Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 02 lipca 2015
    • Mieszane uczucia? Gdy robot chciałby płacić moje domowe rachunki i nie tylko ;-)

      Czy za kilka lat banki będą nam jeszcze do czegoś potrzebne? Zapewne do udzielania kredytów i deponowania pieniędzy tak, ale w pozostałych obszarach - karty, płatności rachunków, pośrednictwo w ubezpieczeniach, czy inwestycjach - nie jest to wcale takie oczywiste. Są wszakże w kraju serwisy finansowe, które chciałyby w pewnych obszarach przeprowadzać operacje finansowe szybciej i lepiej, niż banki. Jedną z takich są Blue Media, czyli sopocki operator płatności, który kilka lat temu pokazał, że przelew nie musi pędzić do odbiory przez kilka godzin, lecz może pędzić przez kilka minut. Dopiero wiele miesięcy po wprowadzeniu takiej usługi przez Blue Media (pomogła ona kilku bankom, głównie Alior Bankowi, uzyskać przewagę kluczową do pozyskiwania nowych klientów) przelewy ekspresowe łaskawie wprowadziła do oferty Krajowa Izba Rozliczeniowa, obsługująca wszystkie banki. W tzw. międzyczasie w Blue Mediach pojawiły się przelewy ekspresowe wysyłane na... numer telefonu.

      Ostatnio Blue Media powołały portal bm.pl, który ma być pomocnikiem w ogarnianiu naszych domowych finansów. I spowodować, że będziemy tam wchodzili częściej, niż do swojego banku. Są na bm.pl m.in. przelewy ekspresowe (czyli takie, które dojdą na wskazane konto albo na telefon komórkowy odbiorcy w ciągu kwadransa), doładowania telefonów, a od wczoraj też ubezpieczenia turystyczne online. Do wyboru jest na razie osiem firm i przejrzysty interfejs, pozwalający zbudować z klocków zakres ubezpieczenia. Do podstawowego wariantu można dodać assistance, ubezpieczenie kosztów leczenia, OC, ubezpieczenie bagażu, a nawet ubezpieczenie związane z komplikacjami wynikającymi z chorób przewlekłych. Oferty można sortować według ceny, albo według ratingu przyznawanego przez bm.pl na podstawie porównania sum ubezpieczenia i zakresu działania polisy (a więc wszystkich aspektów pozacenowych). Sądzę, że następnym krokiem będzie umożliwienie klientom jeszcze dalej posuniętej "asysty". Myślę, że ludziom w Blue Media już chodzi po głowie algorytm, który tak upraszcza zakup ubezpieczenia, że wybierasz z kilku, kilkunastu kafelek te parametry, na których najbardziej ci zależy, a automat sam podsunie np. dwie najlepsze polisy. Ot, robotyka :-) 

      Rdzeniem całej platformy jest mechanizm do automatycznego opłacania comiesięcznych rachunków. Nie wiem jak wy, ale ja żyję w ciągłym niedoczasie, więc opłacanie faktur nie jest dla mnie jakąś szczególnie ważną częścią życia. Raz na jakiś czas biorę wszystkie rachunki (w większości już przychodzą tylko w formie pdfów lub dostaję informację, że mogę pobrać nową fakturę ze swojego konta w serwisie dostawcy) i wykonują np. 15 zdefiniowanych przelewów. Na szczęście większość usługodawców z godnością przełyka fakt, że płacę im nie wtedy, kiedy przypada termin płatności, lecz wtedy, gdy mam na to czas. Pewnym brakiem zrozumienia wykazują się niekiedy banki-kredytodawcy, ale jeśli pracownikowi działu windykacji miękkiej uda się wreszcie do mnie dodzwonić, to uspokajam go iż wieści o moim bankructwie są mocno przesadzone. Większość faktur mógłbym płacić za pośrednictwem poleceń zapłaty (faktury przychodziłyby bezpośrednio do banku, który płaciłby je niejako za moimi plecami), ale moim fetyszem jest kontrolowanie domowych wydatków, więc sterów z rąk wypuścić nie chcę.

      Nie miałbym natomiast nic przeciwko temu, by proces płacenia rachunków jeszcze bardziej udało się zautomatyzować. Swego czasu bardzo spodobał mi się pomysł Citi Handlowego oraz Banku Smart, żeby płacenie rachunków odbywało się w telefonie. Szybkie skanowanko faktury, bank podstawia formatkę przelewu, klikam i zapłacone. Fotografowanie lub skanowanie faktur to technologia, która może być jednym z głównych argumentów za tezą, że w zdalnej bankowości smartfon wkrótce zastąpi komputer (trzeba jeszcze tylko sprawić, by telefon w płaceniu za zakupy był równie użyteczny, jak zbliżeniowa karta płatnicza). Choć i w systemach bankowości elektronicznej zaczynają się pojawiać udogodnienia w płaceniu rachunków. Najciekawsze z nich polega na tym, iż w serwisie transakcyjnym jest schowek z pdfami, przesyłanymi przez usługodawców. Bank, zaraz po zalogowaniu się klienta do konta, wyświetla mu w okienku tego pdf-a i pyta czy zapłacić rachunek. Klikam i płacę, nie tracąc czasu na chodzenie po serwisie, wybieranie przelewów zdefiniowanych, wpisywanie kwot i tego rodzaju nudziarstwa. Takie rozwiązania opisywałem w blogu już w... 2009 r. 

       Kilka tygodni temu Blue Media zaczęły mieszać na rynku płacenia rachunków przekonując, że w imieniu klienta z powodzeniem może się tym zająć... robot. Taki internetowy robak, który sam ściągnie fakturę od wystawcy, ustali ile i kiedy trzeba zapłacić, a następnie ureguluje za nas rachunek. Klient musi tylko podać temu czortowi login i hasło do wskazanego usługodawcy, zaś ów usługodawca musi znajdować się na liście tych, którzy są obsługiwani przez system Blue Media. No i oczywiście po stronie klienta jest też obowiązek dostarczenia pieniędzy na konto Blue Media. Może to działać jako rodzaj portmonetki pre-paid (raz w miesiącu przelewamy tam jakąś kwotę, a robot zajmuje się rachunkami), albo jako usługa podpięta do karty płatniczej (wtedy robot będzie ściągał kasę bezpośrednio z karty). Dla nieufnych klientów firma przygotowała usługę w wersji mini polegającą na tym, że jedynie przypomina o dacie płatności określonego rachunku.

      ekran_bmpl_1

      Czy to przełom, który może spowodować, że przestaniemy płacić comiesięczne rachunki w serwisie banku? Nie jestem pewien. Po pierwsze dlatego, że nie wszystkie faktury da się w ten sposób zapłacić. Wynika to z dwóch przyczyn: nie wszyscy usługodawcy są obsługiwani przez bm.pl, zaś nie wszystkie e-BOK-i usługodawców wpuszczą robota, żeby mógł pobrać fakturę. Próbowałem przetestować płacenie rachunków za pośrednictwem bm.pl na przykładzie faktury od operatora telekomunikacyjnego Plus. Zdefiniowałem usługodawcę, podałem dane do logowania i czekałem na zatwierdzenie zdefiniowanej płatności. Mijały dni, potem tygodnie i... nic. Co się okazało? Plus w swoim portalu zabezpieczył się przed takimi robotami i jeśli klient chce się zalogować do e-BOK-a, to poza loginem i hasłem podaje też jednorazowy PIN przesyłany SMS-em na jego telefon. Tego PIN-u robot oczywiście nie ma szans uzyskać, więc w opłaceniu tej akurat faktury nie pomoże.

       platnosci_bmpl1

      Podejrzewam, że takich usługodawców jest więcej. Jedynym skutkiem mojej próby przeniesienia płatności rachunku w Plusie do bm.pl jest to, że niemal codziennie na mój telefon w Plusie dostaję kolejne jednorazowe hasło sesji, co oznacza, że robot się nie zraża chwilowymi niepowodzeniami i wciąż próbuje bohatersko dostać się do e-BOK-u. Drugim kłopotem wiążącym się z nowej formy opłacania rachunków za pośrednictwem robota jest fakt, że ów robot nie pracuje za darmo. Za każdy przelew pobierana jest prowizja w wysokości 1 zł. Może nie jest to majątek, ale gdybym miał w ten sposób opłacać np. dziesięć faktur (a w moim domowym budżecie mniej więcej tyle płatności miesięcznie muszę przeprowadzić), to rocznie ta usługa kosztowałaby mnie aż 120 zł. Tak się składa, że w moim banku przelewy internetowe mam gratis, więc bardziej opłaca mi się płacić faktury z ROR-u, niż za pośrednictwem bm.pl i oferowanego przez Blue Media robota. A jeśli mój bank wprowadzi usługę polegającą na przyjmowaniu od usługodawców pdfów z fakturami, pokazywaniu mi ich i proszeniu o zgodę na opłacenie, to i tak będę w siódmym niebie. Podobnie jak wtedy, gdy przeniosę się do banku mobilnego, w którym faktury będę płacił jednym kliknięciem po ich zeskanowaniu kamerą znajdującą się w smartfonie... Ale najpierw ten mobilny bank musiałby przekonać mnie, że jest równie bezpieczny, jak tradycyjny.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Mieszane uczucia? Gdy robot chciałby płacić moje domowe rachunki i nie tylko ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lipca 2015 08:58
  • środa, 01 lipca 2015
    • Straszne dane o biznesie "pierwsza chwilówka gratis". A sponsorem tego thrillera jest...

      Uwielbiam obserwować - najlepiej z bezpiecznej odległości - kłótnie sprzedawców pozabankowych pożyczek ze sprzedawcami równie pozabankowych chwilówek. Jak wiadomo ci od chwilówek są drożsi, ale klienci i tak ich uwielbiają, bo czasem dają pożyczki gratis. Sprzedawcy dłuższych pożyczek są tańsi (co oczywiście nie znaczy "tani"), ale za darmo nie pożyczają. Powód jest oczywisty: słowa "pożyczka" i "gratis" nie kłócą się tylko wtedy, gdy stoi przy nich "krótki termin". Trudno tu o wzajemną sympatię rywalizujących firm, zwłaszcza jeśli wszyscy walczą o tych samych klientów. Awantura jest więc coraz większa i wielopłaszczyznowa. Armaty wytoczono nawet na polu legislacyjnym, bowiem politycy przygotowują prawo, które miałoby utrudnić życie sprzedawcom krótkoterminowych pożyczek - zwłaszcza tych na początku darmowych. Prawo - jak to często z polskim prawem bywa - prawdopodobnie będzie dziurawe jak ser szwajcarski, ale o każdy zapis bój toczą lobbyści firm pożyczających przez internet na krótko i tych częstujących gotówką tradycyjnie i na dłużej. Zobaczymy co z tego wyniknie.

      Bój między chwilówkowiczami i tymi od "zwykłych" pożyczek pozabankowych toczy się także na polu produktów - długie pożyczki stają się coraz częściej chwilówkopodobne, czyli można spłacić je szybko i wtedy też są za darmo - oraz na polu propagandowym. Oba obozy mają budżety na zamawianie raportów, z których ma wynikać, że: a) firmy chwilówkowe to krwiobieg gospodarki konsumenckiej i bez nich ani rusz, bądź dowodzi się, że b) lichwa na rynku finansowym wymaga radykalnego ukrócenia, gdyż przynosi niepowetowane szkody (oczywiście jest założenie, że lichwa zaczyna się od circa about 100% w skali roku). Firmy chwilówkowe przekazują do opinii publicznej statystyki, z których wynika, że na chwilę pożyczają tylko piękni i bogaci, zaś firmy pożyczające na dłużej rzucają liczbami, z których wynika, że pożyczki na chwilę niszczą domowe budżety. We wtorek pocisk tego właśnie kalibru odpaliła firma Provident, która w ramach badania opinii publicznej (niestety nie podano na jakiej próbie osób było ono przeprowadzone) zadała konsumentom kilka pytań o... chwilówki.

      Co wyszło z tego badania, podpisanego przez firmę Millward Brown? Ano że w grupie tych konsumentów, którzy w ostatnim roku spłacali pożyczkę na okres od miesiąca do dwóch miesięcy przeciętny miał na koncie dwie i pół pożyczki. A więc statystyczny użytkownik chwilówki nie kończył na tej pierwszej, czasem darmowej (43% przyznało, że objęła ich taka promocja), tylko rolował ją przeciętnie półtora raza, już na bardzo kosztownych warunkach.

      "Chcieliśmy poznać opinię naszych klientów, którzy obecnie korzystają z oferty pożyczki konsolidacyjnej, a wcześniej skusili się na chwilówki za 0 zł. Wyniki były zatrważające. Prawie 33% badanych użytkowników chwilówek uważa, że oferta za 0 zł skłania do zadłużania się pomimo braku pilnej potrzeby. Oznacza to, że ich działania były impulsywne i do końca nie przemyśleli swojej decyzji. Niemal co trzeci badany użytkownik chwilówek uznał także, że firma chwilówkowa oszukała ich ofertą za 0 zł"

      – czytam cytat z przedstawiciela Providenta. Nie wiem niestety tak do końca czy te "zatrważające" (przyznam, że też się zatrwożyłem) wnioski to opinia ogółu użytkowników chwilówek (jak sugeruje stopka pod komunikatem prasowym), czy też wyłącznie klientów Providenta korzystających z konsolidacji długów "pochwilówkowych" (jak sugeruje cytat), Komunikat z badań nie zdradza też na czym miało polegać oszustwo, którego ofiarą padł co trzeci użytkownik chwilówek (czy zero okazywało się być ściemą? obiecywano mu, że kolejne pożyczki też będą za zero?). I ilu jest oszukanych. Jeśli "niemal co trzeci użytkownik chwilówek" ma wspólny mianownik z 43% badanych, którzy w ogóle skorzystali z oferty zero procent, oznaczałoby, że oszukani są prawie wszyscy. A to z kolei oznaczałoby, że na kolejnym slajdzie pokażę Wam to ;-):

      na_granicy_prawa

      Gdy kiedyś testowałem na sobie ten produkt, to niestety rzeczywiście była to pożyczka za zero, choć sprzedawana jako linia kredytowa, żeby później łatwo było zrolować oraz oczywiście z wysoką opłatą za przedłużenie spłaty o kolejny miesiąc. W komunikacie z badań pada jeszcze liczba 49% jako odsetek pożyczek za zero procent, które zostały zrolowane przynajmniej raz, czyli zamienione na kolejną, już wysoko oprocentowaną chwilówkę. Ten, kto musiał pożyczkę zrolować, przeciętnie w ciągu kolejnego miesiąca lub dwóch spłacił w sumie 41% ekstra-kosztów. Słono jak na "darmową chwilówkę"

      "To dodatkowe argumenty, który pokazują jak ważna i potrzebna jest w Polsce ustawa regulująca rynek pożyczek pozabankowych. Przygotowane przez rząd przepisy na pewno zwiększą transparentność sektora. Proponowana ustawa pomoże także oczyścić go z firm, które teraz działają w sposób sprzeczny z etyką"

      – pisze Provident w komentarzu do badań. Wspomina też coś o zwiększaniu zaufania do sektora. A ja - zapewne dlatego, że staram się wykazywać jak największe zaufanie do zdrowego rozsądku - stoję w rozkroku. I to tak szerokim, że aż mnie boli tam, gdzie jego.

       

      Z jednej strony jestem przekonany, że diagnoza przedstawiona przez Providenta jest prawdziwa, przynajmniej w tej części, która mówi o tym, że oferta "pożyczka bez kosztów dostępna w ciągu kwadransa" skłania do nierozsądnych, nieprzemyślanych decyzji. A w konsekwencji - może wpędzać w pętlę zadłużenia. I zapewne pewien odsetek klientów pada ofiarą tego zjawiska. W Polsce - zresztą nie tylko u nas, w Wielkiej Brytanii i USA nie lepiej - wiedza o zarządzaniu pieniędzmi jest marna i mało kto potrafi odpowiedzialnie oszacować na jakie obciążenie budżetu domowego go stać. Dlatego uważam, że chwilówki "za zero" powinny być zabronione lub też powinno być prawo, które pozwala sądowi z automatu umorzyć dług klienta będącego w tarapatach z powodu chwilówki, która w pierwszym rzucie była darmowa (to się naprawdę da policzyć - wystarczy znać dochody człowieka przed zaciągnięciem zobowiązania, koszty jego domowego budżetu i cenę pożyczki po tym, jak przestała być darmowa). Po umorzeniu przez sądy pierwszego tysiąca długów problem chwilówek "za zero" sam by się rozwiązał.

      Tyle tylko, że jeśli już tego typu badania przeprowadza firma konkurująca z chwilówkami - która, powiedzmy sobie szczerze, też nie ma zbyt daleko do statusu lichwiarza ;-) - to musi cholernie uważać, żeby wszystko było po Bożemu. A tu mamy "goły" komunikat z badania w którym wzięła udział "losowa próba konsumentów", ale nie wiadomo jak liczna i czy reprezentatywna. Nie jest pewne czy badanie przeprowadzono na własnej bazie klientów (mniejsza reprezentatywność), czy na ogólnej próbie (większa). Zaś jednym z głównych przesłań jest "chwilówka za zero to oszustwo", bez wyjaśnienia czego to oszustwo miałoby dotyczyć i z wątpliwościami jak duża grupa konsumentów uważa, że została oszukana. Noszszsz...

       

      Mam nadzieję, że znajdziecie jakiś sposób, żeby poprawić mi nastrój. Bo jak pójdę w takim stanie do roboty, to... no, najogólniej rzecz ujmując nie będzie dobrze ;-). Nie sądzę, żeby była to próba manipulowania statystykami, raczej próba zagrania tymi danymi w taki sposób, żeby wyglądały jak najbardziej przerażająco. Dobry thriller jest lepszy, niż kawa ;-). Bardzo żałuję, że ta akcja  - zapewne w wyniku nadmiaru emocji targających organizatorami - okazała się nieco wadliwa. W interesie publicznym przymknąłbym nawet oko na pewne niedociągnięcia, ale znacie mnie - jak mnie coś gryzie, to muszę to z siebie wyrzucić, nawet wbrew logice ;-). Oczywiście poproszę firmę o dostęp do pełnych wyników badań i ewentualnie wykorzystam jako ciąg dalszy krucjaty przeciwko "chłopakom z klubiku", którzy mówią o najwyższych standardach, a w większości żyją z biznesu "pierwsza działka gratis".

      W takich przypadkach zwykle chwilówkowi sprzedawcy pożyczek mówią mi, że przecież większość rzeczy sprzedaje się w modelu "wypróbuj za darmo", albo "pierwszych 7 dni gratis", łącznie z prenumeratami gazety, dla której również piszę. Ja to wszystko rozumiem, tylko jednak jest różnica między zakupem kremu do rąk, czy prenumeraty prasowej, a wzięciem pożyczki na 1600 zł w sytuacji, gdy mózg wariuje i nie potrafi policzyć czy jego właściciela stać na taki deal. Zaś konsekwencje błędu są poważniejsze, niż w przypadku zakupu kremu. Po dwóch miesiącach trzeba oddać już np. 2500 zł. Dziwnym trafem sprzedawcy chwilówek nie dają do "wypróbowania" pożyczek na 50 zł, tylko od razu na 1600 zł.  I kwota ta z kwartału na kwartał rośnie. Moja nienawiść do chwilówek "za zero" jest powszechnie znana. Bardzo chcę je znieść z powierzchni ziemi, zgnieść i zaorać. Nie dlatego że wolę Providenta i inne "tradycyjne" firmy pożyczkowe, nie mające aaaabsolutnie nic wspólnego z uzależnianiem klientów od oferowanych przez siebie pożyczek ;-). Nimi zajmę się po prostu w drugiej kolejności. :-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Straszne dane o biznesie "pierwsza chwilówka gratis". A sponsorem tego thrillera jest...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 01 lipca 2015 10:45
  • wtorek, 30 czerwca 2015
    • (Nie) bądźmy peweksami, czyli mój pakiet pomocowy dla Grecji. Że też sami na to nie wpadli

      Zwykle jak macie jakiś problem z bankiem, ubezpieczycielem, pośrednikiem finansowym, albo innym gnomem wsiadam na koń i staram się pomóc. Dziś sprawa jest poważna, więc zwykły koń nie wystarczy. Muszę dosiąść pegaza ;-). O północy Grecja formalnie stała się bankrutem. Miała do spłacenia ratę 1,5 mld euro pożyczki od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, lecz przelew nie dotarł. Może złośliwie posłali go Elixirem? ;-). Premier Tsipras wysłał natomiast do wierzycieli nową propozycję alternatywnego programu spłat. Jednakowoż faktyczne bankructwo nastąpi wtedy, gdy Europejski Bank Centralny odetnie tlen greckim bankom, czyli definitywnie "osuszy" tamtejsze bankomaty. Dlaczego bankomaty są takie ważne? Ano dlatego, że w Grecji do bankomatu chodzi się ostatnio częściej, niż po bułki do spożywczaka ;-). Grecy bez banków - które de facto leżą na łopatkach - długo nie pociągną. Ale też w jakimś sensie trzymają Europę za cojones, bo dopóki są w strefie euro, to nie dostaną "kary" w postaci dewaluacji waluty. Greckiej walucie wiarygodność żyruje Angela Merkel, która nie lubi odmrażać sobie uszu. I to jest piękne. Gdyby tak jeszcze Bank of Greece mógł "na lewo" wydrukować trochę euro... Tylko troszkę, kilka miliardów. Przecież nie takie numery się robiło ;-). Ale podobno nie może, bo "druk" pieniądza elektronicznego - tego najważniejszego - trzymają spryciarze z centrali EBC we Frankfurcie. Ech, życie...

      defaultypastw

      Grecja nie jest ani pierwszym, ani ostatnim bankrutem. Powyżej wklejam wykres, który jakiś czas temu publikował The Economist, obrazujący kraje, które najczęściej bankrutowały w ostatnich stuleciach. A w przedostatnich? Francja w latach 1500-1800 bankrutowała osiem razy, Hiszpania - sześć razy, choć była podówczas jednym z najbogatszych państw na świecie. Nie wiem czy pamiętacie, ale nieco ponad 20 lat temu także Polska stała się niewypłacalna, milionowymi banknotami można było palić w piecu, a Polacy stracili prawie wszystkie oszczędności. Tak sobie o tym pomyślałem i żal mi się zrobiło premiera Tsiprasa, że ma tak ciągle pod górkę z tymi długami i postanowiłem mu podpowiedzieć kilka pomysłów na wyjście z d....użych tarapatów, w których się znalazł :-)

      BONY TANIO KUPIĘ, CZYLI (NIE) BĄDŹMY PEWEKSAMI. Może i euro drukować sobie nie można (podobno zapasy gotówki w bankach starczą góra na tydzień od momentu wyłączenia "prądu" przez EBC, potem bankomaty wyschną), ale bony towarowe, które udają euro...dlaczego by nie? Generalnie model biznesowy mamy już opracowany, możemy wysłać do Aten jakiegoś konsultanta, który wszystko Grekom wytłumaczy co i jak. Takie bony towarowe mogłyby być nawet formalnie wymienialne na euro w proporcji 1:1, o ile Grecy nie próbowaliby zbyt intensywnie sprawdzać czy to działa ;-). Mam nawet hasło, które miałoby zniechęcać Greków do wymiany bonów towarowych na prawdziwe euro: "obywatelu, nie bądź peweksem!" ;-).

      bon_towarowy

      ZRZUTKA TURYSTYCZNA, CZYLI KUPON NA WAKACJE. Skoro rząd Grecji twierdzi, że nie ma kasy na spłatę długów, bo gdyby je zwrócił, to zabrakłoby mu na wypłaty dla urzędników, policjantów, strażaków i nauczycieli, to zawsze może zwrócić się do internautów z propozycją zrzutki. Crowdfunding robi ostatnio nie lada karierę, więc chętnych dla wspomożenia greckiego budżetu by nie zabrakło, zwłaszcza wśród turystów cieszących się obecnie greckim słońcem i pragnących swobodnego dostępu do greckich bankomatów. Premier Tsipras mógłby zaoferować uczestnikom zrzutki jakieś bony, czy kupony na tańsze wakacje za rok, albo coś w tym rodzaju (byłby to tzw. crowdfunding udziałowy). Mógłby też powiedzieć turystom, że lotnisko jest nieczynne i dopiero udział w akcji crowdfundingowej pozwoli je na nowo uruchomić ;-). W sumie lepiej, że Tsipras emitowałby bony na tańsze wakacje, niż miałby emitować nową drachmę, bony prawdopodobnie byłyby więcej warte :-.). W internecie jest zresztą strona, na której interneuci zbierają kasę na pomoc greckiemu budżetowi.

      SZYBKI BILL. ALBO TŁUSTY SLIM ;-). Grecja ma co prawda aż 320-330 mld euro długów, ale gdyby chociaż jedną czwartą z nich spłaciła od ręki - bądź też gdyby przejął tę część ktoś bardziej wiarygodny dla wierzycieli, niż premier Tsipras i jego koleżka Varoufakis, to spłatę reszty dałoby się odroczyć na ho-ho, albo i dłużej. A Grecy znów mogliby pójść na plażę, popijać drinki z palemką, a pod wieczór udać się do kasy po zasłużoną "czternastkę". Jest na świecie kilku gości, którzy - samodzielnie lub na spółkę - byliby w stanie zmierzyć się z tym wyzwaniem. Przynajmniej niektórzy z nich są filantropami, więc może daliby się przekonać, że inwestując swoje miliardy w ratowanie Grecji ratują światowe dziedzictwo, bla-bla-bla i że na Olimpie Zeus z Hefajstosem przybiją im piątkę. Poszukiwania zacząłbym, na miejscu premiera Tsiprasa, od niejakiego Billa Gatesa, którego majątek Forbes szacuje na 79,2 mld dol. Bill mógłby mieć wreszcie nie tylko Windowsa, ale też WindowsLand, czy coś w tym guście. Gdyby odmówił, w odwodzie czekają Carlos Slim Helu (77,1 mld dol.) oraz znany filantrop Warren Buffet (72,7 mld dol.).

      OBYWATELU, ZRÓB SOBIE DOBRZE SAM. Pamiętacie tę pieśń? Grecy mają ten problem, że dwie trzecie ich długów jest w rękach zagranicznych upierdliwców, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że Grecja nie jest krajem masochistów. Tu nikt nie chce, żeby było mu źle podczas gdy mogłoby być mu dobrze. Cały problem by zniknął, gdyby właścicielami greckiego długu byli sami... Grecy. Ten wariant przetestowała już wielokrotnie Argentyna, która przy każdym kolejny defaulcie coraz bardziej defaultowała wobec własnych obywateli ;-). Można by więc było poprosić Greków - mają w bankach 150 mld euro oszczędności, a drugie tyle od 2010 r. z tych banków wypłacili, więc pewnie trzymają pod poduchą, żeby wykupili dług od MFW, EBC i innych trzyliterowych gnomów. Kto nie miałby gotówki, wykupiłby na kredyt, poprzez obciążenie pensyjki. Precedensy już były. Na początku 2010 r. rząd Jamajki przeprowadził program wymiany długu. Rząd powiedział, że pieniądze odda później i z mniejszymi odsetkami. Akcji towarzyszył patriotyczny apel o cierpliwość i wyrozumiałość. Wyraziło ją 90% i całkowicie dobrowolnie zgodziło się na nowe warunki. Można? Można! A w patriotycznych apelach premier Tsipras jest dobry:

      LIKWIDACJA, CZYLI BUDUJEMY DRUGĄ FUNLANDIĘ. Wiem, że to radykalne rozwiązanie, ale likwidacje państwa za długi się już w historii zdarzały. Co prawda w większości towarzyszyły im wojny (wywoływane właśnie odmową spłaty długów przez zapożyczające się za granicą państwa), ale przecież po dobroci też zlikwidować się można. Taka właśnie historia wydarzyła się Nowej Funlandii w 1934 r. Państwo to było niezależne, aczkolwiek występowało w ramach Imperium Brytyjskiego, więc jego sytuacja była deczko podobna donowa_funlandia statusu Grecji, która występuje jako niezależne państwo w ramach "Imperium Brukselskiego" ze stolicą w Berlinie :-). Ale nie o to chodzi. Nowa Funlandia nie było w stanie obsługiwać swoich długów, więc tamtejszy rząd rozwiązał się, zaś władzę przejęła królowa brytyjska. A w 1949 r. Nowa Funlandia trafiła do Kanady i teraz jest jedną z prowincji tego państwa. Gdyby tak poprosić Angelę Merkel, żeby przejęła Grecję (może chociaż pół? ;-)) w zamian za długi i zrobiła z tego Terytorium Zamorskie Niemiec...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „(Nie) bądźmy peweksami, czyli mój pakiet pomocowy dla Grecji. Że też sami na to nie wpadli”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2015 20:13
    • Tokenie wróć, czyli gdy bank nie pozwala klientowi zabezpieczać się tak, jak klient lubi

      Fala internetowych wyłudzeń naszych pieniędzy - w większości spowodowana wykradaniem haseł i loginów z naszych komputerów, albo podmianą numerów kont przy przelewach - powoduje zrozumiały niepokój klientów banków. Tym bardziej, że to tego, żeby zostać okradzionym, potrzeba już coraz mniejszej dozy nieostrożności klienta. Jeśli dochodzi do sytuacji, w której złodziej "w locie" jest w stanie przekierować pieniądze na zupełnie inne konto, albo przejąć SMS autoryzacyjny z banku, to robi się niewesoło. Bankowcy zapewniają, że działają u nich systemy antyfraudowe, ale znam mnóstwo przypadków, w których te systemy nie zareagowały w sytuacji, gdy na ROR klienta spływają pieniądze ze wszystkich lokat terminowych, zsypywana jest kasa z kart kredytowych i zaciągany jest kredyt online, a potem wszystkie te pieniądze, jednym przelewem są wyprowadzane do innego banku. Sądzę, że bankowcy albo nie mają wcale aż tak dobrego monitoringu podejrzanych transakcji, albo systemy te są niewystarczająco czułe. A procedury potwierdzania większych transakcji są skonfigurowane tak, żeby zbyt często nie molestować klienta, a nie tak, żeby chronić go przed złodziejami pieniędzy. W dobie inwazji e-mafiosów naprawdę można przytrzymać na kwadrans jakiś przelew, żeby telefonicznie potwierdzić go z klientem.

      Uważam, że to jest ten moment, w którym bankowcy powinni zwiększać spektrum możliwości zabezpieczania się przez klientów przed fraudami i bardzo proaktywnie podchodzić do postulatów klientów dotyczących sposobów zabezpieczania transakcji. Są klienci, którym nie podoba się, iż SMS-y autoryzacyjne przesyłane są na telefon, woleliby używać tokenów. Jest kwestią sporną, czy token sprzętowy może zapobiec każdemu fraudowi (ma mały ekran, który nie wyświetla szczegółów autoryzowanej transakcji), ale nie da się go raczej zhakować, w odróżnieniu od smartfona, do którego można dostać się zdalnie, korzystając z nieostrożności klienta.

      Być może więc banki powinny mieć w ofercie także taki sposób autoryzacji transakcji? W tej sprawie napisał do mnie zbulwersowany pan Jacek, klient Eurobanku. To ten sam bank, który jako pierwszy umożliwił klientom ściągnięcie z poziomu bankowości elektronicznej specjalnego programu antywirusowego wyspecjalizowanego w wykrywaniu przestępstw finansowych.

      "Korzystałem z jednej z najbezpieczniejszych metod uwierzytelnienia - tokenu sprzętowego.Eurobank umożliwiał mi to przez długie lata, ale po upływie ważności tokenu nie pozwolił już na wymianę tokenu na nowy, proponując alternatywne, ale - w mojej opinii - mniej bezpieczne rozwiązania. Zmiana sposobu uwierzytelnienia powodowałaby po mojej stronie konieczność inwestycji w nowy aparat telefoniczny oraz przenosiłaby część ryzyka z banku na mnie (token sprzętowy mogę tylko zgubić, telefon muszę również chronić przed atakami hakerskimi i złośliwym oprogramowaniem). Całą sprawę opisałem w piśmie, które przekazałem do Eurobanku. Eurobank nie dopatrzył się nieprawidłowości po swojej stronie"

      - pisze pan Jacek. Zapewne klient byłby w stanie zapłacić nawet kilkadziesiąt złotych rocznego abonamentu za token, by poczuć, że jego pieniądze są bezpieczne. Dlaczego bank mu to uniemożliwił? Zapewne ze względu na koszty. Gdyby - odpukać w niemalowane - ten klient kiedyś padł ofiarą przestępstwa internetowego, zapewne uznałby, że bank się do tego przyczynił. Oczywiście: klient może też używać nie podłączonego do internetu starego telefonu (polecam Nokię ;-)), który de facto będzie działał jak taki lepszy token. Ale nie lekceważyłbym jego obiekcji. Uważam, że bankowcy powinni zaoferować klientom więcej - nawet płatnych - sposobów autoryzacji transakcji, by klienci mogli sami chronić się przed fraudami. Powiadomienia SMS-owe o każdej transakcji. token, specjalne oprogramowanie instalowane na komputerze klienta przez bank, być może także pendrive z kluczem prywatnym... W tej konkretnej sprawie otrzymałem oświadczenie Eurobanku, który tak tłumaczy wycofanie z oferty tokenów sprzętowych:

      "Klienci korzystający z tokenów sprzętowych mogą być bardziej podatni na ataki phishingowe, ponieważ jednorazowy kod generowany przez to urządzenie nie jest ściśle związany z autoryzowaną operacją. Zupełnie inaczej jest przy korzystaniu z Haseł SMS oraz tokenów GSM. W przypadku tokena GSM Klient najpierw loguje się podając PIN, a następnie wpisuje w tokenie kod identyfikujący operację. Użytkownik weryfikuje skrócone dane wykonywanej operacji wyświetlone w tokenie (np. dla przelewu to kwota i fragment nr rachunku) i wpisuje w bankowości internetowej 6- cyfrowy numer wygenerowany przez Token. Tokeny GSM w chwili obecnej są jedną z najbezpieczniejszych metod autoryzacji transakcji w bankowości internetowej. Tokeny sprzętowe będą obsługiwane do 30 września br. Decyzja o wycofaniu tokenów sprzętowych z oferty banku podyktowana jest właśnie względami wygody Klientów oraz bezpieczeństwa" 

      Cóż, jak widać w Eurobanku mają nieco inną wizję - ich zdaniem to jednak bank powinien wiedzieć lepiej, niż klient, jak klienta zabezpieczyć, bo bank jest profesjonalistą, a klient - nie. Znam sporo informatyków, którzy podzieliliby przekonanie, że w sprawie bezpieczeństwa amatorzy nie powinni się wypowiadać. Jednak w tej sprawie uważam, że warto też słuchać klientów. Być może rozwiązaniem byłyby tokeny z dużymi ekranami, działające tak, jak dzisiejsze hasła SMS, czyli pokazujące dane transakcji, a przede wszystkim wiążące kod autoryzacyjny z konkretną transakcją. Nota bene w raporcie Obserwatorium.biz, poświęconym bezpieczeństwu pieniędzy klientów w bankach znalazłem pouczające tabelki. Pierwsza jest o udostępnianych klientom sposobach autoryzowania transakcji...

      metody_autoryzacji_raport_obezerwatorium_biz

      ... a drugi o tym w jaki sposób banki zabezpieczają płatności kartą w internecie. Jak wiadomo najbezpieczniejszą, choć i dość upierdliwą, procedurą jest 3D Secure, czyli dodatkowa autoryzacja klienta za pomocą kodu jednorazowego przysłanego na telefon, który klient zdefiniował w banku obsługującym jego kartę. Są też inne opcje, np. elektroniczne portmonetki, ale bezpieczeństwo płatności internetowych to temat rzeka, więc w tym miejscu nie będę go rozwijał.

      3d_secure_obserwatorium_biz

      Być może banki powinny pozwalać klientom na taką konfigurację konta, by np. zlikwidowanie lokaty było możliwe tylko w placówce, po uprzedniej weryfikacji klienta (np. biometrycznej), albo wprowadzić opcjonalnie autoryzację przelewów wewnętrznych (by utrudnić złodziejowi przejęcie pieniędzy z wielu rachunków klienta). Tu nie ma na co czekać, kochani bankowcy, bo poczucie bezpieczeństwa klientów jest najważniejsze. A będzie o nie coraz trudniej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Tokenie wróć, czyli gdy bank nie pozwala klientowi zabezpieczać się tak, jak klient lubi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 czerwca 2015 09:02
  • poniedziałek, 29 czerwca 2015
    • Rejestr klauzul zakazanych nie działa. A gdyby ktoś czytał umowy wprowadzane na rynek?

      Jak chronić klientów banków, firm ubezpieczeniowych i pośredników finansowych przed umowami, w których roi się od niedozwolonych zapisów? Finansiści podsuwają nam pod nos coraz bardziej skomplikowane dokumenty, pisane często trudnym, prawniczym językiem, a my nie mamy żadnych narzędzi, które pozwoliłyby ocenić czy dana umowa lub regulamin nie zawierają żadnych niezgodnych z prawem "wrzutek". No, chyba że będziemy wszędzie chodzić z prawnikiem pod pachą.Nie polecam za to lektury listy klauzul niedozwolonych (abuzywnych), wiszącej w stronie internetowej Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Szukając w niej zapisów podobnych do tych, które mamy w umowie, możemy doczekać się siwizny na skroni ;-). A finansiści nie uczą się na swoich błędach. Miałem ostatnio okazję poczytać kilka regulaminów polis inwestycyjnych, wprowadzanych ostatnio do sprzedaży. W większości z nich zauważyłem zapisy podobne do tych, które zostały już w przeszłości zakwestionowane przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (np. dotyczące opłat likwidacyjnych).

      Błąd? Niedopatrzenie? Celowa krecia robota, żeby klient nie miał zbyt lekko? Trudno wyczuć. Cóż, procedura wyrzucania z umów zapisów łamiących prawa konsumenta jest tak nieskuteczna, że ryzyko dla firmy jest niewielkie. Teoretycznie system usuwania z umów "lewych" zapisów mamy i on działa. Jeśli ktoś zauważy w umowie coś, co może łamać prawa konsumenta, składa pozew do Sądu Ochrony Konkurencji, a ten - jeśli rzeczywiście jest coś na rzeczy - uznaje, że klauzula nie wiąże klienta. Sama umowa jest nadal ważna, a tylko niezgodny z prawem zapis powinien zostać "wygumkowany".Co więcej, zapis trafia do wspomnianego wyżej rejestru klauzul abuzywnych a to oznacza, że nie może być stosowany przez żadną inną firmę. Tyle teorii. A praktyka? Prawnicy firm finansowych argumentują, że wyniki tzw. kontroli abstrakcyjnej (dotyczącej wzorca umowy, a nie konkretnej umowy) nie niosą żadnych skutków dla klientów (a więc nie można na ich podstawie żądać odszkodowań). A więc pokazują nam środkowy palec. 

      Co prawda rząd pracuje nad ustawą, która ma wyposażyć UOKiK w nowe uprawnienia i odebrać tę wymówkę finansistom, ale to pomysł na przyszłość. A co można zrobić już dziś? Może nie byłoby źle, gdyby Komisja Nadzoru Finansowego, kontrolująca wszystkie banki i firmy ubezpieczeniowe, sama albo we współpracy z UOKiK-iem wzięła się za analizowanie (lub nawet zatwierdzanie!) wzorców umów, które finansiści nam podsuwają do podpisu. Już sama świadomość, że urzędnik nadzoru przeczyta umowę działałby na konstruktorów nowych ofert mobilizująco. KNF wzorców od dawna nie analizuje, podobno dlatego, że dyrektywa unijna tego nie przewiduje. Ale przewiduje np. ustawa o działalności ubezpieczeniowej, która mówi, że

      "organ nadzoru może żądać od zakładu ubezpieczeń przedstawienia wzorów umów ubezpieczenia, informacji o poszczególnych produktach oferowanych na podstawie indywidualnych negocjacji z ubezpieczającymi, wniosków o zawarcie ubezpieczenia, taryf składek ubezpieczeniowych i innych formularzy lub innych drukowanych dokumentów stosowanych przez zakład ubezpieczeń przy zawieraniu umów".

      Zawsze byłem - i nadal jestem - przeciwnikiem wkładania nadzorowi finansowemu nadmiaru obowiązków "prokonsumenckich". Głównym zadaniem KNF jest zapewnianie prawidłowości i stabilności działania rynku, zaś ochrona konsumentów to raczej rola UOKiK-u. Sęk w tym, że UOKiK sobie nie radzi: - w pewnej mierze ze względu na ułomnie działające ustawy. Dopóki nie mamy skutecznie działającego prawa i procedur, broniących klientów przed wrzucaniem do umów niezgodnych z prawem zapisów, trzeba wykorzystać każdą furtkę, by klienci mogli czuć się bezpieczniej. A tak się składa, że ta furtka - możliwość analizowania i ewentualnie zatwierdzania wzorców umów (choćby tylko ubezpieczeniowych, ale być może do analizy produktów bankowych też dałoby się znaleźć jakieś prawe uzasadnienie?) - jest już uchylona, wystarczy przez nią przejść. Uważam, że warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Rejestr klauzul zakazanych nie działa. A gdyby ktoś czytał umowy wprowadzane na rynek? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 czerwca 2015 14:00
  • niedziela, 28 czerwca 2015
    • Gdy premier jest jak bankomat, "out of service", a ELA boi się, że Grecy sprawdzą jak żyć bez niej

      Żyjemy w ciekawych czasach, oj ciekawych. W sobotę Europejski Bank Centralny ogłosił, że zamierza we wtorek odciąć greckim bankom dostęp do pożyczek (a dokładniej - do zamiany posiadanych przez nie obligacji wyemitowanych przez rząd Grecji na żywe euro w gotówce). Negocjacje między Grekami a zachodnimi wierzycielami (żądają wiarygodnego planu spłat 220 mld euro, a o tym dlaczego żądają i dlaczego aż tyle - pisałem w blogu w piątek) załamały się, kiedy premier Grecji powiedział "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem". Wiadomo, ciągle mu ktoś d... zawraca, a chłop chciałby w spokoju zjeść kanapkę ;-)

      Premier Grecji Tsipras zapowiedział referendum, w którym obywatele zdecydują czy przyjąć program zaciskania pasa, proponowany przez instytucje europejskie, czy też się nań wypiąć. Umywanie rąk w takiej sytuacji IMO może świadczyć jedynie o tym, że gość podający się za premiera Grecji w ogóle nie wie po co znalazł się na swoim stołku. Na szczęście to nie nasz problem, tylko włodarzy strefy euro, którzy najpierw przez chwilę byli w szoku, a potem powiedzieli, że "tych klientów nie obsługujemy". I że jeśli Grecja nie spłaci do wtorku 7 mld euro do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, to Europejski Bank Centralny odłączy respirator greckim bankom. Czyli będzie tak:

      Na koniec spotkali się w niedzielę i powiedzieli, że finansowanie dla greckich banków będzie takie jak dotychczas nawet jeśli nie oddadzą pieniędzy wierzycielom. A więc, że przymkną chwilowo oko na to, co się dzieje ze spłatą greckich długów, Ale w każdej chwili mogą je otworzyć ;-). Najwyraźniej w EBC ktoś przestraszył się, że ewentualny upadek greckich banków może wywołać na rynku finansowym turbulencje, które zaszkodzą bankom w "dużej" Europie, np. tym mocno inwestującym na rynku instrumentów pochodnych (podobno tu ostro pogrywa m.in. Deutsche Bank).

      Ogromnie ciekawe jest to, co teraz się stanie. Patrząc od strony konsekwencji dla greckiego budżetu państwa tak właściwie... nie stanie się nic. Ot, po prostu nie pójdzie przelew do wierzycieli. Ci być może udadzą, że nic nie zauważyli, a być może uznają to za default i ogłoszą, iż Grecja jest bankrutem (i nie pożyczą jej już ani jednego euro), ale... Najśmieszniejsze jest to, że klasycznym bankrutem Grecja w sumie nie jest. Wyjąwszy spłaty rat dla wierzycieli w budżecie ma nawet niewielką nadwyżkę (wpływy z podatków przewyższają wydatki), więc teoretycznie bez dalszych kredytów może się obyć. Przynajmniej do czasu, w którym częściowo odcięta od reszty świata gospodarka nie zacznie się chwiać (default na poziomie państwa nie poprawia wiarygodności na poziomie prywatnych przedsiębiorstw działających w danym kraju i potrzebujących czasami kupić coś na kredyt kupiecki lub zaciągnąć kredyt inwestycyjny). Zwykle bankrutujący kraj musi zdewaluować swoją walutę i to jest największy skutek utraty wiarygodności, ale Grecja jest w tej komfortowej sytuacji, że jej waluta ma wiarygodność gwarantowaną przez Angelę Merkel. Może więc nie płacić wierzycielom ani grosza, a i tak dewaluacja majątku narodowego jej nie grozi.

      Sam rząd Grecji  może otrzepać marynarki i rządzić sobie dalej. Np. zasugerować wierzycielom, że jak zredukują żądania finansowe, dajmy na to, o połowę, to oni, Grecy, może ewentualnie się zastanowią, czy jakiejś miniratki nie zapłacić. Jednak nie wiadomo czy przyszłotygodniową burzę przetrwają greckie banki. Sprawa jest taka, że w weekend Grecy oraz przebywający w tym kraju turyści dokumentnie osuszyli bankomaty z pieniędzy, obawiając się zamrożenia, przewalutowania lub znacjonalizowania ich oszczędności.

      grexitfoto21

      Bardzo jestem ciekaw czy "utrzymanie pomocy dla banków na dotychczasowym poziomie" przez EBC wystarczy. Paniki tak łatwo się nie powstrzymuje. Pewnie dlatego Tsipras ogłosił, że w poniedziałek zamknięta będzie giełda i banki. Ostatecznie będą też ograniczenia w przepływach kapitału z banków W ciągu niespełna pół roku z greckich banków odpłynęło ponad 30 mld euro oszczędności, zaś w sam bieżący weekend - grubo ponad miliard euro. Przez pięć lat greckie banki straciły mniej więcej połowę depozytów (wówczas miały 280 mld euro, a pod koniec kwietnia tego roku - niecałe 150 mld euro). To dużo, biorąc pod uwagę, że tylko cztery największe grupy bankowe udzieliły 260 mld euro kredytów (nota bene 35% z nich najprawdopodobniej nie uda się odzyskać). Poniżej macie trochę cyferek. W tabelce poniżej dane - już niestety lekko nieświeże, bo bez czerwca - o odpływie depozytów w poszczególnych miesiącach z podziałem na gospodarstwa domowe (27,3 mld euro), przedsiębiorstwa (7,1 mld euro) oraz sektor finansowy (2 mld euro).

      greecedepos

      A tutaj wykresik z informacją jak pięknie spadają depozyty w greckich bankach w dłuższej perspektywie. W sumie to dobrze, że grecki EFG Eurobank (występujący u nas niegdyś pod nazwą Polbanku) nie musi już finansować wypłat z greckich bankomatów depozytami swoich polskich klientów ;-), gdyż został sprzedany austriackiemu Raiffeisenowi (który prawie się zresztą udławił ;-)).

      greecedepos2b

      No i na koniec kilka słów o kredytach w największych greckich bankach. W kolejnych kolumnach wartość udzielonych kredytów, NPL, czyli kredyty nie spłacane w terminie, ich odsetek w całym portfelu oraz stopień w jakim banki pokryły rezerwami (a więc odpisały od zysków) te wątpliwe kredyty. Oj, nie ma co, u nas nawet SKOK-i chyba wyglądają lepiej ;-) 

      grecja_bankloans

      Płynność działania greckich banków gwarantował do tej pory wyłącznie Europejski Bank Centralny, zasilający je w euro, biorąc w zastaw tych pożyczek obligacje emitowane przez grecki rząd. EBC jest już na granicy wytrzymałości i wydawało się, że ELA idzie już do domu. ELA to ten mechanizm, dzięki któremu bankomaty w Grecji do tej pory wypłacały pieniądze ;-). A teraz bankomaty są jak premier Grecji - "out of service".

      grexitfoto

      W takiej sytuacji, żeby utrzymać płynność finansową banków i zyskać na czasie, zwykle wprowadza się ograniczenia w wypłatach pieniędzy z kont bankowych. Sęk w tym, że to dla obywateli sygnał, że rząd sobie nie radzi. Tak stało się w 2013 r., kiedy banki na Cyprze się złożyły jak domki z kart i najpierw ograniczyły ludziom wypłaty, potem je zamroziły, a na koniec obłożyły podatkiem oszczędności największych deponentów. Dlatego przedstawiciele greckiego rządu w niedzielę ogłosili, że nie przewidują żadnych obostrzeń w wypłatach w najbliższej przyszłości, a bank centralny Grecji - że wspólnie z EBC pracuje nad rozwiązaniami, które zabezpieczą interesy klientów banków. W niedzielę po południu okazało się, że jednak przekonali EBC, by nie zostawiał greckich bankomatów na pastwę tubylców.

      Szczerze pisząc gdyby posiadacze oszczędności w Grecji w poczuciu patriotycznego obowiązku powstrzymali się od odwiedzania bankomatów, Grecja może by i przetrwała bez wychodzenia ze strefy euro do czasu jakiejś renegocjacji zadłużenia. Dziś gra toczy się o to, by banki nie straciły płynności i nie zamknęły oddziałów, co z kolei zmusiłoby rząd do nacjonalizacji i wypłacania ludziom pieniędzy w jakiejś nowej walucie, np. drachmie. A propos: podobno jest już nawet projekt tej drachmy :-)

      grecjadrachma

      Na dłuższą metę to chyba jest już pozamiatane. Można sobie wyobrazić, że banki jeszcze przez chwilę będą pod respiratorem, że zachowają płynność, że ludzie - których do piersi przytuli ELA - przez jakiś czas w ogóle nie będą potrzebowali przychodzić do banków po pieniądze (może 140 mld euro im zwisa i to, co chcieli wypłacić, wypłacili już z pieniędzy "podarowanych" z Europejskiego Banku Centralnego?). Gospodarka Grecji w dużej części greececashprzeszła w ostatnich miesiącach na obrót gotówkowy (patrz wykres obok - nałożono na nim spadek depozytów w systemie bankowym Grecji kontra wartość gotówki w obiegu), więc może przejść nań jeszcze bardziej. Sęk w tym, że w takiej sytuacji ludzie będą mieli coraz mniej pieniędzy, a banki nie będą udzielały Grekom kredytów. Spadek branży finansowej zdolności do finansowania gospodarki już dziś jest duży, a będzie jeszcze większy. W jakim stopniu odbije się to na rynku nieruchomości, inwestycjach? O ile w przyszłości spadną z tego powodu - oraz z kilku innych - wpływy podatkowe? Czy grecki rząd i tak nie będzie musiał przyjść po prośbie do Międzynarodowego Funduszu Walutowego (nie marudząc, że nie może zrezygnować z wydatków, bo obywatele je lubią)? Albo zamienić euro na nową, zdewaluowaną w 50-80% drachmę?

      grexitlogoSytuację w Grecji polecam podglądać uważnie tym z Was, którzy się ze mnie stale nabijają, że przy okazji szukania rozwiązania problemu frankowiczów tak dbam o "stabilność systemu" i "bezpieczeństwo depozytów". I namawiają, żebym przestał wreszcie straszyć, że jakiś bank upadnie. Bo przecież może oddać wszystkim 100% pieniędzy, a deponenci nawet się nie zorientują, że to czas, żeby iść do bankomatów :-). Jak widać strach i nieufność deponentów powoduje, że nawet ELA zachowuje się jakby wpadła w panikę. A Europejski Bank Centralny za wszelką cenę stara się powstrzymać "bankomatową panikę". Ciekawe dlaczego? Czyżby też obawiali się o "stabilność systemu" i "bezpieczeństwo depozytów"? Obserwowanie greckich podchodów rekomenduję też tym z Was, którzy uwielbiają głosować na polityków obiecujących, że załatwią wszystkie Wasze problemy, ale nie mówiąc skąd wezmą na to pieniądze. I tych, którzy mówią, że do załatwienia tych problemów żadnych pieniędzy w ogóle nie potrzeba. Być może wydaje im się, że im też za frajer pomoże ELA ;-). Wreszcie namawiam do obserwowania sytuacji u naszych bardzo południowych prawie-sąsiadów :-) tym z Was, którzy w e-mailach do mnie oraz komentarzach manifestują, że nie obchodzi ich, że polski sektor bankowy upadnie, bo przecież i tak jest zagraniczny. Grecy, zdaje się, przygotowują się do tego, żeby bez banków spróbować się jednak obyć ;-). Jeśli im się uda, to myślę, że by też możemy tego spróbować :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy premier jest jak bankomat, "out of service", a ELA boi się, że Grecy sprawdzą jak żyć bez niej”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 czerwca 2015 17:19
  • piątek, 26 czerwca 2015
    • Kiedy najlepiej kupić euro na wakacje? I czy frankowicze pojadą na wakacje? Akcja Grexit

      Czy warto zabezpieczyć się przed droższymi wakacjami i już dziś kupić trochę euro, zanim unijna waluta oszaleje w wyniku greckiej tragedii? Z dnia na dzień dostaję od Was coraz więcej takich pytań, dlatego w blogu wreszcie pojawia się temat "grecki" - to będzie taki mały niezbędnik początkującego panikarza ;-). Jakkolwiek nie chce mi się wierzyć w bankructwo Grecji - a więc że opuści strefę euro, odmówi spłacania wyrażonych w tej walucie długów i wyda swoim obywatelom drachmy - to jednak nie można wykluczyć, że do poniedziałkowego świtu greckiemu duetowi polityków Tsipras-Varoufakis nie uda się przekonać instytucji europejskich do planu restrukturyzacji. Wtedy Grecy nie dostaną 7 mld euro kolejnych pożyczek i budżet tego państwa może stracić płynność finansową, a na pewno stracą ją tamtejsze banki, podłączone do kroplówki z euro. Wtedy jedynym rozwiązaniem będzie właśnie wyemitowanie i rozdanie obywatelom nowej waluty, zaś z punktu widzenia Europy - koniec nadziei na to, że Grecja odda pożyczone pieniądze, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jeśli w ogóle jakieś będą ;-). Ale od początku.

      DLACZEGO GRECJA POTRZEBUJE POŻYCZEK? Kraj jest mocno zadłużony, w sumie jego długi sięgają 320 mld euro, czyli 180% PKB (wartości wszystkich wytwarzanych rocznie w kraju dóbr i usług). Z tego jakieś 220 mld euro to zadłużenie wobec instytucji europejskich (Grecja w latach 2009-2010 dostała od nich gigantyczny pakiet pomocowy, żeby mogła spłacić długi wobec zachodnich banków i funduszy inwestycyjnych, dzięki czemu system bankowy w Europie się nie załamał). Te 180% PKB to dużo, bo średnia długu publicznego w Unii Europejskiej wynosi 90% PKB, a np. Polska ma dług nie przekraczający 55% PKB. Powód złej sytuacji Grecji jest prozaiczny: rozbudowany socjał i wydatki publiczne (m.in. na urzędników i armię), niska ściągalność podatków, korupcja i nepotyzm. Będąc w strefie euro Grecja mogła tanio zadłużać się emitując obligacje, z czego obficie korzystała, fałszując przy tym statystyki wysyłane do Brukseli. Kiedy przyszedł kryzys finansowy w 2008-2009 r. i popyt na obligacje spadł, okazało się, że Grecy są bankrutami i bez kolejnych pożyczek nie są w stanie wypłacać pensji, rent i emerytur.

      O CO DZIŚ TOCZY SIĘ AWANTURA? Tak naprawdę o drobiazg, nędzne 7 mld euro pożyczek na spłatę kolejnych rat długu wobec europejskich instytucji. Grecki budżet państwa po reformach gospodarki nie jest dziś w złym stanie (jego dochody są mniej więcej takie, jak wydatki nie licząc spłaty rat długów), ale wciąż nie w aż tak dobrym, by móc zgodnie z planem zwracać raty od 220-miliardowego nawisu. Europa jest gotowa rolować zadłużenie Greków, o ile ci "polecą Balcerowiczem", czyli zetną wydatki budżetu,podwyższą wiek emerytalny, sprywatyzują co się da i zwiększą niektóre podatki oraz ich ściągalność. Tsipras i Varoufakis nie mają na to ochoty (zwłaszcza na cięcie wydatków), bo ich zdaniem to spowoduje pogorszenie sytuacji gospodarki Grecji i budżet będzie wtedy w jeszcze gorszym stanie, co jeszcze zmniejszy szanse Greków na spłatę długów. Kto ma rację? Jedni i drudzy. Dług Grecji jest niespłacalny i dlatego powinien być zredukowany. Tylko dlaczego Europa ma to zrobić, skoro Grecy nie chcą ciąć wydatków budżetowych? Zaklęte koło.

      CO SIĘ STANIE JEŚLI SIĘ NIE DOGADAJĄ? Jeśli Grecy nie zdobędą kasy na obsługę długów wobec wierzycieli, to w zasadzie nic nie powinno się stać. Po prostu nie zapłacą i już. Niestety, to nie jest jedyny problem. Ich banki stracą płynność, bo dziś wypłaty depozytów są tak duże, że przy życiu utrzymują bankowców greckich tylko pożyczki z Europejskiego Banku Centralnego w ramach mechanizmu o wdzięcznej nazwie ELA. Załamanie banków, które są krwioobiegiem każdej gospodarki, może oznaczać konieczność ich nacjonalizacji i wydawanie ludziom alternatywnej waluty, drachmy. Nawet jeśli jej kurs wyjściowy będzie równy 1 euro, to wiarygodność międzynarodowa tej waluty będzie żadna, więc jej wartość poleci na łeb, na szyję. Zatrzyma się wtedy, gdy kurs będzie tak niski, że wyrażone w euro, dolarach, czy innej twardej walucie nieruchomości, wakacje i jedzenie będą tak tanie, że zacznie się opłacać inwestować w Grecji. Ale czy do tego momentu wartość greckiego pieniądza spadnie o 50%, czy o 80%? Nie wiadomo. Efekt będzie taki, że każdy kto ma jakiekolwiek oszczędności lub majątek, większość z tego majątku straci. Wyjście Grecji, zwane Grexit lub Grexident (Greek, exit, accident), opłaci się tylko tym, którzy dziś są bardzo biedni lub nie mają nic. Grecja może zostać na długo odcięta od międzynarodowych inwestycji i finansowania. Zacznie od nowa z poziomu bankruta.

      O scenariuszach dla Grecji mówiłem też w programie "Minęła 20" w TVP. Obejrzyjcie!

      tvpgrecja2

      CZY EUROPA TEŻ UCIERPI? W zasadzie odpowiedź powinna brzmieć "nie". Oczywiście: 220 mld euro to dużo kasy, ale jeśli wierzycielem są takie "firmy" jak Europejski Bank Centralny, czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy, to przecież nic złego się nie stanie, bo te "firmy" i tak nie mogą zbankrutować. Ale za to mogą przeznaczać mniej kasy na pompowanie w europejską gospodarkę (źle w krótkim terminie) lub drukować więcej pieniędzy, żeby załatać dziurę po Grecji (źle w długim terminie, bo to psucie pieniądza). Jak inwestorzy światowi zareagują na każdą z tych opcji? Nie wiadomo, ale wiarygodność euro jako waluty niezniszczalnej może zostać wystawiona na próbę. Wyjście Grecji bez spłaty długów może na dłuższą metę spowodować, że w przyszłości każdy kto będzie miał niespłacalne długi będzie sobie wychodził. To może być początek końca strefy euro. Jeśli inwestorzy światowi tak przeczytają sytuację, to kurs euro wobec dolara może mocno spadać, destabilizując sytuację na giełdach (gigantyczne przepływy kapitału z bardziej ryzykownych aktywów do bezpiecznych) i w bilansach banków. Im gwałtowniejsze byłoby zamieszanie, tym bardziej nieobliczalne skutki i tym większe ryzyko efektu domina. Dla nas np. załamanie kursu euro to w sumie pikuś, ale wtedy euro może też spadać wobec franka szwajcarskiego i jena, a to już nie będzie takie dobre, bo we franku mamy długi. 

      Jest też opcja B: że rynki uznają, iż wyrzucenie Grecji ze strefy euro to jak usunięcie zgniłego jajka, które powoduje, że w całym koszyku śmierdzi. Trudno, 220 mld euro pójdzie do piachu, ale to cena wpuszczania do ekskluzywnego klubu euro biedaków i kombinatorów. Przy takiej interpretacji wystawienie Grecji za drzwi wcale nie musiałoby spowodować finansowego tsunami. Ale gwarancji nie ma. Czy opłaca się ryzykować? Tak naprawdę Europie bardziej opłacałoby się zredukować długi Grekom, bo jeśli tego nie zrobi, Grecja sama je sobie "zredukuje" o jakieś 80-90%, emitując drachmę. Przy okazji zniszczy oszczędności swoich obywateli, ale jeśli alternatywą ma być niedojadanie przez następnych 50 lat, żeby oddać co do grosza 220 mld euro z odsetkami, to Grekom może być już wszystko jedno. Z kolei jeśli Europa dokona redukcji greckich długów, to nagrodzi kombinatorów, a w przyszłości każdy kraj w tarapatach będzie jej żądał. 

      CO TO MA WSPÓLNEGO Z NASZYMI PORTFELAMI? Wymiana gospodarcza Polski z Grecją jest śladowa, więc nawet gdyby ten kraj został zmieciony z powierzchni ziemi - bezpośrednio nie ucierpimy. Gdyby z jakichś przyczyn osłabił się wzrost gospodarki Niemiec, naszego głównego partnera gospodarczego - to już gorzej. Ale niemieckie banki są już spłacone, więc tu większego zagrożenia też nie ma. Największą niewiadomą jest wpływ ewentualnej greckiej tragedii na wartość złotego, oprocentowanie polskiego długu zagranicznego i ceny akcji na polskiej, prowincjonalnej giełdzie (a mamy tam ulokowanych ponad 100 mld zł oszczędności). W niepewnych czasach inwestorzy światowi uciekają do franka szwajcarskiego i jena, więc najbardziej po kieszeni mogliby oberwać Polacy zadłużeni w tych walutach (frank znów mógłby się bez problemu zbliżyć do 4,5 zł na fali osłabienia euro). Inwestorzy wliczą też w ceny polskich akcji i obligacji ryzyko inwestowania w dzikim kraju na Wschodzie (jeszcze bardziej dla nich dzikim, niż kiedyś Grecja). Ale jeśli przetrwamy turbulencje, to na dłuższą metę Grexit nie powinien nas wiele kosztować. A inwestorzy szybko - w ciągu kilku dni, tygodni - muszą zauważyć, że Polska to nie Grecja (chociaż będą się bacznie przyglądać obietnicom wyborczym polskich polityków). Jesteśmy mniej zadłużeni i choć mamy strukturalny deficyt w budżecie, to nasza gospodarka dość szybko rośnie.

      Jeśli masz wkrótce wyjazd zagraniczny i chcesz po najlepszej cenie kupić euro, to oczywiście nie powiem Ci kiedy to zrobić, bo nie jestem wróżką :-). Ale zawsze polecam tę samą strategię - dzielimy wartość zakupu na dwie-trzy transze (im większa kwota tym więcej transz) i kupujemy kolejne porcje waluty systematycznie, w równych odstępach czasu, nie przejmując się bieżącymi kursami i uśredniając cenę. Nie wiemy co się stanie w poniedziałek, więc jeśli euro potrzebujemy na wyjazd, który jest już za np. dwa tygodnie, to nie zaszkodzi trzymać ręki na pulsie i pierwszą transzę kupić jeszcze zanim los Grecji się rozstrzygnie. Choć podkreślam: Europie bardziej opłaca się zredukować Grekom długi, niż stracić prawie wszystko. Zaś Grecy na wyjściu z klubu euro utopiliby się - z dnia na dzień ludzie straciliby 50-80% pieniędzy i majątku tylko po to, żeby zrobić na złość MFW. To wszystko pachnie mi zgniłym kompromisem, a w jeśli tak - to w poniedziałek euro nie powinno być dużo droższe, niż dziś...

      SUBIEKTYWNIE W TVN O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Posiadaczy polis inwestycyjnych - tych szczęśliwych i tych nieszczęśliwych - zapraszam do obejrzenia rozmowy z Janem Niedziałkiem w programie "Biznes jest dla ludzi". Mówiliśmy o zmianach szykujących się w polisach inwestycyjnych. Jak widzicie w tej dziedzinie zostaje nam już tylko modlitwa ;-)

      biznesdlaludzipolisy

      SUBIEKTYWNIE O WŁAMANIACH DO BANKÓW. Na fali włamania hakerów do Plus Banku i szantażu, iż zostaną ujawnione dane klientów (500 pechowych firm już zostało obnażonych) miałem okazję gościć nie tylko w Waszych komputerach, blogując obficie na ten temat, ale i w Waszych odbiornikach radiowych i telewizyjnych. Zapraszam do obejrzenia :-)

       panoramahaker

      tvn_hakers 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Kiedy najlepiej kupić euro na wakacje? I czy frankowicze pojadą na wakacje? Akcja Grexit”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 czerwca 2015 08:53
  • czwartek, 25 czerwca 2015
    • Jak przesłać kasę z zagranicy? Oni kuszą, że dostarczą gotówkę do domu. Taniej, niż przelew?

      Ceny przelewów międzynarodowych zabijają. Jedyną w miarę tanią opcją są przelewy typu SEPA, ale one dotyczą tylko waluty euro (prowizje banków zwykle nie przekraczają kilku złotych). Na wysokich kosztach przelewów międzynarodowych (nota bene w niektórych bankach nawet przelew z konta walutowego w moim banku na konto walutowe w innym polskim banku jest traktowany jako przelew międzynarodowy) karierę robią różnego rodzaju firmy zajmujące się przyjmowaniem i dostarczaniem gotówki w ramach przekazów pieniężnych. To też kosztuje jakieś kilkanaście złotych od wysyłanej kwoty, ale mniej, niż przelewy walutowe. Firmy zajmujące się przekazywaniem gotówki (jest ich sporo, że wymienię MoneyGram, PayDirect, Western Union, czy kantory internetowe) mają coraz ciekawsze pomysły na usługi dodatkowe. Western Union, bodaj największa tego typu firma (ostatnio mocno promowała się w Polsce, sponsorując piłkarską Ligę Europy), wpadła na pomysł, że będzie dostarczała kasę klientom bezpośrednio do domu.

      inPost_western_union

      Pamiętacie pewnie podobną usługę oferowaną przez Bank Pocztowy w ramach Pocztowego Konta Nestor. Był to rachunek dla seniorów związany bezpłatną opcją "domowego bankomatu", czyli dostarczenia gotówki do domu klienta przez listonosza Poczty Polskiej (waściciel tego banku). Teraz usługa jest już mocno okrojona, ale w wersji szczątkowej wciąż istnieje. Tym samym tropem poszedł Western Union z tą wszakże różnicą, że dogadał się nie z Pocztą Polską, tylko z prywatnym operatorem pocztowym InPost. W opcji krajowej InPost ma zresztą usługę przekazów pieniężnych (można przesłać komuś gotówkę z dostawą przez listonosza za 5 zł plus 0,9% wysyłanej kwoty (czyli wysłanie 500 zł kosztuje niecałe 10 zł). U listonosza InPostu można teraz zamówić dostawę przekazu Western Union. I to bez dodatkowych opłat, wystarczy zgłosić taką potrzebę na stronie www.zamowprzekaz.pl.

      O tym marzą w bankach: Wypłać 100 euro w Hiszpanii, zapłać kartą w Tunezji...

      Wyjątkowo kosztowny przelew: Banki potrąciły sobie... 15.000 zł. Zgodnie z prawem

      Rzecz jasna cala operacja ma sens tylko wtedy, gdy za pomocą Western Union wysyłamy komuś żywą gotówkę, nie zaś pieniądze na konto. Jest też inny warunek: iż przekaz dostarczany być musi w złotówkach. W przypadku przekazów z Niemiec wyrażonych w euro spread walutowy wynosi od 1% do 1,7% (w zależności od landu), zaś jeśli chodzi o przekazy z Wielkiej Brytanii, to spread wynosi 1,5%. Cena usługi dostawy pieniędzy bezpośrednio do domu jest "schowana" w łącznej prowizji, którą płaci nadawca przekazu. W Western Union ta prowizja zależy od wysyłanej kwoty, średnio jest to 3-5% tej sumy. Wysyłając z Wielkiej Brytanii 100 funtów do kraju zapłaciłem - testując tę usługę - mniej więcej 5 funtów prowizji (chyba nawet o kilka pensów mniej), a przy przekazie o wartości 500 funtów Western Union potrącił znajomemu 12 funtów. Im mniejsza kwota, tym bardziej opłaca się przekaz. Przelew bankowy systemem SWIFT kosztowałby najmarniej 50-70 zł, z tego 30 zł to opłata stała, a reszta prowizje banków wyrażone procentowo.

      A dostarczenie pieniędzy do domu. W przypadku wysyłania pieniędzy do starszych osób, które cenią sobie osobistą obsługę może być sensowną opcją, zwłaszcza jeśli nie trzeba za nią dodatkowo płacić. Słabe jest tylko to, że InPost dostarcza wyłącznie złotówki. Przydałoby się, żeby - przynajmniej w granicach rozsądku, czyli palety łatwych do pozyskania nominałów, dało się w ten sposób przekazywać także najpopularniejsze waluty obce. Ale to co jest i tak bije na głowę "przelewy międzykrajowe" w bankach, które wyśmiewałem jakiś czas temu z tym oto zabawnym klipie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jak przesłać kasę z zagranicy? Oni kuszą, że dostarczą gotówkę do domu. Taniej, niż przelew?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2015 17:33
    • Kandydatka na premiera o pomysłach na pomoc dla frankowiczów. Co z przewalutowaniem?

      W "Rzeczpospolitej" jest dziś spory wywiad z Beatą Szydło, która być może pokieruje wkrótce polskim rządem. Wśród wielu tematów, które się w nim pojawiły (m.in.skąd wziąć kasę na realizację obietnic PiS: 500 zł miesięcznie na każde dziecko, powrót do wcześniejszych emerytur, wyższa kwota wolna od podatku) pojawił się też drogi memu sercu wątek frankowiczów i tego jak im pomagać. Nadzieje frankowiczów bardzo mocno rozbudził w kampanii prezydenckiej zwycięski kandydat PiS Andrzej Duda, ogłaszając że popiera ideę przewalutowania tych kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Na moje oko oznaczałoby, że ktoś musiałby pokryć różnicę między historyczną wartością franka (np. 2 zł), po której kredyt byłby przeliczony, a wartością aktualną, w której wyrażone są zobowiązania banków z tytułu finansowania udzielonych kredytów. Pan prezydent jednak obiecał co obiecał i kto wie, czy kilku głosów wyborczych, przechylających szalę zwycięstwa, z tego powodu nie ugrał.

      Ważniejsze jest jednak to, co myśli o sposobach na franka kandydatka na premiera desygnowana przez ugrupowanie zdecydowanie prowadzące w sondażach, bo to większość parlamentarna musiałaby uchwalić napisaną przez prezydenta lub rząd ustawę o "ułaskawieniu" frankowiczów. "Jak miałby wyglądać model pomocy dla frankowiczów?" - pyta dziennikarz Beatę Szydło w bodaj pierwszym dużym wywiadzie po jej ogłoszeniu jako kandydatki na premiera. Czy frankowicze wciąż mogą mieć nadzieję na to, że ich kredyty zostaną odwrócone, a oni sami "zaliczą" spadek zadłużenia i w wielu przypadkach również zwrot różnicy z już zapłaconych rat? I tu małe zaskoczenie. Z wypowiedzi p. Szydło nie wynika, by była ona zwolenniczką tak radykalnego rozwiązania. Co prawda łaja banki aż miło i podkreśla, że powinno powstać rozwiązanie korzystne dla klientów, ale też podkreśla konieczność "podzielenia się ryzykiem" oraz "znalezienia konsensusu", by "nie załamać sektora bankowego"

      "Banki nie mogą przerzucać odpowiedzialności za swoje działania. To one chciały zrobić biznes na tych kredytach. Pierwszy nasz projekt w sprawie frankowiczów zakładał podzielenie się ryzykiem między bankiem i klientem. Są też propozycje stowarzyszenia frankowiczów czy przewalutowania kredytu po kursie z dnia jego zaciągnięcia. Są na stole propozycje, trzeba znaleźć konsensus korzystny dla klientów. Nie można oczywiście załamać systemu bankowego. Ale nie jest to duży problem"

      - mówi najpoważniejsza dziś kandydatka na premiera. Jej zdaniem taki konsensus korzystny dla klientów i nie powodujący załamania systemu bankowego da się wypracować, bo - jak powiedział kandydatce PiS jeden z prezesów banków - "chodzi tylko o to, że banki zmniejszą swój spory zysk". Hmmm... Na moje oko to musiałby być były prezes banku, który dziś nie odpowiada już za bilans kierowanej przez siebie instytucji. Jeśli rzeczywiście obecny, to jakiś wybitny masochista ;-).

      KNF2015hip

      Jeśli istnieje rozwiązanie, spełniające wszystkie powyższe kryteria, to chętnie usłyszę jego szczegóły. Bo kiedy trzeba sprawiedliwie podzielić kilkadziesiąt miliardów złotych strat (tak na oko 30 mld zł, licząc górę 40 mld franków kredytów po średnim kursie ich zaciągania i porównując wynik mnożenia z bilansową wartością zobowiązań banków po obecnym kursie), to dobrego rozwiązania szuka się trudno. Tego typu projekt, godzący ogień i wodę, próbował zgłaszać szef Komisji Nadzoru Finansowego, ale zdaniem bankowców jest nierealne i nie do przyjęcia, a i klienci chyba w większości by się nie chcieli w nie pakować. Może Beata Szydło, mówiąc o konsensusie i rozwiązaniu, które jedynie zmniejszy zyski banków, ale ich nie zarżnie, ma na myśli projekt ustawy napisany przez "Sprawiedliwą Polskę", klub poselski skupiający posłów współpracujących z PiS? Nie jest on wcale zły, ale nie zakłada w ogóle przewalutowania kredytów, jak chciałby prezydent-elekt Andrzej Duda.

      Wypowiedzi kandydatkifranki_badania PiS na premiera czytam w taki sposób, że o przewalutowaniu kredytów z datą "startową" raczej nie myśli (a w każdym razie nie potwierdza tej koncepcji wprost). Nie byłby to bowiem "konsensus", ani "dzielenie się ryzykiem", tylko obciążenie banków pełną odpowiedzialnością za ryzyko, na które naraziły klientów. A wiele wskazuje na to, że klienci tego ryzyka chcieli, choć na pewno nie wszyscy i nie w takiej skali, jaka przydarzyła się w rzeczywistości. Tak przynajmniej wynika z badań renomowanej firmy sondażowej TNS (patrz screenshot obok). Choć, uczciwie dodajmy, badań przeprowadzonych na zlecenie Związku Banków Polskich. Beata Szydło sprawnie zresztą lawiruje, mówiąc o kredytach frankowych, by zbytnio nie urazić tych, którzy mają kredyty w złotych i których jest dwa razy więcej, niż frankowiczów. A przez lata płacili oni wyższe raty od swoich kredytów, więc na każde hasło "pomóc frankowiczom" reagują alergicznie. Co racja to racja, spójrzcie na sąsiedni wykres:

      z18051866QPorownaniekredytowwefrankachiwzlotych

      "Znam wyliczenia, które mówią, że frankowicze skorzystali. Na kredyty w naszej walucie działa mechanizm stóp, a kredyty frankowe podlegały innym regułom. To nie jest tak, że zaciągali je tylko zamożni ludzie. Wciskano je ludziom, którzy nie mieli zdolności kredytowej w złotych"

      - mówi Szydło w wywiadzie dla "Rzepy". I tu dotyka istoty problemu. Moim zdaniem wina banku, który zaoferował kredyt we frankach, bo inaczej nie udzieliłby żadnego, jest większa, niż wina banku, który zaoferował klientowi dwa kredyty, zaś klient - mniej lub bardziej świadomy ryzyka, ale jednak zawsze mając o nim przynajmniej blade pojęcie - wybierał ten tańszy. Oczywiście, nawet w tym przypadku nie uważam, żeby można było obciążyć klienta 100% ryzyka. Mój pomysł na rozwiązanie problemu kredytów frankowych zakłada, że bank powinien w pewnym momencie przejmować ryzyko kursowe od klienta. Oczywiście: diabeł tkwi w szczegółach i wcale nie uważam, że ów poziom powinien być taki sam dla wszystkich klientów. Ale to temat na zupełnie inną dyskusję.

      "Chcę też jasno powiedzieć: wszyscy klienci banków muszą się czuć bezpiecznie i w kontaktach z nimi muszą mieć równe prawa, bo dzisiaj to banki w tej relacji mają dominującą pozycję"

      - mówi Beata Szydło i trudno się z nią nie zgodzić. Generalnie pierwsze wypowiedzi kandydatki PiS na premiera w sprawie franków są znacznie bardziej enigmatyczne, niż ostatnie przed wyborami wypowiedzi w tej samej kwestii kandydata PiS na prezydenta :-). To z jednej strony dobrze, bo to znaczy, iż Beata Szydło jest politykiem, który zdaje sobie sprawę, iż problem jest trudny i że warto wyważyć różne racje, zanim się coś palnie. Chociaż jednocześnie opowiada,że to wszystko "nie jest wielki problem", co wygląda dość idiotycznie. Gdybym należał do najbardziej radykalnej frakcji frankowiczów (a należę - od razu zaznaczę - do tej umiarkowanej), to pewnie bym wpadł w pewien poprezydencki dysonans poznawczy. Cóż, wyjaśnienie tego dysonansu może przyniosą kolejne dni, tygodnie i miesiące.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (54) Pokaż komentarze do wpisu „Kandydatka na premiera o pomysłach na pomoc dla frankowiczów. Co z przewalutowaniem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 czerwca 2015 08:04
  • środa, 24 czerwca 2015

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line