Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 stycznia 2011
    • Kokos uruchamia pożyczki społecznościowe z... gwarancją. Gadżet? Przełom?

      Znacie zapewne mój stosunek do pożyczek społecznościowych. Z jednej strony: fajny sposób na omijanie lub uzupełnianie banków w usługach finansowych, a z drugiej - raczej pomysł na hobby, niż na poważny biznes. Owszem, serwisy pożyczek społecznościowych wykonały ogromną pracę, by stać się równie wiarygodnym miejscem do pożyczania i inwestowania pieniędzy, jak banki. Dziś pożyczkobiorcy, zanim zaciągną pożyczkę od innego użytkownika serwisu, muszą zweryfikować (najczęściej jest to płatne) swój dowód osobisty, adres, numer konta, status w bazach złych dłużników i w Biurze Informacji Kredytowej.

      To przepaść w stosunku do niedalekiej historii, kiedy serwisy pożyczek społecznościowych przypominały afrykańską dżunglę, w której ryzyko trafienia na nierzetelnego - lub po prostu podszywającego się pod kogoś innego - pożyczkodawcy było koszmarne. Dziś kontrola transakcji doszła do tego, że serwisy pożyczek pośredniczą nawet przy przelewach rat pożyczek. I dobrze: wiarygodność i renoma to jedyny kapitał takich miejsc. Nigdzie na świecie nie zdobyły one dużej części rynku consumer finance, ale mogą być ciekawą niszą.

      Jeden z takich serwisów, Kokos, obchodzi właśnie trzylecie swojego istnienia. I wiem, że wkrótce zaproponuje użytkownikom kolejną nowinkę, która ma zwiększyć bezpieczeństwo „handlu” pieniędzmi. Otóż w połowie lutego zostaną wprowadzone pożyczki gwarantowane. Czyli takie, przy których pożyczkodawca ma 100% gwarancji, że odzyska wpłacony kapitał. Jedynym jego ryzykiem - jeśli trafi na nierzetelnego pożyczkobiorcę - jest to, że nie dostanie umówionych odsetek.Pomysł idzie po linii zwiększania wiarygodności instytucji pożyczki społecznościowej. Jak tylko o nim usłyszałem, wyobraziłem sobie, że taka gwarancja to jakaś polisa, wystawiana przez firmę ubezpieczeniową. Coś analogicznego do ubezpieczenia kredytu bankowego. Ale nie - przedstawiciele Kokosu wyjaśnili mi, że gwarancje będą wystawiali sobie nawzajem... sami użytkownicy.

      Jak ma to wyglądać? Jeżeli pożyczkobiorca wystawi aukcję pożyczki, oznaczając ją jako gwarantowaną, to pożyczkodawca nie będzie mógł zainwestować, dopóki nie pojawi się gwarant. W takich pożyczkach umowy będą trójstronne: pożyczkodawca - pożyczkobiorca - gwarant. Jeżeli pożyczkobiorca nie spłaci pożyczki, pożyczkodawca otrzyma pieniądze od gwaranta (wpłacone wcześniej na konto Blue Media, właściciela Kokosu). Jeżeli pożyczkobiorca spłaca pożyczkę zgodnie z harmonogramem, to z każdą ratą dla pożyczkodawcy także gwarant odzyskuje ratę swoich pieniędzy.

      Jaki interes ma użytkownik Kokosu, żeby wpłacić pieniądze i być gwarantem umowy? Jego pieniądze będą oprocentowane, a wysokość odsetek ustali pożyczkobiorca i o tyle będzie podwyższone oprocentowanie jego pożyczki. Mechanizm jest więc prosty: jeśli masz pieniądze, to możesz być albo pożyczkodawcą, albo gwarantem umowy. Jeśli potrzebujesz pieniędzy, możesz pokryć koszty znalezienia dla siebie gwaranta i tym samym mieć pożyczkę droższą, ale bardziej chodliwą.

      Idea jest szczytna, ale nie jestem pewien, czy tego rodzaju gwarancje - pochodzące od innych użytkowników serwisu społecznościowego - będą na tyle popularne, by zwiększyć wiarygodność całego interesu. Byłoby to możliwe tylko wtedy, jeśli gwarancjami udałoby się objąć większą część pożyczek. A to chyba niemożliwe. Może więc lepszy byłby wariant z ubezpieczeniem pożyczek wystawionym przez firmę ubezpieczeniową. Tyle, że pewnie żaden ubezpieczyciel nie wszedłby w taki biznes, bo przecież oszacować ryzyko przy pożyczkach społecznościowych jest szalenie trudno - takie serwisy działają dopiero od kilku lat i ich model funkcjonowania ciągle się zmienia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kokos uruchamia pożyczki społecznościowe z... gwarancją. Gadżet? Przełom?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 stycznia 2011 11:19
    • Znany cukiernik w reklamie banku! Jest świetna, ale... jej nie ulegajcie!

      ING Bank Śląski szaleje ostatnio na reklamowym rynku. Dopiero co na ekrany trafiły trzy spoty z udziałem rosyjskiego arcymistrza szachowego Gari Kasparowa, a już na kursie jest kolejna niespodzianka - dwa spoty z udziałem Andrzeja Blikle, znanego cukiernika, mówiącego o sobie, że jest „matematykiem, który sprzedaje pączki”. Nie jest to może postać z pierwszych stron gazet, ale... to nazwisko zna chyba każdy, więc strzał ING tym razem jest celny.

      Blikle w reklamie ING

      Spoty też świetne, o niebo lepsze, niż te z Kasparowem. Już chyba sam główny bohater jest tego przyczyną.  Blikle jest gościem, którego naprawdę da się lubić - widać, że to filut, który przez pół życia robił ludziom dowcipy. Koncepcja z kursem samodzielnego pieczenia pączków też jest świetna. Nie tylko zabawna, ale i daje dużo większe pole do popisu Markowi Kondratowi, niż spoty z Kasparowem, które trzeba było grać... mniej więcej na poważnie. Tutaj, przy kursie samodzielnego pieczenia pączków, dobrze bawią się i Blikle i Kondrat.  No i powiedzmy sobie szczerze - jeśli chłopakom z ING chodziło o wbicie klientom do głowy, że jak się robi coś samodzielnie, to jest fajniej i prościej, to na przykładzie pączków wygląda to bardziej plastycznie, niż przy szachach, które są zajęciem dość elitarnym.

      Duże brawa dla ING za reklamy z Andrzejem Blikle, choć dziwi mnie, że bank powtarza koncept nie gwarantujący osiągnięcia wymiernych korzyści w postaci ściągnięcia setek tysięcy nowych klientów. ING nie wiąże bowiem - jak BZ WBK - swoich akcji z konkretnymi bonusami da klientów, a jedynie wabi ich tym, że w ING jest „fajnie”. Choć akurat przy okazji spotów z Bliklem jest konkurs dla klientów, którzy wezmą udział w programie „Bankujesz-kupujesz”, czyli będą  kupowali w internetowym sklepie ING.

      Paradoks dobrych spotów ING polega na tym, że mają one na celu przyciągnąć do internetowych usług banku klientów w średnim wieku i starszych. A ja - szczerze pisząc - nie poleciłbym internetowego serwisu ING nikomu, kto nie jest już jako-tako obeznany z bankowością internetową. „W każdej grupie wiekowej są ludzie, którzy są o krok od decyzji o otwarciu konta internetowego. Potrzebują tylko impulsu, aby podobnie jak bohaterowie naszych spotów wejść do internetu, gdzie obowiązuje zasada „Internetowi nie płacą, bo wszystko robią sami”. Chcemy, aby nasza kampania była takim impulsem” – mówi cytowana w komunikacie prasowym Barbara Pasterczyk z ING.

      A ja chciałbym ostrzec 40-latków i starszych internautów  - jeśli chcecie mieć konto internetowe, to raczej nie idźcie do ING. Załóżcie sobie konto w Aliorze, mBanku, czy w Inteligo. Pewnie jest jeszcze kilka innych nie najgorszych banków w internecie (czekam na zgłoszenia). Dlaczego? Niestety ING ma słabo zaprojektowany, niezbyt nowoczesny, mało przejrzysty i nieergonomiczny system bankowości elektronicznej. Zęby mnie bolą za każdym razem, kiedy muszę z niego skorzystać. Jasnym punktem jest megabezpieczny system logowania - z hasłem maskowanym i wirtualną klawiaturą. Ale w środku - już gorzej.

      Mam w ING kartę kredytową, konto oszczędnościowe (puste, bo przestali dawać dobre oprocentowanie na OKO) i fundusze inwestycyjne. Żeby sprawdzić historię transakcji kartowych muszę kliknąć chyba z siedem razy, w tym dwukrotnie zatwierdzać jedną i tę samą decyzję.  Literki są małe, a menu niezbyt przejrzyste i trudne do ogarnięcia. Kilkanaście miesięcy temu ktoś z mojej rodziny - niezbyt obeznany z internetem - założył w ING pierwsze w swoim życiu konto internetowe. Prawidłowe wysłanie przelewu podatkowego udało się już po dwóch dniach prób i błędów :-). Aż sprawdziłem wówczas kto skrzywdził bank Marka Kondrata tym wyrobem. Niestety, jest to wyrób polskiej, rodzimej produkcji. A szkoda, bo przecież informatyków nasz kraj ma zacnych.

      W sumie więc - kochajcie reklamy ING, ale jeśli nie macie jeszcze doświadczeń z bankowaniem w sieci - raczej nie polecam jego bankowości elektronicznej. Polecam natomiast jego fundusz emerytalny i fundusze inwestycyjne. Dają rade. A, wracając do tematu pączków - posłuchajcie kilku rad Andrzeja Bliklego. I do roboty! :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      SPRAWDŹ, CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” w zeszłym roku udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny.

      PRAWIE 126.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. W grudniu 2010 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło 125.981 osób, zaś w listopadzie - 123.279 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS. To jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce!. Dołącz do jego czytelników i codziennie sprawdzaj nowe wiadomości ze świata finansów. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie co najmniej jeden nowy artykuł!

      KUP KSIĄŻKĘ AUTORA BLOGU „SUBIEKTYWNIE O FINANSACH”! Nie lada gratka dla wszystkich, którzy szukają podanych przystępnym językiem porad finansowych i chcieliby je znaleźć zgrupowane w jednym miejscu. W  serwisie www.kulturalnysklep.pl możecie kupić moją książkę „Przewodnik po domowych finansach”, opartą na cyklu 37 poradników, które napisałem w 2010 r. i które ukazały się w poniedziałkowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. Cena książki - 7 zł. Więcej o książce znajdziecie w serwisie www.kulturalnysklep.pl

      Przewodnik po domowych fnansach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (44) Pokaż komentarze do wpisu „Znany cukiernik w reklamie banku! Jest świetna, ale... jej nie ulegajcie!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 stycznia 2011 07:04
  • niedziela, 30 stycznia 2011
    • Loterie SMS-owe: kary UOKiK nie pomogły? Wciąż kantują na całego

      Niedawno pisałem o karach, jakie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył na organizatorów SMS-owych loterii. Ukarany został m.in. organizator  loterii „Pusty SMS”, o której drzewiej pisałem w blogu, w niezbyt ciepłych słowach. W swojej ostatniej notce poświęconej tego typu konkursom, zastanawiałem się nad tym, czy najnowsze tego typu przedsięwzięcie, zorganizowane przez operatora sieci komórkowej „Plus GSM”, jest bardziej uczciwe wobec klientów. Wcześniej konkurent Plusa prowadził konkurs „Era kasy” i też był to jeden wielki kant.

      Odgrażałem się, że wejdę do gry Plusa, żeby przekonać się, czy mimo kar UOKiK-u nadal w SMS-owych loteriach panuje prawo dżungli. Ale nie musiałem, wyręczyli mnie czytelnicy. „Zrobiłem błąd i wysłałem JEDNEGO (to bardzo ważne) SMS-a w loterii Plusa. To było 24 października 2010 r.. Od tego czasu, do dnia 28 grudnia 2010 r. otrzymałem 31 SMS-ów informujących mnie (w sposób perfidny, nie rzadko wręcz nachalny), że jeśli tylko wyślę SMS-a na numer 7419 (za jedyne 4,88 zł) to stanę się właścicielem Golfa lub Passata” - napisał jeden z czytelników blogu.

      A inny dorzucił trochę przykładów SMS-ów. „Uwaga! To oficjalne zawiadomienie: nagroda cały czas czeka! Potwierdzamy szansę - wyślij SMS-a o treści TAK na 7419, by odebrać! Gwarantujemy przyznanie! (4,88zł)” Buhahaha! Zauważyliście? Wyślij SMS-a, żeby odebrać i gwarantujemy przyznanie. Zapewne przez nie dopatrzenie zapomnieli dopisać, że chodzi o samochód. Albo inny przykład: „Apelujemy! Wygrałeś w loterii Plusa premię. Odbierz ją przed przyznawaniem samochodów. Wyślij SMS-a o treści PASSAT na 7419. Masz 5 minut! 4,88 zł

      Jeszcze kilka: „Zatwierdzono, że auto Golf zostanie wydane na 100%. Tak jest zapisane w Regulaminie Loterii. Proszę wysłać SMS o treści TAK na 7419 (4,88 zł)”. Albo: „Wzywamy posiadacza numeru (...) do natychmiastowego wysłanie SMS-a o treści TAK na 7419 (4,88 zł). Sprawa dotyczy samochodu Golf”. Tak jest, panie generale, wysyłamy, wysyłamy..„VW Golf już przygotowany! Proszę o wysłanie SMS-a o treści Golf na 7419!”. I finito: „Koniec! Dokumenty auta VW Golf czekają na zwycięzcę do odbioru. Wyślij przynajmniej jeden SMS o treści GOLF na 7419 (4,88 zł), aby wziąć udział w losowaniu!”. I pamiętajcie: „100% gwarancji: jeżeli właściciel numeru (...) wyśle SMS o treści GOLF na 7419 (4,88 zł), otrzyma miłą informację!” Słodkie, prawda?

      Ile Plus zarabia na tych debilnych SMS-ach? Na ten temat jeden z moich czytelników też ma swoją teorię: „Po trzecim kwartale 2010 r. Polkomtel miał około 13,7 mln aktywnych kart SIM. Jeśli założymy, że tylko co dziesiąty wysłał jednego SMS-a za 4 zł netto, to mamy blisko 5,5 mln zł. Przypomnę, że pula nagród to blisko 8 mln zł (wyliczona zapewne wg cen detalicznych, czyli grubo zawyżona; przy takiej ilości samochodów - 121 - producent udzielił Polkomtelowi olbrzymich rabatów). Co oznacza, że gdyby tylko co dziesiąty wysłał tego SMS-a, to koszty nagród zwracają się. A coś mi się wydaje, że tych SMS-ów będzie wielokrotnie więcej. Widać więc jakie to są kokosy do zebrania”. Mój czytelnik ma zapewne rację. Czy przy następnym postępowaniu przeciwko SMS-owym cwaniakom, UOKiK weźmie te szacunki pod uwagę, zastanawiając się nad wymiarem kary?

      Niezadowoleni klienci chyba czują się ośmieleni decyzjami UOKiK, bo część z nich chce walczyć z organizatorami głupich loterii. Serwis pozywamy-zbiorowo.pl,  w imieniu czujących się poszkodowanymi działaniem zorganizowanej przez PTC oraz Mobileformats loterii SMS-owej pt. „Czy stałeś się dzisiaj Milionerem?” zaprasza na pikietę połączoną z konferencją prasową pod siedzibą Ery” - takie zaproszenie dostałem kilka dni temu. Ciekawe, prawda?

      SPRAWDŹ CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” w zeszłym roku udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny. Macie problemy z bankami, firmami ubezpieczeniowymi albo innymi instytucjami finansowymi? Zgłaszajcie je w Facebooku, wysyłając do mnie wiadomość na stronie „Subiektywnie o finansach”!

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam! A jeśli masz problem z bankiem, chciałbyś o coś zapytać albo wiesz jak ulżyć losowi innych czytelników blogu - napisz do mnie list w Facebooku!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Loterie SMS-owe: kary UOKiK nie pomogły? Wciąż kantują na całego”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 stycznia 2011 10:43
  • sobota, 29 stycznia 2011
    • Inwestycje private equity dostępne dla każdego! Ryzykowne jak diabli, ale...

      Pisałem już kilka razy na stronach tego blogu o różnych dziwnych funduszowych nowinkach. A to o funduszu, który zajmuje się inwestycjami w wierzytelności, a to o takim, który inwestuje w prywatne szpitale, a to o funduszach grających na spadki cen akcji lub o takich, które kupują obligacje emitowane przez korporacje. Dziś o jeszcze innym funduszu, który zajmuje się wynajdowaniem małych, obiecujących spółeczek, kupuje je, rozwija, a potem sprzedaje z zyskiem. Takie małe private equity, tyle, że dostępne dla każdego.

      Wspominam o tej nowince dlatego, że mam ostatnio lekkiego fioła na punkcie dywersyfikowania portfela pod kątem uniezależnienia jego zmian od koniunktury giełdowej. Fundusze inwestujące w złoto (ale nie w spółki je wydobywające, a w kruszec), skrzyneczki wina przechowywane w londyńskich piwnicach z nadzieją na przyszłe zyski, a także fundusze hedgingowe, grające „na długo” i „na krótko” - to jest to, co mnie aktualnie podnieca. Celem jest oczywiście żywot rentiera :-). Albo może przynajmniej leniwca, który nic nie musi. Tak jak ta pani :-)

      Leniwiec

      Pewnie wielu z Was powie, że jak ma być „koniec wszystkiego”, to żaden papier wartościowy nie będzie już wartościowy, a liczyć się będzie sztabka złota w sejfie. Może i racja? Tymczasem jednak postanowiłem nie poddawać się defetyzmowi i jednak spróbować dalej różnicować mój portfel inwestycyjny. Za chwilę (dokładniej pisząc - w poniedziałek) kończy się emisja certyfikatów zamkniętego funduszu Investor Private Equity. Przeszedłbym pewnie obok tej wieści obojętnie - bo przecież na rynku ciągle ktoś coś emituje - gdyby nie fakt, że jest to bodaj jedyny fundusz działający na zasadzie private equity, który może sobie kupić każdy, nawet drobny inwestor. Zwykle tego rodzaju fundusze są tworzone dla wielkiego kapitału, po prostu skrzykuje się grupa inwestorów, każdy daje po pięć milionów i rusza fundusz zamknięty, którego udziałów nie może kupić nikt poza „rodziną i przyjaciółmi”. Tu mamy przypadek inny, bo w Investor Private Equity można wejść już za niecałe 1500 zł (tyle kosztuje jeden certyfikat).

      Oczywiście jest to inwestycja dla bardziej wyrobionego inwestora, niż ten, który chciałby gdzieś przenieść pieniądze z lokaty. Fundusze typu private equity charakteryzują się tym, że są bardzo ryzykownymi zabawkami. Nie kupują spółek na giełdzie, ale przeczesują lokalne rynki. Spółek w portfelu mają niewiele, więc każdy błąd w doborze inwestycji kończy się kłopotami dla całego portfela. Ale z drugiej strony - jak już na takiej spółeczce się zarobi, to jest to przebitka kilkukrotna. No i zyski są średnie skorelowane z koniunkturą na giełdzie (choć zwykle z inwestycji taki fundusz wychodzi właśnie przez giełdę, więc łatwiej mu się żyje w czasie hossy, niż bessy).

      Fundusz Investor PE jeszcze wpadki nie zaliczył. Stopa zwrotu za ostatnie trzy lata to 46%. Fundusz ma tę przyjemną cechę, że od razu po sprzedaży jakiejś inwestycji z zyskiem, zarobione pieniądze oddaje swoim członkom. Tak było po sprzedaży części udziałów porównywarki Nokaut.pl (za 17% akcji fundusz dostał 5,4 mln zł, czyli tyle, ile kupując dwa lata wcześniej 34% udziałów), czy po jesiennej sprzedaży spółki inwestującej w farmy wiatrowe (kupił ją za 5 mln zł, sprzedał po półtora roku za 10 mln). I pewnie dlatego poszukuje teraz nowych pieniędzy inwestorów - bo ze sprzedaży starych inwestycji nie będzie mógł kupić żadnej nowej spółki - pieniądze rozda tym, którzy poprzednio weń zainwestowali.

      Private equity żart 1Fundusz Investor PE ma obecnie w portfelu tylko pięć spółek - 6% udziałów w firmie Stone Master, produkującej kamień elewacyjny i dekoracyjny, 25% w firmie ERG System (producent skrzynek z tworzyw sztucznych), CB (producent specjalistycznych materiałów budowlanych), a także pozostałą część udziałów w Mazovia Windfarm (ci co sieją wiatr i zbierają burzę) i Nokaut. A na oku ponoć kilka kolejnych spółek. Oby na koniec spece od zarządzania private equity w Investors TFI zdobyli większą renomę, niż fund managerowie w USA, z których wszyscy sobie teraz robią jaja :-). Ci zatroskani o pieniądze swoich akcjonariuszy dżentelmeni z rynku kapitałowego pytają panią z mopem: „Co panią skłoniło, by aplikować o pracę Zarządzającego Funduszem Private Equity?”.

      Ciekaw jestem jak potoczy się historia tego funduszu. Na podstawie pięciu inwestycji i dwóch udanych wyjść trudno jeszcze ocenić, czy zarządzający funduszem mają na pewno szczęśliwą rękę. Ja w każdym razie trzymam kciuki, żeby im się udawało. Jest to alternatywny pomysł inwestowania pieniędzy, jeden z nielicznych dostępnych dla drobnych ciułaczy. I fajnie byłoby, gdyby każdy z nas miał jak najwięcej takich nietypowych ofert zainwestowania swoich - nie tak dużych znowu - pieniędzy.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Inwestycje private equity dostępne dla każdego! Ryzykowne jak diabli, ale...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 stycznia 2011 08:38
  • piątek, 28 stycznia 2011
    • Genialny pomysł MasterCarda: brać prowizję od transakcji kartami... Visa

      Organizacje płatnicze Visa i MasterCard od dawna nie mają w Polsce dobrej prasy. Wspólnie z bankami są obwiniane o wyjątkową pazerność przez właścicieli sklepów oraz tzw. agentów rozliczeniowych, czyli pośredników instalujących w punktach handlowych czytniki do obsługi kart. Bo to banki oraz Visa i MasterCard utrzymują w Polsce jeden z najwyższych na Starym Kontynencie poziom prowizji za każdą transakcję dokonaną kartą. Prowizje płacą sklepy, w których kupujemy, ale handlowcy wliczają je w ceny towarów.

      Średnio opłata za to, że klient płaci kartą (tzw. interchange fee) wynosi 1,5% wartości transakcji. Te pieniądze trafiają do Visy, MasterCarda i banków. W sumie - 1,5 mld zł rocznie. Na Zachodzie opłaty interchange fee są niższe nawet kilkakrotnie. U nas Visa i MasterCard tłumaczą, że muszą zdobywać pieniądze na rozwój sieci akceptacji kart. To chyba tylko dlatego w części sklepów wiszą nalepki „płatność kartą tylko od 15 zł”, a w wielu punktach sprzedawcy nie chcą instalować terminali. Ludzie od rozliczania kart twierdzą, że koszt transakcji gotówkowej dla sklepu to 0,3% jej wartości, a transakcji kartą - aż 1,5%. Więc czytnik do kart ma w sklepie tylko ten, co musi. Maluchy płacą nawet 2,5-3% prowizji za każdą transakcję kartą.

      Czytaj też: Karty płatnicze? To jest diabelskie! I do tego drogie!

      Ale miarka pazerności karciarzy chyba się wreszcie przebrała. Komitet Agentów Rozliczeniowych, zrzeszający wszystkich pośredników instalujących terminale w sklepach i rozliczających transakcje kartami, stracił cierpliwość. Organizacja skupiająca m.in. właścicieli marek eCard, Elavon, ePłatności i kilku innych, po raz pierwszy w historii z otwartą przyłbicą zaprotestowała. Poszło o kolejną opłatę, narzuconą przez organizację MasterCard. Chodzi o „Innovation for Poland fund”, czyli prowizję w wysokości 0,025%. od każdej transakcji kartą. Niby niedużo, ale... opłata - w sumie 25 mln zł rocznie od wszystkich firm instalujących czytniki do kart - ma być naliczana od każdej transakcji, także od tej, którą klient zrealizuje kartą np. ze znakiem Visa. A tak się składa, że dwie trzecie wszystkich transakcji kartami to transakcje plastikami z logo Visa, a nie MasterCard.

      Nie rozumiemy dlaczego MasterCard wprowadza opłaty od transakcji, które nie dotyczą tej organizacji” - pisze Komitet w oświadczeniu. Hmmm... szczerze pisząc ja też nie rozumiem jak to jest, że MasterCard - który ma tylko jedną trzecią karcianego rynku - pieniądze chciałby brać od każdej transakcji. Trudno nazwać to inaczej, niż bezczelnością. Zdaniem agentów rozliczeniowych decyzja MasterCard odbije się na kosztach obsługi kart w Polsce oraz pośrednio może przełożyć się na ceny dla konsumentów. Pewnie trochę histeryzują, ale z drugiej strony - gdyby mój bank zaczął naliczać mi prowizję za każdy przekaz wysłany przeze mnie na poczcie, to chyba też bym histeryzował. Co to w ogóle za debilny pomysł, żeby narzucać opłaty od transakcji kartami konkurencji?

      Agenci rozliczeniowi dodają w swoim, bardzo ostrym oświadczeniu, że nie jest to pierwsza decyzja MasterCard, której efektem jest podniesienie cen. W 2008 r., bez żadnych konsultacji, MasterCard wprowadził dodatkowe opłaty od transakcji kartami Maestro, wydanymi przez polskie banki. „Decyzje MasterCard destabilizują cały system akceptacji w Polsce. Uważamy, że najwyższa pora skończyć z taką praktyką” - mówią pośrednicy. To już kolejna awantura z udziałem karciarzy. W zeszłym roku Visa i MasterCard obniżyły prowizje płacone posiadaczom bankomatów za każdą transakcję wypłaty gotówki kartami. Euronet zagroził wtedy nawet wstrzymaniem budowy nowych bankomatów w Polsce. Wtedy większego hałasu narobiła Visa, która była, zdaje się, prowodyrem akcji obniżania prowizji swoim kontrahentom. Teraz prym wiedzie MasterCard.

      Czytaj też: Visa tnie prowizje dla właścicieli bankomatów!

      Ciekaw jestem kiedy organizacje płatnicze wreszcie zrozumieją, że droga do upowszechniania kart płatniczych wiedzie tylko i wyłącznie przez obniżanie prowizji płaconych przez uczestników rynku, a nie przez nakładanie nowych. Od dobrych kilku lat o zmowę monopolistyczną oskarża karciarzy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ale nic dotąd nie wskórał. Visa - nieruchawa spółdzielnia banków - i MasterCard - dynamiczna, krwiożercza prywatna korporacja, są na razie nie do ruszenia. A obu ktoś powinien się wreszcie dobrać do skóry i ją porządnie przetrzepać. No, może nie aż tak, żeby nie został kamień na kamieniu :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      SPRAWDŹ, CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” w zeszłym roku udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny.

      PRAWIE 126.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. W grudniu 2010 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło 125.981 osób, zaś w listopadzie - 123.279 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS. To jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce!. Dołącz do jego czytelników i codziennie sprawdzaj nowe wiadomości ze świata finansów. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie co najmniej jeden nowy artykuł!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Genialny pomysł MasterCarda: brać prowizję od transakcji kartami... Visa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 stycznia 2011 08:25
  • czwartek, 27 stycznia 2011
    • Przełom? BPH zaoferował klientom natychmiastowe przelewy bez opłat

      Pisałem nie tak dawno, że kiedy Elixir idzie spać, w klientach budzą się demony. A, jak wiadomo, Elixir idzie spać często. Właściwie to głównie śpi, wybudzając się tylko na trzy sesje wychodzące i trzy przychodzące dziennie. Cóż, tak na zdrowy rozum jest to jakiś obciach, by w epoce internetu, bankowości elektronicznej i transakcji online, przelewy między bankami były wypuszczane tylko trzy razy dziennie i to tylko w dni powszednie. Choć pewnie znajdzie się kilku bankowców, którzy będą mnie przekonywali, że tak jest lepiej ze względów bezpieczeństwa i że systemy bankowe nie połapałyby się, gdyby musiały przeksięgowywać przelewy w czasie rzeczywistym, przez całą dobę.

      mBank niedawno zaprezentował nieco chałupniczy sposób na omijanie Elixiru, wykorzystując do tego sopocką firmę Blue Media. Pomysł nie jest zły, przelewy chodzą między bankami w ciągu kwadransu, choć cena nie jest niska - trzeba zapłacić 5 zł za każdy wypuszczany via Blue Media przelew. Część z Was mnie pouczała, że to żaden news i że Blue Media oferuje tę usługę od dwóch lat, ale... mimo wszystko kiedy deal z zewnętrznym operatorem podejmuje duży bank, to historia staje się ciekawsza.

      Póki co standardem jednak pozostaje Elixir, a banki jakoś wzdrygają się przed umożliwieniem klientom detalicznym korzystania z działającego błyskawicznie systemu Sorbnet, którym przelewy wędrują od razu z konta na konto. Korzystanie z Sorbnet-u - systemu pierwotnie wykorzystywanego do przelewów wysokokwotowych - kosztuje w większości banków od 10 do 50 zł za każdy przelew i generalnie stosuje się tę opcję w stosunku do przelewów korporacyjnych o wartości powyżej miliona złotych. Przy mniejszych kwotach zwykle się to nie opłata, choć przelew Sorbnet-owy zwykle widać na rachunku odbiorcy w ciągu kilkunastu, kilkudziesięciu minut.

      Czytaj też: Przelew może kosztować 5 zł, ale możesz zapłacić i 110 zł prowizji

      Na darmowe korzystanie z Sorbnet-u na takich zasadach, jak korporacje, banki na razie klientom indywidualnym nie pozwalały. Stawki prowizji były raczej zaporowe, choć np. bank Raiffeisen zaproponował nie tak dawno obniżkę prowizji za przelew przez Sorbnet do 5,99 zł za sztukę. I to nie narzucając klientom żadnych minimalnych sum przelewów. Ale teraz mamy pierwszy przypadek banku, który pozwala klientom używać Sorbnet-u... za darmo!

      W czwartek Bank BPH przedstawił nowość w swojej ofercie kont osobistych. Do palety kont typu Sezam (Sezam Start, Sezam Direct, Srebrny Sezam, Sezam Max) dołączyło Kapitalne Konto. BPH nie poszedł z falą ostatnich bankowych innowacji i nie pokusił się o konto ze zwrotem opłat za wpływy na konto, przelewy lub płacenie kartą w sklepach. Przeciwnie - Kapitalne Konto nie jest darmowe, kosztuje 9,99 zł miesięcznie. A główną jego zaletą ma być to, że w tej cenie bank daje wszystkie główne usługi bankowe bez dodatkowych opłat.

      A bonusy? Posiadacz Kapitalnego Konta może otworzyć rachunek oszczędnościowy o oprocentowaniu wyższym niż standardowe, nie płacąc za jego prowadzenie. Kapitalnemu Kontu towarzyszy również bezpłatny pakiet usług assistance oraz darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce.

      Czytaj też: Po publikacji w blogu BPH przestał wciskać złote karty

      W porównaniu z innymi pakietami oferowanymi przez BPH w ramach Konta Kapitalnego rzeczywiście można dostać więcej usług bez opłat. Np. w ramach Sezamu Start (kosztuje 4 zł miesięcznie) za korzystanie z bankowości internetowej trzeba płacić 8 zł miesięcznie. Zaś Srebrny Sezam (za 9,99 miesięcznie) wiąże się z koniecznością płacenia za przelewy przez telefon (1,99 zł), zlecane w oddziale (6,99 zł). Polecenie zapłaty w „srebrze” kosztuje 0,99 zł, zaś miesięczne używanie karty - 2,5 zł (plus 3 zł jeśli leży bezczynnie w portfelu i klient nie płaci nią w sklepach).

      W ramach Kapitalnego Konta te wszystkie usługi są za darmo. A do tego bez opłat są również przelewy przez Sorbnet - zarówno te powyżej, jak i poniżej miliona! Nie wiem czy to będzie „prawdziwy” Sorbnet, czyli klient będzie mógł przelać za pomocą tego systemu 100 zł (w taryfie opłat nie zauważyłem żadnych obostrzeń), ale jeśli tak to mamy początek anty-Elixirowej rewolucji. I początek ery przelewów docierających do celu prawie online. Nie mam oczywiście pewności, czy BPH nie będzie łączył przelewów Sorbnet-owych w jakieś większe paczki, co opóźniałoby ich księgowanie, ale jeśli nie, to bank ten tym samym znalazł się w awangardzie przyjaznych instytucji finansowych. Choć z kontem za 9,99 zł miesięcznie w czołówce rankingów pewnie się nie znajdzie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Przełom? BPH zaoferował klientom natychmiastowe przelewy bez opłat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 stycznia 2011 19:40
    • Weto dla kredytów do emerytury! A walutowe mają być tylko dla bogaczy

      W zasadzie - skoro siedzę w domu i choruję - to miałem wrzucać do blogu głównie notki z zapasów, których w kolejce czeka chyba z kilkanaście. Ale nie mogłem sobie odmówić wygłoszenia opinii o uchwalonej właśnie przez Komisję Nadzoru Finansowego kolejnej rekomendacji, adresowanej do banków. Chodzi o nową wersję Rekomendacji S, która stanowi uzupełnienie obowiązującej od końca 2010 r. Rekomendacji T. Przypomnę pokrótce, że z Rekomendacji T wynika, iż bank nie powinien udzielić kredytu osobie, która już teraz przeznacza na spłatę zobowiązań ponad 50% swoich dochodów. Takiej osobie pozostanie tylko... zaciągnięcie kredytu bez formalności :-).

      Kredyt bez formalności

      A co zmieni dla naszych portfeli znowelizowana Rekomendacja S? Cóż, pewnie znów lekko przykręci kredytową śrubę. Ale - powiedzmy sobie szczerze - mogło być gorzej. Zapewne pamiętacie, że w pierwszych wersjach projektu rekomendacji Komisja Nadzoru Finansowego umieściła m.in. kontrowersyjny zapis, iż portfel udzielonych klientom kredytów w walutach obcych nie powinien przekraczać 50% wartości całego portfela kredytowego. Ostro krytykowałem ten zapis, bowiem jego wprowadzenie oznaczałoby de facto wyrugowanie z rynku jednych banków, a preferowanie innych. Te banki, które mają dziś ponad 50% kredytów w walutach obcych (są to m.in. Deutsche Bank i Nordea), musiałyby po prostu zamknąć swoje działy kredytów hipotecznych w walutach obcych. Na rynku szeptano nawet, że KNF chce dogodzić w ten sposób państwowemu PKO BP, który mógłby zająć niszę opuszczoną przez konkurentów.

      I w KNF chyba zrozumieli, że nadzór bankowy nie powinien zajmować się pomaganiem jednym bankom i szkodzeniem innym. Skoro banki udzielały kredytów w walutach obcych zgodnie z prawem, to jakiekolwiek nowe regulacje nie powinny ich z tego tytułu dyskryminować w stosunku do banków, które kredytów hipotecznych w obcych walutach nie udzielają. I dobrze, że w ostatecznej wersji rekomendacji zapis o 50%-owym limicie kredytów walutowych w portfelach nie został umieszczony. Być może ten blog dołożył drobną cegiełkę do przekonania decydentów z KNF, iż to zły pomysł?

      Czytaj też: KNF obala mity, ale obala również dialog

      A co w takim razie w nowej Rekomendacji S się znalazło? Otóż utrudnia ona życie tym z nas, którzy chcieliby wziąć kredyt hipoteczny na bardzo długo - np. na 30 albo 40 lat. Zdolność kredytowa takich klientów ma być liczona tak samo, jak tych, którzy zadłużają się na 25 lat. To oczywiście uderzy w osoby o najniższej zdolności kredytowej, bo - powiedzmy sobie szczerze - nikt nie przedłuża sobie kredytu na 40 lat tylko dlatego, że ma taki kaprys. Przecież im dłuższy kredyt, tym bardziej przeszkadza pętla na szyi, a poza tym więcej też trzeba oddać bankowi w formie odsetek. Bardzo długie kredyty brały do tej pory osoby, których nie było stać na krótszy kredyt.

      Co więcej, jeśli klient zaciągnie na tyle długoterminowy kredyt, że okres spłaty części rat może zahaczać o jego wiek emerytalny, bank powinien uwzględnić przy szacowaniu zdolności kredytowej spadek dochodów klienta po zakończeniu jego aktywności zawodowej. Generalnie więc - nie będzie łatwo wziąć kredyt na tak długo, by spłacały go jeszcze nasze dzieci. Co prawda banki rzadko udzielają kredytów np. na 40 lat, ale przecież Nordea miała w ofercie kredyt spłacany nawet przez lat 50.

      Druga istotna wytyczna, która wynika z rekomendacji, to konieczność jeszcze ostrożniejszego liczenia zdolności kredytowej dla kredytów we frankach i w euro (generalnie - wszystkich walutowych). O ile - co wynika z Rekomendacji T - kredytobiorca nie mógł przeznaczać na obsługę rat więcej, niż  50% dochodów (lub 65% dla osób zarabiających więcej, niż średnia krajowa). I był to limit taki sam dla kredytów złotowych i walutowych. Teraz nadzór chce jeszcze zaostrzyć warunki dla kredytów walutowych - na ich obsługę nie będzie mogło iść więcej, niż równowartość 42% dochodów kredytobiorców. „Komisji przyświecała zapewne myśl o wprowadzeniu dodatkowego bufora bezpieczeństwa w przypadku gospodarstw domowych zaciągających zobowiązania denominowane w walutach. Można także podejrzewać, że zapis ten wprowadzono niejako zamiast ograniczeń dotyczących całości portfela kredytowego banków” - pisze Michał Kisiel z Bankiera.pl. I zapewne ma rację. Cóż, jednak to nasza, rodzima waluta, ma wzbudzać - zdaniem nadzoru - najcieplejsze uczucia...

      Zieleń, kolor zaufania

      Czy powinniśmy się bać? Szczerze pisząc nie sądzę, by Rekomendacja S w swojej odnowionej postaci radykalnie zahamowała rozwój kredytów hipotecznych. Owszem, osoby o najniższej zdolności kredytowej mogą „zasłużyć” na niższy kredyt. No i pewnie banki nie zaproponują im kredytu w euro lub frankach. Ale i dziś przecież kredyty walutowe są domeną raczej bardziej zamożnych klientów. Niektóre banki oferują je wyłącznie rodzinom z dwucyfrowymi dochodami (licząc w tysiącach złotych). No i pewnie gdyby zrobić badania kredytobiorców walutowych, to by się okazało, że statystycznie są oni lepiej sytuowani, niż ci z kredytami w złotych.

      Rekomendacja raczej więc usankcjonuje stan już obowiązujący, niż zrewolucjonizuje rynek kredytów hipotecznych. A większe skutki dla naszych portfeli będzie miała zapewne Rekomendacja T, która w realny sposób ogranicza dostęp do kredytów osobom już przekredytowanym. Ale... pożyjemy, zobaczymy. Przepisy Rekomendacji S wchodzą w życie dopiero za pół roku. Do tego czasu banki muszą zobić przegląd procedur kredytowych i tam, gdzie zauważą luzy - dostosować warunki kredytowania do rekomendacji nadzoru.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      SPRAWDŹ, CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” w zeszłym roku udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny.

      PRAWIE 126.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. W grudniu 2010 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło 125.981 osób, zaś w listopadzie - 123.279 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS. To jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce!. Dołącz do jego czytelników i codziennie sprawdzaj nowe wiadomości ze świata finansów. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie co najmniej jeden nowy artykuł!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Weto dla kredytów do emerytury! A walutowe mają być tylko dla bogaczy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 stycznia 2011 00:25
  • środa, 26 stycznia 2011
    • Zagadka godna Sherlocka: czemu największe banki nie lubią antybelek?

      W zeszłym roku lokaty i konta oszczędnościowe z jednodniową kapitalizacją odsetek były istnym hitem. Kto chciał wyciągnąć jak najwięcej ze swoich oszczędności, nie mógł ich pominąć w swoim portfelu. Z danych porównywarki Comperia.pl wynika, że w dziesiątce najlepiej obecnie oprocentowanych lokat jest tylko jedna, która jest pozbawiona opcji codziennego dopisywania odsetek! Mniej zorientowanym przypominam: takie lokaty pozwalają ominąć podatek Belki. Pomysł polega na tym, że jeśli bank wypłaca odsetki codziennie, to są one bardzo małe. Jeżeli odsetki od kwoty odłożonej na lokacie nie przekroczą 2,49 zł, to bank nie musi odprowadzać podatku, bo kwotę podatku należy zaokrąglić do złotówki.

      Czytaj też: Lokaty antybelki ratują nam życie!

      Jest jeszcze tylko 10 dużych lub średnich banków, które nie mają takich depozytów. Ale np. w Allior Banku lokaty z kapitalizacją dzienną stanowią już dwie trzecie wszystkich depozytów klientów indywidualnych! Lokaty z codzienną kapitalizacją byłyby jeszcze bardziej popularne, gdyby nie jeden szkopuł - nie mają ich w ofercie dwa największe banki na rynku - PKO BP i Pekao. W obu bankach nie potrafią - lub nie chcą - nawet powiedzieć czy jest to kwestia zaniedbania, celowej strategii, czy niechęć do wprowadzania produktów, których jednym z zadań jest omijanie płacenia podatków.

      Moja redakcyjna koleżanka Ania Popiołek spytała o to rzeczników Pekao i PKO BP. Ich odpowiedzi zbiły mnie z nóg.Pracujemy nad zmianami oferty depozytowej banku. Toczą się u nas prace nad przeformułowaniem oferty. W pierwszej połowie 2011 r. będą już podjęte konkretne decyzje” - pisze Arkadiusz Mierzwa z Pekao. A PKO BP? „PKO Bank Polski, podobnie jak inne banki autonomicznie kształtuje swoją ofertę produktową, która jest adekwatna do sytuacji banku. Jeżeli chodzi o przyszłość to bank zwykle nie ujawnia zamierzeń dotyczących planowanych zmian oferty”. Czyli PR-owskie mambo-dżambo. A zagadka staje się jeszcze ciekawsza, godna samego Sherlocka Holmesa albo... agenta 007.

      W przypadku PKO BP rezerwę do tworzenia lokat antypodatkowych można jeszcze próbować zrozumieć - albo przynajmniej próbować tłumaczyć - strukturą akcjonariatu. Skoro bank należy w połowie do państwa, to nie powinien namawiać klientów do tego, by nie płacili podatków. Choć jest to cienkie wytłumaczenie, bo przecież PKO BP ma w swojej ofercie inne rozwiązania antypodatkowe, więc lokaty z jednodniową kapitalizacją nie byłyby żadnym precedensem.

      Czytaj też: Podatek dochodowy od lokat jednodniówek? Bez paniki!

      Wygląda na to, że w obu bankach zwyciężyło wygodnictwo i przekonanie, że klient i tak przyjdzie na kolanach i będzie błagał o lokatę nawet jeśli będzie oprocentowana na 0,00001%. No, chyba, że chodzi o książeczki SKO :-). Może i coś w tym jest, bo Polacy nie lubią głosować nogami, zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy bankowe. A jeśli tak... to po co się wysilać, przygotowywać nowe produkty, nadwerężać systemy informatyczne (bo przecież lokaty-jednodniówki powodują ich większe obciążenie z tytułu dzielenia większych kwot na takie, które pozwalają naliczac odpowiednio niskie odsetki dzienne). Efekt? Ponad jedna trzecia klientów dostaje mniejsze odsetki, niż by mogła dostawać. Bo klienci są wygodni, a bankowcy leniwi.

      PAMIETAJCIE, ŻE DZIŚ RAZEM Z „GAZETĄ WYBORCZĄ”...

      Przewodnik po domowych fnansach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zagadka godna Sherlocka: czemu największe banki nie lubią antybelek?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 stycznia 2011 12:54
    • Przewodnik po domowych finansach (8): Jak zacząć przygodę z akcjami?

      To już dziś! W kioskach jest książka „Przewodnik po domowych finansach”, która jest owocem cyklu 37 poradników mojego autorstwa, opublikowanych w zeszłym roku w „Gazecie Wyborczej”. Książkę będzie można kupić razem z codziennym wydaniem „Wyborczej”, w cenie 6,99 zł. Książka ta - mam nadzieję - będzie Waszym przyjacielem w rozwiązywaniu przeróżnych dylematów, dotyczących domowych finansów.  Publikuję w blogu fragmenty książki, by zachęcić Was do kupienia i przeczytania całości. Dziś ostatni fragment: Giełda nie tylko dla orłów, czyli wybierz sobie akcje.

      Przewodnik po domowych fnansach

      Na giełdzie inwestujemy, a nie spekulujemy. Oczywiście parkiet jest miejscem, gdzie w ciągu kilku dni lub tygodni można pomnożyć swój kapitał. Sęk w tym, że najczęściej taki zarobek staje się udziałem graczy najbardziej doświadczonych, najlepiej poinformowanych, żyjących w symbiozie z parkietem od bladego świtu aż do zamknięcia handlu. W dzisiejszych czasach amatorowi trudno jest wygrać ze spekulantami zawodowcami. Ale na pożarcie przez rekiny jesteśmy skazani tylko w krótkim terminie - na dłuższą metę wybór właściwej spółki i pozostanie jej wiernym przez lata może przynieść zyski porównywalne z tymi, które krótkoterminowi spekulanci osiągają dzięki skakaniu z kwiatka na kwiatek.

      Na parkiecie inwestujemy to, co możemy stracić. Na początek na inwestycje giełdowe przeznacz najwyżej co trzecią złotówkę ze swoich zaskórniaków. I to tylko tych, których nie potrzebujesz na bieżące wydatki i nie będziesz potrzebował w najbliższej przyszłości. Nie ma nic gorszego niż konieczność sprzedawania akcji po niekorzystnym kursie, bo pieniądze są potrzebne np. na zakup samochodu.

      Nie stawiamy na jednego konia. Tak samo jak przy innych inwestycjach, nie wkładaj wszystkich jajek do jednego koszyka. Choćbyś nie wiadomo jak był przekonany o świetlanych perspektywach jednej, konkretnej spółki, nie wkładaj w jej akcje wszystkich pieniędzy przeznaczonych na inwestycje na parkiecie. Pieniądze podziel choćby na dwie-trzy spółki. A najlepiej na pięć-sześć.

      Wiemy, w co gramy, bo mamy stop-loss. Na giełdzie najważniejsza jest konsekwencja. Kiedy pod wpływem emocji inwestor zaczyna zmieniać pierwotne plany, najczęściej przegrywa. Najczęściej spotykane błędy w inwestowaniu to niechęć do akceptowania straty (jeśli akcje spadną o 10 proc., to nie sprzedajemy ich, bo żal ściska serce, a kilka tygodni później musimy zaakceptować stratę znacznie większą) oraz nadmierna pazerność. Zarobiliśmy na danej spółce 30 proc., ale nie sprzedamy jej akcji, bo liczymy na jeszcze więcej. Ale żadna hossa nie trwa wiecznie. Jedną z moich pierwszych inwestycji giełdowych był zakup akcji prywatyzowanego Banku Śląskiego. Mogłem je sprzedać, inkasując kilkunastokrotną przebitkę, ale... uważałem, że to mało. I kilkanaście miesięcy później sprzedawałem te papiery z przebitką „tylko” trzykrotną. Aby się uchronić przed takim „frycowym”, które zwykle płacą początkujący inwestorzy, zastosuj prostą strategię: załóż sobie już na etapie kupowania akcji górny poziom akceptowalnych strat (tzw. stop-loss) i zysków. Po przekroczeniu przez kurs jednego z tych poziomów zamykaj oczy i po prostu pozbywaj się akcji spółki. Nawet jeśli serce i emocje podpowiadają inaczej.

      Wybieramy spółki, które dobrze rokują To oczywiście najtrudniejsza część całej zabawy w inwestowanie na giełdzie. Wymarzona spółka powinna kosztować niedużo w porównaniu z zyskami, które generuje, powinna wypłacać co roku sutą dywidendę, jej zyski powinny być z roku na rok coraz wyższe, powinna też wykazywać rentowność z prowadzonej działalności wyższą niż konkurenci działający na tym samym rynku i... powinno ją wyróżniać jeszcze kilka drobiazgów.

      Uruchamiamy intuicję. Nie trzeba być inwestycyjnym guru, by znaleźć nieodkrytą jeszcze przez nikogo kopalnię zysków. Kiedyś jeden z giełdowych analityków zdradził mi sposób, który stosuje, dobierając spółki do zarządzanego przez siebie portfela. Po prostu idzie do sklepu lub salonu, który oferuje produkty albo usługi danej firmy i... obserwuje. Usiłuje zrozumieć, o co w danym interesie chodzi oraz czy ludzie kupują. Podobno kiedyś zadecydował o sprzedaży akcji sieci odzieżowej głównie dlatego, że... zobaczył w jej salonie pustki w sezonie wyprzedażowym. Tak, w inwestowaniu na giełdzie ważna jest również intuicja. Wybierz akcje spółek, których wyroby cię interesują, jesteś ich fanem i uważasz, że mają wysoką jakość. To oczywiście nie jest jedyny wyznacznik. Kiedy już ustalisz krótką listę kilku spółek, które są w orbicie twoich zainteresowań, trzeba oddzielić ziarno od plew.

      Przewodnik po domowych fnansach

      W ostatnim rozdziale książki, pt. „Giełda nie tylko dla orłów”, piszę również o analizie technicznej i fundamentalnej, czyli o tym ile na giełdzie warta jest złotówka. Wspominam też o inwestowaniu na rynku pierwotnym, piszę też o giełdowych mądrościach ludowych.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 stycznia 2011 09:14
  • wtorek, 25 stycznia 2011
    • Minister Boni i emerytalna schizofrenia Polaków. Tylko krowa nie zmienia...?

      W poniedziałek rząd objawił na konferencji prasowej to, co już wszyscy wiemy - obnizenie poziomu naszych składek płynących do OFE. Zamiast 7,3% płacy w funduszach będzie tylko 2,3%, a reszta trafi do ZUS. Minister Michał Boni z tuskowego rządu zapewnia, że to, czego OFE nie zainwestują, będzie godziwie zwaloryzowane. Składki znajdujące się na subkontach w ZUS będą waloryzowanego o poziom nominalnego wzrostu PKB (realny PKB plus poziom inflacji). Zapewni to zwrot na poziomie identycznym lub nawet wyższym od dzisiejszej obligacyjnej części OFE” - powiedział minister. Genialnie: były obligacje, emitowane przez rząd i oprocentowane, a teraz będą obiecanki-cacanki, zapisy księgowe na ZUS-owskim koncie, waloryzowane, a jakże! Oj, jak pięknie waloryzowane! Przynajmniej dopóki nie przyjdzie jakiś inny rząd i nie naciśnie „delete”.

      Boni zapowiedział też - jak pisze Wyborcza.biz - wprowadzenie ulg podatkowych dla osób, które same zaczną dodatkowo oszczędzać na emeryturę. „Ulga ma zacząć obowiązywać już od tego roku i na początek będzie wynosiła 2%, a do 2017 r. ma wzrosnąć do 4% podstawy wynagrodzenia. Oznacza to, że osoba z pensją 3.500 zł brutto będzie mogła na początek odkładać 60 zł miesięcznie. Potem, rozliczając PIT, odliczy te dodatkowe składki - w sumie 720 zł - od podstawy opodatkowania. Dzięki temu zapłaci podatek niższy o blisko 130 zł”. Już niedawno pisałem co myślę o tym ochłapie.

      A co myślą Polacy? Odnoszę wrażenie, że - z całym szacunkiem do Mądrości Narodu - w ogóle mało myślą. W „Rzeczpospolitej” był w piątek sondaż dotyczący OFE. Pokazał on niestety, że Polacy w sprawie emerytur są lekko schizofreniczni. Mam nadzieję, że nie dotyczy to elitarnej grupy czytelników tego blogu. Ba, mam nawet pewność, że nie dotyczy! :-). Ale reszta narodu lub przynajmniej większość z tej reszty? Cóż, nie będę owijał w bawełnę. Powinna wyjechać na wakacje i zażyć słońca, bo będąc w depresji i myśląc, że „wszystko jest do chrzanu”, żyje się trudno.

      Do rzeczy. Otóż nasi niezwykle ogarniający wszystko rodacy twierdzą, że: rządowe propozycje zmian w systemie emerytalnym (przypomnę: chodzi o zabranie z OFE części składek i przekazanie do ZUS) nie spowodują, że ich emerytura będzie wyższa (tak sądzi 70% pytanych w sondażu „Rzepy”). A jednocześnie uważają, że OFE źle gospodarują powierzonymi im pieniędzmi (54% odpowiedzi). Ale choć naród uważa, że rząd wcale nie robi przyszłym emerytom dobrze, zabierając część pieniędzy z OFE do ZUS, a jednocześnie ów naród uważa, że same OFE też nie robią przyszłym emerytom dobrze, bo nie umieją zarządzać pieniędzmi, to tenże naród... sam sobie dobrze również nie zamierza zrobić. Bo 53% z nich deklaruje nie skorzysta z możliwości samodzielnego odkładania kasy na emeryturę.

      Rzepa o OFE

      Czyli: rząd jest do niczego, OFE jest do niczego, ale mamy to w nosie i nic nie zamierzamy z tym zrobić. Wiem, że trochę generalizuję i opieram swą krytykę narodu na części wspólnej (niestety dość pokaźnej) kilku poglądów, wyrażonych w powyższych torcikach. Poglądów, które można interpretować - choć nie trzeba, bo krytykę rządu i jednoczesny sceptycyzm wobec OFE można jakoś-tam uzasadniać - jako wzajemnie sprzeczne. Ale, mimo wszystko, uważam, że my, jako społeczeństwo, jesteśmy malkontentami, którzy nie wiedzą czego chcą. Oczywiście z chlubnym wyjątkiem czytelników tego blogu :-).

      Czytaj też blog Piotrka Miączyńskiego: Likwidacja OFE to kwestia czasu

      Ale czemuż mieć pretensję do schizofrenii większości rodaków, skoro przecież uległ jej jeden z najbardziej łebskich ludzi w rządzie, minister Michał Boni. Choć nie uchodzi on za najgorętszego zwolennika tego skoku na emerytalną kasę w OFE, który zrobił rząd (ba, większość komentatorów uważa wręcz, że został po prostu ograny przez konkurencyjny klan ministra Jacka Vincenta Rostowskiego), to jednak lojalnie broni rządowych decyzji. A jeszcze rok temu - o czym doniosła mi czytelniczka blogu, pani Joanna, doktor ekonomii z jednej z warszawskich uczelni - Michał Boni opowiadał o systemie emerytalnym i OFE zupełnie coś innego, niż mówi dziś. Oj, zupełnie coś innego...

      W planie rozwoju i konsolidacji mamy przegląd funkcjonowania OFE i zastanowienie się, jak spowodować, aby przyszłe emerytury były wyższe. Lepszy benchmark, lepsza konkurencyjność w porównaniu z podmiotami innymi niż OFE, mniejsze opłaty, większa otwartość portfela inwestycyjnego. Wszystko to pozwoliłoby ten system poprawić i uczynić bardziej efektywnym. Jestem przeciwny jego rozmontowaniu, to byłoby naruszenie umowy społecznej i zaufania” - powiedział Boni 10 lutego 2010 r. w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”.

      A na pytanie dziennikarza: „Co pan sądzi o propozycji kierowania więcej pieniędzy do ZUS, a mniej do OFE?” odpowiedział: „Uważam, że to jest nieprzemyślany pomysł. Jeśli chcemy, aby przyszła emerytura była wyższa, to pula pieniędzy, którą zarządzają OFE, też powinna być większa, a nie mniejsza. W latach 2000 – 2007 stopa zwrotu środków lokowanych w OFE była znacznie większa niż uzyskiwanych z mechanizmów rewaloryzacyjnych ZUS. Owszem – w 2008 roku zdarzył się kryzys finansowy i do połowy 2009 roku wyniki były gorsze. Ale OFE już odrabiają straty. Moim zdaniem w ujęciu 40-letnim – i przy zabezpieczeniu środków osób będących bliżej emerytury – obecny model jest dobry. Cel musi być taki: wyższe emerytury, a nie pochopne decyzje, które mogą spowodować, że emerytury będą niższe lub zagrożone”. No i co powiecie? Tylko krowa nie zmienia poglądów? A może minister Boni zaśpiewa Jackowi Rostowskiemu tak?

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      SPRAWDŹ, CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” w zeszłym roku udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny.

      JUŻ W ŚRODĘ RAZEM Z „GAZETĄ WYBORCZĄ”...

      Przewodnik po domowych fnansach

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Minister Boni i emerytalna schizofrenia Polaków. Tylko krowa nie zmienia...?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 stycznia 2011 08:54

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line