Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 08 grudnia 2016
    • Bank Pekao sprzedany! Co to oznacza dla jego klientów? I jakie zmiany dotkną nas wszystkich?

      No i stało się. Mająca nóż na gardle włoska grupa UniCredit po 17 latach wycofuje się z polskiego rynku bankowego, odsprzedając udziały w Banku Pekao. Tym samym drugi największy bank w Polsce "wraca do macierzy". Kupującym jest - zgodnie z oczekiwaniami - konsorcjum państwowego PZU, Polskiego Funduszu Rozwoju. W sumie pod młotek pójdzie 32,8% akcji Pekao (a więc nie wszystkie będące w posiadaniu UniCredit - Włosi mają 40% udziałów, a resztę zapewnie sprzedadzą na własną rękę), z czego 20% kupi PZU (co będzie go kosztowało 6,5 mld zł), zaś 12,8% przejmie Polski Fundusz Rozwoju (za 4,1 mld zł). Cena za akcję wyniesie 123 zł, a więc będzie zbliżona do obecnych giełdowych notowań papierów Pekao. Z ziemi Włoskiej do Polski wraca nie tylko własność 165 mld zł cennych aktywów bankowych (wypłacających co roku sutą dywidendę), ale i ponad 5 mln klientów obsługiwanych przez Bank Pekao. Zmiany dotyczyć mogą nie tylko ich, lecz każdego kto ma konto osobiste, kredyt lub depozyt. Mówimy bowiem o ogromnej transakcji - prawdopodobnie największej w historii polskiej branży bankowej - która może zmienić bardzo dużo na rynku finansowym.

      PZU ROBI DOBRY INTERES, CZY POPEŁNIA BŁĄD? Z punktu widzenia największego w Europie Środkowej ubezpieczyciela, który ostatnio w dodatku nie zachwycał wynikami finansowymi, transakcja zakupu drugiego największego banku w kraju to ogromny wydatek i duże ryzyko. O tym, że inwestorzy bardzo się tego scenariusza boją, mogliśmy się przekonać obserwując tonący kurs akcji PZU na giełdzie. Firma, której papiery kosztowały jeszcze dwa lata temu 50 zł, niedawno była wyceniana na połowę tej wartości (ostatnio odbiła się od dna, do 30-31 zł). Prawda jest taka, że dziś PZU, którego kapitalizacja giełdowa wynosi 27 mld zł, przejmuje bankową firmę, wycenianą jeszcze chwilę temu przez rynek na... 32 mld zł. Przy takiej skali inwestycji ewentualny błąd mógłby nawet położyć cały ubezpieczeniowy koncern na łopatki. Ale czy to w ogóle jest błąd?

      pekaohistory1

      Cóż, oczywiście to może być dla PZU nie najgorszy lub wręcz dobry interes. Dziś Bank Pekao jest dziś dobrze naoiliwoną maszynką do zarabiania pieniędzy. Wypłaca systematycznie dywidendy wynoszące mniej więcej 5% wartości swoich akcji (2,2-2,6 mld zł rocznie) i jeśli ten stan się utrzyma, będzie dla PZU znacznie lepszą lokatą kapitału, niż obligacje skarbowe, w które dziś ubezpieczeniowy koncern lokuje część pozyskanych od klientów składek. Kupując 20% akcji za 6,5 mld zł PZU zapewnia sobie dopływ dywidend na poziomie 500 mln zł rocznie. A niewykluczone, że Pekao - mając 20% współczynnika wypłacalności - wypłaci też ekstra-dywidendę, żeby pomóc nowym akcjonariuszom w szybszym odzyskaniu zainwestowanych pieniędzy. Część kapitału, wynoszącego dziś 22 mld zł, mogłaby wrócić do akcjonariuszy. Na oko - może nawet 4 mld zł, co oznaczałoby dla PZU miliard złotych "ekstra-prezentu".

      O ile nikt nie ma wątpliwości, że kupując Alior Bank za gigantyczne pieniądze (1,6 mld zł) spece PZU od inwestowania musieli mieć zaćmienie mózgów (dziś Alior jest wyceniany na połowę ceny, którą płacił zań PZU, co oznacza, że ubezpieczyciel "umoczył" jakieś 750 mln zł), o tyle Bank BPH był już kupowany "w cenie złomu" (1,2 mld zł). A cenę za Pekao - 123 zł za akcję - (historię notowań banku macie poniżej) można uznać za okazyjną, bo znacznie niższą od średniej wieloletniej notowań tego banku.

      peonot

      Przy cenie transakcji 123 zł za akcję wskaźnik P/BV (mówi na ile złotych wyceniono złotówkę wartości księgowej majątku firmy) wynosi 1,3. Dla porównania: hiszpański Santander kilka lat temu przejmował BZ WBK przy cenie oznaczającej P/BV na poziomie 2,5. Dziś kupuje się banki przy wskaźniku P/BV w okolicach 1 i na tym tle utargowana przez PZU cena za bardzo wysoko rentowny przecież bank nie jest zła.

      "Oczekuje się, że transakcja przyniesie PZU szereg korzyści finansowych, między innymi spowoduje przyrost zysku prowadzący do osiągnięcia 10-11% wzrostu zysku na jedną akcję w latach 2017-2018. Dodatkowy dochód przyczyni się do osiągnięcia planowanego przez PZU wskaźnika ROE na poziomie 18%. Wysoki wskaźnik ROE dla Banku Pekao przyczyni się do utrzymania aktualnej polityki wypłaty dywidendy w wysokości prawie 100% osiągniętego zysku banku. PFR spodziewa się uzyskania zwrotu z inwestycji w Pekao na poziomie powyżej 10% w stosunku rocznym i zakłada horyzont inwestycyjny wynoszący co najmniej od 3 do 5 lat".

      - czytam w komunikacie PZU. Piękna wizja, prawda? Inna sprawa, że rentowność banków na całym świecie spada, więc inwestycja w "Żubra" wcale nie musi się szybko zwrócić, jak zakładają w PZU i PFR. Owszem, tu mogą być do wzięcia również efekty synergii i możliwość oferowania klientom Banku Pekao oraz Aliora polis ze znakiem PZU oraz Link4. Posiadanie banków może ułatwić sprzedawanie ich klientom ubezpieczeń PZU, ale na całym świecie ubezpieczyciele doszli już do wniosku, że nie trzeba mieć krowy, żeby napić się mleka.

      repolonizacja_w_liczbach1CZY PZU STANIE SIĘ DRUGIM PKO BP? Powiedzieć, że PZU będzie od teraz zajmował się głównie działalnością bankową, byłoby lekką przesadą, ale z drugiej strony aktywa PZU wynoszą 113 mld zł, zaś aktywa kupionych przez tę firmę banków - Aliora, BPH oraz Pekao - sumują się do astronomicznej kwoty 225 mld zł. Łączne zyski trzech przejętych banków też są wyższe, niż zyski PZU z działalności ubezpieczeniowej. Tak naprawdę powstaje na naszych oczach ogromna grupa bankowa o potencjalne porównywalnym z PKO BP. W bankowej grupie kontrolowanej przez PZU mamy prawie 9 mln obsługiwanych klientów (gdy PKO BP, razem z klientami kredytowymi, gromadzi góra 8 mln), jest też 180 mld zł depozytów i 165 mld zł kredytów (w PKO BP tylko po 20 mld zł więcej). Tak silne uzależnienie koncernu ubezpieczeniowego od działalności bankowej, która - jak mówią analitycy - będzie się w najbliższych latach zwijała, może być dla PZU obciążeniem.

      Czytaj też: McKinsey kreśli czarny scenariusz dla banków. Za pięć lat zostanie z nich...

      Czytaj też: Wielka repolonizacja dywidend. A co z bezpieczeństwem depozytów? 

      Zapewne podobnej kalkulacji dokonano w gabinetach prezesów PZU i Alior Banku, po czym Alior Bank ogłosił, że wycofuje się z planów zakupu Raiffeisen Banku. Co za dużo to niezdrowo? Gdybym miał wybrać obiekt inwestycyjnej miłości i nie miałbym nieograniczonych zasobów, to dokonałbym podobnego wyboru - Pekao to dobrze naoliwiona maszyna, a Raiffeisen dopiero zaczyna przypominać sobie co to znaczy być rentownym bankiem. Nawet mający anielską cierpliwość Austriacy w końcu nie wytrzymali nerwowo i postanowili wystawić go na sprzedaż. Bardzo jestem ciekaw czy wieść o tym, że PZU kupi "tylko 20% Pekao i nie będzie się "bawił" w przejmowanie Raiffeisena, spowoduje dalsze odbicie kursu jego akcji (wykres z ostatnich lat - poniżej).

      pzuall

      CO CZEKA KLIENTÓW PEKAO? Zapewne z dnia na dzień nic się nie zmieni. Samo formalne domykanie transakcji zajmie dobrych kilka miesięcy, a i później nie wiadomo czy klientów będą czekały jakieś większe niespodzianki. Zapewne jako pierwsze zmieni się logo przy wejściu do oddziałów (dziś Pekao jest w barwach grupy UniCredit, ciekawe czy wróci słynny żubr?). Na pewno produkty PZU i Link4 wejdą do sprzedaży w oddziałach Pekao i będą bardzo intensywnie oferowane klientom (zadba o to skuteczna machina sprzedażowa Alior Banku). A później wiele zależy od decyzji czy Pekao będzie łączony z grupą Alior Banku (zmontowaną ze "starego" Aliora, Meritum Banku i BPH), czy też oba banki pozostaną oddzielnymi bytami. W tym drugim wariancie trzeba się spodziewać, że bankiem nadal będą rządzili menedżerowie rodem z Pekao, więc siłą rzeczy strategia cenowa i oferta produktów się nie zmienią. W przypadku fuzji powstanie pytanie czy nowy bank będzie montowany na modłę "pekaowską", czy "aliorową". Jeśli na "aliorową", to pewnie zniknąłby system płatności mobilnych PeoPay (Alior jest członkiem konkurencyjnego sojuszu BLIK), zwiększyłyby się prowizje dla mało aktywnych klientów i podrożałyby kredyty gotówkowe (Pekao słynie dziś z tego, że własnych klientów finansuje kredytami po przyzwoitych na tle konkurencji cenach).

      udzia_najwikszych_bankw_kredyty_depoCZY ZMIANY WOKÓŁ PEKAO ZASZKODZĄ KLIENTOM INNYCH BANKÓW? Właściciela zmienia bank mający 10% rynku. Formalnie nie powinno to oznaczać zmniejszenia się konkurencji, bo nie następuje łączenie dwóch banków, a jedynie przesunięcie własności. Prawda jest jednak taka, że kolejne 10% rynku przechodzi pod kuratelę państwowego właściciela. "Konsorcjum" banków państwowych PZU-PKO BP będzie od teraz kontrolowało 30% aktywów bankowych w Polsce. Z tym "sojuszem" będzie musiał się liczyć każdy inny bank. Jeśli dwóch prezesów - PZU i PKO BP - choćby nieformalnie, przy zielonym stoliku, na zasadzie milczącej współnoty interesów, ustali wspólną strategię w ramach jakichś produktów lub procedur, to nieuchronnie będą wyznaczać pole działania dla pozostałych banków. W tym sensie przejęcie Banku Pekao przez PZU oznacza kolejne zmniejszenie się konkurencji.

      Kolejne, bo przecież kilka lat temu z konieczności zrobiła to irlandzka grupa AIB (sprzedała BZ WBK hiszpańskiemu Santanderowi), belgijskie KBC (jego Kredyt Bank też trafił w ręce Hiszpanów i dziś jest częścią BZ WBK), holenderski Rabobank (miał udziały w BGŻ, ale sprzedał je Francuzom z BNP Paribas), skandynawska Nordea (padła łupem PKO BP), grecki Eurobank (sprzedał Polbank austriackiemu Raiffeisenowi), czy amerykański General Electric (sprzedał Bank BPH Aliorowi). Z mniejszych banków wycofały się Allianz (sprzedał swój bank Getinowi), czy DNB Nord albo Meritum Bank. A to jeszcze nie koniec: o wycofaniu się z Polski poważnie myśli austriacki Raiffeisen (to u nas bank numer siedem pod względem aktywów), a od czasu do czasu pojawiają się pogłoski - dementowane przez oficjeli - że na sprzedaż może być wystawiony Bank Millennium, którego głównym udziałowcem jest portugalska grupa BCP Millennium. Efekt? Udział pięciu największych banków w rynku kredytów jeszcze pięć lat temu nie przekraczał 40%, a dziś już przebił 50%. W tym czasie marże na kredytach konsumpcyjnych - jak liczy NBP - zwiększyły się z 5% do 9%. Większa koncentracja to mniejsza konkurencja i wyższe ceny.

      Czytaj też w blogu: Konkurencja między bankami jest coraz mniejsza. Zaś ich zyski - jakby coraz wyższe. Przypadek? Nie sądzę. Słono za to zapłacimy?

      polscy_i_zagraniczni_bankowcyREPOLONIZACJA A BEZPIECZEŃSTWO DEPOZYTÓW. Skoro nie mamy prywatnego kapitału, gotowego, by zabrać się za repolonizację branży bankowej (a "odzyskanie" każdego 1% aktywów branży bankowej przez polski kapitał musi kosztować ponad miliard złotych), to z konieczności politycy chcą wykorzystać do tego kapitał państwowy. Kłopot w tym, że tam, gdzie mieszają się politycy, rynek przestanie działać. Repolonizacja, rozumiana jako przenoszenie z Wiednia, Frankfurtu, Mediolanu, Madrytu, Nowego Jorku, Londynu do Warszawy centrów decyzyjnych banków działających w Polsce wcale nie musi - i nie powinna - być realizowana na polityczne zamówienie. Dużo bezpieczniej byłoby, gdyby politycy zapewnili na tyle dobre warunki rozwoju rynku kapitałowego, by prywatny kapitał sam wykonał całą robotę. Bank, którego udziałowcami są fundusze inwestycyjne, emerytalne i private equity, ma centrum decyzyjne w Polsce, niezależnie od tego kto wpłacił pieniądze na jego kapitał. Z tego punktu widzenia przejmowanie banków przez państwowe PZU jest raczej nacjonalizacją, niż repolonizacją.

      Owszem, w największych krajach (Francja, Włochy, Niemcy) krajowy kapitał stanowi 80-90% branży bankowej. I w Polsce, która jest na ścieżce rozwoju tuż za tymi państwami, być może powinno być podobnie. Tyle, że tam kapitał "narodowy" jest kapitałem przede wszystkim prywatnym. To fundusze inwestycyjne, fundusze emerytalne, w których oszczędzają miliony zwykłych obywateli, fundusze private equity, mające pieniądze od bogatych firm i osób prywatnych. My prywatnego kapitału nie mamy, a nawet jeśli trochę go jest (same bankowe depozyty indywidualnych Polaków wynoszą 700 mld zł), to pozostaje nieaktywny. Więc za repolonizację banków wzięło się państwo. Prawdę pisząc nie wiem co jest gorsze - bank prywatny, którego zagraniczny właściciel przykręca kurek z kredytami dla polskich firm, bo woli finansować rozwój na swoim rodzimym rynku, czy bank państwowy, którego prezes "wisi" na telefonie premiera albo ministra i wykonuje jego polecenia typu "weźcie no, kupcie trochę tych kopalnianych obligacji, bo nikt inny nie chce, a to g... już prawie bankrutuje". Z punktu widzenia bezpieczeństwa posiadaczy depozytów chyba bardziej niepokojąca byłaby ta druga sytuacja.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      A przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bank Pekao sprzedany! Co to oznacza dla jego klientów? I jakie zmiany dotkną nas wszystkich?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 08 grudnia 2016 08:19
  • środa, 07 grudnia 2016
    • McKinsey kreśli czarny scenariusz dla banków. Za pięć lat ich nie poznamy? A wszystko przez...

      Dla banków - i to wszystkich, jak świat długi i szeroki - zaczyna się nowa, nieznana dotąd era - prognozuje McKinsey, czołowa globalna firma doradcza, w swoim najnowszym raporcie poświęconym branży finansowej. McKinseya warto słuchać, bo jest to kuźnia finansowych kadr, chyba połowa prezesów polskich banków kiedyś tam pracowała ;-). Według McKinseya banki w Europie, dotknięte przez plagę niskich stóp procentowych oraz przez konkurencję firm technologicznych, mogą w ciągu najbliższych lat stracić ponad 110 mld dolarów zysków. I jeśli te prognozy się sprawdzą, to w 2020 r. będą generowały dla swoich akcjonariuszy już tylko 1-2% zysku z zainwestowanego przez nich kapitału (to tzw. wskaźnik ROE). W krajach rozwijających się - np. w Europie Środkowej, ale też w takich krajach jak Brazylia, Chiny, czy Rosja - wpływ cyfryzacji, firm technologicznych wchodzących bankom w szkodę i niskich stóp procentowych będzie nieco mniejszy, ale tu za to dużym problemem będzie wolniejszy wzrost kredytów i spadek ich jakości. Czas wejść w pikantne szczegóły.

      ŚWIAT WŁAŚNIE WALI SIĘ BANKOM NA GŁOWĘ. W ciągu ostatnich 30 lat bankowy biznes nie był może oazą spokoju, ale długoterminowo ci, którzy zainwestowali swój kapitał w akcje banków, wyciskali z niego 8-12% zysku w postaci wzrostu wartości aktywów bankowych przypadających na akcję lub w wypłacanych dywidendach. Zdarzały się odchyły w tę i wewtę, ale zasadniczo rentowność (patrząc przez pryzmat wskaźnika ROE) bankowego biznesu była przewidywalna. W USA z banków "wyciska" się wciąż jakieś 10% zwrotu z kapitału, w Europie - nieco ponad 4%, w Japonii - 6,5%, a w "naszej" części świata patrząc przez pryzmat stopnia rozwoju - nazywają "nas" jako EEMEA: w czyli Europie Środkowej, na Bliskim Wschodzie i w Afryce - to wciąż powyżej 11%. Biorąc pod uwagę, że średnia stopa zwrotu z inwestycji na rynku akcji to 7-8% w skali roku, na obligacjach zarabia się 5-6%, a na depozytach - 0-3% - inwestowanie w banki do tej pory nie było złym biznesem.

      mckinsey1

      I to się właśnie kończy. McKinsey policzył, że tylko w ciągu ostatnich dwóch lat wartość rynkowa wszystkich działających na świecie banków skurczyła się o 14%, czyli o prawie... bilion dolarów! Tak, tak, banki światowe są dziś warte jakieś 6,2 biliona dolarów (6200 miliardów "zielonych"), z czego prawie bilion im wyparowało, bo inwestorzy mniej optymistycznie oceniają przyszłość tego biznesu. Na tyle mniej optymistycznie, że w krajach Europy Zachodniej za jedno euro majątku banku (patrząc na jego wartość księgową) płaci się na giełdzie 0,4-0,5 euro. To tak, jakbyś kupił mieszkanie za 500.000 zł, a teraz było warte 250.000 zł. Ale w Kanadzie, Australii, czy wschodzącej Azji (czyli nie uwzględniając Japonii) wciąż majątek banków wyceniany jest przez inwestorów wyżej, niż w księgach rachunkowych banków.

      mckinsey2

      Wprawdzie McKinsey nie podaje wyceny rynkowej majątku banków w Polsce, ale zerknąłem na dane na ten temat wyliczane przez portal Stooq.pl i wychodzi, że u nas wciąż są banki, których majątek na giełdzie jest wyceniany wyżej, niż w księgach rachunkowych - w przypadku BZ WBK jest to 1,6 zł za złotówkę majątku, w przypadku ING - 1,9 zł za złotówkę, a dla Banku Pekao - 1,4 zł za złotówkę. Choć oczywiście są banki - jak Getin - w przypadku których wycena jest kiepska - jakieś 0,3 zł za złotówkę majątku zapisaną w księgach banku.

      mckinsey3

      75% BANKÓW W EUROPIE JUŻ DZIŚ "W CENIE ZŁOMU"? Generalnie jednak przewidywania co do przyszłości bankowego biznesu są nieciekawe, o czym świadczy stopniowy spadek wyceny rynkowej wartości majątku banków w ciągu ostatnich 10 lat. Według wyliczeń McKinseya jeszcze w 2006 r. za jednego dolara wartości księgowej banku w krajach rozwijających się inwestorzy byli gotowi płacić 2,5-3 dolary, a w przypadku banków działają"cych w krajach rozwiniętych - 2 dolary. Teraz jest to w obu kategoriach tylko 0,8-1 dolar za każdego dolara wartości księgowej majątku. W przypadku wszystkich banków japońskich, 75% europejskich, połowy banków w Azji i regionie EEMEA (to my, bez urazy ;-)) oraz 20% banków amerykańskich dziś majątek jest przez inwestorów rynkowo wyceniany poniżej wyceny w księgach rachunkowych banków. To oznacza, że posiadacze kapitału nie wierzą, że ten majątek da się wykorzystywać w sposób powiększający jego rentowność w przyszłości.

      mckinsey4

      Choć oczywiście przychody banków wciąż rosną - nawet jeśli ich koszty rosną jeszcze szybciej ;-)) - co pokazuje kolejny wykres. Na nim najciekawszy jest zebrany w kilku zaledwie słupkach potencjał banków z różnych części świata. Zobaczcie - jedną trzecią przychodów światowej branży bankowej (przed potrąceniem strat na złych kredytach, co może mieć znaczenie u takich asów jak Chińczycy ;-)) generują banki amerykańskie! A już ponad 20% - banki chińskie. A my - EEMEA, czyli Europa Środkowa, Wschodnia, Bliski Wschód i Afryka - w sumie tylko raptem kilka procent. Oto nasze miejsce w szeregu. Europa kontynentalna też zresztą jakoś specjalnie nie powala na kolana swoją potęgą.

      mckinsey5

      NISKIE STOPY I FINTECH ZNISZCZĄ 10% PRZYCHODÓW BANKÓW. Co najbardziej niszczy i w przyszłości będzie niszczyło zyski banków? Te czynniki to przede wszystkim utrzymujące się niskie stopy procentowe (tani i łatwo dostępny pieniądz oznacza, że marża na handlowaniu nim też nie może być tak duża, jak w czasach drogiego pieniądza) oraz tzw. digital disruption, czyli cyfrowe zmiany sprawiające, że banki przestały mieć monopol na pośrednictwo w różnych operacjach finansowych. Teraz nie trzeba do tego ani placówki, ani bankowca, ani zarządzanego przez banki systemu - wiele funkcjonalności da się ogarnąć przez smartfona, zaś ich dostarczaniem zajmują się nie banki, tylko firmy technologiczne. Przykłady? Jedna czwarta polskiego rynku pożyczek do 4000 zł jest już w rękach niebankowych firm pożyczkowych. Przynajmniej jedną trzecią rynku wymiany walut zgarniają niebankowe internetowe kantory. Jak bardzo to wszystko ograniczy rentowność banków w przyszłości?

      Według McKinseya w najgorszym scenariuszu rewolucyjnych zmian cyfrowych i utrzymujących się niskich stóp procentowych przychody banków w ciągu najbliższych pięciu lat mogą spaść w USA o 10%, w strefie euro - o 13%, w Wielkiej Brytanii - o 11%, a w Japonii o 4,5%. Jeśli zaś chodzi o wskaźnik ROE generowany przez banki, to może zjechać w USA do 6,5%, w Europie i Wielkiej Brytanii - do 0,7-0,5%, a w Japonii do 6%. Jak czytać wykres poniżej? Dwa pierwsze słupki dotyczące każdego z regionów świata prezentują skutki ewolucyjnego i rewolucyjnego scenariusza na "rynku" stóp procentowych (słupki na górze pokazują wpływ na przychody, te na dole - wpływ na ROE, zaś pomiędzy nimi są cyferki obrazujące spadek przychodów w zielonych dolarach ;-)). Słupki trzeci i czwarty dotyczące każdego z regionów świata dotyczą skutków nałożenia na kwestię stóp procentowych skutków cyfrowej konkurencji dla banków (słupek trzeci dotyczy zmian łagodniejszych, a czwarty - rewolucyjnych).

      mckinsey6

      PŁATNOŚCI I SZYBKA GOTÓWKA: TU BANKI STRACĄ DO 25% RYNKU! Na wykresie poniżej macie prognozę McKinseya dotyczącą tego w jakie części bankowego biznesu najbardziej uderzą zmiany cyfrowe, fintechy i ogólna swoboda przepływu wszystkiego w dobie internetu. Generalnie są to - i będą w przyszłości - przychody, które banki do tej pory generowały z rynku consumer finance (czyli pożyczki gotówkowe, karty kredytowe, finansowanie konsumpcji) oraz z prowizji od pośrednictwa przy płatnościach (prowizje kartowe, spready walutowe, prowizje od przelewów). W niektórych krajach rozwiniętych po kieszeni dostaną też banki zajmujące się tzw. wealth management (zapewne dlatego, że zarządzaniem majątkiem będą się mogły zająć algorytmy, automaty i roboty finansowe, zamiast omylnych doradców inwestycyjnych).

      Jeśli chodzi o przychody z consumer finance to McKinsey szacuje, iż w ciągu kilku najbliższych lat banki stracą mniej więcej 10% tych przychodów (w Europie Środkowej 11,3%), a w niektórych krajach - nawet 25%. Jeśli chodzi o przychody z płatności, to skala może być podobnIe (w Europie Środkowej 8,6%, w najbardziej dotkniętych krajach - prawie 24%). Digitalizacja raczej nie dotknie bankowości hipotecznej i korporacyjnej, ale może uszczknąć trochę przychodów banków z depozytów terminowych (zapewne z powodu ekspansji pożyczek społecznościowych i crowdfundingu, czyli możliwości zbierania pieniędzy na nowe przedsięwzięcia przez internet, bez pośrednictwa banków). W naszej części Europy możliwy spadek przychodów banków z depozytów terminowych jest szacowany na 5,5%.

      mckinsey7

      ZA PIĘĆ LAT ZYSKI BANKÓW W EUROPIE SPADNĄ O POŁOWĘ? McKinsey oszacował też o ile banki będą musiały ściąć swoje koszty, żeby dostosować się do opisanych wyżej zmian. W przypadku banków amerykańskich roczne zyski branży zjechać mogą do 2020 r. z obecnego poziomu 173 mln dolarów nawet do 138 mld "zielonych". W zależności od tego jak drogi będzie kapitał, który banki muszą pozyskać, żeby zarabiać pieniądze, może do oznaczać konieczność ścięcia kosztów od zera do nawet 54 mld "zielonych". W przypadku banków w strefie euro zyski prawdopoodbnie spadną aż o połowę - z obecnego poziomu 88 mld dolarów do 37-44 mld "zielonych", co oznaczać będzie konieczność ścięcia kosztów w najbardziej optymistycznym wariancie o 51 mld dolarów, a w pesymistycznym - o 68 mld "zielonych".

      mckinsey8

      W przypadku banków w Europie Środkowej baza rentowności jest wyższa, a wpływ "cyfrowości" i niskich stóp na wyniki - mniejszy, więc i potencjalna dziura kosztowa do załatania mniejsza (od 4 do 26 mld dolarów). Inna sprawa, że w tym przypadku niepewność prognozy wystwionej przez McKinseya jest oblrzymia. Z obecnego poziomu 6 mld dolarów zyski branży bankowej w Europie Wschodniej mogą wzrosnąć do 20 mld "zielonych" lub zamienić się w dwumiliardową stratę.

      mckinsey9

      CO BANKI MOGĄ ZROBIĆ, BY PRZETRWAĆ? Skoro los banków - zwłaszcza w Europie - jest niepewny, to będą musiały znaleźć sobie nowe źródła przychodów (być może zarabiać na zmianie naszych przyzwyczajeń konsumenckich, bo przecież do tego sporwadzają się najbardziej skuteczne programy lojalnościowe, rabatowe i punktowe), unowocześniać się, by zapewniać klientom serwis dostosowany do coraz bardziej nowoczesnego świata (więcej usług dostępnych "od zaraz" i zdalnie, w kanałach mobilnych) oraz poprawiać jakość obsługi klientów. Z wyliczeń McKinseya wspomnianych w raporcie wynika, że każdy wzrost poziomu satysfakcji klientów o 10% przekłada się na 2-3% wzrostu przychodów dla banku.

      To oznacza, że jeśli banki przestaną wkurzać ludzi, to może i stracą część rynku na rzecz fintechów i być może stracą też część rentowności z powodu niskich stóp procentowych, ale za to zwiększą - najlepsze nawet o kilkanaście procent - przychody z obsługi dotychczasowych klientów. Porównując te kilkanaście procent ze stratami 10% przychodów wynikającymi z niekorzystnego otoczenia - to jest opcja nie do pogardzenia. Co jest najważniejsze dla klientów i co sprawi, że banki przestaną ich wkurzać? Lista jest długa i niespecjalnie zaskakująca.

      mckinsey10

      UCZCIWOŚĆ NAJWAŻNIEJSZA. A POTEM "BYCIE POD RĘKĄ". Według McKinseya na pierwszym miejscu jest przejrzystość, transparentność cen. A więc: nie kantujemy, nie ukrywamy opłat, pokazujemy klientowi prawdziwy koszt usługi, a on może skorzysta, a może nie, lecz na pewno doceni i być może wróci do nas w innej sprawie. Po drugie: stałe "bycie pod ręką", czyli możliwość skontaktowania się z bankiem dowolnym sposobem wybranym przez klienta. Bank ma być w smartfonie, tablecie, przez telefon, w placówce i klient ma mieć łatwość komunikowania się z nim. Klienci oczekują też, że będą mogli monitorować stan bardziej skomplikowanych procesów online (np. na jakim etapie jest zakładanie mojego konta albo mój wniosek o kredyt hipoteczny). Chcą również jak największej liczby produktów dostępnych natychmiast, choćby w formule cyfrowej (wirtualna karta, finansowanie potrzeb konsumpcyjnych kredtem "na klik". Jest też kilka innych punktów, których już nie będę omawiał (wykres macie powyżej).

      ILE KOSZTUJE POZYSKANIE KLIENTA? 300 "ZIELONYCH" ALBO... PIĘĆ. Banki mają do wyboru: albo zapewnić klientom ekstraordynaryjną, wysokiej jakości obsługę z bonusami niedostępnymi gdzie indziej, albo... paść ofiarą digitalizacji. Bo bank występujący wyłącznie w kanałach cyfrowych - przez smartfona I tablet, będzie miał ogromną przewagę kosztową nad bankiem tradycyjnym, co musi się przełożyć na cenę. Jeśli klient ma płacić więcej, niż w banku cyfrowym, to musi dostać za to ekstra-obsługę, bo inaczej pójdzie tam, gdzie taniej, czyli do banku w smartfonie. Z wyliczeń McKinseya wychodzi, że banki cyfrowe mają o dwie trzecie niższą bazę kosztową w relacji do posiadanego portfela kredytowego. Dwie trzecie! Jeszcze bardziej miażdżące są dane dotyczące tego ile kosztuje pozyskanie klienta przez bank tradycyjny (mniej więcej 300 dolarów na klienta), przez bank internetowy (110 dolarów) oraz przez bank cyfrowy, działający tylko na urządzeniach mobilnych (5 dolarów). Przy tak gigantycznej różnicy bankom tradycyjnym coraz bardziej będzie się opłacało dbać o dotychczasowych klientów.

      mckinsey11

      I to by było na tyle: jak widać analitycy McKinseya przewidują dla banków - zwłaszcza europejskich - duże zmiany, które część z tych banków mogą zmieść z powierzchni ziemi. A jedyną szansą dla bankowców na to, by powalczyć w erze zmieniającego się świata, jest zmienić modele biznesowe i podejście do klientów. Tylko tyle ;-)

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      A przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do dziesiątek i setek tysięcy czytelników - codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „McKinsey kreśli czarny scenariusz dla banków. Za pięć lat ich nie poznamy? A wszystko przez... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 07 grudnia 2016 14:04
    • Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?

      Pamiętacie słynny "plastikowy" horror we Wrocku? Kilka lat temu złodzieje zauważyli lukę w zabezpieczeniach kart zbliżeniowych i poużywali sobie na całego, czyszcząc karty okradzionych pechowców. Czyścili je na kwoty wielotysięczne, choć wcale nie znali PIN-ów do klientowskich kart. Sekret tkwił w tym, że transakcje poniżej 50 zł, dokonywane kartami przez zbliżenia, nie wymagają PIN-u. Jeśli dodać do tego tryb offline (terminal nie łączy się z bankiem i nie sprawda salda konta) oraz domyślne ustawienie licznika dozwolonych transakcji przez zbliżenia na 9999 dziennie... pasztet gotowy. Po awanturze, którą "tymi ręcami" wywołałem :-), zabezpieczenia kart zostały poprawione (m.in. liczniki nie pozwalają już na nie ograniczoną liczbę transakcji zbliżeniowych). Wciąż jednak są klienci, którzy kart zbliżeniowych nie uznają i ochoczo korzystają z możliwości wyłączenia takiego trybu działania "plastików", którą to opcję banki mają obowiązek udostępniać.

      Kłopot w tym, że z drugiej strony wciąż są miejsca, które... pozwalają kraść pieniądze nawet wtedy, gdy złodziej nie zna PIN-u do naszej karty, a jednocześnie karta ta nie działa na zbliżenia. Te miejsca to biletomaty we wrocławskiej komunikacji miejskiej. Właśnie w nich owe kilka lat temu często wykonywano seryjnie transakcje zbliżeniowe bez PIN, wykorzystując wspomnianą lukę w zabezpieczeniu kart zbliżeniowych. Automat jest do tego bezpieczniejszym miejscem, niż sklep, w którym sprzedawca może się łatwo zorientować, że jeden klient dokonuje transakcji seryjnie, celowo dzieląc je na kwoty poniżej 50 zł. Poza tym bilety lub kody na doładowania, które można kupić w niektórych biletomatach, to bardziej chodliwy "towar", niż towar ze spożywczego :-). Zarządzająca biletomatami Mennica Polska poprawiła standardy bezpieczeństwa, ograniczając możliwości kupowania biletów i doładowań o dużej wartości w jednym biletomacie i z użyciem jednej karty.

      A jak poprawiła? Nie dość, że wartość pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 50 zł, to jeszcze w ciągu jednej godziny w jednym biletomacie można daną kartą dokonać tylko dwóch transakcji o łącznej wartości 60 zł. To zmniejszyło ryzyko złodziejskich transakcji cudzymi kartami, ale... jak łatwo się zorientować, tak całkiem go nie zniosło. Bo w biletomatach wciąż można kupować bilety płacąc nie tylko zbliżeniowo, ale i wkładając "plastik" do terminala płatniczego. W tym drugim trybie (który pozwala korzystać z maszymy również kartom nie posiadającym możliwości płacenia przez zbliżenie) biletomat nie żąda PIN-u, sprawdza jedynie czy nie przekroczono jednorazowej i godzinowej kwoty dozwolonej transakcji. To wynika ze względów bezpieczeństwa - jeśli już w tak zatłoczonym miejscu pozwala się na dokonywanie transakcji stykowych, to nie byłoby dobrze, gdyby trzeba było podawać PIN i tym samym zdradzać go współpasażerom autobusu lub tramwaju.

      I właśnie ofiarą tej "bezPIN-owości" padła ostatnio jedna z moich czytelniczek, pani Grażyna. Musiała mieć wyjątkowego pecha, ale faktem jest, że straciła 450 zł (mam nadzieję, że bank pomoże jej je odzyskać). W jaki sposób? Cóż, na początku listopada, jadąc tramwajem w wielkim tłoku w godzinach szczytu (ok. godz. 17.00) ukradziono pani Grażynie z zamkniętej torby portfel. Nota bene niedawno opowiadałem Wam o tym jak działają tacy złodzieje i co zrobić, żeby się przed nimi obronić - zapraszam do ponownego obejrzenia tego wideoporadnika.

      Czytaj też: Przełom w sprawie kradzieży pieniędzy z naszych kont i kart? Ale wyrok!

      Czytaj też: To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, gdy się nie spodziewasz

      Kłopot w tym, że moja czytelniczka zorientowała się, że padła ofiarą kradzieży, dopiero o godz. 20.00, czyli po ponad trzech godzinach od wyjęcia jej karty z torebki. Wydawało jej się, że maksymalne straty nie mogą być duże, bo w portfelu miała dowód osobisty (natychmiast go zastrzegła, by nie paść ofiarą kradzieży tożsamości) oraz dwie karty płatnicze:

      "Jedna to była karta zbliżeniowa. Na jej koncie było niewiele pieniędzy, ok 50 zł, ale od razu sprawdziłam, że kwota została ściągnięta przez złodzieja w całości. Druga karta była kredytówką wydaną jeszcze w 2014 r. Nie była to karta zbliżeniowa, tylko taka, która do każdej transakcji wymaga PIN-u. Było na niej 400 zł. Ona też została wyczyszczona do zera! Odbyło się podawania PIN-u, dzięki "wspaniałomyślnej" firmie Mennica, która na takie transakcje pozwoliła. Jak można udostępnić płatność bez PIN do nieograniczonej liczby transakcji? Wiadomo, że okazja czyni złodzieja"

      - pisze czytelniczka. Jak wspomniałem wyżej, nie jest tak, że w biletomatach można wyczyścić kartę na dowolną kwotę. Są limity, które pozwalają zrealizować tylko 60-złotowe transakcje w ciągu godziny w jednym biletomacie. Ale... przecież nic nie stoi na przeszkodzie, żeby często się przesiadać z jednego tramwaju do drugiego i ów 60-złotowy limit wykorzystywać w coraz to nowych biletomatach (nie połączonych, jak sądzę, w jedną sieć identyfikującą podejrzanie częste zakupy). W tym momencie barierą stają się już tylko ograniczenia zapisane na skradzionej karcie (nie wiem jak klientka miała zdefiniowane limity dzienne transakcji kartą, ale najwyraźniej do momentu zastrzeżenia karty nie zdążyły one "pęknąć").

      Mleko się rozlało, klient został okradziony z pieniędzy. Czas na wnioski. Po pierwsze mam nadzieję, że operator biletomatów we współpracy z Bankiem Millennium pokryje klientce straty, bo wygoda wygodą, ale... jeśli Mennica - zapewne w dobrych intencjach, dla rozszerzenia możliwości bezgotówkowych zakupów biletów - umożliwia wykonywanie transakcji bez PIN kartami stykowymi, to w przypadku fraudu powinna brać na klatę konsekwencje. Zwłaszcza, że tych fraudów chyba nie ma wiele (gdyby było, to zapewne funkcjonalność biletomatów zostałaby ograniczona). No i chyba nie można powiedzieć, by te teransakcje zostały prawidłowo, zgodnie z regulaminem działania karty płatniczej, zautoryzowane... Po drugie: proponuję wszystkim posiadaczom kart płatniczych - a zwłaszcza mieszkańcom Wrocławia - zajrzeć w limity dzienne swoich kart i zmniejszyć je do poziomów, które będą z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne. Jak widać, nawet mając kartę bez możliwości płacenia bezPIN-owego czasem taka transakcja może być dokonana. Stąd korekta limitów transakcyjnych zawsze się przyda. Po trzecie pewien postulat ma też okradziony klient:

      "Wystarczyłoby wprowadzić pewne ograniczenie w działaniu biletomatów, polegające na tym, że kupujemy w środkach komunikacji miejskiej tylko już skasowane bilety. Natomiast bilety zapasowe, na później, można byłoby sobie kupić w automatach, które są na przystankach"

      - to nie jest zły pomysł. Oczywiście - czego czytelnik nie dodał - jednocześnie należałoby wyłączyć możliwość stykowego kupowania biletów bez podwania PIN-u, zaś w autobusach i tramwajach - w ogóle możliwość płacenia inaczej, niż zbliżeniowo (żeby klientom nie przychodziło do głosy wbijać PIN do karty w zatłoczonym pojeździe).

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      A przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ta karta nie pozwala płacić zbliżeniowo. A jednak ktoś ukradł 400 zł nie znając PIN-u! Jak?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 07 grudnia 2016 09:05
  • wtorek, 06 grudnia 2016
    • Rewolucja? W mBanku wprowadzają nowy sposób autoryzowania przelewów. Ja już go używam i...

      To ostatnio jeden z moich największych strachów przy korzystaniu z nowoczesnej bankowości: jak zabezpieczyć się przed przechwyceniem przez złodzieja SMS-a autoryzacyjnego? Do niedawna wystarczyło, że nikomu nie ujawniam loginu i hasła do bankowości internetowej oraz dokładnie przeczytam każdego SMS-a autoryzacyjnego, który przychodzi z banku, gdy zlecam przelew. Nawet jeśli złodziej jakimś cudem pozna mój login oraz hasło, dostanie się na moje konto i równolegle ze mną zleci "swój" przelew, to i tak polegnie jeśli uważnie czytam SMS-a autoryzacyjnego. Jeśli mam na komputerze wirusa, który podmienia "w locie" numer konta docelowego - bandzior też polegnie przy autoryzacji. Bank w SMS-ie autoryzacyjnym odeśle pierwsze i ostatnie cyfry numeru konta odbiorcy, który dotarł na jego serwery. Czytając uważnie owego SMS-a dowiem się o podstępie.

      Niestety, święty spokój zniknął, gdy pojawiły się wirusy mobilne "podglądające" SMS-y autoryzacyjne i przesyłające je do złodziei. Jeśli zły człowiek dowie się jaki mam login i hasło do konta internetowego oraz na jaki numer telefonu przychodzą SMS-y autoryzacyjne, to zapewne spróbuje na ten telefon wprowadzić wirusa za pomocą jakiejś "lewej" aktualizacji albo tzw. malwertisingu. Wystarczy, że nieuważnie kliknę fałszywy komunikat wyświetlający się na smartfonie (np. "twój smartfon jest zagrożony, natychmiast zaktualizuj oprogramowanie antywirusowe!") i... już jest po mnie. Złodziej sam dostanie się na moje konto, sam zleci przelew na swoje konto i sam go sobie autoryzuje, przechwytując SMS-a z banku. Takie przypadki już się niestety dzieją. Wymagają co prawda pewnej nieostrożności ze strony ofiary - musi ona dać się nabrać na phishing i podać przez internet login, hasło oraz numer telefonu, a potem zgodzić się na wpuszczenie wirusa na ten telefon, klikając jakiś "lewy" link - ale naiwnych nie sieją.

      Uwaga! Tak internetowi złodzieje kradną nam pieniądze. Sześć opowieści z morałem

      Czytaj też: Kradną SMS-y autoryzacyjne, podmieniają numery kont. Oto triki e-złodziei!

      Ważne: To wyjątkowo perwersyjny wirus. Kradnie wtedy, gdy najmniej się spodziewasz

      Ale być może nadchodzi rewolucja, która prawdopodobnie wprowadzi polską bankowość internetową na wyższy poziom bezpieczeństwa. To nowy sposób zatwierdzania transakcji, omijający w ogóle SMS-y autoryzacyjne! Jako pierwszy w Polsce - i jeden z pierwszych na świecie - wprowadzi tę nowinkę technologiczną mBank, który w przeszłości miał mnóstwo problemów ze złodziejami okradającymi jego klientów. Na czym ma polegać autoryzacja transakcji w nowym modelu? Otóż klientowi zlecającemu transakcję bank będzie wysyłał, zamiast SMS-a autoryzacyjnego, jedynie powiadomienie push, które pojawi się na ekranie jego smartfonu. A klient będzie autoryzował transakcję logując się do aplikacji mobilnej banku i podając PIN do niej. Różnica w bezpieczeństwie polega na tym, że aby ukraść komuś pieniądze złodziej musiałby nie tylko znać login i hasło internetowe klienta, ale też mieć w ręku jego telefon. Dziś wystarczy, że umie przejąć SMS-a autoryzacyjnego.

      Jestem w gronie szczęśliwców, którzy już mogą testować nowe rozwiązanie w ramach pilotażu, ale wiem, że pewna część z Was również dostała taką propozycję. Ja aktywowałem możliwość mobilnej autoryzacji przelewów klikając przesłany z banku link - prowadził on do specjalnego miejsca w serwisie wnioskowym - a potem aktualizując aplikację mobilną mBanku w swoim w smartfonie do najnowszej wersji. Podobno na początku przyszłego roku nie trzeba będzie w ogóle nic aktywować, a mobilne autoryzowanie przelewów będzie jedną z pełnoprawnych opcji dla użytkowników aplikacji mobilnej mBanku. To dobra wiadomość, bo wygląda na to, że nowe rozwiązanie rzeczywiście zmniejszy ryzyko kradzieży pieniędzy z konta w dobie wszechogarniającej nas fali wirusów na smartfony. Spoglądając nieco w przyszłość widzę, że autoryzację trzeba będzie przeprowadzić nie tylko z określonego urządzenia-smartfona (zarejestrowanego w banku), ale jeszcze zapewne zacznie ona funkcjonować w oparciu o biometrię, a nie o PIN.

      Na razie - to wniosek na podstawie krótkich testów, które wykonałem - nowy sposób autoryzowania transakcji nie wykorzystuje możliwości biometrii. A szkoda. Mimo, że mam smartfona, do którego loguję się odciskiem palca, jak również w ten sam sposób wchodzę do aplikacji mobilnej mBanku, to samą transakcję w nowym modelu mogę autoryzować wyłącznie PIN-em, nie zaś odciskiem palca. Być może to kwestia fazy testowej, a być może braku zaufania programistów mBanku do biometrii (choć nie bardzo rozumiem dlaczego mają większe zaufanie do statycznego PIN-u ;-)). Zakładam, że docelowo nie będzie przeszkód, by potwierdzenie przelewu zleconego przez internet następowało poprzez zwykłe przyłożenie mojego palca do czytnika w smartfonie, odczytanie cech mojego głosu, albo poprzez weryfikację mojej sylwetki lub rysów twarzy (w każdym smartfonie jest przecież kamera wysokiej rozdzielczości).

      Czytaj też: Bank pomaga klientom w walce z e-złodziejami. Instaluje im... to!

      Zobacz również: Przełom w sprawie kradzieży naszych pieniędzy? Sąd bezlitosny dla banku. "Powinniście zabezpieczyć klienta...."

      Horror! Wchodzisz do banku przez smartfona? Oni to przetestowali. Dziura na dziurze!

      Wady tego rozwiązania? Widzę trzy. Pierwsza dotyczy konieczności posiadania aplikacji mobilnej banku. Być może duża część klientów mBanku i tak ma ją w swoich smartfonach, ale przecież nie każdy musi być miłośnikiem "noszenia banku w kieszeni". Owszem, bankowość mobilna jest wygodna i nie musi służyć już tylko do oglądania salda rachunku - coraz więcej jest sposobów, dzięki którym możemy płacić telefonem za zakupy i wypłacać nim pieniądze z bankomatu - ale ma też dziury. Znam mnóstwo osób, które odgrażają się, że banku w smartfonie mieć nie chcą, bo "plusy ujemne" tego sposobu bankowania są zbyt duże. Jeśli logowanie do aplikacji mobilnej następuje za pomocą statycznego, krótkiego PIN-u, zaś paleta transakcji (i ich limity kwotowe), których można dokonać przez smartfona jest niewiele mniejsza, niż to, co mogę w banku zrobić przez internet (podając długi login i skomplikowane hasło), to smartfonowy dostęp do konta rzeczywiście może przynieść więcej strat, niż korzyści.

      Nowy model autoryzowania transakcji - wykorzystujący aplikację mobilną - z definicji wyklucza osoby nie używające tego sposobu bankowania. A jest ich całkiem sporo. Może się też nie przydać w sytuacji, gdy z internetu korzystam poprzez kabel, zaś "w powietrzu" nie ma sieci. Wtedy powiadomienie push na mój smartfon nie dotrze, nie odpalę też aplikacji mobilnej, choć przecież przelew z komputera - przez bankowość internetową - wypuściłem. Jest też kwestia wspomnianego wyżej krótkiego i statycznego PIN-u, którym zatwierdza się transakcję w smartfonie (zamiast wklepywać do komputera otrzymany na ten smartfon SMS). Z jednej strony i tak jest bezpiecznie, bo żeby potwierdzić przelew trzeba mieć w ręku smartfona, a z drugiej strony nie da się ukryć, że... hasło do wszystkich transakcji jest takie samo - jest nim PIN do aplikacji mobilnej (a w przypadku SMS-ów autoryzacyjnych jest inaczej - każdy jest inny).

      Czytaj też: mBank na głodzie, czyli wielkie kuszenie małolata

      Czytaj też: Masz konto w mBanku? Smartfon przypomni ci o rachunkach!

      Bardzo jestem ciekaw jak oceniacie nowy sposób zatwierdzania transakcji proponowany przez mBank. I czy też nie możecie się doczekać biometrycznego zatwierdzania przelewów, czy też raczej uważacie biometrię za przereklamowaną? Jedno jest pewne: mBank startuje do pozycji jednego z liderów jeśli chodzi o budowanie poczucia bezpieczeństwa swoich klientów. Jeszcze rok-dwa lata temu to był bank, którego klientów atakowano najczęściej. Faktem jest, że na tle zabezpieczeń w innych bankach mBank nie jawi się twierdzą nie do zdobycia. W takim np. Raiffeisenie nie mogę się nawet zalogować nie podając kodu SMS-owego. A w Banku Millennium muszę podać nie tylko login i część hasła maskowanego, ale i PESEL. Tymczasem w mBanku jest tylko stare, poczciwe statyczne hasło i w dodatku nie ma żadnych zabezpieczeń do wysokokwotowych transakcji między kontami jednego klienta.

      Potencjalny złodziej może więc - nie niepokojony przez nikogo - "zsypywać" pieniądze z kont depozytowych, limitów kart kredytowych, kont oszczędnościowych na ROR, a nawet zaciągnąć w imieniu Bogu ducha winnego klienta kredyt online, by potem jednym przelewem tę kasę klientowi wytransferować (o ile oczywiście ów klient będzie na tyle nieostrożny, że da sobie wyłudzić login i hasło do konta i numer telefonu, a potem da się "poczęstować" wirusem mobilnym). W takich przypadkach powinny się włączać alerty systemowe i bank powinien telefonicznie potwierdzać duże transakcje "wyprowadzające" jego pieniądze na zewnętrzne konto. Niestety, było w przeszłości trochę przypadków, w których ten system alertów też zawodził. Jeśli mBank - jako pierwszy w Polsce - wprowadzi dostępną dla każdego chętnego możliwość autoryzowania transakcji smartfonem, to zrobi wielki krok naprzód w dziele poprawiania bezpieczeństwa klientów.

      UWAGA, WEBINARIUM! Już w najbliższy wtorek, 6 grudnia, o godz. 19.00 organizuję wspólnie z blogiem Longterm.pl webinarium online. Opowiemy na nim dlaczego - naszym zdaniem - warto przynajmniej część swoich oszczędności lokować w spółki dywidendowe i jak się do tego zabrać. Żeby posłuchać i zadawać pytania trzeba się zarejestrować pod tym linkiem. Warto się pospieszyć, bo liczba miejsc ograniczona! Jest to część akcji "Dywidenda jak w banku". W jej ramach ukazało się do tej pory około dwudziestu tekstów, pięć klipów wideo, odbyły się też trzy webinaria. Wszystkie te rzeczy są zebrane na stronie www.dywidendajakwbanku.pl. Znajdziecie tam również e-booka, którego można uzyskać zapisując się na nasz newsletter.

      ebinariumdywidenda

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Rewolucja? W mBanku wprowadzają nowy sposób autoryzowania przelewów. Ja już go używam i...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 grudnia 2016 08:28
  • poniedziałek, 05 grudnia 2016
    • Czy warto wziąć auto na minuty? Przetestowałem nową usługę! Tu i ówdzie już działa. I to jak!

      Od kilku lat trwa w Polsce rewolucja tzw. sharing economy, czyli idei świadczenia usług na zasadzie "współdzielenia zasobów". Jeśli mam czegoś za dużo, to wypożyczam to komuś w zamian za parę groszy, dzięki czemu ja zarabiam, a ten ktoś nie musi kupować danej usługi wielokrotnie drożej. Na obrazku wygląda to pięknie - ludzie sobie pomagają i dzięki temu wykańczają kapitalistów - ale oczywiście za ekonomią współdzielenia stoją klasyczne korporacje, które dostarczają narzędzia do tego, byśmy mogli "współdzielić" wygodnie i szybko. Mamy więc Ubera, który jest "tylko" aplikacją łączącą osoby mające czas i te potrzebujące się przejechać (dziwnym trafem prawie wszyscy kierowcy pracują tam po kilkanaście godzin na dobę, jak niewolnicy, żeby wyrobić "normę"), mamy BlaBlaCar, który robi to samo, lecz na dłuższych dystansach, mamy AirBnB, dzięki któremu możemy taniej wynająć pokój, mamy Kokos.pl, dzięki któremu możemy znaleźć chętnego na pożyczkę społecznościową.

      Czytaj też: Kogoś nieźle pogrzało? Uber teraz chce bć lux-torpedą ;-)

      Czytaj również: Taksówkarze nie chcą taniej konkurencji? Tak ubiją Ubera

      Wkurzaj się ze mną: AirBnB naciąga klientów? Robisz rezerwację, a tu... 

      Czasem to współdzielenie zasobów jest korzystne dla wszystkich i wspierane przez władze. Tak jest np. w przypadku transportu miejskiego: samorządy bardzo przychylnie patrzą np. na firmy udostępniające w miastach rowery, które można wypożyczyć do przemieszczenia się za niewielką opłatą pomiędzy "stacjami" rozmieszczonymi w różnych dzielnicach. Do centrów wjeżdża dzięki temu mniej aut. Kiedy kilka miesięcy temu usłyszałem, że są plany, by wprowadzić podobny najem krótkoterminowy samochodów, pukałem się w czoło. Wydawało mi się, że to musi być zbyt drogie i zbyt skomplikowane, by się mogło opłacić (choć przecież w Europie Zachodniej taki wynajem samochodów na minuty działa w najlepsze). Mocno się zdziwiłem, gdy niedawno zobaczyłem w internecie reklamy firmy Traficar, która udostępniła mieszkańcom Krakowa kilkadziesiąt samochodów do wypożyczania na minuty. A kilka dni temu podobna firma - 4Mobility - zaczęła działalność w Warszawie.

      NA CZYM POLEGA CARSHARING? Nie byłbym sobą, gdybym nie przetestował dla Was od razu pierwszego dnia nowej usługi. Tym bardziej, że sam niedawno pisałem jak drogie jest posiadanie własnego samochodu i że czasem bardziej opłaca się jeździć taksówkami (nie mówiąc już o różnych "uberach", które są jeszcze tańsze). Opisywałem też ciekawy pomysł Raiffeisen Banku, w którym za kilkaset złotych miesięcznie można wynająć auto na rok lub dwa i mieć z głowy to całe kupowanie, sprzedawanie, serwisowanie, ubezpieczanie... Skoro więc mogę już porzucić własne auto i zacząć jeździć Uberem (lub taksówką), skoro mogę porzucić je i wynająć od banku, to może skorzystam też z trzeciej opcji, czyli będę je wynajmował na minuty? Auta w tym modelu stoją zaparkowane w wyznaczonych "stacjach", można je zarezerwować na bieżąco lub wcześniej przez smartfona, a zostawić albo na innej "stacji" albo w dowolnym miejscu w ścisłym centrum.

      traficarrrr

      ILE KOSZTUJE WYNAJEM AUTA NA MINUTY? Jeśli więc mam niedaleko postój samochodów na wynajem, to zamiast własnym autem mogę pojechać do centrum wynajętym, a potem je tam zostawić, bądź wrócić na miejsce startu. Przy założeniu, że stacje są gęsto rozsiane nie tylko w ścisłym centrum - to może być sensowny pomysł na tanie, wspólne podróżowanie ze znajomymi np. do pracy. No właśnie, ale czy tanie? Stawki za najem samochodu na minuty wyglądają dość atrakcyjnie. W krakowskim Traficar (w mieście ma 90 aut) płacę 80 gr. za każdy kilometr jazdy oraz 50 gr. za każdą minutę (przy założeniu, że jeżdżę ze średnią prędkością 60 km na godzinę wychodzi, że jazda traficarem kosztuje mniej jakieś 1,3 zł za kilometr (czyli prawie dwa razy taniej, niż najtańszą taksówką). W warszawskim 4Mobility ceny są podobne, bo każdy przejechany kilometr kosztuje 80 gr., zaś każda minuta spędzona w aucie - dodatkowo 40-60 gr., w zależności od standardu samochodu. Aha, druga godzina jest prawie gratis (1 grosz). Też wychodzi jakieś 1,3 zł za kilometr (w opcji dwugodzinnej - nawet mniej).

      Czytaj też: Wszystko za zero? Tak, ale myślałem, że są jakieś granice! A oni...

      JAK SIĘ ZAPISAĆ DO CARSHARINGU? No dobra, czas opowiedzieć jak się jeździło. Tak, jak wspomniałem, jako miłośnik aut na minuty zarejestrowałem się na stronie 4Mobility.pl już pierwszego dnia. Było trochę dłubania, bo musiałem podać trochę danych o sobie - imię, nazwisko, PESEL, numer telefonu oraz dane z posiadanego prawa jazdy. Musiałem też to prawo jazdy zeskanować i załączyć skany obu stron do wniosku o zarejestrowanie. A potem poczekać na zielone światło od firmy. W drugim rzucie musiałem przypiąć do systemu (niestety, odpowiada za to druga aplikacja, co rodzi wrażenie chaosu) kartę płatniczą, z której firma będzie potrącać pieniądze. Link do aplikacji, w której można zarejestrować kartę, dostałem e-mailem. Niestety, nie zadziałał na mojej przeglądarce Chrome, musiałem go przekleić do Firefoksa. Potem poszło z górki - podałem numer karty, datę ważności, kod CVC z odwrotu, a firma pobrała z karty 1 zł, sprawdzając przy okazji z danym przelewu, że ja to ja.

      4mobbaner

      JAK REZERWUJE SIĘ SAMOCHÓD? Ściągnąłem sobie na smartfona aplikację 4Mobility.pl i z duszą na ramieniu zarezerwowałem auto. Na początku nie bardzo ogarniałem opartą na osiach czasu koncepcję tej części serwisu, która odpowiada za rezerwację, ale po czasie stwierdzam, że to raczej ja jestem niegramotny, niż serwis skomplikowany. Najpierw trzeba wybrać bazę, z której chcę "pobrać" auto, samochód (może to być auto klasy ekonomicznej lub limuzyna typu BMW serii 1-3), a potem określić czas najmu oraz dystans kilometrowy, który zamierzam pokonać. Te dane są tylko orientacyjne, ja jeździłem autem o pół godziny dłużej, niż zadeklarowałem i jedyną niedogodnością była konieczność formalnego przedłużenia najmu (czego dokonałem przy tzw. check-oucie, czyli zakończeniu najmu).

      IMG_0709JAK MI SIĘ JEŹDZIŁO? Wybrałem jedną z baz na północy Warszawy i stawiłem się w określonym miejscu o zadelarowanej godzinie (do auta "doprowadziła" mnie aplikacja 4Mobility.pl w smartfonie). Auto otworzyłem... smartfonem. Kliknąłem ikonkę z otwartą kłódką, a smartfon połączył się z samochodem i go otworzył. Po zajęciu fotela kierowcy zobaczyłem karteczkę z instrukcją gdzie znajdę kluczyki i jak się "odpala" auto (chwilę mi to zajęło, bo na codzień używam samochodu z manualną skrzynią biegów, a moja "beemwica" była wyposażona w automatyczną). Jak już opanowałem jak "to" uruchomić i co zrobić, żeby jechało do przodu lub do tyłu, poszło z górki. Jazda takim autem jest o tyle beztroska, że w zasadzie nic cię nie interesuje (no, może poza przepisami, bo koszty mandatów ponosisz sam). Auto jest czyste, zatankowane (gdyby paliwa jakimś cudem zabrakło, to w schowku jest specjalna karta paliwowa), ubezpieczone (w razie stłuczki dzwoni się na infolinię i czeka na assistance), wygodne.

      Pojeździłem sobie i poparkowałem w różnych miejscach - w centrum za darmo! - bitą godzinkę, a IMG_0708mógłbym i dłużej, bo druga byłaby prawie za friko, by ostatecznie wylądować w "mojej" bazie na północy Warszawy (choć mógłbym zaparkować auto gdziekolwiek w ścisłym centrum). Zaparkowałem auto, wyłączyłem silnik i wyszedłem beztrosko z auta. Drzwi się zablokowały, ale... rezerwacji nie można było zakończyć. Po konsultacji z call-center okazało się (potem zauważyłem, że sygnalizował to także komunikat wyświetlany przez apkę na smartfonie) niedokładnie zamocowałem kluczyk w schowku. Musiałem znów otworzyć auto smartfonem, naprawić błąd, zamknąć auto i dopiero wtedy zakończyłem rezerwację. Za godzinę jeżdżenia z karty zeszło mi mniej więcej 50 zł. Sporo, zwłaszcza, że to mój prywatny test, a nie "ustawka", więc i koszty prywatne. Choć gdybym chciał przejechać ten sam dystans taksówką, to wyszłoby nieco drożej.

      JAKIE SĄ SŁABE STRONY CARSHARINGU? Czy będę stałym klientem tego typu usług? Na razie raczej nie. I to z kilku powodów. Po pierwsze: cena. Fakt, że wybrałem sobie najdroższą limuzynę, ale tańszych - odnoszę wrażenie - nie ma w ofercie (albo są stale zarezerwowane). Gdybym chciał przejechać 20 km i wynająć najtańsze auto na godzinę, to zapłaciłbym 24 zł za wynajem i 12 zł za dystans. Te 36 zł to mniej, niż "moje" 50 zł, ale też nie można powiedzieć, że car-sharing będzie "za półdarmo". Inna sprawa, że przejażdżka Uberem kosztowałaby 1,5 zł za kilometr i 30 gr. za minutę plus jeszcze opłata startowa, a więc drożej. Gdybym był studentem i poruszał się w większej grupie tylko po centrum (wynajętym autem parkuję w płatnej strefie za free) - to być może rachunek zysków i strat byłby dla mnie bardziej pozytywny.

      IMG_0710

      Po drugie: liczba baz, z których mogę pobrać auto. Jest ich raptem 20, co wyłącza z usługi spore grono potencjalnych klientów (nie będę jechał przez kwadrans autobusem, żeby dojechać do bazy z autami do wynajęcia na minuty). Taka usługa może mieć sens, o ile z każdego miejsca w mieście mogę dotrzeć do bazy z autem w ciągu kilkunastu minut, ale spacerkiem. Trzeci kłopot z wynajmem auta na minuty polega na tym, że obszar, w którym można to auto bezpłatnie zostawić, jest bardzo ograniczony i w zasadzie pokrywa się z obszarem, w którym potencjalny klient ma do dyspozycji metro i dużą sieć autobusowo-tramwajową. Zaletą tego sposobu poruszania się po mieście byłaby możliwość "zassania" samochodu z jednej z wielu baz (położonych tak, żeby można było do nich łatwo dotrzeć z każdego miejsca w mieście, nie będącego totalnym zadupiem) i "porzucenia" gdziekolwiek na terenie miasta. W przypadku usługi 4Mobility jest to niestety niemożliwe, pozostawienie auta poza ścisłym centrum oznacza, że operator usługi pobierze opłatę za odholowanie auta do bazy.

      Niewykluczone, że wkrótce popularność car-sharing wzrośnie. Niedawno "Wyborcza" pisała, że aż 13 firm zainteresowanych jest uruchomieniem tego typu usług. Podobno z danych wynika, że na tysiąc mieszkańców w Warszawie jest znacznie więcej samochodów, niż w Paryżu, a na pięć jadących ulicą aut przypada tylko sześć osób. I że w takim np. Turynie cztery lata temu było zarejestrowanych 660 aut na tysiąc mieszkańców, a po uruchomieniu bezobsługowej sieci wypożyczalni aut - jest 600. Ceny też podobno nie zabiają ani wschodnich, ani zachodnich Europejczyków. W Wilnie wypożyczenie auta kosztuje 70 gr. za minutę, więc ceny obowiązujące w Krakowie, czy Warszawie, nie odbiegają od średniej europejskiej. Bardzo jestem ciekaw czy rozważylibyście skorzystanie z tego typu usługi, gdyby tuż przed Waszym domem (albo w promieniu 10 min spacerkiem) pojawiła się stacja car-sharingowa?

      -------------------------------------------------------------------

      UWAGA, WEBINARIUM! Już w najbliższy wtorek, 6 grudnia, o godz. 19.00 organizuję wspólnie z blogiem Longterm.pl webinarium online. Opowiemy na nim dlaczego - naszym zdaniem - warto przynajmniej część swoich oszczędności lokować w spółki dywidendowe i jak się do tego zabrać. Żeby posłuchać i zadawać pytania trzeba się zarejestrować pod tym linkiem. Warto się pospieszyć, bo liczba miejsc ograniczona! Jest to część akcji "Dywidenda jak w banku". W jej ramach ukazało się do tej pory około dwudziestu tekstów, pięć klipów wideo, odbyły się też trzy webinaria. Wszystkie te rzeczy są zebrane na stronie www.dywidendajakwbanku.pl. Znajdziecie tam również e-booka, którego można uzyskać zapisując się na nasz newsletter.

      ebinariumdywidenda

      A poniżej wszystkie klipy, które powstały w ramach akcji "Dywidenda jak w banku". Zobacz czym się kończą nieleczone choroby, co robią inwestorzy na rybach i kto przy ruletce inwestycyjnie obżerał się BigMac'ami i na nich zarabiał ;-)

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      Przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czy warto wziąć auto na minuty? Przetestowałem nową usługę! Tu i ówdzie już działa. I to jak!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 grudnia 2016 09:13
  • niedziela, 04 grudnia 2016
    • Wszystko za zero? Jasne, ale myślałem, że są granice. A oni chcą za zero sprzedawać mi akcje!

      Era internetu, mobilności i związana z tym swoboda przepływu wszystkiego zabiła już niejeden biznes, a nawet znosi z powierzchni ziemi całe branże. Jeśli chodzi o branżę finansową, to banki na razie jakoś się trzymają (pewnie po części dzięki państwowym gwarancjom dla klientowskich depozytów, a po części ze względu na nasze konserwatywne podejście do lokowania pieniędzy), ale i tak niebankowe firmy pożyczkowe zabrały im już co najmniej 25% rynku najmniejszych pożyczek (do 4000 zł), a niebankowe kantory internetowe - może i połowę rynku handlu walutami. Są już pierwsze firmy oferujące za pomocą smartfonów usługi quasibankowe (konta, rozliczenia, karty debetowe i kredytowe, tanie transfery międzynarodowe - że wymienię tylko włoski DiPocket, czy naszą rodzimą grupę Lew), nadchodzi era społecznościowego pożyczania i inwestowania pieniędzy (czyli uberyzacja finansów).

      Te rewolucje nie omijają rynku usług maklerskich. Dawniej, chcąc kupić akcje, trzeba było iść do biura maklerskiego mającego fizyczne placówki, by tam złożyć zlecenie i zapłacić prowizję. Teraz zlecenia składa się przez internet, a polscy maklerzy stracili monopol na pośrednictwo przy inwestowaniu. Obok nich działają internetowe platformy zarejestrowane za granicą i ułatwiające inwestowanie nie tylko w akcje, ale i na rynku walutowym oraz w instrumenty pochodne (czyli z "lewarem"). Od dwóch lat tradycyjne biura maklerskie toczą też wspólny bój z holenderskim biurem DeGiro. Działa ono już w 18 krajach, ma jakieś 135.000 klientów, a w niektórych krajach ma już solidny udział w rynku (np. we Francji 8%, a za trzy lata chce mieć 25%).

      DeGiro najbardziej wkurza maklerów tym, że pobiera kilka razy niższe prowizje od transakcji, niż przeciętne polskie  biuro maklerskie, oferując przy okazji możliwość handlowania akcjami na całym świecie. Jak oni mogą sobie na to pozwolić? Oczywiście to efekt skali (jedna plastofma działająca w wielu krajach), brak kosztów stacjonarnej sieci placówek i brak jakichkolwiek usług dodatkowych (serwisów informacyjnych, usług analitycznych itp.). Na stronie internetowej firmy są podane przykładowe prowizje dla zakupu np. akcji PKO BP za 10.000 zł (w DeGiro prowizja wynosi 9 zł, a średnia w tradycyjnych biurach to 35 zł), albo Heinekena za 10.000 euro (8 euro, gdy w polskich biurach maklerskich średnio jest to prawie 100 euro). Trzeba przyznać, że jest różnica. Poza tym w DeGiro można kupić ułamkowe części akcji, co otwiera możliwość inwestowania pieniędzy nawet dla posiadaczy niewielkiego kapitału. Generalnie: taki Uber, tylko że wśród maklerów. I tak samo nie lubiany przez maklerów, jak Uber wśród taksówkarzy. Ostatnio Izba Domów Maklerskich pokazała Holendrom środkowy palec i nie przyjęła ich do swojego grona. W głosowaniu tajnym łamane przez poufne. Cóż, Ubera też nikt by nie przyjął do stowarzyszenia taksówkarzy ;-).

      Oczywiście: tak jak Uber, mimo swej taniości, ma wady (brak ubezpieczenia klientów od skutków wypadków, niżej wykwalifikowani kierowcy, brak możliwość poruszania się po bus-pasach), tak samo ma je też DeGiro. Nie podlega polskiemu nadzorowi, więc w razie jakichś kłopotów z obsługą nie można się poskarżyć do Komisji Nadzoru Finansowego (w razie sporów trzeba się zdać na procedury reklamacyjno/arbitrażowe DeGiro albo na zagraniczny sąd), nie ma tych samych gwarancji finansowych, którym podlegają polskie biura na wypadek bankructwa (mając na rachunku w polskim biurze do 100.000 zł zdecydowaną większość pieniędzy można odzyskać z systemu gwarancji). Gdyby nagle firma rozpłynęła się w powietrzu, to procedura odzyskiwania pieniędzy byłaby zapewne trudniejsza i bardziej długotrwała, niż w przypadku polskiego biura. Aczkolwiek w tej sprawie Holendrzy mają swoje zdanie:

      "Gwarancje kolenderskiego regulatora są zakontraktowane na najwyższym europejskim poziomie. W przypadku bankructwa biura maklerskiego aktywa klientów są odseparowane od majątku biura, a więc wierzyciele nie mają do nich dostępu. Nie ma też powodu, by przypuszczać, że ochrona finansowych praw polskich obywateli na terenie innych krajów Unii Europejskiej miałaby być gorsza, niż na rodzimym rynku" -

      zapewnia Gert Jan Holstege, szef wschodnioeuropejskiej części DeGiro. Co by nie mówić, firma nie jest zarejestrowana w Polsce, lecz w innym kraju unijnym, więc ochrona instytucjonalna pieniędzy klientów też działa na zasadach "zewnętrznych". I to jest pewien czynnik ryzyka, aczkolwiek można się kłócić, czy znaczący. Ale za to jest... tanio. Bardzo tanio. Cholernie tanio. Potwornie tanio. Zwłaszcza w przypadku inwestowania w zagraniczne akcje (a to dziś zaczyna być modny temat, bo nie każdy inwestor lubi jak mu repolonizują aktywa). Zapłacić 10 euro a 100 euro od identycznej transakcji... nooo, jest różnica.

      deziro1To, że DeGiro robi dziś mnóstwo zamieszania na rynku - to pikuś. On dopiero tu zacznie mieszać, gdy otworzy - a może się to zdarzyć już w ciągu najbliższych kilku miesięcy - możliwość kupowania i sprzedawania akcji zupełnie bez prowizji. Nie tanio, za półdarmo, za drobne... Całkiem za free. Ma być tak: po prostu zakładasz rachunek, kupujesz, sprzedajesz i nic na to nie płacisz. W tym modelu biznesowym DeGiro otwiera bliźniaczą platformę DeZiro. Na czym to-to będzie zarabiało? Firma nie podaje szczegółów działalności, bo dopiero startuje (klienci w Polsce mogą podać adres e-mail i poprosić o dostęp w fazie testowej), ale z oficjalnych doiesień wynika, że zamiast prowizji za prowadzenie rachunku i kupowanie oraz sprzedawanie akcji będzie wyświetlanie reklam. Nie wiadomo jeszcze ile i jakich, ale prawdopodobnie dostosowanych do zainteresowań użytkownika (jeśli kupił akcje Heinekena, to będzie mu się wyświetlała reklama Warki Strong, albo jakoś tak ;-)).

      deziro2Nie wiadomo czy skończy się na wyświetlaniu reklam. Żeby zarabiać pieniądze być może DeZiro będzie robiło jakiś użytek z danych, które zbierze o inwestorach. Facebook też jest za darmo tylko dlatego, że wie o nas wszystko i tym handluje. W zagranicznych portalach poświęconych inwestowaniu o pomyśle DeZiro huczy już od kilku miesięcy. W końcu skoro DeGiro jest w stanie w ostatnich trzech latach niemal rok w rok podwajać liczbę obsługiwanych klientów, to wprowadzenie możliwości handlu akcjami za zero może "wywrócić stolik". Ale niekoniecznie. Wiadomo, że nowa platforma na początku udostępni tylko niektóre, najppularniejsze i najbardziej płynne akcje spółek. Czy koncepcja DeZiro może się udać? Jeśli ktoś już podjął ryzyko współpracy z biurem tak innym, niż wszystkie, jak DeGiro, to być może ani reklamy, ani dodatkowe obostrzenia go nie wystraszą. To może być przyszłość nie tylko w handlu akcjami. Może daleka, ale jednak.

      No bo spójrzcie: kiedyś wydawało się niemożliwe, że bank nie pobiera opłat za prowadzenie rachunku. Potem pojawiły się banki "bezplacówkowe", jak mBank, a wraz z nimi "konta za zero". Teraz już to "za zero" spowszedniało i jest mocno względne, ale już pojawiają się banki działające tylko na smartfonie i też... obiecują, że będą low-costowe i "za zero". Kiedyś wydawało się, że przelewy i przekazy międzynarodowe muszą kosztować 5-10% ich wartości. A dziś są platformy, które zbijają te koszty niemal do zera (nie mówiąc już o Bitcoinie, to przecież jest jego największa zaleta). Spready walutowe w kantorach za wysokie? Są kantory internetowe oferujące zjazd niemal do zera (są może i mniej bezpieczne, niż banki, ale jakoś nikt się nie przejmuje). Przewalutowania transakcji kartowych muszą kosztować 5-7% prowizji? Nie muszą, bo wymyślono karty wielowalutowe. I tak dalej, i tak dalej. Kupowanie akcji też za jakiś czas być może będzie za darmo, a niektóre firmy maklerskie będą zarabiały na handlowaniu danymi inwestorów i reklamowaniu spółek wśród nich. 

      To oczywiście nie musi się nam podobać. Teraz jesteśmy zachłyśnięci wszystkim, co jest za zero. Ochoczo płacimy naszą prywatnością za darmowe konta w portalach społecznościowych, dajemy się ochoczo inwigilować korzystając z darmowego wi-fi w centrach handlowych, nie płacimy za oglądanie filmów w smartfonach w zamian za to, że od czasu do czasu wyświetlą nam reklamę... Banki też za chwilę nie będą zarabiały na przelewach, tylko na handlowaniu naszymi przyzwyczajeniami konsumenckimi. W końcu się nam to znudzi i powstaną dualne oferty finansowe. Część będzie - jak w rewolucyjnym pomyśle na DeZiro - za darmo, ale będziemy płacili "w naturze", a część będzie kosztowała, być może nawet słono, ale w zamian zaoferuje maksymalny poziom bezpieczeństwa, gwarancji i prywatności oraz usługi dodatkowe - analizy, doradztwo ekspertów od inwestowania, platformę edukacyjną, sieć stacjonarnych placówek. Tak, jak taksówkarze nie uciekną od Ubera, tak maklerzy nie uchronią się przed DeGiro, DeZiro i innymi tego typu "wynalazkami". Mogą je zneutralizować oferując klientom usługi dodane, których w tanich, internetowych biznesach nigdy nie będzie.

      UWAGA, WEBINARIUM! Już w najbliższy wtorek, 6 grudnia, o godz. 19.00 organizuję wspólnie z blogiem Longterm.pl webinarium online. Opowiemy na nim dlaczego - naszym zdaniem - warto przynajmniej część swoich oszczędności lokować w spółki dywidendowe i jak się do tego zabrać. Żeby posłuchać i zadawać pytania trzeba się zarejestrować pod tym linkiem. Warto się pospieszyć, bo liczba miejsc ograniczona! Jest to część akcji "Dywidenda jak w banku". W jej ramach ukazało się do tej pory około dwudziestu tekstów, pięć klipów wideo, odbyły się też trzy webinaria. Wszystkie te rzeczy są zebrane na stronie www.dywidendajakwbanku.pl. Znajdziecie tam również e-booka, którego można uzyskać zapisując się na nasz newsletter.

      ebinariumdywidenda

      A poniżej wszystkie klipy, które powstały w ramach akcji "Dywidenda jak w banku". Zobacz czym się kończą nieleczone choroby, co robią inwestorzy na rybach i kto przy ruletce obżerał się BigMac'ami ;-)

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie czy i na jakich warunkach warto kupić polisę od raka. Wiadomo, że już jedna czwarta opuszczających ten padół łez opuszcza go z powodu nowotworu. Być może część z nich udałoby się wykaraskać z problemów, gdyby odpowiednio wcześnie badziewie zostało wykryte, zdiagnozowane i leczone według najlepszych światowych standardów, niekoniecznie w ramach państwowej służby zdrowia. Jaką polisę od raka warto rozważyć, a jaka będzie tylko wyrzucaniem pieniędzy w błoto? O tym dziś w "Kasowniku". A jeśli chcesz prześwietlenia konkretnych ofert antyrakowych, to zapraszam do wpisów blogowych. Poza tym tematem w programie rozkminiam też polisy ze zwrotem składki oraz sprawdzam na ile trzeba się ubezpieczyć, żeby zapewnić naszym bliskim bycie rentierami.

      Przed tygodniem radziłem jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Policzyłem też ile pieniędzy tracimy przy bankomacie, sprawdzałem dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      W poprzednim odcinku było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę. Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      A TERAZ... CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ. Subiektywność jest multifunkcyjna i się często dyslokuje ;-). Można ją spotkać tu i tam. W internecie, mediach społecznościowych, na wideo, w prasie, książkach oraz na spotkaniach, odczytach, konferencjach - wszędzie tam, gdzie mówi się o pieniądzach.

      autopromo4Blog "Subiektywnie o finansach" codziennie, od ponad siedmiu lat, zapewnia niezbędną dawkę wiedzy o Waszych pieniądzach. Prześwietlanie produktów finansowych, ekskluzywne wiadomości o nowych produktach oraz piętnowanie skandalicznych praktyk i interwencje w Waszych sprawach. Dołącz do 200.000 czytelników i codziennie zaglądaj na samcik.blox.pl, nowy wpis wpada tu zwykle tuż po godz. 9.00. Jeśli chcesz wiedzieć jeszcze więcej i ze mną podyskutować, zostań fanem blogu na Facebooku (jest nas już 37.000!), na Twitterze (tu wraz ze mną rządzi blisko 10.000 followersów). Zapraszam też do bezpośredniego kontaktu mejlowego:  maciej.samcik@gazeta.pl. Postaram się odpowiedzieć na każdy e-mail, choć nie obiecuję, że odpowiem szybko ;-).

      autopromo2...ZOBACZ MNIE W EKSTREMALNYCH AKCJACH. Opowiadam o domowych finansach nie tylko tekstem, ale i ruchomymi obrazami. Żeby Ci się nie nudziło robię przy tym różne głupie rzeczy: skakałem na spadochronie, dałem sobie obić twarz przez byłego trenera Tomasza Adamka, latałem w tubie aerodynamicznej, w której ćwiczą kosmonauci, ćwiczyłem na najnowocześniejszym w Polsce symulatorze lotów, jeździłem autobusem, gokartem, grałem w golfa i ruletkę. Wszystkie te przygody są na mojej "stronie" youtubowej. Zasubskrybuj mój kanał na Youtube (w tym kinie siedzi już ponad 2000 fanów i jest ponad 70 filmów, które obejrzano więcej, niż ćwierć miliona razy). 

      ekipasamcikanewSUBIEKTYWNA EKIPA SAMCIKA IDZIE NA OSTRO W "WYBORCZEJ". Blog "Subiektywnie o finansach" zyskał tak dużą popularność, że zaowocował autorskimi stronami w "Gazecie Wyborczej". Co czwartek na stronach gospodarczych "Wyborczej" ukazuje się tygodnik "Pieniądze Ekstra", w którym ja i grupa moich kolegów, zwana złowróżbnie Ekipą Samcika, radzi jak sprytnie kupować, jak się nie dać nabrać w sklepie, co zrobić, żeby wyplątać się z finansowych tarapatów i jak mieć więcej pieniędzy. 

      autopromo3SUBIEKTYWNOŚĆ DO PODUSZKI, NA WAKACJE, NA PREZENT: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi piszę też w moich książkach, które możesz kupić w dobrych księgarniach oraz w internecie. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania, jak nie dać się okraść przez internet, jak odróżnić tani kredyt od drogiego, jak nie dać się nabić w niby-ubezpieczenie, jak nauczyć dziecko oszczędności...

      DZIĘKUJĘ WAM ZA KOLEJNĄ NAGRODĘ! W zeszłym tygodniu miałem przyjemność odebrać Nagrodę Dziennikarstwa Ekonomicznego w konkursie organizowanym przez polską odnogę stowarzyszeń dziennikarskich Press Club. W uzasadnieniu napisano, że splendor spływa na subiektywność, gdyż jest ona "przewodnikiem po finansach osobistych i zakamarkach ekonomii" oraz że ma "szerokie horyzonty, potoczysty język i jasny wywód". Nie mam wątpliwości, że tę nagrodę - jak i wszystkie poprzednie - zawdzięczam w dużej części Wam, moim Czytelnikom. Dziękuję za to, że jesteście ze mną i że wspólnie możemy walczyć o lepsze jutro finansowe. To także Wasza nagroda.

      NagrodaDziennikarstwaEkonomicznego2016laureatMaciejSamcik995x498

      Dziękuję Kapitule konkursu, która doceniła moją pracę oraz gratuluję wyróżnionym dziennikarzom, Ani Popiołek z "Wyborczej" oraz Mateuszowi Gawinowi z Bankier.pl. Szacun!

      15000745_10154230509256843_6389221167363564547_o

      To już kolejna nagroda na mojej półce z trofeami. W zasadzie zastanawiałem się, czy już nie czas umierać :-). Do tej pory odebrałem między innymi nagrody:

      >>> Dwukrotnie Grand Press: w 2005 r. w kategorii "Dziennikarstwo Specjalistyczne"za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach (wspólnie z Bianką Mikołajewską) oraz w 2014 r. Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę im. Władysława Grabskiego w konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski (w 2013 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego (cenne są również dwa wyróżnienia w tym konkursie, które zdobyłem w poprzednich latach)

      >>> Nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w konkursie organizowanym przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie (w 2011 r.) dla najlepszego dziennikarza ekonomicznego

      >>> Nagrodę Specjalną Prezesa UOKiK w konkursie Auxilium et Libertas (w 2012 r.) za podejmowanie tematyki konsumenckiej na łamach "Gazety Wyborczej"

      >>> Nagrodę "Heros Rynku Kapitałowego" przyznawaną przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych za napełnianie Polaków wiedzą dotyczącą inwestowania, długoterminowego oszczędzania oraz rynku kapitałowego (w 2014 r.). 

      Poza tym byłem jednym z laureatów nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby (w 2014 r.). Cieszyłem się też z nagrody im Mariana Krzaka w konkursie Związku Banków Polskich (w 2004 r.) za publikacje poświęcone sektorowi bankowmu, nagrody Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami za publikacje poświęcone inwestowaniu i funduszom inwestycyjnym (2007 r. ), nagrody "Złote Skrzydła"w konkursie Krajowego Rejestru Długów (w 2010 r.) za edukację ekonomiczną, III Nagrody w konkursie "Tylko Ryba nie bierze" organizowanym przez Fundację Batorego za publikacje demaskujące nieprawidłowości w sferze publicznej (w 2006 r.). Byłem też Dziennikarzem Roku Kongresu Gospodarki Elektronicznej (w 2011 r. ) oraz laureatem nagrody Ekonomiczny Blog Roku w konkursie organizowanym przez Money.pl (w 2014 r.)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wszystko za zero? Jasne, ale myślałem, że są granice. A oni chcą za zero sprzedawać mi akcje!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 grudnia 2016 20:44
  • czwartek, 01 grudnia 2016
    • Idą zmiany dla naszych oszczędności. Jak się na nie przygotować? Znów ruszamy do akcji!

      dywidendalogo11

      Dziś, po czteromiesięcznej przerwie, do blogu wraca akcja edukacyjna "Dywidenda jak w banku". Tym, którzy nie wiedzą w czym rzecz, przypomnę pokrótce, że wspólnie z Albertem Rokickim (prowadzi blog Longterm.pl, najstarszy blog poświęcony długoterminowemu inwestowaniu) przekonujemy naszych czytelników-posiadaczy oszczędności do tego, że na bankach świat się nie kończy. Wiadomo, że zabrać pieniądze z banku nie jest łatwo, bo wszędzie poza bankowym "skarbcem" są wystawione na jakieś-tam ryzyko, ale... Po pierwsze: w banku też jest ryzyko, tylko inne - takie, że pieniądze realnie będą traciły na wartości. Właśnie kilka dni temu ogłoszono koniec trwającej ponad dwa lata deflacji. Jeśli pojawi się inflacja, a stopy procentowe pozostaną niskie, to trzymanie pieniędzy w banku nie będzie gwarantowało realnego zysku (zwłaszcza po doliczeniu podatku Belki). Po drugie: inwestowanie w spółki regularnie wypłacające dywidendy jest dużo mniej ryzykowne, niż by się wydawało. Taka dywidenda może być wręcz... ekwiwalentem depozytu.

      Wszystkie najistotniejsze argumenty za tym, by nie trzymać wszystkich pieniędzy wyłącznie w banku wyłuszczyłem w dotychczasowych poradnikach. M.in. napisałem o tym czym różni się lokowanie pieniędzy na rynku kapitałowym od ich pożyczania bankowi. Napomnknąłem o tym kto powinien, a kto nie powinien wystawiać nosa z banku. Opowiedziałem o tym dlaczego długoterminowe i systematyczne lokowanie oszczędności w akcje spółek wypłacających dywidendy może być bezpiecznym pomysłem. Pokazałem jak w przeszłości zachowywały się polskie i zagraniczne firmy wypłacające dywidendy. Przedstawiłem fundusze inwestycyjne, które ułatwiają inwestowanie w spółki dywidendowe. A na końcu obnażyłem swój portfel oszczędności i opowiedziałem w jaki sposób lokuję - w banku i poza bankiem - swoje prywatne pieniądze. W sumie moich i Alberta tekstów w ramach akcji było do tej pory około dwudziestu. Wszystkie są zebrane na stronie www.dywidendajakwbanku.pl. Znajdziecie tam również klipy wideo, zapisy webinarów i e-booka, którego można uzyskać zapisując się na newsletter akcji.

      ebinariumdywidenda

      UWAGA, WEBINARIUM! Już w najbliższy wtorek, 6 grudnia, o godz. 19.00 organizujemy z Albertem webinarium online. Opowiemy na nim dlaczego warto przynajmniej część swoich oszczędności lokować w spółki dywidendowe i jak się do tego zabrać. Żeby posłuchać i zadawać pytania trzeba się zarejestrować pod tym linkiem. Warto się pospieszyć, bo liczba miejsc ograniczona!

      ------------------------------------------------------

      W kolejnej edycji naszej akcji zrobimy kolejnych kilka kroków w oswajaniu inwestowania w spółki dywidendowe notowane na warszawskiej giełdzie. Będziemy bardziej uważnie przyglądać się funduszom inwestycyjnym, które to ułatwiają. Wyjrzymy trochę za granicę, bo tam też można znaleźć spółki regularnie - nawet od 100 lat bez przerwy - wypłacające dywidendy. Opowiemy wreszcie o innych sposobach lokowania oszczędności poza bankiem, które również chronią wartość pieniądza i pozwalają ją w długim terminie pomnożyć (m.in. o złocie jako o kolejnym pomyśle na uzupełnienie portfela inwestycji). Znów spotkamy się z Wami podczas webinariów na żywo oraz na YouTube. Pierwszy odcinek nowej odsłony "Dywidendy jak w banku" chcę jednak poświęcić temu, co w tym i przyszłym roku zmieni się w naszym oszczędzaniu. I odpowiedzieć na pytanie czy te zmiany powinny zwiększyć, czy zmniejszyć naszą chęć do lokowania pieniędzy poza bankami.

      NADCHODZI INFLACJA I NISKIE STOPY? TO WROGOWIE DEPOZYTÓW. Niskie oprocentowanie depozytów to dobra okoliczność do tego, by pomyśleć o zabraniu choćby niewielkiej części swoich oszczęności z banku. Ale niewykluczone, że nadchodzi jeszcze bardziej sprzyjająca temu sytuacja: inflacja. Po 28 miesiącach ceny przestały spadać i wygląda na to, że dzięki programom socjalnym (głównie "Rodzina 500 plus") popyt konsumpcyjny pchnie ceny w górę. Sęk w tym, że aby przyspieszył rozwój całej gospodarki, musiałyby też przyspieszyć inwestycje firm. Dopóki ich nie będzie, to Rada Polityki Pieniężnej nie odważy się na podwyższenie stóp procentowych. A więc będziemy mieli sytuację, w której wartość pieniędzy w banku będzie realnie spadała (bo inflacja i podatek Belki), a oprocentowanie depozytów pozostanie bardzo niskie (bo stopy procentowe nie zostaną ruszone). Dlatego coraz większe znaczenie będzie miała dla Was znajomość alternatywnych sposobów lokowania oszczędności. Bez tego po prostu będziecie tracili pieniądze.

      EMERYTURY CZYLI 1000 ZŁ DLA KAŻDEGO? CZAS DZIAŁAĆ! Po upływie kilku lat od "skoku na OFE" (dzięki któremu zadłużenie państwa spadło skokowo o 150 mld zł, czyli o jedną szóstą) Polska jest znów tak samo zadłużona, jak przed skasowaniem obligacyjnej części naszych funduszy emerytalnych. Niewykluczone, że będziemy mieli drugi "skok na OFE", bo jednym z pomysłów krążących w rządzie jest przeniesienie pieniędzy, które jeszcze są w OFE, do państwowego Funduszu Rezerwy Demograficznej. Jednocześnie rząd zdecydował, że będzie można wcześniej przechodzić na emeryturę (choć będzie wtedy niższa). Rosnący dług państwa, mniejsza liczba pracujących na nasze emerytury oraz zamiana "żywych" pieniędzy w OFE na obietnice ZUS-owskie to prosta droga do... emerytur obywatelskich. Niewykluczone, że już wkrótce okaże się oficjalnie, iż ZUS nie może już wydawać na wypłaty emerytur tyle, ile wydawał do tej pory (bo już teraz rocznie ma manko rzędu 35 mld zł), więc będzie płacił każdemu tylko niezbędne minimum - np. 1000 zł. A więcej tylko tym, którzy wnosili bardzo wysokie składki.

      Warto się już przygotowywać na ten scenariusz: jestem dziwnie przekonany, że jego nadejście jest pewne jak w banku, pytanie tylko kiedy to nastąpi. Jak się przygotować? Oczywiście gromadzić pieniądze na bliżej nieokreśloną przyszłość - fundusz spełniania marzeń, emeryturę, czy co tam chcecie. Coraz więcej osób dochodzi do tego samego wniosku, ale większość z nich nie wyciska ze swoich oszczędności tyle, ile by mogła. Jeśli oprocentowanie depozytu wynosi dziś przeciętnie 1,3%, a my traktujemy ten depozyt jako długoterminowe oszczędności, to po prostu jedziemy samochodem na pierwszym albo drugim biegu, zamiast na czwartym lub piątym. Oszczędzając w ten sposób przez 30 lat dostaniemy na koniec niecałe 85.000 zł (po potrąceniu podatku Belki). Gdybyśmy te same 200 zł miesięcznie ulokowali na 4%, to mielibyśmy 122.000 zł (po opodatkowaniu). A przy 5% rentowności - 140.000 zł. Przy długim oszczędzaniu procent składany oznacza, że niewielki wzrost rentowności przekłada się na dziesiątki tysięcy złotych. Tak się składa, że średnia stopa dywidendy w spółkach, które ją wypłacają, wynosi... ponad 5%. I od wielu lat nie spada dużo poniżej tego poziomu (na wykresie poniżej dane dotyczące stopy dywidendy za ostatni rok). Jeśli więc gromadzić pieniądze - a gromadzić chyba już trzeba - to nie tylko w banku.

      DIVy

      NA GIEŁDZIE NIEWESOŁO? DYWIDENDOM TO NIE SZKODZI. Trzymanie wszystkich pieniędzy w banku - o ile mamy ich więcej, niż kilka, kilkanaście tysięcy złotych - nie jest strzałem w dziesiątkę, ale pewnie wielu z Was słyszało, że i na rynku kapitałowym jest niewesoło. Część zagranicznych inwestorów wycofała pieniądze z akcji polskich spółek, bo obawiają się niepewności co do kierunku, w którym zmierza polska gospodarka. Nie ma też zbyt wielu firm chętnych, by wejść na giełdę (to z kolei nie przyciąga nowych inwestorów), a zyski tych firm, które już na giełdzie są, nie zwiększają się w takim tempie, jak wcześniej. To wszystko racja, ale z drugiej strony posiadanie kawałka dobrej, solidnej firmy, w długiej perspektywie powinno pozwalać na odcinanie całkiem niezłych kuponów. Nawet jeśli dziś dana firma - ze względu na ogólną flautę w gospodarce - nie zachwyca, to przecież nie znaczy to, że tak będzie przez najbliższych 20-30 lat. Można wszystkie pieniądze pożyczyć bankowi, który będzie na nich zarabiał, ale można część z nich ulokować w dużej, solidnej, wiarygodnej firmie.

      cq5dam.web.512.99999Mimo ogólnej flauty na rynku wartość wypłaconych za zeszły rok dywidend tylko dla spółek z indeksu WIG20 wyniosła ponad 10 mld zł i nie była wcale tak dużo niższa, niż dywidendy z lat wcześniejszych. Solidne marki zawsze zarabiają pieniądze - w dobrych czasach może co najwyżej ciut więcej. Powiecie, że inwestowanie dziś w akcje największych koncernów - a w Polsce to one są najlepszymi płatnikami dywidend - to samobójstwo, bo ruchy ministrów są nieprzewidywalne. Nigdy nie wiadomo czy dana spółka nie będzie musiała na zlecenie rządu czegoś zrepolonizować, uratować jakiejś kopalni, albo zainwestować w jakieś przedsięwzięcie cenne politycznie, ale nierentowne. I będziecie mieli rację. Ale wśród płatników dywidend są też spółki prywatne, sprzedające swoje towary i usługi na całym świecie, niezależne bezpośrednio od działań państwa i jego urzędników.

      Przykłady? Weźmy taką np. Śnieżkę, czyli czołowego producenta farb. Ta firma od 2003 r. rok w rok wypłaca swoim udziałowcom dywidendy. W tym czasie łącznie wypłaciła 21 zł dywidendy na każdą akcję. W tym roku - 3,15 zł, w zeszłym - 3,1 zł. Od 2007 r. stopa dywidendy, czyli relacja wypłaconej dywidendy za akcję do ceny akcji, ani razu nie spadła poniżej 3%. A w ostatnich czterech latach wynosi 5-6%. A więc: masz akcję renomowanego producenta farb, czyli kawałek jego własności. Co roku dostajesz "działkę" od tego, co ta firma zarobi. Ta działka warta jest ostatnio 5-6% wartości akcji. Gdybyś zamiast akcji dobrej, płacącej dywidendę spółki, umieścił kasę na bankowym depozycie, miałbyś 1-2% zysku. Aha, i jeszcze jeden drobiazg: ta akcja, nie dość, że co roku daje prawo do działki od zysków, staje się sama w sobie coraz cenniejsza. Akcje Śnieżki w 2003 r. kosztowały 28 zł. Dziś - prawie dwa razy więcej. Podwumowując: jeśli zamiast trzymać kasę w banku uwierzyłeś w Śnieżkę, to przez 13 lat z niespełna 30 zł zainwestowanych wyciągnąłeś 25 zł (o tyle wzrosła wartość akcji) i dostałeś jeszcze 21 zł dywidendy. Znasz bank, który na 13-letniej lokacie zapłaci 45 zł z każdych 30 zł ulokowanych?

      niekaquotes

      Spółek, które są w pełni prywatne i od "dużych" kilku, albo od kilkunastu lat płacą systematycznie dywidendy, jest sporo. Fabryka mebli Forte płaci dywidendy nieprzerwanie od 11 lat. W tym czasie na każdą akcję, kupioną za 13 zł i dziś wartą prawie 80 zł, przypadło niemal 10 zł z dywidend. A więc nawet gdyby jej akcje nie rosły, to z samych dywidend prawie podwoiłby się zainwestowany w firmę kapitał. Jeszcze Wam mało? Fabryka opon Dębica, która płaci dywidendy nieprzerwanie od 2000 r., w ostatnim roku "zawiodła", bo wypłaciła tylko niecałe 3 zł na akcję, czyli "tylko" 2,5% wartości akcji. Ale to i tak więcej, niż oprocentowanie większości naszych depozytów w bankach. Poza tym od 2009 r. stopa dywidendy Dębicy rok w rok mieściła się w zakresie 4-6%. Albo budowlana firma Budimex, która od ośmiu lat płaci dywidendy. Kto w 2008 r. kupił jego akcje, do dziś z samych dywidend "przytulił" jakieś 63 zł. W tym 2008 r. akcja średnio kosztowała jakieś 70-80 zł, więc koszt zakupu zwróciłby się z samych tylko dywidend, gdyby nie fakt, że nie musiał się zwracać, bo dziś ta sama akcja jest po 200 zł.

      Więcej na ten temat czytaj na stronie akcji (www.dywidendajakwbanku.pl)

      dywidwwwb1

      Krótko pisząc: jeśli część pieniędzy, zamiast w banku ulokujesz w porządnej, dużej, wiarygodnej, stabilnej, prywatnej spółce dywidendowej - a najlepiej po trochu w kilku, żeby dodatkowo zmniejszyć ryzyko - i odczekasz 10-15 lat, to koszt zakupu zwróci się z samych tylko dywidend (czyli wyjdziesz na zero nawet gdyby wartość firmy wyparowała w całości). Zwykle dzieje się tak, że nie tylko firma nie wyparowuje, ale do tych dywidend dochodzi jeszcze wzrost wartości samych akcji. Jeśli więc ruszysz tyłek z kanapy i zamiast wyłącznie w banku ulokujesz kawałek swoich pieniędzy w spółkach dywidendowych, to zamiast 1-2% rocznie będziesz "przytulał" np. 5% rocznych "odsetek" z dywidendy, a dodatkowo twoja "lokata" nie będzie - jak w banku - miała stałej wartości, lecz coraz większą.

      20160707_eu_1JEŚLI JESTEŚ PESYMISTĄ... Jeśli jesteś pesymistą i uważasz, że polska gospodarka wkrótce się rozpadnie, to oczywiście musisz też zakładać, że spadną zyski spółek, nawet tych najbardziej stabilnych, dywidendowych. W długiej perspektywie takie osłabienia gospodarcze są po prostu "wliczone" w ostateczny wynik. W ciągu ostatnich 15 lat było kilka kryzysów, a spółki dywidendowe - choć przejściowo zmniejszały dywidendy, a ceny ich akcji spadały - generalnie poradziły sobie dobrze. Ale oczywiście możesz ulokować część pieniędzy w spółki zagraniczne, płacące systematycznie dywidendy. Dziś nie jest to rocket science - prowizje maklerów bywają wyższe, niż w przypadku polskich spółek, ale nie jest to problem nie do ogarnięcia. Obok lista najlepszych płatników dywidend w ostatnim roku z różnych branż europejskiej gospodarki.

      JEŚLI MYŚLISZ, ŻE NIE UMIESZ... Jeśli nie masz przekonania, że umiesz wybrać spółki dywidendowe najlepsze dla ciebie, to pomocą służą fundusze inwestycyjne. One same wybiorą kilkanaście lub kilkadziesiąt najlepszych spółek dywidendowych i zainwestują w nie twoje pieniądze. Niektóre z tych funduszy mogą ci nawet wypłacać dywidendy, tak jak spółki! Będzie o takich funduszach w kolejnych odcinkach naszego dywidendowego cyklu. Proponuję, żebyście już teraz zapisali się na newsletter "Dywidendy jak w banku". Nie będę Was zarzucał spamem, ale chcę, żebyście nie przegapili żadnego z kolejnych tekstów, w których podam konkretne patenty na sensowne oszczędzanie poza bankiem. Poza tym swoje teksty w ramach akcji będzie też publikował Longterm.pl oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Każdy z tych artylułów będzie z innej strony pokazywał lokowanie pieniędzy poza bankiem, poza Polską i poza najczęściej spotykanymi formami oszczędzania. Warto nie przegapić. Zapraszam więc do formularza zapisu na newsletter, który jest na stronie akcji "Dywidenda jak w banku". Kolejny tekst w ramach akcji w blogu "Subiektywnie o finansach" już za kilka dni!

      dywidenda222

      Sprawdź też: BPH TFI ma fundusz, który wypłaca dywidendę. Więcej o nim było w blogu

      W BLOGU "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" W RAMACH AKCJI PISAŁEM:

      >>> 13 kwietnia: "W poszukiwaniu dywidendy pewnej jak w banku, czyli wielka koalicja rusza do akcji" - o tym dlaczego lokuję swoje pieniądze nie tylko w banku i dlaczego biorę udział w największej edukacyjnej akcji blogerów, jaką kiedykolwiek widział nasz kraj. 

      >>> 16 kwietnia: "Buty, ciuchy, cukierki. Kto dobrze przewidział, z 10.000 zł wycisnął... milion" - o spółkach-ikonach warszawskiej giełdy, na których każdy, kto uwierzył w ich pomysł na zarabianie pieniędzy, mógł zostać bardzo zamożnym człowiekiem. Takie okazje na rynku kapitałowym są zawsze, także teraz. 

      >>> 21 kwietnia: "Na jak długo trzeba kupić akcje, żeby mieć (prawie) pewność, że się zarobi?" - o tym, że inwestowanie pieniędzy wcale nie musi być bardzo ryzykowne, gdyż statystyki z ostatnich 100 lat pokazują, że w długim terminie ryzyko utraty zainwestowanego w akcje kapitału jest niewielkie. A przynajmniej tak było do tej pory

      >>> 11 maja: "Oprocentowanie lokat sięga dna. Wyższe zyski tylko dla pięknych i bogatych?" - o tym jakie warunki trzeba spełnić, żeby wychylić nos z banku i zacząć lokować oszczędności w spółki wypłacające regularnie dywidendy.Oprócz tego polecam wpisy nawiązujące do akcji:

      >>> 22 maja: "Pięć cytatów z Warrena Buffeta, które musisz poznać" - zestawienie najmądrzejszych cytatów z najsłynniejszego długoterminowego inwestora na świecie - Warrena Buffeta, połączone z zaproszeniem na konferencję Wall Street w Karpaczu, na której akcja "Dywidenda jak w banku" miała swoje pięć minut ;-)

      >>>  25 maja. "Oszczędności ulokowane w tym banku przez ostatnich pięć lat dawały po 5% rocznie. Jak?" - o tym dlaczego swoją przygodę z inwestowaniem warto zacząć od kupna udziałów w spółkach wypłacających z roku na rok dywidendę? o ile kapitał, za który kupiliśmy akcje, potraktujemy jak długoterminowy depozyt. 

      >>> 17 czerwca: "Jak dostać money-back z urzędu skarbowego? 875 zł do wzięcia i tylko pół roku, by o to zadbać!" - o tym, że z dywidend można zmontować sobie nie tylko plan systematycznego oszczędzania, ale wręcz... dodatkową emeryturę. I jeszcze zanim na tę emeryturkę przejdziemy - dostawać co roku kasę z urzędu skarbowego. W tym roku do wyjęcia co najmniej 875 zł.

      >>> 8 lipca: "Bogowie odcinania kuponów. Dla nich ceny akcji mogłyby spaść nawet do zera"- o tym jak duże znaczenie może mieć systematycznie wypłacana dywidenda dla wyników długoterminowego inwestowania w akcje. I kilkanaście przykładów spółek, które do tej pory świetnie się sprawdzały jako "obiekt" takiego stylu inwestowania.

      >>> 19 lipca: "Odcinanie kuponów dla zabieganych? Są już fundusze, w których kupony... odcinają się same". O tym jakie fundusze akcji dywidendowych są dostępne na polskim rynku i czym się od siebie różnią

      Zapraszam do obejrzenia wideoklipów, które już powstały w ramach naszej akcji. Wkrótce zobaczycie kolejne!:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Idą zmiany dla naszych oszczędności. Jak się na nie przygotować? Znów ruszamy do akcji!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 grudnia 2016 20:40
    • Dlaczego niektóre polisy samochodowe są dużo tańsze od innych? Wystarczy ten prosty trik!

      Zawsze mnie zastanawiały horrendalne różnice między cenami ubezpieczeń komunikacyjnych w różnych towarzystwach. Jak to jest, że jeden ubezpieczyciel za to samo żąda 1000 zł, a inny 3000 zł? Nie potrafią oszacować ryzyka ubezpieczeniowego? Droższa z firm chce z premedytacją zedrzeć ze mnie skórę? Tańsza specjalnie dyktuje dumpingową cenę, żeby wykończyć tę droższą? W tym roku przedłużając ubezpieczenie postanowiłem wziąć byka za rogi i nie tylko porównałem same ceny ubezpieczeń, ale też to, co jest w środku. I przyznam, że włosy stanęły mi dęba. Już wcześniej niektóre firmy ubezpieczeniowe usiłowały mi wciskać tani kit "polisopodobny", żeby wyróżnić się niską ceną, ale to, co dzieje się w tym roku przekracza już ludzkie pojęcie. Czegóż sprzedawcy ubezpieczeń nie zrobią, żeby było tanio?

      Czytaj: O bezpośredniej likwidacji szkód, czyli wyznania kierowcy stukniętego

      Czytaj również: Zeskanuj dowód rejestracyjny, kliknij i... ubezpieczenie kupione

      Klasyka to oczywiście wpisywanie do polisy uwzględnienia amortyzacji części (dzięki czemu w razie szkody oddadzą pieniądze za części używane, podczas gdy warsztat i tak musi zainstalować nowe), zapisanie wkładu własnego w każdą szkodę (co oznacza, że nie opłaca się zgłaszać małych szkód), gotówkowego rozliczenia odszkodowania (firma ubezpieczeniowa sama wycenia wtedy koszt naprawy i zwykle jest to znacznie gorsza wycena, niż ta z warsztatu) i zmiennej sumy ubezpieczenia. Dorzucą jeszcze najtańszą wersję assistance (np. holowanie tylko w przypadku, gdy auto rozkraczy się co najmniej 50 km od domu) i już mamy atrakcyjną cenę za ubezpieczenie, które w razie nieszczęścia okaże się wypustką.

      A i to nie wszystko. Na cenę ubezpieczenia rzutuje też rzecz tak podstawowa, że nawet nie zwracamy na nią uwagi - suma ubezpieczenia. Większość z nas przyjmuje tę wartość jako daną, z którą się nie dyskutuje. Firmy ubezpieczeniowe korzystają przecież z katalogów firm wyceniających auta i jeśli z takiego katalogu wynika, że mój samochód wart jest 20.000 zł, to widocznie tyle jest wart. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Na rynku funkcjonują bowiem dwa katalogi - Info Expert i Euro Tax. I niekoniecznie ich wyceny muszą się pokrywać. Ostatnio, gdy ubezpieczałem auto, zebrałem oferty z kilku firm ubezpieczeniowych i okazało się, że różnica już na poziomie wartości samochodu - nie dochodząc nawet do szczegółów poszczególnych polis - sięga 15%. W jednym katalogu auto jest warte znacznie więcej, w drugim - mniej. Co to oznacza? Wystarczy, że firma ubezpieczeniowa weźmie wycenę z tańszego katalogu i już może zaoferować klientowi znacznie niższą składkę (bo jest ona procentem od sumy ubezpieczenia).

      Czytaj też: Skandal? Od 10 lat jeździsz bez wypadku, a i tak podwyższyli cenę OC

      Czytaj: Zaczyna się! W tej firmie cena ubezpieczenia ma zależeć od tego jak jeździsz

      Rozmawiałem prywatnie z kilkoma osobami, które "rzeźbią" w ubezpieczeniach i przyznały, że ich klienci generalnie nie ogarniają tej sprawy. I że rzadko kojarzą niższą składkę z niższą sumą ubezpieczenia. Wykłócają się o taką czy inną opcję likwidacji szkód, czy amortyzacji części, ale nie zauważają, że już na "wejściu" polisa ma założenie, że auto jest znacznie mniej warte. Co gorsza, nawet jeśli klient jakimś cudem się zorientuje, że różnica w składce jest pochodną m.in. niższej wyceny auta na starcie, to nie jest w stanie w żaden sposób tej wyceny zweryfikować. Firmy prowadzące katalogi z wycenami - wspomniany Info Expert i Euro Tax - dane o wartości danego samochodu udostępnią, ale niekoniecznie za darmo. Więc żeby sprawdzić, czy firma ubezpieczeniowa nie "podrasowała" wyceny z katalogu, trzeba jeszcze dodatkowo zapłacić.

      Ostatnio regularnie pokłóciłem się ze sprzedawcą ubezpieczenia, żądając podwyższenia sumy wpisanej na polisie. Mój rozmówca nie mógł zrozumieć dlaczego chcę płacić więcej. A ja nie mogłem zrozumieć dlaczego on tego nie rozumie. Im niższa suma ubezpieczenia, tym przecież łatwiej - w razie stłuczki - doprowadzić so szkody całkowitej. Firmy ubezpieczeniowe głównie na tym "jadą", że każdy wypadek starają się albo wycenić za nisko, albo jak najwyżej, by przekroczył 75% wartości samochododu na polisie - wtedy można orzec szkodę całkowitą, tzw. "całkę". Udało mi się wywalczyć podwyższenie sumy ubezpieczenia auta o 10%. I wiecie co? Kwota dodatkowej składki, którą mi za to policzono, to były jakieś grosze - na pewno nieproporcjonalne do kwoty o jaką zwiększyłem wartość mojego auta na polisie. Wam też radzę zwrócić uwagę nie tylko na kwestię amortyzacji części, sposobu ikwidacji szkody, czy udziału własnego, ale też na punkt wyjścia - na ile poszczególne firmy wyceniają Wasze auto.

      Czytaj: Dorzuć 100 zł, a w razie "stuknięcia" auto zastępcze dowiozą ci...

      Taka sytuacja: Zapłać 7 zł miesięcznie, a każdy będzie chciał cię podwozić

      Jeśli już jesteśmy przy wycenach - ostatnio był w Sądzie Najwyższym precedensowy wyrok, w którym uznano, iż klient, który zaniżył wartość ubezpieczanego majątku, nie powinien ponosić konsekwencji tego zaniżena. Tam nie chodziło o samochód tylko o mieszkanie, które zostało ubezpieczone na bardzo niską kwotę (połowę wartości), a potem spłonęło. Firma ubezpieczeniowa zgodziła się wypłacić kwotę wynikającą z polisy, a klient się upierał, że chce dostać tyle pieniędzy, żeby mógł wrócić do poprzedniego standardu życia.

      "Jeśli poszkodowany zaniżył wartość ubezpieczanego majątku, a dzięki temu zapłacił mniej za polisę, to firma ubezpieczeniowa i tak musi mu wypłacić pełne odszkodowanie. Postanowienia umowne zawierające tzw. klauzulę proporcjonalności w związku z niedoubezpieczeniem są niedozwoloną klauzulą umowną"

      W ubezpieczeniach majątkowych ma być tak, że odszkodowanie wypłaca się w wysokości poniesionej szkody, a górną granicę odpowiedzialności stanowi suma ubezpieczenia. Klient z reguły nie wie jak powinien wycenić nieruchomość, a tym bardziej jej wyposażenie. A firma ubezpieczeniowa jest profesjonalistą i powinna w tym pomóc. Tyle, że zazwyczaj spycha sprawę na klienta i w ogóle nie sprawdza majątku klienta przy zawieraniu umowy. Według sądu proporcjonalne obniżenie odszkodowania wynikające z zaniżonej wyceny może się zdarzyć pod warunkiem, że klient się na to zgodzi i jest świadomy, że ma zaniżoną sumę ubezpieczenia. Firmy ubezpieczeniowe powinny więc dawać w takiej sytuacji do podpisu oświadczenie, w którym klient przyjmuje do wiadomości, że zdaniem ubezpieczyciela polisa jest "za słaba". I dopiero wtedy ubezpieczyciel jest kryty. W przypadku polis samochodowych jest ciut inaczej, ale efekt może być podobny - zaniżona suma ubezpieczenia, niska składka, marna wypłata.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Mówię też ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Przed tygodniem było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę? Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego niektóre polisy samochodowe są dużo tańsze od innych? Wystarczy ten prosty trik!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 01 grudnia 2016 08:57
  • środa, 30 listopada 2016
    • Koniec pieszczot przy bankomacie. Wypłacasz małe kwoty? W mBanku to może zaboleć

      Banki, jak wiadomo, nie kochają klientów często wypłacających gotówkę z bankomatów. Po pierwsze dlatego, że to kosztuje (większość banków nie ma już własnych bankomatów, tylko je wynajmuje), a po drugie dlatego, że klient płacący bezgotówkowo jest łatwiejszy do "sprofilowania", gdyż więcej o nim wiadomo. A jeśli w dodatku ten klient płaci telefonem, a nie plastikową kartą, to już w ogóle jest pięknie, bo można go zgeolokalizować, się z nim skomunikować i zaproponować mu dopasowane zniżki (a na ściąganiu klientów do sklepów banki chciałyby w przyszłości sporo zarabiać). Zatem od bankomatów bankowcy nas coraz częściej odganiają, zmniejszając dostęp do darmowych urządzeń lub nakładając na tę darmowość jakieś obostrzenia. Muszą to czynić, rzecz jasna, bardzo ostrożnie, bo klienci kochają darmowe bankomaty i każda próba ograniczania dostępu wywołuje oburzenie oraz skargi do Rzecznika Praw Obywatelskich ;-).

      Czytaj też: Złe wieści dla miłośników wypłacania gotówki. Banki stworzyły potwora, a my mu... zapłacimy

      Czytaj też: Tego jeszcze nie było! Wpłatomat na kółkach nie nadąża z robotą! 

      Kolejnym bankiem, który idzie tą drogą, jest mBank, czwarty największy bank w Polsce, posiadacz najbardziej wymagających / roszczeniowych (niepotrzebne skreślić) klientów w całej branży. Dziś do klientów mBanku trafia wiadomość, iż od lutego przyszłego roku zmieniają się zasady wypłat bankomatowych dokonywanych kartami wydanymi przez ten bank. Zasadniczo sieć darmowych bankomatów się nie zmieni i nadal pozostanie jedną z największych (10.000 urządzeń sieci Euronet, Planet Cash oraz BZ WBK oraz bankomaty własne banku), ale... od każdej wypłaty mniejszej, niż 100 zł, bank potrąci prowizję. Nie będzie ona jakoś radykalnie wysoka - raptem 1,3 zł od transakcji - ale jeśli ktoś często chodzi do bankomatu po 40 zł, czy 50 zł, to w skali miesiąca takie wyjmowanie "drobnych" będzie go trochę kosztowało. Smutno? W zaistniałej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak... "bankomatowy" dowcip Samcika:

      Dlaczego mBank zmienia politykę "bankomatową"? Oczywiście chodzi o to, żeby klienci nie biegali do bankomatów co chwilę, jak kot z pęcherzem, tylko wypłacali raz a dobrze większą gotówkę. Od każdej wypłaty klientowskiej bank odprowadza 1,3 zł prowizji do właściciela urządzenia, więc nic dziwnego, że chce, by tych wizyt przy bankomatach klienci odbywali jak najmniej. A ze statystyk banku wynika, że mniej więcej jedna trzecia ze wszystkich wypłat z bankomatów to "wziątka" mniejsza, niż 100 zł. Co trzecia! Oczywiście, beneficjentami wyjmowania przez klientów "drobnych" są sieci bankomatowe. Jeśli myślicie, że przycisk "szybka wypłata bez wydruku", bijący po oczach na większości bankomatów, jest tam umieszczony przypadkowo, to się mylicie. Klient to-to naciska, bo chce szybkiej kasy i... dostaje 50 zł. Im częściej klient wraca do "wodopoju" po kolejną porcję kasy, tym więcej zarabiają właściciele bankomatów. A mBank chce im zrobić kuku.

      Czytaj też: Chcesz podpaść klientom? Zabierz im bankomaty z drogi do pracy!

      bankomatubezpWprowadzenie prowizji od małych wypłat z bankomatów to oczywiście niemiła wiadomość dla klientów-miłośników gotówki, ale są i dobre wieści. W dalszym ciągu za darmo będzie można wypłacać kasę w dowolnych nominałach za pomocą systemu BLIK. Każdy klient mBanku, który ściągnie sobie na smartfona - i aktywuje - aplikację mobilną, otrzymuje jednocześnie dostęp do BLIK-a i może wypłacać pieniądze z bankomatu właśnie za pomocą smartfona. Trzeba tylko nacisnąć w bankomacie przycisk "wypłata bez karty", wybrać opcję BLIK, "odpalić" aplikację mobilną i wbić na klawiaturze bankomatu sześciocyfrowy kod wyświetlony na ekranie smartfona. Proste jak drut. mBank chce przyzwyczajać swoich klientów do płacenia smartfonem, więc i wypłaty bankomatowe za pomocą BLIK-a traktuje preferencyjnie. Za darmo będzie można też wypłacić małą kasę przy... kasie sklepowej. Część sklepów prowadzi bowiem usługę cash-back, która polega na tym, że płacąc za zakupy kartą możesz do nich "dorzucić" wypłatę gotówki z konta.

      Zmiany w dostępie do darmowych bankomatów nie dotyczą najzamożniejszych klientów banku (korzystających z mKonta Aquarius, albo eKonta Intensive, które wymagają wpływów miesięcznych rzędu 10.000 zł lub więcej) oraz najmłodszych: klientów młodzieżowego eKonta m (do 20 lat) i eKonta izzy. Starsi posiadacze eKonta m (powyżej 20 lat) oraz klienci eKonta dla Młodych będą płacili prowizję tylko za wypłaty poniżej 50 zł (dla nich więc stawka też jest preferencyjna). Bank obiecuje, że będzie klientów informował o zmianach na wszystkie możliwe sposoby, w tym za pomocą "marketingu smartfonowego". Każdy, kto w najbliższych miesiącach będzie wypłacał mały pieniążek z bankomatu, dostanie powiadomienie SMS-owe, że za wkrótce tak niskokwotowa wypłata będzie obciążona 1,3-złotową prowizją.

      Czytaj też: Wypłacając kasę z bankomatu można poczuć się lepszym człowiekiem. A jak?

      Czytaj też: Zamiast na pocztę pójdziemy do... bankomatu. Nowa usługa!

      mBank nie jest ani pierwszym, ani ostatnim bankiem ograniczającym - choć w niewielkim stopniu - dostęp do darmowych bankomatów. Dużo bardziej drastyczne kroki wykonywały w przeszłości inne banki. Np. od początku tego roku klienci ING Banku stracili bezpłatny i nieograniczony dostęp do bankomatów Euronetu. Darmowe bez limitów są tylko wypłaty z maszyn własnych banku oraz z tych należących do sieci Planet Cash. Za inne bank pobiera 2,5 zł od transakcji (przy czym pierwsza wypłata w miesiącu jest darmowa). Na raty odcinał od bankomatów Euronetu swoich klientów Bank Pekao. Najpierw wprowadził małą prowizję rzędu 1,5 zł, a potem - w połowie tego roku - przygrzmocił stawką 5 zł. Jeszcze w zeszłym roku podobną stawkę za wypłaty z bankomatów Euronetu i BZ WBK wprowadził największy w Polsce bank - PKO BP. Na tym tle posunięcia mBanku wydają się być niewinną pieszczotą.

      Zmiana w dostępie do bankomatów - będzie ona obejmowała także tych klientów, którzy korzystają z płatnej usługi "wszystkie bankomaty gratis" (w mBanku można coś takiego kupić za 5 zł miesięcznie) - nie jest jedyną, która czeka od lutego klientów mBanku. Ci klienci, którzy dla utrzymania darmowości karty płatniczej mają regulaminowy obowiązek zapłacić nią miesięcznie np. 200-300 zł, teraz już tego obowiązku nie będą mieli. W zamian za to będą musieli miesięcznie zapłacić kartą w sklepach pięć razy (nie ma znaczenia jaką wartość będą miały te transakcje). mBank zmieni też prowizje za wypłaty z obcych bankomatów. Jeśli dziś część klientów płaci procentowe prowizje (np. 3% od wartości wypłaty, minimum 5 zł, a maksimum 9 zł), to teraz będzie płaciła sztywną stawkę 7 zł. W przypadku bankomatów zagranicznych ta "sztywność" będzie ustawiona na poziomie 10 zł.

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Mówię też ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Przed tygodniem było o konieczności sprawdzenia czy przypadkiem nie przepłacasz za konto i kartę? Sprawdź ile płacą inni i czy nie jesteś przez swój bank robiony w trąbę. Drugi temat to bonusy wypłacane nam przez banki za lojalność:

      Obejrzyj też odcinek poświęcony kredytom hipotecznym. Na co zwracać uwagę przeglądając oferty banków, a co jest tylko "zasłoną dymną"? Jak banki mierzą nam zdolność kredytową? Czy można ją sobie legalnymi sposobami poprawić? Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec pieszczot przy bankomacie. Wypłacasz małe kwoty? W mBanku to może zaboleć”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2016 08:57
  • wtorek, 29 listopada 2016
    • Uwaga, FATCA nadchodzi ;-). Kogo dotknie? Czy będą blokować konta? Poradnik last minute

      Już niewiele godzin pozostało niektórym z nas, by złożyć w swoim banku, towarzystwie funduszy inwestycyjnych, biurze maklerskim lub ewentualnie w firmie ubezpieczeniowej tzw. oświadczenia FATCA. Termin upływa 30 listopada. Tym, których ominęły wszystkie dotychczasowe fale paniki ;-)), przypomnę pokrótce o co chodzi. Poprzedni rząd - tak, jak kilkadziesiąt innych rządów na świecie - podpisał z amerykańskim rządem umowę, na podstawie której zobowiązał się pomóc mu w ustaleniu, czy jacyś obywatele USA nie unikają opodatkowania swoich dochodów. Potem polski rząd przyszedł do polskich instytucji finansowych i nałożył na nie ustawowy obowiązek sprawdzenia, czy jakiś klient nie ma tajemnic przed amerykańskim fiskusem. A polskie instytucje finansowe przyszły z tym problemem do Was. Dlatego pytają część z nas czy jesteśmy amerykańskimi rezydentami podatkowymi. 99% z nas nie jest, więc wypełnienie oświadczenia zabiera nie więcej, niż 10 sekund.

      KTO POWINIEN ZŁOŻYĆ OŚWIADCZENIE? Generalnie powinno być tak, że jeśli powinieneś złożyć oświadczenie FATCA, to bank, fundusz inwestycyjny albo makler powinien Cię o tym już kilka razy powiadomić. Jeśli tego nie zrobił, to albo nie odbierasz poczty, albo zmieniłeś adres zamieszkania (i nie poinformowałeś o tym swoich kontrahentów), e-maila lub tożsamość ;-)). Pierwszym filtrem jest poziom aktywów: jeśli nie masz w danej instytucji finansowej więcej, niż 200.000 zł (równowartość 50.000 dolarów), to obowiązek złożenia oświadczenia FATCA Cię nie dotyczy. Choć w niektórych miejscach, w których trzymam pieniądze, mimo nieprzekroczenia tego poziomu "na wszelki wypadek" oświadczenie FATCA ode mnie odebrano.

      Czytaj też: Składasz oświadczenie FATCA? Nie daj się bankowym cwaniakom!

      Czytaj też: FATCA w funduszach, czyli połowa klientów nie złożyła oświadczeń

      Drugi filtr to moment, w którym zawarłeś umowę z firmą finansową. Oświadczenie musisz złożyć jeśli podpisałeś umowę na prowadzenie rachunku bankowego, papierów wartościowych, albo maklerskiego między 1 lipca 2014 r., a 30 listopada 2015 r. Jeśli zawarłeś umowę później, to kwit FATCA podpisałeś pośród stosu innych. Jeśli zawarłeś umowę wcześniej - to firma finansowa sama powinna ustalić, że jesteś w tzw. "grupie ryzyka" i się do Ciebie zgłosić. Jeśli się nie zgłosiła - nie jest to Twój problem i nie poniesiesz z tego tytułu żadnych konsekwencji.

      CO SIĘ STANIE JEŚLI NIE ZŁOŻYSZ OŚWIADCZENIA? Końca świata nie będzie, ale mogą być pewne drobne upierdliwości. Jeśli nie złożyłeś oświadczenia FATCA, a spełniasz dwa warunki, które taki obowiązek na Ciebie nakładają, to firma finansowa może Ci zablokować konto. Oczywiście nie bezterminowo, a tylko do momentu złożenia oświadczenia, ale oznaczać to będzie konieczność podreptania do placówki, podpisania kwitów oraz odczekania kilku godzin - maksymalnie nawet trzech dni roboczych - aż rachunek zostanie odblokowany. Kłopot mogą mieć np. posiadacze udziałów w funduszach inwestycyjnych, bo niektóre z nich placówek obsługujących klientów mają niewiele, a konsekwencje blokady rachunku mogą oznaczać niemożność zakupu lub sprzedaży jednostek uczetnictwa po najlepszej cenie. Jeśli podejrzewasz, że powinieneś złożyć oświadczenie FATCA, to zadzwoń na infolinię banku, firmy maklerskiej lub funduszu inwestycyjnego i zapytaj. W przypadku banku czasem wystarczy wejść na swoje konto przez internet i formularz sam się wyświetli.

      KTO JEST AMERYKAŃSKIM REZYDENTEM? No dobra, a jeśli zaliczacie się do grupy "szczęśliwców", którzy muszą wypełnić FATCA i macie w sobie mnóstwo dobrych chęci, lecz nie wiecie w jaki sposób wypełnić ten kwit? Tak, jak wspomniałem wyżej, 99% z nas (no dobra, 95%) nie jest amerykańskimi rezydentami podatkowymi. A kto jest? Ten, kto urodził się w USA lub ma tam jakąś hacjendę i stale rezyduje w Stanach, a do nas jedynie od czasu do czasu wpada, ten kto ma tzw. "zieloną kartę", czyli prawo stałej rezydencji - przyznawane zgodnie z amerykańskim prawem imigracyjnym - a także ten, kto w ostatnim roku przebywał w USA przez co najmniej miesiąc i jednocześnie w ciągu ostatnich trzech lat - co najmniej przez trzy miesiące. Więcej o tym przeczytacie tutaj. No, to teraz... czas start ;-).

      OBEJRZYJ KOLEJNY ODCINEK "KASOWNIKA SAMCIKA"! W dzisiejszym wydaniu mojego cotygodniowego wideocyklu głównym tematem jest pytanie jak zapłacić za zakupy, gdy zapomnisz wziąć z domu portfel. Mówię też ile pieniędzy tracisz przy bankomacie, dlaczego warto pilnować smartfona przed kolegami oraz jak nie wpaść w pułapkę wielkiej prowizji od debetu:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga, FATCA nadchodzi ;-). Kogo dotknie? Czy będą blokować konta? Poradnik last minute ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 listopada 2016 20:50

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line