Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • niedziela, 31 stycznia 2010
    • Nadgorliwość jest gorsza, niż faszyzm, czyli długów nie spłacaj zbyt szybko?

      Jedna z czytelniczek mojego blogu, prowadząca działalność gospodarczą w ramach jednoosobowej firmy, poskarżyła się, że z powodu jednodniowej zaległości w zapłacie zaliczki na podatek do urzędu skarbowego, miała przez kilka dobrych dni zablokowany dostęp do swoich kont bankowcych. Nie tylko tego, z którego operuje pieniędzmi firmowymi, ale też do konta osobistego oraz oszczędnościowego.

      Bank po prostu zablokował konta i kompletnie nie przejął się, że klientka już następnego dnia zapłaciła należność wobec „skarbówki”. Jak to możliwe, by bank nie reagował na dowód zapłaty przez klientkę zaległości podatkowej i nadal trzymał na wszystkich rachunkach blokady? Okazuje się, że to normalne. Celowo nie podaję nazwy banku, bo z tego, co wiem, podobne - skrajnie niekorzystne dla klientów - procedury obowiązują w większości banków, jeśli nie we wszystkich.

      Ta konkretna sprawa wyglądała tak: Dzień 1 - do klientki banku X dotarła informacja z Urzędu Skarbowego o zajęciu jego wierzytelności na rachunku w banku X. Dzień 2 - klientka wykonała przelew do Urzędu Skarbowego, spłacając zadłużenie. Dzień 4 - do banku X wpłynęła informacja o zajęciu wierzytelności przez Urząd Skarbowy. Bank zablokował środki dostępne na rachunkach klientki w celu zabezpieczenia wierzytelności.

      Dzień 4 - klientka składa w banku pierwszą reklamację w sprawie ustanowienia blokady mimo spłaty długu wobec Urzędu Skarbowego. Reklamacja zostaje odrzucona. Dzień 5 - klientka składa ponowną reklamację do banku, również odrzuconą. Dzień 6 - bank X zdejmuje blokadę z konta firmowego. Powód: pojawiły się na nim wystarczające środki na pokrycie wierzytelności. Na rachunku prywatnym pozostaje założona blokada. Bank informuje klientkę, że powinien niezwłocznie przekazać odblokowane pieniądze do „skarbówki”, klientka poinformowała jednak bank X o wcześniejszym uregulowaniu długu, dlatego pieniądze z odblokowanego konta nie zostały przelane do urzędu.

      Dzień 8 - klientka dostarcza pismo z Urzędu Skarbowego, że należność jest uregulowana. Bank nie uznał dokumentu, znalazł w nim błąd formalny. Dzień 10 - do banku trafia poprawnie wypełniony dokument, następuje zdjęcie blokady ze wszystkich kont klientki.

      I co powiecie? Bank tłumaczy, że mimo wykonania przelewu przez klientkę nie mógł wstrzymać "egzekucji". Bo wszystko może odkręcić dopiero na podstawie uchylenia decyzji Urzędu Skarbowego. Fakt, że klientka zdążyła samodzielnie zwrócić pieniądze do Urzędu Skarbowego nie oznacza, że bank może odwołać decyzję o egzekucji.

      Bankowcy, z którymi rozmawiałem, bez ogródek mówią, że klientka strzeliła sobie w kolano, próbując od razu spłacić dług wobec „skarbówki”. Trzeba było tylko dostarczyć pieniądze na zablokowany rachunek. A wtedy bank przekazałby je dalej, zgodnie z wymaganiami urzędu.

      Można spłacić dług samodzielnie, ale wtedy zdjęcie blokady będzie trwało dłużej i wiąże się z dodatkowymi komplikacjami - koniecznością dostarczenia do banku dokumentu o uchyleniu egzekucji. Paranoja? Owszem. Tylko kogo w tym kraju to obchodzi?

      A propos podatków. Jak sądzicie, czy tak fantastyczne akcje policji (na szczęście nie naszej), jak ta z poniższego filmu, to wynik zbyt wysokich, czy zbyt niskich podatków? :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nadgorliwość jest gorsza, niż faszyzm, czyli długów nie spłacaj zbyt szybko? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 stycznia 2010 08:51
  • piątek, 29 stycznia 2010
    • Franklin Templeton może wyciąć numer naszym TFI. Bo ma fundusze azjatyckie

      Kilka dni temu pisałem o tym, że w ofercie polskich TFI brakuje funduszy inwestujących na tzw. rynkach wschodzących, czyli w Rosji, Ameryce Łacińskiej lub w Azji. Można byłoby przejść do porządku dziennego nad dojmującym brakiem tego typu funduszy, gdyby nie to, że właśnie na tych rynkach w zeszłym roku udawało się inwestorom osiągnąć najwyższe zyski. Zaś zarządzający aktywami coraz częściej wskazują, że i w tym roku konfitury tkwią w Azji i Ameryce Łacińskiej.

      To nisza, którą chcą zagospodarować w Polsce największe światowe grupy zarządzające aktywami. Jedna z nich, Franklin Templeton Investments, właśnie ogłosił, że uruchamia siedem nowych funduszy, kupujących akcje i obligacje w USA, Azji i Ameryce Łacińskiej, nominowanych w złotych.

      Oczywiście już dziś u pośredników i w niektórych bankach można kupić udziały przeróżnych funduszy Templetona, ale są to zwykle fundusze nominowane w euro lub dolarach. To oznacza, że pieniądze wpłacane w złotych są przeliczane na walutę funduszu (oczywiście przy okazji klienta uderza po kieszeni spread walutowy, na którym zarabia bank-pośrednik). A wynik inwestycji funduszu zależy nie tylko od sprawności jego zarządzających, ale i od zmiany kursów euro lub dolara wobec złotego. Każde umocnienie złotego „zjada” zysk funduszu wyrażony w złotych, a osłabienie naszej waluty - daje dodatkowe profity klientowi.

      Można to przeboleć - sam mam w prywatnym portfelu kilka tego typu funduszy, wyrażonych niestety przede wszystkim w euro, a nie w słabnącym dolarze :-) - ale istota inwestowania w fundusze nie polega przecież na ponoszeniu ryzyka kursowego. Nie ma dwóch zdań, że dostarczenie przez Templetona funduszy nominowanych w złotych pozwoli światowemu gigantowi pozyskać mnóstwo polskich inwestorów, szukających możliwości inwestowania na rynkach globalnych, ale nie godzących się na ponoszenie ryzyka kursowego.

      Templeton, który ujawnił w czwartek, że polscy klienci powierzyli mu w sumie 900 mln zł (to tylko 1% tego, co mają w portfelach polskie TFI), dzięki nowemu posunięciu będzie mógł pozyskać w Polsce pieniądze znacznie większe, niż do tej pory. Zwłaszcza, że wśród funduszy-nowinek, nominowanych w złotych, są bardzo perspektywiczne fundusze Franklin India Fund, Templeton BRIC Fund, czy Latin America Fund.

      A pan, który firmuje cały interes Franklina Templetona (wart 565 mld dol. licząc wg aktywów klientów), niejaki Mark Mobius, wygląda tak:

      Mark Mobius

      Źródło zdjęcia: Moneywise.co.uk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Franklin Templeton może wyciąć numer naszym TFI. Bo ma fundusze azjatyckie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 stycznia 2010 08:30
  • czwartek, 28 stycznia 2010
    • Rewolucja w samochodach, czyli Santander i nadmuchiwanie balona

      Jak donieśli mi dobrzy ludzie - czytelnicy tego blogu - Santander Bank niedawno rozsyłał klientom manipulatorską reklamę, w której obiecywał raty kredytu na samochód niższe o 30%. Nie wiadomo od czego niższe o te 30%, ale należy domniemywać, że chodziło o porównanie z ofertą konkurencji. „Rewolucja w zakupie samochodów!” - krzyczały reklamy. Hiszpański bank przekonywał, że np. pożyczając 30.000 zł na zakup auta, w innym banku płacilibyśmy po ok. 972 zł miesięcznie przez 36 miesięcy. A w Santander Banku? „Teraz tylko 698 zł!” - nęciła reklama. I odsyłała na stronę internetową banku, by dowiedzieć się więcej.


      Kliknąłem link przesłany mi przez czytelnika blogu i mina mi zrzedła. Otóż te o 30% niższe raty płaci się tylko przez pierwszych 35 miesięcy. Potem przychodzi 36 miesiąc i ostatnia rata, tzw. balonowa. Jej nazwa nie jest przypadkowa, bo w przypadku naszego konkretnego kredytu - na 30.000 zł - jej wartość wynosiłaby... drobne 12.000 zł. Pięknie: przez 35 miesięcy płacę znacznie mniej, niż płaciłbym u konkurencji, ale na koniec dostaję cios obuchem w głowę.


      Kredyty z ratą balonową nie są wymysłem z kosmosu, w polskich bankach bywają stosowane już od dobrych kilku lat. Mierzi mnie manipulacja, którą karmił swoich klientów Santander. „Raty niższe o 30%”, ale dopiero drobnym drukiem informacja, że niższe tylko do czasu. Po dodaniu ostatniej raty balonowej okaże się, że łączny koszt kredytu (czyli wszystkie zsumowane raty minus 30.000 zł, pierwotna wartość pożyczki) wynosi 6453 zł. W przypadku zwykłego kredytu 36 rat po 973 zł sumuje się do 35.039 zł, czyli koszt kredytu wynosi 5.039 zł.

      Krótko pisząc: „raty o 30% niższe” oznaczają, że biorąc w Santanderze kredyt z ratą balonową zapłaciłbyś na koniec więcej, niż gdybyś brał kredyt ze znacznie wyższymi ratami. Tylko, że Santander wspominał o tym drobnym druczkiem. Jak ktoś tego nieuważył - mógł poczuć się zrobionym w... balona. Ratą balonową.

      Czytaj też: Kredyty konsolidacyjne - wielka manipulacja

      Zerknij też: Uważajmy przy konsolidacji kredytów! Banki mają na nas haka!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Rewolucja w samochodach, czyli Santander i nadmuchiwanie balona”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 stycznia 2010 08:39
  • środa, 27 stycznia 2010
    • Karty wirtualne, autoryzacja w komórce. Niecodzienny pomysł wynalazcy z Łodzi

      Kilka tygodni temu opisywałem różne gadżety, które banki wydają klientom zamiast kart płatniczych, by popularyzować wygodne transakcje zbliżeniowe. W ING można dostać nalepkę o nazwie Zbliżak, z kolei BZ WBK ma zacząć wydawać niektórym klientom zegarki z czipem takim samym, jak na karcie płatniczej. Takim zbliżakiem lub zegarkiem będzie można płacić tak samo, jak kartą, a dodatkowo są one wyposażone w technologię zbliżeniową, co oznacza, że przy zakupach do 50 zł nie trzeba podawać PIN-u.

      Ale czy tak naprawdę karta albo jakikolwiek gadżet z czipem, który ją zastępuje, jest nam potrzebny? Kilka dni temu odwiedził mnie pan Sławomir Matelski, wynalazca z Łodzi, który pokazał mi swój autorski pomysł na transakcje bezgotówkowe. Pomysł, który nie wymaga ani karty płatniczej, ani terminala do jej obsługi. To coś a la karta wirtualna, tyle że patent jest rodzimej produkcji.

      Pomysł pana Sławomira jest następujący. Wszystkie karty i ich limity płatnicze są rejestrowane na serwerach banku, klienci otrzymują specjalne, graficzne, systemy kodów, zaś sprzedawcy w punktach handlowych w swoich komórkach instalują specjalne oprogramowanie, które czyni z takich telefonów przy okazji swego rodzaju token.

      Klient, który chce kupić coś w sklepie, bierze do ręki podany przez sprzedawcę telefon z funkcją tokena i najpierw zaznacza wskazane kwadraty na polu przypominającym ogromną szachownicę. W drugim kroku podaje cztery cyfry z wybranych wcześniej (przy definiowaniu haseł dostępu do kart) pól na szachownicy wypełnionej dla odmiany cyframi. W międzyczasie wybiera z listy dane karty, która ma być obciążona. I już - po transakcji. Operacja wygląda mniej więcej tak, jak na tym filnie.

      W pierwszym momencie pomyślałem, że to świetny pomysł. Wyprodukowaie jednaj karty z czipem kosztuje, zdaje się, kilka euro. Polskie banki muszą wymienić jeszcze ponad 20 milionów takich kart. Terminale też kosztują krocie. Z tego wszystkiego można byłoby zrezygnować, gdyby wprowadzić pomysł pana Sławomira na wirtualne karty. Zresztą podobny system ten wynalazca chciałby zastosować jeśli chodzi o wszelkie dokumenty: dowody osobiste, prawa jazdy itp. Dostęp do nich byłby wirtualny, przez komórkę udzędnika i po wpisaniu przez klienta kodu obrazkowego i cyfrowego.

      A co z bankomatami? Jak wypłacać z nich pieniądze, skoro karty płatnicze byłyby zdematerializowane? Są dwie możliwości. Pierwsza jest taka, że w systemach bankowych musiałyby być zarejestrowane, poza samymi danymi kart, limitami wypłat oraz oczywiście hasłami klientów, także ich dane biometryczne (linie papilarne lub układ naszyń krwionośnych). A bankomaty musiałyby mieć czytniki biometryczne, żeby dane z palca odczytać. Więcej o technologii biometrycznej pisałem już we wcześniejszych notkach.

      Drugi pomysł jest taki, by wszystkie bankomaty w Polsce (a jest ich 15 tysięcy) miały po prostu wbudowane oprogramowanie pana Sławomira. Wtedy można byłoby autoryzować wypłaty bankomatów, zaznaczając kwadraty i wpisując cyfry z losowego generatora. Tak samo, jak w mPOS-ach, proponowanych przez pana Sławomira dla transakcji bezgotówkowych, przeprowadznych w punktach handlowych.

      I co o tym myślicie? Nie jestem specem od bezpieczeństwa, ale wydaje mi się, że technologia zaproponowana przez pana Sławomira nie jest łatwa do złamania, bo przypomina rozwiązania znane z tradycyjnych bankowych tokenów. Na razie nasz wynalazca nie jest zbyt poważnie traktowany przez wydawców kart i bankowców. Nie jestem w stanie ocenić, czy pan Sławomir nie może się przebić z tego powodu, że jego pomysły są niepraktyczne, czy też z powodu braku wsparcia biznesowego ze strony jakiejś renomowanej instytucji. Jak sądzicie?

      Więcej o pomysłach pana Sławomira: www.unibank.org

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Karty wirtualne, autoryzacja w komórce. Niecodzienny pomysł wynalazcy z Łodzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 stycznia 2010 10:01
  • wtorek, 26 stycznia 2010
    • Amber Gold i produkty lokatopodobne, czyli ktoś mąci spokój prokuratorom

      Jak dowiedziała się moja redakcyjna koleżanka Magdalena Olczak, gdańska prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa w działalności firmy Amber Gold, jednego z pośredników, którzy zajmują się przyjmowaniem pieniędzy w ramach „wyrobów lokatopodobnych” i udzielaniem pożyczek bez zezwolenia Komisji Nadzoru Finansowego. Tekst na temat Amber Gold oraz jego lokat i pożyczek znajdziecie w serwisie Wyborcza.biz.

      A przy okazji przeczytajcie o firmie Invest-Finans, która uważa się za pośrednika finansowego, bo chociaż jest zarejestrowana jako sprzedawca straganowy w Sanoku to... oferuje inwestycje rodem z egzotycznej Panamy

      Szczerze pisząc orzeczenie prokuratury mnie nie zdziwiło. Amber Gold, podobnie jak inne firmy tego typu, wykorzystuje prosty kruczek prawny. Nie oferuje klientom lokat (to mogą czynić tylko banki), a jedynie tzw. kontrakty lokacyjne. To rodzaj umowy cywilnej, podobnej do prywatnej pożyczki. Dokładnie ten sam sposób na omijanie przepisów o licencji bankowej wykorzystuje reklamująca się w niemal wszystkich największych gazetach firma Finroyal.

      Czytaj: Kontrakt lokacyjny Zwykła prywatna pożyczka? Manipulacja? Kant?

      Można powiedzieć: niech o losach tego typu firm zdecyduje wolny rynek. Nie mają licencji bankowej, więc nie mogą używać nazwy „bank”. Ale prywatnych pożyczek nikt im pobierać nie zabroni. Skoro są ludzie, chcący pożyczać swoje pieniądze firmie nie mającej gwarancji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, to ich problem.

      Mam wątpliwości, czy w sprawie Amber Gold prokuratorzy nie poszli na łatwiznę. Owszem, jeśli przeanalizować treść umów przekazywanych klientom, to nie ma wątpliwości, że firma oferuje kontrakty lokacyjne, a nie lokaty. Ale czy to oznacza, że nie prowadzi dzialalności polegającej na zbieraniu depozytów, zarezerwowanej dla banków?

      Czy prokuratorzy nie zauważyli, że w materiałach reklamowych (m.in. na swojej stronie internetowej) Amber Gold używa sformułowania „Lokata”? Czy sprawdzili w jaki sposób firma podchodzi do oferowanych przez siebie pożyczek? Czy aby te pożyczki nie są udzielane z pieniędzy uzyskanych z kontraktów lokacyjnych? Bez licencji bankowej firma może przecież udzielać pożyczek wyłącznie ze środków własnych.

      I wreszcie: czy prokuratura przynajmniej próbowała dotrzeć do klientów firmy i przesłuchać choćby jedną z licznych osób, które skarżą się na forach internetowych, że mimo podpisanej umowy nie zobaczyły od wielu tygodni pieniędzy? Nam znalezienie w sieci takich osób zajęło raptem kilka godzin.

      Czytaj też: Sabbeny droga do bogactwa, czyli prosty zysk na foreksie

      Zerknij też: Propozyszyn Arnolda, czyli kredyt na 3%

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Amber Gold i produkty lokatopodobne, czyli ktoś mąci spokój prokuratorom”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2010 11:45
    • Kredyt z promocją? Właśnie się skończyła :-)

      W banku nie należy załatwiać nic „na gębę”. Po ostatnim kryzysie, w którym banki wykorzystywały każdą okazję, by na swoich klientach zarobić ile wlezie, jest to już prawda dość powszechnie znana. Składając wniosek kredytowy do banku, który proponuje takie-a-takie warunki możesz jedynie mieć nadzieję, że gdy przyjdzie do podpisania umowy, to te warunki zostaną dotrzymane. Czasaemi ta nadzieja okazuje się płonna i marża z umowy jest całkiem inna, niż ta, którą bank proponował na etapie składania wniosku o kredyt.

      Dziś mam na tapecie kolejny tego typu przypadek. Pisze pan Mikołaj, klient Polbanku i sieci pośredników finansowych Open Finance:

      W grudniu złożyłem wniosek o kredyt hipoteczny w Polbanku. Złożyłem go za pośrednictwem przedstawiciela Open Finance. Ten poinformował mnie, że jest to oferta promocyjna, której jednym z atutów jest prowizja za udzielenie kredytu 0%, co jak na dzisiejsze warunki jest propozycją bardzo dobrą.

      Okazało się, że nie była to oferta oficjalna banku, tyko przekazana ustnie do agentów i pośredników. Wraz ze wstępną decyzją kredytową wrócił do mnie zmieniony warunek. Prowizja kredytowa ma wynieść 1,5% i nie można jej wliczyć w koszty kredytowe, tylko trzeba wpłacić gotówką przed uruchomieniem kredytu. Innymi słowy Polbank łapał klientów na hasła promocyjne z ust pośredników i agentów.

      Kto zdążył, ten się cieszył. Promocja zakończyła się podobno 19 grudnia. Decyzje do wniosków złożonych przed 19 grudnia, ale wydane po 1 stycznia, były już na warunkach aktualnych bez promocji. Kłopot jest tego rodzaju, że ciężko na ostatnią chwilę zorganizować w gotówce 1,5% prowizji, kiedy wydatki miesięczne już są skrzętnie zaplanowane. Z drugiej strony zmiana banku byłaby jeszcze bardziej niekorzystna, więc tak, czy siak, muszę dać się "skroić".

      W tym przypadku nawet rzecznik praw konsumenta nic nie pomoże, bo warunki oferty promocyjnej były przekazywane ustnie pośrednikom. Nic na piśmie. No i jednak chciałbym ten kredyt dostać, więc nie ma co wojować, zwłaszcza, że doradca powiedział "nie ma co się rzucać przed decyzją ostateczną, bo Polbank lubi się obrażać i wszystko wycofać w ostatniej chwili". Czy może Pan mi coś doradzić albo przynajmniej nagłośnić sprawę, żeby powstrzymać "trzymających kasę" w bankach od zagrywek nie fair? Sam pracuję w banku i takie zachowanie jest dla mnie wyjątkowo niezrozumiałe, albo po prostu, po ludzku, wkurzające.

      Doradzić nic nie potrafię, bo jeśli warunki i terminy obowiązywania promocji są przekazywane klientowi „na gębę”, to jest on z góry na straconej pozycji. Pozostaje mi zaapelować do bankowców, żeby grali wobec klientów fair. Jeśli organizujecie promocję, to dotrzymujcie jej warunków w stosunku do wszystkich klientów, którzy złożyli wniosek w czasie trwania tej promocji. Bo przecież ci klienci złożyli wnioski do danego banku właśnie ze względu na atrakcyjne warunki. W przeciwnym razie pewnie poszliby do konkurencji. I jeśli złapie się ich na taki haczyk, jak pana Mikołaja, to będą się czuli oszukani.

      Mogło być też tak, że to nie bank skrócił promocję, a doradca firmy pośredniczącej czegoś zaniedbał, a potem zwalił winę na pracowników Polbanku. Ale to byłby bardzo tani chwyt. I aż nie chce mi się w to wierzyć. Choć oczywiście znam podobne przypadki z nie tak dawnej historii...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kredyt z promocją? Właśnie się skończyła :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2010 07:43
  • sobota, 23 stycznia 2010
    • Duchy przeszłości straszą w Millennium

      Czy zmiana nazwy przez bank może mieć wpływ na życie jego klientów? Nie powinna, bo wszystkie warunki umów w takim przypadku zwykle pozostają bez zmian. Ostatnio w nowym banku obudzili się np. klienci banku GE Money, który od początku stycznia są w Banku BPH. Z kolei Getin Bank nie jest już Getinem, tylko Getin Noble Bankiem (bez DomBanku) a kilkaset tysięcy klientów HSBC ma już kredyty w Alior Banku, bo HSBC je sprzedał. Mniej więcej w tym samym czasie Fortis Bank przejmował Dominet. A potem zmienił nazwę na BNP Paribas.

      Po co zajmuję się takimi oczywistościami? Otóż napisał do mnie pan Przemysław, klient Banku Millennium, czytelnik mojego blogu. Pan Przemysław ma problem, bo sąd nie przyjmuje do wiadomości, że jego dawny bank jest nadal tym samym bankiem, tylko pod nową nazwą. A bank kręci nosem przy wystawieniu kwitku potwierdzającego, że jest wciąż tym samym bankiem, tylko pod nową nazwą. O co chodzi? Posłuchajcie.

      W 2001 r. zaciągnąłem kredyt na mieszkanie w BIG Banku Gdańskim. W roku 2002 bank ten zmienił nazwę na Bank Millenium. W 2008 r. spłaciłem całość kredytu, zaś teraz postanowiłem sprzedać mieszkanie. I zaczęły się schody, bo w księdze wieczystej mieszkania jest wciąż wpisany BIG Bank Gdański jako właściciel hipoteki. Pismo, które zaniosłem do sądu, mówiące, że spłaciłem kredyt, ma pieczątkę Banku Millenium.

      Sąd nie chce się zgodzić na wypisanie banku z hipoteki, bo twierdzi, że w księdze wieczystej jest inna nazwa, niż w piśmie o spłacie długu. Zadzwonilem do Banku Millenium - tam się okazało, że oni nie wydają takich pism. Potem oddzwonili i powiedzieli, że jak się osobiście zgłoszę, to wydadzą takie pismo w ciągu trzech dni. Mieszkam za granicą i nie jestem w stanie tego załatwić, wkurza mnie to, że nawet mój ojciec czy pośrednik sprzedający mieszkanie nie może takiego pisma odebrać z banku. A chodzi tylko o pismo mówiące, że BIG Bank Gdański w 2002 r. zmienił nazwę na Bank Millenium. Nic więcej!

      No i co powiecie? Nie ma chyba lepszego przykładu na to, jak koncertowo można w tym kraju robić z igły widły. Coś mi to przypomina:

      Najzabawniejsze jest w tym zachowanie Banku Millennium. Pismo potwierdzające, że jest tym samym bankiem, co BIG BG (czyli jest następcą prawnym, czy cóś :-)), jest tam tak ściśle tajne, że można je odebrać tylko osobiście. Czy ta tajemnica jest tak pilnie chroniona, że klient musi własną krwią podpisać, iż nikomu niepowołanemu jej nie zdradzi, hę?

      Okazuje się, że jednak nie! Epilogiem tej sprawy jest kolejny e-mail, który dostałem od pana Przemysława. Dobra wiadomość: ostatecznie nie musiał przyjść do banku osobiście i nic podpisywać własną krwią:

      Sprawa juz zalatwiona, moja pośredniczka z biura nieruchomosci poszła do Millenium, a tam już wiedzieli o co chodzi. Pani w banku powiedziała „aaa, pani pewnie chodzi o zaświadczenie" i wystawiła je od ręki. Dziwne jednak ze na infolinii Banku Millenium powiedzieli ze musze być osobiście i że takiego zaświadczenia nie dostanie "człowiek z ulicy". Poniekąd mój problem jest rozwiązany. Jednak przepływ informacji oraz jakość tej informacji w banku to już inna sprawa. Pozdrawiam i dziękuję za zainteresowanie

      Ufff... bank jednak stanął na wysokości zadania. Lepiej późno, niż... później :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Duchy przeszłości straszą w Millennium”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 stycznia 2010 11:06
  • piątek, 22 stycznia 2010
    • Bakuganowa zagrywka Alior Banku

      We wrześniu Alior Bank pochwalił się przejęciem 400.000 klientów brytyjskiego banku HSBC, który postanowił wycofać się z polskiego rynku consumer finance. Chodzi głównie o posiadaczy kredytów ratalnych i kart kredytowych HSBC, wydanych wspólnie z siecią salonów meblowych Ikea. Dzięki tej spektakularnej transakcji Alior Bank skokowo zwiększył liczbę klientów do 600.000 osób.

      Wojciech Sobieraj, prezes Aliora, od początku zapewniał, że bank ma mnóstwo pomysłów na zagospodarowanie nowych klientów. Bo też i samo przejęcie marży odsetkowej od starych kredytów HSBC byłoby marnotrawstwem. Odkupienie portfela kredytów od HSBC będzie dla Aliora złotym strzałem dopiero wtedy, jeśli uda się mocniej związać klientów z nowym bankiem. Zaproponować im konta, karty, kredyty.

      Wygląda na to, że ostatnio Alior zintensyfikował działania, by klienci HSBC nie uciekli po spłacie ostatniej raty starych kredytów. Tak się składa, że moja znajoma wzięła w HSBC kredyt ratalny i właśnie kończy go spłacać. Tuż przed świętami dostała z Alior Banku list z zaproszeniem do oddziału po odbiór prezentu. Alior obiecywał m.in. bakugana (modna ostatnio zabawka młodszych dzieci szkolnych) i zabawki z serii Littlest Pet Shop. Skąd pomysł na takie prezenty? Bank napisał, że daje je „tak po prostu”. Czyż to nie wzruszające?

      Alior Bank kusi bakuganem

      Moja znajoma nie dała się skusić bakuganem, więc została kilkakrotnie zmolestowana telefonem z oddziału Aliora. Nie wiem czy poddała się perswazji, ale z jej relacji wynika, że pracownica banku była bardzo przekonująca i łatwo nie odpuszczała. Widać, że Alior przeszkolił pracowników i odpowiednio zmotywował prowizjami, by ściągnęli klientów do oddziału i nie wypuścili ich bez nowych produktów.

      Nie ma w tym nic złego. Każdy bank marzy, by - jak to ładnie mówią ludzie od produktów finansowych - za wszelką cenę „skrosselować” klientów. Alior, jako jeden z najmłodszych banków na polskim rynku, musi „krossellować” najbardziej intensywnie, by dogonić konkurencję. Ostatnio postanowił nie tylko „krossellować”, ale też i zacząć zarabiać jakieś pieniądze. A w ostatnich dniach stał się z tego powodu nawet przedmiotem kpin mBanku. Ciekawe czy bakuganowa zagrywka prezesa Wojciecha Sobieraja przyniesie mu kolejny sukces?

      Czytaj też: Uwaga, nadchodzi wyższa kultura!

      Zerknij też: Spokojnie, to tylko... konserwacja?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Bakuganowa zagrywka Alior Banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 stycznia 2010 07:08
  • środa, 20 stycznia 2010
    • Monetto.pl już nie żyje. Co będzie z ideą pozyczek społecznościowych?

      Napisał do mnie Łukasz, stały czytelnik mojego blogu, by poinformować o ostatecznym zgonie serwisu pożyczek społecznościowych Monetto.pl. Serwis miał kłopoty od dłuższego czasu, jego właściciel poszukiwał inwestora, który zapewniłby mu przeżycie. Nie udało się i jeden z pionierów idei tzw. social lending, czyli pożyczek społecznościowych, właśnie schodzi z tego świata. A schodzi w taki oto sposób, pisząc list do zarejestrowanych użytkowników:

      W związku z zamknięciem przez Prender Sp. z o.o. projektu Monetto.pl, informujemy, że serwis www.monetto.pl będzie aktywny do 28 lutego 2010 roku. W celu sprawnej realizacji spłaty rat pożyczek po tym terminie, sugerujemy podpisanie aneksu do obowiązujących umów pożyczkowych. Zmiany wymagają jedynie dane rachunku, na który pożyczkobiorca powinien dokonywać spłat pożyczek, z obecnie obowiązującego rachunku Monetto.pl, bezpośrednio na rachunek pożyczkodawcy (Paragraf 3 ust. 4 umowy pożyczki). Aneks do umowy, podobnie jak umowa pożyczki, może zostać zawarty drogą elektroniczną. Jednocześnie pragniemy przypomnieć, że wszystkie dotychczas zawarte umowy pożyczki są ważne a brak ich terminowej spłaty rodzi koszty określone w umowie oraz może być podstawą do wsz częcia procedury komorniczej. Z poważaniem, Monetto.pl

      Nie tak miało być. Monetto.pl wchodził na rynek z dużymi ambicjami i reklamą, której trudno było nie zauważyć:

      Upadek jednej z kilku ledwie firm, które w Polsce zajmują się pośrednictwem między potrzebującymi pieniędzy, a tymi, którzy mają chęć zarabiać na odsetkach, to zła wiadomość dla waszytkich jego uczestników. Jakoś nie wierzę, że w gabinetach szefów Kokos.pl, Smava.pl, czy Finansowo.pl strzelają teraz korki od szampana. Wiele osób, którym plajta Monetto.pl obije się o uszy, zapewne stanie się jeszcze bardziej sceptyczna w stosunku do tego sposobu inwestowania pieniędzy.

      W październiku zeszłego roku pisałem, że albo firmy zajmujące się pożyczkami społecznościowymi zagrają razem i wspólnie - z udziałem fachowców od budowania długotrwałych strategii public relations - spróbują zbudować wiarygodność tego modelu pożyczania pieniędzy, albo pożyczki społecznościowe pozostaną w getcie. Będą rozrywką dla nielicznych fanów, ale nigdy nie staną się poważną konkurencją dla banków. Nie lubię się powtarzać, ale przy tej okazji muszę ze zdwojoną siłą powtórzyć tę tezę.

      Czytaj też: No i kto kogo może teraz pocałować?

      A na pożegnanie Monetto.pl zaśpiewajmy ten oto hymn:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Monetto.pl już nie żyje. Co będzie z ideą pozyczek społecznościowych?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 20 stycznia 2010 23:18
    • Era life plannera, czyli Pramerica i kisiel

      Od dobrych kilku lat jestem klientem ubezpieczeniowej firmy Pramerica. Wybrałem tę firmę ponieważ nie lubię skomplikowanych polis, których nie byłbym w stanie rozebrać na czynniki pierwsze. A polisa w Pramerica jest prosta jak budowa cepa: odszkodowanie się należy jeśli stracę rękę, nogę, wzrok lub słuch. Albo jak w ogóle puknę w kalendarz. A polisa prosta jak drut oznacza też relatywnie niską składkę, nie przekraczającą 0,5% sumy ubezpieczenia rocznie.To lubię.

      Ludzie, którzy zajmują się w Pramerica sprzedażą takich ubezpieczeń nie uważają się za zwykłych agentów. O nie, to są goście z wyższej półki, life plannerzy, którzy na agentów patrzą z góry. Zwykły agent wciśnie polisę i ucieka gdzie pieprz rośnie. Life planner co roku spotyka się z klientem i omawia jego sytuację, proponując zmiany w polisie. Miałem takiego life plannera, ale niestety ponad dwa lata temu zniknął z horyzontu. Firma z urzędu przydzieliła mi nowego.

      Ten nowy chyba nie był szczęśliwy, że dostał pod opiekę moją polisę, bo przez ponad dwa lata się nie odezwał ani razu. Nie było spotkań przy kawie, rozmów o życiu, planowania nowych celów. Nic. Gdybym Wam wyznał, że było mi z tym brakiem agen..., tfu, life plannera, smutno i źle, to bym przesadził. Ale czułem, że coś tu nie gra. I nie grało do czasu, aż kilka dni temu za pośrednictwem portalu społecznościowego skontaktował się ze mną drugi life planner firmy Pramerica. Od słowa do słowa zgadaliśmy się, że jestem ubezpieczeniową sierotą i trzeba mi nowego opiekuna.

      Napisałem więc do firmy e-mail, że proszę o przydzielenie mi do obsługi polisy nowego człowieka, który sam zgłosił się na ochotnika. Dziś już wiem, że to był błąd. Koszmarny błąd. Nie minął kwadrans, a zadzwonił tamten poprzedni life planner, czyli Człowiek-Widmo. Zaczął tłumaczyć, że koniecznie musi się ze mną spotkać w sprawie polisy. - No, szybko sobie przypomniał - pomyślałem. I odparłem, że poprosiłem już o nowego opiekuna. Człowiek-Widmo był niepocieszony. Oświadczył, że tak wolno i że on przez wiele miesięcy usiłował się ze mną skontaktować, ale zmieniłem numer telefonu. Łzy wzruszenia zalały mi oczy. Jak już je otarłem, to powiedziałem Człowiekowi-Widmo, że nie zamierzam nic odkręcać, bo nie będę robił z siebie idioty wobec centrali firmy.

      Nie minęło kolejne 10 min. i znów telefon. Teraz dzwoni dyrektor jakiegoś-tam regionu w Pramerica. Jakiś szyszka. Mówi, że dostał ode mnie skargę i bardzo się dziwi tej sytuacji, bo Człowiek-Widmo to bardzo doświadczony life planner. A ten, którego sobie wybrałem to niby mniej doświadczony. No i dlaczego ja chcę coś zmieniać? Wytłumaczyłem dyrektorowi, że nie mam nic do Człowieka-Widmo, że nawet nie wiem czy jest dobry, czy zły, bo nie raczył mnie zaszczycić. I że tylko chcę wiedzieć kto mnie obsługuje. A skoro ktoś się zgłosił na ochotnika, to może trzeba mu dać szansę.

      Dyrektor oddalił się niepostrzeżenie, przepraszając za niedogodności i zarzekając się, że wyjaśni sprawę. A ja pozostałem w dziwnym przekonaniu, że coś w tej Pramerice jest źle poukładane. Mam life plannera, który mnie olewa, bo przez dwa i pół roku nie może do mnie dotrzeć, choć zmieniłem tylko telefon - adres zamieszkania i pracy jest ten sam. Czy powinienem ufać facetowi, który jest aż tak nieporadny lub leniwy, a chce - zgodnie z nazwą swojej funkcji - mi planować życie?

      Chcę go zmienić na innego, który sam mnie znalazł. Dyrektor się dziwi, choć nie powinien. A ja nadal czuję się tak okropnie samotny i porzucony... Ciekaw jestem jak to się skończy. Mam nawet pewną propozycję: niech aspirujący do prowizji od mych składek life plannerzy po prostu stoczą walkę w kisielu. Tak, to będzie najbardziej sprawiedliwe rozwiązanie. Zwycięzca bierze wszystko. Polisę moją i mojej kobiety. Przegrany niech utonie w otchłani kisielu :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Era life plannera, czyli Pramerica i kisiel”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 20 stycznia 2010 09:59

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line