Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • niedziela, 28 lutego 2010
    • Justyna Kowalczyk: przeszła do historii i... zarobiła w dwa tygodnie 740.000 zł!

      Złotego medalu Justyny Kowalczyk, wywalczonego w sobotę na olimpiadzie w Vancouver, rzecz jasna nie da się wycenić. On jest po prostu bezcenny. Polscy kibice czekali na niego przez 38 lat. A jeśli pomyślimy, że o medalu zadecydował, po 30-kilometrowym biegu, dramatyczny finisz i 0,3 sekundy - obejrzyj wideo z tego finiszu na stronie TVP. Ufff...

      Justyna Kowalczyk na mecie biegu na 30 km - IO Vancouver

      Naprawdę niewielu wybitnych polskich sportowców może dostąpić takiego zaszczytu: nazywać się mistrzami olimpijskimi. Przekonał się o tym choćby Adam Małysz, który przecież na olimpijskie złoto „zasłużył” jak żaden polski sportowiec, a jednak nie udało mu się go zdobyć.

      W przypadku Justyny Kowalczyk, pamiętając o wartości historycznej i sentymentalnej jej osiągnięć, można mówić też o wielkim sukcesie finansowym. Za złoty medal w Vancouver nasza biegaczka otrzyma 250 tys. zł od Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) oraz 70 tys. zł od Polskiego Związku Narciarskiego (PZN). A to tylko część pieniędzy, które Kowalczyk przywiezie z dalekiej Kanady. Nasza biegaczka ma przecież pełen komplet medali - kilka dni wcześniej na jej szyi wisiał też srebrny i brązowy. Za srebro Kowalczyk dostanie 150 tys. zł od PKOl i 56 tys. zł od PZN. Zaś olimpijski brąż w sumie wzbogaci jej kiesę o 135 tys. (łącząc dochody z obu nagród).

      Olimpijskie medale są także nagradzane przez państwo polskie. Za pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich, zgodnie z rozporządzeniem Ministra Sportu, może być przyznana nagroda w wysokości do 14-krotności podstawy wynoszącej 2300 zł, są też premie za srebrne i brązowe medale. Kowalczyk za komplet krążków przywieziony z Kanady może dostać od państwa w sumie 76 tys. zł.

      Być może Kowalczyk dostanie też nagrody od sponsorów. Ile? Nie wiadomo. W całym poprzednim sezonie, kiedy zdobyła Puchar Świata, zarobiła z kontraktów reklamowych 600 tys. zł. Kowalczyk reklamuje na czapce farby Kabe, jej sponsorem jest też producent kotłów Rafako i Marszałek Województwa Małopolskiego (reklamuje z pomocą Kowalczyk hasło Visit Małopolska).

      Podsumowując to wszystko: fantastyczny występ Justyny Kowalczyk w Vancouver przyniósł jej, nie licząc ekstra-premii od sponsorów, jakieś 740 tys. zł. Nawet jeśli od części z tych nagród będzie trzeba odprowadzić podatek (ryczałtowo 19%) - choć mam wrażenie, że nagrody PKOl, PZN i rządowe mogą być od podatku zwolnione - i nawet jeśli Justyna częścią pieniędzy podzieli się ze swoim 7-osobowym sztabem, bez którego nie byłoby sukcesu (trenerzy, serwismeni), to lwia część tej kwoty zostanie w jej kieszeni.

      Nie oznacza to, że nasza najlepsza biegaczka na nartach może teraz leżeć do góry brzuchem i żyć z procentów. Lokując np. 600 tys. zł w banku, przy stawce 6% w skali roku (więcej trudno będzie wycisnąć), z odsetek otrzymałaby jakieś 29 tys. zł (po potrąceniu podatku Belki). I w każdym kolejnym roku mogłaby liczyć na podobne wypłaty. Z tego nie da się zbyt dostatnio żyć, choć wielu z nas pewnie nie pogardziłoby dożywotnią kwotą 2,4 tys. zł za nic-nierobienie, z samych tylko odsetek.

      Ale o finansowy los Justyny chyba nie trzeba się jeszcze martwić. Sukcesy osiąga od kilku lat, więc te 740 tys. zł (minus ewentualna „działka” dla współpracowników plus premie od sponsorów) to zapewne tylko kolejna cegiełka do jej skarbonki. Niedawno Wyborcza.biz wyliczyła, że Adam Małysz, który w skokach narciarskich sukcesy osiąga, z przerwami, od dziesięciu lat, mógł zarobić na skoczniach nawet 30 milionów złotych. Jeśli Justyna uzbiera tylko trzecią część tego kapitału, to w odróżnieniu od nas, nie będzie musiała się już martwić o to, czy ZUS wypłaci jej emeryturę.  

      Na marginesie: zdobywanie złota olimpijskiego staje się z czasem coraz bardziej cenne. W 1998 r. w Nagano premia za złoty medal wynosiła 75 tys. zł i w pakiecie fiat Cinquecento. W 2006 r. w Turynie premia wynosiła 120 tys. zł (nie wiem czy do tego dochodziło auto). Więc jeśli myślicie o karierze zimowego olimpijczyka z perspektywą żywota rentiera, to zapraszam do treningów. Możecie sobie nucić ten przebój:

      Wcześniej zmieńcie obywatelstwo na bułgarskie, bo tamtejszy związek olinpijski za złoto olimpijskie płacił w tym roku równowartość 410 tys. zł, czyli niecałe dwa razy więcej, niż skąpcy z PKOl :-). Nie przyjmujcie natomiast obywatelstwa Norwegii, bo tam za medale olimpijskie nie płacili w tym roku w ogóle. Bali się, że pójdą z torbami, jeśli ich reprezentanci wyrobią limit i zdobędą 20-25 medali.

      Nasz PKOl z torbami nie pójdzie, bo na nagrody dla sportowców dostał od swojego sponsora, Totalizatora Sportowego, drobną sumkę 4 milionów zł. Po opłaceniu Kowalczyk (złoto, srebro, brąz), Małysza (dwa razy srebro) i panczenistek (wczorajszy sensacyjny brąz drużynowy) jeszcze spoooro zostanie!

      Czytajcie też o tych, którzy wygrali w Lotto: Kupią dom i furę. I dalej będą klepać biedę?. Zerknijcie też do notki o tym co można mieć do końca życia za pobicie rekordu świata. Piszę też o pechowcu, który włożył 30 milionów złotych, by wygrać w loterii dwa miliony. Przegrał. Oraz o innej uczestniczce, która włożyła 5000 zł i... wygrała. Sprawdźcie też dlaczego prezes banku rocznie zarabia dziesięć razy tyle, co Justyna Kowalczyk wycisnęła za komplet medali w Vancouver. I jak to jest, że jeden Ronaldo zarabia rocznie tyle, ile dziesięciu prezesów banku.

      ----------------------------------------

      TRADYCYJNE OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE:

      Chcecie sprzedać mi newsa? Piszcie na adres: maciej.samcik@agora.pl. Chcecie mi nawrzucać lub wyzwać od patafianów? Piszcie na adres maciej.samcik@gazeta.pl. Tam bowiem zaglądam rzadziej :-).

      Bądźcie fanami tego blogu! Zajrzyjcie na Facebook! Tam, na stronie ”Subiektywnie o Finansach” znajdziecie zapowiedzi kolejnych wpisów oraz luźne uwagi o sytuacji społeczno-politycznej w kraju :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Justyna Kowalczyk: przeszła do historii i... zarobiła w dwa tygodnie 740.000 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 lutego 2010 08:46
  • sobota, 27 lutego 2010
    • Z rzeczoznawcą zabawa w kotka i myszkę, czyli bank chwyta marżą za gardło

      Napisał do mnie rozgoryczony pan Grzegorz, klient Polbanku. Uważa on, że jest został zrobiony w trąbę przez bank, bo inną marżę kredytu hipotecznego mu obiecywano, a inną dostał finalnie w ramach podpisanej umowy kredytowej. Niestety podobnych skarg na Polbank ostatnio słyszę sporo, co świadczy, że bank ma jakiś problem w komunikowaniu się z klientami.

      Pan Grzegorz pyta w e-mailu do mnie: Czy w ostatnim czasie spotkał się pan z przypadkami podwyższania marży przez Polbank w trakcie procedury przyznawania kredytów hipotecznych? Dzieje się tak dosłownie w ostatniej chwili - ja dowiedziałem się o podwyżce marży w dniu podpisania umowy! Moja marża została podniesiona o 0,9 pkt. proc. w stosunku do tej, którą miałem otrzymać. O podwyżce dowiedziałem się prawie dwa miesiące po złożeniu dokumentów!

      Jak tłumaczy podwyżkę bank? Według relacji pana Grzegorza jest to wynikiem obniżenia wyceny wartości mieszkania przez rzeczoznawcę. Okazała się ona o ok. 40 tys. zł niższa od ceny transakcji. W efekcie, choć miałem otrzymać marżę kredytu w euro na poziomie 2,7%, to w dniu podpisania umowy okazało się, że otrzymam 3,6%. Różnica jak dla mnie kolosalna.

      Nikt nie informował mnie iż taka ewentualność podwyższenia marży istnieje, bo posiadam 30% wkładu własnego. Dodatkowo przetrzymano mnie do ostatniej chwili i byłem zmuszony do wzięcia kredytu na każdych warunkach, żeby nie przepadł mi zadatek. To wszystko wygląda mi na bardzo nieuczciwą praktykę - kończy swoją historię pan Grzegorz.

      Zapytałem o opinie w tej sprawie Marka Bosaka z biura prasowego Polbanku. Według niego bank jest tu „czysty”, bo cała procedura z jego strony przebiegała prawidłowo. Według Bosaka kolejność wydarzeń przy rozpatrywaniu wniosku kredytowego jest następująca.

      1. Klient składa wniosek  o udzielenie kredytu hipotecznego oraz załączniki dot. zdolności kredytowej (m.in. dochody, miesięczne obciążenia). 2. Bank przyznaje wstępną decyzję kredytową dot. zdolności kredytowej, w której wyszczególnione są wymagane dodatkowe wymagane dokumenty kredytowanej nieruchomości. W momencie dostarczenia dokumentów nieruchomości zgłaszana jest ona do wyceny niezależnemu rzeczoznawcy. 3. Nieruchomość wyceniana jest przez rzeczoznawcę - stanowi to podstawę kalkulacji wskaźnika LtV (wartość kredytu do wartości kredytowanej nieruchomości - dopisek mój). 4. Na podstawie danych klienta dot. zdolności kredytowej oraz informacji o nieruchomości od rzeczoznawcy bank wydaje decyzję ostateczną. 5. Po akceptacji warunków decyzji kredytowej przez klienta, sporządzana jest umowa kredytowa.

      Dalej Marek Bosak tłumaczy: Wartość nieruchomości ustalana jest po podpisaniu wstępnej umowy. Wycena może być wyższa lub niższa niż zdeklarowana przez klienta. Jeżeli różnica ta wpłynie na zmianę przedziału LtV, zmieni się też marża - zmaleje lub wzrośnie. Ostateczna wysokość marży podana jest w decyzji ostatecznej. W przypadku opisanym przez pana Grzegorza, po wycenie nieruchomości LtV przekroczyło próg 70%. Spowodowało to zmianę marży, na właściwą dla nowych parametrów.

      Cóż, wychodzi na to, że każdy, kto w dzisiejszych czasach bierze kredyt hipoteczny, powinien wziąć pod uwagę dodatkowy czynnik ryzyka: rzeczoznawcę. Nie mam powodu, żeby w przypadku opisywanym powyżej nie wierzyć, iż opinia rzeczoznawcy była rzetelna. Ale nie da się ukryć, że w interesie banku jest to, by wycena mieszkania wypadła jak najniżej, bo dzięki temu można podwyższyć klientowi marżę kredytu.

      Nie wiem czy w innych bankach jest podobnie. Kiedyś, gdy ceny nieruchomości szły tylko w górę, banki jakoś nie interesowały się opiniami rzeczoznawców i przymykały oko na wycenę. Ostatnio każdy bank sprawdza, czy nieruchomość kupowana na kredyt przypadkiem nie jest mniej warta, niż wynikałoby to z umowy kupującego i sprzedającego. Trochę tego nie rozumiem, bo przecież mamy wolny rynek i jeśli na pierwszy rzut oka wartość transakcji nie odbiega od standardów w danej miejscowości, to należałoby zaufać rynkowi.

      Choć, żeby nie zostać posądzonym o populizm, muszę na koniec wejść w buty banku. Oczywiście trudno odmówić bankowi, który pożycza pod zastaw kilkaset tysięcy złotych, że chciałby wiedzieć ile ów zastaw jest wart.

      Są na rynku banki bardziej przyjazne dla hipotecznych kredytobiorców. Raiffeisen Bank kilka dni temu ogłosił, że daje klientom możliwość zabukowania sobie niezmiennych warunków kredytowania. Osoby, które do 31 maja br. złożą w banku wniosek o kredyt oraz dostarczą niezbędne dokumenty, otrzymają certyfikat gwarantujący niezmienność warunków cenowych kredytu przez kolejne dwa miesiące. W tym czasie mogą one w spokoju poszukiwać wymarzonego mieszkania, ciesząc się komfortem posiadania środków na sfinansowanie transakcji jego zakupu. - czytam w komunikacie.

      W tym konkretnym fragmencie działalności Raiffeisen bije Polbank na głowę. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo nie można wykluczyć, że gdzieś zaszyte są haczyki. Ale jeśli gdzieś są, to mam nadzieję, że nie zapomnicie mi o tym napisać? Hę? Na e-maile czekam pod adresem maciej.samcik@agora.pl

      Czytaj też: Polbank w reklamie robi nas w konia

      Czytaj też: Pomysł Polbanku: przynieś jeszcze dwie stówy, a dostaniesz bonus

      A na deser: Polbank leje wodę. Klip z cyklu ”Prześwietlamy reklamy”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Z rzeczoznawcą zabawa w kotka i myszkę, czyli bank chwyta marżą za gardło”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 lutego 2010 18:07
  • piątek, 26 lutego 2010
    • Jak zapłacić za pocztówkę lub znaczek? Na poczcie plastik (nie) jest w cenie

      Byłem na poczcie. Odwiedzam tę instytucję rzadko, bo odkąd podpisałem zgodę, by listy polecone listonosz wrzucał mi bezpośrednio do skrzynki, nie muszę stać w kolejkach do okienek. No, chyba że trzeba odebrać paczkę (bo listonosz zwykle od razu zakłada, że nie ma mnie w domu i dostarcza tylko awizo). Ale i to niezbyt częsty przypadek, odkąd za 15-20 zł można skorzystać z usług firmy kurierskiej, działającej według zasady „od drzwi do drzwi”.

      Byłem na poczcie z Waszego powodu. Otóż jeden z czytelników blogu podzielił się takim oto spostrzeżeniem: jeśli zapłacisz na poczcie za jakąś usługę kartą płatniczą, to ściągną z ciebie taką prowizję, że już raz na zawsze będziesz wiedział, że do urzędu przychodzi się z gotóweczką w rączce i uprzejmym uśmiechem na twarzyczce. Bo tam jest jeszcze XX wiek. Zdziwiłem się z takiej suppozycji czytelnika, bo czymże różni się urząd pocztowy od sklepu mięsnego, w którym można zapłacić kartą? Chyba niczym.

      Poszedłem do „mojej” placówki i zrobiłem test. Kupiłem trochę pocztówek, kopert i znaczków (za więcej, niż 20 zł, żeby nie było, że wartość transakcji jest zbyt niska, by pani opłaciło się wyjąć z szuflady terminal), a potem podałem urzędniczce po drugiej stronie okienka kartę. Pani spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła kosmitę, ale nie zobaczyła antenek, więc nie wezwała ochrony, a tylko powiedziała, że nie mogę zapłacić kartą. To znaczy mogę, ale trochę naokoło: mogę wypłacić pieniądze tak, jakbym wypłacał z bankomatu. A potem tymi pieniędzmi zapłacić za pocztówki.

      Okazuje się więc, że czytelnik miał rację! Chcąc użyć karty w urzędzie pocztowym, musiałbym zapłacić dodatkowo. W moim banku wypłacanie pieniędzy z obcego bankomatu kosztuje bowiem właśnie 5 zł. W szczęśliwszym położeniu są klienci tych banków, którzy mają wszystkie bankomaty darmowe, ale w większości banków niestety tak nie jest. U mnie w banku też nie.

      A najlepiej mają klienci Banku Pocztowego, który należy do poczty. Mogą mieć nie tylko wszystkie bankomaty za darmo (choć tylko do czasu), ale i listonosza, który będzie przynosił pieniądze do domu. A jak ktoś nie ma konta w Banku Pocztowym, to niech płaci listonoszowi „prowizję” - jak ciocia i wujek z tego skeczu:

      Sprawdźcie, czy w Waszych urzędach pocztowych też obowiązują ze chore zasady, jak ta opisana w pierwszych akapitach wpisu. Może to tylko u mnie jest jakiś nie pisany zakaz przyjmowania płatności kartą? A gdybym chciał zapłacić na poczcie swoje rachunki za prąd, gaz, telefon? Też nie mógłbym zapłacić plastikiem i musiałbym mieć przy sobie kilkaset złotych w gotówce? Hę?

      Nie jestem w stanie pojąć dlaczego na mojej poczcie nie mogę zapłacić za pocztówki kartą. Zgoda, większość płatności ma tu małą wartość - kilka, góra kilkanaście złotych - Ale właśnie dlatego ta instytucja powinna być wymarzonym partnerem, by wspólnie z którąś organizacją płatniczą (Visą, MasterCardem) wdrożyć płatności zbliżeniowe! Każdy, kto miałby kartę z czipem i opcją płatności przez zbliżenie karty do czytnika (do końca tego roku takich kart ma być przynajmniej milion), mógłby zrezygnować na poczcie z gotówki. A jaka byłaby to genialna promocja dla płatności zbliżeniowych!

      Wiem, wiem. Pewnie mówicie teraz: niech na poczcie nauczą się terminowo dostarczać listy i paczki, a potem biorą się za nowoczesne technologie. Ale ja mimo wszystko uważam, że moje pomysły nie są mrzonkami. Skoro można było postawić kilka lat temu dwa tysiące terminali wydających numerki kolejkowe, to plastikowa rewolucja też nie jest chyba poza zasięgiem wyobraźni szefów Poczty Polskiej.

      ----------------------------------------

      OGŁOSZENIA DUSZPASTERSKIE:

      Chcecie sprzedać mi newsa? Piszcie na adres: maciej.samcik@agora.pl. Być może nie odpowiem od razu, ale na pewno przeczytam i dam znać w ciągu kilku dni. Chcecie mi nawrzucać lub wyzwać od patafianów? Piszcie na adres maciej.samcik@gazeta.pl. Tam bowiem zaglądam rzadziej :-).

      Chcecie być fanami tego blogu? Zajrzyjcie na Facebook! Tam, na stronie ”Subiektywnie o Finansach” znajdziecie zapowiedzi kolejnych wpisów oraz luźne uwagi o sytuacji społeczno-politycznej w kraju :-)

      Chcecie wiedzieć ile osób klika ten blog? Zajrzyjcie do działu „Pochwała Subiektywności”. Od czasu do czasu publikuję tam raporty o mojej i Waszej aktywności na tych stronach. Powiem Wam na uszko, że - według danych Statcounter - w ostatnim półroczu średnio miesięcznie klikaliście strony blogu 108.000 razy, zaś średnia miesięczna liczba unikalnych użytkowników blogu to 76.500 osób

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Jak zapłacić za pocztówkę lub znaczek? Na poczcie plastik (nie) jest w cenie ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 lutego 2010 11:59
  • czwartek, 25 lutego 2010
    • W ING nowoczesność słono kosztuje

      ING Bank Śląski może nie należy do czołówki banków postrzeganych jako najbardziej innowacyjne - aczkoleiwk to od niego zaczęła się w Polsce era kont oszczędnościowych - lecz z pewnością cieszy się wizerunkiem instytucji przyjaznej klientom. W dużej części jest to zasługa sympatycznego Marka Kondrata, którego twarz wylansowała ING Bank Śląski do elity najlepiej rozpoznawalnych banków.

      Ostatnio ING Bank Śląski wsławił się tym, że jako jeden z nielicznych banków idzie pod prąd i nie stawia na piedestale cross-sellingu, przynajmniej przy sprzedaży kredytów hipotecznych. W ING można mieć niezły kredyt hipoteczny z prowizją 0% bez konieczności przywiązywania się do banku kontem, kartami, debetem i trzema kredytami gotówkowymi. I bez, jak jest np. w Deutsche Banku, programu inwestycyjnego na 30 lat.

      Bank wsławił się też ostatnio beznadziejnym telemarketingiem, ale i ciekawym gadżetem, który można dostać zamiast karty płatniczej, tzw. Zbliżakiem. I właśnie o ING-owskich Zbliżakach będzie ten wpis. Jeden z uważnych czytelników mojego blogu doniósł mi, że jeśli chodzi o Zbliżaki bank ING gra nie do końca fair. Sprawdziłem i niestety muszę się z tym zgodzić.

      Żbliżak to rodzaj plastikowej naklejki, w którą „wszyty” jest czip. Naklejka, umieszczona np. na odwarzaczu mp3 albo na portfelu, działa dokładnie tak jak zbliżeniowa karta płatnicza. Można Zbliżakiem płacić, po uprzednim doładowaniu go gotówką, poprzez zbliżenie nalepki do terminala obsługującego transakcje zbliżeniowe. Naprawdę fajny gadżet.  Przebija go tylko mastercardowy zegarek. Ale Zbliżak, w odróżnieniu od zegarka, jest dostępny dla każdego klienta ING. A zegarek to usługa testowa.

      Sęk w tym, że ING za tę zbliżeniową nowoczesność każe sobie słono płacić. Bank wstydliwie chowa przed klientami tę informację, bo na stronie www.zblizaki.pl nie ma ani słowa o żadnych prowizjach. Ale w tabeli opłat ING jest pozycja „wydanie zbliżaka”.  Prowizja wynosi... aż 30 zł. Biorąc pod uwagę, że jest to gadżet adresowany do młodzieży, opłata jest wysoka. Zwłaszcza, że za wydanie zwykłej karty płatniczej w ING się nie płaci ani grosza.

      Widać dla ING przyciąganie młodych klientów nie wiąże się z ich ulgowym traktowaniem. To jeszcze można byłoby przeboleć. Gorzej, że ING ukrywa opłatę za wydanie Zbliżaka. Nie ma żadnego powodu, dla którego w sekcji „Jak zdobyć Zbliżaka” nie znajduje się ani jedno słowo o tym, że aby go mieć, trzeba najpierw zapłacić. Oj, nieładnie. Takie zachowanie nie przystoi bankowi, który miał zawsze opinię grającego wobec klientów fair.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „W ING nowoczesność słono kosztuje”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lutego 2010 15:04
    • Rekomendacja T: róża z dwoma kolcami

      Rekomendacja T, którą wydała Komisja Nadzoru Finansowego, nie pozwoli na zaciąganie kredytów przez najuboższych! - zaalarmował w środę prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz. Przypomnę pokrótce, że chodzi o wprowadzane właśnie przez nadzór zasady, mające ograniczyć udzielanie kredytów osobom, których obciążenie ratami sięga 50-65% domowego budżetu.

      Banki będą musiały też przeprowadzać tzw. stress testy, których celem byłoby sprawdzenie czy ewentualny wzrost stóp procentowych lub zmiany kursu walutowego (dla kredytów w euro lub franku) mogą zachwiać sytuacją finansową kredytobiorcy.

      Swoją recenzję Rekomendacji T przedstawiłem we wtorkowym wpisie. Moim zdaniem regulacja nie będzie miała miażdżacego znaczenia dla polityki kredytowej banków, bo ta i tak jest w fazie bardzo ostrożnego pozyczania pieniędzy. Nie dalej jak tydzień temu testowałem Lukas Bank, który zawsze udzielał kredytów z wyjątkową łatwością. Dziś, żeby dostać kredyt samochodowy na 20.000 zł, musiałbym mieć naprawdę wysokie zarobki i nie posiadać zbyt dużego zadłużenia debetowego lub karcianego. inne banki?

      Krzysztof Pietraszkiewicz uważa, że rekomendacja KNF w obecnej wersji „odcina całkowicie od kredytowania klientów o niskich dochodach”, co „oczywiście pogłębi problem wykluczenia z obrotu finansowego wielu klientów". Pietraszkiewicz, przywołując dane KNF, szacuje, że wartość kredytów mieszkaniowych pod rządami nowej rekomendacji może spaść o 5% (czyli o 2 mld zł), a konsumenckich o 10% (czyli 7 mld zł, a inaczej licząc o 1,5 mln kredytów).

      Nie twierdzę, że Pietraszkiewicz całkiem nie ma racji. Ale przypominam sobie, że podobnie załamywał ręce przy okazji uchwalania ustawy antylichwiarskiej. Ona żadnego pandemonium nie przyniosła, choć inna sprawa, że to wynik nie tyle wspaniałości tej ustawy, ile łatwości jej omijania. Mam niejasne przeczucie, że z rekomendacją nadzoru jest podobnie: banki będą ją interpretować dość swobodnie i omijać rózne jej rafy. Rozmawiałem z ekspertami i moim zdaniem diabeł ukryty jest w pięciu punktach rekomendacji, przy czym w większości przypadków nie taki ten diabeł straszny :-):

      1. Zapis 10.3: „Ustalając maksymalny poziom relacji wydatków związanych z obsługą zobowiązań kredytowych i finansowych do dochodów klienta bank powinien uwzględniać wyniki testów warunków skrajnych (...) przy założeniu wzrostu stóp procentowych o 400 punktów bazowych, a w przypadku kredytu walutowego - spadku kursu złotego, w stosunku do poszczególnych walut obcych o 30%”. Przy wzroście oprocentowania o 400 punktów bazowych, rata kredytu hipotecznego rośnie o mniej więcej połowę. Czy banki to uwzględnią w formule obliczania zdolności kredytowej? Być może powstanie nowy produkt bankowy - ubezpieczenie stress-testowe, które będzie dodawane do kredytu? Albo nie zrobią nic, bo „uwzględnić coś-tam w wynikach” nie oznacza literalnie, że trzeba inaczej badać zdolność kredytową.

      2. Zapis 10.6. Bank powinien krytycznie weryfikować deklarowany przez klientów detalicznych poziom wydatków. (...). W szczególności przyjmowane do oceny zdolności kredytowej wydatki klientów detalicznych (...) nie powinny być niższe niż wynikające z niezależnych i obiektywnych analiz minimum wyliczone dla gospodarstwa domowego uwzględniając ilość osób wchodzących w jego skład”. Jest to sformułowanie nader mętne, ale jeśli przyjąć, że niezależną miarą jest oficjalne minimum socjalne, to jest to kwota wyższa od przyjmowanych  przez niektóre banki 400 zł na osobę. Czy banki podwyższą limity wydatków do wyliczania zdolności kredytowej? Nie sądzę. Raczej znajdą lepszą „obiektywną” miarę.

      3. Zapis 10.10. „W przypadku, gdy klient detaliczny uzyskuje dochody w walucie innej niż waluta w jakiej oferowany jest dany produkt, maksymalny limit odnoszący się do relacji obciążeń z tytułu obsługi zadłużenia do dochodów klienta detalicznego powinien być ustalony z zachowaniem dodatkowego buforu bezpieczeństwa (...) dla kredytów o terminie spłaty powyżej 5 lat - bufor powinien wynosić minimum 20%”. Czyli banki powinny bardziej restrykcyjnie liczyć zdolność kredytową klientów starających się o kredyt walutowy. Ale przecież już to robią, bo wynika to z wcześniejszej Rekomendacji S.

      4. Zapis 18.5. „W kalkulacji LtV bank powinien przyjąć bufor dla pokrycia skutków zmiany wielkości wskaźnika LtV w wyniku zmiany kwoty ekspozycji zależnej od zmiany kursu waluty lub niedopasowania waluty ekspozycji i waluty w której wyrażona jest wartość zabezpieczenia na poziomie min. 10% kwoty kredytu dla ekspozycji o terminie spłaty do 5 lat i 20% kwoty kredytu dla ekspozycji o okresie spłaty powyżej 5 lat”. Można to interpretować tak, że dla kredytów walutowych oraz kredytów o dłuższym terminie (np. 40 lat), bank powinien zastosować niższy maksymalny poziom LtV (czyli żądać co najmniej 20% wkładu własnego). Tyle, że już dziś kredyty w euro lub franku na 100% wartości nieruchomości są rarytasem, a banki żądają ubezpieczeń niskiego wkładu własnego. Niewykluczone niestety, że pod rządami Rekomendacji T ubezpieczenie będzie droższe oraz trzeba je będzie płacić przez dłuższy okres.

      Zapis 18.6. „Bank powinien prowadzić monitoring zmian wysokości wskaźnika LtV w celu szybkiego reagowania na wzrost wartości wskaźnika LtV, zwłaszcza przekroczenia określonych przez bank maksymalnych limitów. Bank powinien posiadać przygotowane, w formie pisemnej procedury wewnętrzne określające sposób reakcji banku na negatywne zmiany wartości wskaźnika LtV, które m.in. mogą dotyczyć:a) stosowania dodatkowych zabezpieczeń, b) zmiany zabezpieczenia, c) renegocjacji warunków umowy, d) częściowego lub pełnego wypowiedzenia umowy”. Innymi słowy: nadzór domaga się, by banki w umowach kredytowych zapisywały sobie możliwość renegocjacji marży. W zeszłym roku akcję renegocjacji marż - metodami partyzanckimi, mimo braku zapisów w umowach z klientami - usiłował prowadzić m.in. Polbank. Być może pod rządami Rekomendacji T umowy kredytowe będą mniej przyjazne dla klientów i nie będą dawały im takiego bezpieczeństwa zachowania stałych warunków, jak te obecne.

      Te dwie, podkreślone przeze mnie powyżej, konkluzje są najważniejszymi długofalowymi konsekwencjami wprowadzenia Rekomendacji T, jakie widzę oczami ekspertów, z którymi rozmawiałem. Kłopot w tym, że choć głównym celem KNF jest ograniczenie ryzyka przekredytowania klientów, to w akurat tym zakresie wprowadzane zasady niejako sankcjonują stan faktyczny. No, może dają też jakiś bufor bezpieczeństwa na przyszłość, bo zapewne kiedyś dojdzie do kolejnych baniek spekulacyjnych na rynkach nieruchomości. Szkoda, że przy okazji Rekomendacja T doprowadza do ograniczania praw konsumenta.

      Nadzór postawił więc znak drogowy z ograniczeniem prędkości do 40 km/h na drodze, na której i tak już nie da się jeździć dużo szybciej (choć może kiedyś zostanie wyremontowana). Tylko po co jeszcze przy okazji rozstawił na tej drodze kolczatkę?  

      Dziękuję za konsultację Andrzejowi Saniewskiemu, ekspertowi ds. rynku nieruchomości i kredytów hipotecznych

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Rekomendacja T: róża z dwoma kolcami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lutego 2010 08:24
  • środa, 24 lutego 2010
    • PKO poprawia efektywność zarządzania potencjałem, czyli... prezes Jagiełło i mopsy

      Największy polski bank ogłosił właśnie strategię rozwoju na lata 2010-2012. Ogłosił ją w taki sposób, jakby nie za bardzo zależało mu na rozgłosie. Wystosował po prostu komunikat prasowy, w dodatku zrobił to dopiero o godz. 17.00, kiedy gazety zamykają już wydania i na obszerne potraktowanie tematu dziennikarze nie mają szans.

      Mam nadzieję, że zadecydowały o tym sprawy techniczne (strategię późno zatwierdziła rada nadzorcza) bądź też przekonanie prezesa Zbigniewa Jagiełły, że ogłoszenie strategii to dopiero początek jego pracy i nie ma powodu do celebry. Nie zaś fakt, że szefowie PKO BP woleliby uniknąć dyskusji o dokumencie na łamach mediów, bo np. mają świadomość jego słabości.

      A byłoby o czym dyskutować, bo - powiedzmy sobie szczerze - przedstawiona w informacji prasowej wizja rozwoju PKO BP jest mało konkretna. Jedną z nielicznych twardych liczb jest cel w postaci 200 mld zł aktywów, którymi bank chce się pochwalić w 2012 r. (teraz wynoszą 146 mld zł, bank zakłada więc wzrost o grubo ponad 10% rocznie). Poza tym prawie same ogólniki. Takie jak „zbudowanie niekwestionowanej pozycji lidera rynkowego w najważniejszych segmentach i kategoriach produktów”, czy „dynamiczny rozwój bankowości elektronicznej”.

      Jak ma się zmienić „używalność” kont internetowych (czyli ilu klientów ma się przenieść z kolejek w oddziałach do internetu)? Ile produktów banku ma posiadać jego przeciętny klient (bo dziś ma niewiele więcej, niż jeden)? Jaką strategię PKO BP chce obrać, by nie przegrywać rywalizacji z bankiem Pekao pod względem liczby zakładanych przez klientów nowych kont osobistych? Na te pytania strategia PKO BP (a przynajmniej jawna jej część) nie odpowiada.

      Co zaś można wyczytać ze strategii? Że PKO chce wzmocnić ofertę dla firm, zmodyfikować sieć placówek (część z nich wyprowadzić z centrów miast) oraz poprawić jakość obsługi klientów. „Mamy potencjał aby być liderem nie tylko pod względem pozycji rynkowej, ale także na polu jakości obsługi” - pisze prezes Jagiełło. I dodaje coś o „poprawie efektywności w zarządzaniu potencjałem banku”.

      PKO BP z pewnością ma ogromny potencjał, którym powinno się zarządzać. Niedawno jedna z moich znajomych odwiedziła jedną ze spółek zależnych PKO. I zobaczyła tam tak niezliczone ilości nudzących się jak mopsy menedżerów od zarządzania czasem i potencjałem (głównie własnym niestety), że też zapragnęła pracować w tej firmie. Jutro składa aplikację :-). Prezesowi Jagielle życzę owocnej likwidacji mopsów. Aha, i realizacji obietnicy, że w PKO nie będzie już żadnych gwiazdek i niedomówień. Będą za to nowoczesne karty z czipem.

      A poniższy klip dedykuję pracownikom pewnej spółki zależnej, którzy w PKO BP mają jak u Paba Boga za piecem, bo zarządzają głównie własnym potencjałem  :-)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „PKO poprawia efektywność zarządzania potencjałem, czyli... prezes Jagiełło i mopsy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 lutego 2010 21:14
  • wtorek, 23 lutego 2010
    • KNF wreszcie przyjął Rekomendację T. Ale czy jest się z czego cieszyć?

      Stało się! Komisja Nadzoru Finansowego uchwaliła dyskutowaną od długich miesięcy tzw. Rekomendację T, czyli zbiór zasad, które mają stosować banki, udzielając kredytów klientom indywidualnym. Na rekomendację - jak pisze w omówieniu uchwały agencja PAP - składa się 25 zaleceń. Zgodnie z nimi bank, oceniając zdolność kredytową klienta, powinien sprawdzić, czy spłaty rat nowego i zaciągniętych wcześniej kredytów nie przekraczają łącznie 50% dochodów kredytobiorcy - w przypadku osób o przeciętnych zarobkach - oraz 65% dochodów w przypadku lepiej zarabiających.

      Poza tym Rekomendacja T mówi, że bank, zanim udzieli klientowi kredytu, powinien przeprowadzić tzw. stress test, czyli sprawdzić czy klient będzie sobie radził ze spłatą rat przy niekorzystnych warunkach rynkowych - np. gdy stopy procentowe wzrosną o 4 pkt. procentowe. W przypadku kredytów walutowych banki powinny też przeprowadzać stress test obejmujący konsekwencje ewentualnego osłabienia złotego względem waluty kredytu o 30%.

      A więc koniec z takimi rozmowami klientów z bankowcami? :-)

      Czy Rekomendacja T jest krokiem we właściwym kierunku? Tak. Czy jest wydarzeniem przełomowym? Raczej nie. Czy zmniejszy znacząco liczbę osób wpadających w spiralę zadłużenia? Nie dam sobie za to ręki uciąć.

      Choć Rekomendacja T zacieśnia bankom zasady udzielania kredytów, to większość banków już sama skorygowała zasady wyliczania zdolności kredytwej. Jak zauważyli dwa dni temu eksperci firmy brokerskiej Expander, tylko pięć banków pod rządami Rekomendacji T będzie musiało zacieśnić politykę kredytową w zakresie kredytów hipotecznych. Pozostałe banki i tak już stosują zasady podobne - lub nawet bardziej restrykcyjne - do tych wynikających z Rekomendacji T. Przy kredytach gotówkowych relacje będą pewnie nieco inne - w ich przypadku niektóre banki były do tej pory bardziej liberalne, niż przy kredytach hipotecznych. Ale i w tym wypadku intuicyjnie czuję, że tylko nieliczne instytucje finansowe będą zmuszone do znacznego zacieśniania polityki kredytowej. Większość zrobiła to już w czasie ostatnich miesięcy.

      Stąd też nie możemy mówić o tym, iż Komisja Nadzoru Finansowego wprowadza na rynek rewolucyjne zmiany. Raczej mamy tu do czynienia z przypieczętowaniem pewnego trendu. Choć niewątpliwie nadzór ma pewne zasługi w jego kształtowaniu. To, że banki w ostatnim czasie zacieśniły zasady udzielania kredytów, w jakiejś części było zapewne wywołane tym, że nadzór zaczął pracę nad rekomendacją. Ale była to również „zasługa” kryzysu finansowego i rosnącego odsetka kredytów nie spłacanych w terminie.

      Dlaczego zaś nie wydaje mi się, by rekomendacja nadzoru rozwiązała problem nierozsądnego zadłużania się klientów banków? Z tej prostej przyczyny, że dziś to nie tylko banki są źródłem kłopotów osób popadających w spiralę zadłużenia, lecz przede wszystkim różnej maści firmy pożyczkowe, które udzielają kredytów każdemu, kto się zgłosi, ale biorą za to stawki iście lichwiarskie, które prędzej czy później dobijają klienta. Ich Rekomendacja T nie dotyczy. Co więcej KNF - jak wynika z słów jego przedstawicieli, wygłaszanych przy okazji róznych wywiadów w mediach - wcale nie ma wielkiej ochoty objąć firm pożyczkowych swoją pieczą.

      Jest w Polsce kilkaset tysięcy osób, które spłacają po 10 i więcej kredytów. Ci konsumenci zadłużali się głównie w czasach kredytowego rozdawnictwa, szczęśliwie minionych. Gdyby Rekomendacja T obowiązywała dwa-trzy lata temu, może część z nich by się uratowała od finansowej katastrofy. Dlatego dobrze, że wytyczne KNF wreszcie wchodzą w życie. Ale szkoda, że nadzór aż tak bardzo się spóźnił.

      Żeby nie kończyć tak przeraźliwie poważnie: jeśli banki wezmą sobie do serca zalecenia KNF, to składanie wniosku kredytowego w banku może wyglądać tak, jak w tym skeczu. Szczególnie polecam motto z piątej minuty skeczu. „Przychodzisz do banku i masz pośladki z przodu??? Nie jesteś dla nas wiarygodny!”. Tak do Was teraz będą mówili, drodzy kredytobiorcy  :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „KNF wreszcie przyjął Rekomendację T. Ale czy jest się z czego cieszyć? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 lutego 2010 21:43
    • Awantury o kredyty ratalne: bank pożyczy, ale potem martw się sam

      Czy jeśli zaciągniesz w banku kredyt ratalny na zakup okien, pralki, telewizora, mebli, a później nie otrzymasz rzeczy, za które spłacasz raty - bo np. dostawca nawalił, zbankrutował, zniknął - to możesz liczyć na pomoc banku? To najczęściej spotykany problem, z którym borykają się bankowcy oraz klienci kredytów ratalnych.

      Moja redakcyjna koleżanka z Łodzi, Joasia Blewąska, podrzuciła mi ciekawy przykład takiego właśnie nieporozumienia między bankiem, a klientem. Pan Jarosław z łódzkiego postanowił za pieniądze banku kupić drzwi do mieszkania. Znalazł wykonawcę, poszedł do banku po kredyt. Pieniądze, jak to zwykle w przypadku kredytów ratalnych bywa, bank przelał na konto wykonawcy drzwi. A pan Jarosław dostał do ręki tylko harmonogram spłat rat kredytu.

      Nasz czytelnik rzetelnie spłacał raty, ale drzwi się nie doczekał. Firma nie wywiązała się z zadania. Pan Jarosław zwrócił się do Eurobanku - bo to on udzielił kredytu - z prośbą o pomoc. Z jego relacji wynika, iż usłyszał tylko, że bank nic nie może zrobić, bo nie jest stroną w sporze. Dopiero po interwencji Joasi bank przycisnął sprzedawcę drzwi i ten zwrócił otrzymane pieniądze.

      Ta sprawa nie jest odosobniona. Co roku banki udzielają drobnych kredytów ratalnych za kilka miliardów złotych i konflikty z klientami nie należą wcale do rzadkości. Jak opowiadają mi przedstawiciele banków, przeważnie problemem są zastrzeżenia klientów banków co do jakości kupionej na raty usługi bądź dostarczonego towaru. Klienci uważają, że skoro bank kredytu udzielił, to powinien też wziąć część odpowiedzialności za to, żeby kupiony na kredyt towar był dobrej jakości. A bank uważa, że skoro klient wybral sobie usługodawcę, to niech sam się z nim dogaduje. I trudno odmówić logiki takiemu podejściu.

      Mimo wszystko dobrze się stało, że w tym konkretnym przypadku bank zdecydował się na mediację. Klient indywidualny ma przecież dużo mniejsze szanse, by coś wywalczyć u dostawcy lub usługodawcy, niż bank, który może mieć w sporze z nierzetelną firmą dodatkowe karty przetargowe. Np. możliwość zerwania umowy o współpracy, o ile taka została podpisana.

      Historia, którą opisujemy dziś w „Gazecie Wyborczej” powinna być jednak przestrogą dla wszystkich, którzy biorąc kredyt ratalny nie sprawdzają wiarygodności dostawcy. Bank pożyczy pieniądze na wszystko, nawet na zakup gwiazdki z nieba. A czy ta gwiazdka zostanie klientowi dostarczona? To już zupełnie inna bajka :-)

      A w firmach, które mają kłopoty, by wywiązać się z zamówień klientów, powinny wisieć takie oto wywieszki. Tę akurat podpatrzyłem w moim warsztacie samochodowym, jest zawieszona w centralnym miejscu hali :-). Czy motywuje do pracy? Nie wiem, ale na pewno cieszy oko.

      Nie palić, nie narzekać, nie rozmawiać o kryzysie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Awantury o kredyty ratalne: bank pożyczy, ale potem martw się sam”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 lutego 2010 06:54
  • poniedziałek, 22 lutego 2010
    • Życie na kredyt, czy kredyt na życie? Bałamutna reklama Lukas Banku

      Po kilkumiesięcznej przerwie na ekrany telewizorów powróciły reklamy kredytów Lukas Banku. Nie wiem czy powinienem się z tego cieszyć, czy raczej załamywać ręce. Lukas za każdym razem zaskakuje pomysłowością, więcklipy ogląda się z przyjemnością, ale ich przekaz... Aż mi się scyzoryk w kieszeni otwiera.

      W ubiegłym roku bank promował kredyty konsolidacyjne. Pamiętacie zabawne klipy z dziadkiem, który w ramach „Instytutu jak płacić mniej” pokazywał na tablicy jak można zaoszczędzić parę groszy? Wyżywałem się na tych spotach, bo były najwzyczajniej przewrotne: namawiały do zaciągania kredytów, które powodowały spadek miesięcznej raty, ale wzrost łącznego zadłużenia. Tym razem mamy klipy z metaforą rozmów, które toczymy sami ze sobą, zastanawiając się czy warto zaciągnąć nowy kredyt.

      Głównym przesłaniem klipu jest następująca wymiana zdań: - Nie wiem po co ci teraz ten kredyt? - pyta „drugie ja” bohaterki klipu, stojącej przed lustrem i poprawiającej włosy. Jej „pierwsze ja” odpowiada z dużą pewnością w głosie: - Na szczęście ja wiem!. I zaczyna nawijać o tym jak wspaniałe zalety ma kredyt bez prowizji w Lukas Banku.  „Drugie ja”  drąży temat: - Przecież to życie na kredyt! Ale nasza bohaterka, z jeszcze większą pewnością siebie, wręcz z lekceważeniem, odpowiada: - Nieee, to kredyt na życie! Kredyt na dom, kredyt na samochód, a na wszystko inne kredyt gotówkowy - i z beztroskim uśmiechem odchodzi, zapewne na zakupy. Idylliczny obraz dopełnia głos lektora, który obiecuje wszystkie kredyty bez prowizji. Wygląda to tak:

      Marketingowcy Lukas Banku, konstruując główny przekaz reklamy, wykazali się wyjątkową lekkomyślnością, by nie powiedzieć: cynizmem. Przekonują widzów, że życie na kredyt nie jest niczym zdrożnym i dają do zrozumienia, że wizyta w banku po pieniądze jest lekiem na wszystkie niedostatki. To bałamutne, głupie i krótkowzroczne. Zwłaszcza w czasach, kiedy kilkaset tysięcy ludzi tonie w długach z powodu tzw. przekredytowania. Tonie nie tylko z powodu własnego braku rozsądku, ale także z powodu wciskania im kitu przez bankowców.

      Zresztą sam Lukas Bank padł już ofiarą tego podejścia do robienia biznesu. Wieść gminna niesie, że bank, który pozyczał pieniądze bardzo łatwo, ma teraz jeden z wyższych odsetków kredytów nie spłacanych w terminie. Niestety, część widzów reklamy Lukasa w swej naiwności zapewne da się złapać na jej lep. I pójdzie do banku po kolejną pożyczkę.

      Najpierw pójdzie do Lukasa, który zrobi spory odsiew. Bo ten bank poszedł po rozum do głowy i nie daje już kredytów każdemu kto się zgłosi. Najpierw prześwietliłem kalkulator kredytów samochodowych, zamieszczony na jego stronie internetowej. Musiałem się mocno napocić, zanim udało mi się uzyskać, wrzucając do niego różne hipotetyczne dane, zdolność kredytową. Potem zadzwoniłem na inflinię banku i dowiedziałem się, że jak nie założę sobie w Lukas Banku konta to szansę na jakikolwiek kredyt mam biliskie zeru.

      Plan Lukasa jest więc następujący: nie chodzi o to, by - tak jak kiedyś - dzięki kampanii reklamowej udzielić setek milionów złotych nowych kredytów gotówkowych lub samochodowych. Tym razem reklamy mają tylko „podprowadzić” miliony klientów do oddziałów, a Lukas wybierze sobie spośród tych osób samą śmietankę finansową, gros osób odsyłając z kwitkiem.Ci, którzy zostaną, będą musieli założyć w Lukasie konto, dzięki czemu bank będzie mógł lepiej ich monitorować. I w razie potrzeby szybko reagować na kłopoty finansowe klientów.

      Tyle, że te osoby, które Lukas odeśle z kwitkiem, nie rozpłyną się w powietrzu. Nakarmione przez cynicznych marketingowców Lukasa przekazem, że „kredyt na życie” powinien być ich sposobem na życie, pójdą gdzie indziej. Może do innych banków żyjących z szybkich kredytów, może do Providenta, może do różnych firm pożyczkowych. Pisała o tym niedawno moja redakcyjna koleżanka Nina Hałabuz. I na tym polega cynizm marketingowców Lukasa. Nie obchodzi ich to, ilu ludzi z powodu ich nieodpowiedzialnych reklam (oraz rzecz jasna z własnej głupoty) wpadnie w pętlę długów. Mają w nosie konsekwencje swoich poczynań, bo interesuje ich tylko czubek własnego nosa.

      Nie wiem jak Wy, ale ja nie chciałbym być klientem banku, który ma takie podejście do biznesu i, jak to się ładnie mówi, do „otoczenia rynkowego”. Pakiet Korzyści w Lukas Banku rzeczywiście jest wart pochwalenia się nim - bo powoduje, że kredyty Lukasa rzeczywiście zyskują na atrakcyjności. Przez telefon pani z infolinii zaproponowała mi kredyt na 14,99% plus 0,25% od kwoty kredytu tytułem obowiązkowego ubezpieczenia przy braku prowizji i z koniecznością założenia konta (darmowego). To de facto równoważnik oferty kredytu gotówkowego na 11-12% z normalną prowizją.

      Obiektywnie więc ta oferta nie jest zła. Ale sposób, w jaki bank ją reklamuje, jest wyjątkowo nieodpowiedzialny i bałamutny. Uderzam w wysokie tony, ale jak ktoś z Was woli te niższe, to zapraszam do obejrzenia pastiszu tej reklamy, który wykonaliśmy wspólnie z Andrzejem Chećko z działu wideo portalu Wyborcza.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Życie na kredyt, czy kredyt na życie? Bałamutna reklama Lukas Banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 lutego 2010 14:13
    • Mnożenie długów w Inteligo: złotówka w październiku i... 50 zł w styczniu

      Napisał do mnie pan Hieronim Ścigacz z Jarocina, czytelnik mojego blogu, który podzielił się historią niesamowitą. Otóż jego bank, na skutek opóxnionego księgowania przelewu, uczynił go permanentnym dłużnikiem. A wszystko zaczęło się niewinnie: 11 października 2009 o godzinie 8.05 otrzymałem z mojeog banku, Inteligo, komunikat SMS o treści: Drogi Kliencie, przypominamy, że 2009-10-12 upływa termin spłaty debetu.

      12 października o godzinie 14:43 dokonałem w kasie banku PKO BP wpłaty w kwocie 117,77 zł. W przekonaniu, że raz na zawsze uregulowałem zadłużenie, utwierdziła mnie kasjerka. „Po kilku sekundach po dokonaniu wpłaty będzie ona miała fizyczne odbicie w stanie konta” - powiedziała. Tak się zresztą stało; po transakcji saldo mego konta wynosiło 0,00 zł. Nie wiedziałem jednak, że jeszcze tego samego dnia bank uczynił mnie na powrót dłużnikiem, naliczając 1 zł 36 gr odsetek. Odsetek nienależnych, bo postąpiłem stosownie do SMS-owego wezwania: spłaciłem debet we wskazanym w SMS-ie terminie.

      17 października otrzymałem z Inteligo SMS o treści: „Drogi Kliencie, występuje opóźnienie w spłacie zadłużenia (-16,40 zł). Prosimy o jego uregulowanie długu”. Skąd się wzięła ta kwota? Otóż do wspomnianych wyżej odsetek w kwocie 1 zł 36 gr  bank Inteligo doliczył 15 zł za „obsługę nie spłaconego limitu debetowego”. A potem jeszcze opłatę za obsługę karty (99 gr), więc łącznie mój dług wynosił 18 zł 43 gr.

      Zdumiony, zaskoczony i poirytowany wysłałem [posługując się internetowym formularzem kontaktowym Inteligo] sprzeciw, reklamację i prośbę o zaprzestanie tej niezabawnej gry. Odpowiedź Inteligo wysłana do mnie dnia 20 października brzmiała: „Szanowny Panie, w odpowiedzi na Pana wiadomość elektroniczną informujemy, że spłata  wykorzystanych środków z tytułu przyznanego limitu debetowego zostanie uznana,  jeśli środki pokrywające całość zadłużenia będą na rachunku głównym w  wyznaczonym dniu spłaty przez czas potrzebny na tzw. przetwarzanie danych,  które ma miejsce każdego dnia około północy. (...) Brak spłaty zadłużenia w wyznaczonym terminie powoduje pobranie opłaty za obsługę niespłaconego limitu debetowego”.

      W kolejnym miesiącu sytuacja się powtórzyła. Nasz czytelnik 11 listopada dostał SMS z przypomnieniem, że ma do spłaty debet. „Drogi Kliencie, przypominamy, że 2009-11-12 upływa termin spłaty debetu. Dziękujemy”. Co na to pan Hieronim? „Widząc, że Inteligo bawi się w najlepsze, poszedłem do oddziału PKO BP w Jarocinie i tam w dniu 12 października o godzinie 10:38 wpłaciłem 18 zł 43 gr tytułem spłaty debetu na moim koncie.

      Sądziłem, że tym razem na dobre uregulowałem ten nieszczęsny samoodradzający się dług. Nie otrzymałem już SMS-ów z pozdrowieniami, nie wykonywałem od tamtego czasu żadnych transakcji na koncie, nie używałem karty bankowej. Nic się nie działo. Ale licho nie spało. Pewna firma windykacyjna pod koniec stycznia 2010 roku wezwała mnie do spłaty 50 zł i 47 gr zadłużenia narosłego na moim nieużywanym przeze mnie koncie bankowym. Inteligo uczynił ze mnie generator permanentnego długu!

      Cóż, pan Hieronim miał pecha. Jedyne co mógł zrobić, to sobie zanucić ten legendarny przebój o wiele mówiącym tytule :-): 

      Sytuacja pana Hieronima nie jest dla mnie całkiem klarowna - po co pałęta się w okolicy tak małego długu firma windykacyjna? - ale praprzyczyną tych wszystkich korowodów mogłoby być to, że czytelnik wyznawał tę samą zasadę, co większość Polaków: spłacania wszystkich długów na ostatnią chwilę. Gdyby saldo debetu spłacił dzień wcześniej, problemu by na pewno nie było. Ale czy winny jest tylko czytelnik?

      Przelew - nawet między dwoma różnymi bankami - dokonany w danym dniu o godz. 14.43 powinien zostać zaksięgowany jeszcze tego samego dnia. Chociaż... z tabelki, którą znalazłem w serwisie Money.pl wynika, że ostatnia tzw. sesja wychodząca systemu Elixir - czyli ostatnie „wyjście” przelewów z banku - w przypadku PKO BP jest o godz... 14.30.

      Nie wiem czy ten harmonogram jest aktualny, ale jeśli tak, to przelew, choć nadany 12 października, z PKO BP mógłby wyjść dopiero następnego dnia. To uzasadniałoby odsetki, opłaty i dalsze kłopoty. Tyle, że PKO BP i PKO Inteligo to de facto den sam bank, więc prawdopodobnie przelewy między nimi są traktowane jak przelewy wewnętrzne. I nie przechodzą przez system Elixir, a powinny być księgowane online.

      Wygląda na to, że bank, a ściślej jego pracownik bądź działające nie do końca online systemy informatyczne, nie są tu bez winy. Niezależnie od tego wszystkiego: spłacając raty, karty kredytowe, kredyty gotówkowe, czy hipoteczne, zawsze weźcie pod uwagę, że są w tym kraju miejsca, w których robotę kończy się baaaardzo wcześnie. I wpłaćcie pieniądze, tak na wszelki wypadek, poprzedniego dnia :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Mnożenie długów w Inteligo: złotówka w październiku i... 50 zł w styczniu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 lutego 2010 07:20

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line