na dłuższy termin (jest prawdopodobieństwo, że ta poprzednia pożyczka była tylko na podpuchę). A przede wszystkim budować portfel z wielu małych pożyczek, najlepiej kilkunastu.

Inwestycja w Kokos.pl nie była duża pozycją w moim prywatnym portfelu inwestycyjnym. Ba, była jego mikroskopijną częścią. Ale gdybym chciał zainwestować naprawdę sporo, np. kilkanaście tysięcy złotych (a to minimalna wartość, od której rzecz przestałaby być tylko nieszkodliwym hobby, a zaczęłaby być profesjonalną inwestycją), musiałbym włożyć w to zajęcie nieproporcjonalnie dużo więcej uwagi, niż w inne, porównywalne kwotowo inwestycje. Zapraszam do dyskusji tych, którzy z inwestowania na Kokos.pl lub na innych tego typu serwisach dobrze zarabiają. Podzielcie się swoim podejściem do tego interesu, opowiedzcie jak to się robi żeby nie stracić i co radzicie tym, którzy chcieliby ulokować swoje mniejsze lub większe oszczędności w taki właśnie sposób. Czy nadszedł już czas społeczności w finansach?

A Kokos.pl? Po czterech latach uruchamia kredyt płatniczy, czyli narzędzie dla inwestorów, którzy po spełnieniu kilku warunków mogą mogli później pokryć kapitałem swoje obecne inwestycje w Kokos.pl. W serwisie będzie też można zaciągać pożyczki konsolidacyjne (nie wierzę, by były tańsze, niż w banku, z punktu widzenia pożyczającego)  „Uruchamiając Kokos.pl zakładaliśmy wprawdzie szybszy wzrost, ale rynek rozwija się stabilnie. Prawdziwy rozkwit idei social lending w Polsce jeszcze nie nastąpił, bo wciąż brakuje sprawdzonych pożyczkobiorców. Inwestorzy czekają z kapitałem, a dobre aukcje kończą się w kilka minut” - pisze Kokos. Święte słowa. Tego, co najbardziej brakuje temu rynkowi, to dobrych pożyczkobiorców. A nie takich, którzy przychodzą do tego typu serwisów tylko dlatego, że wszystkie banki ich już wyrzuciły przez okno

Kolejne grupy kredytobiorców tzw. starego portfela, skłóconych z BRE Bankiem, zapowiadają pozwy sądowe przeciwko bankowi. Nowych członków przyjmuje też grupa prawie tysiąca niezadowolonych klientów BRE, którzy wytoczyli bankowi pozew zbiorowy - to najświeższe niusy z frontu największego w polskiej branży finansowej protestu konsumenckiego. Kiedyś zapowiadałem, że Nabici w BRE, choć wyglądali bardziej na „rozbitych przez BRE” i pokonanych przez sprytne działania speców od wizerunku banku, odrodzą się niczym smok wielogłowy. I odradzają się, a tych głów zaczyna być więcej, niż byłbym w stanie sobie wyobrazić. 

Kolejną głowę chce ustawić smokowi poznański prawnik Tomasz Konieczny, partner w kancelarii „Konieczny, Polak”. Zapowiada on nowe pozwy przeciwko BRE, bo - jak twierdzi - prowadzi kilkadziesiąt spraw klientów tego banku. „Trafią one niebawem do jednego z sądów rejonowych w Łodzi” – obiecuje mec. Konieczny. A ma w ręku nowy argument - wygraną we wszystkich instancjach podobną sprawę z bankiem spółdzielczym w Barlinku. Pod koniec zeszłego roku Sąd Najwyższy potwierdził, że klauzula stosowana w umowach kredytowych przez bank w Barlinku,  nieprecyzyjnie określająca oprocentowanie kredytu hipotecznego, jest niezgodna z prawem. Sąd Najwyższy nie przyjął nawet do rozpoznania skargi prawników banku. A wcześniej klienci wygrali w sądzie rejonowym, apelacyjnym i w Sądzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Sprawa ta ma kolosalne znaczenie nie tylko dla setek osób pokrzywdzonych polityką kredytową banku w Barlinku, ale też dla klientów starego portfela BRE, Banku Millennium, Raiffeisena i innych instytucji, które stosowały w swoich umowach kredytowych klauzule zmiennego oprocentowania oparte uznaniu banku odwołującym się np. do „parametrów finansowych rynku pieniężnego i kapitałowego” - uważa mec. Konieczny. „W pisemnym uzasadnieniu postanowienia z 21 grudnia 2011 r. Sąd Najwyższy stwierdził, że postanowienie umowne kredytu bankowego, że kredytodawca jest uprawniony do zmiany stawek oprocentowania jest bezskuteczne, jeżeli w umowie nie określono jednocześnie konkretnych okoliczności, od których ta zmiana jest uzależniona

To brzmi mocno. Jeśli przyjąć to, co Sąd Najwyższy napisał w sprawie dotyczącej klientów banku spółdzielczego w Barlinku, to każda klauzula dotycząca oprocentowania kredytu, która zawiera choćby słowa „może ulec zmianie”, jest już niezgodna z prawem. „Nie trzeba mieć wiedzy prawniczej, by stwierdzić, że klauzula, za sprawą której tysiące kredytobiorców tzw. starego portfela mBanku i MultiBanku zmuszeni są płacić już od kilku lat zawyżone odsetki jest jeszcze mniej jednoznaczna aniżeli ta, co do której Sąd Najwyższy nie miał cienia wątpliwości, że ma charakter niedozwolony, a przez to także niewiążący konsumentów” - twierdzi Konieczny. Klauzula autorstwa BRE zawiera równie mało klarowny zwrot  „zmiana wysokości oprocentowania kredytu może nastąpić”. Ale czy jest to zdanie jeszcze bardziej nieprecyzyjne, niż to rodem z Barlinka? Oceńcie sami, mnie się wydaje, że niekoniecznie. „Na bieżąco śledzimy orzecznictwo sądowe w tym zakresie i każdy wyrok dokładnie analizujemy. Poniższa klauzula nie jest tożsama z klauzulą stosowaną swego czasu przez BRE Bank i nie podzielamy zarzutu co do jej abuzywności” - napisali mi prawnicy BRE.

Czytaj też: BRE Bank znów proponuje ugodę klientom. LIBOR CHF plus 2,5%

Czy więc kolejne zastępy Nabitych - tym razem z chorągwi „wielkopolskiej” zaatakują broniących się w oblężonej twierdzy prawników BRE? Zbuntowani klienci, których było dwa lata temu ok. 20.000 (ale do dziś mniej więcej jedna czwarta z nich podpisała ugody z bankiem) chyba coraz bardziej wierzą, że mogą tu coś ugrać. A nie wszyscy toczą spory w sądach indywidualnie, większość działa w ramach złożonego w Łodzi pozwu grupowego. W zeszłym tygodniu sąd zamieścił w „Gazecie” ogłoszenie, z którego wynika, że do grupy pozywających, liczącej prawie tysiąc osób, mogą dołączać nowi chętni. Termin na dołączenie się do pozwu upływa 31 marca.

Tyle, że udział w pozwie zbiorowym kosztuje i to słono. Koszty podsumowali moi koledzy z „Gazety Stołecznej”: „Każdy, kto zastanawia się nad dołączeniem do pozwu, musi dokładnie policzyć, ile pieniędzy stracił. Dzięki temu, że do pozwu dołączył miejski rzecznik konsumentów, sprawa jest zwolniona z kosztów postępowania sądowego, ale członkowie grupy muszą zapłacić honorarium adwokatom z kancelarii „Wierzbowski Eversheds” - ok. 2500 zł za proces w pierwszej instancji, a jeżeli bank odwoła się i dojdzie do procesu w drugiej instancji - kolejne 1900 zł. Ponieważ apelacja banku wydaje się pewna, do pozwu opłaca się dołączać tylko tym, którzy na zawyżonych ratach stracili więcej, niż 4500 zł

Czy BRE jest już otoczony? Pewnie tak. Czy z tego oblężenia nie ma wyjścia? Nie jestem taki pewien. Czy można prawników banku „wziąć głodem”, czyli zacisnąć pierścień okrążenia jeszcze bardziej? Chyba jeszcze za wcześnie na taką odpowiedź. BRE Bank nie komentuje chełpliwych zapowiedzi, ale z nieoficjalnych ustaleń „Gazety” wynika, że na razie jego prawnicy nie mają się czego wstydzić w potyczkach sądowych z klientami. Na koncie mają jedną przegraną sprawę i kilkanaście wygranych (część nieprawomocnie). Obu stronom dedykuję tę pieśń, by przyjemniej się Wam walczyło. I niech wygra lepszy, czyli ten, kto jest w prawie :-)

Niestety, nie wszyscy mają tyle szczęścia co klienci banku w Barlinku. Ostatnio łódzki oddział „Gazety Wyborczej” doniósł o przegranej jednej z jego czytelniczek, która domagała się w sądzie unieważnienia umowy kredytu „Alicja”, słynnego kredytu hipotecznego PKO BP. „Alicja” polegała na tym, że klient spłacał co miesiąc tylko część należnych odsetek, a resztę dopisywano do kapitału. Raty były niskie i nawet osoby o przeciętnych dochodach miały zdolność kredytową. Ale wartość kredytu co miesiąc rosła o doliczane odsetki. W latach 1995-2001 bank PKO BP udzielił 113.000 takich kredytów na ponad 4,2 mld zł. Inflacja spadała jednak wolniej, niż sądzili twórcy kredytu, i odsetki lawinowo powiększały kredyt.

Urszula Przygodzka i jej mąż w 1997 r. pożyczyli od banku PKO BP 38.000 zł.  Choć oddała bankowi 82.000 zł, to teraz jest winna bankowi aż  90.000 zł. Po 14 latach spłacania kredytu! Wytoczyła bankowi proces. Jej prawnik chciał przekonać sąd, że umowa kredytu była nieważna, bo PKO BP wprowadził klientkę w błąd, a w samej umowie nie ma elementów wymaganych przez prawo (np. harmonogramu spłat i daty końcowej spłaty). Sąd nie przyznał racji klientce banku i oddalił jej pozew. „Kredyt na cele mieszkaniowe z natury jest długoterminowy i te warunki są w umowie jasno określone. Powódka była na bieżąco informowana przez bank, ile spłaciła, ile poszło na kapitał, a ile na odsetki. Nie można więc powiedzieć, że przez lata była oszukiwana. W 1997 r. powódki nie było stać na inny kredyt. „Alicja” była furtką dla osób o niskich dochodach i z założenia spłata miała trwać długo” - napisał sąd. Jak widać na załączonym obrazku, wygrywanie z bankami w sądach nie jest ani łatwe, ani przyjemne...

CO TY WIESZ O EKONOMII, CZYLI SUBIEKTYWNOŚĆ SONDUJE. Moi koledzy z działu wideo Gazeta.pl oraz z Wyborcza.biz ruszyli w miasto i zapytali napotkanych na ulicy przechodniów o znaczenie różnych pojęć ekonomicznych. Nie uwierzycie jak ciekawe mogą być skojarzenia z inflacją. Aż się boję kolejnych odcinków :-)

środa, 08 lutego 2012

Czym musi zasłużyć restauracja, by znaleźć się na stronach blogu „Subiektywnie o finansach”? Na pewno czymś wyjątkowym, bo od blogów kulinarnych ten różni się zasadniczo - nie traktuje o parówkach w cieście, ani o jajecznicy na maśle. Czasem ktoś bywa po lekturze jakiegoś wpisu ugotowany, jest tu też sporo jaj, ale na tym koniec kulinarnych ambicji autora blogu. Pisałem co prawda o podwodnej restauracji gdzieś na końcu świata, ale głównie po to, by zachęcić Was do „złego”, czyli do płacenia kartami i zdobywania nagród, za które zapłaci właściciel sklepu spożywczego na rogu. A dziś będzie o pomyśle jednego z warszawskich restauratorów, który wpadł na pomysł ściśle związany z zawartością naszych portfeli. Pomysł ryzykowny, szatański i ekscytujący zarazem.

Otóż właściciel restauracji „Akademia Smaku” ogłosił na początku lutego, że przez cały miesiąc lokal będzie przyjmował gości za „co łaska”. Z karty dań usunięto wszystkie ceny, klient przychodzi, konsumuje, a potem płaci tyle, ile uważa za stosowne. Ciekawy pomysł, przyznacie? Nie słyszałem o takiej akcji ani w Polsce, ani za granicą, choć być może jakieś restauracje w ten nietypowy sposób promowały się przy otwarciu. Miłośnicy blogu na Facebooku piszą, że była taka restauracja w Gdyni, ale odpuściła, bo klienci się frustrowali :-). I była na południu Polski, ale odpuściła, bo frustrował się... urząd skarbowy. I podobno ten model biznesowy zdarza się też w Azji. Akcja warszawskiego restauratora w zamierzeniu nie jest promocją na otwarcie lokalu. Po prostu postanowił się wyróżnić i zobaczyć co się stanie jeśli zrezygnuje z narzucania mieszkańcom cen za swoje usługi. Co więcej: pomysł - jeśli się sprawdzi - nie skończy się z końcem miesiąca, tylko będzie stałą ofertą. I to już byłby ciekawy precedens.

Pomysł zaintrygował mnie na tyle, że poprosiłem o spotkanie z właścicielem restauracji, by ustalić co mu do łba strzeliło, by wierzyć w to, że konsument będzie w stanie właściwie „wycenić” jego pracę. Bo moja pierwsza myśl, jak tylko usłyszałem o tej akcji, to było „gość oszalał, ściągnie setki cwaniaków, którzy pozamawiają wykwintnych dań, a potem zapłacą 10 zł i sobie pójdą”. Druga myśl była taka, że do restauracji chodzą raczej ludzie posiadający elementarną kindersztubę, a takim osobom jest głupio kupić coś za 100 zł i zapłacić 10 zł. Poza tym jeśli „Akademia Smaku” będzie dawała dobrze jeść, to każdy będzie chciał wrócić, zamiast zapłacić za mało i znaleźć się w sytuacji człowieka, na którym spoczywa wzrok kucharza-bazyliszka :-). Więc ryzyko biznesowe jest chyba mniejsze, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Ale jest inny problem. Zanim o tym napiszę, to rzućmy jeszcze okiem na tę „jadłodajnię”. Naprawdę, bardzo zacny, fajnie zrobiony lokal.

Akademia Smaku, Warszawa

Mój problem polega na tym, że nie do końca wiem czy brak cennika jest odpowiednim instrumentem, by przyciągnąć do niej nowych klientów. Ci, którzy już dziś są bywalcami warszawskich restauratorów, zapewne skorzystają. Ale tu chyba gra idzie o coś więcej... Pan Marcin, który wspólnie z dwoma kolegami zarządza „Akademią Smaku”, chce ściągnąć osoby, które w ogóle nie chodzą do restauracji, bo obawiają się, że zapłacą za wysoki rachunek. A jak już wpadną raz na jakiś czas, to starają się wybrać dania możliwie najtańsze i oszczędzać na czym się da (nie zamówią kieliszka wina, tylko wodę). Co ciekawe - jak przekonuje pan Marcin - ci sami delikwenci, idąc do McDonalds'a lub KFC, potrafią wydać kilkadziesiąt złotych na jakieś mega-zestawy z frytkami i uważają, że zaoszczędzili. Według pana Marcina jeśli konsument będzie wiedział, że nie musi trzymać się w knajpie za portfel żeby dobrze i smacznie zjeść - przyjdzie chętniej. Przestanie ścibolić, zje to na co ma ochotę. A nie to, na co wskaże mu cennik z karty dań - czyli najtańszego śledzika i sałatkę.

Tymczasem według mojej oceny Polacy stołują się w domu, a nie „na mieście” nie tylko z powodu wysokich cen w restauracjach, a raczej z powodu braku nawyku jadania na zewnątrz. Rodzinny obiadek raz w miesiącu, uroczysta kolacja przy rocznicy ślubu, zaręczyn, pierwszego seksu :-) to dla części nas z jedyne okoliczności wyganiające do restauracji. I wcale nie dlatego, że nas nie stać na odwiedzanie restauracji lub że wydaje nam się, że nas nie stać. Wiadomo, że nie każdy może sobie pozwolić na wydanie co drugi dzień jakichś 50 zł od osoby na obiad czy kolację zjedzoną „na mieście”, ale stać na to znacznie więcej osób, niż ci, którzy rzeczywiście co kilka dni w jakiejś restauracji zostawiają pieniądze. A jeśli ktoś ma w głowie blokadę i uważa, że wizyta w restauracji to wyrzucanie pieniędzy w błoto i strata czasu (dlatego wybiera McDonalds'a) - to obawiam się, że usunięcie cen z karty dań może nie wystarczyć, by ruszył się z domu. Ale bardzo chciałbym się mylić, bo lubię dobre pomysły i innowacje korzystne dla mojego portfela.

Przetestowałem na własnym żołądku ofertę tej restauracji za „co łaska”. Wpadłem tam w porze obiadowej. Było pustawo, co - jak na restaurację w ścisłym centrum Warszawy, na tyłach Krakowskiego Przedmieścia - nie jest dobrym symptomem. Prześwietliłem kartę dań, nie stwierdzając nic podejrzanego (a więc klientów raczej nie wypłoszyło z tego miejsca menu, które nie straszy, a wręcz przeciwnie: jest ze wszech miar zachęcające). Zamówiłem śledzia holenderskiego ze śmietaną z pieczonym ziemniaczkiem (mniam), rosół z domowym makaronem, marchewką i zieloną pietruszką (mniam, mniam) oraz halibuta w sosie mango z czerwoną soczewicą i roszponką (nie wiem co to jest roszponka, ale cóż - kto nie ryzykuje, ten nie je). A na koniec jeszcze sernik (i powiem Wam, że takiego to ja jeszcze w życiu nie jadłem - rozpływał się w ustach, a nie w dłoni). Do tego wino (oczywiście czerwone, o ile pamiętam: australijskie). Obżarłem się jak smok, po czym poprosiłem o rachunek. Zamiast niego - kartka z prośbą o wycenę oraz druga - z rachunkiem za wino. Bo akcja z jedzeniem za „co łaska” nie obejmuje napojów. Restaurator tłumaczy, że na ceny wina nie ma wpływu, więc musi je wyceniać tradycyjnie.

Próba wycenienia pracy kucharza w „Akademii Smaku” była niezłą zabawą. Jak tu zrobić żeby nie wyjść na skąpca i dusigrosza, ale i nie przeszarżować? Człowiek najedzony staje się mniej czujny, więc ryzyko błędu rośnie. Orzekłem, że przystawka była warta 15 zł, zupa też 15 zł, halibut jakieś 40 zł, a sernik 20 zł. W sumie 90 zł plus cena wina. Dużo? Mało? Wyszedłem na łosia? Nie wiedziałem. Pan Marcin zachował twarz pokerzysty i powiedział, że to jest OK. Czyli wyceniłem restaurację fair. Ale zaraz dodał, że gdybym zapłacił 70 zł, to powiedziałby to samo. Bo tu chodzi o to, żeby klient był dla kucharza partnerem, który zapłaci więcej jeśli mu smakowało i mniej - jeśli nie. Pan Marcin nie chciał zdradzić jakie są wyniki nowego podejścia: czy zarabia więcej, czy mniej niż wtedy, gdy w menu były wpisane konkretne ceny. Ale powiedział, że miał już klientów, którzy przebili „cennik” dwukrotnie. Czyli z własnej wyceny zadowolenia wyszło im, że powinni zapłacić dwa razy tyle, ile zapłaciliby według oficjalnego cennika. Knajpę odwiedziłem w czwartym dniu trwania akcji, więc rachunki „co łaska” zapłaciło do tamtej pory góra kilkadziesiąt osób - za mało, by myśleć o jakichś daleko idących podsumowaniach.

Chęć oszacowania potencjalnych skutków „Bezcennego lutego” (tak nazywa się akcja) dla kieszeni warszawskiego restauratora nie dawała mi spokoju. Bo jeśli zapłaciłem 90 zł i to było zbyt mało, to restaurator pójdzie z torbami i będę go miał na sumieniu. A jeśli to było za dużo - wredzina obłowi się kosztem niczego nie świadomego konsumenta-frajera. Pan Marcin, widząc moje rozterki, patrzył na mnie jakbym miał co najmniej lekkiego świra i wymagał porady lekarza lub farmaceuty :-). Bez większego skutku usiłował mnie przekonać, żebym w ogóle nie myślał o kasie, tylko skupił się na przyjemności konsumowania, bo to wszystko jest obliczone właśnie na zwiększenie mojego zadowolenia. Rzecz w tym, żebym odsunął od siebie kwestię rachunku - i tak zapłacę ile będę chciał i mógł - a skupił się na tym, żeby mi było dobrze. Niestety, tak do końca nie potrafiłem. Po powrocie do domu odwiedziłem stronę internetową restauracji w poszukiwaniu rozwiązania zagadki, która mnie dręczyła. No i okazało się, że właściciele lokalu zapomnieli tak całkiem usunąć cen z internetowego menu! Są one przekreślone, ale wciąż tam są. Chłopaki, mam Was!

Wiecie co ustaliłem? Przed „Bezcennym lutym” mój halibut kosztował 43 zł, śledź holenderski - 26 zł, zupa - 16 zł, a sernik - 19 zł. A więc ”po staremu” zapłaciłbym 104 zł plus wino. Nie doszacowałem zdecydowanie przystawki i minimalnie - dania głównego. Jeśli wyniki mojego prywatnego testu byłyby jakoś-tam reprezentatywne, to właściciele „Akademii Smaku” mimo wszystko chyba nie wyjdą źle na swoim pomyśle. Dochód - nawet jeśli będzie nieco niższy od tego „zgodnego z cennikiem” - nie wysuszy im portfeli, bo marże restauracyjne mimo kryzysu, który nas otacza, wciąż nie są niskie. A dzięki niestandardowemu podejściu do klientów, odwadze i po prostu dobremu jedzeniu mogą liczyć na wzrost obrotów. Pomysł jest na tyle wyjątkowy, że zapewne do „Akademii Smaku” jeszcze wrócę. I pewnie nie ja jeden. W czasach, kiedy każdy chciałby na mnie zarobić jak najwięcej, podejście pana Marcina i jego kolegów potwornie mnie kręci i podnieca. Subiektywnie chciałbym, żeby im się udało.   

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę. 

UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To wciąż jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. W zeszłym roku ukazało się ok. 380 notek, zaś liczba Waszych komentarzy przekroczyła już 10.000. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

wtorek, 07 lutego 2012

Dla większości z 2,5 miliona klientów funduszy inwestycyjnych zeszły rok nie był najlepszym okresem. Od lipca do grudnia spadały ceny na giełdach, co musiało oznaczać straty dla wszystkich funduszy mających cokolwiek wspólnego z akcjami. A w takich funduszach jest połowa ze 115 miliardów złotych naszych pieniędzy zdeponowanych u powierników. W sumie w zeszłym roku aktywa funduszy spadły o 6 miliardów złotych, z czego 3,6 miliarda złotych to ujemne saldo wpłat i wypłat pieniędzy przez klientów. Już jakiś czas temu dawałem wyraz zadowoleniu, że mimo trudnego okresu na parkiecie Polacy nie spanikowali. Owszem, aktywa funduszy akcji spadły o 30%, ale po 20% wzrostu majątku zanotowały fundusze obligacji i pieniężne, co świadczy o tym, że Polacy nie obrazili się na powierników, ale po prostu przenosili pieniądze z funduszy ryzykownych do bezpiecznych.

Ale patrząc na strukturę przepływów pieniędzy pomiędzy funduszami można zauważyć jeszcze jedną ciekawą rzecz - początek schyłku funduszy hybrydowych, czyli tej grupy, do której zaliczają się fundusze zrównoważone, stabilnego wzrostu i ochrony kapitału. Zjawisko to widać w statystykach wpłat i umorzeń, opublikowanych kilka dni temu przez zespół ekspertów firmy Analizy Online. O ile z funduszy akcyjnych wypłaciliśmy w zeszłym roku o 2,9 miliarda złotych więcej, niż do nich wpłaciliśmy, to w grupie funduszy hybrydowych ujemne saldo było drastycznie wyższe, bo wyniosło aż 5,8 miliarda złotych pod kreską. A trzeba powiedzieć, że pod względem skali działalności są to dwie niemal identyczne grupy funduszy - zarówno w akcyjnych, jak i w mieszanych, czyli hybrydowych, trzymamy po ok. 22 miliardy złotych. Fundusze hybrydowe były w zeszłym roku zdecydowanie najmniej popularną grupą funduszy. Jeszcze dwa lata temu miały 26% udziału w rynku. Teraz mają już tylko 20%.Wnet i tak zginą w zupie :-)

O skali spadku zaufania Polaków do funduszy mieszanych niech świadczy fakt, że jeszcze dwa lata temu, pod koniec 2009 r., zarządzały one kwotę 36,5 miliarda  złotych naszych oszczędności. Dziś mają pod zarządzaniem tylko nieco ponad połowę tej kwoty. Podczas gdy udziały rynkowe funduszy akcji od początku 2010 r. spadły z 29% do jakichś 20%, to udział w rynku funduszy mieszanych w tym samym czasie stopniał z 40,5% dokładnie o połowę. Z grubsza można szacować, że fundusze zrównoważone, stabilne i ochrony kapitału, czyli wszystkie zaliczane do grupy mieszanych, traciły na popularności w ostatnich dwóch latach trzy razy szybciej, niż fundusze akcji. To znamienne, biorąc pod uwagę, że to właśnie od funduszu zrównoważonego Pioneer zaczęła się historia powierników na polskim rynku. Teraz, po ponad 15 latach wszystko wskazuje na to, że ich czas powoli dobiega końca.

Szczerze pisząc to się nie dziwię. Fundusz zrównoważony to takie cóś co nadaje się dla absolutnie początkujących inwestorów, którzy o funduszach pojęcie mają blade, a nie są skłonni do podejmowania wysokiego ryzyka inwestycji. Takie inwestora nie namówisz do zbudowania portfela inwestycji z funduszy akcji i obligacji, więc trzeba mu zaoferować „paczkę”, która będzie miała kuszące opakowanie (czytaj: atrakcyjną nazwę) i będzie portfelem akcji i obligacji. Sprzedawcy funduszy z możliwości, jakie daje taka paczka korzystali obficie i stąd fundusze hybrydowe zdominowały rynek. Tyle, że tych początkujących inwestorów na rynku jest już coraz mniej, zaś dla pozostałych fundusze mieszane są mało korzystnym rozwiązaniem. Dla każdego, kto potrafi zbudować sobie miniportfel złożony z dwóch lub więcej funduszy różnego typu, taniej będzie zrobić to samodzielnie, niż kupować hybrydowe combo.

Saldo wpłat i wypłat z funduszy 2011

Opłaty dystrybucyjne i za zarządzanie z reguły są zbliżone do prowizji pobieranych od funduszy akcji, a perspektywa zysków znacznie mniejsza. Po co płacić np. 5,5% rocznej opłaty za zarządzanie caym funduszem zrównoważonym, skoro można samemu kupić sobie za połowę pieniędzy fundusz obligacji, który pobiera za zarządzanie tylko 2,5% rocznie? Wysokie opłaty i prowizje rzutują na wyniki funduszy hybrydowych, które są takie sobie w czasie hossy i słabe w czasie bessy. I to właśnie drugi powód rozczarowania „hybrydami”. Część ich posiadaczy nabyła udziały w ramach sprzedaży wiązanej, razem z lokatami bankowymi. Z ich punktu widzenia coś co nazywa się „zrównoważony” albo „stabilny” powinno być bezpieczne. A tymczasem w słabszych dla giełdy czasach nawet fundusz stabilny potrafi być na minusie solidne kilka procent. A skoro coś co nazywa się „stabilnym” wcale stabilnym nie jest i do tego ma słabe wyniki to tajemnica słabnącej popularności funduszy hybrydowych chyba jest już wyjaśniona. Spodziewam się, że zła passa mieszanych funduszy dopiero się rozpędza. Czy mam rację? Ciekaw jestem Waszych opinii. 

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o funduszach inwestycyjnych  lub zobaczyć co myślą na ich temat inni? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku albo w towarzystwie funduszy lub... zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

Jeszcze tylko do czwartku można zapisać się w niektórych biurach maklerskich (na pewno CDM Pekao, DM PKO BP, DM Banku Handlowego) na obligacje emitowane przez Giełdę Papierów Wartościowych (GPW). To - wbrew pozorom - mało czasu, zwłaszcza jeśli ktoś chciałby kupić te papiery, a nie ma jeszcze konta maklerskiego bądź nie zabezpieczył na nim pieniędzy (i musi przelać je z banku). Choć większość z Was zapewne nie ma żadnych doświadczeń w inwestowaniu w obligacje - a jeśli już, to lokowaliście głównie w papiery emitowane przez Ministerstwo Finansów - może to być niezła wprawka do rozszerzenia spektrum inwestycji o obligacje korporacyjne. Co prawda na obligacjach emitowanych przez GPW kokosów nie zbijecie, ale w porównaniu z lokatami bankowymi chyba dają radę, zwłaszcza w perspektywie wycofywania się banków z lokat antypodatkowych z jednodniową kapitalizacją odsetek.

Zacznijmy od tego, że inwestycja w papiery dłużne GPW to dość bezpieczny pomysł na ulokowanie pieniędzy. Przynajmniej z tego założenia wyszły instytucje finansowe z kraju i zagranicy, które w grudniu na pniu wykupiły te obligacje za 170 mln zł. Popyt był pięć razy większy, niż pula sprzedawanych papierów, co jest znakiem, że inwestorzy finansowi raczej nie przewidują niewypłacalności GPW, przynajmniej w perspektywie najbliższych pięciu lat, bo papiery dłużne emitowane przez warszawską giełdę mają taki właśnie horyzont inwestycyjny. Dla zwykłych ciułaczy przeznaczono obligacje warte 75 mln zł, co jest kwotą niezbyt dużą, choć biorąc pod uwagę, że miesięcznie w obligacje rządowe lokujemy 100-150 mln zł - na pewno zauważalną. Każda obligacja kosztuje 100,91 zł.

Inflacja 2011Ile można zarobić? Oprocentowanie jest uzależnione od ceny pieniądza na rynku międzybankowym, czyli od wskaźnika WIBOR 6M (ceny, po jakiej pożyczają sobie pieniądze banki na rynku międzybankowym na pół roku). Do WIBOR-u będzie doliczana marża w wysokości 1,17%. W pierwszym półrocznym okresie odsetkowym oprocentowanie wyniesie 6,17%. A potem - pożyjemy, zobaczymy. Póki co wydaje się, że WIBOR nie powinien spadać, ale przez pięć lat może być różnie. Obligacje GPW nie będą tak doskonałą tarczą antyinflacyjną, jak np. dziesięcioletnie obligacje rządowe, których oprocentowanie wprost odnosi się do inflacji (do której doliczana jest marża, będąca realnym zyskiem inwestora). Ale WIBOR 6M również powinien zmieniać się w sposób zbliżony do inflacji, choć oczywiście pewności nie ma, bo rynek międzybankowy ostatnio opiera się na transakcjach wirtualnych (w realu banki niechętnie pożyczają sobie pieniądze na pół roku). Zresztą zobaczcie ostatni rok inflacji (wykres powyżej) oraz WIBOR 6M (poniżej).

WIBOR 6M,2011

Czy te 6,17% to dużo czy mało? Wśród bezpiecznych inwestycji jest to pewnie jeden z lepszych pomysłów, choć oczywiście można znaleźć na rynku lokaty 12-miesięczne dające w skali roku (uwaga: nie nominalnie, a po sprowadzeniu do wspólnego mianownika z obligacjami) nieco więcej - np. 6,6% dochodu (Meritum Bank) lub nawet 7% (FM Bank, Santander) . Oprocentowanie papierów GPW przebijają zwłaszcza tzw. lokaty antypodatkowe, z jednodniową kapitalizacją odsetek. Ale ich czas dobiega końca i już w maju definitywnie przejdą do historii. A ściślej mówiąc: przejdzie do lamusa ich walor antypodatkowości, bo od zysków będzie trzeba płacić daninę, tak samo jak od każdej innej lokaty. Wówczas oprocentowanie lokat do porównań spadnie. Z kolei porównując obligacje GPW z podobnymi papierami emitowanymi przez Ministerstwo Finansów widać, że te rządowe dają nieco mniej, niż papiery GPW - obecnie trzyletnie obligacje rządowe oferują 5,01% odsetek, czteroletnie 5.25%, a dziesięcioletnie - 6%.

Co prawda premia za ryzyko inwestowania w obligacje prywatnej firmy jest w przypadku obligacji GPW minimalna, trzeba ją oglądać niemal pod mikroskopem, ale jednak jakaś-tam jest. No i jeszcze dochodzi atut płynności. Papiery GPW będzie można w każdej chwili sprzedać na rynku Catalyst, a obligacje emitowane przez Skarb Państwa trzeba w sytuacji awaryjnej przedstawić do przedterminowego wykupu i zapłacić odstępne (nawet 2 zł za każdy papier). To niewielki plus obligacji GPW w stosunku do tych rządowych. Mimo wszystko trudno powiedzieć, że oferowane 6,17% w skali roku rozbudza wyobraźnię inwestorów. To jedne z najmniej rentownych obligacji korporacyjnych na rynku. Wystarczy rzut oka na obligacyjną giełdę Catalyst, by bez trudu znaleźć papiery oprocentowane na 8-9% i więcej. Ale z drugiej strony w kategorii „bardzo bezpieczne inwestycje”, po zakończeniu żywota lokat antypodatkowych, chyba będzie trudno znaleźć coś oferującego znacząco wyższe oprocentowanie, niż obligacje GPW. A Wy jak sądzicie: jest sens się pakować w takie papiery na pięć lat?

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku, ubezpieczyciela lub biura maklerskiego? Zobaczyć co myślą na ich temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało lub zapytać mnie o radę.

niedziela, 05 lutego 2012

Czy w przyszłym roku spadną opłaty, które hamują wzrost liczby kart płatniczych w naszych portfelach, a przede wszystkim liczbę terminali, które „karciarze” instalują w sklepach? Czy tym samym wreszcie przestaniemy się wlec w ogonie Europy jeśli chodzi o obrót bezgotówkowy? W zeszłym tygodniu Narodowy Bank Polski stworzył kompromisową propozycję, która zakłada, że jeśli banki i organizacje płatnicze posuną się trochę jeśli chodzi o narzucane opłaty - ich dalsza redukcja będzie już tylko warunkowa. Do 10 lutego „karciarze” mają dać odpowiedź, czy przyjmują tę propozycję. „Co do za­sa­dy nie wi­dzi­my po­wo­dów, by nie do­ko­ny­wać zmian opła­ty in­ter­chan­ge, ale pod trze­ma wa­run­ka­mi: osią­gnię­cia kon­sen­su­su, pod­ję­cie de­cy­zji przez Ko­mi­tet De­cy­zyj­ny Vi­sa, w któ­rym więk­szość gło­sów ma­ją pol­skie ban­ki, oraz po­dob­ne­go po­dej­ścia ze stro­ny or­ga­ni­za­cji Ma­ster­Card” - mówi Visa, której znak jest na dwóch trzecich polskich kart. „Ma­ster­Card grun­tow­nie roz­wa­ży wszel­kie re­ko­men­da­cje przy­ję­te przez ze­spół ro­bo­czy ds. in­ter­chan­ge. Bę­dzie się przy tym kie­ro­wał swo­im ce­lem biz­ne­so­wym, ja­kim jest za­pew­nia­nie wy­god­nych i eko­no­micz­nych roz­wiązań płat­ni­czych, za­rów­no dla wła­ści­cie­li kart, czy­li klien­tów, jak i punk­tów ak­cep­tu­ją­cych trans­ak­cje kar­ta­mi” - pisze MasterCard.

Jedni i drudzy zachowują się jak niewinne panny, obawiające się stracić dziewictwo. „Chciałabym, ale się boję”. Kłopot w tym, że jeśli chodzi o kartowe opłaty to zarówna Visa, jak i MasterCard dziewictwo już dawno straciły. Nie mają się więc czego obawiać :-). Zwłaszcza, że - o czym zawsze przypominam i czemu nie umiem przestać się dziwić - opłaty, które bankowcy, razem z organizacjami kartowymi (Visa i MasterCard) oraz firmami instalującymi terminale w sklepach (Polcard, Elavon itp.) narzucają właścicielom sklepów, restauracji, hoteli, stacji paliw czy punktów usługowych, są w Polsce wyjątkowo słone. Dla małych sklepów wynoszą po 3-4% od każdej transakcji, dla dużych - po 1,5%. Ostatnio jechałem z taksówkarzem, który dosłownie błagał mnie, bym zapłacił za kurs gotówką, zamiast kartą. Bo przyjęcie płatności plastikiem kosztuje go ekstra 4 proc. prowizji! Gros z tych prowizji - 85% wszystkiego, co płacą punkty handlowe - to tzw. interchange fee, czyli prowizja, która trafia do banku Ta część opłat za obsługę kart płatniczych jest w Polsce najwyższa w Europie. Średnia dla UE wynosi 0,7%, w Polsce - 1,6%. W dodatku w innych krajach potrafiono wymusić na bankach obniżenie interchange, a w Polsce - nie.

Zapytałem na Facebooku czytelników prowadzących własny biznes ile tak naprawdę kosztuje ich infrastruktura do przyjmowania płatności kartowych. Przyznam, że czytając niektóre odpowiedzi, poparte konkretnymi wyliczeniami, po prostu odpadłem. Ciekaw jestem czy będziecie mieli to samo wrażenie, ale ja - po zapłaceniu kartą w sklepie zamiast gotówką - będę się teraz czuł jakbym dał właścicielowi sklepu w pysk. No, może trochę przesadziłem, bo sklepikarzy nikt do akceptowania kart nie zmusza - robią to, bo wiedzą, że dzięki temu będą mieli większy obrót. Ale jednak widząc grabież w biały dzień, jaką uskuteczniają banki, Visa i MasterCard, mam jakoś mniejszą ochotę do wyciągania z kieszeni plastiku. Ile tak naprawdę kosztuje sprzedawcę to, że zamiast gotówki wyciągniecie przy kasie plastik? Pan Kamil prowadzi niewielki sklep spożywczy. Ma podpisaną umowę z firmą Elavon, która dostarczyła mu terminal do przyjmowania płatności kartami. W ostatnim miesiącu przeprowadził 187 transakcji kartowych o różnej wartości - niektóre po kilka złotych, inne po kilkadziesiąt. W sumie zapłacił firmie Elavon - a za jej pośrednictwem także bankom, organizacjom Visa i MasterCard - 220 zł. Średnio każda transakcja kartą kosztowała go więc 1,18 zł. Za wszystko inne zapłacisz kartą MasterCard. :-)

Skąd ta kwota? Opłata systemowa: 10 zł miesięcznie. Dzierżawa terminala: 92 zł miesięcznie (z VAT). Prowizja kwotowa za każdą transakcję 0,13 zł. Prowizja procentowa za transakcję - średnio 1,79%. jej wartości. Podobno najwięcej awantur z klientami jest o papierosy - klient chce zapłacić kartą, pan Kamil próbuje skłonić go, by jednak wyjął gotówkę. Dlaczego? Policzmy. Załóżmy, że klient chce kupić niebieskie „LM”. Pan Kamil bierze je z hurtowni po 10,77 zł (z VAT); sprzedaje po 11,60 zł (w tym VAT). Jego  zysk netto - 0,83 zł. Jeśli klient chce zapłacić kartą, to od samej transakcji Elavon naliczy mu 0,13 zł opłaty stałej, 0,21 zł opłaty zmiennej (1,79% wartości transakcji). Dodatkowo trzeba liczyć, że na tę transakcję przypada jeszcze 0,05 zł opłaty systemowej i 0,45 zł za dzierżawę terminala (licząc, że jest to jedna ze 187 transakcji w miesiącu). W sumie:0,84 zł. Opłaty za przyjmowanie kart zjadły panu Kamilowi całą marżę na sprzedaży papierosów (wynosiła przypomnijmy - 0,83 gr.). On sam nie zarobił dla siebie ani grosza. Zarobiły banki i pośrednicy. Frajer czy anioł dobroczynności?

Interchange dla niskich transakcji

Weźmy większą transakcję - piwo „Tyskie” w butelce i doładowanie Orange za 25 zł. Piwo pan Kamil kupuje w hurtowni po 1,70 zł plus VAT, czyli razem płaci 2,09 zł. U niego w sklepie to samo piwo stoi na półce po 2,65 zł (w tym 50 gr. to VAT). Zysk netto naszego sklepikarza na butelce „Tyskiego” to 0,45 zł. Z doładowania pan Kamil ma prowizję 6% liczoną od sprzedaży netto - czyli 1,22 zł przy kwocie 25 zł. Do pana Kamila przychodzi klient i kupuje dwie zgrzewki „Tyskiego” oraz doładowanie. W sumie płaci przy kasie 46,2 zł. Ale pan Kamil nie zarobi na tym 4,82 zł, tylko mniej, bo klient wyjął z kieszeni kartę płatniczą. Od tej konkretnej transakcji Elavon naliczy 0,13 zł opłaty stałej oraz 0,83 zł prowizji od wartości transakcji (1,79%). Dodatkowo na tę transakcję przypada jeszcze 0,05 zł opłaty systemowej i 0,45 zł za dzierżawę terminala. W sumie pan Kamil odprowadzi do Elavona 1,46 zł prowizji. Nasz sklepikarz odda więc za to, że przyjął kartę, jedną trzecią swojej marży, którą podliczyliśmy na 4,82 zł. Na czysto zostanie mu 3,36 zł.

Pan Sebastian, inny właściciel małej firmy, powiedział mi jak opłaty za przyjmowanie kart wyglądają w Hiszpanii, gdzie terminale są właściwie w każdym sklepie, podczas gdy u nas - tylko w 18-25%. punktów handlowych. Taki sklep w Hiszpanii nie płaci ani za dostęp do systemu, abi żadnego miesięcznego czynszu za terminal, ani opłaty stałej od każdej transakcji - struktura oplat jest prosta jak drut - 1-1,5%. prowizji od każdej transakcji. Gdyby takie same opłaty występowały w Polsce, to od klienta, który kupił dwie zgrzewki „Tyskiego” i doładowanie w sumie za 46,2 zł, pan Kamil zapłaciłby 0,46-0,69 zł (w zależności od tego jaką stawkę by wynegocjował). Na czysto zostałoby mu co najmniej 4,13 zł (a nie 3,36 zł). I jeszcze jedna uwaga: „Prowizje podawane przez operatorów są zawsze liczone od kwot brutto. Przedsiębiorca będący płatnikiem VAT (czyli 99,999% sklepów) rozlicza się natomiast operując na cenach netto. Przy prowizji 1,79% rzeczywista prowizja dla przedsiębiorcy wynosi więc 2,22% (w przypadku stawki 23%)” - dodaje jeden z moich facebookowych czytelników.

Czytaj też: NBP pokazuje, jak w innych krajach ograniczono zdzierstwo!

Pan Krzysztof: „W ostatnim miesiącu dostałem 3-4 oferty na instalację terminala. Każda zakładała 3% prowizji za transakcję (prowizja procentowa plus stała prowizja kwotowa) oraz ok. 100 zł miesięcznie za dzierżawę terminala”. Pan Maciej: „Ja się przyznam, że również dostałem ofertę taką jak kolega - 3% od transakcji i 100 zł za terminal, ale znajomi którzy mają większe obroty twierdzą, że jest to negocjowalne i oni zeszli do poziomu ok 1-1,5%” Pan Przemysław: „Ja mam opłatę za terminal 30 zł plus VAT, opłatę za dostęp do systemu 30 zł, płacę 1,9% za przyjęcie płatności kartą Visa i 2% za Maestro. Obroty mam na poziomie 10.000 zł. miesięcznie. Znajomi z wyższymi obrotami zeszli do poziomu 1,7%, ale za terminale (3 szt.) płacą po 80 zł +VAT. Proszę pokazać całą prawdę. Jako mały przedsiębiorca praktycznie nie mam szans na negocjowanie uczciwych stawek”.

Co na to konsumenci? Pan Jakub jest w szoku. „Wcześniej stroiłem fochy kiedy sklep nie chciał realizować moich transakcji na małe kwoty, ale teraz to doskonale rozumiem ... Wiem już po co wymyślono karty zbliżeniowe PayPass lub PayWave: aby tych małych transakcji było więcej. Duże korporacje nic nikomu nie mówiąc zarabiają na wszystkich (rozproszonych i niezorganizowanych) uczestnikach rynku”. Pan Zbigniew: „Jako zwykły konsument nie zastanawiałem się do tej pory nad tym jakie koszty ponosi handlowiec akceptując moją kartę płatniczą. Nie wyobrażam sobie również powrotu do płatności gotówkowych. Uświadomiłem sobie teraz dlaczego w wielu małych sklepach są limity kwotowe albo w ogóle nie można zapłacić kartą, i rozumiem ich właścicieli. Widziałbym dwa rozwiązania. Ustawowe rozwiązania Regulatora Krajowego wyznaczającego reguły i maksymalne stawki albo zorganizowanie się akceptantów w Stowarzyszenie i w ten sposób wywieranie presji na Operatorów, łącznie z akcjami protestacyjnymi. Gdyby w takim Stowarzyszeniu znalazło się np. 10.000 drobnych handlowców lub firm, to mogłoby ono negocjować stawki dla wszystkich swoich członków z pozycji siły. Pojedynczy handlowiec nie ma żadnych szans w starciu z gigantami. Trzymam kciuki za Akceptantów kart w walce o rozsądne stawki za płatności kartowe”.

Dlaczego powinno to wszystko obchodzić nas, szarych konsumentów? W końcu to nie my płacimy te prowizje, a sklepikarze. Oni co najwyżej wliczają prowizje płacone bankom w ceny towarów na półkach. Otóż powinno nas to obchodzić. Skoro doszło do tego, że duże sieci sklepów spożywczych w ogóle odmawiają instalowania u siebie terminali do płacenia kartami, skoro na porządku dziennym są wywieszki typu „płatność kartą tylko od 20 zł”, skoro wreszcie handlowcy w zeszłym roku próbowali przekonać posłów, by pozwolili im na obciążanie nas, klientów, dodatkowymi prowizjami za to, że chcemy zapłacić kartą - to coś tu nie gra. Już studentów pierwszego roku ekonomii uczy się, że obrót bezgotówkowy jest wygodniejszy i bezpieczniejszy, a przy tym pomaga ograniczać szarą strefę, z powodu której m.in. tak wysokie są w Polsce podatki.

Tymczasem władza przymyka oko na absurdalną sytuację, w której bardziej opłaca mi się biegać po okolicy w poszukiwaniu bankomatu, niż po prostu wyjąć kartę z kieszeni. Gdy idę do sklepu kupić rower, sprzedawca mruga do mnie okiem i mówi „przyjdź pan z gotówką, to będzie 50 zł rabatu”. Czy tak powinno się handlować w XXI wieku? Czy państwo powinno wspierać takie trendy? W Polsce na każdego obywatela przypadają 22 transakcje rocznie kartą, gdy w UE ten wskaźnik wynosi 67 transakcji. Pod tym względem ciągniemy się na szarym końcu rankingów i wyprzedzamy chyba tylko Rumunię. I lepiej nie będzie, bo liczba terminali do obsługi kart rośnie coraz wolniej, zaś liczba kart w naszych portfelach zaczęła wręcz spadać.

W wielu krajach, w których bankowcy nie potrafili sami się zmusić do zmniejszenia opłat, zrobił to za nich regulator - w zeszłym roku administracyjnie ograniczono opłaty interchange w USA, wcześniej m.in. w Australii. W Wielkiej Brytanii bankowcy sami się dogadali i obniżyli prowizje. U nas z wysokimi opłatami usiłował walczyć pięć lat temu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale poległ z kretesem - banki odwołały się do sądu od jego decyzji dotyczącej obniżek opłat i odtąd sprawa wciąż czeka na prawomocne rozstrzygnięcie. Mam nadzieję, że próba podjęta właśnie przez Narodowy Bank Polski zakończy się lepszym skutkiem. Bo NBP pokazuje bankowcom nie tylko kij, ale i marchewkę: jeśli ustąpicie trochę i obniżycie tzw. interchange fee średnio z 1,6% do 1,1% to dalsze obniżki - które mają sprowadzić opłaty do średniej unijnej 0,7% będą nie tylko rozłożone w czasie, ale i uzależnione od wzrostu tortu do podziału - czyli od liczby i wartości zakupów, za które będziemy płacili, używając kart. Teraz piłka jest po stronie banków. Ich reakcja pokaże, czy rzeczywiście chcą rozwoju płatności bezgotówkowych w Polsce, czy będą tylko ślepo broniły swoich przychodów. Przychodów, które w realu są znacznie wyższe, niż te 1,6%, które pokazują statystyki...

”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego ubezpieczyciela lub zobaczyć co myślą na jego temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. A może chcesz mi wyznać, że spotkałeś wielkodusznych bankowców, takich jak ci?

Bankowcy w zimie

NIE WIERZ NIGDY KOBIECIE, CZYLI ZIMA I SUBIEKTYWNOŚĆ. Aby uczcić rekordy zimy, postanowiłem przypomnieć Wam jeden z klipów z cyklu „Prześwietlamy reklamy”. Powstał już jakiś czas temu, ale jest wyrazem poświęcenia dziennikarzy na ołtarzu sztuki multimedialnej :-). Otóż ten klip razem z Andrzejem Chećko robiliśmy przy temperaturze -18°C. Pozdrowienia dla wszystkich marznących na przystankach autobusowych lub przemierzających kilometry w drodze do pracy lub do domu! I dla tych,którzy zapomnieli dziś założyć ciepłe majtki. :-) A o co chodzi z tym „nie wierzeniem kobiecie”? Rozwiązanie zagadki na końcu klipu:

PADŁ CI AKUMULATOR W AUCIE? SPRAWDŹ ASSISTANCE! Nie życzę Ci kłopotu z akumulatorem w samochodzie, ale niestety przy takich temperaturach nietrudno obudzić się z ręką w nocniku, a właściwie na parkingu z autem, którego nie da się odpalić. Wystarczy kilka dni postoju samochodu pod chmurką, akumulator nie pierwszej nowości i już człowiekowi może zrobić się gorąco. Z emocji, że nie dojedzie do pracy, na spotkanie biznesowe, na dworzec odebrać teściową (w tym wypadku fakap może być wyjątkowo kosztowny :-)), albo do szkoły lub przedszkola lub na uczelnię. Jeśli właśnie nie odpalił Ci samochód - przeczytaj co z tym zrobić na www.samcik.blox.pl

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119
wyborcza.pl
wyborcza.biz
Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

top | © Agora SA | design by kate_mac | zmiany: mawal
Subiektywnie o finansach na Facebooku! -----------------------------------------
Online Users