Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 16 września 2014
    • Idealny bank dla hedonisty? Dostaniesz 60 zł miesięcznie jeśli... zrobisz sobie dobrze ;-)

      Wprawdzie banki nie są już tak hojne, jak kiedyś w płaceniu klientom za aktywność - głównie z powodu obniżonych administracyjnie prowizji od naszych transakcji kartowych - ale mimo wszystko wciąż nie brakuje ofert tzw. money-backu. Aby policzyć banki, które je proponują, wciąż potrzeba palców od obu rąk. Co prawda nie są to już takie bezwarunkowe i beztroskie zwroty, jak kiedyś - dziś banki zwracają klientom mniejszą część wydatków i wymagają w zamian sowitych wpływów na konto, wykonywania licznych transakcji lub przyciągania do banku nowych klientów lub oddają pieniądze tylko za niektóre wydatki - ale z całą pewnością wieści o śmierci money-backu są grubo przesadzone. Ciekawą odsłonę takiego programu premiowego przedstawił właśnie Eurobank, który pracowicie ociepla swój wizerunek za pomocą pewnego aktora specjalizującego się w graniu Karolów ;-). Rzecz nazywa się "Rodzina i Przyjaciele". Klienci Eurobanku będą mogli dostać aż 5% zwrotu za niektóre wydatki, rocznie do wyjęcia będzie aż 720 zł. To właściwie połączenie programu money-back z zaproszeniem do afiliacji., bo każdy posiadacz kont Online lub Prestiż może sam przystąpić do programu oraz zaprosić do niego cztery wybrane przez siebie osoby.

      Jakie wydatki będą premiowane 5%-owym zwrotem? Nie da się tu zarobić ani kupując bułki w supermarkecie, ani tankując auto na stacji benzynowej, ani kupując w aptece leki na korzonki. Eurobank płaci tylko za wydatki na spędzanie wolnego czasu oraz różnego rodzaju hedonizm. Im bardziej zrobisz sobie dobrze, tym więcej dostaniesz kasy z powrotem ;-). A więc oddadzą 5% za bilety lotnicze, bilety kolejowe lub autobusowe (spryciarze wyłączyli jednak linie lokalne lub podmiejskie), za wydatki w wypożyczalniach samochodów, w hotelach, SPA, biurach podróży. Zaoszczędzić można płacąc kartami Eurobanku w restauracjach, kawiarniach, barach i pubach, a nawet w fast-foodach (dziwne...), tudzież w klubach muzycznych (ciekawe co z klubami nocnymi, ta kategoria wydatków chyba niekoniecznie podchodzi pod "kluby muzyczne", a przecież jeśli już premiujemy hedonizm, to na całego). W programie są też wydatki na kulturalne spędzanie czasu w kinie, teatrze, muzeach, a także (mon Dieu!) w operze lub w filharmonii. Poza tym w Eurobanku oszczędzamy na zakupach w sklepach sportowych i rowerowych, na basenach i w aquaparkach, kręgielniach, klubach bilardowych oraz w salonach fitness i klubach sportowych. Niestety, maksymalny zwrot nie może przekroczyć 60 zł miesięcznie.

      Za takie ustawienie programu premiowego w Eurobanku mają u mnie jednego plusa i jednego minusa. Plus jest za to, że wreszcie ktoś pomyślał o tym, iżby bank kojarzył się z premiowaniem rzeczy przyjemnych, a nie tylko obowiązkowych, jak płacenie rachunku w sklepie spożywczym. To jest zresztą pewien nowy trend w polskiej bankowości - w banku BPH od pewnego czasu obowiązuje podpięty do konta "Lubię to!" program premiujący wydatki w kinach, teatrach, księgarniach oraz restauracjach i kawiarniach (tu też zwrot jest 5-procentowy, ale tylko 30 zł miesięcznie). W banku BNP Paribas można sobie wybrać kategorię wydatków, która będzie objęta programem oney-back, a wydatki na sport, kulturę i miłe spędzanie czasu są jedną z opcji do wyboru. Płacenie mi za to, że założyłem konto, że przelewam na nie pieniądze, że płacę z tego konta rachunki, że używam karty płatniczej - to wszystko już zgrane, a w Eurobanku, BPH, czy BNP Paribas (ten bank miał zresztą swego czasu świetny pomysł na sportową kartę kredytową) widzę powiew świeżości. Minus tej sytuacji polega na tym, że znacznie łatwiej "wykręcić" odpowiednio wysokie obroty kartą płacąc w supermarkecie, niż spędzając czas w restauracji, na basenie, albo w hotelu. A więc: bank może zaoferować dowolnie wysoki money-back (nawet i 5%), bo i tak mało którego klienta będzie stać na to, żeby w pełni skorzystać ze zwrotu.

      Pomysł Eurobanku pt. "Rodzina i Przyjaciele" ma kilka cech, które mi się podobają. Po pierwsze: nie jest ograniczony do nowych klientów, może przystąpić do niego każdy posiadacz konta Online lub konta Prestiż. To miło, że bank nie dyskryminuje tych klientów, którzy z nim są. Po drugie: nie ma restrykcji dotyczących liczby wprowadzanych do programu klientów (tych, którym polecamy ROR). Niezależnie od tego, czy wprowadzimy jedną osobę, czy cztery - korzyści z uczestnictwa są takie same (możemy też nie wprowadzać nikogo). Po trzecie: wprowadzane osoby przez cały czas uczestnictwa w programie nie płacą za ROR w Eurobanku. To ważne, bo eurobankowa taryfa przewiduje, że konto Online kosztuje miesięcznie 9 zł, zaś Preztiż - aż 21 zł. Warunki zwolnienia z opłat nie są zbyt liberalne (np. w ramach konta Online trzeba mieć 1500 zł wpływów, spłacać kredyt lub mieć kartę kredytową i zapłacić nią trzy rachunki miesięcznie), więc gdyby osoby, którym ROR jest polecany, miały podlegać tym zasadom, to 90% z nich by się nie zdecydowała, by skorzystać z polecenia. W Eurobanku przytomnie zrezygnowali z opłaty, dzięki czemu zwielokrotnili szansę na to, że za relatywnie niewielkie pieniądze (kampania reklamowa plus money-back) ruszy im szybko sprzedaż nowych kont osobistych.

      Żaden z obecnych klientów banku nie będzie miał oporów, żeby polecać konto, bo: a) to obiektywnie rzecz biorąc nie jest zły ROR (przelewy internetowe gratis, wszystkie bankomaty w kraju gratis, tanie wypłaty z bankomatów za granicą, po 5 zł za sztukę), b) nikt nie będzie się czuł jak akwizytor, który zarabia na polecaniu, bo dzieli się tylko korzyściami, które sam ma. Z kolei przyjmujący ofertę nie będzie się bał, że wpuszcza się w jakieś koszty. Jest tylko jeden haczyk - opłata za kartę, z której nowi klienci nie będą zwolnieni, a która wynosi 3,45-3,95 zł. Aby jej nie płacić, trzeba wykręcić debetówką 200 zł miesięcznego obrotu. Niby niedużo, ale jest to pewna mała rysa na eurobankowym programie. Tym niemniej eurobankowy eksperyment pokaże jak duży jest potencjał pozyskiwania klientów poprzez polecenia, ale nie w tradycyjnym systemie, w którym polecający dostaje pieniądze, lecz w "społecznościowym", w którym dzieli się korzyścią, którą sam ma. Tylko czy klienci Eurobanku będą aż tak szczęśliwi z uczestnictwa w programie, że będą polecać bank z czystej dobroci serca?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Idealny bank dla hedonisty? Dostaniesz 60 zł miesięcznie jeśli... zrobisz sobie dobrze ;-)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 września 2014 09:41
  • poniedziałek, 15 września 2014
    • Nowy ROR kusi dożywotnim zerem i... rabatem na wysyłanie paczek pocztowych. Zaskoczy?

      Bank Pocztowy to wciąż niewielki gracz na polskim rynku (ma raptem milion prowadzonych ROR-ów), ale raz na jakiś czas udaje mu się mocno zamieszać w głowach klientów. Jego główny atut to sieć placówek Poczty Polskiej, w której można sprzedawać konta, karty i ubezpieczenia. Dwa lata temu Bankowi Pocztowemu udało się nawet wskoczyć do trójki banków najszybciej pozyskujących nowych klientów. Sęk w tym, że pocztowcy sprzedaży usług bankowych wciąż się uczą (i, szczerze pisząc, wychodzi im to dość koślawo), zaś sam Bank Pocztowy zyskał sobie opinię instytucji finansowej przeznaczonej dla osób starszych, nieubankowionych, niechętnie używających kart.  Stereotyp pogłębiały kampanie reklamowe, które przypominały kolejne odcinki przaśnej telenoweli o "Złotopolskich". Nic dziwnego, że żar napływu nowych klientów wygasł i teraz szefowie Banku Pocztowego muszą coś zrobić, żeby znów go wzniecić. Antidotum na całe zło ma być nowy ROR, którym bank chce  przebić się do czołówek rankingów, dotrzeć do bardziej wymagających klientów i w ciągu trzech najbliższych lat pozyskać pół miliona klientów.

      Rzecz nazywa się "Pocztowe Konto Zawsze Darmowe" i wykorzystuje patent, który wcześniej zastosował już Alior Bank przy "Koncie Wyższej Jakości" oraz kredycie gotówkowym. Chodzi o gwarancję stałej ceny - Bank Pocztowy gwarantuje, że jego konto będzie zawsze i bezwarunkowo darmowe. Nowy ROR ma zastąpić w ofercie banku "Pocztowe Konto Standard", które za darmo było tylko wtedy, gdy klient: a) zamówił do niego kartę debetową i b) zapłacił nią miesięcznie w sklepie za 300 zł. Gwarancja związana z "Pocztowym Kontem Zawsze Darmowym" jest oczywiście miła, ale i tu można się nadziać na opłatę za kartę debetową (5 zł miesięcznie w przypadku braku transakcji w sklepach o wartości 300 zł). Tyle, że w nowym koncie łatwiej jej uniknąć, bo bank już nie nakłada obowiązku posiadania plastiku, by ROR był za darmo. A zmiany na gorsze? Posiadacze nowego konta nie będą mogli już za darmo przelewać pieniędzy w placówkach poczty - prowizja wyniesie 2,5 zł.  Na osłodę bank obniża opłatę za przelew u konsultanta telefonicznego - ma kosztować 1,5 zł (w koncie standardowym było to aż 5 zł). W gratisie będą oczywiście przelewy przez internet.

      Widać więc, że z jednej strony bank kusi klientów gwarancją darmowości, ale z drugiej przestaje dotować wykonywanie operacji w placówkach. Do konta będzie można dokupić za 5 zł miesięcznie wypłaty ze wszystkich bankomatów bez prowizji oraz dostawę gotówki za pośrednictwem listonosza (za 1,5% wartości "dostawy", nie mniej, niż 5 zł). Czy taka rekalibracja wystarczy, by mówić o nowej jakości? Raczej nie, chociaż nie ulega wątpliwości, że rezygnacja z opłaty za ROR w "Pocztowym Koncie Zawsze Darmowym" powoduje, że staje się ono bardziej konkurencyjne na tle ROR-ów w innych bankach. W Alior Banku, żeby wszystko było za darmo trzeba zapewnić wpływ 2500 zł lub zapłacić kartą 700 zł. We flagowym koncie "Godnym Polecenia" w BZ WBK karta zawsze kosztuje 1 zł, a w Getinie nawet po rabacie - 2,99 zł. Bank Pocztowy oferuje też bardziej liberalne warunki darmowości, niż PKO BP w "Koncie za zero" - tam wymagany jest wpływ 1500 zł i zakupy kartą 250 zł miesięcznie. Nie przebija chyba tylko Banku Millennium (a konkretnie "Konta 360o", które reklamuje ostatnio pewien popularny bloger).

      Ale czy nieco liberalniejsze warunki zerowania rachunku za konto i kartę przeciągną do pocztowego banku pół miliona klientów? Cóż, obawiam się, że potrzebny byłby mocniejszy wyróżnik, niż dożywotnia gwarancja braku prowizji za konto (zwłaszcza, że jednocześnie bank nie chce gwarantować bezwarunkowego zera za kartę). Choć trzeba zauważyć, że Bank Pocztowy dokłada do "Pocztowego Konta Zawsze Darmowego" nietypowy program lojalnościowy - kto zapewnia stałe wpływy na ROR, może dostać do 10% zwrotu na usługi pocztowe - znaczki pocztowe, czy wysyłanie listów lub paczek. Niestety, wartość zwrotu jest ograniczona do 10 zł miesięcznie, a zwrot "do 10%" sugeruje, że w przypadku najbardziej rozchwytywanych usług pocztowych zniżka może być mniejsza. Nota bene opisywałem już kiedyś podobną promocję przygotowaną przez Bank Pocztowy na święta. Jeśli Bank Pocztowy chce się stać bankiem masowym i walczyć z wizerunkiem banku dla emeryta i klienta "nieplastikowego", to musi pomyśleć o dorzuceniu do swojego ROR-u kolejnych usług odróżniających ten ROR od innych (może jakiś odpowiednio sprofilowany pod niekoniecznie wielkomiejskiego klienta program assistance, albo nietypowy program systematycznego oszczędzania w stylu tego PKO-wskiego?). Możliwość tańszego kupowania znaczków i wysyłania paczek oraz dostarczenie gotówki przez listonosza, jak również nowy design kart do konta (patrz niżej) to niezły punkt wyjścia, ale czekam na więcej.  

      pocztowykarty

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy ROR kusi dożywotnim zerem i... rabatem na wysyłanie paczek pocztowych. Zaskoczy?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 18:17
    • Tego jeszcze nie było. Wpłatomat na kółkach, który... zamówisz przez internet. Gratis!

      Idea Bank w ostatnim czasie stawiał na innowacje, oferując np. kredyty przez internet z opcją ściągania danych do badania wiarygodności płatniczej przez internetowego robaka. Idea chce też przebić mBank, Aliora i inne nowoczesne banki pod względem funkcjonalności i ergonomii ROR-u. Ale usługa, którą pilotażowo zamierza teraz - a konkretnie już za kilka, kilkanaście dni - zaoferować Idea Bank klientom z Warszawy, Poznania i Elbląga, to coś w rodzaju mobilnego wpłatomatu na kółkach. Klienci, właściciele małych firm, będą mogli zamówić takie niezwykle wyposażone auto, żeby wpłacić utarg. Ideabankowcom wyszło w badaniach, że ponad 80% małych przedsiębiorców ma problem z zagospodarowaniem gotówki z utargu, w związku z tym wożą ją do banku pod pazuchą. Ani to bezpieczne, ani wygodne, ale im mniejszy punkt handlowy lub usługowy, tym rzadziej przyjmuje płatności kartą (kwestia kosztów i uwiązania umowami zobowiązującymi do generowania określonych obrotów kartami). Im mniej obrotu bezgotówkowego, tym więcej gotówki z utargu i tym większy problem z jej bezpiecznym przerzuceniem do banku. Stąd pomysł na bankowozy, które o wskazanej godzinie podjadą do klienta i dadzą mu możliwość wpłaty gotówki.

      Najciekawsze jest to, że usługa ma być darmowa (lub, jak kto woli, wliczona w ceny innych usług, świadczonych danemu klientowi przez bank). Swoje koszty bank chce zmniejszać poprzez wykorzystanie specjalnej aplikacji, którą dostarcza firma iTaxi, internetowa korporacja taksówkowa, znana być może niektórym z Was. Zbudowną przez iTaxi aplikację chętni klienci będą sobie ściągać na smartfona i z jej pomocą zgłaszać zapotrzebowanie na mobilny wpłatomat. A po stronie banku aplikacja będzie tak planowała przejazdy bankowozu, by było jak najbardziej ekonomicznie. Przyznacie, że to brzmi nieźle - takie gotówkowe assistance dla klientów, dodawane w dodatku gratis, może być dużym atutem banku, który uchodzi za bardzo drogiego kredytodawcę. Choć usługa jest dopiero na etapie pilotażu, to w Idea Banku są przekonani, że jej wdrożenie na terenie całego kraju jest tylko kwestią czasu. Na razie bankowozy będą tylko trzy i obejmą swoimi usługami centra trzech miast (nawet nie całe miasta). Sam jestem ciekaw jakie będzie zapotrzebowanie klientów na tę niecodzienną usługę (aplikacja do zamawiania mobilnego wpłatomatu będzie dostępna dla każdego klienta, ale aktywować ją będzie można tylko na obszarze pilotażowym).

      Jeśli rozumiem dobrze koncept banku, celem jest zaprezentowanie usługi, która będzie nie tylko ułatwiała życie obecnym klientom, ale przede wszystkim spowoduje napływ nowych klientów, którzy też będą chcieli być tak "zaopiekowani". I jako sposób na akwizycję klientów pomysł z bankowozami rzeczywiście może się udać. Jeśli na jednego obsłużonego przez mobilny wpłatomat klienta przypadnie kilku nowo pozyskanych, to Idea Bank będzie "do przodu". Jednak z potencjalnym rozszerzeniem usługi wiąże się moja najpoważniejsza wątpliwość - na małą skalę można tego typu usługi oferować gratis, trzymając w ryzach koszty, ale przy większej skali może to być trudne lub wręcz niemożliwe. Utrzymywanie kilkunastu bankwozów, będących w ciągłym ruchu i przemierzających dziennie setki kilometrów, musiałoby niemało kosztować (koszty kierowców, paliwa, amortyzacja samochodów). Oczywiście bank mógłby te koszty przerzucić na klientów, ale to z kolei ucięłoby "innowacyjność" i atrakcyjność usługi. I tu chyba tkwi główne ograniczenie ideabankowej innowacji - ten model biznesowy niekoniecznie musi równie dobrze działać w dużej skali, co w małej.

      Chyba, że... bank rozwinie projekt i oprócz mobilnego wpłatomatu w bankowozie znajdzie się automat do udzielania kredytów obrotowych, czy prywatny doradca bankowy. Byłaby to niecodzienna odmiana private bankingu dla małych firm. Być może docelowo mogłaby nawet w dużej mierze zastąpić sieć placówek? No, ale wtedy to musiałyby być bankowe limuzyny, a nie zwykłe furgonetki. A Idea Bank musiałby się przerobić na "bank na kółkach" (nie mylić z cyrkiem na kółkach). Cóż, w dobie bankowości internetowej, telekonferencji i załatwiania wszystkich ważnych spraw zdalnie nie widzę zbyt wielu zastosowań dla takiego bankowozu. Dostarczana za darmo usługa odbierania gotówki na pewno jest ciekawym pomysłem, ale jej wprowadzenie w skali całego banku będzie trudniejsze, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Na najbardziej atrakcyjnych dla banku lokalnych rynkach przejściowo może to być ciekawa forma pozyskiwania nowych klientów, na której mimochodem będą korzystali ci, którzy już konto w Idea Banku mają. A darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, nieprawdaż? ;-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Tego jeszcze nie było. Wpłatomat na kółkach, który... zamówisz przez internet. Gratis!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 września 2014 08:07
  • piątek, 12 września 2014
    • Kosztowny monopol na grillowanie, czyli mBank wydaje klientów na pastwę... Axy ;-)

      W bardzo ciekawą stronę pomyka ostatnio rozwój polskiego rynku bankowego. Banki coraz odważniej przekształcają się z jednej strony w dostawców technologii i produktów dla innych biznesów (np. oferują usługi bankowe operatorom telekomunikacyjnym w ramach swego rodzaju "white label", czyli pod marką tychże telekomów), a z drugiej strony stają się sieciami sprzedaży dla innych biznesów, biorąc od nich prowizję za dostęp do portfeli milionów własnych klientów. Przykładem tego drugiego trendu jest ujawniona w piątek sprzedaż spółki BRE Ubezpieczenia przez mBank. Cała firma, wraz ze wszystkimi klientami i ich polisami, trafia w ręce francuskiej Axy. Ta ostatnia za przejęcie obecnej bazy klientów i możliwość sprzedawania klientom mBanku polis w przyszłości zapłaci astronomiczne 570 mln zł plus procent od sprzedaży. Co to oznacza? W mBanku najwyraźniej zorientowali się, że trzeba coś zmienić w modelu bancassurance, by wycisnąć z niego jeszcze więcej korzyści. I warto w tym celu dać komuś wyłączność, żeby wyciskał najbardziej fachowo, jak się da.

      Jak pewnie wiecie, BRE Ubezpieczenia sprzedawały do tej pory polisy różnych firm ubezpieczeniowych - podróżne, życiowe, zdrowotne - i dokładały je do kont, kart, kredytów. To był taki swoisty supermarket, w którym na półkach stały sobie różne ubezpieczenia. A klient wybierał dla siebie najlepsze, płacąc wynegocjowaną przez BRE Ubezpieczenia składkę, którą spółka bankowa dzieliła się z "producentem" polis, czyli np. Benefią, czy Axą. W ten sposób prawie pół miliona posiadaczy ROR-ów i kredytów w mBanku stalo się posiadaczami jakiegoś produktu ubezpieczeniowego. Teraz na mBankowej półce nie będzie już produktów różnych marek ubezpieczeniowych, a mBank przestanie się zajmować problemem pt. "jak przekonać klientów, że naprawdę potrzebuje jednego z tych ubezpieczeń". Ten problem teraz staje się zgryzotą Axy, która zapłaciła ogromne pieniądze za to, żeby mieć możliwość "uproduktowienia" 3,8 mln klientów mBanku w najróżniejsze ubezpieczenia. mBank zajmie się tylko liczeniem prowizji od sprzedaży (no, może w oparciu o swoją wiedzę o klientach pomoże szefom Axy ustalić który klient nadaje się do "ubrania" w polisę życiową, który w mieszkaniową, a który w podróżną.

      Czytaj: Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem

      Najbardziej wygrany jest tu oczywiście mBank, bo dostaje z góry ponad pół miliarda złotych, podczas gdy dotychczas musiał o te pieniądze walczyć, wydzierając prowizje różnym ubezpieczycielom i martwiąc się, żeby klienci daną polisę kupili. Być może wygra też Axa, bo mieć wyłączny dostęp do 3,8 mln klientów to dla każdego ubezpieczyciela (no, może poza PZU) gigantyczna szansa. Jeśli tylko co czwarty z tych klientów kupi jakąś polisę, to Axa będzie miała prawie o milion klientów więcej i nie będzie ich musiała szukać "na mieście", bo dostanie ich na tacy od mBanku. Oczywiście: o ile zaoferuje właściwe produkty właściwym klientom, zrobi to we właściwym czasie i za właściwą cenę. Tylko tyle i aż tyle. Ale Axa to jeden z kilku największych na świecie koncernów ubezpieczeniowych, na całym świecie ma podpisanych ponad 100 takich umów z bankami, więc pewnie wie co robi. Przypis składki w założeniach ma Francuzom zrekompensować wydatek na "haracz" zapłacony z góry mBankowi.

      A jaki będzie bilans tej zmiany dla klientów mBanku? Trudno powiedzieć: z jednej strony będą mieli mniejszy wybór ubezpieczeń (choć nie do końca, bo mBank rzadko kiedy wpuszczał do swojego "sklepiku" podobne ubezpieczenia różnych dostawców), z drugiej strony po drugiej stronie znajdzie się zdeterminowany ubezpieczyciel, który zapłacił za możliwość współpracy z klientami mBanku tak ogromne pieniądze, że nie wyjdzie dopóki czegoś ci nie sprzeda. Zapowiada się więc niezłe grillowanko. Ale z trzeciej strony nie można wykluczyć, że Axa zaoferuje dla klientów mBanku specjalne produkty i specjalne ceny. Co innego wchodzić do mBanku z dobiegu, jako jeden z wielu kooperantów, a co innego mieć wyłączność na obsługę 3,8 mln klientów. W tym drugim przypadku bardziej opłaci się spiąć pośladki. Jeśli więc francuskie pośladki okażą się dobrze napięte, to być może klienci nie będą wystawieni na grillowanie, bo oferta będzie nie taka wcale zła, mimo że będzie pochodziła od "monopolisty" (bo mBank w zamian za górę forsy z góry obiecał, że przez co najmniej 10 lat nikogo innego do swoich klientów nie dopuści). Z punktu widzenia pół miliona klientów, którzy już mają polisy zakupione w mBanku, zmienia się niewiele. Ewentualne odszkodowania lub świadczenia wypłaci im już Axa. A jak umowa się skończy, to z propozycją jej przedłużenia też przyjdzie już akcja, a nie żadna, za przeproszeniem, Benefia, czy inny Allianz Direct ;-).

      Jedno jest dla mnie pewne - tego typu umowy będą niedługo w polskiej bankowości chlebem powszednim. Skoro nawet mBank wyleczył się z oferowania klientom szerokiego wyboru i produktów ubezpieczeniowych, pochodzących od licznych dostawców, to znaczy, że dla "demokracji" i rządów klienta nie ma już ratunku. Dziś banki będą sprzedawały Was, drodzy czytelnicy, na wyłączność. Kto więcej zapłaci z góry za tę wyłączność, dostanie w prezencie kilka milionów klientów do obróbki skrawaniem ;-). Poza kupowaniem dostępu do klientów (np. od telekomów) oraz sprzedawaniem tegoż (np. ubezpieczycielom) banki będą w wolnych chwilach prowadziły zwykłą, nudną działalność bankową pod własną Ale nie dam sobie głowy uciąć, że w przyszłości to będzie dominująca pozycja w ich przychodach ;-). Jeśli czujesz się teraz, drogi czytelniku, jak worek kartofli, którym handlują sobie "na wyłączność" różni usługodawcy, to lepiej się do tego przyzwyczaj. Takie czasy idą ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Kosztowny monopol na grillowanie, czyli mBank wydaje klientów na pastwę... Axy ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 17:42
    • Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem. Idzie do nas rewolucja?

      Pojawienie się kilka lat temu w powszechnym użyciu technologii NFC, umożliwiającej płacenie zbliżeniowe, miało być przełomem, który szybko wyeliminuje z rynku karty płatnicze. No bo skoro można płacić zbliżeniem, to nie ma potrzeby, by przedmiot służący do płacenia był akurat kartą płatniczą. Czip z antenką można zamontować nawet w pluszowym misiu (co ostatnio pokazał nota bene bank PKO BP przy okazji kart pre-paid dla dzieci). A przede wszystkim technologia NFC jest stosowana w smartfonach, a więc przedmiotach, z którymi jeszcze bardziej się nie rozstajemy, niż z portfelem. W smartfonach bywa bowiem zamknięte całe nasze życie - poczta, aplikacje użytkowe (parking, bilet), rozrywka, rozrywka, multimedia, kalendarz. Smartfon powinien więc błyskawicznie wyprzeć kartę płatniczą i stać się podstawowym sposobem płacenia. I to się, proszę Państwa, może wkrótce stać, dzięki kolejnej przełomowej technologii, HCE, umożliwiającej przeprowadzenie płatności w tzw. chmurze obliczeniowej.

      O co chodzi z tym HCE i dlaczego tak mnie ono rajcuje? Bo eliminuje jeden z najważniejszych czynników, które uniemożliwiały do tej pory zastąpienie telefonem karty płatniczej - czyli operatora telekomunikacyjnego. Do tej pory było tak: jeśli bank chciał wprowadzić dla swoich klientów płatności telefonem, to musiał zainstalować na karcie SIM swoje oprogramowanie. A więc dogadać się z telekomem. Telekom interes w przerobieniu smartfona na urządzenie płatnicze ma tylko wtedy, jak dostanie od banku za to kasę. Dużo kasy. Jakiś czas temu była nawet groźba, że telekomy zaczną kupować licencje bankowe i uruchomią własne banki, żeby nie być tylko udziałowcem całego interesu, lecz jedynym beneficjentem.. Technologia HCE sprawia, że proces płacenia da się przeprowadzić baz udziału czipa. Wystarczy telefon z dostępem do internetu (niekoniecznie ów dostęp musi być w czasie transakcji, wystarczy, że jest od czasu do czasu) i aplikacja płatnicza, która wysyła informacje do chmury obliczeniowej.

      Czytaj też: Nadzór bankowy zniechęcająco o płaceniu telefonem

      Skoro da się ominąć czip, to da się też ominąć telekom i uderzyć bezpośrednio do klienta i do jego smartfona. To dużo łatwiejsze, bo można udostępnić płatności mobilne od razu wszystkim klientom, a nie tylko tym, którzy mają abonament w sieci telekomunikacyjnej, z którą bank się dogadał. Nie da się ominąć innego problemu - kwestii jakości telefonu. Smartfony są coraz popularniejsze, ale wciąż mniej niż połowa z nas używa tych wyłącznie dotykowych, z dużymi ekranami i wypasionymi funkcjami, w tym z NFC. Ba, nawet nie wszystkie wypasione smartfony mają funkcję umożliwiającą płatności zbliżeniowe! Poza nowoczesnym telefonem i siecią akceptacji (wciąż nie wszystkie terminale płatnicze umożliwiają płacenie zbliżeniem - jest ich raptem nieco ponad połowa) potrzebny jest też nowoczesny klient, który da się namówić na zainstalowanie na swoim urządzeniu aplikacji płatniczej i da się przekonać, że to bezpieczne. A patrząc na opory, jakie duża część z nas wciąż ma w stosunku do płacenie zbliżeniem, przekonanie ludzi do nowej technologii HCE może nie być wcale takie łatwe. Ale może i tak łatwiejsze, niż przekonanie telekomów, by na rozsądnych warunkach udostępniły miejsce na czipie. Więcej o HCE: czytaj tutaj

      Czy nowa technologia, umożliwiająca płacenie smartfonem przez zbliżenie i pozwalająca omijać operatora telekomunikacyjnego sprawi, iż ten ostatni stanie się zbędnym ogniwem? A budowane przez największe polskie telekomy sojusze - T-Mobile z Sync, mBank z Orange - nagle staną się bez sensu? Niekoniecznie. Oczywiście, na niwie płatnościowej pozycja telekomu będzie znacznie słabsza, nie będzie mógł już dyktować żadnych warunków, bo do pośrednictwa w płatnościach telefonem w ogóle nie będzie potrzebny. Ale telekomy nadal mają w garści ogromny atut - dziesiątki milionów klientów, z których mogą wyłuskać najlepszych i "oddać" zaprzyjaźnionemu bankowi. Wojciech Sobieraj, prezesa Alior Banku, pytany podczas otwarcia spółki T-Mobile Usługi Bankowe o to, czy nie boi się, że bank będzie w tym sojuszu potrzebny tylko do czarnej roboty, powiedział, że nie widzi w tym żadnego problemu. On się zna na bankowości, a T-Mobile ma kilkanaście milionów klientów, którym tę bankowość można dostarczy, choćby na zasadzie white label, czyli działając w tle. Bank nie musi działać pod własną marką, żeby sprzedawać usługi finansowe, a pod względem bazy klientowskiej nawet największy bank nie może się równać ze średniej wielkości telekomem.

      A wracając do HCE: kiedy zobaczymy to cacko w Polsce? Pytałem o to niedawno szefów organizacji Visa w Polsce (ta organizacja jest największym ambasadorem HCE) i wygląda na to, że nastąpi to już niedługo. Latem Visa ogłosiła, że ruszyło pierwsze komercyjne wdrożenie płatności mobilnych opartych o technologię HCE w hiszpańskim wielkim banku BBVA. W czwartek dotarła informacja, że płacenie "w chmurze" pilotażowo wdraża słowacki bank VUB. Do nowinki są dopuszczeni klienci banku posiadający telefon z nową wersją systemu Android i wyposażone w technologię zbliżeniową NFC. Klienci muszą tylko ściągnąć stosowną aplikację ze sklepu Google Play i aktywować ją w systemie banku. Najprawdopodobniej następnym krajem, w którym banki umożliwią płacenie telefonem i rozliczanie transakcji "w chmurze", bez konieczności współpracy z operatorem telekomunikacyjnym, będzie Polska.

      "Po ogłoszeniu przez Visa, że specyfikacje są dostępne, duża grupa banków w Polsce podjęła rozmowy z organizacją na temat tego, w jaki sposób mogłyby wdrożyć zbliżeniowe płatności mobilne Visa w oparciu o chmurę i technologię HCE.Visa spodziewa się pierwszego wdrożenia w Polsce jeszcze w tym roku"

      - informowała już jakiś czas temu Visa. Ale przed wszystkimi uczestnikami tego przedsięwzięcia jeszcze daleka droga. Technologia HCE może być zastosowana tylko w telefonach z funkcją NFC oraz z najnowszym systemem Android. To na razie wyklucza z zabawy posiadaczy np. iPhone'ów, nie mówiąc już o urządzeniach np. marki Nokia. Nie jest więc też tak, że jak wejdzie HCE, to nagle plastikowe karty płatnicze przestaną nam być potrzebne. Choć z pewnością zbliżymy się do tego momentu bardziej, niż kiedykolwiek.

      HCE_technology

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank nie potrzebuje już telekomu, żeby oferować płacenie smartfonem. Idzie do nas rewolucja?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 12 września 2014 09:46
  • czwartek, 11 września 2014
    • Poznaj pięć przykazań speca od bezpieczeństwa pieniędzy online. Będzie bolało

      pe0909Dziś w "Pieniądzach Ekstra" (gdzie - to disclaimer dla tych, którzy znają mnie dopiero od niedawna - w każdy czwartek blog ma swoje szpalty konsumenckie) publikuję wywiad z jednym z najlepszych w kraju speców od bezpieczeństwa informatycznego, Michałem Kurkiem z firmy doradczej EY. Gdyby istniał jakiś urząd do walki z cyberprzestępcami, to ten gość pewnie by w nim pracował ;-). Ale może taki urząd powinien powstać, bo przecież dziś nikt już nie okrada bankowych skarbców, nie trzeba robić podkopów pod oddziały banków, żeby ograbić kogoś z kasy. Biorą się za to internetowi złodzieje, którzy szukają luk w przepływie bezgotówkowego pieniądza, albo w zabezpieczeniach transakcji i starają się w nakłonić klienta do nieświadomego współudziału w kradzieży jego własnych pieniędzy. Jest to coraz łatwiejsze, bo o ile do niedawna bankowaliśmy tylko przez komputer, nad którym da się jakoś zapanować, o tyle teraz do robienia przelewów lub autoryzowania transakcji używamy smartfonów, które są stale podpięte do internetu i ciągle pobierają jakieś dane. I które - dzięki ich onlajnowości - można próbować zainfekować lub przejąć nad nimi zdalnie kontrolę. I właśnie głównie o roli smartfonów w zabezpieczaniu i okradaniu nas z pieniędzy rozmawiałem z Michałem Kurkiem. Cały wywiad do przeczytania w serwisie Wyborcza.biz/pieniadzeekstra. A jako lekturę uzupełniającą przeczytajcie też dzisiejszy wpis w blogu poświęcony największym grzechom banków w zabezpieczaniu naszych pieniędzy. A teraz czas na najważniejsze wnioski z rozmowy z Michałem Kurkiem.

      JAK BEZPIECZNIE UŻYWAĆ BANKU W SMARTFONIE. To zestaw rad dla tych z Was, którzy mają w telefonie zainstalowaną aplikację bankową, a nie tylko używają smartfona do autoryzowania transakcji jednorazowymi kodami SMS. Po pierwsze: wprowadzamy hasło do telefonu (niezależnie, że jest też oddzielny PIN do aplikacji bankowej). Po drugie:sprawdzamy w serwisie bankowości elektronicznej limity kwotowe transakcji wykonywanych za pomocą smartfona. Powinny być niskie. Przy okazji sprawdzamy, że da się je zmienić za pomocą smartfona. Lepiej jest jeśli się nie da. Po trzecie: w telefonie, którego używamy do bankowania instalujemy jak najmniej innych aplikacji. Unikamy nieznanych stron internetowych i nie zgadzajmy się na zdalną instalację niepewnego oprogramowania. Po czwarte: aktualizujemy na bieżąco systemy operacyjne w swoim smartfonie. Wszystkie łatki, zalepiające dziury bezpieczeństwa, powinniśmy instalować na bieżąco. Po piąte: odłączamy od internetu telefon, gdy nie jest nam potrzebny. "Malware ma większe pole manewru, jeśli przez całą dobę mamy włączony telefon. Dla hakera, który chce przejąć kontrolę nad telefonem, to jest raj, bo ma non-stop dostęp do wszystkich informacji - a słyszałem już o złośliwym oprogramowaniu, które m.in. samo włącza kamerę i przekazuje obraz do przestępcy, nagrywa dźwięk... Dostęp do SMS-ów i kontaktów w telefonie to już nie jest jedyne zagrożenie" - mówi Kurek.

      GDZIE JEST PIĘTA ACHILLESOWA APLIKACJI MOBILNYCH? Michał Kurek mówi, że "kluczem bezpieczeństwa bankowości mobilnej jest silne uwierzytelnianie - czyli z użyciem minimum dwóch elementów autoryzujących. Idealna sytuacja to taka, w której musimy mieć coś (jakieś znane aplikacji urządzenie) i coś wiedzieć (znać jakieś hasło), żeby się dostać do aplikacji bankowości mobilnej. Jeśli możemy się do niej dostać używając po prostu telefonu i wbijając PIN, to trudno mówić o silnym uwierzytelnianiu. Tak samo jeśli zatwierdzamy transakcję SMS-em, który przychodzi na to samo urządzenie, z którego wykonujemy zlecenie". Krótko pisząc - kłopot z bankowaniem przez telefon polega na tym, że nie występuje tutaj połączenia danych pochodzących z dwóch niezależnych urządzeń przy wykonaniu transakcji - np. hasło i login z komputera i hasło jednorazowe przesyłane via smartfon. Jak mogłaby wyglądać taka dodatkowa autoryzacja? W niektórych bankach na Zachodzie do dodatkowego uwierzytelnienia wykorzystuje się np. dodatkową kartę przyznaną przez bank, którą trzeba przyłożyć do czytnika zbliżeniowego w telefonie. U nas niestety jest tylko PIN do aplikacji bankowej w smartfonie i SMS autoryzacyjny przychodzący na ten sam smartfon. Kurek nie uważa, że rozwiązaniem byłoby wprowadzenie biometrii. "Można sobie wyobrazić, że dodatkowym sposobem autoryzowania transakcji będzie układ naczyń krwionośnych, czy inne dane biometryczne. Ale linie papilarne, czy układ naczyń krwionośnych to identyfikatory, których nie da się zmienić. Wyciek takich danych z bazy za każdym razem oznacza więc nieodwracalne szkody"

      JAK WIRUS W KOMPUTERZE MOŻE ZARAZIĆ SMARTFONA. Używanie smartfona tylko do autoryzacji transakcji na podstawie SMS-ów z banku (czyli nie używanie aplikacji mobilnej, którą można przez telefon robić przelewy) jest tylko połowicznym zabezpieczeniem. Bo coraz więcej fraudów odbywa się w taki sposób, że ktoś przesyła nam wirusa do komputera, poznaje nasz login i hasło, a potem próbuje "znaleźć" smartfona, by także go zainfekować i przejąć hasło jednorazowe. Michał Kurek mówi w jaki sposób się to odbywa: "Jeśli mamy na komputerze mallware, który czyta i przekazuje złodziejowi to, co wpisujemy na klawiaturze - i tą drogą pozna nasz login i hasło - to prędzej czy później znajdzie też nasz numer telefonu. Albo wyczyta go z naszych danych kontaktowych do banku, znajdujących się w profilu konta, albo określi go na podstawie wysyłanych przez nas e-maili, albo po prostu wyłudzi na zasadzie phishingu. Mając login, hasło i numer telefonu złodziej musi jeszcze nakłonić nas do instalacji na tym smartfonie złośliwego kodu, który pozwoli mu przejąć kontrolę również nad tym urządzeniem. A potem wystarczy już tylko zlecić w naszym imieniu przelew i przejąć hasło autoryzacyjne, przesłane przez bank na nasz numer telefonu".

      michalkurekCO BANKI MOGŁYBY ZROBIĆ LEPIEJ? Przede wszystkim obstawiać aplikacje do bankowości mobilnej bardziej restrykcyjnymi wymaganiami dotyczącymi ich "otoczenia". Michał Kurek zna przypadki, gdy bank nie zabezpiecza aplikacji mobilnej przed użyciem jej na telefonie pozbawionym zabezpieczeń. "Niektórzy użytkownicy, aby móc np. ściągać aplikacje poza oficjalnymi sklepami, zmieniają konfigurację sprzętu w taki sposób, że każda aplikacja może sięgać do danych innych aplikacji. Z punktu widzenia bezpieczeństwa najlepiej byłoby, gdyby aplikacja bankowa, "widząc" zmianę konfiguracji telefonu informowała użytkownika, że nie będzie działała ze względu na zagrożenie bezpieczeństwa jego pieniędzy. Nie wszystkie banki godzą się, by stawiać klientom takie ograniczenia" - mówi Kurek. Banki powinny na bieżąco analizować listę kont i wykrywać konta tzw. "słupów", które mogą być użyte do przestępstw. Jeśli bank dowiaduje się, że zlecono przelew na taki "podejrzany" rachunek, zamiast go automatycznie wykonać, powinien go "zawiesić" i potwierdzić, że zlecenie wyszło rzeczywiście od klienta. Na Zachodzie dużo bardziej, niż w Polsce rozwinięta jest analiza działań, które prowadzą klienci na swoich kontach przez internet. I stale ulepszać systemy, które wychwytują wszelkie nietypowe zachowania klienta. Wówczas możliwa jest odpowiednia reakcja, np. wyświetlenie informacji "strona w budowie" i telefon z call center banku potwierdzający daną operację. "Nawet już przy logowaniu da się sprawdzić, czy klient nie próbuje dostać się do konta z urządzenia znajdującego się na drugim końcu kontynentu i ewentualnie potwierdzić innym kanałem kontaktu, że rzeczywiście tam przebywa. Na Zachodzie banki często oferują klientom za darmo specjalne oprogramowanie zwiększające bezpieczeństwo sesji. Taki program na podstawie analizy sposobu funkcjonowania procesów na komputerze klienta jest w stanie wykryć znane oraz nieznane zagrożenia, blokując ich szkodliwe działanie".

      BANK PLUS TELEKOM? MOŻE BYĆ BEZPIECZNIEJ. Internetowi złodzieje łowią dziś w mętnej wodzie, bazując na ograniczonym przepływie informacji między zainteresowanymi stronami. Czy zawiązywanie sojuszów między bankami, a telekomami, może rozwiązać ten problem? Orange tworzy wspólny bank z mBankiem, a T-Mobile z Aliorem, Plus też ma swój bank. Na ile tego rodzaju sojusze, powodujące lepszy przepływ informacji między stronami zaangażowanymi w realizację transakcji klienta, mogą utrudnić życie złodziejom naszych pieniędzy? Według Michała Kurka jeśli bank jest ściśle powiązany z operatorem, to obie organizacje są w stanie lepiej kontrolować przepływ informacji, a to dobrze wpływa na bezpieczeństwo klienta. Przykład? Operator ma nie tylko dostęp do informacji o tym, jakie SMS-y przychodzą do klienta, ale może też automatycznie monitorować SMS-y autoryzacyjne ze "swojego" banku. I blokować ich automatyczne forwardowanie do przestępcy. Jeśli operator stwierdzi, że do klienta doszedł jakiś "podejrzany" SMS - w sensie miejsca pochodzenia, a nie treści - operator może go filtrować. Może zainstalować na karcie SIM, np. automatyczne zabezpieczenie przed forwardowaniem SMS-ów określonego typu.

    • Złodzieje zdalnie okradają nam konta, a banki mówią, że to nie ich wina. Tymczasem...

      Kto powinien odpowiadać za kradzież pieniędzy z konta klienta, do której doszło z użyciem złośliwego oprogramowania i w okolicznościach sugerujących naiwność (lub nawet lekkomyślność) klienta? Pozornie odpowiedź jest jasna i oczywista - ów klient. W 99.9% kradzieży pieniędzy z naszych kont bankowych nie dochodzi w ogóle do naruszenia bankowych systemów - cały rozbój odbywa się po naszej, klientowskiej stronie sieci. Złodziej instaluje na komputerze ofiary złośliwe oprogramowanie, tzw. key-loggera,i zdobywa login i hasło do banku. Czasem wyłudza te dane podszywając się pod bank za pomocą fałszywego e-maila (phishing). Mając login i hasło złodziej wyświetla ci na ekranie ofiary żądanie podania kodu jednorazowego, wymyślając jakieś bzdurne uzasadnienie. Z użyciem kodu definiuje złodziejskie konto jako zaufane i wyprowadza pieniądze. Może też przejąć kontrolę nad smartfonem klienta i zainstalować na nim wirusa, który będzie przechwytywał kody jednorazowe wysyłane przez bank. Robota czysta i w miarę bezpieczna - pieniądze przelewa się na konta "słupów", a dopiero po ich przepuszczeniu przez kilka fikcyjnych ROR-ów wypłaca gdzieś za granicą.

      Przeczytaj też ku przestrodze: Tak internetowi złodzieja kradną nam pieniądze z kont. Sześć potwornych opowieści z morałem

      Banki w takich okolicznościach zwykle mówią klientowi: "sorry, byłeś nieostrożny, udostępniłeś login i hasło, dałeś się złapać na wirusa, więc cierp". Czasem oddają część pieniędzy, ale przeważnie trwa to bardzo długo, bo najpierw przez wiele miesięcy sprawę bada prokuratura, by wykluczyć współudział klienta i nie wykryć sprawców. Mam kilka tego typu spraw, w których klienci od wielu miesięcy czekają na zwrot pieniędzy, albo wręcz już dowiedzieli się, że bank nie poczuwa się do winy. Czy rzeczywiście nie powinien się poczuwać? Cóż, bank bankowi nierówny, a każda sprawa jest inna, więc nie sposób generalizować. Przeważnie ofiara ma sporo na sumieniu, bo gdyby nie dała się nabrać na fałszywą wiadomość, problemu by nie było. Ale coś mi mówi, że rację ma jeden z moich czytelników, który uważa, że sposób zabezpieczania dostępu do konta oraz poszczególnych transakcji przez bank również ma pewne przełożenie na to, czy złodziejowi uda się nas okraść, czy nie. Jeśli konto jest porządnie zabezpieczone, zaś transakcje prawidłowo monitorowane, wymagające od klienta każdorazowo zatwierdzenia, to zadanie złodzieja jest trudniejsze, a klient musi się wykazać poziomem frajerstwa znacznie powyżej średniej. Jakie są główne grzechy bankowców?

      Statyczny login i hasło, brak dodatkowego uwierzytelniania. Spece od bezpieczeństwa pewnie mnie wyśmieją, ale jakoś bezpieczniej czuję się, kiedy login i hasło do konta nie są jedynymi identyfikatorami wymaganymi przez bank, bym wszedł na konto. Jeszcze lepiej się czuję, gdy nie muszę podawać hasła w całości, lecz jest ono maskowane. Oczywiście: to nie gwarantuje, że złodziej monitorujący mój komputer i tak w końcu nie skompletuje wszystkich haseł, ale jeśli nie wchodzę na konto codziennie, to jest pewna szansa, że w końcu się zniechęci. W jednym z banków, chcąc wejść na konto, muszę podać numer klienta, kilka znaków z hasła maskowanego, a poza tym kilka znaków z dodatkowego hasła, którym jest mój numer dowodu osobistego lub numer paszportu (sam wybieram dokument, z któego cyfry lub litery podaję). Jest to denerwujące i upierdliwe, ale podnosi w pewnym stopniu poziom bezpieczeństwa.

      Stosowanie tego samego, niezmiennego hasła przy logowaniu. Lubię, gdy bank co jakiś czas wymusza na mnie zmianę jednego z haseł. Jeśli jest to hasło maskowane, to złodziej internetowy ma podwójnie utrudnione zadanie - nie dość, że potrzebuje czasu na skompletowanie wszystkich składników hasła, to jeszcze w każdej chwili to hasło może się zmienić i szpiegowską robotę trzeba będzie zaczynać od nowa. Ale mam też konta w bankach, w których po prostu podaje się login i hasło, a bank ma w nosie czy hasło zmieniam co jakiś czas, czy też mam stale to samo od 10 lat. Oczywiście: można powiedzieć, że klient powinien sam dbać o zmiany haseł ze względów higienicznych, a bank nie jest jego niańką. Można też powiedzieć, że zmiany hasła oznaczają większą możliwość jego zapomnienia i kłopoty (odzyskanie hasła przeważnie musi się odbyć w placówce). Tym niemniej w czasach, kiedy każdy może mieć na komputerze key-loggera, nawet pomimo działającego i zainstalowanego programu antywirusowego, cenię banki, które starają się wymusić na mnie wyższy poziom bezpieczeństwa przy logowaniu.

      Brak konieczności podawania haseł jednorazowych przy przelewach wewnętrznych. Znam kilku okradzionych klientów banków, którzy o to właśnie mają największe pretensje. Niezależnie od tego w jakim stopniu sami się przyczynili do kradzieży (w jakiś sposób musieli podać złodziejowi kod jednorazowy lub dali go sobie ukraść przez podglądanego smartfona), mogą mieć uzasadnione pretensje o to, że bank ułatwił złodziejowi "zgarnięcie" pieniędzy ze wszystkich kont klienta, np. zerwanie lokat, przeksięgowanie kasy z kont oszczędnościowych, walutowych itp. Jeśli przelewy wewnętrzne nie wymagają autoryzacji, to złodziej na jednym wyłudzonym haśle może wyczyścić wiele kont klienta, a nie tylko jedno. Oczywiście: wymaganie autoryzacji przy przelewach wewnętrznych może być wkurzające i dlatego większość banków nie stosuje takich "szykan" wobec klientów, ale z pewnością byłoby to korzystne ze względów bezpieczeństwa.

      Możliwość zmiany danych przelewu zdefiniowanego bez podania hasła jednorazowego. Jeszcze do niedawna otrzymywałem od Was sygnały o tej poważnej luce bezpieczeństwa w bankach. Istniały takie m.in. w PKO BP, czy w Credit Agricole. Ale ostatnio donieśliście mi, że zostały zalepione. Sytuacja, w której można zmienić numer konta na przelewie zdefiniowanym powoduje, że złodziejowi wystarczy tylko login i hasło do konta i trochę cierpliwości, by doczekać się przelewu od klienta, który myśli, że np. spłaca jakiś dług przyjacielowi, a w rzeczywistości przelewa pieniądze na konto złodzieja. Niestety, wiem, że wciąż są na rynku banki, które mają tę lukę bezpieczeństwa i nie zazdroszczę ich klientom. Sprawdźcie czy w Waszym banku można zmienić numer konta w przelewie zdefiniowanym bez podania hasła jednorazowego. Jeśli tak, to każdy przelew powinniście oglądać ze wszystkich stron - szczególnie sprawdzając czy numer konta na formatce przelewu zgadza się z numerem konta, na które wcześniej przelewaliście pieniądze.

      Możliwość wklejania numeru konta np. ze "schowka". W ten sposób też złodzieje kradną nasze pieniądze. Są wirusy, które dostają się do tzw. "schowka" w komputerze, czyli do miejsca, do którego trafia tekst potraktowany klawiszami Ctrl+C (czyli "kopiuj") i jeśli zobaczą, że w tym miejscu pamięci komputera znajduje się numer konta, to podmieniają go na inny - by pieniądze popłynęły na rachunek złodzieja, bądź "słupa", który przekaże je nieświadomie dalej. Oczywiście ten patent zadziała tylko wtedy, kiedy po drugiej stronie komputera znajdzie się klient-leniuszek, który nie wpisuje w formatce przelewu numeru konta "z ręki", tylko przekleja go np. z e-faktury. Tylko przyznajcie się, tak z ręką na sercu: nigdy nie zdarzyło się Wam skopiować numeru konta i wkleić "gotowca" do formatki przelewu? No właśnie. A są banki, które blokują taką możliwość w interesie klienta. Większość z tych klientów pewnie psioczy, ale mimo wszystko lepiej, jak bank jest nadwrażliwy, niż kiedy ma w nosie bezpieczeństwo klienta i nie "podwaja krycia".

      Hasła SMS-owe zamiast tokenów nowej generacji. Aby ukraść nam pieniądze złodziej przeważnie musi wyłudzić od nas - i odpowiednio szybko użyć - przynajmniej jednego hasła jednorazowego. Większość z nas otrzymuje te hasła na smartfona. Kiedyś były to papierowe kody z hasłami-zdrapkami, albo tokeny. Banki, w trosce o wygodę klientów, zrezygnowały z nich na rzecz SMS-ów autoryzacyjnych. Mają one tę dobrą stronę, że klient zawsze wie jaką transakcję autoryzuje (są więc bezpieczniejsze od haseł-zdrapek lub tych podawanych przez token). Wystarczy czytać dokładnie SMS-y z banku, by wiedzieć jaką transakcję autoryzujemy i przemyśleć czy naprawdę chcemy ją zatwierdzić. Ale z drugiej strony smartfon to urządzenie łatwe do inwigilowania i nigdy nie możemy mieć pewności, że ktoś nie podpatruje zdalnie naszych SMS-ów, także tych autoryzacyjnych. Rozwiązaniem mogłyby być tokeny nowej generacji, z wystarczająco dużymi ekranami, by pomieścić nie tylko hasło jednorazowe, ale i opis transakcji. Banki ich nie stosują, bo to drogie maszynki i niewygodne. Ich namiastką może być stary telefon komórkowy, taki z klawiaturką i zmurszałym już systemem operacyjnym, np. Symbian. Na takie telefony nie ma wirusów, więc i ryzyko, że ktoś przejmie kontrolę nad telefonem i przechwyci SMS-y z banku jest śladowe.

      Brak sprawnego monitoringu nietypowych transakcji. Tego nie jestem w stanie pojąć: jak to jest, że w XXI wieku, kiedy banki wiedzą do jakiego przedszkola chodzą nasze dzieci i ile wydajemy w aptece na leki, w wielu instytucjach nie działają proste alerty. Jeśli system monitorujący transakcje "widzi", że na koncie klienta zaczyna dziać się coś dziwnego, np. są likwidowane wszystkie lokaty, a potem następuje przelew na inne konto, to przecież nie zawadzi zadzwonić do klienta i zapytać czy to on wykonuje te transakcje. Sorry, ale taki "podejrzany" przelew bez problemu można na kilka chwil przytrzymać, żeby mieć pewność, że to nie jest próba wyprowadzenia pieniędzy z konta. Jasne, można powiedzieć, że to ryzykowne reputacyjnie, bo klient poczuje się śledzony; Ale lepiej, żeby dziesięciu poczuło się śledzonymi, niż dwóch by miało stracić pieniądze. W większości przypadków kradzieży sprawnie działający system monitoringu powinien wychwycić nienaturalne ruchy na koncie klienta. Poza tym banki powinny mieć bazy rachunków "martwych", na których od dawna nic się nie dzieje. Jeśli system antyfraudowy z jednej strony widzi nerwowe ruchy dużej gotówki na koncie, a z drugiej widzi zlecenie przelewu tej kasy na konto, które od dawna jest martwe, to jest tu potencjał, by zapaliła się żółta lampka.

      Bankowość mobilna działająca w pełnej funkcjonalności. Ponad 3 mln Polaków ściągnęło sobie aplikację bankową na smartfoma i bankuje także tą drogą, a nie tylko przez internet. Aplikacji na smartfomach mamy zwykle od groma i nawet jeśli wszystkie są z legalnego sklepu, to nie można mieć pewności, że z którąś z nich nie ściągnęliśmy złośliwego oprogramowania. Jeśli aplikacja bankowa na smartfonie działa w ograniczonej funkcjonalności (np. można przelać pieniądze tylko odbiorcy zdefiniowanemu), to wszystko OK. Ale jeśli za pomocą smartfona możemy zdefiniować nowego odbiorcę przelewów i jeżeli kod autoryzacyjny do takiej "transakcji" przychodzi na ten sam smartfon... To robi się niebezpiecznie. A jeśli do tego można ustawić z poziomu smartfona dzienne limity transakcyjne na wysokich poziomach, to mam już ciarki na plecach i nie są to ciarki wynikające z podniecenia. Aplikacje bankowe w smartfonach są chronione tylko kilkucyfrowym PIN-em i z punktu widzenia złodzieja nie jest to zapora nie do złamania.

      Wszystkie wymienione zaniedbania banków oczywiście nie unieważniają tego, że jeśli mamy do czynienia z okradzionym klientem, to prawdopodobnie musiał on posunąć się do jakiejś grubej nieostrożności. Ale powtarzam: "podwojenie krycia" przez instytucje finansowe też ma wpływ na to, czy złodziejowi uda się wyprowadzić nam z konta pieniądze, czy nie. Złożoność, maskowanie i zmienność haseł, autoryzowanie jednorazowymi kodami wszystkich transakcji, blokowanie zmian w przeleach zdefiniowanych bez podania hasła jednorazowego, czy skuteczny monitoring antyfraudowy mogą spowodować, że nawet lekkomyślny klient zostanie "uratowany". A przecież nie zawsze mamy do czynienia z nieostrożnością klientów banków. Zdarzają się takie włamania do naszych komputerów, które kompletnie zaskakują i są nie do uniknięcia przez laika.

      "Cyberprzestępcy są coraz bardziej pomysłowi. Np. wykorzystując luki w oprogramowaniu ruterów, przejmują kontrolę nad komputerami a nawet serwerami pośrednimi. Przejęcie serwera pośredniego sprawia, że użytkownik nawet zachowując najwyższą ostrożność jest bezradny"

      - opowiada mi jeden z klientów, którzy stracili pieniądze w wyniku zdalnej kradzieży (chodzi o kilkadziesiąt tysięcy złotych). Bank pieniędzy mu nie oddał, uznając, że jego zabezpieczenia nie zostały złamane, więc to klient nie dopełnił zasad bezpieczeństwa. Sprawa może skończyć się w sądzie, bo klient uwaza, że zasad, owszem, dopełnił i przy zachowaniu wysokiej staranności nic więcej nie mógł zrobić. Komputer był aktualizowany, program wirusowy legalny i opłacony. A pieniądze i tak zniknęły. Sądzę, że już wkrótce będziemy meli w Polsce proces, w którym klient będzie próbował udowodnić, iż zaniedbania banku miały wpływ na zwiększenie ryzyka kradzieży pieniędzy. A w związku z tym bank powinien zostać obciążony finansową współodpowiedzialnością za kradzież. Jak sądzicie, miałby taki klient szansę na zwycięstwo?

      DZIŚ W "GAZECIE WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA, czyli Ekipa Samcika w obronie konsumentów. Tym razem tematem przewodnim jest bankowanie przez smartfona. Razem z ekspertami odpowiadamy na pytanie komu opłaca się wykonywanie przelewów ze smartfona, co można dostać od banku za to w prezencie, a także jak odróżnić bezpieczną aplikację mobilną od takiej, która może pomóc złodziejowi okraść nas z pieniędzy na koncie. A poza tym o tym czy bank powinien brać współodpowiedzialność za pieniądze skradzione klientowi przez złodzieja internetowego w sytuacji, gdy klient był co prawda nieostrożny, ale jednocześnie bank nie stosuje najlepszych możliwych zabezpieczeń konta internetowego. I coś z zupełnie innej beczki - miniinformator o jesiennych promocjach w cenach biletów kolejowych. Kupcie jutro w kiosku "Gazetę Wyborczą" i szukajcie w środku Ekipy Samcika.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube (ponad 80.000 odtworzeń). Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Autorskie strony "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też w miesięczniku "Logo"

      Maciej_SamcikokladkaO PIENIĄDZACH POUCZAJĄCO I NA LUZIE. Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym!

      NIE WIESZ JAK ZROBIĆ PIERWSZY KROK W INWESTOWANIU? Banki, firmy ubezpieczeniowe i pośrednicy finansowi bez przerwy proponują Ci nowe pomysły na oszczędzanie i inwestowanie pieniędzy. Nie wiesz jak się w tym połapać? Boisz się, że złapią Cię w pułapkę? Przeczytaj o tym, jak samodzielnie zabrać się za budowanie kapitału na spełnianie marzeń oraz na dodatkową emeryturę. I co zrobić, żeby oszczędzanie nie bolało. Książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" doczekała się już drugiego, poszerzonego wydania, i stała się rynkowym bestsellerem. Szczerze polecam!

  • środa, 10 września 2014
    • Foch pomógł! mBank poprawił bałamutną reklamę. Nie poprawił czcionki ;-)

      Pod koniec zeszłego tygodnia opisywałem Wam zawód, jaki sprawili jednemu z moich czytelników marketingowcy mBanku. Chodziło o pominięcie w przekazie marketingowym jednej z kluczowych informacji dotyczących warunków prowadzenia tego konta. A konkretnie - faktu, iż oprocentowanie konta w wysokości 4%, bardzo atrakcyjne na tle tego, co oferuje dziś konkurencja, dotyczy jedynie kwoty do 3.000 zł. Jeśli saldo na rachunku jest wyższe, nadwyżka nie jest w ogóle oprocentowana. Bank jednak wolał się tym kruczkiem w ofercie nie chwalić, eksponując na stronie internetowej oferty jej inne parametry, np. darmowość samego ROR-u oraz karty debetowej. Klient pewie machnąłby ręką na to, że bank "zapomniał" podać tego szczegółu razem z innymi cechami produktu. Sęk w tym, że o tym, że dał się nabrać, zmieniając konto tylko ze względu na wysokie odsetki. A tu nagle okazało się, że dostanie je, ale tylko dla niewielkiej części salda. O ograniczeniach w oprocentowaniu nie dowiedział się nawet podczas czatu z ekspertem mBanku, gdy upewniał się co do warunków prowadzenia rachunku.

      Rozpatrując tę sytuację orzekłem, że bank rzeczywiście przesadził. Informacja o limicie kwotowym, narzucanym na oprocentowanie, nie była poadna ani na stronie tytułowej produktu, ani na stronie, która pokazuje się po kliknięciu w "sprawdź szczegóły".Na obu podstronach znalazłem tylko podaną małą czcionką, informację o tym, że oprocentowanie 4% jest wartością nominalną w skali roku. W fiszce "dodatkowe korzyści" - ani słowa o limicie. Podstrona "porównaj konta" też milczała na ten temat. Kluczową informację bank schował wstydliwie dopiero na ostatniej podstronie, nazwanej dla niepoznaki "Centrum pomocy". Pod zdjęciem sympatycznej pracownicy banku, gotowej nieść pomoc zagubionym w ofercie klientom, pod odesłaniem do najważniejszych dokumentów opisujących eKonto Mobilne (regulaminów, zasad realizacji przelewów itp.). Na samym dole, drobnym druczkiem, można było przeczytać.zastrzeżenie: "Oprocentowanie eKonta mobilnego 4% (oprocentowanie nominalne w skali roku) obowiązuje do kwoty 3.000 zł. Środki powyżej tej kwoty są nieoprocentowane"

      Strzeliłem focha i jasno zakomunikowałem, że wolę banki, które wyraźnie komunikują klientom wszystkie najważniejsze cechy produktu, a nie tylko te, które im pasują. Bo klient, który nie zostanie klarownie poinformowany o warunkach oferty, niesie ryzyko reputacyjne dla banku. Miło mi donieść, że moje argumenty zostały wysłuchane i kluczowa informacja o ograniczeniach w oprocentowaniu pieniędzy znalazła się już na głównej stronie produktu. Co prawda napisana drobnym druczkiem, ale zawsze. Dziękuję mBankowi za to, że uznał swój błąd i go naprawił. Było tak:

      A jest tak, jak poniżej. Co prawda żeby zobaczyć zmianę trzeba używać lupy, ale biorąc pod uwagę, że wcześniej trzeba było używać lupy i jeszcze wykazać się dużym zacięciem śledczym - jest postęp ;-)

      mbank_popr

      To już kolejna ważna sprawa, którą udało mi się w tym roku wspólnie z Wami załatwić. W czasie wakacji odkręciliśmy z sukcesem pomyłkę pewnego banku, który przelał za dużo kasy komornikowi. Udało nam się przekonać bank, by uczulił rzeczoznawców i nie pozwolił im na zbyt wiele przy okazji dokumentowania wartości wycenianych mieszkań. Za naszymi namowami inny bank skorygował wyniki konkursu, którego zasady okazały się nieprecyzyjne i niezbyt sprawiedliwe. Kolejny bank po publikacji w blogu zadeklarował, że poprawi regulamin kart kredytowych, Na liście załatwionych spraw jest też przyspieszenie "czyszczenia" scoringu pewnej klientki w BIK, zaśmieconego jakimś nieistotnym wpisem. Pomogłem też odzyskać dostęp do własnych pieniędzy pewnemu użytkownikowi usługi IKO, bo bank sam nie był w stanie "uwolnić" kasy. Kolejny bank obiecał, że pomoże załatwić sprawę zgubionego weksla jednego z moich czytelników, Jeszcze innemu bankowi zrobiło się przykro, więc po publikacjach w blogu postanowił podwoić klientom cashback w ramach przeprosin za kilkutygodniową awarię. Pojawiła się też szansa na to, że przynajmniej jeden z banków będzie pisał do klientów bardziej po ludzku. Subiektywność jest na posterunku i działa w Waszych sprawach. Nie każdą da się załatwić, czasem trwa to potwornie długo (w każdym momencie jednocześnie prowadzę kilkadziesiąt interwencji), ale sukcesy są. Alleluja i do przodu :-)

      Maciej_SamcikokladkaO PIENIĄDZACH POUCZAJĄCO I NA LUZIE. Zapraszam Was do lektury mojej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jako przykłady służą Wasze historie, które opisywałem przez pięć lat w blogu. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić w wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Czytajcie i polecajcie tę książkę znajomym!

      JUTRO W "GAZECIE WYBORCZEJ" PIENIĄDZE EKSTRA, czyli Ekipa Samcika w obronie konsumentów. Tym razem tematem przewodnim będzie bankowanie przez smartfona. Razem z ekspertami odpowiemy na pytanie komu opłaca się wykonywanie przelewów ze smartfona, co można dostać od banku za to w prezencie, a także jak odróżnić bezpieczną aplikację mobilną od takiej, która może pomóc złodziejowi okraść nas z pieniędzy na koncie. A poza tym o tym czy bank powinien brać współodpowiedzialność za pieniądze skradzione klientowi przez złodzieja internetowego w sytuacji, gdy klient był co prawda nieostrożny, ale jednocześnie bank nie stosuje najlepszych możliwych zabezpieczeń konta internetowego. I coś z zupełnie innej beczki - miniinformator o jesiennych promocjach w cenach biletów kolejowych. Kupcie jutro w kiosku "Gazetę Wyborczą" i szukajcie w środku Ekipy Samcika.

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK, JAK LUBISZ. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu prawie 2300 tekstów, na które miesięcznie zerkacie ok. 400.000 razy, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale "Subiektywnie o finansach" w YouTube (ponad 80.000 odtworzeń). Subiektywne spojrzenie na finanse znajdziesz na Instagramie. I w papierze - blog gości w każdy czwartek na stronach "Gazecie Wyborczej", gdzie ma autorskie kolumny "Pieniądze Ekstra". Historie wzięte z blogu złożyły się też na publikację książkową "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą". Autorskie strony "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też w miesięczniku "Logo".

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Foch pomógł! mBank poprawił bałamutną reklamę. Nie poprawił czcionki ;-)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 września 2014 16:32
    • Bankowa dyktatura prawników. "Podpisuj umowę, którą ci podsuwamy, albo spadaj"

      Ostatnio głośno było o korzystnych dla klientów wyrokach sądów, które unieważniają nieprecyzyjne zapisy w umowach. Najsłynniejszy taki przykład to wygrana 1247 klentów mBanku w sprawie klauzuli pozwalającej zmieniać oprocentowanie kredytów w zależności od bliżej nie sprecyzowanych "parametrów rynku finansowego". Na cenzurowanym są też niedokładne zapisy dotyczące sposobu liczenia spreadu walutowego przy kredytach frankowych. A już ubezpieczenie niskiego wkładu własnego w ogóle jawi się jako podejrzane przedsięwzięcie sprzeczne z zasadą tego typu kontraktów. Gdybym był przedstawicielem banku, to wyjątkowo dbałbym dzisiaj o to, by spisywane z klientami umowy były jasne, przejrzyste i precyzyjne. Bo każdy przypadek niechlujstwa i niedokładności - to jasne, jak słońce - klienci będą wyświetlali i wykorzystywali do żądania odszkodowań. Z tym większym zdziwieniem przeczytałem list jednego z moich czytelników, który opowiedział mi historię swoich rozmów z bankiem ING w sprawie treści umowy kredytowej. Klientka postanowiła wskazać kilka punktów w umowie, które - jej zdaniem - nie są wystarczająco precyzyjne. A więc chciała uczynić bankowi przysługę, bo nieprecyzyjna umowa kredytowa w dzisiejszych czasach może być równie dużym ryzykiem dla banku, co dla klienta.

      "Gdy otrzymałam pozytywną decyzję kredytową, poprosiłam o wzór umowy. Otrzymałam, przeczytałam. I stwierdziłam, że kilka zapisów jest niejasnych, niedokładnych, jest kilka powtórzeń, braków, kilka zapisów nie dotyczy mojej sytuacji. Spisałam uwagi, przesłałam do doradcy kredytowego"

      Przyznacie, że to zacna postawa. Lecz bank jej nie docenił. Po kilku dniach klientka usłyszała, że bank nie zmienia zapisów we wzorcu umowy. "Podpisujemy tak jak jest, albo do widzenia". Jest to o tyle dziwne, że nie chodzi o kredyt na pralkę, ani lodówkę, ale o poważny kredyt hipoteczny. Może nie jakiś przerażająco i powalająco wysoki, bo raptem 50.000 zł, ale za to klient dobry (wartość mieszkania będącego zabezpieczeniem kredytu wynosi ponad 200.000 zł, czyli wkład własny jest na poziomie więcej, niż zadowalającym z punktu widzenia banku), a ING wydał już nawet pozytywną decyzję, a więc włożył sporo pracy i trochę pieniędzy w zbadanie zdolności kredytowej klienta. Przy kredytach hipotecznych umowa kredytowa może być negocjowana i znam niemało przypadków, w których klienci zgłaszali swoje propozycje i uzyskiwali akceptację banku. Oczywiście: prawnicy bankowi nie lubią takich upierdliwych klientów, bo każda zmiana w zaakceptowanym przez nich wzorcu może zwiększać ryzyko, że kredyt będzie słabiej zabezpieczony. Ale z drugiej strony, do jasnej cholery, za to właśnie bank bierze od klienta kilkuprocentową prowizję. Żeby takie dodatkowe koszty, w razie potrzeby, ponieść.

      "Klient banku chyba może wiedzieć: co oznacza sformułowanie: "koszty dodatkowe o wartości 300 zł". Albo prosić o określenie jakiego ubezpieczenia lokalu wymaga bank. Jest w projekcie umowy jest informacja, że co roku bank może przeprowadzić inspekcję lokalu i pobrać 300 zł, to chyba nie jest nadużyciem, że chciałabym dopisać, kiedy konkretnie może taką wizytację wykonać. Nieprecyzyjny zapis w umowie oznacza dla mnie, że co roku ktoś banku przyjdzie i skasuje 300 zł".

      Nie wykluczam, że klientka przesadza w swoich zapędach do mącenia w umowie. Wśród jej zarzutów jest m.in. to, że bank napisał w umowie, iż zabezpieczeniem kredytu jest "między innymi" hipoteka na nieruchomości, nie zaznaczając co jeszcze jest zabezpieczeniem. Nie chce mi się wierzyć, że nie ma w żadnym miejscu umowy zamkniętego katalogu zabezpieczeń wiążących się z kredytem. Ale niezależnie od tego ile racji ma klientka, odmówienie jej jakichkolwiek negocjacji w sprawie umowy jest, moim zdaniem, lekkomyślnością ze strony banku. Tak nie powinny wyglądać relacje między bankiem grającym fair i klientem, który chce być traktowany jak partner, a nie petent. Banku ING, nie idź tą drogą! Opisana tutaj nieelastyczność jest chyba częścią większego obrazu. Jakiś czas temu uciąłem sobie pogawędkę z jednym z pracowników ING i skarżył mi się, że on, pracownik na pierwszej linii frontu, który jest dla klienta emanacją banku, jego wiarygodności, klasy, bezpieczeństwa i pewności, nie ma żadnej możliwości, żeby negocjować w imieniu klienta z centralą jakiekolwiek parametry kredytu. Tak nie powinno być - pracownik liniowy będzie wiarygodny w oczach klienta tylko wtedy, gdy bank stworzy mu warunki, by mógł się pokazać jako ktoś więcej, niż tylko maszynka do sprzedawania.

      Czasem nieelastyczność banku ma źródło nie w regulacjach wewnętrznych, ale w Systemie, który jest wszechmogący i nawet prezes nic nie może mu kazać. Tak przynajmniej wynika z listu od innej mojej czytelniczki. Klientka BPH spłaca kredyt, a z umowy wynika, że przysługują jej trzy zmiany terminu spłaty kredytu (czyli przesunięcia dnia spłaty raty na przestrzeni jednego miesiąca) oraz dwie możliwości zawieszenia spłat na pewien okres (oczywiście płatne). Klientka ma niestabilne dochody, więc z tych możliwości korzysta. W maju tego roku poprosiła bank o zawieszenie spłat rat kapitałowych na rok i spłacania w tym czasie tylko odsetek. Pech chciał, że opcja została uruchomiona tuż przed dniem spłaty kolejnej raty kredytu. W infolinii zapewniono moją czytelniczkę, że bank jakoś ogarnie tę kalendarzową zbitkę. Po dwóch tygodnia z banku przyszedł pocztą aneks do umowy kredytowej i nowy harmonogram. W tym czasie klientka zapłaciła tylko odsetki za maj. Okazało się, że w banku jednak kalendarza nie ogarnęli. A w każdym razie nie ogarnął go dział windykacji.

      "Po otrzymaniu aneksu, który tego samego dnia podpisałam i odesłałam, już nazajutrz otrzymałam pismo z windykacji w sprawie nie zapłaconej raty kapitałowej. Naliczono też opłatę za monit w wysokości 25 zł. Zapłaciłem 50 zł za zmianę harmonogramu, a do tego miałam czas na odesłanie aneksu do końca miesiąca. Czy windykacja banku nie mogła poczekać chociaż do tego terminu?"

      W dziale windykacji BPH zdecydowanie zbyt często wkrada się chaos wynikający z wszechwładzy Systemu. Znam klienta, któremu zdarzyło się otrzymywać SMSy z działu windykacji nawet wtedy, gdy spłata raty kredytu przypadała na dzień świąteczny, klient miał pieniądze na koncie, ale bank ich nie pobrał, bo było święto. Bardzo proszę Bank BPH o zluzowanie procedur dotyczących windykacji SMS-owej, listowej i telefonicznej, bo klient zestresowany na pewno nie będzie dobrym obiektem do oferowania mu dodatkowych produktów. A przecież w każdym banku, zwłaszcza w tym, który inwestuje w relacje, jest to podstawowy cel.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Bankowa dyktatura prawników. "Podpisuj umowę, którą ci podsuwamy, albo spadaj" ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 września 2014 08:55
  • wtorek, 09 września 2014
    • Oszczędzanie na dzieci z gwarantowaną wypłatą "stypendium". Czy to się opłaca?

      Jak zabrać się za odkładanie pieniędzy dla swoich dzieci lub wnuków? Powiem szczerze: szukając takich rozwiązań na swój prywatny użytek nie znalazłem jeszcze idealnego. W pierwszym etapie trzeba zdecydować na czym bardziej Wam zależy: na ubezpieczeniu dziecka na wypadek jakiegoś nieszczęścia, czy też na czystej inwestycji z celem posagowym. W tym drugim przypadku do wyboru macie wszystkie rozwiązania, które stosujemy też do budowania własnej zamożności: systematyczne wpłaty na konto oszczędnościowe, programy oszczędzania w funduszach inwestycyjnych, systematyczne zakupy obligacji skarbowych. Albo, co byłoby w sumie najlepsze, miks tych wszystkich pomysłów. Warto dodać jeszcze coś alternatywnego - złote monety, ziemię, butelkę dobrej whisky, czy też inne rzeczy, które mogą kiedyś być kolekcjonerskim rarytasem. Bo w inwestowaniu pieniędzy zawsze warto jechać na kilku koniach.

      A jeśli w zabezpieczeniu przyszłości potomka chodzi Wam o ubezpieczenie dziecka na wypadek śmierci lub choroby? Możliwe są dwa podwarianty - "czyste" ubezpieczenie na życie (płacisz składki, licząc na to, że nigdy nie zajdzie konieczność wypłacenia przez firmę odszkodowania) oraz rozwiązania mieszane, dające nie tylko ochronę na wypadek nieszczęścia, ale też wypłatę pieniędzy, gdy dziecko przekroczy próg dorosłości. Tu też są dwa rodzaje polis: takie, które gwarantują wypłatę określonej sumy stypendium w znanej już dzisiaj wysokości oraz takie, które uzależniają wartość wypłaty od skuteczności inwestycji części składki w ramach funduszy inwestycyjnych. Dziś przybliżę Wam polisę "stypendialną" oferowaną przez firmę Prudential działającą w Polsce od niedawna, ale mającą kilkusetletnią tradycję w USA i Wielkiej Brytanii. Konstrukcja polis "stypendialnych" Prudentiala jest nietypowa, dlatego postanowiłem się im przyjrzeć. 

      Prudential

      Nazywa się to-to Premiopolisą. "Posagówka" ta umożliwia wpłacanie miesięcznych składek z obietnicą uzyskania przez dziecko comiesięcznego "stypendium", a jednocześnie - z obowiązującym przez cały czas ubezpieczeniem dziecka na życie (na wypadek śmierci, niezdolności do samodzielnego życia oraz ciężkiej choroby). Jak rzecz wygląda od strony finansowej? Gdybym chciał np. wpłacać po 200 zł na rzecz dopiero co urodzonego dziecka, to uzyskałbym w tej "cenie" 12.500 zł ubezpieczenia od skutków ciężkich chorób (25.000 zł w przypadku śmierci) oraz "opcję stypendialną" gwarantowaną w wysokości 40.000 zł i niegwarantowaną, powiększoną o zyski firmy - w materiałach szacują ją na 66.300 zł (ta kwota jest palcem na wodzie pisana). Pieniądze będą przysługiwały dziecku po osiągnięciu dojrzałości.

      Czy to się opłaca? Cóż, gdybym nie kupował tej polisy, tylko samodzielnie wpłacał po 200 zł miesięcznie przez 20 lat na 3,5%, to dostałbym do ręki 65.000 zł (po potrąceniu podatku Belki). Rozwiązanie Prudentiala oznacza więc, że gwarantowane "stypendium" jest sporo mniejsze od wartości wpłaconych składek. Dopiero wartość "z premią" (niegwarantowaną) ma szansę dać rentowność podobną do marnej lokaty bankowej. Wniosek? "Koszt" ubezpieczenia na życie wynosi tu 25.000 zł (taka jest różnica między odsetkami od nisko oprocentowanej lokaty, a wartością gwarantowanego świadczenia). Licząc z większym optymizmem (a więc uwzględniając, że Prudential będzie z zyskiem pomnażał nasze składki i dzielił się z nami zyskiem) można wyszacować tę ujemną różnicę na kilka tysięcy. Oczywiście: przez cały czas przyjmujemy, że benchmarkiem dla Premiopolisy jest marna lokata na 3,5%. A gdyby przyjąć wyższą rentowność lokowania pieniędzy, zahaczającą o 6-7% (przy korzystaniu z możliwości oferowanych przez fundusze inwestycyjne lokujące w akcje, obligacje korporacyjne lub inne instrumenty)? Wówczas oczywiście "koszt" Premiopolisy, wyrażony różnicą między gwarantowanym stypendium, a tym, co moglibyśmy sobie sami uskładać, okazałby się gigantyczny. I co Wy na to?  Wchodzicie? Wychodzicie? 

      Prudential

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Oszczędzanie na dzieci z gwarantowaną wypłatą "stypendium". Czy to się opłaca?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 09 września 2014 13:07

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line