Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 30 listopada 2011
    • Bankomat miał być za darmo, ale nie był, bo... jego właściciel tak wymyślił

      Coraz więcej moich czytelników ma do swoich banków pretensje o to, że ich oferty obejmujące darmowe bankomaty na całym świecie okazują się mieć pewne luki. Czasem luki te uwidaczniają się z winy banku, czasem z powodu jakichś dziwnych relacji między bankami i operatorami bankomatów w krajach, w których klient wypłaca pieniądze „ze ściany". Właśnie taki przypadek - ku przestrodze innym czytelnikom - chciałbym dziś zrelacjonować. Nie jestem przekonany czy wina w tym konkretnym przypadku leży po stronie banku, choć przecież skoro obiecał wszystkie bankomaty na świecie za darmo, to powinien się z tej obietnicy wywiązać, nawet jeśli jej realizacja okazuje się być droższa, niż wcześniej się spodziewano.

      Napisał do mnie pan Piotr, klient Deutsche Banku. Pan Piotr wziął mnie pod włos, więc nie miałem innego wyjścia, jak przeczytać jego przydługi list od początku do końca. Choć zwykle czytam tylko te krótsze :-). „Na początek pozwolę sobie na odrobinę lukrowania i pogratuluję autorstwa bardzo ciekawego i, jak wynika z wielu z opisywanych przez Pana spraw, wpływowego blogu. Z dużym zainteresowaniem czytuję o przypadkach lekceważenia przez instytucję finansowe klientów, własnych regulaminów, a nawet przepisów prawa. I z przykrością stwierdzam, że upublicznianie takich praktyk jest jedyną metodą walki z nimi" - napisał pan Piotr, a ja łączę się z nim w bólu, bo jest mniej więcej tak, jak pisze. Póki coś nie znajdzie się w mediach, szansa na to, iż bank lub ubezpieczyciel zrozumie swój błąd, jest niewielka.

      Czytaj też: Pech? Nie pojechać na wakacje z powodu zepsutego bankomatu

      Ale do rzeczy. A rzecz dotyczy bankomatów Deutsche Banku i tego czy powinno się płacić za korzystanie z nich jeśli bank obiecał, że będą darmowe. „Korzystam z konta dbNET, w ramach którego bank oferuje darmowe wypłaty z bankomatów na całym świecie (zarówno w informacjach reklamowych jak i w Taryfie Prowizji i Opłat informacja ta jest podana bez żadnych zastrzeżeń i warunków). Niestety w praktyce okazało się, że to co powinno być darmowe, może być płatne. Przekonałem się o tym podczas wrześniowego wyjazdu do Tajlandii. Cenię sobie zalety elektronicznego pieniądza i kart płatniczych, ale na szczęście tylko jeden raz musiałem wypłacić 6000 THB (ok. 600 zł) z lokalnego bankomatu. I tu pojawił się problem, bowiem do kwoty, którą wypłaciłem została doliczona prowizja w wysokości 150 THB. Prowizja taka doliczana jest niezależnie od wypłacanej kwoty przez bankomaty wszystkich banków w Tajlandii, a ponieważ możliwości dyskusji z bankomatem są "mocno ograniczone", nie awanturowałem się, licząc że reklamacja w Deutsche Banku, po moim powrocie do kraju, załatwi sprawę. W końcu mam darmowe wypłaty na całym świecie" - pisze pan Piotr. I ruszył w miasto:


      Tajlandia - Bangkok przez VTravel

      Dobrze kombinował, bo w Tajlandii z bankomaten zapewne by się nie dogadał, jako rasowy Europejczyk. I tu zaczyna się akt drugi tej tragikomedii. „Po powrocie zadzwoniłem do banku i złożyłem reklamacje opisując całą sytuację. Liczyłem, że bank potraktuje sprawę honorowo (obiecali, że za darmo i słowa dotrzymają). Niestety zaskakująco szybko otrzymałem odpowiedź. A w niej przeczytałem, że Deutsche Bank nie naliczył prowizji od transakcji i że prowizja „prawdopodobnie została naliczona przez właściciela bankomatu". Uważam takie tłumaczenia za skandaliczne. „Jeśli inne banki albo operatorzy bankomatów zechcą nakładać prowizje na klientów Deutsche Banku, to bank wytłumaczy klientom że wypłaty są nadal darmowe, bowiem nie pobiera prowizji. Prowizje prawdopodobnie pobiera ktoś inny" - zżyma się klient Deutsche Banku.

      I postanowił nie odpuszczać. „W trakcie powtórnej rozmowy z infolinią przełożona konsultantów wyznała, że bank nie jest w stanie zawrzeć umów ze wszystkimi operatorami bankomatów na całym świecie i taka sytuacja, jak moja, może się zdarzyć. Nie wyjaśniła dlaczego to klienci mają za to płacić. Odpowiedź na drugą reklamację otrzymałem niemal równie szybko jak na drugą. Tym razem przeczytałem: „potwierdzamy, ze Deutsche Bank PBC nie pobrał prowizji" oraz „w historii rachunku nie widnieje osobna pozycja, będąca prowizją od wspomnianej transakcji". Rzeczywiście, w historii konta mam wypłatę na kwotę 6150 THB. Ponieważ prowizja nie została wyszczególniona, to bank zanegował jej istnienie. Moje możliwości kończą się na bezproduktywnych dyskusjach z pracownikami infolinii, ale może Panu uda się namówić jakiegoś przedstawiciela DB do wypowiedzi. Przyznam, że z chęcią wysłuchałbym interpretacji słowa "bezpłatne" w wykonaniu rzecznika lub kogoś z departamentu zarządzania jakością banku DB. Spodziewam się, że próba wyjaśnienie faktu obciążania klienta opłatami za bezpłatne usługi to może być mała intelektualna uczta" - pisze pan Piotr. Gotowi na ucztowanie? Proszę o zajęcie miejsc przy stole, założenie śliniaków, odłożenie gorącej kawy.

      O intelektualną ucztę zadba Sabina Salamon, rzeczniczka Deutsche Banku w Polsce, którą poprosiłem o pomoc, a także Aleksy Gruszczyk, kierownik Biura Oferty Kont i Depozytów w tym banku, który odpowiedział na zastrzeżenia klienta. „Zgodnie z Tabelą Opłat i Prowizji, w przypadku kart Visa Electron wydawanych w pakiecie rachunku dbNET,  nie pobieramy opłat za wypłaty z bankomatów własnych oraz obcych zarówno w kraju jak i zagranicą. Należy zwrócić uwagę, że bank może zobowiązać się w umowie z klientem nie pobierać opłat, o których wie i na które ma bezpośredni wpływ. Oznacza to, że znosimy opłaty własne oraz wszelkie prowizje nakładane przez banki zewnętrzne z tytułu danej transakcji bezpośrednio na Deutsche Bank. Może jednak zdarzyć się sytuacja, w której bank – właściciel bankomatu, naliczy inną, dodatkową opłatę za skorzystanie z urządzenia bezpośrednio na klienta, na co niestety Deutsche Bank PBC nie ma wpływu. Zgodnie z opisem zdarzenia klient został wyraźnie poinformowany przez bank w Tajlandii o takiej dodatkowej opłacie. Klient zdecydował się na transakcję i tym samym zaakceptował naliczenie prowizji".

      Czytaj też: Klient skorzystał z zagranicznego bankomatu. Miało być gratis...

      Na koniec p. dyr. Gruszczyk podkreślił, że bank nie ma wpływu na tego typu dodatkowe opłaty, obciążające bezpośrednio klienta, nie objęte rozliczeniami pomiędzy jego instytucją, a właścicielem urządzenia. Nie ma też wpływu na ich wysokość, ani na tryb ich naliczenia. Co racja to racja. Ale rację jest też to, że w regulaminach i umowach oraz w tabelach opłat i prowizji nie ma tego typu zastrzeżeń, przez co klient mimo wszystko może się czuć głupio, że bank obiecał mu, iż za darmo będzie coś, co za darmo w rzeczywistości nie jest. A co Wy o tym sądzicie? Wina banku? Wina klienta? Niczyja wina, a tylko niekorzystny zbieg okoliczności? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Bankomat miał być za darmo, ale nie był, bo... jego właściciel tak wymyślił”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 listopada 2011 10:12
  • wtorek, 29 listopada 2011
    • Podłe czasy, czyli spowiedź byłego bankowca. Szef kazał kłamać i oszukiwać

      Bankowcy wiedzą doskonale, że dziś ich wizerunek jest cenniejszy niż kiedykolwiek. Bo bardziej, niż kiedykolwiek przelicza się go na koszty ryzyka i przychody z cross-sellingu oraz na stopień zacieśnienia długoterminowej relacji z klientami. Po latach pompowania przychodów szybkimi prowizjami bankowcy dochodzą powoli do wniosku, że lepiej mieć grupę stałych klientów i oferować im nowe usługi, niż ciągle „przerabiać” coraz to nowych. Znany klient oznacza mniejsze ryzyko i mniejszy koszt zacieśniania z nim relacji. To właśnie dlatego bank BPH zmienił swoje motto na „Po prostu fair”, to dlatego Credit Agricole wchodzi na rynek z hasłem reklamowym „Po prostu i z sensem”. To dlatego wreszcie Kredyt Bank postanowił być bankiem, w którym królują „Finanse z zasadami”. A Citi Handlowy opracował nawet osobną strategię nowego kształtowania relacji z klientami, żeby byli zadowoleni z jakości obsługi.

      Tyle, że kształtowanych przez lata nawyków nie da się wyplenić z dnia na dzień. Nie najlepiej opłacani pracownicy liniowi, poganiani przez będących na prowizji od sprzedaży menedżerów średniego szczebla, nie zaczną nagle dbać o długoterminową relację z klientami. A ci menedżerowie nie zaczną nagle przestać myśleć kategoriami „narżnąć klienta, zgarnąć premię i niech się głupi prezes martwi”. Niestety, tak jak nie od razu Kraków zbudowano, tak nie da od razu przerobić zwykłego banku a taki, który gra fair. A przykład praktyczny tej teorii przysłał mi jeden z czytelników blogu. To - zamieszczona ostatnio w serwisie www.piekielni.pl - opowieść o podłych czasach, której autorem jest pracownik jednego z banków, zmuszany do wciskania klientom kitu. Zmuszany przez swojego menedżera. Czy tak od kuchni wyglądają banki, które w reklamach pokazują się jako przyjazne instytucje, dbające głównie o interes klienta?

      Czytaj też: Ten  bank spełni marzenia, czyli punkt widzenia mięsa armatniego

      „Jest taki bank, który współpracuje z pewną siecią stacji paliw w celu "sprzedawania" swoich kart kredytowych. Sama idea wydaje się w porządku. Ktoś wypełnia formularz, a po aktywacji karty otrzymuje kilka tysięcy punktów w programie lojalnościowym i dwa razy więcej niż normalnie przy każdym zakupie paliwa, opłaconym tą kartą. Niestety, karty tylko w pierwszych miesiącach rozchodziły się szybko, później spotykało się już tylko osoby, które albo te karty mają, albo pięć razy o niej słyszały i są naprawdę pewne, że jej nie chcą. Spadkowi sprzedaży trzeba "zaradzić", więc szefostwo nakazuje uskuteczniać następujące pomysły: 1) unikać słów "karta kredytowa" - zamiast tego używamy "karta dająca punkty", 2) w namawianiu skupiamy się na dodatkowych punktach, jakie otrzyma klient, nie muszą wiedzieć co podpisują”. Byle tylko spełnić oczekiwania kierownictwa :-)

      „Zdziwilibyście się ile ludzi w dzisiejszych (niestety często podłych) czasach, jest w stanie wypełnić i podpisać formularz nie czytając go i nie wiedząc o co chodzi! Wszyscy mieli przed oczami tylko dodatkowe punkty i (prawie nieosiągalne) nagrody z katalogu. Nie byłoby to aż takie złe, bo klient po otrzymaniu karty może z niej zrezygnować bez jej aktywowania. Dowie się o co chodzi i nawet nie musi nigdzie dzwonić (za nieaktywną kartę nie było opłat). W związku z tym pojawił się kolejny problem: ludzie dostają karty, ale ich nie aktywują, przez co nie mamy z nich zysków. Narzucone rozwiązania: 1) spisywać numery telefonów do osób, które biorą kartę, a potem męczyć telefonami, żeby sobie coś tą kartą kupili (zakup kartą automatycznie ją aktywował), 2) nie wspominać nic o opłacie (kilkadziesiąt złotych), chyba że ktoś bardzo o to dopytuje.

      Szczyt bezczelności nastąpił, gdy rozmowy z klientami prowadziliśmy pod nadzorem "pomysłowych" przełożonych. Któregoś dnia namawiam klienta do aktywowania niechcianej karty: - Wystarczy, że pan pójdzie do sklepu i kupi zwykły soczek za złotówkę nową kartą... - Ale ja nie chcę tej karty. Są za to jakieś opłaty? - (skoro zapytał) Tak, kilkadziesiąt złotych. - A to proszę mi to zlikwidować. W tym momencie, szef szepcze do mnie: "to powiedz mu, że opłatę i tak już naliczyliśmy". Tego było za wiele. Mam bezczelnie kłamać i wyłudzać pieniądze. A jak potem będzie burza, że bank oszukuje klientów, to kto mu to powiedział? Ja! Przecież szef szanowanej instytucji na pewno by nam nie kazał mówić takich rzeczy. Rozmowę z klientem i karierę w bankowości zakończyłem tak samo szybko...”. Rzecz działa się niedawno, latem lub jesienią bieżącego roku. Wiadomo, że prezes banku nie popiera takich praktyk, ani w ogóle nikt z najwyższej kadry menedżerskiej. Oni tylko zbudowali taki system wynagrodzeń w swojej firmie, który do tego zachęca. A że słabi, chciwi ludzie na pierwszej linii oddziałowej walki o dobre relacje z klientami, nie dorośli jeszcze do nowoczesnej bankowości, to przecież wcale nie wina prezesów. Ani troszkę. Po prostu ich nie złapali :-).

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      DZIĘKUJĘ ZA MILIONY WASZYCH ODWIEDZIN! Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału tego roku, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. Nie zapominajcie sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Podłe czasy, czyli spowiedź byłego bankowca. Szef kazał kłamać i oszukiwać”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 listopada 2011 08:11
  • poniedziałek, 28 listopada 2011
    • Jak dostać 2000 zł na święta od Getin Banku? Instrukcja obsługi prezentu

      Dostałem sympatycznego mejla. „Szanowny Panie Samcik. Prosiłbym aby w jednym z najbliższych wpisów prześwietlił Pan najnowszą reklamę Getin Banku, w której (zgodnie z tytułem) Piotr Fronczewski swoim bardzo wiarygodnym głosem nakłania do zaciągnięcia kredytu, który to będzie miał niższe oprocentowanie o 1% niż "w twoim banku" i dorzucą jeszcze 2000 zł na święta” - napisał pan Andrzej, który wziął w Pekao jakieś 24.000 zł szybkiej gotówki na pięć lat z oprocentowaniem najpierw 11,9%, a potem już 16,9%. W pierwszym roku płacił za kredyt 670 zł, w kolejnych latach 735 zł. I ta sytuacja panu Andrzejowi ciąży, zaś Piotr Fronczewski i jego wiarygodny głos kuszą... „Być może jest to oferta warta uwagi? Mógłbym nawet przenieść się z całym kontem i kartą kredytową jeśli Getin zechciałby mnie tak podkupić" - pisze pan Andrzej, który aż przebiera nóżkami, by ktoś go podkupił. „Z góry dziękuję, oczekuję artykułu i mam nadzieję że dalej niewzruszenie będzie nas Pan chronił przed złem tego świata finansowego niczym rycerz w lśniącej zbroi”. Nie noszę zbroi, ale będę chronił, obiecuję.

      Ale do rzeczy. W istocie Getin ma ofertę dotyczącą osób już cieszących swój portfel spłatami rat. Dla każdego kto się przeniesie dostępne ma być obniżenie oprocentowania o jeden punkt procentowy (czyli np. jak ktoś ma kredyt na 16,9%, to w Getinie dostanie taki sam na 15,9%) oraz dodatkowa gotówka w kwocie 2000 zł. Ale od razu uwaga - ta dodatkowa gotówka to kredyt, a nie żaden prezent! Po prostu przy przeniesieniu kredytu od konkurencji jest opcja dorzucenia do niego kolejnych 2000 zł, które oczywiście trzeba będzie spłacić razem z odsetkami. Getin poza tym nie da niższego oprocentowania bez warunków. Limit jest ustawiony na ok. 8,5% - jeśli ktoś przyjdzie z tańszym kredytem, rabatu nie dostanie. Po drugie zaś za przeniesienie kredytu trzeba będzie zapłacić prowizję - taką samą, jaka została naliczana przy starym kredycie. Jeśli więc kiedyś miałeś kredyt na 16,9% i płaciłeś przy jego udzieleniu 3% prowizji, to Getin da ci kredyt z oprocentowaniem 15,9% i też naliczy 3% prowizji. Już gołym okiem widać, że interes to średni, ale... policzmy na konkretnych cyferkach.

      Getin, promocja świąteczna 2000 zł

      Załóżmy, że przychodzę do Getin Banku z kredytem o wartości 5000 zł, który wziąłem w drogim banku. Tego drugiego banku nie lubię, bo czochra mnie odsetkami sięgającymi 15% w skali roku. W Getinie już za sam fakt zamiany obcego kredytu na ich własny, getinowy, dadzą mi jeden punkt procentowy rabatu. Czyli będę mógł przenieść do nich kredyt z oprocentowaniem już tylko 14%. Wow, jest to wzruszające, choć niestety jak zerknąłem na kalkulatory finansowe, to wyszło mi, że do ugrania jest nie tak znowu wiele. Od dwuletniego kredytu z oprocentowaniem 15% płaciłem 242,4 zł miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej, zaś całość odsetek w czasie spłaty wyniosła 818,4 zł. Po uwzględnieniu getinowej promocji byłbym do przodu o 2,4 zł miesięcznie, bo rata spadnie mi do 240 zł. W całym czasie spłaty wartość odsetek wyniesie 761,5 zł. Na przeniesieniu kredytu oszczędzam więc 57 zł.

      Idźmy jednak dalej. Sensowność korzystania z oferty Getinu zależy od tego, czy mój poprzedni bank pobrał ode mnie prowizję za wzięcie kredytu. Bo Getin za przeniesienie weźmie dokładnie taką samą. Jeśli prowizji nie było, mój kredyt staje się rzeczywiście tańszy o 57 zł. A jeśli była? Całą kalkulację szlag trafia. Jeśli mój poprzedni bank wziął 5%, a jest to niestety najbardziej popularna opcja w polskiej bankowości konsumenckiej, to Getinowi też zapłacę 250 zł prowizji. Innymi słowy - by mój kredyt stał się tańszy o 1%, czyli 57 zł w całym okresie spłaty, będę musiał zapłacić prawie pięć razy więcej prowizji. Gdzie tu sens, gdzie logika? Właśnie z jej braku marketingowcy Getinu wpadli na pomysł, by dorzucać do przenoszonego kredytu jeszcze 2000 zł na świąteczne wydatki. Oczywiście - powtarzam! - nie jest to żaden prezent, a kwota dołożona do kredytu.  Ale OK. Jeśli jestem pod finansową ścianą, to nawet niedużo tańszy kredyt - na którego przeniesieniu stracę po uwzględnieniu prowizji - mogę chcieć zamienić na ten getinowy. Bo dostanę dodatkowe 2000 zł do kieszeni.

      Samcik blox

      Po przeniesieniu kredyt do Getinu, obniżeniu oprocentowania do 14% i wypłacie dodatkowych 2000 zł będę płacił ratę 336 zł miesięcznie (czyli prawie o 100 zł wyższą, niż w poprzednim banku). Oczywiście mogę zacisnąć zęby i płacić. Wtedy w sumie oddam Getin Bankowi o 1066 zł więcej, niż pożyczyłem plus prowizja. Ale mogę też wydłużyć okres spłaty kredytu z 24 miesięcy np. na 36 miesięcy, by ponownie zbić wysokość miesięcznej raty do „starego” poziomu 240 zł. W Getinie nie ma z tym problemu, chętnie rozbiją raty nawet na 96 miesięcy. Tyle, że wydłużenie okresu kredytowania, w połączeniu z wzrostem kwoty pożyczki, jest prawdziwą bombą z opóźnionym zapłonem dla każdego, nawet w miarę zasobnego portfela. Za trzy lata będę musiał oddać bankowi o 1613 zł więcej, niż pożyczyłem.

      A więc reasumując - obniżka oprocentowania o jeden punkt procentowy to pikuś, nie warto w ogóle zwracać na to uwagi. Chyba, że masz kredyt, który dostałeś bez prowizji. Wtedy będziesz do przodu o kilka złotych na miesięcznej racie. A dodatkowy kapitał w wysokości 2000 zł, dorzucany do kredytu? To porządny wabik, za który przyjdzie ci słono zapłacić. Dostaniesz te dwa tysie na święta przy zachowaniu dotychczasowej wysokości raty, ale niestety za cenę oddawania pieniędzy przez dłuższy czas. A to oznacza, że mając „stary” kredyt na 5000 zł, minimalnie droższy od getinowego, ale za to bez dodatkowej gotówki, oddasz bankowi 818 zł więcej, niż pożyczyłeś. Jeśli skusisz się na „prezenty”, będziesz miał 2000 zł, oddasz bankowi za ten „prezent” 1613 zł więcej odsetek. Nie warto.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jak dostać 2000 zł na święta od Getin Banku? Instrukcja obsługi prezentu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2011 08:20
  • niedziela, 27 listopada 2011
    • Chcesz nadpłacić raty kredytu? Uważaj, bo bank naliczy ci dodatkowe odsetki!

      Jakiś czas temu prowadziliśmy wspólnie z Maćkiem Bednarkiem z newsroomu Wyborcza.biz rubrykę „Poczet głupich prowizji”. Waszych pomysłów i naszych propozycji starczyło na kilkanaście jędrnych odcinków. Czasem zaczynam żałować, że cykl zawiesiliśmy, bo średnio raz na dwa tygodnie dostaję od Was wiadomość takie sygnały dotyczące pomysłowości banków, że aż chciałoby się znów odpalić „Poczet”. Dziś propozycja, która bez problemu by się w takiej rubryce zmieściła, choć prowizja może nie tyle jest głupia, co po prostu pomysłowa. Taka, na której istnienie mało kto by wpadł, a z drugiej strony trudną ją - logicznie rozumując - zakwestionować. Rzecz dotyczy kredytu hipotecznego w Banku Millennium, a konkretnie - sytuacji, w której klient chce nadpłacić ratę.

      Kiedy podpisywałam umowę kredytową, została do niej wpisana możliwość wcześniejszej spłaty kredytu, całkowitej lub częściowej” - pisze jedna z czytelniczek. Po zapłaceniu wysokiej składki ubezpieczenia niskiego wkładu postanowiła ona dokonać częściowej spłaty kredytu, by w przyszłości już tego ubezpieczenia jej nie naliczano. Konkretnie postanowiła spłacić10.000 franków. „Ku mojemu zdumieniu Millenium z tej nadpłaty potrącił sobie 20 franków! Napisałam skargę pytając, co to za potrącenie i dlaczego akurat tyle?” - pisze oburzona klientka. Bo klientka zapłaciła z góry kilka przyszłych rat kapitału i powodu, by jeszcze miała płacić jakieś inne odsetki, nie widziała. Ale czy aby na pewno czytelniczka oburza się słusznie?

      Oto odpowiedź, jaką otrzymała od Banku Millennium: „Uprzejmie informuję, że z dniem 28.11.2009 r. wprowadzona została zmiana w realizacji dyspozycji wcześniejszych częściowych spłat kredytu tj. wcześniejsza częściowa spłata dokonywana jest z zachowaniem zasady, iż Bank pobierze w pierwszej kolejności odsetki naliczone do dnia realizacji dyspozycji, a pozostałą część kwoty nadpłaty zaliczy na poczet spłaty kapitału. W związku z powyższym w przypadku Pani kredytu hipotecznego w pierwszej kolejności zostaną spłacone odsetki naliczone od dnia 09.11.2011 r. Pozostała kwota wcześniejszej spłaty zostanie przeznaczona na kapitał"

      Czytelniczka zbaraniała. „W pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć o jakich odsetkach bank pisze? Jeśli dziś mam saldo 50.000 franków, spłacam 10.000 franków, to saldo kredytu wynosi 40.000. Otóż nie. Millennium widocznie doszło do wniosku, ze jest pewna luka, którą mogliby zagospodarować, coby wyciągnąć więcej pieniędzy od klientów. Czyli jeśli ostania rata, którą zapłaciłam, miała datę 9 listopada, a nadpłatę robię dziś, tj. 20 listopada, to Millennium liczy za każdy dzień od 9 do 20 listopada odsetki kredytowe. I to jest właśnie te 20 franków!”  Cóż, harmonogram spłat nie mówi nic o rosnących odsetkach między ratami, tymczasem bank przeszedł na ich naliczane dzienne i zarabia sobie na klientach spłacających kredyty przed terminem. Rzecz jest tak skonstruowana dopiero od 2009 r., wcześniej bank taki dokładny nie był. Ale cóż, chyba ma prawo. Skoro odsetki od naszych lokat bywają naliczane i kapitalizowane codziennie, to dlaczego tak samo miałoby nie być w przypadku kredytów, hę? Rada dla Was: jeśli nadpłacacie raty, raczej nie róbcie tego w tzw. międzyczasie między płatnościami rat.

      Po publikacji tego wpisu otrzymałem wyjaśnienie Wojciecha Kaczorowskiego, rzecznika Banku Millennium, które postanowiłem wkleić, żebyście mieli pełen obraz. Pan Wojciech, podobnie jak duża część z Was, uważa że się czepiam. „Panie Redaktorze, po przeczytaniu testu „Chcesz nadpłacić raty kredytu? Uważaj, bo bank naliczy ci dodatkowe odsetki!” na Pan blogu, dochodzę do wniosku, że w tych czasach drugim obowiązkiem dziennikarza jest nie straszyć swoich czytelników. Pierwszym pozostaje niezmiennie przekazywanie im sprawdzonych informacji. Otóż nie ma Pan racji zarzucając Bankowi Millennium stosowania nieetycznych praktyk polegających na pobierania dodatkowych ukrytych opłat dla dyspozycji wcześniejszej spłaty kredytu hipotecznego.

      W listopadzie 2009 roku  Bank Millennium wprowadził zmianę w rozliczaniu dyspozycji wcześniejszej spłaty kredytu hipotecznego. To była zmiana techniczna wprowadzająca udogodnienia dla Klientów. Pierwszym z nich było umożliwienie wcześniejszej spłaty kredytu hipotecznego w placówce banku w czasie rzeczywistym, co przyniosło skrócenie realizacji wcześniejszej spłaty kredytu z trzech dni roboczych , do realizacji dyspozycji w systemie on-line na poziomie placówki. Drugim udostępnienie możliwość dokonywania wcześniejszych spłat klientowi bezpośrednio w kanałach bankowości internetowej po zalogowaniu się na swój profil na stronie banku (to było pierwsze takie rozwiązanie na naszym rynku). Jak każde przyjazne rozwiązanie zyskało ono uznanie klientów.

      Realizacja samej dyspozycji spłaty kredytu w oparciu o „nowe zasady” tj. „wcześniejsza częściowa spłata dokonywana jest z zachowaniem zasady, iż Bank pobierze w pierwszej kolejności odsetki naliczone do dnia realizacji dyspozycji, a pozostałą część kwoty nadpłaty zaliczy na poczet spłaty kapitału” nie niesie za sobą żadnych dodatkowych ukrytych opłat dla klienta. Informacja o sposobie realizacji dyspozycji, czyli spłacie najpierw odsetek naliczonych do dnia realizacji dyspozycji a pozostałej kwoty na nadpłatę kapitału, jest umieszczona każdorazowo w dyspozycji wcześniejszej spłaty którą Klient akceptuje. Analizując funkcjonujące zasady spłaty kredytu należy pamiętać o tym, że odsetki od produktów kredytowych naliczane są każdego dnia od aktualnego salda zadłużenia. Harmonogram spłat jest tak skonstruowany, że zakłada spłatę kredytu w całym okresie kredytowania bez wcześniejszych spłat. Wysokość raty kredytu jest stała lub malejąca. Klient nie płaci zatem żadnych „dodatkowych” odsetek, a jedynie te które i tak zapłaciłby w kwocie następnej raty (...)”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz nadpłacić raty kredytu? Uważaj, bo bank naliczy ci dodatkowe odsetki!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 listopada 2011 11:12
  • sobota, 26 listopada 2011
    • Grillowanie Portugalczyka? Nie wiadomo czy sprzedaż Millennium dojdzie do skutku!

      Podobno w piątek minął termin składania wiążących ofert przez chętnych do zakupu Banku Millennium od portugalskiej grupy BCP Millennium. Żadnych oficjalnych informacji oczywiście nie ma, ale niektóre branżowe serwisy zagraniczne sugerują, że wiążące oferty złożyły tylko dwa banki - BNP Paribas z Francji i nasz PKO BP. To by oznaczało wykruszenie się części kandydatów, bo wcześniej mówiło się, że wstępne oferty - uprawniające do przeprowadzenia w Millennium due dilligence - złożyły trzy lub cztery banki (podobno jednym z tych pozostałych dwóch była włoska Intesa). Jednak z moich nieoficjalnych ustaleń wynika, że sytuacja sprzedających Portugalczyków jest jeszcze bardziej niewesoła. Wróbelki mi donoszą, że polski bank oferty prawdopodobnie w ogóle nie złożył. Wróbelki mają też przeczucie, że do Lizbony mogli nie dotrzeć również emisariusze BNP Paribas. To by oznaczało, że zakupem Millennium nie jest zainteresowany nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą :-)

      Gdyby tak było to oczywiście nie wynikałoby to z sytuacji samego Millennium, ale ze zmieniającej się na gorsze sytuacji w europejskiej branży bankowej. Kilka miesięcy temu, kiedy Portugalczycy wystawiali bank na sprzedaż, nie było jeszcze mowy o 50-procentowej redukcji długów Grecji i o tym, że banki będą musiały prawie natychmiast doprowadzić swoje współczynniki wypłacalności do 9% i to na lepszej niż wcześniej sądziły bazie kapitałowej (czyli własnymi, a nie pożyczanymi pieniędzmi). Zażądał tego europejski nadzór i od razu wyliczył, że banki będą potrzebowały 106 miliardów euro. Takie asy jak Commerzbank, czy Intesa już powiedziały, że potrzebują zdobyć gdzieś 5 miliardów euro, a UniCredit bąknął coś o 3,5 miliarda euro. W takiej sytuacji wydawać pieniądze na kupowanie banku w Polsce byłoby rozrzutnością. Z kolei prezes PKO BP mówił mi niedawno w wywiadzie, że mógłby ewentualnie coś kupić, ale tylko wtedy jak będą go błagać na kolanach. Zbigniewowi Jagielle przyda się trochę czasu, bo projekt zmontowania konsorcjum z PKO, PZU, funduszy emerytalnych i może KGHM, do „udomawiania” banków jeszcze nie jest przygotowany. Jeśli nie złożył oferty i nie zrobili tego także Francuzi z BNP Paribas (lub ich oferta jest, ale bardzo niska), to może oznaczać, że dla Portugalczyków zbliża się właśnie czas błagania, a prezes Jagiełło może już polerować pierścień do całowania. I znów byłoby tak jak na boisku... :-)

      Czas błagania nadszedł już w transakcji sprzedaży drugiego z banków wystawionych pod młotek - Kredyt Banku. Jego właściciele, belgijska grupa KBC, w ogóle nie ogłaszała przetargu przeczuwając, że mało kto się zgłosi. Poszli od razu po prośbie do hiszpańskiego Santandera, jedynego znanego im banku, który ostatnio coś w Polsce kupował. A konkretnie - BZ WBK, za które Hiszpanie zapłacili astronomiczne z dzisiejszego punktu widzenia 3,1 miliarda euro. Belgijskie błagania podobno przynoszą nędzny efekt, bo w Santanderze nie dość, że mieli złożyć marną ofertę, nie chcąc się zrewanżować za miły gest przyznania wyłączności negocjacyjnej od razu na starcie, to jeszcze... stawiają warunki. Podobno Santander zażyczył sobie, by KBC, nawet po sprzedaży Kredyt Banku, finansowało jego portfel kredytów hipotecznych. Bo Hiszpanie nie mają ochoty kupować drogich obecnie franków „pod” udzielone na 30 lat kredyty o niskiej marży. Ciekawe czy to też pomysł Andrei Orcela...

      Marcin Jabłczyński, łebski analityk biura maklerskiego Deutsche Banku, mówił mi ostatnio, że jego zdaniem większe jest prawdopodobieństwo, że BCP Millennium i KBC w ogóle zrezygnują ze sprzedawania swoich polskich banków, niż że będą prowadziły ten proces za wszelką cenę. Bo oddawanie dobrych, wysokiej jakości, dochodowych aktywów za pół darmo - np. poniżej 1,5 miliarda euro - byłoby bezsensownością, a problemu brakującego kapitału i tak nie rozwiąże. Lepiej poczekać na lepsze czasy. Tak samo przecież zrobił norweski bank DNB, który ostatecznie wycofał się z planów sprzedawania polskiego DnB Nord. Co prawda Norwegowie wystawili się tym samym na pośmiewisko, bo wychodzi na to, że sami nie wiedzą czego chcą, ale z drugiej strony cóż mieli poczynić, skoro pies z kulawą nogą nie chciał kupić ich banku za sensowne pieniądze?

      Bliżej decyzji o anulowaniu planów sprzedaży polskiego banku jest zapewne KBC, bo przyznana od razu na starcie wyłączność jednemu z partnerów utrudni Belgom negocjowanie z innymi. Co do Portugalczyków to sytuacja jest mniej klarowna. Z jednej bowiem strony Francuzi z BNP Paribas wyglądali na bardzo zdeterminowanych i mogą się jednak zdecydować na dalsze negocjacje (być może zresztą nawet złożyli ofertę, choć wróbelki, z którymi ćwierkałem, raczej krzywią się na taką koncepcję). Z drugiej strony Portugalczycy mogą zawsze przyjść do prezesa Zbigniewa Jagiełły i pocałować go w... pierścień. Jak już będzie zmontowany fundusz z pieniędzmi „pod udomowienie”, to PKO BP zapewne nie będzie tak wybrzydzać na zagraniczne akwizycje, bo sprawa zrobi się polityczna, a podlizać się premierowi Tuskowi i nadpremierowi Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu zawsze warto. Może nie zrzucą wtedy człowieka ze stołka?  :-). Z trzeciej jednak strony jeśli BCP Millennium uzyska pieniądze od Chińczyków - podobno zakupem akcji portugalskiego banku interesują się co najmniej trzy banki z Chin - lub z Angoli, to ich determinacja, by całować kogokolwiek w pierścień może spaść.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o lub zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Grillowanie Portugalczyka? Nie wiadomo czy sprzedaż Millennium dojdzie do skutku!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 listopada 2011 09:47
  • piątek, 25 listopada 2011
    • Siedem razy prosił o restrukturyzację kredytu. Bank milczy i...wysyła windykatora

      Krótkowzroczność bankowców niekiedy mnie przeraża. Przeraża mnie zwłaszcza wtedy, kiedy słucham opowiadań klientów mających kłopoty ze spłatą rat swoich kredytów. Widać już na pierwszy rzut oka, że jeśli bank nie wyciągnie do klienta pomocnej dłoni, to nic dobrego z tego nie wyniknie. A bank mimo wszystko idzie w zaparte i zachowuje się tak, jakby mu zależało na stworzeniu jak najwyższych rezerw na złe kredyty. Od lat piszę w „Wyborczej”, że z bankiem warto się dogadać, bo nie zależy mu na pogłębianiu kłopotów finansowych klienta. Ale czasem dostaję takie przykłady nielogicznych zachowań bankowców, że sam zaczynam wątpić czy to prawda.

      Napisała do mnie pani Beata z podwarszawskich Marek. Ma taką sytuację: rata kredytów za mieszkanie 873 franki miesięcznie plus ubezpieczenie kredytu - ok. 3500 zł. Dochody 4000-4500 zł miesięcznie, do tego zwiększone koszty utrzymania (dwójka małych dzieci). „nie jesteśmy już w stanie płacić tak wysokich rat. Zwyczajnie, może dobitniej określając stan rzeczy, nie mamy za co żyć” - pisze pani Beata. Źródłem problemu jest oczywiście jej własna nieroztropność i podatność na perswazję doradców finansowych. Pani Beata twierdzi, że kredyt miał być z ratą do 2300 zł, ale wiadomo - kurs franka poszedł w górę i wszystkie kalkulacje powędrowały do śmietnika. Pani Beata poszła do banku z prośbą o obniżenie rat. „Bank zgodził się na karencję, nie wyraził natomiast zgody na wydłużenie okresu kredytowania, ponieważ ubezpieczenie może obowiązywać jedynie do 70-go roku życia. Ja się już nie kwalifikuję na takie ubezpieczenie, ale mój mąż jak najbardziej. Mamy wspólny kredyt, ale czy ubezpieczenie może dotyczyć tylko jednej osoby, jednego z kredytobiorców?” - pyta pani Beata. Bank twierdzi, że nie może. I niewykluczone, że ma rację. Ale na pewno nie zaszkodziłoby więcej życzliwości dla klientki.

      Pani z banku pisze do mnie pismo. Ja potrzebuję doprecyzować pewne stwierdzenia tam zawarte, wobec czego znajduję do pani kontakt, dzwonię. Pani pyta skąd mam numer jej telefonu, po czym oburzona faktem, że ośmieliłam się do niej zadzwonić stwierdza, że nie będzie ze mną rozmawiać i … odkłada słuchawkę. Karencję w spłacie rat kapitałowych wywalczyłam jedynie dzięki uprzejmości jednej pani, która skierowała pismo bezpośrednio do prezesa banku. Chyba nie tak to powinno wyglądać... W swojej determinacji chciałam sprzedać mieszkanie za „przejęcie kredytu”, ale póki co jeszcze walczę” - pisze pani Beata. Szkoda, że nie może liczyć na oparcie ze strony banku lub choćby cień porady co robić. Bo to chyba nie do końca jest tak, że jak klientka przestanie spłacać kredyt, to będzie to wyłącznie jej problem, prawda? Pewnym problemem jest to, że chodzi o bank wirtualny, internetowy, nie można więc pójść do placówki i się poradzić pani w okienku. Albo pana z reklamy :-)

      Inny przykład: napisał do mnie pan Marek z Łopuchowa. „W sierpniu 2008 r. zdecydowałem się na zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Kurs franka był na niskim poziomie i nikt nie mógł przypuszczać, że za trzy lata będzie o 70% wyższy. Na pewno nie przewidywał tego bank, gdyż wśród dokumentów przedłożonych mi do podpisu nie było informacji o ryzyku kursowym” - pisze pan Marek. Trochę głupio pisze, bo przecież nie jest dzieckiem i sam mógł wpaść na ten genialny pomysł, żeby sprawdzić co się stanie z jego ratami, gdy frank pójdzie w górę. „Wychodziłem z założenia, że jak pojawią się problemy z kredytem, będę mógł liczyć na pomoc banku. Okazało się, że jest to tylko mój problem. Od lutego 2011 r. zwracałem się bezskutecznie do banku z prośbami o prolongowanie spłaty kredytu, niestety za każdym razem odpowiadano mi, że bank nie widzi podstaw, by pozytywnie ustosunkować się do mojej prośby.

      Do dziś złożyłem w banku siedem takich wniosków. W każdym starałem się dokładnie opisać moją sytuację życiową i finansową. Do maja starałam się terminowo regulować zobowiązania, od czerwca reguluję je z opóźnieniem, które nie przekracza 30 dni. Mimo moich wcześniejszych starań o pomoc banku brak terminowych wpłat uruchomił ze strony lawinę działań windykacyjnych. Nie było dnia, żeby na moim telefonie lub telefonie małżonki nie nagrywał się ktoś z banku. Tłumaczyłem co jest powodem mojego opóźnienia, niestety za każdym razem osoba, z którą rozmawiałem, pytała tylko do kiedy zapłacę zaległą ratę. Kiedy opóźnienie w spłacie kolejnej raty sięgnęło 16 dni bankowcy zaczęli nachodzić mnie w domu. Pracownik banku, traktując mnie jak pospolitego złodzieja, zażądał natychmiastowej zapłaty raty i groził mi, że w przeciwnym razie będzie mnie częściej odwiedzał. W tej sprawie porażające jest to, że tyle się mówi o otwartości banków na problemu klientów, a w rzeczywistości ich „pomoc” sprowadza się do nękania, zastraszania i nachodzenia klientów, których traktuje się tak, jakby celowo nie płacili. Rozumiem, że klienci są różni, ale każdy przypadek powinien być rozpatrywany indywidualnie” - apeluje mój czytelnik.

      Czy ma rację? Przedstawiłem tylko jedną stronę medalu. Wiadomo, że problem widziany oczami klienta - zwłaszcza zadłużonego po uszy - przeważnie jest bardziej złożony, niż wynikałoby to z wstępnego oglądu. Tym niemniej nie ulega wątpliwości, że banki w Polsce niespecjalnie przejmują się tym, że klienci nie mają z czego spłacać rat. Ale może to i słusznie? Jak sądzicie? Mnie się wydaje, że gdyby w Polsce była sensowna ustawa o upadłości konsumenckiej, to banki - choćby ze strachu, że klient złoży wniosek o upadłość i trzeba się będzie z nim dogadywać pod kuratelą sądu - chętniej rozmawiałyby z tymi, którym przestaje starczać pieniędzy na spłatę rat. A tak? Kicha. Przydałby się jakiś Clooney.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Siedem razy prosił o restrukturyzację kredytu. Bank milczy i...wysyła windykatora”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 listopada 2011 11:50
    • 42% zysku w trzy lata na obligacjach z Wenezueli, Filipin i Kolumbii? Coś dla nas!

      Pamiętacie prehistoryczne towarzystwo funduszy inwestycyjnych Fidelia, które zostało zlikwidowane w 1999 r.? Ja pamiętam jak przez mgłę, ale może dlatego skojarzyła się owa Fidelia z nowym graczem na funduszowym rynku w Polsce - amerykańską firmą Fidelity Worldwide Investment. Fundusze z tej stajni należą do najbardziej renomowanych, a sama firma mieści się w pierwszej dziesiątce największych asset managerów globu. Teraz Fidelity, która działa na 35 rynkach świata wchodzi do nas i będzie robiła konkurencję takim asom, jak Franklin Templeton, Black Rock, Schroeder, Robeco, czy HSBC. Jest też hedgingowy gigant Man Investments. Wszystkie te asy razem wzięte zebrały w Polsce jakieś 4 miliardy złotych aktywów, czyli w sumie niewiele. Fidelity podobno chce mieć tyle samo w ciągu czterech-pięciu lat.

      Dlaczego powinno nas obchodzić wejście na rynek kolejnej zagranicznej firmy zarządzania aktywami? W zasadzie to sam nie wiem, bo przecież i tak jej 22 funduszy, oferowanych formalnie w Polsce, nie da się jeszcze prawie nigdzie kupić. Fidelity na swojej polskiej stronie internetowej podaje, że jej jedynym dystrybutorem jest firma ubezpieczeniowa Nordea, która wrzuciła zapewne fundusze Fidelity do swoich polis inwestycyjnych typu unit-link. Patrzyłem w Xelionie, który ma w ofercie cały przegląd rynku zagranicznych funduszy i tam jeszcze Fidelity nie występuje. Mam nadzieję, że interes się szybko rozkręci, bo firma chce sprzedawać w Polsce kilka naprawdę sensownych funduszy. No i być może zaoferuje nową jakość zarządzania, daleką od stosowanego przez większość TFI podejścia „kupić WIG20 i pilnować benchmarku”.

      Choć są i takie... które kupują długi szpitali, albo skrzynki dobrego wina

      Styl zarządzania funduszami Fidelity od zawsze charakteryzuje się aktywnym podejściem do inwestowania. Oni nie kupują indeksów, raczej starają się wyłuskać w inwestowaniu wartość dodaną - szukać firm, które obiecują wyższą stopę zysku, niż przeciętna. No i - co by nie mówić - mają u nas kilka naprawdę ciekawych funduszy. Szkoda tylko, że próg wejścia jest dość wysoki - trzeba mieć równowartość 2500 dolarów. Co prawda nie są to Himalaje (raptem 8000 zł), ale wielu drobnych inwestorów - nawet gdyby jakimś cudem znalazło jakiś punkt sprzedaży tych funduszy - zostałoby wyrzuconych poza nawias z przyczyn finansowych. Tyle, że trudno wymagać od firmy, która zarządza na całym świecie portfelem 255 miliardów dolarów, by bawiła się w Polsce w przyjmowanie wpłat rzędu 100 złotych. Noi niestety trzeba też pamiętać, że Fidelity oferuje w Polsce fundusze rozliczane wyłącznie w euro lub dolarach. W pakiecie trzeba więc brać ryzyko kursowe. Fidelio, ach, Fidelio :-)

      Ale same fundusze wyglądają nie najgorzej. Patrząc na polską ofertę Fidelity zwróciłem uwagę m.in. na ciekawe fundusze lokujące w Azji. Jest więc Fidelity China Consumer Fund, który zajmuje się inwestowaniem w akcje spółek dostarczających dóbr konsumpcyjnych do Chin, Tajwanu i Hong-Kongu. Podoba mi się też fundusz Asian Special Situation Fund, który ma szukać perełek wycenianych ekstraordynaryjnie nisko w relacji do aktywów, którymi dysponują, albo spółek mających specjalne warunki do zrobienia kariery światowej. Najwięcej w portfelu tego funduszu jest spółek Taiwan Semiconductor, czy Samsung Electronics lub też China Mobile. Mamy też do wyboru fundusz Fidelity EMEA Fund, który łączy inwestycje w spółki z Europy Środkowej, Wschodniej i Południowej (łącznie z Rosją), Bliskiego Wschodu oraz Afryki.

      W portfelu 50-70 spółek, z których aktualnie największe to Łukoil, południowoafrykański właściciel kopalni złota Anglogold Ashanti, telekomunikacyjna firma MTN operująca w RPA i okolicach, czy medialny potentat Naspers. Połowa portfela zainwestowana jest w Południowej Afryce, jedna czwarta w Rosji - m.in. w Sbierbank. Ale jest też turecki bank Turkyie Garanti Bankasi. Obecności polskich spółek na pierwszych miejscach nie stwierdzono. Fundusz działa od 2007 r., więc ma już niejaki track-record. W 2008 r. miał 48% strat, ale w 2009 r. zarobił 75%,  w kolejnym roku prawie 38%, a w tym jest niestety znów 25% pod kreską. Do tego jeszcze różnice kursowe (ostatnio by pomagały, bo do złotego euro jest mocny). To coś dla inwestorów o mocnych nerwach.

      Wow! Tego jeszcze nie było! Wkładasz kasę do funduszu i dostajesz Audi

      Jest też Global Real Asset Securities Fund, który ma być „instrumentem pozwalającym wykorzystać oczekiwane ożywienie gospodarcze w przyszłości” - jak pisze Fidelity. W portfelu spółki o aktywach ponoć niedowartościowanych względem ich „prawdziwej” wartości. No i cóż tam mamy? Jest naftowy gigant Exxon Mobil,  wydobywcza spółka z USA Anadarko Petroleum, gazowa firma BG Group, ale też nieruchomościowa Simon Property Group i działająca w podobnej branży Public Storage. Z ciekawych funduszy zauważyłem też Multi Asset Strategic Defensive Fund, jak sama nazwa wskazuje fundusz o defensywnej strategii, który w normalnych warunkach ma 65% pieniędzy w obligacjach, a resztę w akcjach, surowcach lub nieruchomościach. W ciągu ostatniego roku stracił tylko 3%, ale to dlatego, że największą częścią jego portfela są dziś... niemieckie obligacje z żałosnym kuponem 1,25% w skali roku. W akcjach fundusz ma ledwie 5% aktywów, a aż 30% trzyma w gotówce, szykując się do skoku.

      Dość nietypowym pomysłem Fidelity jest też Emerging Markets Debt Fund, czyli fundusz lokujący w obligacje na rynkach wschodzących. To naprawdę strasznie dziwny fundusz. Dziś najwięcej kasy ma ulokowane w rosyjskie obligacje (to pożyczka na 5% w skali roku), obligacje rządu Indonezji i Kolumbii (obligacje oprocentowane na 10,3%), papiery dłużne spółki Petroleo de Venezuela, obligacje rządowe Meksyku, Filipin,  Turcji, papiery dłużne Petroleos Mexicanos... Na tych wszystkich dziwnych rzeczach ten fundusz „wykręcił” w 2009 r. 40% zysku, zaś w 2010 r. dołożył jeszcze 18%. Nieźle, jak na fundusz papierów dłużnych, co? Inna sprawa, że w 2008 r. dał prawie 16% strat. Ale stopa zwrotu łącznie za trzy lata bardzo zacna - 42%. Jeśli potrzebujecie w portfelu mieć coś naprawdę egzotycznego, to dobrze trafiliście. Choć wujek Kazik z Goldmana by Wam tego nie polecił. W sumie - wśród 22 funduszy Fidelity, które wzbogacają ofertę funduszy w Polsce, jest co najmniej kilka naprawdę nowatorskich, przynajmniej z punktu widzenia polskiego, nieco dzikiego grajdołka.

      Czytaj też: Ile zarobisz w funduszu inwestującym w obligacje firmowe?

      Patrząc na karty funduszy, które wyświetlają się na polskiej stronie Fidelity, poleciłbym Wam obejrzenie sposobu, w jaki przedstawiane są strategie poszczególnych funduszy. Z punktu widzenia laika nie jest to może aż tak widoczne, ale ktoś znający się trochę na inwestowaniu w fundusze na pewno doceni klarowne i zrozumiałe przedstawienie sposobu w jaki będą inwestowane pieniądze, kryteriów doboru spółek do portfela i sposobu budowy samego portfela (jak bardzo jest rozdrobniony i ile jest w nim spółek-liderów) oraz preferencji zarządzającego. Jest też kilka słów o zarządzających funduszami, wraz z informacją od kiedy pracują w Fidelity. Widać, że polscy menedżerowie Fidelity postawili na komunikację z klientami. Fajne, ale w ten sposób nikt u nas jeszcze nie wygrał, bo Polska to rynek, na którym liczy się dystrybucja, a nie komunikacja :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „42% zysku w trzy lata na obligacjach z Wenezueli, Filipin i Kolumbii? Coś dla nas!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 listopada 2011 07:20
  • czwartek, 24 listopada 2011
    • Przewodniczący buduje wizerunek maczo, czyli ostra reprymenda i... koniec antybelek

      Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, wstał dzisiaj lewą nogą. W czwartek przed południem jego rzecznik Łukasz Dajnowicz przysłał mi kopię listu, który szef KNF podpisał zamaszyście i właśnie wysłał do bankowców. A w piśmie - jedna z najbardziej surowych reprymend, jakich publicznie udzielił nadzór bankowcom w ostatnich latach. Od razu nadmienię, że kością niezgody są lokaty antypodatkowe, które mają w ofercie prawie wszystkie banki, nie wyłączając należącego w połowie do państwa PKO BP. Patent nie jest nowy: dzięki codziennemu naliczaniu odsetek są one na tyle niskie, że mogą być zaokrąglane w dół, do zera. Rzecz jest hitem sezonu, bo już 20% wszystkich lokat założonych przez klientów polskich banków to lokaty antypodatkowe, od których banki nie odprowadzają 19% podatku, pozostawiając klientowi cały zysk. Z dziesięciu najlepiej oprocentowanych lokat na rynku wszystkie bez wyjątku to lokaty antypodatkowe.

      Wiadomo, że to już ich łabędzi śpiew, bo rząd lada moment przeprowadzi przez parlament taką zmianę ordynacji podatkowej, by nie można było zaokrąglać podatków do pełnego złotego, ale do pełnego grosza. Ale ministrowi Jackowi Rostowskiemu przyszedł właśnie z odsieczą szef Komisji Nadzoru Finansowego. I to w iście ułańskim stylu. Z listu wynika, że zarządy i rady nadzorcze banków nie wykonują swoich obowiązków, komitety do spraw ryzyka to banda gamoni, a wszyscy razem zapomnieli przeczytać kwitu, który Komisja Nadzoru wysłała im i przetłumaczyła na język polski - czyli była też opcja dla nieuków - jakieś pięć lat temu. A że właśnie dziś przewodniczący Jakubiak wstał lewą nogą, to postanowił kogoś obficie opieprzyć. Trafiło na bankowców.

      Czytaj też: Jak obronić się przed podatkiem Belki? Banki znają(ły) sposoby!

      W liście do bankowców mamy więc takie soczyste kawałki: „Banki finansujące swoją działalność z tzw. lokat antypodatkowych narażone są na gwałtowny odpływ środków oraz wysoki wzrost kosztów finansowania spowodowany wejściem w życie zmian w ordynacji podatkowej”, „Oczekuję, że banki podejmą niezbędne działania oraz odpowiednio przygotują się do zmian w otoczeniu prawnym i biznesowym”, „Oferowanie przez banki tzw. lokat antypodatkowych wskazuje na nieprawidłowości w zarządzaniu ryzykiem braku zgodności” - pisze do bankowców szef KNF, przypominając, że temat ten był już omawiany przez Bankowy Komitet do spraw Nadzoru Bankowego w 2006 r.  Ów brak zgodności, o którym czytamy w liście, to niedopasowanie terminu udzielanych kredytów i pozyskiwanych od klientów depozytów.

      Nadzorowi nie podoba się też to, że banki pomagają klientom unikać płacenia podatków, mimo że czynią to zgodnie z prawem. „Banki powinny stosować wysokie standardy w prowadzeniu działalności i zawsze starać się przestrzegać zarówno ducha, jak i litery prawa. Banki, które świadomie uczestniczą w transakcjach odpowiadających potrzebom klientów chcących uniknąć obciążeń podatkowych, narażają się na duże ryzyko braku zgodności” - pisze przewodniczący KNF do bankowców. I dodaje, że na radzie nadzorczej i zarządzie każdego banku spoczywa obowiązek zarządzania ryzykiem. A skoro banki tego nie robią, to znaczy, że istniejące w nich jednostki do zarządzania ryzykiem zgodności są - jak pisze nadzór - „nieskuteczne”. A jak walka z ryzykiem jest nieskuteczna, to... wszystko jest do chrzanu, prawda?

      Czytaj też: Wywiad przewodniczącego Jakubiaka, udzielony autorowi blogu

      Pismo kończy się mrożącym krew w żyłach chyba każdego prezesa banku passusem: „Oczekuję, że banki niezwłocznie dokonają przeglądu oraz wyeliminują nieprawidłowości w procesie zarządzania ryzykiem braku zgodności. Informację o podjętych działaniach powinny zostać przekazane do UKNF nie później, niż do końca grudnia 2011 r.”. Aha, byłbym zapomniał o najważniejszym. Nadzór stwierdził, że jak będzie miał nadal zły nastrój, pogoda będzie słaba, a ciśnienie niskie, to mogą być podstawy do „zastosowania wobec banków sankcji nadzorczych przewidzianych w ustawie Prawo Bankowe. Przyjdzie więc gajowy i przetrzepie księgi banków w poszukiwaniu zaginionego „ryzyka braku zgodności”. Czy tylko mnie się wydaje, że przewodniczący KNF zbudował sobie dziś wizerunek maczo? Well...

      Czytaj też: PKO BP i lokaty antypodatkowe, czyli ile kosztuje los na tę loterię?

      W piśmie przewodniczącego nie podoba mi się tylko jedna rzecz. Bo wymowę samego komunikatu nawet rozumiem, sam pisałem kiedyś w „Gazecie Wyborczej” nieco obrazoburczy z konsumenckiego punktu widzenia tekst o tym, że zabranie nam możliwości oszczędzania bez podatku będzie dobrym uczynkiem ministra finansów, bowiem dziś bankowcy uczą nas tylko krótkoterminowego oszczędzania i szybkich odsetek. A powinni uczyć nas systematycznego oszczędzania. Uważam jednak, że przewodniczący KNF nie powinien opieprzać banków za to, że wykorzystują legalnie lukę w przepisach i pomagają klientom unikać podatków. To problem ministra, że nie umiał napisać precyzyjnych przepisów, a nie banków, które mają dobrych prawników i te przepisy po prostu przeczytali oraz wykorzystali w walce rynkowej z korzyścią dla swoich klientów.

      Poza tym nie sposób nie pamiętać, że przewodniczący Jakubiak obiecywał bankowcom dialog, którego brakowało podczas kadencji poprzednika - Stanisława Kluzy. A tymczasem po jednym spotkaniu z oficjelami Związku Banków Polskich mamy już... cóż, muszę użyć tego ... regularny, publiczny wpier... no dobra, manto spuszczone bankowcom za pośrednictwem mediów. Ja tam osobiście lubię jak wszyscy załatwiają swoje sprawy przez media, gdyż generuje to ruch w blogu, portalu Wyborcza.biz, powoduje, że naród biegnie do kiosku po „Wyborczą”. Ale podejrzewam, że bankowcy inaczej wyobrażali sobie dialog. Być może jak już wizerunek maczo zostanie zbudowany, to nastąpi era docierania. Lub...samouwielbienia, bo to też w niektórych związkach się zdarza  :-)

      Czytaj też: Lokata nie bardzo antypodatkowa, czyli bank nie płaci w piątki

      Konsekwencje faktu, iż przewodniczący wstał z łóżka lewą nogą będą niestety spore i parę milionów nas będą kosztowały. Trudno przypuszczać, by po tak ostrej reprymendzie bankowcy chcieli w dalszym ciągu oferować na masową skalę lokaty antypodatkowe. Pod znakiem zapytania stają też wprowadzone na razie tylko przez Idea Bank patenty, które polegają na oferowaniu lokat antypodatkowych na długi termin, ale z wypłatą lwiej części odsetek z góry, by klienta nie obeszły już zmiany podatkowe. Nie wiadomo też czy presję KNF wytrzymają takie banki jak Meritum, czy Kredyt Bank, które wprowadziły lokaty z gwarancją, obiecujące wzrost oprocentowania po wprowadzeniu opodatkowania odsetek. I czy ktoś teraz odważy się wprowadzić do oferty polisy lokacyjne, ze swej natury antypodatkowe. Bo jeśli przewodniczący któregoś dnia będzie miał znów słaby nastrój, to walec z Pl. Powstańców podjedzie szybciutko i nie pozostanie kamień na kamieniu. A przy okazji z firmy ubezpieczeniowej tyż :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Przewodniczący buduje wizerunek maczo, czyli ostra reprymenda i... koniec antybelek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 listopada 2011 15:56
    • Juliette Binoche czaruje: kredyt na prawko, 100 zł w prezencie... Uważajcie na romby!

      Juliette Binoche od dobrych kilku tygodni czaruje nas z ekranów telewizorów swoim uśmiechem i emanuje zadowoleniem z posiadania długoterminowej relacji z bankiem Credit Agricole. Ja też, tak jak co najmniej połowa z Was, jestem podatny na jej urok, ale nie do tego stopnia, bym nie sprawdził cóż takiego wyjątkowego oferuje w sferze produktów finansowych francuski bank, którego nazwy jeszcze pół roku temu nikt nie znał. Miało być absolutnie wyjątkowo, czyli prosto, uczciwie i z sensem. Bez gwiazdek, kantów, małych literek - tak jak w pierwsze z wizerunkowych reklam Credit Agricole. Za to miało być „Prosto i z sensem”. Czy naprawdę tak jest? Z pomysłów, które miały wyróżnić Credit Agricole na tle rynku na stronie internetowej banku widać już niemal wszystkie. Jest więc  „1 konto”, czyli „moje pierwsze konto” przeznaczone dla młodzieży, jest dobra lokata, działa też już program rabatowy dla klientów, który ma być wkrótce największym tego typu przedsięwzięciem na rynku. Jest i prostoliczony kredyt gotówkowy, zassany z oferty Lukas Banku.

      Co do lokaty to niestety muszę skonstatować, że nie obyło się bez gwiazdek. Ponieważ oferowana przez bank antypodatkowa, pięciomiesięczna lokata 7% tak naprawdę jest oprocentowana na 5,67%, to reklamowane 7% okazuje się być jedynie pokazywanym przez bank ekwiwalentem zwykłej lokaty. No i jest nieszczęsna gwiazdka na samym dole, drobną czcionką. Może i nie dało się tego uniknąć w sytuacji, gdy wszyscy w taki sposób reklamują swoje lokaty antypodatkowe, ale... jak ktoś opiera swoją pierwszą reklamę wizerunkową na braku drobnego druku i gwiazdek w umowach, to musi się liczyć z tym, że klient będzie oczekiwał identycznego traktowania przy wizycie na stronie internetowej banku. A tu jest i drobny druk i gwiazdka, na szczęście tylko jedna (chociaż jak bliżej się jej przyjrzeć to jest to romb, a nie gwiazdka, więc niech im będzie, że mają ofertę „bez gwiazdek”).

      Dalej jest już lepiej, choć kto chce z Credit Agricole zrobić dobry interes, może się zawieść, bo Francuzi frajerami nie są. „Otwórz konto z premią 100 zł” - piszą. Ale żeby tę stówkę zainkasować, trzeba spełnić jakiś zylion warunków. Trzeba więc otworzyć konto osobiste z deklaracją systematycznych, comiesięcznych wpływów przez następny kwartał. Trzeba złożyć wniosek o kartę do konta. Trzeba otworzyć konto oszczędnościowe. Ufff. Konto jest za darmo tylko dla osób do 27. roku życia. Jak ktoś jest wapnem, to niestety płaci 5-8 zł miesięcznie, w zależności od tego czy wpływają na rachunek pieniądze zgodne z deklaracją na starcie. Używanie tokena do zatwierdzania przelewów to dodatkowe 3 zł (chyba, że zatwierdzi się nim jeden przelew miesięcznie, wtedy jest darmo). Karta do konta kosztuje 2-5 zł miesięcznie, chyba że jej używamy (młodzież - 100 zł zakupów w sklepie miesięcznie, wapniaki - 300 zł zakupów).

      Jeśli więc ktoś połasiłby się na stówkę i nie chciał przenieść do Credit Agricole całych swoich finansów, zapłaci za konto 16 zł miesięcznie. Po trzech miesiącach połowy premii już nie będzie. A to jeszcze nie wszystkie warunki, by zasłużyć na stówkę. Jeszcze trzeba wziąć kredyt gotówkowy, samochodowy, kartę kredytową - to masakra, głowę daję, że prowizja za przyznanie przekracza wartość 100-złotowej premii za konto - albo, co już mniej dolegliwe, założyć lokatę, kupić jednostki funduszu inwestycyjnego lub ubezpieczyć się na życie. Tak czy siak - program premiowy ze stówką w prezencie jest taki sobie, bo wymaga spełnienia tylu warunków, że dla 100 zł premii nikt się nań nie zdecyduje. Może się zdecydować o ile stwierdzi wcześniej, że Credit Agricole to dobry bank, ale jeśli tak, to żadna stówka w prezencie i tak nie będzie mu już potrzebna.  

      Nota bene w banku, który wchodzi dopiero na rynek, brak darmowego konta dla osób powyżej 27 roku życia jest pewną słabością - dla starszych klientów najtańsza opcja ROR-u to konto z kartą za 5 zł. To zresztą to samo konto, które pozostawione same sobie, kosztuje 16 zł miesięcznie (opłaty za brak wpływów, kartę, nie używany token). No dobra, jest pewien gadżet, którego inni nie mają - dostępny dla każdego 500-złotowy debet, przyznawany już na starcie. On rzeczywiście wyróżnia tę ofertę na tle innych banków, które tak od razu debetów nie przyznają. Ale - jeśli dobrze rozumiem tabelę opłat i prowizji - za niego też płaci się jak za zboże. Prowizja za Indywidualną Linię Kredytową wynosi 1,5% jej wartości, minimum 60 zł.

      Ostatnią deską ratunku, która pozwoliłaby mi na wysławianie Credit Agricole jako banku mogącego w cuglach pobić konkurencję, jest „Kredyt na prawko”,dorzucany do pakietu „1 Konto”. W reklamach brzmi nieźle. „Nie masz kasy to skorzystaj z taniego kredytu na prawo jazdy. To tylko 2,70 zł* (gwiazdka, he, he - to mój rechot, nie bankowy) dziennie. Jeżeli nie masz wystarczającego dochodu to przyjdź do nas z rodzicem lub innym członkiem rodziny i skorzystaj z pożyczki. Po zdanym egzaminie przynieś i pokaż nam swoje prawo jazdy, a obniżymy Ci ratę kredytu”. Prawda jest niestety bolesna. Otóż ten „tani” kredyt na prawko jest „promocyjnie” oprocentowany na 16% plus 5% opłaty przygotowawczej. Taniości tu nie widzę. Jedynym bonusem, który proponuje bank, jest obniżenie oprocentowania o dwa punkty procentowe po dostarczeniu przez klienta uzyskanego za pieniądze z kredytu prawa jazdy. Prawko trzeba dostarczyć najpóźniej po roku od zaciągnięcia kredytu. Policzmy więc co tak naprawdę kryje się za tymi warunkami i w jakiej skali korzyści oferuje nam bank Juliette Binoche.

      Załóżmy, że biorę na dwa lata 5000 zł kredytu na prawko. Płacę 250 zł prowizji na starcie, a potem po 245 zł miesięcznej raty. Po roku udaje mi się dostarczyć do banku dokument prawa jazdy i mogę zasłużyć na obniżkę oprocentowania o dwa punkty procentowe. Moja rata spada do 240 zł miesięcznie, zaś łączny koszt kredytu obniża się o jakieś 60 zł. Nie dość, że kredyt nie jest tani, to jeszcze bonus taki sobie. Zresztą to trochę tak jak ze słynnym gotówkowym „Kredytem Prostoliczonym” - 10 zł kosztów miesięcznie za każdy pożyczony tysiąc. Chwaliłem go za to, że jest przejrzysty i nie zawiera żadnych kantów. Ale - co widać już gołym okiem - drogi jest jak fiks. No, ale przecież Juliette Binoche nie obiecywała, że będzie tanio, tylko ze prosto. A prosto jest - jak drut.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Juliette Binoche czaruje: kredyt na prawko, 100 zł w prezencie... Uważajcie na romby!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 listopada 2011 09:00
  • środa, 23 listopada 2011
    • PKO, PZU, KGHM i OFE montują fundusz do odzyskania banków? A ja się go boję

      Kryzys finansowy szczerzy kły, więc w kraju powraca dyskusja, którą już mieliśmy przy okazji sprzedawania przez Irlandczyków udziałów w BZ WBK: czy powinniśmy „odzyskać” banki spod panowania inwestorów zagranicznych? Dziś w „Wyborczej” piszę o podejrzanych sugestiach, które daje swoim bankom austriacki nadzór bankowy. Zalecenie brzmi: niech spółki-córki austriackich banków w Europie Środkowej radzą sobie same, a gdy trzeba - niech ograniczą akcję kredytową. Na pieniądze od mamuś niech nie liczą. Austriacy zawsze działali z gracją godną słonia w składzie porcelany, więc to, co inni zagraniczni nadzorcy szepczą swoim bankierom do uszka, Austriacy wyłożyli oficjalnie, na piśmie. I dobrze, przynajmniej wiemy na czym stoimy. Wcześniej była afera z udziałem hiszpańskiego Santandera, który wycofał ze swoich brytyjskich spółek-córek miliardy funtów, by ratować własną skórę.

      Widać więc, że w Europie zaczyna dominować strategia, którą można byłoby określić jako: „każdy chroni własny tyłek”. Może i słuszna, bo przecież w wielu przypadkach ten tyłek świeci golizną. Zobaczcie z jakiego źródła finansują się europejskie banki. Nie, nie z depozytów klientów, jak wynika z tradycji, a z rynku hurtowego, czyli od innych banków. Jeśli banki na Starym Kontynencie pieniądze na udzielanie kredytów biorą głównie z innych banków, to nie trzeba być Einsteinem, żeby dojść do wniosku, że w wielu przypadkach są to kolosy na glinianych nogach, utrzymywane przy życiu dzięki podłączeniu do respiratora Europejskiego Banku Centralnego. I nie trzeba nawet żadnych złych kredytów, żeby ich interes po odłączeniu od respiratora się wywrócił.

      Bank funding structure IIF

      Czyż nie są to idealne warunki, by wyrwać polskie banki spod buta tych bankowych trupów z Włoch, Francji, Holandii, Niemiec, Hiszpanii, Portugalii? Owszem, są. Tyle, że nie na każdych warunkach. Kiedy trwał bój o BZ WBK pisałem, że nie jestem w stanie kibicować stającemu do tego przetargu półpaństwowemu, polskiemu bankowi PKO BP. Nie kibicowałem, bo nie jest to kapitał czysto prywatny, nie jest w 100% niezależny od polityków (choć prezes Jagiełło zrobił bardzo wiele, by było inaczej i chwała mu za to). Nie wiem czy Santander nie zaprzepaści osiągnięć BZ WBK i nie przerobi tego banku na maszynkę sprzedażową bez żadnego charakteru i bez ikry. Ale uważam, że jeśli banki mają wracać w polskie ręce, to powinny to być ręce prywatne, a nie skoligacone z politykami, urzędnikami w ministerstwach, szastające pieniędzmi podatników. 

      Ale w PKO BP znów - tak jak przy okazji walki o BZ WBK - wracają do pomysłu konsolidacji branży. Jak wynika z informacji środowego "Pulsu Biznesu", zarząd PKO BP chciałby utworzyć wehikuł finansowy z udziałem PZU oraz innych instytucji finansowych, np. funduszy emerytalnych czy międzynarodowych instytucji finansowych. Każdy się zrzuci paroma miliardami, PKO BP wszystko zepnie swoim działem inwestycji kapitałowych i wio! To chyba ten sam pomysł, który opisywaliśmy już w „Wyborczej”, o którym szef Komisji Nadzoru Finansowego rozmawiał z szefami funduszy emerytalnych. I który ma na myśli szef PZU mówiący, że ubezpieczyciel ma 5 mld zł na przejmowanie banków. Według „Pulsu” pomysł PKO przewiduje, że negocjacjami ze sprzedającymi banki i całością transakcji zajmowałby się ów wehikuł, stworzony ze zrzutek „społecznych”. I byłby w stanie odkupić od właścicieli zarówno Kredyt Bank, jak i Millennium. Ach, ile wówczas stołków można byłoby obsadzić znajomymi :-). „Rzepa” z kolei donosi, że PKO BP wspólnie z PZU może spróbować złożyć ofertę w przetargu na Bank Millennium. 

      Interes ukręci też na tym prezes Zbigniew Jagiełło. Dokonane dziś wzmocnienia - zwłaszcza jeśli zapłaci za nie ktoś inny, a nie tylko samo PKO - pomogą największemu polskiemu bankowi zdominować branżę na lata jeśli nie na dziesięciolecia. A prezesowi Jagielle - zgodnie z jego tradycją nazwiska - pozwolą stać się władcą świata finansów, którego prezesi innych banków będą całowali w pierścień. Powiem Wam szczerze. Nie chciałbym by za moje oszczędności przelewane z ZUS fundusze emerytalne bawiły się z prezesami PKO i PZU w „zdobywanie” banków. Bo ja już - choć mam dopiero niecałe 37 lat - myślę o emeryturze, czego i Wam życzę.

      Marek Belka, prezes Narodowego Banku Polskiego, wspomniał w zeszłym tygodniu, że NBP mógłby udzielić preferencyjnych, krótkoterminowych pożyczek inwestorom, którzy chcieliby wziąć udział w przetargu na jakiś „osierocony” przez zachodni kapitał bank. I to jest OK, dopóki rzecz dotyczyłaby wspomagania prywatnego, krajowego kapitału. Wszyscy jesteśmy Polakami i powinniśmy troszczyć się o polskich kapitalistów - by rośli w siłę, zatrudniali w Polsce tysięcy ludzi, by mnożyli się tak, jak ich pieniądze. I warto zachęcać biznesmenów pokroju Leszka Czarneckiego, by chcieli wejść ze swoim kapitałem do branży bankowej. Warto ich zachęcać nawet preferencyjnymi pożyczkami. Warto zachęcać, by ich pieniądze łączyły się z tymi, które są w funduszach inwestycyjnych, emerytalnych, czy wreszcie w naszych, polskich portfelach oszczędności. Ale, do cholery, co robi w tym interesie PKO BP, czy PZU - firmy, w których odpowiednio 50% i 35% kapitału kontroluje państwo! Produkowania dalszych powiązań branży finansowej z władzami się boję, a do tego zmierza, zdaje się, koncepcja tworzenia wehikułu finansowego (o ile to, co pisze „Puls”, jest oparte na prawdzie).

      Wspieranie kapitału polskiego jest w porządku, dopóki pomocna dłoń, preferencje i zachęcanie dotyczą kapitału prywatnego, znajdującego się poza zasięgiem łap funkcjonariuszy rządu, polityków, urzędników, a także poza wpływami prezesów spółek kontrolowanych przez państwo. Jednak intencje zwolenników „udomowienia” są chyba inne. Kiedy czytam w „Wyborczej”, w otwierającym dyskusję tekście prof. Stefana Kawalca, że większy udział polskiego kapitału w bankach mógłby pomóc w finansowaniu długu publicznego naszego kraju, to robi mi się zimno. Źle mi się to kojarzy, choć domyślam się, że marzeniem każdego polityka jest móc wezwać prezesów największych banków i mówić im co mają robić.  Przypominam sobie też jak „udomowiony” PKO BP przez lata stał biznesowo w miejscu lub nawet się cofał, będąc przedmiotem wojenek tabunów polityków o posady. To, niestety, realne zagrożenie z „udomowienia” banków, opierającego się o kapitał prywatno-państwowy. Do pomocy przydałby się niejaki Clooney. Ma ktoś do niego telefon? :-)

      Przegląd argumentów za „udomowieniem” banków jest szeroki. Niektóre z nich nie podlegają dyskusji. Jak choćby ten przywołany przez prof. Kawalca, że banki pod kontrolą zagranicznych inwestorów nie zawsze sprawnie wypełniają rolę pośrednika w gromadzeniu depozytów i udzielaniu kredytów. Przykład takiej nieefektywności mieliśmy niespełna trzy lata temu, podczas poprzedniej odsłony kryzysu finansowego. Wszystkie banki bały się wtedy pożyczać. Ale np. należący w połowie do państwa PKO BP zwiększał akcję kredytową dla przedsiębiorstw. Z tym argumentem polemizuje jednak Maciej Bitner, główny ekonomista Wealth Solutions. „Załóżmy, że zagraniczny bank, kierując się jakimś interesem ekonomicznym lub politycznym zdecyduje się nakazać zakręcenie polskim przedsiębiorcom kurka z kredytem. Dlaczego pustego miejsca nie wypełnią polskie banki? Przecież przedsiębiorca, który nie otrzyma kredytu w banku z kapitałem zagranicznym, może zwrócić się do polskiego banku i tam go dostać. Pokazują to statystki z poprzedniego kryzysu”.

      Zwolennicy „udomowienia” banków mają rację w tym, że przynależność polskich banków do zagranicznych grup kapitałowych ogranicza możliwości działania polskiego nadzoru, bo coraz więcej jego kompetencji przejmuje zunifikowany nadzór unijny. Trzeba się przed tym bronić. Ale, do diaska, czy naprawdę ma sens twierdzenie, że polskie banki nie potrzebują już inwestorów zagranicznych? Czy naprawdę polskie banki dałyby radę się finansować z rynku międzybankowego, bez pożyczek od „mamuś”? Pożyczyć franki za granicą pod kredyty wypłacone w tej walucie? Czy pozjadaliśmy już wszystkie rozumy jeśli chodzi o ekspansję zagraniczną naszych banków? Tak? To dlaczego specom z PKO BP nie udała się ani jedna taka inwestycja?

      Czytaj też: Nowa era w nadzorze nad bankami? Wraca Kwaśniak!

      Niepokoi mnie nutka lekceważenia pod adresem inwestorów zagranicznych. A już całkiem mierzi mnie argument, że gdyby banki były bardziej polskie, to mielibyśmy mniejsze kłopoty z finansowaniem długu publicznego, bo nie byłoby zakładanych limitów na zakupy polskich obligacji. Banki komercyjne, do cholery, nie służą temu, żeby wyświadczać uprzejmości polskiemu ministerstwu finansów! Tymczasem w telewizorze przez cały zeszły tydzień oglądałem polityków, ekonomistów i oficjeli różnej maści, którzy przekonywali, że polski kapitał w bankach będzie bezpieczniejszy, niż zagraniczny. Do chóru włączył się nawet Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Finansowego, który na pierwszy rzut oka wyglądał na rozsądnego i wyważonego. Ale nawet i on nie powstrzymał się przed postraszeniem nas, że banki zagraniczne mogą chcieć, pod rządami unijnego prawa, wyprowadzić z Polski centrale swoich polskich spółek-córek.

      Jak słusznie zauważa ultraliberalny Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, „używa się z lubością określenia „repolonizacji” – którego użył Pan Premier Kaczyński. Oczywiście nie podając źródła. Więc ja oddam Panu Premierowi Kaczyńskiemu sprawiedliwość i przypomnę, że to jego pomysł! Nie jest wykluczone, że Pan Prezes Belka, jak się dowie, że poparł pomysł Pana Premiera Kaczyńskiego, postanowi zmienić zdanie”. Celny strzał, prawda. A dalej Gwiazdowski się zastanawia „Na czym ma polegać to „udomowienie”? Pan Wiceprezes NBP Witold Koziński wyraził myśl, że „możliwym scenariuszem jest zakup wystawionego na sprzedaż banku przez krajową instytucję finansową, a następnie jego prywatyzacja”.

      Przełożenie tej mądrej na pewno myśli na język bardziej zrozumiały dla prostych ludzi, nie jest proste. Na „chłopski” rozum, żeby „następnie” sprywatyzować banki, które w tej chwili są już przecież prywatne, trzeba „najpierw” sprawić, żeby przestały być prywatne – czyli  znacjonalizować. Zastanawiam się tylko dlaczego ci, którzy mają wziąć „następnie” udział w „prywatyzacji” nie mieliby „od razu” kupić banków od tych, którzy ewentualnie „wystawią je na sprzedaż”, tylko „następnie” je odkupić od „krajowej instytucji finansowej” odpowiednio drożej?” - pyta Gwiazdowski. Zwraca też uwagę na to, że jeśli użyjemy pieniędzy OFE do repolonizacji banków, to ”zwiększy się ekspozycja OFE na ryzyko negatywnych zmian sytuacji w jednym tylko sektorze gospodarki – bankowym. Czy zdaniem nadzoru bankowego to dobra strategia inwestycyjna, żeby wkładać wszystkie jajka do jednego koszyka?”. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, skoro rząd ma interes do ubicia.

      Czytaj też: Ten Włoch może nam przewrócić do góry nogami branżę bankową!

      Zgadzam się z Maciejem Bitnerem z Wealth Solutions, który też uważa, że na „udomowienie” polskich banków nie uda się zdobyć prywatnego finansowania. „Rząd poprzez kontrolowane przez siebie spółki we współpracy z nadzorem i NBP będzie dążył do zbudowania grupy bankowej, która za pieniądze publiczne będzie realizować sny polityków o potędze polskiego sektora bankowego. Jest pewna szansa, że takie przedsięwzięcie nie zakończy się po kilku latach kompromitacją a w międzyczasie nie będzie służyć do rozdawania synekur. Chociaż bardziej byłbym skłonny w to uwierzyć, gdyby ci, którzy uważają, że wiedzą, jak budować bankowe imperium przekonali do tego inwestorów, a nie sięgali po publiczne pieniądze” - pisze Bitner. Dedykuję te kilka zdań Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu, niegdysiejszemu liberałowi i (chyba?) jeszcze wciąż zwolennikowi gospodarki rynkowej. Bo wiele wskazuje, że to on stoi za pomysłami, by banki odzyskiwać za pieniądze z PKO BP, PZU i OFE, z których miałby powstać specjalny fundusz inwestycyjny, będący wehikułem „udomowienia”. To jak, dzwonimy po Clooneya? :-)

      Mój pogląd na repolonizację banków odzwierciedla w 100% komentarz Roberta Gwiazdowskiego, który uważa, że pęd do „udomowienia” banków jest podyktowany „zgubnym przeświadczeniem, że to sektor finansowy i banki są najważniejsze w gospodarce” oraz „pewnością, że „polski sektor bankowy ma się dobrze i nic mu nie grozi”. Owszem – banki są potrzebne gospodarce. I to bardzo. Ale nie one są najważniejsze! Owszem – sytuacja polskiego sektora bankowego jest na tle Europy świetna! Ale nie tak trudno jej popsuć. Dotąd mieliśmy jakąś równowagę między działającymi na polskim rynku bankowym zagranicznymi inwestorami, na których rząd nie miał politycznego wpływu i nadzorem finansowym. Teraz mamy mieć kontrolę polskich polityków nad całym rynkiem bankowym. Czy to wróży dobrze? Moim zdaniem niedobrze”. Moim też.  

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      MILIONY ODWIEDZIN SUBIEKTYWNOŚCI! Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału tego roku, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. W czasie tych wizyt kliknęliście najróżniejsze strony blogu 3.178.176 razy. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. Nie zapominajcie sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „PKO, PZU, KGHM i OFE montują fundusz do odzyskania banków? A ja się go boję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 listopada 2011 11:23

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line