Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 stycznia 2018
  • poniedziałek, 29 stycznia 2018
  • piątek, 26 stycznia 2018
    • Jak w sezonie wyprzedaży zasłużyć na kumulację rabatów? Potrzebne są dwie rzeczy i plastik ;-)

      Część banków nagradza swoich klientów za zakupy opłacone kartą bądź telefonem (np. za pomocą aplikacji mobilnej banku albo usługi Android Pay). Dziś na rynku jest mniej więcej dziesięć instytucji finansowych, które oferują taką możliwość.

      Dlaczego bank miałby płacić za to, że klient po prostu robi zakupy, które i tak by zrobił, nawet gdyby na świecie nie było kart płatniczych? Żeby to wytłumaczyć wystarczy wiedzieć jak ogromne pieniądze pochłania obrót gotówką. Banknoty trzeba wydrukować (a nie jest to tanie, bo muszą być dobrze zabezpieczone), transportować pod ochroną (żeby wpłacić do banku), przeliczać (co wymaga obsady w placówkach), bezpiecznie przechowywać. To „zjada” kilkanaście miliardów złotych rocznie.

      Cały system jest tańszy, gdy nie ma gotówki, bo wszyscy płacą kartami i pieniądze przepływają między rachunkami jako elektroniczne zapisy. Korzystają na tym sklepy, banki, a także gospodarka (bo tam, gdzie pieniądz krąży elektronicznie, trudniej unikać jego opodatkowania).

      Niektóre banki, jako współodpowiedzialne za przepływ pieniędzy, po prostuoddają klientom część korzyści, które osiągają dzięki temu, że nie muszą obracać gotówką. „Jeśli klient jest bezgotówkowy, to wszyscy zyskują, więc niech klient też coś z tego ma” – mówią bankowcy.

      Czytaj też: Co będzie, gdy ktoś podpatrzy dane mojej karty? Czy karta na zbliżenia jest bezpieczna? Odpowiadam na najważniejsze pytania

      Czytaj też: Jak dobrać się do gotówki, gdy w okolicy nie ma darmowego bankomatu? Oto bardzo fajny patent

      Moneyback w dwóch odsłonach. Która lepsza?

      Programy typu moneyback dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza to ta, w której zwrot dostaje się za każde zakupy. Nieważne czy kupuję w sklepie spożywczym, w aptece czy w salonie samochodowym – od każdej mojej transakcji niewielki procent wraca na konto. Druga kategoria to moneyback nagradzający tylko zakupy określonego typu. Np. te na sport, turystykę lub rozrywkę (bo każdy bank chce mieć zdrowych klientów). Albo te związane z posiadaniem samochodu (bo np. mówimy o banku samochodowym).

      Pierwszy typ money-backu (ten ogólny) charakteryzuje się tym, że zwroty są niewielkie, zwykle można odzyskać 1-2% wartości zakupów. Z kolei programy dotyczące tylko określonej kategorii zakupów dają niekiedy nawet do 5% zwrotu od wartości każdej transakcji.

      Chodzi o to, że bank może wykorzystać tego typu program money-back do budowania pozytywnych nawyków swoich klientów. Każdy bank chce mieć klientów zdrowych, wypoczętych i wysportowanych. Dlatego chętnie zwróci więcej pieniędzy za wydatki na podróże i abonamenty na siłownię, niż gdyby zwracał po równo za wszystko (a więc także za zakupy coli i czipsów).

      Pomożesz? Wybierzmy wspólnie najlepszy sposób płacenia w sieci. Zapraszam do głosowania i do odpowiadania na pytania!

      Wypróbuj Visa Checkout: Nowy sposób płacenia w internecie. Prosty i bezpieczny, a przy tym oferuje ciekawe zniżki. Jeśli jesteś wyjadaczem wisienek, to pod tym linkiem można zarejestrować swoją kartę w usłudze Visa Checkout i zacząć oszczędzać na zakupach w sieci. Zaś pod tym linkiem przeczytasz na czym to polegaGdzie moneyback się kończy?

      Moneyback ma niestety ograniczenia. Zwykle „wyłącza się” w momencie, gdy nasze zyski z tych procencików odzyskiwanych z wartości zakupów opłaconych kartą skumulują się do kwoty 20-30 zł miesięcznie. Najbardziej wypasione money-backi dają do 720 zł oszczędności rocznie.

      Ale żeby tyle „wykręcić”, trzeba się dobrze namachać kartą, bo jeśli np. moneyback wynosi 1% miesięcznie to żeby dobić do np. 30 zł miesięcznie trzeba wydać kartą 3000 zł. Owszem, są konsumenci, którzy tyle wyciskają, ale przecież nie samymi zakupami człowiek żyje – są jeszcze inne wydatki, np.  comiesięczne raty kredytów.

      Jeszcze jedna słaba wiadomość: w większości banków moneyback nie jest już – jak kiedyś – standardowym bonusem dostępnym dla wszystkich klientów bezterminowo. Najczęściej można z niego korzystać tylko przez pierwszy rok posiadania konta w danym banku, jest to rodzaj wabika dla klienta, który podjął trud przeniesienia swoich domowych finansów od konkurencji.

      No dobra, dość marudzenia, czas na lepsze wieści. Moneyback ma tę piękną cechę, że łączy się z innymi promocjami. A zatem możemy jednocześnie „zaliczyć” kilka zniżek. Od sklepu, bo akurat jest wyprzedaż. Od organizacji płatniczej, bo zarejestrowaliśmy naszą kartę w programie Visa Oferty. I wreszcie od banku, bo nasza karta bierze udział w programie rabatowym lub w moneybacku (może się zdarzyć, że w obu tych przedsięwzięciach naraz i wtedy mamy do czynienia z „wielką kumulacją” promocji).

      W większości przypadków pieniądze z moneybacku wracają na konto w następnym miesiącu po tym, w którym zrobiliśmy zakupy. Bank dla porządku sumuje przysługujące klientowi zwroty po zamknięciu miesiąca i do połowy następnego miesiąca wysyła mu przelew.

      Jak płacić kartą i oszczędzać? Zobacz szczegóły programu Visa Oferty. Rejestrujesz kartę, wybierasz promocje, z których chcesz skorzystać i… gotowe

      W których bankach płacąc kartą można „zarabiać” pieniądze? Pod tym linkiem znajdziesz krótki ich przegląd pod kątem trwającego właśnie sezonu wyprzedaży. Zapraszam Cię też do przeczytania wielu innych analiz i ciekawostek na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl. Tylko tam codziennie nowe felietony w pełnych wersjach!

      Nie przegap nowych tekstów z „Subiektywnie o finansach„, zapisz się na newsletter i odbierz zestaw praktycznych poradników, w tym przegląd najlepszych kont bankowych ułatwiających oszczędzanie

      Ten artykuł powstał w ramach cyklu „O wygodnym płaceniu. Niezbędnik nowoczesnego konsumenta”, którego patronem jest organizacja płatnicza Visa, oferująca m.in. program rabatowy Visa Oferty oraz wygodne i bezpieczne płatności w internecie za pomocą usługi Visa Checkout.

                                                                                                

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak w sezonie wyprzedaży zasłużyć na kumulację rabatów? Potrzebne są dwie rzeczy i plastik ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 stycznia 2018 09:45
  • czwartek, 25 stycznia 2018
  • wtorek, 23 stycznia 2018
  • środa, 17 stycznia 2018
    • UOKiK twierdzi, że w odpowiedzi na reklamacje bank wprowadzał klientów w błąd. Kara? Okrutna

      UOKiK uważa, że Bank Millennium wprowadził klientów w bład uzasadniając odmowę uwzględnienia ich reklamacji. Nałożył na bank ciężkie sankcje, w tym 20 mln zł kary. Jeśli orzeczenie utrzyma się w mocy (jest niprawomocne) to może bardzo pomóc frankowiczom spod flagi Banku Millennium walczącym z sądach. I napędzić do tych sądów kolejnych klientów.

      Przedmiotem sporu są dwie klauzule, które na wniosek UOKiK-u już dawno temu (w 2011 r.) trafiły na listę niedozwolonych. UOKiK uznał, zaś Sąd Ochrony Konkurencji to „przyklepał” – iż niezgodne z prawem są dwa zapisy wrzucane klientom Banku Millennium do umów. Pierwszy to ten pod numerem 3178:

      „Kredyt jest indeksowany do CHF/USD/EUR, po przeliczeniu wypłaconej kwoty zgodnie z kursem kupna CHF/USD/EUR według Tabeli Kursów Walut Obcych obowiązującej w Banku Millennium w dniu uruchomienia kredytu lub transzy”

      Rzecz jasna jak słońce: nie wiadomo jak ta tabela jest tworzona i od czego zależą wpisywane do niej cyferki, więc klient nie jest w stanie przewidzieć ile bankowi w sumie będzie musiał zapłacić. Druga klauzula to ta wpisane do rejestru pod numerem 3179:

      „W przypadku kredytu indeksowanego kursem waluty obcej kwota raty spłaty obliczona jest według kursu sprzedaży dewiz, obowiązującego w Banku na podstawie obowiązującej w Banku Tabeli Kursów Walut Obcych z dnia spłaty”

      W obu przypadkach mówimy o nieprecyzyjnej, niechlujnej klauzuli, na podstawie której bank może sobie wpisać do tabeli wszystko (i rzeczywiście, w pierwszych latach spłacania kredytów klienci Banku Millennium byli narażeni na wysoki spread walutowy).

      Klienci, w oparciu o abuzywność obu tych zapisów, chcieli wyrzucenia klauzul przeliczeniowych z umów, co mogłoby skutkować – w zależności od interpretacji – albo niemożliwością wykonania umowy (czyli jej unieważnieniem), albo automatycznym przewtorzeniem kredytu na złotowy (bo skoro nie ma czego przeliczać…), albo też kilkoma innymi opcjami – pod tym względem ogranicza nas tylko fantazja prawników.

      Czytaj też: Po jakim kursie spłacać kredyt, gdy klauzula przeliczeniowa wypadła z umowy? Sąd Najwyższy ma dwa pomysły

      Czytaj też: Europejski Trybunał odpowiada na trzy ważne pytania o franki. Nie wszyscy frankowicze będą zadowoleni

      Czytaj też: Sąd Najwyższy ostry jak chilli. Bank nie poinformował klienta o zmienności waluty? Powinien się jeszcze upewnić, że… 

      Bank twierdzi, że jeśli nawet jakaś klauzula została wpisana do rejestru, to owa „bezprawność” mogłaby potencjalnie dotyczyć jedynie umów opartych o zakwestionowany wzorzec i spisanych dopiero po tym jak trafił na „czarną listę”. Bo inaczej prawo działałoby wstecz. Bank wysyłał klientom krótkie pisma zniechęcające do dalszej walki:

      „Wyżej wymieniony wyrok jest konstytutywny tj. wywiera skutki na przyszłość, a jego skuteczność wobec osób trzecich, powstaje z chwilą wpisu do rejestru. Dlatego też nie możemy uznać, iż wyrok, na który się Pani/Pan powołuje znajduje zastosowanie do Pani/Pana sytuacji”

      Pomysł prawników Banku Millennium nie był zły, bowiem – jak wynika ze statystyk cytowanych przez UOKiK – można powiedzieć, że duża część osób składających wnioski o wykreślenie z ich umów klauzuli niedozwolonej ostatecznie poszła do domu i przestała dymić.

      „W 2015 r. do Banku Millennium wpłynęło siedemdziesiąt pięć wniosków, w tym osiem złożyły kancelarie prawne. Z liczby wniosków niepochodzących od kancelarii prawnych dwadzieścia dwa wnioski zastrzegały wystąpienie przeciwko Bankowi na drogę postępowania sądowego. Tylko ośmiu kredytobiorców zdecydowało się na wystąpienie na drogę postępowania sądowego przeciwko Bankowi, podczas gdy pierwotnie większa liczba kredytobiorców to rozważała”

      UOKiK uważa, że klienci zostali wprowadzeni w błąd, bo przynoszone przez klientów wyciągi z rejestru klauzul niedozwolonych z 2011 r. ich jak najbardziej dotyczyły. I nie ma znaczenia, że umowy kredytowe były zawarte w latach 2007-2008, czyli grubo przed uznaniem klauzul za abuzywne. UOKiK doszedł do wniosku, że nastąpiło naruszenie zbiorowego interesu konsumentów poprzez nieuczciwą praktykę rynkową zastosowaną przez Bank Millennium.

      Co na to bank? Jakie są szanse, ż argumentacja UOKiK się utrzyma? Co już dziś oznacza to orzeczenie dla klientów Banku Millennium? Czytaj w pełnej wersji tekstu na mojej nowej stronie www.subiektywnieofinansach.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „UOKiK twierdzi, że w odpowiedzi na reklamacje bank wprowadzał klientów w błąd. Kara? Okrutna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 17 stycznia 2018 09:18
  • niedziela, 14 stycznia 2018
  • piątek, 12 stycznia 2018
  • środa, 10 stycznia 2018
    • Jak ogarnąć degrengoladę panującą w służbie zdrowia? Oto plan w pięciu punktach

       

      Nasz narodowy budżet na zdrowie to 120 mld zł. W proporcji do naszej liczebności i wartości naszej pracy to nie są duże pieniądze. Szczerze? Jedne z najmniejszych w grupie państw tzw. cywilizowanych. Gdybyśmy mieli proporcjonalnie do „wartości” kraju wydawać tyle, ile wynosi średnia w państwach OECD (czyli tej części świata uznawanej za rozwiniętą, do której się zresztą zaliczamy) musielibyśmy przeznaczać na służbę zdrowia jeszcze o 60 mld zł więcej, niż dziś.

      Wtedy miejsc w szpitalach byłoby więcej, można byłoby więcej leków refundować, zatrudnić więcej lekarzy i pielęgniarek, sprawniej rehabilitować przewlekle chorych.  Kłopot w tym, że brakujących do poziomu przyzwoitości 60 mld zł rząd nie ma. To więcej, niż całe wydatki na szkoły, albo na wojsko, policję i urzędników albo na transport.

      To, że służba zdrowia jeszcze jakoś działa, jest w pewnej mierze zasługą tego, że dopłacamy do niej z własnych, prywatnych pieniędzy (te z podatków też są nasze, ale wydaje je w naszym imieniu rząd). Prywatne wydatki na zdrowie sięgają już 40 mld zł. A więc jedną trzecią pieniędzy zużywanych przez służbę zdrowia finansujemy z własnych kieszeni.

      Na co idzie ta kasa? To bardzo ciekawe. Ponad połowa naszych prywatnych wydatków (a dokładniej 55%) to leki i parafarmaceutyki oraz suplementy diety.A więc: dopłaty do leków refundowanych, leki nierefundowane, leki bezreceptowe (OTC) oraz reklamowane w telewizji uzdrawiające witaminki.

      Ta druga, „mniejsza” połowa to wydatki na stomatologię (jedyną, poza ginekologią, w dużej części „sprywatyzowaną” gałąź służby zdrowia), prywatnych lekarzy oraz na abonamenty medyczne i ubezpieczenia zapewniające dostęp do lekarzy inną ścieżką, niż finansowaną z podatków (czym się różnią abonamenty od ubezpieczeń – zaraz opowiem).

      Miliardy wpuszczamy w kanał. I pozwalamy jeździć na gapę

      Żeby było jeszcze smutniej: dużą część z tej naszej prywatnej kasy, przeznaczonej na zdrowie, po prostu „przepalamy”, wyrzucamy w błoto, wydajemy nieefektywnie. Po pierwsze jesteśmy narodem lekomanów, więc kupujemy i zjadamy więcej leków, niż powinniśmy. Zamiast składać się na „prawdziwą” służbę zdrowia, finansujemy koncerny farmaceutyczne i nie dostajemy w zamian zdrowia tylko reklamy tego, że moglibyśmy być zdrowi gdybyśmy wzięli jeszcze więcej witaminek.

      Po drugie płacimy dwa razy za to samo. Najpierw w podatku składkę na państwowego lekarza, a potem prywatnie dostęp do tego samego lekarza w szybszym czasie i bez kolejki. Po trzecie: ten lekarz często obsługuje nas na państwowym sprzęcie, za który też już raz zapłaciliśmy – w podatkach. A na domiar złego jesteśmy pojedynczym, małym żuczkiem, któremu dyktuje się ceny z kosmosu. Ta sama usługa zakontraktowana przez „hurtowego” płatnika byłaby znacznie tańsza, niż w sytuacji, gdy kupujemy ją jako indywidualny pacjent.

      Po czwarte: na służbę zdrowia płacą tylko niektórzy. W Polsce składkowanie na zdrowie jest skrajnie niesprawiedliwe. Nie każdy musi płacić składki, niektórzy są obciążeni w znacznie mniejszym stopniu, niż inni. Czy uwierzycie, że aż 52% budżetu NFZ pochodzi od osób zatrudnionych na umowę o pracę, zaś kolejne 25% od… emerytów? Czyli: państwo wypłaca im emeryturę, od której potrąca składkę na zdrowie, którą przekłada do drugiej kieszeni (z ZUS do NFZ).

      Przedsiębiorcy prowadzący działalność pozarolniczą wkładają do dziesiątą złotówkę do budżetu NFZ, zaś pozostałych osiem grup społecznych – łącznie 14%. Nasz system składkowania ma furę pasażerów na gapę, którzy się nie dokładają, a otrzymali prawo do takich samych świadczeń, co inni. Gdyby owych gapowiczów nie było, być może nie byłoby też 60-miliardowej dziury między tym, czego potrzebujemy a tym co mamy.

      Czytaj też: Ukąszenie pająka? Wizyta UFO? Od czego warto się ubezpieczyć? Śmiertelnie poważny ranking

      O roli ubezpieczeń w naszym życiu: czytaj w raporcie „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” – plik pdf jest tutaj

      Nadchodzą dwa tsunami: demograficzne i technologiczne

      Państwo przy obecnym poziomie wydatków socjalnych oraz opodatkowania obywateli raczej nie dorzuci wiele do obecnie wydawanych 80 mld zł. My sami już dziś wydajemy 40 mld zł, wpuszczając dużą część tych pieniędzy w kanał. Już sam ten obrazek mrozi krew w żyłach.

      Ale przed nami jest przyszłość, która może być jeszcze gorsza. Według badań EY, biorąc pod uwagę tylko czynnik demograficzny (to główny generator kosztów służby zdrowia), by utrzymać obecny poziom publicznej opieki zdrowotnej nad Polakami (z kolejkami do lekarzy takimi jak teraz, z zamykanymi oddziałami szpitali, z niedziałającą opieką nocną) potrzebujemy wydawać w 2060 r 8,8% PKB rocznie zamiast obecnych 4,5%. A więc nawet dorzucenie 60 mld zł do systemu ochrony zdrowia nie zagwarantuje poprawy sytuacji!

      Jeśli nie zwiększymy puli, to w kolejkach do lekarzy-specjalistów, do zabiegów, operacji będzie stało coraz więcej osób, lekarzy będzie mniej i kolejki do nich się wydłużą, szpitale będą jeszcze bardziej przepełnione, lista leków refundowanych nie będzie się zwiększała o nowe pozycje (czyli nowoczesne, skuteczne leki). Będziemy szybciej umierać z powodu raka, cukrzycy, smogu. A na salach operacyjnych nie będzie nowoczesnego sprzętu, który robi „ping”.

      To nie jest żadna wyższa matematyka. Po prostu się starzejemy – za chwilę na jednego emeryta będzie przypadało tylko dwóch pracujących – a wydatki na ochronę zdrowia 30-latka są sześć razy niższe, niż na 60-latka. Jeśli w społeczeństwie będzie więcej 60-latków to i budżet na ich leczenie musi być wyższy.

      Do tsunami demograficznego dochodzi drugie – technologiczne. Umiemy leczyć choroby, których nie leczyliśmy, umiemy personalizować leczenie, dobierać je do fenotypu, za chwilę będziemy dobierali terapie w zależności od genotypu pacjenta. Rośnie średnia długość życia człowieka. Nieco wolniej niestety rośnie średnia długość życia w zdrowiu, ale za to w górę idzie koszt utrzymania nas w tym zdrowiu – jest więcej przewlekłych chorób: otyłość, nadciśnienie, smog, choroby kręgosłupa. To nowe, masowe problemy, których leczenie lub utrzymywanie pacjenta w komforcie coraz więcej kosztuje.

      Pięć rzeczy, które musimy zrobić, by uratować naszą służbę zdrowia przed katastrofą

      Czas, żeby politycy przestali zajmować się duperelami, bo nie ma dziś ważniejszej dla Polaków sprawy, niż uzdrowienie systemu opieki medycznej. Inaczej zaczniemy padać jak muchy z powodu braku dostępu do lekarzy, szpitali, leków.

      Co konkretnie robić? Zapraszam do lektury pełnej wersji tekstu na mojej stronie "Subiektywnie o finansach". Analizę znajdziecie tutaj

      Partnerem cyklu „Bez znieczulenia o ubezpieczeniach” jest Polska Izba Ubezpieczeń”. Więcej na temat roli ubezpieczeń w naszym życiu: czytaj w raporcie „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków” – plik pdf do pobrania lub obejrzenia jest tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak ogarnąć degrengoladę panującą w służbie zdrowia? Oto plan w pięciu punktach”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 10 stycznia 2018 08:49

Archiwum

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line