Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 stycznia 2013
    • Pośrednik finansowy kusi: tysiące złotych premii do zgarnięcia, trzeba tylko...

      Dowiedziałem się niedawno, że firma pośrednictwa finansowego Gold Finance (jedna z większych na rynku, choć ustępująca potencjałem Open Finance, czy Expanderowi), wpadła na ten sam pomysł przyciągania klientów, który od dawna testują już banki. Chodzi o płacenie tym klientom, którzy polecą tę firmę swoim znajomym lub rodzinie. Pokusa może być duża, bo do ugrania jest 500 zł za każde polecenie plus jeszcze 1000 zł premii specjalnej. Oczywiście aby zarobić te pieniądze trzeba trochę zaryzykować - może się zdarzyć, że potem trzeba będzie ukrywać się przed znajomym, zmienić miejsce zamieszkania, wyjechać z kraju, zejść do podziemia.... No dobrze, ale do rzeczy. W każdym miesiącu Gold Finance zamierza nagrodzić 100 pierwszych uczestników programu, którzy polecą komuś innemu ofertę firmy. Oczywiście nie chodzi wyłącznie o zarekomendowanie produktu - ta osoba musi wziąć za pośrednictwem Gold Finance kredyt hipoteczny, gotówkowy, albo np. wykupić produkt oszczędnościowy.

      Maksymalna premia to właśnie wspomniane 500 zł za jedno polecenie. Ale jeśli znajdę przynajmniej trzech jeleni... ups, przepraszam, chciałem napisać "trzech chętnych", którzy dadzą się namówić na jakiś kredycik albo program oszczędnościowy, to mam już w kieszeni 1500 zł. I szansę na więcej, bo dodatkowy tysiak wpadnie do kieszeni tego, kto ma dużo znajomych i do końca grudnia 2013 r. zgromadzi na swoim koncie najwięcej poleceń. Kasa będzie wpadać na specjalną kartę przedpłaconą, którą można robić zakupy w sklepach bądź wypłacać nią pachnące banknoty w bankomatach. Zerkając na regulamin promocji można zauważyć, że wysoka premia wymaga, by polecający namówił kogoś z rodziny albo znajomych na poważne zobowiązanie finansowe: na kredyt hipoteczny w kwocie 100.000 zł  i więcej, na program ubezpieczeniowo-inwestycyjny, na który trzeba wkładać pieniądze przez co najmniej 10 lat, zaś składkę za pierwszy rok wpłacić z góry, albo w ostateczności na kredyt gotówkowy w kwocie 50.000 zł i więcej.  Jeśli ktoś poleci znajomemu mały kredycik gotówkowy, wart 10.000 zł lub więcej, dostanie już tylko 100 zł premii.

      Przy dużej determinacji na programie Gold Finance można sporo zarobić, choć w zamian trzeba odwiedzić całą rodzinę, zajść do znajomych, których nie odwiedzaliśmy przez lata oraz wpaść na niezobowiązującą kawę do wszystkich przyjaciół z lat szkolnych. I to zaraz po pierwszym w kalendarzu. Bo premii jest tylko 100 w każdym miesiącu. Jeśli jesteście po drugiej strony tego interesu, to znaczy macie znajomego, który biega po mieście i nagania, to powinniście przyjąć jego zaproszenie na herbatkę dopiero w ostatnim tygodniu miesiąca, bo tylko wtedy jest szansa, że owo zaproszenie jest naprawdę bezinteresowne :-). Dworuję sobie trochę z pomysłu Gold Finance, bo choć trafnie wykorzystuje przekonanie, że w kwestii finansów Polacy najbardziej ufają rekomendacji rodziny i znajomych, to jednak coś mi w nim zgrzyta. Jeśli polecenie komuś z rodziny firmy, która fajnie rozwiązała mój problem finansowy, zostaje zastąpione stymulacją w postaci premii pieniężnej przyznanej przez tę firmę, to intencja może przestać być szczera. Istnieje ryzyko, że duża część poleceń będzie wynikała z parcia polecających na kasę, a nie z rzeczywistego uznania dla jakości pracy doradców Gold Finance. To, że firma zdecydowała się płacić za polecenia, może świadczyć o tym, że po prostu chce się dzielić zyskami osiągniętymi dzięki poleceniom zadowolonych klientów. Ale może też sugerować przekonanie jej szefów do tego, że "po dobroci" i "za darmo" nikt usług doradców Gold Finance by nie polecił...

      Gold CLub

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Pośrednik finansowy kusi: tysiące złotych premii do zgarnięcia, trzeba tylko...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 stycznia 2013 12:07
  • środa, 30 stycznia 2013
    • Promocje kont oszczędnościowych: płacą nawet 5%, a... ile zarobisz naprawdę?

      Szybko spadające stawki oprocentowania depozytów sprawiają, że banki - zwłaszcza te najpilniej szukające naszych pieniędzy - są zmuszone do przeróżnych chwytów marketingowych. Skoro nie da się płacić 6% w ramach "czystego" interesu, to nie ma innego wyjścia, jak troszkę zachachmęcić. Ostatnio aż trzy banki zastosowały bardzo podobny manewr. Obiecały dość wysokie oprocentowanie na koncie oszczędnościowym, ale... No właśnie, jest małe "ale". Mam wrażenie, że duża część z posiadaczy wolnej gotówki może żadnego haczyka nie dostrzec, więc rozłóżmy owo "ale" na czynniki pierwsze. Taki np. Bank Millennium ostatnio ruszył z promocją "Piątka na powitanie". Oferta dotyczy konta oszczędnościowego i wynika z niej, że klient, który włoży co najmniej 1000 zł, dostanie oprocentowanie w wysokości 5% w skali roku. A gdzie jest pies pogrzebany? To promocyjne oprocentowanie ma obowiązywać tylko przez trzy miesiące. A potem odsetki spadną do standardowego oprocentowania, oferowanego przez Millennium, które dziś wynosi 3,8%.

      Czytaj też: Bank daje tablet za założenie małej lokaty! Okazja czy kant?

      Bardzo podobny manewr zastosował w nowej kampanii - „Tyle mamy oszczędności, ile mamy na koncie” - ING Bank Śląski. W ramach oferty „Bonus na start” bank oferuje na koncie OKO oprocentowanie 4,5%, ale tylko przez... cztery miesiące. Oferta obowiązuje tylko nowych klientów, a po czterech miesiącach rentowność konta spadnie do standardowej, które obecnie nie przekracza 3,15%. Więcej - w promocji 4,75%, a potem 3,4% - można dostać za zdeponowanie na OKO wysokich kwot, ponad 100.000 zł.  Przy okazji muszę pochwalić ING za to, że - jako jeden z nielicznych banków - pomyślał też o dotychczasowych klientach. W ich przypadku pod promocję "podpadać" będą nowe pieniądze wpłacone na OKO, a oprocentowanie promocyjne - 4,5% w skali roku - będzie obowiązywało do końca maja. Wpłacając pieniądze już teraz, będzie więc można sobie zagwarantować owe 4,5% na cztery miesiące.

      I jeszcze trzy słowa o podobnym patencie Meritum Banku, który ostatnio wysłał do klientów informację o nowym oprocentowaniu swoich kont oszczędnościowych. Z komunikatu wynika, że MeritumKonto Oszczędnościowe będzie teraz oprocentowane na co najmniej 5% w skali roku. Co najmniej, bo jego rentowność ma być uzależniona od oprocentowania lokaty internetowej, oferowanej przez bank. Jeśli ona będzie dawała więcej, to i oprocentowanie MeritumKonta Oszczędnościowego może wynieść więcej, niż 5%. Jest tylko jeden drobiazg, promocyjne oprocentowanie będzie naliczane tylko przez nieco ponad dwa miesiące, do końca marca. Potem pieniądze na koncie oszczędnościowym w Meritum Banku będą zarabiały w tempie jedynie zgodnym ze wskaźnikiem inflacji. Podobne promocje Meritum Bank ogłosił też dla innych odmian swoich kont osobistych i oszczędnościowych. Np. MeritumKonto Celowe będzie do końca marca dawało 4,75%, ale potem już tylko tyle, ile wynosi inflacja.

      Czytaj też: Obiecują, że przebiją każdą lokatę konkurencji o 10%. Żart?

      Zarówno Bank Millennium, jak i ING oraz Meritum Bank stosują niemal identyczny manewr - dobre oprocentowanie gwarantowane na krótko: od dwóch do czterech miesięcy. Czy warto się dać złapać na ten haczyk? Policzmy: jeśli mamy 10.000 zł i deponujemy je w Banku Millennium na 3,8%, to  po roku z odsetek dostaniemy 310 zł (już po odessaniu podatku Belki). Korzystając z promocji na 5% bank naliczy nam ekstra raptem... 25 zł więcej. A jak by to wyglądało w ING Śląskim? Standardowe oprocentowanie to 3,15%, odsetki po opodatkowaniu wyniosą 255 zł (za cały rok). Ale jeśli przez jedną trzecią roku oprocentowanie będzie wynosiło 4,5%, to za cały roczny okres trwania depozytu otrzymamy oprocentowanie średnie 3,6%, zaś odsetki wyniosą 290 zł. Dochód ekstra: 35 zł. O dyszkę więcej, niż w Banku Millennium, ale wciąż nie ma mowy o żadnej rewolwolucji. Po odarciu promocyjnych procentów ze złudzeń dowiemy się więc, że z przykładowych 10.000 zł na koncie oszczędnościowym przez rok zarobimy poza promocją średnio 300 zł, zaś korzystając z promocji - o 25-35 zł więcej. A w reklamie te 5% wygląda tak apetycznie, prawda?

      Skoro już jesteśmy przy dziwnych przyruchach bankowców, którzy chcieliby mieć nasze pieniądze, ale zapłacić za nie możliwie jak najmniej: napisał do mnie pan Jacek, który usiłował założyć dobrą lokatę w BOŚ Banku. Najwyraźniej w banku doszli do wniosku, że lokaty są u nich zbyt dobre i... zresztą posłuchajcie. Ku przestrodze. "Parę dni temu skończyła mi się lokata  na 50 000 zł, suma pokaźna więc uruchomiłem porównywarkę w poszukiwaniu dobrej lokaty -  i znalazłem BOŚ Bank. Brak wymogu zakładania konta, szybkie założenie lokaty przez internet i 5,7% na cztery miesiące. Bez haczyków!  W niedzielę 13 stycznia szybciutko założyliśmy lokatę (otrzymując potwierdzenie  z BOŚ o poprawnym wypełnieniu wniosku) oraz natychmiast przelałem z mBanku gotówkę. Otrzymałem potwierdzenie z mojego banku, że w poniedziałek 14 stycznia o godz. 8:00 pieniążki wyszły.

      Oczekiwałem więc potwierdzenia założenia lokaty. Oczekiwałem cały poniedziałek. Oczekiwałem cały wtorek. Zadzwoniliśmy na infolinię. Po trzech telefonach okazało się, że nie założę lokaty na  5,7%, bo w tzw. międzyczasie, czyli we wtorek, lokatę skasowano. I chętnie założą mi lokatę na... 5,0%. Przelew był w poniedziałek w BOŚ (wejście do systemu BOŚ nastąpiło o godz. 11:00, sprawdziłem u zaprzyjaźnionego pracownika!). Czyżby pracownicy woleli odwlec moment założenia lokaty, by zbić oprocentowanie?" Hmmm... czasy są takie, że dobra lokata może się znienacka skończyć, jak mięso w spożywczym za komuny. A na koniec, dla wesołości, jeszcze pani Ania: "Właśnie dzwonił do mnie uprzejmy pan z Getin Banku i przedstawiał mi rewelacyjne warunki Konta Rodzinnego (8%, zero opłat, gwarancja stałego oprocentowania przez pięć lat). Tyle, że nie może niestety udostępnić mi wzoru umowy i regulaminu "bo to jest świeża - dzisiejsza oferta". Mogę się umówić na spotkanie w Open Finance i tam mi wszystko pokażą".  Ha, ha, genialne. Nie mogą pokazać regulaminu sprzedawanej oferty, bo jest... "zbyt świeża". Śmierć frajerom!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Promocje kont oszczędnościowych: płacą nawet 5%, a... ile zarobisz naprawdę?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 stycznia 2013 15:11
  • wtorek, 29 stycznia 2013
    • SKOK-i już po rentgenie. Czy lekarz zaleci dietę, czy serię bolesnych zastrzyków?

      W sobotę 27 stycznia upłynął ostateczny termin, w którym SKOK-i miały przedstawić raporty audytorów dotyczące ich majątku, wyników finansowych i wypłacalności. Czyli poddać się swoistym prześwietleniom - jak pacjenci na rentgenie. Raporty miały trafić do Komisji Nadzoru Finansowego, Komitetu Stabilności Finansowej, centrali SKOK-ów, czyli Kasy Krajowej oraz do Krajowej Rady Spółdzielczej. Wiadomo już, że ustalenia raportu, który powstanie na podstawie audytów SKOK-ów, nie będą upublicznione, posłużą jedynie Komisji Nadzoru Finansowego do podjęcia ewentualnych działań nadzorczych. Po raz pierwszy od 20 lat swojej działalności SKOK-i zostaną faktycznie włączone do systemu państwowego nadzoru nad instytucjami finansowymi. Po raz pierwszy będziemy mieli też obiektywną ocenę działań ekipy prezesa Grzegorza Biereckiego. Przez długie lata żelazną ręką kontrolowała ona przepływ finansów w grupie SKOK-ów, decydując o losach poszczególnych kas. Bierecki i jego ludzie zawsze byli pupilkami PiS, uzyskiwali wsparcie prezesa największej partii opozycyjnej, Jarosława Kaczyńskiego. Nie będę teraz wnikał w istotę tych wynaturzeń w zarządzaniu systemem kas. Opisywałem je od 2005 r. wspólnie z Bianką Mikołajewską z "Polityki".

      Jaka sytuacja finansowa systemu SKOK wyłoni się z tego rentgena? Do tej pory byliśmy karmieni zapewnieniami centrali SKOK-ów, iż jest ona kwitnąca. To, że liczba kas przez długie lata malała, miało być wyłącznie efektem "konsolidacji". To, że urząd skarbowy i audytorzy podejrzewali zaniżanie przez SKOK-i rezerw na złe kredyty i opóźnienia we wpłatach pieniędzy na fundusze zapewniające stabilność finansową - to wynik błędnej interpretacji danych przez komentatorów. To, że SKOK-i sprzedają portfele złych kredytów do spółki z systemu SKOK w Luksemburgu nie zostało w ogóle przez szefów SKOK-ów skomentowane. Tak samo jak to, że Grzegorz Bierecki uciekł przed weryfikacją swoich kompetencji przez Komisję Nadzoru Finansowego i zrzekł się funkcji w zarządzie Krajowej SKOK, przechodząc do rady nadzorczej. Nic dziwnego, wiadomo przecież, że...

      Niebezpieczeństwo

      Niezależnie od tego jaką wiedzę nadzór posiadł na temat kondycji SKOK-ów, my możemy co najwyżej dywagować, na podstawie publicznie dostępnych danych, czy po obejrzeniu rentgena lekarz wypisze SKOK-om receptę. I czy będzie na niej tylko dieta, czy też... seria bolesnych zastrzyków? Mam na stole sprawozdanie z działalności SKOK-ów za 2011 r., opublikowane niedawno przez GUS. Wynika z niego, że spośród 59 działających kas 13 kas poniosło straty. Nie wiemy które to kasy (czy są wśród nich te, które mają stosunkowo dużo depozytów). W tabelkach GUS podano też, że kapitał własny wszystkich SKOK-ów wynosi 535 mln zł. To niemało, ale jeśli porównamy tę kwotę z wartością zgromadzonych w systemie depozytów i udzielonych pożyczek, można się obawiać, że wypłacalność SKOK-ów jest na niższym poziomie, niż banków, choć przecież prowadzą bardziej ryzykowną działalność (przynajmniej na niwie kredytowej - zajmują się głównie udzielaniem niezabezpieczonych pożyczek gotówkowych).

      Jak to wygląda w konkretnych cyferkach? Depozyty na koniec 2011 r. wyniosły w systemie SKOK jakieś 14,7 mld zł (depozyty z umów zawartych w trakcie 2011 r. - 18,4 mld zł). Udzielonych pożyczek w SKOK-ach było jakieś 10,2 mld zł. Porównując te liczby z kapitałem własnym SKOK-ów dowiemy się, że stanowi on 3,6% wartości zebranych depozytów oraz 5,2% wartości udzielonych pożyczek. Dla porównania wziąłem na warsztat dane z BZ WBK, który przy kapitale własnym 8,3 mld zł ma depozytów 46,4 mld zł (a więc - 17,8% wartości kapitałów) oraz kredytów 39,9 mld zł (a więc - 20,5% wartości kapitałów). A np. Bank Millennium przy kapitałach własnych 4,7 mld zł ma depozytów 46,2 mld zł oraz 40,5 mld zł kredytów. Oczywiście mam świadomość, że klasyczna definicja współczynnika wypłacalności jest bardziej złożona - to stosunek kapitałów własnych do aktywów ważonych ryzykiem. Ale dane GUS-owskie mimo wszystko potwierdzają, że SKOK-i są skapitalizowane słabiej, niż banki. Ale czy to oznacza, że mogą potrzebować dodatkowego kapitału, by właściwie zabezpieczyć pieniądze swoich członków? Czy może się okazać, że w niektórych SKOK-ach kapitał jest zbyt mały w stosunku do liczby udzielonych pożyczek i przyjętych depozytów?

      Niezależnie od tego jak nadzór bankowy (mający już wiedzę wynikającą z audytów przeprowadzonych w SKOK-ach) odpowie na to pytanie i co wypisze na recepcie, na najważniejszą - z punktu widzenia bezpieczeństwa pieniędzy członków SKOK-ów - zmianę prawa jeszcze musimy poczekać. Będzie nią włączenie SKOK-ów do bankowego systemu ochrony depozytów. To będzie oznaczało, że SKOK-i zaczną zrzucać się na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który w razie jakichś zawirowań zapewnia awaryjne wypłaty depozytów klientów banków do równowartości 100.000 euro. Dziś gwarancje ochrony depozytów członków SKOK - 100.000 euro, tak samo jak w bankach - mają charakter prywatny. Opierają się na składkach wpłacanych przez SKOK-i do kasy firmy ubezpieczeniowej, będącej częścią systemu SKOK. Nie wiadomo jednak czy to ubezpieczenie ma limity odpowiedzialności ubezpieczyciela i ewentualnie jakie. Wielomiliardowe oszczędności członków SKOK-ów winny być chronione przez zewnętrzną instytucję, wmontowaną w system państwowego nadzoru finansowego. Niestety, na włączenie SKOK-ów do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego jeszcze poczekamy - stosowna nowelizacja prawa nie wyszła dopiero niedawno z Sejmu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „SKOK-i już po rentgenie. Czy lekarz zaleci dietę, czy serię bolesnych zastrzyków?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2013 23:03
    • Nareszcie! Duży sprzedawca polis inwestycyjnych tnie opłaty likwidacyjne!

      Kilkakrotnie apelowałem na stronach tego blogu o to, żeby "producenci" polis inwestycyjnych - głównie firmy ubezpieczeniowe i współpracujące z nimi banki - stworzyli wreszcie wspólny front w obronie swojego biznesu. Nieetyczny sposób, w jaki ich produkty są oferowane przez niektórych sprzedawców, uderza w firmy ubezpieczeniowe, uderza w wizerunek samych polis inwestycyjnych i wreszcie uderza w interesy klientów, którzy te polisy kupują. Sprzedawcy często, by skłonić klienta do podpisania umowy, zatajają przed nim ważne informacje. Np. taką, że umowa jest zawarta na 15 lat, a wycofanie się z niej przed terminem, oznacza wysokie koszty. Polisy inwestycyjne są czasem sprzedawane jako odpowiednik bezpiecznej lokaty, albo jako sposób na gwarantowane zyski bez ryzyka. Bywają sprzedawane klientom w podeszłym wieku i tym, którzy nie zdają sobie sprawę, że inwestycja jest obłożona wysokimi prowizjami za zarządzanie. Niektórzy sprzedawcy robią te wszystkie świństwa tylko dlatego, że kupujący nie czytają co podpisują, wierzą agentom na słowo, a "producenci" polis płacą pośrednikom gigantyczne prowizje, sięgające całej wpłaconej przez klienta składki za pierwszy rok.

      Rozmawiałem kilkakrotnie z przedstawicielami firm ubezpieczeniowych, którzy powtarzali mi do znudzenia, że "się nie da". Bo jeśli jeden "producent" polis obniży prowizję, to sprzedawcy się obrażą i nie będą w ogóle sprzedawać jego produktów. Z tego samego powodu firmy ubezpieczeniowe, które tworzą i zarządzają polisami inwestycyjnymi, nie chcą omijać sieci sprzedawców, oferując np. polisy inwestycyjne bezpośrednio w internecie, bez wysokich prowizji dla dealerów. To - jak przekonywali mnie wielokrotnie prezesi firm ubezpieczeniowych - też rozjuszyłoby pośredników. Sytuacja wydawała się więc bez wyjścia. Niewinni jak lelije szefowie firm ubezpieczeniowych przekonywali, że starają się dyscyplinować sprzedawców, by ci nie odstawiali chały. Ale mniej płacić im nie chcieli. Sprzedawcy z kolei zarzekali się, że gigantyczne zarobki na polisach inwestycyjnych nic a nic ich nie zepsuły i nadal są rzecznikami klienta - nie zaoferują nic, z czego klient nie byłby zadowolony. Wśród tych chodzących niewiniątek trafiło się co i rusz na klienta, który po spotkaniu z dobrocią "producentów" i sprzedawców polis, pozbawiony został oszczędności całego życia.

      Myślę w tym momencie o horrendalnie wysokich odszkodowaniach, które muszą płacić klienci, chcący wycofać się z polisy w pierwszych latach trwania umowy. Opłaty te sięgają 99% wpłaconych kwot, co oznacza, że klient traci nie tylko wszystkie wypracowane przez polisę zyski, ale w ogóle wszystko co wpłacił. Nie ma znaczenia, że właśnie stracił pracę, ciężko zachorował albo przydarzyło się inne nieszczęście. Nie ma znaczenia, że firma beznadziejnie zarządza jego pieniędzmi. Skoro podpisał umowę na 15 lat, to pozostaje mu się modlić, żeby jakość zarządzania kiedyś się poprawiła. Zagłosować nogami nie wolno, bo - opłata likwidacyjna. Jedyne co pozostaje, to iść do dziennikarza i mu się poskarżyć. Czasem zdarza się, że to pomaga. Przecież niedawno pisałem, że Getin Bank wycofał ze sprzedaży najbardziej kontrowersyjne polisy inwestycyjne. Wycofał właśnie dlatego, że miał już dość słuchania i czytania na swój temat złych rzeczy w mediach.

      Pisałem w blogu, że to może być początek drogi do zmian na rynku polis inwestycyjnych. Że będzie więcej polis krótszych, za które sprzedawcy będą opłacani niżej, a więc i opłaty likwidacyjne spadną. Wszyscy zarobią mniej, ale klient zyska, bo nie będzie skazany na blokowanie pieniędzy na 15 lat. I wygląda na to, że to się właśnie zaczyna dziać. Wspomniany wyżej Getin Bank, wspólnie z towarzystwem ubezpieczeniowym Open Life, zdecydowały, że... obniżą o połowę opłaty za wcześniejsze odstąpienie od umowy w  produktach inwestycyjnych regularnego oszczędzania. "Od 1 lutego 2013 r. Open Life istotnie obniży opłaty likwidacyjne w nowo zawieranych produktach inwestycyjnych regularnego oszczędzania  dostępnych w ofercie Getin Noble Banku. Opłaty w pierwszych latach trwania produktu zostaną zmniejszone o blisko połowę. Celem zmian jest dostosowane ich poziomu do oczekiwań Klientów. (...) Porozumienie jest elementem zainicjowanego jesienią 2012 r. dużego projektu, którego celem jest uproszczenie produktów inwestycyjnych oraz zwiększenie świadomości klientów w zakresie ryzyk związanych z inwestowaniem i oszczędzaniem" - czytam w komunikacie.

      Open Life występuje w tym momencie w roli "producenta" polis, zaś Getin Bank - głównie w roli dystrybutora (choć być może współpraca biznesowa obu firm zakłada jakiś bardziej skomplikowany model). Obniżenie opłat za wycofanie się przez klienta oczywiście można interpretować jako gest dobrej woli: że jednak można obniżyć prowizje, trzeba tylko chcieć. Można ów gest interpretować też jako posunięcie czysto PR-owskie, bo skoro Getin ma teraz w ofercie i tak głównie krótkie polisy inwestycyjne, to przecież naturalnym jest, że sprzedawca dostaje mniejsze prowizje, zaś klient nie musi być aż tak ściśnięty opłatą likwidacyjną. Bez względu jednak na interpretację gestu Getinu i Open Life, trzeba go docenić, bo obie firmy wywierają w ten sposób presję na konkurentów. Skoro Open Life może brać od klientów np. tylko 50% opłaty likwidacyjnej w pierwszym roku, to dlaczego nie mógłby tego oferować Aegon, czy Axa? Potencjalni klienci wszystkich firm ubezpieczeniowych, sprzedających polisy inwestycyjne, mają teraz w ręku mocną kartę przetargową: "nie opowiadajcie tu głupot, że wszędzie są wysokie opłaty likwidacyjne. Skoro oni mogli obniżyć, to wy też możecie" - taki tekst powinien usłyszeć każdy sprzedawca polisy inwestycyjnej, który chce wpuścić klienta w długoterminową polisę. Nie wiem, czy ta presja zadziała, ale jeśli tak, to Getin swoim ciekawym posunięciem może odkupi choć część starych win.

      SUBIEKTYWNIE O... POLISACH INWESTYCYJNYCH. Temat polis inwestycyjnych, ich kontrowersyjnie wysokie koszty, ograniczenia w dostępności pieniędzy, chory system wynagradzania sprzedawców tych produktów, niemożność "ukarania" zarządzających jeśli źle wykonują swoją robotę, misseling. Te wady wytykam dostawcom i "producentom" unit-linków od dawna na stronach tego blogu. W sierpniu 2009 r. naigrywałem się z naganiacza firmy Aegon, który uczył mnie inwestowania w fundusze tak, żeby zawsze wygrywać. W czerwcu 2010 r. sprawdzałem kto z oferujących polisy inwestycyjne ukrywa przed nami najwięcej. W listopadzie 2010 r. analizowałem strrrrasznie zaniedbaną polisę firmy Allianz. W grudniu tego roku opisywałem polisę Axy pod tytułem "Złoty środek", do której nie był przekonany nawet sprzedawca tej firmy (w sumie to dobrze: nie wciska klientowi kitu). Nieco lepsze zdanie miałem o polisie ING zatytułowanej "Sposób na przyszłość". W lutym 2012 porównywałem los posiadaczy polis inwestycyjnych do chłopów pańszczyźnianych. W marcu 2012 r. pytałem kto się wyłamie z chorobliwej zmowy i zaoferuje uczciwą polisę inwestycyjną. Listopad 2012 r. to był prawdziwy przełom - ujawniłem, że są pierwsze wyroki orzekające, że tzw. opłaty likwidacyjne, które wiążą posiadaczom polis inwestycyjnych ręce, są po prostu nielegalne. Reakcja firm ubezpieczeniowych była błyskawiczna: zaczęły oferować klientom aneksy zmieniające zasady zakończenia inwestycji przed terminem. Apelowałem też do producentów polis, żeby przestali płacić z góry swoim agentom. Ostrzegałem też tych, którzy mają do zainwestowaniu większą kwotę. Jest wysoce prawdopodobne, że doradcy finansowi takiej okazji nie przepuszczą. Ostatnio w blogu pojawiła się historia choroby polis inwestycyjnych, pisana Waszymi rękami. Jest jeszcze smutne memento: bank najpierw zatrudnił nieetycznego sprzedawcę, potem go zwolnił, ale klientom ulżyć nie zamierza... 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Nareszcie! Duży sprzedawca polis inwestycyjnych tnie opłaty likwidacyjne!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 stycznia 2013 00:49
  • poniedziałek, 28 stycznia 2013
    • Nowy mBank wreszcie pokazał jak wygląda! Klient ma tu... prawie nie klikać

      Nowy mBank powoli zaczyna odsłaniać swoje tajemnice. Dziś na seminarium z cyklu "Bank Przyszłości" Michał Panowicz, który od kilkunastu miesięcy pracuje dniami i nocami (chyba głównie nocami, biorąc pod uwagę misję, jaką ma do spełnienia) nad poczęciem nowego mBank-bobo, pokazał jak będzie wyglądał design i niektóre funkcje Nowego mBanku. Tego, który był zapowiadany już latem zeszłego roku i miał wystartować jeszcze w 2012 r. W tzw. międzyczasie światło dzienne ujrzał projekt specjalny Aliora - bank Sync, który miał za zadanie zsynchronizować się z potrzebami klienta. W Syncu upakowano mnóstwo innowacyjnych rozwiązań (przelewy przez Facebook, cash-back od transakcji internetowych, kredyty on-line i do załatwienia bez wstawania z fotela, pierwszy w Polsce wirtualny oddział z prawdziwego zdarzenia), dorzucono też kilka wodotrysków, które do bankowości pasują średnio - jak np. strefę rozrywki z wypożyczalnią filmów i możliwością zakupu gier komputerowych. Całość wygląda ładnie i zgrabnie, choć gdyby Alior poczekał jeszcze ze dwa miesiące z tym debiutem, to pewnie jego szefowie mieliby czas wszystko przemyśleć i nie byłoby tylu przykrych wpadek.

      Na pierwsze okruchy informacji o Nowym mBanku, który ma być  bezpośrednią odpowiedzią na ofensywę Synca i przywrócić blask nieco podstarzałemu liderowi bankowości internetowej, czekaliśmy długo. Aż wreszcie dziś Michał Panowicz wreszcie pokazał pierwsze screeny Nowego mBanku. Co się rzuca w oczy? Po pierwsze: spokojna, zupełnie niekrzykliwa kolorystyka, estetyczny wygląd. Mniej liczb, a więcej grafiki. Np. ekran, na którym można zobaczyć saldo wybranego przez siebie konta, zawiera nie tylko same dane, ale i słupkowy wykres tego jak stan rachunku zmieniał się w przeszłości i jak będzie wyglądał po wykonaniu zaplanowanych operacji. A w sekcji dotyczącej kart płatniczych mam screen karty i tylko dwie ikony, które mogę kliknąć, żeby dowiedzieć się więcej o tym co na karcie się dzieje. Domyślnie bank nie wyświetla mi nawet salda karty. W ogóle Nowy mBank stara się nie przeciążać świadomości klienta zbyt licznymi opcjami. Cały serwis zawiera tylko cztery główne sekcje: "Płatności" (tu chyba będzie się robić przelewy), "Moje Finanse" (podsumowanie tego, co mamy w banku), "Dla Ciebie" (spersonalizowana oferta cross-sell) i "Kontakt".

      Nowy mBank screen

      Mało liczb, sporo obrazków i ograniczone do niezbędnych sekcji menu główne to nie wszystko. Dwie najważniejsze cechy, które udało mi się zauważyć, to płynność i intuicyjność, czyli to, z czego obecny mBank bynajmniej już nie słynie (choćby dlatego, że jego serwis transakcyjny ma już 12 lat). Płynność polega na tym, że ekran w wielu miejscach jest dzielony, można sobie rozwijać i przesuwać jego części. Na screenie, który załączam, mamy po lewej stronie wykaz rachunków, który zajmuje jedną czwartą ekranu w pionie, a na pozostałej części ekranu są szczegóły dotyczące tego konta. Gdybym w lewej części ekranu wybrał inne konto, zmieniłyby się i szczegóły. Wszystko płynnie, w jednym ekranie, bez konieczności przeładowywania strony. A intuicyjność polega na tym, że w wielu miejscach na ekranie mogę znaleźć otwierające się na moje życzenie, okienka z dodatkowymi informacjami. Takimi, które niekoniecznie muszę mieć podane na ekranie głównym, ale mogą mi się przydać. Dzięki temu całość jest przejrzysta. No i czeka mnie mniej klikania. Ludzie Michała Panowicza chcą sprawić, żebym korzystając z serwisu Nowego mBanku mógł klikać 80-90% mniej, niż w "zwykłym" banku.

      Na razie wygląda na to, że mBank, powołując do życia swój bank najnowszej generacji, pójdzie zupełnie inną drogą, niż Alior Sync. Nie wygląda, by mBank chciał obudowywać swoją ofertę jakimiś wodotryskami, raczej zanosi się na bardzo przejrzysty, ergonomiczny, wygodny, intuicyjny i płynnie współpracujący z klientem system transakcyjny. I tylko tyle. Wykorzystywanie wysokich technologii w przypadku Nowego mBanku nie prawdopodobnie będzie oznaczało zarzucenia klienta cudami, z których 90% ludzi nigdy nie skorzysta, ale wykorzystanie jej w taki sposób, żeby wszystko "działo się samo", a jednocześnie było w pełni kontrolowalne przez klienta. Bo też mBank buduje system dla 4 mln już istniejących klientów, których nie powinien zabić stawaniem wszystkiego na głowie. Z drugiej strony: czy internetowy lider w XXI wieku może nie pójść w ślady Synca i nie wprowadzić czegoś na kształt np. wirtualnego oddziału i wideoczatów z klientami? Czy może nie wprowadzić innowacyjnych pomysłów na przekazywanie gotówki? Czy może uniknąć sprzężenia rachunków klienta z jego telefonem i zakupami? 

      Hmmm... chyba nie może. "Nowoczesny design serwisów bankowości elektronicznej umożliwia nie tylko łatwiejsze korzystanie z podstawowych usług, ale wręcz jest kluczem do skutecznego udostępnienia klientom takich innowacji, jak interaktywny, graficzny i intuicyjny interface użytkownika, video-banking, menedżer finansów, grywalizacja, programy rabatowe, interaktywne czy dopasowane do każdego klienta doradztwo finansowe on-line. mBank w zakresie designu zmierza dorównać najbardziej popularnym światowym serwisom konsumenckim – ponieważ to one kształtują to, co jest standardem internetu i mobilności" – ten cytat z Michała Panowicza brzmi jak obietnica, że Nowy mBank nie oprze swojej przyszłości wyłącznie na ładnym design'ie. Bo nawet najładniejszy, najbardziej ergonomiczny, wygodny i przejrzysty serwis to w XXI wieku w sumie tylko "jazda obowiązkowa". Przynajmniej dla kogoś, kto chce być w bankowości technologicznym liderem. A tymczasem: tu znajdziecie krótki klip z podsumowaniem tego, co Nowy mBank powiedział dziś o sobie. Co o tym sądzicie? Dla porównania: stary mBank. Aż zęby bolą...

      Stary mBank

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (53) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy mBank wreszcie pokazał jak wygląda! Klient ma tu... prawie nie klikać”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 stycznia 2013 12:54
  • sobota, 26 stycznia 2013
    • Sensacyjna promocja mBanku! 60 zł za założenie konta, 2 zł za transakcję kartą...

      mBank zaczął 2013 rok mocną akcją. To zaskakujące, bo w ostatnich miesiącach mBank nie ściągał klientów tak agresywnie, jak konkurenci. Pozostawał w tyle zwłaszcza za najmłodszym dzieckiem prezesa Wojciecha Sobieraja, bankiem Alior Sync, który narobił sporo zamieszania swoim debiutem. mBank odpowiedział na tę ofensywę udanym pomysłem na oszczędzanie pod nazwą mSaver, ale w nim chodziło chyba bardziej o powstrzymanie odpływu klientów do Synca, niż o pozyskanie nowych. Teraz jednak role zaczynają się odwracać: blask Synca zaczął jakby przygasać (bank ostatnio ograniczył money-back przy transakcjach internetowych, choć z drugiej strony wprowadził kredyt, który w 100% można wziąć przez internet), a mBank przygotowuje ostrzał artyleryjski przed szykowanym na wiosnę desantem w postaci wejścia Nowego mBanku. Czyli odnowionej wersji nowoczesnego banku internetowego, który ma być godną odpowiedzią na Synca.

      Od piątku wiemy, że amunicją w owym ostrzale artyleryjskim jest żywa gotówka, którą mBank będzie dawał nowym klientom w prezencie. Dla klientów indywidualnych wabikiem jest 600 zł, które można ugrać w ciągu roku. Bank będzie płacił za samo założenie konta, a potem za transakcje kartą płatniczą. Na początek można dostać jednak tylko 60 zł (ale za to bez żadnych warunków). Na resztę premii trzeba sobie zasłużyć. mBank będzie płacił po 2 zł za każdą transakcję zakupową w sklepie, którą klient sfinansuje kartą wydaną do konta (i która będzie miała wartość powyżej 10 zł). Oczywiście jest też limit - 30 zł miesięcznie. Ale i tak jest to pierwszy raz, kiedy mBank zdecydował się na szerokie zaoferowanie money-backu. Co ciekawe, zdecydował się na to w momencie, kiedy konkurenci zaczynają... ograniczać tę usługę, obawiając się wizji spadających dochodów z interchange (czyli opłat od sklepów za obsługę plastiku). Co prawda w zeszłym roku mBank testował money-back od transakcji internetowych, ale to był tylko pilotaż dostępny dla niektórych klientów i nie słychać, by przekuł to na ofertę dla wszystkich klientów.

      Dobro wraca mBank

      Z punktu widzenia nowych klientów pakiet korzyści wygląda naprawdę imponująco. Tym bardziej, że do 60 zł na start (za samo założenie konta) oraz do 30 zł miesięcznie za dokonanie 15 lub więcej transakcji kartowych (w sumie 360 zł rocznie) bank dorzuci jeszcze na koniec premię sięgającą 180 zł. Naliczać ją będzie jako 50% wcześniej uzyskanego przez klienta bonusu za płatności kartowe. Przy założeniu, że w każdym miesiącu klient "zasłużył" na 30 zł nagrody za płatności bezgotówkowe, na koniec dostanie 180 zł. Jeśli na transakcjach zarobił np. 200 zł w ciągu roku, bank dorzuci jeszcze 100 zł.  W sumie więc rzeczywiście do wyjęcia jest maksymalnie nawet 600 zł. Warunki, które bank narzuca w zamian, nie są zbyt wyśrubowane. Trzeba mieć 1000 zł miesięcznych wpływów na konto i wyczesać 500 zł miesięcznie na transakcjach kartowych. No i ciekawa sprawa: dla młodych klientów bank dodatkowo złagodził warunki. Jeśli ktoś nie skończył 27 lat, to wystarczy, że będzie miał 500 zł wpływów miesięcznych i pokaże 250 zł transakcji kartowych. 

      „eKonto z premią”, bo tak nazywa się nowy pomysł mBanku, niewątpliwie daje po oczach. Zwłaszcza, że będzie poparty kampanią reklamową w klimacie buddyjskim. Jak na mBank, który miał już reklamy z biskupem, nie jest to przesadnie zaskakujący koncept (zwróćcie uwagę na spot, który wklejam obok - początek jest zawsze ten sam, ale zakończenie inne).

      Boli mnie tylko jedno (ale za to boli mocno). Ta promocja jest praktycznie niedostępna dla obecnych klientów banku. Co prawda jest jej wersja dla posiadaczy eKont, ale przeznaczono tylko... 1000 miejsc. Już od wielu lat mBank uparcie stosuje zasadę: robić dobrze tylko nowym klientom. Nie rozumiem jak to jest, że nowym można płacić za każdą transakcję kartową po 2 zł, a przygniatającej większości starych nie oferować żadnego, nawet symbolicznego money-backu. Brak money-backu to od lat duża pięta achillesowa zarówno mBanku, jak i Multibanku. W BZ WBK jest konto "Wydajesz & zarabiasz" (fajne nawet po obcięciu money-backu), w Banku Millennium jest wciąż konkurencyjny money-back w sklepach z niektórych branż. A w mBanku nagradzanie transakcyjnych klientów wciąż mają gdzieś. Ostrzegam i to być może już po raz ostatni - jednym z najważniejszych powodów, dla których ludzie zmieniają usługodawcę, jest - jak pokazują badania Accenture - niechęć do nagradzania przez firmę za aktywność.

      Czytaj też: Chirurgiczna promocja Synca. To lepsze od akcji mBanku?

      Kampania pod hasłem "Poczuj jak dobro do ciebie wraca" to tylko jedna strona ofensywy mBanku. Jednocześnie bank wystartował z promocją dla klientów firmowych. Hesło reklamowe, które zobaczyłem na stronie głównej gazeta.pl powaliło mnie na kolana: "Otwierasz firmę? Przytul trzech króli". Chodzi oczywiście o banknoty stuzłotowe, bo mBank płaci za założenie konta firmowego 300 zł. Rzecz wygląda tak, że przez pół roku bank przelewa na konto nowego klienta po 50 zł pod warunkiem, że ów klient płaci z rachunku w mBanku składki do ZUS (co najmniej 250 zł). Dlatego oferta nazywa się "Odbierz 300 zł na ZUS", co jest nawiązaniem do niedawno reklamowanej oferty Idea Banku, który też deklarował, że pomoże posiadaczom jego kont w opłacaniu składek ZUS-owskich. Po prześwietleniu oferty oczywiście okazało się, że to wyłącznie marketingowa zagrywka, a nie żadne wsparcie dla małego biznesu. W mBanku nie ma żadnych kantów, ani sprzedaży pakietowej - wystarczy opłacać składki ZUS z konta firmowego, by zainkasować 300 zł w pół roku. Samo konto jest za darmo, w promocji bank dorzuca też przelewy gratis przez rok (normalnie kosztują po złotówce za każdy) i sprezentuje kartę debetową Visa Business za darmo przez pół roku (poza promocją kosztuje 3,5 zł miesięcznie). Z innych opłat zauważyłem jeszcze 2-5 zł za korzystanie z bankomatów.

      Przytul króli mBank

      Czy jest się czym ekscytować? Jeśli ktoś wykonuje pięć przelewów do kontrahentów miesięcznie i trzy razy w miesiącu wypłaci pieniądze z bankomatów Euronetu, to po zakończeniu promocji będzie płacił za konto w mBanku 14,5 zł miesięcznie. To oznacza, że "trzy króle" wrócą do mBanku (w postaci opłat i prowizji za konto) po dwudziestu miesiącach od zakończenia promocji. Choć przez pierwszy rok właściciele małych firm będą mieli w mBanku rzeczywiście jak u Pana Boga za piecem - konto gratis, karta tylko 21 zł rocznie, przelewy gratis i tylko 2-5 zł za każdą wypłatę z bankomatu, zaś po stronie korzyści 300 zł w prezencie od banku. Sądzę, że mali przedsiębiorcy bardziej nawet zwrócą uwagę na marketing "ZUS-owy", niż na te 300 zł. Bo ów zakład od zbierania składek tak daje się wszystkim we znaki, że każdy kto reklamuje się jako obrońca uciemiężonych, jest chyba skazany na sukces. Nota bene wciąż czekam na pierwszą promocję bankową pod hasłem: "dopłacimy ci do fotoradaru" :-). Mogłoby być tak: bank dokłada się do mandatu za fotoradar, z limitem "wsparcia", powiedzmy, do 300 zł rocznie (i do 100 zł za pojedynczy mandat) oraz tylko przy mandatach za przekroczenia prędkości nie przekraczające 30 km na godzinę (żeby nie było, że ktoś zachęca do piractwa drogowego). Kontrowersyjne? Na pewno. Ale marketingowo może nawet i lepsze, niż dopłacanie do ZUS? :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacyjna promocja mBanku! 60 zł za założenie konta, 2 zł za transakcję kartą...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 stycznia 2013 15:33
  • piątek, 25 stycznia 2013
    • Niezbędnik speca od podwyżek prowizji: poinformuj tak, żeby... nikt nie zauważył

      Bankowców czekają w najbliższych czasach nie lada wyzwania komunikacyjne. Częściej, niż zwykle trzeba będzie informować ludzi o ścięciu bonusów (np. mniejszym money-backu za płacenie kartą w sklepach), o podwyżkach opłat, o ograniczeniu liczby darmowych bankomatów. W bankach przeważnie jest to niestety okazja, by próbować zachachmęcić, nie powiedzieć klientom wszystkiego, albo powiedzieć tylko półgębkiem. Ostatnio wspomniałem o narzekaniach klientów Alior Banku, których bank tylko półgębkiem informował o tym, że wprowadza opłaty za korzystanie z wpłatomatów. Pod koniec września bank napisał w komunikacie m.in. tak: "Posiadacze konta osobistego, dla których Alior Bank jest „głównym bankiem”, w dalszym ciągu nie zapłacą za prowadzenie rachunku, a także będą mogli korzystać z szerokiego zakresu bezpłatnych usług przypisanych do konta osobistego. Wśród nich znajdują się: darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce i na świecie, bezpłatne przelewy internetowe, bezpłatny Pakiet Concierge oraz Pakiet Assistance".

      Spece od komunikacji z Aliora nie dopisali w komunikacie, że wpłatomaty już nie będą darmowe. Jakoś nie przeszło im to przez gardło... Tę informację znajdziemy dopiero w szczegółowych tabelkach, które nie każdy przecież przeczyta. Julian Krzyżanowski z Alior Banku co prawda tłumaczył, że "bank informuje o zmianach Taryfy Opłat i Prowizji w ten sam sposób od czterech lat, zgodnie z zapisami Regulaminu i przepisami", ale mnie osobiście w tej sprawie nie przekonał. Was też nie przekonał, zwłaszcza, że podwyżki prowizji w Aliorze przypominają ostatnimi czasy puszczenie w ruch kosiarki. "Wczoraj przypadkowo dowiedziałem się o prowizjach pobieranych przez Alior Bank od wpłat dokonywanych za pośrednictwem wpłatomatów. Przez ostatni miesiąc Alior skubnął mnie na ok. 100 zł. Były wprawdzie wysyłane klientom informacje o zmianach w tabeli prowizji, ale w omówieniach zmian ani słowa nie było o wprowadzeniu opłat za wpłatomaty". To tylko jeden z wielu listów, który do mnie dotarł. Ale oczywiście Alior nie jest jedynym bankiem, który wstydliwie ogłasza niektóre podwyżki. Tyle, że jego czepiam się zwykle bardziej ochoczo, bo prowokuje mnie do tego hasło "wyższa kultura bankowości". Idźmy jednak dalej.

      Pan Maciek ma konto w Meritum Banku i korzysta w nim z rekordowego, 4%-owego zwrotu wartości transakcji opłaconych kartą na stacjach benzynowych. To oferta, która wyróżnia Meritum Bank spośród innych - mając tam konto, przelewając pensję i płacąc kartą można sporo zaoszczędzić na zakupach paliwa. Ostatnio bank przesłał klientom trzy komunikaty - pierwszy o nowych oprocentowaniach na kontach osobistych i oszczędnościowych, drugi o nowym brzmieniu regulaminu sprzedaży premiowej, a trzeci z wykazem zmian w pozostałych regulaminach. Kto przeczytał od deski do deski drugi z wymienionych dokumentów - nowy regulamin sprzedaży premiowej - mógł się dowiedzieć, że nie będzie już dostawał 4% zwrotu transakcji na stacjach paliw, a zamiast tego będzie miał 1% zwrotu od wszystkich transakcji kartowych. Kto zamiast regulaminu przeczytał załączony do tego wszystkiego list przewodni, mógł powziąć podejrzenie, że koniec z 4% cash-backu paliwowego, choć i ta informacja nie przeszła bankowi przez usta wprost. Powiedzieli ją półgębkiem. 

      "Ponadto od 1 marca 2013 r. Klienci Banku będą mieli możliwość otrzymywania premii w wysokości 1% wartości wszystkich transakcji bezgotówkowych dokonanych kartą wydaną do konta osobistego, której zasady określa „Regulamin premiowania transakcji kartą dla Posiadaczy MeritumKonta Zarabiającego”. W związku z powyższym, z dniem 28.02.2013 r. przestanie obowiązywać „Regulamin premiowania Transakcji paliwowych dla Posiadaczy MeritumKonta Zarabiającego”, przy czym nie naruszy to praw nabytych przez Klientów przed wskazaną datą, tj. transakcje zaksięgowane do lutego 2013 r. zostaną rozliczone wg zasad „Regulaminu premiowania Transakcji paliwowych dla Posiadaczy MeritumKonta Zarabiającego”. Czy to wystarczy? Moim zdaniem przyjazny dla oka i dla mózgu klientowskiego one-pager powinien zawierać wykaz wszystkich zmian w polityce banku wobec klientów, a także napisaną wprost informację jakie korzyści bank kasuje. Bo potem kończy się tak, jak po zmianach w Aliorze: klienci mają niesmak, a bank musi się tłumaczyć.

      Czytaj też: Klient sprawdził tłumaczenie banku dotyczące podwyżek. Ściema!

      Inny przykład: mBank ostatnio poinformował klientów, że "Informujemy, że z dniem (takim a takim) ulegają zmianie regulaminy mBanku dotyczące rachunków, lokat terminowych oraz kart płatniczych". I dalej wykaz siedmiu dokumentów, które się zmieniły. mBank o tyle się spisał, że dał krótkie wyjaśnienie, w którym okrągłymi słówkami tłumaczy co się zmienia. A zmienia się to, że bank postanowił zmierzać do: doprecyzowania zapisów dot. wydania karty debetowej, doprecyzowania zasad zmiany oprocentowania oraz prowizji i opłat, doprecyzowania definicji dnia roboczego, doprecyzowania zapisów dot. odpowiedzialności Banku z tytułu ograniczenia lub wyłączenia w dostępności rachunków/kart za pośrednictwem danego kanału dostępu, modyfikacji zasad dokonywania przewalutowania transakcji kartowych, wprowadzenia zapisów umożliwiających odwołanie zgody na realizację polecenia zapłaty za pośrednictwem mlinii lub serwisu transakcyjnego mBanku.

      Niby tłumaczą, ale tak naprawdę jeśli ktoś się chce dowiedzieć czegoś konkretnego, to musi sobie znaleźć sam, bo z omówienia się niczego nie dowie. Po niniejszym nic-nie-mówiącym omówieniu znajdują się wykazy z pełną treścią regulaminów - nowe i stare. W sumie 14 dokumentów do przeczytania. Jeden z moich czytelników, pan Paweł, jak to zobaczył, wściekł się niemożebnie. A nie powinien do tego dopuszczać, bo pracuje w radiu i nie może mówić do ludzi drżącym, wściekniętym głosem. Napisał więc do mnie (zapewne w ramach auto-terapii). "Uważam, że sposób w jaki mBank informuje o zmianach w regulaminach naprawdę pozostawia trochę do życzenia. W linku do bloga o zmianach, który można kliknąć z poziomu serwisu transakcyjnego, dowiaduję się, że "zmiany dotyczą m. in. doprecyzowania zapisów (...) oraz modyfikacji zapisów". Bomba! Zmiany dotyczą zmian - genialne w swojej prostocie! A żeby zapewnić mi rozrywkę na wieczór mBank zamieszcza linki do regulaminów przed i po zmianach. Przyznaję, miałem dobre wyniki w "znajdź dziesięć szczegółów", ale ta zabawa przestała mnie bawić gdzieś w ósmej klasie podstawówki. Aż się prosi, żeby zrobić konkurs sms-owy dla klientów - kto szybciej znajdzie co zmieniliśmy w regulaminach".

      Pana Piotra, klienta ING Banku, też zdziwiła forma informowania klienta o zmianach w cenniku. Bank założył bowiem podstronę "Wiadomości" w panelu widocznym po zalogowaniu do bankowości internetowej, na której publikuje po kilka informacji tego typu i z której te starsze są automatycznie kasowane. "Zwróciłem się poprzez infolinię o przysyłanie informacji o zmianach prowizji e-mailowo lub listownie, gdyż "internetowa" forma przekazywania informacji jest dla mnie jednostronna. Odmówiono mi. Moim zdaniem wprowadzenie takiej formy korespondencji z klientem ma uśpić jego czujność i upraszczać możliwość zmiany regulaminów, tabeli opłat i innych wygodnych dla banku ustaleń. Nie dość, że zabierają pieniądze z mojego konta za swoje usługi, to jeszcze zostawiają informacje odnośnie np. podwyższenia opłat w taki sposób, żebym o nich nie wiedział" - żali się czytelnik i trudno odmówić mu racji. W internecie można sobie powiesić wszystko i każdy dokument w dowolnej chwili zmienić. Informacja wysłana do klienta pocztą zwykłą, bądź choćby elektroniczną, miałaby większą wiarygodność.

      Martyna Kośka, prawniczka wspomagająca mnie czasami w ogarnianiu dylematów, o którym nie śniło się filozofom, niestety przypuszcza, że bank działa prawidłowo, o ile wcześniej tak się z klientem umówił. "Moim zdaniem bank nie musi informować o zmianach prowizji listownie, jeśli klient uprzednio wybrał elektroniczny sposób doręczania wyciągów. W takiej sytuacji wystarczy, jeśli informacja zostanie dostarczona po zalogowaniu się do systemu bankowego. To strony decydują w umowie, w jaki sposób klient będzie informowany o zmianach w tabeli prowizji. Nie znajduję podstaw, by klient mógł żądać od banku przesłania informacji na jakimkolwiek innym nośniku (choćby w formie e-mailowej). To raczej gest dobrej woli ze strony banku, lecz odmowa takiego działania nie daje klientowi podstaw do np. wypowiedzenia umowy. Inna sprawa, że działanie takie byłoby pożądane i na to na pewno warto zwrócić uwagę" - pisze pani Martyna. Zakładam, że klient wyraził zgodę na wysyłanie mu elektronicznych wyciągów, co niestety oznacza, że bank może to rozumieć jako wywieszanie zmian opłat w systemie bankowości internetowej, nie dbając o to, czy klient te komunikaty odczyta, czy też ich nie zauważy.

      Czytaj też: Rekordowa podwyżka bankowej prowizji z 3 zł do... 100 zł!

      Osobiście uważam taką praktykę za skandaliczną. Klient ma przecież rację, że w sytuacji, w której dokument mówiący o zmianach prowizji, jest dostępny tylko na serwerze banku (czyli powieszony na stronie) i nie można go otrzymać w innej formie (list, e-mail), to klient nie ma żadnej pewności, iż bank sobie w takim komunikacie nie gmera już po jego zamieszczeniu. Co na to bank?  "Zgodnie z regulaminem, klientom korzystającym z systemu bankowości internetowej  wyciągi oraz inne powiadomienia są wysyłane za pośrednictwem systemu ING BankOnLine. W pierwszym kwartale przyszłego roku planujemy wdrożyć funkcję pozwalającą na zapisywanie w formacie PDF każdej informacji przekazanej użytkownikowi systemu i udostępnionej w opcji "Wiadomości". Dzięki temu klient będzie mógł zapisać na dysku swojego komputera informację otrzymaną z banku i w dowolnym momencie w przyszłości taką informację odtworzyć" - napisał mi Piotr Utrata. Lepiej późno, niż wcale, ale nie rozumiem jak to możliwe, że bank działający w cywilizowanym kraju może traktować klientów jak ciemną masę...

      Chciałbym, aby zastrzeżenia dotyczące informowania klientów o zmianach prowizji kreatorzy polityki komunikacyjnej w bankach wzięli sobie do serca. Zwłaszcza, że nie są to pierwsze przypadki podwyższania prowizji tak, żeby klienci nie zauważyli. A najlepiej - jeszcze do tego bez uprzedzenia. Niestety, np. ING Śląski z podwyżek prowizji ostatnio uczynił religię. Od 29 grudnia w górę poszły dość kluczowe opłaty - za prowadzenie Konta Komfort z 10 zł do 12 zł. oraz Konta Klasycznego z 8 zł na 10 zł. Ciekawe ilu klientów o tej podwyżce dowie się dopiero z tego wpisu, bo wcześniej nie wpadło im do głowy, by otworzyć w swoim systemie transakcyjnym fiszkę "Wiadomości"? Weźcie sobie, kochani bankowcy, przykład z Citi Handlowego, który co prawda ma to i owo za uszami (będzie o tym w blogu niedługo), ale swego czasu podwyższał prowizje elegancko i mam nadzieję, że tak mu zostało

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Niezbędnik speca od podwyżek prowizji: poinformuj tak, żeby... nikt nie zauważył”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 stycznia 2013 10:52
  • czwartek, 24 stycznia 2013
    • Niezbędnik lansera, czyli co zrobić, żeby uważali cię za człowieka sukcesu

      Jak wiadomo czasy są takie, że warto uchodzić nie tylko za piękną/przystojnego i mądrą/mądrego (no przecież się nie rozerwę :-)), ale i za posiadacza konta z zawartością dość dużej liczby zer (to się da zrobić) oraz z cyfrą niezerową z przodu (z tym gorzej). Nie mam dla Was prostego sposobu, by do Waszych zer dostawić ową niezerową, ale przeczytałem opublikowany kilka tygodni temu raport KPMG o rynku dóbr luksusowych i wiem przynajmniej na co powinniście wziąć kredyt, by za zamożnych uchodzić :-). Tak, dziś w blogu niezbędnik lansera. Niezbędnik o tyle użyteczny, że przecież nie wszystko, co dużo kosztuje, nadaje człowiekowi wizerunek zamożnego. Jeśli już się lansować, to - do cholery - trzeba robić to efektywnie. Nie wystarczy kupić sobie byle Bentleya i wozić nim tyłek po dzielnicy, żeby ludzie myśleli, że jesteś na tym słupku:

      KPMG o zamożności

      Dopisz zero do paska płacowego... Według KPMG osobnik "zamożny" w polskich warunkach legitymuje się dochodem brutto w wysokości co najmniej 7128 zł. Netto wychodzi jakieś 5000 zł. Może nie są to jakieś kosmiczne wartości, ale jednak... tylko 728.000 osób w Polsce (bazując na danych oficjalnych, nie obejmujących szarej strefy) ma te 7128 zł miesięcznie (brutto). Jeśli na Twoim pasku płacowym widnieje coś mniejszego, a nie chcesz też uchodzić za "aspirującego do zamożności" (z płacą brutto powyżej 3700 zł), to będziesz musiał przerobić swój pasek płacowy. Można też do sprawy podchodzić bardziej ambitnie. KPMG mówi, ze od 20.000 zł zarobków brutto kończy się "zamożność", a zaczyna "bogactwo". I tą drogą warto podążać, wpisując zera na pasku płacowym. ...albo udawaj, że masz firmę. Tylko co trzecia osoba ankietowana przez KPMG i mająca status bogacza (przypomnę: powyżej 20.000 zł brutto miesięcznie w zarobkach) pracuje na etacie lub wykonuje pracę najemną. Prawie 80% z nich ma własne firmy. Trzeba by coś-tam założyć, bo z samym tylko paskiem płacowym do końca życia będziecie uchodzić za "aspirujących do zamożności". Bo 83% z tych "aspirujących" to pracownicy najemni (nota bene tych "aspirujących" też wcale nie jest tak dużo, raptem 2,2 mln). Jeśli więc pracujecie na etacie, to pod żadnym pozorem się do tego nie przyznawajcie, w trosce o dobry wizerunek :-).

      Podrasuj zdolność kredytową, bez tego kicha.  Jeśli chcesz uchodzić za osobę zamożną, to musisz otaczać się dobrami luksusowymi (odrzucamy od razu myśl o kupowaniu podróbek, bo nie zawsze się da, a poza tym ktoś mógłby nas zobaczyć na zakupach :-)). Ile trzeba dać za dobro luksusowe, żeby było ono w opinii osób zamożnych... naprawdę luksusowym? Nie ma złudzeń: za synonim luksusu uchodzi auto kosztujące minimum 161.000 zł (wtedy będziesz uchodził za posiadacza luksusu w oczach osób "zamożnych") lub nawet 211.000 zł (wtedy na Twój widok cmokną też ci "bogaci"). Powinieneś kupić też sobie obraz za 35.000 zł (lub za 62.000 zł jeśli chcesz żeby cmokali "bogaci"). I apartament w cenie przynajmniej 9.400 zł za metr (lub 14.900 zł za metr, jeśli mają cmokać "bogaci"). Zegarek na rękę musi kosztować 8700 zł (kobiety mają łatwiej, im wystarczy zegarek za 5700 zł), naszyjnik - 7300 zł. Musicie też kupić sobie garnitur za 3900 zł (jeśli mają cmokać "bogaci" to za 6300 zł). I buciki za 1200 zł lub nawet za 2100 zł (jeśli chcecie zasłużyć na cmoknięcie bogacza).  I nie zrzędzić mi tu, że nie macie pieniędzy. KPMG podaje, że Polacy rocznie na dobra luksusowe wydają 10,2 mld zł (oczywiście każdy chce się lansować, więc jak przyjdzie ankieter, to deklarujemy już, że wydajemy na dobra luksusowe... ponad 36 mld, he, he).

      Zrób listę sklepów, do których nie wolno ci wchodzić. Nie ma się co łudzić, nie będziesz uchodził za bogatego robiąc zakupy na bazarku po przeciwnej stronie ulicy. Jeśli chcesz się podlansować, to nie wystarczy trzy razy kupić mleko w delikatesach zamiast w Tesco. Sorry, budowa wizerunku wymaga poświęceń. Wsiadasz, przyjacielu, w autobus i jedziesz tam, gdzie kupują "bogaci". Jeśli mieszkasz w Warszawie, to niestety jesteś skazany na zwizytowanie Nowego Światu (tu kupuje 44% bogaczy, znacznie więcej, niż zwykłych ludzików). Ale to tylko pierwszy krok. Potem wsiadasz w tramwaj i suniesz tam, gdzie jest jeszcze bardziej elitarnie. Wchodzisz do sklepów na ul. Mokotowskiej (32% bogaczy robi tam zakupy i tylko 19% zwykłych Warszawiaków) oraz obowiązkowo na Pl. Trzech Krzyży (też 32%, tylko 17% zwykłych Warszawiaków). Uwaga praktyczna: na Pl. Trzech Krzyży nie wystarczy wejść do oddziału ING, to zbyt mało na skuteczny pomysł na lans. Nie wystarczy też wejść do kościoła i rzucić stówkę na tacę.  Sorry. Jeśli zaś nie mieszkasz w Warszawie, to masz przerąbane. Umiarkowany lans zyskasz jedynie pojawiwszy się z siatką foliową na zakupy przy ul. Półwiejskiej w Poznaniu (tam kupuje 21% lokalnych Kulczyków, zwykłych ludzi tylko 16%).

      Kup sobie BMW. Od biedy Ferrari. Zaczynają się schody. Jeśli chcesz mieć wizerunek człowieka bogatego, to sprzedaj czym prędzej swojego grata i kup coś, co uczyni cię osobnika "podejrzanego" o posiadanie dużej kasy. W tym celu będziesz zmuszony iść do salonu i zakupić BMW. To najbardziej znana wśród osób "bogatych" marka samochodowa (97% wskazań). Dość dobrze wyjdziesz kupując sobie Audika (prawie nówka). Obie marki mają też w opinii osób dobrze sytuowanych wyjątkowo dobry przelicznik prestiżu do ceny. Od biedy możesz też podlansować się zakupem Jaguara, Porsche, czy Ferrari lub Mercedesa (93-94% wskazań). Lamboghini nie jest tak rozpoznawalną marką, jak wymienione wyżej, ale też bardzo pożądaną, więc od biedy kup sobie Lamborghini. Twój wizerunek będzie leżał i kwiczał jeśli popędzisz do salonu Infiniti (bo tę markę kojarzy jako luksusową tylko połowa bogaczy). A takich samochodów jak Toyota to w ogóle nie ma w rankingu, choć przecież za porządną Toyotę i tak trzeba dać prawie 100.000 zł. Z punktu widzenia kreowania wizerunku bogacza będzie to kasa wyrzucona w błoto i wpuszczona w kanał. Co ciekawe, postrzeganie marek samochodowych jako luksusowe nijak ma się do liczby sprzedanych egzemplarzy. Innymi słowy: nie jest tak, że im rzadsze auto kupisz tym lans będzie większy. Nowych aut BMW zarejestrowano w Polsce po raz pierwszy w ubiegłym roku 4561, Mercedesów - 4863, Audików - 4138. A mających porównywalny standing wizerunkowy Jaguarów tylko 153 sztuki, nie mówiąc już o Ferrari, których kupiliśmy w salonach tylko 20 sztuk. Uwaga, jeśli postawicie na tę ostatnią markę, to idąc do salonu ładnie się ubierzcie, bo podobno oberwańców z salonu przy Pl. de Gaulle'a wyrzucają.

      KPMG o zamożności

      Ubieraj się u Prady i Versace, na ręce tylko Rolex. Oczywiście nie auto zdobi człowieka, tylko luksusowa bielizna i to co na nią włożymy. Metka ma znaczenie. Dwie najbardziej pożądane marki luksusowe to Prada i Versace, ale niewiele ustępują im Armani, Gucci i Louis Vuitton. Przed zakupami warto nauczyć się wymowy niektórych z nich, żeby nie wyjść na wieśniaka :-). Dość dobry przelicznik pożądania do ceny mają też Yves Saint Laurent oraz Valentino. A jeśli Twoja zdolność kredytowa po zakupie Lamborghini jest już wyczerpana, to możesz od biedy nie wyjść na biedaka jeśli sobie kupisz perfumy np. Hugo Boss. To relatywnie tania marka, a niewiele mniej pożądana od np. Valentino. Jak chcesz spalić trochę kasy w kominku, to kup sobie coś u Diora i Chanel. Drogie to to jak diabli, a pożądane w oczach "bogatych" jakby umiarkowanie. Jak chodzi o zakup zegarka to przynajmniej nie będziesz miał problemu z wyborem. Synonimem bogactwa jest Rolex, a jak nie znajdziesz nigdzie sklepu, to od biedy może być Patek Philippe.

      Graj w tenisa, daj się zaprosić na golfa. Jak powszechnie wiadomo, żeby zademonstrować zamożność lub bogactwo nie tylko duchowe, nie wystarczy wysiąść z BMW i mieć na czole wszyte metkę Versace. Trzeba też jakoś wyglądać. Oczywiście można uprawiać tak zwyczajne sporty jak bieganie, jazda na rowerze, czy pływanie, ale w ten sposób wizerunku bogacza się nie zbuduje. A już wychodząc na boisko i grając w piłkę kopaną możesz sobie skutecznie skopać wszystko, co zarobiłeś kupując BMW. W piłkę kopaną gra tylko 10% bogaczy i 22% tych, co dopiero aspirują. Wędkarstwem też świata nie podbijesz (tylko 4% "bogatych" tak spędza czas i 12% zwykłych ludzi). Są dwa sporty, których uprawianie sprawi, że będziesz postrzegany ponadprzeciętnie dobrze. To tenis - uprawia go 10% tych, co aspirują i aż 17% "bogatych" oraz golf (8% "bogatych" i 3% tych, co dopiero by chcieli spać na pieniądzach). Z golfem jest ten problem, że aby grać trzeba być członkiem klubu. To droga impreza, więc lepiej daj się zaprosić i miej przy sobie trochę gotówki, żeby pożyczyć kije :-).

      Unikaj wakacji w Polsce, to obciach. To może być straszne: pojechać nowym BMW, kupionym na kredyt, to jakiejś przereklamowanej dziury nad polskim morzem. Cały, pracowicie budowany wizerunek osoby zamożnej, w trzy sekundy psu w d... Z danych KPMG wynika, że w sezonie letnim 60% zwykłych Polaków spędza urlop w Polsce, a 40% za granicą. Wśród "aspirujących" odsetek wypoczywających w kraju jest jeszcze większy (oszczędzają?), b o aż 28%. Wśród "zamożnych" to samo - 32% wypoczywa latem w kraju. Ale kto zabroni wyjechać "bogatemu"? Aż 73% z nich latem spędza czas za granicą. W okresie zimowym 47% bogaczy wyjeżdża za granicę, ale wśród "aspirujących" już tylko 16%. Szkoda, że KPMG nie podaje gdzie trzeba wyjechać, żeby się prawidłowo podlansować. Bo skąd człowiek ma wiedzieć, jak zawsze jeździł do Zakopca?

      THE BEST OF "PRZEŚWIETLAMY REKLAMY", czyli autor blogu na tropie finansowych kontrowersji. Znacie? To obejrzyjcie. :-). Twórcami tego cyklu byli: Andrzej Chećko, Anna Skurczyńska i Kasia Łuka. Autor blogu też dołożył swoją skromną cegiełkę

      GŁĘBOKIE SPOJRZENIE NA PROBLEM... TYLKO NA SAMCIK.BLOX.PL. Jeśli masz problem z bankiem, firmą ubezpieczeniową, funduszem inwestycyjnym, albo po prostu chciałbyś się kogoś poradzić jak wyjść z długów albo jak zabrać się do budowania oszczędności - pisz do "Subiektywnie o finansach". Gwarantuję subiektywne, głębokie spojrzenie na twój problem. Czekam na maciej.samcik (at) gazeta.pl. Dziewczyny już spróbowały głębokiego spojrzenia i źle na tym nie wyszły, czas na Ciebie.

      Samcik.blox

      A jak doszło do tego, że dziewczyny spróbowały? Tajemnica wyjaśni się w kolejnym klipie z cyklu "Prześwietlamy reklamy". Czasy się zmieniły, ale kredyty w Eurobanku wciąż warte grzechu, eeee, to jest, chciałem powiedzieć... prześwietlania :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Niezbędnik lansera, czyli co zrobić, żeby uważali cię za człowieka sukcesu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 stycznia 2013 09:49
  • środa, 23 stycznia 2013
    • Groźna pułapka w 'Rodzinie na swoim'. Banki odrzucają wnioski kredytowe, bo...

      Wygląda na to, że część osób, które chciały się załapać w ostatnich dniach grudnia na udział w słynnej "Rodzinie na swoim", może obudzić się z ręką w nocniku. Docierają do mnie od kilku dni rozpaczliwe okrzyki klientów banków, których wnioski kredytowe w ramach "Rodziny na swoim" są... odrzucane. Kłopoty mają klienci co najmniej kilku banków biorących udział w programie (m.in. Alior, Eurobank). Banki ucinają akcję kredytową mimo, że klienci złożyli prawidłowe wnioski kredytowe, a wraz z nimi wnioski o dopłaty rządowe do odsetek i umowy zawarte z deweloperami na zakup mieszkania. Dlaczego banki masowo "uwalają" wnioski kredytowe? Otóż idzie o to, że bankowcy - odpowiadając na sugestię Ministerstwa Transportu - kwestionują w przypadku niektórych klientów ostatni z wymienionych dokumentów: umowy dotyczące zakupu mieszkania. Bana dostają osoby, które nie podpisały z deweloperami umów przedwstępnych kupna, a przyniosły do banku tylko tzw. umowy rezerwacyjne, na podstawie których deweloper rezerwuje dla konkretnego klienta konkretne mieszkanie.

      Mogę się tylko domyślać, że ludzie załatwiali w ten sposób sprawę przede wszystkim z pośpiechu - każdy chciał zdążyć ze złożeniem w banku kompletnego wniosku kredytowego przed 1 stycznia 2013 r. Kto nie zdążył dogadać z deweloperem umowy na zakup mieszkania, spisywał na szybko umowę rezerwacyjną i z nią szedł do banku. Numer przeszedłby bez mydła, gdyby nie to, że banki dostały taką oto interpretację Ministerstwa Transportu: "Umowa rezerwacyjna nie może być podstawą do weryfikowania kryteriów uprawniających do stosowania dopłat do kredytu, jak również przyjęcia wniosku o kredyt preferencyjny czy zawarcia umowy kredytu preferencyjnego. Parametry kredytu są ustalane na dzień złożenia wniosku w oparciu o przedstawioną umowę przeniesienia własności lub umowę zobowiązującą - umowa rezerwacyjna nie jest umową zobowiązującą, stąd nie ma możliwości przyjęcia jej przy złożonym wniosku". No i kiszka. Nie ma miodzia - mówi Lodzia.

      Czytaj: Realne ceny nieruchomości są bliskie tym sprzed boomu! Co dalej?

      Jeden z pośredników finansowych, którego klientom banki masowo odrzucają w ostatnich dniach wnioski kredytowe, pieklił się w telefonicznej rozmowie ze mną, że jeśli ministerstwo chciało wykręcić taki numer, to trzeba było bawić się w wydawanie interpretacji przed końcem zeszłego roku, a nie teraz, jak już jest wszystko pozamiatane. Ów pośrednik mówił też coś o skandalu, jakim jest działanie prawa wstecz (choć tu akurat racji nie ma, bo interpretacja to nie prawo, jak sama nazwa wskazuje). A także o tym, że klienci, składając wnioski o kredyty w ramach "Rodziny na swoim" nie zrobili żadnego błędu, stosowali się do procedur banków i tzw. checklist, które banki w związku z tym produktem przygotowały. A w tych checklistach nie było żadnego zakazu wnioskowania o kredyt z dopłatą na podstawie umowy rezerwacyjnej! "Od czasu wprowadzenia tzw. Ustawy Deweloperskiej, która nakłada na deweloperów wymóg zawierania umów deweloperskich w formie aktu notarialnego, banki rozpatrują wnioski właśnie na podstawie umów rezerwacyjnych przy założeniu, że po wydaniu decyzji kredytowej, a przed zawarciem umowy kredytowej klient musi zawrzeć z deweloperem umowę deweloperską".

      Ów pośrednik argumentuje, że tak zrobiony proces kredytowy wykluczał ryzyko, że klient zawiera umowę deweloperską w formie aktu notarialnego, a następnie nie uzyskuje kredytu. Zwłaszcza,  że składając rezerwacyjną składał również wzór umowy deweloperskiej. "Gdyby moi klienci otrzymali wcześniej informację, że umowa rezerwacyjna wyklucza zastosowanie dopłat, z pewnością odwiedzilibyśmy notariusza i sporządzili odpowiednią umowę" - pisze mój czytelnik. W tej samej sprawie napisała do mnie oburzona pani Klaudyna z pośrednika finansowego Daily Finance. "W grudniu trudno było o termin u notariusza, klienci podpisywali rezerwacje lokali i składali wnioski tak jak w poprzednich miesiącach załączając umowę rezerwacyjną, prospekt informacyjny o inwestycji dewelopera, projekt aktu notarialnego. Banki miały wszystkie informacje niezbędne do wydawania decyzji kredytowych - zarówno dotyczące docelowych kredytobiorców, jak też nabywanych mieszkań - metraż, cena itp. Skandalem jest, że pan minister w styczniu daje wykładnię, według której umowa rezerwacyjna nie jest umową zobowiązującą" - pisze moja czytelniczka.

      Czytaj: Bank kusi klientów ubezpieczeniem od wysokiego LIBOR-u. Warto?

      Pani Klaudyna potwierdza doniesienia innych czytelników, że kilka banków już zareagowało, zmieniając decyzje kredytowe lub zawieszając procesowanie wniosków. "Istnieje zagrożenie, że klienci, którzy umowę przedwstępną w formie aktu notarialnego zawarli już w styczniu 2013 r. i zdążyli uruchomić kredyt, mogą mieć cofnięte dopłaty lub wypowiedzianą umowę kredytową" - dodaje. I spekuluje, że interpretacja ministerstwa może być jakimś hakiem na klientów banków, bo w rządzie zorientowali się, że chętnych na dopłaty jest dużo. Za dużo. "Być może wniosków było tak dużo, że Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej postanowiło zredukować ilość umów kredytowych, do których budżet ma dopłacać. Skandaliczne jest to, że takie wytyczne pojawiają się w styczniu 2013 r., kiedy klienci nie mają szansy spełnienia wymogów i podpisania umów z datą 2012 r. Państwo nie powinno tak traktować obywateli, a banki powinny dostać wytyczne co najmniej na kwartał przed końcem roku, aby mogły poinformować klientów o wymogach i zaktualizować listę wymaganych dokumentów" - pisze do mnie czytelniczka. I słusznie dodaje, że większość klientów nie zdecyduje się na zakup mieszkania, jeżeli nie otrzyma kredytu na preferencyjnych warunkach.

      Rzeczywiście, szkoda, że Ministerstwo Transportu dopiero teraz wpadło na pomysł, iż umowa rezerwacyjna nie spełnia warunków programu "Rodzina na swoim". Jeśli nie spełnia, to można było o tym poinformować bankowców dużo, dużo wcześniej. Parę osób nie miałoby paru siwych włosów na głowie i w okolicach. Choć nie jestem pewien, czy nie zawalili też przy okazji bankowcy. Zatrudniają oni sztaby łebskich prawników, płacą im sute pensje, więc dziwne jest, że żaden bankowy prawnik nie zauważył cienkości umowy rezerwacyjnej. I nie zapalił przynajmniej żółtego światła. Zapytałem Martynę Kośkę, która czasem pomaga mi rozwiązywać prawne kłopoty czytelników, co o tym myśli. Czy ministerstwo ma rację, twierdząc, że umowa rezerwacyjna nie ma charakteru umowy zobowiązujące? I co - do jasnej cholery - w ogóle oznacza sformułowanie: umowa zobowiązująca? "Nie ma w prawie definicji umowy zobowiązującej, bo wtedy sytuacja byłaby prosta" - odpisała mi pani Martyna. A więc zarówno bank, jak i Ministerstwo Transportu może sobie dopowiedzieć co przez takie sformułowanie rozumie.

      Czytaj też: Koniec kredytów bez wkładu własnego. Ceny mieszkań w dół?

      Pani Martyna tłumaczy, że na zdrowy rozum powinno być tak: "Ogólną zasadą jest, że umowa zobowiązująca do przeniesienia własności nieruchomości przenosi własność na nabywcę (to umowa o podwójnym skutku zobowiązująco - rozporządzającym). Strony mogą w drodze czynności prawnej rozdzielić te dwie umowy, czyli umowę zobowiązującą bez skutku rzeczowego w postaci przeniesienia własności nieruchomości od umowy przenoszącej własność nieruchomości. Ja umowę rezerwacyjną znam jako umowę poprzedzającą umowę przedwstępną. Jeśli ludzie nie zawarli jeszcze umowy przedwstępnej, to potrafię zrozumieć ludzi z ministerstwa - w końcu to umowa, która nie rodzi takich skutków prawnych, jak przedwstępna. Umowa rezerwacyjna, zawierana bez żadnych rygorów, nie gwarantuje jeszcze otrzymania lokalu". Choć klientowi wydaje się, ze znalazł się pod takim oto seksownym parasolem...

      Znalazłem w internecie jeszcze jedno potwierdzenie, że umowa rezerwacyjna jest średnio zobowiązująca. Napisał ją - co prawda już dobrych kilka lat temu, ale chyba wciąż może być to sensowny głos w naszej sprawie mec. Jerzy Krotoski z kancelarii Krotoski i Adwokaci. "Kupujący po podpisaniu umowy rezerwacyjnej cieszy się zwykle poczuciem, iż zakup mieszkania to już tylko formalność oraz że wszystkie jej najważniejsze postanowienia (w szczególności cena) są już nieodwołalnie ustalone. Tymczasem umowa ta nie daje możliwości domagania się przez klienta zawarcia właściwej umowy sprzedaży na ustalonych w niej warunkach. Taką pewność daje jedynie przedwstępna umowa sprzedaży zawarta w formie aktu notarialnego". Według prawników często dochodzi do sytuacji, w której deweloper po kilkunastu miesiącach wypowiada umowę rezerwacyjną, gdyż cena mieszkań na tyle zwiększa się, że nie jest on już zainteresowany jego sprzedażą na pierwotnie ustalonych warunkach. A umowa na ogół pozwala mu to robić bezkarnie. 

      Wychodzi więc na to, że do tej pory banki, ministerstwo i klienci działali z sferze cokolwiek niedookreślonej. A dziś klienci płacą za to, że resort transportu nagle się obudził ze snu zimowego i - w przerwie między budową autostrad - postanowił wszystko dookreślić, zaś bankowcy do tej pory przymykali oko na potencjalną rafę, bo było im to na rękę. A to polska właśnie. Tak na marginesie: jeden z czytelników kilka tygodni temu zwrócił mi uwagę na inną jeszcze rafę związaną z programem "Rodzina na swoim". Otóż niektóre banki były takie sprytne, że klientom kupującym mieszkanie w ramach "Rodziny na swoim", wpisywały do umów wyższe marże, niż pozostałym. Wychodziły z założenia, że klient tego nie zauważy albo machnie ręką, bo na osiem lat i tak ma zagwarantowane niskie raty. A co będzie po tych ośmiu latach? Klienci zostaną z drogimi kredytami, których pewnie nie będą w stanie refinansować (bo zdolność kredytowa może im na to nie pozwolić). I tak rządowy program wspierania budownictwa mieszkaniowego może utopić parę osób w długach i doprowadzić do bankructwa. Ot, taki sobie, drobny skutek uboczny. Jak sądzicie, są to obawy na rzeczy, czy tylko teoretyzuję?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (46) Pokaż komentarze do wpisu „Groźna pułapka w 'Rodzinie na swoim'. Banki odrzucają wnioski kredytowe, bo...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2013 00:44
  • wtorek, 22 stycznia 2013
    • Fundusz inwestujący w sztukę rusza na łowy. Da zarobić lepiej, niż złoto?

      Kto spodziewał się jakiegoś pandemonium światowej gospodarki i chciał przeczekać kryzys inwestując "alternatywnie", na razie na tym nie wygrywa. Oczywiście nie znam przyszłości i mogę wykluczyć, że czarnowidze ostatecznie jednak będą górą, ale na razie... górą są raczej ci, którzy postawili na akcje europejskich spółek, czyli zainwestowali aż do bólu klasycznie. Kto szukał alternatywy i kupił złotą sztabkę, którą zakopał w ogródku, w zeszłym roku (po raz pierwszy od ośmiu lat) na tym nie zarobił. A jeśli wierzyć chłopakom z Goldman Sachs (którzy lubią czasem się wygłupić, zmieniając pogląd o 180 stopni), w ciągu następnych pięciu lat złoto może potanieć o 25-30%. Brrr... Kto postawił na inne alternatywne aktywa, czyli wino, też dobrze na tym ostatnio nie wychodzi. W zeszłym roku ceny na giełdzie wina w Londynie spadły o 15-20% (choć oczywiście to tylko średnia, zależy kto co miał w portfelu, czyli w skrzyneczce). Sprzedawcy wina mówią, że to tylko korekta, którą "wytrawni inwestorzy wykorzystują do zakupów", ale cóż mają mówić? Gdybym był sprzedawcą wina, to też bym tak mówił. Nic tylko się upić (winem). A zresztą... może mają rację?

      Czytaj też: Wino, whisky, piwo. Inwestycyjne odtrutki na kryzys, czy...?

      Na tle słabych wyników inwestycji w kruszce (głównie złoto) i alkohole (właściwie tylko w wino: o luksusowej whisky nie wspominam, bo na większą skalę jest w Polsce sprzedawana dopiero od niecałego roku) naprawdę nieźle radzi sobie trzeci przedstawiciel alternatywnych inwestycji - jedyny w Polsce fundusz inwestujący w sztukę. Nazywa się to to Abbey Art Fund, istnieje od ponad dwóch lat (dokładniej: od jesieni 2011 r.) i w tym czasie urzeźbiło dla inwestorów 16,6% zysku. O ile nie namawiałbym początkującego inwestora do inwestowania w obrazy, o tyle włożenie np. 5-10% aktywów w fundusz inwestycyjny, który zarabia na rynku sztuki, nie byłoby złym pomysłem. Co prawda nie jest to fundusz dla Kowalskiego, bo trzeba wyłożyć co najmniej 160.000 zł (ściślej: równowartość 40.000 euro), ale trochę takich ryzykantów się znalazło, bo fundusz miał już pięć emisji certyfikatów inwestycyjnych i zebrał w nich jakieś 13 mln zł. Ale do największych łowów - wśród klientów private bankingu - dopiero rusza. Na świecie fundusze inwestujące w sztukę opierają się na podobnej zasadzie - działają jako fundusze zamknięte i trzeba do nich przynieść większą gotówkę, liczoną w setkach tysięcy euro lub dolarów. 

      Choć Abbey Art Fund należy do stajni Abbey House, której model biznesowy (połączenie domu aukcyjnego, galerii sztuki i firmy inwestycyjnej) jakoś specjalnie mnie nie przekonuje, to akurat spłodzony przez "chłopaków z opactwa" fundusz inwestycyjny nawet mi się podoba. Docelowo (na jesieni tego roku) ma się składać z kilku rodzajów inwestycji w sztukę, nie licząc 20-procentowej płynnościowej nogi, czyli po prostu gotówki i jej ekwiwalentów, gwarantujących możliwość wypłacenia pieniędzy inwestorom, którzy sobie tego zażyczą. Abbey Art Fund ma więc inwestować w publiczne (notowane na giełdach) i niepubliczne (czyli pozagiełdowe) firmy działające na rynku sztuki, jak np. dom aukcyjny Sotheby's (jego akcje są notowane na giełdzie w Nowym Jorku, w zeszłym roku zarobiły 17,5%). Na to pójdzie do 40% pieniędzy. Za kolejne 20% gotówki fundusz kupi po prostu obrazy lub całe kolekcje dzieł sztuki (nie może jednak - jak mnie zapewniono w Abbey House - inwestować w "swoje" obrazy, czyli w artystów ze stajni Abbey House). Ostatnie 20% pójdzie na zakup udziałów w innych funduszach inwestycyjnych, lokujących w sztukę.

      Abbey Art Fund

      Czytaj też: Oto najdrożej wylicytowany obraz w historii! A w Polsce...

      W sumie ciekawy pomysł na w miarę zrównoważone inwestowanie w sztukę. Na razie fundusz ma głównie gotówkę, obligacje i udziały w spółkach mających kolekcje obrazów bądź działających na rynku sztuki (galerie, domy aukcyjne), ale do jesieni portfel ma osiągnąć "strukturę przelotową". I wtedy z czystym sumieniem będzie można zacząć obserwować jego dokonania. Na razie pokazuje 7% w skali roku działając na pół gwizdka, co nie jest złym wynikiem. Na świecie podobne fundusze są zwykle przedsięwzięciami prywatnymi, więc trudno znaleźć w sieci ich wyniki, a poza tym przeważnie mają krótką historię. Ale np. utworzony rok temu Art Collection Fund obiecywał inwestorom 12% rocznej stopy zysku. Zaś fundusz Artemundi Global Fund, z portfelem 150 obrazów o łącznej wartości startowej 225 mln dolarów, celuje w 18% zysku rocznie. Ale za to znalazłem Art Photography Fund, który ma już solidny track record, bo istnieje od 2008 r. i od tego czasu zarobił niecałe 40% (jakieś 7,8% w skali roku). Jeśli rodzimy Abbey Art Fund przez dwa-trzy kolejne lata pochwali się dwucyfrową stopą zysku, to sądzę, że będzie mu znacznie łatwiej pozyskiwać pieniądze od inwestorów, niż dziś.

      Z mojego punktu widzenia najbardziej ryzykownym aspektem działalności funduszy tego typu jest kwestia wyceny niektórych aktywów - tych, które nie są notowane na giełdach, a także obrazów będących w posiadaniu funduszu. Teoretycznie można sobie wyobrazić "pompowanie" tych wycen, by fundusz pokazywał lepsze wyniki. W Abbey Art Fund obrazy wyceniają biegli sądowi, a poza tym jest też niezależny audytor, który sporządza sprawozdanie co pół roku, zaś fundusz przekazuje je do Komisji Nadzoru Finansowego, co wydaje się nie najgorszą rękojmią, że nie będzie żadnych "czarów przy urnie". Na plus Abbey Art Fund trzeba zapisać, że próg wejścia jest jednak bardziej "ludzki", niż do funduszy zagranicznych, do których trzeba zapukać z kwotą sięgającą średnio 250.000 euro (taki próg wejścia ma np. Artemundi Global Fund). No i jest to relatywnie najbardziej płynny fundusz inwestujący w sztukę, bo można odzyskać pieniądze raz na kwartał, w ramach cyklicznych odkupień (poza tym fundusz jest na giełdzie, więc zawsze można sprzedać certyfikaty na parkiecie innemu inwestorowi). To też nie jest standard w innych tego typu funduszach, bo z reguły oddają one pieniądze po 3-5 latach. 

      Czytaj też: Obiecują 18% zysku z inwestycji w obrazy. Ściema, okazja?

      Nie wiem dlaczego, ale jakoś polubiłem ten fundusz, choć przecież na razie może się pochwalić dopiero przyzwoitym rozruchem. Kłopoty złota i innych aktywów "alternatywnych" mogą mu w tym roku sprzyjać. Wśród klientów bankowego private bankingu pewnie znalazłoby się trochę chętnych, którzy mogliby wyposażyć fundusz o takim profilu w kilkadziesiąt milionów złotych. A słyszałem w kilku bankach, że twórcy Abbey Art Fund byli u nich z takimi ofertami. Swoją cegiełkę mogłyby dołożyć teź fundusze emerytalne, którym długoterminowe inwestycje w sztukę bardzo fajnie różnicowałyby portfel. No i ciekaw jestem, czy dałoby się zmontować z drobnych inwestorów jakąś "grupę zakupową", która wspólnie uciułałaby te 160.000 zł na wkład do funduszu :-). Nota bene: ten próg to nie widzimisię funduszu, tylko limit wynikający z ustawy, obowiązujący wszystkie fundusze zamknięte. Intuicyjnie czuję, że już dla kogoś, kto ma np. 100.000 zł portfela inwestycyjnego ulokowanie np. 5.000 zł w fundusz sztuki i drugich 5.000 zł w fundusz złota (albo po prostu w złote monety bulionowe) byłoby dobrym pomysłem na dywersyfikację. Oby tylko Abbey Art Fund nie podzielił losu innej "alternatywnej" nowalijki - inwestującego w wino funduszu Fine Wine FIZAN, który okazał się totalną porażką. Fundusz sztuki z prawdziwego zdarzenia może być kapitalnym wehikułem do promowania inwestycji alternatywnych. O ile uda mu się zabłysnąć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Fundusz inwestujący w sztukę rusza na łowy. Da zarobić lepiej, niż złoto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 stycznia 2013 00:44

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line