Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 listopada 2009
    • Open Finance oddał klientce 160.000 zł!

      Jeszcze nie zakończyłem opijać dotychczasowych sukcesów - kto nie opija ze mną, niech zerknie na poniedziałkowy wpis o rozwiązaniu problemu klientów mBanku - a już dowiaduję się, że kolejna instytucja finansowa postanowiła ulżyć losowi klienta. Tym razem rozsądkiem wykazali się szefowie sieci pośredników finansowych Open Finance oraz bratniego Noble Banku. Anulowali opisanej przeze mnie - na łamach "Gazety Wyborczej" i w serwisie Wyborcza.biz - klientce dług w wysokości - bagatela - 160 tys. zł. Dług, który powstał wskutek nieporozumienia między doradcą finansowym Open Finance, a klientką.

      O co poszło? W detalach sprawę opisuję na stronach Wyborcza.biz, a poniżej krótkie streszczenie. Otóż klientka z pomocą doradców Open Finance chciała przenieść kredyt hipoteczny z Noble Banku do Millennium. Pieniędzmi z Millennium miał zostać spłacony kredyt w Noble Banku. Millennium kredytu udzielił i wysłał na konto Noble Banku 388,5 tys. zł, kwotę wystarczającą do zamknięcia kredytu. Ale do zamknięcia kredytu była potrzebna jeszcze odpowiednia dyspozycja klienta. Doradca Open Finance uznał, że jej złożenie nie należy do jego obowiązków, a klientka myślała, że skoro jej sprawy obsługuje doradca finansowy, to ona nie musi się o nic martwić.

      W efekcie całego zamieszania Noble Bank nie zamknął kredytu i trzymał pieniądze na tzw. koncie technicznym. A po kilku miesiącach, kiedy klientka się zorientowała, kurs franka był już tak wysoki, że aby ponownie spłacić kredyt musiałaby dopłacić jeszcze 160 tys. zł.

      Open Finance długo nie chciał pokryć strat klientki. W cuglach wygrałby spór sądowy z klientką, bo doradcy finansowi nie podpisują z obsługiwanymi przez siebie osobami żadnych umów, które precyzowałyby zakres świadczonych usług. Z punktu widzenia prawa doradca jest tylko dobrym duchem, który ma pomóc klientowi, ale nie ponosi żadnej odpowiedzialności za jakość swojej pracy. Pisałem o tym w jednej z poprzednich blogonotek. Zżymałem się też na naciąganą "najlepszość" w reklamach Open Finance.

      Po publikacji naszego tekstu szefowie Open Finance i Noble Banku postanowili uwzględnić roszczenia klientki i anulować jej zadłużenie przyjmując, że kredyt został prawidłowo zamknięty już za pierwszym razem. Przymknęli oko nawet na jej gapiostwo, bo przecież gdyby nasza czytelniczka przez kilka miesięcy nie bujała w obłokach, tylko zorientowała się w sytuacji wcześniej, to różnice kursowe nie urosłyby do tak ogromnej kwoty.

      Przy okazji mały morał, na kanwie tej sprawy. Nigdy, przenigdy nie dajcie się znieczulić na kwestie dotyczące własnych pieniędzy. Jeśli kogoś nie przekonuję na piśmie, to niech obejrzy ten klip wideo.

      Artur Wiza, członek zarządu Getin Holding (do powiązanej z nim grupy kapitałowej należy Open Finance), z którym współpracowałem przy rozwiązywaniu tej sprawy, na każdym kroku podkreślał, że Open i Noble Bank wzięły na siebie całość strat klientki, bo wcześniej prześwietliły jej historię, która była wzorowa. Gdyby klientka wcześniej miała na sumieniu jakieś grzeszki, np. spóźnione raty, o tak życzliwym podejściu nie byłoby mowy.

      To, że udało mi się skłonić potężną instytucję finansową do refleksji i wprowadzenia nowych standardów rozpatrywania reklamacji (o czym pisałem tutaj) jest niewątpliwie dobrą wiadomością. Ale najważniejszy test jeszcze przed Open Finance. Firma, która co miesiąc obsługuje 20 tys. klientów ma prawo do błędów i zawsze znajdą się niezadowoleni klienci. Ważne, by z każdym z nich rozmawiać i próbować znaleźć kompromisowe rozwiązanie.

      To już kolejny problem, który z moją pomocą udało się rozwiązać klientom grupy Noble Banku, Open Finance i Getin Banku. Wcześniej „na warsztacie" miałem: nielegalne zmiany regulaminu kredytów hipotecznych, antydatowaną podwyżkę prowizji i nieaktualną reklamę publikowaną w jednym z portali. Po cyklu krytycznych tekstów Noble Bank wprowadził zmiany organizacyjne, które mają zapobiec podobnym wpadkom. Teraz zamykam czwartą sprawę i - mam nadzieję - na pewien czas już ostatnią.

      Po dwóch kolejnych, zakończonych sukcesem interwencjach, postanowiłem poszukać w pamięci przyśpiewki, która oddałaby to, czego mogą oczekiwać czytelnicy tego blogu. Przez moment myślałem o tym, by hymnem blogu „Subiektywnie o finansach" uczynić czołówkę z kultowego serialu MacGyver, ale na to chyba jeszcze za wcześnie. Ale przebój z serialu „Na kłopoty Bednarski" jest chyba w tym miejscu jak najbardziej adekwatny.

      Bo Samcik zna swój fach i truuuud, i wszystko gra, tres bien, sehr guuuut... :-)))

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Open Finance oddał klientce 160.000 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2009 22:48
    • mBank: prawnicy-zdrowy rozsądek 1:1

      Udało się załatwić kolejną sprawę. Pamiętacie historię klientki mBanku, która nie mogła dostać rządowej pomocy w spłacie kredytu hipotecznego, bo bank nie chciał w zaświadczeniu rozbić raty na trzy części? Genezę całej aferki możecie zgłębić tutaj, a dziś chcę tylko ogłosić, że problem tej i około dziesięciu innych klientów mBanku, będących w podobnej sytuacji, został rozwiązany. Jak poinformował mnie rzecznik Krzysztof Olszewski, bank skontaktował się z każdym klientem z osobna i wystawił mu zaświadczenie w takim formacie, jakiego wymagał lokalny urząd pracy. Niemożliwe stało się możliwe.

      Być może przypisuję sobie zbyt duże zasługi twierdząc, że mBank załatwił sprawę po mojej interwencji na łamach "Gazety Wyborczej", serwisu Wyborcza.biz i niniejszego blogu. Niewykluczone, że zmieniłby podejście do klientów sam z siebie, po zasięgnięciu opinii stosownych ministrstw. Może. Ale faktem jest, że dopiero upublicznienie i opisanie tej sprawy nadało pracom nad jej rozwiązaniem należne tempo. I to jakie: pracowano podobno przez cały weekend!

      W tym miejscu chcę podziękować szefom odpowiednich departamentów w mBanku za to, że jednak zdecydowali się zmienić podejście do klientów na bardziej przyjazne. I tym samym odwrócić dyktaturę prawników, która bankowi w tym momencie na pewno nie pomogła. W większości banków prawnicy są naturalnymi hamulcowymi postępu. Jak trzeba dowieść, że czegoś zrobić się nie da, nie wolno albo nie należy, wystarczy iść do prawnika. Tak było i tym razem. Pewnie gdybym skończył prawo to bym tak nie mówił :-)

      Czasem nadmierna asekuracja i formalizm staje po przeciwnej stronie, niż zdrowy rozsądek. Jeśli w starciu tych dwóch sił wygrywa asekuracja, wizerunek instytucji finansowej może ucierpieć. W mBanku wynik meczu prawnicy kontra zdrowy rozsądek wynosi 1:1. Mam nadzieję, że zdrowy rozsądek, który gra tu na wyjeździe (bo nie można zapominać, że mBank jest częścią grupy bankowej zależnej od niemieckiego inwestora, nie ceniącego wysoko ułańskiej fantazji) na dłużej przejmie kontrolę nad sytuacją w mBanku.

      Czytaj też: Porąbana reklama mBanku

      Czytaj też: ROR-off, czyli mBank idzie na wojnę

      Czytaj też: Bolesne rozstanie z mBankiem

      A teraz, dla rozluźnienia atmosfery (wiem, wcale nie była napięta, ale jak będzie jeszcze bardziej luźna to też nic się nie stanie)...

      Niebo i piekło

      Tłumacząc na język polski to, co ten gość na napisane na koszulce, można powiedzieć, że niebo jest tam, gdzie policjantami są Brytyjczycy, szefami Włosi, mechanikami Niemcy, kochankami Francuzi, a wszystko to est zorganizowane przez Szwajcarów. A piekło jest wtedy kiedy policjantami są Niemcy, szefami Brytyjczycy, mechanikami Francuzi, kochankami Szwajcarzy, a wszystko organizują Włosi. Dziwne, ale o prawnikach nic tu nie ma...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „mBank: prawnicy-zdrowy rozsądek 1:1”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2009 07:48
  • niedziela, 29 listopada 2009
    • Chcesz zmienić konto? Bądź królikiem doświadczalnym i poproś bank o pomoc

      Od nowego roku ma być łatwiej przenieść konto bankowe do konkurencji. Banki będą musiały wprowadzić regulacje Unii Europejskiej, która nakazuje "nowemu" bankowi wyręczanie klientów w skomplikowanej operacji przenoszenia salda, kart, debetów, zleceń stałych, poleceń zapłaty i innych usług połączonych z ROR-em. Wszystko ma zająć najwyżej tydzień.

      W Polsce konto bankowe rocznie zmienia 300-350 tys. osób, czyli tylko 1% wszystkich klientów banków.  Ta liczba ma się nijak do liczby osób, które nie są zadowolone ze swojego banku. Jednym trudno rozstać się ze znanym już sobie systemem bankowości elektronicznej, inni cenią sobie bliskość placówki danego banku. Poza tym przenoszenie konta bankowego to droga przez mękę: trzeba zamknąć karty, pokryć debety, przenieść zlecenia stałe, zawiadomić pracodawcę o zmianie numeru rachunku. To kosztuje dużo czasu. Więc ludzie płaczą i płacą za konto w banku, z którego nie są zadowoleni.

      Czytaj też: w Brukseli nie zrozumieli 66% taryf opłat i prowizji

      Czy nowe regulacje to zmienią? Przychylam się do opinii Mateusza Morawieckiego, prezesa BZ WBK, który uważa, że żadnej rewolucji nie będzie. Może liczba osób zmieniających konto wzrośnie do 400-450 tys., ale  to nadal będzie kropla w morzu ROR-ów.

      Operacja zmiany konta, nawet jeśli wszystkie formalności weźmie na siebie bank przyjmujący klienta, i tak pozostanie skomplikowana. Nie da się uniknąć problemu związanego z oddaniem jednej i wydaniem drugiej karty. Nie wiadomo czy nowy bank będzie chciał przejąć bez zastrzeżeń limity kredytowe i karty kredytowe klienta. Jeśli nie - trzeba je będzie spłacić zamykając stary ROR.

      Przenoszenie zdefiniowanych do konta numerów rachunków kontrahentów (np. firmy telekomunikacyjnej, dostawcy prądu lub gazu) też nie zawsze będzie przeprowadzona z automatu. Większość banków chce to robić ręcznie, przyjmując od klienta przedyktowane numery kont i kwoty zleceń. Te banki, które używają automatycznych programów do transferu danych, zapewnie nie ustrzegą się błędów przy konwersji mnóstwa cyferek.

      Niezależnie od ogólnego sceptycyzmu cieszę się, że taka regulacja wchodzi do gry. Nawet jeśli skorzysta z niej niewiele osób, banki będą musiały rozbudować swoje procedury "opieki" nad klientem. Może po kilku miesiącach obowiązywania nowych procedur, kiedy ścieżki międzybankowe się utrą, przeniesienie konta rzeczywiście nie będzie już takim problemem, jak dziś?

      Zresztą niektóre polskie banki deklarują, że już dziś są przygotowane do sprawnego przyjmowania klientów konkurencji. mBank od poniedziałku udostępnił w swoim serwisie funkcję przenoszenia danych o odbiorcach przelewów. Użytkownik konta  „wrzuca" do systemu mBanku plik komputerowy z historią poprzedniego rachunku (udostępniony przez "stary" bank np. w formacie .csv albo .xls). A system sam odszukuje w tym pliku dane odbiorców przelewów i definiuje je na nowo w mBanku. To część  akcji ROR-off, którą mBank prowadzi od kilku miesięcy

      W Multibanku oraz BZ WBK też są gotowi do przejmowania klientów od konkurencji. Ale tu przenoszenie rachunków odbywa się bardziej tradycyjnie - pracownik infolinii definiuje za klienta wszystkie stałe zlecenia i przelewy, które ten przedyktuje przez telefon, na podstawie wydruków ze starego konta.

      A w Raiffeisen Banku przyjmą od klientów dane o odbiorcach przelewów w dowolnej formie: za pomocą faksu, telefonu, e-maila. Można się też umówić tak, że pracownik banku oddzwoni o wskazanej godzinie, gdy klient będzie miał przy sobie potrzebne dokumenty. Raiffeisen przygotuje też i wyśle do klienta lub bezpośrednio do jego pracodawcy pismo z prośbą, by ten przekierował wynagrodzenie klienta na nowe konto w Raiffeisenie.

      A po Nowym Roku każdy bank, który przyjmie klienta konkurencji, będzie też musiał sam doprowadzić do zamknięcia jego poprzedniego konta. Bardzo jestem ciekaw, czy nie pojawią się przypadki takie jak ten, który swego czasu opisywałem - że klientka woziła się z zamknięciem konta bodaj pół roku, bo bank jakoś nie chciał jej wypuścić ze swoich szponów.

      Czytaj też o wiecznie nieczynnych wpłatomatach

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz zmienić konto? Bądź królikiem doświadczalnym i poproś bank o pomoc”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 listopada 2009 11:09
  • sobota, 28 listopada 2009
    • Prezes PKO BP obiecał: w moim banku nie będzie ofert z gwiazdkami! A inni?

      Zbigniew Jagiełło, nowy szef PKO BP, największego polskiego banku, zadeklarował na łamach „Gazety Wyborczej", że będzie unikał prezentowania klientom ofert „z gwiazdkami" i haczykami. To niezwykle ważna obietnica. Na łamach "Wyborczej" zaapelowałem w piątek, by podobną obietnicę złożyli klientom szefowie pozostałych banków. Pełną wersję mojego apelu (niestety w papierze nie zmieścił się cały tekst) znajdziecie poniżej.

      Deklaracja bezwzględnej uczciwości w komunikowaniu się z klientami to w ustach prezesów banków prawdziwa rzadkość. Bankowcy na całym świecie - także w Polsce - są przecież wynagradzani od wzrostu zysków, wartości założonych lokat, udzielonych kredytów, liczby nowych ROR-ów. Pogoń za klientem i jego pieniędzmi sprawia, że w reklamach aż roi się od gwiazdek, niedomówień, pułapek i haczyków. Od prawie trzech lat opisuję je co tydzień w rubryce „Prześwietlamy reklamy".

      A jednak Zbigniew Jagiełło, który od niespełna dwóch miesięcy szefuje największemu polskiemu bankowi - PKO BP - odważył się na łamach wczorajszej „Gazety Wyborczej" złożyć klientom taką deklarację uczciwości. - Będę się starał, by bank posługiwał się jak najbardziej czytelnymi komunikatami. I żeby był przejrzysty w komunikacji z klientami tak bardzo, jak to tylko jest możliwe - powiedział nam Jagiełło.

      To szalenie ważna deklaracja. Nie tylko dlatego, że zabrzmiała w ustach prezesa nie jakiegoś-tam banku regionalnego, lecz giganta, który obsługuje 7,5 mln klientów. Również dlatego, że PKO BP to lider, który z racji swojej pozycji rynkowej może i powinien wyznaczać standardy na całym rynku.

      Do tej pory niestety tego nie robił. Wręcz przeciwnie, zdarzało mu się psuć rynek. Za emitowaną w zeszłym roku reklamę „Max Lokaty", która obiecywała 10,5 proc. zysku, a tak naprawdę dawała klientom mniej, bank był nawet ścigany przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. A i dziś możemy oglądać w telewizji reklamówki „Max Pożyczki Mini Raty", której oficjalne oprocentowanie wynosi 6,99 proc., zaś tak naprawdę, biorąc pod uwagę opłaty, prowizje, odsetki, składki ubezpieczeniowe, klient odda bankowi grubo ponad 20 proc. więcej, niż pożyczył. Więcej na ten temat opowiadam w jednym z odcinków wideo "Prześwietlamy reklamy".

      Oczywiście nie tylko PKO BP stosuje takie sztuczki. Odkąd zajmuję się w „Gazecie" prześwietlaniem reklam, mógłbym wymieniać podobnych przykładów na pęczki: oprocentowanie lokat wysokie, ale ważne tylko przy bardzo wysokiej kwocie wpłaty. Darmowe konto, do którego trzeba wykupić płatną kartę. Niby-atrakcyjna pożyczka konsolidacyjna, kredyt tani, ale tylko przez pierwszy rok, tylko dla niskiej pożyczanej kwoty i pod warunkiem przeniesienia do banku wszystkich swoich rozliczeń. I tanie ubezpieczenie samochodu za 270 zł, dostępne tylko dla klienta, który ma prawo jazdy od 20 lat i w życiu nie miał żadnej stłuczki.

      Ufam, że po deklaracji prezesa Jagiełły sztuczki ewidentnie wprowadzające klientów w błąd znikną z arsenału banku PKO BP. To już będzie dużo, bo w tym banku ma konto, kartę lub kredyt co piąty z nas. Ale wierzę też, że głos szefa PKO BP skłoni do refleksji innych menedżerów. Zwłaszcza, że deklaracja Jagiełły jest już drugą taką w ostatnim czasie.

      W lipcu o opamiętanie apelował do swoich kolegów-bankowców szef ING Banku Śląskiego Brunon Bartkiewicz. „Wiadomości, które przekazujemy klientowi, my jako sektor bankowy są często źle sformułowane. Banki nie informują a wprowadzają w błąd. Dlatego mówię, dość manipulowania klientami. Dość. Wystarczy" - mówił Bartkiewicz w wywiadzie dla „Pulsu Biznesu".

      Dziś klientom banków nie wystarczają już puste slogany obiecujące, że dana instytucja finansowa jest przyjazna, a jej pracownicy to chodzące anioły. „Po prostu po ludzku", „Co jeszcze możemy dla ciebie zrobić?", „Wyższa kultura bankowości", „Inwestujemy w relacje" - to tylko niektóre z takich haseł. Oczekujemy nie tylko przyjazności, ale też przejrzystości oferty i uczciwości w jej przedstawieniu.

      Z wrześniowych badań PBS DGA i agencji OnBoard wynika, że tylko 1 proc. Polaków uważa, iż lekarstwem na brak zaufania klientów do banków byłoby pobieranie niższych opłat czy obniżenie oprocentowania kredytów. Dla ogromnej większości pytanych ważniejszy jest sposób w jaki banki informują o opłatach i prowizjach, niż ich wysokość. Ciekawe prawda? Polacy uważają, że bank może być nawet drogi, byleby otwarcie informował o wysokości opłat i tłumaczył z czego one wynikają.

      Apeluję do szefów polskich banków: weźcie przykład ze Zbigniewa Jagiełły i obiecajcie klientom, że będziecie grali wobec nich fair. A potem zróbcie wszystko, by te obietnice spełnić. Na Wasze deklaracje czekam już od dzisiaj. Zanim je złożycie, możecie sobie zanucić ten świetny kawałek Gnals Barkley, znany w Polsce głównie dzięki temu, że stał się tłem... tak tak, właśnie reklamówek tej słynnej "Max Pożyczki" PKO BP.

      Czytaj też: Wcisnąć drogą pozyczkę i zapomnieć: to sposób na kryzys

      Czytaj też: W Brukseli nie zrozumieli dwóch trzecich bankowych tabel prowizji

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Prezes PKO BP obiecał: w moim banku nie będzie ofert z gwiazdkami! A inni?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 listopada 2009 23:02
  • piątek, 27 listopada 2009
    • Komu Kredyt Bank spełni marzenia?

      W bankach zaczynają się świąteczne żniwa kredytowe. Pewne jest, że szybkie pożyczki w tym roku nie będą ani tanie, ani łatwo dostępne dla każdego. W bankach już straszą bowiem rezerwy z tytułu nie spłaconych kredytów lekkomyślnie rozdanych przez finansistów w niedalekiej przeszłości. Ale zimowe kampanie kredytowe tak czy owak ruszają, bo kredyty gotówkowe niezmiennie pozostają dla bankowców jednym z najbardziej dochodowych produktów.

      Mam dla Was ciekawe porównanie. Poniżej zobaczycie jak wygląda taka świąteczna kampania kredytów gotówkowych widziana oczami szefów banku, którzy wysyłają do dziennikarzy optymistyczne komunikaty wojenn... tfu, prasowe oraz oczami szeregowego pracownika, czyli przysłowiowego mięsa armatniego, wykorzystywanego w bankowych bataliach.

      Najpierw generałowie. W informacji zatytułowanej "Kredyt na spełnianie marzeń" piszą tak: Aż 15 dni potrwa świąteczny „Happy Week” w Kredyt Banku – kolejna promocja kredytu gotówkowego, który teraz jest dostępny bez prowizji. (...) Oferta przeznaczona jest dla dotychczasowych i nowych klientów banku. Warunkiem skorzystania z promocyjnego kredytu jest posiadanie Ekstrakonta. Klienci, którzy założą taki rachunek, przez trzy miesiące nie będą płacili za jego prowadzenie.

      - Spodziewamy się znacznego zainteresowania tą ofertą, szczególnie teraz w okresie przedświątecznym. Dla wielu osób taka szybka gotówka to często jedyny sposób na sfinansowanie świątecznych zakupów, zwłaszcza prezentów dla bliskich, a tym samym spełnienie ich marzeń – powiedziała Anna Dąbkowska z departamentu bankowości detalicznej Kredyt Banku (...).

      Promocja kredytu prowadzona jest pod hasłem „Wyślij Świętego Mikołaja na wakacje” w radiu i Internecie. W wybranych miastach bank zdecydował się także na reklamę zewnętrzną w środkach komunikacji miejskiej na uchwytach. Dodatkowo reklama będzie prezentowana na ekranach LCD w wagonach warszawskiego metra.

      Tyle generałowie. A teraz punkt widzenia mięsa armatniego. Cytaty pochodzą z listu, który dostałem kilka dni temu od jednej z pracownic Kredyt Banku:

      To jak traktuje się tutaj pracownika jest nawet trudne do napisania. Co chwilę zarządzają jakąś nową akcję polegającą na sprzedaży po kolei wszystkiego. A to konta, a to funduszu, a to karty, limitów debetowych, kredytów... Obecnie trwa akcja: kredyt gotówkowy. Każdy z nas musi wykonać 20 telefonów dziennie, odnotować rezultat i sprzedać oczywiście jak najwięcej kredytów. A to wszystko poza normalną pracą. Czasami bywają takie dni, ze klient przychodzi za klientem. Nawet nie ma kiedy zjeść śniadania (naprawdę!). A wykonać 20 telefonów  i odnotować w specjalnym systemie, który chodzi jak żółw?

      Nie mogę chorować, bo nikt nie ma czasu na obsługę mojego klienta. Urlop to tylko stres. Najpierw wszystko trzeba zrobić, a więc praca po godzinach, żeby móc zostawić kolegom porządek, a powrót z urlopu to istny horror. Plan miesięczny dla każdego taki sam i nikogo nie obchodzi kiedy się go zrobi. Tak naprawdę to plan na oddział podzielony na pracowników. Wracającego z urlopu wita sterta papierów do zrobienia, które zostawiają klienci urlopowicza, a którymi nikt nie ma czasu się zająć, bo ma swoje.

      Najgorsze jest to, że to się nigdy nie skończy. Mamy nad sobą taką wielką czapę, na którą musimy pracować, czyli bardzo dobrze opłacaną rzeszę poganiaczy. Gazety litują się nad panią z Biedronki, że nie ma czasu iść do toalety, a nad nami, pracownikami wielkich banków, nikt się nie pochyli. Nie podoba się to won, przyjdą inni chętni do pracy, którym zapłaci się grosze.

      Codzienne trzeba zdawać raporty co i ile się sprzedało. I na dodatek musimy wymyślać pomysły jak sprzedać wszystko po kolei. Jak nie wymyślimy to dostajemy e-maile, że np. jesteśmy mało kreatywni. A kreatywność naszych zarządzających polega na wymyśleniu: jak tu przycisnąć pracownika, żeby ani zipnął. A najlepszym pomysłem jest rozkaz wydany przez dyrektora pt. "wykonać kilkadziesiąt telefonów do klientów". I dzwonimy, prosimy klienta, żeby coś wziął, bo inaczej nas zwolnią. To jest profesjonalizm pracownika banku (...)

      I co powiecie? Może to tylko podkolorowane wynurzenia sfrustrowanego pracownika, który sobie nie radzi, bo się zwyczajnie do tej pracy nie nadaje. Ale może rzeczywiście los liniowego doradcy klienta wygląda tak, jak opisuje to moja czytelniczka? Prawda, jak to zwykle bywa, pewnie leży po środku. Tak czy owak z tych dwóch relacji bije po oczach dysonans pomiędzy radosnym i bojowym tonem komunikatów o kolejnej kampanii kredytowej, wysyłanych z centrali oraz dużo mniej radosnym obrazem rozpaczliwej walki o przetrwanie na pierwszej linii frontu, który wyłania się z listu pracownicy. Pouczające, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Komu Kredyt Bank spełni marzenia?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 listopada 2009 16:52
  • czwartek, 26 listopada 2009
    • Karciane nowinki z Paryża: plastik zamiast biletów i stosu drobnych w portfelu

      W zeszłym tygodniu miałem okazję odwiedzić targi Cartes w Paryżu. To największe na świecie spotkanie  poświęcone technologiom związanym z kartami płatniczymi. Nie pisałem nic na ten temat bieżąco, bo musiałem uporządkować sobie w głowie te wszystkie nowinki, które w przeważającej mierze, z punktu widzenia mieszkańców pięknego kraju nad Wisłą, można niestety traktować niczym bajki o żelaznym wilku.

      Targi Cartes 2009, Paryż

      Przekazy pieniężne na drugi koniec świata dokonywane w ciągu jednej sekundy, za pomocą telefonu komórkowego, biometryczne (czyli wykorzystujące linie papilarne) systemy zabezpieczeń danych, najróżniejsze systemy do wprowadzenia e-administracji (czyli do załatwiania spraw urzędowych za pomocą "inteligentnych" kart i internetu)...  Poniżej zdjęcie najnowszego dysku USB, do którego można się dostać tylko za pomocą identyfikacji biometrycznej

      USB z identyfikacją biometryczną

      Ze spraw bliższych normalnemu człowiekowi widziałem np. maszyny do produkowania kart płatniczych. Nikt mi teraz nie wmówi, że na nową kartę muszę czekać np. tydzień, bo szybciej wydać się jej nie da - widziałem na własne oczy, że tzw. personalizacja trwa tylko chwilę. Karciana aparatura wygląda trochę jak pojazd kosmiczny, albo kapsuła do hibernacji. Zresztą zobaczcie sami:

      Urządzenie do personalizacji kart

      Co mnie najbardziej zainteresowało? Możliwość zastosowania karty płatniczej - pod warunkiem, że ma czipa i jest przystosowana do technologii zbliżeniowej - do płacenia za usługi komunikacji miejskiej. Czyli w autobusie, tramwaju, na parkingu miejskim, w metrze. Każdy dziennikarz akredytowany przy konferencji mógł na własnej skórze tę możliwość przetestować - organizatorzy wyposażyli przedstawicieli mediów w kartę z trzydniowym biletem komunikacji miejskiej, ważnym we wszystkich paryskich autobusach, metrze i kolejce podmiejskiej. Kurczę, to naprawdę wygodne nie martwić się o bilety i drobne w portfelu.

      I to już nie są bajki o żelaznym wilku. Na paryskich targach MasterCard poinformował, że wspólnie z Banque Postale (francuski odpowiednik naszego Banku Pocztowego) uruchomi możliwość płacenia kartami zbliżeniowymi za bilety w paryskich autobusach, metrze i podmiejskiej kolejce.

      Testy nowego rozwiązania zaczną się już na początku 2010 r., a jego wprowadzenie na dużą skalę jest przewidywane na drugą połowę przyszłego roku. Klienci La Banque Postale nie będą musieli kupować biletów na przejazd. Wystarczy że wchodząc do metra lub autobusu zbliżą swoją kartę bankową Mastercard do czytnika i tym sposobem wykupią wirtualny „bilet" według taryfy zdefiniowanej wcześniej samodzielnie w serwisie internetowym banku lub w placówce. Podobne rozwiązanie MasterCard wprowadza też w komunikacji miejskiej w Liverpoolu.

      Umożliwienie klientom banków płacenia kartami zbliżeniowymi w transporcie publicznym to dla wydawców kart priorytet, bo autobusy, tramwaje, metro i kolejki podmiejskie to ta kategoria usług, z której korzysta najwięcej posiadaczy kart. Póki banki wydawały głównie karty z paskiem magnetycznym, zastosowanie szybkich płatności za bilety nie było możliwe. Dopiero czipy i technologia zbliżeniowa zaczęły rewolucję.

      Karta Pay-Pass MasterCard

      Upowszechnienie płatności za bilety komunikacji miejskiej kartami bankowymi spowoduje, że ludzie zaczną traktować plastikowy pieniądz zupełnie inaczej. Nie tylko jak kartę, ale jak przedłużenie portfela. Jak wyliczyła Visa, dziś aż 90% transakcji płatniczych w Europie, dokonywanych na kwotę poniżej 15 euro (50 zł) ma charakter gotówkowy. W sumie Europejczycy używają karty do zaledwie co piątej transakcji płatniczej.

      Następnym krokiem będzie skupienie w ramach bankowej karty płatniczej także innych funkcjonalności: nie tylko płacenia za przejazd autobusem, ale też "nabijania" na nie zniżek studenckich, ulg uprawniających do wstępu do muzeów, darmowych usług dla emerytów, programów lojalnościowych, kart wstępu na stadiony itp.

      U nas z jakichś 30 mln kart bankowych tylko 200 tys. stanowią te najnowocześniejsze - z czipem i technologią zbliżeniową. Terminale umozliwiające płacenie kartą za małe zakupy bez wbijania PIN-u mają u siebie tylko nieliczne sieci detaliczne, np. McDonalds, Coffe Haeven, taksówki Wawa Taxi itp. Nieprędko więc zamiast dziesięciu różnych kart abonamentowych, rabatowych, lojalnościowych i stosu biletów jednorazowych zaczniemy używać jednej karty płatniczej.

      Ale jestem przekonany, że pierwszy polski bank, który pozwoli swoim klientom zamienić wszystkie karty na jedną, a przy okazji pomoże im wyrzucić z portfela niepotrzebne grosiaki, osiągnie gigantyczną przewagę konkurencyjną.

      Czytaj też: Karty płatnicze? To jest diabelskie... i diabelsko drogie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Karciane nowinki z Paryża: plastik zamiast biletów i stosu drobnych w portfelu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 listopada 2009 21:40
    • Nowy pomysł na promocję nowoczesnych kart. Darmowa kawa od MasterCarda

      Polacy wciąż wolą wypłacać pieniądze z bankomatów, niż pozbyć się z portfela gotówki i używać w sklepach przede wszystkim kart płatniczych. Chociaż liczba transakcji kartami w punktach handlowych rośnie szybciej, niż liczba wypłat z bankomatów, to jednak tych ostatnich jest wciąż grubo ponad połowa.

      Nie mam wątpliwości: pozostanie tak do czasu, póki chlebem powszednim w naszych kieszeniach nie staną się karty z wbudowaną technologią zbliżeniową, którymi będzie można szybko i wygodnie zapłacić nawet za małe zakupy. Podobno aż 90% wszystkich transakcji dokonywanych przez obywateli w Unii Europejskiej opiewa na stosunkowo małe kwoty.

      Stąd bierze się po części popularność gotówki (choć nie można nie doceniać też wysokich opłat, jakich żądają banki od handlowców, o czym przeczytacie tutaj i tutaj). Tradycyjna płatność kartą (z jej włożeniem do terminala, wpisaniem PIN-u lub złożeniem podpisu) jest jednak nieco bardziej skomplikowana, niż wyjęcie z portfela drobnych.

      Na razie nowoczesne karty, mające nie tylko czip (obok paska magnetycznego - szkoda, że nie zamiast niego...), ale też potrafiące zatwierdzać małe transakcje (do 50 zł) poprzez zwykłe zbliżenie karty do czytnika (bez kontaktu z terminalem) wydaje tylko kilka banków: BZ WBK, Alior, ING Śląski, a od niedawna mBank. Ich posiadacze mogą się czuć wyróżnieni, ale ciekaw jestem, czy ze swoich nowoczesnych kart korzystają rzeczywiście dużo częściej, niż posiadacze zwykłych plastików. Takie zbliżeniowe cudo - w tym przypadku ze stajni Alior Banku - wygląda tak:

      karta MasterCard PayPass Alior Banku

      Dobrze, że wydawcy nowoczesnych kart zbliżeniowych nie zapominają o przyzwyczajaniu klientów do ich większej użyteczności. Gruszek w popiele nie zasypuje zwłaszcza MasterCard, który na polskim rynku jest liderem w kartach zbliżeniowych. MasterCard dogadał się ostatnio z siecią McDonald's nie tylko co do tego, że w jej restauracjach zainstalowano terminale pozwalające na obsługę kart zbliżeniowych. Od poniedziałku do końca stycznia klienci, którzy zapłacą za zakupy taką kartą dostaną u McDonald'sa darmową kawę lub deser.

      Sam MasterCard przyznaje, że to największa jak dotąd akcja popularyzująca jego karty zbliżeniowe (ich pełna nazwa brzmi MasterCard PayPass). To bardzo dobry pomysł. Im więcej bonusów będą mogli dostać posiadacze kart zbliżeniowych, tym chętniej będą ograniczali ilość gotówki w portfelu i przechodzili na płatności bezgotówkowe, nawet przy małych transakcjach. Oby tylko terminali do obsługi takich kart również było coraz więcej. Piszę o tym tutaj.

      A im bardziej aktywni będą ci klienci, tym większa będzie presja na banki technologicznie zacofane, które kart z funkcją zbliżeniową nie wydają. Jeśli okaże się, że klienci mający nowoczesne karty, z czipem i PayPass'em, używają swoich plastików np.  dwa razy częściej i generują np. o 30% wyższe obroty, to banki ochoczo zaczną się unowocześniać i masowo wydawać klientom karty z nową technologią.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł na promocję nowoczesnych kart. Darmowa kawa od MasterCarda”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 listopada 2009 10:18
  • środa, 25 listopada 2009
    • Wiecznie nieczynne wpłatomaty, czyli Multibank walczy z nadpłynnością

      W ostatni weekend poczułem gwałtowną potrzebę zasilenia gotówką mojego konta w Multibanku. Mam alergię na gotówkę, więc wszystkie banknoty, które mają narysowane więcej, niż jedno zero, staram się zamieniać na elektroniczne zapisy na koncie osobistym. Oczywiście nie chodzę w tym celu do oddziałów, nie stoję w kolejkach, tylko korzystam z wpłatomatów, których sieć Multibank ma rozwiniętą jak chyba żaden bank w Polsce. Odkąd Multibank udostępnił swoim klientom urządzenia siostrzanego mBanku, gotówkę można samoobsługowo wpłacać na konto w 200 wpłatomatach w Polsce.

      Co z tego, skoro coraz częściej są one wyłączone? Ostatnio właśnie na mnie trafiło. Gotówkę do Multibanku usiłuję wpłacić już od soboty i przez cztery długie dni nie udało mi się trafić na urządzenie, które łaskawie by mnie obsłużyło. Pechowo tak się składa, że albo przychodzę za wcześnie, albo za późno, albo w weekend i z ręcznej wpłaty w oddziale też skorzystać nie mogę. Ani nawet nikogo opieprzyć. Czytam tylko na terminalach do wpłaty gotówki, że „urządzenie nieczynne".

      W sobotę usiłowałem wpłacić gotówkę w warszawskim centrum handlowym Arkadia - nieczynne. W niedzielę w oddziale przy ul. Kijowskiej - nieczynne. We wtorek rano przy ul. Puławskiej - też nieczynne.

      Oddział Multibanku

      Awaria? Konserwacja? Na stronie internetowej Multibanku nie ma na ten temat ani słowa. Więc może po prostu komuś nie chce się włączyć maszyny do prądu? Też niemożliwe, bo przecież napisy w terminalu się pokazują (że nieczynne). Wygląda na to, że Multibank postanowił walczyć z nadpłynnością swojego bilansu lub aktywniej zarządzać gotówką. Jeśli gotówki w kasie ma za dużo, po prostu zamyka wpłatomaty, żeby cholerni klienci nie przynosili tego papierowego badziewia, którego nie ma gdzie trzymać i wszędzie się potem wala. Przecież sejfy też kosztują.

      Zadzwoniłem do rzecznika Multibanku, żeby potwierdzić hipotezę o nowej polityce zarządzania płynnością przez bank. Rzecznik wyprowadził mnie z błędu, powiedział, że najbardziej prawdopodobna przyczyna wyłączenia wpłatomatów to... ich przeładowanie gotówką. Czy to kasety na pieniążki są za małe, czy klienci wpłacają więcej banknotów, niż spodziewają się ludzie odpowiadający w Multibanku za zarządzanie wpłatomatami?

      Jeśli w grę wchodzi ta druga ewentualność, to oznacza, że bank padł ofiarą własnej nowoczesności. Przyzwyczaił klientów, by wszędzie płacili kartą, porozstawiał w całej Polsce wpłatomaty, żeby ludzie pozbyli się z portfeli gotówki, nie robiąc przy tym kolejek w oddziałach i... się zatkał. Transfer gotówki jest drogi, a bank tnie koszty, więc pewnie ogranicza częstotliwość konwojów. Wpłatomatów jest coraz więcej, ekip do ich rozładowywania pewnie tyle ile było kiedyś albo mniej. I klapa.

      Miało być fajnie i nowocześnie, a wyszło jak zwykle. A ja dziś znów podejmę bohaterską próbę wpłacenia gotówki na moje konto w Multibanku. Trzymajcie kciuki! Może wreszcie się uda?...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Wiecznie nieczynne wpłatomaty, czyli Multibank walczy z nadpłynnością”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2009 13:32
  • wtorek, 24 listopada 2009
    • Z Pekao odchodzi Jan Krzysztof Bielecki, ikona konserwatywnej szkoły bankowej

      Z Banku Pekao odchodzi Jan Krzysztof Bielecki, były premier i chyba najbardziej rozpoznawalny prezes banku w Polsce. Bankiem z żubrem w logo rządził od prawie sześciu lat. Bielecki zrezygnował ze stanowiska na kilka miesięcy przed końcem kadencji swojego zarządu. Razem z prezesurą Pekao odda też wszystkie funkcje, które sprawował we włoskiej grupie UniCredit, której częścią jest Bank Pekao.

      To już kolejny prezes wielkiego banku, który opuszcza swój stołek. Jesienią zeszłego roku z PKO BP musiał odejść Jerzy Pruski, skonfliktowany z radą nadzorczą. Kilka tygodni temu ING Bank Śląski został z kolei osierocony przez prezesa Brunona Bartkiewicza,  który awansował na szefa bankowości internetowej ING w całej Europie

      Czy odejście Bieleckiego to efekt wojny o władzę nad bankiem, którą od kilkunastu miesięcy toczył z nim podobno jego najbliższy współpracownik Luigi Lovaglio? Nie można tego wykluczyć, choć publicznie obaj panowie deklarują wielką przyjaźń i nikt nie widział ich poróżnionych. Ale nie od dziś wiadomo, że Lovaglio ma ogromne ambicje, a niektórzy mówili, że choć jest „tylko" dyrektorem generalnym, to on tak naprawdę rządzi Bankiem Pekao.

      Pozycja prezesa Bieleckiego w grupie UniCredit była do tej pory zbyt silna, by Lovaglio mógł go usunąć w cień, ale Bieleckiego mogła zmęczyć wojna podjazdowa. Drugi hipotetyczny powód rozstania Bieleckiego z Pekao to możliwość jego powrotu do polityki. W Platformie Obywatelskiej słychać głosy, że były premier mógłby znów pokierować rządem, gdyby Donald Tusk przeniósł się do Pałacu Prezydenckiego. Trzecia hipoteza zakłada, że Bielecki mógł dostać ofertę prawcy w jakiejś wielkiej, międzynarodowej instytucji finansowej.

      Dla Pekao odejście Bieleckiego to koniec pewnej ery. Do banku z żubrem w logo przyszedł z londyńskiej centrali EBOiR, miał więc solidne doświadczenie w bankowości. Ale długo wydawało się, że pod jego rządami Pekao rozwija się zbyt wolno, że prezesowi brakuje dynamiki, że nie ma determinacji, by gonić uciekający rynek. Konkurencja rosła szybciej, niż Pekao.

      Ale kiedy przyszedł kryzys okazało się, że to Bielecki miał rację. Konserwatywna szkoła bankowa, którą odebrał w Londynie nauczyła go ostrożności i unikania ryzyka. Pekao nie brał udziału w wojnie na oprocentowanie depozytów, nie rozdawał kredytów gotówkowych komu popadło, nie wprowadził do oferty banku kredytów walutowych, przez co długo tracił udział w rynku kredytowym. A firmom nie rozdawał opcji walutowych, które inne banki oferowały przedsiębiorcom bez umiaru.

      W efekcie, gdy Millennium ma straty z tytułu nierentownych kredytów hipotecznych, gdy BRE Bank nie może sobie poradzić z rezerwami na złe kredyty, gwiazda Pekao świeci pełnym blaskiem. O ile Luigi Lovaglio sprawił, że Pekao jest jednym z najbardziej efektywnych banków w Polsce, o tyle zasługą Bieleckiego jest to, że Pekao nie dotknął kryzys finansowy i bank nadal generuje ogromne zyski. Że w pogoni za zyskami nie podjął ryzyka, które dziś mogłoby mu się odbić czkawką.

      Co się odchodzącemu prezesowi nie udało? Choć Bielecki przeprowadził Pekao przez skomplikowany proces fuzji z większością majątku BPH, to jego szefowie z UniCredit mogli być niezadowoleni, że Bieleckiemu nie udało się wynegocjować z rządem Kazimierza Marcinkiewicza przejęcia całego BPH.

      Poza tym ta fuzja - największa w historii polskiej bankowości - chyba nie przyniosła bankowi z żubrem w logo oczekiwanych korzyści. Wydawało się, że Pekao w cuglach prześcignie PKO BP i stanie się największym bankiem w Polsce. Nie udało się. To PKO BP, choć bank nie ma żadnej strategii, a jego prezesi zmieniają się niemal co roku, wciąż ma więcej kredytów, depozytów, kont. Pekao wygrywa tylko pod względem wartości rynkowej. Bieleckiemu nie udało się stworzyć największego banku w Polsce.

      Pewną skazą na wizerunku odchodzącego prezesa Pekao może być też pamiętna afera Katarzyny Niezgody, która długo uprawiała pod skrzydłami Bieleckiego i pozostałych członków zarządu Pekao wątpliwy etycznie proceder zlecania kontraktów szkoleniowych firmie związanej z jej życiowym partnerem Tomaszem Kammelem.

      Generalnie jednak bilans rządów Bieleckiego w Banku Pekao musi być pozytywny. Kryzys finansowy zweryfikował strategie wszystkich banków działających na polskim rynku. Strategia Pekao, pod hasłem zrównoważonego rozwoju, nigdy nie była spektakularna, ale okazała się skuteczna. Bank po trzech kwartałach ma 1,8 mld zł czystego zysku. Rok temu miał 2,8 mld zł, ale i tak jest to jeden z najmniejszych spadków rentowności wśród polskich banków.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Z Pekao odchodzi Jan Krzysztof Bielecki, ikona konserwatywnej szkoły bankowej”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 listopada 2009 20:35
  • poniedziałek, 23 listopada 2009
    • W Liberty Direct poprawili reklamówki: nie obiecują już gruszek na wierzbie

      Od kilku tygodni w telewizji możemy oglądać dwie nowe reklamówki amerykańskiej firmy ubezpieczeniowej Liberty Direct. To ten ubezpieczyciel, którego twarzą na początku był konferansjer Mariusz Max Kolonko. Od dłuższego czasu jednak Liberty Direct zrezygnowało z Kolonki (to chyba dobry krok, bo coraz częściej stawał się on przedmiotem żartów i kpin, a to słaby kontekst dla reklam tak powaznych rzeczy jak ubezpieczenia). Teraz polisy Liberty Direct reklamują tzw. idealni klienci z ulicy.

      Ostatnio są nimi: a) pan Rafał z Warszawy, któremu kończyło się ubezpieczenie, więc usiadł sobie w ogródku jednej z knajpek na warszawskiej Starówce, otworzył laptopa, wszedł na stronę internetową Liberty Direct, wypełnił formularz i... na samym OC zaoszczędził 350 zł; b) pan Paweł, też z Warszawy, właściciel skody octavii z 2006 r., który na pakiecie OC i AC oszczędził ponad 450 zł. Na dole ekranu widać cenę ubezpieczenia - 1250 zł.

      Rzeczywiście niedużo, ale pan Paweł ma prawo jazdy od 10 lat i - prawdopodobnie, bo tego już reklama nie podaje - w życiu nie miał żadnej stłuczki, auto garażuje i mało go używa i w ogóle jest chodzącym ideałem komunikacyjnym. Jeden ze spotów możecie obejrzeć poniżej:

      Nie przepadam za reklamówkami odwołującymi się do konkretnych kierowców, specjalnie tak dobranych, żeby można było pokazać niską cenę polisy. Ale muszę przyznać, że w porównaniu z poprzednimi kampaniami Liberty Direct ta nowa jest już bardziej etyczna. Czyżby to efekt cyklu „Prześwietlamy Reklamy", w którym zdarzyło mi się kilka razy krytykować oszukańcze reklamówki firm ubezpieczeniowych?

      Jeszcze kilka miesięcy temu pani „przebrana" za Statuę Wolności, która jest stałym elementem reklamówek Liberty Direct, obiecywała bez żenady: „możesz zaoszczędzić nawet do 30%". A na ekranie pojawiał się ogromny napis: „OC i AC do 30% taniej". Nie pisali od czego taniej, bo pewnie sami tego nie wiedzieli. Ale wrażenie powstawało takie, jak być powinno: Liberty Direct = 30% taniej. Ot, taka manipulacja. Zresztą zobaczcie:

      Dziś ta sama pani mówi już tylko: „Wejdź na Liberty Direct.pl i sprawdź składkę, a możesz oszczędzić. Takie mamy standardy". Jeśli dokładnie obejrzeć nowy spot, można zauważyć, że te "do 30%" zostało po prostu z klipu wycięte. Nowy przekaz brzmi nieco uczciwiej, niż wcześniejsze obiecywanie gruszek na wierzbie. Trudno jest zarzucić reklamówkom Liberty Direct nieuczciwość.

      Akurat ja - inaczej niż panowie Rafał i Paweł - na polisie ze Statuą Wolności bym nie zaoszczędził. Sprawdziłem to: przynajmniej jedna konkurencyjna firma jest tańsza. Ale skoro nikt mi już nie obiecuje, że mogę mieć ubezpieczenie o 30% taniej, to nie ma co szukać dziury w całym.

      Znacznie mniej podoba mi się reklama ubezpieczeń komunikacyjnych firmy Axa. Niby to samo, ale jednak obiecywania gruszek na wierzbie jest tu więcej, niż u Liberty Direct. "Cena tego ubezpieczenia jest za wysoka, tego też za wysoka i tego też. A Axa Direct ma OC i AC za 587 zł" - prawi lektor.

      Nie ma tu żadnego pana Rafała ani Pawła. Tym kierowcą, który może ubezpieczyć auto za 587 zł mam być ja. Ale nie będę, bo małymi literkami piszą, że musiałbym mieć 60% zniżki, nie mówiąc już o innych bonusach przyznanych przez firmę, żeby zasłużyć na aż tak tanią polisę. Zresztą reklamę Axy krytykowałem już wcześniej, przeczytajcie wpis pt. "Powinni tego zabronić" i obejrzyjcie ten klip:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „W Liberty Direct poprawili reklamówki: nie obiecują już gruszek na wierzbie ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 listopada 2009 08:59

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line