Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 26 maja 2015
    • Ciężki zgryz? Gdy Temida miłuje pokój i zgodę. Komu opłaca się iść na kompromis w sądzie?

      Wymiar sprawiedliwości w Polsce nie działa sprawnie i wie o tym każde dziecko. Niestety, w najbliższym czasie lepiej z sądami nie będzie, a jedną z przyczyn jest fakt, że będą zasypywane pozwami klientów instytucji finansowych. Polisy inwestycyjne, bezprawne zapisy w umowach kredytowych, lewe ubezpieczenia dorzucane do kredytów... no, tematów na pewno nie zabraknie. A po sądowej porażce pozwu zbiorowego słynnych "Nabitych" mamy też jak w banku, że część klientów pozwów zbiorowych uzna, iż cała zabawa nie ma sensu i... złoży pozwy indywidualne, wychodząc z słusznego założenia, że jeśli w ogóle jakieś pieniądze da się ugrać, to na pewno nie poprzez "zbiorówkę". Cała nadzieja dla sędziów jest w tym, że być może więcej będzie też ugód pozasądowych, albo zawieranych przed sądami polubownymi, bo i taka droga negocjowania z instytucjami finansowymi ostatnio pokazała się na horyzoncie (o czym zresztą było ostatnio w blogu). A także w tym, że prawnicy też okażą się niezłymi ziółkami i będą zdzierać z klientów taką kasę, iż ci ostatni w ogóle przed oblicze żadnego sądu nie dotrą, bo nie będzie ich na to zwyczajnie stać. Krew w żyłach burzą też kuriozalne wyroki, wydawane w sprawach dotyczących polis inwestycyjnych.

      Czytaj też: Wzruszyłem się czytając ten wyrok. Nikt im nie wmówi, że...

      Coraz częściej jednak - takie słuchy dochodzą mnie od zaprzyjaźnionych prawników - zasypywani ogromną ilością spraw dotyczących sporów na linii klient-bank, starają się zakończyć sprawy jak najszybciej i... nieformalnie naciskają na zawarcie ugody. Z punktu widzenia sądu ugoda ma dwie niepodważalne zalety. Pierwsza polega na tym, że nie ma drugiej instancji, a druga na tym, że nie trzeba sporządzać uzasadnienia wyroku. Zwykle jest tak, że z propozycją ugody występuje strona pozwana, czyli bank albo towarzystwo ubezpieczeniowe. Ugoda przeważnie opiewa na 60-70% roszczeń klienta. Pełnomocnik klienta zwykle kręci nosem, zaś sędzia dopytuje dlaczego strona powodowa nie chce się dogadać i wzdycha ciężko. A straty klienta wynikające z ugody - w stosunku do sytuacji, gdyby się nie ugiął i wygrał proces - mogą być spore, zwłaszcza w przypadku sporów o opłaty likwidacyjne: może to być brak odsetek, brak możliwości dochodzenia innych roszczeń (z tytułu innych opłat, poza likwidacyjną), albo brak zwrotu kosztów prawników (w przypadku zakończenia procesu strona przegrana musi pokryć część kosztów tzw. zastępstwa procesowego). 

      Oczywiście, w wielu przypadkach taka ugoda to rzeczywiście dobry pomysł, ale są sprawy - do tej kategorii zaliczają się np. te dotyczące opłat likwidacyjnych - które z punktu widzenia klienta dają dużą szansę na wygraną. Jest w umowie ryczałtowa opłata, niezależna od faktycznych kosztów firmy ubezpieczeniowej, jest wyrok Sądu Ochrony Konkurencji, który mówi, że ów ryczałt jest niezgodny z prawem... Czegóż chcieć więcej? Znam kilka tego typu historii i w większości przypadków pełnomocnicy klientów walczących z ubezpieczycielem się jednak nie ugięli i nie przyjęli propozycji ugody, choć sędzie wzdychał baaardzo ciężko. Ale są i tacy klienci, którzy brali ugodę, obawiając się "retorsji" w postaci niekorzystnego wyroku. Jak zobaczycie sędziego, który taśmowo "załatwia" sprawy ugodami, nie patrząc na indywidualne okoliczności, to nie zapomnijcie dać mi znać ;-). Chętnie pojawię się na rozprawię i sprawdzę jak to jest, że wszyscy klienci trafiający pod jego "opiekę" nagle nabierają chęci do zawierania ugód ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 maja 2015 08:47
  • poniedziałek, 25 maja 2015
    • Co oznacza zmiana prezydenta dla naszych portfeli? Co z kredytami i oszczędnościami?

      Po niedzielnych wyborach już wiadomo, że będziemy mieli zmianę w Pałacu Prezydenckim. Związanego z partią rządzącą Bronisława Komorowskiego zastąpi Andrzej Duda, kandydat PiS. Pierwsze sondaże mówią o tym, że "walkę stulecia" Duda wygrał jednogłośnie na punkty stosunkiem 53-47. Trudno nie uznać takiego wyniku za niespodziankę, bo kilka miesięcy temu ten bliżej nieznany dżentelmen startował z poziomu 12-14% poparcia społecznego. Przypomnę, że urzędujący prezydent miał jeszcze jesienią zeszłego roku ponad 70% i żadna partia nie chciała wystawiać przeciwko niemu swojego lidera, sądząc, że musiałby iść na ścięcie. A tu proszę - będzie zmiana.

      andrzejdudazzona

      Czas zastanowić się co może oznaczać nowy lokator w Pałacu Prezydenckim dla naszych portfeli. W zasadzie należałoby spodziewać się, że będzie to samo dobro, bo wielu z nas kandydat PiS obiecał więcej pieniędzy. W sumie wartość jego obietnic wyborczych - fundowanych z zapowiedzi ściągnięcia na to podatków, chyba także od nas ;-) - ekonomiści szacują na 175-300 mld zł. W tym wyższa kwota dochodów wolnych od opodatkowania PIT-em, obniżenie wieku emerytalnego, 500 zł dodatku na każde dziecko. Gdyby to wszystko jakimś cudem nowy prezydent zrealizował, to zadłużyłby państwo (czyli nas) na najbliższe 300 lat ;-). Ale my tu się zajmiemy sprawami dotyczącymi tych pieniędzy i długów, które już macie. Co z nimi? 

      FRANKOWICZE Z NADZIEJAMI. Największe nadzieje wiązać mogą z nowym prezydentem ruchy konsumenckie walczące o "odfrankowienie" swoich kredytów hipotecznych. Andrzej Duda spotkał się z nimi i obiecał, że w ciągu trzech miesięcy od wejścia do Pałacu Prezydenckiego napisze projekt ustawy, która uwolni kredytobiorców od problemu franka. Z tego, co kandydat PiS mówił podczas debaty zorganizowanej przez TVN wynika, że w grę wchodzi "wariant węgierski", tylko w jeszcze ostrzejszej formie, czyli przewalutowanie kredytów frankowych na złote po kursie z dnia ich zaciągnięcia. Kłopot w tym, że koszt takiego przedsięwzięcia Komisja Nadzoru Finansowego szacowała na 30-40 mld zł (w zależności od bieżącego kursu franka) , co mogłoby mieć potężne skutki uboczne dla banków i być może podatników (gdyby jakiś bank nie wytrzymał, a kandydatów do "niewytrzymania" ponoć byłoby trzech). Zobaczymy co upichci dla frankowiczów świeżo upieczony prezydent, a przede wszystkim czy uda mu się przeforsować ten pomysł w Sejmie, który jest wciąż (co najmniej do jesieni) "pod kontrolą" Platformy Obywatelskiej. Inna sprawa, że partii rządzącej w okresie wyborczym trudno będzie odesłać frankowiczów z kwitkiem. Klimat dla najbardziej radykalnie nastawionych frankowiczów - tych, którzy żądają nie tyle współodpowiedzialności banków za wzrost franka, lecz wręcz "odfrankowienia" - bardzo się więc poprawił.

      Czytaj też: Czy posiadacze oszczędności przyłączyli się do wyborczej gimbazy? 

      REPOLONIZACJA I WYCISKANIE BANKÓW? Andrzej Duda zapowiedział w debacie TVN-owskiej, że będzie dążył do repolonizacji polskiego sektora bankowego. Prezydent nie ma na to żadnego wpływu, powołuje jednego członka siedmioosobowej Komisji Nadzoru Finansowego, która "zarządza" rynkiem bankowym w Polsce. W tej dziedzinie zmiany mogą zajść dopiero jesienią, gdyby zmienił się rząd. Dziś bowiem tylko państwowe spółki (a głównie PZU) dysponują kapitałem i możliwościami finansowania się długiem, które mogłyby wystarczyć do przejmowania banków z rąk zagranicznych inwestorów (jest już zresztą pomysł, żeby PZU zajął się "odzyskiwaniem" Alior Banku z rąk Włochów, Banku BPH od Amerykanów oraz Raiffeisen Polbanku od Austriaków). A żeby mieć kontrolę nad polskimi spółkami nie wystarczy mieć głównego lokatora w Pałacu Prezydenckim, lecz trzymać w ręki rząd. Wynik wyborów może zbliżyć bankowców do widma nowego podatku, który chce zaordynować bankom Andrzej Duda (podobnie zresztą jak supermarketom). To mogłoby oznaczać, że albo banki będą zarabiać mniej, albo tyle samo, bo pieniądze wyjmą z naszych kieszeni. Oczywiście w tej dziedzinie prezydent sam niewiele może i bankowcy raczej będą mieli kłopoty dopiero wtedy, jeśli stronnictwo, które wystawiło Dudę na prezydenta, przejmie również rządy w Parlamencie.

      CO Z WARTOŚCIĄ NASZYCH OSZCZĘDNOŚCI? W tej dziedzinie nowy prezydent może mieć do powiedzenia nieco więcej. Przede wszystkim to on proponuje Sejmowi kandydaturę na prezesa Narodowego Banku Polskiego. Dziś jest niemal pewne, że drugiej kadencji na tym stanowisku nie dostanie w czerwcu przyszłego roku Marek Belka. Jednym z najważniejszych pytań do nowego prezydenta jest to, kogo przewiduje na nowego szefa banku centralnego. Poza tym prezydent obsadza też trzy stołki w dziewięcioosobowej Radzie Polityki Pieniężnej, której nastroje decydują o tym czy stopy procentowe są wysokie, czy niskie. Dziś mamy najniższe w historii, ale i tak o niebo wyższe, niż w Europie Zachodniej. Po prezydencie Dudzie nie spodziewam się raczej skłonności do polityki pieniężnej typu "balcerowiczowskiego". Niewykluczone, że kredyty więc nieprędko podrożeją. Warto pamiętać, że nieostrożne zabawy z "drukowaniem" pieniędzy - broń Boże nie posądzam o to nowego prezydenta, to czysto teoretyczne rozważania - mogłyby skończyć się "wyprodukowaniem" wysokiej inflacji, która zawsze najbardziej uderza w tych, którzy mają w bankach oszczędności (ich pieniądze realnie tracą na wartości). W tym kontekście posiadacze bankowych depozytów powinni patrzeć prezydentowi Dudzie na ręce i na to kogo powoła do NBP i RPP.

      KONSUMENCI Z WIATREM W ŻAGLACH? Podobnie rzecz ma się z innym postulatem nowo wybranego prezydenta: żeby odważniej walczyć z zakazanymi klauzulami w umowach bankowych i ubezpieczeniowych. Podczas telewizyjnej debaty Duda oburzał się, że w 60% umów zawieranych z klientami przez instytucje finansowe są zabronione klauzule (powoływał się przy tym na dane NIK, ja niestety takich raportów Izby Kontroli nie pamiętam). Założenia do ustawy, która daje większe uprawnienia UOKiK-owi są już gotowe i być może rząd w tej sprawie uprzedzi nowego prezydenta, który być może będzie chciał napisać swoją ustawę. Ale poprawienie ochrony konsumenta to skomplikowana misja, bo polskie prawo jest w tej dziedzinie strasznie zapuszczone. Żeby ogarnąć ten ugór nie wystarczą uprawnienia prezydenta. Czy Andrzej Duda może zrobić coś dla konsumentów walczących w sądach z bankami i firmami ubezpieczeniowymi? W jego rękach jest prawo do powołania szefa Sądu Najwyższego. A to właśnie ta instytucja ostatnio napsuła mnóstwo krwi m.in. frankowiczom, przedstawiając niespecjalnie prokonsumencką interpretację prawa w sprawie ewentualnego anulowania spreadów i ulżenia słynnym "Nabitym". Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego sam nie rządzi na tym osiedlu, ale gdyby została nim osoba o poglądach wybitnie prokonsumenckich to kto wie, czy nie miałoby to wpływu na orzecznictwo Sądu Najwyższego w sporach bankowców z klientami. Jednak - jak słusznie zauważacie w komentarzach - Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego prezydent powołuje z grona sędziów Sądu Najwyższego na wniosek zgromadzenia ogólnego sędziów Sądu Najwyższego. Kadencja obecnej prezes upływa w 2020 r., więc nowy prezydent może tu niewiele

      JAK INWESTORZY "WYCENIĄ" PREZYDENTA? Jaki jeszcze wpływ na nasze portfele może mieć wybór nowego prezydenta? Zobaczymy jak zachowa się rynek długów, warszawska giełda (ile nowy prezydent będzie "kosztował" lub ile da zarobić naszym oszczędnościom ulokowanym w funduszach i akcjach) oraz kurs złotego. Z porannych notowań wynika, że kurs złotego się osłabia, co oznacza, że część inwestorów zagranicznych obawia się zmiany władzy w Polsce. Euro rano jest najdroższe od dobrych kilku tygodni - trzeba zapłacić 4,13 zł. 

      eurodudaelections

      Inna sprawa, że trend już od kilku tygodni sprzyjał wzrostowi kursu euro i osłabianiu złotego, więc trudno mówić o tym, że inwestorzy w odpowiedzi na wynik wyborów wpadli w panikę.Natomiast można mówić o pewnym przyspieszeniu. Od razu dodam, że niespecjalnie groźnym, o ile ktoś nie wybiera się na wakacje za granicę :-). Czy i ile wybór przy urnie będzie nas "kosztował" w cenie franka? Na razie "szwajcar" jest prawie po 4 zł, co też nie zdarzyło mu się od dłuższego czasu. Kilka osób może zostać "ukaranych", o ile dziś przypada im płatność raty.

      CHFdudaelections

       Wpływ prezydenta na gospodarkę jest taki sobie, zaś on sam w pierwszych przemówieniach nie wygłosił żadnych kontrowersyjnych dla inwestorów tez. Inna sprawa, że sukces PiS w tych wyborach na pewno przybliża tę partię do przejęcia władzy w Polsce po wyborach parlamentarnych. A to już może oznaczać zmiany jeśli chodzi o politykę pieniężną, podatkową i podejście do sposobów na stymulowanie gospodarki. Jak już powyborcza sytuacja na rynkach się "ustoi" nie zapomnę skrobnąć na ten temat.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (68) Pokaż komentarze do wpisu „Co oznacza zmiana prezydenta dla naszych portfeli? Co z kredytami i oszczędnościami?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 maja 2015 00:46
  • piątek, 22 maja 2015
    • Taka Zośka, czyli dopłać co miesiąc do konta oszczędnościowego, a dostaniesz...

      Są banki, na które radzę uważać po stronie kredytowej, bo pożycza się w nich pieniądze drogo i ryzykownie. Często w pakiecie z żywą gotówką dostaje sę jakąś kosztowną "wrzutkę" w postaci ubezpieczenia lub planu inwestycyjnego obarczonego wysoką prowizją. Ale ten sam bank może dość dobrze nadawać się do oszczędzania pieniędzy. Przynajmniej dla takich klientów, którzy mają grubą skórę i są odporni na grillowanie. Bo przecież lokata jest zawsze tylko wabikiem, który ma przyciągnąć klienta, zaś "docelowym" produktem, w który bankowcy chcą "ubrać" klienta, jest jednak kredyt. Taką właśnie instytucją finansową jest Idea Bank, który kieruje swoje usługi głównie do drobnych przedsiębiorców. Nie można powiedzieć, by oferował kredyty tanio i bez "wrzutek". Pisałem w blogu o kredytach z Nordeą i pistolecikiem w pakiecie, o przedsiębiorcach, którzy chcieliby być happy, ale mieli ideę, żeby iść do Jeremiego, a także o słynnej "pożyczce bezzwrotnej", ofercie tak bałamutnej, że najchętniej bym za nią kogoś w Idea Banku oskubał (możliwie jak najwyżej postawionego :-)) 

      Ale pomysły na oszczędzanie Idea Bank miewa naprawdę nieźle, a do tego pomysłowe, że hej ;-). Od wczoraj w ofercie Idea Banku jest ciekawe konto oszczędnościowe o nazwie "Zośka", która nawiązuje do popularnej niegdyś wśród młodzieży gry w podbijanie piłki. W ramach tego nowego konta też jest podbijanie, ale dotyczy nie piłki, tylko oszczędności. Jeśli dokładasz do niego systematycznie pieniądze, dostajesz wyższy procent. Próg, który upoważnia do premiowego oprocentowania wynosi 10% oszczędności z poprzedniego miesiąca. Jeśli więc mam na koncie "Zośka" kwotę np. 10.000 zł, to w kolejnym miesiącu powinienem dopłacić jeszcze 1000 zł, żeby cieszyć się lepszym oprocentowaniem całego salda. Lepszym, czyli 3% w skali roku, podczas gdy standardowe wynosi jedynie 1,5%. Oczywiście, można dopłacać więcej, niż te 10%, ale wówczas ta nadwyżka nie będzie już oprocentowana według stawki premiowej. Jeśli w jakimś miesiącu klientowi nie uda się powiększyć salda konta oszczędnościowego o 10%, to całe trzymane pieniądze są oprocentowane według "normalnej" stawki. Ale oczywiście w kolejnym miesiącu klient znów otrzymuje możliwość zagrania w "Zośkę".

      Przyznam, że jest to ciekawy mechanizm, który zresztą często podaję jako jeden z przykładów na to, by systematyczne oszczędzanie nie bolało. Ustaw sobie zleceni stałe i co miesiąc dokładaj do oszczędności określoną kwotę, a po jakimś czasie zapomnisz, że w ogóle oszczędzasz. W tym konkretnym przypadku działanie całego mechanizmu podkręca jeszcze bank, dosypując wyższe odsetki. A reklamuje to-to jakiś mistrz grania z "Zośkę":

      Minusy? Nieduże, ale są. Przede wszystkim konto oszczędnościowe jest sprzęgnięte na stałe z kontem osobistym w Idea Banku. Przelewy upoważniające do premiowego oprocentowania mogą przychodzić tylko z ROR-u. Zresztą jest to dość wygodne, bo co miesiąc system transakcyjny sam podpowie klientowi, że warto zrobić przelew na "oszczędnościówkę" oraz wyliczy ile ów przelew powinien wynosić, by klient załapał się na wyższe oprocentowanie. Z tym obowiązkiem posiadania ROR-u chodzi oczywiście o to, żeby klient, który korzysta z preferencyjnych odsetek od oszczędności, przeniósł się do Idea Banku również z całą resztą swoich domowych finansów.

      Czytaj też: Test innowacji, która jest tak przełomowa, że... w ogóle nie wejdzie w życie

      Konto Idealne, bo to ten rachunek jest wymagany przez Idea Bank do konta "Zośka", nie jest na szczęście obłożone żadną miesięczną opłatą. Darmowe są przelewy przez internet (także do ZUS). Karta debetowa do konta może kosztować 5 zł miesięcznie (chyba, że zapłacimy nią w sklepie za zakupy o wartości 100 zł miesięcznie, wtedy jest darmowa). Trzeba też dopłacić 5 zł do usługi darmowych wypłat z bankomatów w całym kraju. Jest kilka wodotrysków technologicznych, jak możliwość korzystania z systemu Idea Cloud, z mobilnego wpłatomatu, przypominającego taksówkę, a także z "klubokawiarni" bankowej, w której oczywiście oprócz kawy i internetu na hasło (hasłem jest login do konta w Idea Banku ;-)) są też kredyty. Niektóre z tych bonusów możecie obejrzeć na moim kanale w YouTube:

      W sumie więc warunki dotyczące udziału w możliwości oszczędzania pieniędzy w tempie 3% rocznie nie są zabójcze. Niepokoi mnie tylko zapis w regulaminie promocji, że trwa ona do sierpnia tego roku (choć może być przedłużona). Trzeba też powiedzieć bez ogródek, że ceną za "Zośkę" jest też zgoda na grillowanie, bo - jak powiedziałem na samym początku - tanie konto i dotowane oszczędzanie mają być jedynie wabikiem - celem ostatecznym zaś jest "ukredytowanie" klienta. Tym niemniej wspieram i pochwalam takie pomysły bankowców, jak "Zośka", bo uważam, że przy naszej niskiej skłonności do oszczędzania każda dodatkowa motywacja, by nie wydawać wszystkich pieniędzy "na życie" lub na przyjemności, jest potrzebna. Większość Polaków nie ma nawet podstawowej poduszki finansowej, nie mówiąc już o większych oszczędnościach i portfelu długoterminowych inwestycji. W budowaniu inwestycji bank za bardzo nie pomoże, ale przy poduszce finansowej, i owszem, pomóc może.

      Czytaj też: Nowy pomysł na przyciąganie małych firm. Weź kredyt i go... potestuj

      Dlatego ostatnio pochwaliłem w "Pieniądzach Ekstra" pomysł banku Credit Agricole, polegający na dopłacaniu klientom do tego, co sami zaoszczędzą na resztówkach. Niegłupi jest też pomysł banku Raiffeisen, który w ramach konta z karuzelą, która trwa i trwa (chyba, że ktoś ma chorobę lokomocyjną ;-)) daje klientom fajną rzecz w postaci wyższego oprocentowania na ROR w sytuacji, gdy saldo przekracza 10.000 zł. Jest to fajny pomysł na mobilizowanie klientów do posiadania dodatniego salda ;-). Jeśli widzicie w swoich bankach ciekawe pomysły, które mobilizują Was do oszczędzania pieniędzy, to dajcie znać w komentarzach, żebyśmy wszyscy mogli skorzystać.

      DZIĘKUJĘ ZA SPOTKANIE NA TARGACH KSIĄŻKI! Chciałbym Wam bardzo podziękować za liczne przybycie na niedzielne spotkanie podczas Warszawskich Targów Książki. Wspólnie z Marcinem Iwuciem, autorem świetnego poradnika o zarządzaniu domowym budżetem, opowiadaliśmy o tym jak mieć pieniądze, jak nimi zarządzać i jak je rozsądnie inwestować, a przy tym nadmiernie się nie stresować. Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach! Pamiętajcie, że moja książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" powinna być pierwszym krokiem do budowania Waszej finansowej zamożności! To bestseller, który doczekał się już drugiego wydania.

      10527380_1074185985943898_7618081644872948863_n

      11248078_1074191255943371_4375298523006360525_n

      11295728_1074186832610480_6799669747803578934_n

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA DYSKUSJI BANKOWCÓW I STUDENTÓW. Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się ze znakomitymi polskimi bankowcami - Zbigniewem Burligą, Sławomirem Lachowskim, Przemysławem Gdańskim, Piotrem Olendskim - oraz studentami Szkoły Głównej Handlowej na dyskusji poświęconej konsolidacji polskiego sektora bankowego. Szukaliśmy wspólnie odpowiedzi na pytanie czy jest ona nieunikniona i co może dla nas w najbliższym czasie oznaczać. To było bardzo inspirujące spotkanie, bardzo dziękuję członkom Studenckiego Koła Naukowego "Negocjator" za zaproszenie!

      11225744_665842186882694_2619100657400554885_n

      SUBIEKTYWNIE NA FORUM WIERZYTELNOŚCI. Oddech subiektywności czuli ostatnio na plecach przedstawiciele sektora windykacyjnego i bankowego podczas Bankowego Forum Wierzytelności. Przekonywałem tam branżę finansową, by otarła łzy, bo przecież wcale nie jest tak, jak branża myśli, że dziś większe prawa w banku ma dłużnik, niż wierzyciel.  

      vibankforwierz

      vibankforwierz1

      SPOTKANIE LIDERÓW BANKOWOŚCI I... SUBIEKTYWNOŚCI. Jaka jest przyszłość branży bankowej i jaką rolę odegra w niej sprzedaż produktów ubezpieczeniowych dołączanych do kont, kart i kredytów? O tym dyskutowałem z bankowcami i szefami firm ubezpieczeniowych podczas Spotkania Liderów Bankowości. Wniosek, jaki wyniosłem z tej dyskusji, ogranicza się do konkluzji, że czas na powrót do prostoty, oferowania klientom nieskomplikowanych, niezachachmęconych produktów o charakterze ochronnym, nie łączących ochrony i inwestycji.

      gallidbank5

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST MULTIMEDIALNA! Blog "Subiektywnie o finansach" ma grubo ponad 200.000 czytelników na www.samcik.blox.pl oraz dziesiątki tysięcy w serwisach społecznościowych. Dołącz do 28.000 fanów blogu na Facebooku, podyskutuj ze mną i z 5.000 followersów na Twitterze, znajdź mnie na Google+, zobacz co wrzuciłem na Instagram). Subiektywność znajdziesz też w YouTube. Tam możesz zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o twoich pieniądzach oraz zasubskrybować mój kanał. W tym kinie siedzi już ponad 1.000 osób, dołącz do nich! Najnowsza moja superprodukcja ;-) jest o kosztach posiadania własnego "M". Być może kupowanie mieszkania... w ogóle się nie opłaca?

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Taka Zośka, czyli dopłać co miesiąc do konta oszczędnościowego, a dostaniesz...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 maja 2015 18:03
    • Tysiąc zbuntowanych frankowiczów idzie do... arbitrażu. Co na to bankowcy?

      Zanosi się na najciekawszą od kilku lat próbę zawarcia pozasądowej ugody między bankami, a ich klientami. Jak się dowiaduję, mniej więcej tysiąc posiadaczy kredytów frankowych, skrzykniętych przez internet, zamierza zwrócić się do pięciu banków (m.in. PKO BP, BZ WBK i Raiffeisena) z wnioskiem o postępowanie arbitrażowe. Prawdopodobnie - choć co do tego trwają jeszcze wśród frankowiczów dyskusje - miałoby się ono odbyć przed sądem polubownym przy Komisji Nadzoru Finansowego, z udziałem tamtejszych mediatorów. Choć wiem też, że część kredytobiorców rozpoczęła już rozmowy z jednym z banków na własną rękę. Akcja wygląda dość profesjonalnie - zebrała się naprawdę duża grupa osób, a każda z pięciu podgrup (podzielonych nazwami banków-kredytodawców) wynajęła sobie prawników, którzy mają pomóc w negocjacjach i opracowują wstępne stanowiska, poparte stosownymi wyliczeniami. Ich celem ma być, rzecz jasna, ustalenie zasad współodpowiedzialności za wzrost rat i zadłużenia z tytułu kredytów we frankach szwajcarskich. 

      Za wcześnie jeszcze, by powiedzieć czy ten pomysł wypali, ale przyznam, że podoba mi się on znacznie bardziej, niż uliczne demonstracje i happeningi. Gdyby choć jednej z tych grup udało się - nie na sali sądowej, nie na ulicy, ani w ramach politycznych gierek, lecz w ciszy gabinetów - wynegocjować kompromisowe rozwiązanie (np. pokrycie przez bank części niekorzystnych różnic kursowych), byłby to bardzo ważny precedens. Wiem, że podobne rozmowy toczyły się już kilka tygodni temu - w pewnym momencie nawet na najwyższym szczeblu, z udziałem szefów UOKiK - między mBankiem, a "Nabitymi". Zresztą już pięć lat temu mBank zawarł z częścią "Nabitych" porozumienie dotyczące zmiany zasad naliczania im oprocentowania. Ci klienci, którzy do niego przystąpili, dziś są wygrani, w odróżnieniu od tych, którzy postanowili walczyć do końca i przed tygodniem doznali porażki w Sądzie Najwyższym.  

      Oczywiście: do tego tanga trzeba dwojga. Z jednej strony nie ma pewności czy banki dojrzały do tego, by wziąć na siebie część odpowiedzialności za ponadstandardowe ryzyko walutowe, na które naraziły klientów. Z punktu widzenia bankowców ograniczeniem może być ugruntowane przekonanie, że klienci wiedzieli w co się pakują, świadomie zadłużyli się w walucie obcej chcąc kupić większe mieszkanie w lepszym miejscu, albo wręcz zadłużyli się z myślą o prowadzeniu działalności gospodarczej. Z drugiej nie wiadomo, czy klienci rzeczywiście są gotowi do ustępstw, czy też wystartują od żądań z najwyższej półki, np. "przewalutowanie kredytów na złotowe po kursie z dnia ich zaciągnięcia". To mogłoby skompromitować ich inicjatywę już na samym początku. Odpowiedzi na żadne z tych pytań nie mam. Z moich rozmów z bankowcami wynika, że niektórzy z nich są już zmęczeni frankową wojną z klientami i chętnie by załatwili sprawę jakąś ugodą, nawet godząc się z tym, iż pociągnie to pewne straty finansowe. Sęk w tym, że obawiają się, iż każda oznaka dobrej woli zostanie potraktowana jak dowód słabości, a najbardziej radykalne grupy frankowiczów zaczną palić pod siedzibami banków kukły prezesów. Być może arbitraż, albo negocjacje o charakterze szczerej rozmowy za zamkniętymi drzwiami, opatrzonej klauzulą "tajne", otworzą obie strony - dziś prężące muskuły i demonstrujące nieugiętość - na kompromis.

      Jeśli rzeczywiście wnioski o mediację zostaną złożone do sądu polubownego przy Komisji Nadzoru Finansowego, to piłeczka będzie po stronie banków. Niezmiernie rzadko godziły się one dotąd na postępowania przed tym akurat sądem arbitrażowym (znacznie bardziej lubią "swój", czyli Arbitra Bankowego przy Związku Banków Polskich). Ale teraz trudno będzie im odmówić. Inna sprawa, że banki mogą zagrać na czas i potraktować jako wygodny pretekst fakt, iż wspólnie przygotowują rozwiązanie zapowiadane już kilkanaście tygodni temu i nie chcą otwierać sobie jakichś "specjalnych" negocjacji z poszczególnymi grupami klientów. Tyle, że te akurat grupy kredytobiorców, wnioskujące o mediację, są spore i ich zlekceważenie już na samym początku mogłoby oznaczać "powtórkę z Nabitych", czyli początek wojny "propagandowej", a może i prawnej. Wyobraźmy sobie dobrze zorganizowaną akcję składania kilkuset indywidualnych pozwów przeciwko danemu bankowi. Usiąść z konsumentami do stołu zanim zaczną zachowywać się nieobliczalnie może być jednak bezpieczniej. 

      Od dawna namawiam, żeby sprawę franków rozstrzygnąć poza sądową wokandą, w ramach jakiegoś kompromisowego rozwiązania wynegocjowanego między bankami i klientami. Namawiam też do tego, by konsumenci występowali w grupie, będąc równoważnym partnerem dla banków. Choć ostatnie wyroki sądowe wzmacniały raczej bankowców, niż klientówA. Owszem, zdarzają się dobre dla tych ostatnich wyroki, jak np. ten dotyczący bankowego tytułu egzekucyjnego, wystawionego pod adresem jednej z mieszkanek Szczecina, posiadaczki kredytu frankowego. Sąd - kilka miesięcy temu w pierwszej instancji, zaś kilka dni temu w drugiej - uznał, że bank nie powinien mieć prawa do przyspieszonej egzekucji długu, bo zasada, według której przeliczył wartość owego długu z franków na złote, jest określona w umowie zbyt nieprecyzyjnie. Nie oznacza to jeszcze, że kredyt frankowy staje się złotowym, ale jest sygnałem, że sądy miewają wątpliwości co do sposobu przeliczania klientowskich zobowiązań z waluty obcej na naszą.

      Ale są i mniej korzystne wyroki. W zeszłym tygodniu od ściany Sądu Najwyższego odbili się "Nabici w mBank". Po korzystnych dla nich wyrokach dwóch instancji wydawało się, że złożony przez bank wniosek kasacyjny jest już tylko gestem rozpaczy. Tymczasem okazało się, że Sąd Najwyższy nieoczekiwanie stanął po stronie banku. Choć sądy niższych instancji udowodniły, iż zapisy dotyczące tego w jakich okolicznościach bank może zmienić klientom oprocentowanie kredytów są nieprecyzyjne, Sąd Najwyższy orzekł, że to wcale nie oznacza, iż umowa była wykonywana niewłaściwie. I zażądał, by powołać biegłego, który by ustalił w jakim stopniu zysk banku wynikający z wadliwej klauzuli był "niesprawiedliwy". Sprawa "Nabitych w mBank", która trwa już piąty rok, może potrwać np. kolejnych pięć lat i to bez żadnej gwarancji zwycięstwa klientów. Kilka tygodni wcześniej Sąd Najwyższy orzekł, że klienci - tym razem nie chodziło o sprawę zbiorową, lecz indywidualną - nie mogą domagać się wyrzucenia ze swoich umów paragrafów mówiących o spreadzie walutowym (a tym samym doprowadzić do "odfrankowienia" kredytów). To wszystko są wydarzenia zniechęcające bankowców do kompromisu. Ale czy bankowcom naprawdę jest na rękę wielorundowy spektakl na salach sądowych, na którym obłowią się głównie prawnicy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (40) Pokaż komentarze do wpisu „Tysiąc zbuntowanych frankowiczów idzie do... arbitrażu. Co na to bankowcy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 maja 2015 08:13
  • czwartek, 21 maja 2015
    • Uwaga na promocje lokat! Bank zmienił warunki, nie poinformował klienta i... odsetek nie będzie?

      Promocje lokat terminowych to sens życia wielu ciułaczy. Chętnie przenoszą pieniądze z jednego banku do drugiego, by otrzymać lepszy procent. A banki wiedzą, że jest duża grupa klientów-oportunistów i chętnie o nich walczą. Tylko co zrobić z takim oportunistą po wygaśnięciu promocyjnej lokaty? Zwłaszcza wtedy, kiedy nie chce się mu już płacić super-odsetek? W lipcu 2009 r. rodzice mojego czytelnika założyli dwuletnią terminową lokatę bankową w Noble Banku (teraz jest to część Getin Banku) za pośrednictwem Open Finance. Lokata miała opcję automatycznego odnowienia. Umowa dopuszczała zerwanie lokaty w czasie jej trwania bez utraty odsetek. Lokata była odnawialna, kilka miesięcy temu została przedłużona po raz drugi. Ale tym razem, oprócz zmiany oprocentowania, zmieniły się także warunki rozwiązania umowy - tzn. teraz nie można już zerwać lokaty w czasie jej trwania z zachowaniem proporcjonalnej do czasu oszczędzania wartości odsetek (jak przewidywała to pierwotna umowa). Przyznacie, że jest do dość znacząca zmiana w warunkach kontraktu lokacyjnego.

      Mój czytelnik - po pewnym czasie zorientowawszy się, że oprocentowanie po ostatnim rolowaniu jest wyjątkowo nędzne - chciał strzelić focha i zerwać umowę w trakcie jej trwania. Chciał też, by bank wypłacił mu część odsetek. Bank odmówił, powołując się na warunki zrolowanej lokaty. Klient zaś nie zgodził się z takim postawieniem sprawy, wychodząc z założenia, że bank miał obowiązek poinformować go o każdej zmianie struktury produktu w porównaniu z tą, która wynikała z podpisanej pierwotnie umowy. Kto ma rację? Bank powołuje się na zapis umowy mówiący:

      „Po upływie okresu umownego Lokata wraz ze skapitalizowanymi odsetkami jest automatycznie odnawiana na taki sam okres i na warunkach przewidzianych dla terminowych lokat oszczędnościowych o stałym oprocentowaniu obowiązujących w dniu rozpoczęcia kolejnego okresu umownego".

      Na tej właśnie podstawie bankowcy uznali (i podtrzymali to zdanie rozpatrując dwie reklamacje), że są zwolnieni od konieczności pieszczenia klienta informacjami o tym w jaki sposób zmieniają się warunki lokaty po jej zrolowaniu. Rzecznik Praw Konsumenta w Warszawie, zapytany przez mojego czytelnika o zdanie, stwierdził, że bank miał obowiązek udzielić mu wszelkich informacji dotyczących zmian w umowie, a tym bardziej takich zmian, które oznaczają nową strukturę produktu. Zapytałem bank, czy nie uważa, że czym innym jest zrolowanie lokaty przy zastosowaniu niższych odsetek, a czym innym jest zmiana parametrów lokaty bez poinformowania klienta i umożliwienia mu odstąpienia od umowy. Zwłaszcza, że mówimy o lokacie dwuletniej, a nie takiej, która zaraz i tak znów wygaśnie.

      „Top Lokata, oferowana Klientom w 2009 r. była dwuletnim, promocyjnym depozytem odnawialnym. Warunki promocji, oprócz atrakcyjnego oprocentowania, dawały Klientowi możliwość zerwania lokaty w ciągu trzech pierwszych dni każdego kwartału, bez obawy o utratę wypracowanych do tego czasu odsetek. Po upływie okresu umownego, lokata wraz ze skapitalizowanymi odsetkami odnawiała się automatycznie na taki sam okres. Zgodnie z zaakceptowanymi przez Klienta zapisami umowy, depozyt odnawiał się na warunkach przewidzianych dla terminowych lokat oszczędnościowych o stałym oprocentowaniu obowiązujących w dniu rozpoczęcia kolejnego okresu umownego. Warunki te dotyczyły zarówno oprocentowania odnowionego depozytu, jak również pozostałych warunków, w tym związanych z zrywaniem lokaty. Tym samym, odnowiona lokata nie była objęta zapisami promocji oferowanej Klientom dwa lata wcześniej"

      - odpisano mi w banku. Według bankowców twierdzenie, iż klient nie wiedział, że po upływie okresu umownego lokata odnowi się automatycznie na innych warunkach, jest ściemą. Czy ma rację? Przypuszczam, że wątpię. Klient, powołując się nie tylko na opinię Miejskiego Rzecznika Konsumentów, ale i na interpretację umowy przygotowaną mu przez kancelarię prawną uważa, że bank, nie powiadamiając go na piśmie o istotnych zmianach (nie tylko zmiana oprocentowania, ale także zmiana struktury lokaty), nie zachował należytej staranności w wykonywaniu czynności bankowych. I może mieć rację. To zrozumiałe, że bank nie ma ochoty pozwalać klientom na zrywanie zrolowanych już lokat - idealną sytuacją jest taka, w której klient jest przywiązany do kaloryfera, zaś bank nie musi mu płacić dużo, bo zrolował dobrze oprocentowany depozyt na taki, który jest oprocentowany nędznie. W dodatku mała jest szansa, że klient będzie się sądził w sprawie spornych odsetek. Duża jest natomiast szansa, że po publikacji tego wpisu inni klienci zastanowią się, zanim założą promocyjny depozyt. A nawet jeśli go założą, to będą bardzo uważali, gdy bank będzie chciał im ją automatycznie zrolować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Uwaga na promocje lokat! Bank zmienił warunki, nie poinformował klienta i... odsetek nie będzie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 maja 2015 08:48
  • środa, 20 maja 2015
    • Liczby mówią, że Polacy pokochali pierwszy bank telekomowy. Ilu z nich w ogóle nie wie, że kocha?

      Ostatnio operator telekomunikacyjny T-Mobile poinformował, że już pół miliona osób korzysta z banku T-Mobile Usługi Bankowe, stworzonego wspólnie z Alior Bankiem zaledwie rok temu. Z kolei Alior Bank w swoim raporcie kwartalnym ujawnił, że od maja zeszłego roku (start projektu) do końca marca tego roku (koniec pierwszego kwartału) bankowi T-Mobile udało się pozyskać 202.000 klientów (reszta z owego pół miliona, to wcześniejszy "urobek" internetowego banku Alior Sync, który został wniesiony do T-Mobile Usługi Bankowe. Ale nawet te 200.000 klientów, pozyskanych w ciągu niespełna roku, to ogromna liczba, bo przecież nawet banki najszybciej pozyskujące klientów na rynku do tej pory rosły w tempie najwyżej 300.000 nowych kont rocznie. To tempo osiągalne dotąd tylko dla elity, najwyżej kilku najbardziej "wydajnych" banków (mBank, Alior, przez chwilę również Bank Pocztowy, czy BZ WBK). Tempo pozyskiwania nowych klientów przez bank T-Mobile pokazuje potencjał współpracy banków z telekomami, mającymi dostęp do wielokrotnie większych baz klientów.

      Z punktu widzenia T-Mobile 500.000 kont bankowych to przyjemna liczba, ale przecież to oznacza, że ROR pod marką niemieckiej sieci ma raptem mniej, niż co dwudziesty klient T-Mobile. Inna sprawa w jaki sposób na tych klientach zarobić - na starcie były głównie bonusy i sute dotowanie klientów prezentami finansowymi i darmowymi debetami. Teraz to się zmienia. Bank T-Mobile ostatnio wycofał się z bezwarunkowej darmowości swojego konta, więc widać, że etap nęcenia powoli się kończy, a za chwilę nastąpi etap dojenia. Mam też niejasne podejrzenia, ze te 200.000 nowo otwartych kont jest liczbą nieco "napompowaną", a więc konta w banku T-Mobile dostawali nie tylko ci, którzy rzeczywiście chcieli skorzystać z usług bankowych, lecz również ci, którzy byli w nie "ubierani" mimochodem, po to aby sprzedawca mógł wykonać plan nałożony przez szefostwo. Będzie z tego kwas, bo wiele osób zapewne nie zaakceptuje płacenia za nie używane konto, gdy kiedyś T-Mobile taką opłatę wprowadzi (tak, jak wprowadził 6-złotową prowizję za nieużywaną kartę).

      Jak się takie "ubieranie" klienta w konta odbywa? Pan Jarosław, mój czytelnik z Warszawy, dowiedział się na przykład, że przy okazji przedłużania umowy na telefon założył konto w banku T-Mobile. Co ciekawe, pan Jarosław wyraźnie zaznaczył podczas rozmowy ze sprzedawcą, że nie życzy sobie żadnego konta bankowego, nawet darmowego. Sprzedawca wysłuchał, pokiwał ze zrozumieniem głową, po czym coś-tam poklikał w swoim systemie i powiedział, że "będzie dobrze". Pan Jarosław nie miał innego wyjścia, jak uwierzyć, że "będzie dobrze". No i przez kilka godzin było dobrze, ale tego samego dnia wieczorem dostał SMS-y powitalne od banku T-Mobile Usługi Bankowe. Zadzwonił na infolinię, gdzie dość długo nie mogli uwierzyć, że klient nie chce mieć konta bankowego. Wszystko wskazuje na to, że problem jest strukturalny.

      "Czy można bez zgody klienta założyć mu konto bankowe i wysłać kartę płatniczą? Tak właśnie postąpił T-Mobile. Kartę, którą dostałem pocztą, choć jej nie zamawiałem - bo w ogóle nie podpisywałem żadnej umowy na konto bankowe - od razu zniszczyłem. Po interwencji w punkcie T-Mobile zapewniono mnie, że konto nie istnieje, po czym... otrzymałem taki SMS: ,,Zmiana danych osobowych. Kod autoryzacyjny (...). TM Usługi Bankowe". Skąd mam uzyskać wiarygodne informacje o tym, że moje konto zostało zlikwidowane?"

      Zapytuje pan Bogdan, kolejny mój czytelnik. Oczywiście, pewności nie ma nigdy, a sprawy kont, które miały zostać zlikwidowane, albo wręcz nigdy nie powinny istnieć, a wciąż funkcjonują w najlepsze, opisywałem już w blogu. Bankowcy będą też oczywiście zniechęcali Was do zamykania konta, którego wcale nie otwieraliście ;-)  Takie rzeczy to właśnie efekt planów sprzedażowych nakładanych na pracowników, którzy - jeśli chcą utrzymać pracę - muszą założyć klientom tyle-a-tyle kont miesięcznie. Jeśli nie jesteście pewni, czy Wasze konto w T-Mobile Usługi Bankowe lub w każdym innym banku zostało zamknięte, poproście w banku o zaświadczenie i przechowujcie je w domowym archiwum. Jeśli np. za pięć lat bank niespodziewanie odezwie się, że macie jakieś zaległości na takim koncie, wyciągniecie ten kwitek i będzie jasne, że żadnych zaległości nie ma. To ważne, bo jeśli nie będziecie mieli potwierdzenia, że konto zostało prawidłowo zlikwidowane, to bank za kilka lat może wmówić Wam dowolną bzdurę, np. że nie podpisaliście jakiegoś kwitku i dlatego oni nie mogli ukończyć procedury. 

      Czytaj też: Koniec pieszczot, czyli T-Mobile zadzwonił i... słychać świst pejcza

      Czytaj też: T-Mobile nie lubi ex-klientów Synca? Byli rozpieszczani, a teraz...

      Gdy firma telekomunikacyjna ma swój bank, jej życie jest piękne. Można "ubierać" klienta w dowolną liczbę urządzeń, wszystko wrzucać w kredyt ratalny i nie martwić się o nic. Kredyt jest oprocentowany, więc operator zarabia dwa razy. Kilka miesięcy firma T-Mobile, przy okazji przedłużania umowy telekomunikacyjnej, sprzedała mojej mamie, razem z telefonem oraz promocyjnym abonamentem na dwa lata, również tablet oraz internet mobilny. Sprzedawca w punkcie obsługi zapewnił mamę, że te wszystkie bonusy są "za 1 zł", a kiedy mama zapytała czy będzie płaciła mniej, potwierdził, że i owszem, telefon teraz będzie tańszy. Za telefon mama płaci o 10 zł mniej, ale spłaca raty za tablet (bo "za 1 zł" dotyczyło tylko pierwszej raty) oraz za internet mobilny - w sumie 150 zł miesięcznie. Z tabletu nie korzysta, z internetu mobilnego tym bardziej (bo ma w mieszkaniu wi-fi). Ale płacić musi, bo kary za zerwanie umowy są horrendalne.

      "Nie mam możliwości sprawdzenia jak przebiegała rozmowa z konsultantem, ani nie chciałbym zarzucić nikomu złej woli. Być może był to wyniki zwykłego niezrozumienia sytuacji przez obie strony"

      - ripostuje przedstawiciel T-Mobile, pan Konrad Mróz. A jednak coś tu nie gra, bo skarg na sposób oferowania usług przez T-Mobile dostaję ostatnio coraz więcej. Albo ludzie nie dorośli do komunikacji pracowników T-Mobile z klientami, albo z komunikacją jest coś nie tak. Zdaję sobie sprawę, że w każdej firmie znajdą się "czarne owce", czyli sprzedawcy gotowi wpuścić klienta w maliny, by dostać wyższą premię. Sęk w tym, żeby nie "pomagać" im ustalając plany sprzedażowe w sposób, który powoduje pokusę, by zrobić klienta w bambuko za wszelką cenę. Rozmawiałem na ten temat z przedstawicielami T-Mobile i liczę na to, że liczba sygnałów dotyczących nieetycznej sprzedaży, które do mnie docierają, spadnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Liczby mówią, że Polacy pokochali pierwszy bank telekomowy. Ilu z nich w ogóle nie wie, że kocha?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 20 maja 2015 09:05
  • wtorek, 19 maja 2015
    • Expander sprzedany: duży ubezpieczyciel wchodzi na rynek doradztwa finansowego i...kredytów

      Mamy małe trzęsienie ziemi w branży doradców finansowych. Druga największa tego typu firma na rynku, Expander, zostanie przejęty przez Avivę, brytyjską firmę ubezpieczeniową mocno rozpychającą się w Polsce. Tym samym Expander zakończy swoją historię jako niezależna "sieciówka" (od 2003 r. należał do koncernu General Electric, a od 2007 r. do funduszu Innova Capital). Teraz będzie działać w takim modelu, jaki od początku uskutecznia główny rywal, czyli Open Finance, który jest częścią bankowego imperium Leszka Czarneckiego, zaś swoją "niezależność" sprzedaje głównie na reklamach (choć ostatnio rzeczywiście "odlepił się" od siostrzanego Getin Banku i do niedawna też siostrzanej firmy ubezpieczeniowej Europa). Po Expanderze płakał nie będę, może nawet wyjdzie mu na zdrowie przejście w ręce korporacji mającej długoterminowe plany na polskim rynku. Jako firmy należącej do inwestora finansowego, mającego na celu szybkie "pompowanie" wartości swojej inwestycji, Expandera się bałem i często-gęsto go krytykowałem, gdyż to, co oferował, przypominało niekiedy ciemność i mrok. Bardziej mnie interesuje wpływ tej transakcji na biznes Avivy w Polsce.

      Czytaj też: Ubezpiecz u nich auto, to odwiozą cię do domu z nocnej imprezy

      Brytyjska firma ubezpieczeniowa - przed laty znana nam jako Commercial Union - obsługuje u nas 3,5 mln klientów i ostatnio ostro pogrywa na naszym rynku, ale głównie w segmencie ubezpieczeń życiowych. Jeśli chodzi o polisy na życie, to w zeszłym roku Polacy wpłacili Avivie ponad 2 mld zł składek (to nieco mniej, niż 10% rynku, bo wszystkie firmy łącznie zebrały 28 mld zł). Jeśli zaś chodzi o ubezpieczenie majątku (domy, samochody) - Aviva jest raczej liliputem, "przyszło" jej w zeszłym roku 325 mln zł składek (niewiele, bo cały rynek to 13 mld zł jeśli chodzi o ubezpieczenia komunikacyjne, drugie tyle jeśli chodzi o inne ubezpieczenia majątku. Co wyróżnia Avivę? O ile takie firmy, jak PZU, czy Warta są utożsamiane niemal wyłącznie z ubezpieczeniami, to Aviva mocno stawia na oferowanie klientom produktów inwestycyjnych. I to nie tylko takich, których generalnie nie lubię, czyli unit-linków i innych polis inwestycyjnych, ale też "czystych" inwestycji - kont IKE i IKZE (firma pozyskała 27.000 nowych klientów, prawie co drugi w zeszłym roku wybierał oszczędzanie tego typu z Avivą) oraz funduszy inwestycyjnych (jeśli chodzi o fundusze to TFI Aviva Investors zebrało 13 mld zł, czyli jakieś 10% rynku detalicznych oszczędności Polaków).

      Czytaj też: Obiecują likwidację szkody w 10 dni, albo zwrot składki

      Pod względem budowania sieci dotarcia do klientów Aviva przypomina mi trochę Alior Bank - wszędzie jest jej pełno i nie stroni od odważnych, czasem dziwacznych pomysłów. Ma sieć własnych agentów i korzysta z multiagencji, ale już od dawna stawia też na inne kanały. Jakiś czas temu zawarła strategiczny sojusz z bankiem BZ WBK (numer trzy w Polsce), więc jej ubezpieczenia są sprzedawane na wyłączność kilku milionom klientów bankowych. Jako jedna z pierwszych firm ubezpieczeniowych zaczęła sprzedawać plany systematycznego inwestowania oparte na funduszach inwestycyjnych bezpośrednio w sieci. W zeszłym roku Aviva uruchomiła sieć placówek Centrum Finansów Aviva, gdzie klienci mają znajdować fachowe porady dotyczące nie tylko ubezpieczeń i inwestowania oszczędności, ale i lokat, kredytów oraz wszystkiego, czego Aviva nie ma w swojej ofercie. Firma chce więc ubezpieczać i inwestować oszczędności klienta na emeryturę, ale też być pośrednikiem w zaspokajaniu innych potrzeb, jak np. ulokowanie pieniędzy "na szybko", czy wzięcie kredytu gotówkowego lub mieszkaniowego.

      I tu dochodzimy do pomysłu, by kupić Expandera. Co by o nim nie mówić (nie jest to najbardziej rentowny biznes na świecie, raptem kilkanaście milionów złotych rocznego zysku), sprzedaje on kredyty hipoteczne za 3-4 mld zł rocznie, co oznacza, że ma 10% hipotecznego rynku. Nie do pogardzenia. W produktach inwestycyjnych też ma kilkusetmlionowy roczny urobek, a przede wszystkim bazę klientów, którym można zaoferować konta IKE, IKZE oraz fundusze inwestycyjne zarządzane przez Avivę. Na razie ubezpieczyciel nie zdradza swoich pomysłów na Expandera, ale można się domyślić, że - tak samo, jak to jest w Centrum Finansów Aviva - te produkty, które Aviva "wytwarza" będą miały w Expanderze wyłączność, a w tych częściach rynku finansowego, w które ubezpieczyciel się nie zapędza, będzie oferował produkty wybranych banków i żył z prowizji. Dotyczyć to będzie zapewne głównie kredytów hipotecznych i gotówkowych.

      Czytaj też: bezpośrednia likwidacja, czyli wyznania kierowcy lekko stukniętego

      Pomysłów na cross-selling może być sporo i chyba czas zacząć przyzwyczajać się do myśli, że Aviva w Polsce - mając spółkę i strategiczny sojusz z BZ WBK, kontrolując jednego z największych pośredników finansowych (czyli pośrednio dużą część rynku kredytów hipotecznych) i duże towarzystwo funduszy inwestycyjnych - tworzy model biznesu, który może być antidotum dla tych, którzy dziś narzekają, że ludzie nie chcą ubezpieczać się na życie, do ubezpieczeń komunikacyjnych trzeba wciąż dokładać, a chętnych na złodziejskie polisy inwestycyjne jakby coraz mniej.

      DZIĘKUJĘ ZA SPOTKANIE NA TARGACH KSIĄŻKI! Chciałbym Wam bardzo podziękować za liczne przybycie na niedzielne spotkanie podczas Warszawskich Targów Książki. Wspólnie z Marcinem Iwuciem, autorem świetnego poradnika o zarządzaniu domowym budżetem, opowiadaliśmy o tym jak mieć pieniądze, jak nimi zarządzać i jak je rozsądnie inwestować, a przy tym nadmiernie się nie stresować. Do zobaczenia na kolejnych spotkaniach! Pamiętajcie, że moja książka "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" powinna być pierwszym krokiem do budowania Waszej finansowej zamożności! To bestseller, który doczekał się już drugiego wydania.

      10527380_1074185985943898_7618081644872948863_n

      11248078_1074191255943371_4375298523006360525_n

      11295728_1074186832610480_6799669747803578934_n

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA DYSKUSJI BANKOWCÓW I STUDENTÓW. Kilka dni temu miałem przyjemność spotkać się ze znakomitymi polskimi bankowcami - Zbigniewem Burligą, Sławomirem Lachowskim, Przemysławem Gdańskim, Piotrem Olendskim - oraz studentami Szkoły Głównej Handlowej na dyskusji poświęconej konsolidacji polskiego sektora bankowego. Szukaliśmy wspólnie odpowiedzi na pytanie czy jest ona nieunikniona i co może dla nas w najbliższym czasie oznaczać. To było bardzo inspirujące spotkanie, bardzo dziękuję członkom Studenckiego Koła Naukowego "Negocjator" za zaproszenie!

      11225744_665842186882694_2619100657400554885_n

      SUBIEKTYWNIE NA FORUM WIERZYTELNOŚCI. Oddech subiektywności czuli ostatnio na plecach przedstawiciele sektora windykacyjnego i bankowego podczas Bankowego Forum Wierzytelności. Przekonywałem tam branżę finansową, by otarła łzy, bo przecież wcale nie jest tak, jak branża myśli, że dziś większe prawa w banku ma dłużnik, niż wierzyciel.  

      vibankforwierz

      vibankforwierz1

      SPOTKANIE LIDERÓW BANKOWOŚCI I... SUBIEKTYWNOŚCI. Jaka jest przyszłość branży bankowej i jaką rolę odegra w niej sprzedaż produktów ubezpieczeniowych dołączanych do kont, kart i kredytów? O tym dyskutowałem z bankowcami i szefami firm ubezpieczeniowych podczas Spotkania Liderów Bankowości. Wniosek, jaki wyniosłem z tej dyskusji, ogranicza się do konkluzji, że czas na powrót do prostoty, oferowania klientom nieskomplikowanych, niezachachmęconych produktów o charakterze ochronnym, nie łączących ochrony i inwestycji.

      gallidbank5 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Expander sprzedany: duży ubezpieczyciel wchodzi na rynek doradztwa finansowego i...kredytów”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 maja 2015 13:16
    • Pożyczkowy gigant zaczyna sprzedawać chwilówki "z opcją zerową". Będzie jatka?

      Provident, niegdyś rynkowy hegemon w pożyczkach pozabankowych, od pewnego czasu wyglądał na dinozaura, który czeka na nadejście nieuchronnej epoki lodowcowej. Erę globalnego antyprovidentowego ochłodzenia wyznaczyło wejście do Polski internetowych pożyczek-chwilówek. Zaczęły one szybko odbierać Providentowi najbardziej nowoczesnych klientów, preferujących bezkontaktowe formy dostawy gotówki. Chwilówki przejęły dużą część rynku pożyczek pozabankowych (niektórzy mówią, że połowę), a niektóre z takich firm zaczęły w dodatku wchodzić na rdzenne terytorium Providenta - czyli w bardziej długoterminowe pożyczki ratalne. Taki model biznesowy testuje np. oferująca chwilówki Wonga, która chce być marką pożyczkową dla klientów premium, ale żeby móc obniżyć ceny musi się trochę "uprovidentowić" jeśli chodzi o dłuższy okres i wyższą kwotę pożyczki. Pożyczki przez internet, długie i krótkie, osaczają więc niedawnego hegemona.

      Ciekawe: Banki też wchodzą w chwilówki. I też sprawdzają klientów przez fejsbuka

      Dinozaur tanio skóry jednak sprzedać nie chce. Po pierwsze próbuje wywalczyć takie zapisy w powstającej ustawie regulującej pozaodsetkowe koszty kredytu, żeby utrudnić życie chwilówkom (ma im się nie opłacać rolowanie pożyczek). Po drugie właściciel Providenta wprowadza na polski rynek markę Hapi, czyli pożyczki przez internet, żeby też zaistnieć w najnowocześniejszej części tego biznesu. Po trzecie wreszcie - i to jest tematem niniejszego wpisu - Provident zmienia ofertę tak, by mieć w niej coś dla miłośników... chwilówek. Od poniedziałku uruchomił promocję, w której można pożyczyć 500, 1000 albo 1500 zł na trzy miesiące, ale jeśli odda się kasę po miesiącu, to Provident nie pobierze żadnych odsetek, ani opłat. A więc pożyczka będzie całkiem gratis. Tak samo, jak w większości firm chwilówkowych. Jeśli zaś klient oddać pieniędzy w ciągu 30 dni się będzie w stanie, to pożyczka przestaje być gratisowa i trzeba będzie spłacić ją w trzech ratach. Jaki ma być bonus w porównaniu z firmami chwilówkowymi? Ano taki, że tu od razu znamy wysokość tych rat i wiemy ile ta trzymiesięczna pożyczka w najgorszym razie będzie kosztowała. A w firmach chwilówkowych z przejrzystością kosztów i opłat za przedłużenie bywa różnie.

      Ceny pożyczek chwilówkopodobnych w Providencie - jeśli klient nie zmieści się w "darmowym" miesiącu też mają być konkurencyjne do chwilówkowiczów. Np. jeśli pożyczę 500 zł, to muszę oddać 630 zł - w trzech ratach po 210 zł miesięcznie. Cała zabawa kosztuje mnie więc 130 zł. W Vivusie pierwsza pożyczka dla nowego klienta jest za zero, a za jej przedłużenie na kolejny miesiąc trzeba zapłacić 95 zł (przy założeniu, że unikniemy opłat przypominawczych), co oznacza, że po dwukrotnym zrolowaniu po trzech miesiącach z pożyczonych 500 zł trzeba oddać 690 zł. Provident wystawia więc ofertę, która z jednej strony ma zalety chwilówki (pierwszy miesiąc może być gratis), a z drugiej strony nawet w przypadku jej zrolowania oferuje przewidywalne warunki spłaty. Oczywiście w Providencie nigdy nie było i nie jest tanio, ale fakt jest taki, że firma już bez ogródek wchodzi w segment chwilówek i wywiera na chwilówkowiczów presję cenową. Oczywiście, jest kilka nowych firm na rynku, które też próbują licytować się na ceny chwilówek, ale Provident może mieć większy wpływ na ten segment rynku, bo ma dużo więcej pieniędzy na reklamę, niż nowicjusze. Będzie więc ciekawie.

      Poczta też podgryza Vivusa i Wongę. Płacisz 20% i masz chwilówkę nie tylko na chwilę

      Stali klienci Providenta zapewne wiedzą, że oferta "pierwszego miesiąca gratis" nie jest w tej firmie niczym nowym. Od dłuższego czasu stosuje ona zasadę, że każdy klient w ciągu 14 dni może odstąpić od umowy bez podania przyczyny (to wymóg ustaw konsumenckich) i ma 30 dni na zwrot gotówki bez opłat. W sumie więc nowy pomysł nie jest dla Providenta jakimś szczególnym odkryciem, a raczej zmianą "podstawy prawnej" stanu, który już istnieje. Zresztą kiedy w poniedziałek wieczorem dzwoniłem do Providenta, by usłyszeć szelest darmowej gotóweczki w ramach promocji "Akcja Kalkulacja" (bo tak się nazywa próba inwazji Providenta na firmy chwilówkowe), to zapewniano mnie, że darmowy pierwszy miesiąc pożyczki z miesięczną ratą to właśnie to samo, co możliwość wycofania się z umowy w ciągu 14 dni. Widać do call center wieść o inwazji jeszcze nie dotarła.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Pożyczkowy gigant zaczyna sprzedawać chwilówki "z opcją zerową". Będzie jatka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 maja 2015 08:16
  • poniedziałek, 18 maja 2015
    • Gdy bank po kilkunastu latach przypomniał sobie o rzekomym długu. Jak się obronić?

      W filozofii budowania bazy BIK, która przedstawia historię kredytową klientów banków, jest jakaś luka. Mimo wzrostu poziomu swej "prokonsumenckości", baza ta wciąż traktuje dane uzyskiwane z banków niczym prawdę objawioną, zaś konsumenta - jak worek kartofli, albo - co byłoby jeszcze gorsze - buraków ;-). Klient, nawet jeśli jest przekonany, iż informacja umieszczona na jego temat w BIK jest nieprawdziwa, nie jest w stanie nic zrobić dopóki nie zareaguje bank, który go pomówił o jakieś brzydkie rzeczy (najczęściej o niespłacanie kredytu w terminie). "Lewy" wpis w bazie może sobie tkwić całymi latami, a klient - walić głową w bankowy mur. A na koniec przeważnie nie ma szans na żadne zadośćuczynienie (a są tacy, którzy swoje straty wyliczyli np. na prawie 400.000 zł), bo przecież to "tylko" wpis w bazie danych i szalenie trudno w polskim sądzie udowodnić, iż z tytułu tego wpisu obywatel poniósł wymierne straty. Zresztą może to i słuszne podejście, w końcu odcięcie człowiekowi dostępu do kredytu, ze względu na jego cenę, to raczej dobry uczynek, niż grzech ;-).

      Gdyby BIK lub bank, który umieścił fałszywy wpis, choć raz musiały zapłacić komuś gigantyczne odszkodowanie, wyjaśnienia tego typu spraw byłoby szybciutkie. A trwa, niestety, całymi latami. Sprawa, którą Wam dzisiaj przedstawię, ma historię... kilkunastoletnią. W 2010 r. mój czytelnik poszedł do banku po 10.000 zł kredytu na leczenie syna. Bank odmówił, bo zobaczył w BIK negatywny wpis świadczący o tym, że mój czytelnik jest klientem niesolidnym. Człowiek ów pofatygował się do Warszawy, do biura BIK (wtedy nie było jeszcze BIK-owskiego portalu, w którym można sprawdzić swoją historię online), aby otrzymać raport na swój temat. Po jego lekturze szczęka mojemu bohaterowi opadła, bo okazało się, iż nie spłacony dług został wpisany w marcu 2010 r. przez AIG Bank (jak wiadomo, instytucję finansową już nieistniejącą, przejętą przez Santander Consumer, który obecnie jest konsumowany przez BZ WBK). Mój czytelnik nadal nie wiedział o co chodzi, więc udało się do oddziału dawnego AIG Banku w mieście we wschodniej Polsce, w którym zamieszkuje. Jego pracownicy powiedzieli, że chodzi o ratę kredytu konsumpcyjnego z... 2000 r. i że w tej sprawie jest prowadzona windykacja.

      "O ile pamiętam, to ten kredyt został spłacony. Po 10 latach nie miałem już w domowym archiwum żadnego dokumentu, który pomógłby to udowodnić bankowi. Przez ten czas nie otrzymywałem od banku żadnej korespondencji o windykacji, ani o tym że mam do spłacenia jakiś dług. Adresu zamieszkania w tym czasie też nie zmieniałem, więc korespondencja nie mogła być wysyłana na zły adres. Windykację prowadzi firma Ultimo, która też się ze mną nie skontaktowała"

      Mój czytelnik zwrócił się o pomoc do Arbitra Bankowego, który stwierdził tylko, że dług jest już przedawniony, a także zauważył, iż na mocy art. 105 ust. 4 Prawa bankowego banki mogą przetwarzać informacje stanowiące tajemnicę bankową po wygaśnięciu zobowiązania klienta tylko pod warunkiem uzyskania pisemnej zgody tego klienta. Arbiter dodał też, że taka zgoda może być w każdym czasie odwołana przez klienta. Bez zgody konsumenta można przetwarzać jego dane tylko wtedy, gdy zwłoka w spłacie była większa, niż 60 dni, a potem bank poinformował klienta o zamiarze wpisania długu do BIK jako nie spłaconego i odczekał 30 dni. Co to oznacza? Ano - jeśli prawdą jest, że bank wpisał do BIK fałszywą informację, a w rzeczywistości dług nie istnieje - wystarczy wycofać w banku zgodę na przetwarzanie danych związanych z tym kredytem. A po złożeniu dokumentu o wycofaniu zgody na przetwarzanie danych udowodnienie, że kredyt rzeczywiście nie został spłacony, lecz wciąż istnieje, będzie już spoczywało na barkach banku. Dla klienta, który nie ma żadnego dowodu na to, iż 15 lat wcześniej kredyt spłacił, jest to rozwiązanie dość wygodne.

      Szansa na to, że sprawa wynika z błędu banku, jest dość duża. Kredyt pochodzi z 2000 r., zaś bank opisał go jako nie spłacony dopiero w 2010 r. Być może zrobili to pracownicy Santandera, w ramach porządkowania spraw po przejęciu AIG Banku. Dręczy mnie natomiast takie pytanie: mamy już przedawniony dług, do dziś nie wyegzekwowany (choć dłużnik wcale się nie ukrywa), zaś sam klient uważa, że wpis najprawdopodobniej jest fałszywy. W tego typu przypadkach oczekiwałbym od ludzi zarządzających bazą BIK pewnej ostrożności w publikowaniu danych przesłanych przez bank. Ryzyko błędu jest bowiem niemałe. Gdyby to były USA, to klient "oczerniony" w ten sposób, zażądałby 5 mln "zielonych" zadośćuczynienia i pewnie tyle by dostał. Oczywiście pod warunkiem, że miałby jakieś papiery potwierdzające, że spłacił kredyt. Mam więc do Was prośbę: wszystkie dokumenty dotyczące zamknięcia, wcześniejszej spłaty, spłaty w terminie bądź innych finalnych rozliczeń długu koniecznie trzeba zachować w domowym archiwum, a najlepiej jeszcze przechowywać w formie elektronicznej. Zwłaszcza jeśli rzecz dotyczy kredytów konsumenckich, których banki udzielają w ilościach przemysłowych i bywa, że coś źle zaksięgują.  

      Po publikacji tego tekstu odezwało się do mnie Biuro Informacji Kredytowej, którego szefowie uważają, że zostali wywołani do tablicy niesłusznie, bo BIK to tylko taka trochę większa tablica ogłoszeń, a za ogłoszenia, jak wiadomo, redakcja nie odpowiada. Nie wiem czy to mi się podoba - uważam, że dopóki sądy nie będą uznawały samego faktu publikowania w BIK nieprawdziwych danych o kliencie jako podstawy do żądania przez niego zadośćuczynienia, klient powinien mieć prawo, by przynajmniej zasygnalizować w bazie, że jego zdaniem publikowane dane są nieprawdziwe lub też sporne.

      "Biuro Informacji Kredytowej działając w oparciu o art. 105 ust. 4 Prawa bankowego oraz w oparciu o zawarte z bankami umowy nie jest uprawniony do zmieniania ani modyfikowania informacji od nich otrzymywanych. Jednocześnie BIK odpowiada wobec banku za zgodność danych w bazie z danymi otrzymanymi od banku. BIK  może wprowadzić, poprawić lub usunąć dane przekazane przez bank, wyłącznie na podstawie pisemnego wniosku pochodzącego z banku. W związku z powyższym jeżeli klient banku uważa, iż dane przetwarzane w zbiorze danych BIK są niezgodne z rzeczywistym stanem faktycznym, powinien  zwrócić się z prośbą o wyjaśnienia do banku, który takie dane do BIK przekazał. Nie mamy możliwości weryfikowania danych, gdyż tylko bank jako strona umowy z klientem takiej weryfikacji może dokonać mając do dyspozycji własne dokumenty i zapisy w bazach danych"

      - pisze BIK w liście do mnie. Szefowie BIK przypominają, że każdy konsument może sobie założyć indywidualne konto w portalu BIK i wykupić (albo w promocji na jakiś czas dostać za darmo) możliwość otrzymywania raportów oraz alertów na swój temat. A tym samym dowiedzieć się o tym kto i kiedy przekazywał do bazy BIK informacje o opóźnieniach w spłacie kredytów i czy ktoś na nasze dane przypadkiem nie składał zapytania kredytowego. Poza promocją taki pakiet niestety nie jest tani, kosztuje kilkadziesiąt złotych rocznie, ale jeśli kogoś na taki wydatek stać, to może warto pozyskać na swój temat te same banki, które ma bank. Oczywiście, każdy ma też prawo, żeby raz na pół roku zassać z bazy BIK podstawowe informacje na swój temat (tzw. informację ustawową) za darmo.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank po kilkunastu latach przypomniał sobie o rzekomym długu. Jak się obronić? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 maja 2015 08:35
  • sobota, 16 maja 2015
    • Ruszyła wyborcza licytacja o frankowiczów! Rząd "coś" szykuje, Duda obiecuje. A ja recenzuję

      Politycy przypomnieli sobie w piątek, że oprócz 3 mln osób, które oddały głosy na Pawła Kukiza, kilku milionów, które w pierwszej turze nie głosowały (choć zwykle głosują), do wzięcia za tydzień będzie też jakiś milion głosów osób zadłużonych we frankach (i innych walutach obcych). Kredytów takich jest 550.000, ale przecież za każdym stoi jakaś rodzina, a więc przynajmniej dwa głosy przy urnie. Kandydat na prezydenta Andrzej Duda uśmiechnął się do nich obiecując, że będzie forsował przewalutowanie wszystkich kredytów frankowych po kursie z dnia zawarcia umowy. W odpowiedzi o temacie kredytów walutowych przypomniała sobie nagle premier Ewa Kopacz. Oświadczyła, że "państwo powinno wziąć odpowiedzialność za rozstrzygnięcia, które pozwolą frankowiczom rzetelnie spłacać kredyty, nie rujnując ich życia", a także że "należy obciążyć za tę sytuację tych, którzy podtykali ludziom umowy". I zapowiedziała, że w Ministerstwie Finansów powstaje jakieś tajemnicze rozporządzenie, które ma uczynić życie frankowiczów łatwiejszym

      PROPOZYCJA ANDRZEJA DUDY, CZYLI BAJECZKA? Będąc kandydatem na prezydenta można obiecać elektoratowi dokładnie wszystko czego dusza zapragnie i Andrzej Duda z tego prawa skwapliwie korzysta. Zresztą oferta dla zadłużonych we frankach, iż ich kredyty można przewalutować z wstecznym kursem była już zgłaszana przez partię PiS, jako część szerszego pakietu rozwiązań proponowanego frankowiczom. Może narażę się wielu z Was, ale nie podoba mi się takie rozbudzanie nadziei frankowiczów obietnicami nie popartymi żadnym wyliczeniem kosztów. Każdy, kto ma zielone pojęcie o finansach wie, że zaproponowany przez Dudę wariant jest najbardziej radykalnym i najmniej realnym rozwiązaniem, które - według różnych szacunków - kosztowałoby od 30 do 40 mld zł. Wynika to z faktu, że banki musiałyby kupić 40 mld franków, żeby "wyczyścić" bilans po przewalutowaniu klientom kredytów frankowych. Problem ten wyjaśniam w poniższym disclaimerze, kto go ogarnia, może spokojnie przejść do disclaimera numer dwa ;-)

      (DISCLAIMER WS. TEGO CZY FRANKI ISTNIEJĄ) Tu mały disclaimer, bo wciąż spieramy się co do tego, czy w kredytach frankowych w ogóle były jakieś franki. Jeśli ich nie było, to przewalutowanie nic by nie kosztowało :-). Na moje oko (oczywiście jest niewielkie ryzyko, że ja też nie ogarniam, ale dość dużo czasu nad tym spędziłem, więc jest to niewielkie ryzyko ;-)) sprawa wygląda tak: banki udzielały nam kredytów denominowanych (kwota kredytu wyrażona w walucie obcej) lub indeksowanych (kwota tylko indeksowana do waluty obcej) we frankach. Według mojej wiedzy pod oba rodzaje kredytów banki pozyskiwały finansowanie we frankach. Owszem, bywało to finansowanie krótkoterminowe, stale rolowane, bywały też do tego używane instrumenty pochodne (czyli wzajemne pożyczanie sobie złotówek i franków, bez wymiany walut, lecz tylko z rozliczeniem odsetek od wzajemnej "lokaty"), a nie "żywe" franki, o czym pisałem w blogu, będąc na tropie Yeti ;-). Zresztą inaczej być nie mogło, bo wyobraźmy sobie, że bank pożycza klientowi pieniądze przy oprocentowaniu LIBOR plus 1% (czyli np. na 5% w skali roku) i finansuje się w tym celu pieniędzmi z depozytów złotowych, pozyskiwanych przy stawce WIBOR plus 1% (czyli na 7% w skali roku). Płacę komuś za pieniądze 7% i odpożyczam je na 5%. No, nijak się to nie spina.

      Franki musiały więc jednak być, choćby przez chwilkę. I nadal są, albo w bilansach banków (jako zobowiązania wobec np. zagranicznych banków), albo w rubrykach mówiących o tzw. zobowiązaniach pozabilansowych (a więc w bilansie są zobowiązania w złotych, a obok bilansu jest wytłumaczenie, że aby te złotówki spłacić trzeba zamknąć jakieś instrumenty finansowe typu CIRS, po wymianie odsetek "międzywalutowych"). Oczywiście zgodzę się z Wami, że Wy żadnych franków - nawet jeśli istniały - nie dostaliście do ręki (ja też nie dostałem, a mam kredyt frankowy). Bank bowiem od razu się umówił z nami, że te franki, które pożyczył na Zachodzie, od razu zamienia nam na złotówki w swoim wewnętrznym kantorku (inkasując przy tym drobne 4 mld zł na spreadzie). Umówił się też z nami, że będziemy mu oddawać złotówki, które on sobie przeliczy w swoim kantorku na franki. I potem te franki sprzedaje bankowi, od którego zassał finansowanie w obcej walucie (zmniejszając w bilansie jednocześnie zobowiązania i należności od klientów).

      To dlatego w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że banki, udzielając nam kredytów frankowych, zadłużyły się w tej walucie i choć teraz żadnych franków nie mają, to realizując postulat kandydata Dudy musiałyby na raz kupić franki - a konkretnie 40 mld franków - po bieżącym kursie obowiązującym na rynku. Można sobie oczywiście wyobrazić taką operację, choć to oznaczałoby właśnie owe 30-40 mld zł strat, bo na zakup tych franków (albo na rozliczenie pozycji walutowych, których warunki są uzależnione od bieżących kursów) banki dostałyby od klientów znacznie mniej kasy, niż potrzebują. Dwa lata temu Komisja Nadzoru Finansowego oceniała, że przewalutowanie wszystkich umów kredytowych po kursie "startowym" najpewniej doprowadziłoby do upadku trzy banki, zaś kolejnych kilka pozbawiło zdolności do udzielania kredytów. Nie potrafię zweryfikować tych wyliczeń, ale zakładam, że KNF liczy to rzetelnie. Jakie efekty ma ograniczanie akcji kredytowej można zapytać Węgrów, od kilku lat tkwiących w recesji. Tam bankowa akcja kredytowa jest zwijana, bo rząd je ciśnie. A upadłość banku? W zasadzie nie powinno nas to obchodzić, dopóki nie wejdziemy na grunt... etyki.

      (DISCLAIMER WS SPRAWIEDLIWOŚCI SPOŁECZNEJ). Banki to banki, możemy założyć, że jak kilka upadnie to nic się nie stanie (zresztą być może istniałyby sposoby, żeby podłączyć je do respiratora i utrzymać przy życiu? - tego nie wiem). O tym, że za upadek instytucji finansowej płacą zwykle wszyscy klienci banków, przekonujemy się właśnie na własnej skórze, bo bankructwo tylko trzech SKOK-ów, z których żaden nie mógł się porównywać z choćby małym bankiem, kosztowało już klientów banków ponad 3 mld zł w ramach systemu gwarantowania depozytów. Najbardziej radykalnie nastawieni frankowicze na każdym kroku mówią, że nie chcą pomocy od państwa, tylko naprawienia błędów przez banki. Tylko, że jeśli naprawianie błędów niechcący skasuje jakiś bank (zły, bandycki i taki, który nie powinien istnieć), to niestety zapłaci za o właśnie państwo. Jest też inne pytanie, dotyczące propozycji Andrzeja Dudy, dotyczące elementarnej sprawiedliwości. Czy całkowite zdjęcie odpowiedzialności z klientów banków, którzy często świadomie wybierali kredyt frankowy, byłoby sprawiedliwe względem tych, którym rozsądek podpowiedział zadłużenie się w złotym? Dostałem ostatnio list od czytelniczki, który syntetycznie przedstawia 

      "Nic z tego, co o tragedii kredytobiorców frankowych zostało powiedziane i napisane, nie zmienia faktów, a fakty są następujące. Po pierwsze kredyty frankowe były oprocentowane niżej niż złotowe, np. 1,5% plus WIBOR, podczas gdy złotowe, np. 4% plus WIBOR. Po drugie bankowcom zależało na sprzedawaniu kredytów frankowych, więc rezygnowali z prowizji. Tymczasem kredyty złotowe były często opatrzone prowizją 3-5%, zwykle kredytowaną, więc powiększającą koszt kredytu. Po trzecie gdy frank był po 2 zł, to moi znajomi frankowcy naprawdę kpili ze złotówkowców. Wtedy jakoś nie kwestionowali, czy jest to kredyt w walucie, czy denominowany, czy przeliczany. Cieszyli się, że mają taniej. Po czwarte: Hello – naprawdę widziały gały, co brały. W Internecie można znaleźć tabelki z kursem franka z ostatnich -nastu lat. Widać jak byk, że w latach 1997-98 kurs był w okolicach 3 zł, więc nietrudno było się domyślić, że znowu taki będzie. To tak, jak z funtem – taniał przez ostatnich pięć lat, by teraz wzrosnąć, za pięć lat znowu będzie tani. A jak się bierze kredyt na 30 lat, to naprawdę trzeba takie rzeczy sprawdzać. Amen".

      Ten punkt widzenia jest oczywiście jakoś-tam słuszny, ale nawet jeśli uznamy, że "widziały gały co brały" (aczkolwiek z tym też różnie bywało, czasem sprzedawcy wciskali klientom trudne do sprawdzenia kity) oraz że dziś większość kredytobiorców walutowych bez problemu radzi sobie ze spłacaniem rat i nie jest zainteresowana jakąkolwiek pomocą, to zwykła przyzwoitość nakazuje, by bank - jeśli zaoferował klientowi potencjalnie toksyczny produkt kredytowy - przynajmniej częściowo partycypował w ryzyku walutowym, z którego skali żaden klient nie mógł sobie zdawać sprawy. Mój pomysł na rozwiązanie sprawy frankowej przedstawiłem już jakiś czas temu, a ostatnio nieco podobny (trochę bardziej radykalny i uproszczony) przedstawili posłowie Sprawiedliwej Polski. Dlaczego nie uważam - w odróżnieniu od szefa KNF-u i Andrzeja Dudy - iż przewalutowanie jest jedynym wyjściem? Cóż, poza tym, że byłoby to kosztowne (niezależnie od tego kto by płacił), to nigdy nie wiadomo czy moment przewalutowania byłby korzystny. Jeśli już weszliśmy do tego kasyna, to najbezpieczniej jest spłacać kredyt małymi porcjami, licząc na uśrednienie kursów w długim terminie, korzystając ewentualnie z wsparcia banku jako współodpowiedzialnego za to, że przyszliśmy po kredyt, a znaleźliśmy się w kasynie.

      TRZY PAKIETY I NADAL JESTEŚMY W D... Można się zżymać na kandydata Dudę, że opowiada bajki, ale rząd, świat finansów i obecnie urzędujący prezydent o frankowym problemie pamiętają tylko wtedy, kiedy kurs "szwajcara" rośnie, zaś gdy spada - myślą, że wszystko rozejdzie się po kościach. Z trzech propozycji rozwiązań systemowych, które padły po styczniowym wystrzale kursu franka, żadna nie jest w trakcie realizacji i żadna nie jest dobra. Pakiet proponowany przez szefa Komisji Nadzoru Finansowego (przewalutowanie kredytów po bieżącym kursie i stopniowe umarzanie klientom połowy nadwyżki długu ponad wartość nieruchomości) został odrzucony przez banki przy obojętności rządu, a większości klientów zapewne i tak by się nie opłacał. Pomysł samych bankowców (współodpowiedzialność banku za wzrost kursu franka w zamian za obietnicę klienta, że przewalutuje kredyt, gdy kurs spadnie) jest w proszku i nikt nie naciska na Związek Banków Polskich, żeby wreszcie ogłosił szczegóły. A sami bankowcy zapowiadają, że i tak będzie dotyczył tylko osób o najniższych dochodach, trudno więc nawet nazywać go rozwiązaniem systemowym. Pomysł prezydenta Komorowskiego (możliwość przejęcia przez rządowy fundusz zadłużonych mieszkań wraz z lokatorami, którzy mogliby odkupić nieruchomość w lepszych czasach) to rozwiązanie dla osób, które już mają nóż na gardle, czyli dla kilku procent zainteresowanych.

      W sprawie franków jesteśmy więc w punkcie wyjścia. No, może z nieco niższym spreadem, obietnicą banków, że będą honorowały ujemną stawkę LIBOR (a więc zgodzą się, że minus jest minusem nawet wtedy, gdy to obniża zyski banku) i dość mglistym zapewnieniem, że jeśli ktoś będzie chciał przenieść się do innego mieszkania, będzie mógł się przenieść tam razem z kredytem (nie będzie musiał go spłacać). To za mało, by uznać sprawę franków za załatwioną. A najgorsze jest to, że ani rządowi, ani środowisku finansowemu zdaje się nie zależeć na tym, by szybko wypracować rozwiązanie, które będzie uczciwym kompromisem. Takim, który odetnie drogę do podgrzewania nastrojów przez różnej maści radykałów oraz polityków, zbijających kapitał wyborczy na zdesperowanych kredytobiorcach. Niestety, dziś dzieje się dokładnie odwrotnie - osoby i instytucje mające wpływ na powstanie rozwiązań chroniących kredytobiorców przed nadmiernym wzrostem kursu franka, grają na czas i liczą, że problem sam się rozwiąże. 

      A CO NA TO WSZYSTKO SĄDY? Oczywiście, te wszystkie dywagacje co jest drogie, a co tanie, co byłoby sprawiedliwe, a co nie, dotyczą wyłącznie rozstrzygnięć zapadających na poziomie umów polubownych między klientami, a bankami, bądź tego do czego banki powinien zmusić rząd lub nadzór finansowy. Równolegle toczy się batalia o kredyty frankowe w sądach. Tak, jak kiedyś w blogu sygnalizowałem, jest co najmniej pięć pomysłów na to, by zakwestionować kredyty frankowe jako "niekredyty" lub kredyty oferowane klientom z naruszeniem prawa. Jeśli niezawisły sąd zdelegalizuje kredyty frankowe, to po prostu będzie trzeba to przyjąć i wykonać wyrok, niezależnie od tego ile to będzie kosztowało podatników, ile banków upadnie i co myślimy o sprawiedliwości takiego rozwiązania. Ale czy to możliwe? Są pewne zajawki, że sąd może stanąć po stronie kredytobiorców - klauzule dotyczące spreadów w przypadku trzech banków zostały zakwestionowane przez UOKiK (pecha w tej sprawie miały m.in.mBank i Bank Millennium), są też wyroki, w których sądy nie zgadzają się na sposób przeliczania przez banki franków na złote (co prawda tylko w przypadku BTE, ale jednak). Z drugiej strony Sąd Najwyższy ostatnio przymknął klientom drogę do żądania unieważnienia spreadów, wypowiedział się też niepokojąco na temat nieprecyzyjnych klauzul w umowach - że trzeba wyliczyć jak bardzo były "niesprawiedliwe". Zobaczymy jakie będzie w tej sprawie orzecznictwo unijnego Trybunału, które też może mieć wpływ na to, co będą orzekały w sprawie frankowiczów polskie sądy. 

      Narodowy17majaFBe1431631180514

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (102) Pokaż komentarze do wpisu „Ruszyła wyborcza licytacja o frankowiczów! Rząd "coś" szykuje, Duda obiecuje. A ja recenzuję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 16 maja 2015 10:16

Wyszukiwarka

Tagi

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line