Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 31 stycznia 2014
    • Klient pisze do OFE: "jeśli pozwolicie uszczuplić moje konto, będzie pozew". Ma szanse?

      Na poniedziałek zaplanowano pewną interesującą egzekucję. Gdyby to były czasy mniej cywilizowane, to pewnie ustawiono by przed Kancelarią Premiera jakieś małe gilotynki, spędzono by gawiedź i ścięto by głowy kilku prezesom Otwartych Funduszy Emerytalnych. Widzowie mieliby o tyle lepiej, że przeżyliby tylko dylemat skazańca, bez jego pozostałych atrybutów ;-). Ale ponieważ premier nie pochwala metod rewolucyjnych, skupiając się na zapewnieniu, by z kranów płynęła ciepła woda, będziemy mieli nudną jak flaki z olejem operację księgową: przejęcie przez rząd 51,5 proc. aktywów posiadanych przez OFE, czyli obligacji wartych ok. 120 mld zł. Operacja operacją, ale jeśli ktoś czyta papiery, które raz w roku przysyłają mu z OFE, to musi być mu przykro. Podobno przeciętnemu obywatelowi w poniedziałek wyparuje z konta emerytalnego jakieś 20.000 zł. Nie każdego pocieszą słowa płynące od analityków banku inwestycyjnego Goldman Sachs, że "reforma ta w krótkim terminie będzie miała pozytywny wpływ na polską gospodarkę, bo rząd nie będzie musiał przejmować się ustawowymi limitami zadłużenia i będzie mógł zwiększać wydatki". Wciąż są wśród nas tacy, którzy zaskakująco mocno przyzwyczaili się do myśli, że w OFE są ich pieniądze i że dzięki nim emerytura byłaby choć trochę mniej zależała od ZUS-u.

      Jeden z moich czytelników przywiązał się do tej myśli tak bardzo, że napisał do swojego OFE list z pogróżkami. "Niniejszym informuję ING OFE że nie wyrażam zgody na przeniesienie części moich środków do ZUS. Środki na rachunku OFE zostały zgromadzone na podstawie mojej dwustronnej umowy podpisanej z ING OFE. Od przekazanych środków ING OFE pobrał bardzo wysokie opłaty z tytułu opłaty transferowej i coroczne opłaty za zarządzanie. ING OFE z tytułu odpłatnego zarządzania moimi środkami powinno zapewnić tym walorom także opiekę prawną. Przekazanie moich środków do ZUS, będzie jednostronnym złamaniem umowy, bez wypowiedzenia jej warunków i narazi mnie na znaczne straty. W przypadku przekazania moich środków do ZUS zastrzegam sobie wystąpienie na drogę sądową o zwrot środków i o odszkodowanie oraz interwencję do organów nadzorczych". Pewnie w ING OFE będą coś smęcić o sile wyższej, ale w umowie zawartej z firmą chyba nie ma wariantu pt. "konfiskata", więc... jak klient wystawi im roszczenie o odszkodowanie, to nie będzie wesoło :-). Nie wiem jeszcze komu nie będzie wesoło, ale wiem, że nie będzie ;-).

      A zapewne list z pogróżkami napisał nie tylko ten jeden czytelnik, bo kiedy wrzuciłem na fejsbukową stronę blogu wiadomość o liście, który on spłodził, rozpętała się burza lajków i szerowania, a także spadła lawina słów otuchy dla dzielnego człowieka. Oraz zapowiedzi, że wielu czytelników pójdzie w jego ślady. Cóż, słyszałem niedawno o prawnikach kancelarii Dentons, którzy też postanowili dać sobie trochę intelektualnego treningu i złożyli "wezwanie do próby ugodowej" w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście. Zapowiadają też, że złożą w sprawie grabieży pieniędzy z OFE pozew zbiorowy i liczą, że konsumenci się przyłączą. Pewnie znajdzie się paru takich, którzy się przyłączą, chociażby dla fanu. Trening intelektualny - choć zakładam, że z dużo mniejszą dawką fanu - będzie też miał Trybunał Konstytucyjny, bo choć prezydent ustawę zezwalającą na zajęcie pieniędzy w OFE podpisał, to jednocześnie skierował ją do przenicowania. Gdyby zdarzyło się tak, że Trybunał Konstytucyjny uzna po wielu miesiącach za bezprawne zabranie pieniędzy, które rząd już dawno wydał, niezbędną dawkę fanu będziemy mieli wszyscy, bo budżet przestanie wypłacać pensje. W tym - niestety - również przestanie wypłacać je sędziom Trybunału Konstytucyjnego. ;-)

      Czy słanie do OFE listów z pogróżkami ma szansę powodzenia? Pewnie nie, bo OFE nie będą wstrzymywać całej operacji w odniesieniu do kilku - pieniących się jak mydełko fa - klientów. Gdyby tak zrobiły, to zapieniłoby się dla odmiany Ministerstwo Finansów, a tam mają znacznie więcej mydła (wiem, bo byłem). Natomiast nie można wykluczyć, że np. mój czytelnik, urażony brakiem stosownej reakcji ING OFE na swój list, po prostu złoży w sądzie pozew przeciwko OFE i zażąda rekompensaty za złamanie umowy dotyczącej zarządzania jego pieniędzmi. Czy taki pozew miałby szanse powodzenia? Wysłałem w tej sprawie błagalnego e-maila do mec. Stanisława Żemojtela, senior associate w renomowanej kancelarii Wierzbowski Eversheds. To kancelaria, która (reprezentując 1247 klientów) wygrała - na razie w pierwszej instancji - potężny proces grupowy z mBankiem. Potrafiła też chwycić za gardło Getin Bank i to - o ile mam dobre informacje - bardzo skutecznie. Pan mecenas na początku przepisał status z Fejsbuka "to skomplikowane", ale potem przedstawił mi kilka spostrzeżeń, które powinien przeczytać każdy, kto zastanawia się, czy rząd przypadkiem nie poszedł w sprawach jego emerytury o jeden krok za daleko.

      Czytaj też: Cypr w Polsce, czyli nasz rząd też konfiskuje oszczędności

      "Sprawa jest skomplikowana, dotyczy kwestii żywo aktualnie dyskutowanych, stąd w kilku słowach trudno ją przesądzająco rozstrzygnąć. Natomiast nasza ocena podejścia klienta jest następująca:  podstawowy problem dotyczy oceny charakteru funduszy zgromadzonych dotychczas na kontach OFE. Rząd stoi na stanowisku, że są to środki publiczne, natomiast krytycy reformy emerytalnej twierdzą, że są to prywatne środki należące do każdej osoby objętej ubezpieczeniem społecznym, stąd m.in. możliwość dziedziczenia środków zgromadzonych na kontach OFE" - pisze pan mecenas. Drugi problem dotyczy winy OFE i tego czy mogło ochronić środki swojego klienta. "Ewentualnie „winnym” pozbawienia klienta zgromadzonych w OFE środków jest Państwo, nie zaś ING OFE. Jest więc prawdą, że ING pobrało swego czasu opłaty z tytułu zarządzania środkami przyszłych emerytów. Sposób wydatkowania i zarządzania tymi środkami regulują jednak w pierwszej kolejności ustawy, a nie umowy, zawarte przez przyszłych emerytów z OFE" - pisze pan mecenas i trudno się z nim nie zgodzić, choć bardzo bym chciał to uczynić :-).

      "To, co uzgodnili klienci z OFE to samo przystąpienie do danego OFE (część z nich nawet świadome nie przystąpiła do danego OFE, a została do niego wylosowana, wobec braku podjęcia stosownej decyzji w odpowiednim terminie). Przyszli emeryci nie zawierali więc z OFE umów, na podstawie których OFE zobowiązywało się gromadzić ich środki ze składek, obracać nimi i następnie wypłacić je w formie emerytury - te kwestie regulują ustawy (przy czym wedle naszej wiedzy etap wypłat emerytur do dnia dzisiejszego nie doczekał się regulacji ustawowej, tj. przepisy prawa nie określają na jakich warunkach miałoby się to odbywać). Pozew skierowany przeciwko ING OFE w naszej ocenie nie miałby niestety wielkich szans powodzenia. Przekazując środki klienta do ZUS, ING OFE nie naruszy umowy z klientem, a jedynie wykona zapisy ustawy, uchwalonej przez Sejm" - zauważa pan mecenas. Można się zastanawiać co by było, gdyby legalność przepisów tej ustawy zakwestionował Trybunał Konstytucyjny, ale... pewnie nawet wtedy raczej należałoby pozwać Państwo, a nie ING OFE, które jest tu tylko ślepym narzędziem.

      "Można oczywiście twierdzić, że tego typu ustawa stanowi faktyczne wywłaszczenie przyszłych emerytów. W naszej  jednak ocenie wszelkie pretensje można tu kierować jedynie do Skarbu Państwa - ING OFE działać będzie tu w zgodzie z prawem (a odwracając tę kwestię: to prawo wymusi na ING OFE przekazanie części/całości zgromadzonych na kontach emerytalnych środków do ZUS). Podsumowując, ING OFE nie naruszy więc w ten sposób ani umowy (takiej umowy wprost OFE nie zawarły z klientami), ani przepisów prawa. ING nie będzie więc ponosić odpowiedzialności odszkodowawczej wobec klienta" - kończy swój wywód mec. Stanisław Żemojtel, senior associate z kancelarii Wierzbowski Eversheds. Możecie więc odłożyć długopisy oraz klawiatury i wrócić do pracy, bo pomysł mojego czytelnika na to, jak uratować pieniądze na emeryturę, może się nie udać. Warto być może poszukać jakiegoś planu C, bo samo liczenie na to, że sędziowie Trybunału Konstytucyjnego okażą się masochistami i postanowią doprowadzić do bankructwa swojego "pracodawcę", jest pewną... hmmm... naiwnością.

      Czytaj też: Klęska rządowych zachęt do oszczędzania. KNF obnażył jej bezmiar 

      A na koniec jeszcze - wracając do analiz Goldman Sachs - chciałbym przedstawić tym z Was, którzy czarno widzą, punkt widzenia banku na długoterminowe koszty "skoku na OFE". Po pierwsze nie wiadomo, jak rząd wykorzysta uzyskane oszczędności. Na inwestycje, czy na wyuzdaną konsumpcję? Po drugie nie wiadomo czy inwestorzy zagraniczni (ich udział w długu publicznym wzrośnie) nie zechcą wykorzystać sytuacji do niecnych celów (posiadają 33%  obligacji wypuszczonych przez nasz rząd, a na koniec 2014 r. ten udział ma wzrosnąć do 42%. Po trzecie nie wiadomo jak mocno odchoruje to wszystko warszawska giełda, bo "spadek napływu kapitału do OFE oraz umożliwienie funduszom nabywania akcji zagranicznych sprawi, że  zakupy dokonywane przez OFE na warszawskiej giełdzie będą się zmniejszać".Co by nie mówić o OFE, ich obecność stabilizowała giełdę, choć np. prezes tej ostatniej uważa, że bez OFE giełda będzie sobie radziła równie dobrze. Nie wiem czy ma rację, zwłaszcza po tym, jak premier Donald Tusk  przekazał Polakom przesłanie, że giełda to ruletka i trzeba się tego badziewia trzymać jak najdalej.

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ok. 350.000-450.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 1900 osób), a teraz będę szeptał i szeleścił Wam do ucha również na YouTube. Na "subiektywnym" kanale jest już kilkanaście wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. W najbliższych dniach opublikuję kolejne. Jeśli nie chcecie ich przegapić - subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach". Oto dwie ostatnie superprodukcje ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Klient pisze do OFE: "jeśli pozwolicie uszczuplić moje konto, będzie pozew". Ma szanse?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 stycznia 2014 16:32
    • To był najbardziej hojny bank dla internautów. Teraz ogłasza: "ścinamy money-back do zera"

      Tego można się było spodziewać. Za trzy miesiące nastąpi spektakularny koniec internetowego money-backu w Alior Sync. W czwartek bank poinformował klientów, że od 1 kwietnia likwiduje program premiujący 5%-owym zwrotem pieniędzy wszystkie internetowe zakupy, dokonywane przez klientów kartami oraz za pośrednictwem systemu przelewów elektronicznych „Płacę z Alior Sync”. Wycofanie programu bank tłumaczy ścięciem opłat interchange, z których częściowo był finansowany zwrot pieniędzy dla klientów za transakcje. Bank zapewnia, że to posunięcie "pozwoli na utrzymanie atrakcyjnych warunków prowadzenia konta osobistego, które pozostanie jedynym kontem na rynku oferującym bezwarunkowe „0 zł” za: prowadzenie konta, użytkowanie karty debetowej, wypłaty z bankomatów w Polsce i na świecie oraz za krajowe przelewy internetowe". Dodajmy, że w gratisie Sync daje też 10 przelewów natychmiastowych miesięcznie (czyli takich, które mają dojść do celu w ciągu kwadransa i w innych bankach zwykle kosztują 3-10 zł za sztukę). "Jednocześnie informujemy, że trwają prace nad wprowadzeniem nowości w ofercie, o których poinformujemy Państwa niebawem" - pisze na otarcie łez Sync.

      Mamy więc definitywny koniec money-backu w kolejnym banku. Akurat w Syncu historia tej usługi była wyjątkowo burzliwa. Początkowo bank nie wprowadził żadnych limitów kwotowych, a ponieważ zwrot był wyjątkowo szczodry, to sprowokował pomysłowych klientów do najróżniejszych kombinacji, które miały na celu wyłudzenie jak największego zwrotu. Efektem były ciągłe jatki z klientami i straszenie ich prokuratorem. Sync ewidentnie przeholował z dziurawą konstrukcją money-backu i nie docenił pomysłowości swoich klientów, a potem próbował się z tego wycofać jadąc po bandzie. Jesienią 2012 r., kiedy bank nabrał masy, w Aliorze zabrali się za ograniczanie korzyści klientów (obiektywnie rzecz ujmując - astronomicznych). Najpierw Sync ogłosił, że będzie wypłacał premię tylko tym klientom, którzy przelewają mu pensję, emeryturę, rentę lub stypendium, czyli klientom, którzy przenieśli tu całe swoje domowe finanse. Kilka miesięcy potem pojawiły się ograniczenia kwotowe - można było dostać z powrotem maksymalnie 50 zł miesięcznie i 200 zł rocznie. Teraz zaś money-back ścinają całkiem. Całkowicie.

      Alior Sync, nawet bez money-backu, i tak solidny pakiet usług za darmo. No i nie jest jedynym bankiem, który rezygnuje z premiowania klientów. Niedawno pisałem o zlikwidowaniu przez BGŻ "Konta z premią", dzięki któremu można było zarobić 600 zł rocznie. W Banku Millennium nie będzie już zwrotu za zakupy w ramach "Dobrego konta", a BZ WBK wycofa z oferty rachunek "Wydajesz i Zarabiasz", który zresztą - jak pisałem jakiś czas temu - był z biegiem czasu coraz mniej "zarabiający". W sąsiednim (w stosunku do Synca) Alior Banku ścięli money-back związany z "Kontem Rozsądnym" do 3% (maksymalnie 50 zł miesięcznie i 400 zł rocznie), ale dotyczy on tylko wydatków spożywczych, a za konto płaci się 5-17 zł miesięcznie. W BNP Paribas co prawda mają money-back, ale trzeba płacić abonament za jego uruchomienie, a poza tym dotyczy tylko jednej, wybranej kategorii zakupów. Na w miarę sensowne dopłacanie do transakcji kartowych można też naciągnąć Raiffeisena, ale tylko pod warunkiem, że akurat jest mu przykro, ponieważ radykalnie dał ciała. :-)

      W tych niewesołych okolicznościach najbardziej hojnym bankiem jawi się w masowej wyobraźni BZ WBK, który w ramach "Konta 1 2 3" proponuje nawet ponad 1000 zł zwrotu różnych kosztów, m.in, wynikających z płacenia kartą i przekazywania na konto comiesięcznej pensji (ale tylko nowym klientom, którzy mają ponad 5000 zł wpływów na ROR), albo daje 700 zł w ramach mniej wymagającego "Konta Godnego Polecenia". Ale w obu przypadkach to tylko promocja trwająca przez rok. Ale ceną za te wszystkie karesy jest m.in. wyrażenie zgody na inwazję marketingową, zaś prezes BZ WBK w rozmowie ze mną nie kryje, że 80% klientów, którzy przychodzą do banku, skuszeni prezentem na początek, ostatecznie daje się zgrillować. A prezes chciałby, żeby ten odsetek wzrósł do 90%. Dla takiego BZ WBK, dającego szokująco wysokie prezenty na początek, wycofywanie się przez kolejne banki z money-backu to woda na młyn działań kusicielskich, na które Polacy są, niestety, dość podatni.

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ok. 350.000-450.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 1900 osób), a teraz będę szeptał i szeleścił Wam do ucha również na YouTube. Na "subiektywnym" kanale jest już kilkanaście wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. W najbliższych dniach opublikuję kolejne. Jeśli nie chcecie ich przegapić - subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach". W najnowszym filmie zwiedzam laboratorium, w którym mieści się jeden z pierwszych w Polsce samoobsługowych, w pełni automatycznych oddziałów bankowych. Jest moc. Obejrzyjcie koniecznie, bo za kilka miesięcy będzie trochę takich przybytków na polskich ulicach :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „To był najbardziej hojny bank dla internautów. Teraz ogłasza: "ścinamy money-back do zera"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 31 stycznia 2014 08:20
  • czwartek, 30 stycznia 2014
    • Koniec dobrych czasów dla tych, którzy traktują Alior Bank jak pocztę. Przelewaj pensję, albo...

      Pamiętacie najdziwniejszy pomysł w historii polskiej bankowości nowożytnej? Jego autorem był Wojciech Sobieraj, prezes Alior Banku, który postanowił spróbować zawrócić Wisłę kijem. Gdy wszystkie banki przepędzały klientów z placówek, przekonując ich do wykonywania codziennych transakcji przez internet, Alior zaczął zapraszać ludzi - nie tylko własnych klientów! - do oddziałów, obiecując im w dodatku... możliwość regulowania bez żadnych prowizji comiesięcznych rachunków za prąd, gaz, czy telefon. Niemal wszyscy obserwatorzy pukali się w czoło - po co robić tłok w oddziałach i ściągać tam ludzi o niskiej świadomości finansowej, regulujących rachunki na poczcie i z obrzydzeniem patrzących na karty płatnicze? Pomysł jednak się udał, bo każdemu klientowi, chcącemu opłacić bez prowizji jakąś fakturę, w Aliorze zakładano darmowe konto "Rachunki bez opłat", które oficjalnie nie miało statusu ROR-u (np. nie można zarządzać nim przez internet), ale pozwalało zbierać informacje o klientach i proponować im np. kredyt gotówkowy albo konsolidacyjny.

      Ściąganie do oddziałów nieubankowionych klientów też okazało się celnym strzałem - zamiast wydawać krocie na odbijanie klientów konkurencji, Alior zajął się tymi, którzy ROR-u w żadnym innym banku jeszcze nie mają. I nie musiał ich nigdzie szukać, eksplorując wsie i miasteczka, bo przychodzili sami - po to, żeby opłacić faktury. Co prawda po drodze Aliorowi zdarzały się fakapy. Nie gdzie indziej, tylko na tych stronach opisywałem proceder zakładania ludziom "zwykłych" kont zamiast tych bezpłatnych, służących do opłacania faktur. Po jakimś czasie Alior zaczynał ścigać tak naciągniętych klientów i żądać zaległych prowizji za prowadzenie konta. Interwencja w blogu sprawiła, że bank przeprosił i obiecał, że już nie będzie. Drugi fakap to spadek jakości obsługi. Wiadomo, że klienci opłacający rachunki pomagali zapełniać te oddziały, w których do tej pory hulał wiatr, ale zdarzały się też przypadki, że zamiast "wyższej kultury bankowości" w oddziałach Aliora było gorzej, niż w oddziale ZUS-u. Tłum opłacających rachunki skutecznie odbierał chęć do życia tym, którzy chcieliby w Aliorze np. zaciągnąć kredyt hipoteczny.

      Czytaj też: W oddziale Aliora, jak w Big Brotherze. Sfilmują, nagrają rozmowę...

      Po kilku latach promowania klientów opłacających faktury w gotówce w Aliorze zaczynają przestawiać zwrotnicę. Od kwietnia część posiadaczy konta "Rachunki bez opłat" będzie musiała płacić 2 zł prowizji za posiadanie konta. Będzie to dotyczyło tych klientów, którzy nie przelewają wynagrodzenia, emerytury, renty, ani stypendium na konto w Aliorze, a jednocześnie korzystają z usługi opłacania faktur w oddziale. Jeśli ktoś ma konto, ale nie chodzi do oddziału, by opłacać faktury, nie będzie płacił. Jeśli ktoś za pośrednictwem Aliora w danym miesiącu zapłacił jakiś rachunek, powinien też przynieść do banku wynagrodzenie - inaczej konto będzie dla niego płatne. Tym samym Alior wprowadza rodzaj "abonamentu" na obsługę w oddziale dla osób, które traktują ten bank jak... oddział poczty. Klienci, którzy nie przelewają wynagrodzenia na konto "Rachunki bez Opłat", będą mogli bezpłatnie opłacać faktury tylko w placówkach oznaczonych logo Alior Bank Express (zlokalizowanych najczęściej w centrach i galeriach handlowych) oraz logo Alior Bank Partner.

      Alior już niedawno ogłaszał podwyżki. Więcej za kartę, rzadziej bankomaty za darmo...

      Wprowadzenie nowej prowizji może oznaczać, że Alior powoli przestaje lubić  tych klientów, opłacających w jego placówkach faktury, którzy do tej pory nie dali się "ubankowić". Dla Aliora przyjmowanie "fakturowiczów" w placówce ma sens tylko wtedy, jeśli część z nich przy okazji weźmie w banku klasyczny ROR z debetówką, albo kredyt. W przeciwnym razie "fakturowicze" będą robić tylko zbędny tłok w oddziałach i zniechęcać do wejścia posiadaczy grubszych portfeli, mających do załatwienia sprawy dotyczące poważniejszych pieniędzy, niż rachunek za telefon. W Aliorze doszli najwyraźniej do wniosku, że zysk z zapełniania oddziałów ludźmi w fakturami w rękach jest mniejszy, niż ujma na wizerunku "wyższej kultury bankowości". Pytanie brzmi: czy ten model przyciągania klientów przestał działać, czy też może Alior chce bardziej "posterować" w kierunku banku dla prestiżowych klientów? "Wyrzucenie" najbardziej "opornych" na współpracę z bankiem klientów z podstawowej sieci do placówek partnerskich i specjalizujących się w consumer finance może świadczyć o chęci zwiększenia rentowności podstawowej sieci placówek uniwersalnych.

      Przy okazji Alior wprowadził też zmianę warunków zwalniających z opłaty posiadaczy karty MasterCard Gold (to akurat korekta in plus, teraz wystarczy "wykręcić" plastikiem transakcje na kwotę min. 15.000 zł, do tej pory limit był był dwa razy wyższy) i zamieni konta z programem "Lotos Navigator" na zwykłe konta osobiste, kosztujące co najmniej 6 zł miesięcznie (prowizja za kartę). Od 1 kwietnia bank nie będzie ubezpieczał tzw. wkładu własnego w szkodę dotyczącą złodziejskich transakcji kartą. Do tej pory bank opłacał za klientów ubezpieczenie znoszące ów udział własny w szkodzie (wynoszący do 150 euro), teraz klient będzie współodpowiadał za złodziejskie transakcje dokonane przed zastrzeżeniem karty. Wreszcie trafiło też do regulaminu to, co wywalczyliśmy wspólnie w związku z wycofaniem przez Alior gotówkowej obsługi franków szwajcarskich. Posiadacze lokat terminowych we frankach szwajcarskich będą mieli możliwość zerwania lokaty z wypłatą pieniędzy w gotówce, ale wypłata będzie musiała być zgłoszona na dwa dni robocze wcześniej. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale... to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 1900 osób), a teraz będę szeptał i szeleścił Wam do ucha również na YouTube. Na "subiektywnym" kanale jest już kilkanaście wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. W najbliższych dniach opublikuję kolejne. Jeśli nie chcecie ich przegapić - zasubskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach". W najnowszym filmie zwiedzam laboratorium, w którym mieści się jeden z pierwszych w Polsce samoobsługowych, w pełni automatycznych oddziałów bankowych. Jest moc. Obejrzyjcie koniecznie, bo za kilka miesięcy będzie trochę takich przybytków na polskich ulicach :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec dobrych czasów dla tych, którzy traktują Alior Bank jak pocztę. Przelewaj pensję, albo...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 15:30
    • Samoobsługowe automaty bankowe są już w Polsce. Obmacałem jeden z nich. Jest moc!

      Pisałem jakiś czas temu o pierwszej w Europie w pełni zautomatyzowanej placówce bankowej. Postawił ją kilka tygodni temu niemiecki Commerzbank, umożliwiając całkowicie zdalną obsługę klientów. Choć samoobsługowe placówki - wymyślone w Azji, ale nawet tam będące jeszcze nowinką - to koncept testowany raptem od kilkunastu miesięcy, wygląda na to, że szybko trafi nad Wisłę. Dowody na to są aż dwa. Pierwszy jest taki, że pierwsza taka maszyna już stoi, gotowa do "odpalenia", w warszawskim centrum handlowym Złote Tarasy. Postawił ją tam Getin Bank i nawet miał w środę po raz pierwszy zaprezentować jej możliwości. Ale chyba pojawiły się jakieś komplikacje, bo Getin Point (bo tak się to cudeńko nazywa) wciąż jest zamknięty na cztery spusty. Odwiedziłem w środę Złote Tarasy i o ile z łatwością uporałem się z dwoma ochroniarzami pałętającymi się po okolicy, to nie udało mi się sforsować zasieków ustawionych przez cztery hostessy, broniące własną piersią dostępu do wnętrza placówki. Tak czy owak: uruchomienie Getin Point jest zapewne kwestią dni.

      Drugiego dowodu na to, że samoobsługowe placówki za chwilę zobaczymy na ulicach polskich miast, dostarczył mi Andrzej Kawiński, były długoletni prezes polskiego oddziału Vincor Nixdorf (jednego z dużych producentów bankomatów). Teraz współpracuje z chińskim producentem samoobsługowych placówek bankowych, firmą GRG, we wprowadzaniu jej urządzeń na polski rynek. Ponoć trwają już mniej lub bardziej zaawansowane negocjacje z kilkoma bankami. Gdybym miał obstawiać, to pewnie oczekiwałbym, że superplacówki zobaczycie w pierwszej kolejności w Aliorze, mBanku, albo w jednym z dwóch PKO (nie licząc Getinu). Chińczycy są jedną z dwóch-trzech firm, które oferują polskim bankom takie rozwiązania i na razie - sądząc po sukcesie w Commerzbanku - nie są bez szans. Kilka dni temu miałem okazję obejrzeć na żywo VTM (bo tak fachowo nazywają bankowcy te urządzenia). Wy też możecie, zapraszam do obejrzenia krótkiego, dwuminutowego klipu, który przy okazji nagrałem.

      VTM ma nad klasycznym oddziałem tę przewagę, że jest stosunkowo niewielką szafą, którą można postawić prawie wszędzie i w razie potrzeby łatwo zmienić lokalizację (łatwiej, niż w przypadku nie trafionego tradycyjnego oddziału). Drugi atut to oczywiście fakt, że całą sieć VTM-ów mogą obsługiwać zdalnie ci sami pracownicy (kto korzystał z wirtualnego oddziału w mBanku, albo Alior Sync, wie o czym mówię). Trzeci atut polega na tym, że samoobsługowa placówka jest w stanie obsłużyć niemal wszystkie podstawowe funkcje tradycyjnego oddziału. A więc umożliwia obsługę gotówkową (wpłaty i wypłaty z konta), płatności rachunków za prąd, gaz, czy telefon (urządzenie ma wbudowany czytnik kodów kreskowych), zakładanie lokat i wykonywanie przelewów z konta, a przede wszystkim - zakładanie w czasie rzeczywistym ROR-ów i wydawanie kart płatniczych, a także udzielanie kredytów. Z pracownikiem można się przez to cudo porozumiewać na zasadzie wideokonferencji, a przepływ dokumentów zapewniają monitory LCD, skanery i drukarki.

      Czytaj też: Ten bank chce być jak McDonalds. Ma bankomaty "przejazdowe"

      Podstawowy element to oczywiście ekran do rozmowy z konsultantem i drugi - do wyświetlania i elektronicznego podpisywania dokumentów. Z konsultantem można rozmawiać korzystając z funkcji zestawu głośnomówiącego, albo - jeśli chcemy, żeby było dyskretniej - podnosząc słuchawkę telefoniczną. Bankomat w chińskim VTM-ie ma funkcję tzw. recyklingu, czyli pozwala wielokrotnie używać tych samych banknotów. Czyli: jeden klient wpłaci pieniądze do wpłatomatu, a drugi te same banknoty może wypłacić (to pozwala ograniczyć koszty ładowania i transportu gotówki). System weryfikuje prawdziwość banknotów, sortuje je, umieszcza we właściwych kasetach, a nawet rejestruje numery seryjne wpłacanych banknotów i w każdej chwili pozwala sprawdzić który klient wpłacił dany banknot. W zestawie jest miejsce do ewentualnej identyfikacji biometrycznej klienta, a także czytnik dowodów osobistych (bank ma do wyboru którego sposobu weryfikacji klienta używać). Karty - o czym wspomniałem wyżej - VTM wydaje na poczekaniu. I to zarówno karty debetowe fo rachunku, jak i kredytówki oraz, co ciekawe, jednorazowe karty służące do wypłaty jakiejś kwoty.

      GRG VTM

      Ta ostatnia funkcja może się przydać, jeśli klient nie ma przy sobie karty płatniczej - wystarczy zweryfikować jego tożsamość i wydać mu "jednorazówkę" do wypłaty określonwej kwoty pieniędzy w danym momencie. W drugim module VTM-a znajdują się: drukarka dokumentów w formacie A4, skaner i skrytka depozytowa. I to jest funkcja, która nawet najbardziej konserwatywnemu bankowi pozwoli otwierać online kredytów i otwierać rachunki. Pracownik wirtualnego oddziału może najpierw wyświetlić umowę na ekranie, po zatwierdzeniu jej przez klienta podrzucić mu wydrukowaną wersję, którą klient podpisuje, skanuje i deponuje papierową wersję. W tym momencie bank ma zweryfikowaną tożsamość klienta, skan jego podpisu i zabezpieczoną przez maszynę papierową wersję dokumentacji. Mniej konserwatywne banki mogą poprzestać na podpisaniu dokumentów przez klienta rysikiem na ekranie (tak, jak podpisuje się umowy w Alior Banku) i wydrukowaniu mu kopii.

      Rozmawiałem z kilkoma zaprzyjaźnionymi bankowcami o tych cudeńkach. Ich wątpliwości wzbudzają dwie rzeczy. Po pierwsze: kwestia obaw klientów. O ile nikt nie będzie się bał wejść do tradycyjnej placówki (wiadomo, nawet najbardziej źli pracownicy nie gryzą), o tyle obawa przed skorzystaniem z automatu może być duża. Wystarczy popatrzeć ile osób w hipermarketach omija samoobsługowe kasy, wybierając te, przy których jest kasjer lub kasjerka. Druga obawa dotyczy kosztów i komplikacji wynikających z konieczności podpięcia VTM-ów do wszystkich kluczowych systemów informatycznych banków. W przypadku bankomatów punkt styku operatora maszyny z systemem banku jest tylko jeden, a w przypadku VTM-ów - przynajmniej kilka. Inną wadą urządzenia jest jego cena - cztery-pięć razy wyższa, niż zwykłego bankomatu. Ale i tak znacznie niższa, niż otwarcie nowej placówki banku.

      Bardzo jestem ciekaw jak klienci przyjmą VTM Getin Banku (jeśli wreszcie zostanie otwarty). Będzie on miał te wszystkie funkcje, które opisałem, a dodatkowo w promocji bank będzie każdemu "odwiedzającemu" dawał w prezencie bon na zakupy. Myślę, że już sama ta promocja zapewni Getinowi dużą frakwencję w Getin Poincie. Co myślicie o tych maszynach? Czy zastąpią oddziały bankowe? Czy powinny zastąpić? Czy chcielibyście z nich korzystać? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Samoobsługowe automaty bankowe są już w Polsce. Obmacałem jeden z nich. Jest moc!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 08:06
  • środa, 29 stycznia 2014
    • Puścili z dymem dwuletnie zyski klientów. Zamiast inwestować w obligacje, grali w kasynie

      Kolejna ciężka wpadka w branży funduszy inwestycyjnych. W ciągu jednego dnia z funduszu Copernicus Dłużnych Papierów Korporacyjnych (dalej będę nazywał go DPK) wyparowały dwuletnie zyski inwestorów. We wtorek wieczorem zarządzające funduszem towarzystwo Copernicus TFI poinformowało, że rewiduje wartość jego udziałów aż o 14,1%. To gigantyczna przecena, jak na fundusz inwestujący w obligacje, bo tego typu fundusze zwykle dają 5-6% zysków w skali roku. Copernicus DPK jeszcze do jesieni zeszłego roku był prawdziwą gwiazdą - jego roczna stopa zwrotu sięgała 7,5%, gdy w tym samym czasie np. BNP Paribas Komercyjnych Papierów Dłużnych osiągał raptem 4,9%, a - dajmy na to - Arka Papierów Korporacyjnych mniej więcej 5,6%. Nie było funduszu lokującego w obligacje korporacyjne, który miałby lepsze wyniki, niż Copernicus. Teraz okazuje się, że to była zwykła iluzja. "Intencją zarządu jest maksymalnie konserwatywne podejście do wyceny portfela, przy założeniu ewentualnej konieczności jego całkowitego upłynnienia" - tłumaczy w komunikacie przecenę jednostek zarząd Copernicus TFI.

      Po zrewidowaniu wartości jednostki uczestnictwa do 100,98 zł roczna stopa zwrotu funduszu spada do minus 16,5%, a trzymiesięczna - do minus 20,5%. Tak gwałtownie pieniędzy swoich klientów nie puszczają z dymem nawet agresywne fundusze akcji, a co dopiero relatywnie bezpieczne fundusze lokujące w obligacje. Ba, inwestując w tego typu fundusz inwestor rzadko kiedy bierze pod uwagę możliwość jakiejkolwiek straty, zastanawia się co najwyżej czy zarobi trochę więcej, czy trochę mniej. W Copernicus DPK źle działo się od kilku miesięcy. W listopadzie 2013 r. Analizy Online zawiesiły funduszowi rating. "Doceniliśmy ciekawy skład portfela i atrakcyjne stopy zwrotu, ale ze względu na fakt, że udział pojedynczych emitentów w portfelu funduszu przekraczał poziom 7%, nie mógł on otrzymać wyższej oceny" - pisały Analizy w uzasadnieniu. Dodano, że w portfelu funduszu "pojawiło się wiele papierów o trudnej do ocenienia wiarygodności kredytowej". W grudniu się sypnęło: fundusz zawiesił wypłaty pieniędzy, najpierw na dwa tygodnie, a potem na kolejne dwa. Powód: zbyt gwałtowne wycofywanie pieniędzy przez klientów.

      Ofensywa rządu na nasze portfele. Czy opłaca się kupić nowe obligacje 7-miesięczne?

      Teraz Copernicus prosi Komisję Nadzoru Finansowego, by pozwoliła mu rozliczyć się z inwestorami mającymi już dość "bezpiecznych inwestycji w obligacje" w ratach. Copernicus DPK chciałby oddać pieniądze w ciągu pół roku w dwóch ratach. Ta sytuacja przypomina trochę katastrofę funduszu Idea Premium, który też "umoczył" pieniądze klientów w jakieś dziwne papiery, stracił płynność i zamknął możliwość wypłat, a potem drastycznie przecenił udziały. Na kasę klienci czekali ponad rok. W 2009 r. fundusze DWS Płynna (nomen omen) Lokata oraz DWS Papierów Dłużnych zostały przecenione o 12%, bo zainwestowały w jakieś dziwne obligacje strukturyzowane oparte na portfelach kredytów hipotecznych. To był wstrząs dla całej branży funduszowej, któremu nie dorównały ani słynne "barany z Opera TFI", ani degrengolada funduszu Investors TFI. A więc: nic nowego pod słońcem. Ile pieniędzy stracą osoby, które powierzyły swoje oszczędności dłużnemu funduszowi Copernicusa? W szczytowym momencie swojej świetności (połowa 2012 r.) dłużny fundusz papierów korporacyjnych miał ćwierć miliarda złotych aktywów, w listopadzie - według danych, które znalazłem w serwisie Analiz Online - już tylko niecałe 85 mln zł.

      Czytaj też: Wielki sukces obligacji Orlenu! Zebrali wagon pieniędzy w 48 godzin!

      Niestety, ściganie się zarządzających o jak najwyższe stopy zwrotu prowadzi często klientów do piekła. W przypadku funduszy inwestujących w obligacje korporacyjne pokusa zainwestowania w wysoko oprocentowane obligacje ryzykownej firmy jest duże. Tak właśnie zrobili zarządzających Copernicusa DPK. W serwisie corporatebonds.pl znalazłem ciekawe informacje porównujące zawartość portfeli funduszy obligacji korporacyjnych. Otóż Copernicus DPK był jednym z nielicznych funduszy, który brzydził się płynnymi, acz nisko oprocentowanymi obligacjami rządowymi, komunalnymi lub banków spółdzielczych. W portfelu miał natomiast papiery takich firm, jak Tiger Moth Investments (oprocentowane na 30%, udział w portfelu 5%), GC Investments, Silva Capital Group (oprocentowanie po 14%), czy Monday Development (kupon prawie 13% w skali roku). Pozazdrościć optymizmu zarządzającym. Nie mam nic do wymienionych firm, ale nie zainwestowałbym swoich lekko zarobionych pieniędzy w żadną obligację oprocentowaną na ponad 10% w skali roku. Zrobiłem taki numer raz w życiu i teraz już wiem, że to ruletka

      Czytaj też: Ten Kruk polata wysoko? Dają 6,5% z obligacji, ale... to lot bez spadochronu

      Zarządzające funduszem Copernicus Capital TFI było karane przez Komisję Nadzoru Finansowego za brak wymaganej liczby doradców inwestycyjnych, za przekroczenia limitów inwestycyjnych, za brak procedur dotyczących podejmowania decyzji inwestycyjnych. Widać, że chłopaki nieźle się bawili, ale niestety nie swoimi pieniędzmi. Największym imprezowiczom podobno już jakiś czas temu zabrano zabawki i wyrzucono z roboty ("Subfundusz DPK dokonywał większości inwestycji w okresie, kiedy Copernicus TFI było kierowane, a fundusze zarządzane, przez osoby, które nie pełnią już żadnych funkcji w Copernicus TFI" - pisze zarząd). Ale co to pomoże inwestorom? Jasne, że powinni oni brać pod uwagę, iż inwestycja w obligacje korporacyjne nie jest lokatą bez ryzyka. A nawet to, że zarządzający okażą się nieudacznikami. Czy jednak w tej sytuacji zarządzający - albo i samo TFI za to, że zatrudniało takich jełopów i hazardzistów - nie powinni pokryć inwestorom tych 14%?

      Owszem, nie da się udowodnić, że ta, albo tamta spółka była potencjalnym bankrutem już w momencie inwestowania w jej papiery przez zarządzających. Ale warto sprawdzić, czy zasady budowania portfela funduszu - z uwzględnieniem takich czynników, jak utrzymanie płynności, koncentracji aktywów, rozproszenia branżowego - nie były przypadkiem nieprofesjonalne i nierzetelne. Skoro kierowcy jadący po pijaku kończą z wyrokami, to dlaczego nie mają tak kończyć barany, które po pijaku zarządzają nie swoimi pieniędzmi - wbrew regulacjom, ogólnie przyjętym standardom i zdrowemu rozsądkowi? A także ci, którzy tych baranów zatrudnili i nie zorientowali się, że w dealing roomie jest niezła imprezka? Dla nas wszystkich, zwykłych ciułaczy, którzy w funduszach lokują małe lub większe pieniądze, to wciąż ta sama lekcja: 1. nie wkładamy wszystkich jajek do jednego koszyka, bo może się on okazać dziurawy. 2. wybierając fundusze nie kierujemy się wyłącznie stopą zwrotu za ostatni rok. Jeśli już, to za przynajmniej pięć-siedem lat. I lepszy jest fundusz, który przez dłuższy okres mieścił się w górnej połówce rankingu, niż ten, który zapodaje fajerwerki.

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale... to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 1900 osób), a teraz będę szeptał i szeleścił Wam do ucha również na YouTube. Na "subiektywnym" kanale jest już kilkanaście wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. W najbliższych dniach opublikuję kolejne. Jeśli nie chcecie ich przegapić - zasubskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Puścili z dymem dwuletnie zyski klientów. Zamiast inwestować w obligacje, grali w kasynie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 stycznia 2014 08:09
  • wtorek, 28 stycznia 2014
    • Zabawa w ZUS: płać 200 zł miesięcznie, a oni gwarantują ci 490 zł private-emerytury. Warto?

      Rządowy skok na kasę zgromadzoną w OFE spowodował, że wszyscy się zaczęliśmy rozglądać za jakimś drugim ZUS-em, który wypłaciłby jakąś drugą rentę lub emeryturę, kiedy już skończymy 65 lat. Między bajki trzeba włożyć opowiadanie, że sensowna emerytura będzie z polis inwestycyjnych, które są oferowane właśnie jako produkty gwarantujące dodatkową emeryturę. Po pierwsze część z tych produktów niczego nie gwarantuje, bo są oparte głównie na inwestowaniu pieniędzy, a po drugie te inwestycje są przeważnie obciążane na tyle wysokimi prowizjami, że w najlepszym razie można wyjąć tyle, ile się włożyło. Oczywiście te pieniądze będą wówczas znacznie mniej warte, niż w momencie wpłaty (inflacja). Ale firmy ubezpieczeniowe mają też - i zaczynają w obecnej sytuacji mocno promować - innego rodzaju produkty emerytalne, z gwarancją wypłaty określonej sumy po ukończeniu przez klienta 65. roku życia lub wypłacania przez określony czas świadczenia - renty, emerytury, jak zwał, tak zwał.

      Jeden z moich czytelników zwrócił moją uwagę na program Eventus Duo, który jest połączeniem inwestowania pieniędzy i gwarancji wypłaty określonej emerytury. A do tego jeszcze dochodzi gwarancja wypłaty pieniędzy spadkobiercom, gdyby klient nie dożył owej emerytury. A więc jesteśmy kuci na cztery kopyta. Przynajmniej tak wynika z folderów i wyliczeń agenta, który przyszedł z Eventusem Duo do pana Andrzeja. "Panie Macieju, wygląda mi to na lepszą opcję, niż te wszystkie polisy inwestycyjne, które Pan opisuje na co dzień. Czy mógłbym prosić o recenzję?" - napisał pan Andrzej. Wasze życzenia są solą mojego życia, więc przyjrzałem się programowi Eventus Duo, posługując się parametrami zaproponowanymi mojemu czytelnikowi przez agenta Ergo Hestii, bo właśnie ta firma ma to-to ma w ofercie. Otóż czytelnik ma 32 lata, a więc przed nim jeszcze relatywnie długi okres gromadzenia kapitału na emeryturę - 33 lata. Zdecydował się płacić w ramach Eventusa Duo po 200 zł miesięcznie (z OWU wynika, że minimalna stawka to 140 zł).

      Z tego, co wyczytałem w warunkach polisy, jej zaletą są stosunkowo niskie koszty manipulacyjne. Tylko 0,2% składek idzie na administrowanie częścią inwestycyjną. Klient może sam decydować czy i ile pieniędzy przeznaczy na część ochronną, a ile na zakup udziałów w funduszach inwestycyjnych. W naszym konkretnym przypadku większość idzie na inwestycję, a mniejsza część - na ochronę. A te 200 zł to składka w pierwszym roku, potem jest więcej, bo klient zażyczył sobie indeksacji składek o 4% rocznie (chodzi o to, by ich realna wartość, a tym samym wartość świadczeń, nie spadła). W zamian za te 200 zł klient otrzymuje: ubezpieczenie na życie, możliwość zassania gwarantowanej kwoty jednorazowo po ukończeniu 65-go roku życia, albo wypłaty renty przez 20 lat (do ukończenia 85-go roku życia). Przy czym ta "określona kwota" ma dwie opcje - gwarantowaną i symulowaną (a więc uwzględniającą zyski z funduszy). Na pierwszy rzut oka wygląda bosko. No, to teraz chwyćmy byka za rogi i sprawdźmy, czy tak jest rzeczywiście.

      Jeśli przez 33 lata będę wpłacał po 200 zł miesięcznie z 4%-ową indeksacją składki (czyli np. w drugim roku zapłacę 208 zł, w trzecim 216 zł, a w ostatnim - 701 zł miesięcznie), to łącznie wartość wpłaconych do Eventusa pieniędzy wyniesie 158.903 zł. To strona "kosztowa" całego interesu, bo gdyby tych pieniędzy nie wpłacać do Eventusa, tylko trzymać na lokatach, byłby przyzwoity zysk z odsetek. Spójrzmy więc, ile dostajemy w zamian. Już na starcie mamy ubezpieczenie na życie na 49.680 zł. Czyli: gdyby nam się coś stało po kilku miesiącach opłacania składek, spadkobiercy dostaną taką sumę. Ona będzie rosła z czasem i po 30 latach wyniesie ok. 95.000 zł. Ale nie to jest celem polisy. Gdyby chcieć się ubezpieczyć na życie, należałoby wziąć "czystą" polisę życiową, bez inwestowania i bez renty. Ważna jest druga korzyść - gwarantowany kapitał, który będzie można pobrać po ukończeniu 65 lat. I tu jest trochę mniej różowo: Bazowa stawka wynosi on 95.000 zł (wpłacimy w tym czasie - przypominam - prawie 159.000 zł). Firma dorzuci do tego udział od własnych zysków (nie jest pewny, ale dość prawdopodobny), co uczyni 151.910 zł.

      Cóż, nawet jeśli udział w zysku ubezpieczyciela nam się będzie należał, to sytuacja nadal jest taka-sobie. Wpłacimy 159.000 zł, a firma po 33 latach odda nam 152.000 zł, czyli skasuje całe odsetki za ten okres. Oczywiście, jeśli część składki inwestowana w fundusze zarobi (np. 7% w skali roku), to suma kapitału do pobrania na emeryturze rośnie do 241.600 zł. Ale to prognozy palcem na wodzie pisane, mogą się spełnić, lecz nie muszą. Gwarantowane mamy w zasadzie to, że ubezpieczyciel odda mniej więcej tyle pieniędzy, ile przez 33 lata wpłacimy, utrzymując nam w całym okresie ubezpieczenie na życie, podwajając je, gdyby zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. W pakiecie jest też świadczenie z tytułu trwałego inwalidztwa. To musi kosztować, choć oczywiście świadomość, że firma ubezpieczeniowa będzie przez 33 lata żyła z odsetek, które mogłyby pracować dla nas na lokatach, jest jakoś-tam bolesna.

      Jest i drugi wariant wypłaty pieniędzy z polisy - renta pobierana przez 20 lat. W naszym przykładzie, czyli składki 200 zł miesięcznie, opłacanej przez 33 lata i indeksowanej o 4% rocznie, minimalna gwarantowana wypłata renty przez 20 lat wynosi 490 zł. Jeśli dodamy udział w zysku firmy ubezpieczeniowej - będzie to 777 zł. Jeśli dojdzie do tego różowa przyszłość części składki inwestowanej w fundusze inwestycyjne - wypłata urośnie do 1236 zł w pierwszym roku pobierania świadczenia. Z symulacji, które dostał mój czytelnik wynika, że wypłata corocznie będzie podnoszona o 3%, żeby utrzymać jej realną wartość. Przy wypłacie rzędu 490 zł miesięcznie (plus 3% podwyżki rocznie), przez 20 lat firma ubezpieczeniowa odda nam 158.000 zł. A więc tyle, ile wpłaciliśmy przez poprzednie 30 lat. Taki-sobie interes, bo nie dość, że wzięli sobie odsetki od naszej "lokaty" za 33 lata wpłacania, to jeszcze będą wypłacali nam te pieniądze też bez żadnych odsetek.

      Jeśli w kalkulacji uwzględnimy dość prawdopodobny do osiągnięcia udział w zysku ubezpieczyciela (czyli startujemy od 777 zł renty miesięcznie), to łączna kwota wypłaty wyniesie 250.500 zł. To oznacza, że wpłacając przez 30 lat 159.000 zł po kolejnych 20 latach otrzymujemy z powrotem o 90.000 zł więcej. Ujdzie, chociaż gdybym zainwestował 159.000 zł na 20 lat z odsetkami rzędu 5% rocznie, to dostałbym z powrotem 422.000 zł, a więc jednak ciut więcej. Oczywiście: ta kalkulacja nie jest tak do końca sprawiedliwa, bo zakłada jednorazową wypłatę całej sumy na koniec oszczędzania, a Eventus Duo wypłaca pieniądze stopniowo, uszczuplając kapitał. I tyle w temacie Eventusa Duo. Czy jest to najlepszy sposób oszczędzania na emeryturę? Pewnie nie. Ale z drugiej strony wbudowane w ten interes ubezpieczenia: na życie, NNW i od inwalidztwa muszą kosztować. No i gwarancja wypłaty pieniędzy na emeryturze też jest tu wliczona w cenę.

      Warto przy okazji, żebyście zwrócili uwagę na jedno: jeśli firma ubezpieczeniowa mówi Wam o kapitale rzędu 150.000 zł, albo o rencie w wysokości 800 zł, to pamiętajcie, że za 30-40 lat realna wartość tych pieniędzy będzie jakieś trzy razy mniejsza, niż dziś. To oznacza, że sumka, które dziś uważacie za przyzwoitą, za trzy dekady nie będzie miała tej wartości nabywczej, jaką ma dziś. Prawdopodobnie będzie można za nią kupić trzy razy mniej wszystkiego, niż dziś. To, że włożycie 100-200 zł na taką polisę nie oznacza - choć mogą Wam to wmawiać agenci - gwarancji dostatniego życia na emeryturze. Dzisiejsze 150.000 zł będzie warte za 30 lat tyle, ile dziś jest warte 50.000 zł. A dzisiejsze 800 zł, będzie znaczyło mniej, niż dziś znaczy 300 zł. Ten czynnik też bierzcie pod uwagę, zastanawiając się nad inwestycją emerytalną.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (64) Pokaż komentarze do wpisu „Zabawa w ZUS: płać 200 zł miesięcznie, a oni gwarantują ci 490 zł private-emerytury. Warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 stycznia 2014 18:40
    • mOchy i mAchy, czyli czym wkrótce zaskoczy nas Nowy mBank? Czytaniem w myślach?

      Nowy mBank, różnie oceniany przez klientów, zbiera od debiutu świetne rekomendacje wśród ekspertów na Zachodzie. Pieją z zachwytu głównie Anglosasi. Ostatnio wpadło mi w ręce datowane na listopad zeszłego roku opracowanie, w którym nad nową platformą transakcyjną mBanku rozpływają się eksperci firmy analitycznej Forrester Research. Wśród ochów i achów, które można przeczytać w ich case study, poświęconym w całości mBankowi, znalazłem coś ciekawszego - kilka wskazówek, dotyczących tego, czego mogą się spodziewać w najbliższej przyszłości klienci mBanku, a tych jest wśród czytelników blogu sporo, oj sporo... Najważniejsze szykujące się nowinki to aplikacja drugiej generacji na urządzenia mobilne. mBank zamierza - jak pisze Forrester - "zastosować unikatowy mechanizm interakcji, uwzględniającej styl działania urządzeń i telefonów z ekranem dotykowym"). Nie wiadomo kiedy ultranowoczesna bankowość mobilna Nowego mBanku ujrzy światło dzienne. Ani czym nas zaskoczy.

      Można się domyślać, że owe "unikatowe mechanizmy interakcji" będą związane z podpowiadaniem klientowi różnych aktywności na podstawie geolokalizacji (np. "w sklepie za rogiem kupisz koszulę z rabatem"), przewidywania potrzeb konsumenta na podstawie jego historii zakupów i podstawiania związanych z tym produktów finansowych (np. "zakup tego auta możesz sfinansować kredytem online dostępnym za 10 minut"), a także wykorzystają możliwości analizy finansów klienta - np. podstawienie w telefonie wykresów obrazujących stopień wykorzystania budżetu w różnych przekrojach. Ciekaw jestem, czy da się coś nowego wymyślić jeśli chodzi o funkcję płatniczą smartfona, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w mobilnej wersji Nowego mBanku nastąpiło jeszcze większe sprzężenie serwisu bankowego z serwisami społecznościowymi i np. przyznawanie rabatu wszystkim fejsbukowym znajomym klienta, który - oczywiście dzięki zaszytej w serwisie funkcji - pochwali się, że właśnie zapłacił kartą mBanku za to lub tamto..

      Drugą wielką rzeczą, która Was może zaskoczyć w mBanku będzie rozszerzenie interfejsu znanego z serwisu transakcyjnego na bardziej złożone produkty finansowe. "mBank chce zastosować agregację kont oraz nowy interfejs użytkownika także w obszarze produktów inwestycyjnych, kredytowych i ubezpieczeniowych". Firma analityczna przewiduje, że "znając wszystkie zachowania transakcyjne klientów, będzie można zapewnić im jeszcze lepsze informacje, oferty i porady dotyczące zarządzania finansami". Big Data się kłania ;-). Zajawkę już mamy: w poniedziałek mBank pokazał nowy Supermarket Funduszy Inwestycyjnych. Jeśli chodzi o wygląd jest to oczywiście bardzo podobne do systemu transakcyjnego mBanku, a jeśli chodzi o funkcje - ma dostarczyć klientowi jak najbardziej użytecznych informacji już w pierwszym rzucie i w przyjaznej postaci graficznej. A więc strukturę portfela, zyski z inwestycji i zmiany stanu portfela w ostatnim czasie. Do tego trzy najczęściej kupowane fundusze w ostatnim tygodniu przez innych internautów (na życzenie z wykresem wycen), ranking najlepszych funduszy (do wyboru różne przekroje czasowe), wyszukiwarka funduszy działająca na zasadzie Google'a (czyli z podpowiadaniem) oraz wyliczenie: ile byś miał pieniędzy, gdybyś np. rok temu zainwestował w dany fundusz 1000 zł. Fajne.

      mBank supermarket tfi

      Analityk Forrestera Stephen Walker rozebrał na czynniki pierwsze Nowy mBank. Kto korzysta z usług mBanku doskonale wie, o czym mowa, a pozostali zapewne słyszeli - od lata zeszłego roku mBank wygląda zupełnie inaczej - w serwisie transakcyjnym jest mniej tekstów, więcej obrazków i wykresów, poprawiono ergonomię korzystania z systemu (choć niektórzy klienci twierdzą, że ją zepsuto), pojawił się menedżer domowych finansów, wirtualny oddział i nowy program lojalnościowy mOkazje. Przeczytaj: o wadach i zaletach Nowego mBanku oczami autora blogu. Co najbardziej docenił Forrester? Nowoczesny interfejs ("mBank opracował scenariusze graficzne i interaktywne podobne do tych, które oferują najlepsi w swojej klasie detaliści"), wbudowanie najważniejszych funkcji zarządzania pieniędzmi, np. menedżera domowych finansów, w codzienne scenariusze realizowane przez klienta (zamiast umieszczenia ich w odrębnej sekcji), a także przyłożenie dużej wagi do technologii wideo (choć - ta uwaga nie znalazła się w raporcie Forrestera - mBank dołączył wirtualny oddział dopiero po kilku tygodniach od startu projektu, co było obciachem).

      "W kanałach elektronicznych konsekwentnie powiela się wszystkie usługi realizowane kiedyś w oddziałach. Synchroniczny, indywidualny wideokontakt to ostatni etap na drodze do cyfryzacji dystrybucji. Zapewnia on klientom poczucie bezpieczeństwa konieczne w przypadku realizacji ważnych transakcji o dużej wartości, nie wymagając przy tym wizyty w oddziale" - zauważa Forrester. Analitycy firmy zauważają też, że wyznacznikiem nowości w mBanku jest sprawne zarządzanie relacjami z klientem i szybkość odpowiedzi na jego potrzeby. "Jeśli ofertę przedstawia się na bieżąco i odpowiednio do sytuacji, jest to porada, a nie sprzedaż. Udoskonalenie działającego w czasie rzeczywistym modułu CRM pozwoliło mBankowi odejść od dawnej strategii sprzedaży. Bank oferuje teraz w kanale wideo jedynie porady, udzielając ich dokładnie wtedy, gdy klient tego potrzebuje — gdy ma nadmiar wolnych środków na koncie, gdy wkrótce tych środków zabraknie oraz gdy pojawi się inna potrzeba finansowa". O tym jak banki na Zachodzie potrafią wykorzystywać wiedzę o kliencie też przeczytasz w blogu.

      Zawsze narzekałem na mOkazje, które zmuszają klientów do chodzenia na krótkiej smyczy i zmiany zachowań zakupowych. Ale - według Forrestera - mOkazje są kopalnią zarobków dla banku, więc tego typu programy rabatowe powinny być przyszłością nowoczesnej bankowości. Brrrrr... "Rabaty oferowane przez partnerów handlowych stanowią ważne nowe źródło przychodów. Banki detaliczne, dysponujące dużymi możliwościami w zakresie marketingu transakcyjnego, są w wyjątkowo korzystnej sytuacji, gdyż mogą jako pierwsze oferować klientom takie korzyści. Rabaty te są fundowane przez partnerów handlowych mBanku, ale tak naprawdę to bank korzysta na tej transakcji" - zauważa Forrester. O cieniach mOkazji czytaj i chodzeniu na krótkiej smyczy pisałem w blogu. Analitycy zauważają też "efekt uboczny" wprowadzenia mOkazji, w postaci stymulowania dyskusji o banku w mediach społecznościowych. "Największy wpływ na rozmowy społecznościowe można wywierać, stojąc z boku. Z pierwszych doświadczeń z aplikacją mOkazje wynika, że aby wywierać wpływ poprzez media społecznościowe, lepiej zapewnić klientom jakiś pozytywny temat do dyskusji, niż próbować samodzielnie kształtować przebieg rozmów. Doskonale sprawdzają się tu atrakcyjne nagrody fundowane przez partnerów handlowych". Czy podzielacie entuzjazm Forrestera?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „mOchy i mAchy, czyli czym wkrótce zaskoczy nas Nowy mBank? Czytaniem w myślach?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 stycznia 2014 07:46
  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
    • Niespodzianka: rząd znów wypuści ekstra-obligacje. Czy warto kupić "Lutową 7-kę"?

      Obligacje Lutowa 7-kaZanosi się na drugą w ostatnich miesiącach ofensywę Ministerstwa Finansów skierowaną w kierunku naszych portfeli. W lutym rząd wypuści specjalną, jednorazową serię obligacji... 7-miesięcznych. Oprocentowanie wyniesie 2,6% w skali roku, więc na pierwszy rzut oka wygląda nieprzesadnie atrakcyjne, ale... Kto pamięta zamieszanie, jakie Ministerstwo Finansów wywołało podobną akcją pod koniec zeszłego roku, ten nie powinien lekceważyć nowej oferty. W listopadzie 2013 r. rząd wypuścił dziwną emisję krótkich obligacji 13-miesięcznych. Wystrzelił z tym pomysłem ni z gruchy, ni z pietruchy, bo wcześniej przez długie lata nie wychodził poza sztampę, sprzedając obligacje wyłącznie na średni i długi termin: dziesięcioletnie, cztero-, trzy- i dwuletnie. W dodatku konkurencyjne oprocentowanie mają tylko papiery dziesięcioletnie. A żeby było jeszcze weselej minister Jacek Rostowski urządził sobie rytualne kastrowanie kuponów obligacji. Trudno więc było czytać ofertę Ministerstwa Finansów jako konkurencyjną dla banków, a raczej odpowiednią dla tych, którzy uważają, że banki zaraz upadną (pozdrowienia dla prof. Krzysztofa Rybińskiego :-)).

      Obligacje 2013

      "Listopadowej 13-tki", bo tak nazywała się ta ekstra-emisja obligacji, rząd sprzedał za prawie 875 mln zł. To był sukces zważywszy, że przez cały zeszły rok obligacji dwuletnich sprzedano za 1,07 mld zł, zaś dziesięcioletnich - za nieco ponad 300 mln zł. Okazało się, że chętnych na oszczędzanie w obligacjach jest więcej, niż komukolwiek się mogło wydawać, tylko po prostu oferta sprzedającego była niedopasowana do potrzeb.

      Obligacje 2013No i chyba ktoś w Ministerstwie Finansów pomyślał, że skoro jednym "strzałem" dało się zgarnąć od ludzi tyle zaskórniaków, to czemu by nie spróbować ponownie? Tym razem akcja jest jeszcze ciekawsza - obligacje już naprawdę krótkie, bo tylko siedmiomiesięczne, o oprocentowaniu - po uwzględnieniu kapitalizacji - 2,62% w skali roku, czyli lekko powyżej średniej dla lokat półrocznych. Jeśli i ta emisja się powiedzie, to w ministerstwie pomyślą o strukturalnym zaspokajaniu części potrzeb pożyczkowych państwa poprzez zaglądanie do kieszeni klientów indywidualnych i ograniczanie emisji bonów skarbowych, nabywanych przez inwestorów instytucjonalnych.

      Policzyłem, że przy oprocentowaniu 2,62% w skali roku z każdych 100 zł ulokowanych w "rządowej siódemce" będzie do wypłaty 101,52 zł, natomiast po potrąceniu podatku Belki - jakieś 1,19 zł. Na każdych 10.000 zł zarobek na czysto po siedmiu miesiącach wyniesie 123,88 zł. Bez trudu można oczywiście znaleźć lokaty bankowe - i to na sześć miesięcy, a nie siedem - które dadzą wyższy zysk. W Getin Banku z depozytu półrocznego na 10.000 zł można wycisnąć 141,75 zł odsetek (oprocentowanie 3,5% w skali roku). W Santander Banku dają (ale tylko przez internet) lokatę gwarantującą wypłatę 125,55 zł odsetek netto (3,1% w skali roku). A jak spojrzeć na banki spółdzielcze, to robi się jeszcze ciekawiej - SK Bank na półrocznej lokacie internetowej płaci 3,8%, a więc odsetki od 10.000 zł po opodatkowaniu wyniosą prawie 154 zł. Krótko pisząc: "Lutowa 7-ka" nie należy do najlepszych ofert na rynku, choć przecież podobnie było z emisją listopadową, a i tak sprzedała się świetnie.

      Obligacje Lutowa 7-ka

      To oferta dla klientów najbardziej konserwatywnych, którzy pieniądze trzymają na ROR-ach w PKO BP, czy w Banku Pekao. Albo na cienkiej, jak barszcz lokacie. W takim PKO BP na lokacie 6-miesięcznej ("Lokata Parzysta") płacą w standardzie 1%, a na koncie oszczędnościowym 1,5%. A do tego pobierają opłatę za prowadzenie takiego rachunku (1 zł miesięcznie). Nieco lepiej jest w Banku Pekao, gdzie mają "Lokatę Elastyczną", dającą dziś 3% (WIBOR 1M plus 0,4% marży). Gdybym był klientem PKO BP, to natychmiast podreptałbym do oddziału i zamienił nędznie oprocentowaną lokatę na 2,6% gwarantowane przez rządowe obligacje. Zdarzało się co prawda w historii, że polski rząd nie wykupywał swoich obligacji, ale może tym razem jakoś da radę? ;-).

      Bardzo jestem ciekaw powodzenia nowej oferty obligacji skarbowych. I chyba chciałbym, żeby weszła Ministerstwu Finansów w krew, bo może to być znakomita stymulacja dla największych banków, by zaczęły płacić nieco więcej za depozyty. Giganci są rozpieszczeni, bo przynajmniej część klientów uważa, że każdy bank, który nie ma "PKO" w nazwie, może zaraz zbankrutować ;-)). Ale gdyby miliardy naszych oszczędności zaczęły płynąć do obligacji skarbowych, największe banki musiałyby  z tym fantem zrobić. I tego życzę klientom depozytowym :-). A tym, których kompletnie "nie grzeje" rządowe 2,6% w skali roku zalecam czekanie na emisję obligacji korporacyjnych jednego z największych polskich koncernów. W ciągu kilku miesięcy jakaś tego typu okazja powinna się wydarzyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Niespodzianka: rząd znów wypuści ekstra-obligacje. Czy warto kupić "Lutową 7-kę"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 20:48
    • Bank Kevina Spaceya szykuje się do wielkiego skoku. Na celowniku 1,6 mln klientów

      W blogu "Subiektywnie o finansach" od czasu do czasu goszczę prezesów dużych banków. I to w nietypowej dla nich (w tym miejscu) roli, bo nie zasiadają na ławie oskarżonych, ani przed plutonem egzekucyjnym, złożonym z najwierniejszych czytelników blogu, ale opowiadają o tym co czeka nasze portfele. A mają na ich zawartość niejaki wpływ, bo to oni ustalają politykę kredytową w bankach i współdecydują o tym ile procentów dostajecie na lokatach. Był już tutaj Zbigniew Jagiełło, szef PKO BP, który w poprzednich latach imponował tempem wzrostu, a ostatnio mocniej, niż inne banki odchorowuje spowolnienie gospodarcze. Był i Luigi Lovaglio, prezes Banku Pekao, w którego zdjęcia niektórzy przedsiębiorcy rzucają lotkami, ale jeśli ktoś robi zakupy w Biedronce, to nawet trochę tego pana lubi. Był wreszcie Sławomir Sikora, który najlepiej z nas wszystkich wie, że Citi never sleeps. I wie też co zrobić, żeby przerobić Polskę na drugi Singapur.

      Morawiecki wywiadDziś Waszym gościem jest Mateusz Morawiecki, który zarządza bankiem BZ WBK, połykającym ostatnio wszystko co się rusza. Połknął Kredyt Bank, zaraz połknie Santander Consumer. I otwarcie mówi, że chciałby zaraz prześcignąć Bank Pekao, by rozsiąść się na drugim miejscu w Polsce. Patrząc na tempo wzrostu, apetyt w przejęciach (podobno BZ WBK miał chrapkę na BGŻ, który ostatecznie prawdopodobnie trafi do Francuzów z BNP Paribas) oraz agresywne poczynania marketingowe (gry wszyscy wycofują się z money-backu prezes Morawiecki płaci ponad 1000 zł za przeniesienie konta do BZ WBK), trzeba gotować się na wojnę o drugie miejsce w rankingach. A patrząc na nową twarz reklamową BZ WBK, psychopatycznego momentami Kevina Spaceya, można przypuszczać, że będzie to wojna bezpardonowa. Zobaczcie jak mnie Kevin zmierzył wzrokiem, gdy mu powiedziałem, że "wali ściemę" w reklamie ;-).

      Kevin Spacey w BZ WBK

      O planach BZ WBK na przyszłość. "Mamy dziś, po zakończeniu fuzji z Kredyt Bankiem, ok. 8,5% udziału w rynku i ambicje szybszego wzrostu, niż konkurenci (o 2-3 pkt. procentowe w poszczególnych rodzajach działalności, nie licząc kredytów hipotecznych). Po przyłączeniu Santander Consumer Banku będziemy mieli już 9,5%. Chcemy mieć dwucyfrowy udział w polskim rynku bankowym. To strategiczne założenie naszego głównego akcjonariusza, grupy Santander, obowiązujące na wszystkich rynkach, na których jest ona obecna". Bank Pekao ma dziś 12,5% udziału w rynku, więc dystans na razie jest spory. Jedynym elementem biznesu BZ WBK, który nie musi tak szybko rosnąć, jak pozostałe, są hipoteki. A to z powodu kredytów frankowych. "Dziś w naszym portfelu 35% kredytów to hipoteczne, a wśród nich połowa to kredyty we frankach. Ich spłata przebiega bez istotnych zakłóceń". Ale - jak wynika z słów prezesa - duży udział frankowych, niskorentownych kredytów "starego portfela" nie pozwoli BZ WBK w pełni rozwinąć skrzydeł, bo blokują one kapitał. 

      O spektakularnych kampaniach reklamowych i dotowaniu klientów. Powiem szczerze: zawsze mi się wydawało, że w ten sposób można pozyskać co najwyżej mało lojalnych klientów-skoczków, a jednocześnie zaszkodzić relacjom z dotychczasowymi klientami. Co odpowiada prezes na ten zarzut? "Mamy inne doświadczenia. Wierzymy w lojalność klientów. I w to, że jeśli klient zwiąże się z nami na dłużej, to ulokuje u nas swoje oszczędności oraz będzie za pośrednictwem naszego banku wykonywał codzienne transakcje. W ciągu kilku pierwszych miesięcy udaje nam się aktywizować 80% klientów, którzy zakładają u nas ROR-y. A to jeszcze nie wszystko na co nas stać, chciałbym zwiększyć ten wskaźnik do 90%". Ale zaktywizować klienta to jedno, a utrzymać go na tyle długo, by zwróciła się "inwestycja" w jego dotowanie - drugie. Po jakim czasie klient pozyskany dzięki wypłaceniu mu premii na początku, staje się dla banku dochodowy? "Według naszych szacunków następuje to przeciętnie po 2,5 roku" - odpowiada prezes Morawiecki. "Interesuje nas centrum rynku, czyli klienci, którzy mają oszczędności, szanują swój czas i przyzwyczajenie, cenią sobie nowoczesność i oczekują dobrej jakości obsługi".

      Do kogo przemawia gotówka, czyli wyceniłem los na loterię Kevina Spaceya.

      O tym jak zmieni się potencjał BZ WBK po wchłonięciu Santander Consumer? Specjalizuje się on w kredytach samochodowych i ratalnych, BZ WBK czeka wciąż na zgodę KNF na jego przejęcie. "To drugi co do wielkości bank działający w tym segmencie rynku. Rocznie przynosi ok. 400 mln zł zysku. Bardzo dobrze działa w tej części rynku, w której my nie jesteśmy najmocniejsi. To daje ogromne szanse. My możemy pomóc temu bankowi pozyskać fundusze na szybszy rozwój, bo mamy większą łatwość zbieraniu depozytów z rynku. Oni z kolei mają 1,6 mln klientów, którzy są dla nas potencjalnie interesujący, choćby dlatego, że Santander Consumer Bank w ogóle nie ma w ofercie kont osobistych. Z kolei niektórzy z 4 mln naszych klientów dziś zaciągają pożyczki gotówkowe u konkurencji. Dzięki bliższej współpracy mamy szansę przeciągnąć ich do siebie. Ale Santander Consumer Bank, jako nasza spółka zależna, zachowa swoją samodzielność. Nie chcemy mieszać oliwy z wodą. Bankowość uniwersalna i consumer finance wymagają zupełnie innego podejścia do klienta" - odpowiada prezes.

      O tym, że duży może więcej.  Znamy niejeden przypadek fuzji, która spowodowała finansowe załamanie w pierwszych kilku latach. Nowa organizacja może stać się mniej wydajna, słabiej zarządzalna. Czy BZ WBK też grozi ten scenariusz? Prezes Morawiecki uważa, że nie. "Fuzja z Kredyt Bankiem była chyba najszybciej przeprowadzonym dużym połączeniem w historii polskiej bankowości. Udało nam się ją zrealizować w ciągu zaledwie roku. W 2015 r. chcemy zbliżyć się do rentowności ROE [zwrot z zainwestowanego kapitału - red.] na poziomie 20%. Nie jest to poziom abstrakcyjny, taką rentowność miewaliśmy już w przeszłości, ale teraz będziemy ją osiągać posiadając niemal dwukrotnie większą masę". A kolejne fuzje i przejęcia? Jeszcze jeden zakup i BZ WBK mógłby zająć wymarzone drugie miejsce w Polsce. "Na razie koncentrujemy się na tej, która przed nami – z Santander Consumer Bankiem" - odpowiada enigmatycznie prezes.

      O tym, czy kredyty hipoteczne podrożeją. Czy za rok-dwa kredyty hipoteczne będą droższe, czy tańsze, niż dziś? Obecnie średnia marża to 1,5% powyżej stawki WIBOR. Warto czekać, aż będzie taniej? "Porównując Polskę do rynku brytyjskiego, na którym średnia marża wynosi 3-3,5%, można powiedzieć, że polski kredyt hipoteczny ma umiarkowaną cenę. Prędzej czy później uda się wprowadzić regulacje dotyczące listów zastawnych i banki będą mogły emitować takie papiery wartościowe pod zastaw już istniejących kredytów. Nie spodziewam się, by nabywcy chcieli kupować takie listy zastawne po mniej, niż 2-2,5% plus WIBOR. Czy przy takiej cenie finansowania banki będą miały interes, by oferować kredyty z marżą, jaką widzimy dziś? Wątpię". A co z kredytami we frankach?  "Dzięki niskim stopom procentowym kredyty frankowe spłacają się coraz szybciej. Jeśli nic nie będziemy zmieniać , to za cztery lata problem z nimi będzie dużo mniejszy, niż dziś. Przez dwa-trzy lata wzrostu gospodarczego klienci będą je wręcz nadpłacać, w czym pomoże wzrost kursu złotego".

      O tym jak urządzić Polskę. Za sześć lat przestaną do Polski płynąć pieniądze z Unii Europejskiej. Jak powinniśmy się do tego przygotować, żeby nagle nie zabrakło nam pary? "Nie było w najnowszej historii krajów, które osiągnęłyby sukces gospodarczy, a nie byłyby potęgami eksportowymi. Dlatego musimy robić wszystko, by wspomagać firmy mające szansę na międzynarodową karierę. Wspierać je od strony finansowania, wspomagać ich innowacyjność, ułatwiać ubezpieczenie eksportu, prowadzić szeroko zakrojoną dyplomację ekonomiczną. Niedawno byłem w Gdańsku i rozmawiałem z prezesem Gdańskiej Stoczni Remontowej. W potocznej opinii podobno nasz przemysł stoczniowy dogorywa. A tymczasem ta firma wyspecjalizowała się w budowie statków o zaawansowanej technologii, a także w remontach, w tym np. platform wiertniczych. Takie remonty wykonuje tylko  cztery, pięć stoczni na świecie. Owszem, stocznie chińskie i dalekowschodnie są tańsze, ale nie zawsze potrafią wykonać tak specjalistyczne prace".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bank Kevina Spaceya szykuje się do wielkiego skoku. Na celowniku 1,6 mln klientów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 14:06
    • Tysiąc chętnych do walki o odszkodowania od Banku Millennium. A co po wyroku? Chaos?

      Wygląda na to, że będziemy mieli największy proces grupowy od czasu słynnego sporu mBanku z "nabitymi" (jeszcze zresztą nie zakończonego, bo zwycięstwo odnieśli na razie tylko w pierwszej instancji). Kilka dni temu grupa ponad 400 klientów Banku Millennium, kredytobiorców frankowych, poinformowała o podpisaniu umowy z kancelarią prawną, która poprowadzi ich sprawę przeciw bankowi. Akces do grupy można zgłaszać jeszcze przez dwa miesiące, do 21 marca, według danych sprzed weekendu zainteresowanych jest już ponad 900 osób (przypominam: w grupie walczącej z mBankiem znalazło się ponad 1200 osób). Przedmiot sporu jest podobny, jak w przypadku "nabitych". Tam chodzi o unieważnienie klauzuli dotyczącej zmian oprocentowania kredytów (a w efekcie - unieważnienia podwyżek oprocentowania). Tu chodzi o wyrzucenie z umów klauzuli, na podstawie której bank przeliczył złotowy kredyt na franki szwajcarskie. Klienci nie powołują się - jak pan Tomasz, klient Raiffeisen Banku, o którym było ostatnio głośno -  na wprowadzenie w błąd przez bank, a jedynie na wpisanie niezgodnej z prawem klauzuli do ich umów.

      Jeśli sąd podzieli argumentację kredytobiorców, to ich kredyty staną się... kredytami złotowymi, których oprocentowanie będzie oparte na wskaźniku LIBOR 3M i marży banku. To z kolei oznaczałoby konieczność przeliczenia wszystkich wpłaconych do tej pory przez klientów rat i "odessania" z nich efektu wynikającego z przeliczenia złotych na franki (czyli spreadu walutowego) oraz ze zmian kursu franka. Powstała nadpłata - inicjator grupy szacuje, że dla przeciętnego kredytu z 2007 r. na 300.000 zł będzie to jakieś 30.000 zł - mogłaby zostać zaliczona np. na poczet spłaty kapitału, albo wypłacona klientom w gotówce. Oczywiście po potrąceniu kosztów prawników (wpisowe, opłata za postępowanie w pierwszej i drugiej instancji i prowizja za sukces - z tego co słyszałem, w sumie 750 zł "od łebka"). Upłynie wiele wody w Wiśle zanim to się stanie, bo buntownicy najpierw zgłoszą się do sądu o ustalenie, że bank powinien wypłacić im odszkodowanie z powodu nieważności jednego z paragrafów umowy. A dopiero potem złożą do sądów indywidualne pozwy o zwrócenie pieniędzy (o ile bank sam ich nie wypłaci).

      Powtórki z "nabitych" możliwe też w związku z kredytami Citi oraz w Skandii i Aegonie

      Jakie buntownicy mają szanse na powodzenie? Cóż, wygląda na to, że mają. Bo identyczna klauzula, jaką mają w umowach, została już uznana za nieobowiązującą przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Idzie dokładnie o ten zapis: „Kredyt jest indeksowany do CHF/USD/EUR, po przeliczeniu wypłaconej kwoty zgodnie z kursem kupna CHF/USD/EUR według Tabeli Kursów Walut Obcych obowiązującej w Banku Millennium w dniu uruchomienia kredytu lub transzy". Problem z tym zapisem jest taki, iż oznacza on pełną dowolność kształtowania kursów przez bank. Nie ma tam informacji o tym, że np. kurs nie może się różnić o więcej, niż ileś-tam procent od kursu centralnego NBP, albo wzoru, który określałby w jaki sposób kurs będzie ustalany. Wydaje się więc, że na podstawie orzeczenia Sądu Ochrony Konkurencji klienci Banku Millennium mogą liczyć na usunięcie z ich umów tego punktu. A ponoć jest to jedyny punkt, który odnosi się indeksacji kredytu do innej waluty, niż złoty.

      Bank millennium indeksacja

      Być może pamiętacie mój blogowy tekst na temat tej grupy "milenijnych" klientów. Wcześniej ich żądania były mniej radykalne - grupa zamierzała iść do sądu pod sztandarem unieważnienia spreadu walutowego. "Uświadomiliśmy sobie, ze mamy więcej do wygrania, niż tylko kurs NBP" - odpowiedział mi kilka dni temu inicjator grupy na pytanie dlaczego zaostrzyli swoje roszczenia. Cóż, niewykluczone, że prostym sposobem, ograniczającym się do ustalenia, że jeden tylko paragraf umowy był "lewy" i w związku z tym na banku spoczywa odpowiedzialność odszkodowawcza, uda się de facto "wysadzić w powietrze" klauzulę walutową. Bardziej mnie jednak interesuje odpowiedź na pytanie: co dalej. Nie zazdroszczę sądowi, który będzie musiał wyznaczyć dalszą ścieżkę postępowania. Nie jest dla mnie nawet jasne, czy zasady i kwoty wypłacanych odszkodowań będą ustalane już w procesie grupowym, czy dopiero w indywidualnych sprawach o zapłatę.

      Czytaj też: Rząd rzuci koło ratunkowe frankowcom i nie tylko. Kto skorzysta?

      Sytuacja będzie więc taka: klienci - w związku z unieważnieniem klauzuli walutowej - mają kredyt "jakby" w złotych, którego oprocentowanie jest uzależnione - ni z gruchy, ni z pietruchy - od LIBOR-u CHF. Po przeliczeniu harmonogramów spłat wychodzi, że do odbioru mają nadpłaty (załóżmy dla uproszczenia - choć i to nie jest do końca jasne - że całą nadpłaconą kwotę można traktować jako nadmiarowe odsetki). Pytanie: czy odszkodowanie powinno dotyczyć tylko dotychczas wpłaconych rat, czy całego okresu spłaty kredytu? Jeśli tak, to po jakim kursie franka wyliczać wierzytelność klientów? Jeśli nie, to co dalej z umową? Przecież nawet sąd nie może jej jednostronnie zmienić. Sąd może ustalić, że skoro jest w niej nielegalna klauzula, to należy się odszkodowanie, a inny sąd może wyliczyć jego wysokość. Ale umowa nadal jest taka, jaka była. Czyli bank powinien nadal żądać zawyżonych rat frankowych lub zgłosić się do każdego z klientów z ofertą podpisania aneksu, doprowadzającego umowę do stanu zgodnego z prawem.

      Czytaj też: Prawnicy podrzucają trzy możliwości zakwestionowania kredytu walutowego

      Czytaj też: Na Węgrzech nie udało się zdelegalizować kredytów walutowych. Dlaczego?

      Żądanie w dalszym ciągu zawyżonych rat we frankach naraża bank na kolejne roszczenia odszkodowawcze ze strony klienta (chyba, że... zmieni się kurs franka i to bank będzie "do przodu" przy kolejnym wyliczeniu wzajemnych roszczeń). Zmiana umowy wymaga zgody obu stron. Bank będzie chciał zmienić oprocentowanie z LIBOR plus marża na WIBOR plus marża, a klient zapewne nie. Czy bank w braku porozumienia będzie mógł wypowiedzieć klientom umowy? Opisywałem już w blogu przypadek klienta, który wygrał proces z bankiem, przyznano mu zwrot części rat, a potem... wszystko zostało po staremu. "Wyrok ten będzie przede wszystkim odnosił się do przeszłości, czyli nadpłaconych rat, ale jeżeli oczywiście będzie to możliwe z punktu strategii procesowej, to będziemy wnioskowali o wiążącą dla banku interpretację naszej umowy na przyszłość" - zapowiada inicjator procesu zbiorowego przeciwko Bankowi Millennium. No, trzeba będzie w sądzie niezłego mocarza, by taką interpretację wymyślił i by dało się ją obronić we wszystkich możliwych instancjach. Nie zazdroszczę. Jak sądzicie, co sąd powinien w takiej sytuacji zrobić?

      SUBIEKTYWNOŚĆ WEEKENDOWA. Kto przez cały weekend szusował na sankach, mógł nie zauważyć, że blog "Subiektywnie o finansach" działa także w dni ustawowo wolne od pracy. W sobotę podrzuciłem Wam sposób na to, jak dowiedzieć się, czy przypadkiem razem ze spadkiem nie odziedziczycie przyjaźni windykatora, który podróżuje z komornikiem pod pachą. W niedzielę zaś opowiadałem o darmowych bankomatach na całym świecie, które... wcale darmowe nie są. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. Blog od dawna możecie obserwować na Facebooku (tam sporo ciekawych wpisów, których nie zobaczycie na samcik.blox.pl), krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już 1800 osób), a teraz będę je szeptał również na YouTube. Na "subiektywnym" kanale znajdziecie już kilkanaście wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. W najbliższych dniach wpadną kolejne, jeśli nie chcecie ich przegapić - zasubskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      SUBIEKTYWNIE O BUNCIE KREDYTOBIORCÓW. W blogu "Subiektywnie o finansach" od kilkunastu tygodni relacjonuję Wam proces zbierania się czarnych chmur nad europejskimi - a także i polskimi - bankami, które w przeszłości udzielały konsumentom kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych. Jako jedyny dotarłem do przypadku anulowania takiego kredytu w Hiszpanii, jako pierwszy opisałem przypadek z Norwegii, w którym jako spekulację potraktowano nie tyle sam kredyt, co inwestycję finansowaną kredytem walutowym. Mogliście na tych stronach przeczytać o wyroku sądu w Chorwacji, który nakazał przewalutowanie kredytów we frankach, a także o planach rządu na Węgrzech, by ukarać banki, które wcisnęły klientom takie kredyty. Relacjonowałem Wasze opinie na temat absolutnego braku symetrii między sytuacją banku i klienta - to na tego ostatniego zepchnięto wszystkie ryzyka wynikające z "walutowości" kredytu. Mogliście wreszcie przeczytać o polskich przypadkach bankructw spowodowanych kredytami frankowymi - do obu niestety przyczynili się swoim brakiem rozsądku klienci banków: w jednym przeszarżowując z kredytem, a w drugim biorąc kredyt frankowy pod mieszkania na wynajem. Były też w blogu opinie prawników, którzy zastanawiali się czy kredyt frankowy dałoby się podważyć w polskim sądzie.  Pisałem o pomysłach posłów PiS jak ulżyć walutowym kredytobiorcom i przedstawiłem własne. Było też w blogu o nowym koncepcie rządu, który chce umożliwić frankowym kredytobiorcom "preferencyjną" upadłość.

      Ostatnio było też w blogu o banku, który sporządzał ze swoimi klientami tak horrorowate umowy, że aż włosy stają dęba - wystarczą dwie nie spłacone w terminie raty, a bank (na mocy pełnomocnictwa) może sprzedać mieszkanie klienta za półdarmo. Sporo wpisów poświęciłem szykującym się pozwom zbiorowym dotyczącym delegalizacji spreadu walutowego, a także tematyce ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Okazuje się, że często jest to instrument, który zamiast pomagać, pogrąża klientów banków. Choć przecież zdarzają się sytuacje, w których bank błędnie naliczył ubezpieczenie, a potem grzecznie zwraca klientowi 3500 zł. Niestety, dopiero po interwencji blogu. Pisałem też o tym, że banki ostatnio chętnie zamieniają ubezpieczenie niskiego wkładu na... dodatkową prowizję. Pisałem o bankowcach, których gryzie sumienie, więc chce umorzyć klientowi okrągły milion, a także o tych, których sumienie nie gryzie, więc wypowiadają klientowi kredyt frankowy, przewalutowują, a potem dają taki sam. Było też o dającym frankowcom sporo nadziei wyroku, z którego wynika, że kredyt może być "źródłem nadmiernego zysku" dla banku, a także o takim, który tę nadzieję odbiera - sugerującego, że kredytu frankowego nie da się skutecznie zakwestionować. Wszystko o kredytach hipotecznych oraz o konfliktach klientów z bankami na ich tle - przeczytasz w specjalnej, "hipotecznej" sekcji blogu "Subiektywnie o finansach". Zapraszam!

      BAZA WIEDZY O KREDYTACH FRANKOWYCH. Przeczytaj interpelację posła Babinetza w sprawie kredytów frankowych. Zapoznaj się z raportem KNF dotyczącym skutków ewentualnego przewalutowania kredytów frankowych na złote. Jeszcze więcej o kredytach frankowych: w  raporcie  rocznym KNF o sytuacji banków w 2012  r. (o kredytach mieszkaniowych jest na str. 99-107). A wspominkowo: wypowiedzi niektórych polityków o kredytach frankowych. Tak o planach ich ograniczenia mówił PiS, a tak Zyta Gilowska, minister finansów w rządzie PiS.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Tysiąc chętnych do walki o odszkodowania od Banku Millennium. A co po wyroku? Chaos?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 07:46

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line