Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 29 lutego 2016
    • Nagrodzą już nie tylko za zakupy? Będą zmiany w największym programie lojalnościowym

      Programy lojalnościowe w najbliższych latach zapewne zmienią się nie do poznania. Zamiast plastikowych kart, albo papierowych kuponów będą wchodziły do smartfonów (w serwisie bankowości mobilnej Banku Millennium jest już nawet "kieszonka" na zdematerializowane karty rabatowe) i będą działały inaczej, niż dotychczas. Zamiast punktów za zakupy towarów i usług wybranych marek będą premiowały zmianę naszych przyzwyczajeń konsumenckich (czyli polubienie nowych marek). Zamiast stałych rabatów, niezależych od płci, miejsca zamieszkania, zawartości portfela i zainteresowań konsumenckich, będą bardzo "osobiste" plany rabatów, dostosowane do potrzeb każdego z nas. A przede wszystkim takie nowe programy lojalnościowe będą bardziej społecznościowe - punkty będzie się zbierało nie tylko za zakupy, ale i za to, że się nimi będziemy chwalić na Fejsie, dzielić się ze znajomymi otrzymanym rabatem i polecać produkty, z których korzystamy.

      Czytaj też: Do tego programu rabatowego zapiszesz się w... terminalu płatniczym

      paybackJakiś czas temu opisywałem w blogu nowy pomysł na program lojalnościowy, który właśnie tak ma działać - punkty za zakupy, lajkowanie, polecanie, szerowanie. Wygląda na to, że w tym samym kierunku pójdzie największy program lojalnościowy w Polsce, czyli Payback. Ostatnio zaczął rozsyłać do swoich członków informacje o zmianach regulaminu uczestnictwa. Oprócz punktów za zakupy Payback zamierza przyznawać swoim członkom również punkty za wystawione opinie o produktach, czy rekomendacje dla znajomych. Jednocześnie Payback informuje, że dostosowuje do tych zmian regulamin obowiązujący klientów (prześwietlę go i jeśli znajdę coś niepokojącego - dam znać; Was też proszę o sygnały w tej sprawie).  Payback nie podaje od kiedy stanie się bardziej "społecznościowy", ale będzie to dla firmy nie lada wyzwanie. Bo dziś, choć to formalnie największy program do zbierania punktów, to jednocześnie jeden z najmniej efektywnych w sensie motywowania do określonych zakupów. Payback jest tak boleśnie analogowy, że aż zęby bolą. Plastikowe karty, które wymagają zeskanowania do nabicia punktów, premiowe punkty przyznawane na podstawie wydruków ze specjalnych terminali (przez co bez przerwy w kieszeni klienta jest fura niepotrzebnych papierów) i kompletny brak komunikacji na linii Payback-klient poprzez smartfona. Są powiadomienia o rabatach przez internet, ale... trzeba je aktywować. Masakra.

      Czytaj też: Wystarczy płacić kartą, a ona będzie myślała za ciebie

      Nie znaczy to, że Payback nie zmienia się na lepsze. Pewne zmiany są: Payback otworzył się na lokalność - punkty można zbierać nie tylko w największych sieciach, ale i w małych kawiarniach, księgarniach i sklepach spożywczych. Poprawiła się też atrakcyjność nagród przyznawanych klientom za zdobyte punkty. Przy okazji tankowania na BP (jeden z głównych partnerów programu) ze dwa razy nie mogłem się oprzeć wymianie punktów na nagrody (torba 4F i jakieś akcesoria elektroniczne do samochodu). Ale dopóki Payback nie stanie się mobilny i "zdematerializowany", to jego partnerami będą wyłącznie firmy, które mają za dużo pieniędzy. Nie znam nikogo, kto z powodu posiadania karty Payback kupowałby czegoś więcej lub zacząłby konsumować coś innego, niż do tej pory. W tym sensie Payback jest jeszcze o lata świetlne od wykorzystania swojego potencjału. I nie bardzo wyobrażam sobie, żeby w dotychczasowej postaci mógł być bardziej społecznościowy. A jak nie będzie bardziej społecznościowy, to za kilka lat zginie.

      Czytaj też: Visa oddaje kasę za zakupy. Nieważne w którym banku masz kartę

      Społecznościowość jest dziś "być albo nie być", a programy lojalnościowe wpychają się wszędzie. Właśnie wystartowała nowa platforma zakupowa Arena.pl, która w przyszłości chce zabrać trochę ruchu wielkiemu Allegro. I pokonać go chce właśnie... funkcjami społecznościowymi. O ile na Allegro po prostu się kupuje i sprzedaje, a firma (zgarnia procent od ruchu (pośredniczy też przy płatnościach, ubezpieczeniu towaru, przy dostawach itp.), o tyle na Arena.pl za "robienie ruchu" dostaje się punkty, które można będzie wymienić na nagrody albo na udziały w firmie. Wiele zależy od tego ile tych punktów będzie i na co da się je wymienić, ile produktów znajdzie się na platformie oraz jakie prowizje Arena.pl będzie pobierać od sprzedających, ale gdyby nie wbudowanie w przedsięwzięcie programu lojalnościowego wzbogaconego o możliwość wymiany punktów lokalnościowych na udziały, to cały projekt można byłoby już z góry złożyć do grobu - Allegro to dziś monopolista w e-commerce i wprowadzeniem nowej platformy z takimi samymi funkcjami można byłoby jej szefów co najwyżej rozśmieszyć. A platforma e-zakupów w funkcjami lojalnościowymi ma przynajmniej cień szansy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Nagrodzą już nie tylko za zakupy? Będą zmiany w największym programie lojalnościowym”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lutego 2016 20:19
    • Chcieli ukryć przed moimi czytelnikami pewien istotny szczegół. Kara? Wymierzycie ją sami :-)

      Kilka dni temu informowałem w blogu o nowej, dość ciekawej na pierwszy rzut oka, karcie płatniczej dla podróżników. Wprowadza ją na rynek linia lotnicza WizzAir wspólnie z Euronetem, znanym głównie z tego, że jest największym niebankowym operatorem bankomatów. Charakteryzuje się ta karta dwoma miłymi cechami. Najważniejsza jest ta, że ów plastik pozwala płacić w różnych walutach bez kosztów związanych z przewalutowaniem pieniędzy ze złotych na lokalny pieniądz. A na dodatek każde zakupy za granicą (w obcej walucie) są nagradzane money-backiem, czyli zwrotem 1% wartości zakupów. Co by nie mówić: to jest miła odmiana w stosunku do standardowej oferty bankowej, w której płacenie polską kartą za granicą jest traktowane jak zbrodnia i obkładane gigantycznymi spreadami. Poza bankami takimi jak Pekao, Bank Smart, Citibank oferującymi wielowalutowe karty debetowe, czy bankami mającymi własne internetowe kantory sprzężone z kartami walutowymi, na które można przelewać pieniądze (np. Raiffeisen), cała reszta uprawia klasyczną lichwę.

      "W piątek robiłem przez internet zakupy w zagranicznym serwisie (bilety na mecz Bayernu Monachium). Miałem problem z kartą kredytową, której zawsze do tego typu transakcji używam (Raiffeisen - świetne kursy wymiany), więc użyłem karty debetowej do konta złotowego w Alior Banku. Sprawdzając po kilku dniach stan konta mocno się zdziwiłem. Kurs wymiany złotego na euro - 4,75 zł. Znalazłem na stronie Alior tabelę kursu wymiany walut - spread 15%! Czy to nie podchodzi pod lichwę? Względem kursu zastosowanego w tym samym dniu przez Raiffaisen różnica wyniosła 9%! Na jednych małych zakupach Alior na przewalutowaniu oskubał na mnie na 80 zł. Mimo, że jako tako staram się orientować w różnych moich bankowych sprawach, to tego nie przewidziałem"

      - pisze jeden z czytelników. I takich listów mam coraz więcej, bo banki rżną nas na transakcjach zagranicznych bez znieczulenia. No i ta nowa karta WizzAir i Euronetu mogłaby być na to skubanie antidotum. Sama się przepina między subportfelami "zamkniętymi" w niej (euro, funt oraz dwie waluty skandynawskie) i jeszcze zwraca pieniądze za zakupy. Zidentyfikowałem kilka wad, które dokładniej opisałem w recenzji Wizz Prepaid Travel Card: jest to karta przedpłacona, a więc ma niskie limity, a za doładowania pobierana jest prowizja (1-2%). Płaci się też za samą kartę (20 zł na start plus 3-4 zł miesięcznie, w zależności czy jest używana czy nie) oraz ponosi się dość wysokie koszty przewalutowania w sytuacji, gdy np. chcemy zapłacić kartą w euro, a na naszym subkoncie eurowym w ramach karty są tylko złotówki. Aha, no i karta jest dostępna tylko dla członków klubu klientów WizzAir, który jest tak elitarny, że aż trzeba płacić 139 zł rocznie za wstęp do niego.

      COŚ Z ZUPEŁNIE INNEJ BECZKI: MASZ DZIECI? NAUCZ JE ZARZĄDZAĆ PIENIĘDZMI. OTO PIERWSZE KROKI DO KIESZONKOWEGO!

      Czytaj też: Gratka na wakacje? Karta, która sama "wie" w jakiej walucie ma płacić

      Wszystkie te koszty są istotne, ale być może warto je ponieść, żeby nie płacić 15% spreadu walutowego w Alior Banku lub u innych bankowych cwaniaków. Jest tylko jedno "ale": pytanie o atrakcyjność kursów wymiany walut wewnątrz karty, czyli pomiędzy subkontami w pięciu obsługiwanych przez nią walutach - złotym, funtem, euro, koroną szwedzką i norweską. Jeśli wpłacę na kartę złotówki, a potem chcę tym plastikiem płacić w Hiszpanii lub Wielkiej Brytanii, to muszę te złotówki wymienić w wewnętrznym "kantorku" Euronetu. Jest ów kantorek jest tani, to super, ale jeśli drogi.... to cały koncept karty idzie do piachu. Jeśli mam zapłacić 139 zł za wejście do klubu, 20 zł za kartę i 1-2% prowizji za wpłatę pieniędzy, a potem jeszcze płacić jak za zboże za wymianę walut wewnątrz karty, to mam gdzieś taki interes .Nie żebym był podejrzliwy, ale ani w dokumentach przekazanych dziennikarzom, ani na stronie internetowej karty, ani nawet na stronie WizzAir na temat kursów wymiany walut wewnątrz Wizz Prepaid Travel Card nie ma ani słowa.

      Czytaj też: Zamiast na pocztę pójdziemy do... bankomatu? Nowa usługa "prezentowa"

      A Euronet - to on odpowiada za wszystkie finansowe "bebechy" nowej karty - podpadł mi już w tym, że przy spreadach potrafi kombinować. Kiedy wprowadzał wypłaty waluty euro w niektórych bankomatach, kursy miał bardzo atrakcyjne. A potem, po cichutku, zrobiły się takie sobie. Zapytałem więc grzecznie ludzi odpowiedzialnych w Euronecie za kontakty z takimi upierdliwcami, jak ja, dlaczego nie powiedzieli nic o kursach wymiany walut w ramach subportfeli karty i jak się ona kształtują. Kiedy przyszła odpowiedź, poczułem się jak dziecko, które chce zjeść za dużo czekolady i musiało dostać po łapach:

      „Dążymy do tego aby kurs wymiany pomiędzy subkontami w ramach karty Wizz Prepaid Travel był atrakcyjny dla klienta i jednocześnie konkurencyjny na rynku. Co istotne, na stronie internetowej wizztravelcard.com, po zalogowaniu się na indywidualne konto karty, klient ma możliwość sprawdzenia kursu na każdym etapie transakcji"

      - a więc "Samciku, odp... się od nas i nie zadawaj pytań, których nie lubimy słuchać. A jak twoi czytelnicy chcą sprawdzić nasz spread, to niech zapłacą, założą kartę, to się dowiedzą". Podpisane: Ewa Miziołek, dyrektor marketingu i wsparcia sprzedaży Euronet Polska. Cóż, to się zdarza. Nie każda firma musi lubić mnie i - przede wszystkim - ponad 200.000 moich czytelników. Aczkolwiek nawet jeśli nas nie lubi, to sądzę, że nie powinna ukrywać przed nami, potencjalnymi klientami, jednego z najważniejszych parametrów związanych z reklamowaną ofertą. To jest po prostu nie fair.

      "Szanowna Pani, ale ile ten spread, do ciężkiej cholery, wynosi? To nie jest chyba tajemnica państwowa? Jak mi konkretnie nie odpowiecie, to Was obśmieję. Albo zacznę podejrzewać, że jest do spread bandycki - wtedy nie tylko obśmieję, ale też się zarejestruję, zaloguję, sprawdzę i "rozwalę system". Proszę więc o konkretne info, zamiast marketingowych farmazonów :-)"

      - odpowiedziałem Euronetowi niegrzecznie, stosując oczywiście wszystkie obrzydliwe metody szantażu emocjonalnego, za które nienawidzi mnie połowa branży finansowej (a druga połowa z trudem je toleruje, grożąc od czasu do czasu procesami). Przyznaję, trochę przesadziłem z tymi groźbami, bo choć często mi się zdarza kupować jakieś produkty finansowe po to, żeby je przetestować (staram się pisać dla Was o rzeczach, których próbowałem na własnej skórze), to w tym przypadku śledztwo byłoby ciut utrudnione. Żeby kupić Wizz Prepaid Travel Card musiałbym najpierw przystąpić do klubu (139 zł), potem złożyć wniosek o kartę (20 zł), a jednocześnie kupić w WizzAir jakiś bilet lotniczy (inaczej się nie da). Szczwane lisy w Euronecie doskonale wiedzą jak jest, więc moje groźby karalne spłynęły po nich jak po kaczce.

      „Szczegółowa informacja na temat spreadu nie jest podawana do wiadomości publicznej. Jednocześnie chcielibyśmy Pana ponownie zapewnić, że kurs, który zaoferowaliśmy jest i będzie atrakcyjny. Zależy nam bardzo na pozytywnym przyjęciu produktu przez klientów. Zachęcamy Pana do rejestracji konta na stronie wizzair.com bądź wizztravelcard.com oraz sprawdzeniu osobiście aktualnego kursu waluty"

      - a w wolnym tłumaczeniu: "he, he, jak jesteś, Samciku, taki mocny w gębie, to zapłać kilka stów i wszystkiego sam się dowiesz. Ale i tak nie będzie Ci się chciało, więc jesteśmy bezpieczni. Twoi czytelnicy też mają płacić i nie zadawać pytań, których nie mamy ochoty słuchać". Jak mawia Królik Bugs: "wszyscy wiemy co to oznacza, to wojna". Był piątek wieczór, ale zamiast pójść do kina, jak normalny człowiek, siadłem przy komputerze, napisałem pracownikom Euronetu co myślę o ich polityce informacyjnej. Już prawie kupowałem lot do Mediolanu na czerwiec (za 160 zł), kiedy coś mnie tknęło. Jak się ma 230.000 czytelników, a z mniej więcej połową z nich :-) jest się po wymianie jakichś mejli lub wręcz po imieniu, to zawsze znajdzie się wśród nich ktoś, kto pomoże. Rozesłałem kilka e-maili ... sprawa spreadu się rozjaśniła. Przepraszam Euronet, że zdradzam jego pilnie chronioną przed dziennikarzami tajemnicę, ale uważam, że jak się oferuje wielowalutową kartę dla podróżników i nie podaje się jednego z kluczowych parametrów tej karty, to albo nie powinno się robić wokół tego tyle marketingowego szumu, albo nie robić tajemnic, bo to oznacza, że traktuje się potencjalnych klientów jak idiotów.

      euronetwizz11

      Sprawa jest taka, że jeśli wpłacę na kartę Wizz Prepaid Travel Card kwotę 1000 zł i będę chciał wymienić połowę z niej na euro (żeby móc płacić w dowolnej z dwóch walut bez ponoszenia dodatkowych kosztów przewalutowania), to Euronet i Wizz wymienią mi te 500 zł po kursie (dane z piątku wieczór) 0,222, a więc dostanę 111 euro. Dla porównania: w kantorze internetowym o uroczej nazwie Cinkciarz.pl mógłbym wymienić 500 zł na euro po lepszym kursie, uzyskując 113,8 euro. W "kantorku" Euronetu przepłacam się o niecałe 3 euro (10-11 zł) w stosunku do kursu z internetowego kantoru i o 15-16 zł względem kursu z rynku międzybankowego. Dla funtów szterlingów taki rachunek przedstawia się podobnie: w Euronecie 500 zł mogę wymienić na funciaki po kursie 0,175, uzyskując 87,5 funciaka. Natomiast w internetowym kantorze Cinkciarz.pl za pięć stówek dostałbym 89,7 funta. Różnica na niekorzyść Euronetu wynosi niecałe dwa funty, czyli też jakieś 11 zł. Z internetowymi kantorami karta Wizz i Eurnetu nie może się więc równać - spread może nie jest bandycki, ale jakieś 3% przy przewalutowaniu jednak trzeba oddać. Nawet w "zwykłym" PKO BP kursy euro i funta są porównywalne do euronetowych (choć są banki, w których jest znacznie drożej).

       euronetwizz41euronetwizz31

      Czas na resume. "Wkładając" do karty Wizz i Euronetu 1000 zł i używając tego plastiku za granicą na zakupach zapłacę: 3 zł abonamentu, 1% za zasilenie portfela (10 zł) oraz 16 zł za wymianę połowy salda na euro. Ale 5 zł wróci do mnie z tytułu money-backu od transakcji zagranicznych. Saldo kosztów wyniesie więc 29 zł (o ile nie zrobiłbym po drodze czegoś głupiego, np. nie przekroczył salda, albo nie wypłacał kartą kasy z zagranicznych bankomatów). Gdybym te same 500 zł chciał przehulać za granicą zwykłą kartą debetową wydaną przez polski bank, musiałbym doliczyć do rachunku 30 zł kosztów spreadu i opłat za przewalutowanie, które w większości banków wynoszą jakieś 6-7% (no dobra, w niektórych bankach spread kartowy sięga 15%, więc byłoby to nawet 60-70 zł). Czasem może z plastikiem Wizz wyszłoby taniej, niż z debetówką w kieszeni, ale.... Jeśli musiałbym też zapłacić za wstęp do klubu Wizz 139 zł? Brrr...  Karę wymierzycie sami, głosując nogami :-).

      kieszonkoweJEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności)

      SUBIEKTYWNIE WIELKI TEST WIEDZY EKONOMICZNEJ. Kilka dni temu miałem przyjemność brać udział - jako współautor pytań -  w Wielkim Teście Wiedzy Ekonomicznej, zorganizowanym wspólnie przez Telewizję Polską i Narodowy Bank Polski. Wśród ćwierć miliona osób, które rozwiązywały test, najlepsi okazali się mieszkańcy mojej rodzinnej Wielkopolski.

      wielkitest2wielkitest1 

      JAK MIEĆ PIENIĄDZE NA OSZCZĘDZANIE? Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na moim kanale w YouTube.

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ U INWESTORÓW INDYWIDUALNYCH. Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w debacie towarzyszącej ogłoszeniu wyników badania giełdowych inwestorów indywidualnych. Na stronie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych pojawiło się ostatnio nagranie z tego wydarzenia. Zapraszam do obejrzenia go oraz mojej wypowiedzi na gorąco po debacie. 

      SIIscreensiinagranie2

      ZOBACZ NAGRANIE Z FINBLOGU. Kilka miesięcy temu w bibliotece BUW w Warszawie odbyła się pierwsza konferencja blogerów finansowych - Finblog. I ja tam byłem, miód i mleko piłem. Niedawno dostałem wideo z mojego wystąpienia na Finblogu, częstujcie się w oczekiwaniu na kolejny Finblog...

      finblog21

      ... bo wspólnie z Marcinem Iwuciem, autorem blogu "Finanse Bardzo Osobiste" już knujemy co by tu dla Was w tym roku urzeźbić. 

      samcikiwucknucie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Chcieli ukryć przed moimi czytelnikami pewien istotny szczegół. Kara? Wymierzycie ją sami :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 lutego 2016 08:31
  • sobota, 27 lutego 2016
    • Zadłużamy się aż miło: ponad 65 mld zł nowych kredytów w ciągu roku. A ilu tkwi w pętli długów?

      Kilka dni temu Biuro Informacji Kredytowej podsumowało zeszły rok jeśli chodzi o nasze długi. Zadłużaliśmy się bowiem aż miło. Banki w zeszłym roku udzieliły nam 7,33 mln kredytów konsumpcyjnych o wartości jakichś 79,5 mld zł. Jeśli jest prawdą - jak pokazują raporty NBP - że na przeciętnym kredycie marża netto (czyli czysty zysk) banku wynosi jakieś 7-8%, to nie trzeba być Einsteinem, żeby dostrzec jak ważny jest to biznes. 5-6 mld zł zysku banków, czyli niemal połowa, pochodzi właśnie z pożyczek konsumpcyjnych. Jak bardzo bankowców podgryzają firmy pożyczkowe? Patrząc po liczbie klientów chyba dość mocno, bo z niedawno publikowanego raportu NWAI wynika, że z samych tylko chwilówek korzysta 1,5 mln klientów. A wartość zaciągniętych przez Polaków pożyczek pozabankowych (wszystkich, chwilówek i pożyczek bardziej długoterminowych) wyniosła w zeszłym roku jakieś 5,2 mld zł. Inna sprawa, że to chyba jest jednak trochę inna grupa klientów, bo średnia wartość pożyczki bankowej to 10.850 zł (wzrosła w ciągu roku o prawie 1000 zł), a średnia wartość pożyczki pozabankowej - zapewne dużo mniej.. 

      Jaka część osób zadłużających się w ramach kredytów konsumpcyjnych jest w tarapatach finansowych lub też bankrutuje? O tym wprost BIK nie mówi. Pojawiają się tylko statystyki, z których wynika, że odsetek nie spłacanych w terminie pożyczek konsumpcyjnych - tych bankowych - po roku od zaciągnięcia takiego kredytu nie przekracza 4%. To by oznaczało 300.000 osób w tarapatach (przy założeniu, że jeden kredyt = jedna osoba). No, może mniej, bo przeważnie tacy ludzie mają po kilka pożyczek, a nie jedną. Ale z drugiej strony do tego rachunku trzeba by dołożyć "małe" kilka setek tysięcy "podopiecznych" firm pożyczkowych. Spod grubego palca można by więc napisać, że pewnie jakieś 400.000 osób z powodu kredytów konsumpcyjnych tonie. 

      BIKkredyty1

      Kredytów hipotecznych w zeszłym roku banki wypłaciły nam za 41,8 mld zł, czyli dwa razy mniej, niż konsumpcyjnych (niecałe 200.000 kredytów). Marża odsetkowa z takiego kredytu hipotecznego to jakiś 1% (po odliczeniu kosztów), co oznacza, że na nowo udzielanych kredytach hipotecznych banki zarabiają góra pół miliarda złotych rocznie (oczywiście na całym portfelu kredytów udzielonych przez ostatnich kilkanaście lat - znacznie więcej). Tak naprawdę rentowność kredytów hipotecznych jest wyższa, bo zwykle są do nich "dopakowane" produkty dodatkowe. Średni kredyt ma 215.000 zł. W sumie hipotecznych kredytobiorców (licząc kredyty wspólne) jest 3,5 mln, z tego niecały milion to frankowicze i prawie 190.000 - miłośnicy innych walut. W sumie, biorąc pod uwagę kredyty konsumpcyjne i hipoteczne, w zeszłym roku bankowcy udzielili statystycznemu Polakowi w wieku produkcyjnym (czyli pełnoletniemu, ale przed emeryturą - takich mamy ok. 24 mln) jakieś 5100 zł, a firmy pożyczkowe dorzuciły jeszcze 200 zł. 

      BIKkredyty2Kto ma kłopoty ze spłatą rat kredytu hipotecznego? Osób, które co najmniej od 90 dni zalegają ze spłatą rat - a więc najprawdopodobniej po prostu są w pętli długów, skoro nie spłacają już nawet "hipoteki" - jest prawie 44.000 (mają 31.000 kredytów). Ten zaległy dług wynosi 11,1 mld zł i, co ciekawe, wcale nie jest tak, że w tarapatach są głównie ci, którzy wzięli bardzo wysokie kredyty (czyli kredytowi "hazardziści"). Przeciwnie, rozkład jest dość symetryczny - jest mniej więcej tyle samo klientów w kłopotach wśród posiadaczy dużych kredytów, jak i wśród mniejszych. Chętnie zobaczyłbym inne statystyki - dotyczące tego jak dużą część klientów nie spłacających terminowo kredytów hipotecznych stanowią ci, którzy nie mieli na starcie wkładu własnego. Kilka dni temu postawiłem w blogu tezę, że to właśnie brak wkładu własnego jest największym ryzykiem dla kredytobiorców hipotecznych. W powiązaniu ze spadkiem wartości nieruchomości (co się zawsze może zdarzyć) i jakimiś problemami z dochodami (choroba, utrata pracy) oznacza to wpadnięcie w pułapkę. Pewną wskazówką jest to, że najwięcej nie spłacanych kredytów pochodzi z 2008 r., czyli z czasów, gdy mieliśmy boom kredytów frankowych bez wkładu własnego (a więc najbardziej "ryzykogennych").

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Zadłużamy się aż miło: ponad 65 mld zł nowych kredytów w ciągu roku. A ilu tkwi w pętli długów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 lutego 2016 20:02
  • piątek, 26 lutego 2016
    • Tę lokatę reklamują na okrągło. Ale o ile lepsza - tak naprawdę - jest "Lokata trzy razy lepsza"?

      Podatek bankowy sprawia, że bankom mniej, niż dotychczas opłaca się przyjmowanie od klientów depozytów. Warto je przyjmować tylko wtedy, gdy bank ma pewość, że będzie w stanie przetworzyć je na wysoko oprocentowane kredyty gotówkowe (a więc na szybko pracujące aktywa). Kłopot w tym, że większość banków w Polsce cierpi na tzw. nadpłynność, czyli ma zbyt wiele depozytów w relacji do kredytów, których jest w stanie udzielić. A więc nowych depozytów tak za bardzo nie potrzebuje. Jest od tej reguły tylko jeden wyjątek - bank dobrze zapłaci za depozyt wtedy, gdy ten depozyt będzie liną, za pomocą której klient zostanie solidnie przycumowany do banku na dobre - a więc kupi w nim inne produkty, założy konto i będzie wykonywał transakcje. Banki coraz częściej będą za to zniechęcać do siebie klientów-skoczków, którzy przychodzą tylko po to, żeby ulokować pieniądze. Takim nikt nie będzie płacił przyzwoitych odsetek. Taką właśnie taktykę z wielkim przytupem realizuje Eurobank. Od kilkunastu dni możecie na okrągło oglądać w telewizji reklamy bardzo przyzwoitego depozytu trzymiesięcznego, dającego 3% w skali roku.

      Depozyt nazywa się "Lokata 3 razy lepsza" nie tylko ze względu na trójkę przy oprocentowaniu, ale też ze względu na wypłatę odsetek z góry (fajny bonusik, oszczędzający lubią dostać wynagrodzenie za swój depozyt od razu) oraz na możliwość podniesienia oprocentowania do aż 4%. To więcej, niż daje jakikolwiek klasyczny depozyt. Co prawda "Lokatę 3 razy lepszą" można założyć tylko jedną, jej maksymalny limit wartościowy wynosi 30.000 zł, zaś cały pakiecik jest dostępny tylko dla nowych klientów, ale mimo wszystko możliwość zarobienia 4% w skali roku w ciągu trzech miesięcy brzmi nieźle. Gołym okiem widać, że bank słono dopłaca do interesu, bo dziś na rynku międzybankowym (mówi o tym stawka WIBOR) pieniądze można pożyczyć płacąc za nie 1,7% w skali roku. Biorąc pod uwagę podatek bankowy i podatek dochodowy płacony przez banki progiem rentowności depozytów jest 1,25%. Każdy bank, który oferuje więcej, dotuje swoich klientów. W przypadku oferty Eurobanku to dotowanie przyjmuje bardzo duże rozmiary.

      Policzmy: załóżmy, że mam do ulokowania 20.000 zł i że mam ofertę z mojego banku opiewającą na 1,5% (depozyt kwartalny). Oznacza to, że dostanę po trzech miesiącach, już po opodatkowaniu podatkiem Belki, 60 zł odsetek. Przynosząc te same pieniądze do Eurobanku dostałbym po tym samym czasie już 120 zł. Oznacza to, że tak naprawdę stawką w tej grze jest 60 zł nadwyżki, czystego zysku, który osiągam dzięki ulokowaniu swoich pieniędzy w Eurobanku, a nie w innym banku. To nie koniec - jest przecież opcja zwiększenia oprocentowania tej lokaty do 4%. Aby to osiągnąć, wystarczy przelać do Eurobanku jeden raz w ciągu trzech miesięcy pieniądze z tytułu wynagrodzenia, emerytury lub innych świadczeń (minimalnie 1000 zł). Po spełnieniu tego warunku mój dochód z 20.000 zł depozytu rośnie do 160 zł. Zaś korzyść wynikająca z wizyty w Eurobanku zamiast u jego konkurencji - do 100 zł. W przypadku mniejszych kwot depozytu ta korzyść jest odpowiednio mniejsza, np. przy 10.000 zł wyniesie ona 50 zł.

      Co jest po drugiej stronie tego rachunku? Konieczność otwarcia w Eurobanku konta osobistego, które wcale nie musi być darmowe. Najpopularniejsze konto w tym banku, Konto Classic, kosztuje bazowo aż 11 zł miesięcznie. Klient, który przyjdzie do Eurobanku tylko po promocyjny depozyt, odda więc pokaźną porcję korzyści w formie prowizji za konto - 33 zł przez trzy miesiące trwania lokaty. Do tego 15 zł opłaty za kartę debetową (4,9 zł miesięcznie). Na szczęście są sposoby, żeby obu opłat uniknąć. Konto Classic jest darmowe, jeśli wpłynie na nie w danym miesiącu co najmniej 1000 zł, albo jego średniomiesięczne saldo - mimo braku nowych wpływów - wynosi 10.000 zł lub więcej, albo klient ma w banku kredyty z ratą miesięczną 500 zł i więcej, albo ma kartę kredytową, której użył co najmniej trzy razy. Wystarczy spełnić jeden z tych warunków, by nie płacić za ROR i zatrzymać dla siebie całość korzyści wynikających z promocyjnej lokaty. Karta debetowa z kolei jest darmowa jeśli zapłacimy nią w danym miesiącu rachunki za 300 zł lub więcej.

      Krótko pisząc: jeśli masz 20.000 zł i chcesz wycisnąć z Eurobanku wszystkie soki, to powinieneś na co najmniej jeden miesiąc przekierować do Eurobanku swoje wynagrodzenie, w pozostałych miesiącach wpłacać na konto po 1000 zł z dowolnego źródła oraz trzy razy w miesiącu zapłacić za coś kartą. W takim przypadku dzięki ekstra-wysokiemu oprocentowaniu da się wyciągnąć z Eurobanku 100 zł dodatkowych korzyści. Nie spełniając warunków darmowości konta i karty z tej stówki zysku trzeba oddać prawie połowę. Pomysł Eurobanku jest oczywiście obliczony na to, żeby klient nie przestawił swoich wpływów tylko na chwilę, lecz na stałe. Zapewne bank - już w formie indywidualnych komunikatów, a nie tylko ogólnej reklamy - zaoferuje klientom, którzy się skuszą na promocyjny depozyt, jakieś kolejne bonusy za utrzymanie ich aktywności przez kolejne miesiące. A jeśli w końcu klient polubi swoje konto w Eurobanku i da się do niego przywiązać bardziej lojalizującymi produktami, niż zwykły depozyt - np. debetem, kartą kredytową, kredytem hipotecznym, planem systematycznego oszczędzania, kontem IKE, produktem strukturyzowanym - stówka wypłacona klientowi w prezencie zwróci się dość szybko.

      kieszonkoweJEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności)

      JAK MIEĆ PIENIĄDZE NA OSZCZĘDZANIE? Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na moim kanale w YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Tę lokatę reklamują na okrągło. Ale o ile lepsza - tak naprawdę - jest "Lokata trzy razy lepsza"? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 lutego 2016 14:04
    • Ilu z nas za 500 zł zacznie "robić" dzieci? Ilu nawet nie zauważy tej kasy? Na co ją wydamy?

      Kilka dni temu namawiałem Was w blogu to tego, żebyście - o ile Was na to stać i nie czekacie na 500 zł jak na zbawienie dla domowego budżetu - spróbowali wykorzystać rządowy program dopłat do dzieci jako "darmowy" sposób zapewnienia dzieciom dobrego startu w dorosłość. Program systematycznego oszczędzania, na który będziecie wpłacali choćby tylko część otrzymywanych od rządu pieniędzy, może przełożyć się na bardzo solidny, liczony w dziesiątkach tysięcy złotych, posag dla Waszych dzieci. Dziś w "Pieniądzach Ekstra" na łamach "Wyborczej" (zapraszam do lektury, sporo ciekawych tekstów) zastanawiam się jak duży wpływ 500-złotowa dotacja może mieć na ewentualne decyzje młodych ludzi (w tym młodych rodziców) na wzięcie mniejszego lub większego kredytu hipotecznego. Jak by na to nie patrzeć, przy tak niskich stopach procentowych, jakie mamy obecnie, takie 500 zł może "zrefundować" przynajmniej jedną trzecią przeciętej raty kredytu hipotecznego (czyli jeden pokój, np. dziecięcy :-))

      Czytaj też: Atak protetyczny, czyli 500 zł na dziecko. Czy to ma sens?

      Wolałbym jednak, żeby ten, kto może, przeznaczał pieniądze otrzymywane na dzieci - przynajmniej w pewnej części - na akumulację kapitału z myślą o przyszłości swoich pociech. A ilu z nas może sobie na to pozwolić? Są na ten temat ciekawe badania, które przeprowadziła firma SW Research. Wzięła ona pod lupę i przepytała przez internet ogólnopolską próbę 646 rodziców co najmniej dwójki dzieci do 18 lat (a więc takich, którym na pewno przysługuje co najmniej 500 zł). Każdy respondent był pytany nie tylko o to jak spożytkuje rządową dotację, ale też jak ocenia swoją sytuacją życiową (można było wpaść do jednej z trzech kategorii - "nie starcza mi na życie lub starcza, ale z wielkim trudem", "starcza mi na życie, ale nie jestem w stanie oszczędzać" oraz "starcza mi na życie i mogę bez problemu odkładać pieniądze"). SW Research spytała też respondentów czy i w jakim stopniu program "500 plus" pomoże ich domowemu budżetowi oraz jak oceniają ten pomysł rządu.

      Zaczynając od tej drugiej kwestii, 50% najsłabiej zarabiających (pierwszy z niebieskich słupków) uważa, że program ten jest pomocny i zachęci Polaków do posiadania dzieci. W przypadku średnio zarabiających (kolor "ceglany") uważa tak 25%, a wśród bogatych - co trzeci.  Drugi zestaw słupków odzwierciedla pogląd, że "500 plus" jest pomocny, ale dzieci z niego więcej nie będzie (jak widać tak uważa największy odsetek średnio sytuowanych). A pogląd, że "500 plus" jest mało pomocny i ogólnie do chrzanu (trzeci zestaw słupków) został wsparty przez nieco ponad 10% niezamożnych i jakieś 20% średnio oraz dobrze sytuowanych. 

      500plusjakoceniasz

      Połowa niezamożnych Polaków uważa, że program "500 plus" bardzo pomoże ich domowemu budżetowi (pierwszy niebieski słupek poniżej). W przypadku osób średnio i dobrze sytuowanych uważa tak już tylko co trzeci. 30-40% Polaków uważa, że pięćsetka pomoże ich domowemu budżetowi w pewnym stopniu, a 5-10% zeznaje, że nawet tej kasy nie zauważy (ci chyba po prostu robią sobie jaja). 

      500plus_jakwplynie

      Czytaj też: Chcą zabrać biednym, żeby rozdać... wszystkim. Nie mogę na to patrzeć. Czas na poradnik początkującego Robin Hooda

      Czytaj też: Ile w skali miesiąca będą nas kosztowały podatki od banków i sklepów? Liczę

      A na co wydamy swoje 500 zł? Okazało się, że niezależnie od tego, czy mówimy o rodzinach z trudem wiążących koniec z końcem, czy o tych całkiem zamożnych, priorytety są podobne: ponad jedna trzecia niezamożnych i prawie co trzeci zamożny (oraz prawie połowa pozostałych) zapowiada, że 500 zł przeznaczy w głównej mierze na ubrania dla dzieci. Skorzystają też organizatorzy dziecięcej turystyki, producenci pomocy edukacyjnych oraz organizatorzy dodatkowych zajęć pozalekcyjnych. W każdej z tych trzech kategorii dodatkowe wydatki zapowiedział więcej, niż co piąty respondent. Co ciekawe, także w tych kategoriach wydatki rozkładają się w miarę "demokratycznie", czyli bez większych różnic dzielących osoby więcej i mniej zarabiające. Wśród osób zaliczających się na najmniej zarabiających więcej niż 25% spodziewa się, że 500 zł przeznaczy na jedzenie i zakupy dla całej rodziny, czyli po prostu na zapełnianie lodówki. Aż 15% najmniej zamożnych rodziców przewiduje, że pieniądze z "500 plus" będzie musiało przeznaczyć na opłaty za prąd, gaz i czynsz. A prawie 10% - że rozejdą się na spłaty rat kredytowych. Co szósty niezamożny rodzic zamierza wydać 500 zł na zapewnienie dzieciom lepszego dostępu do służby zdrowia.

      pinsetgraf2

      Większość rodziców zamierza wydać pieniądze od rządu na konsumpcję, ale jest też niemały odsetek osób, które stać na to, żeby za te pieniądze ufundować swoim dzieciom lepszy start w dorosłe życie. 12%.w grupie najzamożniejszych badanych zastanawia się nad przeznaczeniem 500 zł na zakup planu systematycznego oszczędzania, a 15% - nad zbudowaniem z tych pieniędzy funduszu, dzięki któremu dziecko będzie miało pieniądze na zakup mieszkania. W przypadku osób mniej zamożnych takich deklaracji jest dwukrotnie mniej. 7% z dobrze sytuowanych rodziców idzie na całość i deklaruje, że przynajmniej część z 500 zł na dziecko po prostu... przekaże dziecku, np. w formie kieszonkowego. Wygląda więc na to, że - wbrew pozorom - nie cala kasa wypłacana nam przez rząd pójdzie na konsumpcję. Kilkanaście procent spośród lepiej radzących sobie finansowo Polaków myśli o ich zachomikowaniu. W całym przekroju dochodowym społeczeństwa będzie to zapewne "duże" kilka procent. A to oznacza, że z 17 mld zł, które w tym roku trafią do kieszeni rodziców, najmarniej miliard pójdzie na oszczędzanie na przyszłość dzieci.

      SUBIEKTYWNIE O PROGRAMIE "500 PLUS". Kilka dni temu miałem okazję powiedzieć dwa słowa o tym jak widzę rządowy program dopłat do dzieci, na który rocznie pójdzie 20 mld zł i dzięki któremu każda rodzina wzbogaci się o 500 zł miesięcznie jeśli ma dwójkę dzieci oraz o znacznie więcej jeśli ma tych dzieci całą gromadkę. Zapraszam do obejrzenia.

      tvn24500zl2

      JAK MIEĆ PIENIĄDZE NA OSZCZĘDZANIE? Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na moim kanale w YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Ilu z nas za 500 zł zacznie "robić" dzieci? Ilu nawet nie zauważy tej kasy? Na co ją wydamy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 lutego 2016 08:04
  • czwartek, 25 lutego 2016
    • Już osiem SKOK-ów poszło do kasacji. Kasy straciły 400.000 członków. Co będzie dalej?

      To już pewne: ósmy SKOK zniknie z rynku. Tym razem Komisja Nadzoru Finansowego składa wniosek o upadłość SKOK-u Polska. To oznacza, że likwidacji lub przejęcia przez banki doczekały się już SKOK-i, w których 450.000 członków trzymało 5,5 mld zł.  Formalnej upadłości doczekały się na razie trzy SKOK-i. Ostatni to średniej wielkości SKOK Kujawiak (18.000 członków i 190 mln zł depozytów), a więc znacznie mniejsza "firma", niż zbankrutowane wcześniej SKOK Wspólnota (70.000 członków i 900 mln zł depozytów) oraz SKOK Wołomin (80.000 klientów i aż 2,7 mld zł depozytów). Cała upadła trójka łącznie obsługiwała 170.000 klientów i miała 3,9 mld zł depozytów). W drodze na szafot jest kolejna kasa - SKOK Polska. Komisja Nadzoru Finansowego składa właśnie wniosek o jej upadłość (18.000 członków i prawie 180 mln zł depozytów). Kolejne cztery SKOK-i zostały przejęte przez banki. Alior Bank przejął SKOK im. Św. Jana z Kęt (20.000 członków i 100 mln zł depozytów) oraz SKOK im Stefana Wyszyńskiego z Wrześni (34.000 członków i 180 mln zł depozytów), Bank Pekao wziął na klatę całkiem duży SKOK Kopernik (127.000 członków i 440 mln zł depozytów), zaś PKO BP wchłonął SKOK Wesoła (63.000 członków, 624 mln zł depozytów). To oznacza, że "bankowa" część akcji ratunkowej w systemie SKOK-ów dotyczyła do tej pory prawie 250.000 członków i prawie 1,4 mld zł depozytów

      Czytaj też: Sprzedaż wiązana a la SKOK. Weź dobrą lokatę i... udziały

      SKOKgraf1Patrząc na statystyki systemu SKOK można się zastanawiać w jakiej formie jest on w stanie przetrwać "sprzątanie" po 20 latach "nadzoru koleżeńskiego". I jak to możliwe, że przy marży odsetkowej znacznie wyższej, niż w bankach (zerknijcie na wykres obok), SKOK-i nie są w stanie zarabiać pieniędzy. Ze statystyk KNF wynika, że po bankructwach i przejęciach kas przez banki liczba członków SKOK-ów w ciągu ostatniego roku spadła o 400.000 osób - we wrześniu 2015 r. było ich już niecałe 2,1 mln. O ile jeszcze do niedawna SKOK-i miały sieć placówek większą, niż największe banki, to dziś już wygląda ona coraz mniej imponująco - w ciągu roku liczba oddziałów obsługujących klientów spadła, według danych KNF, z niemal 1800 poniżej 1500. Wartość udzielonych przez SKOK-i portfeli pożyczek przez rok skurczyła się z ponad 10,3 mld zł do 6,6 mld zł, a wartość depozytów - z 16,1 mld zł do nieco ponad 11,6 mld zł. To wszystko oznacza, że po bankructwach i przejęciach najsłabszych finansowo SKOK-ów system skurczył się o 10-20% jeśli chodzi o zasięg (liczba klientów i placówek) oraz o jedną czwartą jeśli chodzi o skalę działania. Żeby była jasność - w SKOK-ach nie widać exodusu członków: ich liczba spadła o 400.000, ale z tego członków przejętych bądź zbankrutowanych kas było jakieś 370.000, a więc przygniatająca większość. Tym niemniej faktem jest, że system się kurczy.

      Czytaj też: SKOK-owcy gryzą pomocną dłoń, ale rachunek chętnie nam wystawią

      Niestety, wciąż nie wygląda na to, by "sprzątanie" miało zbliżać się do końca. Zdaniem KNF pod koniec września zeszłego roku pozostałym przy życiu SKOK-om wciąż pozostawał do zapełnienia wart 630 mln zł deficyt funduszy własnych. Te pieniądze są, według regulatora, konieczne by system mógł stabilnie działać i mieć współczynnik wypłacalności na poziomie co najmniej 5% (to byłaby i tak tylko jedna trzecia współczynnika wypłacalności raportowanego przez banki). Te 630 mln zł powinni dopłacić albo udziałowcy (członkowie SKOK) albo powinny na to pójść zyski generowane przez poszczególne SKOK-i. Sęk w tym, że i tych zysków nie ma. Z ostatniego raportu kwartalnego opublikowanego przez KNF wynika, że na koniec września zeszłego roku wynik finansowych SKOK-ów wynosi minus 650 mln zł. Owszem, pół roku wcześniej było jeszcze gorzej, bo prawie 720 mln zł strat, ale sytuacja i tak wygląda na beznadziejną. System SKOK-ów nie tylko nie zalepia luki w kapitałach własnych, ale jeszcze ją pogłębia, generując kolejne straty.

      SKOKgraf2

      Oczywiście, nie wszystkie SKOK-i mają niewystarczający kapitał. Według nadzoru jedna czwarta działających SKOK-ów ma współczynnik wypłacalności powyżej krytycznego poziomu 5%, co oznacza, że SKOK-i te są w stanie prowadzić bezpiecznie działalność. A w przypadku połowy kas sytuacja nie jest co prawda różowa, ale współczynnik wypłacalności wciąż jest dodatni (a więc straty nie zjadły wszystkich funduszy własnych). Gdyby to miała być prognoza na przyszłość, to należałoby się liczyć z tym, iż jeszcze mniej więcej połowa SKOK-ów może nie wytrzymać restrukturyzacji. Gdyby z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego trzeba było pokrywać straty deponentów proporcjonalnie do tej prognozy - tu z kolei wykazuję się pewnym optymizmem zakładając, że duże kasy są w nie gorszej kondycji, niż małe - to oznaczałoby, że "sprzątanie" sytuacji w SKOK-ach może kosztować system gwarantowania depozytów jeszcze 5 mld zł, zaś na koniec tego procesu wszystkie ocalałe SKOK-i razem wzięte będą miały skalę działalności mniejszą, niż jeden niezbyt wielki bank.

      Czy mnie to cieszy? Nie, bo uważam, że małe, lokalne, spółdzielcze organizacje pożyczkowe mogą być skuteczną konkurencją dla banków i dla firm pożyczkowych. To te ostatnie dziś odbierają klientów bankom i zamiast włączać ich do "obrotu finansowego" często z niego wykluczają, wpędzając w pętlę zadłużenia. Silne, dobrze zarządzane spółdzielnie - banki spółdzielcze i kasy pożyczkowe - powinny być solidną alternatywą dla nastawionych wyłącznie na zarabianie kasy banków komercyjnych i żyjących z klientów o niższym standingu firm chwilówkowych. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Już osiem SKOK-ów poszło do kasacji. Kasy straciły 400.000 członków. Co będzie dalej? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lutego 2016 13:23
    • Ale karta: płacisz wszędzie bez przewalutowań i... dostaniesz kasę, gdy zrobisz zakupy za granicą

      Bandyckie spready, stosowane przez banki w przypadku, gdy klient płaci kartą za granicą, to niestety już niemal standard. Chlubnych wyjątków jest niewiele. Jakiś czas temu opisywałem wielowalutową kartę debetową Banku Pekao, która sama "wie" w jakiej walucie powinien zapłacić klient, żeby nie ponosić kosztów spreadu. Ciekawą opcję ma też Citibank, w którym można przepinać kartę debetową pomiędzy różnymi subkontami walutowymi i też płacić za granicą bez spreadu. Teraz z podobnym plastikiem wchodzi na rynek Wizzair, jeden z największych przewoźników lotniczych w kraju. Wizzair, wspólnie z Euronetem, proponuje swoim klientom kartę działającą w pięciu walutach naraz - złotym, euro, funcie brytyjskim, a także w dwóch walutach skandynawskich (szwedzkiej i norweskiej). Klient, w ramach jednej karty, dostaje pięć subkont, między którymi może konwertować walutę korzystając z niskiego (podobno, bo na stronie karty trudno szukać informacji na ten temat) spreadu. A jak już odpowiednio podzieli "osad" na karcie pomiędzy potrzebne mu waluty, to może płacić kartą w strefie euro, Wielkiej Brytanii i Skandynawii bez żadnego przewalutowania i spreadu. Nooo, to już jest coś.

      Czytaj też: Nowy pomysł Sławomira Lachowskiego. W strefie euro bankuj za free

      Jako dodatkowy wabik dla klientów ma posłużyć specjalny program money-back. Jeśli klient będzie używał karty do płacenia nią za zakupy za granicą (a ściślej pisząc - poza obszarem "waluty bazowej"), to dostanie zwrot 1% tych zakupów. Do tego dochodzą punkty w programie lojalnościowym WizzAir. W interesie bierze też udział Euronet, największy w Polsce niezależny operator bankomatów. Euronet zapewnia posiadaczom karty możliwość darmowej wypłaty złotówek ze swoich urządzeń (a na tym się pewnie nie skończy, bo niektóre bankomaty Euronetu wypłacają nie tylko złotówki, ale i euro). A także wpłat pieniędzy na rachunek karty we wpłatomatach oraz usługi dodatkowe (zmianę PIN-u, informacje o saldzie itp.). Mamy więc kartę, którą można płacić praktycznie w całej Europie bez przewalutowań, wyjmować pieniądze w sporej sieci bankomatów w Polsce i jeszcze zarabiać na money-backu. Aha, jest też opcja dość tanich przelewów walutowych między wizzairowymi kartami. Np. jeśli posiadacz karty będzie chciał przesłać innemu posiadaczowi karty funciaki, to zapłaci 70 pensów plus 1% wartości transakcji (maksymalnie 4 funciaki). Dość tanio, patrząc na bankowe standardy.

      Aż niepokojący jest ten nadmiar słodyczy, prawda? Niestety, ta karta ma też wady. Wizz Prepaid Travel Card, jak sama nazwa wskazuje, jest kartą przedpłaconą, a więc nie jest przypięta do żadnego ROR-u (jak debetówka), ani nie jest odmianą kredytu (jak karta kredytowa), lecz trzeba ją doładować pieniędzmi przed użyciem. Wynikają z tego pewne kłopoty. W związku z regulacjami dotyczącymi kart pre-paid (np. dyrektywą o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy) nie można w ciągu jednego dnia załadować tej karty kwotą większą, niż 2100 zł, a w ciągu roku - 10.000 zł. Po dodatkowej weryfikacji limit roczny można zwiększyć do ponad 40.000 zł. Ale mimo wszystko nie jest to plastik dla kogoś, kto bardzo często podróżuje - do większych szaleństw karta przedpłacona ma za niskie limity. Doładowania na szczęście można robić online, za pomocą przelewów ekspresowych (tzw. pay-by-link), ale... niestety nie za darmo. Kosztuje to 2% kwoty zasilenia (taniej jest we wpłatomatach i za pośrednictwem kart płatniczych - 1%).

      Czytaj też: Citibank rozstał się z Miles&More. A co daje w zamian?

      Czytaj też: W którym banku przeżyjesz największy odlot? Porównanie kart lotniczych

      Drugie ograniczenie wiąże się z faktem, że Wizz Prepaid Travel Card jest dostępna wyłącznie dla członków klubu rabatowego skupiającego klientów WizzAir - Wizz Discount Club. Jest to liczna grupa 650.000 osób, ale członkostwo w tym gronie nie jest tanie, kosztuje 139 zł rocznie (w zamian za tę kaskę są zniżki na bilety i bagaż, karta ma być kolejnym z bonusów). Opłaty wiążą się też z samą kartą. Jej wydanie kosztuje 20 zł (chyba, że od razu doładujemy ją kwotą 420 zł lub więcej, wtedy dadzą nam plastik za darmo). Miesięczny abonament to 3 zł, ale pobierana jest tylko w tych miesiącach, w których klient z karty choć raz skorzystał. Bezczynnie leżąca w portfelu karta nic nie kosztuje, ale... tylko do czasu. Po rocznym nieróbstwie od 13-go miesiąca pobierana jest za nią opłata 4 zł miesięcznie. Wypłaty z bankomatów Euronetu są darmowe, ale inne - także te zagraniczne, w innych walutach - już kosztują (np. 3 euro). Płacenie kartą w sklepach jest rzecz jasna darmowe, ale jeśli odbywa się w innej walucie złoty, euro, funt, korona, to płaci się 3,5% opłaty za przewalutowanie. Taka sama opłata obowiązuje, gdy nie mamy na subkoncie w ramach karty wystarczających zapasów lokalnej waluty. W takiej sytuacji transakcja oczywiście przejdzie, ale kasa zostanie ściągnięta z innego subkonta walutowego.

      Czytaj też: Już nawet Ryanair ma swój kantor walutowy. Nie wchodź tam :-)

      Czytaj też: Czy to nie przesada? Program lojalnościowy, na który trzeba... zasłużyć

      W sumie więc przeróżnych haczyków jest sporo, ale przy założeniu, że używam karty Wizz rozsądnie, może to być nie najgorsza opcja płacenia za granicą. Pomijając opłatę "klubową", muszę się liczyć z opłatą 3 zł z tytułu miesięcznego abonamentu, 1-2% z tytułu kosztów doładowania (przy 500 zł doładowania będzie to koszt rzędu 10 zł) i bliżej nie sprecyzowanych kosztów przewalutowania pieniędzy w ramach portfela (jeśli wpłacam na konto karty złotówki, a część z nich - w ramach karty - chcę skonwertować np. na euro), a pozostałych prowizji da się już uniknąć. Z drugiej zaś strony jeśli te 500 zł wydam potem w zagranicznych sklepach, to z powrotem dostanę 5 zł w ramach money-backu. Aha, trzeba uważać przy płaceniu w terminalach płatniczych za granicą, bo karta jest rozpoznawana jako polska, więc zagraniczne terminale dość często będą proponowały klientowi transakcję w walucie karty (czyli w złotym, a więc z przewalutowaniem). Trzeba im asertywnie odmawiać, a potem już pójdzie z górki, czyli transakcje będą bez przewalutowań i spreadów.

      Nie wiem, czy karta do wygodnego płacenia za granicą może być argumentem za wybraniem tej, a nie innej linii lotniczej, ale skoro przewoźnicy w ramach pakietu usług dodanych oferują zniżki na hotele, wynajem samochodów i ubezpieczenia, to dlaczego taką wartością nie mogłaby być karta, dzięki której mogę uniknąć obłędnych kosztów używania za granicą plastiku wydanego przez mój podstawowy bank? Ciekawe czy alians WizzAir z Euronetem oznacza, iż węgierskie linie lotnicze wycofają się definitywnie ze współpracy z Raiffeisen Bankiem, z którym do tej pory wspólnie oferowały co-brandowe karty Raiffeisen WizzAir Debit (ostatnio chyba wycofanej z oferty) oraz kredytowe Raiffeisen WizzAir. Wygląda na to, że WizzAir postanowił oferować karty płatnicze samodzielnie (stąd partner niebankowy, czyli Euronet, który jest finansowym partnerem tego przedsięwzięcia).

      JEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, a także u Aleksandry Dziadykiewicz w TOK FM. .

      SAMCIK_640x300

      JAK MIEĆ PIENIĄDZE NA OSZCZĘDZANIE? Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na moim kanale w YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ale karta: płacisz wszędzie bez przewalutowań i... dostaniesz kasę, gdy zrobisz zakupy za granicą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lutego 2016 08:52
  • środa, 24 lutego 2016
    • Trening kondycyjny, czyli wpłacić kasę łatwo, ale żeby je odzyskać... trzeba ładnie poprosić :-)

      Do wielu produktów finansowych - najczęściej do długoterminowych kredytów hipotecznych - w ubiegłych latach były bardzo często dorzucane obowiązkowe "dodatki" w postaci np. jakiejś polisy, którą trzeba opłacać przez np. pięć lat, albo jakiejś karty kredytowej, z której nie można zrezygnować przed trzecią rocznicą spłacania kredytu. Czasem takim obowiązkowym dodatkiem był - a w niektórych bankach nadal jest - ROR i to taki, który trzeba zasilać jakąś kwotą co miesiąc, bo inaczej pobierana jest jakaś drastyczna prowizja. Taki kredytobiorca czuje się tak, jakby miał kamień młyński przy szyi - cross-sell ciąży, a zerwać więzów nie można. Ale w końcu nadchodzi ten dzień, gdy można już zrezygnować z kosztownych produktów dodatkowych. Można, ale... wcale nie jest to zawsze taka czysta formalność. Bo pracowników szkoli się głównie ze sprzedawania klientom usług, nie zaś z przyjmowania od nich rezygnacji. Jedna z moich czytelniczek uprzejmie zapytuje jak ma zmotywować bank do tego, by ten przyjął oświadczenie o rezygnacji z polisy po upływie obowiązkowych pięciu lat jej utrzymywania. Nie powinien być to większy problem, ale... jest.

      "Złożyłam im takie oświadczenie poprzez ich wewnętrzną pocztę e-mail (stosowny adres znajdował się w fiszce "kontakt" po zalogowaniu się do konta osobistego). Odpisali, że w ten sposób nie mogę złożyć tego wniosku i skierowali mnie do dowolnego oddziału banku. Byłam w jednym z oddziałów i stamtąd mnie odesłali do innego oddziału, twierdząc, że oni "nie mają bankiera do spraw hipotek". Wkurzona wysłałam pismo z wypowiedzeniem pocztą (działo się to jakoś w wakacje 2015 r.) i od tamtej pory zero odzewu. Po pewnym czasie zapytałam o losy tego pisma, ale otrzymałam odpowiedź, że takiego pisma... nie zarejestrowali. A jeżeli chcę je złożyć ponownie, to mogę udać się do dowolnego oddziału... Jak ich zmotywować do uznania mojej dyspozycji?"

      - pyta zdesperowana czytelniczka blogu. Ci z Was, którzy pilnie czytają "Pieniądze Ekstra" w czwartkowej "Wyborczej", czyli moje autorskie strony konsumenckie, być może znają już tę historię. Ale nie w aż takich szczegółach. Co powinna zrobić moja czytelniczka? Jeśli mam być szczery, to widzę dwie drogi. Pierwsza to chodzenie od oddziału do oddziału w poszukiwania bankiera, który zajmowałby się hipotekami i nie byłby akurat na urlopie, zwolnieniu lekarskim, albo na obiedzie. Pracownik, który miałby przyjąć od klienta wypowiedzenie umowy dotyczącej jakiejś usługi zawsze woli być na obiedzie, bo w przeciwnym razie szef może go zapytać o to dlaczego nie namówił klienta do dalszego korzystania z produktu. I być może nawet wyrazi wątpliwość czy pracownik o tak żałośnie niskim darze przekonywania jest w ogóle w banku potrzebny. Gdyby takiego pracownika udało się już jakimś cudem dopaść, to należy mieć przy sobie dwa egzemplarze wypowiedzenia i jeden z nich zabrać do domu z dwoma adnotacjami - "odebrano dnia...." oraz "potwierdzam zgodność z oryginałem (i tu podpis pracownika banku)". W piśmie koniecznie trzeba napisać do kiedy żądanie rozwiązania umowy ma być wykonane oraz zapowiedź wstąpienia na drogę prawną gdyby bank nie honorował wypowiedzenia umowy. Należy też zażądać od banku dostarczenia pod wskazany adres potwierdzenia, że produkt finansowy został zamknięty.

      Opcja druga to wysłanie pisma listem poleconym za potwierdzeniem odbioru. A więc nie takiego zwykłego poleconego, po którym zostaje w naszych rękach tylko ślad, iż został tego a tego dnia nadany w tej a tej placówce pocztowej. To mało. List polecony z potwierdzeniem odbioru to taki, do którego pocztowcy przyczepiają specjalną zwrotkę, którą listonosz wypełnia wspólnie z osobą, która list odbiera, a następnie ów wypełniony dokument odsyła nadawcy. Wówczas mamy pewność, że ktoś przesyłkę odebrał. Wiemy też kiedy ją odebrał i wiemy kogo molestować w sytuacji, gdyby bank niepokojąco milczał. Przeważnie zastosowanie jednej z tych dwóch metod działa, a więc umowa zostaje zamknięta. A teraz... interluda, czyli coś z zupełnie innej beczki: :-)

      Inny mój czytelnik, pan Bartosz, opowiedział mi o swojej epopei ze sprzedawcami funduszu inwestycyjnego o niegdyś kuszącej nazwie "Subfundusz Zrównoważony Nowa Europa kat. A". Fundusz ten wcześniej występował pod nazwą AIG, a potem Amplico Metlife, a teraz jest w towarzystwie Metlife, ale już nie pod tą nazwą.

      "Jako że nabywałem jednostki funduszy poprzez bank, którego nie jestem już klientem, to w celu ich odkupienia i odzyskania własnych pieniędzy byłem zmuszony udać się do centrali MetLife przy pl. Bankowym w Warszawie. Tam moja obecność niepomiernie zdziwiła przebywające w błogim letargu pracownice. Po dłuższych dywagacjach udało się im ustalić, że jedyną znaną im osobą która może mi pomóc w stolicy 40-milionowego kraju jest... pracownik oddziału przy ul. Jana Pawła II 80 (a jeśli mi to nie pasuje, to mogę też udać się w stronę Piaseczna, gdzie znajduje się agent transferowy, który też może mi pomóc). Udałem się tam bezzwłocznie, gdzie po pospiesznym uprzątnięciu jednego ze stołów pracownik zabrał się do wypełniania wniosku. Niestety, wypełnił formularz dotyczący IKE zamiast TFI – o czym dowiedziałem się dzwoniąc tam dwa tygodnie później z pytaniem o pieniądze"

      Cóż, zdarza się, nawet najwybitniejsze jednostki mogą się od czasu do czasu pomylić, więc mój czytelnik pofatygował się powtórnie do oddziału – tym razem już trafiając na właściwego pracownika - takiego, który podobno przez całe życie zajmował się umarzaniem funduszy. Był ponoć uprzedzony o przybyciu pana Bartosza, ale on też był zaskoczony, i nie miał zbyt wiele czasu na obsługę mocno już sfrustrowanego klienta. Mimo swej wybitnej wiedzy pracownik nie wiedział jak obecnie nazywa się fundusz, którego jednostki ma czytelnik (niestety, nie dotarły do niego żadne, wysyłane obowiązkowo w przypadku zmian nazw lub polityki inwestycyjnej, listy informacyjne). Pracownik poprosił o możliwość pozostawienia pola „nazwa” pustego (później ktoś wypełni jak już znajdą klienta po numerze PESEL i przyporządkują do niego któryś z funduszy).

      Reasumując – podczas jednej wizyty w budynku szumnie zwanym "centralą" oraz dwóch wizyt w oddziale na ul. Jana Pawła II klientowi nie udało się załatwić relatywnie prostej sprawy, jaką powinno być wycofanie pieniędzy z funduszu inwestycyjnego. Dopiero po pewnym czasie materia przestała stawiać opór i pan Bartosz dostał informację, że fundusz się odnalazł, a pieniądze zostały z niego wycofane. A klient dostał nawet rekompensatę wynikającą z różnicy między notowaniami funduszu z dnia złożenia pierwszej dyspozycji zamknięcia konta (tej, która się nie powiodła), a dniem, gdy klient faktycznie wycofał się z funduszu. Ale to jest w tej sytuacji chyba jedyna dobra wiadomość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Trening kondycyjny, czyli wpłacić kasę łatwo, ale żeby je odzyskać... trzeba ładnie poprosić :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 lutego 2016 08:20
  • wtorek, 23 lutego 2016
    • Frankowicze sami sobie winni? A co powiecie o tej historii? Hazard, pech, czy pułapka?

      Niedawno publikowałem w blogu wnioski z najnowszego raportu o stabilności finansowej kraju, opracowanego przez Narodowy Bank Polski. Jeden z tych wniosków nawiązywał do zagrożeń dla banków, gdyby musiały wziąć na klatę straty wynikające z udzielonych kredytów frankowych. A drugi - do pytania czy frankowicze takiej pomocy rzeczywiście potrzebują. Z wyliczeń NBP wychodzi, że nie potrzebują, bowiem ich dochody w ostatnich latach z reguły rosły szybciej, niż bieżące obciążenia ratami (wynikające ze wzrostu kursu franka). Zresztą podobne wyliczenia NBP publikował już rok wcześniej, więc nie ma tu jakiegoś przełomu w podliczaniu sytuacji finansowej frankoiwczów. Inna sprawa, że w kalkulacji dotyczącej tego, czy frankowiczów stać, czy też ich nie stać na płacenie wyższych rat, pominięto drugą fatalną konsekwencję wysokiego kursu "szwajcara", czyli wzrost zadłużenia klienta. A co za tym idzie - jego "uwięzienie" w nieruchomości z perspektywą spłacania kredytu znacznie, być może nawet kilkukrotnie wyższego, niż wynosi wartość mieszkania kupionego za pieniądze banku.  

      Nawet jeśli większość frankowiczów to "tłuste koty", które z powodu wyższych rat kredytowych najwyżej nie pojadą na wakacje na Malediwy, to są wśród walutowych kredytobiorców tacy, dla których frankowy dług stał się pułapką na całe życie. Dostaję od takich nieszczęśników co jakiś czas listy. Pytanie brzmi: czy winni nieszczęścia są oni sami, bo zadłużyli się nieostrożnie, jadąc po bandzie jeśli chodzi o kwotę kredytu w relacji do osiąganych dochodów, czy też bankowcy, którzy wepchnęli klientów na minę. W pierwszym przypadku nie miałoby wielkiego znaczenia czy kredyt byłby we franku, w złotym, w jenie, czy w dolarze australijskim, bo klient i tak by się przewrócił. Jeśli ktoś przeholuje z zadłużeniem, a przy tym ma pecha (bo z jakichś przyczyn rośnie rata, a zmniejszają się dochody), to pójdzie na dno bez względu na walutę kredytu. W drugim przypadku - jeśli uznamy, że winny jest również bank - może się okazać, że "walutowość" kredytu w dużej części zadecydowała o tym, iż klient znalazł się na dnie. Granica może być cienka.

      Jako przykład do rozważań podam tu przypadek pani Alicji, którą do napisania listu, który wpadł w moje ręce, sprowokował prezes NBP Marek Belka jednym z występów telewizyjnych. Nazwał w nim protestujących "chytrusami", którzy chcieli mieć 100-metrowe mieszkania, więc zagrali w kasynie, na foreksie. Zaryzykowali, a teraz nie chcą ponosić konsekwencji swoich własnych decyzji. Pani Alicja osiem lat temu dała się namówić na kredyt frankowy na 55-metrowe mieszkanie położone na peryferiach dużego miasta, które kupiła w szczycie boomu nieruchomościowego za 345.000 zł (wówczas było to jakieś 170.000 franków). Dziś, gdy frank jest po 4 zł, kredyt jest wart 600.000 zł, a mieszkanie - 200.000 zł. Ale to jeszcze pikuś, bo nawet ogromny kredyt da się obsługiwać, o ile rata jest niska, a dochody wystarczające, by ją spłacać. W przypadku pani Alicji szacuję, że na początku trzeba było płacić jakieś 1500 zł miesięcznie, teraz jest jakieś 2200 zł (to nie wynika z listu, lecz z moich wyliczeń).

      Pani Alicja i jej partner w tzw. międzyczasie dorobili się dwójki dzieci. Nie dość, że w dwupokojowym mieszkaniu zrobiło się ciasno, to trzy lata temu mąż pani Alicji stracił pracę i zaczął szukać szczęścia w Wielkiej Brytanii. Po roku wrócił, bo okazało się, że źle znosi rozłąkę z rodziną i próbuje zacząć od nowa, co wiąże się z niskimi - niestety - zarobkami. Na domiar złego rok temu także pani Alicja straciła pracę (a wcześniej przez 16 lat pracowała jako kierownik, trener i sprzedawca w dużych firmach), a ponieważ ta sytuacja przerosła ją psychicznie, to zamiast poszukać sobie nowej, popadła w depresję (skończyło się w szpitalu). Teraz pracuje jako osoba sprzątająca mieszkania.  Mamy więc czteroosobową rodzinę, która mieszka w dwupokojowym mieszkaniu i przeznacza więcej, niż połowę dochodów na obsługę kredytu hipotecznego. Pani Alicja zeznaje, że po opłaceniu rachunków i raty zostaje na życie 200-400 zł miesięcznie i gdyby nie pomoc finansowa rodziców, to już dawno skończyłoby się nieszczęściem. Przedszkole dzieci też do tej pory opłacali dziadkowie.

      "Nic nie wnoszę do polskiej gospodarki, Kupuję w zachodnich marketach najtańsze jedzenie, Nie chodzę do kina, teatru, na basen, siłownię, nie korzystam z rozrywek jakie oferuje mi moje miasto, nie opłacam dzieciom dodatkowych zajęć, które rozwijałyby ich zainteresowania i wspierały ich rozwój, od pięciu lat nie byliśmy na żadnych wakacjach. Aha, mój kredyt hipoteczny jest super-spłacany. Gdybym tego nie robiła, nie miałabym już dzieci, bo zostałyby nam odebrane, podobnie jak mieszkanie i wszystko czego się dorobiliśmy. Płacę bankowi, bo się po prostu potwornie boję"

      - pisze pani Alicja, oburzając się na szefa NBP o to, że nazwał frankowiczów osobami chytrymi, które pokupowały sobie 100-metrowe mieszkania. A bank? Cóż, bank co trzy lata zgłasza się po ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, które zostało już kilka lat temu zakwestionowane przez Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów i w sprawie którego bank przegrywa sprawy sądowe z klientami. Ponieważ bank te wyroki ignoruje, zaś pani Alicji nie stać na prawników, co trzy lata zadłuża się w innych bankach (niekiedy na lichwiarskich warunkach) na kolejne 8000 zl i płaci. Płaci też grzecznie spread walutowy, który w przypadku jej raty miesięcznej wynosi pewnie jakieś 7-8 zł miesięcznie (może mniej, bo rok temu jej bank "w promocji" ściął spread o połowę), co oznacza, że od początku spłaty z tego tytułu pani Alicja oddała 700 zł w spłaconych ratach oraz jakieś 10.000 zł przy wypłacie kredytu (wtedy też bank potrącił sobie spread). Tu też są wyroki sądów, które powinny skłonić bank do refleksji, ale nie skłoniły. A pani Alicja sama nie będzie przecież szła na wojnę sądową, skoro walczy o przeżycie każdego kolejnego miesiąca.

      Sytuacja pani Alicji jest megatrudna, a w perspektywie jest jeszcze ponad 20 lat spłacania coraz wyższych rat (o ile kurs franka nie spadnie i trzeba będzie spłacić resztę kredytu na takich warunkach, jak gdyby pani Alicja pożyczyła na mieszkanie 600.000 zł). Kto za to odpowiada? I czy gdyby kredyt nie był frankowy, to pani Alicja byłaby w lepszej sytuacji? Cóż, utrata pracy przez nią i przez jej męża to była okoliczność życiowa, niezależna od posiadania lub nie jakiegokolwiek kredytu. Pardon, jest jeden scenariusz, w którym sytuacja pani Alicji byłaby dziś znacząco lepsza - gdyby osiem lat temu kredyty walutowe nie istniały, a pani Alicja nie dostałaby kredytu w złotych (jak wiadomo mającego wówczas wyższą ratę). Wtedy mieszkałaby w wynajmowanym mieszkaniu i elastyczność jej budżetu byłaby większa. Ale pani Alicja i jej partner tych osiem lat temu dość dobrze zarabiali, więc kredyt na mieszkanie zapewne by i tak dostali, choć pewnie gdyby nie był we frankach, to nie byłby tak wysoki.

      Z kredytem złotowym na karku pani Alicja płaciłaby na początku 2350 zł miesięcznej raty (nie zaś 1500 zł, jak we frankach), a teraz - jakieś 1850 zł (bo złotowe stopy procentowe spadły). Jej mieszkanie prawdopodobnie i tak byłoby mniej warte, niż kredyt, jednak różnica nie byłaby tak radykalna. Panią Alicję na pewno w jakimś stopniu pogrążyły dodatkowe wydatki spowodowane spreadem, ubezpieczeniem niskiego wkładu oraz wzrostem rat z powodu wzrostu kursu franka. No i "dzięki" frankowi zadłużyła się na większą kwotę. Ale głównym problemem jest oczywiście spadek dochodów i... zjazd wartości nieruchomości w stosunku do zadłużenia. Gdyby pani Alicja miała mieszkanie warte więcej, niż jej kredyt i wpadłaby w tarapaty związane z brakiem pracy, to mogłaby sprzedać mieszkanie, spłacić bank i mieszkać w wynajmowanym lokalu, przynajmniej do czasu, gdy poukładają się jej sprawy. A tak... jest w pułapce. Dług rośnie, mieszkanie warte coraz mniej, pieniędzy na coraz wyższe raty brak, a część obciążeń, choć niezgodna z prawem, wciąż jest przez bank pobierana.

      W pewnym sensie podobne ryzyko może dotyczyć - choć rzecz jasna w mniejszym stopniu - także osób mających kredyt w złotych. Jeśli wkład własny jest niski, a mieszkanie zostanie kupione w złym momencie (i straci na wartości), zaś stopy procentowe pójdą w górę i raty staną się nieznośnie wysokie, to droga ucieczki w postaci pozbycia się mieszkania i spłaty długów zostaje odcięta.  W tym sensie ryzykowny jest każdy kredyt, który ma niski wkład własny. I na Zachodzie oczywiście to wiedzą. Niedawno moja redakcyjna koleżanka sprawdzała warunki udzielania kredytów hipotecznych m.in. we Włoszech, gdzie bank UniCredit żąda od klientów... co najmniej 50-procentowego wkładu własnego! Wtedy, niezależnie od tego jak zmieni się sytuacja (dochody kredytobiorcy, wysokość oprocentowania kredytu, wartość mieszkania), klient zawsze ma drogę odwrotu, nigdy nie będzie uwięziony w nieruchomości i z pętlą długów na szyi. A w Polsce? Wciąż gros kredytów jest udzielanych z niskim wkładem własnym - na poziomie 10-15%. Wiadomo, że gdyby administracyjnie nakazać ludziom np. posiadanie 30% wkładu własnego, to wielu osób nie byłoby stać na kredyt hipoteczny. Ale może tak byłoby lepiej? Dziś na kredyt może sobie pozwolić wielu, ale za to - z powodu niskiego wkładu własnego - wystawiają się na życiową ruletkę. W przeszłości, gdy oferowano kredyty walutowe, ta ruletka była jeszcze bardziej ryzykowna.

      Kredyt walutowy z tego punktu widzenia zawsze jest bardziej ryzykowny, bo tu wartość długu w stosunku do wartości nieruchomości może się wahać bardziej. Dlatego - inaczej, niż większość bankowców - uważam, że choć frankowiczom nie należy się żadna "pomoc", to na pewno należy im się sprawiedliwe ustalenie w jakiej proporcji powinni się podzielić wypełnionym do dziś ryzykiem kursowym i tym, które może wypełnić się w przyszłości. Projekt prezydenta jest pewną przesadą, bo przerzuca na banki 100% odpowiedzialności, ale nie mam wątpliwości, że częściowo banki powinny zapłacić za to, że naraziły klientów na wyższe ryzyko gry z losem o własne życie. Ale biorąc dziś kredyt w złotych z bardzo niskim wkładem własnym gramy w tę samą ruletkę, co frankowicze, choć z mniejszą "szansą" na wpadnięcie w takie tarapaty, jak pani Alicja. Dlatego ważnym rozwiązaniem na przyszłość musi być wprowadzenie ograniczenia odpowiedzialności klienta za kredyt do wartości nieruchomości. Tylko wtedy banki i klienci zaczną grać w jednej drużynie, a nie - jak dziś - bankowcy będą zarabiać pieniądze, a klienci grać w ruletkę swoim życiem. Być może w jakiejś podobnej, acz łagodniejszej formule - w ramach mediacji z udziałem urzędników - dałoby się porozumieć z bankami w sprawie umów już zawartych. Że co, naiwny jestem? 

      SAMCIK_640x300

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (38) Pokaż komentarze do wpisu „Frankowicze sami sobie winni? A co powiecie o tej historii? Hazard, pech, czy pułapka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 lutego 2016 08:57
  • poniedziałek, 22 lutego 2016
    • Obiecują, że zetną oprocentowanie kredytów, które spłacasz o... jedną trzecią! Okazja? Iluzja?

      Wprowadzenie podatku bankowego może mieć dla branży bankowej dwa efekty: przestawienie zwrotnicy z udzielania kredytów mniej rentownych (hipotecznych, chyba że jesteś bankiem, który umie taki kredyt wykorzystać jako platformę do cross-sellingu) na bardziej rentowne (gotówkowe) oraz jeszcze bardziej zaciętą walkę o najlepszych klientów kredytowych. Bo rentowny kredyt plus niskie ryzyko pożyczania pieniędzy to recepta na utrzymanie na tyle wysokiej rentowności aktywów, żeby podatek bankowy nie spowodował spadku zysków i odebrania premii prezesowi zarządu :-). Nie wszystkie banki będą potrafiły się w tej rzeczywistości odnaleźć, ale są takie, które czują się w niej jak ryba w wodzie, bo i tak są maszynką do wyciskania klientów. Taką, imponująco skuteczną, maszynką do sprzedawania dość drogich kredytów jest Alior Bank. Niedawno udowadniałem Wam w blogu, że to najbardziej rentowny bank w Polsce oraz pokazywałem sposoby "współpracy" z klientami, dzięki którym zasłużył na to miano. A dziś pokażę najnowszy patent, dzięki któremu Alior chce odbić konkurentom najlepszych klientów kredytowych.

      O co chodzi? W Aliorze ruszyła akcja "Solidni płacą mniej". W reklamach bank kusi: "Masz dobrą historię kredytową? Przyjdź do Alior Banku po oprocentowanie pożyczki niższe aż o 30%!". To dużo dalej posunięta obietnica, niż w poprzedniej promocji, gdy bank obiecywał niższą ratę pożyczki i umorzenie 3% dotychczasowego zadłużenia. Tym razem cięcie dotyczy aż jednej trzeciej dotychczasowego oprocentowania kredytu. Jakie warunki trzeba spełnić, żeby być uznanym przez Aliora za "solidnego"? Podstawowym warunkiem jest "brak zaległości i opóźnień w spłacie zobowiązań zarejestrowanych w Biurze Informacji Kredytowej w ciągu 12 miesięcy wstecz". Poza tym oczywiście bank zastrzega, że pożyczki z 30-procentowym rabatem w oprocentowaniu udzieli tylko osobie, która pozytywnie przejdzie przez badanie zdolności kredytowej. No i po spełnieniu tych dwóch warunków trzeba jeszcze dostarczyć Aliorowi dokumenty, z których wynika ile wynosi oprocentowanie dotychczas spłacanej pożyczki. Jeśli klient takich dokumentów nie dostarczy, to aliorowcy będą naliczali rabat od maksymalnego dozwolonego prawem oprocentowania, czyli 10%.

      alior_konso

      Czy ta pożyczka rzeczywiście jest taka tania? Zrolowanie dotychczasowego kredytu na taki, którego oprocentowanie wyniesie np. 7% w skali roku (lub nawet mniej) to byłaby rzeczywiście okazja nie lada. Zwłaszcza, że nie mówimy tu o takiej promocji, jakie są wszędzie (czyli tani kredyt, ale na małą kwotę - w Aliorze jest np. pożyczka internetowa do 5000 zł, od której płaci się tylko 5% prowizji, dostępna przede wszystkim dla klientów banku. Tu mówimy o ofercie, która - jeśli nie jest marketingową ściemą - może pozwolić skonsolidować na znacznie lepszych warunkach nawet bardzo wysokie długi. Maksymalnie bank w ten sposób może pożyczyć 200.000 zł, co oznacza, że może zainteresować większość osób, które jeszcze radzą sobie ze spłacaniem zaciągniętych kredytów, ale nie są zadowolone z tego jaką część ich domowego budżetu pochłaniają raty.

      Sęk w tym, że jest potencjalna pułapka w postaci prowizji, którą trzeba za taką konsolidację zapłacić. Wynosi ona od zera do 10%. Jeśli przyjmiemy dość niski poziom prowizji (np. 3% podawane w przykładzie reprezentatywnym), to przeniesienie kredytu może się opłacić, bo korzyści wynikające z niższego oprocentowania będą wyższe, niż koszty wynikające z płaconej bankowi prowizji. Jeśli np. mam 10.000 zł długu oprocentowanego na 10% i spłacanego przez cztery lata, to płacę po 254 zł miesięcznie, zaś łączny koszt tego kredytu wyniesie 2.172 zł. Dzięki rabatowi Aliora w ramach oferty "dla solidnych" (spadek oprocentowania do 7%) miesięczna rata schodzi do 239 zł, zaś łączny koszt kredytu - do 1493 zł. Oszczędności w skali całego okresu spłaty wyniosą aż 680 zł. Jak łatwo policzyć oszczędności te spadną do zera - lub też staną się ujemne :-) - jeśli Alior za możliwość przeniesienia kredytu naliczy 6,8% prowizji lub więcej. Bank jednak obiecał mi, że.. 

      "Oferta jest skierowana do osób z dobrą historią kredytową, co automatycznie przełoży się w ich przypadku na niską prowizję. Ilustruje to przykład reprezentatywny, z którym mogą zapoznać się wszyscy klienci wnioskujący o pożyczkę. A zgodnie z zapisami Ustawy o kredycie konsumenckim przy określaniu reprezentatywnego przykładu bank zobowiązany jest określić warunki umowy, na których spodziewa się zawrzeć co najmniej dwie trzecie umów"

      Trzymajmy się aliorowców za słowo. Oferta Aliora dotyczy też klientów, którzy nie spłacają obecnie żadnej pożyczki i chcieliby takową zaciągnąć. W takim przypadku jednak i warunków do spełnienia jest więcej i promocja jest mniej atrakcyjna. Oprocentowanie pożyczki "dla solidnych" jest ustawione na sztywnym poziomie 7% (w większości przypadków oznacza to 30% rabatu w stosunku do poprzednio spłacanej przez klienta pożyczki, bo prawie wszystkie kredyty konsumenckie były w przeszłości udzielane na maksymalnym oprocentowaniu dozwolonym przez ustawę antylichwiarską), zaś maksymalna prowizja za jej przyznanie może wynieść aż 12%, To bardzo dużo. Interes może stać się opłacalny tylko o tyle, o ile prowizja - tak samo, jak w poprzednim przykładzie - będzie znacznie niższa od maksymalnego pułapu. Ale to zależy, niestety, od dobrej woli banku (a ściślej - od dobrej woli scoringu :-)). Jeśli zaś chodzi o warunki do spełnienia, żeby zasłużyć na rabat w oprocentowaniu, to najważniejszy jest taki, że trzeba być klientem, który najdalej sześć miesięcy temu skończył spłacanie jakiejś pożyczki i przez ostatni rok jej spłacania nie miał żadnych spóźnień odnotowanych przez BIK. Poza tym Alior sprawdzi, czy w ostatnim roku z tytułu jakichś innych pożyczek nie było opóźnień w spłacie (to też wyklucza z promocji)

      Od strony marketingowej pomysł Aliora wygląda nieźle. Każdy, kto dba o swoje domowe finanse i jest rzetelnym płatnikiem rat kredytowych, zapewne zwróci uwagę na ofertę banku Wojciecha Sobieraja, bo spadek kosztów kredytu o 30% to korzyść, której nie sposób nie zauważyć. Ale tak naprawdę te 30% rabatu może kompletnie nic nie znaczyć, bo oszczędności klienta kuszonego sloganem "Solidni płacą mniej" zależą tak naprawdę wyłącznie od poziomu naliczanej przez Alior Bank prowizji (no i trochę też od warunków dotychczas spłacanej pożyczki). To tak, jak u iluzjonisty - większość jego sztuczek polega na odwracaniu uwagi widzów od tego, co dzieje się naprawdę. Jest świecidełko, które ma przyciągnąć wzrok (oprocentowanie niższe o 30%), a sztuczkę wykonuje się zupełnie gdzie indziej, czyli ustalając na atrakcyjnym dla klienta - lub nieatrakcyjnym - poziomie prowizję. Sprytne, nie powiem. No, ale nie bez kozery meloniku iluzjonisty jest na stanie w każdej placówkach Aliora :-). 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Obiecują, że zetną oprocentowanie kredytów, które spłacasz o... jedną trzecią! Okazja? Iluzja?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 lutego 2016 08:43

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line