Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Krytyka dała im do myślenia? "Bezzwrotna pożyczka" bardziej... bezzwrotna

      Niektórzy z Was pewnie zauważyli, że Idea Bank nie ma u mnie zbyt dobrej prasy. Nie o to chodzi, że nie doceniam starań tego banku na niwie innowacyjności - przeciwnie, zachwycałem się jego pomysłami na lokaty antybelkowe, ostatnio doceniłem nawet ciekawą polisolokatę, choć z listów czytelników wynika, że jestem jedyną osobą spoza Idea Banku, która rozumie o co w niej biega. Nie lubię natomiast przerostu formy nad treścią, czyli marketingu nad realnymi korzyściami. Dlatego bezwzględnie i bezlitośnie, napędzany najgorszymi instynktami, miażdżę i równam z glebą te wszystkie nowinki, które na kilometr śmierdzą ściemą - bezzwrotna pożyczka, składki na ZUS w prezencie i inne dyrdymały. Fajnie jeśli bank jest innowacyjny i ma nowe pomysły, ale jeśli te pomysły polegają, żeby ten sam szmelc co zawsze (czyli przykładowo pożyczkę na 24% w skali roku) opakować w ładny papierek i sprzedawać jak coś, co klient dostaje w prezencie... No, po prostu dostaję białej gorączki jak widzę takie chwyty. I może dzięki temu, że jej dostaję, czasem jakiś bank postanowi coś zmienić w polityce sprzedażowej i np. wycofać z oferty jakiś wyjątkowo szkodliwy społecznie szmelc.

      Jakiś czas temu nie pozostawiłem suchej nitki na "Bezzwrotnej pożyczce", jednym z flagowych produktów Idea Banku. Wykazałem czarno na białym, że "bezzwrotność" jest w tym przypadku czystą podpuchą i ściemą, bo klient zapłaci w odsetkach więcej, niż wynosi kapitał pożyczony przez bank (ergo: tenże bank może go spokojnie umorzyć, bo i tak swoje zarobi). Pisałem też, że interes polega na założeniu sobie przez klienta finansowej pętli na szyję na jakieś 10 lat. Warunki kredytu przewidywały bowiem, że aby pożyczka była rzeczywiście "bezzwrotna", trzeba mieć przez 10 lat konto firmowe w Idea Banku (które - gwarantuję Wam - wcale nie będzie zawsze bezpłatne). Innym warunkiem było korzystanie z abonamentu w firmie księgowej Tax-Care, która należy do tej samej grupy, co Idea Bank. Też na razie bezpłatne, ale po roku już za co najmniej 99 zł miesięcznie. W sumie więc - pożyczka "bezzwrotna"była  tylko z nazwy, a cenę za tę fatamorganę Idea Bank wyznaczył wysoko - miks zobowiązań będących dla klienta finansową bombą zegarową. 

      Wiem z licznych sygnałów od czytelników, że mój wpis o "bezzwrotnej" był często stosowaną wśród klientów Idea Banku podstawą do odrzucania propozycji zgłaszanych przez sprzedażowców banku. Wiem też, że stał się przyczyną frustracji wielu pracowników, którzy nie po to naganiali klientów do tego badziewia, zeby jakiś-tam Samcik psuł im biznes. (widzicie jak ja się dla Was poświęcam?). Ale widzę, że się opłaciło. Napisał do mnie klient Idea Banku, który doniósł mi, że ta instytucja po cichutku, być może na fali krytyki, poprawiła warunki "bezzwrotnej". Wniosek taki wynika z odpowiedzi, którą pan Sławek otrzymał od pracownicy banku po tym, jak odmówił skorzystania z "bezzwrotnej", korzystając z wypróbowanej wymówki "bo Samcik powiedział". "Wygląda na to, że ten artykuł jest nieaktualny. Do pożyczki bezzwrotnej nie potrzeba korzystać z abonamentu Tax-Care. Oprocentowanie natomiast nie wynosi 24%, jak jest napisane, ponieważ zostało zmniejszone do 15%" - napisała konsultantka. I dorzuciła rezolutnie: "Spotkanie przecież nie zmusza do skorzystania z czegokolwiek, dlaczego więc sugeruje się pan postronnymi opiniami, a nie sprawdzi oferty u źródła?"

      Zerknąłem na stronę internetową Idea Banku i na kartę informacyjną "bezzwrotnej". Rzeczywiście, wycięli obowiązek posiadania abonamentu w Tax-Care oraz zwiększyli wartość pożyczki z 15.000 zł na 25.000 zł. Oprocentowania w nowej wersji nie znalazłem, ale zakładam, że podpisana z imienia i nazwiska pracownica banku nie wciskała mojemu czytelnikowi kitu - i że rzeczywiście ścięli je do 15%. Przy tych warunkach "bezzwrotna" przestaje być produktem szkodliwym społecznie i ewidentną pułapką. Owszem, przy kwocie 25.000 zł i dziesięcioletnim okresie spłaty rat, suma samych odsetek sumuje się do jakichś 24.000 zł, więc bank odzyska to, co pożyczył. Ale to wygląda znacznie lepiej, niż poprzednio (wtedy bank gwarantował sobie w "bezzwrotnej" nie tylko odzyskanie pożyczonych pieniędzy, ale i godziwe odsetki). Teraz nie ma też haczyka w postaci abonamentu Tax-Care. Wśród kłopotliwych warunków pozostaje możliwość, że konto w Idea Banku (które trzeba mieć) stanie się płatne oraz to, że wystarczy jedna spóźniona rata, żeby "wykasować" sobie bonus w postaci "bezzwrotności". A to naprawdę jest trudne nie spóźnić się ani razu przez 10 lat :-). Z tego powodu wciąż nie jestem fanem tego produktu Idea Banku, choć doceniam, że ktoś poszedł po rozum do głowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Krytyka dała im do myślenia? "Bezzwrotna pożyczka" bardziej... bezzwrotna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 13:54
  • środa, 27 lutego 2013
    • Za szybcy, za wściekli: czy władzę w KNF przejmują "rozkręcacze"?

      Po środowej decyzji Komisji Nadzoru Finansowego, która rozluźniła bankom obostrzenia zawarte w tzw. Rekomendacji T, krzywy los wielu z Was się odmieni. Kowalskim i Nowakom ulży zdjęcie obowiązującego banki zakazu kredytowania osób, które dziś już mają wysoko zadłużony budżet domowy. Do tej pory bank nie mógł udzielić kredytu komuś, kto miał współczynnik DtI (debt to income, a po ludzku: dług do dochodu) powyżej 50%. Czyli - mówiąc wprost - przeznacza na spłaty rat ponad połowę swojej pensji. W przypadku osób zarabiających powyżej średniej krajowej limit wynosi 65%. Po zmianie Rekomendacji T żadnego limitu nie będzie, bank sam będzie decydował czy klient ma wiarygodność kredytową, czy też nie. Zyska ten, kto dobrze zarabia, ale ma kilka kart kredytowych, obciążających jego budżet, a zamiast umowy o pracę ma zlecenie i nieregularne dochody. Z punktu widzenia banku taki ktoś mógłby dostać kredyt, ale dziś Rekomendacja T mu tego zabrania. Zniesienie regulacji DtI ma wielkie znaczenie zwłaszcza dla banków żyjących z działalności typu consumer finance, czyli z udzielania szybkich, lecz dość drogich pożyczek gotówkowych. 

      Druga rzecz, która się zmieni, to powrót do możliwości udzielania przez banki kredytów "na gębę", czyli w tzw. procedurze uproszczonej (bez konieczności okazywania zaświadczeń o zarobkach). Przez ostatnich kilka lat uproszczona procedura kredytowa w bankach po prostu nie istniała. Niektóre banki próbowały omijać ograniczenia, pozyskując informacje o naszych dochodach za pomocą specjalnych "robotów" lub zasłaniając się segmentacją klientów i statystycznym badaniem ich dochodów (czyli mówili tak: tysiąc obsługiwanych przez nas lekarzy zarabia średnio 8.000 zł miesięcznie, więc ten konkretny kredytobiorca nie musi przynosić zaświadczenia o zarobkach, bo najpewniej zarabia ok. 8.000 zł). Ale nie ma co kryć, że kredyt od ręki był dla większości z nas marzeniem ściętej głowy. Teraz banki będą mogły stosować uproszczoną procedurę przynajmniej dla niektórych klientów. W przypadku pożyczek ratalnych, które bierzemy często już w sklepach, "na gębę", bank będzie mógł dać klientowi do ok. 20.000 zł (czterokrotność średniego wynagrodzenia w przedsiębiorstwach, podawaną przez GUS). W przypadku pożyczek gotówkowych klient z ulicy będzie mógł w uproszczony sposób dostać niecałe 5.000 zł (jednokrotność średniej płacy krajowej). A np. ten, którego bank już zna od co najmniej pół roku (bo np. człowiek ma tam konto) - nawet 30.000 zł. Ten z roczną historią pożyczy w uproszczony sposób - o ile bank mu na to pozwoli - nawet ponad 50.000 zł. Starczy na niezłe auto. Zmiany oczywiście nie dotyczą kredytów hipotecznych, tu nic się nie zmieni.

      Czytaj też: Koniec kredytów hipotecznych bez wkładu własnego już tuż!

      W sumie więc - będzie łatwiej o kredyt ludziom, którzy dziś mają już sporo długów i dla tym, którzy chcieliby szybko i bez formalności pożyczyć małą kwotę na lodówkę, czy pralkę. A wreszcie tym, którzy mają dość zażyłe relacje ze swoim bankiem (a więc są klientami dość niskiego ryzyka). Czy to dobra zmiana? Rozumiem intencje KNF, ale mam pewne wątpliwości. Niektóre banki znów - jak w latach kredytowego boomu 2007-2008 - mogą dostać głupawki i zacząć seryjnie wpuszczać ludzi w długi. Cała nadzieja w tym, że: a) bankowcy się czegoś nauczyli podczas ostatnich kryzysów i zakres głupawki będzie ograniczony, dotykając tylko małych, najbardziej agresywnych banków, oraz b) banki dzięki nowym zasadom zdołają odciągnąć przynajmniej część ludzi, znajdujących się w nie najlepszej sytuacji, od firm pożyczkowych, w których miesięczny koszt pożyczki jest wyższy, niż w banku kosztuje kredyt, ale... w skali roku. Firmy pożyczkowe bardzo szybko się rozwijają i nawet jeśli jest prawdą to, co mówią - że jedynie uzupełniają ofertę banków, pożyczając ludziom małe kwoty na chwilkę - może przyda im się większy oddech banków na plecach?

      Mój kłopot polega na tym, że duża część argumentacji przemawiającej za rozluźnieniem polityki kredytowej banków - a zwłaszcza za zielonym światłem dla kredytowania osób przeznaczających ponad 50% swoich dochodów na spłatę starych długów - opiera się na hipotezie, że dzięki temu ludzie przestaną się zadłużać w jeszcze niebezpieczniejszy sposób. Czyli w firmach pożyczkowych. Niestety, mam dość mocne przekonanie, że "współodwiedzalność" oddziałów banków i placówek pośredników jest niewielka. Albo ktoś wypadł już z obiegu bankowego i pożycza u "lichwiarza", albo pożycza w banku i na firmę pożyczkową nawet nie spojrzy. Jeśli założymy, że rzeczywiście tak jest, to odkręcanie na hurra śruby bankom nie zmniejszy wcale popularności firm pożyczkowych, a może zwiększyć ryzyko kolejnej fali przekredytowania ludzi przez banki. Zwłaszcza, że banki pożyczają zwykle większe pieniądze, niż kilka stówek, czy 1.000 zł, które ludzie biorą od Providenta lub od jednego z tabunów jego konkurentów. Zwykła karta kredytowa z limitem na 10.000 zł może człowieka pogrążyć znacznie szybciej, niż 500 zł chwilówki, z której po miesiącu trzeba oddać 600 zł. Choć jeśli za miesiąc znów weźmiemy chwilówkę i musimy oddać już 800 zł, to i firma pożyczkowa może człowieka koncertowo utopić...

      Czytaj: Utopiliśmy 2,1 mld zł w parabankach. A walka z lichwą się rozłazi...

      Rozluźniając śruby kredytowe nie mamy dobrej tamy na wypadek jakichś zjawisk powodziowych. Mówiąc wprost: z luzowaniem regulacji kredytowych poczekałbym - będąc na miejscu członków KNF - do czasu poprawienia ustawy o upadłości konsumenckiej. Skoro otwieramy furtkę do kredytowania przez banki osób, które już dziś mają nos tuż nad wodą (powiedzmy sobie szczerze: ponad 50% zarobków na raty kredytów przeznaczają osoby, którym stosunkowo niewiele brakuje do statusu bankruta). Upadłość ma być poprawiona, ale nie wiadomo kiedy. Na razie z jej dobrodziejstw nie może skorzystać prawie nikt. A tymczasem niektórzy członkowie KNF postanowili jeszcze "poprawić" rekomendację firmowaną do tej pory przez przewodniczącego Jakubiaka i jego srogiego wice Wojciecha Kwaśniaka. I ostatecznie przegłosowali limity dwa razy luźniejsze, niż przewidywał pierwotny projekt. Doszło przez to do idiotycznej sytuacji, w której szef i wiceszef nadzoru - którzy, nota bene, będą musieli tę rekomendację stosować - głosowali przeciwko niej. Zostali przegłosowani przez tych członków KNF (związanych z rządem i prezydentem), którzy na pierwszym miejscu stawiają walkę o rozkręcenie kredytów.

      Jest jeszcze gorzej: czterej członkowie KNF - Witold Koziński (nominat NBP), Ludwik Kotecki (przedstawiciel Ministerstwa Finansów), Jacek Męcina (przedstawiciel Ministra Pracy i Polityki Społecznej) oraz Jerzy Pruski (nominat Prezydenta RP) skasowali z ostatecznego brzmienia Rekomendacji T pewien "bezpiecznik" - ten, że uproszczonej procedury kredytowania nie mogłyby stosować banki, które mają zbyt niski współczynnik wypłacalności (poniżej 12%), zbyt niski współczynnik kapitałów najwyższej jakości (tzw. Tier I) i nie spełniają jeszcze dwóch innych warunków. Mamy więc sytuację, w której banki mogą bez ograniczeń nadzorczych kredytować osoby mocno zadłużone, mają otwartą furtkę do stosowania uproszczonej procedury badania zdolności kredytowej, a do tego mogą szaleć niezależnie od ich sytuacji finansowej.  Większość członków KNF opowiedziała się za realizowaniem doraźnego interesu, polegającego na rozkręcaniu koniunktury na rynku kredytów. Realizowanie zamówień rządu na taką czy inną politykę kredytową legło u podstaw amerykańskiego kryzysu finansowego 2008-2010, który rozlał się na cały świat, więc nie jest to zarzut błahy. Oczywiście skala decyzji nie ta i konsekwencje wcale nie muszą być tragiczne, ale...

      Oczywiście można spojrzeć na ten fakt życzliwiej i powiedzieć, że KNF wreszcie skończyła z "doktrynerstwem" i zaczęła zauważać, że żyjemy w realnym świecie i w uwarunkowaniach ekonomicznych, które trzeba brać pod uwagę. Solidna grupa pod wezwaniem, która przeprowadziła w KNF swoisty "przewrót pałacowy" i przegłosowała projekt Rekomendacji T w ostatecznej formule, ma dość solidne alibi. Idźmy po kolei: Witold Koziński z NBP (alibi: bank centralny chce walczyć z lichwiarzami i przekierować pożyczki do banków, więc grzechem byłoby nie rozluźnić), Ludwik Kotecki, nominat Ministerstwa Finansów:(alibi: rząd potrzebuje natomiast szybko impulsu popytowego dla gospodarki, więc grzechem byłoby nie rozluźnić). Jacek Męcina (też przedstawiciel rządu, więc uzasadnienie jak wyżej, grzechem byłoby nie rozluźnić) i Jerzy Pruski (przedstawiciel prezydenta, alibi: Bronisław Komorowski niedawno już mówił, że grzechem jest nie rozluźnić, chciał nakazać bankom udzielanie kredytów ludziom zatrudnionym na umowę o dzieło). Nie zazdroszczę tej wesołej ekipy ani przewodniczącemu Jakubiakowi, ani jego zastępcy - Wojciechowi Kwaśniakowi. Bo na koniec dnia to oni będą musieli się tłumaczyć z tego, co ewentualnie narozrabiają "rozkręcacze".  Hymn KNF pod nową siłą przewodnią powinien brzmieć: "Jestem luźny, luźny tak"... :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Za szybcy, za wściekli: czy władzę w KNF przejmują "rozkręcacze"?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 lutego 2013 20:48
    • Getin gra ostro: płać telefonem za zakupy, to oddamy ci 15% wydatków. Ale musisz...

      "Odbierz aż 15% zwrotu za swoje zakupy" - krzyczy od kilku dni baner reklamowy Getin Banku. Co prawda zaraz obok widnieje gwiazdka oznaczająca, że oferta jest obwarowana jakimiś warunkami, ale... i tak wygląda ze wszech miar kusząco. Dziś banki rzadko oddają klientom więcej, niż 1-2% za zakupy opłacone kartą. Alior Bank jakiś czas temu wyskoczył z ofertą zwrotu do 7% wydatków, ale dotyczyła ona wyłącznie tych klientów, którzy "zwątpili" i chcą się nawrócić. Na tym tle money-back proponowany przez Getin - aż 15% - wygląda jak oferta z kosmosu. Dla znających realia bankowego świata nie jest zagadką, że to nie może być prawda, ale tak zwany przeciętny zjadacz bułek ma w zamierzeniu marketingowców Getinu stanąć jak wryty, potem paść na kolana i się rozpłakać, a następnie odpalić mapy Google i znaleźć najbliższą placówkę Getin Banku, by tam błagać o możliwość podpisania umowy na cokolwiek.

      Getin reklama karty NFC

      Dobra, koniec żartów. Przekonajmy się co trzeba zrobić, żeby dostać zwrot 15% pieniędzy, które wydajemy w sklepach. Promocja dotyczy karty NFC, czyli takiej, która nie występuje w formie plastikowego kartonika, tylko jest umieszczona na czipie smartfona. Getin Bank jest jednym z trzech pierwszych banków, biorących udział w projekcie T-Mobile i MasterCard, dzięki któremu kartę płatniczą klient może umieścić w telefonie. Jak to działa? Jeśli klient chce zapłacić za coś kartą, wyciąga z kieszeni telefon, uruchamia aplikację płatniczą i zbliża kartę do terminala (telefonem można płacić tylko tam, gdzie są terminale działające na zbliżenia, 30% terminali w polskich sklepach tak ma). Przy transakcji poniżej 50 zł nie trzeba nawet podawać PIN-u. Potrzebny jest telefon obsługujący technologię NFC, abonament komórkowy opłacany w T-Mobile i konto w Getin Banku, który w pakiecie dorzuci też tę mobilną kartę NFC, wydawaną wspólnie z MasterCardem. I to tej karty trzeba używać na zakupach, by odzyskiwać 15% wydatków.

      Czytaj też: Gwarantują 8% odsetek na koncie przez pięć lat. Ile zarobisz?

      To chyba najbardziej spektakularna próba popularyzowania płacenia przez zbliżenie, którą kiedykolwiek podjął jakikolwiek polski bank. Getin wyszedł z prawidłowego założenia, że jeśli chce się przekonać ludzi do jakiejś innowacji, to nie ma innego wyjścia, jak przemawiać do klientów językiem korzyści. Z własnej, nieprzymuszonej woli płatności mobilne przetestuje może 10% klientów, cała reszta będzie się po prostu obawiała tej nowinki. I bijąca po oczach nagroda w wysokości 15% zwrotu za zakupy ma uśmierzyć owe obawy. W czasach, kiedy płatności zbliżeniowe uchodzą za dziurawe jeśli chodzi o bezpieczeństwo, inicjatywa Getinu jest podwójnie cenna. Przynajmniej z punktu widzenia branży bankowej, dla której NFC - czy to "załadowane" w telefonie, czy też umieszczone na zwykłej, plastikowej karcie płatniczej - jest strategicznym projektem na drodze do skasowania z naszych portfeli gotówki.

      No, koniec pieszczot. Jak wspomniałem na początku, 15% zwrotu za zakupy nie może być prawdą, bo Getin poszedłby szybko z torbami. Przyjrzyjmy się więc gwiazdce w getinowej promocji. "Oferta dostępna dla nowych i obecnych posiadaczy rachunku Getin Up" - zastrzega bank. Getin Up to rachunek, który tylko pod pewnymi warunkami (wpływy plus transakcje kartą) jest darmowy. W przeciwnym razie kosztuje najmarniej 9,99 zł miesięcznie. Zarabianie 15% dzięki mobilnym płatnościom w sklepach wymaga więc przeniesienia do Getin Banku przynajmniej części naszych finansów. Drugie ograniczenie to limit miesięczny - bank przestanie naliczać money-back po tym, jak korzyść klienta w danym miesiącu osiągnie 40 zł. Liczą się wszystkie zakupy - zarówno te małe, bez PIN-u, jak i przekraczające 50 zł, w których trzeba podać PIN. Miesięcznego limitu zwrotu dotkniemy już przy transakcjach kartą rzędu 260 zł, a więc bardzo szybko. A potem już kiszka. W dodatku promocja trwa (tylko?) przez pół roku, co oznacza, że maksymalnie bank odda za zakupy 240 zł. Oczywiście, takie pieniądze piechotą nie chodzą, ale warto mieć świadomość, że te 15% działa tylko do pewnego momentu. A "moment" nadchodzi zwykle dość szybko.

      Czytaj też: Gwarantowali ceny paliwa, a teraz kupisz u nich leki po... 4,99 zł

      Co ciekawe, promocja Getinu dotyczy nie tylko nowych klientów, ale i tych, którzy mają już konto w tym banku. Dla nowych Getin ma jeszcze dodatkowe zachęty, by spróbować płacenia telefonem - za pierwszą płatność zbliżeniową z użyciem karty zainstalowanej w smartfonie da w prezencie 50 zł. A jeśli klient przez trzy miesiące z rzędu będzie miesięcznie nabijał po 300 zł takich transakcji lub więcej, to dodatkowo dostanie 100 zł bonusu. W sumie więc Getin przez pół roku, w ramach kursu nauki płatności mobilnych, jest skłonny dotować niektórych z nas kwotą nawet 390 zł. Nawet jeśli te 15% z banera reklamowego jest po części ściemą, to w sumie pakiet korzyści wygląda sensownie. Zerknąłem też na bezpieczeństwo całej zabawy, bo tam, gdzie wchodzi technologia NFC i transakcje bez PIN, można się zaniepokoić. Getinowe karty mobilne są autoryzowane zawsze online, na czipach jest dzienny licznik transakcji (na wypadek, gdyby ktoś ukradł telefon i chciał nim płacić "hurtowo"), a aplikację elektronicznej portmonetki w telefonie można dodatkowo zabezpieczyć drugim hasłem.  Ciekaw jestem ilu adeptów płatności mobilnych wychowa sobie Getin Bank tym dotowaniem klientów?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Getin gra ostro: płać telefonem za zakupy, to oddamy ci 15% wydatków. Ale musisz...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 lutego 2013 09:44
  • wtorek, 26 lutego 2013
    • Dwa smartfony, internet i... już można zdalnie "czyścić" karty zbliżeniowe?

      Karty zbliżeniowe nie mają ostatnio dobrej passy. Ich reputacji zaszkodziły ostatnio m.in. publikacje w blogu i w "Gazecie Wyborczej", w których opisywałem przypadki "wyczyszczenia" takich kart przez złodziei, którzy nie musieli nawet poznać PIN-u, by poczęstować się kilkoma tysiącami złotych. Wszystko przez to, że wdrożeniowcy w bankach często pozwalają sobie na nonszalancję i łączą dwa niebezpieczne zwyczaje: offline'ową autoryzację transakcji bez PIN i "unieszkodliwienie" licznika transakcji, zapisanych na czipie karty zbliżeniowej. A na dodatek jeszcze nie chcą oddawać wszystkich pieniędzy, gdy klient ma pecha i zostanie ograbiony. Nie mam wątpliwości, że karty zbliżeniowe przez jakiś czas będą miały w naszych portfelach "pod górkę", choć przecież zwykłą kartę też można wyczyścić nie znając PIN-u. Trzeba tylko komuś ją ukraść i płacić nią w internecie (wystarczy do tego często tylko: numer karty, data ważności i kod CVC, procedury nie wymagają podawania PIN-u). Oczywiście licząc na to, że nikt nie sprawdzi miejsca dostarczenia towaru, za który złodziej chce zapłacić (że nie zgadza się z nazwiskiem legalnego posiadacza karty). Na szczęście coraz częściej banki

      No, ale teraz na tapecie są karty zbliżeniowe i zagrożenia z nimi związane. Nowy pomysł na wyczyszczenie nam paru groszy z takich kart opisał właśnie serwis www.niebezpiecznik.pl. Rzecz jest o tym, że da się wykorzystać dwa telefony jako "przedłużacz" sklepowego terminala płatniczego. Karta, którą mamy w portfelu "myśli", że jest w sklepie, a tymczasem sklep jest daleko, a z kartą "rozmawia" tylko przestępczy "przedłużacz". A ta "rozmowa" oznacza niestety pobranie z naszej karty kwoty do 50 zł w ramach transakcji bez PIN - taką wizję ataku na nasze pieniądze przedstawia rzeczony serwis internetowy. Pomysł podobno nazywa się fachowo "relay attack". "Wyobraźmy sobie dwóch atakujących. Bożydara i Zygfryda. Bożydar udaje się do sklepu, pakuje do koszyka produkty do 50 zł (bo to najpopularniejszy limit dla jednorazowej transakcji zbliżeniówką). Podchodzi do kasy i informuje kasjerkę, że będzie płacić zbliżeniowo. Wyciąga telefon (tak, zbliżeniowo można płacić zarówno zegarkami jak i telefonami) i przykłada go do czytnika. Teraz dzieje się rzecz magiczna. Telefon Bożydara wyposażony jest w chip zbliżeniowy NFC, ale jest jednocześnie połączony przez internet (za pomocą 3G, EDGE lub GPRS) z takim samym telefonem, ale należącym do Zygfryda.

      Zygfryda nie ma w sklepie — jest w autobusie (albo innym tłocznym miejscu). Zygfryd “obmacuje” swoim telefonem torebki i plecaki przypadkowych osób, licząc na to, że któraś z nich posiada kartę zbliżeniową" - pisze www.niebezpiecznik.pl. Innymi słowy telefon Bożydara, komunikujący się z telefonem Zygfryda, “przedłuża” sklepowy czytnik kart zbliżeniowych do autobusu, co w konsekwencji sprawia, że za zakupy Bożydara płaci przypadkowa osoba. Oczywiście opisani dwaj dżentelmeni nie nie mogą być zwykłymi użytkownikami smartfonów, ich telefony muszą być wyposażone w specjalne oprogramowanie służące do "oszukiwania" terminala sklepowego. "Smartfon znajdujący się przy terminalu płatniczym odbiera z niego sygnał, ale nie odpowiada od razu. Sygnał ten to nic innego, jal tylko dane cyfrowe przesłane drogą radiową. Zamiast odpowiadać, odbiornik złodzieja wysyła treść komunikatu przez Internet do "agenta" w terenie, który ma ofiarę w zasięgu swojego urządzenia. Ten wysyła sygnał do atakowanej karty, symulując terminal płatniczy. Karta nie ma możliwości rozróżnienia, czy sygnał pochodzi z terminala czy urządzenia złodzieja. I grzecznie odpowiada, dokładnie tak, jakby odpowiedziała przy właściwej płatności" - precyzuje istotę ataku pan Marcin, jeden z czytelników, którego poprosiłem o pomoc w rozkminieniu sprawy. A poniżej schemat ataku (źródło: www.niebezpiecznik.pl).

      Relay attack NFC

      "Tworzony jest więc swoisty tunel-przedłużacz. Dla urządzeń na jego końcach wszystko wygląda tak, jakby się komunikowały bezpośrednio ze sobą, natomiast w praktyce po drodze są dostawione dodatkowe odbiorniki i Internet. Jedyna różnica widoczna dla terminala to dodatkowe opóźnienie" - dodaje pan Marcin. Kiepsko. Można byłoby się nie przejmować, bo ten patent na kradzież jest dość pracochłonny, a w ramach jednego zapytania do terminala płatniczego w sklepie można dokonać tylko jednej transakcji na koszt innej karty, będącej na końcu "przedłużacza". Można próbować dokonywać wielu transakcji do 50 zł po kolei, ale prędzej czy później w sklepie się zorientują, że coś tu nie styka. I wezwą policję. Jednak wyobraźmy sobie, że do szajki dwóch złodziei ze smarfonami dołącza... będący z nimi w zmowie sprzedawca. I wszyscy razem, wespół wzespół, urządzają sobie hurtowe zakupy alkoholu na koszt ludzi jadących kilka kilometrów dalej zatłoczonym autobusem. To już całkiem nie jest zabawne.

      Czy można się jakoś obronić? Mając kartę zbliżeniową w portfelu - nie za bardzo. Na takiej karcie nie da się wyłączyć czasowo opcji płatności zbliżeniowych. Można ją unieszkodliwić na stałe, ale na czas jazdy zatłoczonym autobusem - nie bardzo. "W przypadku telefonów komórkowych z NFC jest łatwiej - płatności zbliżeniowe można włączać tylko czasowo. Istnieje też możliwość wgrania do telefonu aktualizacji oprogramowania, które może wyświetlać pytanie o autoryzację płatności" - pisze pan Marcin. Wychodzi więc na to, że smartfony, na których można "zapisać" kartę płatniczą, a potem uprawiać z ich pomocą dyscyplinę zwaną bankowością mobilną, mają jedną delikatną przewagę nad klasycznym "plastikiem". Oczywiście, takiego telefonu mającego funkcję karty płatniczej nie da się włożyć do bankomatu, ani użyć w terminalu, który nie ma funkcji zbliżeniowej (a tylko dwie trzecie terminali w sklepach obsługuje technologię NFC). Ale za to w telefonie można czasowo wyłączyć działanie zbliżeń, a w karcie płatniczej - nie da rady. "Szkoda, że producenci kart nie montują prostego przełącznika, włączającego chip NFC (a więc funkcję płatności zbliżeniowej) jedynie na życzenie klienta (czyli tuż przed transakcją w sklepie)" - pisze pan Marcin.

      Poprosiłem o komentarz do tej sytuacji przedstawicieli organizacji płatniczej MasterCard, która jako pierwsza wprowadziła płatności zbliżeniowe na polski rynek. Odnieśli się oni do doniesień "Niebezpiecznika" sceptycznie. Przyznali, że opisany tam atak jest możliwy, ale zaraz dorzucili, że ich zdaniem trzeba do niego tyle zachodu, że dla paru groszy nikomu się nie opłaci zastosować patentu na "przedłużacz" w praktyce. "Przede wszystkim mamy do czynienia z próbą kradzieży kwoty poniżej 50 zł, co w zestawieniu z nakładami technicznymi, jakie potrzebne by były do realizacji takiej kradzieży czyni cały proces mało sensownym. Ogólnie w biznesie kartowym większość fraudów opiera się na wykradzeniu milionów danych kart, a następnie przeprowadzenia transakcji dla całej tej bazy kart – z punktu widzenia oszustów wtedy to jest opłacalne" - napisali mi eksperci MasterCarda. Pewnie mają rację, pisanie oprogramowania do smartfonów i koszt złodziejskich "roboczogodzin" zapewne odbiera część sensu całej akcji. Ale jeśli w szajce jest właściciel sklepu, w którym złodzieje hurtowo - transakcja po transakcji - "kupują" towary w cenie nieco poniżej 50 zł, przekierowują płatność na przypadkowych ludzi z autobusu... To już zaczyna być interes za kilka tysięcy złotych.

      W MasterCardzie mają i inne wątpliwości. "W opisywanym przypadku od strony technicznej wszystko jest teoretycznie wykonalne. Ale tylko teoretycznie i w warunkach laboratoryjnych. Gdy pierwszy oszust w sklepie płaci w kasie, to drugi ma mało czasu, by "rozganizować" transmisję z jakąś inną kartą. Dozwolony czas transakcji to na ogół pół sekundy, choć może to trwać dłużej – terminal może czekać na odpowiedź karty nawet kilka sekund, więc teoretycznie jest czas na połączenie z urządzeniem drugiego oszusta (w autobusie, metrze czy innym zatłoczonym miejscu - jak w przykładzie). Drugi oszust nie tylko ma mało czasu - musi być też w odległości maksymalnie 30 cm od posiadaczy kart zbliżeniowych. I – aby sczytać dane kart w czasie rzeczywistym, co jest niezbędne do realizacji transakcji - musi utrzymywać urządzenie, za pomocą którego chce się  połączyć z kartą, w pozycji stabilnej – co w warunkach panujących w autobusie czy innym zatłoczonym miejscu może być trudne" - piszą mi ludzie z MasterCarda. A więc ich zdaniem operacja musi się zmieścić w kilku sekundach, bo inaczej się nie uda - terminal nie przyjmie płatności.. "Terminal zakłada, że karta odpowiada w konkretnym czasie - jeżeli komunikacja jest zbyt wolna, terminal przerwie transakcję".

      W MasterCardzie twierdzą też, że przeszkodą do fraudu typu relay attack może też być kwestia jakości połączenia internetowego między smartfonem znajdującym się w sklepie i tym, który ma być blisko tłumu posiadaczy kart zbliżeniowych. "Na czas transakcji wpływa transmisja danych między smartfonami. W laboratorium, przy małym obciążeniu sieci i telefonu teoretycznie może udałoby się zdążyć, ale praktycznie, jeżeli jeden oszust jest w sklepie, drugi w tłumie, to najczęściej nie jest to idealny zasięg i sieć jest obciążona, więc opóźnienia będą spore - i w dodatku zmienne (są widoczne nawet jeżeli telefon łączy się z serwerem, a co dopiero z drugim telefonem)". No i kolejny problem: kwestia możliwości czytania karty, która jest w portfelu lub kieszeni. "Sczytanie karty w autobusie czy metrze może i jest możliwe w warunkach laboratoryjnych, ale trzeba mieć dobrą antenę, solidny wzmacniacz oraz mocne zasilanie, do tego brak zakłóceń. Nie wystarczy zatem sam telefon, tylko trzeba już podróżować z większym sprzętem"

      W MasterCardzie przedstawiają sprawę w kategoriach zabawy dla hobbystów, a nie zajęcia dla poważnych ludzi od dużych fraudów. Bo tacy będą raczej włamywali się na nasze konta internetowe, niż uprawiali detaliczne kradzieże po 50 zł sztuka. "Obrazowo i w pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że tego typu kradzież jest równie wykonalna jak założenie, że ktoś aparatem fotograficznym z teleobiektywem zrobi zdjęcie naszego kluczyka samochodowego, dorobi go, do tego zeskanuje kod pilota, aby unieszkodliwić alarm i odjedzie naszym samochodem. Teoretycznie możliwe". Uspokoiła Was ta argumentacja ekspertów MasterCarda? Jeśli tak, to napiszcie to w komentarzach - ku ukojeniu serc tych, którzy się niepokoją. Jeśli jesteście w tej właśnie kaście - sprawdźcie czy Wasza karta zbliżeniowa jest ubezpieczona (czy ubezpieczenie znosi 150 euro wkładu własnego w przypadku kradzieży pieniędzy), a jeśli używacie płatności zbliżeniowych w telefonie - wyłączajcie funkcję płacenia przez zbliżenie zawsze, kiedy wsiadacie tam, gdzie jest duży tłok. 

      Zbliżenie pay-pass

      SUBIEKTYWNIE O ZBLIŻENIACH. Kto pilnie obserwuje blog "Subiektywnie o finansach", wie, że często pisałem o płatnościach zbliżeniowych. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy po raz pierwszy zapłaciłem pay-passem za kawę i gazetę. Przemogłem się i zapłaciłem zbliżeniowo za bułę w McDonald's (a potem przemogłem się po raz drugi i ją zjadłem), zamawiałem na koszt firmy cappuccino w kawiarni. Bez obrzydzenia wybrałem się pod Barcelonę, by tam testować zbliżenia przez telefon (czego nie robi się dla moich kochanych czytelników!). Nie mniej pracowicie zbliżałem dla Was w Paryżu. Pisałem też o tym jak można ubezpieczyć się od złodziei takich telefonów-portmonetek. Świętowałem wprowadzenie technologii zbliżeniowej do warszawskiego metra oraz do pierwszych wielkich sieci handlowych. Ale potem coś się we mnie zaczęło łamać. Patrzyłem jak banki nachalnie wciskają karty zbliżeniowe osobom, które ich wcale nie chcą. Dziwiłem się, że nie pozwalają klientom zmniejszyć limitów transakcji zbliżeniowych. Chwaliłem mBank za to, że jako jeden z nielicznych daje klientom wybór: zbliżać czy nie zbliżać. Śledziłem zagrożenie, jakim jawiło się ryzyko klonowania kart zbliżeniowych. Patrzyłem na straszenie ludzi "zbliżeniówkami" przez producentów specjalnych etiu. Wykazałem odrobinę zrozumienia dla MasterCarda, który strasznie denerwował się na podważanie bezpieczeństwa technologii zbliżeniowej. Tych, którzy mieli największe wątpliwości dotyczące klonowania kart, MasterCard oskarżył wręcz o kłamstwo. Dziwiłem się, że banki i organizacje płatnicze tak pokpiły sprawę promocji kart zbliżeniowych i nie tłumaczyły ludziom, że to bezpieczna technologia. Aż wreszcie opisałem "wyczyszczono" kartę w kilkudziesięciu transakcjach zbliżeniowych bez PIN-u, dokonanych w biletomatach komunikacji miejskiej we Wrocławiu. Sądziłem, że to z tymi biletomatami jest coś nie tak, skoro "puściły" serię transakcji nie sprawdzając salda na koncie klienta. Ale potem okazało się, że problem jest grubszy... 

      Jak pomnażać oszczędności

      POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM!. Przeczytajcie poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu ciułaczowi, nawet zielonemu, jak ogórek. Nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. I pomnażaj oszczędności z Samcikiem pod pachą :-).

      SETKI TYSIĘCY CENIĄ SUBIEKTYWNOŚĆ! Strony blogu "Subiektywnie o finansach" notują ok. 500.000 Waszych wizyt miesięcznie. Jeśli chcecie dowiedzieć się jak powstaje blog, to w listopadowym numerze branżowego pisma "Press", pośród mgieł smoleńskich, kaczek dziennikarskich i ciekawych wrzutek śniadaniowych, znajdziecie tekst poświęcony blogowi "Subiektywnie o finansach". Możecie przeczytać go tutaj 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Dwa smartfony, internet i... już można zdalnie "czyścić" karty zbliżeniowe?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lutego 2013 15:42
    • W oddziale Alior Banku niczym w Big Brotherze? Sfilmują, nagrają rozmowę...

      Pamiętacie niedawną "aferę", związaną z wypowiedzią nowego wiceprezesa Alior Banku, Michała Hucała? Popełnił on pewną nieostrożność, przyznając otwarcie, że jego marzeniem jest zebranie jak największej ilości danych o klientach - nie tylko z zasobów, które zbiera sam bank (ile zarabiają i na co wydają pieniądze klienci), ale też tych, które zostawiamy nieświadomie w Facebooku i innych tego typu portalach, na forach internetowych, w firmach telekomunikacyjnych. Wszystko ma być robione legalnie, ale my tu w Polsce nie lubimy jak nas inwigilują, więc wiceprezes Aliora sobie u internautów nagrabił. Osobiście uważam, że jeśli któryś bank w Polsce pokusi się o agregowanie danych o klientach z różnych źródeł, to będzie to właśnie Alior. Ten bank udowodnił już, że ma ambicję stworzenia instytucji zaspokajającej wszechstronne potrzeby klienta, a nie tylko nudnej firmy finansowej, rozliczającej przelewy, pożyczającej pieniądze i zbierającej depozyty (zerknijcie na te wszystkie działalności okołobankowe, które widać np. w Alior Sync, to będziecie wiedzieli o czym mówię). Albo na ich ofertę kredytu całkiem online - wśród wymogów jest wpuszczenie bankowego "robota" do danych o transakcjach, zassanych z innych banków...

      Ale niezadowolenie klientów o podłożu "inwigilacyjnym" w przypadku Alior Banku dotyczy nie tylko wypowiedzi wiceprezesa Hucała. Ostatnio napisało do mnie kilku klientów, którzy mają bankowi za złe, że nagrywa każdy ich krok, gdy pojawią się w placówce. Nie można sobie nawet spokojnie podłubać w nosie, żeby nie zostało to zarejestrowane? - dziwią się czytelnicy. "Co Pan sądzi o tym, iż Alior Bank nagrywa rozmowy klientów w oddziałach? Zamontowane są zarówno kamery (co zrozumiałe) jak i mikrofony. Ma to służyć rzekomej ochronie klienta (że niby bank ma jakikolwiek inny cel poza maksymalizacją dochodowości) poprzez kontrolę zachowania standardów obsługi. Jak na moją znajomość tematu (ładnych kilka lat w bankowości), raczej chodzi o niezły oręż w pacyfikowaniu pracowników. Jestem mocno oburzona. Uważam za nieludzkie nagrywanie i monitorowanie pracowników, których dzięki temu można kontrolować: czy aby nie za mało było "grillowania" potencjalnej ofiary, tj. klienta. Koniec świata, jak powiedziałby bohater serialu "Dom", słynny dozorca Popiołek" - pisze do mnie jedna z klientek Alior Banku.

      Wkurzeni są też pracownicy: "Jestem pracownikiem jednego z oddziałów Alior Banku. Pragnę podzielić się informacją, że we wszystkich oddziałach, przy stanowiskach  kasowych, zamontowane są mikrofony z funkcją nagrywania. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt iż  klienci, którzy są obsługiwani przy tych stanowiskach, byli o tym informowani. Centrala sprawdza w ten sposób jakość obsługi świadczonej przez swoich pracowników, ale zastanawia mnie fakt, czy takie metody inwigilacji są zgodne z prawem. W końcu klient, który dzwoni np. na infolinię, musi wyrazić zgodę na nagrywanie. Włos się jeży na głowie, aż strach pójść do łazienki, bo za każdym razem wydaje się, że nie jesteśmy w niej sami" - pisze do mnie jeden z pracowników. Czy ma rację? W oddziale Aliora niedaleko redakcji "Gazety Wyborczej" zauważyłem na drzwiach nalepkę: "Dla Państwa bezpieczeństwa obiekt jest pod stałym nadzorem monitoringu audio-wideo. Obraz i dźwięk jest rejestrowany". A więc każdy klient może się łatwo dowiedzieć, że za tymi drzwiami czeka go "Big Brother".

      Alior Bank, wejście

      Listy od czytelników-klientów banku, oburzonych monitorowaniem i nagrywaniem ich rozmów, dostaję już od jakiegoś czasu. W styczniu zwróciłem się do banku o stanowisko w tej sprawie, odpowiedź dostałem po kilku tygodniach. Bank wyjaśnił w niej, że "każdy klient wchodzący do oddziału jest informowany o systemie monitoringu w placówce, na drzwiach są specjalne naklejki.  Monitoring ten obejmuje jedynie przebieg czynności transakcyjnych oraz dotyczy wyłącznie stanowisk pracy i świadczenia pracy. Zasady bezpieczeństwa oraz dbałość o wysoką jakość obsługi naszych klientów wymagają monitoringu przebiegu wykonywania czynności bankowych, mających przeważnie związek z operacjami pieniężnymi. Wykorzystywanie współczesnych narzędzi technicznych umożliwiających utrwalenie rzeczywistego i pełnego obrazu przebiegu obsługi klienta jest zjawiskiem powszechnym, a także obiektywnie uzasadnionym względami bezpieczeństwa. Pragniemy zapewnić, że zakres monitoringu prowadzonego w Alior Banku odbywa się z poszanowaniem praw pracowniczych i klienta, gdyż dotyczy wyłącznie czynności zawodowych i nie ingeruje w sferę  godności osobistej, wolności  i innych dóbr osobistych".

      Bank poinformował mnie też, że "każdy pracownik zatrudniony na stanowisku obsługi klienta jest informowany o zakresie i rodzaju prowadzonego monitoringu oraz wyraża na niego zgodę". Tyle, że tutaj mamy nagrywania poczynań pracowników za pomocą nie tylko kamer, ale i mikrofonów. Być może wszystko to bank łącznie definiuje jako "monitoring", ale obawiam się, że z takiej definicji może powstać nie lada zamieszanie - co innego nagrywać na kamerę przemysłową obraz, a co innego podsłuchiwać to o czym ludzie rozmawiają. Co gorsza, ostatnio zaczęły do mnie docierać sygnały, że pracownicy otrzymują z centrali specjalny formularz do podpisania. W formularzu stoi jak wół: "Wyrażam zgodę na monitorowanie mojej pracy poprzez elektroniczne rejestrowanie audio i wideo. Potwierdzam, że zostałem poinformowany o tym, że wyniki kontroli jakości obsługi mogą wpływać na ogólną ocenę moich wyników przez jednostkę centralną oraz mojego bezpośredniego przełożonego. Wyrażam zgodę na badanie jakości i wydajności mojej pracy również przez podmiot zewnętrzny, na zlecenie Alior Bank. Wyrażam zgodę na elektroniczne rejestrowanie i przekazywanie Alior Bankowi dokonanej na podstawie tych badań indywidualnej oceny, zawierającej wskazanie mojego imienia i nazwiska".

      Alior, pismo do pracownikówWedług dwóch pracowników, którzy do mnie w tej sprawie napisali, w Aliorze planują rozszerzenie monitoringu (czyli nagrywania obrazu i dźwięku). Nie będzie on obejmował już tylko stanowisk kasowych, ale i punkty, w których obsługuje się klientów. Bo z jakiego innego powodu pracownicy pracujący z klientami mieliby podpisywać oświadczenia o treści, którą zacytowałem powyżej? "O ile w kasach banku ten system już działa, to pomysł, by kamera nagrywała nas przy każdej rozmowie z klientem, budzi już spore wątpliwości. Szczególnie po stronie pracowników, ale także klientów, którzy już o nim wiedzą" - czytam w jednym z e-maili. Mój informator twierdzi, że doradcy bankowi dostali dyspozycję z centrali, by w obecności klientów nie epatować obecnością kamer. "Kierownictwo zabroniło nam informować klientów o ciągłym podsłuchu, o ile sami o to nie spytają. Największe wątpliwości budzi fakt, że tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, czy nagrania będą przetwarzane tylko przez bank (w oświadczeniu jest mowa również o firmie zewnętrznej), przez jaki okres czasu będą przetwarzane i czy nie zostaną użyte w niepowołany sposób" - denerwuje się pracownik. A jeszcze inny mój informator z Alior Banku dodaje w e-mailu: "Oświadczenie ma być podpisane w nieprzekraczalnym terminie 28 lutego. Centrala nie reaguje na żadne pytania i wątpliwości z naszej strony, a jeśli już zareaguje, to albo zdawkowo, albo wręcz agresywnie".

      Konflikt pracowników z centrala wygląda poważnie. Ale czy jest o co kruszyć kopie? Z jednej strony w pełni rozumiem pracowników, że nie lubią tego - zapisywali się do pracy w banku, a nie do "Big Brothera". Co do klientów, to informacja o monitoringu jest na drzwiach banku, więc od strony formalnej samo nagrywanie wydaje się być lege artis. Choć nie wiem jak z ochroną danych osobowych, co z tajemnicą bankową dotyczącą nagrań w sytuacji, kiedy ktoś chciałby je potem odtworzyć... Można się poczuć nieswojo. Ale - spoglądając na sprawę okiem naiwniaka - skoro w infolinii cię nagrywają, to być może w oddziale też nie powinno to być żadnym zaskoczeniem? Czy gdyby tego typu monitoring audio-wideo znajdował się w oddziałach Getin Banku, Open Finance i kilku innych firm, masowo wciskających ludziom do niedawna produkty strukturyzowane z wysoką składką jednorazową - to byłoby mniej przypadków nieetycznej sprzedaży?  A może po prostu byłoby więcej "tajemniczo zaginionych dysków" z nagraniami rozmów klientów z ich doradcami, obiecującymi im gruszki na wierzbie? Jest jeszcze inne zagrożenie: taki monitoring zawsze może być wykorzystany przez pracodawcę do nękania pracowników, którzy nie chcą ślepo wykonywać planów sprzedażowych... Grząski grunt.

      Pracownicy Aliora nie mają wątpliwości - jeśli każe się im rozmawiać z klientami pod nadzorem kamer, to klienci szybko zmienią klimat. I bank. Klienci czasem udzielają swoim doradcom informacji pół-poufnych, dotyczących swoich finansów, majątku, sytuacji rodzinnej... Co innego mówić o tym wszystkim konkretnemu człowiekowi, do którego jesteśmy przypisani i znamy go z imienia i nazwiska, a co innego zeznawać "do protokołu". Nagranie może być przecież udostępniane osobom postronnym. "Ani mnie, ani moim koleżankom i kolegom, nie chodzi tu o to, by utrudniać badanie jakości naszej pracy. Jesteśmy regularnie badani przez mystery-shopperów, co kwartał przechodzimy centralne testy wiedzy z produktów, procedur, regulacji, standardów jakości, itp. Rozumiem, że Wielki Brat mógłby pomóc przy ewentualnych reklamacjach klientów po rozmowach z nierzetelnymi, bądź nawet nieuczciwymi doradcami. Jednak będąc klientem banku nie chciałbym, by ktoś miał nieograniczony dostęp do nagrań rozmów o moich prywatnych finansach" - pisze mi jeden z pracowników. Inny z moich rozmówców z Alior Banku, pracujący jako doradca klienta zamożnego, twierdzi, że przesadzając z inwigilacją bank może doprowadzić do sytuacji, że doradcy umawiali się z co bardziej znaczącymi klientami "na mieście", poza nadzorem kamer.

      Pracownicy Aliora nie wierzą w zapewnienia, że w całym pomyśle na nagrywanie wszystkiego, co dzieje się w oddziałach, chodzi tylko o jakość obsługi klientów. "Gdyby cała procedura nagrywania miała na celu zwiększenie bezpieczeństwa klientów, stosowniej byłoby przygotować kilka stanowisk z możliwością nagrywania audio i wideo, wyraźnie oznaczonych, a klient miałby wybór: czy chce być w nich obsługiwany. Piszę zarówno w moim własnym imieniu, jak i - zapewniam - w imieniu moich koleżanek i kolegów, z którymi na ten temat rozmawiałem" - kończy pracownik Aliora. Ma trochę racji. Ludzie nie potrafią obronić się przed misselingiem (któremu nagrywanie rozmów miałoby, jak rozumiem, zapobiec), ale jeszcze bardziej nie lubią kiedy się ich nagrywa. Kto mógłby zagwarantować, że rozmowy o pieniądzach, czasem bardzo dużych, potem nie trafiłyby w niepowołane ręce? Chociaż może to jakieś nieporozumienie? Może są jakieś sposoby, by nagrywać pracowników (choćby w celu oceny ich pracy), a nie nagrywać siedzącego obok klienta? Skandaliczną sytuacją byłoby też, gdyby bank wydał wewnętrzne wytyczne, sugerujące pracownikom nieinformowanie klientów przy powitaniu, że wszystko będzie nagrywane. Mam nadzieję, że to jednak nieprawda, choć ten zarzut pojawił się w kilku mejlach do mnie, nie tylko w jednym. Bank odpowiedział na moje dodatkowe pytania, że nie ma nic do dodania ponad to, co jego rzecznik napisał mi w odpowiedzi na pytania ze stycznia.

      Pierwsi klienci zostali już ostrzeżeni przez swoich doradców bankowych, którzy postanowili grać wobec nich fair. Jeden z takich klientów napisał w weekend do moich redakcyjnych kolegów z Wyborczej.biz. "Pracownicy banku są zmuszani do podpisania dokumentu stwierdzającego, że zgadzają się na zamontowanie kamer i głośników w pomieszczeniu, w którym pracują. W notatce wewnętrznej bank informuje pracowników że nie mają o tym mówić klientom, chyba że ci o to zapytają. Ma to ponoć pomóc podnieść standard pracy i wyłapywać błędy w rozmowie z klientem, który nie jest świadomy, że jest nagrywany. Następnie ktoś ten materiał ma oglądać i analizować całą rozmowę. Dla mnie to szok. Poinformował mnie o tym wszystkim prywatnie mój doradca z tego banku. Oznajmiłem mu, że coś z tym zrobię. Proszę zająć się tą sprawą, bo od poniedziałku zaczyna się montowanie kamer i innych urządzeń do podsłuchu klientów. Pozdrawiam. Były już - od poniedziałku - klient Alior Banku" - dorzuca klient. Albo to jakieś grube nieporozumienie, albo kolejna gruba wpadka Alior Banku, który ostatnio podpadł klientom co najmniej dwukrotnie. Najpierw obciążając ich prowizjami za konta, które były zakładane jako techniczne lub od dawna miały być zamknięte (po tekście w blogu i awanturze w internecie przeprosił i się z tego wycofał). A potem - jak to nazwał mój znajomy z BRE Banku - podpadł, kiedy zaczął - cytuję - "hucolić". Teraz będzie... big-brother'rzyć. A Wy będziecie jak Frytki :-)

      Big Brother

      POLUB "SUBIEKTYWNOŚĆ" NA FACEBOOKU! Jeśli zaglądasz czasem do blogu "Subiektywnie o finansach", a jednocześnie jesteś facebookowiczem, to zapraszam Cię do grona ponad 15.000 fanów blogu w Facebooku. Poza zajawkami wpisów blogowych na facebookowej stronie "Subiektywnie o finansach" znajdziesz różne ciekawostki z życia blogu i ze świata finansów. Ostatnio facebookowi fani blogu mogli zobaczyć jego autora na... pierwszej stronie tabloidu "Fakt" (w dodatku z niekompletnie odzianym partnerem z branży... finansowej), a także dowiedzieć się co "'w ostatnich tygodniach uległo skonsolidowaniu" i dlaczego "warto pomyśleć o interakcji z szerszym otoczeniem rynkowym". Zapraszam do polubienia strony blogu "Subiektywnie o finansach" w Facebooku! 

      Jak pomnażać oszczędności

       POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM!. Przeczytajcie poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu ciułaczowi, nawet zielonemu, jak ogórek. Nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. I pomnażaj oszczędności z Samcikiem pod pachą :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „W oddziale Alior Banku niczym w Big Brotherze? Sfilmują, nagrają rozmowę...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 lutego 2013 07:59
  • poniedziałek, 25 lutego 2013
    • Gdzie (bezpiecznie) ulokować oszczędności, gdy lokaty lecą na łeb, na szyję? Moje tipy

      Pytacie mnie ostatnio niemal codziennie: gdzie lokować pieniądze, gdy oprocentowanie lokat bankowych leci na łeb i szyję? Rozumiem te niepokoje: przeciętne stawki lokat na poziomie 4% i mniej po raz ostatni widzieliśmy w bankach wiele miesięcy temu. Ostatnio banki zawsze znajdowały sposoby, by nas uchronić przed nędznymi procentami (pamiętacie słynne lokaty antybelkowe?). Dziś na niski procent nie ma już lekarstwa. Każdy ciułacz, który nie trzyma nadwyżek finansowych na ROR-ach, a aktywnie szuka dla oszczędności jak najlepszego miejsca, musi się stresować widząc, że prawie nie da się znaleźć lokaty na więcej, niż 5%. Ba, nawet banki specjalizujące się w oszczędzaniu, jak BGŻ Optima, nie zachowują się inaczej. "Otrzymałem  właśnie e-mailem komunikat, że oprocentowanie konta w BGŻ Optima pikuje z 6,3% do 4,8% (ale tylko do 28 lutego), następnie od 5 kwietnia lotem koszącym spada ... do 3,6%! To nie jest oprocentowanie godne banku, którego "domeną jest oszczędzanie". A było tak miło..." - pisał mi niedawno jeden z rozgoryczonych klientów. Nic dziwnego, że na główną stronę banku w internecie trafiły ostatnio obligacyjne i pieniężne fundusze inwestycyjne, bo tylko one pokazują jeszcze przyjemne cyferki (bazujące wszakże, inaczej niż lokaty, na zyskach historycznych). Klient histeryzuje trochę na wyrost, bo te 3,6% to standardowe oprocentowanie, na które BGŻ Optima "nakłada" promocję 4,6%. A podobno od kwietnia będzie jakaś nowa promocja, która nie pozwoli na zbyt gwałtowny lot koszący. Trzymam za słowo ;-)

      Bywa, że oprocentowanie lokat spada tak szybko, że spada wręcz w... biegu. "Zachęcony warunkami oferowanymi przez bank Inteligo postanowiłem otworzyć lokaty na dziewięć miesięcy oprocentowane na 5,2%. Gdy pieniądze były w drodze, bank zmienił oprocentowanie na 3,9%. O zmianie klient, który już złożył wniosek o lokatę, mógł dowiedzieć się tylko przypadkowo. W wiadomościach SMS i e-mailach przypominających o konieczności wpłacenia pieniędzy nie było informacji, że te pieniądze będą oprocentowane na 3,9%, a nie na 5,2%, jak obiecywano we wniosku". Cóż, czasy są takie, że jak się już złapie dobrą lokatę za ogon, to trzeba się nie opieprzać, tylko szybciutko wpłacać kaskę, bo okazja może przeminąć! Regulaminy bankowe (w każdym razie regulamin w Inteligo tak ma) stanowią, że dniem zawarcia umowy o lokatę jest dzień zaksięgowania pieniędzy na rachunku banku. "Nie wpłaciłem gdzie indziej pieniędzy na 5,3% (była dostępna lokata na krótszy okres), więc jestem jakby podwójnie oszukany". No, jakby :-).

      Czytaj też: Pomysł bankowców. Lokujesz na długo, nie płać podatku

      Prośby o poradę dokąd zabrać pieniądze z banku płyną do mnie nie tylko z Polski. Ostatnio otrzymałem e-mail od polskiego dyplomaty urzędującego w... Kanadzie. "Mam środki pieniężne w polskiej walucie (i tu pada kwota, dość wysoka). Czy mam te oszczędności trzymać na coraz niżej oprocentowanej lokacie, czy też może istnieją inwestycje o małym ryzyku, które mógłby mi Pan polecić? Zdaję sobie sprawę, że takich pytań otrzymuje Pan tysiące i trudno wszystkim dać odpowiedź, ale będę bardzo wdzięczny za  wszelkie sugestie". To jeden z wielu podobnych listów, które ostatnio przeczytałem. Dlatego postanowiłem pokusić się o krótki blogowy poradnik dla wszystkich, którzy zastanawiają się nad zabraniem pieniędzy z banków. Będzie on zawierał elementy, o których już pisałem w kilku innych wpisach, dlatego dla wnikliwych obserwatorów blogu może to nie być odkrywcza wiedza, ale uważam, że warto to abecadło w miarę bezpiecznego lokowania pieniędzy zebrać w jednym miejscu. Co więc radzę w sytuacji, gdy oprocentowanie lokat pikuje?

      Po pierwsze: spadek oprocentowania lokaty nie oznacza niższych zysków. Wiem, że to brzmi jak herezja, ale jeśli trzymacie pieniądze w banku, to powinniście inaczej liczyć swoje zyski, niż ludzie inwestujący np. na giełdzie. Rolą banku i depozytu jest ochrona wartości pieniądza przed inflacją. Jeśli przy okazji realnie się zarobi, to dobrze, ale stawką tej gry przede wszystkim jest pobicie inflacji. A jeśli tak, to nominalne oprocentowanie lokaty niewiele nam mówi o tym, czy oszczędzanie w banku się opłaca. To ile zarabiamy na lokatach zależy od inflacji i podatku Belki. Dopiero po odliczeniu jednego i drugiego widać zysk "na czysto". Przy obecnej inflacji - 1,9% w ostatnich dwunastu miesiącach - próg rentowności lokaty wynosi 2,4%. Każda lokata oprocentowana wyżej daje realny zysk. Niżej - stratę.

      Rentowność lokat 2013

      Więc nie ma co załamywać rąk, że oprocentowanie twojej lokaty spadło z 5,5% do 4% - może być tak, że zarabiasz na niej więcej, niż zarabiałeś rok temu, bo wtedy inflacja dobijała do 5%. To, że w bankach płacą mało, nie oznacza, że trzeba od razu szukać innego miejsca. Owszem, nie zaszkodzi się rozejrzeć, ale nienerwowo, bo nic strasznego się nie dzieje.

      Po drugie: nie ma żadnych "nowych metod oszczędzania". Instytucje finansowe wiedzą doskonale, że denerwujecie się niskim oprocentowaniem pieniędzy w bankach, więc musicie założyć grube okulary i nie dawać się ponieść emocjom, kiedy ktoś niespodziewanie ogłosi, że odkrył "nowe metody oszczędzania". Taki link widziałem kilka dni temu w portalu Gazeta.pl, na głównej stronie. Odsyłał do oferty najzwyklejszego w świecie konta oszczędnościowego, oprocentowanego - owszem - na 8%, ale wiążącego się z dodatkowymi obowiązkami i ograniczeniami.

      Nowe metody oszczędzania

      Trzeba przenieść do wskazanego banku konto, przelewać tam dochody z pensji, wziąć z tego banku kartę płatniczą, płacić nią za zakupy tak często, jak bank każe, a w zamian za to wszystko pozwolą wpłacać dodatkową kasę na konto oszczędnościowe dające 8%. Ale uwaga: limit wpłat wynosi od 50 do 200 zł miesięcznie (nie więcej!). Nie jest to więc żadna nowa metoda oszczędzania, tylko zwykłe konto oszczędnościowe zblokowane z dodatkowymi obowiązkowymi usługami. Ta sama moja uwaga dotyczy reklam typu "pierwszy w Polsce plan oszczędzania z gwarantowanym oprocentowaniem 8% rocznie". To identyczna historia. Generalnie uczulam Was na wszelkiego rodzaju oferty wiązane (dobrze oprocentowana lokata plus coś-tam: konto z kartą, ryzykowny fundusz inwestycyjny, plan oszczędzania...). Trzy razy zastanówcie się, zanim uznacie, że rzeczywiście tego chcecie. Uwaga też na oferty limitowane czasowo, np. dobrze oprocentowane konto oszczędnościowe, ale tylko przez trzy miesiące. To generalnie ściema, zarobisz na tym grosze w porównaniu z sytuacją, w której nie ruszysz kasy z miejsca, w którym ona dziś przebywa (chyba, że jest to skarpeta :-)).

      Realny zysk z lokat 2012

      Po trzecie: co zamiast lokaty? Jeśli chcesz zabrać pieniądze z nędznie oprocentowanej lokaty (lub konta oszczędnościowego), ale zarazem szukasz porównywalnie bezpiecznej inwestycji, to do wyboru masz niewiele. W zasadzie mogę ci polecić tylko rządowe obligacje. A i one ostatnio przestają być atrakcyjne, bo minister Jacek Rostowski tnie marże zysków dla ich nabywców, jak szalony. Najkrótsze obligacje dwuletnie dają tylko 3,5%, więc lepiej już zostawić pieniądze w banku, bo gwarancje bezpieczeństwa tu i tu są te same - państwowe. Jeśli miałbym zamieniać lokaty na obligacje skarbowe, to wziąłbym pod uwagę tylko te dziesięcioletnie. Dają 5% w pierwszym roku o 1,5% powyżej inflacji w kolejnych latach. No i nie trzeba ich trzymać do końca (ale za wykup przed terminem płaci się prowizję równą mniej więcej trzeciej części zysku w ostatnim roku inwestycji). Ale obligacje dziesięcioletnie to w zasadzie jedyna sensowna alternatywna dla lokaty bankowej, cechująca się podobnym poziomem bezpieczeństwa. Z funduszy inwestycyjnych najbezpieczniejsze są fundusze rynku pieniężnego. Inwestują w rządowe papiery dłużne, które za kilka miesięcy rząd wykupi. Ryzyko jest więc nieduże, ale zyski też nie przekroczą raczej 4-5% w skali roku. Więcej dają czasem zarobić fundusze obligacji, ale to już na pewno jest inwestycja o wyższym ryzyku, niż lokata, obligacja rządowa lub fundusz rynku pieniężnego.

      Są też polisolokaty, czyli lokaty opakowane jako polisy na życie. Zaleta jest taka, że są wolne od podatku Belki, więc można zarobić ciut więcej, niż na lokacie. Ale rządowe gwarancje dla takich instrumentów są słabsze, niż dla lokat - dotyczą tylko połowy zainwestowanych pieniędzy. Jest na rynku jedna polisolokata z pełną gwarancją rządową, ale to tak zachachmęcona inżynieria finansowa (trzeba podpisać siedem różnych dokumentów), że mało kto rozumie o co chodzi (ale pisałem o tym w blogu, zapraszam). No i wreszcie produkty strukturyzowane, tzw. "struktury". Oj, będą teraz w modzie... To inwestycja w jakiś giełdowy indeks albo pakiet indeksów (surowcowych, walutowych, giełdowych), ale przeważnie z ochroną kapitału. Więc wiesz, że na pewno nie stracisz, ale czy zarobisz to już inna sprawa. Pewien doradca finansowy powiedział mi ostatnio o tych produktach tylko tyle: "to rosyjska ruletka". Dziś ryzyko w tej grze jest o tyle niewysokie, że skoro oprocentowanie lokat bankowych jest nędzne, to nawet jeśli "struktura" nie zarobi (a większość nie zarabia) - serce nie będzie tak bardzo bolało. Pamiętajcie - projekcje zysków, które pokazują Wam sprzedawcy "struktur" warto podzielić przez dwa, zaś inwestycja jest tak naprawdę zakupem "czarnej skrzynki", w której nie wiecie co jest. No i trzecia sprawa - im dłużej ma trwać inwestycja w "strukturę", tym większa może być realna strata. Bo przecież w tym czasie nie tylko nie zarobicie tych kilku procent w skali roku, ale też pieniądze realnie stracą na wartości (inflacja!).

      Po czwarte: jeśli myślisz o dwucyfrowym zysku. Chcesz w dobie niskich stóp procentowych zarabiać więcej, niż 5% w skali roku? Pomysłów na to może być mnóstwo. Ale zawsze (wężykiem: zawsze) ceną możliwości wyższego zysku jest ryzyko, że straci się część pieniędzy. Nic w tym złego, o ile zdajesz sobie z tego ryzyka sprawę i rozsądnie nim zarządzasz. A więc: bierzesz z lokaty tylko np. jedną czwartą pieniędzy i nimi ryzykujesz. Jak się uda - podwyższysz sobie łączny zysk. Jak nie - wyjdziesz na zero, albo trochę stracisz, bo odsetki z lokaty zamortyzują stratę na mniejszej od lokaty inwestycji wiążącej się z ryzykiem. Paleta możliwości zarabiania jest szeroka, napisałem o tym całą książkę ("Jak pomnażać oszczędności", zapraszam do księgarń). Najbardziej rajcujące są oczywiście fundusze inwestycyjne lokujące w akcje spółek (jest ich multum i można wybrać sobie inwestycję pod kątem branży, regionu świata, wielkości firm - czego dusza zapragnie). Są też fundusze, które kupują surowce (np. złoto, inna sprawa, że ostatnio nie jest to złoty interes :-)), inne specjalizują się w obligacjach korporacyjnych, czyli tych emitowanych przez firmy. Są fundusze zarządzane przez matematyków, które inwestują we wszystko po trochu i zarabiają na wyprzedzaniu innych inwestorów w zauważaniu zmian trendów... Ba, widziałem ostatnio nawet fundusz inwestujący w... obrazy cenionych malarzy.

      Poza funduszami możesz kupić sam obligacje jakiejś firmy (ale pamiętaj, taki emitent moze zbankrutować - im wyższe oprocentowanie, tym większe ryzyko, przy dwucyfrowym zaczyna to być rosyjska ruletka). Stosunkowo najpewniejsze są chyba obligacje banków, które dają po 7-9% zysków i raczej nie bankrutują, bo są pilnowane przez Komisję Nadzoru Finansowego (obligacje emitują m.in. banki spółdzielcze i grupa Getin Noble Bank, możecie zerknąć też na giełdowy rynek Catalyst, tam można kupować obligacje na rynku wtórnym).  Możesz wreszcie kupić sobie kilka akcji dwóch-trzech dużych firm, wypłacających co roku dywidendy. Wartość takich dywidend stanowi 5-6% ceny akcji, więc zarobisz na tym nawet lepiej, niż w banku. Wada: nie wiesz, niestety, czy akcje w tym czasie nie stracą na wartości, więc to jest pomysł raczej na dłuższą inwestycję. No i tu też warto się kogoś poradzić, bo są spółki pewniejsze, jak wielkie banki, i mniej pewne, jak KGHM, czy Telekomunikacja (działające na zmieniającym się rynku, albo uzależnione od jednego czynnika, jak np. ceny surowców). Czegokolwiek nie wymyślisz, pamiętaj o respektowaniu czterech zasad w miarę bezpiecznego inwestowania. Z lokaty zabierz tylko część pieniędzy, ryzykuj pieniędzmi, których strata bardzo cię nie zaboli, rozkładaj ryzyko pomiędzy kilka inwestycji i inwestuj stopniowo, żeby nie trafić na zły dla siebie moment. Jeśli ktoś ma inne ciekawe pomysły na inwestowanie w erze słabych lokat - czy to z ryzykiem, czy bez - to podzielcie się nimi ze mną (i innymi czytelnikami) w komentarzach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (50) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie (bezpiecznie) ulokować oszczędności, gdy lokaty lecą na łeb, na szyję? Moje tipy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lutego 2013 11:25
  • niedziela, 24 lutego 2013
    • Sprzedali jego dług, ale... nie chcą powiedzieć komu. Tajemnica służbowa?

      Niedobrze jest podpaść firmie telekomunikacyjnej. Nie zapłacone faktury często dość szybko lądują u windykatorów, a z nimi rozmowy bywają różne - mniej lub bardziej nieprzyjemne, a jak człowiek nie ma grosza przy duszy, to na koniec i kosztowne. Jeden z moich czytelników nie zapłacił jakiejś faktury, czy nawet dwóch. Twierdzi, że przez niedopatrzenie, ale nie wnikam, czy to prawda. Zresztą to nieistotne. Ważniejsze, że ów klient po kilku miesiącach nawrócił się, przybył wyznać grzechy i odbyć pokutę. Zwrócił się do operatora, którym jest firma Play, z prośbą o umożliwienie spłaty długu. Play odpowiedział, że niestety już po ptakach, bo dług został sprzedany do firmy windykacyjnej (albo ściślej - do jakiegoś funduszu inwestycyjnego, który wynajął firmę windykacyjną do odzyskania pieniędzy). Mój czytelnik najpierw zrobił się smutny, gdyż nie lubi gadać z windykatorami, a potem poprosił o informację kto jest nabywcą długu. Czytelnik wyszedł z całkiem słusznego założenia, że lepiej jak sam odezwie się do windykatorów, niż miałby czekać, aż oni odezwą się do niego. No, taką akurat ma potrzebę konsumencką ;-)

      Niestety, firma telekomunikacyjna nie wykazała zrozumienia dla prośby mojego czytelnika. W biurze obsługi klienta odpowiedzieli, że nie mają zamiaru podzielić się z nim słodką informacją komu teraz wisi pieniądze. No i w tym miejscu całej historii pojawia się autor blogu "Subiektywnie o finansach". Czytelnik bowiem zapytał czy moim zdaniem taka praktyka jest dopuszczalna: sprzedać czyiś dług i nie powiedzieć komu się go sprzedało? Sprawa nie jest oczywista, więc zgłosiłem się do prawników jednej z dużych firm doradczych, by zassać od nich wykładnię przepisów, która mogłaby rozjaśnić nieco sytuację. Nie chcieli wypowiedzieć się pod nazwiskami (Play to duża firma...), ale warto i tak poczytać co im w duszach gra.

      "Naszym zdaniem Play na gruncie kodeksu cywilnego faktycznie nie ma obowiązku  poinformowania swojego dłużnika o sprzedaży długu innemu wierzycielowi, chyba, że zastrzeżono inaczej w umowie" - czytam w wykładni. To byłaby zła wiadomość, czyli nie musieli sami z siebie zawiadomić, że sprzedają dług.  Ale jest i dobra wiadomość: "W sytuacji, w której wierzyciel nie poinformuje dłużnika o tym, kto dług przejął, należność może zostać nadal skutecznie spłacona wobec poprzedniego wierzyciela. To, czy takie uprawnienie nadal przysługuje dłużnikowi uzależnione jest od tego, czy dłużnik został poinformowany o przelewie jego długu przez nowego "właściciela" tegoż długu, czyli np. od nabywcy wierzytelności". A więc - według prawników - w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się mój czytelnik, można przelać pieniądze na rachunek Play i uznać problem za rozwiązany. Co się dzieje dalej? Kiedy już "nowy" wierzyciel przyjdzie z uprzejmą prośbą o oddanie kasy, to trzeba pokazać mu potwierdzenie przelewu długu na konto "starego" wierzyciela. I poprosić, żeby rozliczał się już z nim. Tak przynajmniej twierdzą prawnicy z jednej z największych w Polsce firm doradczych.

      To nie koniec rozważań prawników. Napisali mi też co warto zrobić, jeśli nie mamy pewności w czyich rękach jest dług, a taką wiedzę chcemy za wszelką cenę posiąść. Jak wiadomo Play nie miał obowiązku przekazać takiej informacji "sam z siebie". Ale to nie oznacza, że nie możemy go nacisnąć. "Jeżeli  dłużnik ma wątpliwości co do tego, czy przelew jego długu został dokonany - lub czy jest skuteczny - powinien żądać potwierdzenia na piśmie o dokonanym przelewie długu. Pytanie w tej sprawie powinno być zadane na piśmie i wysłane listem poleconym" - piszą prawnicy. "Alternatywną możliwością jest złożenie przedmiotu świadczenia (kwoty jego długu długu) do depozytu sądowego i poinformowanie o tym wierzyciela". Można też być sprytnym i... pobawić się w detektywa. "Skutecznym sposobem na uzyskanie wiedzy o tym, kto przejął dług jest skorzystanie - z opartego na ustawie o ochronie danych osobowych - prawa do uzyskania od wierzyciela (jako administratora danych), informacji o tym komu dane te zostały  udostępnione" - piszą eksperci. A więc: sytuacja nie jest beznadziejna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Sprzedali jego dług, ale... nie chcą powiedzieć komu. Tajemnica służbowa?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 lutego 2013 00:11
  • sobota, 23 lutego 2013
  • piątek, 22 lutego 2013
    • Nieprecyzyjny zapis w regulaminie polisy podróżnej. Spocisz się zanim ją uruchomisz

      Pisałem kilka razy w blogu o polisach, które w pewnych okolicznościach bywają kompletnie bezużyteczne. Oraz o takich, które zostały przez ich "producentów" nieco wykastrowane. Dziś kolejny przykład polisy dysfunkcjonalnej, której używanie zgodnie z przeznaczeniem może szkodzić zdrowiu. Napisał do mnie czytelnik: "Mam platynową kartę mBanku, a do niej dołączone ubezpieczenie podróżne. Jechałem na kilka miesięcy za granicę i przed wyjazdem postanowiłem doczytać ogólne warunki ubezpieczenia (OWU). Zaś tam znalazłem arcyciekawy punkt dotyczący rozpoczęcia obowiązywania ubezpieczenia". W czym rzecz? Otóż: "Ochrona ubezpieczeniowa (...) rozpoczyna się z dniem aktywacji Karty, jednak nie wcześniej niż od chwili przekroczenia przez Ubezpieczonych granicy RP oraz pod warunkiem pokrycia przez Posiadacza karty za pomocą Karty w całości kosztu: 1) biletów dla Ubezpieczonych na podróż zagraniczną odbywaną środkiem transportu przewoźnika zawodowego, lub 2) zakwaterowania Ubezpieczonych za granicą RP, lub 3) tankowania pojazdu, którym Ubezpieczony udaje się w podróż zagraniczną, przy czym zatankowanie musi odbyć się na terytorium RP w dniu wyjazdu z RP".

      Mój czytelnik się niepokoi, bo pamięta, że firmy ubezpieczeniowe uwielbiają wykorzystywać wszelkie niejasności regulaminowe w taki sposób, by nie wypłacić klientowi czegoś, czego ów klient się domaga. "Sformułowanie "całość kosztu" oznacza, że muszę opłacić kartą wszystkie bilety lub wszystkie noclegi w krajach, w których będę przebywał, co w moim przypadku jest niemożliwe, bo plan podróży może się zmienić". Mój czytelnik uważa, że takie sformułowanie może być niebezpieczną furtką także w przypadku płacenia kartą za hotel. " W większości przypadków za hotel płaci się dopiero przed jego opuszczeniem, co oznacza, że... ubezpieczenie obowiązuje dopiero po wymeldowaniu". Co więc ma zrobić człowiek, który przed wyjazdem nie zapłaci za wszystkie noclegi za granią, a w hotelach rachunki reguluje dopiero wykonując tzw. check-out? "Konsultant, chcąc rozwiązać mój problem powiedział, żebym kupił komuś kilka litrów paliwa na stacji benzynowej, zapłacił za to kartą i w ten sposób uruchomił ochronę ubezpieczeniową". Niegłupie, wszak tankowanie też uruchamia polisę i w dodatku nie trzeba zatankować "wszystkich" litrów :-). Tak sobie pomyślałem: ile to się trzeba natrudzić, żeby uruchomić ubezpieczenie do platynowej karty płatniczej, prawda?

      Czytaj: Polisa zdrowotna, czyli płać 250 zł miesięcznie, a lekarza szukaj sam

      Dziwny sposób "odpalenia" ubezpieczenia najpierw wydał mi się jakąś niedorzecznością, ale jak się głębiej zastanowiłem... to zacząłem rozumieć podejrzliwego klienta. W ogólnych warunkach stoi jak byk, że trzeba opłacić wszystkie bilety i zapłacić kartą za wszystkie noclegi, żeby ubezpieczenie działało podczas całej podróży zagranicznej. Udałem się po wyjaśnienie do bankowców. W biurze prasowym mBanku powiedziano mi, że to musi być nieporozumienie: "W sytuacji, gdy klient podczas podróży zamierza zmieniać miejsca noclegu, ochrona będzie aktywna, jeśli kartą zapłaci przynajmniej za jeden nocleg". Uffff... Ale to niestety oznacza, że punkt regulaminu mówiący, że koszt pobytu w hotelu za granicą powinien być poniesiony "w całości" za pomocą płatności kartą, jest nieprecyzyjny. Co ważne, bank się ze mną zgodził. I zapowiedział poprawę "Jeśli chodzi o zapis w OWU, mówiący o "całości kosztu", to podjęliśmy decyzję, by go zmienić i doprecyzować warunki uruchomienia ubezpieczenia". Tylko czy trzeba było interwencji blogu "Subiektywnie o finansach", żeby dobrze napisać ogólne warunki ubezpieczenia?. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Nieprecyzyjny zapis w regulaminie polisy podróżnej. Spocisz się zanim ją uruchomisz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 lutego 2013 14:44
  • czwartek, 21 lutego 2013
    • Szalony pomysł? Bank gwarantuje, że jego klienci będą płacili za leki tylko... 4,99 zł

      Pomysły Getin Banku na przyciągnięcie klientów konkurencji stają się coraz bardziej śmiałe. Pisałem już o najwyżej oprocentowanym na rynku koncie oszczędnościowym (8%, ale oczywiście z mnóstwem warunków i obostrzeń), napomknąłem też o promocji, polegającej na opłacaniu przez bank abonamentu RTV za świeżo upieczonych posiadaczy getinowego konta. Wcześniej Getin kusił specjalną kartą, dającą zwrot części kosztów paliwa (a dokładniej - nadwyżki ponad 4,99 zł za litr). Dziś napiszę kilka słów o kolejnym pomyśle Getinu, który może spowodować ferment na rynku. Moim zdaniem rzecz ma ogromny potencjał marketingowy, bo dotyczy połączenia bankowości i... ochrony zdrowia, czyli tematu, który rozgrzewa wszystkich Polaków bez wyjątku. Rozgrzewa nas on jeszcze bardziej, niż abonament RTV i ceny paliw razem wzięte. Getin wykombinował mianowicie, że tym klientom, którzy zdecydują się założyć w konto Getin Up, bank będzie... dopłacał do lekarstw. Oferta co prawda ma dotyczyć tylko leków refundowanych (czyli wydawanych na receptę), ale i tak wygląda nieźle. W jej ramach posiadacz konta nie zapłaci za żadne lekarstwo więcej, niż 4,99 zł.

      Oferta ma formę ubezpieczenia dostarczanego przez towarzystwo Getin Życie, ale nic klienta nie będzie kosztowało, bo składkę pokryje za niego bank. Od strony technicznej będzie to wyglądało tak, że klient dostanie specjalną kartę, którą będzie musiał okazywać w aptece, realizując recepty. I na podstawie tej karty za każdy lek zapłaci maksymalnie 4,99 zł. Żeby nie było tak różowo: kartę będą honorowały tylko wybrane apteki, uczestniczące w ubezpieczeniu (ale jest ich 1700 w kraju, więc prawdopodobnie nie będzie trzeba jeździć do sąsiedniego województwa - na każde duże miasto przypada 9-10 aptek), zaś gwarantowana cena będzie dotyczyć tylko leków wpisanych na specjalną listę, tzw. receptariusz. Ale w tym receptariuszu leków ma być całkiem sporo - w sumie mają odpowiadać 60% sprzedaży w aptekach (czyli wszystkie najpopularniejsze leki powinny tam być), wyłączywszy tylko szczepionki, środki diagnostyczne, preparaty i produkty do żywienia i środki antykoncepcyjne oraz wspomagające erekcję. Możliwość kupowania z ryczałtem będzie dostępna maksymalnie przez rok - tak długo, aż klient przekroczy dość wysoki limit świadczeń - 2500 zł. Lista aptek, w których będzie można kupować z rabatem, będzie dostępna na specjalnej stronie internetowej.

      Czytaj: Getin Bank i karty z klawiaturką. Tani gadżet czy nowa jakość?

      I jak Wam się podoba? Kupowałem ostatnio w aptece kilka leków na infekcję gardłowo-nosową i zapłaciłem prawie 150 zł. Trzy leki z pięciu były na receptę, średnia cena każdego z nich wyniosła 20-30 zł. Gdybym mógł skorzystać z oferty Getinu, byłbym jakieś 50 zł do przodu. Taki pieniądz piechotą nie chodzi. Oczywiście wiem, że większość leków, które kupujemy, to jednak nie są leki na receptę, ale tzw. OTC (np. krople do nosa, czy tabletki przeciwbólowe). Wiem też, że choroby, które powodują konieczność udania się do lekarza i zassania od niego recept na leki z refundacją, zdarzają się przeciętnemu Polakowi pewnie nie częściej, niż dwa-trzy razy w roku. Częściej są w aptekach ci, którzy mają dzieci w wieku szkolnym lub przedszkolnym, ale takich "hurtowników" oferta Getinu i tak nie dotyczy - z karty zniżkowej może korzystać tylko jeden posiadacz konta, a nie cała rodzina. Z "Twojej Recepty" (bo taki kryptonim nosi projekt GetinU) wyłączeni będą też klienci nadmiernie cherlawi: a więc ci, którzy właśnie są na zwolnieniu lekarskim, mają skierowanie do szpitala lub przebywali w nim w ciągu ostatniego miesiąca przed podpisaniem umowy. No i nie ma mowy o tanich lekach dla klientów po 60-tce - oni też są wyłączeni z promocji. 

      Ponieważ mówimy o Getin Banku, a więc instytucji finansowej, która stosunkowo rzadko rozdaje prezenty, zasadnym jest pytanie: czego bank chce w zamian? Okazuje się, że nie tak wiele - trzeba na dwa lata założyć w Getin Banku ROR. Inna sprawa, że oznacza to de facto przeniesienie do tego banku dużej części domowych finansów, bo aby ROR nie kosztował miesięcznie 9,99 zł, to muszą być nań wpłacane co miesiąc pieniądze (najlepiej z wynagrodzenia od pracodawcy). Zwróćcie uwagę, że oblig posiadania ROR-u jest nakładany na dwa lata, zaś bezpłatny ryczałt lekowy będzie przysługiwał tylko przez rok. Co potem? W Getin Banku nie zdradzają swoich planów, ale niewykluczone, że będzie można odpłatnie przedłużyć ubezpieczenie lekowe na drugi rok. W sumie jednak nie jest to rzecz obłożona jakimś agresywnym cross-sellingiem, za co muszę Getin Bank pochwalić. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, ale jeśli miałbym szukać wad w tym "ubezpieczeniu lekowym", to byłaby to mimo wszystko ograniczona liczba aptek (niekoniecznie da się skorzystać z oferty w aptece, którą mamy najbliżej), ryzyko, że mniej popularne leki nie znajdą się na liście "bonusowej", a także wyłączenie z oferty obecnych klientów Getin Banku, osób po 60-tce i rodzin tych, którzy zostaną objęci programem.

      Jest też drobna upierdliwość w postaci PIT-u, który bank wyśle na koniec roku, jeśli korzyści dla klienta przekroczą pułap określony w ordynacji podatkowej (kilka stówek). Oczywiście, w tej ofercie jest dużo marketingu. Wiadomo, że przeciętny klient z klasy średniej - a chyba do przyciągnięcia takich aspiruje Getin - choruje mało, lekarzy unika, recept nie przyniesie do apteki zbyt dużo. Ale w czasach, kiedy banki tną bonusy dla klientów równo z trawą, pomysł Getinu daje po oczach. Zwłaszcza, że nie jest obłożony zbyt agresywnym cross-sellingiem. Myślę, że dzięki niemu sporo osób zwróci uwagę na nowe getniowe konto Getin Up  Tylko co tu teraz wybrać? Lepiej żeby mi bank opłacał abonament RTV, czy zwracał za leki? Trudny wybór :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Szalony pomysł? Bank gwarantuje, że jego klienci będą płacili za leki tylko... 4,99 zł”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lutego 2013 23:55

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line