Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 29 lutego 2012
    • Jeden bank, jeden człowiek i... dwie karty. Wystarczy, by zrobiło się wesoło

      W powszechnym odbiorze banki występują jako instytucje, w których zwykle panuje porządek, złotówki w kasie zgadzają się z tymi w dokumentacji, zaś każdy uprawniony pracownik może w każdej chwili ustalić który klient ile ma w banku pieniędzy i dlaczego właśnie tyle. Niestety, rzeczywistość nieco odstaje od wyobrażeń Narodu. W banku pracują zwykli ludzie, którym zdarza się coś pomylić, czegoś nie zauważyć lub nie zaksięgować. Systemy informatyczne też czasem się wieszają i padają, choć przecież wszystkie dane mają backup na rezerwowych serwerach. A klienci bywają roztrzepani i potrafią działać tak pochopnie i szybko, że bałagan się tylko pogłębia. Pamiętacie mój niedawny wpis o bankowcach z dwoma lewymi rękoma, którzy potrafią gubić umowy kredytowe i prosić klientów, żeby zjedli karty, bo w systemie nic się nie zgadza? Dziś historia tego typu właśnie. Rzecz jest skomplikowana, więc z góry przepraszam za to, że niektórych z Was może rozboleć głowa. Na rozluźnienie śmieszna reklama. Oczywiście o kartach.

      Pan Tomek jest klientem Idea Banku, nowego banku dla przedsiębiorców. Pan Tomek napisał do mnie list zaczynający się od frazy „w skrócie chodzi o to, że...”, a wytłumaczenie o co chodzi „w skrócie” zajęło mu kolejnych 5000 znaków. Sami więc rozumiecie, że jestem zmuszony nieco uprościć narrację, za co z góry pana Tomka przepraszam. Zapewne pominę przy okazji jakieś istotne dla niego wątki, które spowodowały jego wylew złych uczuć do banku... „Od 12 października 2011 r. korzystam z karty kredytowej banku Idea. Nie mam problemu z brakiem gotówki i nigdy nie zaciągam żadnych kredytów, więc zawsze pilnuję, żeby w terminie spłacać całe zadłużenie z ostatniego okresu używania karty kredytowej. Spodziewałem się, że pierwsza spłata w Idei będzie ok. 20 listopada, ale do tego czasu bank nie przysłał żadnego wyciągu (ani pocztą, ani e-mailem, ani nawet w formie komunikatu w systemie transakcyjnym). Zalogowałem się w systemie transakcyjnym, by sprawdzić kwotę do spłaty - następna spłata miała być 19 grudnia, a „Łączna kwota do spłaty" cały czas była zerowa.

      Uznałem, że skoro 20 listopada bank informuje, że "Łączna kwota do spłaty" w tym miesiącu wynosi zero, to znaczy, że moje pierwsze transakcje kartą (od 12 października) będą rozliczone miesiąc później - w ramach spłaty w dniu 19 grudnia. Logiczne, prawda? Jakież było moje zdziwienie, kiedy 21 listopada dostałem monit: "Informujemy, że istnieje niedopłata w kwocie 15,29 zł. Prosimy o uregulowanie zaległej kwoty" - pisze pan Tomek. Jego opiekun w Idea Banku przyznał, że klient ma rację i zapewnił, że wszystko wyjaśni. Przez kilka tygodni się to nie udało, więc pan Tomek złożył formalną reklamację e-mailem. Dostał wymijającą odpowiedź: „Należy odróżnić łączną kwotę zadłużenia od łącznej kwoty do spłaty. Cykl rozliczeniowy rozpoczyna się 20-go dnia miesiąca. W poprzednim cyklu rozliczeniowym nie zostały zarejestrowane obciążenia rachunku karty kredytowej, w związku z tym kwota do spłaty wynosi 0 zł. Kwota całkowitego zadłużenia wynosi zaś 679,79 zł, i tej sumy dotyczy kwota minimalna 21,64 zł do spłaty”.

      Klient postanowił spłacić od razu całe zadłużenie, niezależnie od rozpatrywanej przez bank reklamacji. Zsumował wartość październikowych transakcji kartą i zrobił przelew w celu spłaty zadłużenia na karcie.„W kolejnej reklamacji zapytałem m.in., dlaczego bank nie wywiązał się z zapisanego w umowie i w regulaminie obowiązku przesyłania mi (np. elektronicznie) wyciągów, na podstawie których mógłbym sprawdzić, czy wszystkie zaksięgowane transakcje są prawdziwe i mają prawidłowe kwoty. Odpowiedź z banku: „owszem, wysłaliśmy wyciąg, ale nie mamy na to żadnego potwierdzenia i nie wiemy, dlaczego przesyłka nie dotarła”. I riposta, że to ja powinienem pilnować spłacania pieniędzy, nawet jeśli nie dostanę wyciągu. Tylko dlaczego po zalogowaniu się w systemie transakcyjnym bank wyświetla informację, że kwota do spłaty wynosi zero? Jak mam zweryfikować te informacje?” - pyta pan Tomek. „Mimo że spłaciłem zadłużenie bank doliczył odsetki: 2,54 zł na koniec grudnia. Dostałem też z banku dwie koperty - w środku wyciągi. Na jednym z nich znowu informacja, że suma transakcji wynosi zero, zaś kwota do spłaty też zero. Wygląda na to, że bank Idea to jeden wielki dom wariatów. Nic nie działa poprawnie, wszędzie są błędy i do tego jeszcze doliczają mi opłaty karne. Nie podoba mi się to” - konkluduje mój czytelnik.

      Czy bank coś pomylił, czy też klient nie powiedział mi całej prawdy? Cóż, sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana. Jak pisze mi Kinga Łagowska z Idea Banku, pan Tomek złożył dwa wnioski o kartę kredytową. Pierwsza karta została mu wydana, ale nie działała, co klient zgłosił do banku, po czym złożył wniosek o drugą kartę. Ta druga karta została mu wydana we wrześniu 2011 r.  I to z niej mój czytelnik korzystał. A dwie karty przypisane do jednego obywatela to było zbyt wiele  „W dniu 20 grudnia 2011 r. do pana Tomka wysłane zostały dwa wyciągi: do pierwszej karty za okres rozliczeniowy od 05-11-2011 do 04-12-2011 z sumą transakcji wynoszącą zero i kwotą do spłaty zero oraz do drugiej karty za okres rozliczeniowy od 20-11-2011 do 19-12-2011 z sumą transakcji w tym okresie wykonanych na kwotę 1234,64 zł i kwotą minimalna do spłaty 39,58 zł oraz z terminem płatności do 17-01-2012” - tłumaczy bank. Dlaczego pan Tomek otrzymywał wyciągi z karty, która została zastrzeżona w sierpniu, została „wyzerowana” i już nie działała? Dlaczego internetowy system transakcyjny Idea Banku wyświetlał mu na ekranie dane będące pomieszaniem transakcji ze starej i nowej karty? I skąd listopadowa informacja Idea Banku o niedopłacie rzędu 15,29 zł?

      Standardowo pracownik, który składa zlecenie rezygnacji oprócz zmiany statusu wniosku o kartę powinien jeszcze zamknąć umowę kredytową. W tym przypadku zmieniony został jedynie status zlecenia, a umowa pozostała aktywna. Dlaczego tak się stało? Nie możemy tego do końca wyjaśnić, bo wspomniana osoba już u nas nie pracuje. Dodatkowo, stara karta (zastrzeżona) ma oddzielny (inny) numer rachunku rozliczeniowego od tej nowej, z której korzysta pan Tomek, dlatego system wygenerował dwa oddzielne zestawienia dla obu kart i dwa sprzeczne zestawienia zostały do niego wysłane” - tłumaczy przedstawicielka Idea Banku. „Przyznaję, że od samego początku pomyłki w procesie obsługi wniosku Pana Tomka leżą po naszej stronie. Wynika to z przeoczenia pracownika, który w tamtym czasie ten wniosek obsługiwał. To z kolei pociągnęło za sobą serię zdublowanych wyciągów. Na pewno jednak nie chcieliśmy nikogo oszukać ani świadomie wprowadzić w błąd” - dorzuca Kinga Łagowska. „Technika bywa jednak czasem zawodna, a ludziom zdarzają się błędy i tak się stało w tym przypadku... Pana Tomka natomiast na pewno przeprosimy”. Szkoda, że dopiero interwencja blogu „Subiektywnie o finansach” skłoniła pracowników Idea Banku, by spróbować przeprosinami załagodzić spór z klientem.

      Nad grupą Getin Banku, do którego należy Idea Bank, krąży ostatnio jakieś plastikowe fatum. Otóż w ostatnich dniach niemal hurtowo zaczęli mi się skarżyć klienci internetowego oddziału Getin Online. Pan Sebastian wniosek o zwykłą debetówkę złożył 6 stycznia, ale przez miesiąc o karcie ani widu, ani słychu. Pan Mariusz złożył wniosek 15 stycznia i też chodził do lutego bez plastiku. A pan z infolinii napisał mu tak: „Witam Panie Mariuszu, konto zostanie aktywowane jak najszybciej tylko będzie to możliwe. Niestety nie mam już na to żadnego wpływu, podobnie jak i na moment wysłania do Pana karty. Mogę Pana zapewnić, że jak skończy się już u nas reorganizacja tego procesu, to karta zostanie do Pana wysłana”. Czyli: czekaj zdrów, kliencie. Pan Radek czeka od 10 stycznia, a kilku innych moich czytelników zaczęło już czwarty tydzień modłów o kartę. „Czy tak ciężko jest powiadomić klienta mailem o problemach z wydaniem karty? Przychodzą dziesiątki maili z ofertami i spamem bankowym a tak ważnej informacji nie podają?! Żenada i rozczarowanie. Żałuję ze zmieniłem bank” - pisze na Facebooku jeden z klientów.

      Czyżby więc dla Getinu nawet jedna karta to było za dużo, by ogarnąć jej wydanie i zarządzanie nią? „Szanowny Panie Redaktorze. Opisana przez Pana sytuacja dotyczyła nielicznej grupy klientów naszej bankowości internetowej, którzy w styczniu złożyli wiosek o wydanie karty debetowej. Część kart została wydana w innej, niż stosowana w naszej instytucji, technologii. Zgodnie z procedurą podjęliśmy decyzję o ponownym wydaniu kart, co w niektórych przypadkach mogło wydłużyć czas oczekiwania na ich dostarczenie. Obecnie proces dostarczania klientom kart debetowych przebiega bez zakłóceń” - napisał mi Artur Newecki z biura prasowego Getinu. Szkoda tylko, że częścią tych procedur nie było.przeproszenie klientów za zwłokę. Wówczas zapewne spokojnie by czekali, zamiast zasypywać e-mailami dziennikarzy i blogerów. Zawsze apelowałem do banków, by tworzyli procedury pozwalające skanalizować niezadowolenie klientów w jakimś miejscu wewnątrz banku, nim wypłynie ono na zewnątrz. PS. Ostatni klient, z którym miałem kontakt, kartę dostał po... ponad 40 dniach czekania.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Samcik blox

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jeden bank, jeden człowiek i... dwie karty. Wystarczy, by zrobiło się wesoło”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 12:29
    • To jeszcze nie koniec bankowej wojny. Kto po Santanderze: BNP Paribas? Sbierbank?

      We wtorek tematem dnia było przejęcie przez hiszpańskiego Santandera kontroli nad Kredyt Bankiem. Trudno nie być pod wrażeniem tej "hiszpańskiej inkwizycji" skierowanej na nasz rynek przez bank, któremu szefuje charyzmatyczny Emilio Botin. Nie udało się HSBC, nie udało się Deutsche Bankowi, a Santander potrafił wykorzystać nadarzające się okazje. W trzy lata Hiszpanie kupili w Polsce trzy banki, awansowali na trzecie miejsce w rankingach największych banków na naszym rynku, mają 10% udziału w kredytach i prawie 12% w depozytach. Czego można chcieć więcej? No dobra, można chcieć 14%. Jednak analitycy dość zgodnie uważają, że zakup AIG, BZ WBK i Kredyt Banku na jakiś czas zaspokoi hiszpańskie apetyty i zajmą się oni teraz rozwojem organicznym. Koniec inkwizycji :-)

      Jeśli na samych tylko efektach synergii powiększony BZ WBK (bo to on będzie skupiał hiszpańskie aktywa bankowe w naszym kraju) ma w pięć lat wyczesać 430 mln zł dodatkowego zysku, to jest przy czym dłubać. Za kilkanaście miesięcy będziemy więc mieli rynek zdominowany przez cztery wielkie grupy bankowe - PKO, Pekao, Santander i BRE - które w sumie będą kontrolowały 45% aktywów branży, 48% rynku kredytowego i 54% depozytowego. To już całkiem spora koncentracja, ale wciąż jeszcze niższa od tej, którą obserwujemy na rynkach zachodnich. W Belgii i Holandii pierwszych pięć banków kontroluje nawet 80-90% rynku, a we Włoszech, czy Francji - po 60-65%. Można więc przyjąć założenie, że to jeszcze nie koniec konsolidacji polskiego rynku, która w długim okresie musi przynieść wzrost cen usług bankowych. A jeśli nie koniec to... pospekulujmy co może się stać dalej. Punkt wyjścia jest tutaj:

       

      Bank aktywa kredyty depozyty oddziały
      Imperium Santandera        
      BZ WBK 59,8 38,1 46,8 622,0
      Kredyt Bank 43,4 28,0 30,5 373,0
      Santander Consumer 7,0 16,5 4,5 240,0
      BZ WBK + Kredyt Bank 103,2 66,1 77,3 995,0
      BZ WBK + KB + Santander 110,2 82,6 81,8 1235,0
      Główni rywale        
      PKO BP 187,0 145,3 143,9 1201,0
      Pekao 142,0 88,0 97,0 1007,0
      BRE Bank 98,9 70,2 54,0    
      Mniejsze banki        
      ING Bank Śląski 69,8      
      Bank Millennium 50,0      
      Citi Handlowy 38,2      

       

      Intuicja mi podpowiada, że spośród kilku pretendentów do tego, by włączyć się do walki o tron - francuskiego BNP Paribas, włoskiej Intesy i austriackiego Raiffeisena - do elity zdołają awansować Francuzi, którzy już trochę w Polsce przejmowali (by wspomnieć tylko Dominet Bank i Fortis). No i mają ogromne apetyty. Startowali do BZ WBK, startowali do Banku Millennium w zeszłorocznym przetargu. I w końcu coś kupią. Zamykam więc oczy i widzę... że będzie tak: wkrótce okaże się, że niemiecki Commerzbank nie jest w stanie utrzymać się bez pomocy rządu i będzie musiał pozbyć się swojej perły w koronie - BRE Banku. Pierwszy w kolejce ustawi się BNP Paribas, być może w konsorcjum z jakimś polskim bankiem (by mieć w ręku przychylność naszego nadzoru). Po przejęciu BRE Banku rzeczy dzieją się dalej - Francuzi zgłaszają się do BCP Millennium z ofertą zakupu Banku Millennium. Portugalczycy są szczęśliwi, bo wcale nie zostali obsypani chińską kasą, jak sądzili, i jednak potrzebują pomocy. Po przejęciu BRE Banku i Millennium pozycja BNP Paribas w Polsce staje się wiodąca - 169 mld zł aktywów, prawie tyle, co PKO BP. I to Francuzi stają się czwartym do brydża.

      Fantazjujmy dalej: do gry włącza się rosyjski Sbierbank. Ten sam, którego prezes od kilku miesięcy zapowiada chęć wejścia do Polski. Niewykluczone, że Rosjanie uprzedzają BNP Paribas w wyścigu po Millennium, ale... bardziej prawdopodobne, że raczej zgłaszają się z ofertą przejęcia polskich aktywów do innego banku, który stracił szansę na wiodącą pozycję w Polsce. Np. do holenderskiej grupy ING, która podobno dziś rozwija interesy w Rosji i bardzo nie lubi denerwować Kremla. Holendrzy sprzedają swoje bankowe operacje w Polsce np. za 4 mld euro. Po zdobyciu tego przyczółka w Polsce Sbierbank szuka dalej okazji i... przejmuje grupę bankową Getin z rąk Leszka Czarneckiego. Analitycy obstawiają, że Getin prędzej czy później będzie na sprzedaż, a Sbierbank dobrze by zapłacił. Aktywa ING i Getinu to łącznie 120 mld zł, co pozwala Sbierbankowi zakończyć betonowanie polskiej branży bankowej na wiele lat. Wielka Piątka, która - tak jak w wielu krajach Europy Zachodniej - kontroluje 60-65% rynku to kontrolowany przez państwo PKO BP, francuski BNP Paribas, należący do włoskiego UniCredit bank Pekao, trzy połączone w jedność banki Santandera i rosyjski Sbierbank. Jest rok 2016.

      Rynek bankowy 2016?

      Wiem, moje gdybania mają mnóstwo słabych stron. Po pierwsze chłopaki z BNP Paribas na razie mają własne problemy - w skarbcach mają 30 mld euro we włoskich obligacjach, są też w trakcie upłynniania aktywów za 70 mld euro, by poprawić współczynniki wypłacalności. Po drugie obiekt ich westchnień, BRE Bank, jest praktycznie niesprzedawalny, bo ten, kto by się połasił na jego aktywa, musiałby najpierw zorganizować kilka, czy nawet kilkanaście miliardów franków szwajcarskich finansowania pod kredyty walutowe, udzielone w przeszłości przez banki należące do BRE. Nikt nie ma ochoty wpuszczać się w takie koszty. Z kolei Sbierbank raczej nie rozpocznie ekspansji w Polsce od dużego zakupu, raczej najpierw weźmie jakiś mały banczek, by zobaczyć jak zostanie przyjęty na rynku. No i w ogóle nie wiadomo, czy jako bank państwowy dostałby zgodę KNF na zakup czegokolwiek poza sklepem warzywnym... Ale przecież może nastąpić porozumienie ponad podziałami, a wejście Sbierbanku do Polski może być częścią jakiejś politycznej transakcji wiązanej... Kto wie? po odrzuceniu kilku zastrzeżeń - a czas może w pewnym stopniu osłabić ich znaczenie - moja wizja nie jest już wcale taka mocno nieprawdopodobna, prawda? :-). A może i Wy przedstawicie swoje fantazje w temacie banków i nie tylko? Za pięć lat przypomnę tę notkę i zobaczymy kto miał rację :-). Zobaczymy też co jeszcze mi się przyśni. Odin, dwa, tri...


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „To jeszcze nie koniec bankowej wojny. Kto po Santanderze: BNP Paribas? Sbierbank?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 00:36
  • wtorek, 28 lutego 2012
    • Santander przejmuje kolejny polski bank i betonuje branżę. Ile na tym stracimy?

      We wtorek rano belgijska grupa KBC ogłosiła, że dogadała się z hiszpańskim Santanderem w sprawie sprzedaży Kredyt Banku, siódmego największego banku na polskim rynku, obsługującego 900.000 klientów i mającego 370 oddziałów w całej Polsce. Hiszpanie przejmą Kredyt Bank, zapłacą Belgom 3,2 mld zł w akcjach i połączą go z BZ WBK, w którym od zeszłego roku mają większościowy pakiet udziałów. W ten sposób powstanie w Polsce hiszpańskie imperium bankowe, które będzie w stanie rywalizować z innymi potęgami - PKO BP, Bankiem Pekao (należy do włoskiego UniCredit) i grupy BRE Banku (kontrolowanej przez niemiecki Commerzbank).

      Na początku wtorkowej sesji, już po ogłoszeniu umowy Santandera i KBC, akcje Kredyt Banku wystrzeliły w górę aż o 15%, drożejąc z niespełna 12 zł do ponad 13,7 zł. To dlatego, że z komunikatu Banco Santander wynika, iż Hiszpanie płacą Belgom dość hojnie, przynajmniej jak na bieżące realia. Być może rzecz w tym, że nie płacą gotówką, tylko papierami BZ WBK i stąd musieli Belgom jakoś osłodzić tę gorycz. Transakcja ma być bowiem przeprowadzona według następującego parytetu: Hiszpanie oddadzą 6,96 akcji BZ WBK za każde 100 papierów Kredyt Banku, posiadanych przez Belgów. Przy poniedziałkowych cenach rynkowych obu banków (inwestorzy płacili ok. 230 zł za każdą akcję BZ WBK oraz ok. 12,1 zł za akcję Kredyt Banku) oznacza to, że za każdy pakiet 100 akcji Kredyt Banku wart 1210 zł Hiszpanie zapłacą akcjami BZ WBK wartymi prawie 1600 zł. Jedna akcja Kredyt Banku jest więc w tej transakcji warta 15,45 zł. W tej sytuacji nawet wzrost ceny na warszawskiej giełdzie do 13,7 zł wydaje się umiarkowany. 

      Cały Kredyt Bank został przez Hiszpanów i Belgów wyceniony na 4,3 mld zł (z tego 80-procentowy pakiet będący w posiadaniu KBC - na 3,4 mld zł). Tanio, drogo? Cóż, przypomnijmy, że w zeszłym roku za BZ WBK ten sam Santander płacił 3,1 mld, ale... euro. Tymczasem jeszcze w poniedziałek kapitalizacja rynkowa całego Kredyt Banku wynosiła 3,2 mld zł. Santander zgodził się więc zapłacić KBC jakieś 30%. premii w stosunku do wartości rynkowej Kredyt Banku. Inna sprawa, że jeszcze w lipcu zeszłego roku papiery Kredyt Banku kosztowały na giełdzie nawet ponad 18 zł, zaś cały bank był wart 4,9 mld zł. Ale w ciągu ostatnich kilku miesięcy wyceny banków na całym świecie ostro poszły w dół i dotknęło to również Kredyt Bank. Prawdopodobnie tylko ze względu na tak korzystny parytet wymiany Belgowie zgodzili się dobić targu, z którego nie dostaną na razie nawet pół euro w gotówce. A i ich zarobek ze sprzedaży przyznanych zamiast gotówki akcji BZ WBK jest niepewny, bo nie wiadomo po jakim kursie papiery tego banku będą notowane np. za kilka miesięcy.

      Czytaj też: Kiedy Hiszpanie zaczną drenowanie polskich banków z dywidendy?

      Inwestorzy mający akcje BZ WBK już teraz dyskontują fakt, że prędzej czy później na rynek trafią miliony akcji banku sprzedawane przez Belgów. Na wtorkowym otwarciu papiery BZ WBK błyskawicznie straciły 5 proc., taniejąc z 234 zł do 220 zł. Poza obawą o podaż akcji inwestorzy zapewne obstawiają już, że fuzja dwóch dużych banków będzie się ciągnęła przez kilka kwartałów i spowoduje obniżenie tempa rozwoju BZ WBK, ostatnio wręcz imponującego (BZ WBK zarobił w zeszłym roku aż 1,18 mld zł). Mimo korzystnych dla Belgów warunków transakcji nie ma wątpliwości, że to BZ WBK połyka słabszego rywala. Pod względem wartości rynkowej oba banki dzieli przepaść. Z kwoty 20,8 mld zł (prawie 5 mld euro) kapitalizacji połączonego banku aż 17 mld zł przypada na BZ WBK, zaś tylko niecałe 4 mld zł na Kredyt Bank

      Santander tym zakupem pieczętuje swój podbój naszego rynku, na którym przez lata był mało znaczacym graczem, mającym promile udziałów rynkowych. Trzy lata temu przejął AIG Bank i 7 mld zł aktywów w naszym kraju, potem dołożył 59 mld zł aktywów BZ WBK, a teraz będzie miał pod swoją pieczą jeszcze 43 mld zł aktywów Kredyt Banku. W sumie - 110 mld zł. Znacznie więcej niż dotychczasowa „trzecia siła”, czyli grupa BRE (ma 98 mld zł aktywów). Potężniejszy jest tylko PKO BP (ok. 190 mld zł) oraz Bank Pekao (144 mld zł). Hiszpanie będą pewnie potrzebowali dwóch-trzech lat na zintegrowanie swojego biznesu w Polsce, ale jak już to zrobią, oba PKO powinny mieć się na baczności. Spójrzcie na tę tabelkę, którą przyrządziłem:


      Bank aktywa kredyty depozyty oddziały
      Imperium Santandera        
      BZ WBK 59,8 38,1 46,8 622,0
      Kredyt Bank 43,4 28,0 30,5 373,0
      Santander Consumer 7,0 16,5 4,5 240,0
      BZ WBK + Kredyt Bank 103,2 66,1 77,3 995,0
      BZ WBK + KB + Santander 110,2 82,6 81,8 1235,0
      Główni rywale        
      PKO BP 187,0 145,3 143,9 1201,0
      Pekao 142,0 88,0 97,0 1007,0
      BRE Bank 98,9 70,2 54,0    
      Mniejsze banki        
      ING Bank Śląski 69,8      
      Bank Millennium 50,0      
      Citi Handlowy 38,2      

      

      Ta fuzja - największa od czasów przejmowania banku BPH przez Pekao - wpłynie na wszystkich, którzy mają w bankach konta, karty, kredyty lub depozyty. Będziemy bowiem mieli na rynku cztery potężne grupy bankowe, z których każda będzie miała ponad 100 mld zł aktywów - PKO BP, Bank Pekao, Santander i BRE. I to one będą dyktowały warunki gry. Jeszcze kilka lat temu o klientów biło się mnóstwo średniej wielkości banków, z których każdy miał wystarczająco dużo siły, by zaogniać wojnę cenową. To dlatego w Polsce przelewy przez internet niemal we wszystkich bankach są darmowe, dla aktywnych klientów nie ma opłat za karty, a ci, którzy często robią zakupy w sklepach, dostają zwrot nawet do 5 proc. wartości dokonanych kartami transakcji. Dlatego też na depozytach można było do tej pory zarabiać nawet 7 proc. w skali roku.

      Czytaj też: To on pomógł zbudować hiszpańskie imperium w Polsce 

      Konsolidacja rynku wokół czterech gigantów upodobni polską bankowość do tej zachodniej. We Francji, Włoszech, czy Niemczech rynek też jest podzielony pomiędzy kilku gigantów, którzy nie są zainteresowani prowadzeniem wojny cenowej. Wielkie banki nie muszą pozyskiwać po kilkaset tysięcy klientów rocznie, by uzyskać rentowność, więc nie muszą walczyć o klientelę na śmierć i życie. Można się więc spodziewać, że po „skonsumowaniu” przez Santandera ostatnich zakupów w Polsce i pierwszym okresie promocji cenowych, którymi Hiszpanie będą chcieli podkreślić swoje znaczenie na rynku, nastąpi spadek konkurencji, obniżka realnej rentowności lokat, mniej będzie programów typu money-back, czyli zwracania klientom pieniędzy za transakcje kartowe. Niewykluczone, że wzrosną prowizje. Chciałbym się mylić, ale na to niestety się zanosi.

      Czytaj też: Santander jak Chuck Norris. Nie czeka na gotówkę, to gotówka...

      Obecność czterech gigantów kontrolujących ponad połowę rynku spowoduje też, że trudniej będzie wbić tu jakiś klin, czyli wprowadzić na rynek zupełnie nowy bank. Czasy, kiedy z sukcesem od zera swoją potęgę budowały Polbank, czy Alior Bank, mogą się bezpowrotnie skończyć. Na częściowo „zabetonowanym” rynku ewentualni nowicjusze będą mieli dużo trudniejszy start, a dochodzenie do rentowności będzie dużo bardziej bolesnym procesem, niż dziś. Nie powtórzy się chyba przypadek Aliora, który w dwa lata z okładem zaczął przynosić akcjonariuszom zyski. W bardzo trudnej sytuacji znajdą się ci, którzy dziś z trudem trzymają się za liderami, a więc ING, Citi Handlowy, Bank Millennium, Getin i Raiffeisen Bank (po połknięciu Polbanku). Rozpędzający się giganci będą zwiększali dystans do średniaków tak, jak dzieje się to na najbardziej rozwiniętych rynkach Zachodu.

      W kłopocie są też ci wielcy gracze światowi, którzy szansę na ekspansję w Polsce przespali. Wśród nich francuski BNP Paribas (chciał przejąć BZ WBK), czy włoska Intesa. Jeśli sprawdzi się scenariusz zakładający sprzedaż BRE Banku przez niemiecki Commerzbank, będzie to bodaj ostatnia okazja dla zagranicznych inwestorów, by „załapać się” do czołówki przed dokumentnym „zabetonowaniem” rynku przez najpotężniejszych. Słyszałem, że w podróży po Polsce sojuszników do wspólnej akcji pójścia „na Niemca” szukali ostatni prezesi BNP Paribas. Ten francuski bank oraz austriacki Raiffeisen są dla mnie potencjalnymi kandydatami na „czwartego do brydża”, jeśli okaże się, że nie może już nim być niemiecki Commerzbank, bo nie wytrzyma finansowo kryzysu na rodzimym rynku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Santander przejmuje kolejny polski bank i betonuje branżę. Ile na tym stracimy? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 lutego 2012 11:23
  • poniedziałek, 27 lutego 2012
    • Superoferta? Gwarantują 7,29% rocznie przez 10 lat oszczędzania na IKE!

      Kilka dni temu robiłem przegląd ofert, jakie przedstawiły banki, firmy ubezpieczeniowe i fundusze inwestycyjne w ramach IKZE - nowego sposobu na oszczędzanie na emeryturę. Zidentyfikowałem dwie ciekawe oferty, w tym ani jednej, która nie ograniczałaby zysków z inwestowania, a jednocześnie nie wiązałaby się z poważniejszymi zobowiązaniami. Dość tanio wygląda IKZE w towarzystwie Pramerica (ale podobno aby skorzystać trzeba mieć tam polisę na życie), nieźle też wygląda pakiet wiązany w Deutsche Banku - trzeba kupić program systematycznego oszczędzania i w jego ramach godzić się na zyski prawdopodobnie niższe niż na lokacie bankowej, by drugą część pieniędzy móc wpłacać na wolne od wszelkich prowizji IKZE ze stałym oprocentowaniem pieniędzy i opcją niewielkiej ulgi podatkowej. 

      Tą drogą poszły też spółki z grupy Getin Banku. Ale u nich pakiet wiązany dotyczy konta IKE, a nie IKZE (czym się różni jedno od drugiego pisałem w jednej z poprzednich notek). W Open Finance, u pośrednika nieruchomościowego Home Broker oraz w Idea Banku można kupić od kilku dni IKE z gwarantowanym oprocentowaniem pieniędzy. Oprocentowanie jest tym wyższe, im bardziej klient jest gotów wejść w sprzedaż wiązaną. Patent jest więc podobny do tego, który sprzedane w ramach IKZE Deutsche Bank („jak na niemieckiej emeryturze” - dobre!), tylko jeszcze nieco bardziej rozbudowany, lub jak kto woli... zachachmęcony. Ponieważ poszczególne firmy z grupy Leszka Czarneckiego nieco różnicują tę ofertę, skupię się najpierw na IKE o nazwie „Tax Free”, które oferuje Idea Bank.

      Wariant podstawowy IKE „Tax Free” to po prostu depozyt z gwarantowanym na pięć lat oprocentowaniem 5,15% w skali roku (uwzględniając kapitalizację 5,27%) i rentownością równą stawce WIBOR 3M w kolejnych latach. Nic nadzwyczajnego. WIBOR 3M wynosi dziś niecałe 5% i bez problemu można znaleźć na rynku zwykłe lokaty dające wyższe odsetki. Zabawa zaczyna się, gdy na wersję podstawową IKE w Idea Banku nałożymy proponowane przez bank nakładki. Pierwsza z nich to plan systematycznego oszczędzania (Skandia, Aegon i takie tam). Wykupując np. program Skandii z minimalną dostępną składką 200 zł miesięcznie - którą trzeba potem płacić przez co najmniej siedem lat - można zyskać podwyżkę oprocentowania IKE w pierwszym roku do 7,15% (a np. deklarując wpłatę do programu oszczędzania 500 zł miesięcznie - do 10,15%). A w kolejnych dziewięciu latach jest to 6,68% w skali roku. A więc już nieźle. Po tych 10 latach niestety wracamy do oprocentowania równego stawce WIBOR 3M.

      Jest i wariant drugi nakładki - gwarantowane oprocentowanie 5,53% przez pięć lat, o ile założy się w Idea Banku konto, przelewa na nie 1000 zł miesięcznie i płaci kartą co najmniej 400 zł miesięcznie. Ta druga nakładka od razu mnie odrzuca zbyt niskim bonusem. Sorry, ale 5,53%. W Home Broker warianty do dyspozycji są bardzo podobne, z tym, że np. oprocentowanie w wariancie dodatkowym z programem systematycznego oszczędzania jest nieco wyższe - 7,29% przez dziesięć lat, a potem na poziomie WIBOR 3M (obecnie wynosi 5%). W wariancie z kontem osobistym i obowiązkowymi transakcjami kartowymi oprocentowanie gwarantowane na pięć lat wynosi 5,67% rocznie. Z kolei kupując w Home Broker IKE bez żadnych nakładek można mieć lokatę gwarantowaną na pięć lat z oprocentowaniem 5,27% rocznie. Nie sprawdzałem co daje Open Finance, ale zapewne są to te same trzy warianty - jeden goły i dwa z nakładkami. Wszystko razem jest ostro promowane przez grupę Getin w ramach kampanii "2x więcej na emeryturze".

      Przenicujmy więc najkorzystniejszy wariant IKE z gwarantowanym oprocentowaniem - ten dający przez 10 lat gwarancję oprocentowania na poziomie 6,68% (w Idea Banku) lub 7,29% (w Home Broker). Ceną jest - jak już zaznaczyłem - udział w długoterminowym programie oszczędnościowym. Opierając się na przykładzie Idea Banku oznacza to zobowiązanie do wpłacania do najmniej 200 zł miesięcznie do Skandii. I zgodę na ponoszenie kosztów licznych prowizji. Opłata administracyjna wynosi 10,88 zł miesięcznie (przy składce 200 zł oznacza to de facto jakieś 5,5% opłaty od każdej wpłaty), zaś zarządzanie planem kosztuje 3,2% w skali roku. Do tego dochodzi opłata za zarządzanie samym funduszem w ramach planu (najpewniej 4% w skali roku). Czyli obowiązkowy zestaw obciążeń przy tego typu polisach.

      Taki poziom prowizji sprawia, że pieniądze wpłacane do Skandii możemy spokojnie uznać za rzucone finansistom w ofierze. Wpłacam 2400 zł rocznie i jest to w pierwszym roku obciążone opłatą od składki w wysokości 130 zł, prowizją za zarządzanie programem w wysokości 3,2% (czyli 77 zł) i jeszcze opłatą za zarządzanie funduszem schowaną w jego wynikach (np. kolejne 4%, czyli 96 zł) - czyli z moich 2400 zł pracuje o 303 zł mniej. Przy średniej rentowności inwestowania w akcje na giełdzie na poziomie 8-9% w skali roku te opłaty mogą pożreć większość zarobku. Dobrze będzie jeśli na koniec uda się ochronić przynajmniej realną wartość wpłaconych przez lata do Skandii składek, ale i to stoi pod znakiem zapytania. Nie można wykluczyć, że pieniądze wpłacone do planu systematycznego oszczędzania obniżą, zamiast podwyższyć realną rentowność pakietu IKE.

      Dobra wiadomość jest taka, że na IKE możemy wpłacać nawet 10.500 zł rocznie. To oznacza, że o ile wpuszczamy w mniej lub bardziej wartki kanał 200 zł miesięcznie w program systematycznego oszczędzania, o tyle na samo IKE z oprocentowaniem więcej niż przyzwoitym (6,68-7,29% w skali roku) da się wpłacać nawet 880 zł miesięcznie, rozwadniając ewentualne straty na części "plano-systematyczno-oszczędnościowej". To nie brzmi najgorzej, oczywiście przy założeniu, że w umowie IKE nie kryje się żaden kruczek pozwalający obniżyć oprocentowanie przed upływem 10 lat. Pamiętajmy, że z programu oszczędnościowego wycofać się nie da (można stracić nawet wszystkie wpłacone pieniądze), więc gdyby oprocentowanie IKE przez 10 lat nie było pewne jak w banku, to mamy gigantyczną pułapkę. A więc radzę przeczytać dokładnie umowę, nim zaczniecie inwestować na emeryturę z grupą Getin Noble Banku.

      Firmy z grupy Getin będą Was kusiły oczywiście tym, że jeśli spełnicie warunki dyktowane przez ustawę, to będziecie mogli wypłacić pieniądze z IKE bez podatku. Tyle, że mało kto z inwestujących w ten pakiet już za dziesięć lat osiągnie wiek emerytalny. Większość z nas wpadnie w dłuższy lub krótszy okres oprocentowania oszczędności według stawki WIBOR, czyli - oględnie mówiąc - niekoniecznie rewelacyjnej (przypominam, że np. Alior Bank sprzedawał ostatnio swoje ośmioletnie obligacje płacąc inwestorom stawkę WIBOR plus 4,75%). Podobno pieniądze z IKE założonego w spółkach Getinu można w każdej chwili wycofać, tracąc jedynie ulgę w podatku Belki. Gdyby tak nie było, mielibyśmy drugą potencjalną pułapkę getinowego IKE - uwięzienie pieniędzy przy stawce WIBOR.

      Jeśli jednak i tu żadnych wnyków na nas nie zastawiono, to propozycja Idea Banku, Home Brokera i Open Finance wydaje się być naprawdę nie najgorsza, choć zdecydowanie mało czytelna. Nie wiadomo bowiem do końca ile z ekstraordynaryjnych zysków, osiągniętych dzięki atrakcyjnej i gwarantowanej lokacie, zabiorą słabiej performujące (z powodu pobieranych prowizji) pieniądze w obowiązkowym planie systematycznego oszczędzania. Aby pakiet miał ręce i nogi z punktu widzenia klienta, warto wpłacać jak najmniej na program oszczędnościowy i jak najwięcej (w ramach dozwolonego prawem limitu) na IKE. Coś mi jednak mówi, że niektórzy doradcy będą rekomendowali klientom proporcję dokładnie odwrotną. :-). A tak w ogóle to po co się zastanawiać nad warunkami getinowego IKE, dającego nawet i 7,29% w skali roku, skoro wystarczy wskoczyć dowolnego oddziału PKO BP i założyć tam sobie IKE powiązane ze zwykłymi obligacjami skarbowymi, dającymi rentowność 3% powyżej wskaźnika inflacji, czyli dziś w sumie 7,1%? I to bez ryzyka wtopienia pieniędzy w jakimś dodatkowym planie oszczędnościowym. No, ale jeśli inflacja będzie w najbliższych latach niska... :-).

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Samcik blox

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Superoferta? Gwarantują 7,29% rocznie przez 10 lat oszczędzania na IKE! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2012 23:54
    • Jeśli jakiś bank zaproponuje ci lepszy kredyt, oni przebiją tę ofertę! Zadziała?

      Ależ się zadziało na rynku pożyczek gotówkowych. Praktycznie jednego dnia weszły na rynek dwie oferty, które mają szansę wybić się z szarości tłumu podobnych produktów. Każda z nich opiera się na kompletnie innym podejściu do pożyczki gotówkowej i do klienta. A jeśli dorzucić do tego jeszcze kolejny atak koncepcji firmowanej od lat przez BZ WBK, to mamy chyba najbardziej podniecający moment na rynku szybkich kredytów.  Bardzo jestem ciekaw które podejście wygra i która z gotówkowych innowacji podbije serca klientów. Bo nie wierzę, by udało się to wszystkim trzem. Co więc, drodzy czytelnicy blogu "Subiektywnie o finansach", możemy począć ze swoim głodem pieniądza?

      Alior Bank i gwarancja najniższej raty. Bank kierowany przez Wojciecha Sobieraja w piątek ogłosił, że chętni na jego kredyt gotówkowy mają teraz gwarancję, iż w Aliorze otrzymają najlepsze warunki na rynku. Rzecz nazywa się "Najniższa rata gwarantowana" i budzi mą ciekawość. O co kaman? "Jeśli przed skorzystaniem z oferty lub nawet dwa tygodnie później inny bank zaoferuje klientowi mniejszą ratę niż ta uzyskana w Alior Banku, przebijemy tę ofertę. Klient otrzyma jeszcze lepsze warunki przy zachowaniu takiego samego okresu kredytowania i kwoty pożyczki. Wystarczy, że klient przedstawi formularz informacyjny z innego banku wypełniony zgodnie z ustawą o kredycie konsumenckim". 

      Pożyczka z gwarancją Alior Bank

      Gwarancja najlepszej ceny to manewr nienowy w branży finansowej. Stosował go z lubością m.in. mBank w stosunku do ubezpieczeń komunikacyjnych i nie tylko on. Opisywałem też tego typu manewr, stosowany przez nieistniejący już Allianz Bank (teraz jest w grupie Getinu i nazywa się Get Bank). Allianz mocno ograniczył promocję dodatkowymi warunkami, więc nie był to strzał sezonu. Pomysł Aliora wydaje się być bardziej interesujący. Bo np. ubezpieczenie jest tym typem transakcji finansowej, którego cena zależy od mnóstwa parametrów. Ten, który obiecuje najniższą cenę, łatwo może się wyłgać, że np. tańsza oferta ma nieco uboższy zakres działania polisy albo gdzie indziej postawiony przecinek w ogólnych warunkach ubezpieczenia. Kredyty gotówkowe są zaś proste jak budowa cepa. Jest prowizja na wejściu, jest oprocentowanie, zdarza się jeszcze obowiązkowe lub dobrowolnej ubezpieczenie kredytu, ale na tym koniec. Jeśli nie wrzuca się - jak Allianz - dodatkowych obostrzeń, to sprawa jest w miarę przejrzysta.

      Jeśli więc Alior proponuje pożyczkę bez prowizji, to właściwie liczy się tylko oprocentowanie dla porównywalnej kwoty i okresu pożyczki. Jeśli klient znajdzie niższe - Alior ma je przebić. Bardzo jestem ciekaw czy pomysł będzie hitem i czy Alior stanie się bankiem pierwszego wyboru dla każdego, kto poszukuje szybkiej gotówki. No i jaki będzie skutek od strony finansowej, bo o ile np. o kontrolę ryzyka kredytowego w takim np. BZ WBK zawsze byłem spokojny, to w Aliorze nie jestem pewien, czy będą w stanie jednocześnie oferować niskie ceny i utrzymać na przyzwoitym poziomie NPL, czyli wskaźnik kredytów niepracujących. Choć na razie radzi sobie z tym wyzwaniem nieźle, bo jego NPL oscyluje w okolicach 3,6% przy średniej rynkowej rzędu 7%.

      Bank BPH kredyt wszystko jasneBank BPH i "kredyt w którym wszystko jest jasne". Gdy Alior walczy o klientów gwarancją najniższej ceny, Bank BPH, który od jakiegoś czasu ma na sztandarach hasło "po prostu fair", wchodzi na rynek z kredytem podbbnym bardzo do :"Kredytu prostoliczonego", który od pewnego czasu promuje Credit Agricole (a wcześniej Lukas Bank). O ile w "Prostoliczonym" było od razu wiadomo ile złotych miesięcznych kosztów bank dorzuca do pożyczki - a więc obliczenie kosztu kredytu było dziecinnie proste - o tyle Bank BPH pojęcie traktowania klienta po partnersku jeszcze rozszerzył. dorzuca możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 21 dni bez żadnych konsekwencji oraz dodawanie do umowy wyciągu z najważniejszymi warunkami na pożyczki, mieszczącymi się na jednej stronie. To nieźle jak na bank, który jeszcze niedawno na objaśnienie zwykłego kredytu ratalnego potrzebował kilkunastu stron zapisanych drobnym maczkiem. Ciekaw jestem czy klienci docenią poczucie bezpieczeństwa związane z pełną wiedzą o zaciąganym zobowiązaniu, przekazaną w przyjaznej formie oraz z dłuższym okresem na zastanowienie się.

      BZ WBK i czak ma być. Alior Bank walczy gwarancją najniższej ceny, Bank BPH przejrzystością oferty i uczciwymi regułami gry, a BZ WBK - znanymi twarzami. W zeszłym roku ofertę kredytów gotówkowych BZ WBK promował Antonio Banderas i przyciągnął do oferty banku sporo klientów - portfel pożyczek gotówkowych w banku wzrósł o kilkanaście procent, gdy na całym rynku obserwowaliśmy spadek. Teraz do gry wchodzi kolejna gwiazda - Chuck Norris. W BZ WBK uważają, że skoro wszystkie kredyty są takie same, zaś bank nie chce wdawać się w wojny cenowe, to trzeba wyróżnić się czym innym: szybkością przyznawania pieniędzy i pewnego rodzaju modą. Ciekaw jestem ilu klientów będzie wolało być "jak Chuck", niż mieć zagwarantowaną najniższą cenę bądź obiecany brak kantów w umowie. Snobizm, chciwość, czy poczucie partnerstwa z bankiem? Co wybieracie?

      Wśród "gotówkowych celebrytów" na wojnę - skazaną na niepowodzenie (by nie powiedzieć klęskę) - z Chuckiem Norrisem ruszył cherlawy (cóż, Chuck spędził lata na siłowni...) Szymon Majewski, który uważa, że skoro za ludźmi chodzą różne rzeczy, to może temu zaradzić tylko Miniratka. Być może ten przekaz przekona obecnych klientów PKO BP. Ale czy taki przeciętny klient z ulicy, widząc reklamy z Chuckiem, który przychodzi po gotówkę tylko raz i włącza neony w banku bez podłączania ich do pradu, a potem sympatyczne, dość przaśne filmiki z Szymonem Majewskim, zechce być jak Majewski, czy raczej jak czak? Wydaje mi się, że ta runda będzie jednak dla Chucka.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Jeśli jakiś bank zaproponuje ci lepszy kredyt, oni przebiją tę ofertę! Zadziała?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 lutego 2012 09:46
  • niedziela, 26 lutego 2012
    • Najzabawniejsze sposoby okradania banków: czary przy wrzutni, lewe wyciągi...

      Dużo rzeczy działo się ostatnio wokół finansów osobistych, ale gwoździem kończącego się tygodnia była mimo wszystko genialna kradzież 4,5 miliona złotych z jednego z banków. Kradzież, w której nie użyto ani zgrai informatyków, ani broni palnej, ani żadnego podkopu. Ani kasiarza Kwinto. Aby obrobić bank wystarczyło mieć dobry, bezczelny pomysł. Pan Zenek najpierw założył sobie w jednym z banków rachunek firmowy (oczywiście na podrobione dokumenty), następnie zapewne coś tam przy nim gmerał, przepuszczał przezeń pieniądze, by zasłużyć na zaufanie banku. Pewnego dnia zadeklarował wpłatę na konto - ale w sposób niestandardowy, bo poprzez tzw. wrzutnię nocną - kwoty 1,5 miliona euro. Nasz bohater oczywiście nie miał tylu euro, więc zastosował manewr z wielu filmów - pociął zwykły papier i umieścił pomiędzy prawdziwymi banknotami. I wrzucił w specjalnej kopercie do wrzutni.

      Bank zaakceptował i zaksięgował zadeklarowaną kwotę. Już chwilę później dopisana do rachunku złodzieja gotówka szybko została zamieniona na złoto warte 4,5 miliona złotych. Kruszec sprzedał złodziejowi sam bank, bo oprócz handlowania papierkami udającymi pieniądze zajmuje się on też sprzedawaniem klientom złotych sztabek. Wyposażony w złoto pan Zenek oczywiście natychmiast rozpłynął się w powietrzu. Jak to możliwe, że bank uwierzył na słowo rzekomemu przedsiębiorcy, że wpłaca rzeczywiście 1,5 miliona euro? Dlaczego nikt nie przeliczył tych pieniędzy przez zaksięgowaniem? Zapewne klient zawczasu zadbał o idealną historię finansową. Bank musiał go uznać za bardzo wiarygodnego klienta, bo nie każdemu oferuje się dostęp do wrzutni nocnej, do której wpłaty są księgowane natychmiast, jedynie na podstawie deklaracji klienta, a sprawdzane dopiero za kilka dni.

      Panie Zenku (imię wymyślone), szczerze podziwiam pomysłowość. Gość ma ogromne cojones, chociaż oczywiście jego czyn jest obrzydliwy i pan Zenek zapewne będzie się zań smażył w piekle. Nie postępujcie tak jak Zenek, bo to zło, a poza tym... drugi raz ten sam numer nie przejdzie. :-). Ale pan Zenek zgarnął - jak to się mówi w języku biznesu - premię pierwszeństwa i zanim będzie smażył się w piekle, najpierw popławi się jakiś czas w luksusach na jakiejś odludnej wyspie, gdzie nie ma żadnych wrzutni, bankomatów, ani bankowych skarbców. Są za to palmy, ocean i słońce przez okrągły rok. Cóż, gościa ze sztabkami złota o wartości miliona euro wszędzie wita się z otwartymi ramionami. Pamiętam wiele akcji złodziei w bankach, ale tak pomysłowej jeszcze nie opisywałem. Choć oczywiście bankowych historii zabawnych inaczej, ze złodziejami w roli głównej nie brakuje.

      Chcecie posłuchać? W 2006 r. dwóm klientkom jednego z banków z kont zniknął w sumie milion złotych. W obu przypadkach złodzieje wypłacili pieniądze bez pomocy internetowych hakerów czy działających pod osłoną nocy włamywaczy. Wypłat dokonali w biały dzień, w oddziale, na lewy dowód osobisty oraz fałszywe pełnomocnictwo. No i oczywiście wszystko zatwierdzane było sfałszowanym podpisem. Pracownicy banku grzecznie wypłacili pieniądze, choć na pełnomocnictwie nie było wszystkich danych (złodziej po prostu ich nie znał). A podpisy na dokumentach nawet nie były podobne do tych z bankowych wzorów podpisów. Filutki, nie ma co. W 2005 r. na ciekawy pomysł wpadła pani Aneta, pracownica lubelskiego oddziału jednego z banków. Z kilku kont bogatych klientów wyprowadzała po cichu pieniądze, których wartość sięgnęła 600 tysięcy euro. Nie wiadomo, kto akceptował wypłaty (każda transakcja powinna być zatwierdzana przez przynajmniej dwóch pracowników). Pracownica, by ukryć wyprowadzanie pieniędzy, sporządzała dla klientów fałszywe wydruki z saldami kont. I osobiście im je co miesiąc wręczała. Pierwszy z nich zorientował się, że żyje w równoległej rzeczywistości po pół roku. A to było (poprawcie mnie jeśli się mylę) chyba jeszcze przed Matriksem? :-)

      Teraz mam dla Was jeszcze lepszy numer. W Legnicy przez siedem lat główna księgowa i dwie kasjerki wyciągnęły ze skarbca banku, w którym pracowały, prawie 9 mln zł. Kobiety wyjmowały pieniądze z tzw. bezpiecznych kopert, w których deponowali je klienci. A dla niepoznaki do kopert wkładały ścinki papieru. Sprawa wyszła na jaw, gdy... w banku zabrakło pieniędzy dla bieżącej obsługi klientów. Panie zbytnio się pospieszyły i osuszyły oddział z prawdziwej kasy, nim zapadł zmierzch. Gdyby panie miały pojęcie o finansach, to by wiedziały, że jak się pozbawia bank płynności, to nic dobrego z tego wyniknąć nie może. Ale panie postanowiły zabawić się w Legnicy w Lehman Brothers. I wpadły. Z kolei w 2009 r. łupem złodziei - podających się za konwojentów firmy ochroniarskiej  - padło 5 milionów złotych. Fałszywi konwojenci pojawili się w tzw. liczarni pieniędzy, by zabrać kasę do banku. Gotówkę zabrali, ale do banku nie trafiła ani złotówka. Pracownicy liczarni wydali pieniądze, nie sprawdzając nawet dokumentów ochroniarzy. Złote chłopaki. Ten przebój jest dla nich!

      Ech, gdzie podziali się porządni włamywacze, którzy drogę do banku torują sobie w klasyczny sposób, czyli bez wykorzystywania głupoty bankowców? Tacy ostali się chyba tylko w Wielkiej Brytanii. Tam w zeszłym roku pewni mili ludzie przez ponad sześć miesięcy kopali 30-metrowy tunel, żeby dostać sie pod bankomat ulokowany w jednym ze sklepów. Kiedy podkop był gotowy, złodzieje przebili się przez 38 centymetrową ścianę z betonu i ukradli... 6.000 funtów. 

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. A na koniec: Henryk Kwinto w niezapomnianym filmie o obrabianiu banku :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Najzabawniejsze sposoby okradania banków: czary przy wrzutni, lewe wyciągi...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2012 10:21
  • piątek, 24 lutego 2012
    • Biednemu wiatr w oczy: utrzymanie osoby to 1030 zł miesięcznie, a ceny rosną...

      Ilekroć jestem u rodziny na dolnośląskiej wsi narzekam na rosnące koszty życia w wielkim mieście. Owszem, niektóre rzeczy na dalekiej prowincji są droższe, niż w moimosiedlowym Piotrze i Pawle, ale dotyczy to głównie markowej chemii i alkoholi z wyższej półki. Wrażenia z dolnośląskiego sklepu spożywczego marki Społem mam takie, że prawie wszystko wydaje się tam tanie, jak barszcz. Ale zaczynam się zastanawiać czy aby nie żyję jakimś utartym stereotypem, który jest daleki od prawdy. Warszawa to miejsce drogie, ale jednocześnie bardzo konkurencyjne. Płaci się tu dziesięć razy wyższe czynsze, ale z drugiej strony sklepy są na każdym rogu, stacje benzynowe na każdej ulicy, kina w każdej dzielnicy - każdy chce zarobić, więc wszyscy konkurują ceną. A tam, gdzie ludzie mniej zarabiają, mniej kupują, konkurencja jest mniejsza, a więc i presja na obniżanie cen niewielka..

      Chyba niestety mam dowód rzeczowy na to, że zjawisko takie zaczyna się sprawdzać w skali całego kraju. Spojrzałem na dane, które ostatnio podał Dziennik Gazeta Prawna". Wynika z nich, że ceny w sklepach rosną szybciej tam, gdzie ludzie zarabiają najmniej. Na Podkarpaciu, gdzie średnie wynagrodzenie brutto nie przekracza 3094 zł miesięcznie, w 2011 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł 4,9%. W jeszcze biedniejszym Warmińsko-Mazurskim, ze średnim wynagrodzeniem brutto 3082 zł - wskaźnik inflacji "konsumpcyjnej" podliczono na 4,6%. A na najbogatszym Mazowszu, gdzie średnie wynagrodzenie, podbijane w znakomitej większości przez Warszawę, wynosi aż 4599 zł (czyli o 1517 zł więcej, niż na Warmii), wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniósł jedynie 3,7%, najmniej w kraju. W drugim najbogatszym województwie - Śląskim - gdzie wynagrodzenie statystycznie wynosi 3675 zł - inflacja "konsumencka" też nie przekroczyła 3,7%.

      Wynagrodzenia a inflacja 2011

      A jak już jesteśmy przy statystykach, to od razu Wam powiem, że jesienią zeszłego roku firma Home Broker liczyła na podstawie danych GUS strrukturę wydatków w naszych domowych budżetach. Wyszło jej, że utrzymanie jednej osoby w ramach gospodarstwa domowego kosztuje jakieś 1030 zł miesięcznie. W ramach tej kwoty 213 zł to przeciętne miesięczne koszty użytkowania mieszkania, 253 zł to wydatki na zywność, ponad 100 zł kosztuje transport, 44 zł opłaty telekomunikacyjne (telefony, internet itp.), ponad 50 zł miesięcznie jedna osoba wydaje na odzież i obuwie, a wszystkie inne wydatki - w tym lekarze, jednorazowe koszty i inwestycje, przyjemności - pochłaniają przeciętnie 370 zł miesięcznie. Oczywiście to przykład czysto statystyczny, bo jeśli zsumujecie swoje prywatne oszczędności, to z pewnością wyjdzie Wam coś innego. Wiele zależy od tego czy używacie samochodu, czy poruszacie się komunikacją miejską, czy macie kredyty hipoteczne albo samochodowe, czy zaopatrujecie się w hurtowniach, w Tesco, czy w Piotrze i Pawle...

      Struktura wydatków domowego budżetu Polaka

      Milion zmiennych, które sprawiają, że z tych statystyk najważniejsze są chyba proporcje - jedna czwarta przeciętnego budżetu to koszty mieszkania, jedna czwarta wydatki na żywność, a 10% - i jest to moim zdaniem zaniżony szacunek dla osób korzystających sporo z samochodu oraz zawyżony dla tych, którzy jadą do pracy autobusem - to transport. Z cytowanych przez Home Broker danych GUS wynika też, że w latach 2001-2011 - a więc przez ostatnią dekadę - koszty życia wzrosły w Polsce mniej więcej o 30%. Najbardziej poszły w górę koszty mieszkaniowe (67% w ciągu 10 lat), koszty transportu zwiększyły się o 41%, żywność podrożała o 35%, a z rzeczy które potaniały zwracają uwagę koszty interentowo-telekomunikacyjne (minus 3%) oraz odzież i obuwie (minus 38%). Co ciekawe, nasza sytuacja finansowa chyba nieco się w ostatnich 10 latach polepszyła, bo mimo wzrostu cen żywności przeznaczamy na nią niecałe 25% budżetu (jeszcze pięć lat temu było prawie 28%), a wydatki tzw. pozostałe, czyli m.in.przyjemności i zakupy różnych dóbr niepodstawowych, wzrosły z 32,6% do 35,8%.

      Struktura wydatków domowego budżetu Polaka

      Powracając to statystyk dotyczących tego, że w niektórych regionach Polski budżety rodzin są bardziej napięte, niż w innych - także z powodu większego wzrostu cen, wynikającego ze stosunkowo niewielkiej konkurencji i braku efektu skali w handlu - chciałbym wlać w Wasze serca trochę nadziei. W 2011 r. - jak wynika z danych cytowanych ostatnio przez "Rzeczpospolitą" - najszybciej bogaciły się regiony najbiedniejsze. To tam, choć wciąż wynagrodzenia są niskie, pieniądze mnożyły się szybciej, niż w regionach już bogatych, takich jak okolice łódzkie czy mazowieckie.

      Bogacące się regiony 2011

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Biednemu wiatr w oczy: utrzymanie osoby to 1030 zł miesięcznie, a ceny rosną...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2012 15:05
    • Czary przy skarbcu, czyli... bank sam zmienił klientowi lokatę na odnawialną!

      Żaden bank nie lubi jak mu klient wycofuje lokatę. Nie jest to ani fajne, ani miłe jak kasa najpierw na rachunku jest, a potem nagle znika. Zwłaszcza w banku, który tej kasy potrzebuje, bo nie ma bogatej mamusi z zagranicy, która w razie czego udzieli pożyczki podporządkowanej. To dlatego banki często dołączają do umów lokat zapis o automatycznej odnawialności depozytów. A czasem i stosują patenty, które mają dodatkowo klientów zniechęcić do zabrania pieniędzy. Złapał się na tym nawet sam autor „Subiektywnie o finansach”. Na szczęście bank, który ten chwyt zastosował, został najpierw znacjonalizowany a potem sprzedany. Mógłbym uznać, że to moja moc niezadowolenia to sprawiła, ale niestety obawiam się, że swoje dorzucił też światowy kryzys finansowy. :-) Nie ulega wszakże wątpliwości, że banki będą i w przyszłości wymyślały różne sztuczki, by raz pozyskanego depozytu bronić jak niepodległości. I nie chodzi bynajmniej o podwyższanie oprocentowania. O, nie...

      Chciałbym zainteresować Pana tematem dziwnych pomyłek związanych z lokatami w Getin Banku” - napisał mi kusząco pan Przemysław. „17 sierpnia 2011 r. założyłem dziesięć lokat pod nazwą "Lokata Wspólna", wszystkie trzymiesięczne, na 6,50% netto w skali roku. W momencie utworzenia lokat otrzymały one status "odnawialna". Jest to jedyny parametr  (poza likwidacją lokaty), który użytkownik może sam edytować - np. zmienić na "nieodnawialna". Zmiana ta wiąże się z koniecznością podania numeru rachunku, na który po zakończeniu lokaty mają trafić środki. Operację zatwierdza się kodem SMS generowanym przez bank. I tak właśnie zrobiłem ze wszystkimi moimi lokatami. Dla pewności sprawdziłem następnego dnia w internetowym systemie transakcyjnym wynik operacji. Wszystkie lokaty miały status "nieodnawialna”. Czyli tak, jak sobie zażyczyłem”. Skąd więc list do mnie? Otóż pewnego dnia pan Przemysław poczuł się dziwnie

      Czytaj też: Tajemnica? Bank nie chce poświadczyć klientowi stanu konta

      Data zapadalności lokat przypadała na 17.11.2011 r. Wtedy - zgodnie z moją dyspozycją - środki ze wszystkich moich lokat miały trafić na wskazany przeze mnie rachunek. Ale nie trafiły. I tu zaczyna się najciekawsze” - pisze mój czytelnik. Co się stało? „Getin Bank samodzielnie, postępując wbrew moim intencjom i dyspozycjom - zmienił status lokat z powrotem na "odnawialna" z terminem zapadalności na 17.02.2011 r. i oprocentowaniem 4,03% netto w skali roku. Zorientowałem się o tym samym dopiero 26.11.11 r. i natychmiast skontaktowałem się z biurem obsługi klienta Getin Banku. Usłyszałem standardową odpowiedź o możliwym błędzie systemu” - donosi pan Przemysław. Cóż, dzięki temu błędowi systemu parę złotych więcej pracuje zapewne dla banku dzięki osobom ze słabszym refleksem. Ktoś w banku wykaże progresję lokat i dostanie premię na koniec roku. Czyż to nie piękne?

      Idąc tym tokiem rozumowania – bank mógłby swobodnie zmieniać dyspozycje klientów według uznania, niekoniecznie zgodnie z interesem osób powierzających mu kapitał. Poważnie się zastanawiam czy i kogo należałoby o tym zawiadomić. Nadzór bankowy? Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów?” - zastanawia się pan Przemysław. „Jestem w trakcie pisania reklamacji.  Występuję z roszczeniem do Getin Banku. Mam dużo lepsze pomysły na spędzanie wolnego czasu niż pisanie reklamacji, ale cóż zrobić... Wygrałem już spory z ING, BZWBK i mam nadzieję, że z Getin Bankiem również” - kończy pełen zapału do walki czytelnik. Cóż, gdyby okazało się, że ofiarami tego błędu systemu jest więcej osób, niż tylko pan Przemysław, to by oznaczało, że błąd systemu jest... systemowy :-) .

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Samcik blox

      UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To wciąż jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”. Kapituła pod przewodnictwem nestora bankowców Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić, to zapraszam! Czekam na Facebooku, możesz opisać swój pomysł w komentarzu pod niniejszą notką albo napisać do mnie e-mail na adres maciej.samcik@gazeta.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Czary przy skarbcu, czyli... bank sam zmienił klientowi lokatę na odnawialną!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lutego 2012 09:00
  • czwartek, 23 lutego 2012
    • Zagwarantują rocznie 6% zarobku i do tego obiecują, że pobiją inflację. Warto?

      Jak policzył portal Comperia.pl, co najmniej dziesięć instytucji finansowych przedstawiło już swoje pomysły na IKZE - czyli na Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, nowy twór mający skłonić nas do oszczędzania na dodatkową emeryturę. Pisałem już w blogu, że IKZE nie daje rady w starciu z Indywidualnym Kontem Emerytalnym (IKE), które istnieje od długich lat i które założyło już 700.000 Polaków. Nie daje rady przynajmniej przy założeniu identycznych opłat i prowizji od IKE i IKZE. Zarówno IKE, jak i nowe IKZE to wehikuły pozwalające nie płacić od osiągniętych zysków podatku Belki. Ale żaden z tych produktów nie jest jest różą bez kolców. IKZE ma tę przewagę nad IKE, że daje ulgę podatkową. Dzięki niej rocznie można zaoszczędzić na podatku PIT jakieś 200-400 zł (w zależności od wpłacanych kwot). Z kolei IKE ma tę cechę, że na koniec oszczędzania nie płaci się ani "belkowego", ani żadnego innego podatku.A podatek Belki to straszne bydlę :-)

      A przy IKZE niespodziewanie pojawia się podatek dochodowy. I to on sprawia, że nie ma nadziei na to, iż ostateczna wartość dodatkowej emerytury z IKZE będzie wyższa niż ta osiągnięta w IKE. Ale to oczywiście nie przesądza, że całe to IKZE jest bez sensu. Ktoś może wybrać wariant z ulgą podatkową i niższą wypłatą w przyszłości. Albo IKZE z wyjątkowo niskimi opłatami, które rekompensują koszty podatku pobieranego na końcu całej zabawy. Tak czy owak marketingowa machina i tak ruszyła, a firmy finansowe - ubezpieczyciele, towarzystwa funduszy inwestycyjnych, a ostatnio także banki - zaczęły się prześcigać w prezentowaniu swoich pomysłów na IKZE.

      Byłem łaskaw skrytykować już ofertę firmy ubezpieczeniowej Aviva, która wystartowała z bardzo drogim rozwiązaniem - przynajmniej jeśli patrzeć na cennik, bo "w promocji" można kupić je taniej. Dziś kilka słów o innych pomysłach, bo może ktoś z Was ma chęć jednak skorzystać z IKZE. Porównajmy więc oferty poszczególnych firm i wybierzmy te, które teoretycznie się do czegoś nadają. Bo podatek dochodowy na końcu odkładania pieniędzy w IKZE to jedno, a prowizje płacone firmom finansowym to drugie. Jak już wybieramy IKZE, to wybierajmy takie, w którym nie będziemy ograbiani prowizjami pobieranymi od składek, ani opłatami za zarządzanie funduszami. Tymi, do których trafią finalnie pieniądze wpłacane na IKZE.

      Aviva IKZE folder

      Szczególnie denerwują mnie oferty z wysokimi opłatami od każdej składki. Powodują one, że firma inwestuje mniej pieniędzy, niż wpłacimy. Przykładowo: jeśli wpłacę 100 zł, a firma prowadząca IKZE potrąci od razu 5 zł opłaty od składki, to na emeryturę pracować będzie tylko 95 zł. Nawet jeśli te 95 zł da 10% zysku, to będę miał 104,5 zł, a nie 110 zł, które bym miał, gdyby opłaty od składki nie było. Co prawda to koszt niepowtarzalny, w kolejnym roku już opłaty od składki nie będzie, ale i tak mnie takie prowizje drażnią. Przyjrzę się też opłatom za zarządzanie funduszami w ramach IKZE. Ta opłata jest nawet ważniejsza, niż opłata od składki. Po pierwsze dlatego, że nie jest jednorazowa, a po drugie dlatego, że jest pobierana od łącznej wartości rejestru, a nie od pojedynczej składki. Na rynku kapitałowym przeciętna długoterminowa roczna stopa zwrotu to 7-8%. Nawet jeśli spece z funduszy staną na rzęsach i będą systematycznie bili benchmarki, to wykręcą góra 9% średniorocznego zysku. A jak z tego zarobku firma pobierze np. 4% rocznej opłaty za zarządzanie, to wynik netto dla klienta wyniesie nie więcej, niż 5% w skali roku. Takie zyski firmy prowadzące IKZE mogą sobie wsadzić wiecie gdzie. Można je osiągnąć na zwykłej lokacie. A przeciętne obligacje rządowe dadzą nawet więcej.

      W wysokich opłatach od składki celują zwłaszcza firmy ubezpieczeniowe. We wspomnianej ofercie Aviva poza promocją wynoszą 4-8%, do tego dochodzi maksymalnie 3,5% za zarządzanie funduszem. Za dużo. Poza nawias wyrzucamy też od razu PZU Życie z opłatą od składki 3-4% oraz prowizją za zarządzanie 4,5% (mają teraz jakąś promocję, ale skończy się w przyszłym roku, więc nie warto brać jej pod uwagę). Na śmietnik historii winna też trafić oferta towarzystwa emerytalnego PTE PZU, które weźmie na początku 3,4% od każdej składki i ma furę opłat za zarządzanie: 2,99% stałej plus 1 zł plus jeszcze success-fee za każdy wyższy zysk..Rady nie daje też TFI Pioneer Pekao, które sadzi opłatę od składki nawet 5% (po 4 latach łaskawie daje 30% zniżki, wow, prawie się wzruszyłem). TFI Legg Mason ma jeszcze inaczej: wymodzili jednorazową opłatę 400 zł przy założeniu rejestru IKZE i do 3,5% za zarządzanie funduszami. Wiadomo, że po kilku latach się ona zamortyzuje, ale nie rozumiem idei walenia ludzi w łeb taką prowizją od razu na samym początku.

      W ten sposób na starcie połowa ofert IKZE okazała się mało interesująca. Zostaje pięć. Wypada pożegnać się z IKZE w Kredyt Banku, który co prawda - to miły gest - nie pobiera żadnej opłaty od składki, ale za to czochra klientów aż 4%-ową opłatą za zarządzanie najbardziej aktywnymi funduszami. To za dużo. Z pewnym bólem muszę też skrytykować ofertę IKZE w ING Życie, w której jest taka sama struktura prowizji, jak w Kredyt Banku, z tą różnicą, że opłata za zarządzanie wynosi maksymalnie 3%, a nie 4%, jak u konkurenta. To już jest niezła oferta, ale te 3% to jeszcze ciut dla mnie za dużo. Waham się co do oceny oferty Metlife Amplico. Tu jest co prawda opłata od składki w wysokości do 2,5% (ale po zebraniu 10.000 zł jest to już 1,5%), ale firma być może nadrabia to częściowo opłatami za zarządzanie, które wynoszą maksymalnie 2,5%, czyli znacznie mniej, niż u większości konkurentów. Na tym tle naprawdę przyzwoicie prezentuje się oferta IKZE w firmie ubezpieczeniowej Pramerica, w której nie ma opłat od składki, zaś opłaty za zarządzanie funduszami kończą się na poziomie 2,5%. Tak przynajmniej twierdzi portal Comperia.pl, bo jak wejdzie się na internetową stronę Pramerica, to próżno szukać tam jakiejkolwiek oferty IKZE. Być może jest, ale głęboko zakonspirowana. I wcale nie jestem pewien, czy też nie sprzedawana pakietowo z jakimś innym badziewiem... 

      Osobny akapit poświęcam ofercie Deutsche Banku PBC. Na pierwszy rzut oka jest ona naprawdę bombowa. Nie ma ani opłaty za zarządzanie, ani opłaty od składki, a na dodatek można wybrać jeden z dwóch wariantów - albo gwarantowana stopa zwrotu 6% w skali roku przez 10 lat, albo gwarantowane oprocentowanie w wysokości inflacji powiększonej o 2% (w sensie: o dwa punkty procentowe - i też pewnie wyjdzie w okolicach 6%). Co prawda takie ujęcie sprawy de facto pozbawia inwestora szans na skorzystanie z giełdowej hossy, bo IKZE przypomina tu lokatę na stały procent albo obligację indeksowaną inflacją. I byłbym skłonny zaakceptować tylko tę drugą opcję, bo ofertę 10-letniej lokaty na stały procent skrytykowałem niedawno w Alior Banku). Ale bezpieczny wariant IKZE z oprocentowaniem indeksowanym inflacją? Czemu nie? Kłopot w tym, że IKZE w Deutsche Banku jest nakładką na program inwestycyjny db Emerytura, który ma tę nieprzyjemną cechę, że zawiera w sobie opłatę administracyjną w wysokości 10 zł miesięcznie. Dopiero zobowiązując się do wpłacania przez 10 lat co najmniej po 100 zł miesięcznie (to dolny limit wartości inwestycji) uzyskujemy prawo do zainwestowania pieniędzy w IKZE reklamowanym zresztą bardzo fajnie: jako wizja przyszłości niczym "na niemieckiej emeryturze".

      Mamy więc pakiet dwóch produktów - zgrabny, bo jeden z nich (podstawową db Emeryturę) możemy użyć do inwestowania w fundusze agresywne (opłata za zarządzanie to 2%, więc nie ma dramatu), a drugi (IKZE) potraktować jako 10-letnią obligację dającą w dodatku ulgę podatkową. Ale trzeba jeszcze zmierzyć się z opłatą administracyjną - 10 zł miesięcznie. I przeliczyć ją na całą wartość naszej inwestycji. Policzmy. Jeśli zarabiamy 4000 zł brutto, to do IKZE możemy włożyć, zgodnie z limitami ustawowymi, 1920 zł rocznie, czyli 160 zł miesięcznie. W sumie więc musimy inwestować w skali miesiąca co najmniej 100 zł w db Emeryturę i możemy maksymalnie 160 zł w IKZE, płacąc za wszystko 10 zł opłaty administracyjnej. De facto więc koszty administracyjne całej zabawy (równoważnik opłaty od składki) wynoszą 3,8%.  Z kolei przy zarobkach 2000 zł brutto do IKZE możemy włożyć już tylko 80 zł miesięcznie (limit ustawowy), czyli łączna składka miesięczna (licząc z umową podstawową - minimum 100 zł) wyniesie 180 zł. W tym wypadku 10 zł miesięcznych kosztów od tej kwoty przekłada się na równoważnik opłaty od składki rzędu 5,5%. A to już jest sporo. Inna sprawa, że w IKZE nie ma już opłaty za zarządzanie, a w db Emerytura jest ona umiarkowana - 2%. Mamy więc w sumie dość tani miks o niecodziennej strukturze opłat - średnio 0,8-1% za zarządzanie całym portfelem i 3,8-5,5% opłaty od składki - i z częściową ochroną antyinflacyjną. Sam nie wiem co o tym myśleć. A Wy?

      DB jak na niemieckiej emeryturze

      Czekam na kolejne oferty IKZE. Drodzy bankowcy, ubezpieczeniowcy, funduszowcy - jeśli chcecie trafić do historii przemysłu emerytalnego w Polsce, to oczekuję, że wejdziecie na rynek z ofertami cechującymi się brakiem opłat od składki i niskimi - bo przecież nawet te 2,5% w skali roku to jest obiektywnie rzecz ujmując rozbój w biały dzień - opłatami za zarządzanie. Pamiętajcie, że jeśli zyskacie uznanie ekspertów, a przede wszystkim klientów, nawet z opłatami za zarządzanie na poziomie 1% będziecie żyli jak pączki w maśle. Przyciągniecie mnóstwo klientów, ich pieniędzy na kilkadziesiąt lat, a przy okazji będziecie mogli zaproponować zadowolonym posiadaczom IKZE także inne formy inwestowania, np. "gołe" fundusze inwestycyjne, polisy unit-link (mimo, że za nimi nie przepadam) i inne cuda. A poza tym... przecież pieniądze to nie wszystko :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Zagwarantują rocznie 6% zarobku i do tego obiecują, że pobiją inflację. Warto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 lutego 2012 09:25
  • środa, 22 lutego 2012
    • Odsetki dają w necie wysokie, ale... czy otwieranie konta jest bezpieczne?

      W ostatnich miesiącach głośno było o wejściu na rynek nowego gracza na rynku bankowym. A właściwie nowego-starego, bo przecież mówimy tylko o nowej marce stworzonej w internecie przez BGŻ - bank, który działa od lat w bankowości tradycyjnej. BGŻ Optima w miesiąc pozyskał 40.000 klientów, dając najwyższe oprocentowanie na rynku. Ale dość szybko spuścił z tonu, bo wystarczyły dwa-trzy tygodnie, by po cichu wycofał się z oferowania najbardziej korzystnych lokat z dzienną kapitalizacją i obniżył nieco oprocentowanie. Ostatnio proponuje Lokatę Bezkarną na 6,3% w skali roku, z możliwością zerwania jej w każdym momencie. Cóż, bywało już lepiej... Ale i tak jego przykład pokazał, że magia wysokich procentów wciąż na Polaków działa.

      BGŻ Optima

      Można powiedzieć, że BGŻ Optima padł ofiarą własnego sukcesu, bo w pierwszych tygodniach nie był w stanie obsłużyć wszystkich klientów. Na infolinię nie można było się dodzwonić, na e-maile bank odpowiadał z kilkudniowym opóźnieniem, tokeny służące do zatwierdzania transakcji bank wysyłał klientom z kilkutygodniowym opóźnieniem, no i generalnie to wejście smoka było też organizacyjną porażką. Kiedy opadł bitewny kurz klienci Optimy zaczęli chłodnym okiem oceniać nowy bank. I zaczęli zauważać również jego słabsze strony. Pojawiły się zarzuty, że bank przegina z bezpieczeństwem - konieczność zatwierdzania DigiPassem nawet wewnętrznych przelewów między kontami i brak możliwości tworzenia portfeli transakcji zatwierdzanych jednym hasłem oznacza, że operowanie na koncie jest po prostu niewygodne.

      Sprawdź też: kto zgarnia połowę przyrostu nowych ROR-ów na rynku!

      Ale zarzuty dotyczące nadmiernej dbałości o bezpieczeństwo są mniej istotne od tych, które mówią o bezpieczeństwie zbyt niskim. A i takie się pojawiły. Napisał do mnie pan Adam: „W listopadzie napisał Pan o nowym banku internetowym - BGŻ Optima. Przeczytałem wpis, obejrzałem stronę banku, przejrzałem regulamin i... zapisałem się do niego. Pełen entuzjazmu zleciłem otworzenie lokaty na 3000 zł. Był 14 listopada. Już 16 listopada dostałem maila od BGŻ Optima, że przelew został zaksięgowany, konto aktywowane, że pocztą wysyłają do mnie DigiPass i PIN do niego. Trochę zaniepokoiłem się, że wysyłają mi mailem zarówno token jak i PIN do niego - nieuczciwy listonosz, albo ktokolwiek ze smykałką do otwierania zamków w skrzynkach pocztowych może mi ukraść dostęp do konta...”. A propos poczty: :-)

      „28 listopada, równo dwa tygodnie od aktywowania konta zadzwoniłem do BGŻ Optima (na infolinię) i zapytałem czemu jeszcze nie mam żadnej z wysłanych do mnie przesyłek. Miła pani wyjaśniła, że zaraz powinny dotrzeć, że lokata jest i żebym uzbroił się w cierpliwość. Dopytałem czy ktoś, kto przejmie obie przesyłki faktycznie uzyskuje pełen dostęp do konta - miła pani potwierdziła, lecz zapewniła że przelew z BGŻ Optima można zrobić tylko na rachunek powiązany, czyli ten z którego nastąpił przelew inicjujący. 22 grudnia znów zadzwoniłem już mocno zirytowany, bo przesyłek wciąż nie było - może i nikt nie może wziąć tych pieniędzy dla siebie, ale od półtora miesiąca ja też nie mam do nich dostępu! W BGŻ Optima mam lokatę jednodniową, a tymczasem przez 6 tygodni nie mogę skorzystać z moich pieniędzy - coś jest bardzo nie w porządku!

      Wszystko w końcu Doszło. Aktywowałem DigiPass, zalogowałem się do systemu BGŻ Optima i w ciągu pięciu minut znalazłem opcję, pozwalającą zmienić numer rachunku powiązanego!  Co to oznacza? Gdy otwieramy konto w BGŻ Optima i przelewamy tam jakiekolwiek pieniądze, to dopóki nie dostaniemy do ręki DigiPass'a i tokena, ktokolwiek może te przesyłki ukraść, przywłaszczyć i bez najmniejszych trudności zmienić rachunek powiązany na dowolny inny, a następnie przelać tam pieniądze. Przesyłanie numeru klienta, urządzenia i kodu do niego tym samym kanałem to głupota. PIN do DigiPass jest i tak jednorazowy, trzeba go zmienić podczas aktywacji urządzenia. Można więc wysłać go SMS-em lub e-mailem - sam kod bez urządzenia i numeru klienta jest bezużyteczny. Numer klienta mógłby być w umowie, wysyłanej do klienta e-mailem, nie na kartce dołączonej do DigiPass'a.

      Jedno urządzenie i dwa numery potrzebne do zalogowania. Wszystkie wysłane jednym kanałem. Modelowy przypadek dla studentów, na wykład pt: „Jak nie należy tego robić". I to raczej na pierwszym roku studiów niż na studiach doktoranckich. Mierzi mnie też możliwość zmiany rachunku powiązanego. Wymaga to podania numeru klienta, skorzystania z DigiPass’a, oraz wykonania przelewu z nowego rachunku powiązanego na kwotę min. 1 zł. Nie rozumiem też dlaczego PIN do DigiPass’a musi mieć pięć cyfr. Rozumiałbym, gdyby musiał mieć minimum pięć cyfr. Ale akurat ja chciałbym mieć kod dłuższy i nie jest dla mnie problemem zapamiętanie go. Po diabła to ograniczenie? Tym bardziej, że kody generowane przez DigiPass mają po sześć cyfr. Widać zresztą, że cały system jest mało nowoczesny. Gdy klikamy ikonkę logowania otwiera się nowe okno przeglądarki, nie nowa karta. Mam nieodparte wrażenie, że projektował to ktoś, kto ma już wnuki. Największym usprawnieniem w Firefox 1.0 były taby (czyli karty). Był listopad 2004, minęło ponad siedem lat i karty są nawet w Internet Explorer. choć pojawiły się tam dużo później.

      Projektowanie serwisu BGŻ Optima zaczęło się może rok temu, może aż 18 miesięcy temu. Czy ktoś choćby sprawdził jakie są standardy rynkowe?” - pyta pan Adam, wkurzony nie na żarty. „BGŻ Optima daje dobre oprocentowanie oraz nie wymaga przychodzenia do lokalu by założyć rachunek. To plus. Pieniądze w dalszym ciągu u nich mam i na razie tak zostanie, ale projektant ich serwisu powinien zostać napiętnowany za błędy, jakich się dopuścił.  Wiem, że pewnie wielu użytkowników nazwie mnie idiotą lub gorzej, ale stary już przecież serwis mBanku jest dużo lepiej zaprojektowany, jeśli chodzi o wygodę użytkowania. Gwoli wyjaśnienia - serwis mBanku jest dużo obszerniejszy, więc by porównać proszę rozważyć tylko część dotyczącą danych użytkownika oraz rachunków, bez kart, ubezpieczeń, rachunków maklerskich, kredytów itd.” - dodaje pan Adam.

      A tymczasem... Alior Bank przygotowuje internetową rewolucję, będzie syn

      Zarzuty są mocne, więc nie myśląc wiele od razu zwróciłem się do zarządu BGŻ Optima o odniesienie się do nich. Bo rzeczywiście nie byłoby dobrze, gdyby ktoś - przejmując token, PIN do niego i numer klienta - mógłby dobrać się do wcześniej przelanych na konto przez klienta pieniędzy. Co prawda mało kto z klientów Optimy przelewa duże kwoty zanim nie dostanie tokena (zwykle klienci minimalistycznie przelewają tylko 1 zł, co wystarczy jako weryfikacja danych), ale ja sam tak właśnie zrobiłem. Od razu wrzuciłem do Optimy pieniądze na lokatę i poczekałem prawie tydzień na token i PIN. Oto oświadczenie na temat bezpieczeństwa, które dostałem od BGŻ Optima:

      Pieniądze zgromadzone na rachunkach klientów BGŻ Optima są w pełni bezpieczne. Przesyłamy pocztą urządzenia i dane konieczne do zalogowania się, jednak w dwóch oddzielnych przesyłkach. Przesyłki nadawane są pocztą priorytetową w odstępie co najmniej 3 dni, tak, aby dotarły do klienta w różnym czasie. W analogiczny sposób wiele innych banków przesyła na przykład karty kredytowe, a następnie kod PIN do nich. Dodatkowo, nawet gdyby osoba nieuprawniona przejęła obie przesyłki (z digipassem i PIN-em), mogłaby przelać środki jedynie na konto powiązane posiadacza rachunku. Proces otwarcia konta we wszystkich naszych siostrzanych bankach na świecie opiera się na tym samym modelu przekazywania klientowi narzędzi niezbędnych do zarządzania środkami. Nie zanotowano nigdy sytuacji, w której osoba nieuprawniona uzyskałaby dostęp do konta klienta i przelała je na inne niż konto wskazane przez klienta. Do dzisiaj w BGŻ Optima konto oszczędnościowe założyło blisko 40.000 klientów i do tej pory nie mieliśmy żadnej sytuacji, która sugerowałaby że w Polsce ten model się nie sprawdza. Odwrotnie, mieliśmy klientów, którzy dziwili się że zgodność danych w koncie powiązanym jest aż tak szczegółowo weryfikowana.

      Jeśli jednak hipotetycznie by się tak zdarzyło, to i tak osoba nieuprawniona nie będzie miała możliwości  dokonania zmiany rachunku powiązanego. Zmiana taka nie następuje bowiem automatycznie. Aby do niej doszło, musi najpierw przyjść przelew z nowego rachunku i jeśli dane na przelewie zmieniającym rachunek powiązany nie zgadzają się z danymi na oryginalnym wniosku internetowym o otwarcie konta - bank nie dokona zmiany rachunku powiązanego. W takiej sytuacji bank skontaktuje się z klientem i poinformuje, że dane na przelewie nie są zgodne i nie może zmienić rachunku. Gdyby okazało się, ze to nie klient próbował dokonać tej zmiany wskazując że DigiPass dostał się w niepowołane ręce, bank natychmiast odłącza DigiPass od konta klienta i uzgadnia z klientem sposób przesłania nowego DigiPassu, na przykład kurierem”. To mnie trochę uspokoiło. Aczkolwiek zgodzę się z moim czytelnikiem, że ideałem z punktu widzenia bezpieczeństwa byłaby sytuacja, w której klient otrzymuje różne elementy służące mu do autoryzacji różnymi kanałami dystrybucji - np. pocztą i e-mailem lub pocztą i SMS-em. Słuszne są też uwagi pana Adama dotyczące dość archaicznej budowy serwisu internetowego BGŻ Optima. Ale póki bank ten nie będzie chciał rywalizować z mBankiem na wszystkich polach bankowości internetowej niedociągnięcia są chyba do przełknięcia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Odsetki dają w necie wysokie, ale... czy otwieranie konta jest bezpieczne?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 22 lutego 2012 17:41

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line