Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 29 stycznia 2016
    • Zero, które nie jest zerem, czyli rzeczywistość równoległa. Uważajcie na tę pułapkę!

      Uczciwość w bankowym biznesie to podstawa. Tak przynajmniej twierdzą zgodnym chórem wszyscy bankowcy, których o to zapytać. Na poziomie deklaracji wszystko się zgadza, natomiast po wniknięciu w szczegóły... no, najoględniej rzecz ujmując - różnie bywa. Do praktyk uczciwego bankowca powinno należeć poinformowanie klienta o tym, że na jego koncie jest debet i naliczane są karne opłaty oraz jeszcze-bardziej-karne odsetki. Wiadomo: klient mógł zapomnieć zasilić konto, mógł zapomnieć wykonać wystarczającą liczbę transakcji kartą, mógł w ogóle zapomnieć, że ma konto... Po co Bogu ducha winnego człowieka naciągać na jakieś kary i prowizje. Można przecież zadzwonić i powiedzieć: "Panie Zdzisiu, zauważyliśmy, że na pana zdzisiowym koncie naliczają się karne opłaty, bo wpadł pan w debet. To tak ma być, panie Zdzisiu, czy po prostu coś się panu zapomniało? Bo nie chcielibyśmy pana naciągać na zbędne koszty". Czy to takie trudne? W zasadzie nie, ale jeśli bank ma, powiedzmy, tysiąc takich zapominalskich Zdzisiów i od każdego zgarnie tylko 50 zł jakichś kar i prowizji oraz odsetek za to, że zapomnieli o tym, że mają konto... No, robi się z tego zauważalna kwota. Po co tracić czas na powiadamianie Zdzisiów o problemie, skoro można w tym czasie zarabiać pieniądze?

      "Postanowiłem zrobić trochę porządków w swoich finansach i zamknąć konta, których nie używam. Jednym z takich kont jest konto w Getin Banku. Od czasu do czasu się tam logowałem, żeby zobaczyć, czy nie ma jakichś zaległości, ale generalnie było to moje rezerwowe konto. Kartę do niego dostałem, ale jej nawet nie aktywowałem, nie mówiąc o używaniu. Prawdę mówiąc gdzieś ją rzuciłem i zapomniałem. Ostatnio przy zamykaniu konta dowiedziałem się, że mam kilkudziesięciozłotową zaległość do spłacenia. Właśnie z powodu tej nieaktywnej karty. Sęk w tym, że w systemie transakcyjnym banku nie ma żadnej informacji o tym, żeby na moim koncie był debet"

      - pisze do mnie zdziwiony pan Piotr. I na dowód przesyła screenshoty, z których wynika, że salda dostępnych pieniędzy na jego Koncie Skarbonkowym i Koncie Oszczędnościowym wynoszą okrągłe zero. Tak przynajmniej wynika z zawartości strony głównej, widocznej zaraz po zalogowaniu. Cała naga prawda wychodzi na jaw dopiero po kliknięciu zakładki "Historia rachunku".

      getinsaldozero2

      A tu panel tytułowy, w którym można zobaczyć kojące oczy okrągłe zero. Zero, które nie prowokuje, żeby zaglądać gdzieś głębiej i sprawdzać czy mieszczą się tam jakieś ciekawsze informacje:

      getinsaldozero1

      Jeśli klient nie kliknie w historię rachunku, to w ogóle się nie dowie, że ma jakikolwiek debet. I że kojące oko zero na jego koncie wcale nie jest zerem, lecz kwotą mocno ujemną, od której bank będzie naliczał odsetki i kary.

      "Przed chwilą napisałem do banku, ale szczerze mówiąc nie sądzę, by opłata została umorzona. Pewnie nie ja pierwszy jestem zaskoczony takim obrotem spraw. Na razie nie dostałem odpowiedzi od banku. Pozdrawiam i mam małą nadzieję, że może Pan coś o tym napisze na blogu - wszak powinniśmy informować innych czytelników o zastawianych przez banki pułapkach"

      - napisał do mnie  pan Piotr. Sprawa jest, rzeczywiście, dość mało sympatyczna. Od strony czysto formalnej można powiedzieć, że bank wyświetla w systemie transakcyjnym prawdziwą informację na temat salda dostępnego - wynosi ono zero, co oznacza, że klient nie ma żadnej dostępnej gotówki do wydania. Tyle, że każdy "normalny" bank powinien obok pokazać zadłużenie klienta. Tyle, że wtedy taki klient mógłby się przedwcześnie zorientować w sytuacji. A przecież bank nie jest od tego, żeby pomagać klientowi w podejmowaniu racjonalnych decyzji finansowych. Bank jest od zarabiania pienię... Zaraz, zaraz, czy aby na pewno? Czy bank, który posiada wiedzę o nieracjonalnym zarządzaniu środkami (lub ich brakiem :-)) przez klienta nie powinien spróbować doradzić mu w tej sprawie?

      "Celem banku nie jest ukrywanie przed klientem informacji o saldzie rachunku. Na stronie głównej bankowości internetowej widoczna jest informacja o poziomie dostępnych na rachunku środków. Z definicji, kwota ta nie może być ujemna. O ewentualnym debecie lub niedopłatach na koncie Klient może dowiedzieć się sprawdzając saldo konta w zakładce "Szczegóły". Obecnie bank prowadzi prace, których celem jest wdrożenie w pierwszej połowie 2016 r. pakietu zmian w bankowości internetowej. Jedną z nich będzie dodanie do strony głównej informacji o saldzie rachunku. Warto zauważyć, iż rozwiązanie polegające na prezentowaniu na stronie głównej bankowości internetowej wyłącznie informacji o dostępnych na rachunku środkach, jest obecnie dość powszechną praktyką rynkową"

      - napisał mi p. Wojciech Sury, rzecznik Getin Banku. Cóż, jeśli rzeczywiście jest to praktyka powszechna, to proponuję Wam, żebyśmy wspólnymi siłami z nią walczyli. Skoro w tak drobnych sprawach banki nie potrafią zdobyć się na wspomożenie klienta w racjonalnych decyzjach, to czy można liczyć na ich pomocną dłoń w sprawach dużo poważniejszych?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Zero, które nie jest zerem, czyli rzeczywistość równoległa. Uważajcie na tę pułapkę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 stycznia 2016 09:10
  • czwartek, 28 stycznia 2016
    • Ile w skali miesiąca będą nas kosztowały podatki od banków i sklepów? Policzyłem i...

      Z dwóch proponowanych przez PiS podatków sektorowych, które mają zapewnić rządowi kasę na realizację obietnic wyborczych, bardziej ryzykowny - przynajmniej dla nas, wyborców :-) - jest podatek bankowy. Nigdzie indziej tak wysokiego podatku od kredytów nie ma, wiec my, klienci banków, na pewno dostaniemy po kieszeni. Bo nie zanosi się na to, by bankowcy chcieli wziąć całe obciążenie podatkowe na klatę (a jest to 4,4 mld zł, jedna trzecia prognozowanych zysków branży). Ustawa mówi, że nie wolno im z powodu podatku bankowego podwyższać marż i opłat, ale w umowach z nami jest wiele innych powodów do podwyżek, na które mogą się powołać. Mam nadzieję, że po kościach rozejdzie się ryzyko przykręcenia kredytów przez banki (liczyłem już w blogu, że być może dotknie to tylko niektóre banki). Ale to koniec dobrych wieści. Pojawiły się już obliczenia, z których wynika, że koszt kredytu mieszkaniowego (w wyniku podwyżek marż) wzrośnie średnio o 20.000 zł. Jednocześnie spadła już zdolność kredytowa przeciętnego kredytobiorcy (czyli może w banku pożyczyć mniej i stać go na mniejsze mieszkanie). Być może przynajmniej kredyty gotówkowe podrożeją w mniejszym stopniu, bo po pierwsze już teraz są horrendalnie drogie, a po drugie tu marże banków są na tyle wysokie, że nawet po odcięciu podatku zostanie sporo tłuszczyku.

      Czytaj też: Państwo wydaje na ciebie... 18.000 zł rocznie. Na co idzie ta kasa?

      Obawiam się natomiast, że w górę pójdą prowizje związane z kontami osobistymi i kartami. O ile statystycznie zapłacimy więcej? Przy założeniu, że na klientów zostanie przerzucona połowa podatku bankowego (czyli 2,2 mld zł, resztę banki wezmą na klatę) i że z tej połowy przerzuconej na klientów tylko połowa przypadnie na podwyżki prowizji (a druga - na wzrost marż kredytowych i spadek oprocentowania depozytów), to wychodzi, że za konto i kartę miesięcznie możemy zapłacić 1,5-2 zł więcej. Ot, taka mikroskładka po to, żeby rodziło się więcej dzieci :-). Ale jeśli banki postanowią właśnie na prowizjach odbić sobie podatek - to możemy zapłacić nawet o 80 zł rocznie więcej za konto z kartą. Jak to oszacowałem? Ano wszystkie banki zarabiają na prowizjach jakieś 12 mld zł rocznie. Jeśli miałyby je tak podwyższyć, żeby zgarnąć jeszcze dodatkowe 1,1 mld zł (połowę z połowy kwoty 4,4 mld zł, nadążacie? :-))), to wychodzi, że trzeba by z klientów ściągnąć jeszcze dodatkowe 10% dotychczasowego "urobku" na prowizjach. Ale tylko nieco mniej, niż połowa prowizji bankowych to te związane z kontami i kartami debetowymi (pozostałe są związane z kartami kredytowymi, debetami, kredytami, funduszami inwestycyjnymi, ubezpieczeniami, usługami maklerskimi itp.), więc z 10% koniecznego wzrostu opłat za konta robi się... 20%.

      Z obliczeń NBP wynika natomiast, że przeciętne konto bankowe rocznie kosztuje niecałe 100 zł (licząc razem z kartą płatniczą). Wychodzi więc, że zrzutka na przeciętnego użytkownika przeciętnego konta w przeciętnym banku wynosi 16-18 zł w skali roku, czyli właśnie mniej, niż 2 zł miesięcznie. Ale jeśli przyjmiemy założenie, że banki przerzucają na klientów cały koszt podatku bankowego - prowizje będą musiały wzrosnąć o 40%, czyli o jakieś 36-38 zł w skali roku i 3 zł miesięcznie. Jeśli zaś zbudujemy model (mało realny, bo już widać, że banki realizują inny), że wskutek wprowadzenia podatku bankowego ani koszt kredytu się nie zwiększa, ani oprocentowanie depozytu nie spada, lecz 100% tego, co banki wpłacają do urzędu podatkowego, jest od razu wrzucane w prowizje za ROR-y i karty, otrzymamy liczbę 70-75 zł jako dodatkową opłatę za przeciętny ROR z kartą. W takiej sytuacji prowizje za konta i karty musiałyby wzrosnąć więcej, niż o połowę, a przeciętny ROR musiałby podrożeć o mniej więcej 6 zł miesięcznie. Osobiście obstawiam wariant środkowy, w którym banki przerzucają na klientów cały koszt podatku, ale dzielą go między wyższe odsetki, a wyższe prowizje.

      No dobra, załóżmy, że składamy się po te "parę" złotych w skali roku na dodatkowe prowizje dla banków i m.in. z tych pieniędzy fundujemy niektórym z nas 500 zł zasiłku na dziecko. A po ile złożymy się w ramach drugiego podatku sektorowego, czyli podatku od handlu? Sprawa jest taka, że podstawowa stawka podatku to 1,3% od przychodów dużego sklepu, 0,7% przychodów małego i 1,9% przychodów każdego sklepu. Jeśli założymy, że uśredniona wartość podatku (w zależności od tego gdzie kto robi zakupy i kiedy może ona wyglądać różnie) wynosi 1,5%, można szacować, że miesięcznie zapłacimy w sklepach od 7 do 20 zł więcej. A w skali roku - od 85 do 250 zł więcej.  Bo z danych GUS wynika, że przeciętna polska rodzina (taka, która nie istnieje, ale na czymś się trzeba oprzeć :-)) wydaje na konsumpcję jakieś 3000 zł miesięcznie. Ale część tej kwoty idzie na opłacenie kosztów związanych z mieszkaniem (czynsz, prąd, gaz - ponad 650 zl) oraz comiesięczne rachunki (np. za kablówkę, telefon), część idzie na edukację dzieci (40 zł), restauracje i hotele (70-80 zł), kino, teatr i uprawianie sportu (260-270 zł) oraz na inne wydatki.

      W sklepach - a to jest obszar mojego dzisiejszego "śledztwa" - wydajemy tak naprawdę ponad 800 zł na żywność i napoje oraz 170 zł na odzież i obuwie. No i jeszcze na dokładkę stówkę na alkohol i używki (jak ktoś nie pije i nie pali, to niech się wstydzi, bo zaniża GUS-owi średnią :-)) Aha, średnio 350 zł wydajemy na transport - jeśli jest to paliwo do samochodu, to również podpada pod podatek od handlu. W sumie przeciętna (czyli nieistniejąca) polska rodzina miesięcznie w sklepie przepuszcza między 1000 a 1500 zł. Przy założeniu, że ceny w tych sklepach pójdą w górę o 1,5%, mamy 15-22 zł miesięcznej podwyżki rachunków ze sklepów. Jeśli sklepy przerzucą na klientów tylko połowę podatku - to dodatkowy rachunek wyniesie 7-11 zł. Finalny wynik tego rachunku jest więc taki, że przeciętna polska rodzina po realizacji podatkowych pomysłów rządu w sklepie i banku co miesiąc zapłaci od 9 zł do prawie 30 zł. W tym ostatnim wariancie zakładamy pełne przerzucenie podatków na konsumenta i - w części "bankowej" - koncentrację podwyżek na prowizjach za karty i ROR-y. 

      Na to jednak trzeba nałożyć jeszcze tzw. elastyczność cenową popytu. Bo ceny w sklepach nie urosną symetrycznie. Jeśli sklepy będą podnosić ceny, to głównie na te towary, na które popyt przez to istotnie nie spadnie. No bo tak: chleb i bułki każdy musi kupić, a kawior - niekoniecznie. Do czego zmierzam? Otóż podatek bardziej uderzy - pożerając relatywnie większą część domowego budżetu - osoby, które mają niskie dochody i największą część pieniędzy wydają na jedzenie, kupując je w dodatku w najtańszych sklepach (a więc w tych mających najniższą marżę i które będą miały większy przymus przerzucenia podatku na kupujących). I o to mam największą pretensję do rządu. Pisałem już zresztą o tym w blogu, w "poradniku początkującego Robin Hooda" - że zabiera biednym, żeby oddać wszystkim. Zresztą podobnie to będzie działało w przypadku podatku bankowego. Owszem, średni miesięczny wzrost prowizji może wynieść 1-4 zł, czyli niewiele, ale jest pewne jak w banku, że finansiści nie podniosą prowizji proporcjonalnie wszystkim klientom, lecz najbardziej tym, na których mniej zarabiają - czyli niezamożnych (choć tu akurat jeden z banków, PKO BP, poszedł właśnie pod prąd). Spodziewam się, że koszty podatku bankowego poniosą głónie posiadacze najtańszych odmian kont, nie zaś ci, którzy mają konta złote i platynowe. I znów rząd zabierze biednym, żeby rozdać wszystkim.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (42) Pokaż komentarze do wpisu „Ile w skali miesiąca będą nas kosztowały podatki od banków i sklepów? Policzyłem i... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 stycznia 2016 08:57
  • środa, 27 stycznia 2016
    • Luka w zabezpieczeniach jednego z najbardziej nowoczesnych banków? Kwestia numeru

      Uważne czytanie SMS-ów autoryzacyjnych to podstawowa sprawa jeśli chodzi o bezpieczeństwo naszych pieniędzy w bankach. Oczywiście, dostępu do oszczędności pilnują jeszcze login i hasło, ale trzeba przyjąć założenie, że są to identyfikatory, które dość łatwo wpadają w ręce złodziei (wystarczy otworzyć załącznik w mejlu od nieznanej osoby, albo ściągnąć film za darmo z serwisu streamingowego i już można zostać "poczęstowanym" wirusem, który wykrada hasła). Jasne, hasła można często zmieniać, warto też mieć dobry program antywirusowy, ale żadna z tych rzeczy nie daje 100% gwarancji, że login i hasło do banku będą sterylne. Ostatnią i najważniejszą zaporą w sytuacji, gdy ktoś już dostanie się na nasze konto, jest przesyłany z banku SMS z hasłem autoryzującym konkretną transakcję. Jeśli złodziej podstawi nam na ekranie komputera fałszywą stronę, na której poprosi o hasło SMS, żeby np. "odblokować dostęp do konta", to wielu pewnie by to hasło wpisało. Bo kto by nie chciał "odblokować konta"?

      Czytaj też: Kradną SMS-y autoryzacyjne, podmieniają numery kont. Najnowsze triki e-złodziei

      Kto poda hasło z SMSa, autoryzuje tak naprawdę przelew do złodzieja. Tyle, że bank w opisie SMSa, podając hasło do transakcji, zawsze podaje też jakiej transakcji dotyczy autoryzacja. Wystarczy tego SMSa dokładnie przeczytać, żeby wykryć ewentualną rozbieżność między tym, co wyświetla nam się na ekranie komputera, a tym, co przesyła bank w SMS-ie autoryzacyjnym. Jeśli np. klient widzi na ekranie prośbę "z banku", żeby podał hasło autoryzacyjne z SMSa w celu "odblokowania dostępu do konta", a w SMS-ie autoryzacyjnym obok hasła widnieje wyjaśnienie, że transakcja dotyczyć ma zdefiniowania nowego odbiorcy przelewów, to wiadomo, że ktoś chce nas okraść i że trzeba dzwonić do banku oraz na policję. Kłopot w tym, żeby te dane, które bank przesyła w SMS-ie, zawierały wszystkie potrzebne informacje, pozwalające klientowi wykryć, że ktoś mu chce ukraść pieniądze. Jeden z moich czytelników, klient Banku Smart, twierdzi, że niektóre z SMS-ów autoryzacyjnych tego warunku nie spełniają. Czy ma rację? Oceńcie sami.

      "Moja historia dotyczy Banku Smart, którego klientem jestem o kilku lat i dodam, że do niedawna byłem klientem zadowolonym… W maju ubiegłego roku znalazłem drobną lukę bezpieczeństwa. Luka ta polega na tym, że przy tworzeniu zdefiniowanego i zaufanego odbiorcy przelewu (czyli takiego, do którego wysyłając przelew później nie trzeba będzie już za każdym razem potwierdzać SMS-em), bank wysyła SMS autoryzacyjny, który zawiera tylko fragment nazwy odbiorcy (tj. kilka pierwszych znaków), nie zawiera natomiast żadnych informacji o numerze rachunku bankowego - np. pierwszych dwóch i ostatnich czterech cyfr numeru rachunku (jak to ma miejsce w przypadku SMS-u autoryzacyjnego dla “zwykłego” przelewu w tym banku".

      Czytelnik na potwierdzenie swoich słów załączył zrzut ekranu z telefonu (patrz niżej) - pierwszy to SMS autoryzacyjny dla "zwykłego" przelewu, a drugi to autoryzacja dla działania polegającego na zdefiniowaniu odbiorcy zaufanego. Klient uważa, że skoro system Elixir, za pomocą którego "chodzą" przelewy wysyłane przez klientów z banku do banku, sprawdza wyłącznie numer konta, zaś nazwa odbiorcy nie ma żadnego znaczenia (spróbujcie wysłać przelew do odbiorcy o nazwie "Dupa", powinien przejść bez zastrzeżeń :-)), to SMS autoryzacyjny transakcji np. "zdefiniowanie nowego odbiorcy" powinien podawać właśnie kluczowe fragmenty numeru rachunku.

      "Nie otrzymując w SMS-ie kluczowych danych do zatwierdzanej transakcji, w postaci numeru konta, nie mamy żadnej pewności co tak naprawdę potwierdzamy. Oczywiście samo w sobie, nie stanowi to jeszcze żadnego zagrożenia, ale daje przestępcom furtkę, by po infekcji naszego komputera złośliwym oprogramowaniem, wykonać atak polegający na podstawieniu fałszywego komunikatu"

      screenshotRzeczywiście, można sobie wyobrazić sytuację, w której złodziej - mając już login i hasło do konta klienta - spróbuje wykorzystać wiedzę pozyskaną z analizy tego, co dzieje się na rachunku tegoż klienta, znajdzie jakiegoś "Zdzisia" wśród odbiorców przelewów i wyświetli klientowi komunikat np. "System wymaga powtórnego zatwierdzenia Zdzisia jako odbiorcy przelewów zdefiniowanych". Klient dostanie SMS autoryzacyjny z informacją, że transakcja dotyczy zatwierdzenia Zdzisia, lecz nie dowie się, że numer rachunku, który na podstawie tej autoryzacji będzie zdefiniowany, nie ma nic wspólnego z numerem konta prawdziwego Zdzisia, lecz jest numerem rachunku złodzieja. Po przeprowadzeniu takiej mistyfikacji złodziej mógłby już bez żadnej autoryzacji, będą stałym odbiorcą przelewów klienta, ukraść wszystkie pieniądze. Oczywiście: przeprowadzenie takiego ataku wymagałoby od klienta dużej naiwności, bo cały czas warto pamiętać, że żaden bank nigdy sam nie poprosi o autoryzację żadnej transakcji. Jeśli więc na ekranie Waszego komputera, po zalogowaniu się do banku, pokazuje się prośba o zatwierdzenie jakiejś operacji - dzwonicie od razu do banku i na policję. Tym niemniej klient Banku Smart ma rację - w SMS-ie zatwierdzającym nowego odbiorcę przelewów powinny być zawarte dwie pierwsze i cztery ostatnie cyfry jego rachunku. Sama nazwa to za mało.

      "Jak przystało na praworządnego obywatela i świadomego klienta niezwłocznie poinformowałem e-mailowo bank o moim odkryciu. Minął miesiąc i nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Co ciekawe w międzyczasie zmieniła się kilkakrotnie wersja systemu bankowości internetowej (bank prezentuje informację o wersji systemu w dolnej części ekranu), postanowiłem więc sprawdzić czy problem nie został po cichu naprawiony. Niestety moje nadzieje okazały się daremne. Postanowiłem sięgnąć po (chyba) najcięższe oręże i opisałem sprawę na oficjalnym Facebook'owym profilu Banku. Wtedy przyszła również odpowiedź na maila, z przeprosinami, podziękowaniem i obietnicą poprawy. Sprawa wydała mi się wówczas zamknięta. Jakież było moje zdziwienie, gdy wczoraj stwierdziłem (po ponad pół roku od zgłoszenia), że luka wciąż istnieje..."

      Nawet jeśli nie jest to jakaś ogromna wyrwa w bezpieczeństwie, lecz stosunkowo niewielkie niedopatrzenie, to przecież wystarczy jeden przypadek okradzionego klienta, by wiarygodność Banku Smart legła w gruzach. Bank ten startuje przecież ze stosunkowo niskiego poziomu. Nie ma znanej od lat marki, jak np. PKO BP, a w dodatku jest bankiem, który ma być pierwszym typowo mobilnym, smartfonowym, z którego najwygodniej będzie się korzystało w tablecie i smartfonie. Jak powszechnie wiadomo, Polacy mają duże wątpliwości co do bezpieczeństwa bankowania przez smartfona, więc Bank Smart powinien mieć standardy bezpieczeństwa powyżej średniej rynkowej.

      "Przyznam się, że pisząc do banku byłem pewien, że ten potraktuje sprawę poważnie i szybko poprawi błąd; przy okazji liczyłem również na jakiś dowód wdzięczności np. preferencyjną stawkę lokaty… Nigdy natomiast nie przypuszczałem, że Bank zupełnie zignoruje moje uwagi - w końcu bezpieczeństwo systemu transakcyjnego leży również w jego interesie. Martwi mnie trochę taka postawa Banku, bo trzymam w nim część swoich oszczędności. Z drugiej jednak strony, może te obawy są jednak zupełnie nie na miejscu? Gdyby (odpukać) któryś z klientów banku padł teraz ofiarą kradzieży przy wykorzystaniu opisywanej luki, to bank jako winny zaniedbań, musiałby chyba pokryć stratę klienta bez mrugnięcia okiem. Czy nie mam racji Panie Macieju?"

      - kończy swoją opowieść pan Arkadiusz. Mam nadzieję, że teraz już w Banku Smart nie będą chować głowy w piasek, tylko szybciutko zrobią modyfikację systemu autoryzacji i wrzucą do SMS-ów autoryzujących zdefiniowanie nowego odbiorcy numer konta tego odbiorcy - czyli jedyną daną, którą przed wysłaniem przelewu sprawdza międzybankowy system Elixir. Do czasu kiedy to nie nastąpi klientów Banku Smart proszę o wzmożoną czujność dotyczącą transakcji typu "definiowanie nowego odbiorcy przelewu". Nigdy nie podajemy haseł SMS-owych w sytuacji, gdy to rzekomy bank inicjuje kontakt (wiadomo, że nie jest to bank, tylko złodziej). A jeśli definiujemy z własnej inicjatywy zaufanego odbiorcę przelewu, to zaraz po zatwierdzeniu transakcji sprawdzamy czy numer konta na liście odbiorców się zgadza. Skoro SMS autoryzacyjny nie zawiera takiej informacji, to warto natychmiast sprawdzić to "z ręki".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Luka w zabezpieczeniach jednego z najbardziej nowoczesnych banków? Kwestia numeru”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 stycznia 2016 09:40
  • wtorek, 26 stycznia 2016
    • Wielka awantura o podwyżki prowizji w PKO BP. Politycy w szoku, sprawą zajmie się Sejm. Czad!

      Kto by pomyślał, że taka awantura rozpęta się wokół podwyżek prowizji ogłoszonych przez bank PKO BP. W rządzie zawrzało, a poseł PiS Andrzej Jaworski zapowiedział, że tej bulwersującej sprawie przyjrzy się sejmowa komisja finansów publicznych. Ani chybi potrzebna będzie komisja śledcza w tej sprawie. No bo jak to: władza w Polsce się zmienia, a częściowo państwowy bank podwyższa prowizje? "Przypadek? Nie sądzę" - powiedziałby klasyk. No dobra, koniec żartów. Dziwię się, że posłowie partii rządzącej nie mają nic lepszego do roboty, niż analizować decyzje dotyczące opłat i prowizji w notowanej na giełdzie spółce akcyjnej, w której Skarb Państwa ma raptem 30% udziałów. Co ciekawe, ci sami posłowie kilkanaście dni temu przegłosowali podatek bankowy, który prawdopodobnie zabierze bankowi PKO BP mniej więcej miliard złotych rocznie. Zdziwienie i oburzenie tym, że teraz bank - podobnie jak wszystkie inne na rynku - będzie próbował część tych pieniędzy "odzyskać" z kieszeni klientów, robi wrażenie jakby politycy PiS nie obczajali jak działa wolny rynek. 

      Wyjaśniam: w gospodarce rynkowej jest tak jeśli rosną koszty, to komercyjna firma - a taką jest bank PKO BP - stara się równolegle powiększyć przychody. Oczywiście, są kraje, w których publiczne spółki są instrumentem polityki i koszty nie mają decydującego znaczenia dla ich polityki cenowej - tak jest np. w Rosji - ale to cecha gospodarek rządzonych przez ekonomicznych bolszewików. Afera wokół podwyżek w PKO nie jest pierwszym przypadkiem fałszywego rozumienia mechanizmów gospodarczych w szeregach partii rządzącej. Pamiętacie jak Paweł Szałamacha, jeszcze chyba jako kandydat na ministra finansów, opowiadał jak to banki z udziałem Skarbu Państwa będą powstrzymywać się przed pobieraniem prowizji i zapraszać do siebie klientów banków, które podnoszą ceny? Nota bene teraz opowiada, że wprowadzenie podatku od handlu nie podwyższy cen w sklepach :-). Niestety, jak się wprowadziło bank na giełdę, to trzeba zaakceptować, że działa na zasadach komercyjnych. Rola polityków powinna się ograniczać do liczenia wpływów z dywidendy.

      Oczywiście, fakt, że bank obsługujący 7 mln Polaków podnosi ceny, nie jest fajny. Ale też nie są to podwyżki, które mogłyby trafić na czołówki gazet. W odróżnieniu od innych banków PKO BP nie ruszył ani o grosz prowizji za prowadzenie swoich najpopularniejszych kont, ani za używanie przypiętych do nich kart. Jedynymi kontami, dla których wzrosną prowizje, są te "burżujskie": Złote (podwyżka z 16,5 do 19,9 zł miesięcznie), Aurum (z 25 do 30 zł miesięcznie) oraz Platinum (z 60 do 80 zł miesięcznie). W przypadku dwóch ostatnich kont można uniknąć opłaty, jeśli się ma odpowiednio wysokie wpływy (9.000 zł miesięcznie dla Aurum i 20.000 zł miesięcznie dla Platinum). Natomiast można mieć za złe PKO-wcom to, że mocno podwyższyli opłaty za przelewy internetowe w ramach Superkonta, z którego korzysta prawie milion klientów (z 0,7 do 1,2 zł za przelew). Owszem, jednocześnie bank zniósł prowizję za dostęp do serwisu internetowego (do tej pory 2 zł miesięcznie), ale i tak nie znajduję uzasadnienia dla "kasowania" klientów prowizją 1,2 zł za przelew internetowy, samoobsługowy, który klient wykonuje własnoręcznie. To jest zdzierstwo.

      Z innych zmian zwróciłbym jeszcze uwagę na przykrość dotykającą najbardziej tradycyjnych klientów, którzy autoryzują transakcje zdrapując kolejne kody z kart-zdrapek (zamiast, tak jak reszta Narodu, korzystać z autoryzacji SMS-owej). Teraz taki przelew autoryzowany przez drapanie będzie kosztował 29 groszy (było 10 groszy). Bank chce w ten sposób zachęcić klientów do przejścia na SMS-y, ale i nieźle zarobi, bo z kart-zdrapek korzysta w PKO BP ponad 1,4 mln klientów! Krótko pisząc - niektórzy klienci, przelewający pieniądze samoobsługowo, przez internet, będą za jeden przelew płacili nawet nie 1,2 zł, ale prawie 1,5 zł. Za przelew internetowy, który w większości banków jest totalnie darmowy! Wśród podwyżek jest tez opłata roczna za najpopularniejsze karty kredytowe - Błękitną i Przejrzystą. Teraz PKO stuknie ich posiadaczy opłatą 60 zł (a nie 45 zł), o ile nie uda im się miesięcznie "wykręcać" kartą po 600 zł obrotów. Podrożeją też karty i konta walutowe, ale to też są burżujskie produkty dla tych, którzy zamiast wydawać pieniądze kraju szwendają się po obcych landach. Droższe będą informacje o saldach i transakcjach zasysane przez klientów w bankomatach, ale to też nie dziwi - jak wiadomo czasem lepiej nie wiedzieć, niż wiedzieć.

      W PKO BP przekonują, że podwyżki nie mają nic, ale to nic wspólnego z podatkiem bankowym, bo zostały zatwierdzone jeszcze w grudniu (ale wtedy było już wiadomo, że przed podatkiem nikt banków nie uratuje), że ich wynik prowizyjny z roku na rok jest coraz niższy (w 2007 r. marża prowizyjna w banku wynosiła prawie 2%, a dzisiaj tylko połowę z tego) oraz że w całej akcji chodzi tylko o promowanie bankowości samoobsługowej (jaaaasne, będą ją promować przelewami internetowymi po 1,5 zeta :-)). To dość sprytnie przeprowadzona, chirurgiczna akcja przykręcania śruby klientom tak, żeby w miarę możliwości tego nie zauważyli. Tak zachowuje się każdy bank komercyjny, który ma dbać o interesy swoich akcjonariuszy. A oburzanie się na to, że robi to bank, którego jednym z udziałowców jest Skarb Państwa, uważam za niepoważne. Jeśli bank ten ma się zachowywać nierynkowo, to niech rząd znajdzie gdzieś 20 mld zł, spłaci prywatnych akcjonariuszy, zdelistuje go z giełdy i znacjonalizuje.

      Niewykluczone, że te oburzone głosy mają spowodować odwołanie prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełłę. Niektórzy plotkują, że na jego stołek ostrzą sobie zęby prominenci z "frakcji SKOK-owej" w PiS. Nie wiem ile w tym prawdy, ale patrząc na porównanie marż odsetkowych w SKOK-ach i bankach komercyjnych nie widzę szans, żeby pod ewentualnymi rządami nowej ekipy spod flagi spółdzielczych kas minister finansów doczekał się obniżek opłat w PKO :-).

      marzaodsetkowa

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Wielka awantura o podwyżki prowizji w PKO BP. Politycy w szoku, sprawą zajmie się Sejm. Czad!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2016 18:01
    • Kto skorzysta na prezydenckim pomyśle na franki? I czy banki rzeczywiście by wtedy umarły?

      Odkąd ludzie prezydenta pokazali nowy projekt ustawy, która ma odmienić zły los frankowiczów, wszyscy zastanawiają się czy to rozwiązanie jest w ogóle realne i czy nie spowoduje wysadzenia w powietrze całego sektora bankowego, razem z ponad 600-miliardowymi oszczędnościami Polaków-szaraków. Przypomnę w dwóch zdaniach, że ustawa ma doprowadzić do zafiksowania kredytobiorcom sztywnego kursu franka, po którym będą spłacali kredyt. Poziom tego kursu wynikać ma z jednej strony z "nawisu" długu, który powstał w wyniku szaleństw franka, a z drugiej - z tego ile oszczędności na comiesięcznych ratach osiągnęli ci, którzy wybrali franka zamiast złotówki. No i oczywiście ze zwrotu spreadu, który banki pobrały do tej pory. Analitycy zaś dość zgodnie szacują, że gdyby operacja miałaby zostać przeprowadzona na raz, to bankom wyparowałoby z dnia na dzień 40-50 mld zł. Ale może dałoby się rozbić całą operację na raty? Tak naprawdę trud prognozowania skutków ustawy antyfrankowej powinni podjąć jej twórcy, ale... na wszelki wypadek olali ten problem, żeby nie psuć sobie humoru. Od dawna uważam, że z kredytami frankowymi trzeba coś zrobić i nie powinno to być przewalutowanie, lecz przejęcie przez banki części ryzyka. Projektu prezydenta jednak nie rozumiem - zafiksować sobie raz na zawsze kurs spłaty na podstawie bilansu kredytu aktualnego na konkretny dzień? To nie brzmi zbyt sensownie.

      Czy sensowne to jedna sprawa, a czy możliwe do przeprowadzenia - to drugie. Należy się nam odpowiedź, bo wielu dostało nadzieję. I właśnie o tym dziś dwa słowa. Wpadła mi w ręce ciekawa analiza Marcina Jabłczyńskiego z biura maklerskiego DB Securities, który pokusił się o rozkminkę skutków ustawy antyfrankowej. Dotyczy ona - ta rozkminka - tylko niektórych banków, ale mimo wszystko jest ciekawa. Oczywiście, nie jest to wszystko precyzyjne, bo nie wiemy jaka część klientów banków skorzystałaby z opcji "usztywnienia" kursu spłaty kredytu. Jeśli ktoś zaciągał kredyt przy dość wysokim kursie franka i sporo oszczędzał na niższych ratach w porównaniu ze złotówkowiczem, to interes wcale mu się nie musi opłacać. Poniżej macie porównanie "prawdziwego" kursu franka z kursem "sprawiedliwym". Wykres czyta się w ten sposób, że patrzycie na osi X w którym momencie wzięliście kredyt, a potem sprawdzacie różnicę pomiędzy kursem z dnia wzięcia pieniędzy z banku, a kursem "sprawiedliwym". Im mniejsza różnica i im dalej jest kurs "fair" od obecnej ceny franka (czyli tej czarnej, poziomej linii), tym bardziej opłaca się skorzystać z prezydenckiego rozwiązania.

      frankisprawiedliwy1

      Analityk pokazuje to wszystko również na takiej dużej tabeli, w której trzeba znaleźć "współrzędne" terminu zaciągnięcia kredytu, a potem już można sprawdzić ile wyniesie "kurs sprawiedliwy" i jak zmieni się koszt obsługi miesięcznej raty (tam gdzie jest minus, konwersja się nie opłaci, bo z powodu wysokiego "kursu sprawiedliwego" miesięczna rata będzie wyższa, niż przy kredycie złotowym. Jak widzicie, konwersja proponowana przez prezydenta będzie się opłacała głównie kredytobiorcom z lat 2007-2008.

      przeluaotwaniechf2

      Przy założeniu, że z ustawy skorzystaliby wszyscy, którym się ona opłaci, przykładowe koszty dla banków wyniosłyby 7,5-8,3 mld zł dla PKO BP, jakieś 4,2-4,7 mld zł dla Banku Millennium i 4,5-5 mld zł dla mBanku. Mówimy więc o kwotach sięgających kilkuletnich zysków banków. Na raz byłoby to trudne do udźwignięcia. Analityk policzył czy w scenariuszu, gdy wszyscy frankowicze, którym to się opłaca, aplikują sobie "kurs sprawiedliwy", banki nie zaczną się chwiać. Jak wiadomo, przy tak dużych kwotach banki nie tylko nie miałyby żadnych szans na osiąganie zysków, ale musiałyby sięgnąć po kapitały wypracowane w poprzednich latach. I to sięgnąć dość głęboko. Analityk doszedł do wniosku, że w przypadku np. Banku Millennium koszt ustawy antyfrankowej będzie na tyle wysoki, że bank ten musiałby pozbyć się prawie całego kapitału własnego (a więc poduszki finansowej, która zabezpiecza depozyty klientów). Jak czytać tę tabelkę - piszę poniżej.

      przewalutowanie__konsekwencje

      Nadzór bankowy wymaga od tego banku, by w tym roku miał łącznie własny kapitał (CAR) pokrywający 17,1% skali jego działalności, z tego 13,1% to ma być kapitał najwyższej jakości TIER 1 (czyli własny, a nie np. z wyemitowanych obligacji). W zależności od scenariusza (czyli tego ilu kredytobiorców zdecyduje się na "kurs sprawiedliwy"), wskaźnik TIER 1 w Banku Millennium stopnieje do... 1,8-0,6%. A więc do poziomu występującego dziś chyba tylko w bankrutujących SKOK-ach. Gdyby taki Bank Millennium miał oddać frankowym klientom tylko spread, który od nich pobrał, jego kapitał TIER 1 spadłby do 12%. Też poniżej wymogów KNF, ale już nieznacznie. A jak by to wyglądało w PKO BP, innym z wielkich "frankowych" banków? Ano przy wymogu nadzorczym TIER 1 na poziomie 13,1% największy polski bank - po zdobieniu dobrze frankowiczom - zaliczyłby zjazd kapitałów najwyższej jakości do 7,7-7,3%. Oj, musiałby Skarb Państwa dorzucić mu grube miliardy kapitału... Gdyby PKO BP miał oddać tylko spread - TIER 1 spadłby tylko do 11,1%. W przypadku mBanku mielibyśmy zjazd z obowiązkowego poziomu 14,1% do 5,9-5,2% w zależności od scenariusza i 11,8% gdyby trzeba było tylko oddać spread. Na szczęście analiza nie obejmuje Getin Banku, który jest uznawany za "brzydkie kaczątko" branży i po kieszeni dostałby najmocniej.

      Widać więc, że po rozliczeniu się z franków według prezydenckiego scenariusza - i gdyby miało to nastąpić na raz - wyrwa w kapitałach banków byłaby poważna i branża bankowa mogłaby rzeczywiście stanąć na krawędzi niewypłacalności. Bo jeśli inwestor strategiczny nie rzuciłby kilku miliardów złotych na nowy kapitał, to kto wie, czy jeden lub drugi bank nie musiałby być ratowany z kieszeni podatników (zwłaszcza jeśli zacząłby się run na jego oddziały, bo ludzie woleliby nie trzymać pieniędzy w skarbcach potencjalnego bankruta). Tak czy owak - problem byłby wielomiliardowy i raczej trudny do bezbolesnego zamiecenia pod dywan. No, ale jest i drugi scenariusz, w którym straty banków da się rozliczać w czasie, czyli co roku odpisywać jakieś straty wynikające z różnicy między ratami spłacanymi przez klienta po "kursie sprawiedliwym", a zwykłym. Jak by to wyglądało? Otóż taki PKO BP brutto musiałby księgować co roku stratę 750-830 mln zł, ale po odliczeniu ulg - 560-640 mln zł. Do tego dochodzi 950 mln zł podatku bankowego, co czyni jakieś 1,6 mld zł "w plecy" rok w rok. Czyli mniej niż połowę generowanych w dobrych czasach zysków i pewnie więcej, niż połowę zysków z gorszych czasów. 

      przewalutowaniekoszty_bankufff

      A jak to wygląda w innych "frankowych" bankach? W Banku Millennium koszt rozliczanego w czasie "kursu sprawiedliwego" wyniósłby 380-430 mln zł, zaś podatku bankowego - 208 mln zł. Przy rocznym zysku banku na poziomie 400-500 mln zł - wygląda to katastrofalnie. A np. mBank zapłaciłby jakieś 370-420 mln zł rocznie z tytułu "zapłaty za franki", a do tego 406 mln zł podatku. W porównaniu z jego dotychczasowymi zyskami sięgającymi 1,2-1,3 mld zł rocznie mówimy o kwotach zjadających zdecydowaną większość zysków. A więc niszczącą większość zdolności banku do kreowania nowych kredytów. Na wszelki wypadek analityk DB Securities nie brał się za analizowanie przyszłej rentowności Getin Noble Banku, bo być może wpadłby z tego powodu w depresję (wynik rachunków byłby znacznie mniej optymistyczny, niż w przypadku Banku Millennium). Oczywiście: można powiedzieć, że w imię sprawiedliwości dla frankowiczów nowe kredyty trzeba poświęcić, ale to dość odważna teza. 

      Czytaj też: Pięć tajemnic bolesnych, czyli jak profesjonalnie ogolić banki

      No i tak to jest z tą ustawą antyfrankową. Jak się nie obrócić, d... zawsze z tyłu. Wpuszczanie banków w straty bądź zabieranie im całego zysku to byłaby ryzykowna sprawa, bo taki bank całkowicie zakręca kurek z kredytami i wcale nie jest pewne, że obok znajdzie się inny bank, który go zastąpi (do tego trzeba mieć rezerwy kapitału, czyli wysoki współczynnik wypłacalności). Czy to oznacza, że banków nie można ogolić? Można, ale - jak już pisałem w blogu - tak żeby zostało im te 7-8 mld zł na rozwijanie akcji kredytowej. Zresztą nawet w analizie Marcina Jabłczyńskiego znalazłem potwierdzenie, że na razie branża jeszcze daje szansę na utrzymanie tej bezpiecznej (dla nas i dla gospodarki), choć niezbyt wysokiej rentowności. Otóż mimo ekstra-zrzutki na pokrycie kosztów bankructwa SK Banku (2,1 mld zł) branża - zdaniem analityka - zarobiła w ostatnim kwartale zeszłego roku 1,5 mld zł.

      zyskibankw20151

      Bez "niespodzianek" banki miałyby prawie 3 mld zł kwartalnych zysków. Ale zaraz wejdzie podatek bankowy (4,4 mld zł w tym roku), składka na BFG (2,1 mld zł), fundusz na pomoc kredytobiorcom w tarapatach (700 mln zł), podwyższone wymogi kapitałowe (15 mld zł w ciągu pięciu lat), być może trzeba będzie ratować kolejne SKOK-i (szacuje się, że mogą potrzebować jeszcze 4 mld zł). I po uwzględnieniu tych wszystkich rzeczy miejsca na rozwiązanie problemu franków - nawet jeśli dałoby się rozliczać je stopniowo - już brakuje. Tylko jak pan prezydent ma to powiedzieć swoim wyborcom, którym obiecał, że przewalutuje im kredyty?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (53) Pokaż komentarze do wpisu „Kto skorzysta na prezydenckim pomyśle na franki? I czy banki rzeczywiście by wtedy umarły?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 stycznia 2016 08:50
  • poniedziałek, 25 stycznia 2016
    • Pieniądze od rodziny z zagranicy odbierzesz na... zakupach? Albo w bankomacie, kiosku...

      Opisywałem niedawno co najmniej dwie inicjatywy, które mają ambicję totalnie zmienić warunki gry na rynku międzynarodowych transferów pieniędzy. To, że usługa przerzucania pieniędzy bezpiecznie i szybko z jednego końca świata na drugi nie przestanie być potrzebna, ,jest jasne jak słońce. W końcu mamy XXI wiek, nikt nam nie zabiera paszportów, jesteśmy coraz bardziej mobilni i chętniej podejmujemy pracę poza granicami kraju. Ponad dwa miliony Polaków wyemigrowało za granicę za pracą (nazywając ich językiem oficjalnym polskich władz są to "polscy uchodźcy" w Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA, czy Norwegii), ale za to mamy w Polsce mniej więcej milion pracujących tu Ukraińców i trochę "uchodźców" z Azji. Rocznie do Polski z zagranicy przypływa 7,5 mld dolarów, zaś wypływa 1,7 mld dolarów. Ile można zarobić na prowizjach od tak gigantycznej kasy? Przy średniej prowizji w wysokości 5% mamy "do wyjęcia" ponad 400 mln dol., czyli pieniądz porównywalny z jedną piątą prognozowanych zysków całej polskiej branży bankowej w tym roku.

      W poprzednich latach o ten tort walczyły przede wszystkim duże firmy transferujące globalnie gotówkę. Największe z nich to Western Union i Money Gram. Ale ich panowanie w każdej chwili może się skończyć. Z jednej strony zaatakują banki - w Europie już mamy system tanich przelewów w euro o nazwie SEPA. zaś działający od niedawna Bank Smart pokazał jak można zbić do poziomów naprawdę minimalnych przelewy pieniędzy z krajów strefy euro, czy z Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony atakują firmy technologiczne, które oferują transfer pieniądza bezgotówkowego przy bardzo niskich opłatach. Owszem, płaci się trochę z tytułu spreadu i ewentualnie przy zamianie pieniądza bezgotówkowego na żywą gotówkę, ale wychodzi i tak taniej, niż u tradycyjnej firmy przekazującej gotówkę. Z trzeciej strony atakują cyfrowe pieniądze w rodzaju bitcoina, czy polskiego billona. Tu sprawa jest prosta - taki pieniądz jest zamknięty w smartfonie i bardzo łatwo przesuwalny bez pośrednictwa banków, ani tym bardziej jakichś dziwnych firm. Czy więc Western Union i MoneyGram są skazane na wymarcie?

      Miałem ostatnio okazję rozmawiać z Peterem Ohserem, wiceprezesem MoneyGram odpowiedzialnym za rozwój firmy w Europie, Ameryce Północnej i Południowej, który wizytował polskie operacje firmy. Przedstawiłem mu wszystkie moje teorie - ze szczególnym uwzględnieniem wzrostu konkurencji "wirtualnej", jak firma Valuto.com, o której mogliście ostatnio czytać w blogu - a Ohser odbijał je danymi dotyczącymi ogromnej skali migracji na świecie i opisującymi dużą liczbę krajów, w których wciąż dominuje obrót gotówkowy. Dotyczy to zwłaszcza krajów rozwijających się, ale i w pewnym stopniu USA, gdzie nawet karta zbliżeniowa jest wciąż nowinką przyrodniczą. W przypadku MoneyGram z przekazów poza USA pochodzi połowa przychodów, 20% to kasa przesyłana wewnątrz Stanów, a kolejne 30% to pieniądz wysyłany lub przesyłany do USA).

      moneygrammarket

      Jakkolwiek przesyłanie gotówki ma być dla MoneyGram wciąż rdzeniem biznesu, to firma - podobnie jak jej konkurent Western Union - rozwija usługi dla klientów "bezgotówkowych". Obie firmy mają w ofercie np. przekazy wysyłane online, poprzez ich strony internetowe. Wygląda to tak, że rejestruję się na stronie internetowej firmy i wykonuję transakcję podobną do płatności kartą w internecie. Z tą jednak różnicą, że tu nic nie kupujemy, tylko wysylamy pieniądze do odbioru w placówce partnerskiej w innym kraju lub na konto bankowe odbiorcy. Jak duża część przychodów MoneyGram pochodzi z usług bezgotówkowych?

      "Zarówno przekazy pieniężne typu cash-to-cash jak i przekazy elektroniczne rosną, ale te ostatnie szybciej. Już 12% naszych globalnych przychodów pochodzi z kanałów samoobsługowych: przekazów internetowych, tych nadawanych z aplikacji na smartfonie oraz za pomocą samoobsługowych kiosków. Chcemy generować 15-20% przychodów z przekazów cyfrowych do końca 2017 r. Ale przekazy gotówkowe jeszcze długo będą miały dominujący udział w rynku. W wielu krajach, do których klienci wysyłają pieniądze, wciąż rządzi obrót gotówkowy".

      Firmy zarabiające na transferach przekazów pieniężnych robią wszystko, żeby ułatwić klientom zarówno nadawanie przekazów (stąd pomysły na wysyłanie kasy poprzez aplikację mobilną, do której klient "przypina" swoją kartę płatniczą), jak i ich odbieranie. MoneyGram jako pierwszy zaczął instalować samoobsługowe kioski - podobne do tych, w których u nas zaczął udzielać swoich szybkich pożyczek Vivus - w naszej części Europy pojawiły się na Ukrainie i w Bułgarii. Do Polski jednak na razie nie zawitają. MoneyGram chce natomiast dogadać się z... jedną z największych sieci detalicznych. Przekazy pieniężne można byłoby odbierać przy okazji zakupów. W niektórych krajach MoneyGram współpracuje z Tesco, więc niewykluczone, że i w Polsce to ta sieć będzie partnerem firmy. Ale pewnie lepiej nadałaby się Biedronka, czy Żabka, bo one są bliżej ludzi. A takim właśnie kryterium kieruje się w Polsce MoneyGram rozszerzając sieć placówek partnerskich. Przekazy tej firmy można nadawać i odbierać w placówkach Poczty Polskiej oraz banku BGŻ BNP Paribas, obecnego głównie w mniejszych miastach (dawny BGŻ).

      moneygramwugra1

      Inne pomysły? Firma Ria MoneyTransfer już kilka lat temu dogadała się z największą niezależną siecią bankomatów w Polsce - Euronetem. Dzięki temu porozumieniu przekazy można odbierać poprzez bankomat, podając kod przesłany odbiorcy za pośrednictwem SMS-a. Z kolei Western Union ostatnio wszedł na rynek z.. przekazem dostarczanym do drzwi odbiorcy. Usługa dostarczenia kasy prosto do rąk klienta jest wykonywana przez listonoszy prywatnej poczty InPost i jedyną jej wadą jest fakt, że listonosz nie dostarczy waluty obcej - można od niego przyjąć tylko złote (co w wielu przypadkach oznacza bolesne szturchnięcie przewalutowaniem). Mając coraz większą sieć punktów obsługi i wprowadzając nowoczesne sposoby odbierania gotówki Western Union i MoneyGram mają nadzieję, że przetrwają nawałnicę firm technologicznych, bitcoinów i banków, z których część próbuje obniżyć koszty kont walutowych i przelewów międzykrajowych to poziomu, który może być bolesny dla firm zajmujących się transferami gotówki.

      "Na większości rynków nasze przekazy są znacznie tańsze niż przelewy bankowe i - co być może nawet ważniejsze - zapewniają nieporównanie szybszą obsługę, pieniądze trafiają do odbiorców w 200 krajach w ciągu 10 minut. W ciągu ostatnich kilku lat średni światowy koszt przekazów pieniężnych zmniejszył się z 9% 7% przekazywanej kwoty. Średnia opłata w MoneyGram nie przekracza 5%. Nie spodziewam się by mogło dojść do znacznych spadków cen w najbliższych latach"

      - mówi mi prezes MoneyGram. Patrząc na ceny przekazów pieniężnych w MoneyGram, czy Western Union trudno powiedzieć, żeby były przerażająco tanie. Chcąc wysłać do Polski 500 funtów z Wielkiej Brytanii zapłacimy 20 funtów prowizji w przypadku odbioru kasy w punkcie stacjonarnym bądź ok. 10 funtów w przypadku przelewu na konto klienta w Polsce. Prowizje na linii Polska-Niemcy są podobne (no, może ciut niższe), tyle że liczone w walucie europejskiej  Z kolei wysyłając z Polski na Ukrainę 500 dolarów zapłacimy 30 dolarów prowizji. Wciąż więc nie jest jakoś szczególnie tanio, choć z drugiej strony pamiętam jeszcze czasy - nie tak dawne, raptem kilka lat temu - kiedy tego typu przekazy kosztowały 8-9% przesyłanej sumy. Tym niemniej nie mam wątpliwości, że dla firm typu MoneyGram, czy Western Union idą trudniejsze czasy. Jeśli nie banki i nie firmy technologiczne, to zabiją je cyfrowe waluty, o ile oczywiście zdołają się rozpowszechnić i wyjść z niszy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Pieniądze od rodziny z zagranicy odbierzesz na... zakupach? Albo w bankomacie, kiosku...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 stycznia 2016 19:13
    • Tani powrót gruchotem z nocnej impry, zapłata za kurs kartą cioci... Takie rzeczy tylko w (Ub)erze :-)

      Jestem, jak wiecie, fanem nowoczesnych taksówek. A więc takich, które mogę zamówić jednym kliknięciem, za pośrednictwem smartfona. I zapłacić za przejazd z poziomu aplikacji, bez konieczności używania karty płatniczej lub gotówki. Do niedawna żadna z tradycyjnych korporacji taksówkowych nie zapewniała takich karesów, dlatego na rynku przewozów zaczął się rozpychać Uber. Poza niższymi od tradycyjnych taksówkarzy cenami Uber zabija ergonomią obsługi. Auto zamawiam poprzez dotknięcie ekranu smartfona (kierowca przyjedzie tam, gdzie wskazuje geolokalizacja mojego smartfona), a żeby zapłacić w ogóle nie muszę nic robić, bo pieniądze ściągną się same z karty, którą podpiąłem do aplikacji. A podpięcie jest tak proste, że aż boli. Nie trzeba mieć nawet swojej karty, wystarcza jakakolwiek, którą mamy w ręku :-). Naprawdę! Niedawno zrobiłem taki test - poprosiłem kogoś żeby na kilka minut pożyczył mi kartę. Zarejestrowałem ją w aplikacji Ubera i...wio! Pojeździłem sobie po mieście za friko :-). Nie róbcie tego z kartą Waszej cioci. No, chyba że jej nie lubicie :-). 

      Dlaczego apka Ubera nie sprawdza czy rejestrowana karta nie jest kradziona? Pewnie nie ma jak tego sprawdzić: z punktu widzenia procesów Ubera klient jest tylko numerem telefonu. A dlaczego nie każe wbijać PIN-u? Bo skoro nie każe go wbijać przy płaceniu, to dlaczego miałaby pytać przy rejestrowaniu? To nie są zwykle duże transakcje i zapewne w przypadku kradzieży karty i nieuprawnionych transakcji firma oddaje pieniądze bez szemrania. Zresztą, Uber to amerykańscy kowboje, którzy przyjmują założenie, że dla utrudnienia życia niewielkiemu promilowi oszustów nie godzi się utrudniać życia większości uczciwych klientów. Tych, którzy przecież nie będą podpinać do apki cudzych kart, bo i po co? :-). Jedyne co mi się nie udało, to podpięcie do apki Ubera nieaktywnej karty :-). To umiłowanie prostoty chyba działa, bo o ile jeszcze kilka miesięcy temu z Ubera dało się sensownie korzystać tylko w centrum Warszawy (do peryferyjnych dzielnic usługa nie docierała), o tyle teraz niemal w każdym miejscu stolicy czas dojazdu auta nie przekracza 5 min., a firma pozwoliła sobie na podwyżkę ceny (teraz płaci się 7 zł "startowego", 1,5 zł za kilometr i 35 gr. za minutę pobytu w aucie). No i weszła już do siedmiu polskich miast.

      2f826c5c21eaf8013da765ee00ab83b66400001

      Wczoraj dostałem od firmy e-maila, że zostałem zakwalifikowany do pilotażu nowej usługi UberNITE, czyli weekendowych, nocnych przejazdów autami o potencjalnie niższym standardzie (nawet ponad 10-letnich). Wygoda może i mniejsza, ale za to cena przejazdu też ma być niższa - 4 zł "startowego", 1 zł za kilometr i 0,35 zł za minutę. Nooo, powrót z nocnej imprezy może być już naprawdę niedrogi. Jeśli też zostaliście zakwalifikowani do tego pilotażu, to powinniście dostać e-mail z Ubera, a w apce na Waszym smartfonie, w momencie zamawiania przejazdu, powinna się pojawić fiszka wyboru usługi - UberPop lub UberNITE.

      Czy tradycyjne taksówki są skazane na wymarcie? Cóż, to zależy jak szybko będzie postępowała "uberyzacja" pasażerów - każdy, kto choć raz zamówił przewóz jednym klikiem i wyszedł z auta bez płacenia musi pokochać ten model - oraz jak szybko tradycyjni taksówkarze zaczną korzystać z nowoczesnych technologii. Uber już dziś ma co najmniej dwóch "taksówkarskich" konkurentów - firmy MyTaxi oraz iTaxi. Obie też oferują zamawianie taksówek (i to licencjonowanych!) przez smartfona. Jest też inicjatywa Taxi Polska, czyli sojusz dużych korporacji działających w kilkudziesięciu miastach. Sęk w tym, że ich aplikacja mobilna NaviTaxi pozwala na razie tylko zamówić taksówkę, nie zaś za nią zapłacić. Firma testuje w Warszawie usługę TaxiKiosk, która pozwala zamówić taksówkę i z góry za nią zapłacić zgodnie z zakontraktowaną trasą przejazdu. Płacimy przelewem ekspresowym PayU i natychmiast otrzymujemy bilet na przejazd. Jeśli z jakichś przyczyn nie wykorzystamy go na wskazanej trasie, to możemy go potraktować jako voucher na inny przejazd. Wkrótce ma być dostępna wersja aplikacji na urządzenia mobilne.

      Czytaj też: Nowy pomysł kolejarzy. Wysiadasz z pociągu, a tam... już czeka auto

      Zarówno Uber, jak i jego taksówkowi konkurenci z MyTaxi, iTaxi, cz Taxi Polska, a także mniej znane "bezlicencyjne" firmy takie jak WunderCar, czy wchodzący właśnie do Polski Heetch, muszą mieć świadomość, że "percepcja" potencjalnych klientów jest ograniczona. Ci, którzy przeniosą się z tradycyjnego zamawiania samochodu - czyli poprzez wykonanie telefonu do dyspozytora w centrali - do modelu mobilnego z płatnością w aplikacji, nie będą mieli potrzeby korzystana ze wszystkich rozwiązań naraz. Nawet jeśli zainstalują wszystkie aplikacje w swoim smartfonie, to i tak aktywnie korzystać będą tylko z jednej-dwóch, do których się przyzwyczaili. Tych najbardziej niezawodnych i najtańszych. W tym sensie pomysł Ubera z wprowadzeniem nowej marki UberNITE może nie być zły. Klient wracający z weekendowej imprezy będzie miał wybór - albo weźmie auto o bardziej przewidywalnej jakości i szybszym czasie dojazdu (UberPop), albo auto nieluksusowe, na które będzie trzeba trochę dłużej poczekać, ale tańsze (1 zł za kilometr to naprawdę tanio). A więc będzie miał mniej powodów, by odpalić apkę konkurencji. A już całkiem nie będzie miał powodu, żeby zamówić tradycyjną taksówkę, w której stawki nocno-weekendowe są trzy razy wyższe, niż zwykłe.

      Uber ze swoim ultraprostym (acz kontrowersyjnym z punktu widzenia zasad autoryzowania transakcji) sposobem płacenia poprzez aplikację, nowymi usługami i niskimi cenami może utrzymać pozycję lidera wśród nowoczesnych przewozów. Ale nie musi, bo firma ma kilka słabych stron: może zostać zamknięta przez władze (lub zmuszona do zatrudniania licencjonowanych kierowców, jak stało się w Niemczech). Jej kierowcy nie zawsze znają miasto (ostatnio jednemu z "moich" kierowców głupiała nawigacja i nie był w stanie poradzić sobie bez mojej pomocy), jadąc Uberem nie jesteśmy ubezpieczeni, samochód nie podjedzie tam, gdzie jest zakaz wjazdu (taksówka może wjechać w taką strefę), nie pojedzie bus-pasem. No i jest problem z fakturami:

      "W ostatnich tygodniach Uber zawitał do Wrocławia i Poznania. Jako mieszkaniec tego pierwszego, postanowiłem z ciekawości wypróbować tę usługę. Ucieszyłem się jednocześnie jako przedsiębiorca, że pojawiła się możliwość założenia konta typu Biznes, dające np. płatność bezpośrednio z karty firmowej. Nawet przez myśl mi nie przyszło, że zakładając konto typu biznes w firmie Uber, nie będę w stanie… otrzymać faktury ani jakiegokolwiek innego dokumentu księgowego. Rachunki, które po każdym przejeździe wysyła automatycznie Uber, nie zawierają nawet jednoznacznej informacji o ich wystawcy"

      - pisze do mnie jeden z czytelników. I załącza korespondencję z help-deskiem firmy, której pracownik próbuje udowodnić, że jako platforma kojarząca ludzi Uber nie ma obowiązku wystawiania dokumentów księgowych. Cóż, służbowych przejazdów Uberem najwyraźniej nie wrzucisz w koszty :-). Bardzo jestem ciekaw jaki będzie efekt śmiertelnego pojedynku firm technologicznych jak Uber, nowoczesnych korporacji taksówkowych typu MyTaxi (tu jest już płatność za pomocą aplikacji, ale na razie jest też problem z jednolitym standardem i oznakowaniem samochodów, czasem trafi się na kierowcę z klasą, a czasem na cierpiętnika) oraz tradycyjnych korporacji, które wdrażają nowoczesne zasady zamawiania i płacenia za taksówki (jak korporacje zrzeszone w Taxi Polska). Uber za chwilę straci przewagę technologiczną, ale czy konkurenci zdołają przyzwyczaić klientów do ich aplikacji, skoro ta uberowa w większości smartfonów była zainstalowana jako pierwsza?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Tani powrót gruchotem z nocnej impry, zapłata za kurs kartą cioci... Takie rzeczy tylko w (Ub)erze :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 stycznia 2016 08:41
  • piątek, 22 stycznia 2016
    • Świetny procent na koncie oszczędnościowym i... pułapka. Lepiej nie zakładaj przez internet :-)

      Jak głęboko można ukryć prawdziwe warunki promocji, która na pierwszy rzut oka wygląda na dostępną dla każdego i bardzo atrakcyjną? I ilu klientów można dzięki temu - przynajmniej na krótką metę - wprowadzić w błąd? Od czasu do czasu prześwietlam wybryki bankowców w tej dziedzinie. Po okresie pewnej poprawy przejrzystości zasad przeróżnych bankowych promocji odnoszę wrażenie, że znów nadchodzą mroczne czasy. Takie, w których zamiast rzetelnego komunikowania zasad jest drobny druczek i odsyłanie na siedemnastą stronę regulaminu (z nadzieją, że nikomu nie wystarczy determinacji, żeby tam dotrzeć). Sprzyjają temu pomysły nowego rządu, który chce wycisnąć z banków siódme poty, a one w związku z tym szukają za wszelką cenę sposobów na szturchnięcie klientów dodatkowymi prowizjami, opłatami. Albo na oferowanie im kredytów droższych, niż wyglądają na pierwszy rzut oka i depozytów mniej atrakcyjnych, niż reklamowane. Cóż, teraz będą takie czasy, w których pułapek unikną tylko najtwardsi, najbardziej doświadczeni, najuważniejsi.

      Ale nawet najdzielniejsi i najbardziej skrupulatni z moich czytelników mogą dać się złapać w pułapkę, którą - świadomie lub nie - zastawił Orange Finanse, jednego z trzech działających na polskim rynku banków telekomowych (pozostałe dwa to T-Mobile Usługi Bankowe oraz Plus Bank). To relatywnie nowa instytucja finansowa na polskim rynku, która miejsca dla siebie szuka przede wszystkim wśród 16 mln klientów sieci Orange, korzystających z dużej sieci sprzedaży tego telekomu. Wśród sztandarowych produktów Orange Finanse jest oczywiście ROR (jeden z trzech bezwarunkowo darmowych, które funkcjonują jeszcze na polskim rynku), pożyczka gotówkowa (niewielka, do 4000 zł, ale za to dostępna dla nowych klientów, z kosztem w okolicach 550 zł w skali roku), niezły program lojalnościowy (można dostać 25 zł zwrotu za każdą fakturę za telefon przez pół roku w zamian za opłacanie faktur z konta w Orange Finanse i zasilenie go kwotą 1000 zł miesięcznie lub więcej) i... konto oszczędnościowe oferujące przez pierwsze trzy miesiące aż 3,5%. To jedna z najwyższych stawek na rynku (nawet znany z hojności ING płaci "tylko" 2,5%, a Bank Millennium - 2,7%).

      orangefinansekant0

      Podobnie jak u konkurentów, także i w Orange Finanse jest limit kwotowy pieniędzy, które można wpłacić na konto oszczędnościowe - wynosi 10.000 zł. Po jego przekroczeniu oprocentowanie spada do standardowego (czyli nędznego) poziomu 0,5%. Wniosek o otwarcie "oszczędnościówki" można złożyć przez internet (proces wygląda bardzo podobnie, jak w mBanku, który jest partnerem finansowym Orange Finanse) - jeśli nie mam jeszcze konta osobistego, to wniosek obejmuje jednocześnie otwarcie ROR-u oraz konta oszczędnościowego. Nic tylko skorzystać i kosić wysokie odsetki przez najbliższe trzy miesiące. Gdzie zapowiadana pułapka? Dotyczy ona klientów, którzy w pierwszym etapie nie zdecydowali się na otwarcie konta oszczędnościowego i założyli tylko ROR. Część z nich po pewnym czasie otrzymuje od Orange Finanse propozycję dorzucenia do portfolio produktów także "oszczędnościówki". Taką propozycję dostał też jeden z moich czytelników.

      "Do dziś uważałem, że biegle poruszam się w ofertach instytucji finansowych, czytam oferty, regulaminy, te wszystkie małe druczki. Ale tu leciutko poległem...Nie przeszło mi przez głowę, że oferta na stronie internetowej banku, jak i specjalna oferta na moim koncie internetowym, wyklucza się z możliwością skorzystania z niej... przez internet"

      - pisze do mnie pan Michał, który w grudniu założył w Orange Finanse konto osobiste. Kiedy dostał - za pośrednictwem systemu transakcyjnego banku - propozycję założenia również konta oszczędnościowego, nie zastawiał się długo. Kliknął. Wcześniej czujnie wypatrzył w regulaminie, że oprocentowanie promocyjne "wyłącza się" po przekroczeniu salda 10.000 zł, więc wpłacił 9.900 zł, żeby po doliczeniu odsetek w pierwszym lub drugim miesiącu nie "pękła" magiczna granica wartości osadu. A żeby to ustalić trzeba było kupić naprawdę silne okulary :-).

      orangefinansekant1

      Pan Michał, ufny w to, że udało mu się uniknąć wszelkich pułapek, czekał na wypłatę odsetek. Ale za pierwszy miesiąc bank na koncie oszczędnościowym wypłacił tylko 0,5%. Czytelnik złożył reklamację. Konsultant był zdziwiony i zapewniał, że to musi być pomyłka. Ale po rozpatrzeniu reklamacji okazało się, że... w kolejnych miesiącach też nie będzie obiecanych 3,5%. Dlaczego? Otóż zaproszony przez internet do założenia konta oszczędnościowego klient popełnił błąd. Założył owo konto oszczędnościowe... przez internet właśnie.

      "Możliwość podwyższenia obowiązującego oprocentowania jest ofertą promocyjną, określoną Regulaminem. Ust. 1 pkt A par.6 stanowi: Uczestnikowi Promocji, który spełni warunki określone w par. 5 oraz otworzy Konto Oszczędnościowe w trakcie otwierania Konta Osobistego lub na infolinii w okresie 30 dni kalendarzowych (...) przez okres trzech miesięcy dla środków do kwoty 10.000 zł zostanie włączone na Koncie Oszczędnościowym podwyższone oprocentowanie nominalne wynoszące 3,5% w skali roku"

      - odpowiedział bank na reklamację. Promocja działa więc tylko wtedy, jeśli "oszczędnościówkę" otworzy się razem z ROR-em lub też złoży się wniosek nieco później - w ciągu pierwszego miesiąca od otwarcia ROR-u - ale.. tylko przez infolinię. Gdy klient otwiera rachunek oszczędnościowy przez internet później, niż ROR - nie dostaje bonusowego oprocentowania.

      orangefinkant2

      Dziwne, prawda? Informacji tej nie ma ani na głównej stronie konta oszczędnościowego w Orange Finanse, ani nawet w małym druczku na samym dole owej strony głównej. Owo zastrzeżenie znajduje się dopiero w regulaminie promocji. Znalazłem je dopiero przy drugim czytaniu.

      "Mimo specjalnej oferty "tylko dla mnie", złożonej przez bank na moim koncie internetowym, a także mimo zachęcającego banera "załóż przez internet", nigdzie nie ma ani słowa o tym, że zakładając konto oszczędnościowe przez internet klient pozbawi się preferencyjnego oprocentowania"

      - pisze pan Michał. Być może osób, które - tak jak on - zakładają konto oszczędnościowe nie od razu, przy zakładaniu ROR-u, tylko z pewnym opóźnieniem, nie jest zbyt wiele. Jednak idę o zakład, że większość z nich, dostawszy propozycję założenia "oszczędnościówki" poprzez system bankowości internetowej, albo po prostu zobaczywszy super-ofertę na stronie banku Orange Finanse, nie wpadnie na pomysł, że najprostszy, narzucający się sam, sposób "nabycia" konta oszczędnościowego - poprzez wniosek internetowy - oznacza, że klient straci szansę na 3,5%. A przecież wystarczyłoby dorzucić do reklamy konta oszczędnościowego zastrzeżenie "przez internet dostępne tylko dla nowych klientów". Wolałbym, żeby - jeśli już musi istnieć - było opisane już na głównej stronie produktu, a nie schowane pieczołowicie w dodatkowych dokumentach. Uważajcie na tę promocję, właśnie zaczęła się jej już dziewiąta edycja, która potrwa do połowy marca.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (42) Pokaż komentarze do wpisu „Świetny procent na koncie oszczędnościowym i... pułapka. Lepiej nie zakładaj przez internet :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 stycznia 2016 09:23
  • czwartek, 21 stycznia 2016
    • Sąd uznał, że fragment umowy kredytowej jest... sprzeczny z Prawem bankowym. Co to oznacza?

      Nie wiadomo jeszcze czy będzie jakaś ustawa, która odgórnie rozwiąże sprawę kredytów frankowych, czy też ich posiadacze - a przynajmniej ta część frankowiczów, która według stanu na dziś ten zakład przegrywa, a więc ma za złe - będą skazani na ewentualne szukanie sprawiedliwości w sądzie. Mam niejasne przeczucie, że ustawy żadnej nie będzie, bo rząd ma ambicję raczej banki doić, nie zaś je zarzynać (a do tego sprowadzałyby się prawdopodobnie wszelkie opcje przewalutowania kredytów frankowych po preferencyjnym kursie). A droga sądowa? Tu frankowicze mają na koncie pewne sukcesy, choć duże bitwy na razie przegrywają. Tomaszowi Sadlikowi, jednemu z liderów frankowych protestów, nie udało się przekonać sędziów, że został wprowadzony przez sprzedawcę w błąd co do ważnych warunków umowy kredytowej (nie powiedziano mu, że frank może się aż tak wahać). To najdalej idący argument frankowiczów - że całe umowy trzeba unieważnić, bo bank w żadnych symulacjach nie uprzedzał klienta, że kredyt będzie aż tak ryzykowny.

      Nie udała się też teoria, że kredyt frankowy w istocie nie jest kredytem, lecz kredytoinwestycją. Sprawa ta była rozpatrywana przez unijny Trybunał Sprawiedliwości i ogłoszono w końcu, że kredyt frankowy też jest kredytem, nie zaś zawoalowaną opcją walutową. W ten sposób odpadła druga z dróg żądania co najmniej odszkodowań, jeśli nie unieważnienia umów. Z kolei w ramach precedensowego pozwu zbiorowego słynni "Nabici w mBank" nie zdołali - choć byli już na ostatniej prostej - doprowadzić do definitywnego wyrzucenia z ich umów klauzuli mówiącej o tym, że oprocentowanie kredytu zależy od widzimisię banku. Sąd zgodził się ją wyrzucić, ale teraz zastanawia się co zrobić, żeby efektem nie było uprzywilejowanie kredytobiorców i pokrzywdzenie banku. A to oznacza, że sąd ma wątpliwości nawet co do tego, że jeśli w umowie jest abuzywna, niewiążąca klienta klauzula, to należałoby  tę sytuację interpretować na korzyść klienta (a więc nie honorować klauzuli bez względu na konsekwencje).

      Nie oznacza to, że frankowicze nic w sądach nie wygrywają. Są wyroki w sprawach indywidualnych - np. dotyczących "Nabitych w mBank" - w których sądy zażądały od banków rozliczenia na nowo spłaconych do tej pory rat i usunięcia spreadu walutowego. Są blokowane bankowe tytuły egzekucyjne, bo sądy nie zgodziły się na przeliczenie długów klienta na złote po ustalanym w niejasny sposób kursie bankowym (niestety - nie powiedziały też po jakim kursie te wierzytelności liczyć). Jest nawet kilka wyroków unieważniających kredyt walutowy, ale nie z powodu nieprecyzyjnej klauzuli przeliczeniowej, lecz z powodu błędów w umowie (np. podania niewłaściwego kosztu kredytu). Ten sposób na utrącenie "walutowości" kredytu frankowego jest najskuteczniejszy - znaleźć w umowie coś, co można uznać za wprowadzające klienta w błąd i jednocześnie dotyczy kluczowych aspektów kredytu (ważniejszych, niż możliwość wahania się kursu franka).

      Ale patent, jaki ostatnio zastosował sąd w dwóch sprawach dotyczących frankowiczów, jest chyba dość nietypowy. Zasadza się nie tylko na przepisie z prawa cywilnego, że klauzula, która jest nieprecyzyjna, nie wiąże konsumenta (art. 385), lecz również na... zapisach prawa bankowego. A to już nie są przelewki, bo o ile w tym pierwszym przypadku można wywalczyć co najwyżej abuzywność klauzuli (czyli to, że nie wiąże ona klienta), o tyle w drugim stawką jest jej nieważność. Ale po kolei. Szefami zadymy są w tej sprawie dwa małżeństwa, które zaciągnęły w 2003 r. kredyty hipoteczne. Jeden opiewał na niecałe 95.000 zł przy oprocentowaniu 3,8% i 20-letnim okresie spłaty, zaś drugi był 30-letnim kredytem na 265.000 zł oprocentowanym na 2,15%. W obu wypadkach w umowach były klauzule uprawniające bank do zmiany oprocentowania w określonych - dość nieprecyzyjnie opisanych - okolicznościach. Droga powinna być więc taka: udowodnić, że zapis o zmiennym oprocentowaniu nie wiąże klienta, gdyż nie jest jasno sformułowany.

      Sąd jednak postanowił spojrzeć na sprawę szerzej. I uznał, że niektóre zapisy dwóch umów kredytowych są... niezgodne z Prawem bankowym. Jego przepisy mówią bowiem, że "zasady oprocentowania kredytu określa umowa kredytu, z tym, że w razie stosowania stopy zmiennej należy: 1) określić w umowie kredytowej warunki zmiany stopy procentowej kredytu, 2) powiadomić w sposób określony w umowie kredytobiorcę o każdej zmianie stopy oprocentowania". Chodzi o to, żeby "ewentualna zmiana wysokości oprocentowania dokonywana była według kryteriów obiektywnych, jednoznacznych i znanych kredytobiorcy w chwili zawarcia umowy".

      "Nie jest wystarczające dla wykonania dyspozycji art. 76 Prawa bankowego posłużenie się w umowie pojęciem ogólnym i nieścisłym, którego interpretacji będzie dokonywać wyłącznie zarząd banku. (...) Konsument, zawierając umowę, nie ma pewności, jakimi kryteriami kierował będzie się bank przy dokonywaniu zmian oprocentowania, jakie wskaźniki ekonomiczne będzie brał pod uwagę, a w razie zmiany kilku różnych parametrów, które z nich będą traktowane jako mniej lub bardziej istotne. Pozwany nawet w toku niniejszego procesu nie był w stanie wyjaśnić, jakimi konkretnie parametrami rynku kierował się podejmując decyzje o zmianie lub braku zmiany wysokości oprocentowania"

      - powiedział sąd i stwierdził - w dwóch instancjach, gdyż wyrok jest już prawomocny - że zapis mówiący o zmianach oprocentowania jest nie tylko niezgodny z art. 385 Kodeksu cywilnego, ale też niewystarczająco wypełnia art. 76 Prawa bankowego. A więc jest nieważny. Nieważność to większy "grzech", niż abuzywność. Jeśli jakiś zapis w umowie zostanie uznany za abuzywny, to nie obowiązuje, ale cała umowa jest nadal ważna. Natomiast nieważność jakiejś części umowy ma już konsekwencje znacznie głębsze - z możliwością unieważnienia całej umowy. W tym konkretnym przypadku skończyło się znacznie łagodniej - sąd zasądził na rzecz jednego z małżeństw 2000 zł, a na rzecz drugiego 9500 zł z tytułu zwrotu nadpłat, jakich dokonali w całym okresie spłaty kredytu (od 2003 r.), a wynikających z naliczania przez bank innego oprocentowania, niż startowe. Kwoty nie są duże, bo owo startowe oprocentowanie jest wyższe, niż to, które dziś obowiązuje dla kredytów ze zmienną stopą oprocentowania, opartych na stawce LIBOR i marży banku. Można więc powiedzieć, że zwycięstwo klientów jest w jakimś sensie pyrrusowe.

      Tym niemniej na kanwie tej sprawy muszę zauważyć, że sędziowie rozpatrujący spory frankowivczów zapędzają się w coraz ciekawsze rewiry. Na razie dotyczy to "tylko" kwestii dokładności zapisów umowy, ale kto wie, czy jakiś sąd nie zrobi jeszcze jednego kroku naprzód - nie zacznie badać zgodności z Prawem bankowym istoty kredytu walutowego. Najbardziej radykalni frankowicze podsuwają ten właśnie argument - z Prawa bankowego wynika, że kredyt to postawiona do dyspozycji klienta określona suma pieniędzy. A tymczasem w kredytach frankowych dług klienta się zmienia, czasem w sposób niezależny od wartości zapłaconych rat. Jest stanowczo zbyt wcześnie, żeby wyrażać pogląd, że taką argumentację sąd mógłby podzielić - i, czysto hipotetycznie, wydaje się, że wchodziłoby to grę wyłącznie dla kredytów indeksowanych do franka, nie zaś denominowanych w tej walucie - ale sam fakt, że sąd doszedł do wniosku, że warunki zawarte w umowie kredytowej są niezgodne nie tylko z Kodeksem cywilnym, ale i z Prawem bankowym, jest chyba małym przełomikiem.

      SUBIEKTYWNIE O FRANKACH W "CZARNO NA BIAŁYM". O tym jak frankowicze wygrywają i przegrywają w sądach procesy dotyczące swoich kredytów (ze szczególnym uwzględnieniem procesów zbiorowych) było w środę w TVN 24, w programie "Czarno na białym". A ja dołożyłem swoją, subiektywną cegiełkę.

      tvnczarnebiale2101

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Sąd uznał, że fragment umowy kredytowej jest... sprzeczny z Prawem bankowym. Co to oznacza?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 stycznia 2016 09:09
  • środa, 20 stycznia 2016
    • Wcześniejsza spłata kredytu: okazja dla banku, żeby zachować się przyzwoicie. Albo i nie

      Znacie moje zdanie na temat spreadu walutowego. O ile w wielu innych sprawach nie przychylam nieba frankowiczom (do których sam się zaliczam), o tyle w sprawie spreadu walutowego mam pogląd najbardziej radykalny z radykalnych - banki powinny spread walutowy klientom zwrócić i w przyszłości go w ogóle nie pobierać. Kredyty walutowe powinny być rozliczane po kursie NBP i kropka. No, chyba, że banki udowodnią, że ponoszą wymierne koszty wynikające z konieczności skonwertowania wpłaconych przez klientów rat złotowych na walutę obcą, którą potem oddają swoim wierzycielom. Ale gdyby to były wysokie koszty, to wszystkie kantory walutowe musiałyby paść na pysk :-). Trzeba utrącić cały ten cyrk ze spreadami, nawet jeśli miałoby to kosztować banki - jak szacowałem w blogu - porządnych kilka miliardów złotych. Jest to prawda zaślepka w postaci ustawy antyspreadowej (mogę spłacać mój kredyt bezpośrednio we frankach przyniesionych z kantoru, a bank nie ma prawa mnie za to obciążać żadnymi prowizjami), ale internetowe kantory, które powstały głównie po to, żebyśmy mogli taniej kupować franki potrzebne do spłaty rat, to tylko zbędna komplikacja.

      Na razie jednak jest jak jest, a jedynym gestem banków w stronę klientów było ścięcie spreadu mniej więcej o połowę (w różnych bankach różnie z tym bywa) po szalonym wzroście kursu franka na początku zeszłego roku. A jak ktoś nie chce płacić spreadu w ogóle, to musi sobie założyć konto w internetowym kantorze oraz rachunek walutowy w banku, w którym spłaca kredyt. Co jednak zrobić, gdy sprzedajemy nasze mieszkanie i chcielibyśmy w związku z tym pozbyć się w całości kredytu, zwalniając hipotekę? Cóż, jeśli ktoś leży na pieniądzach, to kupuje w kantorze internetowym tyle franków, ile potrzebuje nie na spłatę jednej raty, lecz na zamknięcie całego kredytu i gotowe. Gorzej, gdy ktoś na pieniądzach nie leży, bo to oznacza, że będzie zdany na łaskę i niełaskę banku. Tak, jak mój czytelnik, pan Arkadiusz, który poskarżył mi się, że w jego przypadku ustawa antyspreadowa wcale nie działa, a bank go ogolił na kilka średnich krajowych. Ograbił go w biały dzień i w majestacie prawa.

      "Do spłaty mam ok. 300.000 zł kredytu we frankach i 50.000 zł w euro. Nie miałem pieniędzy aby kupić walutę za ok 350.000 zł, wpłacić ją na konta walutowe a następnie wystawić dyspozycję całkowitej spłaty kredytu. Zdecydowałem, że na spłatę kredytu przeznaczone zostaną pieniądze ze sprzedaży domu. Tyle że dom sprzedawany jest za złotówki i dodatkowo kupujący zaciąga kredyt złotówkowy w innym banku. W związku z tym po podpisaniu aktu notarialnego, wykreśleniu z domu hipoteki na rzecz Raiffeisen Polbanku itp. pieniądze przepływają bezpośrednio z banku kupującego na rachunki techniczne w Raiffeisen Polbanku utworzone specjalnie do spłaty kredytu. W tym momencie pojawiła się kwestia ceny po jakiej kupione mają być franki i euro na spłatę kredytu"

      - opowiada pan Arkadiusz. Pieniądze przepłynęły z banku do banku, więc pan Arkadiusz nie miał możliwości wykorzystania ich, aby kupić walutę w kantorze internetowym z bardzo niską marżą (np. większą od kursu NBP z danego dnia o 0,5-1 gr., bo taką spokojnie wywalczyłby przy tak dużej transakcji w kantorze internetowym. W banku kurs zaproponowany panu Arkadiuszowi był oczywiście mniej korzystny. O jakieś 17 gr. Po wydaniu dyspozycji całkowitej spłaty kredytów i przeliczeniu kursu pan Arkadiusz jest stratny na jakieś 17.000 zł (to skutek różnicy pomiędzy kursem po jakim kupiłby walutę w kantorze internetowym a kursem jaki zaoferował bank).

      "Napisałem do banku pismo z prośbą o udostępnienie mi pieniędzy znajdujących się na kontach technicznych po to, abym mógł kupić waluty z wybranego przeze mnie źródła. Bank oczywiście odmówił, więc wystawiłem dyspozycję całkowitej spłaty kredytu który rozliczony został po kursie banku i oddałem sprawę do sądu rejonowego"

      - opowiada pan Arkadiusz, który uważa, że skoro ustawa umożliwia mu spłacanie pojedynczej raty kredytu bez spreadu, to pod jej regulację powinna też podlegać spłata całego kredytu bez spreadu. Sęk w tym, że bank nie umożliwił klientowi takiej operacji, po prostu klientowi zabrakło na nią płynności finansowej na drobne 350.000 zł. Bo przecież... :-)

      z19491541QZnownamtozrobiliPrzegrywanienerwydoostatn

      Gdyby bank chciał bardzo pomóc klientowi, mógłby (oczywiście pomijając przeprowadzenie transakcji po kursie umownym, innym, niż ten z tabeli) mu te 350.000 zł pożyczyć na jeden dzień, zabawiając się w dostawcę pożyczki-chwilówki, ale pewnie byłoby trudno wytłumaczyć działowi ryzyka taką pożyczkę. Klient zamierza w sądzie powołać się na zapis ustawy antyspreadowej, która mówi, że:

      "Bank nie może uzależnić wykonania przez kredytobiorcę uprawnienia, o którym mowa w art. 69 ust. 3 [czyli spłacania kredytu bez spreadu - dopisek samcikowy] od wprowadzenia dodatkowych ograniczeń, w szczególności nie może zobowiązać kredytobiorcy do nabywania waluty przeznaczonej na spłatę rat kredytu, jego całości lub części, od określonego podmiotu".

      Klient zdaje sobie sprawę, że bank nie miał ochoty wypłacić pieniędzy z rachunków technicznych ponieważ nie miałby nad tymi pieniędzmi żadnej kontroli, nie istniało już hipoteczne zabezpieczenie kredytu, istniałaby więc pokusa, że klient wykorzysta je nie na kupno waluty obcej, ale w dowolnie innym celu. Prawdopodobnie nie zadziała tutaj również rozwiązanie, które bankowcy zaproponowali - przynajmniej teoretycznie - posiadaczom kredytów hipotecznych w obcych walutach, a które polega na możliwości przeniesienia hipoteki z jednej nieruchomości na drugą w ramach jednego kredytu (czyli bez jego spłaty). Jednak bank mógłby wziąć pod uwagę fakt, iż najprawdopodobniej klient ma w umowie klauzulę, która w nieprecyzyjny sposób określa cenę, po jakiej klient wymienia w banku walutę. I jeśli pan Arkadiusz "podwoi krycie" powołując się w sądzie nie tylko na ustawę antyspreadową (ten manewr może się nie udać, bo bank powie, że przecież niczego nie utrudnia i że nie jest jego winą, że klient jest biedny), ale i abuzywność klauzuli przeliczeniowej, to może się okazać, że bank dozna większego uszczerbku na swoich finansach, niż gdyby był dla klienta uprzejmy i chciał negocjować w sprawie kursu, po którym kredyt zostanie zamknięty.

      SUBIEKTYWNIE O RATINGU. W poniedziałek mogliście mnie zobaczyć w TVP1, w programie "Świat się kręci", gdzie rozmawiałem o tym jak to jest z tymi ratingami i co mają wspólnego z zakochaniem, szkołą oraz z branżą hotelową :-). Zapraszam do obejrzenia.

      tvswatsie1901

      SUBIEKTYWNIE O OBIETNICACH WYBORCZYCH. Z kolei w TVN 24 BiS kilka dni temu rozmawiałem o obietnicach wyborczych nowego rządu - które z nich mogą zostać zrealizowane, które nie powinny, a które są w ogóle niemożliwe do spełnienia. Tę rozmowę też polecam!

      tvn401obietnice

      SUBIEKTYWNY SPOSÓB NA PRAWO. Zapraszam Was te do obejrzenia programu "Sposób na prawo", który pokazuje się w soboty w TVP Info. Zdarza się, że ich tematami są problemy, które opisuję też w blogu i że to i owo o nich opowiadam.

      sposbna_rawo2112 

      SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Kilka dni temu gościłem, razem z jednym z radców prawnych, w stacji radiowej TOK FM, gdzie w programie Przemysława Iwańczyka rozmawialiśmy o polisach inwestycyjnych. W którym miejscu jesteśmy w sporze o poprawienie losu osób nabitych w polisy inwestycyjne, jak należałoby te sprawy rozwiązać, czy opłaca się iść do sądu? Polecam, posłuchajcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Wcześniejsza spłata kredytu: okazja dla banku, żeby zachować się przyzwoicie. Albo i nie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 20 stycznia 2016 08:40

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line