Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 27 marca 2015
    • Klient żąda od banku 383.000 zł za błędny wpis w BIK. Bo bank nie poprawił go przez... 1000 dni

      W Polsce nie ma prawa, które pozwalałoby żądać od banku rekompensat za stresy i komplikacje życiowe spowodowane wykreowaniem nieprawdziwego wizerunku klienta jako osoby niewiarygodnej finansowo. Zapewne jest to jedna z przyczyn powodujących, że banki i SKOK-i dość luźno podchodzą do prostowania błędów w bazach danych, takich jak BIK, Infomonitor, KRD, czy ERIF. Żeby otrzymać odszkodowanie, trzeba udowodnić, że poniosło się konkretne straty w związku z nieprawdziwym wpisem w rejestrze. A to nie zawsze jest proste, o czym bankowcy doskonale wiedzą. Ale sądzę, że to się będzie zmieniało, bo jest coraz więcej klientów, którzy nie wahają się walczyć w sądzie i udowadniać, że ponieśli wymierne straty spowodowane błędnymi wpisami w rejestrach.

      Pan Artur pewnego pięknego dnia dowiedział się, że jest członkiem i pożyczkobiorcą w SKOK Rafineria. Nigdy nie zawierał żadnej umowy pożyczkowej, ale pod koniec lipca 2009 r. dostał pismo zatytułowane „Wezwanie do zapłaty w związku z opóźnieniem w spłacie pożyczki". Pan Artur zdziwiony udał się do oddziału SKOK-u, gdzie wyjaśnił, iż to musi być jakaś pomyłka, ewentualnie kant. Pracownicy Kasy pokiwali ze zrozumieniem głową, ale dali do zrozumienia, że wolą poczekać aż sprawa sama się rozwiąże. Po miesiącu w mieszkaniu pana Artura pojawił się windykator działający w imieniu SKOK-u. Windykator powiedział, że chodzi o pożyczkę z 19 czerwca 2009 r. Pan Artur powtórzył, że tu się nic nie zgadza i grzecznie wyprosił windykatora, a potem udał się na policję i złożył doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na jego szkodę. Policja zajęła się sprawą, ściągnęła ze SKOK-u papiery i szybko doszła do wniosku, że podpisy na umowie pożyczki są sfałszowane. Na formularzach i wnioskach nie zgadzał się podpis oraz część danych klienta. Czyli: ktoś wziął pieniądze na koszt pana Artura.

      Czytaj: Nieprawdziwy wpis w BIK kosztował go 5000 zł. Jaka kara dla banku?

      Sprawą zajęła się prokuratura, a SKOK nadal pracowicie próbował windykować pożyczkę od Bogu ducha winnego pana Artura. We wrześniu nasz bohater znów dostał wezwanie do zapłaty, a potem - zawiadomienie o wypowiedzeniu pożyczki, której nie zaciągał. W październiku SKOK sprzedał tę dziwną wierzytelność do spółki Asekuracja, która zajmuje się windykacją nie spłaconych długów na zlecenie wszystkich SKOK-ów. Pana Artura znów zaczął nachodzić windykator i nie docierało do niego, że to ktoś inny wziął na jego konto ze SKOK-u pieniądze i nie oddał. W grudniu na ten numer dał się nabrać sąd rejonowy i na wniosek SKOK-u wydał nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym. Pan Artur poszedł do prawnika, a ten złożył w sądzie sprzeciw do nakazu zapłaty. Po raz pierwszy ktoś w SKOK-u ruszył łepetyną i wycofał z sądu pozew o zapłatę. To był styczeń 2010 r., a więc upłynęło już pół roku od momentu, w którym cała afera się zaczęła. Czy wycofanie pozwu przez SKOK-owców oznaczało zakończenie sprawy? Niestety, nie.

      Zamieszanie z niby-kredytem w SKOK-u spowodowało, że spadła jego wiarygodność kredytowa - w kilku bankach odmówiono mu kredytu na remont mieszkania, a potem na zakup nowego. W 2013 r. pan Artur uzyskał informację z banku BZ WBK, iż widnieje jako dłużnik w BIK i że nie otrzyma żadnej pożyczki w żadnym banku. To przestało być śmieszne. Wygląda na to, że ktoś w SKOK-u zapomniał wykreślić pana Artura z BIK i przez kilka lat był traktowany jako nierzetelny płatnik. Prawnik pana Artura stwierdził, że to może być podstawa do pozwu o ochronę dóbr osobistych. Swoje straty oraz stres swój i partnerki wycenił na 35.000 zł. Bardzo jestem ciekaw jak sąd wyceni straty pana Artura. Kwota wygląda na wysoka, ale w porównaniu z tą, której żąda w sądzie od Alior Banku pan Marek, inny mój czytelnik, jest pomijalna. Pan Marek złożył w sądzie pozew opiewający na - bagatela - 383.000 zł. W listopadzie 2009 r. Alior zgłosił się do pana Marka z propozycją wydania mu karty kredytowej. Mój czytelnik przystał na ofertę, ale nie korzystał z niej, więc po roku postanowił rozwiązać umowę. Zamknięcie karty podobno przebiegło bez większych kłopotów i pan Marek żył w przekonaniu, że z Aliorem nic go już nie łączy (a na pewno nie kredyt).

      Czytaj: SKOK zapomniał wykreślić wpis w BIK. Miał pecha. To był zły glina.

      W czerwcu 2011 r. to złudzenie prysło, bo pan Marek dowiedział się w banku, że ma spapraną historię kredytową. Od razu udał się do Alior Banku, żeby w krótkich, żołnierskich słowach poprosić o wyprostowanie sytuacji. Pracownik oddziału wydał byłemu klientowi zaświadczenie, że wpis w BIK jest wynikiem błędu banku i zapewnił, że zostanie niezwłocznie sprostowany. Do stycznia 2013 r. nic się jednak nie wydarzyło. Wtedy w imieniu byłego klienta Aliora do banku napisał już wynajęty przez niego prawnik. Bank jednak nie uznał za stosowne nawet odpisać, gdyż zapewne był zajęty w tym czasie pozyskiwaniem nowych klientów. Stąd rzecz skończy się w sądzie, a pan Marek zażądał odszkodowania, które wygląda na astronomiczne.

      "Zaistniała sytuacja jest źródłem dotkliwej krzywdy powoda. Powód nigdy w swoim życiu nie dopuścił do powstania po jego stronie zadłużenia, albowiem zawsze terminowo spłacał wszystkie zobowiązania. Powód nigdy zresztą nie zaciągał kredytów, choć jego od wielu lat stabilna sytuacja finansowa pozwalałby mu na to. Mimo dobrych zarobków, jest osobą skrupulatną, oszczędną, zapobiegliwą i unikającą zbytecznych wydatków. Wobec tego świadomość, że ktokolwiek może postrzegać go jako osobę nie spłacającą swoich zobowiązań, a zatem unikającą odpowiedzialności i nierzetelną, traktuje jako ujmę na honorze i źródło osobistej krzywdy (...). Krzywda ta jest tym większa, iż kartę kredytową pozwanego Alior Banku nabył odpowiadając na ofertę tegoż ostatniego, o co nigdy nie zabiegał (...)".

      Ładnie powiedziane. A żądana kwota jest tak wysoka, bo pan Marek wyliczył ją jako wielokrotność rzekomej zaległości w ramach kredytu kartowego - a ta według Alior Banku wynosiła 3,82 zł. I tak mizerna kwota, która stała się przesłanką wpisu do rejestru BIK pomnożona przez ponad 1000 dni dała ponad 380.000 zł. Gdyby sąd przyznał aż takie odszkodowanie, byłby to precedens, jednak z całą pewnością instytucje finansowe powinny bardziej starannie podchodzić do kwestii pomyłkowych wpisów do BIK. Z jednej strony dlatego, że sam BIK nie pozwala klientowi banku poprawiać danych - nawet jeśli ten ma w ręku dowód na fałszywość informacji zamieszczonych w bazie. Z drugiej strony dlatego, że nawet niewielka zaległość wpisana do BIK-u wywołuje katastrofalne skutki, z zamknięciem drogi do kredytu w jakimkolwiek banki. Taki nieprawdziwy wpis rzeczywiście może więc człowiekowi skomplikować życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Klient żąda od banku 383.000 zł za błędny wpis w BIK. Bo bank nie poprawił go przez... 1000 dni”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 marca 2015 08:43
  • czwartek, 26 marca 2015
    • Banki zarobiły w zeszłym roku rekordowo dużo. A ich prezesi? Też. Średnio 10.000 zł... dziennie

      Niemal wszystkie największe banki w Polsce opublikowały już swoje raporty roczne. A w nich, lepiej lub gorzej ukryte, znajdują się dane o zarobkach prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych. Ile więc włożyli do kieszeni prezesi najbogatszych banków? Było co dzielić, bo łączny zysk branży bankowej wyniósł w zeszłym roku rekordowe 16,2 mld zł. Zerknąłem na dane z ośmiu największych banków, wyjąwszy Raiffeisena, który jeszcze nie opublikował rocznego raportu.  Generalne prezesi jakoś sobie w zeszłym roku radzili. Większość z nich dorzucała do podstawowych kontraktów całkiem przyjemne bonusy za zyski osiągnięte przez ich banki w poprzednich latach. Kto obdarzył się żywą gotówką najhojniej? W telegraficznym skrócie: najlepiej wynagradzanym prezesem banku w Polsce jest szef Banku Pekao, najbardziej oszczędnym - wśród 10 największych banków - prezes BZ WBK. Średnia pensja prezesa dużego banku - licząc razem z premiami - wynosi jakieś 10.000 zł dziennie. Inna sprawa, że to wszystko są wynagrodzenia brutto, obarczone podatkiem dochodowym. Niewykluczone, że to już ostatni tak suty rok w kieszeniach prezesów, bo wygląda na to, że dla instytucji finansowych idą chudsze czasy: restrukturyzacja placówek, zwolnienia pracowników, wyższe składki na BFG, ograniczenia w sprzedawaniu polis w bankach, obowiązkowy wkład własny w kredytach hipotecznych, niższe dochody z interchange... Chociaż może w trudnych czasach dobry menedżer powinien być jeszcze bardziej doceniany, niż w dobrych? :-). No, wracajmy do naszych bara..., tfu, to jest chciałem powiedzieć: do pensji prezesów :-). Kto najbardziej daje radę?

      lovaglio0222LUIGI LOVAGLIO: 3,85 mln zł, z nagrodami 9 mln zł. Prezes Banku Pekao Luigi Lovaglio jest tradycyjnie najhojniej wynagradzanym prezesem banku w Polsce. Jego podstawowy kontrakt w zeszłym roku wynosił, bagatela, 3,85 mln zł, co oznacza, że każdego dnia do kieszeni prezesa Banku Pekao wpadało 10.500 zł. Dodatkowo szefowi drugiego największego w Polsce banku, należącego do włoskiej grupy UniCredit, przysługuje 1,7 mln zł z tytułu raty premii za wyniki osiągnięte w 2013 r. oraz 1,5 mln zł premii za 2012 r. W sumie więc jego zeszłoroczne dochody przekroczyły 7 mln zł. Do poborów Lovaglio należałoby też dodać rozliczenie raty premii za 2011 r. w tzw. akcjach fantomowych - z tego tytułu włoskiemu menedżerowi wpadły do kieszeni jeszcze dodatkowo 2 mln zł. Cały zarząd Banku Pekao - licząc tylko podstawowe kontrakty, bez premii - kosztował w zeszłym roku nieco ponad 10 mln zł, ale rozkład zarobków - to też, niestety, stała "przypadłość" banku - jest bardzo nierówny. Włoski wiceprezes Diego Biondo ma kontrakt opiewający na 2 mln zł, zaś polscy menedżerowie Andrzej Kopyrski i Grzegorz Piwowar muszą zadowolić się wynagrodzeniem na poziomie 1,2-1,3 mln zł, znacznie niższym w porównaniu z odpowiednikami np. w banku PKO BP.

      sikoraciti0222SŁAWOMIR SIKORA: 2 mln zł, z nagrodami 5,2 mln zł..Sławomir Sikora, prezes Banku Handlowego, znanego bardziej jako Citibank, to zawodnik wagi ciężkiej, jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich menedżerów (nie tylko bankowych). W jego wynagrodzeniu to widać, jak zwykle dostałby się na podium najlepiej zarabiających bankowych top--menedżerów w zeszłym roku. Jego budżet domowy wzbogacił się o 2 mln zł podstawowej pensji (o pół miliona mniej, niż rok wcześniej, ale w sumie taka obniżka jest jeszcze do zniesienia) oraz 2,9 mln zł "przekazanych nagród kapitałowych", czyli prawdopodobnie akcji Citigroup. Dorzucając do tego 310.000 zł innych korzyści otrzymujemy 5,2 mln zł

      stypukowski0222CEZARY STYPUŁKOWSKI: 2,1 mln zł, z nagrodami 3,7 mln zł. Cezary Stypułkowski, charyzmatyczny prezes mBanku i jeden z najbardziej cenionych bankowych menedżerów w zeszłym roku cieszył się kontraktem w wysokości 2,1 mln zł i nie są to Himalaje, biorąc pod uwagę zarobki prezesów Lovaglio i Jagiełło. Na pocieszenie prezesowi mBanku pozostaje fakt, że poza podstawową pensją na jego konto wpłynęło jeszcze 1,3 mln zł premii za 2013 r. raz prawie 280.000 zł w akcjach Commerzbanku (to część programu motywacyjnego dla top menedżerów w niemieckiej grupie, która jest właścicielem mBanku). Łącznie więc dochody Cezarego Stypułkowskiego w zeszłym roku można podsumować na niecałe 3,7 mln zł. Cały siedmioosobowy zarząd mBanku należy do tańszych na rynku, bo łącznie zainkasował 9,4 mln zł. Stawka jest taka sama dla wszystkich członków zarządu taka sama - 1,2 mln zł (minimalnie więcej zarabiają niemieccy członkowie zarządu, ale są to "groszowe" różnice)..

      joaobrasmilleJOAO BRAS JORGE: 2,5 mln zł, z nagrodami 3,7 mln zł.  Prezes Banku Millennium Joao Bras Jorge jest stosunkowo najmniej znanym menedżerem bankowym - na pewno mniej kojarzonym, niż jego poprzednik Bogusław Kott - ale nie widać, by odbijało się to na jego pensji. Podstawowy kontrakt ma jeden z najwyższych w branży - prawie 2,5 mln zł - a razem z bonusami zainkasował w zeszłym roku 3,7 mln zł. Generalnie być w zarządzie Banku Millennium to dobry pomysł na życie - pensje są tu znacznie wyższe, niż w zarządach innych banków. Szeregowy członek zarządu wkłada do kieszeni 1,7 mln zł, zaś wiceprezes między 2 mln zł a 2,2 mln zl. W sumie siedmioosobowy zarząd Banku Millennium wypłacił sobie aż 13,6 mln zł podstawowej pensji.

      koakowskaing0222MAŁGORZATA KOŁAKOWSKA: 1,75 mln zł, z nagrodami 3,2 mln zł. Jedyna kobieta, która pełni funkcję prezeski banku należącego do elity, czyli zarządzająca ING Bankiem Śląskim Małgorzata Kołakowska, nie musi mieć kompleksów w stosunku do otaczających ją menedżerskich samców alfa. Co prawda jej podstawowy kontrakt nie należy do najwyższych - 1,75 mln zł - to w nagrodach zainkasowała kolejne 885.000 zł, a w "innych korzyściach" jeszcze ponad 600.000. zł. To oznacza, że jej łączne pobory w zeszłym roku osiągnęły 3,2 mln zł, czyli więcej, niż wpadło do kieszeni np. prezesowi PKO BP. Jednak Luigi Lovaglio i Cezary Stypułkowski byli w zeszłym roku lepiej wynagradzanymi prezesami. Zastępcy prezes Kołakowskiej zarabiają 1,2 mln zł, czyli standardową stawkę na bankowej top-liście. Podstawowe wynagrodzenia zarządu ING Banku Śląskiego zamykają się kwotą 8,1 mln zł, ale też trzeba powiedzieć, że jest to stosunkowo nieliczny zarząd, siedmioosobowy.

      jagieo0222ZBIGNIEW JAGIEŁŁO: 2,25 mln zł, z nagrodami 3 mln zł.  Prezes największego polskiego banku PKO BP (to prawie jak król branży, stąd mój konkurs zdjęciowy pt. znajdź pięć różnic między tymi dwoma osobami :-)) - już od pięciu lat zasiadający za sterami bankowego giganta - w zeszłym roku zaliczył niewielką podwyżkę wynagrodzenia. Do kieszeni wpadło mu 2,26 mln zł (rok wcześniej 2,1 mln zł). To aż o 1,5 mln zł mniej, niż wynoszą pobory Luigi Lovaglio, prezesa konkurencyjnego Banku Pekao. Ale do tego dochodzą płatności wynikające z programu motywacyjnego opartego na akcjach banku. Z tego tytułu Zbigniew Jagiełło wzbogacił się o 768.000 zł, prawie dwa razy więcej, niż otrzymał z tytułu programu motywacyjnego w 2013 r. Łącznie więc do kieszeni wpadło mu ponad 3 mln zł. Cały zarząd PKO BP kosztował w zeszłym roku 12,6 mln zł, o ponad milion więcej, niż w 2013 r. Trzeba powiedzieć, że zarobki w top-managemencie PKO są bardzo demokratyczne. Zarobki wiceprezesa Bartosza Drabikowskiego przekroczyły w zeszłym roku 1,9 mln zł, a więc były ledwie o 10% niższe od wynagrodzenia prezesa Jagiełło. Pozostali członkowie zarządu PKO BP zarobili w zeszłym roku 1,6-1,7 mln zł, co jest znacznie lepszym wynikiem, niż w przypadku menedżerów pracujących na analogicznych stanowiskach u konkurencji.

      krzysztofrosiskiKRZYSZTOF ROSIŃSKI: 0,75 mln zł, z nagrodami 2,5 mln zł. W Getin Noble Banku, choć to szósty największy bank w Polsce i menedżerom powinno się płacić godnie, widać rękę prywatnego właściciela, który umie liczyć swoje pieniądze. Leszek Czarnecki - jako główny akcjonariusz i szef rady nadzorczej - w zeszłym roku wypłacił wszystkim siedmiu członkom zarządu swojego banku łącznie 3,8 mln zł, czyli tyle, ile zarabia jeden tylko prezes Banku Millennium, albo - wstyd powiedzieć - pół prezesa Banku Pekao. Nie oznacza to, że top-menedżment Getin Noble Banku przymiera głodem, bo np. prezes Krzysztof Rosiński poza nędznymi 750 tys. zł podstawowej pensji otrzymał też 1,78 mln zł "innych świadczeń", co oznacza, że jako prezes Getin Noble Banku włożył do kieszeni jakieś 2,5 mln zł. Inna sprawa, że wyniki banku w zeszłym roku nie zachwyciły, więc to nie jest zła wypłata, biorąc pod uwagę, że prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło, który generuje dziesięć razy wyższe zyski netto, zarabia raptem niewiele więcej. Aha, Krzysztof Rosiński może i nie równa się wypłatą w żywej gotówce z liderami branży bankowej, ale jest za to majętny :-): ma 2,1 mln akcji banku, którym zarządza. I ponad milion akcji Idea Banku, sprzedającego właśnie akcje w ofercie publicznej. Ot, taki drobiazg.

      mateuszmorawieckiMATEUSZ MORAWIECKI: 1,75 mln zł.  Mateusz Morawiecki, prezes należącego obecnie do hiszpańskiej grupy Santander banku BZ WBK nigdy nie należał do najwyżej opłacanych prezesów, ale też nigdy o to nie zabiegał. Jako jeden z nielicznych prezesów w czasie kryzysu finansowego sam obniżył sobie pensję. W zeszłym roku zainkasował 1,76 mln zł czyli nieco ponad połowę tego, co prezes Jagiełło w PKO BP i cztery razy mniej, niż Luigi Lovaglio. A przecież zarządza trzecim największym bankiem w Polsce i pokazuje większy wzrost zysków, niż obaj wyżej wspomniani menedżerowie. Ma też więcej pracy (fuzje z Kredyt Bankiem i Santander Consumer). Co ciekawe, w BZ WBK nie trzeba być prezesem, żeby zarabiać prawie tyle, co prezes. Jeden z członków zarządu BZ WBK, Hiszpan Marco Antonio Silva Rojas, niemal dogonił Morawieckiego w poborach - jego kontrakt opiewał w zeszłym roku na 1,65 mln zł. O ile sam Mateusz Morawiecki nie walczył nigdy o najwyższe na rynku wynagrodzenie, o tyle zarząd BZ WBK tani nie jest. Dziesięciu jego członków zarobiło w zeszłym roku jakieś 11,3 mln

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Banki zarobiły w zeszłym roku rekordowo dużo. A ich prezesi? Też. Średnio 10.000 zł... dziennie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 marca 2015 08:56
  • środa, 25 marca 2015
    • Bankujesz przez smartfona? Niedługo zalogujesz się do banku... przykładając palec do ekranu

      Biometria zaczyna robić w Polsce coraz większą karierę. Klienci aż dwóch banków dowiedzieli się we wtorek, że wkrótce będą logowali się do swojego banku nie tylko PIN-em i hasłem, ale też - jeśli będą chcieli - za pomocą odcisku palca. I tak Bank Millennium ogłosił, że udostępni biometrię w ramach nowej wersji aplikacji mobilnej, która ma zadebiutować w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni. Ma to być jeden z kilku teaserów dla klientów, by przesiedli się na bankowanie przez telefon, obok np. możliwości przechowywania w aplikacji mobilnej wizerunków kart lojalnościowych (i korzystania z nich w sposób "wirtualny"). Aplikacja Banku Millennium ma też umożliwiać korzystanie z podstawowych funkcji przez zegarki typu smartwatch. W "Rzeczpospolitej" przeczytałem, że do zastosowania biometrii przygotowuje się PKO BP, aczkolwiek bank nie podaje żadnych szczegółów - nie wiadomo więc, czy byłaby ona zastosowana w ramach bankowości elektronicznej (bank musiałby rozdać klientom specjalne czytniki przyłączane do komputerów klientów), czy też np. w ramach bankowości mobilnej IKO (to bardziej prawdopodobny wariant). Podobno do wdrożenia biometrii przymierza się też Meritum Bank. 

      Nie będą to oczywiście pierwsze przypadki wykorzystania biometrii w polskich bankach. Już w 2011 r. takie rozwiązanie zastosował - choć tylko do obsługi klientów biznesowych - Bank Pekao. Klienci korporacyjni dostali specjalne czytniki, za pomocą których mogą autoryzować się w bankowości elektronicznej banku. Podobne czynniki jakiś czas temu pojawiły się też w oddziałach Banku BPH. Klienci, których układ naczyń krwionośnych został zarejestrowany w bazie banku, mogą nie pokazywać w placówce dowodu osobistego, lecz potwierdzać tożsamość biometrycznie. W Polsce są już też bankomaty wypłacające pieniądze "na palec", nie potrzebujące do tego karty płatniczej. Ponad 2000 takich bankomatów rozlokowuje właśnie w kraju niezależna sieć bankomatów Planet Cash. Już kilka lat temu tego typu bankomaty pojawiły się w bankach spółdzielczych. Mamy też pierwszy przypadek zastosowania w Polsce biometrii głosowej. Bank Smart pozwala logować się klientom do banku za pomocą analizy tonu ich głosu. Opisywałem to niedawno w blogu i nawet pokazywałem Wam w klipie wideo.

      Czy logowanie się za pomocą odcisków palca może podwyższyć bezpieczeństwo korzystania z banku za pomocą smartfona? Raczej chodzi o wygodę, bo klient nie będzie musiał pamiętać żadnych PIN-ów i haseł. Inna srpawa, że tradycyjny PIN (najczęściej czterocyfrowy) stosowany do logowania w bankowości mobilnej to dość słabe zabezpieczenie w porównaniu z loginem i hasłem, stosowanym przy tradycyjnej bankowości internetowej. Im więcej funkcji proponują banki w ramach bankowania przez smartfona, tym więcej klientów ma obiekcje, czy kilkucyfrowy PIN nie jest zbyt łatwą droga dla potencjalnego złodzieja, by dobrać się do naszych pieniędzy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy na ten sam smartfon bank przesyła SMS-y autoryzacyjne dla poszczególnych transakcji, zaś na rynku pojawiły się wirusy przechwytujące te kody SMS. W tej sytuacji możliwość logowania się za pomocą odcisku palca może zachęcić część klientów, by korzystali z bankowości przez smartfona.

      Płacenie telefonem w połączeniu z logowaniem się lub autoryzowaniem transakcji poprzez dotyk palca oczywiście nie jest jeszcze tak sprawdzonym systemem, jak np. płatności zbliżeniowe kartami płatniczymi. Apple Pay, ostatni pomysł największego koncernu technologicznego na płacenie telefonem, na razie jawi się jako dość ryzykowny eksperyment - nawet 6% wszystkich transakcji może być transakcjami złodziejskimi (to 60-krotnie wyższy odsetek, niż w przypadku "zwykłych" transakcji kartowych). Rzecz w tym, że dane karty, wpisywane do smartfona Apple;a przy rejestracji nowego klienta, padają łupem złodziei, a przy transakcji płatniczej tożsamość klienta nie jest już sprawdzana.

      JAK WYCISNĄĆ Z BANKU NAJWIĘCEJ? Zapraszam do obejrzenia klipu, w którym opowiadam o tym w których bankach można wycisnąć z oszczędności najwięcej, a w których to ty dopłacisz do swoich oszczędności. Zapraszam do obejrzenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bankujesz przez smartfona? Niedługo zalogujesz się do banku... przykładając palec do ekranu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 marca 2015 17:22
    • Rośnie nowa specjalizacja? Profesjonalni negocjatorzy od... zbijania kosztów kredytów

      Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale mam ostatnio nieodparte wrażenie, że jesteśmy w samym środku rewolucji zwiastującej kompletne przedefiniowanie relacji między bankiem i klientem. Przez długie lata wydawało nam się, że jesteśmy w banku petentem. Przyjmowaliśmy jak prawdę objawioną wszystko, co bankowcy nam wmawiali. Nie rozumieliśmy produktów, które nam oferowali. Nie nauczono nas liczyć co się opłaca, a co nie, więc byliśmy zdani wyłącznie na bałamutną reklamę. Nie potrafiliśmy wycenić swojej wartości dla banku, a bankowcy wmawiali nam, że jest ona niewielka, bo "tego kwiatu jest pół światu". Potem nadeszła era doradców finansowych, którzy mieli poprawić naszą świadomość produktu i pomóc wybrać najlepsze rozwiązanie. Niestety, okazali się wilkami w owczej skórze, zwykłymi sprzedawcami, dla niepoznaki mając w klapie marynarki informację, jakoby występowali w interesie klienta. A dziś żyjemy w czasach przewrotu: pozwy zbiorowe, kwestionowanie klauzul abuzywnych w umowach, oglądanie reklam pod lupą.

      Co czeka nas, gdy się ta rewolucja ustoi? Ano nasze instytucje finansowe dojdą do tego samego wniosku, do którego już jakiś czas czas temu doszły banki na Zachodzie: że lepiej zrezygnować z dużej części marży w krótkim terminie, by zyskać lojalność klienta na lata. A i my się zmienimy: przestaniemy w banku potrzebować tylko kredytu, zaczniemy gromadzić oszczędności, inwestować pieniądze i będziemy częściej wachlować kartą płatniczą. A więc będziemy dla każdego banku coraz cenniejszym aktywem. Bankowi nie będzie się opłacało nas wrobić w kontrowersyjny produkt, bo będzie miał zbyt wiele do stracenia. Piękne czasy? Pojawiają się już firmy, które zamierzają korzystać z tego nowego trendu - uświadamiać klientowi jego wartość i pomagać mu wycisnąć z bankowca siódme poty, grożąc przeniesieniem całych finansów klienta do konkurencji. Ostatnio wpadła mi w ręce reklama firmy, która zajmuje się właśnie taką działalnością, choć niestety tylko po stronie kredytowej domowych finansów klientów. Jednym z szefów firmy jest Krzysztof Dresler, który jakiś czas temu odpowiadał za kontrolę ryzyka w PKO BP.

      ICRAscreen

      Na czym to dokładnie polega? Otóż w oparciu o informacje podane przez klienta (trzeba się wyspowiadać tak, jak w banku: dochody, wydatki, kredyty, koszty utrzymania) analitycy wyliczają ile bank zarabia na tym kliencie w porównaniu z ryzykiem kredytowym. Potem negocjator z firmy idzie do banku, w którym jej klient ma zadłużenie i mówi: "Według naszych obliczeń ten klient powinien mieć oprocentowanie znacznie niższe, niż ma. Obniżacie, czy ma pójść do banku, w którym dostanie takie warunki, jakie mu wyliczyliśmy"? Dlaczego zaś jakiś klient powinien mieć oprocentowanie niższe, niż ma? Ano choćby ze względu niski rating ryzyka. Im mniej ryzykowny klient, tym powinien mieć niższe oprocentowanie kredytu. W niektórych bankach rzeczywiście tak to działa i nie potrzeba do tego żadnych zewnętrznych doradców, wystarczy się wykazać zdolnościami negocjacyjnymi. Przychodzisz po kredyt, pracownik wystawia ci ofertę standardową, ale jeśli zaczniesz się krzywić, ma możliwość polepszania parametrów w określonym paśmie. A jeśli się nie awanturujesz to oczywiście dostaniesz ofertę standardową, czyli droższą. Boś frajer.

      ICRAscreen2Dlaczego ICRA się chce zajmować takimi negocjacjami? Po pierwsze dlatego, że co najmniej połowa banków nie ma jeszcze systemu pozwalającego negocjować warunki kredytu na poziomie rozmowy pracownika placówki z klientem. Każdy klient dostaje standardową ofertę, na czym traci ten z wyższej półki (bo ze względu na swój profil ryzyka mógłby pożyczyć pieniądze znacznie taniej). Po drugie dlatego, że przeciętny Polak z reguły uważa targowanie się za czynność poniżej swej godności. A zatem nawet jeśli jest w "dobrym" banku, to całkiem prawdopodobne, że nie "wyciska" z niego najlepszej oferty, bo zwyczajnie nie umie albo dochodzi do wniosku, że wyciskać mu nie wypada. Po trzecie dlatego, że nasza klientowska wartość zmienia się w czasie. W momencie, gdy się zadłużyliśmy, bank "wycenił" nas na tyle a tyle procent, ale dziś, gdybyśmy chcieli refinansować kredyt, moglibyśmy liczyć na lepsze warunki. Tylko, że tego nie wiemy. Po czwarte wreszcie czasem prawidłowa "wycena" własnej wartości jest dla klienta trudna: ma w danym banku ROR, kartę, debet, lokatę wykonuje jakieś transakcje. Ile powinien płacić za kredyt gotówkowy lub hipoteczny? Wiadomo, że mniej, niż klient-"golas". Ale o ile mniej? Są modele, które to liczą. I są ludzie, którzy potrafią takie modele zbudować, odsłaniając miękkie podbrzusze bankowców. 

      Skoro rozkminiliśmy już zalety takich firm, to czas ocenić jakie są ryzyka i wady korzystania z ich usług. Po pierwsze: trzeba powiedzieć nieznanej firmie o tym ile zarabiamy, jaka jest nasza sytuacja rodzinna i na co wydajemy pieniądze. Słowem: obnażyć się przed facetami, którym nie zawsze mamy ochotę (i powód) ufać. Warto O to jest pytanie. Po drugie: zawsze jest ryzyko, że doradcy pójdą na łatwiznę i przyniosą z banku "rewelacyjną" ofertę wydłużenia kredytu na większą liczbę rat. A do tego nie trzeba żadnych doradców, każdy klient sam może sobie taką "restrukturyzację" zafundować. Warto więc zagwarantować sobie, że w ramach restrukturyzacji długość spłaty kredytu się nie zmieni. Po trzecie: przeważnie tego typu firmy specjalizują się tylko w optymalizacji kredytów. Oszczędności, inwestycji i majątku klienta się nie dotykają, choć też by się to przydało. Po czwarte: takie usługi kosztują. Na szczęście nie są to koszty, które trzeba wykładać z własnej kieszeni, zwykle w ratach oddajemy negocjatorom 10-20% oszczędności osiągniętej dzięki obniżeniu oprocentowania. Po czwarte (co wynika z poprzedniego): usługi negocjatorów finansowych są dostępne przede wszystkim dla posiadaczy wyższego długu (próg opłacalności to pewnie jakieś 30.000 zł) i nienagannej historii kredytowej. Klientów ze spapranym BIK-iem tego typu firmy się nie tykają.

      Mimo tych wszystkich wad i ograniczeń uważam, że to może być przyszłość rynku pośrednictwa kredytowego. Szanujące się domy kredytowe powinny nie tylko załatwiać klientom kredyty, ale też renegocjować warunki spłaty długów, które ci klienci już posiadają. Inna sprawa, że to wcale nie jest takie proste - jeśli negocjator-restrukturyzator nie będzie miał odpowiedniej wiedzy i instrumentów, nie będzie w stanie ocenić "wartości" klienta. A to właśnie jest miękkie podbrzusze bankowców. Oni natychmiast wyczuwają blef i wtedy z negocjacji nici. W tej robocie potrzebni są goście, którzy znają od podszewki bankowe systemy scoringowe i oceny ryzyka, potrafią przeliczyć ile dany klient bankowi przynosi i ile bank mógłby spokojnie "odpuścić" na oprocentowaniu, a i tak powinien być wdzięczny, że może obsługiwać takiego klienta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Rośnie nowa specjalizacja? Profesjonalni negocjatorzy od... zbijania kosztów kredytów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 marca 2015 08:34
  • wtorek, 24 marca 2015
    • Wyrok w głośnym procesie: szef Pro Futuris żądał unieważnienia kredytu we frankach. Co ugrał?

      Coraz więcej jest dowodów na to, że batalia osób walczących o unieważnienie bądź przewalutowanie kredytów frankowych będzie trudniejsza, niż się wydawało. I wcale nie musi być zwycięska. A opowieści prawników o tym, jak to łatwo będzie wygrać z bankami procesy i przerzucić na banksterów wszystkie straty kursowe, to bardziej próba nakręcania koniunktury na procesy grupowe, niż obietnica sukcesu. We wtorek zapadł wyrok w głośnym procesie Tomasza Sadlika, szefa ruchu zbuntowanych frankowiczów Pro Futuris. Pan Tomasz, choć niewiele ma wspólnego z szarym konsumentem, bo wziął tuż przed kryzysem finansowym ogromny kredyt w walucie na działalność gospodarczą, która mu nie wypaliła - od wielu miesięcy stara się zgromadzić wokół siebie wszystkich, którzy czują się wpuszczeni w maliny kredytami frankowymi. W pewnym momencie chciał nawet zakładać partię, do której ja chciałem się zapisać :-). Na razie wymiernym skutkiem działań Pro Futuris są głównie demonstracje uliczne, ale we wtorek mógł nastąpić przełom - sąd rozpatrywał pozew pana Tomasza w jego prywatnym sporze z bankiem Raiffeisen. Stawką było unieważnienie kredytu frankowego z powodu wprowadzenia klienta w błąd przez bankowców.

      Zdaniem pana Tomasza umowa winna zostać uznana za nieważną w całości - lub co najmniej przewalutowana po kursie z dnia spisania umowy - bo gdyby on, jako kredytobiorca, wiedział jakie mogą być konsekwencje kredytu walutowego, nigdy by takiej umowy nie zawarł. Bankowcy nie wytłumaczyli mu dokładnie na czym polega ryzyko kursowe. Sadlik argumentował, że w Europie Zachodniej były już tego typu sprawy wygrane przez klientów. A ponieważ w jego sprawie chodzi o "istotne elementy umowy", to do zawarcia umowy w ogóle nie powinno dojść. Co prawda klient podpisał oświadczenie o świadomości ryzyka walutowego, ale było to bardzo ogólne oświadczenie, nie dające pełnej wiedzy o tym, co się może zdarzyć z wysokością rat kredytowych w przyszłości. Sprawa pana Tomasza jest w pewnym sensie precedensowa, bo do tej pory klienci domagali się raczej usunięcia z umów poszczególnych klauzul (i czasem nawet im się to udaje, choć wtedy pojawiają się spory o to jak dalej wykonywać taką "wykastrowaną" umowę). Tym razem klient grał o najwyższą stawkę, czyli o uznanie, że wprowadzenie w błąd co do ryzyka kursowego powinno skończyć się unieważnieniem całej umowy. W trakcie procesu pan Tomasz się chyba zorientował, że przeholował z roszczeniami i zaczął wspominać też o możliwości przewalutowania kredytu.

      Sąd jednak ocenił jego roszczenia bardzo surowo, według doktryny "widziały gały co brały". A więc oddalił pozew w całości, orzekając, iż nie ma mowy o wprowadzeniu klienta w błąd, gdyż klient podpisał dokument, w którym mówi się o ryzyku kursowym. Zwłaszcza, że jest osobą wykształconą, inteligentną i ma ponadprzeciętną wiedzę ekonomiczną, powinien więc mieć rozeznanie w warunkach umowy, jaką podpisuje. Poza tym sąd doszedł do wniosku, że skoro klient argumentował, że został wprowadzony w błąd, to powinien dopatrzyć się go wcześniej, niż po sześciu latach realizowania umowy. Tym bardziej, że przez pierwsze dwa lata trwania kredytu wygrywał na spadku kursu franka. I wtedy nic o błędzie nie wspominał. Sąd uznał też, że pan Tomasz nie wykazał naruszenia zasad współżycia społecznego przez bank, bo "nikt nie był w stanie przewidzieć zmiany kursu franka, a nie wykazano, by któraś ze stron, a szczególnie pozwany bank, manipulował kursem franka". Na tej samej podstawie sąd odrzucił też argument o nadzwyczajnej zmienia stosunków gospodarczych, czyli ogromnej skali wzrostu kursu franka.

      Wyrok nie jest prawomocny, nie ma też jeszcze pisemnego uzasadnienia. Na razie szef Pro Futuris jest "do tyłu" o 7200 zł, bo takie koszty postępowania będzie musiał pokryć jako strona przegrana, ale już zapowiedział, że będzie się odwoływał. Bardziej dotkliwa może być dla niego szkoda wizerunkowa: zagrzewając innych do boju pod hasłem "banksterzy nas okradli" sam na razie nie jest w stanie udowodnić, że został oszukany. Może tym samym zyskać łatkę pieniacza, który poległ w starciu z rzeczowymi argumentami. Inna sprawa, że sąd spojrzał na sprawę bardzo "formalistycznie". A więc nie wziął pod uwagę żadnych "miękkich" czynników, jak nierówny dostęp stron do informacji o rynku walutowym, czy możliwość, że klient nie zrozumiał tak do końca wszystkich dokumentów, które podpisywał. Ten wyrok - jeśli utrzyma się w drugiej instancji - będzie sygnałem dla nas wszystkich, że sam fakt ogólnego sformułowania oświadczenia o ryzyku kursowym nie musi być jeszcze podstawą do uznania, że bank wprowadził klienta w błąd. A ogromne zmiany kursu franka - nie oznaczają jeszcze nadzwyczajnej zmiany stosunków między stronami. Na dziś sytuacja jest taka, że cel w postaci unieważnienia całej umowy kredytu frankowego, nawet biorąc pod uwagę wydarzenia z 15 stycznia, wydaje się być poza zasięgiem "frankowiczów". 

      OGLĄDAJ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE. W najnowszym felietonie sprawdzam komu banki najlepiej płacą za depozyty, a kto wyjmie w banku mniej, niż włożył. Bardzo gorąco zapraszam do obejrzenia i do wyciskania procentów razem ze mną. I z Karolem ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Wyrok w głośnym procesie: szef Pro Futuris żądał unieważnienia kredytu we frankach. Co ugrał?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 marca 2015 21:46
    • Pokaż im PIT, a dostaniesz 10 zł premii za każdy tysiączek kredytu. Czy warto im... pokazać?

      Dla milionów Polaków nadszedł czas PIT-owania (na szczęście jak ktoś nie prowadzi zbyt skomplikowanego "życia finansowego" to PIT wstępnie wypełni za niego Minister Finansów), więc i do banków sezonowo wróciły oferty "kredytu na PIT". Ta odmiana pożyczki gotówkowej wyróżnia się zastąpieniem zaświadczenia o zarobkach, które klient musiałby przynieść z zakładu pracy, kopią przesłanego przez pracodawcę PIT-u dokumentującego jego zeszłoroczne dochody. Taka procedura pozwala bankom nie zmniejszać bezpieczeństwa działalności (klient z udokumentowanym dochodem jest nieco mniej ryzykowny, a żądanie zaświadczenia o zarobkach oznacza przedłużenie procedury do nawet kilku dni) i jednocześnie rozdawać szybkie pożyczki niemal na poczekaniu. Najbardziej intensywnie promowany jest PIT-owy kredyt w Getin Banku, który namawia, żeby zeznanie podatkowe nie marnowało się w domu, bo to nieekologiczne. Lepiej zamienić je na bardziej ekologiczny dług bezgotówkowy ;-). Kasa może być na rachunku bankowym klienta nawet w ciągu kwadransa. Nie trzeba mieć ROR-u w Getinie, wystarczy znać numer swojego rachunku w dowolnym banku, mieć dowód osobisty oraz PIT z zakładu pracy.

      "Dlaczego to najwygodniejszy sposób na pożyczanie pieniędzy? Bo wystarczy, że przyniesiesz do nas swój PIT. Czy to trudne? Zapytajmy eksperta" - mówi w dość zabawnej - to trzeba przyznać - reklamie aktor grający pracownika Getin Banku. A kamera pokazuje listonosza, który podnieconym głosem oświadcza, że jest to "bardzo łatwe". A potem pracownica banku opowiada "pokrótce" ale "może trochę dłużej", że "kredyt na PIT to jest bardzo korzystne rozwiązanie". I w tym momencie z góry zjeżdża tablica szkolna z wypisanymi bardzo skomplikowanymi wzorami. Przyjemne, dowcipne i bardzo prawdziwe Zwłaszcza ta ostatnia scena ;-)

      Co ciekawe, bank już nawet nie sili się na obiecywanie, że to jest tania pożyczka. W ogóle nie wspomina nic o cenie, ani w telewizyjnej reklamie, ani w materiałach informacyjnych zamieszczonych na stronie internetowej. Co więcej, żadnych konkretów nie znajdziemy nawet w tabeli opłat i prowizji - piszą tam, że prowizja za udzielenie kredytu jest "zgodna z warunkami zawartymi w umowie", czyli opisana zasadą, że sky is the limit. A oprocentowanie - wiadomo, nie może przekroczyć 10% w skali roku (limit ustawy antylichwiarskiej), lecz ono i tak nic nam nie mówi o finalnej cenie pożyczki, bo o niej decyduje głównie wysokość prowizji. Bank oczywiście zaprasza z PIT-em do placówek, bo tam odbywa się finalne grillowanie klienta poprzez wciśnięcie mu kredytu z możliwie wysoką prowizją, którą mógłby przyjąć na klatę. A wabikiem, żeby skusić się na wizytę w oddziale banku jest 10 zł premii za każdy pożyczony 1000 zł. Prezent obowiązuje pod warunkiem, że kredyt weźmiemy co najmniej na dwa lata i wcześniej go nie spłacimy. Premia jest wypłacana w czterech ratach, co pół roku (pierwsza po sześciu miesiącach spłacania pożyczki). I prawdę mówią, że wcale nie jest taka ważna:

      Najbardziej bałamutny kredyt? Alior reklamuje 5% i zwrot odsetek, a tak naprawdę...

      Jeśli uruchomił Wam się niebezpieczny ślinotok na samą myśl, że moglibyście np. wziąć z banku 5000 zł i dostać za to 50 zł z powrotem, to proponuję od razu uświadomić sobie, że jest to zaledwie 1% pożyczanej kwoty, a więc kwota zupełnie nieistotna w całej tej "zabawie". Pożyczając 5000 zł na dwa lata przy oprocentowaniu 10% - już nawet pomijając prowizję, która na pewno jest słona - trzeba będzie oddać 535 zł odsetek. Przy założeniu, że prowizja wyniesie np. 8% (a jest to bardzo ostrożne założenie, biorąc pod uwagę obecne standardy obowiązujące w bankach) i że będzie skredytowana, czyli dorzucona do kredytu, odsetkowy koszt kredytu wyniesie 578 zł. Z tego bank zwróci w czterech ratach 50 zł, a więc mniej, niż jedną dziesiątą wartości zapłaconych przez klienta odsetek. To tak, jak gdyby ten 5-tysięczny kredyt miał oprocentowanie o 0,8% mniejsze. Wniosek? Nie ma co się napalać na premię, trzeba walczyć o jak najniższą prowizję od zaciąganego kredytu. Jeśli u konkurencji będzie o więcej, niż 1% mniejsza, to - przy identycznym oprocentowaniu obu pożyczek - można spokojnie machnąć ręką na premię od Getin Banku. Więcej o kredytowych kantach i kancikach opowiadam w tym klipie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pokaż im PIT, a dostaniesz 10 zł premii za każdy tysiączek kredytu. Czy warto im... pokazać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 marca 2015 17:37
    • Będzie sroga zemsta klientów za politykę hakową banku? Zdecydować może... jedna literka :-)

      Jak pamiętacie, bank DNB Polska ostatnio zrobił klientom brzydki numer - zaczął szukać na nich haków. Pamiętacie też zapewne, że to bank, który nie pozyskuje już w Polsce klientów detalicznych, obsługuje tylko stare umowy kredytów hipotecznych, głównie denominowanych w euro. Może więc szukać na klientów haków względnie bezkarnie, bo i tak nie zależy mu ani na wizerunku w Polsce, ani na pozyskiwaniu nowych klientów. No i zapewne pamiętacie też, że owa polityka hakowa polega na szukaniu drobnych niedociągnięć w realizacji promocyjnych umów przez klientów (zobowiązywali się do zasilania kont kwotą 5000 zł miesięcznie przez pięć lat i do wykonywania transakcji kartami). Kto np. dwa lata temu się nie wywiązał z jakiegoś warunku, dzisiaj dostaje podwyżkę marży skutkującą wzrostem raty. W wielu przypadkach przekroczenie było minimalne, zaś klient nie jest wcale pewny, czy rzeczywiście miało miejsce. Ale sprawdzić tego nie może, bo nie przechowuje tak długo papierów. Nikt nie spodziewa się, że bank będzie się zachowywał aż tak nie fair. A jeszcze do tego wszystkiego w wysyłanych przez bank zawiadomieniach pojawiają się takie oto urocze passusy:

      dnbskan1kant

      Wygląda na to, że w DNB sami nie są pewni, czy znaleźli na klientów wystarczająco skutecznego haka i całkiem poważnie biorą pod uwagę sytuację, w której ich hak będzie wynikał z pomyłki lub będzie mirażem. tym niemniej nie tracą rezonu i piszą, że jeśli klient nie udowodni w określonym terminie, że hak jest "lewy", to ono oficjalnie go zalegalizują :-). O tym, że w banku panuje bałagan zdają też świadczyć listy od klientów, którzy z żadnej promocji nie korzystali i w ogóle niczym bankowi nie podpadli, a którym też bank chce podwyższyć marże. Tym razem przyczyną jest "błąd systemowy", który miał spowodować, że klientowi była naliczana niższa marża, niż być powinna. Przykład takiego listu przytoczę poniżej. Jak to możliwe, że oni dostali w Polsce licencję na prowadzenie banku ;-)

      "Na skutek błędu systemowego przypisana została do Państwa kredytu marża 1,6% zamiast poprawnej 1,9%.W związku z tym w okresie od 6 czerwca 2011 r. do 5 grudnia 2014 r. zapłacili Państwo odsetki niższe o 982,22 euro od tych jakie wynikają z Umowy. W dniu 17 grudnia 2014 r. Bank dokonał korekty marży. Aktualny harmonogram spłaty wraz z informacją o właściwej marży i bieżącej wysokości raty kredytu został do Państwa wysłany w odrębnej korespondencji. W przypadku gdyby jednorazowa zapłata brakującej kwoty odsetek była dla Państwa dużym utrudnieniem, proponujemy rozłożenie zadłużenia na pięć rat"

      Co można zrobić? Oczywiście słać reklamacje, albo pójść do dziennikarzy, żeby nagłośnili sytuację. Można też próbować prowadzić kampanię "czarnego PR" na oficjalnych profilach banku w innych krajach. Można też nie chcieć się zaprzyjaźnić z pewnym Norwegiem :-). Ale bank może mieć to wszystko w nosie - zwłaszcza jeśli na każdym przyłapaniu klienta na starym grzechu dostanie 100.000 zł w dodatkowych odsetkach (promocyjne marże różniły się od standardowych o mniej więcej jeden punkt procentowy). Jest też pytanie o rolę Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w całej aferze. UOKiK zgodził się na sytuację, w której większość majątku banku jest przenoszona do innej instytucji finansowej (w tym przypadku chodzi o Getin Bank), zaś reszta zostaje w obsłudze w dotychczasowym banku. Na załączonym obrazku widać jak na dłoni co dla klientów może oznaczać niespodziewane znalezienie się w banku, któremu już nie zależy na wizerunku. A to, że mu nie zależy, uderza po kieszeni wszystkich klientów, nie tylko tych, którzy dali plamę - np. spread w DNB do najniższych nie należy (ponad 5%). Podwyższył też koszty prowadzenia tych rachunków, które klient musi posiadać, żeby wpłacać na nie po 5000 zł miesięcznie. W DNB wiedzą, że jego klienci są też jego niewolnikami.

      "Formalnie klient ma prawo wypowiedzieć umowę, jednak praktycznie jest to niemożliwe, gdyż jest on przeznaczony do obsługi kredytu hipotecznego, co wprost wynika z umowy o kredyt. Obecnie koszt miesięczny konta to 22 zł (poprzednio było 18 zł) miesięcznie. Klienci indywidualni, którzy są obsługiwani przez ten bank, muszą utrzymywać konto przez czas trwania kredytu. Nie ma żadnego uzasadnienia do podwyżki opłat. Wręcz przeciwnie, opłaty te powinny być obniżone, choćby z tego powodu, iż w momencie zawierania umowy bank ten posiadał ponad 30 placówek, a po sprzedaży części detalicznej posiada jedną placówkę. Może warto byłoby zapytać UOKiK, który wydał zgodę na transakcję, w której część klientów pozostawiono na łaskę i niełaskę banku, co zamierza teraz zrobić? Taka struktura transakcji - w której część klientów została przejęta przez konkurencyjny bank, a część nie - doprowadziła do tego, że bank DNB uzyskał w stosunku do klientów indywidualnych pozycję, której nigdy nie powinien mieć. I co najgorsze urząd, który jest powołany do ochrony konsumentów na to zezwolił".

      - pisze pan Mariusz. Klienci mają tylko jedną możliwość - też poszukać na bank haka i dokopać mu w sądzie. Wiem, że takie inicjatywy już są i wcale nie stoją na straconej pozycji. Jeden z moich czytelników dokonał wnikliwej analizy prawnej regulaminu promocji kredytu hipotecznego w DNB oraz umowy kredytowej i... dopatrzył się w tych dokumentów pewnych nieścisłości. DNB - według czytelnika - zrobił wszystko po łebkach, licząc na to, iż ciemny lud to kupi. Na czym polega hak, który klient znalazł? Otóż zgodnie z warunkami promocji, czytając je literalnie, klient ma obowiązek: a) w terminie 30 dni od dnia pierwszego uruchomienia kredytu uzbierać kwotę 5.000 zł (kredyt nie musiał być uruchomiony pierwszego dnia miesiąca, a zatem pierwsze 30 dni nie zawsze, a w zasadzie prawie nigdy, nie pokryje się z miesiącem kalendarzowym); b) co miesiąc zasilać rachunek - nie ma tu mowy, że ma to być miesiąc kalendarzowy, tylko po prostu miesiąc.

      Czytaj też: Wyjątkowo kosztowny błąd. Wystarczyły trzy literki w umowie i...

      Jak twierdzi klient, u niego po pół roku rozjechały się miesiące kalendarzowe z „miesiącami promocji”. A wszystko przez... małą literkę. Bank do umowy wprowadził definicje. Pojęcia zdefiniowane pisane są z dużej litery, by mogły być odróżnione od pojęć niezdefiniowanych czyli rozumianych inaczej. Na przykład w słowniczku znalazło się rozróżnienie: "Bank" to DNB, a "bank" to każdy inny bank. W naszej umowie Bank zapisał: „Jeżeli z kontekstu nie wynika inaczej, poniższym terminom użytym w Umowie nadaje się następujące znaczenie: (…) Miesiąc – miesiąc kalendarzowy”. W dalszej części umowy wielokrotnie pojawia się słowo „Miesiąc” pisane z dużej litery. W taki sam sposób w umowie posłużono się innymi zdefiniowanymi pojęciami.  W umowie bank konsekwentnie pisze "Miesiąc", a nie "miesiąc". Prawdopodobnie więc słowo "miesiąc" pisane małą literą jest rozumiane zgodnie z Kodeksem cywilnym jako 30 dni.

      "Teraz prosta symulacja, "odpalają" kredyt 12 stycznia, mam 30 dni, by wpłacić pierwsze 5.000 zł, czyli do dnia 11 lutego, a następnie co miesiąc (rozumiany jako 30 dni) wpłacać 5.000 zł. Czyli od 12 lutego do 13 marca trzeba przelać pieniądze. Teraz DNB albo zatrudni sztab pracowników z liczydłami i każdemu z 10.000 klientów policzy indywidualnie okresy „miesięcy promocji” albo większość spraw skończy przegraną w sądzie"

      - triumfuje mój czytelnik. Jeśli ma rację, to bank powinien teraz każdego klienta ładnie przeprosić, zadośćuczynić mu stresów, a następnie rozliczyć indywidualnie, mając na uwadze kiedy został uruchomiony jego kredyt i kiedy kończą się kolejne, 30-dniowe okresy. Zobowiązanie klienta mogłoby dotyczyć „miesiąca kalendarzowego”, tak jak chce bank, gdyby zdanie z regulaminu promocji brzmiało następująco:: "(...) a następnie, w każdym Miesiącu, począwszy od następnego Miesiąca po Miesiącu w którym upłynął 30 dniowy okres na dokonanie wpłaty wpłacać (...)" albo "(...) a następnie w każdym miesiącu kalendarzowym, począwszy od następnego miesiąca kalendarzowego po miesiącu kalendarzowym, w którym upłynął 30 dniowy okres na dokonanie wpłaty wpłacać (...)". Prawdziwy z tego mojego czytelnika twardziel i trzymam za niego kciuki. Gdyby okazało się - na co wiele wskazuje - że bank, tak czepiający się każdej literki w zobowiązaniach klientów, niechlujnie sformułował warunki promocji i teraz wcale mu to nie przeszkadzało... No, zobaczcie sami. Jedna literka, a jak wiele zmienić może w losie kredytobiorców?

      DNB2skan2

      Niestety, nie tylko klienci DNB mają kłopot ze skrupulatnością banku. Inny z moich czytelników mam kredyt hipoteczny w Raiffeisenie. Warunkiem dodatkowym do kredytu - obniżającym marżę o jeden punkt procentowy - było wpłacanie pensji kredytobiorców na rachunek banku. Małżonka klienta wpłacała rzetelnie. Klient - różnie. We wrześniu ubiegłego roku bank się odezwał z informacją, że jest ryzyko podwyższenia marzy - ale jest tez opcja podpisania aneksu mówiącego, że albo będę wpłacał na konto w Raiffeisenie pensję, albo będzie to dowolny inny wpływ, albo podwyższamy marżę. Niby fair układ. Sęk w tym, że w dostarczonym klientowi aneksie znalazł się doprecyzowujący zapis, że jeśli choć w jednym miesiącu klient nie wpłaci na rachunek wymaganej kwoty, to bank nie tylko podniesie mu marżę i do końca trwania umowy, ale wręcz zrobi to wstecz - doliczy odsetki za cały już "miniony" okres kredytu! Po stanowczym proteście i włączeniu do relacji bank-klient kancelarii prawnej rzeczywistość się poprawiła. Klient został zaproszony na podpisanie drugiej wersji aneksu - już bez ryzykownego zapisu. W sprawie promocji kredytów hipotecznych warto mieć oczy dookoła głowy.

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko na stronie www.samcik.blox.pl oraz w serwisach społecznościowych (Facebook, Twitter, Google+, Instagram), ale też w YouTube. Tam możecie zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o złych ludziach, którzy robią brzydkie rzeczy z naszymi pieniędzmi. W najnowszym odcinku: jak wycisnąć z banku jak najwyższe odsetki? I w których bankach klienci już dopłacają do swoich oszczędności? Zapraszam do wspólnego wyciskania. Przy okazji poznajcie mojego nowego kumpla, Karola :-)

      PRAWIE PÓŁ MILIONA CZYTELNIKÓW "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH"! Frankowa zawierucha spowodowała, że jeszcze chętniej, niż zwykle wpadaliście do blogu i czytaliście moje felietony. Bardzo Wam za to dziękuję i mam nadzieję, że wejdzie Wam to w krew. W styczniu było w blogu ponad 480.000 unikalnych użytkowników. Najpopularniejsze teksty zebrały ponad 1200 "lajków" czytelników i ponad 250 Waszych komentarzy, na które starałem się na bieżąco reagować. Dziękuję Wam bardzo za Waszą aktywność i zaufanie. I proszę o jeszcze!

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Będzie sroga zemsta klientów za politykę hakową banku? Zdecydować może... jedna literka :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 marca 2015 08:36
  • poniedziałek, 23 marca 2015
    • Poczta podgryza Vivusa i Wongę. Zapłać 20% prowizji i weź chwilówkę na jak długo chcesz :-)

      Powiedzieć, że banki przegrywają wyścig o rząd dusz z firmami chwilówkowymi byłoby lekką przesadą, ale... nie ulega dla mnie wątpliwości, że przynajmniej dla kilku milionów klientów firma pożyczkowa staje się dziś instytucją finansową pierwszego wyboru. Przynajmniej jeśli chodzi o zasysanie pieniędzy na bieżące wydatki lub refinansowanie zadłużenia. Powód? Firmy pożyczkowe zwykle zadają mniej pytań, znacznie rzadziej zdarza się, by działały "analogowo", wymuszając na klientach wysyłanie papierowych dokumentów, no i dowożą kasę do kieszeni klienta bez zbędnej zwłoki. O ile w bankach ujrzenie gotówki w ciągu kwadransa od złożenia wniosku wciąż nie jest zwyczajem (rozczulają mnie te promocje typu "dziś gotówka albo stówka"), o tyle w firmach chwilówkowych jest to już program obowiązkowy (jedynym ograniczeniem są przerwy działania bankowego systemu Elixir do przesyłania przelewów weryfikacyjnych). Oferta firm chwilówkowych jest też, co by nie mówić, bardziej przejrzysta. Klient płaci określoną prowizję i z góry wie ile będzie go kosztowało np. 500 zł szybkiej pożyczki. Chwilówkowicze zaczynają też doceniać klientów za lojalność, w czym banki jeszcze nie zawsze są perfekcyjne.

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ W YOUTUBE. Jak wycisnąć z banku jak najwyższe odsetki? I w których bankach klienci już dopłacają do swoich oszczędności? Zapraszam do wspólnego wyciskania. Przy okazji poznajcie Karola :-)

      Oczywiście bankom doskwiera sytuacja na rynku pożyczkowym, dlatego starają się z firmami chwilówkowymi powalczyć. Co prawda trudno im pokonać własną naturę - gdy chwilówkę pod marką "Mikropożyczka" wprowadził do oferty Bank Smart to wymiękłem przy wypełnianiu formularzy, a potem jeszcze system odesłał mnie z kwitkiem - ale prób przygotowania produktu a la chwilówka jest coraz więcej. Ostatnio na ten rynek postanowił wejść Bank Pocztowy i zaoferował "Pożyczkę na poczcie", która nie jest oprocentowana, natomiast jej koszt wynosi zawsze 20% w formie prowizji, którą płaci się bankowi z góry i spłaca w ratach. Minimalnie można pożyczyć 300 zł, zaś maksymalnie 3000 zł. Najkrótsza pożyczka trwa miesiąc, a najdłuższa trzy kwartały. Co ciekawe, jej koszt jest taki sam, niezależnie od tego jak długo klient spłaca raty. I tak pożyczając 1000 zł trzeba spłacić 200 zł. Można to zrobić np. w ciągu dwóch miesięcy (wtedy rata wyniesie 600 zł) lub w ciągu np. ośmiu (rata miesięczna 150 zł). Z punktu widzenia klienta lepiej jest pożyczyć kasę na dłużej, bo wówczas koszt pożyczki rozkłada się na większą liczbę miesięcy i jest tańsza od chwilówki od przysłowiowego Vivusa.

      pozyczka_na_poczcie

      Kredyt z oprocentowaniem 0% i płatną z góry prowizją 20% oczywiście jest dużo droższą opcją, niż zwykły kredyt gotówkowy z banku np. na 20% w skali roku, przynajmniej z punktu widzenia krótkiego okresu kredytowania (żeby z 1000 zł pożyczonego na dziewięć miesięcy wycisnąć 200 zł odsetek bank musiałby obłożyć kredyt oprocentowaniem 47%). Tyle, że to nie ma być produkt dla klientów szybkiej pożyczki bankowej (zbyt krótki okres kredytowania, mała kwota, wysoka cena), lecz kontrpropozycja dla osób, które dziś idą po chwilówkę do firmy pożyczkowej. Patrząc na warunki cenowe i prostotę chwilówki z Banku Pocztowego można byłoby szybko dojść do wniosku, że to może być pierwszy produkt bankowy, który pobije na głowę Vivusy, Wongi, a nawet Providenty i inne firmy oferujące finansowanie na nieco dłuższy okres, niż miesiąc-dwa. Zwłaszcza, że Bank Pocztowy jest jednym z nielicznych, który ma sieć dystrybucji w każdej gminie, także "daleko od szosy". A więc tam, gdzie do tej pory rządziły tylko banki spółdzielcze, SKOK-i i właśnie firmy pożyczkowe.

      Czy kredyt gotówkowy może być autentycznie tani? Oni pokazali, że może

      Jest tylko jedno "ale". Chwilówka z Banku Pocztowego jest analogowa, a więc trzeba po nią przyjść osobiście na pocztę. To oczywiście jest do przeskoczenia, bo klientela firm pożyczkowych to nie tylko japiszony z wielkich miast, którzy zapożyczają się przez internet lub smartfona. Gorzej, że trzeba przyjść do banku lub na pocztę z zaświadczeniem o dochodach albo odcinkiem renty lub emerytury. To już oznacza "analogowość" do kwadratu. Przychodzenie do banku z zaświadczeniem o dochodach było właśnie tym, co powoduje, że setki tysięcy osób wolą zapłacić kilka razy więcej za chwilówkę od przysłowiowego Vivusa. Bank Pocztowy oczywiście może i powinien przekonywać klientów, że 20% zapłacone z góry za kilkumiesięczną pożyczkę to lepsza opcja na chwilówkę (o ile chwilówka w ogóle może być dobrą opcją :-)), niż gotówka przez internet kosztująca 15.20% w skali miesiąca. Pytanie tylko czy przekona do tego klientów "zarażonych" już cyfrowymi pożyczkami w firmach pozabankowych

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Poczta podgryza Vivusa i Wongę. Zapłać 20% prowizji i weź chwilówkę na jak długo chcesz :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 marca 2015 13:15
    • Sąd już niepotrzebny, by unieważnić zapis w umowie? UOKiK chce być jak detektyw i policjant

      Całkiem niedawno opisywałem wasze zaniepokojenie w związku z przygotowywanymi przez rząd zmianami w klauzulach abuzywnych. Projekt, który przesłaliście mi do recenzji, zakładał zmniejszenie liczby podmiotów uprawnionych do tego, by żądać uznania jakiejś klauzuli za abuzywną, a także precyzował, że abuzywność ma dotyczyć tylko tej umowy, wobec której została orzeczona. Okazuje się, że to już nieaktualne. Dowiedziałem się pokątnie - ale widzę, że piszą też o tym koledzy z "Dziennika Gazety Prawnej" - że jest już kolejny pomysł poukładania na nowo ochrony praw konsumenta, który co prawda nie został jeszcze ostatecznie "klepnięty" przez zainteresowane ministerstwa - nie mówiąc o całym rządzie - ale w mieście mówi się, że jest nieźle oceniany, więc może wejść "do użytku" jeszcze zanim spadną śniegi :-). O co w nim chodzi? Zmian w porównaniu z poprzednią wersją jest dużo i są dość fundamentalne.

      SĄD JUŻ NIEPOTRZEBNY, BY UNIEWAŻNIĆ ZAPIS W UMOWIE. Nowy pomysł kompletnie przewraca do góry nogami filozofię walki z klauzulami niedozwolonymi w umowach, które zawierają z nami banki i inne firmy. Dziś - przypomnijmy - daną klauzulę za niedozwoloną uznaje sąd, trafia ona do rejestru prowadzonego przez UOKiK i przestaje obowiązywać w danej umowie. Stan ten może być podstawą do ewentualnych roszczeń odszkodowawczych wysuwanych przez konsumentów. Istnieje spór prawny co do tego czy konsument może kwestionować inną umowę, w której jest taka sama lub bardzo podobna klauzula, jak ta zakwestionowana przez sąd. Powoduje to ogólny bajzel i mało kto przejmuje się klauzulami niedozwolonymi. Teraz ma być zupełnie na odwrót: to nie sąd, lecz UOKiK będzie orzekał abuzywność decyzją administracyjną. Firma dotknięta niekorzystnym orzeczeniem będzie się mogła odwołać do sądu. Znaczenie decyzji administracyjnej łatwiej będzie też rozszerzyć na inne firmy, stosujące w swoich umowach podobne zapisy..O ile bowiem wyrok sądu dotyczy konkretnej firmy - co oznacza, że każda inna może się oburzyć, iż nie powinna ponosić konsekwencji takiego wyroku, zwłaszcza jeśli nie brała udziału w postępowaniu i nie mogła się bronić - o tyle w nowym modelu UOKiK po prostu uzna dany zapis stosowany w umowach za niewiążący konsumentów. 

      UOKiK JAK DETEKTYW I POLICJANT. Nowa koncepcja zwiększa możliwości UOKiK-u w kwestii ścigania złych ludzi. Zarys projektu przewiduje, że UOKiK będzie miał możliwość czasowego zablokowania jakiejś reklamy, a nawet okresowego zakazu oferowania klientom jakichś usług. Będzie to się mogło dziać jeśli UOKiK uzna, iż jest prawdopodobne, że firma łamie prawo i wprowadza w błąd. To z jednej strony potężna broń (gdyby UOKiK miał ją w arsenale kilka lat temu, mógłby jednym ruchem skasować biznes Amber Gold i zakazać emisji jej bałamutnych i kłamliwych reklam), ale z drugiej - może być niebezpieczne, bo jeśli UOKiK się pomyli, to może jednym ruchem sprzątnąć z rynku jakąś innowacyjną firmę. Drugim "specjalnym" uprawnieniem UOKiK miałby być zakup kontrolowany. Urzędnik mógłby przejść się do firmy np. pożyczkowej i spróbować skorzystać z jej usług sprawdzając, czy pracownicy aby na pewno nie wprowadzają klientów w błąd. A jeśli wprowadzają - będzie można nałożyć kary. UOKiK miałby też możliwość emitowania darmowych ogłoszeń ostrzegających przed jakąś firmą. To też narzędzie typu "młotek", którego nieuzasadnione użycie przez urzędników powinno być surowo karane.

      POGLĄD W SPRAWIE, CZYLI PO STRONIE KLIENTA. Dużym problemem UOKiK jest dziś to, że w zasadzie nie może pomagać pojedynczym klientom. Może występować w obronie zbiorowych praw konsumenta, ale w obronie pojedynczego ludzika nie stanie. Nowa koncepcja zmian w ustawie o ochronie konkurencji i konsumentów ma to nieco zmienić, bo UOKiK pod jej rządami będzie mógł przynajmniej wysłać do sądu tzw. pogląd w sprawie, czyli swoje stanowisko w jakimś konkretnym sporze klient z np. instytucją finansową. Z punktu widzenia klienta możliwość uzyskania takiego dokumentu może być nieocenioną pomocą w sądzie, bo wiemy już, że sądy często z dużą estymą podchodzą do poglądów w sprawie wysyłanych przez Rzecznika Ubezpieczonych na prośbę klientów walczących z ubezpieczycielami. To niegłupi pomysł. Skoro już opłacamy tych urzędników z UOKiK, to jak czasami wyprodukują jakiś pogląd w konkretnej sprawie, nie będzie obciachu.

      JAK WYCISNĄĆ NAJWIĘCEJ  Z OSZCZĘDNOŚCI? A GDZIE DOSTANIESZ UJEMNE ODSETKI? Ujemne oprocentowanie pieniędzy zdarza się już nie tylko w Szwajcarii, można znaleźć je również w polskich bankach. Część z Was być może już z niego "korzysta". A jak mieć nie tylko dodatnie, ale i wysokie oprocentowanie pieniędzy? Które banki pod tym względem wybijają się ponad przeciętność? Aby to sprawdzić, poszedłem na siłownię. Z Karolem :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Sąd już niepotrzebny, by unieważnić zapis w umowie? UOKiK chce być jak detektyw i policjant”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 marca 2015 08:54
  • piątek, 20 marca 2015
    • Leszek Czarnecki chce się z nami podzielić swoim bankiem. Dobry pomysł? Zły pomysł?

      Od poniedziałku będziecie mogli zgłosić swój akces, by wstąpić w szeregi współwłaścicieli Idea Banku, jednego z najmłodszych "dzieci" Leszka Czarneckiego, człowieka zamieniającego w złoto niektóre rzeczy, których dotknie :-). To kolejna tego typu okazja po Alior Banku, który jesienią 2012 r. sprzedawał Wam akcje jako najszybciej rosnący pod względem liczby klientów bank w Polsce. Na akcjach Aliora inwestorzy nie stracili, jak widać na załączonym obrazku, ale tylko dlatego, że wcześniej ogłosili bunt i wymusili na zarządzie banku bardzo znaczące obniżenie ceny emisyjnej z 71 zł do 57 zł. Dziś Alior jest o 35% powyżej ceny debiutu giełdowego, co jest godnym uwagi wynikiem na tle ogólnej flauty panującej na warszawskiej giełdzie oraz nędznego oprocentowania depozytów, obligacji i wszystkiego, co obarczone niższym od akcji ryzykiem. Ale warto przypomnieć, że tylko 14.000 inwestorów indywidualnych skusiło się na akcje Aliora w ofercie publicznej i byli to wyłącznie prawdziwi twardziele (albo samobójcy), bo musieli zapisywać się po 71 zł, czyli cenie sprzed ogłoszenia "rabatu".

      alior_wycena

      IDEA BANK, CZYLI NA CZYM SIĘ ZARABIA? Czy na Idea Banku też będzie można dobrze zarobić? Co by nie mówić o dzieciach pana Leszka C. (bywają bardzo niegrzeczne dla klientów), jest to bank, który ma kilka zalet. Przede wszystkim tę, że jest w fazie szybkiego wzrostu, działając w dodatku w niszy, w której ma bardzo słabą konkurencję. Dość powiedzieć, że w zeszłym roku zarobił 240 mln zł, prawie dziesięć razy więcej, niż jeszcze w 2012 r. Na bardzo wysokim poziomie, nieosiągalnym dla większości "ustabilizowanych" banków jest wskaźnik ROE (zwrot z kapitału dla akcjonariuszy) - 21,5%. Bank nie jest już liliputem zebrał od klientów prawie 11 mld zł depozytów (80% z nich zasysa przez internet), ma też 7,2 mld zł kredytów. Portfel (w tej liczbie mieszczą się też umowy leasingowe za prawie 2 mld zł oraz 500 mln zł skupionych wierzytelności kredytowych) rośnie zresztą jak na drożdżach, bo rok wcześniej nie przekraczał 4,4 mld zł

      Bank ma nietypową strukturę przychodów: jest jedną z nielicznych instytucji finansowych, dla której równie ważnym, co odsetki źródłem dochodów są opłaty i prowizje. W zeszłym roku bank zarobił na prowizjach 331 mln zł, a na odsetkach 332 mln zł. Jest to oczywiście odzwierciedleniem sposobu jego działania: oferuje pozornie atrakcyjne (agresywny marketing), lecz w rzeczywistości potwornie drogie i obstawione produktami dodatkowymi kredyty dla małych firm (inna sprawa, że może sobie na to pozwolić, bo większość banków z nieskrywanym obrzydzeniem podchodzi do tej grupy klientów, uważając ją za zbyt trudną i ryzykowną do obsługiwania). Odbiciem bardzo wysokiej ceny kredytu jest przekraczająca 3,8% marża odsetkowa, charakterystyczna dla banków mających albo wielomilionowe rzesze klientów gwarantujących osad na ROR-ach, albo specjalizujących się w działalności consumer finance, czyli bardzo drogich pożyczkach. Lepszą wyciska tylko jeden bank w Polsce. Idea Bank zajmuje się w dużej części tą drugą działalnością, tyle że w segmencie osób prowadzących działalność gospodarczą.

      Drugim plusem - przynajmniej z punktu widzenia inwestora - jest to, że bank jest fajnie zdywersyfikowany jak chodzi o źródła dochodów. Poza działalnością stricte depozytowo-kredytową (71 placówek, w tym 10 pod marką Lions Bank) zarabia na leasingu i faktoringu (Idea Leasing, przejęty od niemieckiego banku VB Leasing oraz Idea Money), pośrednictwie finansowym (43 placówki Idea Expert), prowadzeniu księgowości dla klientów banku i zewnętrznych (63 biura Tax Care) oraz windykacji nie spłaconych długów (spółka GetBack, znana dobrze dłużnikom grupy Getin Banku). Trzecia zaleta to innowacyjność: pracuje tam kilku łebskich gości, którzy kombinują jak zbliżyć się do klienteli. Ostatnio Idea Bank wprowadził "chmurową" wersję swojej bankowości internetowej, nowy standard placówki bankowej w klimacie klubokawiarni, a w najbliższym czasie zamierza pilotażowo uruchomić np. wpłatomaty na kółkach. Jako jeden z pierwszych banków Idea wykorzystał screen-scraping w badaniu zdolności kredytowej klientów i chciał go też wykorzystać do błyskawicznego przenoszenia rachunków klientów, na co nie zgodziła się jednak Komisja Nadzoru Finansowego.

      ILE AKCJI NA SPRZEDAŻ I PO JAKIEJ CENIE? Leszek Czarnecki, głównie za pośrednictwem Getin Holding, kontroluje dziś 85% banku, ale po sprzedaży akcji jego udział znacząco się nie zmniejszy, bo będzie wynosił 65%. Emisja ma objąć do 20 mln nowych akcji, sprzedawanych w cenie maksymalnie 32 zł, a do tego 7 mln dorzucą do oferty dotychczasowi akcjonariusze, żeby "upłynnić" trochę pieniędzy z posiadanych akcji. Wśród nich prawie 2 mln papierów chciałby się pozbyć sam Leszek C. (co on zrobi z tymi 60 bańkami? :-))), zaś 132.000 papierów pragnie upłynnić z myślą o drobnych wydatkach Krzysztof Rosiński, prezes "zaprzyjaźnionego" Getin Banku. Obaj finansiści zanadto nie zbiednieją. Leszek Czarnecki po emisji będzie wciąż sam kontrolował 4,8 mln akcji (i znacznie więcej poprzez swoje spółki), zaś prezes Rosiński - 1,2 mln papierów. Pieniądze z emisji nowych akcji - niecałe 900 mln zł - mają pójść głównie na kapitał dający bankowi zdolność do udzielania nowych kredytów, zwiększenia skali działalności leasingowej i faktoringowej, ale zarząd banku nie wyklucza też przejęć innych instytucji. Wtedy ludzie od rysowania wykresów będą mieli przegwizdane, bo będzie trzeba coś dorysować to tego pięknego schematu :-)

      leszekczarneckiimperium1

      TO TANIO CZY DROGO? Szefowie Idea Banku zakładają, ze do inwestorów indywidualnych trafi maksymalnie 15% oferowanych akcji, więc tylko 130 mln zł. Czy warto stanąć w kolejce? Do namysłu macie tydzień, licząc od poniedziałku (zapisy kończą się 30 marca, dzień później poznamy cenę akcji). Patrząc przez pryzmat ceny maksymalnej trzeba głęboko westchnąć i powiedzieć, że tanio nie jest. Biorąc pod uwagę zeszłoroczne wyniki banku na każdą akcję przypada 2,75 zł zysku, co oznacza, że przy maksymalnej cenie wskaźnik C/Z (mówi ile złotych trzeba zapłacić za złotówkę zysku firmy) wyniesie 11,6. To cyferki porównywalne z PKO BP, którego C/Z wynosi 12,5, a - co by nie mówić - największy polski bank ma mocniejszą pozycję rynkową, mniej ryzykowny, wręcz "niezniszczalny" model biznesowy i wypłaca co roku sutą dywidendę. Choć na tle innych banków wycena Idea Banku przy maksymalnej cenie akcji wynosi nieco przyjaźniej. Bank Millennium, legitymujący się znacznie niższą rentownością ROE (11,6%) ma wskaźnik C/Z na poziomie 13,3. Z kolei mBank, jeden z najnowocześniejszych banków w Polsce cieszy się wskaźnikiem C/Z w okolicach 14,4. Alior - podobno jego pakiet kontrolny ma od Włochów przejąć francuski Societe Generale, czyli brzydsza twarz Piotra Adamczyka :-) - jest droższy od Idea Banku, patrząc przez pryzmat C/Z (ponad 18).

      GDZIE CZAI SIĘ RYZYKO? Oprócz tych wymienionych w prospekcie emisyjnym (lektura obowiązkowa) trzeba wymienić choćby to, że przyszłe tempo rozwoju Idea Banku jest jedną wielką zagadką. Dużo trudniej przewidzieć gdzie będzie się znajdował ten bank za 5 lat, niż np. w przypadku PKO BP. Banki w ogóle nie są ostatnio pieszczochami inwestorów. Z jednej strony cisną je regulacje (utrudnienia w sprzedaży ubezpieczeń do kredytów, obowiązkowy wkład własny przy kredytach hipotecznych, wyższa składka na Bankowy Fundusz Gwarancyjny), z drugiej strony w rentowność uderzają niskie stopy procentowe, konkurencja firm pożyczkowych i stosunkowo niski popyt na kredyty (skutek słabej koniunktury w gospodarczym otoczeniu Polski), a z trzeciej strony eksperci prognozują znaczny spadek dochodowości banków - niektórzy wieszczą, że do 2018 r. spadnie nawet o połowę - co będzie uderzać głównie w średniej wielkości banki nie mające dla siebie dobrej niszy. Jest też kwestia pozwów konsumenckich, których wysyp obserwujemy jako efekt "starych" grzechów banków. Ich potencjalne koszty są niezmierzone. Idea Bank należy jednak do najmłodszych instytucji finansowych, więc jego grzechy wynikają głównie z tego, że jest taki... jak by to ująć, żeby nikogo nie urazić? Hej do przodu? ;-). Bardzo lubi się z nami integrować :-).

      Nie da się ukryć, że bank działa w przyszłościowej, ale i dość ryzykownej niszy. Każde zachwianie rozwoju gospodarki może znacznie wpłynąć na spłacalność kredytów, a więc i na rentowność banku. Pytanie też czy w przeszłości będzie w stanie utrzymać taki poziom zdzierstwa jeśli chodzi o ceny kredytów. Czy pojawi się konkurencja z prawdziwego zdarzenia i groźniejsi rywale, niż np. BIZ Bank? Idea Bank jest w okresie dynamicznego wzrostu portfela kredytowego. Test jego jakości nadejdzie dopiero za kilka lat, gdy nowych kredytów bank będzie "dosypywał" do portfela coraz mniej, a stare zaczną się psuć (trudno określić w jakim stopniu). Na razie wskaźnik NPL, czyli kredytów nie spłacanych w terminie, wynosi 6,6%, czyli - biorąc pod uwagę charakter działalności banku - jest niski. Ale tak nie musi być zawsze (i prawdopodobnie nie będzie). Trzeba się też liczyć z tym, że dotychczasowi akcjonariusze będą sprzedawali akcje banku (nałożona na nich blokada wynosi 12-18 miesięcy).

      W najbliższym czasie musicie też zapomnieć o dywidendzie - bank nie chce jej wypłacać ani za zyski w 2015 r., ani w 2016 r. Dopiero po tym okresie deklaruje przeznaczenie na nią 50% zysku. O ile sytuacja finansowa banku na to pozwoli. No i - co by nie mówić - kupując akcje Idea Banku będziecie jakoś-tam uzależnieni od losów Leszka Czarneckiego. Gdyby biznesowo powinęła mu się noga, jego banki mogą to odczuć w najróżniejszy sposób. Reasumując: wyjściową cenę akcji trudno uznać za okazyjnie niską - zwłaszcza biorąc pod uwagę profil działania banku oraz dalekie widoki na dywidendę - ale nie można powiedzieć, że jest to rozbój w biały dzień. Jeśli Idea Bank przez rok-dwa pokaże solidny wzrost zysków, to wycena akcji banku zaproponowana przez zarząd i obecnych akcjonariuszy - nie więcej, niż 32 zł - powinna dać szansę na zarobek. Pytanie czy Idea Bank nie ma już za sobą głównej - a w każdym razie tej "najłatwiejszej" - części wzrostu. Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2500 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 300.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 27.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ MA WIZJĘ. Możecie mnie spotkać nie tylko w internecie oraz na papierze, ale też na szklanym ekranie. Subiektywność jest tu wielopłaszczyznowa :-). Wieczorem najczęściej mówię o mrocznych zagadkach SKOK-ów ;-). Zamieszanie wokół wielomilionowego majątku, który został przetransferowany z fundacji będącej rdzeniem systemu SKOK do prywatnej spółki, jest wnikliwie omawiane w największych serwisach informacyjnych. Ostatnio miałem okazję powiedzieć na ten temat kilka zdań w wieczornej "Panoramie" w TVP 2 oraz z Wiadomościach TVP.

      skokpanorama1003

      tvpwiadomskok

      Dłuższą pogawędkę dotyczącą SKOK-ów i tego jak system spółdzielczych kas został zorganizowany, uciąłem sobie w programie "Minęła 20" w towarzystwie m.in.mojej redakcyjnej koleżanki, Bianki Mikołajewskiej, również doświadczonej w bojach o lepsze jutro SKOK-ów. Byli z nami również politycy, więc było dość ciepło :-)

       TVPminela201

      Subiektywność jest też dla ludzi :-). Dlatego pojawiłem się w programie TVN 24 BiŚ "Biznes jest dla ludzi". Miałem tam okazję zastanawiać się, wspólnie z Pawłem Blajerem, jakie będą konsekwencje obniżki stóp procentowych dla naszych klientowskich portfeli. Nie tylko te pozytywne. Zapraszam do obejrzenia zapisu z tej rozmowy

      tvnbisstopysam1

      Od czasu do czasu opowiadam o pieniądzach w programie "Świat się kręci" w TVP1. Tym razem, wspólnie z Mariuszem Sokołowskim z Policji naświetlaliśmy temat bezpieczeństwa naszych kart płatniczych. W jaki sposób trzeba się zachowywać przy bankomacie, żeby nie dać się okraść złodziejom, tzw. skimmerom? Zapraszam do obejrzenia zapisu rozmowy w "Świat się kręci" 

      swiatseikrecibakomaty2

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Leszek Czarnecki chce się z nami podzielić swoim bankiem. Dobry pomysł? Zły pomysł?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 20 marca 2015 10:22

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line