Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 28 lutego 2014
    • Wypełnianie PIT-ów może być przyjemne? Za tę odrobinę rozkoszy zapłaciłem wysoką cenę

      Rozliczanie PIT-ów zawsze odkładałem na ostatnią chwilę. Nie tylko z powodu podejrzeń, że znowu będę musiał coś oddać urzędowi skarbowemu (przeciwnie, przeważnie to ja jestem w tym rozliczeniu "do przodu"), ale z powodu cierpienia, które powoduje u mnie wypełnianie jakichkolwiek formularzy i dostarczanie ich do urzędników. Trzy lata temu udało mi się raz wyrwać z tego zaklętego kręgu, gdy rozliczyłem się przez internet (korzystając z aplikacji przygotowanej przez Ministerstwo Finansów), ale potem aplikacja przestała na moim komputerze działać ;-). Zawsze się zastanawiałem: czy nie można by tego rozliczania jakoś uprościć, uczynić przyjaźniejszym? Zrobić do tego "skórkę", która chowałaby te wszystkie trudne rzeczy pod spodem, a na wierzch wystawiała samą przyjemność?

      Program do rozliczania PIT-ów online, zamieszczony na stronie Ministerstwa Finansów, w gruncie rzeczy wymaga pewnego obycia w tematyce podatkowej (komunikuje się z użytkownikiem dość formalnym językiem).  Nie dałbym go do używania osobom, które z podatkami nie chcą mieć nic wspólnego. Testowałem różne komercyjne programy, które w wypełnianiu PIT-ów chciały mnie wyręczyć. Owszem, było łatwiej, ale w gruncie rzeczy niewiele przyjemniej. W tym roku wpadł mi w ręce program, który nie tylko rozlicza podatki, ale próbuje "zaprzyjaźnić się" z odbiorcą. Do tego jest po prostu ładny: kolory niekrzykliwe, wszystko oparte na modnych ostatnio klockach.

      Pitax

      Podatków w Polsce wszyscy się boją, więc twórcy programu zaczynają od... "marketingu podatkowego". Czyli takich oto hasełek: "Zadajemy tylko proste pytania, pomagamy znaleźć wszystkie odliczenia podatkowe, które ci się należą". Albo: "Duży zwrot! Wiemy jak ciężko pracowałeś na swoje pieniądze. Dbamy o to, żebyś zapłacił możliwie jak najniższy podatek i zachował ich jak najwięcej dla siebie". I dalej ikonka "odbierz swoje pieniądze", odsyłająca do elektronicznego formularza. Albo: "Jak nie płacić podatku, spędzić urlop w raju podatkowym i rozliczyć się z księgową za 19 zł?". Chętnie ponaśmiewałbym się z tych hasełek, ale kiedy już przeszedłem do rozliczania PIT-a z pomocą tego programu, to podatkowy luz nie zniknął. Zamiast: "określ typ formularza, który chcesz wypełnić", jest pytanie "Dla kogo chciałbyś rozliczyć PIT-y". Potem mam podać imię i e-mail (ewentualnie zmieniam piktogram określający moją płeć), odpowiedzieć na pytanie czy prowadzę swój biznes, czy mam dzieci (ile i kiedy urodzone) oraz ile PIT-11 dostałem od pracodawców. Wszystko na dużych klockach, każdy na nowym ekranie. Dopiero potem mniej przyjemna praca, czyli przepisanie danych z formularzy PIT-11, które otrzymaliśmy od pracodawców.

      Pitax

      "Dokładamy starań, by Twoje podatku były tak małe, a ulgi tak wielkie, jak to tylko możliwe" - obiecuje miła pani ze zdjęcia. Bzdet, ale przestraszony podatkami użytkownik poczuje się bezpieczniej. Gdy trzeba wpisać dane domowników, system - gdzie tylko się da - pomaga. Np. po wpisaniu PESEL-u sam wypełnia pole "data urodzenia". Po wpisaniu kodu pocztowego automatycznie wypełniają się rubryki "województwo", "powiat" i "gmina". System wychwytuje też błędny NIP i PESEL. Teraz ulgi. W sekcji o uldze internetowej można wpisać dane z comiesięcznych faktur, albo łączną sumę za cały rok, są też kontrolne pytania, które mają pomóc w ustaleniu, czy na tę ulgę w ogóle się łapiesz. Nie trzeba znać przepisów, system sam orzeknie i poinformuje dlaczego się łapiesz, lub dlaczego nie. Też prostym językiem, bez nadmiaru ustaw i paragrafów.

      A inne ulgi? Darowizny są przedstawione na piktogramach, szczegóły wpisuje się po kliknięciu na odpowiedni piktogram. Na osobnym ekranie pojawiają się mniej popularne ulgi (też na piktogramach). System dba o to, żebym się nie zmęczył, na jednym ekranie "zarządzam" nie więcej, niż czterema ikonami. W sekcji pt. "1%" mamy zasugerowaną konkretną fundację, a po kliknięciu na ikonę "zmień OPP" pojawiają się kolejne trzy. Dopiero po pójściu dalej otwiera się wyszukiwarka, w której można przeszukiwać organizacje pożytku publicznego po regionach Polski i "tematach" działalności (np. prawa zwierząt). Po wybraniu konkretnego obszaru pojawiają się logo wybranych organizacji. Jeśli nie wybiorę żadnej organizacji, na ekranie pojawia się ostrzeżenie, że w ten sposób wielu osobom robię krzywdę, a przez brak obywatelskiej postawy pomagam darmozjadom. Albo coś w tym stylu ;-).

      Pitax

      Program pozwala wysłać PIT przez internet, w wersji elektronicznej, bezpośrednio do urzędu skarbowego (można też tradycyjnie - wydrukować i zapakować do koperty). Na moim e-mailu pojawia się pdf z zeznaniem, a potem potwierdzenie przyjęcia dokumentu przez "skarbówkę". Na wersji elektronicznej (jeśli taką drogę złożenia zeznania wybiorę) moim "podpisem" jest kwota przychodów z poprzedniego zeznania (za 2012 r.). Dokładnie tak samo, jak w przypadku programu umieszczonego na stronie Ministerstwa Finansów.

      Czy to wszystko jest bezpieczne? Od strony transferu danych - wydaje się, że tak. Program działa online, ale połączenie z programem "idzie" na tych samych zasadach, co połączenie np. z bankiem, kiedy nadajemy przelew. A co z przetwarzaniem danych wrażliwych, takich jak informacje o moich dochodach, pracodawcach, danych osobowych? Za rekomendacją dwóch czytelników blogu przeskanowałem regulamin i niestety wiem już, że za przyjazne rozliczenie online muszę słono zapłacić. Walutą w tym przypadku jest to, co program i jego twórcy mogą się o mnie dowiedzieć. "Usługodawca gromadzi i przetwarza dane (...) podawane bezpośrednio przez usługobiorcę oraz informacje uzyskiwane podczas korzystania z usług", takie jak informacje o urządzeniu, geolokalizację, adres IP, informacje zawarte w pamięci przeglądarki, oczywiście cookies. "Dane i informacje, o których mowa, służą do udostępniania, utrzymywania, ochrony i udoskonalania usług" oraz "zwiększenia wygody użytkowników". No, trzeba przyznać, że nasze kochane PITaksy wiedzą o nas dużo i mają pełną tego świadomość. No i oczywiście chcą z tej wiedzy czerpać pełnymi garściami.

      Firma może też przetwarzać dane osobowe: imię, nazwisko, PESEL, numer dowodu, paszportu, adres zamieszkania i e-mail. I teraz kawałek, przy którego lekturze włosy stanęły mi dęba: "Przetwarzanie danych osobowych w celach marketingowych lub jakichkolwiek innych jest wyłączone, chyba, że w ofercie usług, przed zawarciem umowy o świadczenie usług lub na podstawie uzgodnień usługobiorcy i usługodawcy, w tym poprzez infolinię (np. poprzez akceptację zapytania w tym zakresie), lub w ramach innych regulaminów przewidziano wyraźnie taką możliwość lub przewidziano ją w dalszych postanowieniach niniejszego regulaminu". Czyli: "wrzutkę" marketingową możemy zrobić ci, drogi kliencie, wszędzie i o każdej porze. Oj, nieładnie, PITaksie. Użytkownik - według regulaminu - wyraża też zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych w celu "ewentualnej egzekucji należnych świadczeń". Brrr...

      No i wreszcie: "Usługodawca nie udziela żadnej gwarancji, że korzystanie z usług i oprogramowania będzie przebiegało bez błędów lub wad". Z kolei "w przypadku jakichkolwiek roszczeń związanych z realizacją usług odpowiedzialność finansowa spółki ograniczona jest do ktoty przekazanej przez usługobiorcę tytułem wynagrodzenia". A problemy w tej mierze pojawić się mogą, bo część z Was testowała program na bardzo trudnych konfiguracjach PIT-owych i ponoć różnie bywało... "Fajny program, ale raczej nie dla mnie. Ja wolę klasyk: tabelki i kalkulator. Tak z ciekawości spróbowałem tym programikiem rozliczyć siebie (dane fałszywe dawałem, ale chodziło mi, żeby zobaczyć jak działa). Niestety w moim przypadku PITax okazał się niezbyt przydatny: własna działalność plus umowa o pracę na firmę plus kilka PITów z umów o pracę na siebie plus rozliczenie zysków z giełdy... Program wymiękł, albo ja przy jego obsłudze"- donosi mi jeden z czytelników. Inna sprawa, że targetem dla takich programów są raczej ludzie, którzy mają dość proste konfiguracje podatkowe do rozliczenia, ale są "ogórkami".

      Tym z Was, którym jeszcze nie odeszła ochota na przyjazne rozliczanie się z podatków, powiem na uszko, że poza programem rozliczającym podatki jest też na stronie PITax zakładka z bazą wiedzy: poradnikami, kalkulatorami (można obliczyć sobie płacę netto, oszczędności na emeryturę, albo oszacować zwrot podatku). Są wskaźniki, ustawy i kalendarz podatkowy, a także najpopularniejsze druki w formie pdf-ów. Oczywiście za aktualność i prawdziwość tych danych firma nie bierze w regulaminie żadnej odpowiedzialności ;-). Sezon na rozliczanie PIT-ów dopiero się zaczyna, ale chciałbym, żeby w tym roku - mnie i Was - bolało mniej, niż zwykle. Ale chyba przy rozliczaniu podatków online miło i przyjemnie może być tylko za cenę oddania dużej części swojej prywatności. I to bez żadnej gwarancji, że potem urząd skarbowy nie przyjdzie z informacją, że mamy w zeznaniu błąd. Ale... kto skorzysta z PITaksa i wciąż nie wierzy, że wszystko jest bez błędów, dostaje na koniec opcję skorzystania z usług... absolutnie materialnej księgowej ;-).

      Pitax

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Wypełnianie PIT-ów może być przyjemne? Za tę odrobinę rozkoszy zapłaciłem wysoką cenę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 lutego 2014 16:14
  • czwartek, 27 lutego 2014
    • Nie wierzę: bank odmówił klientowi kredytu hipotecznego z powodu... spadku ;-)

      Spaprana historia kredytowa to duży ból, bo w zasadzie odcina klienta od kredytu w jakimkolwiek banku. Można prosić, błagać, tłumaczyć, ale jak z bazy BIK popłynie słaby rating, to i tak wyrzucą człowieka przez okno. No, jeśli będzie miał szczęście, to może przez drzwi ;-). W większości przypadków sami sobie jesteśmy winni - punktacja w BIK nie spada na łeb i szyję z dnia na dzień, opóźnienie w spłacie rat musi być większe, niż 30 dni. Mało kto wie, że z BIK-iem nie ma żartów, więc czasem sobie folgujemy ze spłatą rat, a potem okazuje się, że konsekwencje są długoterminowe. Niestety, czasem słaba historia w BIK nie wynika z nierzetelności, a z nieszczęścia, albo pecha życiowego. Dziś taki właśnie przykład. "Czytam Pana blog z wielkim zainteresowaniem, nie przypuszczałem jednak, że sam spotkam się  z sytuacją, którą będę chciał Panu opisać" - pisze pan Marcin, klient Banku Millennium od blisko 5 lat. "Korzystałem i korzystam z wielu ich produktów. Dwa konta – jedno firmowe, drugie osobiste - karty bankomatowe, karty kredytowe (złota MasterCard i Visa), limit obrotowy w koncie (kwota 20 000). Wcześniej korzystałem też z lokat bankowych i planów systematycznego oszczędzania" - opowiada pan Marcin.

      Jak usunąć niekorzystne dane z BIK? Jest prosty sposób, ale....

      Przyznacie, że złoty klient. Z gatunku tych, na których Bank Millennium powinien chuchać i dmuchać i codziennie pytać co jeszcze mógłby dla niego zrobić. Niestety, okazało się, że Bank Millennium nie ma ochoty na żadne karesy wobec pana Marcina. "Jakiś czas temu postanowiłem wyremontować stary dom, który otrzymałem w spadku, w związku z czym zapragnąłem skorzystać z kredytu hipotecznego. Jako lojalny klient uznałem, że nie ma potrzeby szukać ofert w innych bankach, choć wiem, że zdarzają się bardziej korzystne. Uzyskałem decyzję o warunkach zabudowy i pozwolenie na budowę. Po zdobyciu tych dokumentów, dołożeniu operatu szacunkowego, dziennika budowy, projektu architektonicznego, pewny swego ruszyłem do banku. Pewny swego, gdyż jako człowiek zapobiegliwy i przewidujący wcześniej założyłem konto w BIK, zamówiłem raport i wiedziałem, że mam pięć gwiazdek i ok. 550 pkt.". To naprawdę przyzwoita punktacja, która powinna skutkować tym, iż w oddziałach Banku Millennium powinni pana Marcina całować po rękach.

      "Po wypełnieniu wniosku kredytowego okazało się, że... system go nie przyjmuje z powodu alertu przekazanego przez BIK. Skonsternowany, powtórzyłem więc badanie mojego standingu finansowego w BIK i otrzymałem podobny wynik (pięć gwiazdek i 550 pkt.). Skontaktowałem się też z BIK telefonicznie – miła pani poinformowała mnie, że skoro mam te gwiazdki i punkty, to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Więc o co chodzi? Zdziwienie moje było tym większe, że cały czas otrzymuję, i telefonicznie i przez Millenet, liczne oferty wzięcia kredytu konsumpcyjnego,. Ostatnia (zresztą ciągle aktualna) na kwotę 17 700 zł. A wcześniej (w czerwcu) proponowano mi nawet kwotę ok. 40.000 zł (czyli połowę sumy, o którą aktualnie wnioskuję, a przecież kredyt hipoteczny jest bezpieczniejszą formą kredytu niż kredyt konsumpcyjny). W grudniu 2012 r.  przedłużono mi też złotą kartę na kolejne 3 lat" - pan Marcin próbował ogarnąć umysłem sytuację, ale mu się nie udawało.

      Problem nadmiaru, czyli co zrobić, gdy bank sprawdza w BIK swojego... byłego klienta?.

      "Stwierdziłem więc, że spróbuję dowiedzieć się u źródła, jaki jest powód owej blokady. Napisałem do banku reklamację i bardzo szybko otrzymałem odpowiedź, że powodem alertu jest ugoda dotycząca kredytu, który w 2004 r. wzięła moja mama. Z powodu śmierci mamy w 2011 r., a następnie brata dwa miesiące później - wraz z siostrą stałem się stroną tej umowy kredytowej. Przeciągające się postępowania o nabyciu spadku (którego przecież w ogóle nie musiałem przyjmować) spowodowały, że przez kilka miesięcy kredyt nie był w ogóle spłacany. Więc bank PKO BP, który był wierzycielem mojej mamy, uruchomił procedurę ściągania należności. Zawarliśmy z bankiem ugodę i od tej pory sumiennie spłacamy kredyt, którego ostatnia rata przypada na wiosnę 2014 r. Moim zamiarem nigdy nie było niespłacanie kredytu po mamie, lecz najpierw trzeba było załatwić wszelkie formalności sądowe i prawne, których w przypadku śmierci dwóch członków rodziny było wiele. Czyli powodem tego nieszczęsnego wpisu w BIK nie jest żadne moje zaniedbanie, czy zwłoka w spłacie wcześniejszych kredytów, lecz zwykła ludzka tragedia, na którą nikt nie ma wpływu" - pisze czytelnik.

      Banku Millennium nie interesowało jednak to, że generalnie pan Marcin cieszy się wysoką punktacją w BIK. Za to bankowców z Millennium zniesmaczył alert dotyczący ugody z PKO BP. Czy słusznie ich zniesmaczył? "Bank nawet nie próbował wyjaśnić skąd ta ugoda się wzięła. Spodziewałem się, że z powodu owej ugody mogą wystąpić jakieś wątpliwości ze strony banku, więc do wniosku o kredyt załączyłem jej kopię. Bank jednak od razu zakwalifikował mnie jako niewiarygodnego klienta. Nie mam wielkich nadziei, że jeszcze cokolwiek tu wskóram, z korporacją wszak nie tak łatwo wygrać" - kończy swój list pan Marcin. Chciałbym, żeby bankowcy z Millennium poszli po rozum do głowy i zweryfikowali swoje podejście do dobrego klienta. Chciałbym też,  żeby tę historię wzięli sobie do serca wszyscy ci pracownicy banków, którzy odpowiadają za analizę scoringu i wiarygodności kredytowej klienta. Bo z powodu bezmyślnych procedur można takiego klienta najzwyczajniej w świecie stracić. Michael O'Leary, szef Ryanaira, powiedział ostatnio: "Musimy przestać wk***iać ludzi bez potrzeby". Do tej sprawy pasują, jak jasna cholera ;-).

      WIĘCEJ O BANKOWYCH WPADKACH NA YOUTUBE. Zapraszam do obejrzenia kolejnego wideofelietonu "Subiektywnie o finansach", w którym opowiadam o tym, jak bank nie przelał klientowi prowizji, po czym go za to ukarał oraz o tym jak firmy pożyczkowe przywiązują się do przedmiotów, zwłaszcza jeśli te przedmioty błyszczą ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Nie wierzę: bank odmówił klientowi kredytu hipotecznego z powodu... spadku ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lutego 2014 23:24
    • Jaki kit bankowcy są w stanie nam wcisnąć, żebyśmy wyrazili zgodę na marketing? Każdy ;-)

      Wyłudzanie od klientów zgód na inwazję marketingową to od kilku lat hobby bankowców . Uwielbiają dać upust tej żądzy zwłaszcza przy podpisywaniu z klientami różnych umów promocyjnych. Zdarza się on coraz częściej, bo banki coraz lepiej potrafią wykorzystywać to, co o nas wiedzą. Oznacza to, że zgoda klienta na marketing niesie dla banku więcej korzyści i - w perspektywie - zamiany relacji z klientem na brzęczącą mamonę.  Ostatnio dostarczacie mi sporo informacji o tym jak bankowi spryciarze usiłują albo usiłowali od Was wyłudzić zgodę na marketing. Napisał do mnie pan Tomasz: "Jestem klientem banku PKO BP oraz użytkownikiem iPKO. Prowadzi się tu agresywną akcję zbierania danych do komunikacji marketingowej. Zdarzyło się mi nie raz, że po wypełnieniu formularza dodania nowego odbiorcy przelewu byłem pytany o potwierdzenie danych, które wpisałem, a pod spodem znajdowałem jeszcze dwie zgody na komunikację marketingową i były one od razu zaznaczone jako zatwierdzone" - donosi czytelnik.

      Fajna zabawa: za każdym pamiętać, by zlikwidować "ptaszki" w polach odpowiadających za zgodę na marketing. "Napisałem w tej sprawie do Federacji Konsumentów i otrzymałem informację, że taka polityka jest niezgodna z prawem, gdyż użytkownik musi w pełni świadomie wykonać akcję zaznaczenia tzw. check-box. To pole nie może być domyślnie wypełnione". Pan Tomasz załącza zrzut ekranu z systemu iPKO. W sumie mogło być gorzej, bo w PKO BP jeszcze nie wpadli na ten pomysł, który wpadł do łepetyn menedżerom Aliora, żeby przy każdym logowaniu wyświetlać klientom reklamy ;-)

      iPKO zgody marketingowe

      Poprosiłem bank o wyjaśnienia. Trwało kilkanaście dni, zanim nadeszła odpowiedź, ale za to jak już przyszła, to... "Dziś już, aby wyrazić zgodę na przetwarzanie danych osobowych w celach marketingowych należy osobiście zaznaczyć odpowiednie pola. W poprzednim rozwiązaniu klient miał wprawdzie domyślnie zaznaczony check-box przeznaczony na wyrażenie zgody, ale mógł ten wybór albo zatwierdzić albo zmienić". A więc bank przyznał, że coś było nie tak, ale już posprzątali. Miło :-). "Aktualna praktyka odpowiada wytycznym w zakresie przetwarzania danych osobowych w celach marketingowych, które zostały sformułowane przez tzw. „Grupę Art. 29”, czyli gremium doradcze złożone głównie z szefów urzędów ds. ochrony danych osobowych z krajów UE" - czytam w oświadczeniu PKO BP. Czyżby pytania, które zadał bankowi - z moim skromnym pośrednictwem - klient, spowodowały, że coś się ruszyło?

      mBank nas rozjuszył. Jak wycofać zgodę na komunikację marketingową z banku?

      Napisał do mnie również pan Zbigniew, który postanowił założyć konto w Eurobanku. W tym celu udał się do placówki, a tam... "Moja wizyta w oddziale banku w Żorach skończyła się po 1,5 godziny totalną porażką. Rozbiło się o to, że na wydrukach umowy nie było możliwości wybrania opcji o braku zgody przetwarzania danych w celach marketingowych. Mimo zapewnień pani z obsługi, że odznaczyła to w  systemie, po wydrukowaniu umów zgoda na przetwarzanie danych w celach marketingowych była zaznaczona. Nie chciałem podpisywać umowy, na której było wpisane coś zupełnie innego, niż deklarowała pani. Pracownica Eurobanku nie pozwoliła na skreślenie tego zdania na umowie. Wymiękłem". Bank odpisał mi, że z tą inwigilacją pana Zbigniewa to musi być jakieś nieporozumienie. "Podczas zakładania konta osobistego w naszym banku wyrażenie zgody marketingowej nie jest obowiązkowe. Klient ma możliwość wyboru, czy taka zgoda ma obowiązywać. Klient podpisuje ją na osobnym druku, może tej zgody nie wyrazić i wycofać ją w dowolnym momencie".

      Bank sugeruje, że klientowi się coś... popieprzyło ;-). "Prawdopodobnie w liście klienta mowa o znajdującej się w treści umowy informacji dotyczącej uprawnienia banku do przetwarzanie danych klienta. Zapis ten ma jedynie charakter informacyjny (czyli nie wymaga zgody klienta) i wynika z nałożonego na bank ustawowo obowiązku poinformowania klienta o celach przetwarzania jego danych" - odpowiada bank. Rzeczywiście, mogło być tak, że klient zobaczył w treści umowy zapis o przetwarzaniu danych i na wszelki wypadek się nastroszył, nie doczytując, że nie chodzi tu o przetwarzanie danych w celach marketingowych. Jest i druga opcja: że pracownik podsunął klientowi ten osobny druk ze zgodami marketingowymi wmawiając, że jest to część umowy, bez której ani rusz. Jaka jest prawda? Tego tu nie rozstrzygnę, ale wolę, gdy jesteście nadmiernie podejrzliwi, niż nieuważni i nieostrożni. A ja, w celu uchronienia Was przed nieostrożnością, usiłowałem nawet zagrać w tenisa z Piotrem Adamczykiem. Zobaczcie co z tego wynikło ;-)

      I jeszcze ciekawy patent rodem z Banku Millennium (sprzed kilku miesięcy): "Przyszedłem do oddziału, by dokonać wpłaty gotówkowej na konto, okazałem dowód osobisty, a pracownik poinformował mnie, że konieczna jest coroczna aktualizacja danych i skanowanie dowodu osobistego. Kolejnym etapem było wydrukowanie karty informacyjnej z moimi danymi i zgodami marketingowymi, które były zaznaczone na "tak", choć nawet nie zostałem o nie zapytany. Gdy powiedziałem, że nie podpiszę, pan w banku poinformował, że zgoda na przetwarzanie danych przez bank i podmioty współpracujące jest konieczna, bo bez tego nie mogą prowadzić mi rachunku  W końcu jednak wydrukowano mi oświadczenie, na którym zgody marketingowe były zaznaczone na "nie", zgodnie z moją wolą. Takie oświadczenie podpisałem". Banki bankami, ale spójrzcie, co wyrabiają pośrednicy finansowi:

      Expander zgody marketingowe

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Jaki kit bankowcy są w stanie nam wcisnąć, żebyśmy wyrazili zgodę na marketing? Każdy ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lutego 2014 17:28
    • "Niech bank pozwoli sprzedać kredyt razem z mieszkaniem". Pomysł na pomoc frankowcom?

      Jak rozwiązać problem kredytów frankowych? W pułapce tkwi 600.000 rodzin, choć dla większości z nich - jak wynika z badań i sondaży - jest to rodzaj słodkiej niewoli, bo problemów z obsługą kredytów nie mają, zaś na niższych ratach w przeszłości zarobiły więcej, niż dziś tracą na wysokich. Osób, które nie radzą sobie ze spłatą kredytów walutowych jest stosunkowo niewiele, choć głośno krzyczą. Zresztą są to osoby, które prawdopodobnie znalazłyby się w tarapatach również wtedy, gdyby spłacały kredyty w złotych, bo po prostu zadłużyły się "pod korek" (choć oczywiście wzrost kursu franka te tarapaty jeszcze pogłębił). Kto wziął kredyt frankowy w rozsądnej wysokości, spłaca dziś w najgorszym razie raty o 20-30% wyższe, niż na początku, co przy dobrze skrojonym domowym budżecie nie zabija (choć przyjemne, rzecz jasna, nie jest). Tym biedakom, którzy się przekredytowali, warto podać pomocną dłoń i przynajmniej ułatwić im upadłość konsumencką. Ale pytanie, czy nie trzeba byłoby rozluźnić więzów również pozostałym?

      Dlaczego? Po pierwsze: nieruchomości, które są finansowane kredytami frankowymi, są dziś praktycznie "niesprzedawalne". Ich wcześniejsza spłata oznacza zafiksowanie gigantycznych, w wielu przypadkach kilkusettysięcznych strat wynikających z różnicy między kursem waluty w momencie brania kredytu oraz w momencie spłaty. A więc rodziny, które mają mieszkanie "frankowe",  muszą w nich mieszkać, nawet jeśli te mieszkania są dla nich za małe, albo np. myślą o tym, żeby w przyszłości mieć dzieci. Po drugie: banki mają takich kredytobiorców w garści. Dobrze wiedzą, że refinansowanie kredytem w innym banku nie wchodzi w grę, bo frankowych kredytów na rynku już nie ma (a poza tym - straty na różnicach kursowych, patrz punkt pierwszy). Są analitycy, którzy dowodzą, że te kilkaset tysięcy mieszkań, które zostało wykluczonych z rynku nieruchomości, "odpowiada" za wciąż zbyt wysokie ceny w Polsce. Rzeczywiście, niezależnie od tego na ile szczęśliwi lub nieszczęśliwi są posiadacze kredytów frankowych, niedobrze, że znaleźli się w niewoli. Nawet jeśli chwilowo ten stan lubią.

      Jeden z moich czytelników ma na to rozwiązanie, które pozwoliłoby "uregulować" sytuację przez samych kredytobiorców, czyli przepływ nieruchomości od osób, które nie mają pieniędzy na obsługę kredytu, do tych, którzy chcieliby wziąć mieszkanie razem z kredytem. To trochę podobne do sprzedawania polis inwestycyjnych, które także są dziś "więzieniem" dla wielu klientów. Na czym polega pomysł mojego czytelnika? "Wszystkie kredyty hipoteczne są “przypisane” do nieruchomości przez hipoteki. Niestety, w chwili obecnej nie jest możliwe sprzedanie nieruchomości łącznie z kredytem frankowym - banki w takiej sytuacji zawsze chcą spłaty aktualnego kredytu i wzięcia nowego, na gorszych warunkach". O ile się orientuję, dotyczy to również kredytów w złotych - kupując nieruchomość na rynku wtórnym, nabywca bierze kredyt na spłacenie poprzedniego banku-wierzyciela, a w księdze wieczystej następuje zmiana jednego banku na drugi. Tak jest po prostu bezpieczniej dla banku i łatwiej od strony operacyjnej - z przenoszeniem kredytów z banku A do banku B byłoby sporo papierologii.

      Ale czytelnik przekonuje, że warto byłoby takie coś przemyśleć. "Prawo, które “upłynniłoby” rynek kredytów hipotecznych poprzez umożliwienie sprzedaży nieruchomości z kredytem nowemu nabywcy pozwoliłoby na: 1. Zwiększenie bezpieczeństwa banków - kredyty by były spłacane, co najwyżej przez inne osoby niż oryginalni kredytobiorcy. 2. Dla tych, co się przeliczyli - uniknięcie bankructwa lub poważnych strat - lepiej “poświęcić” spłaconą do tej pory część kredytu, niż stracić wszystko, w tym możliwość kupienia mniejszego mieszkania od kogoś innego dokładnie w ten sam sposób, 3. Dla tych, co chcą kupić nieruchomość - lepsze warunki kredytowe, bo kursy i stopy się zmieniają, ale marże 1% chyba nie wrócą szybko… Zakaz sprzedaży nieruchomości bez zgody banku mógłby być unieważniony przez wpis do rejestru klauzul niedozwolonych. Nawet ustawy nie trzeba. Może to dobry temat do dyskusji na szerszym forum?". Dość to ryzykowna teza, że "wystarczyłby wpis do rejestru klauzul niedozwolonych", żeby spowodować unieważnienie przypisania kredyty do konkretnego kredytobiorcy. Ale może..

      Na mojego nosa pomysł wygląda mało realnie i to nawet nie ze względu na kwestie techniczne takiej "sprzedaży" kredytu. Główny problem wynika z tego, że żaden kredyt z zasady nie jest "na okaziciela" - bank pożycza pieniądze w oparciu nie tylko o wartość zabezpieczenia, ale przede wszystkim na podstawie badania zdolności kredytowej konkretnego kredytobiorcy. Sytuacja, w której nagle zamiast danego kredytobiorcy "podstawia się" bankowi kogoś zupełnie innego, kogo standing finansowy jest wielką niewiadomą, z punktu widzenia banku jest nie do zaakceptowania. Chyba, że... ktoś (rząd? ale na jakiej podstawie?) poręczałby za tego nowego kredytobiorcę. Nie widzę tego, choć idea niewątpliwie jest szczytna. Być może, w łonie banków, dałoby się przeprowadzić wariant "łagodniejszy": zamiast licytować nieruchomość i kredyt klienta, który nie spłaca rat, można byłoby wystawić cały kredyt - na warunkach zdefiniowanych w umowie - na aukcję. Dłużnik traciłby nieruchomość, ale razem z kredytem, czyli pozbywałby się i mieszkania i długu (inaczej, niż teraz). Tylko czy byłby popyt na mieszkanie o wartości np. 300.000 zł z kredytem, w którym do spłaty jest 800.000 zł? Ciekaw jestem co o tym wszystkim myślicie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „"Niech bank pozwoli sprzedać kredyt razem z mieszkaniem". Pomysł na pomoc frankowcom?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 lutego 2014 09:20
  • środa, 26 lutego 2014
    • Klient PKO BP zablokował sobie dostęp do usług. Bank: "regulamin tego nie przewiduje"

      Jak wiecie, bank PKO BP jakiś czas temu wprowadził na rynek usługę IKO. Pozwala ona płacić w sklepach przez telefon, wyciągać z bankomatów pieniądze przez telefon, wysyłać i wypłacać czeki przez telefon... No, generalnie cud, miód i orzeszki laskowe. Wszystko "chodzi" dzięki jednorazowym kodom wyświetlanym na telefonie z zainstalowaną specjalną aplikacją. Żeby korzystać z IKO nie trzeba mieć w PKO BP konta, bo usługa może działać na zasadzie karty pre-paid. Klienci PKO BP mają o tyle łatwiej, że mogą podpiąć usługę do swojego ROR-u i nie muszą pamiętać o zasilaniu konta IKO pieniędzmi. W zasadzie jedyne zastrzeżenia do tej usługi, o jakich słyszałem, to niska świadomość wśród sprzedawców (znam co najmniej trzech w okolicznych sklepach, którzy na widok klienta z IKO-telefonem w ręku chowają się pod ladą) i wciąż ograniczona dostępność usługi (przez IKO nie da się zapłacić w każdym sklepie w Polsce). No i niektórzy zeznają, że IKO "chodzi" jak traktor. Ale IKO i tak wygrywa, pod względem zasięgu, rywalizację z konkurencyjną usługą dostarczaną przez Bank Pekao. Dziś o problemie z IKO, który zdarzyć się może niezmiernie rzadko, ale jak się już zdarzy, to... święty Boże nie pomoże.

      "Mam problem z PKO BP. Problem nazywa się IKO. Otwarłem to ustrojstwo we wrześniu, jako osoba niebędąca klientem PKO BP. Zasiliłem konto kwotą 10 zł i przez dwa miesiące nie znalazłem nawet jednego sklepu, który przyjąłby płatność. Zniecierpliwiłem się i postanowiłem zabrać z konta IKO włożoną doń kasę" - pisze pan Sebastian. Banał. Albo i nie banał, bo z pana Sebastiana niezłe ziółko. Na tyle niezłe, że... projektanci IKO takiego zachowania klienta po prostu nie przewidzieli ;-). "Pech chciał, że musiałem zresetować konfigurację smartfona do ustawień fabrycznych. więc aplikacja IKO się wymazała". Nic wielkiego: należy jeszcze raz ściągnąć aplikację IKO, zalogować się do serwisu obsługującego portmonetki, wygenerować nowy PIN aktywujący usługę IKO. "Pech i moja niedbałość spowodowała, że zgubiłem hasło do logowania w serwisie obsługującym portmonetki. Żeby odzyskać to hasło muszę wprowadzić w okienku kod z IKO, którego nie mogę pobrać z telefonu, bo nie jestem w stanie aktywować aplikacji. I kółko się zamyka".

      Mój czytelnik zadzwonił na infolinię PKO BP z pytaniem: co robić? Odpowiedź była prosta, jak drut i stanowcza do bólu.  "Regulamin nie przewiduje takiej sytuacji - utraty dostępu do jednego i drugiego serwisu naraz". Klientowi na chwilę zrobiło się łyso, ale stwierdził, że to musi być jakaś pomyłka. Każdy regulamin powinien uwzględniać sytuację, w której klient traci dostęp do usługi, a jednocześnie nie ma dostępu do serwisu internetowego, który tę usługę obsługuje. To sytuacja podobna do tej, w której gubimy hasło do konta i np. jednocześnie blokuje nam się telefon, na który dostajemy hasła SMS-owe potwierdzające dyspozycje. Pan Sebastian złożył reklamację. "W odpowiedzi dostałem polecenie, że mam się zalogować do serwisu portmonetki i wygenerować nowy PIN do aplikacji IKO. Ale ja wyraźnie zaznaczyłem, że nie mogę się zalogować. Złożyłem kolejną reklamację - w odpowiedzi napisano mi, że... mam się zalogować do serwisu. Zadzwoniłem po raz kolejny na infolinię. Powiedziano, że mam iść do oddziału i tam usuną kartotekę usługi IKO, by system przy zmianie hasła do obsługi portmonetki nie wymagał kodu IKO".

      Pan Sebastian poszedł do oddziału PKO BP. Pracownica podobno nawet nie wiedziała, co to jest IKO, więc wizyta w banku nie trwała długo. A co, czyżby nie dostali ankiety? "Złożyłem kolejną reklamację i zażądałem zwrotu pieniędzy uwięzionych w IKO. Przyszła odpowiedź, że nic nie zrobią, bo regulamin nie pozwala. A jeśli wynik reklamacji mnie nie satysfakcjonuje, to mogę wymówić usługę przez stronę www. Tysiąc razy pisałem, że nie mam do niej dostępu, bo straciłem dane do logowania". Ale jest nadzieja. Usługa może zostać wypowiedziana przez PKO BP. Niestety, są warunki: może to nastąpić jeżeli przez 12 miesięcy klient nie korzystał z IKO i gdy na koncie portmonetki nie będzie pieniędzy. "No, a ja mam tam całe 10 zł, których nie mogę wydostać. Złożyłem więc czwartą reklamację z dyspozycją wyzerowania mi stanu konta w IKO i przekazania tych środków na jakikolwiek cel charytatywny. Generalnie czuję się jak niewolnik PKO BP, który bez wyroku sądu i żadnego umocowania prawnego jest pozbawiony części praw obywatelskich, takich jak: prawo do swobodnego dysponowania swoim majątkiem (10 zł to niewielka suma, ale to moje pieniądze bądź co bądź), jak i prawa do odstąpienia od umowy, którą zawarłem.

      Nie mogę wnieść też skutecznego sprzeciwu do zmiany regulaminu usługi, bo jest on dostarczany elektronicznie, więc nigdy go nie "odbiorę" i nie będę mógł się zapoznać ze zmianami i wnieść protestu, aby zerwać umowę. Nie mogę również złożyć skutecznej reklamacji na działanie IKO, bo według regulaminu mogę ją złożyć tylko poprzez serwis elektroniczny. Jedyne, co jeszcze mnie bawi w tym wszystkim, to fakt, że nazywają IKO portmonetką. Dowcip polega na tym że PKO BP zachowuje się jak złodziej-kieszonkowiec, który mi podwędził tę portmonetkę i nie chce oddać pieniędzy". - pisze pan Sebastian. Po czterech reklamacjach na piśmie i wizycie w oddziale pan Sebastian postanowił jeszcze raz spróbować i udał się do PKO BP w Katowicach. "Poszedłem, powiedziałem, o co chodzi. Pani przy biurku osłupiała. Zamilkła i zaczęła myśleć. Zadzwoniła na helpline dla pracowników oddziału i.... nic. Potem zaczęła grzebać w komputerze i wydrukowała procedurę obsługi aplikacji IKO. Zaczęła ją przy mnie czytać. Po godzinie tego czytania pani zaczęła głośno pytać dlaczego w ogóle do niej przyszedłem. Dała mi jasno do zrozumienia, że powinienem pójść gdzieś indziej. Koniec końców przyznała. że cała usługa jest do bani i taka sytuacja z utratą dostępu i niemożnością jego odzyskania nie powinna mieć miejsca".

      OBEJRZYJ NA YOUTUBE jak jedna z moich czytelniczek w pięciu oddziałach banku próbowała załatwić prostą sprawę: dowiedzieć się ile pieniędzy ma oddać bankowi.

      Samcik siłownia

      Sytuacja jest trochę dziwna, ale i tak postanowiłem ruszyć tyłek i pocwałować do centrali PKO BP, by się rozejrzeć w sytuacji. Zadałem kilka najbardziej palących pytań i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się na spoczynek. Po kilku dniach odebrałem e-list od pana Sebastiana. "Cud! Dostałem dziś telefon z PKO BP informujący, że bank podjął niestandardową decyzję i postanowił zwrócić mi wpłacone na IKO środki oraz zamknąć rachunek. Ponadto poinformowano mnie, że zgłoszono problem z regulaminem i procesem obsługi IKO i bank pracuje nad rozwiązaniem problemu utraty dostępu do usługi". A po kolejnych kilkudziesięciu godzinach mój czytelnik jeszcze dorzucił: "No i po sprawie. Dziś dostałem zwrot środków. Konto jest puste. Ciekawe czy zamknęli je od razu czy będzie leżało puste, zgodnie z regulaminem, jeszcze przez rok, żeby mogli wypowiedzieć usługę". Panie Sebastianie, proszę w to nie wnikać, tak będzie lepiej dla zdrowia psychicznego Pańskiego, mojego oraz pozostałych czytelników blogu (przynajmniej tych, którzy wciąż jeszcze nie odeszli od ekranów, bo sprawa się ciągnie jak gumka od kalesonów).

      Odezwał się do mnie też sam PKO BP. "Tego typu nieliczne przypadki traktujemy indywidualnie, co wynika z konstrukcji produktu, jakim jest portmonetka IKO. Portmonetka jest produktem anonimowym, a bank dysponuje jedynie numerem telefonu, z którym jest ona powiązana (podczas uruchamiania klient nie podaje żadnych innych danych). Zatem w sytuacji, gdy klient zapomni kod PIN do aplikacji oraz hasło do serwisu obsługującego portmonetkę (portmonetka.pkobp.pl), czyli tym samym zablokuje sobie oba kanały umożliwiające wydawanie dyspozycji dotyczących portmonetki (w tym dysponowania znajdującymi się tam środkami, czy też dyspozycji zamknięcia portmonetki), musimy zastosować dodatkową procedurę umożliwiająca identyfikację klienta. Klient powinien złożyć wtedy reklamację w oddziale lub poprzez Infolinię, wskazując, że reklamacja dotyczy zamknięcia portmonetki IKO oraz że utracił kod PIN do aplikacji, a także że nie ma dostępu do serwisu www do obsługi portmonetki. W procesie reklamacyjnym bank może poprosić klienta o udokumentowanie zasilenia portmonetki.

      Ewentualna wypłata środków (po rozpatrzeniu reklamacji) następuje poprzez przelew zwrotny lub w oddziale, w którym klient może zostać poproszony o okazanie dokumentu tożsamości. Obecnie płatności mobilne IKO można realizować w ponad 65 tysiącach terminali płatniczych w sklepach i punktach handlowo-usługowych w całej Polsce, między innymi w takich sieciach jak Auchan, Dino, Intermarche, Piotr i Paweł, Real, Simply Market, Shell, Rossmann, Empik, Sushi 77, Dominium, McDonalds, North Fish, Sodexo, Telepizza, Coffee Heaven, Costa Coffee, Green Coffee, Empik cafe, Helios, Multikino, Aldo, Carry, Esprit, GAP, Gatta, Pierre Cardin, Promod, River Island, Smyk, Tatuum, Triumph, Venezia, Decathlon, HiMountain, Avans, Media Expert, MIX Electronics, Sferis, Douglas, Inglot, L’Occitane, Sephora, 1-minute, Inmedio, Relay. Ponado za pomocą IKO można płacić w ponad 8.000 sklepów internetowych, a także wypłacać gotówkę z 3.000 bankomatów PKO Banku Polskiego" - naprężył muskuły bank. Cieszę się, że udało się rozwiązać problem, ale martwi mnie, że nie wystarczyły do tego ani cztery reklamacje, ani dwie wizyty w oddziale, lecz potrzebne było zainteresowanie blogu "Subiektywnie o finansach".

      Pan Sebastian, które też ma swoje za uszami, bo przecież zapomniał tak podstawowej rzeczy, jak kodów dostępu do internetowego serwisu obsługującego aplikację, postanowił - pomimo odzyskania 10 zł - pastwić się nad IKO dalej. I przeczytał regulamin konkurencyjnej usługi PeoPay, która jest dostarczana przez Bank Pekao i pozwala płacić w sklepach m.in. sieci Biedronka. "Widać jakościową różnicę. Na samym początku regulaminu, w prostych słowach napisali co trzeba zrobić, żeby odzyskać dostęp do usługi. Jeśli bank z przyczyn bezpieczeństwa przyblokuje rachunek, to zgodnie z regulaminem idzie się do oddziału, wypisuje formularz i albo wypłacają w gotówce albo przesyłają kasę na wskazany w formularzu rachunek. Jeden haczyk tylko znalazłem: jeśli na koncie jest ponad 999,99 euro (równowartość w złotych wg kursu średniego NBP z dnia zgłoszenia wykupu) wyciągnięcie pieniędzy może trwać będzie ponad rok ;-). No, ale przynajmniej człowiek wie, że kasę dostanie. A nie dowiaduje się, że usługa jest zablokowana i całuj psa w nos" - pisze pan Sebastian.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Klient PKO BP zablokował sobie dostęp do usług. Bank: "regulamin tego nie przewiduje"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 lutego 2014 09:09
  • wtorek, 25 lutego 2014
    • Kto posprząta w SKOK-ach? Miliard potrzebny od zaraz, a pomysły są coraz dziwniejsze

      Wygląda na to, że w łonie nadzoru bankowego gaśnie wiara w to, że SKOK-i samodzielnie poradzą sobie z kłopotami, w które wpadły z powodu lekkomyślnej polityki pożyczkowej i nieskutecznego, choć kosztownego nadzoru koleżeńskiego, prowadzonego przez lata przez ekipę Grzegorza Biereckiego. Najpierw pojawiły się pogłoski (czytałem o nich w tekstach Eugeniusza Twaroga w "Pulsie Biznesu"), że Komisja Nadzoru Finansowego zamierza wymusić na łączących się bankach, by w zamian za zgodę nadzoru na takie transakcje przejmowały też po kilka najsłabszych SKOK-ów. Teraz z kolei Gienek donosi, że ponoć w łonie Związku Banków Polskich pojawił się pomysł, żeby wydzielić ze SKOK-ów portfele złych kredytów i inne trudne do odzyskania wierzytelności i utworzyć z nich tzw. "zły bank", którego głównym udziałowcem byłby Bankowy Fundusz Gwarancyjny. A przedstawiciele banków kupiliby po kilka procent udziałów w tym "śmietniku" i bohatersko pomagaliby w "sprzątaniu". Na koniec to, co by zostało po restrukturyzacji, sprzedałoby się jakiemuś najsilniejszemu SKOK-owi, albo bankowi spółdzielczemu.

      Czytaj też: KNF przetrzepał bilanse i dziura w SKOK-ach robi się coraz większa

      Pomysł utworzenia "złego banku SKOK-ów" to niechybnie koncept, który zakiełkował w głowach spanikowanych prezesów największych banków, za każdą cenę pragnących uniknąć kupowania SKOK-ów "na sztuki". A wiedzą, że jak KNF się ciężko uprze, to w tym kraju nie będzie już żadnej bankowej fuzji, z którą nie wiązałby się obowiązek udziału w akcji ratunkowej SKOK-ów. Bankowcy przez kilka nocy z tego powodu nie spali, zaś w dzielnicach, w których mieszkają prezesi, w aptekach zabrakło nerwosolu. W końcu więc postanowili się nie zadręczać i wymodzili ;-). Niewykluczone, że to ziarno zasiał w ich głowach wiceszef nadzoru Wojciech Kwaśniak, który takie restrukturyzacje kiedyś uprawiał. Pomysł nie jest zresztą taki zły, zwłaszcza, gdy inne sposoby na wyciąganie SKOK-ów z tarapatów na razie się nie sprawdzają. SKOK-i mają tak dużo złych długów, że zaczęło im brakować własnego kapitału. Według różnych szacunków do tego, by kasy mogły prowadzić w miarę bezpiecznie działalność (z współczynnikiem wypłacalności 4-5%, czyli i tak trzy razy niższym, niż średni w bankach) potrzeba jeszcze od 900 mln zł do 1,2 mld zł. Sporo.

      Skąd wyciągnąć takie pieniądze? Krajowa SKOK ich nie ma (z jej rezerwy zostało jakieś 300 mln zł), namówienie członków kas, żeby zrobili zrzutkę, to marzenie ściętej głowy, a przyłączanie słabszych SKOK-ów do silniejszych (na zasadzie "wiódł ślepy kulawego") to patent, z którego siódme soki wycisnęła już ekipa Grzegorza Biereckiego i więcej potencjału chyba już nie ma. W ponad 20 SKOK-ach działa lub ma działać zarząd komisaryczny, ale z pustego i Salomon nie naleje. Można byłoby po prostu postawić kilkanaście najsłabszych SKOK-ów w stan upadłości, ale to po pierwsze słabo by wyglądało (tak to każdy głupi umie restrukturyzować), po drugie sporo by kosztowało klientów banków (bo depozyty członków SKOK-ów musiałby zwrócić Bankowy Fundusz Gwarancyjny), a po trzecie mogłoby spowodować falę paniki wśród deponentów SKOK-ów jeszcze pozostałych przy życiu, a więc w konsekwencji zanihilować cały system. A tego byśmy bardzo nie chcieli. Stąd więc desperacja próba przystawienia bankom pistoletów do skroni i nakazania "transakcji pakietowych", czyli przejmowania SKOK-ów przy okazji "dużych fuzji".

      Czytaj też: uspokajające komunikaty Rafała Matusiaka, prezesa Krajowej SKOK. Zapewnia, że system już odzyskał rentowność (w 2012 r. miał 56 mln zl strat, teraz ma 250 mln zł zysku), a liczba kas generujących straty stopniała do kilkunastu.

      I stąd też pomysł na "zły SKOK-bank", który daje bankowcom szansę na to, by  wiceprzewodniczący KNF Wojciech Kwaśniak choć na chwilę sobie poszedł ;-)). Koncepcja ze "złym bankiem", patrząc obiektywnie, ma liczne zalety. Oddzielenie złych aktywów od dobrych to sposób dość intensywnie stosowany w ratowaniu banków na zachodzie. Dopóki czysta woda miesza się z szambem całość nie nadaje się do picia, ale jeśli odizolować szambo od perfumerii... Skoro SKOK-i nie dadzą się zrestrukturyzować "na sztuki" (zapewne także z powodu oporu stawianego przez materię), to może trzeba je drastycznie odchudzić i pozbawić "balastu" złych kredytów? To na pewno dałoby czas na spokojne działanie tym, którzy mieliby wyciskać soki ze złego majątku, czyli restrukturyzować "zły bank" (dziś SKOK-i nie mają dużo czasu na takie zabawy, bo najsłabsze z nich stoją na krawędzi bankructwa). A poza tym w "złym SKOK-banku" wystarczyłoby kilku "łebskich ziutków", którzy znają się na zamiatania, a dziś potrzeba kilkudziesięciu, bo muszą dziś obstawić każdy SKOK z osobna. No i byłoby to ciekawe poletko, by polscy finansiści mogli sobie "poćwiczyć" takie restrukturyzacje. Kiedyś ta wiedza może się przydać, kiedy złe rzeczy zadzieją się na większą skalę.

      Ale są i wady. Największą, jaką widzę jest to, że sama operacja odsysania "zła" będzie bardzo trudna od strony technicznej (bo nie chodzi o jeden bank, lecz o kilkadziesiąt, w miarę samodzielnych i zdecentralizowanych instytucji), ergo: niewykluczone, że kosztowna. Drugi problem jest taki, że odchudzone SKOK-i, mimo odessania z nich nadmiaru brudów, nie muszą wcale poradzić sobie na rynku. Po pierwsze ze względu na automatycznie zmniejszoną skalę działalności, po drugie ze względu na model biznesowy, nastawiony na ryzykowne szybkie pożyczki, a po trzecie ze względu na jakość kadry menedżerskiej i zarządzania. Jaką mamy gwarancję, że w SKOK-ach, zmniejszonych, dajmy na to, o połowę, pojawią się zastępy rzutkich menedżerów, krzewiących nowoczesną spółdzielczość, zamiast rozdawnictwa pożyczek? No i wreszcie: co będzie z tym "złym bankiem": czy uda się go zrestrukturyzować i za jaką cenę? A nawet jeśli: to kto potem to odkupi? Pytań jest wiele i jeśli bliżej przyjrzeć się pomysłowi bankowców, to wcale nie jest tak różowo, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka.

      Czytaj: Depozyty w SKOK-ach już pod nadzorem państwa. Można bezpiecznie zarobić!

      Zdecydowanie łatwiej byłoby restrukturyzować każdy SKOK z osobna, używając dobranych do potrzeb instrumentów, w zależności od sytuacji i problemów: sekurytyzacja pakietów wierzytelności, zmiana struktury bilansu, zastrzyk płynności z wykorzystaniem pożyczek z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i funduszy rezerwowych Krajowej SKOK, albo np. restrukturyzacja sieci sprzedaży lub zmiana modelu działalności (np. zawiązanie sojuszu z inną kasą z okolicy). Najwyraźniej jednak brakuje albo dobrych menedżerów, albo woli współpracy ze strony SKOK-owców i członków kas, by pchać do przodu ten wózek. Stąd pojawiają się coraz bardziej radykalne (pistolet przy skroniach bankowców), albo coraz trudniejsze w realizacji pomysły ("zły bank"). Szkoda, że na temat sprzątania po swoich rządach milczy jak zaklęty senator Grzegorz Bierecki, który ostatnio wypowiada się na każdy temat, tylko nie o bajzlu i smrodzie, który po sobie zostawił w SKOK-ach.

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje co najmniej ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 2000 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      CO BEZPIECZNIEJSZE? SMS, TOKEN, LISTA HASEŁ? Oto najnowszy wideofelieton "Subiektywnie o finansach", w którym zastanawiam się jaka metoda zatwierdzania transakcji jest najbezpieczniejsza? Mimo wszystko SMS-y ze smartfonu, który można zhakować, tokeny sprzętowe, a może... tradycyjne karty haseł jednorazowych? Proponuję też najbezpieczniejsze rozwiązanie na autoryzację transakcji, jakie udało mi się wymyślić. I nawet nie jest takie upierdliwe! Obejrzyjcie i dajcie znać czy zgadzacie się z moim pomysłem. Bankowcy też, dajcie znać ;-).

      SAMCIK W URZĘDZIE, A TAM... pewnego pięknego dnia poszedłem do urzędu stanu cywilnego. Niestety, bez oblubienicy ;-), a tylko za coś zapłacić. I po raz pierwszy zrobiło mi się łyso, bo... nie było komu nawtykać

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kto posprząta w SKOK-ach? Miliard potrzebny od zaraz, a pomysły są coraz dziwniejsze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 lutego 2014 15:57
  • poniedziałek, 24 lutego 2014
    • Gdzie warto pójść po najlepszą lokatę? Oto banki, które w ostatnim roku rządziły w oszczędzaniu

      Pytacie mnie często o najlepsze w danym momencie lokaty lub konta oszczędnościowe. Nie miałem nigdy problemu z tym, by - posługując się ogólną orientacją o ofercie poszczególnych banków - wytypować pięć instytucji licytujących najwyżej. Ale było to trochę wskazywanie liderów "na czuja". Niedawno dostałem do ręki - i niniejszym Wam przekazuję - "naukowe" potwierdzenie moich przeczuć. To ranking najlepszych banków pod względem oferty oszczędnościowej, przygotowany przez firmę Professional Benchmark Consulting (PBC). Firma przeanalizowała oprocentowanie złotowych produktów depozytowych dla klientów detalicznych, oferowanych w regularnej ofercie (bez negocjowanych stawek dla VIP-ów, ofert specjalnych, "zgrzewek", czyli lokat połączonych z inwestycjami, polisolokat, programów rentowych, emerytalnych, ani saverów (czyli produktów opartych na oszczędzaniu na resztówkach). Analiza obejmowała oprocentowanie efektywne, czyli już po uwzględnieniu kapitalizacji i podatku od odsetek. W porównaniu wzięły udział 24 banki, a więc wszystkie, o których chcielibyście wiedzieć ;-).

      O ostatecznej ocenie decydowało nie tylko bieżące oprocentowanie, ale to, jak bank prezentował się w ciągu 12 ostatnich miesięcy. Analitycy "wymyślili" klienta, który w ciągu całego roku lojalnie korzystał z produktów danego banku, aktywnie poszukując najlepszych. Do tego dołożyli drugiego klienta, który wpada do banku raz na jakiś czas i zasysa przypadkową ofertę. Trzecim parametrem było bieżące oprocentowanie lokat, czyli to, co banki miały do pokazania na początku 2014 r. Wynik? Najlepszymi bankami dla naszych zaskórniaków są, jak wynika z porównania, Getin Noble Bank oraz Eurobank. W poniższej tabelce macie oceny poszczególnych banków (w relacji do konkurentów) w tych trzech przekrojach, o których napisałem powyżej: klient lojalny, klient przypadkowy i klient lokujący w styczniu 2014 r. 

      Ranking lokat PBC

      Z zestawienia wynika, że oferta największych banków jest żałośnie słaba: Bank Pekao, oraz BZ WBK dostały po jednej gwiazdce, a PKO BP oraz ING - po dwie. Zastanawia zwłaszcza słaby standing ING, bo przecież ten bank kreuje się - z pomocą Marka Kondrata i Jacka Braciaka, występujących w spotach reklamowych - na specjalistę od oszczędzania. A - jak wynika z opracowania - nie bardzo opłaca się być w ING lojalnym klientem, znacznie bardziej bank docenia "skoczków". W poniższej tabeli macie z kolei zebrane informacje o tym, ile dało się wycisnąć z poszczególnych banków w ostatnich dwunastu miesiącach, będąc lojalnym klientem. Najważniejsza jest pierwsza rubryka, pokazująca ile mógł wyciągnąć ktoś, kto ciągle przeskakiwał pomiędzy najlepszymi lokatami w danym banku. W kolejnych kolumnach mamy wyniki klientów, którzy nie skakali, lecz przez cały czas obstawiali te same lokaty (depozyt bieżący, konto oszczędnościowe, lokatę na trzy miesiące, sześć albo na dwanaście miesięcy).

      W drugiej kolumnie mamy wynik wyjątkowego pechowca (wybrał najmniej rajcującą odmianę depozytu i trzymał się go jak pijany płotu), a w ostatniej wynik człowieka, który miał fuksa i przez cały czas rolował depozyt jednego rodzaju, osiągając najlepszy możliwy wynik wśród oszczędzających systematycznie w różne rodzaje depozytów.

      Ranking lokat PBC

      Analitycy PBC policzyli też, że osoba aktywnie poszukująca najlepszych rozwiązań dla kwoty 10.000 zł - ale nie w jednym banku, lecz przeskakując między różnymi bankami, otrzymałaby w styczniu maksymalnie ok. 4,2% (netto, po potrąceniu podatku od dochodów kapitałowych). Aby tyle wyrzeźbić ze swoich oszczędności, trzeba byłoby najpierw zanieść pieniądze do mBanku (lokata 5-miesięczna), następnie przenieść się do banku BPH (i tam zostać przez jeden miesiąc na koncie oszczędnościowym) i na koniec skorzystać z 6-miesięcznej oferty w Alior Banku. Inną dobrą kombinacją było skorzystanie z oferty Eurobanku (lokata na 12 miesięcy z oprocentowaniem na poziomie ok. 3,89% po podatku). Analitycy doszli do wniosku, że różnica w oprocentowaniu oszczędności w przypadku, gdy aktywnie poszukujemy najlepszych rozwiązań we wszystkich bankach, a sytuacją, w której szukamy najlepszych rozwiązań tylko w jednym banku (ale za to dobrze dobranym), wynosi przeciętnie ok. 0,2%  "Zamiast aktywnie szukać najlepszych lokat dobrze przyjrzeć się temu jaki bank ciągle oferuje wysokie oprocentowanie, bo może się okazać, że wystarczy po prostu dobrze wybrać bank" - piszą autorzy raportu. No i na koniec zerknijcie w czym który bank był w ostatnim roku.

      Ranking lokat PBC

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Gdzie warto pójść po najlepszą lokatę? Oto banki, które w ostatnim roku rządziły w oszczędzaniu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 lutego 2014 23:55
  • niedziela, 23 lutego 2014
    • Po "złotym" Soczi: jeśli Mistrz się postara, to w wieku 40 lat będzie miał... 10.000 zł emerytury

      Aż sześć medali zdobyli Polacy na igrzyskach w Soczi. Dwa złote w skokach, jeden złoty w biegach i trzy - złoty, srebrny i brązowy - w bieganiu na łyżwach. To oznacza nie tylko historyczny sukces - najlepsze dla Polski zimowe igrzyska ever - ale i sukces finansowy naszych medalistów. Za każdy złoty medal Polski Komitet Olimpijski płaci 120.000 zł premii, a 60.000 zł dorzuca Polski Związek Narciarski. Do tego dochodzi nagroda Ministerstwa Sportu za wybitne osiągnięcia sportowe - maksymalnie 32.000 zł za złoty medal - oraz ewentualne nagrody od sponsorów. Wygląda na to, że Polacy rozbili bank: sam Kamil Stoch dostanie w sumie 408.000 zł (240.000 zł od komitetu olimpijskiego, 120.000 zł od związku i 48.000 zł, czyli 75% stawki za dwa medale, od ministerstwa). Do tego kilka tysięcy złotych za czwarte miejsce w drużynie. Justyna Kowalczyk otrzyma 216.000 zł, zaś Zbigniew Bródka - 189.000 zł (zdobył dwa medale, ale związek łyżwiarski niestety nie płaci premii). Drużyna panczenistów ma do podziału za brązowy medal 111.000 zł, a drużyna panczenistek - 180.000 zł za srebro plus ewentualne nagrody z Ministerstwa Sportu.  W sumie - nie licząc wypłat dla trenerów - polscy sportowcy ugrali w Soczi prawie 1,1 mln zł.

      Najszybciej zarabiającym pieniądze w Soczi Polakiem był panczenista Bródka, który złoty medal zdobył przewagą 0,003 sekundy, czyli 3,6 centymetra. Biorąc pod uwagę, że premia za złoty medal PKOl jest o 60.000 zł wyższa od wypłaty za srebro, wychodzi na to, że pan Bródka zarabiał pieniądze w tempie 19,8 mln zł na sekundę ;-). To oczywiście żart, ale jeśli o takich pieniądzach ma decydować jednostka czasu o sto razy mniejsza, niż mrugnięcie okiem, to nie mogę się powstrzymać przed tą kalkulacją ;-). Najbardziej rozczulił mnie natomiast Kamil Stoch, który pytany przez niemieckich dziennikarzy o emeryturę był łaskaw oświadczyć, że nie zamierza skakać tak długo, jak Noriaki Kasai, który srebrny medal w Soczi zdobył w wieku 41 lat. "Mam nadzieję, że za 15 lat będę leżał na pięknej, piaszczystej plaży i będę korzystał ze sportowej emerytury" - powiedział Stoch. Pewnie żartował, ale mimo wszystko postanowiłem sprawdzić, czy 27-latek z Zęba mógłby po 40-tce wieść żywot rentiera i pić drinki z palemką w egzotycznych krajach, jeśli ulokuje w banku swoje zarobki z Soczi i osiągnięte w całym sezonie 2012-2014.

      Kamil Stoch

      Czytaj też: medal na olimpiadzie wart mniej, niż kompromitacja polskich piłkarzy

      Jak już ustaliliśmy, z samych tylko nagród w Soczi pan Kamil dostanie ponad 400.000 zł plus to, co może zainkasować w ramach nagród od sponsorów. W tym sezonie zarobił już też 360.000 zł w Pucharze Świata, co oznacza, że jego licznik na razie zatrzymał się na kwocie 760.000 zł. Medal olimpijski gwarantuje też panu Kamilowi olimpijską emeryturę od ukończenia 40. roku  życia. Do piaszczystej plaży będzie musiał  nasz najlepszy skoczek dołożyć ze swoich. Czy wystarczy mu to, co już zarobił w Soczi i Pucharze Świata w tym roku? Załóżmy, że nasz najlepszy lotnik przejdzie na sportową emeryturę w wieku 40 lat. To oznacza, że tegoroczny "urobek" ma 13 lat, żeby urosnąć (przy założeniu, że zarobki z kilku wcześniejszych lat kariery pan Kamil w całości przebimbał). Wkładając 760.000 zł do banku na 5% za 13 lat nasz as przestworzy będzie miał na koncie 1,28 mln zł (już po potrąceniu podatku). Patrząc na dzisiejsze oprocentowanie lokat 5% to stawka niemal nieosiągalna, ale w ciągu 13 lat oprocentowanie lokat powinno pójść w górę.

      ZOBACZ W YOUTUBE: co Robert Lewandowski będzie mógł sobie kupić za pierwszą wypłatę w Bayernie Monachium?

      Gdyby te 1,28 mln zł pan Kamil "zamroził" i wypłacał sobie w porcjach np. przez 30 kolejnych lat, to mógłby miesięcznie wydać 3550 zł. Do własnych "zaskórniaków" dochodzi w przypadku Stocha emerytura sportowa, której wypłatę gwarantuje zdobycie medalu olimpijskiego - 2484 zł netto. W sumie więc pan Kamil za zarobione w tym roku pieniądze może po 40-tce inkasować ponad 6000 zł miesięcznie (przynajmniej do 70-tki). Dość przyzwoita "emeryturka", ale jak na 40-latka, który zapewne będzie miał na utrzymaniu dzieci i spędzał czas dość aktywnie (wycieczki, kobieta, wino i śpiew), to mimo wszystko mogą nie być kokosy. Tym bardziej, że za 13 lat wartość realna 6000 zł spadnie o ok. 20-25%, co oznacza, że pan Kamil będzie mógł przeznaczyć na wycieczki, kobietę, wino i śpiew równowartość dzisiejszych 4500 zł miesięcznie. Na szczęście licznik pana Kamila na 760.000 zł, plus wywalczona z Soczi emerytura olimpijska, się nie zatrzymał.

      Czytaj: Małysz więcej wart bez nart. Sprawdź o ile więcej zarabia w rajdach, niż na nartach

      Orzeł z Zęba może w tym roku liczyć na nagrody od sponsorów za osiągnięcia w Soczi (jeśli sponsorzy nie okażą się skąpi, to do kasy pana Kamila powinno wpaść minimum 100.000 zł). A żona pana Kamila, która jest jednocześnie jego menedżerką, powinna "załatwić" też kilka kontraktów reklamowych. Ludzie z branży wyceniają wartość marketingową Kamila Stocha nawet na milion złotych, ale załóżmy ostrożnie, że w tym roku nasz czołowy skoczek podpisze kontrakty tylko na 500.000 zł. No i trzeba pamiętać, że nie skończył się jeszcze Puchar Świata. Do końca osiem konkursów indywidualnych, w których poza kryształową kulą stawką jest 35.000 zł premii za każde zwycięstwo, 28.000 zł za drugie miejsce i 21.000 zł za najniższy stopień podium. Po dwóch trzecich sezonu pan Kamil ma 921 pkt. Pucharu Świata i jest liderem. Jeśli uda mu się wygrać jeszcze trzy konkursy, a w kolejnych trzech zmieści się na podium (dwa drugie miejsca i jedno trzecie), to nie tylko prawdopodobnie wygra klasyfikację generalną, ale i wzbogaci swoje tegoroczne konto o kolejne 180.000 zł. A że w pozostałych konkursach też na pewno coś zarobi, można zakładać, że w tym roku na lataniu zarobi jeszcze jakieś 200.000 zł.

      Jeśli więc do 760.000 zł, które pan Kamil ma już w kasie oraz do gwarantowanych 2484 zł miesięcznej emerytury olimpijskiej (z tego tytułu pan Kamil otrzyma 1,1 mln zł przez 40 lat, zakładając brak waloryzacji) dodamy jeszcze 100.000 zł nagród od sponsorów, 500.000 zł, które pan Kamil powinien zarobić do końca roku na kontraktach marketingowych oraz 200.000 zł, które powinien zarobić na lataniu, okaże się, że nasz najlepszy skoczek w tym roku ma szansę zarobić - częściowo w gotówce, częściowo w odroczonych, lecz gwarantowanych płatnościach - 2,66 mln zł. Z tego prawie 1,6 mln zł w żywej gotówce. A jeśli te 1,6 mln zł włożyć na 13 lat do banku na lokatę dającą 5%, to po opodatkowaniu do wyjęcia będzie 2,7 mln zł. Z tych pieniędzy pan Kamil po ukończeniu 40 lat będzie mógł sobie wypłacać przez kolejnych 30 lat po 7500 zł miesięcznie. Dodając do tego emeryturę olimpijską, wychodzi 10.000 zł miesięcznie.Wychodzi na to, że same tylko sukcesy w sezonie 2013-2014 - na które pan Kamil, powiedzmy sobie otwarcie, ciężko pracował przez wcześniejszych kilkanaście lat kariery juniorskiej i seniorskiej -  pozwolą naszemu najlepszemu skoczkowi po zakończeniu kariery wieść żywot rentiera. A przecież ma przed sobą jeszcze kilka lat skakania!  

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje co najmniej ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 2000 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      CO BEZPIECZNIEJSZE? SMS, TOKEN, LISTA HASEŁ? Oto najnowszy wideofelieton "Subiektywnie o finansach", w którym zastanawiam się jaka metoda zatwierdzania transakcji jest najbezpieczniejsza? Mimo wszystko SMS-y ze smartfonu, który można zhakować, tokeny sprzętowe, a może... tradycyjne karty haseł jednorazowych? Proponuję też najbezpieczniejsze rozwiązanie na autoryzację transakcji, jakie udało mi się wymyślić. I nawet nie jest takie upierdliwe! Obejrzyjcie i dajcie znać czy zgadzacie się z moim pomysłem. Bankowcy też, dajcie znać ;-).

      SAMCIK W URZĘDZIE, A TAM... pewnego pięknego dnia poszedłem do urzędu stanu cywilnego. Niestety, bez oblubienicy ;-), a tylko za coś zapłacić. I po raz pierwszy zrobiło mi się łyso, bo... nie było komu nawtykać

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Po "złotym" Soczi: jeśli Mistrz się postara, to w wieku 40 lat będzie miał... 10.000 zł emerytury”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 lutego 2014 17:39
  • sobota, 22 lutego 2014
    • Zamrozić im konta, skonfiskować majątek. Tylko gdzie trzyma pieniądze klan Janukowyczów?

      Czasem w blogu przyglądam się dużym pieniądzom różnych ludzi. Najbardziej pasjonują mnie wynagrodzenia wpływowych bankowców i menedżerów zarządzających organizacjami parabankowymi. Zerknijcie w wolnej chwili jaka jest recepta na to, by zgarnąć 8,7 mln zł w ciągu roku. Przeglądam też kasę sportowców, zwłaszcza kiedy podpiszą jakiś kontrakt, zarobią miliony na korcie tenisowym albo zdobędą stos medali na jakiejś dużej imprezie. Przyglądam się też zarobkom zwykłych ludzi, zwłaszcza jeśli zarabianie pieniędzy jest dla nich stresujące. Politykami staram się nie zajmować, bo od tego można dostać świądu. Ale dziś zrobię wyjątek, bo - pewnie tak, jak Wy - obserwuję ze ściśniętym sercem wydarzenia na Ukrainie. Wygląda na to, że kosztem kilkudziesięciu (ponad stu?) zabitych udało się obalić dyktatora, który dla utrzymania władzy gotów był strzelać do własnych obywateli. W Polsce po raz ostatni mieliśmy to podczas Stanu Wojennego ponad 32 lata temu, a w Europie w wojnie na Bałkanach (od 1991-1992 r.).

      Liderzy opozycji podpisali z władzą porozumienie, które ma oznaczać de facto płynne (w ciągu pół roku) przejęcie rządów. Nie wiadomo, czy tłum zechce je honorować. Prezydent na wszelki wypadek postanowił uciec z Kijowa do Charkowa, żeby nie skończyć na jakiejś gałęzi. W piątek Unia Europejska strasznie się napięła i zapowiedziała sankcje finansowe i wizowe przeciwko tym członkom ukraińskich władz, którzy są odpowiedzialni za strzelanie do własnych obywateli. Zamrożenie aktywów, zakaz wjazdu do "cywilizowanej" części świata. Amerykanie zapowiedzieli, że się przyłączą. Gdyby śpiochy w Brukseli wpadły na ten pomysł trochę wcześniej i zamiast gadać od razu wprowadzili sankcje (rozciągając je przy okazji na wszystkich ukraińskich oligarchów, idąc według listy Forbesa i zaczynając od synalka pana prezydenta), pewnie uratowaliby tysiące ludzi od śmierci lub kalectwa. Bo z dyktatorami najlepiej rozmawia się, uderzając w ich portfele. Powiem Wam na uszko, że jest w co uderzać. Kilkoro aktywistów Majdanu publikuje w internecie - niestety nie jestem w stanie ich zweryfikować - wieści o pieniądzach Wiktora Janukowycza, jego syna Olka i zaprzyjaźnionych biznesmenów.

      Z ich rachunków wynika, że na sprawowaniu władzy Janukowycz (od 1997 r. gubernator obwodu donieckiego, potem dwukrotnie premier i od 2010 r. prezydent) dorobił się całkiem niezłych pieniędzy. W 2009 r. jego roczny deklarowany dochód wynosił 67.000 dolarów, w 2013 r. już 2,45 mln dolarów. A według autorów strony nieoficjalnie Janukowycz zgarnął w zeszłym roku aż 4,5 mln dolarów, lecz część z tych pieniędzy ukrył, bądź zarobił za pośrednictwem zaprzyjaźnionych biznesmenów. Uśmiałem się setnie, jak poczytałem na yanukovich.info o "karierze" pisarskiej Janukowycza. Ponoć jego największe "dzieło", książka "Opportunity Ukraine", okazała się plagiatem i trzeba było ją wycofać z księgarń, co nie przeszkodziło donieckiej drukarni Nowyi Mir zapłacić Janukowyczowi 4,5 mln dolarów. Od kiedy to drukarnie płacą pisarzom za książki, które idą na przemiał? ;-) Janukowycz ma też - do czego oficjalnie się przyznaje - prawie 3 mln dolarów oszczędności (przed prezydenturą miał 116.000 dolarów) oraz furę nieruchomości.

      Janukowycz

      Historia janukowyczowych nieruchomości też nadaje się na szkolenie z chachmęcenia. Zaczęło się pięć lat temu, kiedy Janukowycz sprzedał swój apartament w Kijowie (384 m kw.) za absurdalnie wysoką cenę 7 mln dolarów. Nabywcą był Siergiej Klujew, druh Janukowycza, szef sejmowej komisji ds. regulacji bankowych). Na kilometr śmierdzi praniem brudnych pieniędzy (legalizowaniem "lewych" dochodów). Jeszcze ciekawsza historia tyczy pałacu Meżyhiria, sprywatyzowanej jakiś czas temu w niejasnych okolicznościach. Oficjalnie Janukowycz posiada tam dom w powierzchni 620 m kw. i 4,2 ha ziemi. Reszta rezydencji należy do pewnej fundacji oraz brytyjskiej spółki Tantalit, która należy do spółki Blythe Europe, zarządzanej przez Rainharda Prokscha (który też należy do "rodziny", bo diluje z panem Klujewem i synem prezydenta). Tantalit w trzy lata zbudował w Meżyhiria pięciopiętrowy pałac, dwa 3-piętrowe pensjonaty, pole golfowe, klub jachtowy, lądowisko dla helikopterów, tor do wyścigów konnych, korty tenisowe. Kilka fotek poniżej oraz pod tym linkiem. Dziś podobno Berkut otworzył podwoje rezydencji dla "zwiedzających". W 2013 r. Proksch sprzedał Meżyhirię... no, komu? Tak, zgadliście, panu Klujewowi. 

      Janukowycz pieniądze

      Janukowycz pieniądze

      Janukowycz jest fanem polowań i strzelania nie tylko do ludzi, ale również do zwierząt (strzelanie do zwierząt jest łatwiejsze, nie trzeba wynajmować do tego służb specjalnych). Z tej okazji prywatna spółka zarejestrowana w Wielkiej Brytanii, Dim Lisnyka (powiązana z prezydentem) "w celu rozwijania argoturystyki" kupiła 42 ha lasu i rezydencję o nazwie Sucholuczia. Dim Lisnyka podobno należy m.in. do innej brytyjskiej spółki Bystry Partners, w której dyrektorem był... Reinhard Proksch. W 2011 r. Dim Lisnyka została sprzedana do spółki MAKO Holdings, należącej do synalka pana Janukowycza. Przyjemnie żyje się także na Krymie, gdzie pan prezydent cieszył oczy kilkoma willami, których własność przejął w zamian za ich odnowienie. Prawdopodobnie kontroluje też rezydencję Cape Aya, zajmującą obszar większy, niż księstwo Monaco (jest tam miło: dzikie plaże i rozległe lasy u podnóża gór). Kupiła to-to spółka Arktyr-Krym, której udziałowcem była Ukrkyyivresurs, firma mająca ten sam adres siedziby, co Dim Lisnyka (firma kontrolowana przez pana Prokscha). Następnie Cape Aya sprzedano do firmy Nord 2007, która dziś należy do cypryjskiej firmy Leolita Trading, ponoć powiązanej z synem prezydenta. Na Cape Aya buduje się zajefajny pałac, przy którym nawet Meżyhiria jest nędzną klitką.

      Janukowycz pieniądze

      A propos młodego Janukowycza, Oleksandra. Jego majątek jest szacowany na 510 mln dolarów i jest drugim najbogatszym człowiekiem w Doniecku (więcej ma tylko Rinat Achmetow). Miał chłopak szczęście w biznesie, gdy w 2011 r. udało mu się przejąć UBD (Ukraiński Bank Rozwoju). Bankiem rządziła wtedy pani Walentyna Arbuzowa, matka ówczesnego wicepremiera Ukrainy. Tuż po sfinalizowaniu zakupu syn pani Arbuzowej został szefem Narodowego Banku Ukrainy, więc widać, że Olek potrafi się odwdzięczyć. W 2012 r. UBD przejął kontrakty z ukraińskimi urzędami, a w 2013 r. dostał serię zamówień publicznych na kredytowanie państwowych firm kolejowych. Oleksandr ma też na głowie dużo innych spraw, bo według strony yanukovich.info struktura jego biznesu wygląda... ;-) tak:

      Janukowycz pieniądze

      Cóż, pewnie powiecie, że w Polsce 20 lat temu fortuny rodziły się w podobny sposób (i będziecie mieli rację), ale ja niestety nie prowadziłem jeszcze blogu "Subiektywnie o finansach". Bo pewnie niejednego biznesmena by się prześwietliło ;-). Nie wiem tylko, czy bym to prześwietlanie przeżył, pisanie dziś o bankach i przekrętach finansowych jest jednak ciut bezpieczniejsze ;-). Tym niemniej na miejscu tych speców z Brukseli od zamrażania kont złym ludziom, pogadałbym z prezesami europejskich banków. Podobno frankfurckie i nowojorskie oddziały Deutsche Banku pośredniczyły w przelewach dolarowych i eurowych, zlecanych przez pana Oleksandra i jego kolegów. Zła wiadomość jest taka, że spółka-matka całego holdingu jest prawdopodobnie zarejestrowana w Szwajcarii, ale zauważyłem też, że kilka spółek holdingu ma siedziby w Holandii, więc gdyby ktoś chciał coś przymknąć, przyblokować, przymrozić... ;-).

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje co najmniej ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 2000 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych. Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      CO BEZPIECZNIEJSZE? SMS, TOKEN, LISTA HASEŁ? Oto najnowszy wideofelieton "Subiektywnie o finansach", w którym zastanawiam się jaka metoda zatwierdzania transakcji jest najbezpieczniejsza? Mimo wszystko SMS-y ze smartfonu, który można zhakować, tokeny sprzętowe, a może... tradycyjne karty haseł jednorazowych? Proponuję też najbezpieczniejsze rozwiązanie na autoryzację transakcji, jakie udało mi się wymyślić. I nawet nie jest takie upierdliwe! Obejrzyjcie i dajcie znać czy zgadzacie się z moim pomysłem. Bankowcy też, dajcie znać ;-).

      OBEJRZYJ TEŻ: wideofelieton "Subiektywnie o finansach" o tym jak poszedłem do urzędu za coś zapłacić i po raz pierwszy zrobiło mi się łyso, bo... nie było komu nawtykać

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Zamrozić im konta, skonfiskować majątek. Tylko gdzie trzyma pieniądze klan Janukowyczów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 22 lutego 2014 13:24
  • piątek, 21 lutego 2014
    • Przydałby się nam "Ryanair na torach"? Sprawdzałem kolejową konkurencję dla Intercity

      Niedawno pisałem o konkurencji, jaką dla polskich kolejarzy przygotowała tania linia lotnicza Ryanair. Od kwietnia z warszawskiego lotniska w Modlinie będzie można polecieć do Gdańska i Wrocławia przy cenie biletu porównywalnej z wejściówką drugiej klasy do pociągu Intercity (a kupując z wyprzedzeniem - nawet znacznie taniej, od 39 zł). Z drugiej strony kolejarzy cisną sieci autobusowe, z PolskimBusem na czele (bilety od 1 zł). I generalnie wieszczyłbym już upadek polskiej kolei, gdybym nie przetestował - za pomocą jednego z członków rodziny - alternatywnej w stosunku do Intercity sieci pociągów InterRegio. Należy ona do drugiego operatora kolejowego - spółki Przewozy Regionalne. Powiem szczerze: jeszcze jakiś czas temu dobrowolnie bym do pociągu obrandowanego marką Przewozów Regionalnych nie wsiadł, bo naoglądałem się w internecie zdjęć pociągów zamrożonych, rozgotowanych, pełnych ludzkich sardynek i rozpadających się, albo wiecznie spóźnionych. Ale kiedyś przypadkiem trafiłem na pokład RegioExpress (bezprzedziałowe, klimatyzowane wagony full-wypas) i serce zaczęło mi mięknąć w kolanach.

      Nie lubimy kupować biletów wcześniej? Intercity ma pomysł dla... spóźnialskich

      A ostatnio zrobiłem krok drugi i namówiłem kogoś z rodziny, by przyjechał do mnie z Poznania do Warszawy pociągiem InterRegio. Wciąż z duszą na ramieniu, ale co tam - raz kozie śmierć. "Wielu z was zginie, ale jest to poświęcenie, na które jestem gotów" ;-). Myślałem, że trudno będzie znaleźć połączenie, bo obiło mi się o uszy, że najlepsze trasy i godziny są "obstawione" przez Intercity, ale okazało się, że do Warszawy i z powrotem jadą cztery pociągi dziennie (dwa rano i dwa po południu). Cena biletu - 53 zł - była nieco niższa od najtańszych pociągów sieci Intercity (tych jadących pod marką TLK). Pociąg więcej, niż przyzwoity - z klimatyzowanym wagonem bezprzedziałowym, z działającym o dziwo wi-fi, odpicowanym jak ta lala wagonem restauracyjnym CafeRegio i z wagonem multimedialnym w składzie. W niektórych wagonach były nawet gniazdka elektryczne, w Intercity wciąż dobro luksusowe. W wagonie multimedialnym co prawda prądu nie było, ale za to mulfimedia - i owszem. Można było sobie ściągnąć filmy do oglądania oraz książki do czytania lub słuchania. Dwie sztuki za darmo, więcej - za 1 zł. Czas przejazdu: o jakieś 20-40 min. dłużej, niż najszybszy Intercity. Niestety, pociąg przez większość trasy jechał z 30-minutowym opóźnieniem i nie udało się go nadrobić.

      Przewozy Regionalne

      Generalnie jednak: zaskakująco dobra jakość jak na 53 zł ceny biletu. Dobrze trafiliśmy, bo to sztandardowa trasa i pokazowy pociąg (nie wszystkie tak wyglądają, o nie ;-)), ale nie zmienia to faktu, że w InterRegio było wszystko to, co zwykle widuję w najbardziej ekskluzywnym Intercity, a nawet ciut więcej. Minusy? Brak możliwości rezerwowania miejsca siedzącego ("test" odbył się w niedzielę i pociąg nie był nadzwyczajnie obłożony, ale zakładam, że w dni powszednie miejsce siedzące nie musi być gwarantowane), no i nieco dłuższy czas przejazdu. Tym niemniej przyjrzałem się bliżej ofercie Przewozów Regionalnych. Wagony multimedialne i CafeRegio są tylko w niektórych pociągach (można je policzyć na palcach dwóch rąk). Ale są. Podoba mi się też koncepcja iSMS, czyli systemu informacji dla pasażerów - jeśli jakiś pociąg ma kłopot, jest opóźniony, podobno informacja na ten temat jest rozsyłana abonentom. Nie sprawdzałem jak to działa (i czy w ogóle działa), ale pomysł dobry.

      Czy to sen? Wi-fi w przedziale, gniazdko przy fotelu, wagon zabaw dla dziecka...

      Siatka połączeń (patrząc z punktu widzenia "Warszawiaka dalekobieżnego") taka sobie: do Poznania co prawda aż cztery pociągi na dobę, do Łodzi pięć, ale do Krakowa już tylko jeden (wieczorem), do Katowic i Wrocławia jeden (rano), do Szczecina dwa (rano i po południu), do Lublina dwa (rano i w środku dnia). Do Gdańska - zero. Ale rozumiem, że połączenia dalekobieżne nie są solą biznesu Przewozów Regionalnych, więc się nie czepiam. Cennik biletów za to bardzo przyjemny i przejrzysty - im wcześniej kupujesz, tym taniej. Siatka zaczyna się od 1 zł (to cena-widmo, nie udało mi się trafić na ani jeden tak tani bilet), potem jest 9 zł (też rzadkość). Ale już bilety w następnych klasach cenowych - po 19 zł lub 29 zł - na pociągi odjeżdżające za dwa tygodnie da się trafić. Ostatnią zniżkową ceną jest 39 zł za bilet, potem jest już standardowa cena "last minute", czyli w przypadku połączeń Poznań-Warszawa - 53 zł. Ale najbardziej podoba mi się strona biletyregionalne.pl, pozwalająca kupić bilety przez internet (tylko tą drogą można skorzystać z promocyjnych cen od złotówki). Jest przejrzyście - od razu pokazują spis pociągów na konkretnej trasie, zestaw cech każdego z pociągów (na piktogramach), czas przejazdu i - co najważniejsze - cenę biletu.

      Przewozy Regionalne

      To prosta rzecz, która odrzucała mnie zawsze od kupowania biletów na stronie Intercity. Tam cenę biletu poznaję dopiero na końcu procedury zakupu biletu. I nie wiem czy moja cena zawiera jakiś rabat, czy nie. Przewozy Regionalne nie dość, że mają przejrzystą i bardzo zróżnicowaną siatkę cen (wiadomo, że jak bilet kosztuje 19 zł, to jest to trzecia najtańsza z możliwych stawek, a jak 39 zł, to mamy ostatnią z dostępnych promocji), to jeszcze w jasny sposób ją prezentują. Od razu mogę podjąć decyzję, czy wybieram pociąg tańszy, który jedzie w środku dnia, czy droższy, kursujący w godzinach szczytu. Mogę zmienić datę i system od razu podstawia aktualne ceny na ten dzień, nie trzeba przechodzić całej procedury rezerwacyjnej, a nawet przeładowywać strony. Działa to znacznie fajniej, niż główny system rezerwacyjny PKP Jeśli komuś zależy na dobrej cenie, to w systemie zakupu biletów Przewozów Regionalnych będzie się czuł o niebo lepiej, niż w Intercity (nawet pomijając taki drobiazg, jak elastyczność taryf, która w Intercity jest niewielka (choć ostatnio trochę wzrosła), a w Przewozach Regionalnych - ogromna). Wiem, że walka na noże dwóch firm przewozowych mogłaby się skończyć tragicznie dla nich obu, ale gdyby sieć Intercity miała pod bokiem tak ogarniętego konkurenta na wszystkich trasach, to bilet z Warszawy do Poznania nie kosztowałby 130 zł.

      CO BEZPIECZNIEJSZE? SMS, TOKEN, LISTA HASEŁ? Oto najnowszy wideofelieton "Subiektywnie o finansach", w którym zastanawiam się jaka metoda zatwierdzania transakcji jest najbezpieczniejsza? Mimo wszystko SMS-y ze smartfonu, który można zhakować, tokeny sprzętowe, a może... tradycyjne karty haseł jednorazowych? Proponuję też najbezpieczniejsze rozwiązanie na autoryzację transakcji, jakie udało mi się wymyślić. I nawet nie jest takie upierdliwe! Obejrzyjcie i dajcie znać czy zgadzacie się z moim pomysłem. Bankowcy też, dajcie znać ;-).

      OBEJRZYJ TEŻ: wideofelieton "Subiektywnie o finansach" o tym jak poszedłem do urzędu za coś zapłacić i po raz pierwszy zrobiło mi się łyso, bo... nie było komu nawtykać

      SUBIEKTYWNOŚĆ JEST TAM, GDZIE WY. Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z chętniej odwiedzanych miejsc w sieci, poświęconych finansom osobistym. Notuje co najmniej ok. 400.000 Waszych kliknięć miesięcznie, ale to nie wszystko. Blog możecie też obserwować na Facebooku (tam znajdziecie sporo ciekawych wpisów, które nie zmieściły się na samcik.blox.pl oraz podyskutujecie z grupą ponad 21.000 czytelników). Krótkie myśli o finansach rzucam też od kilku miesięcy na Twitterze (słucha już prawie 2000 osób). Kto lubi platformę Google+, także się nie zawiedzie. Są i tacy, którzy nie przepadają za krótkimi formami i chcieliby przeczytać coś większego, a przy tym użytecznego. Dla Was napisałem książkę "Jak pomnażać oszczędności". Można ją kupić w formie e-booka. A kto od czytania woli słuchać i oglądać, niech zerknie na mój kanał w YouTube - jest w nim sporo wideofelietonów o pieniądzach i wpadkach instytucji finansowych.  Subskrybujcie kanał "Subiektywnie o finansach"

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Przydałby się nam "Ryanair na torach"? Sprawdzałem kolejową konkurencję dla Intercity”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 lutego 2014 15:00

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line