Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 28 lutego 2015
  • piątek, 27 lutego 2015
    • Bolą was franki? Tam banki zrobiły hipotecznych kredytobiorców w balona. Dosłownie

      Spora część osób, które dziś narzekają na swoje kredyty we frankach szwajcarskich, kieruje mniej lub bardziej słuszne pretensje pod adresem bankowców. Uważają, że zostali wpuszczeni w maliny. Bankowcy byli znacznie lepiej opłacani za sprzedawanie klientom kredytów we frankach, niż tych złotowych, więc nie informowali właściwie o ryzyku kursowym i dawali kredyty zbyt lekką ręką. Coś w tym jest - przed 2008 r., kiedy zaczęła obowiązywać Rekomendacja S, kredyty frankowe często były proponowane klientom "subprime", którzy nie mieli zdolności kredytowej, by zadłużyć się w złotych. Podpisując umowy kredytowe te osoby były gotowe niemal całować bankowców po rękach, bo gdyby nie kredyt we frankach, musiałyby mieszkać z rodzicami, pod mostem, albo wynajmować mieszkanie. Teraz mają do tych samych bankowców żal, że założono im pętle na szyję. Wielu zawiedzionych frankowiczów uważa, że cała ta akcja z kredytami walutowymi była spiskiem zagranicznych banków, które miały nadmiar depozytów we frankach i wymyśliły sposób, by przepakować SWAP-ami i "upchnąć" to g... ciemnemu ludowi z Europy Wschodniej. 

      Zakładając, że zagraniczne "mamusie" dały prikaz polskim spółkom-córkom "ubierajcie słowiańskich frajerów we frania", a następnie wskazały jak można doić klientów spreadem (dzięki któremu kredyty frankowe były dla banków bardziej dochodowe, niż złotowe), rzeczywiście można szukać poszlak, iż był to celowo zaplanowany sabotaż. Ale wnioski z analizy austriackiego rynku kredytów hipotecznych skłaniają raczej do stawiania tezy, że tam bankowcy "ufrankowili" też bezlitośnie własnych obywateli. Okazuje się, że tamtejsze banki, które należały do najbardziej agresywnie rozwijających kredyty frankowe w krajach Europy Wschodniej (na Węgrzech, na Bałkanach oraz oczywiście w Polsce), nie zachowały się wcale lepiej w stosunku do swoich własnych obywateli. Ostatnio znajomy podesłał mi depeszę o tym jak tam wyglądają "ubrani" w kredyty walutowe klienci banków. No, najogólniej rzecz biorąc, wyglądają nieszczególnie. W Austrii kredyty we frankach ma 150.000 rodzin, a ich wartość to mniej więcej 30 mld franków (w Polsce - 40 mld franków, ale liczba zadłużonych jest znacznie większa - 560.000 rodzin). I są to niefajne kredyty, niż nasze. Też zostały zabronione przez tamtejszy nadzór, ale znacznie wcześniej, niż taki zakaz nastąpił u nas, bo już w 2008 r.

      Samcik radzi i pocieszaMasz kredyt we frankach? Zachowaj spokój.

      W Austrii banki udzielały kredytów we frankach głównie w formule... z ratą balonową. Kredyt balonowy wygląda tak, że klient na bieżąco spłaca odsetki oraz mały kawałek kapitału, a dopiero na koniec trwania kredytu spłaca jednorazowo dużą ratę balonową, wynoszącą np. 30% pozostałego kapitału. W Polsce takie kredyty też się zdarzają, niektóre banki według takiej formuły pożyczają klientom pieniądze np. na zakup samochodu. Dla zamożnych klientów, którzy mają oszczędności lub możliwość ich akumulowania, taki kredyt jest niezłą opcją, pozwalającą płacić niskie raty i w tym czasie oszczędzać. Przy kredycie samochodowym rzecz wyglądać może tak, że klient na koniec sprzedaje auto, dostając np. 25% jego początkowej wartości, spłaca ratę balonową i... wyjeżdża z salonu z nowym autem, też kupionym na kredyt balonowy. O ile w Polsce frankowe kredyty hipoteczne występowały niemal wyłącznie w formule rat równych, to w Austrii 75% kredytów hipotecznych we frankach było kredytami "balonowymi".

      To oznacza, że o ile w przypadku polskich klientów ryzyko zmiany kursu franka rozkłada się na cały okres spłaty kredytu mniej więcej po równo (nawet jeśli dziś kredyt jest wart księgowo dwa razy tyle, ile był wart na początku, to wcale nie oznacza, że klient będzie musiał tyle spłacić, bo kurs będzie raz wyższy, raz niższy), o tyle w Austrii trzeba spłacić dużą część pożyczanych franków w jednym momencie, po kursie dziś nieznanym. Austriacy to zamożny naród, ale nawet oni mogliby mieć kłopoty z wysupłaniem np. 30.000 franków na ratę balonową. O ile więc nasi bankierzy beztrosko namawiali klientów, by brali kredyty np. na 120% wartości nieruchomości i nadwyżkę inwestowali w fundusze akcji, o tyle w Austrii mądrale pakowali klientów w programy inwestycyjne, które miały przynieść zysk wystarczający, by spłacić ratę balonową. Oczywiście żadnych zysków nie ma, a część klientów kupiła produkty strukturyzowane oparte na kursach walutowych, które zostały automatycznie zamknięte ze stratą po wzroście kursu franka. Klienci nie mają więc obiecanych gór oszczędności, a ich kredyty wzrosły.

      Nie piszę tego, żeby skłonić Was do ronienia rzewnych łez nad losem austriackich rodzin. Tam ceny nieruchomości od 2007 r. poszły w gorę o 45%, więc skala "ujemnego wkładu własnego" klientów jest znacznie mniejsza, niż w Polsce. Kurs franka do euro umocnił się w mniejszym stopniu, niż franka do złotego, więc wzrost rat klientów też był mniejszy (a i same raty są mniej dolegliwe, co wynika z zasad kredytu balonowego). Rzecz w tym, że w Austrii już spekuluje się, iż wściekli klienci wytoczą bankom wspólny proces arbitrażowy, a w sprawę wmiesza się rząd, patronując ewentualnemu kompromisowi. U nas na razie o interwencji rządu w sprawy frankowiczów nie widać, bo banki - zapewne licząc na udobruchanie klientów - szybciutko obniżyły raty do poziomu sprzed wzrostu kursu franka. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bolą was franki? Tam banki zrobiły hipotecznych kredytobiorców w balona. Dosłownie ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 18:23
    • Bankowy doradca okłamywał klienta w sprawie wyników polisy inwestycyjnej. Jaka kara?

      Klienci polis inwestycyjnych, rozczarowani wynikami finansowymi tych inwestycji, wiedzą już, że wycofanie się po kilku latach wpłacania składek nie musi wcale oznaczać konieczności pożegnania się z prawie całą kasą. Coraz częściej próbują odzyskać pobrane od nich opłaty likwidacyjne bądź żądać refundacji strat, które ponieśli. Nie zawsze jest to łatwe - zwłaszcza kłopoty mogą mieć ci, którzy nie zainwestowali w zwykłe fundusze inwestycyjne, ale w specjalne wehikuły funduszowe, utworzone "pod" poszczególne typy polis. W wehikułach tych schowane są opcje na jakieś indeksy. Wartość takiej "czarnej skrzynki" potrafi się wahać w sposób niezrozumiały i często straty wycofującego się klienta pochodzą właśnie z tytułu obniżki notowań funduszu, nie zaś dlatego, że ktoś "ostrzygł" klienta opłatą likwidacyjną. Niedawno prawnicy LWB policzyli ile kasy "wyparowało" z polis tego typu w tajemniczy sposób. W tej sytuacji odzyskanie pieniędzy może być trudne, bo nie wystarczy zakwestionować legalności wyliczenia opłaty likwidacyjnej, co dziś potrafi zrobić każde prawnicze dziecko. Trzeba znaleźć jakąś inną podstawę, np. nierzetelność informacyjną. Można też próbować wycisnąć z doradcy finansowego, który sprzedał polisę, jakieś oświadczenie, będące jego spowiedzią. Albo... no właśnie, czasem wystarczy drobiazgowo zbadać działalność konkretnego doradcy.

      Klient mec. Jacka Szymańskiego w 2011 r. podpisał z pracownikiem Noble Banku umowę ubezpieczenia dotyczącego pakietu "Libra II". Wpłacił składkę w wysokości prawie 50.000 zł i dodatkowo zobowiązał się, że będzie też wpłacał po 2000 zł miesięcznie przez 20 lat. Koncertowy przykład zakładania sobie pętli na szyję i naprawdę dziwię się: jak można było dać się namówić na takie zobowiązanie. Ma-sa-kra. Ale już trudno, stało się. Klient zeznaje, iż pracownik banku wcisnął mu standardowy kit, iż jest to bezpieczny produkt finansowy, bez określonego terminu wpłacania składek, z możliwością odzyskania pieniędzy w każdym momencie. I jeszcze poza tym wszystkim miało to zarabiać dwa razy więcej, niż lokata bankowa. Naiwnych nie sieją. Klient przez jakiś czas płacił grzecznie składki, a przez dłuższą chwilę był nawet dość zadowolony z inwestycji. Po kilku miesiącach od podpisania umowy pracownik Noble Banku przyniósł klientowi zestawienie aktywów w ramach "Libra II". Miał interes, żeby się czymś pochwalić, bo mniej więcej w tym samym czasie kończyła się jedna z lokat, którą założył ów klient w Noble Banku i dobre wyniki "Libry II" mogły popchnąć go do dalszych "ciekawych" inwestycji.

      W zestawieniu przekazanym przez pracownika banku stało jak wół, że stopa zwrotu z jego inwestycji w "Libra II" w okresie od 7 lutego 2011 r. do lipca 2011 r. wyniosła 12,46%. Cóż, klient się ucieszył i choć nie wpłacił pieniędzy z lokaty na kolejną edycję, to zachował spotkanie z pracownikiem banku w ciepłej pamięci. I żył sobie dalej w świadomości, że nie ma to jak finansowi magicy, którzy potrafią bezpiecznie wyczarować zyski dwa razy większe, niż to, co zwykli frajerzy" wyciułają" na lokatach bankowych. Mleko wylało się dopiero w 2013 r., kiedy klient doszedł do wniosku, iż nie ma już ochoty inwestować z "Librą" i chciałby wycofać pieniądze. Okazało się, że po pierwsze pieniędzy zostało niewiele, a po drugie wycofać się można, ale trzeba za to zapłacić karę. Klient, choć wcześniej wykazał się ogromną naiwnością i łapał jak młody pelikan wszystkie kity rzucane mu przez bankowców, tym razem postanowił już się nie dać robić w trąbę i zgłosił się do prawnika. Ten zaczął szukać dziury w całym (czyli w argumentach banku oraz dostawcy polisy) i doszedł do ciekawego wniosku: że wyniki tego produktu były zupełnie inne, niż prezentował to bankowy sprzedawca:

      "Analiza notowań tego produktu doprowadziła mnie do wniosku, że w dniu 7 lutego 2011 r. wartość jednostki wynosiła 76,90 zł natomiast w całym lipcu roku 2011 r. ani razu nie przekroczyła 56 zł. Począwszy od lutego 2011 r. do dzisiaj wzrost wartości jednostek funduszu, w który zostały zainwestowane pieniądze klienta, nigdy nie osiągnął takiego wskaźnika, jak prezentował pracownik".

      Widziałem zestawienie, które otrzymał od pracownika banku klient, widziałem też wykres notowań ubezpieczeniowego funduszu kapitałowego, na którym oparta jest "Libra II" i rzeczywiście obie rzeczy nie mają ze sobą wiele wspólnego. Mec. Szymański uważa, że choć nie ma bezpośrednich dowodów na to, iż jego klient został wprowadzony w błąd już na etapie zawierania umowy, to złapanie pracownika banku na gorącym uczynku w tak drobnej sprawie, jak prezentacja wartości inwestycji, czyni bardzo prawdopodobnym domniemanie, iż ów pracownik równie "rzetelnie" podchodził do swoich obowiązków wcześniej. Dalszy przebieg tej sprawy będzie mnie niezwykle interesował - z tego co wiem nie trafiła jeszcze do sądu - bowiem "Libra" jest jedną z tych polis, w których trudno zrobić firmie ubezpieczeniowej oraz bankowi-pośrednikowi krzywdę posługując się sprawdzonymi już argumentami o nielegalności ustalanej ryczałtowo opłaty likwidacyjnej. Straty klienta wynikają głównie ze spadku wartości funduszy, w której zostały zainwestowane pieniądze, a nie z opłaty likwidacyjnej, pobranej przy wycofywaniu się z inwestycji. Trzeba więc szukać innej drogi. I jedną z nich mogą być np. takie manewry, na jakich mec. Szymański przyłapał sprzedawcę.

      Oczywiście, firmy ubezpieczeniowe oferujące w przeszłości tego typu polisy bronić się mogą argumentem, iż przecież jest to produkt terminowy, związany z gwarancją kapitału na koniec okresu inwestycji. A więc nie ma znaczenia ile warta jest jednostka danego funduszu dzisiaj lub jutro - ważne jest ile będzie wynosiła na koniec umowy. I nawet jeśli będzie niższa od bazowej, to ubezpieczyciel pokryje tę stratę i odda klientom pieniądze, które wpłacili. Co najwyżej nie będzie zysków. Mec. Szymański uważa jednak, że i tę argumentację da się obalić:

      "Twierdzenia o gwarancji wpłaconego kapitału, jako gwarancji niskiego ryzyka, są o tyle nietrafne, że ma ona charakter iluzoryczny i to z kilku względów. Po pierwsze, uwzględniając sposób obliczenia kapitału, po upływie okresu ubezpieczenia z kwoty wpłaconych składek odjęte zostaną przewidziane w warunkach opłaty. Po drugie uwzględniając poziom inflacji w 20-letnim okresie trwania umowy, kwota wpłaconych składek będzie miała ułamek siły nabywczej wartości składek w dacie zawarcia umowy. Po trzecie w końcu, w przypadku zajścia zdarzenia ubezpieczeniowego, np. w trzecim roku trwania umowy, uposażeni z umowy ubezpieczenia otrzymaliby kwoty w żaden sposób nieprzystające do kwot które w wykonaniu tej umowy na rachunek ubezpieczenia wpłaciłby klient. Umowa ubezpieczenia grupowego „Libra II” pozostaje nieważna jako sprzeczna z zasadami współżycia społecznego"

      - uważa pełnomcnik wpuszczonego w maliny (trochę na własne życzenie, bo potwornie naiwnego) klienta. Sprawom dotyczącym temu gatunkowi polis inwestycyjnych będę się przyglądał, bo jest to tylko mały fragment większej całości. Piszcie jakich patentów zamierzacie użyć - lub wasi prawnicy - w sytuacji, gdy spadek wartości inwestycji wynika nie z naliczenia opłaty likwidacyjnej (a w każdym razie nie tylko z tego powodu) lecz głównie z przeceny funduszu, który znajdował się "wewnątrz" polisy. Najciekawsze sposoby będę oczywiście opisywał w blogu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Bankowy doradca okłamywał klienta w sprawie wyników polisy inwestycyjnej. Jaka kara?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lutego 2015 09:14
  • czwartek, 26 lutego 2015
    • Zrobił dopiski do umowy kredytowej, a bank ich nie zauważył. Znam już finał tej historii!

      Jakiś czas temu opisywałem w blogu historię klienta, który postanowił wprowadzić pewne drobne poprawki do umowy o pożyczkę gotówkową. Zwykle to banki dokonują tego typu manewrów, zmieniając klientom jednostronnie wzorce umowne, albo wprowadzając w życie nowe wersje regulaminów, do których znajdują się odniesienia w umowach kredytowych. A tym samym - kuchennymi drzwiami zmieniając warunki umowy. Klient, który chce coś zmieniać w umowie przed jej podpisaniem (albo w trakcie trwania relacji z bankiem), często jest traktowany przez bankowców jak zawalidroga i pouczany, żeby się nie wymądrzał, bo od pisania umów to są bankowi prawnicy, a nie klienci. Tym razem było inaczej i to klient postanowił "podredagować" kwit, który dostał od banku. Obiecałem Wam, że dowiecie się jak ta historia - która rozgrzała Wasze jestestwa do czerwoności - się skończyła. I dziś zamierzam wywiązać się z obietnicy. Ale najpierw krótkie przypomnienie o co kaman - dla tych z Was, którzy nie pamiętają tej historii.

      Dywersyjna działalność klienta stała się możliwa, no zgłosił się do banku internetowego, a nie do "zwykłego", w którym dostałby do ręki wydrukowaną przez pracownika umowę i podpisałby się we wskazanym miejscu w dwóch lub trzech egzemplarzach. W banku internetowym, jak wiadomo, umowy, formularze i regulaminy są dostarczane klientowi w formie plików komputerowych. Klient te papiery drukuje, podpisuje i wysyła do banku (są już instytucje finansowe, które nawet kwestię podpisu załatwiają elektronicznie, czyli np. klient "podpisuje się" hasłem jednorazowym wysyłanym przez bank na telefon komórkowy). Mój czytelnik, zgodnie z procedurą, najpierw wypełnił formularz, który był zawieszony w internetowym serwisie transakcyjnym banku. Po otrzymaniu e-maila z projektem umowy zachował się niestandardowo i... postanowił nanieść w otrzymanych dokumentach kilka zmian. A dopiero potem druki podpisać i odesłać do banku. Bo przecież klient może mieć swoje propozycje do umowy, nieprawdaż? Zmiana, której mój czytelnik postanowił dokonać, mieściła się w punkcie umowy o nazwie "Oświadczenia". W paragrafie 6. został naniesiony dopisek "Bank zobowiązuje się do całkowitego umorzenia kwoty kredytu i należnych odsetek do (...)”. I tutaj stosowna data.

      Trudno było robić sobie nadzieje, że bank połknie tę żabę. Zwłaszcza w XXI wieku, kiedy można dość łatwo sprawdzić zgodność treści dwóch dokumentów. Zwłaszcza, że zmiana wprowadzona przez czytelnika była fundamentalna: bank ma przerobić kredyt na darowiznę. Ale stała się rzecz przedziwna. Klient dostał z banku najpierw odpowiedź, że dokumenty zostały przekazane do ostatecznej weryfikacji (i że najpóźniej następnego dnia zostanie podjęta przez bank decyzja kredytowa), a później kolejny list z informacją, że decyzja jest pozytywna, zaś kredyt został wypłacony. Do klienta została też wysłana umowa - w brzmieniu zaproponowanym przez niego - wraz z podpisami trzech pracowników banku: szeregowego, starszego inspektora oraz koordynatora. Na każdej stronie bank podbił umowę pieczątką "wpłynęło z datą (...)". Na czym polega wyjątkowość tej sytuacji? W bankach mówią "nie przeczytałeś przed podpisaniem, to płać". A potem podsuwają coś, czego się nie da przeczytać bez asysty trzech prawników i dwóch ekonomistów. Tu klient odwrócił sytuację. To bank musiał przeczytać umowę, którą sam spłodził. Gdyby była prostsza, to nie byłoby trudno wychwycić zmian. Ale widać umowa była na tyle skomplikowana, że w banku jej dokładnie nie przeczytali.

      Klient stąpał po cienkim lodzie: oświadczenia tak istotne dla umowy jak spłata rat kredytu bądź też warunki ograniczające taki obowiązek klienta powinny być uwzględnione w rozdziale umowy oznaczonym "spłata kredytu", a nie "oświadczenia". Poza tym nowe brzmienie umowy rodzi konflikt między jednymi jej postanowieniami (mówiącymi o tym, że klient ma spłacić tyle-a-tyle) a innymi (oświadczeniem, że kredyt ma zostać w określonym terminie umorzony). Poza tym dopisek klienta zmienił istotę umowy - z kredytu na darowiznę. A to ryzykowne od strony prawnej. Co stało się dalej? Czytelnik złożył w banku wniosek o umorzenie kredytu zgodnie z umową. I na tym skończyłem poprzedni wpis dotyczący tej dziwnej sytuacji. Dziś ciąg dalszy story. Odpowiedź od bankowców przyszła po kilku tygodniach. Jak można było się spodziewać, finansiści nie wykazali nadmiernego zrozumienia dla postępowania klienta. Prawdę mówiąc nie wykazali go w ogóle. Bank zażądał od klienta wykonania umowy w pierwotnym jej brzmieniu, nie honorując żadnych zmian. I - w bardzo zawoalowany sposób, lecz chyba zrozumiały dla klienta - postraszył go kodeksem karnym.

      "Na podstawie złożonego przez Pana wniosku, Bank udzielił Panu kredytu w kwocie 5.000 zł na okres 60 miesięcy. Dokonana przez Pana bezprawna i nieuzgodniona z Bankiem, zmiana treści umowy, przesłanej Panu przez Bank do podpisu, nosi znamiona podstępu, sprzecznego z zasadami współżycia społecznego. Zmieniony zapis umowy jest nieważny, jako sprzeczny z naturą stosunku prawnego i ustawą Prawo bankowe. Zgodnie z bezwzględnie obowiązującym przepisem art. 69 ust. 1 Prawa bankowego, obowiązkiem kredytobiorcy jest spłata otrzymanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych w umowie terminach spłaty. Wzywamy do spłaty rat kredytu zgodnie z załączonym do umowy harmonogramem pod rygorem wypowiedzenia umowy"

      Ja z kolei napisałem do banku list z prośbą o potraktowanie klienta nie jak oszusta i cwaniaka, lecz jako testera procedur w banku. Klient wykrył dziury i należą mu się podziękowania, a nie kara. Poinformowałem też, że właśnie dlatego miłosiernie nie ujawniłem nazwy instytucji finansowej, z którą pogrywał sobie czytelnik, by bank miał szansę zachować się przyzwoicie. Bo, szczerze pisząc, obawiałem się, że jeśli bank nie będzie miał już nic do stracenia, to klient będzie miał w sądzie sprawę o próbę oszustwa, czy jakieś inne przestępstwo związane z samowolnym poprawianiem umowy adhezyjnej, opartej na wzorcu. W banku - jak relacjonuje mi klient - pomyśleli dłuższą chwilę i zaoferowali takie oto salomonowe rozwiązanie: klient podpisuje aneks, w którym strony usuwają sporny dopisek klienta, a w zamian bank w innym miejscu umowy zmniejszy klientowi procentowanie kredytu do zera. Innymi słowy - w ramach ugody klient otrzyma kredyt bez odsetek. Mój czytelnik początkowo zaproponował, że spłaci tylko połowę kredytu, ale poprosiłem go, by przystał na propozycję banku. I - z tego co wiem - tak właśnie się stało. Co innego wywalczyć sobie darmowy kredyt, a co innego nie oddać pieniędzy, które się pożyczyło. Wniosek z tej sprawy jest jasny: bankowcy, upraszczajcie umowy, bo - jak widać na załączonym przykładzie - są tak zamotane, że sami ich nie czytacie przed podpisaniem!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (34) Pokaż komentarze do wpisu „Zrobił dopiski do umowy kredytowej, a bank ich nie zauważył. Znam już finał tej historii!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 lutego 2015 08:26
  • środa, 25 lutego 2015
    • Gdy za późno zakwestionujesz transakcje na wyciągu wysłanym przez bank. Będą kłopoty?

      Opłaty pobierane za używanie kart płatniczych to jedno z poważniejszych pól konfliktu między bankami, a ich klientami. Problem polega głównie na tym, że część transakcji nie jest rozliczana online, a z kolei od obrotów na karcie uzależniona jest wysokość comiesięcznego abonamentu lub wręcz jego brak. Czasem sytuacja jest taka, że klient dopiero w ostatnich dniach "wykręci" potrzebny limit, a bank nie zaksięguje terminowo wszystkich transakcji. I robi się kwas. W takiej właśnie sprawie - wzbogaconej o dodatkowe wątki - napisał do mnie klient mBanku. To jeden z kilku podobnych listów, które dostałem i nie jest to dziwne - wszak klienci mBanku od zawsze są mocno wrażliwi na ceny usług bankowych i nie zdzierżą, jeśli mają płacić za coś, co mogłoby być darmowe. Przedmiotem sporu jest karta MasterCard Debit Gold wydawana przez mBank do rachunku eKonto. Karta nie jest tania i kosztuje miesięcznie 9,99 zł. Jednak w przypadku dokonania transakcji na kwotę 2.000 zł bank ma zwrócić prowizję.

      "Często nie otrzymywałem tego zwrotu mimo spełnienia warunku podanego w regulaminie. Taki przypadek powtórzył się 11 razy, co daje nam kwotę niesłusznie pobranych prowizji na poziomie prawie 110 zł. Zauważyłem to dopiero po tym jedenastym incydencie, które następowały na mniej więcej raz na dwa miesiące na przestrzeni dwóch lat. Poprosiłem bank o wyjaśnienia i o zwrot niesłusznie pobranych opłat"

      - pisze klient mBanku. Sprawa wydaje się dość dziwna, bo przeliczanie, czy klient spełnił warunek wystarczająco wysokiego obrotu na karcie, by plastik był do niego darmowy, nie może być szczególnie wyrafinowanym procesem. Pomyłka może się zdarzyć raz na tzw ruski rok, ale nie raz na dwa miesiące! Mój czytelnik powziął - i trudno mu się dziwić - głębokie przekonanie, że w banku rzeczywiście najpierw się pomylili, ale gdy nie było na to żadnej reakcji klienta, to doszli do wniosku, iż mogą spróbować go golić dalej. A nuż się nie zorientuję? W końcu się jednak zorientował. co bank mu odpowiedział? Ano odpowiedział tak, że kapcie spadają:

      "Odpowiadając na Pana reklamację uprzejmie informuję, że zgodnie z Regulaminem przyjmowania i rozpatrywania reklamacji Klient zobowiązany jest weryfikować zestawienie transakcji w celu kontrolowania prawidłowości rozliczeń transakcji płatniczych, opłat i prowizji. Klient zobowiązany jest niezwłocznie zgłosić Bankowi: 14 dni od dnia udostępnienia Klientowi zestawienia transakcji"

      Prosta, acz skuteczna metoda biurokracji - znaleźć jakieś uchybienie formalne i odesłać klienta z kwitkiem bez badania sprawy. Rzeczywiście, w regulaminie prowadzenia rachunków wspominają o 14 dniach na złożenie reklamacji, licząc od dnia dostarczenia klientowi wyciągu. Ale czy to aby nie lekka przesada? Załóżmy, że ktoś mi ukradnie z konta pieniądze. Czy jeśli zorientuję się dopiero po dwóch tygodniach, to taka kradzież będzie automatycznie "legalna", a przynajmniej tak będzie na nią spoglądał bank? Przyznacie, że coś tu nie gra. Czytelnik pyta czy wobec takiej postawy banku może coś jeszcze zrobić, czy też powinien zapomnieć o należnych mu 110 zł. Podpytałem bankowców z mBanku i okazało się, że rzeczywistość panująca w tej instytucji jest nieco inna, niż nakreślono to klientowi:

      "Opisana sprawa klienta porusza dwa zagadnienia – regulaminu, na który powołano się przy rozpatrywaniu reklamacji, oraz braku automatycznego zwrotu prowizji za posiadanie karty. Co do regulaminu, bank nie stosuje tak restrykcyjnych przepisów. Obsługa reklamacji odbyła się niezgodnie ze standardami przyjętymi w tego typu przypadkach, za co uprzejmie przepraszamy. Pracownik omyłkowo powołał się na zapis, który nie powinien mieć zastosowania w tej sprawie. Dotyczy bowiem transakcji płatniczych zainicjowanych przez klienta, takich jak: wpłaty, przelewy, płatność kartą czy wypłaty środków. W tym wypadku wątpliwości dotyczyły zaś miesięcznej opłaty za posiadanie karty, a te mogą być zgłoszone nawet do 30 dni od momentu, w którym klient taką nieprawidłowość zauważy".

      Z wyjaśnień banku wynika, że klient nie został właściwie obsłużony, ale w banku jednak obowiązują limity czasu na zgłoszenie reklamacji. Warto o tym pamiętać i nie wyrzucać od razu do kosza na śmieci (lub do "kosza" na pulpicie komputera) najnowszych wyciągów z rachunku. Warto najpierw omieść wyciąg wzrokiem i sprawdzić czy nie ma na nim podejrzanych transakcji. Czy to oznacza, że po upływie terminu na zauważenie nieprawidłowości ewentualny fraud staje się zalegalizowany? Oczywiście nie, zawsze można go zgłosić na policję, więc 30-dniowy termin, dyktowany przez bank, nie ma charakteru bezwzględnego. W tym przypadku bank zwrócił klientowi część opłat, choć reklamacja została złożona już po terminie. Zdaniem banku skala nieprawidłowości w naliczeniach była mniejsza, niż przedstawiona przez klienta. Reklamacja została wznowiona, a niewłaściwie pobrane pieniądze bank zwrócił, co oznacza, iż blog "Subiektywnie o finansach" ma na koncie kolejną sprawę zakończoną sukcesem. mBank zapewnił, że wdrożył działania, które wykluczyły ryzyko takich pomyłek w przyszłości. Tym niemniej publikuję tekst poświęcony tej sprawie, byście pozostali czujni i też sprawdzili archiwalne wyciągi z kont.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy za późno zakwestionujesz transakcje na wyciągu wysłanym przez bank. Będą kłopoty?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 17:14
    • Niezły western, czyli Daltonowie na celowniku. Wymyślą coś nowego dla frankowicżów?

      Jest dość prawdopodobne, że banki w ciągu dwóch najbliższych tygodni przedstawią jakiś nowy pomysł na rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Zmusić je może do tego coraz bardziej radykalna postawa szefa nadzoru bankowego, Andrzeja Jakubiaka. Nie wiadomo w jakim stopniu działając z własnej woli, a w jakiej mierze z polecenia "czynników rządowych" (wrażliwych na ból swojego "frankowego" elektoratu w roku wyborczym), Jakubiak coraz ostrzej naciska na banki, by przyjęły jego pomysł na przewalutowanie kredytów frankowych. Nie przebiera już w słowach i otwartym tekstem mówi bankowcom co im zrobi, jeśli nie będą współpracowali. I dodaje, że to, co im zrobi, będzie bardzo, ale to bardzo bolało. Jesień średniowiecza zapowiada - przynajmniej tak wynika z wywiadów, których udziela ostatnio - również właścicielom polskich banków, czyli zagranicznym grupom finansowym. Słowem - niezły western. Przyjemnie się go ogląda, ale rzecz ma też wymiar praktyczny. Takie bieganie wściekłego Lucky Lucka po miasteczku z nabitym rewolwerem zapewne spowoduje, że sterroryzowani banko... tfu, Daltonowie, wymyślą coś sensowniejszego, niż by wymyślili, gdyby szeryf - jak to bywa w westernach - siedział w biurze szeryfa i popijał dobrą whisky. 

      "Część banków uważa, że można rozmawiać, a część uważa, że w ogóle na ten temat nie będą rozmawiać. (...) Zaprosiliśmy ponownie banki na piątek. Przyjdą ci, którzy chcą na ten temat dalej rozmawiać. Nie ma obowiązku uczestniczyć w tym spotkaniu. (...) Liczę, że do 11 marca banki złożą publiczne deklaracje. Będzie to koniec rozmów na temat mojej propozycji. Oczekuję, że nie później niż 11 marca banki publicznie oświadczą, czy są tym zainteresowane, czy nie. Musimy dbać o bezpieczeństwo systemu i bezpieczeństwo depozytów. W razie czego mamy katalog instrumentów, z których będziemy korzystali"

      - zapowiada szeryf w wywiadzie dla kowboja z Radia Zet. Gdy dzielny mlekopij przeprowadzający wywiad nieśmiało zapytał: "a co będzie, gdy większość banków Pana propozycje odrzuci?", a potem przetrwał pierwszą kanonadę (podobno rewolwer szeryfa strzelał sam, a w studio trzeba było wymienić wszystkie szyby :-)), usłyszał od Lucky Luke'a mniej więcej coś takiego:

      "To my przejdziemy do działań nadzorczych, które będą wiązały się z określonymi konsekwencjami. Nie może być takiej sytuacji, że z jednej strony narasta problem kredytów, a z drugiej mamy wypłaty sutych dywidend. Działania KNF muszą zwiększać bezpieczeństwo w sektorze i bezpieczeństwo depozytów. Nasze działania będą miały wpływ na współczynniki adekwatności kapitałowej, które mogą mieć wpływ na dywidendy"

      Mówiąc wprost - jak Daltonowie nie będą grzeczni, to szeryf skasuje im te worki ze złotem, których nie zdążyli jeszcze zakopać pod płotem albo wywieźć do sąsiedniego stanu :-). Podstawa prawna jest. Po pierwsze biuro szeryfa (Kowbojski Nadzór Finansowy) może zwiększyć wymóg kapitałowy dla kredytów w walutach obcych (czyli właściciele banków będą musieli przynieść więcej kapitału "pod" te kredyty). Po drugie Kowbojski może podwyższyć wagi ryzyka dla kredytów z LTV powyżej 100% (może je podkręcić nawet do 150% "normalnego" wskaźnika wagi ryzyka), co też oznacza, że Daltonowie będą musieli mieć więcej kapitału (bo spadnie współczynnik wypłacalności). Kowbojski chce też przetrzepać książki rachunkowe Daltonów i ustalić czy w papierach są odzwierciedlone wszystkie ryzyka, które się wiążą z kredytami frankowymi. Da się z tego wszystkiego wyciągnąć takie wnioski, że sutych dywidend za zeszły rok pewnie nie będzie, a nawet wręcz przeciwnie: Daltonom może być potrzebny dodatkowy pieniądz od mamusi jako "kaucja", żeby Lucky Luke z nich wreszcie zszedł. Poznajecie kto z Was u którego Daltona ma kredyt frankowy? Ja mam u tego dużego :-)

      daltonowie1

      Ale awantura o Plan Jakubiaka na koniec dnia może okazać się burzą w szklance wody. Dlaczego? Nawet gdyby okazało się, że przewalutowanie z rekompensatą jest realne - tzn. da się pozytywnie odpowiedzieć na pięć kąśliwych pytań, które zadałem w jednym z poprzednich wpisów - to i tak nie ma pewności, że przygniatająca większość klientów chciałaby skorzystać z tej propozycji (a ma być dobrowolna). Wśród moich znajomych frankowiczów - zrobiłem minisondę - tylko jeden na pięciu przyjąłby ofertę. W jednym z banków zrobiono ankietę i ustalono, że zgłosiłoby się 15% kredytobiorców. Oczywiście, to może być fake: na pytania z banku wielu kredytobiorców z definicji mogło odpowiedzieć "nie" (bo na każde pytanie z banku na wszelki wypadek odpowiadają "nie"). Ale powiedzmy sobie szczerze: 70% kredytobiorców to osoby zamożne lub z klasy średniej, wykształcone, mieszkańcy dużych miast, którzy byliby w stanie spłacać raty nawet przy franku po 5 zł. W dodatku przygniatająca większość z nich do tej pory zapłaciła łącznie mniej, niż złotówkowicze (nie dotyczy to tylko kredytów zaciągniętych w dwóch, trzech kwartałach na przełomie 2008 i 2009 r.). Czyli musieliby dopłacić bankowi przy przewalutowaniu kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych. 

      Zamiana tańszego kredytu na droższy (LIBOR plus 0,9% z obniżonym spreadem vs WIBOR plus 2%), konieczność dopłacenia bankowi kasy z własnych oszczędności (różnica między zapłaconymi ratami, a tymi, które klient zapłaciłby, gdyby miał kredyt w złotych) oraz świadomość, że niekorzystny dla złotówkowiczów dystans między wysokością stóp procentowych w Szwajcarii i Polsce będzie się utrzymywał (dziś frankowe raty składają się wyłącznie z kapitału, co dla wielu frankowiczów oznacza, że wcześniej, niż przewiduje harmonogram, spłacą kredyty), zniechęcą do przyjmowania propozycji Jakubiaka część świadomych kredytobiorców. Oczywiście poza tymi, którzy muszą koniecznie sprzedać mieszkanie, albo np. się rozwiedli i potrzebują rozwiązać kredyt. Oraz tymi, których paraliżuje strach przed wzrostem wartości długu - choć przecież ten dług jest tylko "papierowy" (faktycznym obciążeniem jest jedynie najbliższa rata). 

      daltonowie610Jak widzicie na załączonym obrazku, w zaistniałej sytuacji bracia Daltonowie stali się podejrzanie uprzejmi i starają się za wszelką cenę udobruchać kredytobiorców - ścięli im spread i zaczęli uwzględniać ujemny LIBOR (choć tu akurat łaski nikomu nie robią). A najważniejsze jest to, że ofensywa Lucky Luke'a Jakubiaka być może będzie miała pewien bardzo atrakcyjny skutek uboczny. Być może przerażeni Daltonowie zewrą pośladki i przygotują na 11 marca - to termin ultimatum, po którym broń szeryfa może znów wystrzelić - alternatywny plan dla frankowiczów. Mój pomysł, o którym słyszycie już od wielu miesięcy, zakłada, by od pewnego poziomu kursu bank ponosił odpowiedzialność za wzrost kursu franka. Czyli np. klient odpowiada do poziomu 4 zł, czy 4,5 zł, albo np. do 5 zł (do ustalenia), a powyżej tego poziomu - jemu rata już nie rośnie. Ten poziom można ustawić różnie: np. sprawdzić jaką "wahliwość" kursu bank zapowiadał w materiałach informacyjnych dla klienta przy udzielaniu kredytu, powiększyć ją o jakiś procent i w ten sposób ustalić barierę, poza którą wzrost kursu miał prawo zaskoczyć klienta. Oczywiście nie zniknąłby problem "frankowości", ani niewystarczającego zabezpieczenia kredytów (wysokie LTV), ale to ryzyko dałoby się ubezpieczyć. Podobnie, jak ryzyko, że frank wskoczy na wysokie poziomy (można kupić odpowiednią opcję). 

      "Ostatnio prezes Związku Banków Polskich spytał mnie, czy jest możliwe, by oni rozpatrywali jakiś swój wariant. Oczywiście, że jest, ale trzeba ten wariant mieć. Wobec mnie zostało złożone oświadczenie, że to będzie gotowe na 11 marca. (...) Stoimy na stanowisku, że jest to zupełnie nowa sytuacja po tym, co się stało 15 stycznia, a także, że ten problem został wykreowany przez obydwie strony umowy i przez obydwie strony powinien zostać rozwiązany. (...) Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że ryzyko kursowe dzisiaj zostało całkowicie przerzucone na gospodarstwa domowe, które nie mają żadnych instrumentów do tego, by bronić się przed zmianami kursów walut. Tolerowanie takiej sytuacji zagraża stabilności sektora bankowego"

      Gdyby Daltonowie chcieli być sprytni, powinni wystawić klientom ofertę mniej więcej taką, jak proponuje Jakubiak (nieoficjalnie wiemy, że bankowcy apelują m.in. o wąskie okienko czasowe, w którym miałaby obowiązywać i wyższe oprocentowanie niezabezpieczonej części "nowego" kredytu), a obok postawić drugą, której istotą nie będzie przewalutowanie, lecz przejęcie przez braci Daltonów odpowiedzialności za wzrost kursu franka powyżej określonego poziomu. Tym sposobem klienci mieliby teoretycznie wybór, przewodniczący Lucky Luke Jakubiak byłby zadowolony, a klienci i tak w większości wybraliby ofertę bez opcji przewalutowania. Skoro scenariusz gotowy, to proponuję znów zająć miejsca w kinie, nalać sobie szklaneczkę dobrego soku jabłkowego w kolorze whisky i zanucić ten kawałek. O ile dobrze rozumiem, gość śpiewa o tym, że jedyny bankowiec, któremu można zaufać to... gringo :-):

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (65) Pokaż komentarze do wpisu „Niezły western, czyli Daltonowie na celowniku. Wymyślą coś nowego dla frankowicżów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 08:57
  • wtorek, 24 lutego 2015
    • Niskie stopy? Precz z podatkiem Belki! Niech minister zachęca nas do oszczędzania

      Panująca od pół roku deflacja to mógłby być dobry moment do zmodyfikowania polityki polskiego państwa wobec osób oszczędzających pieniądze. A ściślej - do zbudowania takiego systemu opodatkowania zysków z oszczędności, by premiować dłuższe lokowanie pieniędzy. Nie myślę tu od razu o oszczędzaniu na emeryturę, bo wehikuły umożliwiające uniknięcie podatku Belki dla takich celów już są (konta IKE). Podobnie jak produkty na bieżąco nagradzające oszczędzanie z celem emerytalnym (IKZE). Nawet jeśli większość ciułaczy twierdzi, że są to karesy niewystarczające, sądzę, że tu bardziej brakuje nawyków, niż stymulatorów. Bardziej mnie martwi to, że nie ma mechanizmów, które zachęcałyby Polaków do oszczędzania z horyzontem kilkuletnim - np. na samochód lub wkład własny do kredytu mieszkaniowego. Z 598 mld zł oszczędności Polaków aż 300 mld zł to depozyty bieżące - leżące na ROR-ach, albo na kontach oszczędnościowych. Jeszcze niedawno widziałem NBP-owskie statystyki, z których wynikało, że 95% depozytów terminowych opiewa na termin do jednego roku. To źle, bo jeśli nie mamy poduszki finansowej, to każdy kłopot w życiu powoduje konieczność zadłużania się na lichwiarskich warunkach. Jeszcze gorzej, że połowa naszych oszczędności należy do wąskiego grona 10% Polaków. 

      hierarchiczny_model_oszczdzTeraz - w erze niskich stóp procentowych - będzie z tym naszym oszczędzaniem jeszcze gorzej. Nawet jeśli zysków nie zżera inflacja, to nędzne oprocentowanie w powiązaniu z podatkiem Belki powoduje, że dochody z oszczędzania trzeba coraz częściej oglądać pod lupą. Z ostatnich wyliczeń analityków BGŻ Optima wynika, że pięć najlepszych banków płaci w lutym za lokaty średnio 2,82%. Z kolei NBP podaje, że w styczniu śednie oprocentowanie depozytów wyniosło 2,4%, a ROR-ów i kont oszczędnościowych - 0,8%. Większość banków - zwłaszcza dużych - oferuje za oszczędności coraz bardziej nędzne stawki. Na początku lutego PKO BP, w którym Polacy trzymają co czwartą złotówkę swoich oszczędności – ściął oprocentowanie konta oszczędnościowego do 0,3%, a dodatkowo każe klientom płacić za posiadanie takiego konta 1-złotowy abonament. W Banku Pekao oprocentowanie rocznej lokaty tradycyjnej wynosi od 1,5% do 1,7% w zależności od kwoty wkładu. Czy to może zwiększyć czyjąkolwiek skłonność do oszczędzania? Przypuszczam, że wątpię.

      Czytaj też: Podstępny podatek od zysków z lokat. Teraz zaokrąglą go w górę

      W latach 2009-2011 z podatku od zysków z odsetek bankowych do budżetu państwa trafiło 2,5 mld zł. W latach 2012-2013 były to ok. 3 mld zł. W 2014 r., do listopada (bardziej aktualnych danych brak) państwo zarobiło na bankowej "belce" już tylko 2,1 mld zł. Uważam, że nieuchronny spadek dochodów państwa z tego podatku jest dobrą okazją, żeby bez większego ryzyka pogmerać w całym systemie opodatkowania oszczędności. Zwolnienie z "belki" oszczędności procentujących w banku co najmniej przez trzy lata nie przyniosłoby bieżących strat budżetowi, bo takich depozytów i tak prawie nie ma. Ale ten ruch mógłby spowodować, że część oszczędności zostałoby w bankach na dłużej, powodując wzrost bezpieczeństwa finansowego Polaków. Poduszka finansowa, wkład własny na mieszkanie, pieniądze pozwalające kupić za gotówkę przynajmniej pół samochodu, albo sfinansować dziecku studia - to się samo nie urodzi. W kraju, w którym skłonność do oszczędzania jest marniutka przydałoby się, żeby państwo zaczęło nagradzać za gromadzenie oszczędności.

      dugofalowe_oszczedzania_ZBP

      Na razie co i rusz widzę reklamy depozytów i kont oszczędnościowych gwarantujące nawet 4% w skali roku - takie cuda mają w ofercie m.in. BGŻ Optima, Idea Bank, Getin, mBank, Orange Finanse – ale są to z reguły triki marketingowe. Wysoki procent obowiązuje w krótkim terminie (2-3 miesiące), z ograniczeniem kwoty, którą klient może włożyć (najwyżej kilka tysięcy złotych) i z dodatkowymi obowiązkami nakładanymi na deponenta (konto, karta). Są też oferty kont dających 4% w skali roku przez dłuższy termin (np. takie ma w ofercie Getin), ale dla niewielkich kwot i z obowiązkiem przeniesienia do tego banku wszystkich domowych finansów klienta. Te 4% w marketingowym przekazie pojawia się nieprzypadkowo. Z comiesięcznych badań Getin Banku wynika, że klienci deklarują gotowość przyniesienia do banków nowych pieniędzy dopiero wtedy, gdyby oprocentowanie lokat wzrosło właśnie w okolice 4%. A ja wolałbym, żeby pojawiły się reklamy kilkuletnich depozytów, do których z jednej strony trochę dokładałby bank (oferując stawkę powyżej WIBOR-u), a z drugiej nagrodę dorzucałby minister, zwalniając zysk z "belkowego". Może wreszcie skończyłby się kociokwik marketingowy pod hasłem "4% za lokatę na trzy miesiące do 5000 zł".

      podatek_belki_zarobek

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Niskie stopy? Precz z podatkiem Belki! Niech minister zachęca nas do oszczędzania”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lutego 2015 16:26
    • Nie pamiętał numeru telefonu sprzed 10 lat, więc... odmówili mu dostępu do konta

      Banki kiedyś były nazywane instytucjami zaufania publicznego. Co prawda niektórzy twierdzą, że dziś do banków bardziej pasowałoby określenie "instytucje nieufności publicznej", ale jednak kilka osób wciąż trzyma w nich swoje oszczędności. Więc może z tym zaufaniem nie jest wcale az tak dennie? Czasem odnoszę wrażenie, że gorzej, niż z zaufaniem ludzi do banków jest z zaufaniem ludzi do banków. Opisywałem jakiś czas temu przypadek klienta, któremu w banku zamknięto drzwi przed nosem. To może nie jest typowy przypadek, ale kiedy bezduszne procedury mają przewagę nad zwykłą, ludzką życzliwością, to reputacja banku cierpi. Jeśli w tamtym przypadku procedury można byłoby uznać za przesadnie restrykcyjne, to ciekaw jestem jak skomentujecie te, które opiszę za chwilę. Rzecz dotyczy klienta banku Raiffeisen, tego samego, który jakiś czas temu wspierać turystykę wśród swoich klientów, przepędzając ich w ciągu jednego dnia po czterech oddziałach.

      Czytelnik, który do mnie napisał, swój list zaczął od spostrzeżenia, że nigdy nie przypuszczał, że coś tak kuriozalnego może się w ogóle wydarzyć. Jeśli mam być szczery - ja też bym nie przypuszczał. Całe nieszczęście zaczęło się w chwili, gdy ów długoletni klient banku, mający tam kredyt hipoteczny, pożyczkę hipoteczną, ROR, konto walutowe oraz konto oszczędnościowe, powziął myśl o tym, by udać się do krakowskiego oddziału banku i nadpłacić kredyt hipoteczny oraz zaktualizować dane (miesiąc wcześniej zmienił dowód osobisty, gdyż staremu skończyła się ważność). Pracownik oddziału powiedział klientowi, że w związku ze zmianą dowodu osobistego musi przeprowadzić ,,weryfikację". Nic prostszego - pomyślał mój czytelnik - podając pracownikowi dowód osobisty. Był święcie przekonany, że weryfikacja będzie organoleptyczna i że będzie polegała głównie na tym, że klient podaje dowód, a pracownik potwierdza jego autentyczność oraz fakt, że na zdjęciu jest ta sama facjata, co w realu. Ale to był ze strony klienta nadmierny optymizm.

      "Okazało się, że potwierdzenie autentyczności dowodu osobistego nie wystarczyło. Pojawiły się pytania o nazwisko panieńskie matki, o to w jakiej walucie mam kredyt, czy mam kartę kredytową. Po którymś pytaniu z kolei wyraziłem swoje zaniepokojenie całą sytuacją. Nie rozumiałem dlaczego, będąc osobiście w banku, legitymując się dowodem osobistym z moim numerem PESEL (który się zgadzał), adresem (który się zgadzał), datą urodzenia (która się zgadzała), zdjęciem (też się zgadzało z rzeczywistością) muszę jeszcze udowadniać, że ja to ja. Pracownik poinformował mnie, że takie ma procedury wewnętrzne. Ostatnie pytanie w tej serii wprawiło mnie w osłupienie. Brzmiało: jaki jest numer pana telefonu stacjonarnego?"

      - opowiada klient. Tu na moment warto się zatrzymać i skonstatować, że wielu z nas, czytelników blogu, zapewne w tym momencie zrobiłoby bardzo głupią minę, gdyż telefonów stacjonarnych od lat nie używamy. Zastępują to cudo XX-wiecznej techniki Skype, smartfon i przeróżne komunikatory. Mój czytelnik, "zaatakowany" pytaniem o telefon stacjonarny, szybko otrząsnął się z szoku i powiedział - zgodnie z prawdą - że być może 10 lat temu, kiedy zostawał klientem banku, mógł posiadać telefon stacjonarny i niewykluczone, że podał jego numer pracownikowi przy rejestracji konta. Ale ów numer przez tę dekadę się dwu-, czy trzykrotnie zmienił, więc nie ręczy za to, że jeśli poda numer aktualny, to bank pozytywnie go zweryfikuje. Pracownik banku powtórzył jak mantrę: "proszę podać numer telefonu stacjonarnego", a kiedy otrzymał odpowiedź, głosem robota rzekł: "nie przeszedł pan weryfikacji". Oczywiście oznaczało to w nomenklaturze banku, że klient nie może się dostać do własnych pieniędzy, ani do żadnych informacji. Bo on to nie on.

      Co dalej? Pracownik banku powiedział, że można przejść przez tę procedurę jeszcze raz, licząc na to, że w komplecie pytań nie zdarzy się to najbardziej kontrowersyjne. Ale, niestety, algorytm był identyczny, jak poprzednio. Zaczęły się pojawiać więc pytania o mamę, walutę kredytu, kartę oraz... o numer telefonu stacjonarnego. Próba rozmowy z kimś z kadry zarządzającej oddziału niestety nic nie dała, bo kadra zarządzająca akurat była na szkoleniu. Pracownik stwierdził jednak, że zadzwoni na linię wsparcia i coś może mu poradzą? Niestety, linia wsparcia nie wykazała empatii, jej pracownik stwierdził po pięciu minutach, że dwukrotna weryfikacja to wszystko na co stać system banku. I że trzeciej szansy już nie będzie. Bo przecież w mocy obowiązuje regulamin:

      "Klient jest zobowiązany do informowania banku o każdej zmianie danych, które uprzednio podał przy zawieraniu umowy. Informacje o każdej zmianie danych. klient może przekazywać do banku za pośrednictwem poczty, osobiście w placówce lub za pośrednictwem wybranych EKD"

      Nie wiem co to jest EKD (Elektroniczny Kanał Dostępu?), ale nie ma wątpliwości, że paragraf ten nie mówi o niczym innym, jak tylko o obowiązku aktualizacji danych, z którego to obowiązku klient chciał się wywiązać. Tyle, że nie wywiązał się z wcześniejszej aktualizacji danych: zmiany numeru telefonu stacjonarnego. Kto by pamiętał, że zmieniając numer telefonu trzeba o tym zaraportować do banku? Dla nieistniejącego klienta banku Raiffeisen nieoczekiwanie pojawiło się wsparcie. Pojawiło się w osobach dwojga pracowników banku, którzy stwierdzili żebyśmy spróbowali trzeci raz przejść weryfikację - wbrew temu, co stwierdziła linia wsparcia. No to jedziemy: mama, waluta, karta... Ostatnie pytanie: "jaki jest pana adres do korespondencji?". Hurrra, uratowany! Mój czytelnik podał adres, zaś pracownik powiedział upragnione zdanie "pomyślnie przeszedł pan weryfikację". Nie m to jak nieoczekiwany happy end w tragicznej, wydawałoby się, sytuacji.

      "Wydaje się, że powinienem być zadowolony - bank dmucha na zimne. Mógł mi ktoś ukraść dowód, mógł podstawić sobowtóra. Kwestie bezpieczeństwa. Ale rzecz w tym, że jak już pracownik banku wydrukował kartę z nowymi danymi to.. poprosił mnie o złożenie podpisu zgodnego z wzorem podpisów, którym dysponuje bank. Złożyłem ten podpis, a pracownik sprawdził czy jest zgodny z wzorem - był zgodny. A więc oni cały czas dysponowali wzorem mojego podpisu, a nikt nie zaproponował mi nawet żebym go złożył!.Szlag mnie trafił"

      W sumie podpis też można sfałszować. A pracownik banku nie jest biegłym z zakresu porównywania podpisów. Z drugiej jednak strony, jak już tak się zastanawiamy nad sensownością procedur bezpieczeństwa, to można mieć wątpliwości dlaczego nie włączono do gry bardziej zaawansowanych technologii, jak skanowanie siatkówki oka, biometrii głosowej, czy badania linii papilarnych. A propos biometrii głosowej, to ona jest już w Polsce.

      .

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Nie pamiętał numeru telefonu sprzed 10 lat, więc... odmówili mu dostępu do konta”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 lutego 2015 08:58
  • poniedziałek, 23 lutego 2015
    • Ile pieniędzy klientów utopiły Europa i Open Life w swoich "czarnych skrzynkach"? Oni policzyli

      Jak wiecie z lektury blogu, istnieją dwie odmiany polis inwestycyjnych. W tej bardziej "normalnej" pieniądze są inwestowane względnie przejrzyście, w normalne fundusze inwestycyjne (akcji, obligacji itp.), zaś ich wartość zmienia się mniej więcej tak, jak indeksy giełdowe. Klient wpłaca systematycznie kasę, a firma ubezpieczeniowa co najwyżej pobiera od tego wysoką prowizję, która sprawia, że interes nie przynosi oszałamiającego zysku. Ale mniej więcej wiadomo w której kieszeni ginie kasa :-). Drugą grupą są.polisy strukturyzowane, czyli inwestycja w fundusze, które do "normalnych" nie należą. Są to specjalne wehikuły inwestycyjne, utworzone w konkretnym celu - by lokować w nie pieniądze zainwestowane przez klientów w ramach składek jednorazowych, zdeponowanych w określonym momencie. W środku tych funduszy nie ma żadnych akcji, obligacji, ani niczego, co miałoby łatwą do określenia wartość rynkową - są za to zazwyczaj jakieś bliżej nieznane papiery wartościowe, z których zysk jest uzależniony od wartości jakichś indeksów, których wartość z kolei jest uzależniona nie wiadomo od czego. Wiadomo tylko, że fundusz ma na koniec zapewnić ochronę kapitału. Kto zainwestował w takie "cudo" ma dziś większy problem, niż klient "zwykłej" polisy inwestycyjnej. Tu czasem wartość udziałów spadała już pierwszego dnia o kilkadziesiąt procent. I nawet gdyby chcieć się nazajutrz wycofać bez opłaty likwidacyjnej, część pieniędzy jest już utopiona. 

      Ile pieniędzy utopili Polacy w takich "czarnych skrzynkach"? Prawnicy LWB wykonali mrówczą pracę, sporządzili wykaz ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych utworzonych w ramach polis sprzedawanych przez TUnŻ Europa i TUnŻ Open Life, czyli dwie największe firmy oferujące - samodzielnie bądź za pomocą banków i firm pośrednictwa finansowego - polisy o charakterze strukturyzowanym. Znalezienie metody poszukiwania tych funduszy nie było łatwe, bo nigdzie nie ma ich wykazu, ani sposobu przyporządkowania nazwy funduszu do nazwy produktu, czyli polisy, w którą jest "opakowany" dany fundusz. Polisa, którą kupił klient nazywa się np. Kwartalne Zyski, zaś nazwa funduszu brzmi Europa Fund NP/2011/01 UFK. To z pewnością nie jest tak zrobione po to, aby ułatwić ludziom znalezienie danych. Prawnicy dopasowali fundusze do poszczególnych produktów i popatrzyli na sprawozdania finansowe poszczególnych funduszy, które można znaleźć na stronach internetowych firm ubezpieczeniowych - TU Europa i TU Open Life. A potem już tylko wystarczyło wydrukować to wszystko i spisać dane do arkuszy Excela. Co z tego wynikło?

      Ano, według prawników np. w ramach składek dotyczących polis Pareto I w latach 2009-2014 klienci wpłacili 25,5 mln zł. Wartość funduszu, w którym zdeponowano tę kasę, wynosi dziś 15 mln zł. W identyczną polisę Pareto I, ale opartą już na innym funduszu, klienci zainwestowali 29 mln zł, z czego dziś zostało 18 mln zł. Z kolei Pareto I z funduszem numer trzy to 24 mln zł wpłacone przez klientów i 14 mln zł obecnej wartości funduszu. I tak dalej. W sumie LWB naliczyło sześć mutacji polisy Pareto I, aż 17 nutacji polisy Pareto II, przynajmniej 18 mutacji polis pod nazwą Libra. Do tego siedem mutacji Kwartalnych Zysków, dwie mutacje polisy Bezpieczna Przyszłość, siedem mutacji produktu o smacznej nazwie Nature Premium oraz 12 rodzajów polis Enterprise. W sumie ludzie wpłacili to tych wszystkich polis, stworzonych przez Europę, prawie 2 mld zł, z czego do dziś zachowało się tylko 1,2 mld zł. W przypadku polis Open Life o nazwach Stabilne Oszczędzanie, Genesis, Symfonia Zysków i Dziesięciokrotka, Światowe Bogactwa, Światowe Rynki oraz Kwartalny Profit Plus (każda z wymienionych polis ma kilka lub kilkanaście mutacji) wartość wpłaconych pieniędzy wyniosła 2,5 mld zł, z czego do dziś zostało 1,4 mld zł.

      Ciekawi jesteście gdzie wyparowała reszta? Kancelaria LWB też. Związane z nią stowarzyszenie "Przywiązani do polisy" (niektórzy mówią o nim, że to "zbrojne ramię" kancelarii, mające za zadanie robić jak największy szum i pozyskiwać dla niej klientów) złożyło w KNF prośbę, żeby nadzór skontrolował TU Europa i Open Life i ustalił gdzie jest kasa. I czy zniknęła w wyniku zwykłych procesów rynkowych, czy też może zainwestowano pieniądze klientów w sposób niestaranny. Albo w taki, który matematycznie nie dawał klientom szans na zyski. Gdyby kontrola KNF wykazała jakieś nieprawidłowości, mógłby to być przełom w walce o odzyskanie pieniędzy utopionych przez klientów w polisach inwestycyjnych o charakterze strukturyzowanym

      Po publikacji niniejszego tekstu skontaktowali się ze mną przedstawiciele firmy ubezpieczeniowej Europa, by uspokoić nieco nasze - czytelników i moje - skołatane serca informacją, iż "bieżąca wartość inwestycji klientów w relacji do opłaconych składek w przypadku produktów typu Pareto oraz struktur UFK wynosi średnio 83%, a nie, jak wynika z danych przekazanych przez kancelarię LWB, 60%". Dane LWB odnoszą się do połowy zeszłego roku, co oznacza, że w ciągu ponad pół roku sytuacja klientów się poprawiła. Jak tak dalej pójdzie, to ho-ho, nie będzie się o co kłócić ;-).  Chociaż ja zawsze się będę kłócić o konstrukcję tego typu produktów inwestycyjnych. Nie powinno być tak, że klient kupuje "czarną skrzynkę", nie wie co jest w środku i to coś z dnia na dzień - tuż po zawarciu umowy - traci na wartości np. 75%, zaś mechanizm tej przeceny nie jest klientowi w sposób klarowny wyjaśniony. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Ile pieniędzy klientów utopiły Europa i Open Life w swoich "czarnych skrzynkach"? Oni policzyli ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lutego 2015 17:00
    • W rządzie przygotowują zamach na rejestr klauzul niedozwolonych? A może tylko reformują?

      Pod koniec zeszłego tygodnia zacząłem dostawać od Was niepokojące e-maile z takimi tytułami jak: "Napad na rejestr klauzul abuzywnych", "Bardzo niepokojące informacje dotyczące klauzul niedozwolonych", albo "ZBP wprowadza zmiany prawa - odpowiedź na pozwy klientów?". Jak wiecie, działam w takich sytuacjach jak pogotowie na ostrym dyżurze, stąd dzisiejszy wpis. Zmiany, które wzbudzają Wasz niepokój, od zeszłego roku planuje Ministerstwo Sprawiedliwości przy okazji gmerania przy Kodeksie Cywilnym. Rzecz jest jeszcze we wstępnej fazie projektowania - są przygotowane założenia do projektu ustawy i zebrane opinie wszystkich zainteresowanych stron, ale samego projektu na razie nie "wyprodukowano". Czy rzeczywiście pomysły Ministerstwa Sprawiedliwości można uznać za zamach na rejestr klauzul abuzywnych, prowadzony od lat przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów? Sprawa jest złożona, bo dziś stan tego rejestru jest opłakany, wszyscy mają w nosie zamieszczone tam wpisy i w zasadzie każda zmiana z definicji musi być zmianą na lepsze. Bo jeśli będzie bardziej precyzyjnie, to źli ludzie nie będą mogli łowić w mętnej wodzie. Najważniejsze punkty planowanych zmian przedstawiają się następująco:

      CZY ABUZYWNOŚĆ MA "DZIAŁAĆ" ZAWSZE I WSZĘDZIE? Ministerstwo Sprawiedliwości chce doprecyzować zapisy kodeksu cywilnego tak, żeby klauzula abuzywna unieważniała umowy tylko w relacji klientów z firmą, która została "osądzona". Dziś większość konsumentów żyje w przekonaniu, że jeśli jakiś zapis w umowie z bankiem. A zostanie zakwestionowany, to z automatu wypada ona również z umów klientów z bankiem B oraz C. I na całym rynku nie można stosować tego samego lub bardzo podobnego zapisu. Taka interpretacja wynika z art. 479 k.p.c., który mówi, że prawomocny wyrok w sprawie abuzywności klauzuli "ma skutek wobec osób trzecich". Zwolennicy tego podejścia przywołują orzeczenie Sądu Najwyższego o sygnaturze III SK 7/06. Ale jest też inne orzeczenie Sądu Najwyższego, o sygnaturze III CZP 80/08, które mówi coś odwrotnego: że nie ma takiej opcji, iż orzeczenie o abuzywności wpisane do umów klientom banku A może dotyczyć też umów zawartych przez klientów z bankiem B. Powód? Bank B nie brał udziału w procesie, więc nie mógł się bronić. Poza tym takie stawianie sprawy oznaczałoby, że sąd de facto stanowi nowe prawo, a konstytucja takiej okoliczności nie przewiduje. Tak orzekł m.in. Sąd Najwyższy w połowie grudnia 2013 r. (sygnatura akt III CZP 73/13).

      Z podejściem do tego jak szeroko można rozciągnąć abuzywność jest coraz zabawniej, bo w lutym 2014 r. (III SK 18/13) Sąd Najwyższy uznał, że abuzywność nie dotyczy innych instytucji, niż te, "przeciwko" którym toczył się proces, zaś w marcu 2014 r. ten sam sąd stwierdził, że jednak ich dotyczy (I CSK 20/14). Istny kociokwik. No i Ministerstwo Sprawiedliwości, wobec wątpliwości dotyczących tego, czy szerokie rozumienie abuzywności jest zgodne z konstytucją, chce zadekretować wąskie podejście. Nie wiadomo czy tak będzie, bo UOKiK w swojej opinii do projektu namawia Ministerstwo do tego, żeby zastosowało szerszą interpretację. Z kolei Związek Banków Polskich nie tylko chce tej węższej, ale też imaginuje sobie, żeby wprowadzić takie doprecyzowanie prawa, w którym w miejsce wykreślanej klauzuli można byłoby wpisać drugą, już nieabuzywną (w trybie art. 384 k.c., czyli tak, jakby został wydany nowy wzorzec umowy z możliwością wypowiedzenia jej przez klienta bez konsekwencji). Na czym stanie? Nie wiadomo, projekt jest we wczesnej fazie. Jednak jest pewne, jak w banku, że jeśli zostanie przegłosowane podejście UOKiK-u, to bankowcy będą skarżyli ustawe do Trybunału Konstytucyjnego. I kto wie, czy nie wygrają, bo argumenty za węższym podejściem do abuzywności są, niestety, dość mocne.

      KTO BĘDZIE MÓGŁ IŚĆ DO SĄDU PO ABUZYWNOŚĆ? Projekt mówi, że zwykły człowiek nie będzie mógł iść do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów i złożyć pozwu o uznanie jakiejś klauzuli za niedozwoloną. Chodzi o to, żeby pozbyć się z sądów upierdliwców, składających pozwy w ilościach hurtowych oraz zrobić kuku quasiorganizacjom konsumenckim, które w ten sposób wymuszają haracze na firmach, które niewystarczająco starannie konstruowały umowę. Według nowej ustawy prawo do złożenia pozwu będzie przysługiwało m.in. urzędnikom, organizacjom pozarządowym, powiatowym lub miejskim rzecznikom konsumentów lub organizacjom konsumenckim mającym ponad 1000 członków i wpisanym do rejestru prowadzonego przez UOKiK.Sam UOKiK w swoich uwagach do ustawy napisał, że to lekka przesada, bo kto niby miałby sprawdzać liczbę członków organizacji konsumenckich. A konsument, który znajdzie w swojej umowie jakiś podejrzany zapis, powinien mieć jednak możliwość pójść z nim do SOKiK-u, a nie łasić się do powiatowego rzecznika konsumentów, żeby złożył pozew za niego. Jak będzie? Zobaczymy.

      ABUZYWNOŚĆ Z UZASADNIENIEM I... NIE TYLKO W REJESTRZE? Zmiany w prawie mają też doprowadzić do tego, że wyroki SOKiK-u zaczną mieć solidny ciężar gatunkowy, także przez pryzmat ich ewentualnego wykorzystania w indywidualnych procesach konsumentów. Sąd będzie musiał sporządzić uzasadnienie każdego wyroku i dołączyć do niego umowę, w której znaleziono nielegalne zapisy. Sąd miałby też możliwość działania w tzw. trybie nieprocesowym, czyli np. wydać orzeczenie, które wykracza ponad złożony wniosek, albo samodzielnie zawęzić zakres swoich działań. Dziś jeśli jest jakiś problem z pozwem, to sąd musi umorzyć postępowanie i to jest niewątpliwie słabe. Według projektu ma być też tak, że jeśli jakiś zapis umowy zostanie uznany za sprzeczny z prawem, to automatycznie stanie się też niedozwolonym postanowieniem umownym (nawet jeśli nie ma go w rejestrze klauzul niedozwolonych). Dziś jeśli sąd uzna klauzulę za niezgodną z prawem (np. ze słynnym art. 385 k.c.), to nie może powiedzieć, że ta klauzula łamie zbiorowe prawa konsumenta. Czyli: coś jest niezgodne z prawem, ale nie narusza zbiorowo praw konusmenta. Wiem jednak, że tę zmianę prawa bardzo ostro krytykuje Związek Banków Polskich, który uważa, że to jest idiotyzm, iż przepis nie wpisany do rejestru klauzul niedozwolonych miałby być traktowany na równi z tymi wpisanymi do rejestru, tylko dlatego, że został uznany za niezgodny z prawem.

      To oczywiście nie wszystkie zmiany, bo rzecz jest wielowątkowa. Są w projekcie np. zapisy mówiące o możliwości wykreślenia klauzuli z rejestru zapisów niedozwolonych, jeśli zajdą zmiany w prawie, które to by uzasadniały. Nie będę Was teraz zanudzał wyliczanką, ale mam nadzieję, że będziemy wspólnie trzymać rękę na pulsie. W najważniejszej sprawie - czyli co do tego jaką moc sprawczą powinny mieć wpisy do rejestru klauzul abuzywnych - wybuchnie jeszcze moim zdaniem regularna awantura na etapie przepychania gotowego już projektu ustawy przez parlament. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „W rządzie przygotowują zamach na rejestr klauzul niedozwolonych? A może tylko reformują?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lutego 2015 09:01

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line