Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 31 stycznia 2015
    • Ubezpiecz u nich auto, to... odwiozą cię z nocnej imprezy do domu. Nowy trend w polisach?

      W ubezpieczeniach komunikacyjnych oficjalnie ogłoszono koniec wojny cenowej. Stawki za ubezpieczenie OC oraz za pakiety OC/AC idą w górę zwłaszcza w firmach, które do tej pory były najtańsze. Jak ostatnio policzyła moja redakcyjna koleżanka z "Wyborczej" Ania Popiołek (wspólnie z serwisem Superpolisa.pl) najniższe oferowane klientom składki za samo OC poszły w górę średnio o 30% (w różnych regionach kraju różnie się to przedstawia, w niektórych województwach wzrost jest kilkunastoprocentowy, w innych przekracza 40%). To oczywiście efekt zmian w jakości serwisu, wymuszonych przez sądy i nadzór finansowy. Ubezpieczyciele nie mogą już kantować na cenach części (np. odliczać przy naprawie samochodów zużycia ich części przed wypadkiem), a także muszą bez ograniczeń udostępniać osobom likwidującym szkodę auta zastępcze.

      Można się zżymać na wzrost stawek, ale jest jedna dobra wiadomość - o ile do tej pory OC płaciło się wyłącznie z myślą o anonimowej "ofierze" naszej nieostrożności, o tyle teraz płacimy je także z myślą o sobie. Bo przecież od kilku miesięcy można już korzystać z bezpośredniej likwidacji szkód z OC, polegającej na tym, że jeśli ktoś trafi w nasz samochód, możemy lgo naprawiać w naszej firmie ubezpieczeniowej, a nie tam, gdzie polisę wykupił sprawca wypadku. Płacąc więcej za OC, płacimy więc nie tylko za komfort naszej ewnetualnej "ofiary", ale i za własny, gdyby ktoś nam zniszczył auto. Druga rzecz, która może brzmieć pocieszająco, to fakt, że jeśli ktoś kupuje nie tylko samą polisę OC, lecz cały pakiet OC/AC, to wzrost cen samego OC zapewne nieco mu się "rozwodni". AC jest bowiem znacznie bardziej złożonym ubezpieczeniem, pozwalającym manewrować zakresem usług, a więc i ceną.

      Ile kosztuje jeżdżenie własnym samochodem? Policzyłem: nawet 70 zł. Dziennie!

      Spodziewam się, że koniec walki o jak najniższą składkę dla klienta spowoduje większą skłonność firm ubezpieczeniowych do dokładania do polis rozmaitych gadżetów. Do tej pory były to głównie różne niestandardowe opcje "konfiguracji" ubezpieczenia (np. ubezpieczenie szyb, czy kluczyków, albo opon na okoliczność ich zniszczenia na złej jakości nawierzchni). Ale teraz kto wie, czy do gry nie wejdą bardziej "lajfstajlowe" bonusy. Przykład takiego bonusu zaprezentowała kilka dni temu firma ubezpieczeniowa Aviva, która ogłosiła, że nabywcy pakietów OC/AC - niestety, na razie tylko w Warszawie - od 12 stycznia dostają w gratisie "Pakiet ratunkowy karnawałowego kierowcy". Polega on na tym, że klient, który nie czuje się na siłach, by wracać z nocnej imprezy, czy balu karnawałowego własnym autem, zamawia transport w Avivie. Usługa nazywa się "Night Driver" i można ją zamówić m.in. w aplikacji mobilnej (w ten sposób Aviva promuje swoją aplikację na telefony komórkowe, w której m.in. testowałem oparty na geolokalizacji program do oceny jakości i bezpieczeństwa jazdy kierowców).

      Jest więc tak, że na ustaloną godzinę zamawiamy w Avivie nocnego asystenta, a on odwozi nas do domu, zaś nasze auto do garażu. Z usługi można też skorzystać w inny sposób - zgłosić firmie ubezpieczeniowej konieczność nocnego imprezowania, a ta dostarczy dwa vouchery (każdy o wartości 70 zł), dzięki którym można gratisowo dotrzeć na imprezę oraz z niej wrócić, w ogóle nie wyprowadzając swojego auta z garażu. Zła wiadomość: z usługi można skorzystać tylko raz w rocznym okresie ubezpieczenia auta.

      "Night Driver to przykład innowacyjnych rozwiązań w ubezpieczeniach komunikacyjnych, które wprowadza Aviva. To nowy standard, wywodzący się z uważnej obserwacji rynku, dostrzegania prawdziwych potrzeb klientów, którzy ze swoich polis chcieliby korzystać również w codziennych, ale pozytywnych okolicznościach"

      - chwali się Aviva w informacjach promujących nową usługę. Oczywiście, ma trochę racji. Tak samo, jak dla klientów korzystających z kont bankowych banki coraz częściej oferują bogate listy usług dodatkowych (przeważnie płatnych, ale z drugiej strony poprawiających jakość życia i zwiększających przywiązanie klienta do banku), tak w przypadku polis komunikacyjnych firmy je oferujące będą pokazywały, że polisa to nie tylko pomoc w przypadku kolizji lub awarii samochodu. Nie wiem czy pamiętacie, ale Aviva dawała kiedyś razem z ubezpieczeniem... szczepionkę na grypę. Polisy będą uzupełniane o różne gadżety, których zadaniem będzie przekonać klienta, by chciał zapłacić więcej, niż płacił w poprzednich latach. "Night Driver" to fajny bonusik, ale Aviva mogłaby już darować sobie ograniczenie terytorium świadczenia tej usługi do Warszawy (wynikające zapewne z tego, że tu się płaci wyższe składki). Jak już musieli ograniczać - to wyznacznikiem mógł być limit kilometrów. Kierunek marketingowych zabiegów Avivy jest na pewno dobry, ale wykonanie - bez pomyślunku. No i na koniec jeszcze jedna, drobna oczywista oczywistość: żaden gadżet nie skusi klienta do przedłużenia polisy jeśli firma nie pokaże się z dobrej strony przy likwidacji szkody. Chciałbym, żeby ludzie od wymyślania gadżetów w firmach ubezpieczeniowych o tym pamiętali.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpiecz u nich auto, to... odwiozą cię z nocnej imprezy do domu. Nowy trend w polisach?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 31 stycznia 2015 17:58
  • piątek, 30 stycznia 2015
    • Specjaliści od gry va banque: udzielają pożyczek na in vitro i... obiecują zarobek 9,5% rocznie

      Od czasu w blogu pochylam się nad różnymi sposobami na inwestowanie pieniędzy. Mądrymi, głupimi, bezpiecznymi, ryzykownymi - byle były jakoś-tam ciekawe lub nietypowe. Ostatnio wpadła mi w rączki propozycja zainwestowania moich lekko zarobionych pieniędzy. Jeśli czujecie, że jesteście w czepku urodzeni, czuwa nad Wami dobry duch, nigdy nie przegraliście w jack-pota, a w ogóle to gardzicie grami losowymi o charakterze niskobudżetowym, jak Lotto... Może mam coś dla Was ;-). Jak wiecie - było o tym już w blogu - ostatnio w wyścigu o nasze portfele uaktywniły się firmy windykacyjne i sprzedawcy szybkich pożyczek. Jak bowiem wiadomo Kruk krukowi oka nie wykole ;-). Jedni i drudzy potrzebują na gwałt gotówki, żeby mieć kapitał na wzrost skali działalności - w obu przypadkach rynek jest na takim etapie rozwoju, że za chwilę rentowność zanurkuje, a najmniejsi gracze będą musieli zginąć. Windykatorzy jeszcze niedawno kupowali stare długi od banków i firm telekomunikacyjnych po 5-7% ich wartości, a teraz muszą płacić nawet po 20% i więcej. Firmy pożyczkowe - zwłaszcza chwilówkowe - brały za pożyczki 30% w skali miesiąca i więcej, a teraz coraz częściej schodzą w okolice 20% i niżej. Kto jest mały i stoi pod ścianą, musi szybko urosnąć (bo oba biznesy są skalowalne). Banki niechętnie finansują maluchów, więc ci zapuszczają węża do naszych kieszeni, emitując obligacje oprocentowane kilka razy lepiej, niż depozyty bankowe.

      Wiem, że tego typu obligacje często rozchodzą się na pniu. Mam nadzieję, że klientom nie wydaje się, że kupują obligacje Orlenu :-). Ostatnio w jednym z blogów poświęconych obligacjom korporacyjnym (www.rynekobligacji.blogspot.com) zobaczyłem wieści o pierwszych dostępnych publicznie obligacjach firmy pożyczkowej Marka. Do wyjęcia 9,5% rocznie przez dwa lata, z dostawą odsetek co kwartał. Zapisy trwają jeszcze do 3 lutego. Każdy, kto dziś trzyma pieniądze na lokacie dającej góra 2,5% musi dostać ślinotoku na samą myśl o takim dochodzie. Ślinotok narasta, jeśli pomyślimy, że Rada Polityki Pieniężnej może jeszcze ściąć stopy procentowe i zysk z lokat bankowych raczej w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy nie pójdzie w górę. Przełykając nerwowo ślinę ustaliłem, że Marka ma siedzibę w Białymstoku, sporo punktów obsługi klienta głównie w północno-wschodniej części kraju i że działa w identycznym modelu biznesowym, jak znany wszystkim Provident - pożycza kasę z obsługą w domu lub z dostawą pieniędzy przelewem, ma 30.000 tysięcy klientów (Provident raportuje ponad 800.000 klientów).  Wśród ofert specjalnych Marka ma m.in... pożyczkę na finansowanie leczenia niepłodności metodą in vitro.

      A to ciekawe: Portfel obligacji korporacyjnych dla... przyszlego emeryta

      Marka nie jest gigantem, ale jest firmą giełdową. Jej akcje są notowane na rynku NewConnect. Inwestowanie w obligacje firmy pożyczkowej nie mającej silnej pozycji na rynku ogólnopolskim jest ryzykowne samo w sobie. Taka firma siłą rzeczy nie może pozwolić sobie na odrzucanie klientów w takim stopniu, jak rynkowi liderzy, a więc profil ich klienteli jest stosunkowo lichy. A jeśli jeszcze dodamy do tego pewne specyficzne ryzyka: nową ustawę antylichwiarską (ma obcinać pozaodsetkowe koszty pożyczek), upadłość konsumencką (sąd może pozwolić upadłemu nie spłacać wszystkich długów) oraz większą aktywność UOKiK w ściganiu lichwiarzy (w prospekcie informacyjnym mówi się też o ryzyku związanym z "negatywnym PR wokół spółki"), to widać, że z bezpieczeństwem bankowego depozytu te obligacje nie mają zbyt wiele wspólnego. Krótki przegląd top-menedżmentu w firmie też może zbić z tropu. Prezes zarządu podaje, że skończył liceum oraz "kursy z zakresu zarządzania". Przed Marką pracował na Ukrainie (sieć Euro Hotel System), a potem pomnażał kapitał jako udziałowiec lubelskiej firmy Best-Auto. W radzie nadzorczej poza kilkoma osobami z porządnym wykształceniem mamy absolwenta technikum elektrycznego oraz technika-mechanika. Ale może to nic złego? Gdyby postawić na czele firmy pożyczkowej prof. Balcerowicza, to nie wiem, czy znalazłby wspólny język z klientami :-).

      Czytaj też: Puścili z dymem dwuletnie zyski klientów. Zagrali obligacjami w kasynie

      Patrząc na finanse Marki też trudno wpaść w przekonanie, że to grupa menedżerów mających monopol na przeistaczanie kamienia w złoto. Jej historia była burzliwa. W 2013 r. firma miała 9 mln zł strat i prowadziła gruntowną restrukturyzację (m.in. cięcia kosztów i poprawa systemów oceny pożyczkobiorców). W zeszłym roku, według zapowiedzi, firma ma już być 2,5 mln zł nad kreską (po trzech kwartałach miała 1,9 mln zł zysku netto). Składając te wszystkie fakty mamy odpowiedź na pytanie o powód bardzo wysokiego oprocentowania obligacji firmy, oferowanych przez również niespecjalnie znane biuro maklerskie Ventus. To fajnie, że na rynku są możliwości lokowania pieniędzy na wysoki procent, bo dzięki temu wiele przedsięwzięć ma szansę się rozwinąć. Ale lokując w obligacje korporacyjne oprocentowane na 9,5% trzeba mieć świadomość, iż jest to inwestycja o poziomie ryzyka podobnym lub nawet wyższym, niż kupowanie akcji. Na pewno nie jest to alternatywa dla depozytu bankowego, raczej jako pomysł na inwestycje typu "va banque". Tak samo,jak z zapłodnieniem in vitro ;-)

    • Rząd nie chce pomóc? Trzy kowbojskie pomysły na uwolnienie ofiar polis likwidacyjnych

      Posiadacze polis inwestycyjnych wciąż czekają na systemowe rozwiązania dotyczące planów systematycznego inwestowania, w których zostali "uwięzieni". Dziś bowiem - choć tzw. opłaty likwidacyjne, nie pozwalające wycofać się ze źle zarządzanego planu inwestycyjnego, są przez sądy dość powszechnie unieważniane - polityka firm ubezpieczeniowych wobec klientów jest prowadzona według zasady "od Sasa do lasa". Aegon zapowiedział, że każdy klient, który zwróci się z żądaniem "uwolnienia", będzie mógł odejść bez płacenia odstępnego. Inne firmy czasem uwzględniają reklamacje klientów, a czasem odsyłają ich z kwitkiem, zmuszając do zapłacenia opłaty likwidacyjnej. A tym samym do walki o jej zwrot w sądzie (co zwykle jest zwykłą grą na czas, bo po wyroku pierwszej instancji, korzystnym dla klienta, firma nawet się nie odwołuje). Są też przypadki, w których firmy ubezpieczeniowe proponują klientowi zwrot jakiegoś procentu opłaty likwidacyjnej, a potem - kiedy pójdzie do sądu - klient, niejako "za karę", dostaje ofertę ugody na niższym poziomie. Panuje ogromne zamieszanie, którego wynikiem jest to, że najlepiej na sporze o polisy inwestycyjne zarabiają prawnicy.

      Czy to musi tak wyglądać? Ano nie musi, bo gdyby firmy ubezpieczeniowe, działające pod parasolem Polskiej Izby Ubezpieczeń, wypracowały jakiś standard przyzwoitego zachowania, to z jednej strony zostałoby z nich zdjęte odium hochsztaplerów i manipulantów, a z drugiej strony może łatwiej byłoby odbudować zaufanie klientów do planów oszczędzania. Bo zakładam, że na końcu tej drogi są jednak na tyle niskoprowizyjne plany inwestycyjne, atrakcyjne dla klientów i sprzedawane przez internet lub przez mniej pazernych, niż do tej pory, agentów, że nikt nie będzie chciał z nich uciekać. W tę stronę powinny iść firmy ubezpieczeniowe, a nie w stronę kombinowania jak by tu klienta zniechęcić do ucieczki metodami "terrorystycznymi", czyli szantażem typu: "bierz tyle, ile dajemy, albo nie dostaniesz nic". Co w takiej sytuacji zrobić? Oczywiście można wynająć prawnika i iść do sądu, mając dużą szansę na wywalczenie 100% opłaty likwidacyjnej razem z odsetkami. Ale wtedy trzeba zapłacić prawnikowi. A jeśli nie masz na to ochoty? Tutaj kilka rad o tym co zrobić z trefną polisą.

      Firmy ubezpieczeniowe nie kwapiły się do działania, więc do gry miała wejść ustawa, która dawałaby możliwość wycofania się z toksycznej polisy bez kosztów. Niestety, lobby ubezpieczeniowe wywalczyło wykreślenie z projektu ustawy zapisów dotyczących już istniejących polis. Zasady dotyczące nowo zawieranych umów będą bardzo restrykcyjne: większe obowiązki informacyjne dla firm sprzedających plany inwestycyjne, konieczność przeprowadzenia analizy potrzeb klienta takiej samej, jak przy zakupie akcji lub funduszy inwestycyjnych (mówi o tym unijna dyrektywa MIFiD), możliwość wycofania się klienta z umowy przez rok (gdyby zorientował się, że polisa inwestycyjna to nie jest to, czego potrzebował), obowiązek ratalnego wynagradzania agenta, który sprzedał polisę. No, jest tego sporo i tylko szkoda, że to dopiero projekt. I że możliwość wycofania się z umowy nie obejmie obecnych posiadaczy polis.

      Co z zamian dla "starych" klientów, o których ani prawo, ani instytucje nadzorcze i broniące praw konsumentów nie zadbały? Ministerstwo Finansów ma podobno nowy pomysł: żeby dać nowe kompetencje Rzecznikowi Ubezpieczonych. Mianowicie miałby on prowadzić coś w rodzaju postępowania arbitrażowego, w którym firma ubezpieczeniowa miałaby obowiązek uczestniczyć. Oczywiście, sądy arbitrażowe to żadna nowość, ale firmy ubezpieczeniowe rzadko zgadzają się na taki tryb rozwiązywania konfliktów, bo to zmniejsza ich szanse na ogolenie klienta. Teraz musiałyby się zgodzić na uczestnictwo w arbitrażu, a jeśliby odmówiły, to dokument o takiej odmowie byłby dołączany do akt sprawy w postępowaniu przed sądem cywilnym (o ile sprawa potem by tam trafiła). I sąd mógłby wziąć je pod uwagę, jako okoliczność obciążającą ubezpieczyciela.

      To na razie tylko pomysł i to chyba jeden z kilku, ale już widzę, że mi się niespecjalnie podoba. Po pierwsze: "obowiązkowy arbitraż" prowadzony przez instytucję zaangażowaną do tej pory po stronie klienta nie będzie nigdy miał autorytetu takiego, jak prawdziwie niezależny sąd arbitrażowy. A jeśli będzie można podważyć jego bezstronność, to jego rola w rozstrzyganiu sporów nie będzie duża. Być może tego rodzaju "obowiązkowy arbitraż" powinien być ulokowany przy jakimś niezależnym organie? A może trzeba byłoby dać swobodę wyboru jednego z istniejących sądów arbitrażowych? Po drugie: jeśli firmy ubezpieczeniowe dziś mają w nosie zapisy rejestru klauzul niedozwolonych UOKiK, to będą też miały w nosie obowiązek uczestnictwa w arbitrażu. Te chłopaki nie mają już nic do stracenia.

      Wydaje mi się, że ten pomysł to próba uspokojenia sumień przez urzędników, a nie koncept, który może realnie ułatwić życie posiadaczom polis. Ja to bym ustawił inaczej. Po pierwsze: sprawę by "załatwiło" uporządkowanie kwestii rejestru klauzul niedozwolonych. Dopóki klauzule nie będą uporządkowane, posegregowane, łatwo weryfikowalne, a firma "B" będzie twierdziła, że klauzula pochodząca z umów zawieranych z klientami przez firmę "A" jej nie obowiązuje - nie będzie dobrze. Po drugie: powinna być jednak ustawa, która zobowiązałaby firmy ubezpieczeniowe do umożliwienia każdemu klientowi zerwania umowy za darmo, bez konsekwencji. Nie ma wątpliwości, że opłaty likwidacyjne w wysokości do 100% wpłaconych przez klienta kwot, pobierane niezależnie od kosztów ponoszonych rzeczywiście przez firmy ubezpieczeniowe lub też w wyniku sztucznego "pompowania" tych kosztów (np. hojnego opłacania agentów) to bandytyzm i rozbój w biały dzień.

      Nadzieję na pomaganie klientom w unikaniu kłopotliwej i kosztownej drogi sądowej widzę też w trzecim instrumencie: drakońskich karach UOKiK, które powinny być warunkowe, uzależnione od tego w jaki sposób firma będzie się w sprawie opłat likwidacyjnych zachowywała wobec klientów. UOKiK już zaczął ostre strzelanie i mam nadzieję, że ma jeszcze amunicję. Jest to, niestety, rozwiązanie kowbojskie, ale afera z polisami inwestycyjnymi należy do takiej kategorii wagowej, że nie ma się co pieścić. Państwo, instytucje mające chronić konsumenta, nadzór finansowy wspólnie doprowadziły to tego, że powstała patologia, której konsekwencje ponoszą miliony podatników. Tak być nie powinno. Tworzenie prawa działającego wstecz zawsze jest jakoś-tam ryzykowne (może je zakwestionować Trybunał Konstytucyjny) i dwuznaczne moralnie, ale uważam, że w przypadku tego megaprzekrętu, jakim są opłaty likwidacyjne, nie ma już innego wyjścia. Niestety, niektóre polisy są tak sprytnie zrobione, że opłaty likwidacyjne nie mają tu żadnego znaczenia, bo i tak nie ma czego likwidować. Ale i w tej sprawie prawnicy mają skuteczne pomysły, o których pisałem niedawno.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Rząd nie chce pomóc? Trzy kowbojskie pomysły na uwolnienie ofiar polis likwidacyjnych”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 stycznia 2015 08:48
  • czwartek, 29 stycznia 2015
    • Polski bank pozazdrościł Szwajcarom. Od lutego każe dopłacać za oszczędności

      Ujemna stopa procentowa to nic miłego, zwłaszcza w kraju, w którym skłonność obywateli do oszczędzania jest mizerna, a pieniądze zwyczajowo trzyma się w banku, akceptując stosunkowo niski zysk w zamian za możliwie najniższe ryzyko. W Polsce do tej pory o ujemnym oprocentowaniu depozytów się nie mówi. Słyszymy, że jakiś niemiecki bank każe klientom dopłacać za trzymanie w nim pieniędzy, albo że w Szwajcarii banki pożyczają sobie kasę przy oprocentowaniu -1% w skali roku. Ale wciąż wydaje nam się, że to są bajki o żelaznym wilku i coś, co nas nigdy nie będzie dotyczyło. Już sam fakt, że zarabiamy na lokacie np. 2,5%, podczas gdy jeszcze trzy lata temu oprocentowanie wynosiło 6% w skali roku, uznajemy za skandal. Niestety, w Polsce mamy już przykład banku, który każe dopłacać klientom za trzymanie w nim oszczędności. I to nie byle jakiego banku. 

      Taką politykę stosować zamierza PKO BP, największy powiernik pieniędzy polskich ciułaczy. W PKO BP schowana jest co czwarta złotówka naszych oszczędności. Ten bank nigdy nie płacił szczególnie dużo za depozyty i konta oszczędnościowe, ale to, co zrobi już za kilka dni, czyli od 1 lutego, uznaję za jawne wypowiedzenie wojny posiadaczom oszczędności. Otóż PKO BP drastycznie ścina oprocentowanie swoich kont oszczędnościowych, zarówno tego standardowego, jak i "Konta oszczędnościowego Plus". Do tej pory klientom naliczano odsetki w tempie 1% w skali roku, co trudno uznać za szczególną atrakcję biorąc pod uwagę, że większość konkurentów płaci 1,5-2% (a w promocji "na start" nawet 3%, jak w ING, albo 3,3%, jak w Banku Millennium). Teraz jednak oprocentowanie skurczy się do jedynych 0,3%. I to brutto, czyli przed opodatkowaniem "Belką". Marnizna.

      Byłbym skłonny przyjąć tę "zniewagę" do wiadomości i poskromić się od złośliwego komentarza (ani to pierwszy, ani ostatni bank, który obniża swoje stawki do żałosnego poziomu), gdyby nie fakt, że PKO BP jednocześnie jest jedynym znanym mi bankiem, który pobiera od klientów... abonament za posiadanie konta oszczędnościowego. Nie jest on wysoki, raptem 1 zł miesięcznie, ale i tak jest to dziwactwo na polskim rynku finansowym. Konkurenci, owszem, miewają wysokie opłaty za przelewanie pieniędzy z kont oszczędnościowych na ROR (drugi przelew tego typu w każdym miesiącu kosztuje zwykle 5-9 zł), ale nie każą sobie płacić za samo prowadzenie konta oszczędnościowego. Nawet jeśli za ROR pobierają prowizje, to podstawowy instrument służący do oszczędzania przez klientów pieniędzy starają się chronić przed opłatami. Wiedzą, że to dodatkowo zniechęciłoby ludzi do odkładania pieniędzy.

      Zmiany oprocentowania proponowane od lutego przez PKO BP w powiązaniu z opłatą abonamentową oznaczają, że duża część posiadaczy konta oszczędnościowego nie tylko nie dostanie żadnych odsetek, ale wręcz będzie musiała dopłacać bankowi za posiadanie pieniędzy. Mając na koncie oszczędnościowym 1000 zł klient dostanie po miesiącu 0,25 zł odsetek, od czego bank odciągnie jeszcze 0,05 zł podatku Belki. Na czysto zostanie 0,2 zł. A opłata za prowadzenie rachunku oszczędnościowego wyniesie 1 zł. De facto oznacza to, że klient będzie "cieszył się" ujemną stopą oprocentowania swoich oszczędności. Co miesiąc będzie mu ubywało 0,8 zł, a w skali roku - jakieś 10 zł. Poziom, przy którym klient przestaje dopłacać do interesu, trzymając pieniądze na koncie oszczędnościowym w PKO BP, wynosi 5.000 zł. Dopiero przy takim saldzie dopisane odsetki minus pobrany podatek zrównoważą się z abonamentem za posiadanie konta. Bank wspaniałomyślnie zaznacza w taryfie opłat i prowizji, że jednozłotowa "opłata nie jest pobierana jeżeli saldo rachunku jest niższe niż wymagana kwota opłaty". A więc od prawie-zera ujemnego procentu nie naliczą. Ufff, co za ulga... Szkoda, że taką politykę prowadzi bank, który np. bardzo fajnie potrafi zachęcić do oszczędzania pieniędzy najmłodszych posiadaczy kont bankowych. Kiedy taki maluch dorośnie, z oszczędzaniem w PKO BP ma już pod górkę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Polski bank pozazdrościł Szwajcarom. Od lutego każe dopłacać za oszczędności”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 stycznia 2015 08:36
  • środa, 28 stycznia 2015
    • Co dziś wiemy o pomaganiu frankowiczom? Przewalutowania (chyba) nie będzie. Co będzie?

      Rząd nie zamierza ani zmuszać, ani nakłaniać banków do przewalutowania kredytów frankowych na złote po preferencyjnym dla kredytobiorców kursie. Co najwyżej spróbuje nakłonić bankowców, żeby w wypadku zmiany waluty kredytu nie pobierały od klientów spreadu. To podstawowy wniosek z szumnie zapowiadanej konferencji prasowej wicepremiera Janusza Piechocińskiego, na której miały być zaprezentowane propozycje rządu dla frankowiczów. Poza tym ma być wprowadzony pakiet różnych działań dla osób, które nie dają już rady spłacać rat (wakacje kredytowe, czasowe zamrożenie wysokości rat, kryzysowe dopłaty z BGK) oraz jakieś rozwiązania na współpłacenie klientów i banków w sytuacji, gdyby frank jeszcze bardziej podrożał. Trudno jednak wyciągać jakieś wnioski, bo było to dość dziwne wystąpienie. Zapowiadano je niemal jak przybycie Mesjasza, a tymczasem okazało się, że usłyszeliśmy zestaw rzeczy, o które wicepremier chciałby grzecznie poprosić swoich kolegów z rządu oraz bankowców. Żadnych konkretów, projektów ustaw, ani zaprezentowanych na liczbach rozwiązań. Ot, wpisy z książki skarg i wniosków. Nie wiedziałem, że Mesjasz (no dobra, wiceMesjasz) aż tak mało może ;-). 

      Rozmawiałem z kilkoma zaprzyjaźnionymi frankowiczami (z tej grupy, która nie jest przesadnie zachwycona swoją sytuacją) i wiem, że czują się zawiedzeni. Cóż, balon oczekiwań był mocno napompowany. Tymczasem wicepremier ani słowem nie zająknął się na temat przyjęcia przez rząd propozycji zgłoszonej półgębkiem w radiowej "Trójce" przez Andrzeja Jakubiaka, szefa nadzoru bankowego. Mowa o opcji przewalutowania klientom kredytów frankowych po kursie z dnia ich zaciągnięcia w zamian za rekompensaty wypłacane przez klientów bankom. Ta opcja wywołała istną euforię wśród frankowiczów, choć wcale nie jest pewne, czy byłaby dla nich zbawieniem (pozbycie się wszystkich oszczędności z tytułu niższych rat płaconych w przeszłości i zamiana kredytu na wyżej oprocentowany złotowy to główne wady tego rozwiązania). Tymczasem wygląda na to, że po przeprowadzeniu koniecznych wyliczeń okazało się, iż byłoby to zbyt drogie rozwiązanie. Kto spodziewał się, że rząd wesprze pomysł Jakubiaka i zapowie przygotowania stosownego projektu ustawy - muszą być zawiedzeni.

      To chyba dobry moment, żeby ustalić co dziś wiemy o planach wspierania kredytobiorców frankowych. Oczywiście: większość z nich to nieźle sytuowani członkowie tzw. klasy średniej, którzy jakoś przełkną wyższą ratę. A jeśli coś ich denerwuje, to przede wszystkim rosnący kapitał do spłaty. Nie zmienia to faktu, iż o ich sprawie warto rozmawiać, bo - nie ma co kryć - są posiadaczami czegoś, co w świetle ostatnich wydarzeń coraz mniej przypomina kredyt, a coraz bardziej rosyjską ruletkę. I zarazem czegoś, co można skutecznie zakwestionować w sądzie. Ugodowa próba ustalenia zasad współodpowiedzialności obu stron za ponadstandardowy wzrost ryzyka kursowego jest dziś jeszcze bardziej potrzebna, niż wiele miesięcy wcześniej, kiedy zgłaszałem taki postulat po raz pierwszy. Niezależnie od tego warto pamiętać, że przy kursie franka powyżej 4 zł trzeba się liczyć z wykwitem kilkudziesięciu tysięcy bankrutów, rekrutujących się przede wszystkim z tej grupy klientów, którzy kredyt we frankach otrzymali dlatego, że na złotowy nie mieli zdolności kredytowej. Kto i co im obiecał.

      ZWIĄZEK BANKÓW: UJMĄ LIBOR, ZMNIEJSZĄ WIDŁY, PRZYMKNĄ OKO. Związek Banków Polskich słusznie zarekomendował - a Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zażądał - by banki uwzględniły w oprocentowaniu kredytów ujemny LIBOR oraz ścięły spread. Są banki, jak ING, które w ogóle zrezygnowały ze spreadu, ale są i takie, które w tej sprawie milczą. Pewne jest to, że jeśli banki w pełni pójdą klientom na rękę, to przy obecnym poziomie LIBOR-u (minus 0,9%) i kursie franka na poziomie 4,1 zł wzrost rat będzie niewielki lub wręcz żaden. Dla branży bankowej oznacza to obniżenie rentowności kredytów frankowych, ale to jest właśnie pierwszy aspekt współpłacenia przez banki za fakap frankowy. Banki zadeklarowały też, że przymkną oko na niższą wartość nieruchomości, niż kredytów i że będą rozkładać na dłuższy okres dług klientom nie radzącym sobie ze spłatą kredytów (tu akurat łaski nie robią, bo to standardowe działania przy restrukturyzacji długów). Są to wszystko pomysły przejściowe, doraźne, nie leczące przyczyn fakapu, a jedynie chwilowo uśmierzające ból. Za kilka miesięcy banki zapewne po cichu zaczną się wycofywać z preferencji. I będzie kaszanka.

      MINISTER FINANSÓW: ULŻY W UMORZENIU. Banki umarzające klientom część kredytów w sytuacji, gdy będzie to jedyna opcja, tzw.mniejsze zło, nie będą musiały wystawiać tym klientom PIT-ów świadczących o tym, że kwota umorzenia jest ich - uwaga - przychodem. Klient nie dostał do ręki ani grosza, ale podatek musiał zapłacić. Pomysł ministra Mateusza Szczurka, by to zmienić, jest zdecydowanie logiczny. Zwłaszcza, że nowe zasady mają dotyczyć zarówno kredytów frankowych, jak i zlotowych. Wielokrotnie próbowałem wywalczyć takie rozwiązanie dla czytelników, którym w ramach ugody banki umorzyły część zadłużenia, ale udawało się bardzo rzadko (bank w takiej sytuacji brał podatek od umorzenia "na klatę"). Brak podatku od umorzenia części długu w powiązaniu z nową ustawą o upadłości konsumenckiej (jako batem na bankowców, którzy nie będą chcieli zawrzeć ugody dobrowolnie) dałyby całkiem przyjemny pakiet do negocjowania z bankami redukcji zadłużenia, ale tylko przez klientów, którzy są w najgorszej sytuacji. Podstawowe moje pytanie brzmi: kiedy? Kiedy to będzie pakiet, z którego będzie można w praktyce skorzystać? 

      WICEPREMIER: POPROSI BANKI O WSPÓŁPŁACENIE: Pomysły zgłoszone przez wicepremiera albo powielają to, co już zostało "przyklepane" przez banki (czyli akceptowanie przez banki ujemnego LIBOR-u i obniżenie spreadu), albo odnoszą się do przyszłości (np. sprawienie, by kredyt hipoteczny obciążał klienta tylko do wartości nieruchomości, tak jak jest w USA), albo są żywcem wzięte z podręczników opowiadających o tym jak bank powinien podejść do klienta stojącego na krawędzi bankructwa (zamrożenie rat i zrolowanie ich w przyszłość, wakacje kredytowe nawet do trzech lat, tani "kryzysowy" kredyt z BGK). Jedyne, co jest w nich nowe i miłe memu sercu, to propozycja współpłacenia przez klientów i banki w przypadku wysokiego kursu franka. Piechociński chciałby wprowadzić m.in. ograniczenie odpowiedzialności klienta za ryzyko kursowe. To byłoby rozwiązanie podobne do tego, które obowiązywało w zeszłym roku w Serbii. Podpisuję się pod nim - to jest dokładnie to, co proponowałem od wielu miesięcy. Kłopot w tym, że pomysł Piechocińskiego ma status "rekomendacji".  Czyli "opowieści przy herbatce u cioci na imieninach". Poproszę o konkrety ogłoszone przez kogoś, kto ma moc sprawczą większą, niż ogłoszenie "rekomendacji".

      MBANK I MILLENNIUM: POZWOLĄ ZAMIENIĆ MIESZKANIE. Dwa banki ogłosiły, że oprócz uwzględniania ujemnego LIBOR-u i ścięcia spreadu (obie rzeczy zapewne tylko "w promocji", nie na stałe) zrobią ukłon w kierunku osób, które spłacają swój kredyt, ale czują się "uwięzione" w nieruchomości. Mają np, małe mieszkanko, w którym są w czwórką dzieci i chciałyby się przenieść do innego. Banki do tej pory mówiły: "Spłać kredyt i weź nowy, inaczej się nie da". Sęk w tym, że kredytu frankowego na obecnych warunkach nie można spłacić nie dyskontując przy okazji gigantycznego wzrostu zadłużenia (który do tego momentu jest czysto księgowy, papierowy). Teraz ma być inaczej. Jeśli zadłużony we frankach klient znajdzie chętnego, będzie mógł zamienić swoje mieszkanie na większe lub położone w lepszej lokalizacji. Bank zdejmie hipotekę z dotychczas zajmowanego mieszkania i obejmie nią mieszkanie kupione w ramach zamiany. Jeśli klient będzie zamieniał mieszkanie na droższe, będzie musiał dopłacić z własnych oszczędności - bank nic nie skredytuje, ani nie pożyczy. Główną jego przysługą będzie przeniesienie hipoteki z jednego mieszkania na drugie przy nie zmienionej wartości kredytu.

      Bardzo mi się podoba ten pomysł bankowców i liczę na jego upowszechnienie. Myślę, że teraz już mogę ujawnić, iż wiele miesięcy temu rozmawiałem o tym nieoficjalnie - poproszony o najgłębszą dyskrecję - z szefami mBanku. Ale wtedy niestety okazało się, że "tak się nie da". Możliwość "uwolnienia się" od nieruchomości kupionej na kredyt we frankach i zamiany jej na inną pozwala klientowi banku patrzeć z dużo większym spokojem na saldo zadłużenia zmieniające się jak na roller-coasterze i zmiany kursu "szwajcara". Nie ma przymusu przewalutowania kredytu, czyli ponownego wchodzenia do kasyna. mBank, który wciąż "odchorowuje" aferę z "Nabitymi" znów zdobywa punkty jako bank, który jednak potrafi grać fair.

      nabicinieumieja

      Oczywiście nie można wykluczyć, że frankowicze najbardziej pomogą sobie sami, czyli po prostu pójdą na wojnę sądową z bankami i ją wygrają. Kto czytał blog rano wie, że jest kilka argumentów prawnych przemawiających za możliwością uznania czy to poszczególnych klauzul kredytów frankowych, czy to wręcz całych umów za niewiążące dla klienta. Inna sprawa, że procesy zbiorowe potrwają minimum trzy lata, co oznacza, że wszyscy będą mieli aż nadto dużo czasu, żeby się ostatecznie ugodzić. Im niższy będzie kurs franka, tym skłonność do zawierania ugód będzie większa. Bankowcy prawdopodobnie nie będą się dziś przejmowali pozwami grupowymi, próbując raczej zagrać na czas i przeczekać złe czasy.  

    • Oto pięć patentów na unieważnienie kredytu we frankach. Tylko czy zadziałają?

      Dziś prawdopodobnie wicepremier Janusz Piechociński ogłosi rządowy pomysł na pomaganie kredytobiorcom frankowym. Zapewne będzie on podobny do tego, który spontanicznie zapowiedział w radiu Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Finansowego - że trzeba umożliwić kredytobiorcom "odkręcenie" kredytu walutowego po kursie, przy którym się zadłużyli i "ukarać" ich koniecznością dopłaty do kosztów kredytu złotowego za cały dotychczasowy okres spłaty. Klient zostawałby więc bez oszczędności (pozbawiony zysku z niższych rat zapłaconych w przeszłości), z kredytem złotowym o wyższym oprocentowaniu oraz o wyższej racie, niż dotychczasowy kredyt frankowy. Po dodatniej stronie bilansu jest to, że byłby też bez psującego nastrój ogromnego długu (czyli przyszłych rat przeliczanych po obecnym kursie franka) oraz z możliwością sprzedaży mieszkania (kredyt w złotych nadaje się do zrefinansowania, a frankowy - nie). Przypominam, że jest też na stole propozycja największej partii opozycyjnej PiS, która chciałaby anulować ostatni wzrost kursu franka.

      Plan zacny, acz oznacza, że banki muszą pokryć cały koszt ryzyka walutowego, które dotąd przerzucały na klientów. Musiałyby przyjąć od klientów 27 mld franków (tyle wynosi saldo naszego zadłużenia) po średnim kursie np. 2,8 zł (w zależności od tego kiedy dany klient podpisywał umowę), a następnie "zamknąć pozycję" frankową po kursie np. 4,3 zł (czyli zwrócić finansowanie, które pozwoliło bankom udzielić kredytów). Dziura, według różnych szacunków, może wynieść od 34 mld zł do nawet 100 mld zł. Pojawiają się trzy pytania. 1. Jak zmusić banki, by wyskoczyły z takiej kasy? 2. Czy to nie przyniosłoby zbyt ciężkich skutków ubocznych dla całej reszty Polaków, w postaci np. ograniczenia kredytów (to oznaczałoby m.in. wzrost bezrobocia) lub upadłości banków (lub konieczności ich ratowania z funduszy publicznych)? Golenie banków na Węgrzech przez rząd Orbana (największego frankowego szczęściarza ever ;-)) wpędziło ten kraj w recesję (poprzez kurczenie się akcji kredytowej. 3. Czy to byłoby sprawiedliwe społecznie: mamy w Polsce 2,2 mln osób mających zaległości płatnicze (z tego zapewne kilkaset tysięcy będących w pętli zadłużenia), którym banki jakoś nie pomagają.

      W sprawie pierwszego z tych dylematów niewykluczone, że rozwiązanie przyniesie życie, a konkretnie - prawnicy. Kancelarie takie jak np. poznańska firma prawnicza Komarnicki i Korpalska już zbierają frankowych kredytobiorców, by pozywać banki zbiorowo. Wiadomo, że jest to droga długa i ciernista, ale skoro w USA najwięcej zarabia się na procesach zbiorowych, to dlaczego polscy prawnicy mieliby być gorsi? ;-)). Być może te procesy będą tylko żyłą złota dla prawników, ale... jeśli uda się skutecznie podważyć legalność kredytów walutowych, to banki mogą zwiększyć swoje zainteresowanie zamknięciem sprawy - np. poprzez przyjęcie rozwiązań proponowanych luźno przez przewodniczącego Jakubiaka. O ile oczywiście groźba wypłacania odszkodowań i zadośćuczynień dla klientów byłaby odpowiednio realna, zaś kwoty sankcji - odpowiednio wysokie. Są prawnicy, którzy twierdzą, że podważenie legalności kredytu walutowego to bułka z masłem i da się w sądzie doprowadzić do jego unieważnienia lub przynajmniej przewalutowania po kursie z dnia wzięcia kredytu. Jednym z nich jest Barbara Garlacz z kancelarii Harvest Legal House, specjalizującej się w zagadnieniach dotyczących rynku finansowego i kapitałowego. Według niej jest pięć powodów, dla których warto iść z kredytem walutowym do sądu i żądać od banku, żeby za wszystko zapłacił, a zwłaszcza za zniewagi, których kredytobiorca doznaje z powodu wysokiego kursu franka. Po kolei pozwolę sobie je omówić i skomentować.

      Po pierwsze: nawet jeśli banki miały franki, to co z tego? Mec. Garlacz uważa, że fakt, iż banki twierdzą, iż prawidłowo zabezpieczały swoje tzw. pozycje walutowe, że miały zabezpieczenie denominowane we frankach szwajcarskich, wcale nie oznacza, że kredyt klienta można z definicji uważać za "frankowy". Bo bilans banku nie ma nic wspólnego z analizą zgodności z prawem umowy kredytowej. Nawet jeśli banki miały franki, to nie oznacza, że udzieliły kredytu frankowego. Prawniczka pisze zresztą, że w Polsce i na Węgrzech banki udzielające kredytów we frankach nie zabezpieczały swoich pozycji kredytowych faktycznym przepływami franków, a instrumentami pozabilansowymi. To fakt, choć nie wszystkie banki finansowały sie SWAP-ami, część miała i ma finansowanie w obligacjach albo liniach kredytowych z zagranicy. A o tych instytucjach, które finansowały się SWAP-ami, też nie można powiedzieć, że uskuteczniały jakąś szczególną magię. CIRS (czyli rodzaj SWAP-a stosowany przez banki) podobno wygląda tak, że bank w Polsce "pożycza" franki od banku we Francji, czy Włoszech, a bank na Zachodzie "przyjmuje" pożyczkę w złotych od polskiego banku. Strony wymieniają się tylko odsetkami od wymienionych ze sobą pożyczek, a po jakimś czasie oddają sobie kwoty główne. Potem polski bank idzie szukać kolejnego SWAP-a, żeby nie zostać bez franeczków. Można się przyczepić, że w tym przypadku franki fizycznie nie przepływają, ale w XXI wieku mało co w branży finansowej fizycznie przepływa. Większe pretensje miałbym do banków o to, że dawały kredyty we frankach osobom bez zdolności kredytowej w złotych, niż o to, że pożyczały "we frankach" na podstawie "fikcyjnych" franków. 

      Po drugie: banki udostępniły klientom złote, więc nie mają prawa rozliczać się z nimi we frankach. Mec. Garlacz zwraca uwagę, że zgodnie z definicją ustawową kredyt to "udostępniona do dyspozycji kredytobiorcy określona kwota środków pieniężnych". Skoro przepływały złotówki, a nie franki, to oznacza, że kredyt frankowy nie został klientowi nigdy udostępniony. A więc nie ma powodów, żeby go zwracać. Ten argument jest już znacznie mocniejszy, ale... odnoszę wrażenie, że dotyczy przede wszystkim kredytów indeksowanych do franka, a nie denominowanych we franku. Bo w kredytach denominowanych klient ma wpisany w umowie dług we frankach, nie w złotych. Owszem, na mocy dodatkowych ustaleń dostał złotówki i spłaca złotówki (oficjalnie po to, żeby było wygodniej, a naprawdę po to, żeby bank dodatkowo zarobił na spreadzie), ale kredyt w papierach jest we frankach. Ba, część klientów nawet przynosi do banku franki, które kupili w kantorze (pozwala na to ustawa antyspreadowa). Gdzie tu więc pozorność? Co innego jeśli chodzi o kredyty indeksowane do kursu franka, w których dług klienta jest wyrażony w złotych i dopiero na mocy dodatkowych ustaleń z bankiem przeliczany na franki. Tu można się zastanawiać czy frank nie jest aby tylko bytem pozornym, choć - wracając do punktu poprzedniego - bank zabezpiecza tę "pozycję walutową" tak samo, jak przy kredytach denominowanych we frankach - nie pozornie, lecz realnie. Tym niemniej w przypadku kredytów indeksowanych do franka (oraz jeszcze innej kategorii - kredytów waloryzowanych kursem franka) argument mec. Garlacz może być twardym orzechem do zgryzienia przez sąd.

      Po trzecie: sądy już potwierdziły, że klauzule indeksacyjne są bezskuteczna. Sąd antymonopolowy wpisał do rejestru klauzul zakazanych zapis z umów podsuwanych klientom przez Bank Millennium, dotyczący sposobu ustalania kursu walutowego. Podobna klauzula została zakwestionowana przez sąd antymonopolowy w przypadku mBanku. Mec. Garlacz odwołuje się tez do omawianego przeze mnie niedawno wyroku sądu w Szczecinie, który uznał, że bank nieprecyzyjnie określił zasady przeliczania walut. De facto kwestia dotyczy braku konkretnych zasad ustalania kursu (bank napisał, że zobowiązania klienta będą przeliczane na podstawie tabeli, którą codziennie ów bank "powiesi" w internecie, ale według jakich zasad te tabele będą ustalane - nie napisał). W związku z tym sąd unieważnił bankowy tytuł egzekucyjny, na podstawie którego bank chciał egzekwować pieniądze od klientki nie spłacającej terminowo rat. Sąd nie powiedział w jaki sposób bank ma "wycenić" swoją wierzytelność, powiedział jedynie, że kwota żądana przez bank jest wzięta "z palca". Na tej podstawie mec. Garlacz uważa, że można sądownie wykasować z umowy każdą nieprecyzyjną klauzulę indeksacyjną i tym samym "przerobić" kredyt na złotowy. W sprawie o spread (a tym samym o indeksację) toczy się już proces zbiorowy ponad 2000 klientów Banku Millennium (jest dopiero we wstępnej fazie). Zła wiadomość jest taka, że nieco podobną sprawę przegrał prawomocnie mBank z grupą 1247 "Nabitych' (tu chodziło o nieprecyzyjną klauzulę pozwalającą na zmianę oprocentowania), ale nic nikomu nie zamierza płacić. Jego prawnicy nie uznają za legalną sytuacji, w której sąd "kastruje" umowę o zmiennym oprocentowaniu z klauzuli określającej zasady zmiany oprocentowania i nie wstawia nic w zamian. Chociaż od razu trzeba dodać, że w kilku sprawach indywidualnych, wytoczonych bankowi przez klientów nie biorących udziału w pozwie grupowym, sąd nie miał problemu z wyznaczeniem lub zaakceptowaniem konkretnej rekompensaty klientom.

      Po czwarte: czy kredyt z ruchomym kapitałem jest jeszcze kredytem. Mec. Garlacz twierdzi, że potencjalnie stawką w grze może być wręcz unieważnienie unieważnienie całej umowy - czyli jeśli bank udostępnił kwotę 300.000 zł, a klient do tej pory spłacił 140.000 (w tym większość to odsetki), to jego dług wobec banku wynosi tylko 160.000 zł. Wszystkie odsetki są anulowane, bo umowy nie ma. Klient ma tylko oddać 160.000 zł i strony są rozliczone. Nie znam żadnego wyroku - ani prawomocnego, ani nieprawomocnego - w którym sąd przełożyłby unieważnienie jednej klauzuli - np. indeksacyjnej - na unieważnienie całej umowy. Przeciwnie, w orzecznictwie jest dość solidnie umotywowany pogląd, że wykasowanie niezgodnej z prawem klauzuli nie oznacza, że nie ma całej umowy, ale że gumką-myszką wycieramy tylko konkretny zapis. Ale mec. Garlacz podsuwa też drugi argument: kredyt, w którym kapitał do spłaty jest zmienny i ostatecznie trudny do określenia przez klienta, może w ogóle nie być kredytem. Bo skoro bank - jak mówi prawo - stawia klientowi do dyspozycji określoną kwotę pieniędzy, to klient powinien znać tę kwotę. A przy kredycie walutowym okazuje się, że kredyt raz jest wart 300.000 zł, a raz 600.000 zł. To też może być argument znacznie bardziej skuteczny przy kredytach indeksowanych do franka, niż przy denominowanych w tej walucie. 

      Po piąte: to nie jest kredyt, tylko kredyto-inwestycja. Mec.Garlacz przypomina, że unijny Trybunał Sprawiedliwości wkrótce odpowie na pytanie prejudycjalne postawione przez sąd węgierski, czy wbudowana w umowę kredytu klauzula indeksacyjna jest instrumentem finansowym działającym pod dyrektywą MIFID. "Jeśli Trybunał wypowie się pozytywnie, a są ku temu racjonalne podstawy, oznaczać to będzie, że oferując kredyt z taką klauzulą banki miały obowiązek szerokiego informowania o ryzyku walutowym oraz sprawdzenia m.in. czy klient zarabia w walucie szwajcarskiej" - pisze prawniczka kancelarii Harvest Legal House. Ma rację - takie orzeczenie (a w zasadzie tylko odpowiedź na pytanie) to byłby hit. De facto oznaczałoby to, że unijny Trybunał Sprawiedliwości uważa, iż kredyt walutowy jest nie tylko kredytem, ale i zakładem o wartość waluty, a więc czymś w rodzaju kredyto-inwestycji. A tak się składa, że zaoferowanie klientowi każdego produktu inwestycyjnego obwarowane jest koniecznością przeprowadzenia badania profilu ryzyka klienta, sprawdzenia czy nadaje się do gry na walutach i przekazania mu znacznie szerszych informacji o ryzyku. Oczywiście ani jeden klient kredytu walutowego takiej procedury - wynikającej z dyrektywy MIFiD - nie przeszedł. Gdyby okazało się, że powinien, banki mogłyby się spodziewać ciężkich konsekwencji. Ale czy karą w takim wypadku byłoby rozwiązanie umów kredytowych lub obowiązek ich przewalutowania na koszt banku? To sprawa otwarta. Na razie Trybunał zagrzmiał dwa razy, ale za każdym razem tak, że bankowcom w Polsce majtki pospadały z wrażenia.

      To już koniec argumentów prawniczki Harvest Legal House w kwestii kredytów walutowych i możliwości ich zakwestionowania. Jeśli macie pytania, piszcie do mec. Garlacz (na adres frankowicze@harvestlaw.pl). Od siebie dodałbym jeszcze może jeden argument: "nadzwyczajną zmianę stosunków" pod którą można by podciągnąć szaleństwo kursu franka. Ale od razu sam siebie skontruję kontrargumentem, że jeszcze nigdy sąd w Polsce nie orzekł - a sporo takich spraw już było, np. przy okazji słynnych opcji walutowych. Jak widzicie, staram się - jako adwokat diabła, stymulator dyskusji i Wasz codzienny zapładniacz intelektualny - każdy z argumentów zderzyć z kontrargumentem, abyśmy mieli świadomość, że to wszystko nie jest takie proste. Tak, jak nie jest proste ustalenie odpowiedzialnych za frankowe problemy 550.000 rodzin. Banki mają dużo za uszami - zwłaszcza w sytuacji, w której oferowały kredyt we frankach osobom, które nie miały zdolności kredytowej dla pożyczki w złotych - ale przerzucanie 100% odpowiedzialności na nie też nie byłoby uczciwe. Także wobec klientów-kredytobiorców złotowych, którzy nie dali się skusić ratą niższą o 30-40%, kupili mniejsze mieszkanie w gorszej lokalizacji na kredyt w złotych i przez lata musieli płacić wyższe raty.

      Skoro wszyscy - mówię o frankowych kredytobiorcach - obudziliśmy się dziś z ręką w nocniku, to wszyscy powinniśmy solidarnie połknąć tę żabę. Część kosztów i ryzyka ewentualnego przyszłego szalonego wzrostu wartości waluty powinien zostawić u siebie klient (bo za własne decyzje trzeba ponosić odpowiedzialność), część powinien wziąć bank (bo zaoferował potencjalnie toksyczny produkt), a państwo powinno temu układowi patronować (bo w porę, za pośrednictwem swoich urzędników, nie zatrzymało mody na franka) i wypracować instrumenty umożliwiające pomoc klientom "uwięzionym" w nieruchomościach, gdyby znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. Bo 30 lat "aresztu domowego" na 40 metrach z czwórką dzieci na głowie... no, nawet za morderstwo się tak długo nie "siedzi".

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu co najmniej 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 26.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)
      Jak inwestować i pomnażać

      SUBIEKTYWNE POSTANOWIENIE NOWOROCZNE. Idealny upominek to taki, który z jednej strony cieszy oko dającego i przyjmującego tenże, a z drugiej - pozwala żyć lepiej, efektywniej lub przyjemniej - czyli na coś się przyda. Oba te warunki spełniają moje książki, które polecam Wam jako pomysły na upominek wspierający postanowienia noworoczne. Jeśli chcielibyście przekazać komuś bliskiemu wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - kupcie mu poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku

      SUBSKRYBUJ KANAŁ "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach jest na Facebooku, Twitterze, jest też w Google+ oraz na Instagramie. Zaś subiektywne wideofelietony pojawiają się w blogowym kanale na Youtube. Zasubskrybuj, żeby nie przeszedł ci obok nosa żaden film. W najnowszym odwiedzam najdziwniejszą placówkę bankową. To rodzaj bankowej klubokawiarni, która łączy funkcje bankowe z kawowymi oraz z oferowaniem klientom wygodnego miejsca do pracy i spotkań z kontrahentami. Kto nie może być tam osobiście, niech obejrzy wideorelację z przedpremierowej wizyty w tym zadziwiającym miejscu (na moim kanale w Youtube jest też dłuższe sprawozdanie).

  • wtorek, 27 stycznia 2015
    • Poznajcie największych przegranych ujemnego LIBOR-u. Im bank nie musi nic obniżać

      Banki ostatecznie ugięły się pod ciężarem żądań klientów, lawiną krytyki mediów (mam nadzieję, że pamiętacie, iż Wasz ulubiony bloger jako pierwszy wszczął w tej sprawie lament) oraz nacisków regulatorów. I zadeklarowały uwzględnienie w oprocentowaniu frankowych kredytów ujemnej stawki LIBOR. Dzięki temu wzrost kursu franka będzie w dużej części zrekompensowany spadkiem oprocentowania kredytu. Zanim odtrąbię ostateczne zwycięstwo wolałbym mieć pewność, że banki nie będą czynić żadnych kombinacji, wykonując swoją obietnicę, ale wierzę, że tak się właśnie stanie. Choć nie ma co kryć, że z punktu widzenia banków jest to bolesna decyzja, skutkująca prawdopodobnie dopłacaniem do dużej części kredytów (możecie wyjąć chusteczki i uronić lezkę). Przy marży na poziomie 1% (a kredyty z takim narzutem na cenę pieniądza nie były rzadkością w bankach) i stawce LIBOR na poziomie minus 0,75%, mamy zysk banku de facto tylko 0,25%. Nie wiem ile banki płacą za franki służące do finansowania tych kredytów, ale pewnie w niejednym przypadku jest to więcej (choć przecież przy ujemnej stopie procentowej pewnie z czasem pożyczanie franków będzie się polskim bankom opłacało (można schować chusteczki i wysmarkać nosy ;-)).

      Ale jest pewna grupa klientów, którzy mają bardziej przerąbane, niż pozostali. W ich przypadku bank nic nie musi, a jeśli nie zechce wykazać aktu łaski, to będzie miał w portfelu najbardziej rentowne kredyty świata (przynajmniej we frankach). Tą grupą są posiadacze kredytów, których oprocentowanie jest ustalane na podstawie decyzji zarządu banku, a nie według stawki LIBOR powiększonej o marżę. Takie kredyty były udzielane kiedyś przez mBank, Multibank, Raiffeisena, Santander Bank i jeszcze kilka. Słynne stały się w związku z konfliktem mBanku z grupą 1247 kredytobiorców, zwanych "Nabitymi". Ponieważ poczuli oni, że są robieni w trąbę przy zmianach oprocentowania, poszli do sądu i prawomocnie udowodnili, że bank zapisał w ich kredytach nielegalną klauzulę. Nie bardzo wiadomo co z tego miałoby wynikać, bo bank domaga się od sądów wyznaczenia innych zasad obliczania oprocentowania, zaś klienci uważają, że bank powinien sprowadzić oprocentowanie do poziomu z początku umowy (czyli anulować wstecz wszystkie podwyżki, tak jak musiały zrobić banki na Węgrzech). Dziś, kiedy LIBOR spadł do minus 0,75%, "Nabici w mBank" mogą czuć się podwójnie nabici.

      "Panie Macieju, jestem wiernym czytelnikiem Pana blogu i jednym z "Nabitych w mBank" (oryginalnie w MultiBank). Nasze staroportfelowe grono oczywiście jest kroplą w morzu "franciszkanów", ale bardzo mnie niepokoi, że w zasadzie nie pojawia się w obecnej dyskusji. Tymczasem oficjalne wypowiedzi przedstawicieli mBanku, świadczą, że planuje on z pełną bezwzględnością po raz kolejny pozostawić "Nabitych" na lodzie"

      - e-maile o takiej lub podobnej treści dostałem kilka dni temu od kilku osób posiadających w mBanku kredyty z oprocentowaniem uzależnionym od decyzji zarządu. Niestety, jest prawdą, że nad ich losem nie pochylił się Komitet Stabilności Finansowej, nie ronił krokodylich łez też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (chociaż to jego urzędnicy dostają pieniądze za to, żeby nie dopuszczać do wpisywania przez instytucje finansowe nielegalnych klauzul do umów klientów). Ze wstydem przyznaję, że i ja w ostatnich dniach o "Nabitych" zapomniałem, choć w kontekście ujemnej stawki LIBOR ich sytuacja pozostaje bardzo niewesoła. Kilka dni temu "Nabici" zaczęli wypytywać w banku co z oprocentowaniem ich kredytów. W odpowiedzi dostawali pisma, które nie pozostawiały wątpliwości, że bank zmierza do krwawej zemsty na tej grupie klientów.

      "W odpowiedzi na Pana wiadomość uprzejmie informuję, iż ujemna stawka LIBOR CHF, dotyczy tylko kredytów hipotecznych, których oprocentowanie ustalane jest o wspomniana stawkę i marżę banku. W związku powyższym przedmiotowa zmiana nie dotyczy kredytów z tzw. starego portfela, gdzie oprocentowanie ustalane jest w oparciu o decyzję zarządu"

      Jak to się ma do deklaracji, iż banki będą uwzględniać ujemne stawki obowiązujące na rynku międzybankowym w oprocentowaniu klientów? Przecież mBank jako pierwszy zadeklarował, że taką właśnie politykę zamierza przyjąć. Kilkoro czytelników przysłało mi informacje o tym ile wynosi dziś ich oprocentowanie ustalane decyzją zarządu. I jest to np. 3,1%, a w innym przypadku 2,9%, w jeszcze innym - 3,5%. Tymczasem klienci mający oprocentowanie oparte na LIBOR-ku - nawet gdyby ich kredyt miał dość wysoką marżę - cieszą się dziś (lub będą się cieszyli w niedalekiej przyszłości) kosztem kredytu na poziomie 1-1,5%. To "Nabitych", którzy przecież położyli wielkie zasługi dla rozwoju świadomości praw konsumenta usług bankowych, musi boleć. Finansowo oraz metafizycznie. Na szczęście w mBanku błyskawicznie się zorientowali, że w równie metafizyczny sposób mogą błyskiem zmarnować cały "uzysk" wizerunkowy, jaki osiągnęli dzięki szybkiej deklaracji dotyczącej uwzględniania ujemnego LIBOR-ku. I do klientów zaczynały docierać następujące e-maile:

      "Informujemy, że w związku z aktualną sytuacją na rynkach, bank obniży oprocentowanie kredytów z tzw. starego portfela w CHF. O terminie oraz zakresie zmian poinformujemy w odrębnym komunikacie - do 15.02.2015 r."

      Może jednak jest jakieś światełko w tym tunelu, choć konieczność czekania w porywach nawet do trzech tygodni na pewno nie wpłynie dobrze na poszarpane nerwy "Nabitych". Ciekaw jestem jak zareagowały na ujemny LIBOR inne banki, które udzielały kredytów według oprocentowania uzależnionego od decyzji zarządu. Oczekuję, że w podobnym stopniu ulżą tym kredytobiorcom, co pozostałym. Piszcie do mnie w tej sprawie, jeśli banki będą się zachowywały nieetycznie, ich menedżerowie będą o sobie czytali brzydkie rzeczy w blogu. Inna sprawa, że "Nabici" - przynajmniej ci, których nabił mBank lub Multibank - poniekąd płacą cenę za swoją twardość, bo przecież mBank proponował im kilka lat temu zmianę umowy na opartą na wskaźniku LIBOR plus marża i były to oferty obiecujące marżę na poziomie 2,5-2,7%. Jeśli ktoś się zgodził na tę ofertę, to co prawda będzie do końca życia nosił piętno ciamajdy, która nie potrafiła postawić się bankowi i z nim wygrać, ale za to będzie korzystał z tańszego kredytu. Jeśli ujemny LIBOR frankowy się utrzyma na dłużej - a na to zaczyna się zanosić - to "Nabici" będą mieli przerąbanie niezależnie od tego, czy ostatecznie doprowadzą do uznania przez mBank korzystnego dla siebie wyroku, czy też nie. Bo dla nich nawet powrót do pierwotnej stawki oprocentowania, rzędu 2-3%, czy nieco powyżej, nie będzie już żadną atrakcją. Przez kolejnych kilka lat będą mogli mówić, że zostali nabici nie tylko przez mBank, ale i przez szwajcarski bank centralny.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (49) Pokaż komentarze do wpisu „Poznajcie największych przegranych ujemnego LIBOR-u. Im bank nie musi nic obniżać”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 stycznia 2015 08:52
  • poniedziałek, 26 stycznia 2015
    • Klient wpisał poprawkę do umowy kredytowej. W banku nic nie zauważyli i... co dalej?

      Jak wiadomo banki nie lubią wprowadzać zmian w zatwierdzonych przez własne działy prawne wzorcach umów z klientami. Chyba, że są to zmiany na ich korzyść ;-). Czy jest to umowa pożyczki ratalnej na 1000 zł, czy umowa kredytowa na 300.000 zł, to niechęć do negocjowania z klientami ich treści nie maleje. Zdarzają się jednak klienci, którzy nie lubią być stawiani w sytuacji, w której nie mają wyboru i z bankiem dyskutować jednak próbują. Opisywałem już przypadki takich prób, które kończyły się dla klientów bardzo smutno - banki były gotowe nawet stracić takiego klienta-upierdliwca, byle tylko nie pozwolić mu na jakiekolwiek zmiany w umowie - ale dziś przykład z zupełnie innej beczki. Jeden z moich czytelników wziął kredyt w banku przez internet. Zgodnie z procedurą najpierw wypełnił formularz, który był zawieszony w internetowym serwisie transakcyjnym banku. Podał wszystkie dane, wyspowiadał się ze swoich dochodów, sytuacji rodzinnej, życiowej i pracowej, napisał wszystko o swoich psach oraz kotach i czekał na odpowiedź. Bank po kilku dniach podziękował mu za spowiedź i przesłał mojemu czytelnikowi w e-mailu druk umowy.

      "Prosimy o wydrukowanie, podpisanie oraz przysłanie do banku załączonej umowy wraz ze wskazanymi poniżej dokumentami: zaświadczenie o dochodach, średni dochód z 3 ostatnich miesięcy (ważne jeden miesiąc od wystawienia). historia rachunku z widocznymi wpływami wynagrodzenia, kopia dowodu osobistego kredytobiorcy podpisana „za zgodność z oryginałem”. Jednocześnie informujemy, iż w ciągu najbliższych dni skontaktuje się z Panem kurier firmy InPost w celu potwierdzenia danych osobowych. Po otrzymaniu kompletu dokumentów wniosek zostanie przekazany do ostatecznej analizy".

      Jeśli pytacie mnie dlaczego tak ładnie rozwijają się w Polsce firmy pożyczkowe, to już pewnie domyślacie jaka jest moja odpowiedź. Bo u nich nie trzeba się bawić w skanowanie, drukowanie, podpisywanie dokumentów potwierdzających dochody, tożsamość oraz przepływy na koncie bankowym. Taka procedura, zwłaszcza, że mówimy o banku umożliwiającym składanie wniosku przez internet, mogłaby zniechęcić każdego. Ale nie mojego czytelnika. Po otrzymaniu e-maila z projektem umowy postanowił nanieść kilka zmian, a dopiero potem druk podpisać i odesłać do banku. Bo przecież klient może mieć swoje propozycje do umowy, nieprawdaż? Zmiana, której mój czytelnik postanowił dokonać, mieściła się w punkcie umowy o nazwie "Oświadczenia". W paragrafie 6. został naniesiony dopisek "Bank zobowiązuje się do całkowitego umorzenia kwoty kredytu i należnych odsetek do (...)”. I tutaj stosowna data.

      Well... na miejscu mojego czytelnika nie robiłbym sobie większych nadziei, że bank połknie tę żabę. Zwłaszcza w XXI wieku, kiedy można dość łatwo sprawdzić zgodność treści dwóch dokumentów. Ale stała się rzecz przedziwna. Klient dostał z banku najpierw odpowiedź, że dokumenty zostały przekazane do ostatecznej weryfikacji (i że najpóźniej następnego dnia zostanie podjęta przez bank decyzja kredytowa), a później kolejny list z informacją, że decyzja jest pozytywna, zaś kredyt został wypłacony. Mój czytelnik trochę się zdziwił, bo jedyne egzemplarze umowy, które zostały przez niego podpisane, zawierały wspomnianą wyżej klauzulę, iż bank zobowiązuje się do umorzenia całego kredytu. Czyżby bank podpisał umowę w kształcie zaproponowanym przez klienta-żartownisia?

      "Po otrzymaniu przelewu z pieniędzmi listownie dostałem jeden z dwóch egzemplarzy wydrukowanej i wcześniej podpisanej przeze mnie propozycji umowy wraz z podpisami trzech pracowników banku: pracownika, starszego inspektora oraz koordynatora. Na każdej stronie bank podbił umowę pieczątką "wpłynęło z datą (...)". Czyli została zaakceptowana przez trzech ludzi w banku! Z tego wynika ewidentnie, że w banku nikt nie czyta umów, tylko je podpisuje. A jednocześnie wymaga się od klientów uważnego czytania tego, co się podpisuje, analizowania różnych kruczków i małych druczków. A w razie konfrontacji tłumaczy się klientowi "trzeba było przeczytać umowę". Teraz zastanawiam się, czy bank musi mi umorzyć ten kredyt zgodnie z umową?"

      - pyta czytelnik w obawie, że bankowcy mogą próbować się czymś wykręcić. Ale to by chyba dowodziło, że tylko klient w banku musi przestrzegać umowy, a bank nie musi, jeśli tylko dojdzie do wniosku, że ta umowa (choć sam ją podpisał) jest głupia lub zawiera coś nielogicznego. Albo jest niezgodna z wzorcem umownym. Nie da się ukryć, że świadczenia tak istotne dla umowy jak spłata rat kredytu bądź też warunki ograniczające taki obowiązek klienta powinny być uwzględnione w rozdziale umowy oznaczonym "spłata kredytu", a nie "oświadczenia". Poza tym takie brzmienie umowy rodzi konflikt między jednymi jej postanowieniami (mówiącymi o tym, że klient ma spłacić tyle-a-tyle) a innymi (oświadczeniem, że kredyt ma zostać w określonym terminie umorzony). Ale z drugiej strony dlaczego punkt umowy znajdujący się w "oświadczeniach" miałby mieć mniejszą moc od innych? Mój czytelnik złożył już w banku wniosek o umorzenie kredytu zgodnie z umową. I grzecznie czeka na odpowiedź.

      Gdy tylko się dowiem jak sprawa się skończyła - nie omieszkam Was poinformować ;-). Jak obstawiacie? Kto będzie górą w tej potyczce na paragrafy? I jak oceniacie postępowanie samego czytelnika? Pospolite cwaniactwo? A może w banku wszystkie chwyty są dozwolone, zwłaszcza, że siły i tak z definicji są nierówne? Z jednej strony mały "żuczek", a z drugiej instytucja z całymi działami prawników, ludzi od kontroli procesów.... Nawet gdyby bank uznał swoją winę, to ja na miejscu kredytobiorcy pewnie oddałbym z własnej, nieprzymuszonej woli przynajmniej sam kapitał. Tak nakazywałaby mi elementarna uczciwość. Co innego wywalczyć sobie darmowy kredyt, a co innego nie oddać pieniędzy, które się pożyczyło... Chociaż z tego, co piszą do mnie ci z Was, którzy porządnie orientują się w kwestiach prawnych, szansa na to, że bank ustąpi, nie są duże:

      "Umowa kredytu jest tzw. umową adhezyjną, opartą na wzorcu umownym (szablonie), klient może ją przyjąć albo odrzucić w całości, nie ma w niej miejsca na negocjacje. A już na pewno nie na podstępne przemycanie swoich dopisków na etapie wysłania umowy do akceptacji i podpisu. Tym, którzy piszą o rzekomych negocjacjach z bankiem, abstrahując od faktu, że umowa kredytu jest zasadniczo zawierana w trybie oferty, a nie negocjacji - polecam art. 72 Kodeksu Cywilnego: § 2.Strona, która rozpoczęła lub prowadziła negocjacje z naruszeniem dobrych obyczajów, w szczególności bez zamiaru zawarcia umowy, jest obowiązana do naprawienia szkody, jaką druga strona poniosła przez to, że liczyła na zawarcie umowy"

      - pisze jeden z czytelników. A inny proponuje,żebyśmy odwrócili sprawę. Czytelnik czyta jakiś regulamin, wzór umowy, na coś szczegółowo się umawia, a potem firma podsuwa do podpisu bliźniaczo podobny dokument, w wyniku którego czytelnik traci wielotysięczną kwotę. Kim jest osoba - pracująca w firmie - podsuwająca do podpisu zmieniony wzór umowy? Oszustem? Cwaniakiem? Być może. Ale przecież, żeby nie szukać daleko, niemal tego typu postępowanie mieliśmy w przypadku sprzedania niejednej polisy inwestycyjnej. I nikomu nie spadł włos z głowy. A banki, które przyjmują wniosek o kredyt hipoteczny, a potem przysyłają klientowi do podpisu umowę z wyższą marżą? Takie przypadki też przecież w blogu opisywałem...

      "Nie nazywam czytelnika oszustem, ale spełnia on moje osobiste kryteria oszusta. I to nawet, gdyby bank "jeleń" przed podpisaniem odnalazł zmianę, wystąpiłaby próba oszustwa. I może nawet klient uzyska umorzenie kredytu, bo pewnie z podpisanej umowy będzie się trudno bankowi wymigać. Ale chwilę później bank złoży do sądu pozew w sprawie oszustwa. Pana beztroska ciekawość jako znawcy tematu banków i finansów, przerastającego wiedzą nas Polaków o głowę, zaskoczyła mnie. "Ciekawe co zrobi bank?" A co ma zrobić? Powinien upupić oszusta" 

      - surowo ocenia kolejny czytelnik. Sądzę, że bankowcy będą mieli więcej oleju w głowie, bo może i w sądzie odzyskaliby te kilka tysięcy złotych, ale przy okazji bardzo szeroko byłaby komentowana ich "lekkość bytu" przy obcowaniu z klientowskimi umowami. Sądzę, że najlepiej byłoby sprawę - wstydliwą, jak by nie patrzeć, przynajmniej z punktu widzenia banku - załatwić po cichu i polubownie. To jest właśnie powód, dla którego nie podaję w tekście nazwy banku. Daleki jestem też od traktowania klienta jako oszusta. Raczej jako testera systemu. W bankach mówią "nie przeczytałeś przed podpisaniem, to płać". A potem podsuwają coś, czego się nie da przeczytać. Klient odwrócił sytuację. To bank musiał przeczytać umowę, którą sam spłodził. Gdyby była prostsza, to nie byłoby trudno wychwycić zmiany. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (92) Pokaż komentarze do wpisu „Klient wpisał poprawkę do umowy kredytowej. W banku nic nie zauważyli i... co dalej?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 stycznia 2015 09:01
  • piątek, 23 stycznia 2015
    • Na tropie Yeti ;-). Czy banki udzielające kredytów frankowych miały w ogóle jakieś franki?

      Czy banki, udzielając kredytów denominowanych lub indeksowanych we frankach, musiały mieć w bilansie jakiekolwiek franki? Czy musiały je kupić i musiałyby sprzedać, gdyby ktoś kazał im przewalutować kredyty klientów np. po 2 zł? Czy zarabiają na wzroście kursu franka? A może cały ten "franek" to była tylko taka wirtualna waluta rozliczeniowa, służąca do tego, by uzasadnić udzielenie klientowi większego kredytu, niż ten, na który byłoby go stać w złotych? Zwolennicy oddłużenia frankowiczów stawiają tezę, że banki żadnych franków nigdy nie miały i nie mają, więc gdyby kazać im przewalutować kredyty na złote, to nie straciłyby ani grosza. Czy mają rację? Gdyby rzeczywiście tak było, oznaczałoby to, iż kredyty frankowe to jedna wielka fikcja, a równie dobrze kredyty mogłyby być denominowane w bananach i dług klientów mógłby być obliczany na podstawie ceny rynkowej bananów. Sprawa jest tym bardziej istotna, że mamy na stole propozycję Andrzeja Jakubiaka, szefa KNF, która ma wiele zalet i kilka wad, z których największą jest ta, że wygląda na to, iż banki straciłyby na niej dziesiątki miliardów złotych. Chyba, że... żadnych franków w ich bilansach nie było i nie ma.

      Dziś przedstawiam moje rozumienie procesu udzielania, spłacania przez klientów i finansowania przez banki całego tego frankowego interesu, oparte na lekturze sprawozdań finansowych i na rozmowach ze specami od księgowania w bankach różnych rzeczy. Zacznijmy od dwóch niekontrowersyjnych konstatacji. Po pierwsze - sądzę, że to nie budzi niczyich wątpliwości - banki nie pożyczają własnych pieniędzy, lecz te, które pozyskują z zewnątrz (ściślej: kreują pieniądz kredytowy w oparciu o pozyskane źródła finansowania). Pod każdy kredyt w złotych powinien być w bilansie banku depozyt klientowski, obligacja, albo pożyczka od innego banku. Po drugie zaś żaden bank nie może udzielić więcej kredytów, niż mniej więcej dziesięciokrotność własnego kapitału. Własnego, czyli wniesionego przez akcjonariuszy, a nie pożyczonego z zewnątrz. Oznacza to, że jeśli właściciele wyposażyli bank w kapitał o wartości 100 mln zł, to bank może (bardzo mocno upraszczam) udzielić mniej więcej miliarda złotych kredytów, nawet gdyby miał dostęp do znacznie większej bazy depozytowej albo pożyczek. Chodzi o to, żeby banki nie przesadzały z lewarem i żeby w każdej chwili były w stanie obsłużyć przynajmniej 10% deponentów. 

      Czy z kredytami frankowymi jest inaczej? Oczywiście nie: bank musi najpierw pożyczyć pieniądze, żeby udzielić kredytu we frankach. W jakiej walucie musi je pożyczyć? Zacznijmy od kredytów denominowanych we frankach. W tym rodzaju kontraktu frankowego klient formalnie dostaje kredyt we frankach. Bank - niby dla wygody klienta, który kupuje mieszkanie w złotych - zamienia tę kasę po własnym kursie kupna na złocisze. A następnie wypłaca klientowi kredyt w rodzimej walucie. Żeby do takiej operacji mogło dojść, bank powinien najpierw pożyczyć franki za granicą - np. w formie obligacji, pożyczek na rynku międzybankowym, czy linii kredytowej od spółki-matki. Np. mBank pożyczył franki od Commerzbanku, a np. PKO BP działa na rynku międzybankowym oraz emituje wyrażone we frankach obligacje (czyli też pożycza "szwajcara"). Co dzieje się dalej? Klient spłaca raty po aktualnym kursie franka, zaś bank systematycznie spłaca z tych pieniędzy część kredytu, który zaciągnął za granicą. Nie zarabia więc na tym, że frank drożeje lub tanieje, bo działa tylko jako pośrednik - dostaje od klienta złotówki, kupuje za nie franki i spłaca małą porcję długu zaciągniętego za granicą (lub dostaje od klienta od razu franki, zgodnie z ustawą antyspreadową). Do tego mogą dochodzić jakieś transakcje zabezpieczające bank przed gwałtownymi zmianami kursu między datą otrzymania raty przez klienta, a datą płatności raty długu bankowi zagranicznemu (ale to pikuś).

      Na czym więc zarabia bank? Na marży kredytowej oraz na spreadzie. Marża to np. te 1,5% powyżej LIBOR-u, które klient ma wpisane w ratę. Oczywiście część z tej marży bank musi oddać temu,od kogo pożyczył franki, więc tak naprawdę czysty zysk jest tu nędzny. Żyłą złota jest spread, wynoszący do niedawna w niektórych bankach nawet 8%. Klient spłaca kredyt po wyższym kursie, niż go otrzymał, a różnica w całości trafia do banku. No, chyba że klient jest sprytny i spłaca raty bezpośrednio we frankach (wtedy bank nawet zarobek na spreadzie ma z głowy ;-). Stąd właśnie biorą się te opowieści banków, że do dużej części frankowych kredytów dopłacają. Niektórzy z was powiedzą, że to ściema i bankowa propaganda oraz bajeczki dla grzecznych dzieci. Ale spójrzmy na bilanse banków. Śledztwo musi być z konieczności poszlakowe, bo w bilansach nie widnieją pozycje denominowane w obcych walutach.

      PKOBPbilans

      W najnowszym sprawozdaniu PKO BP (patrz powyżej), banku, który ma 28,5 mld zł kredytów denominowanych we frankach, mamy informację, że bank finansuje swoje aktywa (czyli m.in. udzielone kredyty) głównie zobowiązaniami wobec klientów (czyli depozytami), ale też zobowiązaniami wobec innych banków (19 mld zł) oraz długiem podporządkowanym i emisjami obligacji (20 mld zł). Dwie ostatnie pozycje mniej więcej odpowiadają portfelowi kredytów frankowych. PKO prawdopodobnie pożycza kasę od innych banków i emituje obligacje, by mieć podkład pod udzielone kredyty. Weźmy bilans mBanku, który ma jakieś 15 mld zł kredytów frankowych. Nie jest tajemnicą, że finansuje je pożyczkami z Commerzbanku. Prawdopodobnie za tę linię kredytową "odpowiada" 19 mld zł zobowiązań wobec innych banków uwzględnionych po stronie pasywów (bank pokazuje też po stronie finansowania akcji kredytowej 4 mld zł pochodnych instrumentów finansowych oraz 74 mld zł depozytów).

      mBanksprawozdania

      Bank BPH, inny duży kredytodawca, ma portfel kredytów hipotecznych rzędu 16 mld zł, a po drugiej stronie bilansu aż 11,7 mld zł "zobowiązań wobec pozostałych instytucji" (czyli finansowania z grupy GE, prawdopodobnie we frankach). Dla porównania: depozytami od klientów bank finansuje się w 12,4 mld zł. Poniżej fragment sprawozdań finansowych BPH ze źródłami finansowania m.in. akcji kredytowej.

      BPHraportiiik2bilans

      A więc te franki w bilansach banków jednak są, tyle że wykazywane w złotówkach (bo rachunkowość w Polsce prowadzi się wyłącznie w złotych polskich). Prawdopodobnie nie istnieje żadna możliwość, żeby ominąć zasadę, iż kredyt frankowy musi być finansowany frankowym kapitałem (gdyby tak nie było, to NBP w kryzysowym momencie kilka lat temu nie podstawiałby chyba bankom awaryjnego finansowania we frankowych SWAP-ach...).

      Co stałoby się, gdyby wszystkie kredyty frankowe - jak chce m.in. przewodniczący Jakubiak oraz organizacje frankowców - przewalutować na złote po kursie z dnia spisania umowy? Załóżmy, że kurs przewalutowania wyniósłby 2 zł. Taki np. PKO BP ma 28,5 mld zł kredytów frankowych, czyli 9 mld franków. Załóżmy też, że pozwala kredytobiorcom spłacić te franki po 2 zł, uzyskując 18 mld zł. Następnie za te pieniądze bank musiałby kupić franki, żeby spłacić oddać je bankom zagranicznym, które sfinansowały akcję kredytową. Za 18 mld zł ciężko jest w dzisiejszych czasach kupić 9 mld franków szwajcarskich, więc bank musiałby ponieść na tej operacji ogromną stratę. W wariancie przewodniczącego Jakubiaka kilka miliardów złotych "odfrankowieni" klienci dorzuciliby jako wsteczne rozliczenie różnicy między ratami kredytów frankowych, a złotowych Ale nadal brakowałoby kolejnych miliardów złotych, które bank musiałby wrzucić w straty. Takie prawdziwe, a nie wymyślone straty, jak chcą fani teorii, że w bankach nigdy nie było żadnych franków. 

      Idźmy dalej. W bankach, jak wiadomo, istniały nie tylko kredyty denominowane w walucie obcej (czyli wyrażone we frankach), ale też takie, które były do franków jedynie indeksowane. A więc klient miał wpisaną w umowie kwotę kredytu w złotych, a dopiero w chwili wypłaty tych złotówek ich wartość przeliczona była na franki po bieżącym kursie. Czy jeśli kredyt jest wyrażony w złotych, a tylko spłata rat jest indeksowana do waluty obcej, to podkład kapitałowy musi być w walucie obcej?  Spora rzesza moich czytelników twierdzi, że tak być nie musi i że mają wiedzę, iż banki finansują tego typu kredyty złotowymi depozytami. Zerknąłem dziś do najnowszego sprawozdania finansowego Banku Millennium, jednego z banków, który udzielał głównie kredytów indeksowanych do franka.

      bank_millenniumzobowizania

      Bank ma w portfelu 26,7 mld zł kredytów hipotecznych i najmarniej połowa z nich to te frankowe. W bilansie, po stronie pasywów, powinny widnieć jakieś zobowiązania wobec innych banków, wyemitowane papiery wartościowe itp., które byłyby śladem po pożyczaniu franków za granicą. I owszem, taka pozycja jest, ale ma wartość jedynie 2 mld zł (plus jeszcze miliard w instrumentach pochodnych zabezpieczających zmiany kursów). Dłużne papiery wartościowe też są, ale jedynie na 1,7 mld zł. Wszystkie te pozycje nie spinają się do kwoty udzielonych przez bank kredytów we frankach. Czy więc część tych kredytów jest finansowana zobowiązaniami wobec klientów, czyli depozytami w złotych (ich wartość w bilansie to 47 mld zł)?  I czy w kredytach indeksowanych, a więc gdy umowa jest zawarta w złotych, "podkładem" kapitału pod kredyt mogą być polskie złote?  Sprawa ta frapuje moich czytelników, w tym pana Andrzeja:

      "Wmawia się opinii publicznej, że banki muszą kupować franki po obecnym kursie. A tak przecież wcale nie musi być i najprawdopodobniej nie jest, gdyż banki nie pożyczały franków w Szwajcarii! Banki korzystały ze złotówek, jakie w postaci depozytów trafiły do nich od Kowalskiego czy Nowaka. 'Frankowiczom' wypłacano złotówki, które wirtualnie - jedynie w umowie - przeliczano na CHF. Tym samym, jeśli kredyty mieszkaniowe były finansowane z depozytów złotowych (inaczej mówiąc: jeśli bank pożyczał ‘frankowiczom’ złotówki pozyskane z depozytów złotowych, a jedynie w umowie zapisał ich równowartość w CHF), to dziś nie musi on nikomu oddawać franków po sztucznie zawyżonym kursie! Oddaje przecież złotówki swoim depozytariuszom. Aby sprawdzić, czy tak jest w rzeczywistości, należy natychmiast upublicznić sposoby finansowania kredytów frankowych przez banki. KNF może to zrobić. Wtedy będzie możliwa dalsza, merytoryczna dyskusja. Jeśli okaże się, że banki korzystały ze złotówek, aby następnie pożyczyć też złotówki 'frankowiczom' (ale zapisując w umowie rozliczenie w CHF), to będzie wszystko jasne: bankowy skok na kasę obywateli. Jeśli jednak banki pożyczyły franki i teraz muszą oddawać rzeczywiście tę walutę, wtedy sytuacja jest na korzyść banków. Niech KNF przedstawi raport w tej sprawie".

      Idźmy dalej w tych spekulacjach (b lubimy spekulować, prawda?). Jak należałoby podejść do sytuacji, w której - hipotetycznie - okazałoby się, że po drugiej stronie kredytu hipotecznego spłacanego na podstawie kursu franka, nie ma żadnych zobowiązań frankowych, tylko złotowe? Czy bank wówczas mógłby przewalutować kredyt np. po 2 zł, nie osiągając straty, a jedynie "zdejmując" z obu stron bilansu kwotę wynikającą ze wzrostu kursu tego "wirtualnego" franka? Niestety, wygląda na to, że to marzenie ściętej głowy. Z odpowiedzi, którą otrzymałem od Banku Millennium wynika, że od strony finansowania kredyty indeksowane do franka są zorganizowane tak samo, jak te denominowane. Ponieważ jest to instrument walutowy (dług zależy od kursu innej waluty), to i "podkład" kapitałowy musi być zapewniony w walucie obcej. Ten stan rzeczy równolegle potwierdziłem w dwóch innych bankach, które po publikacji porannego tekstu blogowego same się ze mną skontaktowały, żeby przedstawić swój stan wiedzy (choć same nie udzielały kredytów indeksowanych do franka). Skąd Bank Millennium bierze franki, skoro nie widać ich w bilansie, po stronie pasywów?

       "Bank Millennium finansuje portfel kredytów hipotecznych w CHF za pomocą tzw. SWAP-ów walutowych. Są to instrumenty pozabilansowe, które polegają na tym, że bank otrzymuje pożyczkę od swoich kontrahentów w określonej kwocie we frankach szwajcarskich i jest zobowiązany zwrócić taką samą kwotę, w tej samej walucie"

      - wyjaśnił mi rzecznik, pan Wojciech Kaczorowski. Sposób finansowania - czy jest w bilansie, czy poza nim - jest drugorzędny. Choć oczywiście, gdybym był nadzorem bankowym, to kategorycznie zabroniłbym finansowania 30-letnich kredytów pożyczkami SWAP-owymi na krótki termin, których nie widać nawet w bilansie. Albo ktoś ma "poważny" kapitał na pożyczanie we frankach, albo niech nie zawraca sobie tym głowy. Ale najważniejsze jest to, że kredyty indeksowane do franka szwajcarskiego, a więc takie, gdzie klienci mają w umowie wpisaną kwotę długu w złotych, też wymagają finansowania we frankach. A to raczej zamyka dyskusję na temat możliwości przewalutowania umów bez poniesienia przez bank strat wynikających z różnicy kursowej między kwotą, którą bank otrzymuje od klienta z tytułu kredytu i tą, którą musi oddać we frankach zagranicznemu bankowi finansującemu cały interes. Zanim wybierzecie się na demonstracje przeciwko "banksterce", które organizują zwolennicy przerzucenia na banki, rząd, nadzór finansowy oraz papieża pełnej odpowiedzialności za własne decyzje finansowe, weźcie sobie do serca konstatację, iż w bankach jakieś franki jednak były. A w niektórych nawet od czasu do czasu wciąż są.

  • środa, 21 stycznia 2015
    • Szef KNF: a może przewalutować kredyty z dopłatą za "odfrankowienie"? Czy to w ogóle możliwe?

      Mijają dni od niepojętej decyzji szwajcarskiego banku centralnego, a kurs franka szwajcarskiego nie tylko chce spadać, ale wręcz idzie lekko w górę. W chwili, kiedy piszę te słowa, "szwajcar" jest wyceniany prawie na 4,32 zł. Po wtorkowym posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej, na które zostali zaproszeni prezesi niektórych banków, umarła nadzieja na szybkie wypracowanie rozwiązań systemowych, które umożliwiłyby podział ryzyka kursowego między kredytobiorców, a banki. Po stronie ustępstw banków możemy na razie zapisać deklaracje większości z nich, że wyliczając klientom oprocentowanie uwzględnią ujemne stopy LIBOR (dzięki temu wzrost raty wynikający z wzrostu kursu franka będzie niższy o połowę lub nawet o dwie trzecie) oraz że zetną kosmiczne spready walutowe. W tym sensie można powiedzieć, że banki zadeklarowały wzięcie "na klatę" części kosztów wynikających ze zmiany okoliczności - z jednej strony odetną sobie część marży kredytowej (ujemny LIBOR oznacza de facto, że bank mniej zarabia na marży), a z drugiej - skasują część zarobku na spreadzie. Czy to wystarczy, żeby ulżyć frankowym kredytobiorcom? Na chwilę może i tak, ale moim zdaniem od wypracowania systemowych rozwiązań nie uciekniemy.

      Pod względem ich wykreowania wszystkich przebił przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, który wyszedł z nową propozycją dość radykalną. Pomysł przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka, wygłoszony w Radiowej Trójce i "Dzienniku Gazecie Prawnej", wygląda następująco: trzeba się zastanowić nad umożliwieniem przewalutowania kredytów frankowych na złote po wyjściowym kursie (czyli po tym, po którym klienci zaciągali kredyty, np. po 2 zł), pod warunkiem, że zgodzą się, by dopłacić do kredytu tyle, ile kosztowałby on, gdyby od początku był w złotych.

      "Rozwiązanie powinno być dopasowane do indywidualnych przypadków. I jest ono możliwe. Osoba, która zaciągnęła kredyt walutowy, mogłaby mieć prawo do przewalutowania go na złote nawet po kursie z dnia wzięcia kredytu, ale powinna wtedy pokryć różnicę między faktycznie poniesionym kosztem spłaty tego kredytu a tym, który poniosłaby, gdyby od początku był to kredyt złotowy. To byłoby uczciwe i zgodne z konstytucyjną zasadą równości. (...) Musimy sprawdzić, czy takie rozwiązanie miałoby sens, i zbadać, jak wpływałoby na bilanse banków. To wymaga analiz. Nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie. Niewątpliwie wdrożenie tego rozwiązania będzie wymagało w każdym przypadku porozumienia pomiędzy bankiem a kredytobiorcą".

      - powiedział Jakubiak. Czy można się zdziwić, że frankowicze natychmiast wpadli w zachwyt? "Pierwsza rozsądna propozycja rozwiązania kryzysu frankowego", "nareszcie ktoś pomyślał rozsądnie" - brzmiały pierwsze komentarze osób tkwiących we frankowej pętli kredytowej. Sęk w tym, że - jeśli dobrze rozumiem propozycję przewodniczącego Jakubiaka - jest przeciwieństwem tego, co mówił jeszcze niedawno, ostrzegając przed ideą przewalutowania kredytów. I wieszcząc, że banki straciłyby na tym kilkadziesiąt miliardów złotych, zaś gospodarka mogłaby wpaść w recesję. KNF jesienią 2013 r. opracowała na ten temat nawet specjalny raport. Konsekwencje przewalutowania kredytów po kursie ich zaciągnięcia przez klientów zostały opisane tak:

      "W siedmiu bankach straty spowodowałyby obniżenia współczynnika wypłacalności poniżej 8% procent wymaganych prawem bankowym, przy czym w trzech z tych banków straty byłyby tak wysokie, że spowodowałyby utratę całości ich kapitałów, co oznaczałoby niewypłacalność"

      Jakkolwiek przewodniczący Jakubiak mocno zaasekurował się, że propozycja wymaga analiz, obliczeń i w ogóle nie wiadomo co z niej wyniknie, to wydaje mi się, że została rzucona zbyt lekko. A już na pewno przedwcześnie, biorąc pod uwagę "ciężar gatunkowy" urzędnika, który ją wygłosił. Nie wygląda też na tanią, o ile w ogóle jest możliwa do przeprowadzenia. Poprawcie mnie jeśli się mylę: po jednej stronie bilansu każdego banku są należności wynikające z kredytów walutowych. Po drugiej stronie - zobowiązania wobec instytucji, które udostępniły "podkład" kapitałowy, by bank mógł udzielić kredytu denominowanego we frankach (jakieś obligacje, itp.). Te pieniądze w chwili rozwiązania umowy kredytu walutowego bank musi oddać instytucji finansującej. Raczej po bieżącym kursie, niż po 2 zł. 

      "Wraz z osłabieniem złotego rosły nie tylko należności banków (z tytułu udzielonych kredytów CHF), ale również ich zobowiązania wobec deponentów i kontrahentów transakcji zawartych w celu zamknięcia pozycji walutowej wynikającej z udzielenia kredytów w walutach obcych" -

      - tak opisywał wpływ kursów walut na bankowe bilanse KNF-owski raport z jesieni 2013 r.  Jeden z bankowych menedżerów tłumaczył potencjalny wpływ przewalutowania na rachunek wyników w taki sposób, że musi tu powstać strata wynikająca z obecnej wyceny poziomu zadłużenia klienta względem banku oraz tzw. pozycji banku po obu stronach bilansu. Załóżmy, że klient pożyczył 100 jednostek waluty, które zostały przeliczone na 100 zł (po ówczesnym kursie 1:1). Załóżmy też, że dziś - np. z powodu różnic kursowych - jego zadłużenie w banku, czyli pozycja po stronie aktywów banku, wynosi 200 zł (choć wciąż jest to 100 jednostek waluty). W bankach musi być "pod" ten kredyt zdeponowana waluta - czyli na kwotę zadłużenia klienta bank musi mieć finansowanie wyrażone w jednostkach owej "bazowej" waluty (w tym przypadku we frankach). Jeśli klient spłaci 100 zł, to pozostaje drugie 100 zł po stronie zadłużenia klienta (czyli pasywów). Jeśli klient nie pokryje tych 100 zł, to zostaną one zaksięgowane jako strata banku. Bo bank musi zwrócić finansowanie we frankach na obecnych warunkach. Bo aktywa i pasywa muszą się zgadzać.

      Przewodniczący Jakubiak ma sposób na "zmiękczenie" ewentualnego wpływu przewalutowania na bankowe bilanse. Kombinuje on, żeby zrefundować bankom straty poprzez konieczność dołożenia przez klientów różnicy między sumą rat, które zapłacili, a tą, którą zapłaciliby, gdyby wzięli kredyt w złotych. Nawet zakładając, że jakimś cudem tę różnicę da się rzetelnie wyliczyć (pojawia się pytanie na jakim poziomie ustawić marżę tego alternatywnego, hipotetycznego kredytu w złotych?), uwzględniając przy tym różnicę w tempie spłaty kapitału, a także spread walutowy, to czy pieniędzy z tych dopłat będzie wystarczająco dużo, by banki się nie przewróciły od konieczności zwrócenia po 4,3 zł tego, co pożyczyły np. przy kursie 2 zł? Jeszcze do 2013 r. większość frankowiczów była na swoich kredytach "do przodu" (półtora roku temu KNF podsumowywał ich "zyski" w spłaconych już ratach na kilkanaście miliardów złotych). Ale teraz ten bilans chyba przechyla się w stronę złotówkowiczów (wciąż na plusie mogą być ci frankowicze, którzy zaciągali kredyt przy kursie rzędu 2,8-2,9 zł).

      Jest i drugie pytanie - będące odwrotnością tego pierwszego: czy - jeśli kwota zwrotu będzie poważna - ten interes się klientowi będzie opłacał. Bo on de facto oznacza odwrócenie wszystkich przeszłych korzyści wynikających z posiadania kredytu frankowego oraz jednoczesne pozbycie się jakichkolwiek przyszłych korzyści - zakładając, że frank nie zawsze będzie kosztował 4-5 zł. Oznacza też zamianę taniego kredytu na droższy. Jako frankowicz być może oddałbym kilkanaście tysięcy złotych swoich oszczędności za trwałe pozbycie się ryzyka kursowego i być może nawet zaakceptowałbym w tym celu wyższą ratę w złotych. Pytanie tylko ile rzeczywiście musiałbym dopłacić. Bo jeśli np. 70.000 zł... to chyba bym w taki interes nie wszedł. To drugie pytanie, które trzeba postawić obok tego o to jak byłoby z rozliczeniem tej luki, wynikającej z różnicy kursowej, po której liczony jest kredyt jako wierzytelność banku i "podkład" kapitałowy jako zobowiązanie.

      "Moja idea jest taka, żeby oderwać się od dyskusji na temat, kto kogo wprowadził w błąd, i skupić się nad tym, jak odpowiedzialnie ten problem rozwiązać. Dziś bowiem największym problemem jest porównanie wielkości zobowiązania do wartości nieruchomości. Należy pamiętać jednak, że misją KNF jest przede wszystkim ochrona deponentów. Nie możemy doprowadzić do sytuacji – i politycy też powinni o tym pamiętać – w której depozyty byłyby zagrożone. Gdyby do tego doszło, wymagałoby to interwencji państwa"

      - słusznie prawi przewodniczący Jakubiak. Pytanie jak pogodzić ochronę deponentów z przewalutowaniem kredytów po kursie z dnia ich zaciągnięcia, podczas gdy jeszcze kilka miesięcy temu sam KNF szacował skutki finansowe podobnej operacji bodaj na 50 mld zł. Przypominam, że wtedy kurs franka był niższy o jakieś 25% od dzisiejszego... i sam jestem ciekaw ile pieniędzy z tej "dziury" dałoby się odzyskać z dopłat klientów za zmianę waluty kredytu? Im więcej by tych pieniędzy było, tym gorzej dla klientów. Im mniej by ich było, tym bardziej nierealna jest propozycja Jakubiaka. Wiem, że o propozycji szefa KNF dość ciepło wyraził się prezes mBanku Cezary Stypułkowski, choć jemu też daleko było do entuzjazmu. Chętnie zobaczyłbym wyliczenia, które pokazałyby, czy taka operacja - możliwość "wykupienia się" z niewoli franka i banku - byłaby możliwa do przeprowadzenia. Na pierwszy rzut oka wydaje mi się to mało prawdopodobne, ale...

      A gdyby się udało? Rozwiązanych problemów byłoby sporo. Przede wszystkim raz na zawsze wszyscy - i banki i kredytobiorcy - pozbywają się problemu z ryzykiem kursowym przy kredycie hipotecznym. To z kolei oznacza, że zostaje odblokowany rynek nieruchomości - mieszkania, które zostały nabyte na kredyt we frankach są dzisiaj "niesprzedawalne", a klienci są w nich uwięzieni. Przewalutowanie kredytów na złotowe oznacza, że kredyt można zrefinansować na normalnych zasadach, mieszkanie sprzedać i zamienić na większe lub mniejsze. Miód, malina. Banki jednocześnie pozbywają się ryzyka przegranych procesów zbiorowych z konsumentami - o spread, a klauzule przeliczeniowe i o to czy taki kredyt w ogóle jest kredytem hipotecznym. Banki pozbywają się też ryzyka fali wniosków o upadłość konsumencką, która od stycznia jest bardziej "ludzka" i niewykluczone, że w wielu przypadkach oznaczałaby dla banków konieczność umorzenia długów. Z kolei klienci, którzy mają kredyt w złotych też nie są stratni, bo to frankowicze będą dopłacać za to, że skusili się na tańszy kredyt. Nic na tym nie zarobią. Z kolei nadzorowi bankowemu spadnie z głowy problem LTV i niewystarczającego zabezpieczenia kredytów we frankach - dziś co najmniej połowa kredytów jest wyższa, niż wartość zabezpieczających ich spłatę nieruchomości.

      A minusy? Są trzy, Po pierwsze ewentualne straty dla banków z tytułu umorzenia części należności i konieczności rozliczenia zobowiązań po bieżącym, wysokim kursie franka, mogłyby być nie do zaakceptowania. Po drugie: być może zbyt wysoka byłaby kwota, którą kredytobiorca musiałby zwrócić za odwrócenie kontraktu frankowego. Po trzecie: docelowo oznaczałoby to wyższe raty dla "uwolnionych" frankowiczów, bo jednak kredyty w złotych są dziś rekordowo tanie, zaś ta promocja nie potrwa długo. O ile więc w ostatecznym rozrachunku wartość długu zaciągniętego w banku zostałaby dla frankowiczów obniżona, o tyle miesięczne raty raczej byłyby wyższe, niż do tej pory.A gdyby pomysł KNF okazał się nierealny do wprowadzenia? Zawsze zostaje wariant B, czyli wprowadzenie do umów frankowiczów "bezpiecznika", który od pewnego poziomu kursu franka wprowadzałby współpłacenie banku i klienta, by mitygować ewentualny wzrost raty. Jak sądzicie, czy pomysł KNF da się wprowadzić w życie? 

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line