Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 30 listopada 2010
    • BGŻ i Konto z Podwyżką, czyli obijaj się w pracy, a pieniądze spadną z nieba

      Bank BGŻ ostatnio zaimponował mi swoją pomysłowością. Po pierwsze dlatego, że wymyślił dość zakręcone „Konto z Podwyżką”, które daje możliwość uzyskania comiesięcznej premii sięgającej nawet 50 zł. Na pierwszy rzut oka jest ono kopalnią złota (a właściwie złotych) dla każdego klienta, który się skusi. Ale bank nie daje tych pieniędzy za darmo, lecz uzależnia kwotę przelewaną klientowi od tej, którą najpierw klient... przeleje bankowi. Zwrot może stanowić 1% wpływu klienta na konto, ale nie więcej, niż 50 zł.

      Jak pisał w Wyborczej.biz mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek, „żeby zarobić pół stówki, trzeba w miesiącu przelać co najmniej 5.000 zł. Ale czy tylko? W regulaminie promocji znajduje się pewien haczyk. Okazuje się, że wspomniany 1% premii dotyczy najwyższego wpływu na konto w miesiącu. Jeśli np. na konto wpłynie w sumie 5.000 zł, ale w kilku częściach, premia będzie już niższa. Dla przykładu, jeśli na rachunek przelejemy 3.000 zł, a potem 2.000 zł, bank naliczy premię tylko od 3.000 zł, a więc już tylko 30 zł”.

      To niejedyny warunek uzyskania premii. „Klient musi zrobić w miesiącu co najmniej trzy transakcje bezgotówkowe kartą płatniczą dołączoną do konta. Za samo prowadzenie Konta Plus nie płacimy, ale miesięczna opłata za korzystanie z karty debetowej to aż 5 zł. Jeśli chcemy "zarabiać" na tym koncie, od potencjalnego zysku koniecznie trzeba odliczyć tę prowizję. Jest jeszcze jedno ograniczenie. Bank nie wypłaci żadnej premii, jeśli na konto wpłynie mniej niż 300 zł”.

      Jest to więc fajny program, ale uważam, że jego zasady można było wymyślić dużo prostsze. W sumie - zresztą tak samo, jak np. bank BOŚ w ramach swojego programu, który w tym miejscu też opisywałem - spece z BGŻ tak wymyślili promocję, by do niej za dużo nie dopłacić. Przeciętny wpływ na konto w tym banku to pewnie z 2.500 zł, z czego pewnie najwyższa kwota przelewu przychodzącego to 2.000 zł. Od tego bank zapłaci klientowi  20 zł premii, ale drugą ręką weźmie 5 zł za kartę. Z trzech transakcji bezgotówkowych - załóżmy, że po 150 zł każda - ma 13,5 zł prowizji od sklepów (licząc po 3% interchange fee od transakcji). I wychodzi na zero.

      Nie będę krytykował banku BGŻ za sam fakt, że ma dla klientów pieniądze za to, że przelewają na konto pieniądze. Acz szkoda, że program jest tak skomplikowany i obwarowany licznymi założeniami. Jednak grunt, że na koniec dnia bank dzieli się przychodami z klientem. Są takie, które się dzielić nie chcą.

      Drugi powód mojego zaskoczenia BGŻ-em to bardzo dobra, pomysłowa i dowcipna kampania reklamowa. Po kim jak po kim, ale po banku takim jak BGŻ nie spodziewałem się kampanii opartej na dowcipie z gatunku Monty Pythona. Zarówno spot z opieprzającym się pracownikiem, jak i ten z kotem, który możecie oglądać poniżej, trzymają wysoką jakość.

      Natomiast nie wiem, czy krokiem zbyt ryzykownym nie jest konkurs w internecie, który jednocześnie bank ogłosił, a który polega na nakręceniu najciekawszego filmu przedstawiającego jak można się opieprzać w pracy. Nie chcę wyjść na wapniaka bez poczucia humoru, ale opieprzanie się w pracy zwykle nie prowadzi do posiadania większych wpływów na konto, a więc nie powoduje, że można beztrosko żyć tylko z wypłacanej przez BGŻ premii (która zresztą może wynieść maksymalnie 600 zł rocznie).

      Po drugie zaś nie jestem pewien, czy to wzorzec, który powinien się kojarzyć z bankiem BGŻ. Wystarczy, że bank kojarzy się mieszczuchom z wsią i rolnictwem, przez co zapewne trudno mu się rozwijać w dużych miastach. Może szkoda, że zarżnięto dobrze zapowiadającą się markę Integrum, która miała odciąć wielkomiejską działalność BGŻ od małomiasteczkowej bazy?

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      PONAD 120.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. Jak wynika z październikowych statystyk programu StatCounter, liczącego wizyty internautów na stronach www, w październiku blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło przynajmniej raz aż 121.548 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „BGŻ i Konto z Podwyżką, czyli obijaj się w pracy, a pieniądze spadną z nieba”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 listopada 2010 07:46
  • poniedziałek, 29 listopada 2010
    • Czarny poniedziałek mBanku. Płacą za innowacyjność, czy za oszczędności?

      mBank, największa w Polsce internetowa instytucja finansowa, obsługująca 2,5 mln klientów, przeżył jeden ze swoich najczarniejszych dni. Klienci - nie wiadomo dokładnie ilu: tysiąc, dziesięc tysięcy, czy może sto tysięcy? - otrzymali źle opisane przelewy. Nie zgadzał się nadawca, odbiorca, tytuł przelewu. Zamieszanie zaczęło się po godz. 12.00, kiedy mBank zaczął księgować klientom pieniądze z porannej sesji przelewów. I trwało przez cały dzień. Bank, by ograniczyć liczbę składanych reklamacji, w ogóle wyłączył możliwość sprawdzania historii rachunków.Przywrócił ją ok. 18.00, ale z ograniczeniami.

      Reklamacji zresztą nie było jak składać, bo na mLinię nie można było się dodzwonić. Jej pracownicy wiedzieli tylko, że przelewy poszły nie tak, jak trzeba, ale nie umieli klientom wytłumaczyć dlaczego. Nawet służby prasowe mBanku późnym popołudniem nie były w stanie podać przyczyn awarii. O tym, że była poważna świadczy choćby to, że na kilkadziesiąt minut wyłączono klientom internetowy dostęp do bliźniaczego Multibank. Czyżby obawiano się, że został „zarażony” prolemem?

      Początkowo wydawało się, że mamy nie awarię, ale istne pandemonium. Klienci bowiem donosili, że dostają przelewy, których nie powinni dostać. Bank jednak zapewnił, że nie jest aż tak źle i mylne są tylko opisy. Zaskoczeni klienci być może nie potrafili przypisać danej kwoty przelewu do żadnego z oczekiwanych wpływów i od razu podnosili lament. Według banku żaden przelew nie został zaksięgowany na innym koncie, niż powinien. Oby tak rzeczywiście było.

      Kompromitacja i tak jest jednak ogromna. Nie pamiętam sytuacji, by na skalę przemysłową jakiś bank pomylił jakieś dane w przelewach. Tym samym żaden klient mBanku nie może być pewien, że informacja o tym komu przelewał pieniądze i z jakiego tytułu, nie została ujawniona innemu klientowi. Tajemnica danych i obrotów klienta to jedna z podwalin zaufania do banku. Skoro dziś nie udało się jej dotrzymać w zakresie mniej istotnych danych, to jaka jest gwarancja, że w przyszłości bank przez pomyłkę nie ujawni bardziej kluczowych informacji o swoich klientach.

      Podobna sytuacja - cięższa gatunkowo jeśli chodzi o liczbę ujawnionych danych, ale mniej spektakularna - miała miejsce przy okazji przetargu na sprzedaż banku BZ WBK. Wówczas - jak wiele na to wskazuje - irlandzki własciciel banku chciał „pomóc” jednemu z oferentów i „wypuścił” do wewnętrznej sieci dane o najważniejszych klientach hipotecznych BZ WBK. Pisałem o tym we wrześniu na stronach Wyborczej.biz. Tę sprawę bada już KNF. Podobne konsekwencje będzie miała zapewne awaria w mBanku. Być może jego właściciel, grupa BRE, zapłaci nawet jakąś karę. Najważniejsze jest jednek pytanie o konsekwencje dotyczące wizerunku banku i zaufania jego klientów.

      Niewykluczone, że zdarzyła się wpadka, która czasami zdarza się każdemu, kto wprowadza innowacje. mBank jest jednym z nabardziej zasłużonych pod tym względem banków, w wielu obszarach wyznaczał ścieżki rozwoju dla całej branży. Ubezpieczenia, fundusze inwestycyjne i akcje dostępne z poziomu systemu transakcyjnego, maksymalne uproszczenie najważniejszych funkcji w koncie i sprowadzenie ich do dwóch-trzech kliknięć na stronie internetowej, wprowadzenie indywidualnych, ogłaszanych w systemie transakcyjym, ofert kredytowych dla klientów. A przede wszystkim zasada, że konto i podstawwa karta ma być za darmo. To osiągnięcia mBanku w budowaniu nowoczesnej bankowości i na tej drodze niepowodzenia muszą się zdarzyć.

      Przy takiej interpretacji nie należy się obawiać, że bank utraci zaufanie klientów. Zwłaszcza, że ma ich coraz więcej i należy do banków najszybciej pozyskujących nowych użytkowników. Ale jest też druga interpretacja: że mBank, startujący pod szyldem low-cost, podąża drogą niskich kosztów i oszczędza na czym się da, także na kluczowych systemach obsługi infomatycznej. I że nie są przypadkowe kłopoty z dodzwonieniem się na infolinię, które zdarzają się klientom mBanku częściej, niż innych banków. Albo kłopoty z „obrobieniem” reklamacji klientów.

      Od razu powiem, że osobiście uważam, iż pierwsza prawda jest „mojsza, niż twojsza”, zaś druga hipoteza byłaby krzywdząca dla mBanku i jego pracowników.

      Aczkolwiek mylenie tytułów przelewów, danych odbiorców i nadawców pieniędzy, świadczy o ogromnym bałaganie w instytucji finansowej. Uważam, że mBank, w trosce o swój wizerunek, powinien ujawnić przyczyny awarii i rozliczyć się z niej przed publicznością. mBank jest zbyt dobrą i cenną marką w polskiej branży bankowej, by pozwolić na negatywne skojarzenie: „mBank=bałagan”

      Na razie mBank o awarii powiedział tylko tyle: „Z powodów technicznych część zewnętrznych przelewów przychodzących, zaksięgowanych na rachunkach klientów mBanku, mogła zawierać niepoprawne dane (np. dotyczące nadawcy lub tytułu operacji). Jednak kwoty przelewów były prawidłowe, a księgowania dotyczyły wyłącznie osób, które spodziewały się zasilenia rachunku. Obecnie trwają prace nad usunięciem trudności. Do czasu ich zakończenia nie będzie dostępny podgląd historii operacji na rachunkach klientów”.

      Czytaj też: Banki się dogadały, przelew dojdzie w sekundę

      Czytaj też: Drwale, mamuśka i ksiądz kardynał idą w odstawkę

      Niezależnie od tego jak skończy się ta - najprawdopodobniej jedna z największych w historii banku - awarii, sprawa na pewno znajdzie finał przed Komisją Nadzoru Finansowego oraz Głównym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych. Bank ujawnił bowiem jednym klientom dane osobowe innych klientów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Czarny poniedziałek mBanku. Płacą za innowacyjność, czy za oszczędności?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 listopada 2010 18:27
    • Plastikowe bezprawie, czyli jak banki nas rąbią na kartach kredytowych

      W tym tygodniu Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikuje ciekawy raport o tym jak banki nas rąbały - lub wciąż rąbią, bo nie wszystkie się ze swoich postępków wycofały - na prowizjach od kart kredytowych. Wspólnie z Konradem Niklewiczem opisujemy ten raport w dzisiejszej „Wyborczej”. Wnioski są porażające. UOKiK skontrolował wzorce umów podsuwane nam przez 12 dużych banków i we wszystkich stwierdził większe lub mniejsze nieprawidłowości. Total masakracja! - powiedziałbym, gdybym chodził do gimnazjum. Poniżej kilka przykładów z życia - niestety, być może z Waszego życia - wziętych

      Najbardziej po kieszeni uderzają nas niesprawiedliwie naliczane prowizje przy kartach kredytowych. W taryfach opłat i prowizji UOKiK znalazł m.in. przykłady podwójnego karania przez banki klientów, którzy spóźnią się ze spłatą minimalnej, wymaganej części karcianego długu. Z jednej strony bank nalicza podwyższone, karne odsetki, a z drugiej - natychmiast ściąga „opłatę za obsługę nieterminowej spłaty”. W PKO BP taka opłata wynosiła 25 zł, w BRE Banku (mBank i Multibank) - 2% nie zapłaconej w terminie kwoty (co najmniej 3 zł).

      Zerknij: Bank brał opłatę za obsługę nieterminowej płatności. I jej nie obsługiwał!

      Czytaj też: Kartę kredytową bank spłaci sobie sam, z twoich oszczędności

      Banki nakładają też kary za wysyłane SMS-em ponaglenia, by klient spłacił zaległy dług, każą sobie płacić za wizyty pracowników działu windykacji, za wysyłanie pisemnych upomnień. To w porządku, o ile - jak zauważa UOKiK - bank precyzyjnie określa w jakich okolicznościach i jak często może się to odbywać.

      Część banków nie dość, że karze klientów podwójnie, to jeszcze bije ich po głowie niezależnie od tego jak bardzo przeskrobali. W zeszły czwartek UOKiK nałożył aż 2 miliony złotych kary na Getin Bank, który wpisał klientom do umów prowizję za „obsługę nieterminowej spłaty”, czyli za czynności takie jak wysyłanie przypominającego SMS-a, kontakt telefoniczny czy monit na piśmie. I naliczał ją już w pierwszym dniu przeterminowania się zadłużenia! Opłata automatycznie była naliczana wszystkim klientom - nawet wówczas, gdy bank nie podejmował wobec nich żadnych działań.

      Banki nie chcą też zobowiązać się do szybkiego rozpatrywania reklamacji, zasłaniając się, że muszą konsultować się z ”instytucjami trzecimi”, czyli np. z instytucjami zrzeszającymi wydawców kart płatniczych (Visa i MasterCard). W większości banków rozpatrywanie reklamacji może potrwać nawet... 90 dni! Takie zasłanianie się inną instytucją też jest sprzeczne z polskim prawem.

      Banki przesadzają też z brakiem zaufania do klienta, gdy transakcja została potwierdzona kodem PIN - a klient twierdzi, że jej nie dokonywał. Banki stawiają znak równości: kod PIN wstukany, właściciel odpowiedzialny. To niezwykle istotna sprawa, bo banki ostatnio masowo wymieniają klientom karty, w których transakcje są autoryzowane podpisem, na takie, w których każdy zakup zatwierdza się PIN-em.

      Prawo mówi: ”posiadacza karty obciążają transakcje potwierdzone kodem PIN, dokonane przez osoby trzecie, o ile niniejszy kod został im udostępniony przez posiadacza karty”. Część banków w ogóle nie przewiduje możliwości, że klient bez własnej winy stracił kod PIN. I od razu zakładają, że to on jest odpowiedzialny za transakcje. Pewnie w 99% mają rację, bo przecież znamy przykłady klientów noszącym PIN-y w portfelach, razem z kartami. Ale dla tego 1% niewinnych warto zawsze przeprowadzać mini-śledztwo, o co słusznie doprasza się UOKiK.

      Bankowcy, z którymi rozmawiałem tuż przed weekendem oraz w weekend są oczywiście wściekli. Tłumaczą, że większości tych klauzul, o których pisze UOKiK, nie ma już w umowach, bo banki się z nich wycofały po pierwszych zarzutach UOKiK. Pewnie coś w tym jest, że urząd chce sobie pojeździć po bankach, jak po łysej kobyle, żeby mieć lepszą prasę. Ale z drugiej strony: gdyby nie kontrola UOKiK, to te wszystkie klauzule zapewne nadal by obowiązywały! Szkoda, że banki nie potrafią narzucić sobie same jakieś dyscypliny i wyłapywać grzeszki w regulaminach zanim przyjdzie UOKiK albo KNF i narobi hałasu.

      Szkoda też, że my, konsumenci, tak rzadko pokazujemy bankom, że potrafimy patrzeć im na ręce. Z najnowszego raportu „Konsumenci na rynku usług bankowych”, który zostanie opublikowany przez UOKiK w tym tygodniu, wynika, że tylko 5% z nas kiedykolwiek składało reklamację w banku, z którego usług byliśmy niezadowoleni! A pozostali? Machnęli ręką i uznali, że reklamacja i tak nic nie da. Tylko co dziesiąty z klientów banków choć raz w życiu negocjował warunki jakiejś umowy, większość z nas po prostu podpisuje to, co bankowcy podsuwają.

      Czytaj też: Zakwestionował podwyżkę oprocentowania i wygrał!

      Zerknij również: Nie zrażaj się, pisz reklamacje! Wygrasz!

      Niestety - wciąż często podpisujemy papiery bez dokładnego zapoznania się z nimi. Z badania wynika, że aż dwie trzecie z osób, które wzięły w banku kredyt gotówkowy, tylko pobieżnie przeczytało umowę (lub nie przeczytało jej wcale). Aż 40% osób twierdzi, że wielkość czcionki w druku umowy była nieczytelna, zaś 34% uznało, że była napisana niezrozumiałym dla nich językiem! Jeśli taka jest nasza wiedza o bankowych umowach to nie ma co się dziwić, że nas rąbią.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      PONAD 120.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. Jak wynika z październikowych statystyk programu StatCounter, liczącego wizyty internautów na stronach www, w październiku blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło przynajmniej raz aż 121.548 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Plastikowe bezprawie, czyli jak banki nas rąbią na kartach kredytowych”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 listopada 2010 07:30
  • sobota, 27 listopada 2010
  • piątek, 26 listopada 2010
    • Niespójność danych, prowizja-UFO, nieświadomy bank i przelew do Indonezji

      W tym blogu opisywałem już najróżniejsze konflikty klientów z bankami, dotyczące prowizji. Czasem moralnymi zwycięzcami tych potyczek byli klienci, gdyż okazywało się, że bank zagrał nie fair. Ale przeważnie to bankowcom udawało się wykazać, że prawo jest jednak po ich stronie. Nawet jeśli postąpili nieetycznie, to zwykle zgodnie z prawem. Choć oczywiście zdarzały się też sytuacje, w których to klienci wygrywali bitwę - a to w sądzie, a to w arbitrażu konsumenckim.

      Ale rzadko zdarza się sytuacja, kiedy bank nalicza prowizję, a później okazuje się, że sam nie wie za co ją naliczył. Taka prowizja-UFO. Napisał do mnie pan Kamil z Warszawy, klient banku BZ WBK. „Jako stały czytelnik Pana artykułów, postanowiłem przedstawić Panu abstrakcyjną, w mojej ocenie, sytuację, jaka przydarzyła mi się w kontakcie z bankiem BZ WBK” - zaczął swą historię czytelnik.

      W oddziale BZ WBK w Warszawie zleciłem z posiadanego w tym banku konta walutowego przelew zaliczki za hotel w Indonezji, gdzie się niebawem wybieram. Kwota przelewu 200 euro. W dniu złożenia dyspozycji bank pobrał z mojego konta należną prowizję 2,42 euro oraz 5 euro zryczałtowanych kosztów banków zagranicznych. W sumie 7,42 euro.

      Po tygodniu otrzymałem telefon od pracownika banku z oddziału, w którym dyspozycja została złożona, z informacją, iż jest problem. Polegał on na niespójności danych mojego przelewu. Poinformowano mnie, że w związku z tym... nie wiadomo gdzie są obecnie moje pieniądze. Oczywiście obiecali, że bank to wyjaśni, ale na wszelki wypadek powinienem przesłać dokument/fakturę z danymi odbiorcy celem dodatkowej weryfikacji beneficjenta. Co też pośpiesznie uczyniłem. Poprosiłem pracownika banku o potwierdzenie zrealizowania mojej dyspozycji, którą zleciłem przed tygodniem.

      Po kolejnych kilku dniach otrzymałem potwierdzenie od właściciela hotelu, że zaliczka wpłynęła i wszystko jest OK. Chwilę potem otrzymałem e-mail od pracownika BZ WBK z informacją, że nadal nie wiadomo jaki jest status mojego przelewu, ale wiadomym jest, że bank - w wyniku wspomnianej niespójności danych (bez podania jakichkolwiek szczegółów owej niespójności) - pobrał prowizję w wysokości 25 euro, czyli 15% wartości przelewu!

      Natychmiast zadzwoniłem do autora maila z prośbą o wyjaśnienie. Niestety nie uzyskałem żadnych, ale to kompletnie żadnych konkretów. No, może oprócz lakonicznej informacji, że zlecenie takiego obciążenia prowizją przyszło z centrali banku. Nikt mnie nie zapytał, czy akceptuję pięciokrotnie wyższy koszt przelewu, lub czy oczekuję iż przelew zostanie zwrócony na moje konto i nie poniosę w związku z tym żadnych dodatkowych kosztów.

      Zadzwoniłem zaraz po tej rozmowie na infolinię BZ WBK. Tam, po przedstawieniu sytuacji, usłyszałem jedynie, że pracownik jest zdziwiony, że nie ma takiej pozycji w tabeli opłat i prowizji BZ WBK, ale nikt z infolinii nie będzie mi w stanie w tym temacie pomóc. I że muszę udać się do oddziału. Tam jednak jedyną pomocą, jaką uzyskałem, było napisanie w moim imieniu reklamacji, która została złożona w banku. Otrzymałem informację, że czas na jej rozpatrzenie to około 4-5 tygodni... Panie Macieju, ręce opadają... co robić? Czekać? Zgłaszać sprawę do arbitra bankowego?” - kończy dramatycznym pytaniem czytelnik.

      Odpowiedziałem mu: czekać. Na dochodzenie racji w arbitrażu lub w sądzie przyjdzie czas, a na razie trzeba dać bankowi szansę na rozwiązanie problemu. Przyznacie, że historia jest ciekawa. Bliżej nie sprecyzowana „niespójność danych przelewu”, która kosztowała klienta 26 euro dodatkowej prowizji, której nie ma w taryfie opłat banku BZ WBK? Taka prowizja-UFO! I klient, który czuje się, jakby występował w takim teleturnieju:

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Niespójność danych, prowizja-UFO, nieświadomy bank i przelew do Indonezji”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 listopada 2010 08:28
  • czwartek, 25 listopada 2010
    • Prowizja za obsługę nieterminowej spłaty kredytu nielegalna? Gigantyczna kara!

      Getin Bank ma nie lada problem. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył nań gigantyczną karę - prawie dwa miliony złotych! - za pobieranie od klientów niesprawiedliwych opłat. Chodzi dokładnie o opłatę za to, że klienci spóźniają się ze spłatą salda zadłużenia w karcie kredytowej. Wątpię, by tak wysoka kara utrzymała się w sądzie (bank może odwołać się od decyzji UOKiK i zapewne to zrobi), ale z pewnością jest to czytelny sygnał dla wszystkich instytucji finansowych, że bezceremonialne orzynanie klientów na każdym kroku prędzej czy później bywa napiętnowane.

      Oczywiście urząd antymonopolowy nie poluje na Getin tylko za to, że bank karał klientów, którzy nie spłacają terminowo choćby minimalnej części zadłużenia w karcie. To naturalne, że nierzetelni lub zapominalscy klienci powinni dostać po głowie. Problem w tym, że Getin Bank bił klientów kijem równo mocno, niezależnie od tego co przeskrobali. A to już nieładnie. W czym dokładnie tkwi problem?

      Bank w tabeli opłat i prowizji dla kart kredytowych miał opłatę za obsługę nieterminowej spłaty, czyli za czynności takie jak wysyłanie przypominającego SMSa, kontakt telefoniczny czy monit na piśmie. I naliczał ją już w pierwszym dniu przeterminowania się zadłużenia! Opłata automatycznie była naliczana wszystkim klientom - nawet wówczas, gdy bank nie podejmował wobec nich żadnych działań. UOKiK uznał, że to niesprawiedliwe, bo klienci, którzy szybko się połapali i spłacili dług byli tak samo mocno uderzani po głowie jak ci, których bank musiał poganiać, by oddali pieniądze.

      Getin już wycofał się z trefnej prowizji, ale UOKiK twierdzi, że i tak powinien zapłacić gigantyczną karę. W sumie komu jak komu, ale Getinowi mały prztyczek w nos się należy, bo od czasu do czasu jego menedżerom zdarza się wpaść na pomysły, które sprawiają, że Getin coraz częściej jawi się jako „bank jednorazowego użytku”. Wysoka kara powinna podziałać odstraszająco na innych. Niedawno opisywałem skargę klienta Alior Banku, który też zauważył, że ta instytucja naliczała mu opłatę za obsługiwanie nieterminowej spłaty mimo, że w kierunku jej wyegzekwowania nie kiwnęła nawet palcem.

      Banki generalnie coraz bardziej uważają na to, by prowizje pobierane od klientów były adekwatne do rzeczywistych kosztów, jakie banki ponoszą w różnych sytuacjach, sprowokowanych przez tych klientów. Ale zdarzają się bolesne odstępstwa, jak właśnie opłaty za obsługę nieterminowych płatności, pobierane z góry i ryczałtem, czy choćby prowizje za aneksy do kredytów hipotecznych, też czasem sięgające poziomów irracjonalnych. I z tymi wynaturzeniami trzeba bezlitośnie walczyć.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      PONAD 120.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. Jak wynika z październikowych statystyk programu StatCounter, liczącego wizyty internautów na stronach www, w październiku blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło przynajmniej raz aż 121.548 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Prowizja za obsługę nieterminowej spłaty kredytu nielegalna? Gigantyczna kara!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 listopada 2010 12:36
  • środa, 24 listopada 2010
    • Po publikacji w blogu Bank BPH przestał wciskać klientom karty gold!

      W jednej z poprzednich notek opisywałem przykład klienta banku BPH, któremu wciśnięto nową kartę kredytową - znacznie droższą od dotychczasowej. Tym, którzy nie pamiętają sprawy przypomnę pokrótce, że chodziło o pana Wojtka, który od blisko 10 lat posiada kartę MasterCard i płacił za jej używanie 70 zł rocznie. Bank BPH połączył się z GE Money i czytelnik otrzymał propozycję nie do odrzucenia: zmianę karty kredytowej na nową - z wyższej półki, czyli po prostu MasterCard Gold. Miał za nią płacić 190 zł rocznie, czyli 2,5 razy więcej, niż to, co płacił dotychczas. Karta została wznowiona przedterminowo, czyli jeszcze w okresie obowiązywania poprzedniej umowy.

      Klient dowiedział się w BPH, że jest niemożliwe przeniesienie starej karty do innej, niż karta Gold. „Bank - i owszem - posiada karty kredytowe „nieGold” i w dodatku są one tańsze w obsłudze, ale nie mogę dostać żadnej z nich zamiast mojej starej karty. Musiałbym złożyć wniosek o przyznanie nowej karty, przynieść zaświadczenie z zakładu pracy itp. Prostej zamiany na kartę „nieGold” zrobić się nie da” - opowiadał pan Wojciech.

      Biuro prasowe BPH oświadczyło, że nie ma przymusu kupowania karty Gold. „Jeżeli klient nie jest zainteresowany kartą Gold i nie odpowiada mu zaproponowana oferta, może ją wymienić na inną kartę – taką, która będzie bardziej odpowiadała jego wymaganiom. Od klienta nie są wymagane żadne dodatkowe dokumenty, nie musi on też składać wniosku, ani przechodzić procedury weryfikacyjnej. Jest nam bardzo przykro, że klient został nieprawidłowo poinformowany przez pracownika placówki banku” - odpowiedział bank. A ja utyskiwałem, że klient został poinformowany, iż może wziąć tylko jedną, drogą kartę.

      Kilka dni temu zjawił się u mnie kolega z redakcji „Gazety Wyborczej”, który - jak się okazuje - też ma konto w banku BPH. I też wciśnięto mu kartę Gold. Kolega oświadczył, że ostatnio szczęka opadła mu do samej podłogi, bo okazało się, że zadzwonili do niego z banku i... zapytali czy jednak nie chciałby wziąć innej karty, niż złota! Zaproponowali kilka kart do wyboru i wytłumaczyli czym się między sobą różnią. Kolega był zachwycony i uważa, że to efekt wpisu w blogu i publikacji tekstu w serwisie Wyborcza.biz.

      Jeśli tak rzeczywiście jest, to świetnie. Bank BPH, który na sztandarach ma „inwestowanie w relacje”, choć niektórzy twierdzą, że inwestuje raczej w półtusze, niż w relacje, nie powinien posuwać się do działań wpuszczających klientów w maliny. I jeśli spostrzeżono, że automatyczne narzucanie klientom rozwiązania nie zawsze dla nich najlepszego jest błędem, to trzeba się tylko cieszyć. A jeśli ten blog spowodował, iż ktoś w banku zmienił procedury, to tym bardziej jestem wniebowzięty. I śpiewam sobie tak: :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Po publikacji w blogu Bank BPH przestał wciskać klientom karty gold!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 listopada 2010 22:47
  • wtorek, 23 listopada 2010
    • Getin i internet: coś skrzypi na łączach

      Niedawno opisywałem w blogu nową internetową ofertę Getin Banku. Pod wieloma względami jest najlepsza na rynku, przynajmniej jeśli patrzeć przez pryzmat cyferek, prowizji i korzyści dla klienta. Getin chciałby za pomocą nowej oferty nadgryźć nieco konkurentów, a zwłaszcza hengemona na rynku kont internetowych - mBank. Moment być może nie jest do tego najgorszy, bo mBank ostatnio ostro pozyskiwał nowych klientów, co oznacza, że rynek na osoby chętne, by korzystać z nowoczesnych, internetowych ROR-ów, wciąż istnieje i wcale nie jest wąski.

      Kluczowym czynnikiem jest oczywiście prawidłowe skonstruowanie oferty i perfekcyjne organizowanie zakładania klientom kont. Nie ma bowiem nic gorszego, niż już na samym początku zawieść klienta, który zachęcony dobrą ofertą postanowił zmienić bank. Do serwisu Wyborcza.biz napisał taki właśnie zawiedziony klient, któremu Getin Bank konto zakładał długo i z błędami. Nie wiem czy był to jednostkowy przypadek i pech, który przydarzył się klientowi, czy też w getinowych procesach coś skrzypi. Jeśli wśród czytelników blogu są osoby, które założyły sobie nowe konto online w Getin Banku i mają doświadczenia z procesu zakładania ROR-u (oraz z korzystania z konta), proszę o wypowiedzi.

      A tymczasem posłuchajcie opowieści jednego z czytelników, który niestety spotkał się z bolesnym skrzypieniem procesów. „Ostatnio przeczytałem, chyba w Gazecie Wyborczej, ze Getin rusza z nową, fajną ofertą konta internetowego, w dodatku konkurencyjną dla mBanku. Ma być dedykowany konsultant, karty za 0 zł, plastiki zbliżeniowe itd. Złożyłem wniosek przez Internet i już na drugi dzień zadzwonił do mnie konsultant w celu umówienia się z kurierem, który miał odebrać ode mnie wydrukowane ze strony internetowej i podpisane formularze zgłoszeniowe” - opowiada czytelnik.

      Przygotowałem wszystkie dokumenty wraz z zaświadczeniem o dochodach, potrzebnych do wydania karty kredytowej. Kurier przyjechał, odebrał.Następnego dnia konto powinno być aktywne. Przelałem jakąś kwotę i na drugi dzień wchodzę na konto, by nim „pozarządzać”. Okazuje się, że takiej możliwości nie ma. Na aktywację konta czekałem ok. tygodnia! Na pisemne zapytania do konsultanta i odpowiedź czekałem kilka dni. W końcu odpisał mi, że konto jest aktywne. Karty (bankomatowa i kredytowa) przyszły szybko, w 2-3 dni od złożenia wniosku. A potem PIN-y.

      Po informacji, ze konto jest aktywne, postanowiłem sprawdzić jak działa zbliżeniowa karta kredytowa. Niestety: odmowa dokonania transakcji. Kilka dniu później to samo, nawet przy użyciu PIN-u. Wysłałem zapytanie: co dzieje się z moją kartą? Bez odpowiedzi. Na drugi dzień ponowiłem zapytanie. Cisza. Po tygodniu postanowiłem zadzwonić. Nic z tego, okazuje się, że nie mam hasła do kontaktu telefonicznego. Hasło powinienem dostać SMS-em po aktywacji konta. Ale nie dostałem. Poprosiłem o ponowne wysłanie. Nie dostałem.

      Po tygodniu odzywa się mailowo konsultant z informacją, że karta jest jeszcze nieaktywna, bo wciąż trwa weryfikacja moich dokumentów!. Czekam dalej. Następny tydzień. Wysyłam zapytanie. Cisza. Dzwonić nie mogę, bo nie mam hasła. Dziś wchodzę na konto. Sprawdzam. Karta kredytowa: wniosek dalej przetwarzają. Jeżeli to ma być nowa jakość to ja chyba poczekam. Chyba, że jakość idzie w parze z opłatą. Koszty 0 zł, ale i obsługa na zero” - kończy czytelnik. A ja ponawiam pytanie: klient miał pecha, czy w internetowym Getinie coś skrzypi? .

      Napisał też do mnie pan Bartosz, mieszkaniec warszawskiego Tarchomina. „Zachęcony pozytywnym opisem systemu GetinOnline na blogu Macieja Samcika postanowiłem razem z żoną założyć konta w Getin Banku. O ile w moim przypadku procedura zakładania zadziałała, to w przypadku mojej żony - nie. I niestety stanowi to popis niekompetencji oraz niefrasobliwości wszystkich osób z którymi żona się stykała. Począwszy od kuriera, a na pracownikach banku skończywszy. Ale po kolei.

      Po telefonicznym zgłoszeniu chęci posiadania konta przyjechał kurier, żeby odebrać dokumenty. Po trzech dniach okazało się, że brakuje podpisu na jednej ze stron umowy. Kurier nie sprawdził. Przyjechał ponownie, a my straciliśmy popołudnie czekając na niego. Podpis żona złożyła i kurier sobie pojechał. Po dwóch dniach okazało się, że ksero dowodu jest mało czytelne. Kurier tego nie  sprawdził. Skany dowodu wysłałem e-mailem. Zona z sukcesem zalogowała się na stronie banku. Hurra! Żona złożyła dyspozycję przelewania pensji na nowe konto. Pensja przyszła kolejnego dnia. Jednak kiedy żona usiłowała zrobić przelew - okazało się to niemożliwe. Okazało się, że jej konto nie zostało aktywowane, bo kurier nie podpisał się we właściwym miejscu i całą procedurę zakładania konta trzeba by powtórzyć.

      Żona stwierdziła, że nie podpisze żadnej nowej umowy i ma już tego banku serdecznie dość. Jej pensja wróciła na wskazane przez żonę konto Ale pracownik Getin Banku, realizujący zwrot pensji, popełnił błąd i zwrócił pensję żony wraz z moją drobną testową kwotą, wpłaconą wcześniej na konto. Dlaczego bank przelewa nienależne mu środki (pochodzący ode mnie 1 zł) na inne konto?” - pyta pan Bartosz.

      Tutaj sytuacja jest bardziej złożona, niż w poprzedniej sprawie. Część winy ponoszą klienci, którzy nie podpisali umów w odpowiednich miejscach, część spada na kuriera, który też się nie popisał dokładnością, a część na bank, który nieprawidłowo przeksięgował pieniądze klientki. Ale nie zmienia to faktu, iż również tutaj słychać to getinowe skrzypienie materii internetowej...

      Po opublikowaniu tej notki zwrócił się do mnie Wojciech Sury, rzecznik Getin Banku, prosząc o zamieszczenie poniższego wyjaśnienia. Co czynię, może nie z dziką rozkoszą, ale przynajmniej z życzliwym spojrzeniem :-). Pan Wojciech napisał:

      Z dużym zainteresowaniem przeczytaliśmy Pana dzisiejszy wpis w blogu dotyczący naszej bankowości internetowej GetinOnline. Dziękujemy za każdą informację na temat funkcjonalności naszych produktów, ponieważ z zasady wyciągamy wnioski i staramy się zawsze korzystać z podpowiedzi dziennikarzy i Klientów w celu wyeliminowania każdej nawet najdrobniejszej niedoskonałości.

      Jest jednak kilka kwestii, które chcielibyśmy poruszyć w związku z przytaczanymi w tekście opiniami Klientów, a mianowice : - błędne podpisanie dokumentów to raczej pewne niedociągnięcie po stronie Klienta, brak podpisu na umowie niestety nie pozwala nam na aktywację konta. W takim przypadlku kurier jest wysyłany ponownie do Klienta w celu uzupełnienia dokumentów,

      - nieczytelne ksero - w takich przypadkach nie robimy problemów, jeżeli kopia jest w miarę czytelna tj. widać numer dokumentu, daty, PESEL. Wówczas konto jest aktywowane. Ksero o którym mowa w tekście musiało być naprawdę bardzo złej jakości,

      - brak hasła do obsługi telefonicznej - nie ma takiej możliwowśći aby Klient majacy dostęp przez www nie posiadał hasła do obsługi telefonicznej. Hasła są przesyłane w  ramach jednej wiadomości, a jak wynika z Pana tekstu Klient ma hasło dostępu do www,

      - zmiana hasła do obsługi telefonicznej - w tym przypadku wystarczy, że Klient skontaktuje się z bankiem, oddzwaniamy wówczas na jego numer telefonu, weryfikujemy go i wysyłamy hasło jeszcze raz SMS-em na jego telefon co trwa dosłownie kilka chwil. Takie działania są rutynowymi codziennymi czynnościami - nie ma możliwości aby Klient otrzymał odmowę wykonania tego typu operacji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Getin i internet: coś skrzypi na łączach ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 listopada 2010 23:06
    • Nowy fundusz pozwoli zainwestować oszczędności w prywatny szpital. Na 10 lat

      Na rynku jest już kilka funduszy nakierowanych na sektor farmaceutyczny, ale wygląda na to, że wkrótce będziemy mieli pierwszy, który będzie specjalizował się w inwestowaniu w prywatną służbę zdrowia w Polsce. To pomysł firmy Secus Asset Management. Przedsięwzięcie będzie nazywało się Ascendis FIZ Inmedica.

      Ascendis ma być funduszem zamkniętym, czyli nie będzie można się z niego wycofać w każdej chwili. Wpłacone kwoty, razem z zyskami, fundusz odda dopiero po ośmiu latach (w statucie jest możliwość przedłużenia inwestycji do 10 lat). Także wpłaty będą limitowane, fundusz będzie przyjmował pieniądze tylko od 29 listopada do 22 grudnia w oddziałach Secusa w Warszawie i Katowicach.

      Ile będzie można zarobić? Twórcy funduszu są ostrożni w obietnicach - mówią o możliwości wygenerowania zysków na poziomie wyższym niż oprocentowanie dostępnych obecnie lokat bankowych. Jednak powiedzmy sobie szczerze - inwestując w fundusz zamknięty i mrożąc pieniądze na dłuższe lata trzeba oczekiwać zysków nawet dwucyfrowych w skali roku.

      Czytaj też: Do Polski zmierza tabun funduszy grających na spadki

      Fundusz podaje, że będzie inwestował w spółki medyczne prowadzące szpitale i placówki opieki zdrowotnej. Preferowane będą spółki posiadające większą liczbę placówek opieki zdrowotnej oraz zdolność do szybkiego łączenia się z innymi sieciami na rynku opieki zdrowotnej. Fundusz w informacjach dla prasy nie podał ile wynosi minimalna wpłata i jaki jest limit chętnych, powyżej którego fundusz przestanie przyjmować pieniądze, ale już dziś można powiedzieć, że będzie to ciekawy pomysł, choć wysoce ryzykowny.

      Ciekawy dlatego, że nasz rynek prywatnych usług medycznych rozwija się najdynamiczniej w regionie i w zeszłym roku osiągnął wartości 28 mld zł, zaś już prawie połowa gospodarstw domowych w Polsce korzysta z prywatnych usług zdrowotnych. Ten odsetek będzie rósł, a potencjał w prywatnej opiece zdrowotnej widzi chyba każdy, kto w ostatnich miesiącach odwiedzał którąś z dużych, prywatnych sieci przychodni. Damian, czy Lux-Med w Warszawie dosłownie opędzają się od klientów, nie mogąc „obrobić” wszystkich chętnych.

      Czytaj też: Klęski funduszy nieruchomości i nadzieje funduszy wierzytelności

      A ryzyko? Wynika głównie z tego, że nie biznes medyczny staje się maszynką do zarabiania pieniędzy dopiero po przekroczeniu pewnego efektu skali. W pierwszym etapie nie dość, że wymaga ogromnych nakładów, to jeszcze jest podatny na wszystkie choroby wieku dziecięcego: odejścia lekarzy do bogatszej konkurencji, właściwy dobór profilu działania i lokalizacji.

      Owszem,  prywatne sieci medyczne będą rosły jak grzyby po deszczu i będą potrzebowały pieniędzy, by się rozwijać. Ascendis, w zamian za przekazanie pieniędzy swoich klientów, będzie przejmował udziały w tych placówkach i uczestniczył w ich zyskach. Jeśli jednak pomyli się i wybierze firmy słabo zarządzane, to będzie mu trudno osiągnąć dwucyfrowe zyski w skali roku. A szpital słabo zarządzany wygląda tak:

      Czytaj też: Ile zarobisz na funduszu obligacji korporacyjnych?

      Pewnie gdybym miał wybierać mniej kapitałochłonne sposoby inwestowania w prywatny rynek opieki zdrowotnej, to pierwsze kroki skierowałbym w kierunku usług rehabilitacyjnych, które również są przyszłościowe, a nie wymagają tak dużych inwestycji na początek (a więc są mniej ryzykowne) lub rozejrzałbym się za możliwością inwestowania np. w sieci prywatnych domów spokojnej starości. Skądinąd wiem, że taką sieć chce otworzyć jeden z dużych polskich biznesmenów (choć tu z kolei znakiem zapytania jest to, czy nasze społeczeństwo jest gotowe płacić za tego typu usługi medyczno-opiekuńcze).

      Ale z drugiej strony inwestycje w duże sieci placówek medycznych, które żyją z abonamentów klientów korporacyjnych, to szansa na osiągnięcie wyższej rentowności i większej skali działalności. Bardzo jestem ciekaw czy oferta funduszu Ascendis się uda i jakie zyski zainkasują jego klienci. A Wy jak sądzicie?

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      PONAD 120.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. Jak wynika z październikowych statystyk programu StatCounter, liczącego wizyty internautów na stronach www, w październiku blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło przynajmniej raz aż 121.548 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy fundusz pozwoli zainwestować oszczędności w prywatny szpital. Na 10 lat”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 listopada 2010 07:37
  • poniedziałek, 22 listopada 2010
    • Bank Millennium pozwala już hipotecznym klientom zmienić konto na darmowe!

      Uwielbiam takie listy! Napisał do mnie czytelnik blogu, klient Banku Millennium, który miał problem z prowizją za konto, pobieraną przez Bank Millennium. Rzecz w tym, że czytelnik ma w Millennium kredyt hipoteczny i konto zostało mu sprzedane w pakiecie z tym kredytem. Konto jest płatne, a Millennium w międzyczasie wprowadził konta tańsze, a nawet bezpłatne. Klient chciał zmienić konto, ale w banku nie pozwolili. Sprawę - podobną lub identyczną, nie jestem w stanie tego teraz odtworzyć - opisałem we wpisie „Wziąłeś kredyt hipoteczny w pakiecie z ROR-em? Płać prowizje bez końca!”.

      Po tej publikacji klienci spłacający kredyt hipoteczny w Banku Millennium zaczęli odważniej domagać się prawa do tańszego konta. I to już był sukces. Ale - jak wynika z listu od mojego czytelnika - bank zmienił jednocześnie podejście do kont kupionych przez klientów w starych czasach razem  z kredytem hipotecznym!

      Kilka tygodni temu opisał Pan na blogu moją sprawę dotyczącą próby zmiany rachunku osobistego na bezpłatne konto internetowe w Banku Millennium. Chciałem podziękować za zajęcie się sprawą, bo informacje okazały się bardzo przydatne. No i udało się!!! Ale nie było całkiem łatwo. Zgodnie z instrukacją poszedłem kolejny raz do banku z prośbą o zmianę rachunku. Oczywiście konsultant nic nie zrobił, twierdząc, że nie ma takiej możliwości. Zostawiłem więc pismo z reklamacją.

      Po kilku tygodniach dostałem odpowiedź ale negatywną. Jednak zanim zacząłem rozmyślać jak działać dalej, bank się (chyba) opamiętał i zostałem poproszony do oddziału o podpisanie aneksu do umowy. I udało się zmienić moje konto na bezpłatne konto internetowe. Parę złotych miesięcznie zostanie w kieszeni, ale nie do końca chodziło mi tylko o pieniądze. Raz jeszcze serdecznie dziękuję za pomoc” - napisał mi czytelnik. Proszę bardzo, na zdrowie! Gdybym była dziewczynką to zaśpiewałabym Wam tak:

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      PONAD 120.000 CZYTELNIKÓW BLOGU!. Jak wynika z październikowych statystyk programu StatCounter, liczącego wizyty internautów na stronach www, w październiku blog „Subiektywnie o finansach” odwiedziło przynajmniej raz aż 121.548 osób. Dane te nie obejmują wizyt czytelników za pośrednictwem czytników RSS

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Bank Millennium pozwala już hipotecznym klientom zmienić konto na darmowe!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 listopada 2010 14:24

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line