Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...

      Od czasu do czasu przyglądam się wynikom badań i sondaży na temat naszego oszczędzania i inwestowania pieniędzy. Jakkolwiek są to cyferki obarczone dużym marginesem błędu - Polacy, mówiąc o pieniądzach, uwielbiają koloryzować - to jednak można wyciągnąć z nich pewne wnioski. Mogą być one tym bardziej doniosłe, że w budżetach domowych kilku milionów rodzin widać już skutki programu "Rodzina 500+". Z wcześniejszych sondaży wynikało, że mniej więcej co szósta rodzina przeznacza pieniądze z rządowych dopłat bezpośrednich ;-)) na dzieci nie tylko na wyuzdaną konsumpcję, ale i do kieszonki z oszczędnościami. Choć z nieznanych bliżej przyczyn nikt nie chce za oszczędzane pieniądze kupować obligacji wicepremiera Morawieckiego ;-). To oznacza, że powinna się zmniejszyć - i to znacznie - liczba osób, które nie mają żadnych oszczędności (od wielu lat deklarowała ten przykry stan mniej więcej połowa Polaków).

      I chyba tak właśnie się dzieje. Z "Barometru ING" wynika, że odsetek osób mających jakiekolwiek oszczędności wzbił się do poziomu 68%. Zaś "Postawy Polaków wobec finansów i technologii internetowych", badanie przeprowadzone późną kesienią 2016 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie XTB oraz PayU pokazuje, że procent tych, którzy oszczędzają wynosi 64%. Przy czym podejście badaczy do tego pytania jest bardzo liberalne, bo do oszczędzających zaliczano każdego, kto zadeklarował, że w ciągu roku cokolwiek odłożył.

      arcxtb001

      Wygląda na to, że "Rodzina 500+" to rodzaj zewnętrznego "dopalacza", który co prawda przyspiesza oszczędzanie, ale tylko krótkoterminowo, bez uruchomienia jakichkolwiek sprzężeń zwrotnych. Bo kiedy zapytać ludzi jak się ma relacja pieniędzy, które wydają do tych, które zarabiają to jest w dalszym ciągu po staremu - połowa wydaje wszystko co zarabia albo nawet więcej, a druga połowa coś-tam może zaoszczędzić. Gdyby 500+ się skończyło, to odsetek oszczędzających znów wróci poniżej 50%. Program "Rodzina 500+", najkrócej mówiąc, pozwala zwiększyć bazę osób mających jakiekolwiek oszczędności o 15%, dając im niestety tylko rybę, a nie wędkę, dzięki której mogliby to swoje oszczędzanie napędzić.

      arcxtb000

      Aczkolwiek - to już w blogu obnażałem wielokrotnie - tylko mniej niż połowa z tej "większej połowy" oszczędzających, odkłada pieniądze systematycznie. Z badań PayU i XTB wynika, że mniej więcej jedna trzecia z oszczędzających jest systematyczna, zaś spory procent "się stara, ale nie zawsze wychodzi". Trzeba założyć, że rzadko kiedy wychodzi ;-)). Mamy więc 64% oszczędzających, z czego co trzeci (czyli jakieś 21%) oszczędza systematycznie. To niezły wynik, bo we wcześniejszych badaniach wychodziło 12-14%, zaś kilka lat temu były to wręcz odsetki jednocyfrowe.

      arcxtb11

      Po ile oszczędzamy miesięcznie? Tu też od lat się niewiele zmienia. Mniej więcej połowa przyznających się do oszczędzania odkłada kwoty zbyt symboliczne, by zbudować porządną poduszkę finansową i osiągnąć zamożność lub przynajmniej niezależność finansową. A druga połowa jest w stanie odłożyć więcej, niż 250 zł miesięcznie. I zapewne z tych osób w większości rekrutują się systematycznie oszczędzający.

      arcxtb2

      Jeśli już oszczędzamy (aby przechować pieniądze i wydać później) lub inwestujemy (aby zwiększyć ich wartość) to cele są raczej krótkoterminowe, zaś czasokres - w większości nie przekraczający roku-dwóch. Tylko 13% z "większej połowy" oszczędzających Polaków ma horyzont czasowy przekraczający pięć lat. W realiach zachodnich to jest short-term. Można więc powiedzieć, że chętniej oszczędzamy systematycznie, powoli dorastamy, ale wciąż jesteśmy w "szortach" ;-)

      arcxtb3

      Można więc założyć, że co trzecia z osób systematycznie odkładających pieniądze i inwestujących je nie tylko w banku czyni to długoterminowo. To głównie oni budują swoją finansową zamożność, reszta po prostu oszczędza odraczając konsumpcję na później. No, chyba że założymy, iż osoby odpowiadające "trudno powiedzieć" też oszczędzają długoterminowo. Z teminem dążącym do nieskończoności ;-). Boję się jednak, że w tej odpowiedzi chodzi raczej o drugie dno pt. "w każdej chwili może się okazać, że wydam zaoszczędzone pieniądze" ;-).

      arcxtb41

      Dlaczego nie inwestujemy pieniędzy? Albo nie mamy kasy albo... to dla nas za trudne. Połowa z tych, którzy nie inwestują mówi bez ogródek, że nie ma pieniędzy - co się zgadza z innymi ustaleniami - zaś 44% przyznaje się, że nie ma odpowiedniej wiedzy. Reszta szuka innych wymówek, ale w gruncie rzeczy też chodzi o to samo - brak rozeznania o co w tym całym inwestowaniu chodzi. To jest powód, dla którego w blogu będzie więcej o podstawach inwestowania pieniędzy i o tym dlaczego warto trzymać je nie tylko w banku.

      arcxtb5

      O LOKOWANIU OSZCZĘDNOŚCI W AKCJI "DYWIDENDA JAK W BANKU". Od wiosny 2016 r. w blogu trwa akcja "Dywidenda jak w banku", w której zdradzam sposoby na w miarę bezpieczne lokowanie oszczędności inaczej, niż tylko na depozycie bankowym. Zapisując się na newsletter akcji nie przegapicie żadnego z kolejnych tekstów, klipów wideo, webinarów, ani konkursów. W akcji bierze też udział Longterm.pl, najstarszy bloger zajmujący się inwestowaniem długoterminowym - Giełda Papierów Wartościowych oraz Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. Obejrzyjcie też jak - wspólnie z Longtermem - mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Badania pokazują jak nas ubogaciła "Rodzina 500+". Jest tylko jedno małe "ale"...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 19:56
    • Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę?

      W najróżniejszych dziedzinach życia pojawiają się aplikacje, które ułatwiają kontakty między ludźmi, którzy czegoś poszukują i tymi, którzy mają tego w nadmiarze. Są aplikacje towarzyskie ze słynnym Tinderem na czele (nie trzeba już zamienić z nikim słowa ani spojrzenia, żeby wiedzieć, że nas lubi ;-)), są transportowe z Uberem, BlaBlaCarem, Yanosikiem (w przypadku tej ostatniej apki dzielimy się nie tyle samochodem co informacją na temat tego co widać za oknem ;-)), są też turystyczne, ułatwiające znalezienie noclegu poza hotelem (AirBnB). Ba, pojawiły się społecznościowe aplikacje do lokowania oszczędności (Kokos), do wymiany walut (Walutomat) i czego tam jeszcze chcecie. Nie ma bata - to musiało wreszcie dotrzeć do branży medycznej. Musiało tym bardziej, że wszyscy właśnie albo stoją w kolejce do lekarza, albo nie mogą się do niego dodzwonić, albo dodzwonili się do rzeźnika w kitlu, a nie lekarza. Potrzeba bezpieczeństwa związana z dostępem do sprawdzonego lekarza, gdy będziemy w pilnej potrzebie, jest jedną z najważniejszych. Więc ona też musiała trafić do aplikacji ;-).

      Czytaj też: Tego boimy się w życiu najbardziej. Oto nowy pomysł na ratowanie zdrowia

      W poniedziałek wystartował serwis HomeDoctor.pl, który ma łączyć lekarzy pierwszego kontaktu, dysponujących akurat wolnym czasem, z pacjentami potrzebującymi szybkiej i wygodnej porady, diagnozy albo konsultacji. Pomysł jest prosty jak drut - pacjent rejestruje się na platformie (wymagane są jedynie dane osobowe i adresowe, e-mail, numer telefonu i hasło, nie trzeba wypełniać żadnej ankiety medycznej), zamawia wizytę domową internisty na cito bądź na później - w określonym przez siebie, dwugodzinnym przedziale czasowym - płaci kartą kredytową bądź przelewem pay-by-link i czeka na wizytę. Twórcy serwisu twierdzą, że średni czas oczekiwania na wizytę to 49 minut, zaś maksymalny przewidziany zasadami działania serwisu to jedna godzina. A ceny? Cóż, nie jest tanio. Podobno najtańsza wizyta domowa jest od 99 zł, przy odrobinie szczęścia można trafić wizytę za 129 zł, zaś standardowa stawka to 149 zł.

      homeform

      Na razie usługa jest dostępna jedynie dla Warszawy i okolic. Nie dziala też jeszcze w ramach aplikacji mobilnej (ma się pojawić w sklepach Apple'a i Androida pod koniec lutego). Nie można niestety zaprosić do domu lekarza żadnej konkretnej specjalności (są tylko interniści, podczas gdy mi przydałby się dziś raczej laryngolog), ani wezwać człowieka w kitlu w sytuacjach innych, niż zwykła konsultacja (jeśli czujemy się naprawdę źle - po staremu musimy dzwonić po pogotowie). Należy się spodziewać, że przez HomeDoctor.pl nie da się zamówić do domu żadnego uznanego lekarza "z nazwiskiem". Oni nie mają ani nadmiaru czasu, ani nie "uprawiają" wizyt domowych, mają za to listę stałych pacjentów, którzy w razie potrzeby dzwonią do nich na komórkę. Nie potrzebują żadnej aplikacji. Mówimy o usługach młodych lekarzy na dorobku, którzy - tak, jak kierowcy Ubera - mogą poświęcić kilka godzin dziennie na jeżdżenie do pacjentów w zamian za wypłacaną przez pośrednika prowizję. A jest się czym dzielić. Próbowałem zamówić lekarza na popołudnie:

       homedoctor51

      Możliwość ominięcia kolejek w przychodniach i dojazdu lekarza do miejsca zamieszkania pacjenta (oraz fakt, że najpewniej jest to jakoś-tam zweryfikowany lekarz, a nie przysposobiony do leczenia ludzi weterynarz ;-)) to niewątpliwe zalety serwisu. O atrakcyjności cen możemy dyskutować, ale znajoma lekarka - bardzo doświadczona pediatra - za wizytę domową liczy sobie ponad 200 zł (a i tak nie może się opędzić od pacjentów), więc ceny w granicach 100-150 zł dla pewnej grupy potencjalnych pacjentów mogą być akceptowalne. Kłopot w tym, że na razie chyba lekarzy współpracujących z serwisem nie ma zbyt wielu. W poniedziałek, tuż po udostępnieniu serwisu pacjentom, zamówiłem lekarza na cito i po kilkudziesięciu sekundach "mielenia" mojego zamówienia serwis oświadczył, że nie ma homedoctor21lekarza, który by się podjął wizyty domowej w ciągu godziny. Próbowałem od razu zamówić lekarza na 14.00 i... też się okazało, że nie ma chętnych. Aplikacja więc jest, ale gwarancji, że ktoś przyjedzie i nas zbada - nie ma. Owszem, może i czas dojazdu do pacjenta wynosi 49 minut, ale jaka część chętnych w ogóle zostaje obsłużona? Tym serwis HomeDoctor.pl się nie chwali.

      Czytaj też: Bank miał zwracać część wydatków na leki. Ale.. nie zawsze zwraca. O co chodzi?

      Czytaj też: Złotą rączkę i domowego lekarza dokupisz już nawet do... czynszu za mieszkanie. Ale czy warto?

      Cóż, pierwsze koty za płoty, może system się rozkręci (choć wiele zależy od tego jaką część z ceny zapłaconej przez pacjenta inkasuje pośrednik, a co za tym idzie - czy usługa będzie atrakcyjna dla lekarzy, a nie tylko dla pacjentów). Trochę wody w Wiśle upłynie zanim usługa będzie dostępna nad Wartą lub Odrą, czy też nad Bałtykiem ;-)), nie mówiąc już o mniejszych miastach. Choć sam pomysł na łączenie lekarzy z pacjentami za pomocą nowoczesnych technologii jest dobry. Sam się dziwię dlaczego aplikacja LuxMedu, którą mam w smartfonie, daje tak mało możliwości - przecież spokojnie mogłaby być platformą otwartą, zapewniającą nie tylko możliwość rezerwacji w ramach usług tej konkretnej sieci medycznej. Dostęp do lekarzy bez kolejek to dziś usługa, która bywa dołączana do najróżniejszych usług - do szybkich pożyczek pozabankowych, do najbardziej wypasionych kont i kart bankowych, a nawet do usług telekomunikacyjnych (w tym wypadku są to porady lekarza zdalnego, ale telemedycyna też będzie się w najbliższym czasie mocno rozwijać).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejki w przychodni? Oto "Uber dla pacjentów". Lekarz z aplikacji przyjedzie w godzinę? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 09:39
  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Konta z dożywotnią gwarancją darmowości idą do piachu? Pocztowcy dadzą klientom wycisk

      Coraz mniej jest kont bankowych, które oferują bezwarunkową darmowość. O ile mi wiadomo, urocze "zero" za komplecik pt. konto bankowe z kartą debetową oferują bez żadnych warunków już tylko Orange Finanse i Nest Bank. Wykruszają się też banki, które postanowiły wyróżnić się innym mechanizmem - gwarancją utrzymania darmowości swojego konta. Od 1 lutego Bank Pocztowy wycofuje z oferty "Konto Zawsze Darmowe", które oferowało dożywotnie zero za prowadzenie ROR-u. Kto już je założył może być pewny, że nadal będzie korzystał z danej w przeszłości obietnicy, ale nowi klienci już się nie zapiszą. To oznacza, że na rynku pozostają tylko dwa banki gwarantujące, że nie wprowadzą opłat za prowadzenie ROR-u - Alior ("Konto Wyższej Jakości" z gwarancją na pięć lat) oraz Raiffeisen ("Wymarzone Konto").

      Czytaj też: Jeden z nielicznych rachunków za bezwarunkowe zero. I bonusy za dzieci!

      BANK POCZTOWY JUŻ NIC NIE GWARANTUJE. W obu przypadkach - Aliora i Raiffeisena - gwarancja nie dotyczy darmowości plastiku - Raiffeisen każe płacić zań 3 zł bez możliwości zwolnienia, a Alior - 12 zł (z możliwością zwolnienia po zapłaceniu kartą 700 zł miesięcznie albo wpływie 2500 zł). Bank Pocztowy oferował darmoszkę bez warunków i z gwarancją na całe życie - jeśli ktoś nie miał karty do konta, to nie musiał wypełniać żadnych warunków. Jeśli klient Pocztowego miał kartę - to mógł ją mieć również za darmo po zapłaceniu kartą za zakupy 300 zł miesięcznie (nie miała znaczenia liczba transakcji). Od środy  "Konta Zawsze Darmowego" nie będzie już w ofercie.

      CHODZISZ NA POCZTĘ? ZAPŁACISZ ZA KONTO JAK ZA ZBOŻE. Bank Pocztowy bez gwarancji darmowego konta nie będzie już tak atrakcyjną opcją dla osób lubiących postać w kolejce do okienka i wypisać papierowe polecenie przelewu długopisem. I stanie się zupełnie nieatrakcyjną opcją dla osób, które lubią płacić tylko gotówką. Zamiast "zawsze darmowego" Bank Pocztowy będzie miał bowiem w ofercie "Bliskie Konto Pocztowe", które charakteryzuje się 10-złotową opłatą miesięczną (dla seniorów - 5 zł), z której będzie można zejść do zera dopiero po zapłaceniu kartą w sklepach łącznie 300 zł (nie musi to być jedna transakcja). Bez dodatkowych opłat będzie można wpłacać i wypłacać z konta gotówkę w placówkach pocztowych oraz wykonywać przelewy przez internet i w automatycznym serwisie telefonicznym (czyli bez korzystania z "żywego" konsultanta). Za dodatkowe 5-7 zł będzie można zamówić sobie gotówkę z dostawą do domu (czyli z dowozem przez listonosza).

      ROR ZA DARMO? TYLKO Z PLASTIKIEM I INTERNETEM. Krótko pisząc: kto nie lubi (lub nie ma gdzie) płacić za zakupy kartą płatniczą najtańsze konto w Pocztowym będzie miał za 10 zł (jeśli jest emerytem - to za 5 zł). A kto nie lubi robić przelewów automatycznie (przez telefon lub internet), to zapłaci nawet więcej. Polecenie przelewu zlecone osobiście na poczcie ma kosztować dodatkowo 2,5 zł). Wypłaty z bankomatów też będą kosztowały dodatkowo (to uwaga do tych, którzy mają do placówki poczty dalej, niż do bankomatu). Każde skorzystanie z bankomatu będzie "wyceniane" na 2 zł. Ma-sa-kra. Jak żyć? Przepis dla nowych klientów, którzy nie będą się cieszyli "prawami nabytymi", jest prosty.  Wypłaty gotówki - tylko na poczcie. Przelewy - tylko w internecie. Zakupy - co najmniej za 300 zł w ciągu miesiąca płatne kartą. Inaczej za "Bliskie Konto Pocztowe" będziecie płacili jak za zboże. Nie wiem czy znajdą w Pocztowym jakichś chętnych do założenia wchodzącego właśnie do oferty rachunku.

      WYPASIONY ROR NA POCZCIE ZA 15 ZŁ MIESIĘCZNIE. Jak ktoś chce mieć "w cenie" wszystkie podstawowe usługi - czyli kartę debetową, wszystkie w kraju bankomaty, wypłaty gotówki na poczcie, dowolne przelewy bez względu na sposób ich wykonania (internet, telefon, placówki pocztowe) - to może sobie założyć drugi wchodzący właśnie do sprzedaży rachunek - "Pocztowe Konto Bez Ograniczeń". Pakiecik usług jest dość przyjemny i rozbudowany, ale cena zabija - 15 zł miesięcznie. Dla otrząśnięcia się z szoku można dodać, że w tej cenie jest jedna miesięcznie dostawa gotówki przez listonosza. Nie wiem ilu fanów Poczty Polskiej jest gotowych płacić 15 zł miesięcznie za wypasione konto. I jeszcze bardziej nie wiem jak to możliwe, że poczta, mając "nadreprezentację" klientów tradycyjnych, przyzwyczajonych do obsługi placówkowej, każe im płacić za możliwość złożenie polecenia przelewu (np. płatności za prąd i gaz) na poczcie oraz za dostawę kasy przez listonosza. W ten sposób Bank Pocztowy sam sobie "uszkodził" dwie kluczowe przewagi konkurencyjne, które jeszcze mu zostały. Chociaż być może to zamierzona strategia, by zyskać nową cechę - klientów używających kart płatniczych.

      KUPUJ LEKI, CHODŹ DO TEATRU: ODDADZĄ 20 ZŁ MIESIĘCZNIE. Żeby nie było, że pocztowi bankowcy są tak całkiem źli i podli, to wprowadzają też money-back pod nazwą "Same korzyści". Będzie można sobie wybrać jedną kategorię transakcji, za którą bank będzie zwracał 5%, ale nie więcej, niż 20 zł miesięcznie oraz 200 zł do końca 2017 r. Oczywiście pod warunkiem, że zakupy lub usługi z tej kategorii zostaną opłacone kartą. Do wyboru są następujące kategorie: wydatki zdrowotne (czyli w aptekach, ale warto uważać, bo już klienci innego banku się na to nacięli), kulturalne (kina, teatry, muzea, opery, filharmonie - kiedyś takim hedonistom płaciło się nawet 60 zł miesięcznie), sportowe (sklepy sportowe i rowerowe, serwisy sportowe, pływalnie, baseny i aquaparki, parki rozrywki, kluby sportowe oraz fitness, obozy sportowe i rekreacyjne, stoki narciarskie, szkoły tańca). Aby money-back był w ogóle naliczony trzeba "wykręcić" kartą 300 zł miesięcznie. Z kolei żeby owe 5% w całości wykorzystać trzeba zrobić zakupy za 400 zł, co nie jest bardzo wygórowaną kwotą, choć nie każdy ma na tyle wysokie dochody, żeby to wykręcić. Ale jeśli ktoś już wykręci to... można wziąć sobie w Pocztowym konto deluxe za 15 zł miesięcznie, mieć furę usług w abonamencie i wydając po 400 zł np. na leki refinansować sobie tę opłatę za konto. Money-back w Pocztowym jest wart pochwały, choć skorzystają z niego tylko klienci, których stać na to, by wywać 400 zł miesięcznie na leki lub przyjemności.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Konta z dożywotnią gwarancją darmowości idą do piachu? Pocztowcy dadzą klientom wycisk”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 19:25
    • Ruszyła "bankowa" aplikacja z rabatami, jakiej jeszcze nie było! Wolą Goodie, niż bankowanie?

      Zwiastowałem już w blogu tę "dobrą" nowinę: banki szykują się do zmiany modelu działania. Zamiast zarabiać głównie na pośredniczeniu między właścicielami depozytów, a potrzebującymi kredytów (i może też trochę na prowizjach od płatności i przelewów), będą czerpały dochody również z kojarzenia swoich klientów ze sprzedawcami różnych dóbr i usług. Pomoże w tym smartfonowa rewolucja, czyli przenoszenie się banków z komputerów do naszych kieszeni. Banki, mając dostęp do ogromnej liczby konsumentów, potrafiąc ich w bezpieczny sposób zidentyfikować, czerpiąc ogromną wiedzę z historii ich rachunków i mogąc ich zlokalizować oraz "uzbroić" w pieniądze na jeden klik, są dla handlowców złotym partnerem. I jest kwestią czasu, gdy my, klienci banków, staniemy się kartą przetargową w ich interesach. Dlatego banki zachęcają nas do płacenia smartfonem (a nie kartą) i tworzą najróżniejsze programy lojalnościowe oraz rabatowe. Model biznesowy wygląda tak: sklep daje rabat klientom banku, klienci mają tańsze zakupy, a bank bierze "działkę" od obrotu i czasem jeszcze kredytuje te zakupy wspomnianym już kredytem na jeden klik.

      BANK STWORZYŁ "INTELIGENTNY SŁUP OGŁOSZENIOWY". Ostatnio dwa banki zrobiły coś dziwnego. PKO BP kupił sobie firmę, która wprowadziła na rynek "zdecentralizowany" program lojalnościowy. Opisywałem go zresztą jako pierwszy w kontekście alternatywy dla coraz bardziej kulawego Paybacka. Klienci mogą zapisać się dzięki niemu do lokalnego programu lojalnościowego już przy sklepowym terminalu. PKO BP ma udziały w spółce eService zarządzającej terminalami, więc pewnie zaoferuje firmom korzystającym z jej usług możliwość lojalizowania klientów i będzie brał za to pieniądze. Z kolei Bank Millennium zrobił nieco inną, ale też nietypową rzecz: kilkanaście dni temu uruchomił aplikację, która... ułatwia znalezienie zakupowych okazji. Apka nazywa się Goodie i jest otwarta dla wszystkich, a nie tylko dla klientów banku (żeby się zapisać wystarczy podać numer telefonu, e-mail i hasło). A do tego nie wymaga spełniania żadnych warunków (przepisywania kodów, skanowania pasków, wysyłania SMS-ów). Ot, po prostu nowoczesny "słup ogłoszeniowy", na którym każdy może sobie nalepić ogłoszenie: "dziś u mnie rabat 25% na to i tamto". Każdy kto podejdzie do "słupa" może przeczytać jakie są najnowsze okazje i albo z nich skorzystać, albo nie.

      goodiemarketplace

      SZUKASZ PREZENTU NA WALENTYNKI? APKA PODRZUCI POMYSŁ. Gdzie tu sens, gdzie logika? Po co bank, zamiast zajmować się wymyślaniem sposobów na zarabianie miliardów złotych na swoich klientach, bawi się w stawianie w internecie "słupów ogłoszeniowych"? Sens tkwi w tym, że to nie jest zwykły "słup ogłoszeniowy". Jest bardziej wygodny i bardziej "inteligentny". Goodie podchodzi do zakupów od bardzo praktycznej strony. Wszystkie promocje, które się na niej pokazują, są posegregowane na trzy sposoby. Po pierwsze "okolicznościami". Gdy zbliżał się Dzień Babci i Dzień Dziadka, to na głównej stronie był taki właśnie dział, a w nim rabaty ze sklepów z prezentami. Teraz pojawiły się "Okazje na Walentynki". Ponieważ jest zima, to jest dział "Zimowe Wyprzedaże". Oczywiście jest też dział "Jestem głodny" oraz "Okazje w okolicy" (jeśli użytkownik pozwoli się zgeolokalizować, to będą mu się wyświetlały rabaty z okolicznych sklepów". Jest też oczywiście osobna szuflada na najnowsze promocje. Chodzi o to, żeby wyrobić w użytkowniku nawyk pt. "jeśli mam jakikolwiek dylemat dotyczący zakupów, to idę do Goodie". Nie mam pomysłu na prezent? Idę do Goodie. Nie wiem co bym zjadł, a nie chcę przepłacać? Zaglądam do Goodie. Muszę kupić kask narciarski, a mam mocno przycięty budżet? Szukam okazji w Goodie.

      MASZ ULUBIONE MARKI? APKA DONIESIE O PRZECENACH. Okazje są pokazywane też pod innym kątem: każdy użytkownik może jednym kliknięciem wskazać marki, które aplikacja ma śledzić pod kątem okazji cenowych. Jeśli pojawi się jakaś okazja zakupowa - wyświetli się na smartfonie wraz z adresem najbliższego sklepu. Z użyciem aplikacji można też "infiltrować" zawartość ulubionych gazetek sieci handlowych oraz wybrać sobie ulubione centra handlowe w swoim mieście i kazać aplikacji śledzić najciekawsze obniżki cen. W połączeniu z geolokalizacją robi się z tego całkiem solidna - a przy tym przyjazna w użytku - baza danych o najlepszych okazjach w okolicy. A przy okazji też podręczny "rozwiązywacz problemów zakupowych", pozwalający szybko znaleźć pomysł na zakupy pod kątem zbliżających się świąt i innych okoliczności przyrody. Oczywiście to wszystko pod warunkiem, że na platformie znajdzie się duży procent wszystkich sklepów w okolicy. Bo tego typu baza danych, jeśli jest mocno niekompletna, nie ma racji bytu. Dlatego Goodie nie bierze też żadnych prowizji od sklepów wystawiających swoje rabaty w aplikacji. Dla handlowców też wszystko jest za free!

      JESTEŚ BLISKO ULUBIONEGO SKLEPU? APKA ZAALARMUJE. Właśnie dlatego Goodie nie pobiera żadnych opłat od handlowców, a w gratisie oferuje wiele. Kampanie takie, siakie i owakie, targetowane geograficznie i po zainteresowaniach odbiorców. Wszystko za uroczą darmochę. Na razie dla Banku Millennium jest to projekt non-profit, czyste dopłacanie do interesu. Oczywiście: tylko do czasu. Platforma wygląda na prostą jak drut, ale na zapleczu czai się potężny "silnik" big data, który zbiera potężne porcje informacji o każdym użytkowniku. Co prawda nie podaje on imienia i nazwiska, adresu zamieszkania i numeru konta bankowego, ale... nie musi. Wystarczy, że aplikacja z czasem "dowie się", gdzie właściciel danego telefonu się szwenda w czasie zakupów, do jakich marek ma słabość, a których nie trawi, które promocje wstawia do obserwowanych, a których nie. Oczywiście: byłoby jeszcze lepiej, gdyby te dane można było skojarzyć z informacjami z historii rachunków bankowych, ale to ma być otwarty, jak to mówią w marketingu, "marketplace".

      CHCESZ SIĘ ZAREKLAMOWAĆ? IDŹ DO APKI, NIE DO TELEWIZJI. Bycie "inteligentnym słupem ogłoszeniowym" to pierwszy etap rozwoju Goodie, który zapewne jest obliczony na zebranie jak największej liczby użytkowników (a po drugiej stronie handlowców) i zebranie jak największej ilości danych o każdym z nich. Ale założę się, że menedżerowie odpowiedzialni za projekt - a wiem, że jest on firmowany przez samego Ricardo Camposa, odpowiedzialnego w Banku Millennium za bankowość elektroniczną - myślą już nad dalszymi krokami. Mobilność daje gigantyczne możliwości wystawiania promocji w atrakcyjny sposób, np. w formie wideowizytówek. Taka niby-reklama w telewizji, ale dopasowana do potrzeb użytkownika i wykorzystująca geolokalizację, czyli wyświetlana wtedy, kiedy ma to największy sens biznesowy, a nie "przypadkowo". Nie ma jeszcze takiej funkcji w Goodie, ale zerknijcie na apkę zakupową Yeay, jedną z nowości np. w Appstore. To też jest słup ogłoszeniowy (aczkolwiek umożliwiający też sfinalizowanie zakupu online), w którym zamiast tekstowo-zdjęciowej informacji wyświetlają się krótkie reklamy. Gdybym chciał kupić jakiś ciuch, czy gadżet elektroniczny, to chętnie obejrzę na wideo jak wygląda.

      yeayapp

      TERAZ RABATY, A POTEM... PROFILOWANIE I KARTY DO ZAKUPÓW? Pozyskanie informacji dotyczących preferencji konkretnego "numeru telefonu" z czasem pozwoli obciążać sieci handlowe prowizjami za targetowane kampanie promocyjne. Im bardziej dopasowane będą profile konsumentów do ich rzeczywistych preferencji, tym skuteczność Goodie będzie większa, a bank będzie mógł brać większe pieniądze za kojarzenie klientów z handlowcami. A z czasem zapewne w Banku Millennium "przypomną sobie", że przecież za Goodie stoi licencja bankowa, więc uruchomią model płatności i zaczną wydawać użytkownikom platformy jakieś karty płatnicze (a w zasadzie dorzucą je do tej aplikacji jako karty wirtualne), może pojawi się przycisk "weź szybką pożyczkę". Niewykluczone, że pojawi się płatne członkostwo premium, w którym płacisz roczny abonament, ale w zamian dostajesz oferty zniżek i promocji niedostępnych dla innych? To może być sposób na pozyskiwanie klientów w modelu: najpierw niezobowiązująca informacja o rabatach, a potem konto, karta i kredycik.

      A może nie, może po prostu bank będzie miał coś a la drugą nóżkę. Z jednej strony będzie pośredniczył między deponentami i kredytobiorcami (żyjąc z marży odsetkowej), zaś z drugiej - będzie pośrednikiem między konsumentami mającymi konkretne preferencje i zainteresowania, a sieciami handlowymi (zarabiając na prowizji od ponadprzeciętnie skutecznego kojarzenia ich ze sobą). W sumie dość ciekawe jest to przedsięwzięcie Banku Millennium. O ile inne banki stawiają nóżkę "marketplace" jeszcze na własnym terenie (dla własnych klientów i wyselekcjonowanych partnerów komercyjnych), to Bank Millennium postanowił wystawić ją na zewnątrz, poza własne terytorium. To z jednej strony duża szansa na sukces (próba wzięcia nie "małych" kilku, tylko "dużych" kilkunastu milionów konsumentów), a z drugiej - większe ryzyko (programów rabatowych i lojalnościowych jest tyle, że wcale nie jest pewne czy uda się osiągnąć masę krytyczną po stronie konsumentów). Jak sądzicie: uda się "millennialsom" czy polegną? I czy w ogóle chcemy żeby im się udało? ;-).

      CZY GOODIE ZDOŁA PODNIECIĆ SAMCIKA? Oczywiście zainstalowałem sobie Goodie zaraz pierwszego dnia po opublikowaniu aplikacji (a więc w pierwszych dniach stycznia) i doceniając jej zalety (wymienione powyżej) znalazłem też jedną, lecz podstawową wadę - Goodie może mieć problem ze zbudowaniem nawyku użytkownika, by do niej często zaglądał. Zdefiniowałem kilka ulubionych marek, wrzuciłem do "wirtualnego notesu" kilka ofert, ale aplikacja wciąż wysyła mi mocno ogólne powiadomienia push w rodzaju "sprawdź rabaty w Galerii Mokotów" gdy przejeżdżam obok. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że apka niewiele o mnie wie (aczkolwiek mogłaby przynajmniej kusić rabatami na produkty moich ulubionych marek), ale tu właśnie jest niekorzystne sprzężenie zwrotne. Im rzadziej będę otwierał Goodie, tym mniejsza będzie baza danych na mój temat. Im mniej danych, tym mniej kuszące powiadomienia push. I tym rzadziej będę zaglądał do apki. Albo w Banku Millennium znajdą sposób na to, bym częściej przypominał sobie, że mam w smartfonie Goodie, albo będzie to jeszcze jedna z kilkudziesięciu nie używanych przeze mnie aplikacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ruszyła "bankowa" aplikacja z rabatami, jakiej jeszcze nie było! Wolą Goodie, niż bankowanie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 09:09
  • sobota, 28 stycznia 2017
    • Tak wyciskam ze sprzedawców ostatnie soki. Krótki przewodnik po wyprzedażach

      Z początkiem roku zaczął się też sezon wyprzedaży. Miałem ostatnio przyjemność występować w różnych mediach jako ekspert od oszczędzania pieniędzy na okazyjnych zakupach. Sprawa jest trudna, bo przecież oszczędzanie podczas wydawania pieniędzy jest nawet trudniejsze, niż ich oszczędzanie tak po prostu ;-)). Gdy widzisz przed sobą okazję, to często rzucasz się w wir zakupów bez pamięci i... dajesz się ograć. Bo wyprzedaż jest jak wojna - obie strony testują nawzajem swoją wytrzymałość. Sprzedawca stara się wystawić najwyższą możliwą cenę, po której sprzeda towar, zaś klient czeka na kolejną obniżkę. I jeśli wygra wojnę nerwów, to się doczeka. Oto kilka zasad, które ja stosuję podczas wyprzedażowych tygodni.

      WYPRZEDAŻ DWÓCH PRĘDKOŚCI. Przed każdym sezonem wyprzedażowym robię - w pamięci, w "elektronicznych kanałach komunikacji" bądź na kartce - coś w rodzaju listy życzeń. A nawet dwie. Na pierwszej są rzeczy, które i tak miałem w najbliższym czasie kupić. Nawet gdyby nie było wyprzedaży to i tak bym się wybrał na te zakupy, ale dzięki przecenom jest szansa na nieco tańsze zakupy. Na drugiej liście są rzeczy, których tak naprawdę teraz nie potrzebuję, ale gdyby zdarzyła się megaokazja... Rzeczy z pierwszej listy kupuję widząc pierwszą przyzwoitą zniżkę. Nie bawię się w jakieś głębokie wojny psychologiczne - nawet jeśli rabat nie jest wstrząsająco duży, to przy dużym wyborze przecenionych rzeczy i tak się rzucam w wir zakupów. Zaoszczędzić 10-20% na czymś, co i tak muszę kupić - to jest coś. Przedmiotem wojny psychologicznej jest druga lista - tu czekam, aż sprzedawca wymięknie. Przychodzę do sklepu co jakiś czas (albo dzwonię i pytam o cenę) i kalkuluję. Mam czas, nic nie muszę. Jeśli cena spadnie po raz kolejny - wchodzę do gry. Jeśli nie - mała strata.

      NAJLEPSZE CENY NA POCZĄTKU I NA KOŃCU. Kiedy można trafić najlepsze ceny? Zasadniczo w ostatnich tygodniach wyprzedaży. Wtedy co prawda wybór jest już nędzny, ale ceny potrafią spaść do 10-20% ceny bazowej. W pierwszych tygodniach wyprzedaży rabaty są dużo mniej atrakcyjne, ale wybór duży. Dlatego jeśli już idę na wyprzedażowe zakupy, to obstawiam jeden z tych dwóch terminów. Albo liczę na duży wybór i umiarkowane obniżki cen, albo przeciwnie - godzę się z małym wyborem i możliwość zakupu po cenach nie z tej ziemi. Wszystko co pośrodku mnie nie dotyczy i nie interesuje - mam za mało czasu, żeby trzymać rękę na pulsie wyprzedaży przez cały czas. Owszem, zachodzę czasem do sklepu z listy numer dwa i sprawdzam czy sprzedawca już wymiękł, ale ni są to zbyt częste wycieczki. I nastawione raczej na tortury psychiczne gnoma za ladą, niż na realne zakupy.

      NAJPIERW WYWIAD, POTEM ZAKUP. W każdym sklepie jest magiczna data zwana "dniem dostawy". Nie ma ona większego znaczenia praktycznego z punktu widzenia cen (choć czasem nowa dostawa to nowy asortyment i nowe ceny - przynajmniej poza okresem wyprzedaży), ale za to w taki dzień wybór towarów jest największy. Zanim więc zacznę kupować dokonuję inwazji wywiadowczej i dowiaduję się kiedy zwyczajowo "rzucają" nowy towar. Alternatywą jest strona internetowa danej sieci. Nawet jeśli w stacjonarnym sklepie towar jest przebrany lub wybór ogólnie marny, to idę do internetu, a tam zwykle wystawione są całe zasoby magazynowe dostępne w danym momencie.

      W NECIE WIĘKSZE PRAWA. Czasem nawet zapędzę się na strony zagranicznych sklepów danej sieci - tam wyprzedaże bywają bardziej atrakcyjne, niż w Polsce - nawet po uwzględnieniu kosztów dostawy. Przed większymi zakupami internetowymi w strefie euro zaopatruję się w konto walutowe oraz kupuję w internetowym kantorze trochę euro po dobrym kursie. Chodzi o to, żeby przy zakupach zagranicznych zawsze płacić przelewem z konta walutowego lub kartą walutową. Zakup przelewem ze złotowego konta lub z karty kredytowej w złotych polskich oznacza duże koszty dodatkowe (nawet do 10% wartości zakupu). Internet - ten polski - ma też tę zaletę, że każdy internetowy dostawca ma obowiązek przyjąć towar, który zwracam, nawet jeśli nie jest wadliwy. Wystarczy, że w ciągu 30 dni oddam rzecz, bo uznam, że jest niepotrzebna. Takie jest prawo! W stacjonarnym sklepie mają obowiązek przyjąć towar tylko wadliwy, więc prawa konsumenta są tu mniej wyuzdane, niż przy sprzedaży internetowej.

      WYPRZEDAŻ PLUS. Wyprzedaże się zdarzają i nie są żadną rocket science. Prawdziwą atrakcją jest możliwość połączenia "zwykłej" wyprzedaży z jakimś innym programem rabatowym. Oczywiście sprzedawcy nie są głupi i zwykle wyłączają przeceniony towar z jakichkolwiek innych promocji, programów lojalnościowych itp. Ale przecież zawsze mogę zapłacić za przecenione zakupy kartą banku, który daje mi zniżkę w określonej sieci sklepów. Łączenie wyprzedaży z innymi programami rabatowymi daje efekt bomby atomowej i jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Aby możliwie najlepiej wykorzystać potencjał programów zniżkowych oferowanych przez banki zawsze warto być na bieżąco z listą sieci handlowych, w których dany bank "załatwił" nam opust przy płatności kartą. Jak na wojnie - wygrywa ten, kto ma przewagę na polu informacji ;-).

      UWAGA NA KONTRATAK. Wojny bywają bezwzględne, a przeciwnik jest silny - to sieć handlowa, która ma po swojej stronie zastępy pracowników, zasoby informatyczne, marketingowe i sprzedażowe. My jesteśmy tylko prostym konsumentem, który stara si nie zostać wy... dutkany, a jeśli się uda to wydutkać odrobinkę tego potężnego przeciwnika. A jakie pułapki czekają na nas na handlowym polu minowym? Oj, będą nas dutkać... fałszywe promocje (cena obniżona o 20%, ale poprzedniego dnia była podwyższona o 25%, by można było "na legalu" dziś ją obniżyć), manipulowanie cenami (niewyraźne oznaczenia, stawianie tabliczek z niższymi cenami i przekreślanie ich wyższymi w niezbyt wyraźny sposób), mieszanie promowanych towarów z niepromowanymi. W tej wojnie wygrywa się tylko mając portfel dookoła głowy i oczy szeroko otwarte. Jeśli macie jeszcze jakieś wyprzedażowe rady - walcie śmiało.

      ZOBACZ MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "KASOWNIK SAMCIKA". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Subskrybuj kanał YouTube "Subiektywnie o finansach"!

      Zapraszam też do obejrzenia spektakularnego cyklu wideo "OD OSZCZĘDZANIA DO INWESTOWANIA". W ośmiu odcinkach realizowanych przy "wsparciu" wszystkich możliwych żywiołów opowiadam o tym, jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Tak wyciskam ze sprzedawców ostatnie soki. Krótki przewodnik po wyprzedażach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2017 09:49
  • piątek, 27 stycznia 2017
    • Banki płaczą, że nikt ich już nie lubi? To niech przejdą na... Islam. Są już takie konta!

      Banki w Polsce nie mają dobrej opinii i - szczerze pisząc - może się to dla nich źle skończyć. Bankowcy co prawda przy każdej okazji wachlują się danymi z różnych badań opinii publicznej, z których wynika, iż ufamy im bardziej, niż własnej matce, ale obawiam się, że wynika to raczej z państwowych gwarancji dla depozytów, niż z reputacji samych banków. Dziś jeszcze nie ma twardej alternatywy dla trzymania oszczędności w bankach, bo finanse pozabankowe i społecznościowe nie uzyskały wystarczającej popularności. Wiele osób o nich nie wie, wiele się ich obawia (lub nie rozumie), wielu konsumentów jeszcze nie korzysta z nowoczesnych narzędzi, bez których nie da się lokować, inwestować i transferować pieniędzy bez pośrednictwa banków. Ale to się będzie zmieniało. Według McKinseya tylko w ciągu najbliższych pięciu lat banki stracą 10% przychodów, a na niektórych rynkach - nawet 25%.

      Jak bankowcy mogą się uratować? Pomysłów jest kilka. Po pierwsze: mogą się nam podlizać będąc w tle innych naszych konsumenckich aktywności, np. oferując nam rabaty dopasowane do naszych potrzeb tak dobrze, że nie będziemy umieli się oprzeć. Po prostu: doceniając nas za lojalność lepiej i w sposób bardziej dopasowany, niż dziś to robią. Opowiadałem o tym m.in. w niedawnym "Kasowniku Samcika":

      Po drugie: stając się "centrum autoryzacji", korzystają z naszych danych. Skoro w banku się już zidentyfikowaliśmy i jesteśmy znani z imienia, nazwiska oraz innych identyfikatorów, to nic nie stoi na przeszkodzie, by konto bankowe pozwalało autoryzować nam dostęp do różnych miejsc i usług. Wtedy bankowcy nie przestaną być postrzebni. Trzecia droga to... skończyć z lichwą. Odciąć się od oferowania bandyckich produktów, które opłacają się tylko bankowcom. Przestać myśleć o klientach w kategoriach rekordów w excelu i marży odsetkowej, cross-sellingu i przychodów prowizyjnych. Przestać przetwarzać depozyty na kredyty, lecz inwestować te pieniądze dla wspólnego dobra i dzielić się z klientami zyskiem.

      bankowoscislamska2Czy to możliwe? W zasadzie oznaczałoby to spadek rentowności o 90% oraz wzrost uczciwości o 990% ;-).Tak sobie myślę, że może bankowcy, chcą się nam pokazać z najlepszej strony - nie jako banda chciwych spekulantów - powinni zacząć oferować w Polsce... rachunki islamskie. To nic nowego, widziałem w bankach zachodnich specjalne odmiany rachunków bankowych (oraz całych pakietów usług) autoryzowane przez islamskie autorytety, których klienci - nazywa się to-to "islamic account" mają pewność, że pieniądze będą "używane" zgodnie z wytycznymi Islamu. A te powinny być bliskie każdemu polskiemu klientowi banku, który został naciągnięty na polisę inwestycyjną, kredyt frankowy oraz ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Bo gdyby taki klient miał "islamic account", to ani razu naciągnięty by nie został.

      Bankowość islamska charakteryzuje się tym, że nie ma w niej pojęcia odsetek - nie wolno ich formalnie naliczać od złożonych w banku pieniędzy. Bank może natomiast zainwestować te pieniądze w legalne, bezpieczne i korzystne dla społeczeństwa przedsięwzięcia (czyli w tzw. realną gospodarkę). Ewentualnie może też handlować z użyciem tych pieniędzy - coś kupić taniej i sprzedać drożej. A jeśli coś na tym zarobi, to klient ma zysk. W bankowości islamskiej teoretycznie nie ma odsetek, więc... nie ma też lichwy. Banki islamskie kiedyś w ogóle nie udzielały klasycznych kredytów, poza pożyczkami "bezpłatnymi", przy czym bardzo drastycznie różniły się one od "pożyczki bezzwrotnej" oferowanej jakiś czas temu przez jeden z polskich banków. Gdyby jakiś wyznawca Islamu zobaczył polską "pożyczkę bezzwrotną", to albo by się przekręcił, albo nawrócił ;-).

      "Bank działający w oparciu o model bankowości islamskiej nie pomnaża pieniędzy na zasadzie kreacji długów, ale operuje rzeczywistym kapitałem pochodzącym z depozytów. Deponent ponosi zatem rzeczywiste ryzyko, które daje mu prawo do udziału w realnie osiągniętym zysku. Wielkość zysku nie jest wcześniej znana, nie wynika bowiem z ustalonego wcześniej procentu tylko z zysku wypracowanego w procesie gospodarowania. Zgodnie z bankowością islamską bank i klient działają razem, dzieląc między siebie zarówno zysk oraz ryzyko straty, jak i samą stratę"

      - przeczytałem w Wikipedii. Pierwszy bank islamski w pełnym znaczeniu tego zwrotu powstał w Dubaju w 1977 r. (Dubai Bank, istnieje zresztą do dziś). Teraz są ich dziesiątki, a i w niektórych europejskich bankach pojawiają się produkty mające odpowiadać na popyt wyznawców religii islamskiej. No, ale skoro np. we Francji mieszka ponad 5 mln wyznawców Islamu... Ostatnio świat obiegła informacja, że trzy największe banki w Maroku będą działały po islamsku. Nota bene są ekonomiści, którzy uważają, że jak już cały system bankowy się rozpadnie jako oparty na rezerwie cząstkowej, czyli na kreowaniu kredytu przez banki komercyjne (bank w oparciu o posiadany kapitał kreuje 10x więcej kredytu, niż wartość tego kapitału), to tylko bankowość islamska zostanie :-).

      islamic_banking1

      Ja na islamski rachunek bankowy natrafiłem w brytyjskim banku Lloyds, który przecież jest jak najbardziej tradycyjną (czytaj: "lichwiarską") instytucją finansową. Mimo swej "lichwiarskiej" natury wyodrębił cały dział, który działa na innych zasadach i poddał go audytowi. Pieczątkę jakości przybili Mufti Muhammad Nurullah Shikder oraz szejk Nizam Yaquby. Nie znam gości, ale sądząc po nazwiskach - mogą znać się na prawie Szariatu.

      Przejrzałem to, co Lloyds oferuje w ramach bankowości islamskiej - a przynajmniej co deklaruje w specjalnym przewodniku udostępnianym klientom - i przyznam, że mógłbym ewentualnie w taki sposób lokować oszczędności i używać takiego rachunku bankowego na co dzień ;-)). Bank deklaruje, że pieniądze zdeponowane na rachunku islamskim nie będą używane do żadnych działań nakierowanych na uzyskiwanie przez bank odsetek (nie mówiąc już o wysokich, lichwiarskich odsetkach). Na tym rachunku nie ma też kart kredytowych, nie ma odsetek od debetu i nie ma produktów typu kredyt odnawialny, czyli planowego długu w rachunku. Bank wydaje oczywiście karty debetowe, ma usługi mobilne (czyli możliwość bankowania przez smartfona), oferuje wypłaty gotówki z bankomatów (wszystkie bankomaty Lloyds są darmowe, z obcych można bez opłat dziennie wypłacić do 500 funciaków, darmowy jest też cashback w sklepach do 50 funtów dziennie).

      bankowoscislamska3Bank nie oferuje co prawda możliwości planowanego zejścia z saldem pod kreskę (jest drobny, bezpłatny limit od 25 do 500 funtów, w zależności od klienta), ale może się zdarzyć, że klient popełni grzech i popadnie w debet nieplanowany. Wówczas już bankowcy mogą naliczyć 1,5% opłaty w skali miesiąca (choć wcześniej wyślą SMS-a ostrzegającego, spłacając pieniądze do godz. 15.30 każdego dnia można uniknąć opłaty). Kiedyś nieplanowany debet był w ogóle bezpłatny, ale bank się z tego wycofał, bo został oskarżony o dyskryminowanie klientów nie-islamskich, którzy płacili za przekroczenie limitu debetowego. Od "zwykłego" kredytu, o ile klient będzie miał potrzebę coś pożyczyć - Lloyds naliczy 2% w skali roku. Od transakcji zagranicznych kartą pobiorą też opłaty rzędu 3%. Przelew przychodzący z zagranicy kosztuje maksymalnie 7 funtów. Miesięczna opłata za prowadzenie konta wynosi 3-25 funtów (w zależności od "jakości" i aktywności klienta). Aha, no i nie ma gwarantowanych odsetek ;-)

      Lloyds nie jest oczywiście jedynym bankiem islamskim. Wspomniany przeze mnie wcześniej Dubai Islamic Bank zamiast klasycznego debetu oferuje coś takiego jak "salary in advance", czyli możliwość pociągnięcia z rachunku kwoty odpowiadającej do 90% wynagrodzenia miesięcznego, które wpływa na rachunek. Samo konto kosztuje równowartość 6 euro miesięcznie, ale w tej cenie wszystko jest już gratis (no, poza pożyczką na zakup samochodu lub domu ;-)). Dubai Islamic Bank co prawda nie oferuje gwarantowanych odsetek od depozytów, ale publikuje tabele ze "spodziewanymi" zyskami z depozytów i są to wartości niemałe. Mają tam produkt depozytowy Maximizer Wakala, który jest odpowiednikiem naszej lokaty progresywnej. "Oprocentowanie" (nazywane tu "spodziewanym zyskiem") w pierwszych miesiącach wynosi 1% w skali roku, w ostatnich - a produkt jest osiemnastomiesięczny - już 6% w skali roku.

      johara_account

      Jest też w Dubai Islamic Bank zwykły depozyt na termin - Wakala Deposit - który ma minimalny próg 25.000 dirhamów (jeden dirham jest wart trochę więcej, niż nasz złoty, dziś kurs to 3,9 dirhamów za euro), termin pięcioletni i spodziewany zysk w granicach 12,6%. Podobny depozyt na trzy lata daje jakieś 7%. Oczywiście to tylko spodziewany zysk, żadna gwarancja. Nie ma też ochrony kapitału, ani żadnych gwarancji państwowych ;-). Aha, mają też w dubajskim banku specjalne odmiany rachunków dla kobiet (chociaż w tabeli opłat i prowizji nie zauważyłem, żeby się czymś różniły od "męskich"). Jest też  ubezpieczenie od poważnych chorób kobiecych, w tym od siedmiu najpoważniejszych odmian raka - suma ubezpieczenia wynosi równowartość ok. 10.000 euro (więc relatywnie niewiele), a miesięczna opłata to jakieś 2 euro ściągane bezpośrednio z rachunku.

      flydubai

      O dziwo są w dubajskim banku najróżniejsze karty kredytowe, łącznie z kartą partnerską z liniami lotniczymi. Jak wiadomo nie wolno naliczać odsetek, bo to by była lichwa, więc w tej karcie kredytowej żadnych odsetek nie ma. Są za to opłaty za posiadanie tej karty. Nie żeby były lichwiarskie, równowartość 50 euro miesięcznie ;-)). A jak się takiej karty w terminie nie spłaci, to oczywiście też nie pobierają żadnych odsetek, co najwyżej 50 euro prowizji.

      W sumie więc ta bankowość islamska aż tak bardzo nie różni się od naszej, "lichwiarskiej". Różni się tym, że odsetki od depozytów nie są gwarantowane i można się ich co najwyżej "spodziewać". I tym, że pieniądze klientów inwestowane są w jakieś islamskie przedsięwzięcia, a nie konwertowane na kredyty, a bank i klient dzielą się ewentualnym dochodem (nie mając żadnych gwarancji, że ten dochód będzie). I że nie ma związanych z rachunkiem bankowym klasycznych produktów kredytowych, takich jak płatny debet. I że zamiast tego można liczyć na darmowe zejście pod kreskę do pewnego poziomu. Fajna ta bankowość islamska, nie? No, jest jeszcze drobiazg - nie mają tam żadnych "kont za zero", ani money-backów, ani innych gratisów. Ale może jakiś polski bank powinien wprowadzić taki "islamski rachunek", bez lichwy i bez procentów na depozycie? Procentów na depozycie już i tak nie ma więc, jesteśmy w połowie drogi do islamskiej rewolucji bankowej. Ale nie ma co kryć - to ta łatwiejsza połowa ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Banki płaczą, że nikt ich już nie lubi? To niech przejdą na... Islam. Są już takie konta!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 stycznia 2017 09:09
  • czwartek, 26 stycznia 2017
    • Niezręczność państwowa? Były supernadzorca banków błyskiem wylądował w... banku

      andrzejjakubiakDziś ujawniłem w "Wyborczej", że Andrzej Jakubiak, który niedawno zakończył szefowanie Komisji Nadzoru Finansowego, dość szybko odnalazł się w nowej rzeczywistości. Od niedawna pracuje na etacie w... banku komercyjnym. Jednym z tych, które niedawno nadzorował. Tym, którzy nie śledzą na bieżąco zmian w supernadzorze nad instytucjami finansowymi przypomnę, że Jakubiak zakończył pięcioletnią kadencję przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego dokładnie 10 października 2016 r. Teoretycznie po zakończeniu misji na tak eksponowanym stanowisku powinien na rok zniknąć, zaszyć się gdzieś, poświęcić pracy naukowej, albo zająć wygłaszaniem wykładów lub odczytów. Tak nakazywałaby "ostrożność procesowa". Ale najwyraźniej bezczynność byłemu przewodniczącemu  nie służy, bo już trzy miesiące po zakończeniu urzędowania przy warszawskim pl. Powstańców odnalazłem go na liście płac w mBanku. A dokładniej: na stanowisku zastępcy dyrektora działu prawnego w tej zacnej instytucji finansowej. 

      To, że Jakubiak znalazł pracę jako prawnik specjalizujący się w finansach nie dziwi. Wszak ma prawnicze wykształcenie - ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego - zaś przed objęciem funkcji szefa KNF pracował m.in. jako dyrektor departamentu prawnego w Narodowym Banku Polskim. Ma też pewne doświadczenia praktyczne - jako szef nadzoru bankowego doglądał wszystkich największych transakcji: przejęć, wchodzenia nowych banków do Polski, ich sprzedawania (niektóre transakcje osobiście aranżował, jak np. wyrzucenie z Polski właściciela Banku Smart). To kapitał wiedzy i doświadczenia. Z tego punktu widzenia można byłoby się co najwyżej dziwić, że po odejściu z nadzoru bankowego "zaparkował" na stosunkowo niskim stanowisku. Niższym od tych, które zajmował przed objęciem funkcji szefa KNF (wiceprezydent Warszawy, zastępca Głównego Inspektora Nadzoru Bankowego). 

      Jednak przechodzenie po trzech miesiącach z fotela supernadzorcy do instytucji nadzorowanej musi dziwić. Jakubiak mógł szukać pracy w firmach doradczych lub kancelariach prawniczych, gdzie również przydałaby się jego wiedza prawnicza i finansowa. Ich nie nadzorował przez pięć ostatnich lat. Dlaczego przejście do banku to niezręczność? Z racji sprawowanej do niedawna funkcji Jakubiak ma ogromną - nie tylko oficjalną, ale i zakulisową - wiedzę na temat kondycji, silnych i słabych stron poszczególnych banków. Zna ich "miękkie podbrzusze" prawie tak dobrze, jak własne. Prześwietlał konkurentów mBanku, z którymi walczy on na śmierć i życie o grube miliardy złotych. Nie ma żadnych dowodów na to, że swoją tajemną wiedzę Jakubiak w jakikolwiek sposób będzie wykorzystywał na korzyść nowego pracodawcy i na szkodę jego konkurencji (z pozycji zastępcy szefa departamentu prawnego jest to niemożliwe). Ale kto wykluczy, że Jakubiak będzie w mBanku nieformalnym doradcą zarządu z kompetencjami znacznie szerszymi, niż te oficjalnie wytyczone mu przez piastowaną funkcję?

      Komentatorzy - widząc szybki transfer byłego szefa nadzoru do banku komercyjnego - będą się zapewne zastanawiali czy decyzje nadzorcze, podejmowane przez Jakubiaka w ostatnich miesiącach urzędowania w KNF, nie miały w tle jego przyszłego zatrudnienia. Aż tak daleko bym się nie posunął w spekulacjach, choć niestety oberszef nadzoru sam trochę takie dywagi prowokuje. KNF nie podejmuje uchwał dotyczących banków jednoosobowo (na posiedzeniach głosuje siedmiu członków, jedynie przy remisie głos przewodniczącego jest decydujący), więc Jakubiakowi byłoby trudno skutecznie walczyć o "lepsze traktowanie" tego czy innego banku. Przeglądając zeszłoroczne decyzje KNF dotyczące mBanku trudno znaleźć takie, które budziłyby wątpliwości co do bezstronności KNF. Na mBank zostały m.in. nałożone ostatnio dwa dodatkowe bufory kapitałowe (ze względu na strategiczne zneczenie banku i portfel kredytów frankowych) oraz ograniczenia w wypłacaniu dywidendy.

      Banki generalnie nie miały z Jakubiakiem łatwo, jak bracia Daltonowie z Lucky Luckiem ;-)). Ale przeciwnicy Jakubiaka zapewne przypomną mu bardzo ostre sądy na temat frankowiczów i raporty z wyliczeniami ogromnych kosztów, jakie mogłyby ponieść banki po przewalutowaniu kredytów frankowych. mBank - mający duży portfel kredytów frankowych - z pewnością jest jednym z beneficjentów krytycznego stanowiska KNF dotyczącego przewalutowania kredytów. Raporty KNF opierały się na danych przesłanych przez banki, ale były zbieżne z analizami innych urzędów, np. Narodowego Banku Polskiego. Jednak Jakubiakowi i tak oberwało się za to, że w tak ważnej sprawie był dla banków zbyt łagodny, stosując standardowe instrumentarium analityczne, zamiast wprowadzić do nich inspekcje i pozyskać samodzielnie dane. 

      Najgorsze jest to, że państwo zostawia bardzo wysokich urzędników bez żadnego "zabezpieczenia" po zakończeniu przez nich urzędowania. Każda korporacja, zatrudniając menedżera na kluczowym stanowisku, wiążącym się z dostępem do największych tajemnic, potrafi zadbać o to, żeby taki menedżer nie mógł z dnia na dzień zatrudnić się u konkurencji. W przypadku ludzi takich jak przewodniczący, czy nawet członkowie KNF, państwo powinno zadbać o interes wolnego rynku i równej konkurencji. A więc zapewnić odchodzącemu urzędnikowi przynajmniej półroczne "wakacje" z godziwym wynagrodzeniem.  Skoro państwo nie dba o swoich wysokich urzędników po zakończeniu przez nich służby, to oni mają prawo zadbać o siebie sami, żeby mieć co do garnka włożyć. Wynagrodzenie przewodniczącego KNF wynosi ok. 30.000 zł miesięcznie i oczywiście Jakubiak mógłby w czasie pięciu lat urzędowania zaoszczędzić tyle pieniędzy, by na kilka miesięcy móc "zniknąć" po złożeniu urzędu, nie przymierając głodem. Mógł, ale nie musiał. A państwo ma obowiązek zadbać, by taki człowiek nie mógł zbyt wcześnie "sprzedać" swojej wiedzy prywatnemu bankowi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Niezręczność państwowa? Były supernadzorca banków błyskiem wylądował w... banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2017 16:18
    • Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?

      Coś złego zaczęło się dziać w bankach w ostatnich kilku miesiącach. Z jednej strony bankowcy coraz bardziej obniżają oprocentowanie depozytów (w ciągu ostatniego roku wypłaciły nam o jedną dziesiątą mniej odsetek, niż poprzednio, co przekłada się na 900 mln zł uszczerbku w naszych kieszeniach), a z drugiej strony zaczynają "ubierać" klientów w coś, co tylko przypomina lokaty, a tak naprawdę jest lokatą z funduszem, albo produktem strukturyzowanym. Procenty biją po oczach, ale - w odróżnieniu od zwykłego depozytu - bynajmniej nie są gwarantowane. W wielu przypadkach klienci bywają "ubierani" w coś, czego nie rozumieją. I to jest trend, który w wielu bankach coraz bardziej się nasila. Dziś kilka słów o tych różnych "wynalazkach", które same w sobie nie muszą być złe. Złe są wtedy, gdy kupujesz je pod przymusem, będąc zmanipulowany albo nie rozumiejąc co kupujesz. A przede wszystkim wtedy, gdy ten zakup oznacza przejście z kategorii "bezpieczny, gwarantowany zysk", do kategorii "zysk lub strata"

      "Opiszę sytuację z ING, ale w Aliorze jednego z moich znajomych spotkało to samo. Wpadam kulturalnie do oddziału, szukam dobrej lokaty na rok. Pani mnie pyta: na jaką kwotę? Powiedziałem, że kilkadziesiąt tysięcy. Od razu zaprosili mnie do pokoiku: kawa, herbata, ciastko. Mówię, że chcę lokatę. Normalną. A pani, że dobrze, tylko formularz musimy wypełnić.. I "jedzie" tym formularzem z pytaniami jakie zyski, czy lubię ryzyko, czy mam doświadczenie w inwestowaniu... A potem proponuje produkt nazywający się "lokata", który lokatą nie jest. Mówi mi, że to bezpieczne, prawdopodobnie da 7% rocznie"

      - opowiada czytelnik. Oczywiście nie zaproponowano mu zwykłej lokaty bankowej, tylko produkt strukturyzowany. A więc zakład, który klient zawiera z bankiem o kurs jakiejś waluty albo o wartość indeksu, cenę akcji lub surowca. Jeśli zakładany scenariusz w określonym czasie się spełni - klient dostaje "oprocentowanie", zwykle dwu-trzykrotnie wyższe od dochodu ze zwykłego depozytu. Jeśłi się nie spełni - klient dostaje z powrotem tylko to, co wpłacił. Krótkoterminowe produkty strukturyzowane nie są złe - przy nędznym oprocentowaniu depozytów ryzykujemy niewiele, a do "wygrania" jest dobre kilka procent. Ale im dłuższa inwestycja, tym większe ryzyko, że scenariusz się nie spełni.

      Komuś z mojej rodziny zaproponowano 18-miesięczny "zakład" o kurs euro - jeśli utrzyma się w dość wąskim paśmie - bank zapłaci 6% w skali roku. Ale przy tak dużej zmienności na rynku walut chyba trudno zakładać, że złoty w ciągu półtora roku ani razu nie "zaszaleje". Niestety, w bankach coraz częściej proponują klientom długo-trwające produkty strukturyzowane, bo na takich można zarobić najwyższą prowizję. Generalnie z punktu widzenia banku najlepiej jest wtedy, gdy klient weźmie cokolwiek, co nie jest depozytem bankowym - może to być jakaś polisa oszczędnościowa, produkt strukturyzowany, fundusz inwestycyjny, lokata z funduszem... Przy tak niskich stopach procentowych jak obecnie prowizja od sprzedaży tego czegoś będzie zawsze wyższa, niż marża, którą bank "wykręci" na depozycie. No właśnie, a propos lokat z funduszem...

      "Byłem w BNP Paribas i w Banku Pocztowym. W obu bankach zapytali mnie czy chcę fundusz "w zgrzewce" z lokatą bankową. Nie wciskali (a w Pekao nawet doradca klienta powiedział, że rynek akcji i funduszy akcji teraz jest na cenzurowanym - brawo za uczciwość). A w Alior Banku w dwóch placówkach od razu ostro zostałem wzięty w obroty pod kątem innych produktów, niż lokata bankowa".

      O ile jestem sobie w stanie wyobrazić sensowny produkt strukturyzowany, to na lokaty z funduszem bym uważał, zwłaszcza jeśli nie macie doświadczenia na rynku funduszowym. Nie chodzi o to, że to jest jakiś kant. Sam mam ulokowaną dużą część moich oszczędności w funduszach, ale jest to ta część oszczędności, którą jestem skłonny w jakimś stopniu zaryzykować, np. zaakceptować 10% straty w jednym roku za cenę szansy graniczącej z pewnością, że długoterminowo będę zarabiał więcej, niż w banku. Natomiast bankowcy z lubością proponują dziś klientom przenoszenie do miksów funduszu z lokatą pieniędzy do tej pory przechowywanych na depozycie terminowym. A takich skoków przez płot nie uznaję.

      Nawet jeśli będziemy mieli 5-6% na depozytowej części miksu (przeważnie krótkoterminowej), to i tak rentowność interesu zależeć będzie w największej części od wyników funduszu. Część depozytowa w ostatecznym rozrachunku będzie tylko kwiatkiem do kożucha, choć to przecież wysokie oprocentowanie depozytu jest głównym wabikiem. Jeszcze inny problem to proponowanie starszym osobom, emerytom, długoterminowych programów lokacyjnych. Taki emeryt do tej pory trzymał po prostu swoje pieniądze na lokacie i co jakiś czas ją rolował. Ale przecież od rolowania już istniejących depozytów nikt w banku nie dostanie premii, więc oferuje się takim starszym ludziom rodzaj zobowiązania: "Dostajesz rentę lub emeryturę? To część z niej automatycznie przerzucaj na oszczędności". Tylko po co?

      "Dwa lata temu moja mama, starsza już pani w wieku 86 lat, wyraziła zgodę na założenie lokaty, która miała być dwuletnim depozytem. Okazała się jednak lokatą pod nazwą "Kapitał na marzenia", akonto której każdego miesiąca bank ściąga jej z konta 200 zł. Umowa zawarta jest na 144 miesiące. Sąsiadka założyła identyczną lokatę - także z przeświadczeniem, że jest ona na dwa lata. Sąsiadka miała wówczas, tak jak mama, 86 lat. Zlikwidowałyśmy te lokaty, ale w listopadzie znowu mama potwierdziła - jak mówi, niechcący - wolę założenia kolejnej lokaty. Umowa obowiązuje przez 180 miesięcy"

      - pisze do mnie czytelniczka. Widziałem dokumentację tego pakietu. Wpłaty mają być pobierane co miesiąc, po 400 zł, aż do 2030 r. Mama mojej czytelniczki w momencie zakończenia umowy będzie miała 103 lata i mnóstwo zaoszczędzonych pieniędzy. Z całego serca - podobnie jak bankierzy - życzę, żeby zdążyła je wydać. Tyle tylko, że jej emerytura to 1600 zł, z czego 600 zł idzie na stałe opłaty, 300 zł na lekarstwa, 400 zł na te lokaty. Na jedzenie i pozostałe wydatki zostaje jej 300 zł. Gdzie tu sens, gdzie logika? Tego typu produkty, zresztą nie najgorzej pomyślane, mają służyć oszczędzaniu na dostatnią emeryturę i są przeznaczone raczej dla osób, które jeszcze są aktywne zawodowo.

      Po co oferować takie długoterminowe oszczędzanie 87-latce, która jest na takim etapie życia, że powinna raczej dbać o zdrowie, zażywać różnych hobby i cieszyć się komfortowym mieszkaniem oraz dobrą opieką? Na to wszystko potrzeba pieniędzy, które bank zabiera co miesiąc z ROR-u, żeby oddać z odsetkami po tym, jak staruszkowi "pęknie" sto lat życia. Oczywiście: taka lokata nie ma wiele wspólnego ze słynnymi polisami inwestycyjnymi, które były wciskane klientom z obowiązkiem płacenia składek przez 10-15 lat i z karą za ewentualne niedotrzymanie umowy w wysokości utraty nawet wszystkich pieniędzy. Tu klient może w każdej chwili wycofać pieniądze, a jedyne co traci to odsetki za część okresu oszczędzania. Sęk w tym, że starsi klienci albo nie są informowani o tym, że nie ma absolutnego przymusu oszczędzania, albo nie do końca rozumieją istotę produktu. Ci, którzy do mnie piszą, żyją w przekonaniu, że skoro podpisali zobowiązanie do płacenia, to płacić muszą aż do 2030 r., bo inaczej nastąpi koniec świata. Im bardziej senior nie rozumie na co się zapisał, tym lepiej dla sprzedawcy bankowego.

      Jak nie dać się nabrać? Oto kilka rad jak zachować się w sytuacji, gdy chcesz ulokować oszczędności, a sprzedawca w banku namawia na coś innego, niż przedłużenie dotychczasowej lokaty. Przede wszystkim sprawdź jak nazywa się produkt. Lokata bankowa to po prostu „lokata”. Inne, mniej bezpieczne formy oszczędzania, też miewają w nazwie „lokata”, ale zwykle jest to „lokata inwestycyjna”, „lokata strukturyzowana” itp. Im dłuższa umowa, tym bardziej uważaj. Jeśli przychodzisz po lokatę bankową, a do podpisu dostajesz stos dokumentów liczący kilkadziesiąt stron, to prawdopodobnie nie chodzi o żadną lokatę. Sprawdź ile dokładnie zarobisz. Lokaty bankowe mają oprocentowanie od 1% do 2% w skali roku (te wyższe to promocje, łączą się zwykle z dodatkowymi obowiązkami). Jeśli z umowy nie wynika ile dokładnie i kiedy zarobisz – to znaczy, że nie jest to lokata. Jeśli obiecywany ci zysk jest podejrzanie wysoki ponad 3% w skali roku – sprawdź czy nie oferują ci tzw. „zgrzewki”, czyli lokaty bankowej powiązanej z inwestowaniem pieniędzy.

      Zapytaj czy zapłacisz podatek Belki. Od zwykłej lokaty bankowej jest zawsze pobierany podatek Belki. Jeśli sprzedawca zapewnia cię, że żadnego podatku nie będzie – to znaczy, że nie jest to żadna lokata bankowa. Zapytaj czy kiedyś będziesz musiał coś do lokaty dopłacić. Sprzedawca może podsunąć ci druczek do automatycznego potrącania pieniędzy z twojego ROR-u. Sprawdź czy możesz bez ograniczeń wycofać pieniądze. To, co wpłaciłeś, zawsze powinno być dla ciebie dostępne (firma może potrącić co najwyżej odsetki). Jeśli produkt, który ci oferują, nie gwarantuje możliwości odzyskania wszystkich wpłaconych pieniędzy w każdym momencie – nie jest to lokata bankowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Idziesz do banku po zwykłą lokatę, a wychodzisz z... czymś dziwnym. Czy warto dać się nabrać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 stycznia 2017 09:16
  • środa, 25 stycznia 2017
    • W bankach rusza rewolucja. Konto i kredyt dadzą przez... wideoczat. Pokazujesz dowód i gotowe!

      Jak najszybciej i najprościej założyć konto w banku? Odkąd modne stały się kradzieże tożsamości sprawa się mocno skomplikowała. Jeszcze rok-dwa lata temu proces otwierania rachunku dało się zamknąć w kilku, kilkunastu minutach. Wpisywało się swoje dane do formularza na stronie banku, a ten prosił o przelew weryfikacyjny, czyli o przesłanie kilku groszy z już otwartego rachunku w innym banku. Założenie było takie, że skoro ten inny bank kiedyś mi założyć "tradycyjne" konto, to musiał mnie widzieć w wersji live, a moje dane (widoczne na potwierdzeniach wszystkich przelewów) spisał z dowodu osobistego. Jeśli więc to, co wpisałem na swój temat w formularzu internetowym, chcąc założyć nowe konto, zgadzało się w 100% z informacjami, które przyszły z innego banku (w sensie nazwiska i adresu), to świeżutki rachunek można było założyć nie widząc klienta, ani nawet jego dokumentu tożsamości. Prowokowało to różne kobiety z temperamentem do internetowych zaczepek ;-)

      Te piękne czasy się skończyły. Nadzór bankowy zabronił przyjmowania domyślnie, że skoro jakiś "inny bank" założył mi konto, to zostałem przezeń osobiście zidentyfikowany. Teraz każdy bank, zakładający klientowi konto, musi sam uzyskać pewność, że dana osoba jest tą, za którą się podaje. Albo więc trzeba osobiście dreptać do oddziału i się wylegitymować, albo załatwiać proces z pomocą kuriera, który przywozi dokumentację do podpisu i potwierdza zgodność danych z dowodem osobistym (ta druga ścieżka jest już odrobinę ryzykowna, mając czyjeś dane z dowodu można próbować kuriera oszukać albo przekupić). Tak czy siak: ostatnio zakładanie nowych kont i przenoszenie się z jednego banku do drugiego stało się trudniejsze, zamiast być łatwiejsze. I to jest pewnie powód, dla którego bankowców zaczynają podgryzać firmy finansowe, które nie mają nad sobą obostrzeń nadzorczych.

      Całkowicie zdalnie (skanem dowodu i zdjęciem twarzy) potwierdza się na przykład założenie konta na quasibankowej platformie DiPocket, zaś samym tylko skanem dowodu - w nowym dziecku niemieckiej firmy pożyczkowej Kredito24 - na platformie MonedoPay. Jaka może być odpowiedź banków? Wygląda na to, że jest nią... wideoczat. Tą drogą poszło już kilka banków w Niemczech i Austrii. Przed chwilą uruchomieniem otwierania kont bankowych za pomocą wideo pochwalili się Austriacy z Erste. Bank ten - choć jest jednym z największych w naszej części Europy - nie ma działalności detalicznej w Polsce, ale warto mu się przyglądać, bo jego rozwiązania zapewne wkrótce trafią i do nas. Z podobnej technologii korzysta Commerzbank i szwajcarski UBS (aczkolwiek nie wiem w jakiej skali) oraz oczywiście nowe banki smartfonowe i kilka fin-techów. Ledwie kilkanaście dni temu zielone światło do takiej właśnie zdalnej identyfikacji klientów dał austriacki nadzór bankowy. Klient - jak to zwykle bywa przy tego typu nowinkach - nie ma obowiązku zakładać konta w nowy sposób, jest to opcja do wyboru, dostępna w określonych godzinach pracy działu odpowiadającego za kontakt wideo z klientami.

      Jak to wygląda? Wchodzę na stronę banku, klikam opcję "otwórz nowy rachunek", wybieram formułę wideoczatu, łączę się z konsultantem i pokazuję do kamerki swoją twarzyczkę oraz dowód tożsamości (trzeba go pokazać pod różnymi kątami, system sprawdza m.in. zabezpieczenia hologramowe). Co ciekawe nie musi to być dowód osobisty, może być też paszport lub prawo jazdy. W Polsce jak ktoś ma przeterminowany dowód osobisty to nie tylko nie założy nigdzie nowego konta, ale wręcz może zostać skutecznie ubezwłasnowolniony. A w Austrii każdy oficjalny dokument tożsamości może być wykorzystany jako podstawa identyfikacji nowego klienta. Na podstawie informacji z dokumentu tożsamości system zaciąga i przetwarza dane klienta, więc nie trzeba wypełniać żadnych formularzy. Jednocześnie klient - korzystając z geolokalizacji - wybiera sobie najbliższy oddział banku, który będzie jego "macierzystym". Poza kolejną weryfikacją twarzy i dowodu klient "przedstawia się" głosem i autoryzuje SMS-em weryfikacyjnym smartfona, za pomocą którego będzie się kontaktował z bankiem.

      erste_IDnow_Identprozess_k

      W ten sposób założenie konta bankowego nie tylko trwa pioruńsko szybko (w Erste mówią, że maksymalnie 10 minut, ale moim zdaniem i tak przeszacowują, chyba, że są kolejki do wideoczatu ;-)), ale i bez wypełniania formularzy. Oczywiście: jeśli system coś źle zapisze, to w ramach specjalnego formularza trzeba skorygować dane, lecz to i tak prostsze, niż samodzielne wpisywanie danych osobowych, adresów, PESEL-i, numerów dowodów, numerów buta itp. No i nie bez znaczenia jest fakt, że najprościej się używa tego systemu przez smartfona. A jak ktoś założył konto ze smartfonem w ręku, to potem i nie będzie miał oporów, żeby w ten sposób robić przelewy i płacić za zakupy. Zresztą - to też już zapowiadają m.in. Austriacy z Erste - system identyfikacji klienta poprzez wideoczat będzie w tym roku wdrożony nie tylko do zakładania kont, ale i do szybkich kredytów gotówkowych, pożyczek samochodowych i innych rzeczy, w których szybkość ma znaczenie.

      A gdzie my jesteśmy na tej drodze? W różnych bankach różnie bywa, ale patrząc na to, czym ostatnio zaskoczył jednego z moich czytelników Citibank - nie jest dobrze ;-)). Klient jest świadomym konsumentem, więc nie zostawia nigdzie "gotowych do użycia" skanów, ani kserokopii swojego dowodu tożsamości. W Citi też nie chciał zostawiać, choć oczywiście bez tego nie ma mowy o otrzymaniu w tym banku karty kredytowej. Zgodnie z moją rekomendacją ów klient - ulegając słowom bankowców, że bez skanu ani rusz - zabezpieczył się w taki sposób, że na kserokopii dowodu chciał wpisać adnotację typu "Dla Citi" (żeby w razie wycieku danych jego dowód nie mógł zostać sklonowany i wykorzystany w niecnych celach) .

      "Dostałem od banku listę wymaganych dokumentów, m.in. skan dowodu. Zrobiłem kserokopię. Na kserokopii zaś odpowiednią adnotację, przy czym wydaje mi się, że nie zaszła ona na żadne literki, zdjęcie, ani inne istotne części kopii. Mieściła się, w całości na 'tle'. Przyjechał kurier. Obejrzał oryginalny dowód, więc mógł się przekonać, że kserokopia jest zgodna z oryginałem. Później w rozmowie z bankiem dowiedziałem się, że "analityk tego nie przyjmie". Dlaczego bank utrudnia klientom stosowanie dobrych praktych w zakresie utrudniania kradzieży tożsamości?"

      Dobre pytanie. Jak widać w niektórych polskich bankach nie tylko nie ma mowy o identyfikacji via wideoczat i poprzez pokazanie dowodu tożsamości przez kamerkę, ale wręcz nie ma mowy, by bank zrezygnował z posiadania w swoich archiwach dziewiczo czystej kopii dokumentów tożsamości klienta. Ech... stąd do nowoczesności...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „W bankach rusza rewolucja. Konto i kredyt dadzą przez... wideoczat. Pokazujesz dowód i gotowe!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 stycznia 2017 09:11
  • wtorek, 24 stycznia 2017
    • Ubezpieczenia aut są coraz droższe, ale... Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon! Serio? :-)

      Z cenami polis samochodowych jest źle. Rosną i rosną. Zajmują się tym posłowie, UOKiK, zaraz pewnie zajmie się rząd i prezydent, bo kierowcy to wyborcy. Oczywiście: tak naprawdę drogie ubezpieczenia aut nie jest to problem wagi państwowej. Nie ma obowiązku posiadania samochodu. Można jeździć rowerem. Tym niemniej atmosfera jest gęsta. Firmy ubezpieczeniowe doszły chyba do wniosku, że muszą jakoś zrekompensować nam drożejące polisy komunikacyjne. Jeśli za zwykłe OC - nie mówiąc już o droższych pakietach zawierających też dobrowolne ubezpieczenie AC - trzeba płacić przynajmniej o 50% więcej, niż rok temu, to klienci coraz częściej mówią: "hola, hola, a co dostaniemy w zamian?". Jest gorzej, klienci podejrzewają, że z tymi podwyżkami OC i AC to musi być jakiś kant. Zwłaszcza jak chodzi o AC:

      "Kiedy usłyszałem kilka miesięcy temu o tym, że podrożeją OC, szybko przekalkulowałem: OC poprzednio kosztowało mnie ok. 800 zł. No to teraz niech będzie te 300-400 zł drożej. Ale z drugiej strony wartość samochodu spadła o 20-25% (kupiłem w zeszłym roku nowy). Więc założyłem, że wyjdę na to samo. A tu zonk! - wartość auta spadła o 22%, a wartość polisy OC i AC wzrosła o... 55%! Co oznacza relatywny wzrost o niemal 100% (z uwzględnieniem spadku wartości samochodu)"

      - napisał do mnie jeden z czytelników. Na powyższe wyliczenia nie nakładają się - jego zdaniem - żadne dodatkowe czynniki, typu stary/młody kierowca. Nie ma szkody, to samo miejsce zamieszkania, ten sam ubezpieczyciel, warunki związane z polisą porównywalne. Coś tu nie gra? Dlaczego podobny do OC wzrost cen (a może nawet większy) dotyczy polis AC? Na nich ubezpieczyciela raczej zarabiają.

      "Uważam, że ktoś nas tu równo "rżnie", pod płaszczykiem konieczności wzrostu polis OC podwyższa ceny AC. Nie neguję, że AC  powinno rosnąć, ale... części nie drożeją aż tak bardzo, a poza tym ubezpieczyciel ma opcję wyceny naprawy w autoryzowanym serwisie (a więc na oryginalnych częściach), to są kwoty dość przewidywalne. Auto zastępcze też chyba nie jest droższe, niż rok temu"

      Bardzo chętnie poznam Waszą opinię w tej sprawie. Kantują? Nie kantują w przypadku AC? Tak czy owak ubezpieczyciele chcą nas przekonać, żebyśmy chętniej płacili wyższe składki w zamian za jeszcze lepszy serwis. Niedawno opisywałem ciekawy pomysł największego ubezpieczyciela naszych samochodów, państwowej firmu PZU, która za ok. 100 zł dopłaty do pakietu OC plus AC oferuje kuszącą możliwość likwidacji szkód w wariancie "all inclusive". A więc nie tylko dadzą auto zastępcze, ale wręcz podstawią je od razu na miejsce wypadku. I nie tylko przyznają je na kilka dni, ale na czas nieograniczony, aż do pełnej likwidacji szkody. Bardzo mi się podoba ta koncepcja, gdyż jestem zwolennikiem kompleksowych rozwiązań, zapewniających klientowi święty spokój. Inna sprawa, że polisy PZU z natury rzeczy są dość drogie (w końcu z czegoś trzeba finansować repolonizację banków, nie? ;-)).

      Czytaj też: Koniec z robotą papierkową? Zeskanuj dowód rejestracyjny i... już masz OC!

      Czytaj też: Ubezpieczenie samochodu za drogie? Oni chętnie pomogą! A za ile?

      Link4, firma w której od nie tak dawna głównym inwestorem jest właśnie PZU, ma inny pomysł. Od kilku dni reklamuje w telewizji nie tylko swoje nowe logo - w kolorach bordowo-fioletowych, a więc bardziej nobliwe, niż niegdysiejszy beztroski pomarańcz - ale też ciekawy dodatek pod tytułem "jedną szkodę wybaczamy". Reklamy są zgrabne, dziewczyny ładnie tańczą i śpiewają, przeboje wpadają w ucho, ale na czym to polega? Ano jeśli kupisz w Link4 nie tylko "gołe" OC, ale też dobrowolną polisę AC, to oni obiecują, że nawet jeśli omsknie ci się noga na pedale gazu (albo przeciwnie, na pedale hamowania, nie mówiąc już o kierownicy ;-)), to przymkną na to oko przy kalkulacji składki na kolejny rok. Ma to z jednej strony dać klientowi spokój ducha, z drugiej - zwiększyć jego lojalność. Oferta nie jest nówką-sztuką, obowiązuje od listopada zeszłego roku, ale teraz wyszła na szerokie wody telewizyjnej reklamy.

      Czytaj też: Tego jeszcze nie było - za zakupy internetowe zapłacisz w... Link4

      Tak naprawdę to kolejna odsłona trendu, który w ubezpieczeniach już funkcjonuje. Jakiś czas temu firmy ubezpieczeniowe wprowadziły ubezpieczenie szyb, które charakteryzuje się tym, że płacisz dodatkowo minimalną składkę i masz gwarancję, że ewentualne przyszłe szkody "szybowe" nie będą liczone jako coś obciążającego przy sprzedaży ubezpieczenia temu samemu klientowi w przyszłości. Teraz Link4 rozciąga tego typu myślenie na wszystkie szkody, choć pod pewnymi warunkami (o nich za chwilę). Pomysł jest oczywiście chwalebny, choć od razu zaczynam się zastanawiać w jaki sposób klient ma sprawdzić czy firma ewentualnie wywiązała się obietnicy? Link4 nie obiecuje bowiem utrzymania tego samego poziomu składki, a jedynie przymknięcie oka na ewentualną zwyżkę składki w przyszłym taryfikatorze. Może się okazać, że za rok będę miał policzoną składkę o 20% wyższą i nie będę miał jak sprawdzić czy firma utrzymała mnie w tej samej grupie ryzyka, a tylko składka poszła w górę, czy też zostałem przesunięty do wyższej grupy ryzyka.

      Obietnica jest więc trochę rozmydlona, zwłaszcza w kontekście triików stosowanych namiętnie przez Link4. Jakich? A choćby domyślnego kalkulowania składki dla wariantu ubezpieczenia mającego mnóstwo ograniczeń. Np. firma z definicji proponuje wariant gotówkowy wypłaty odszkodowania, a nie warsztatowy, mniej podatny na zaniżanie wartości szkody. Klienci często dostają też propozycję polisy z "wkładem własnym", czyli np. obniżeniem potencjalnego odszkodowania o 500 zł. Przy małych szkodach oznacza to, że finansowa odpowiedzialność firmy ubezpieczeniowej jest w dużej części zepchnięta na klienta albo wręcz że ten klient w ogóle szkody nie zgłosi, bo podwyżka składki z tytułu utraty zniżek za bezszkodową jazdę będzie większa, niż odszkodowanie wypłacone przez ubezpieczyciela po odliczeniu wkładu własnego.

      Zaczęło się: W tej firmie cena ubezpieczenia będzie zależeć od tego jak jeździsz, baranie ;-)

      Czytaj też: Dlaczego niektóre polisy samochodowe są dużo tańsze od innych? Prosty trik!

      Czytaj też: Płacisz 10% ceny i korzystasz z wypasionej polisy samochodowej. Za ile?

      No, ale nawet biorąc pod uwagę te wszystkie wątpliwości obietnica pt. "wybaczamy pierwszy dzwon" (pojawiająca się zresztą w jednym z klipów reklamowych) jest bardzo doniosłą i mogłaby być nowym punktem odniesienia dla innych firm ubezpieczeniowych. Niestety, w obietnicy tej są bolesne ograniczenia. Po pierwsze Link4 podejmie takie zobowiązanie tylko w stosunku do klienta mającego już co najmniej trzyletnią historię ubezpieczeniową i brak szkód likwidowanych z AC w tym czasie. Wymóg ten dotyczy nie tylko właściciela auta, ale też wpisanych do polisy (i dowodu rejestracyjnego) współwłaścicieli i głównego użytkownika (jeśli jest nim ktoś inny, niż właściciel ubezpieczający auto). A więc z definicji wyłączeni są kierowcy młodzi, ci którzy nie mają trzech lat bezszkodowej jazdy oraz ci, którzy mieli przerwę w ubezpieczeniu AC (bądź wcześniej takiej polisy nie kupowali). Poza tym Link4 nie przymknie oka na każdy "dzwon", a co najwyżej na "dzwoneczek", czyli na szkodę o wartości poniżej 2500 zł. Większych niestety nie wybaczy.

      Jak widać zobowiązanie Link4 dotyczy tylko stosunkowo nielicznego grona klientów (tych, którzy mają AC od dawna i jest ono "nie ruszone") i najmniejszych szkód (w powiązaniu z wkładem własnym - wręcz maluteńkich ;-)). Lepszy rydz, niż nic, ale z przełomowej obietnicy zrobiła się taka sobie obietniczka ;-). W tym klipie poniżej przynajmniej lektor wspomina, że dobroć Link4 jest ograniczona do "małej stłuczki". W poprzednim mówią o "pierwszym dzwonie", a ograniczenia są wylistowane jedynie drobnym druczkiem na dole ekranu.

      ZOBACZCIE MOJE PROGRAMY WIDEO! Zapraszam do obejrzenia pierwszego sezonu tygodnika wideo "Kasownik Samcika". Jest tam o sprytnych sposobach na oszczędzanie, o studiowaniu, pracowaniu, zaciąganiu kredytu hipotecznego, o zakupach, kontach bankowych, ubezpieczeniach, lokatach, podatkach... Poza poradami w każdym wydaniu czerstwy żart prowadzącego :-)), ciekawostka o pieniądzach oraz finansowy trik Samcika. Zapraszam do obejrzenia wszystkich zeszłorocznych odcinków. Wkrótce kolejna seria! Zapraszam do subskrybowania kanału YouTube "Subiektywnie o finansach"  

      Zapraszam też do obejrzenia cyklu wideo "Od oszczędzania do inwestowania", w którym opowiadam o tym jak małymi krokami zabrać się do oszczędzania pieniędzy i co można zrobić, żeby namnażały się szybciej.

      Jedną z najnowszych moich wideoprodukcji jest cykl filmów "Dywidenda jak w banku". Wspólnie z Albertem mierzyliśmy się z lękami związanymi z lokowaniem oszczędności, zwiedzaliśmy kasyno, udaliśmy się na ryby. Zabawne i pouczające, zapraszam do obejrzenia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ubezpieczenia aut są coraz droższe, ale... Link4 obiecuje, że wybaczy pierwszy dzwon! Serio? :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2017 20:35

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line