Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 listopada 2012
    • Nieetyczny sprzedawca polis? Zwolniliśmy z pracy. Ale klienci muszą cierpieć

      Jak wiecie, cięty jestem na nieetycznych sprzedawców długoterminowych polis inwestycyjnych. Takich, z których wycofać się można dopiero po 10-15 latach. Dostają prowizję nie dość, że bardzo wysoką, to jeszcze płatną z góry, więc niejeden wpuszcza klientów w maliny, by wyłudzić cyrograf. Ilekroć rozmawiam z szefami największych firm ubezpieczeniowych - u ostatnio rozmawiam zaskakująco często - mam ze sobą chusteczkę, bo dość przekonująco i wzruszająco opowiadają oni o swojej walce z nieetycznymi sprzedawcami. O tym, jak ich gnębią, ścigają i zwalniają, a nawet na zbity pysk wyrzucają. Ale nieetyczni agenci są jak smok - z jednej odciętej głowy wyrastają dwie następne. Agent wyrzucony na pysk z jednej firmy, z otwartymi rękami jest przyjmowany w kolejnej. Aż w końcu trafia do takiej, w której za rżnięcie klientów nie wywala się go z firmy, ale wypłaca premię.

      Najgorzej jednak, że firmy - nawet jeśli rzeczywiście walczą z nieuczciwymi sprzedawcami - to skutków ich działań się bynajmniej nie wypierają. Dziś opowieść pana Piotra, który miał przyjemność spotkać się z naganiaczem Deutsche Banku, który działał przy okazji na rzecz firmy Generali. "Z dużym zainteresowaniem przeczytałem Pana artykuły dotyczące polis inwestycyjnych oferowanych przez banki i firmy ubezpieczeniowe. Sam znalazłem się w podobnej sytuacji i przy okazji podpisywania umowy kredytu hipotecznego w Deutsche Banku (kwiecień 2010 r.) zostałem przez doradcę "skuszony" taką inwestycją. Doradca oświadczył, że aby wykup takiej polisy miał wpływ na obniżenie oprocentowania mojego kredytu, minimalna roczna wpłata na polisę musi wynieść 9244 zł. Twierdził, że nie ma możliwości płacenia mniejszej składki. W trakcie załatwiania wszystkich procedur zapewniał, że mogę wycofać się z opłacania polisy po dwóch latach i odzyskać wpłacone pieniądze. Gdy się później okazało, że tak nie jest, doradca z rozbrajającym uśmiechem stwierdził, że... musiałem chyba coś pomylić z innym funduszem".

      Pan Piotr pewnie żyłby w błogiej nieświadomości, gdyby w tzw. międzyczasie nie przeprowadził się do innego miasta, gdzie dyrektor oddziału Deutsche Banku wyprowadził go z błędnego przekonania, że musi płacić 9244 zł rocznie, by mieć niższą marżę kredytową. "Okazało się bowiem, że wysokość składki rocznej polisy Generali jest ustalana indywidualnie i może być dużo niższa. Firma Generali odcięła się od całej sytuacji, bo umowa podpisywana była nie u nich, tylko w banku" - opowiada mój czytelnik. Pan Piotr postanowił poprosić o odkręcenie sprawy. "Po próbie interwencji w oddziale Deutsche Bank w Łodzi, czyli tam, gdzie podpisywałem umowę, okazało się, że doradca zajmujący się moim kredytem i polisą Generali został zwolniony, a bank może mnie tylko przeprosić za zaistniałą sytuację". Cóż, widać pan doradca zarabiał na premię wpuszczają w maliny nie tylko wybranych klientów, ale wszystkich, którzy się nawinęli.

      Dobrze, że bank pozbył się gada, ale nie rozumiem dlaczego nie pozwolił klientowi zmienić warunków umowy. Jak powiedziało się "a", to warto powiedzieć też "b". Taka niekonsekwencja jest o tyle nie na miejscu, że przecież to bank odpowiada za jakość pracy swoich ludzi. Jeśli zwolnił pracownika, to znaczy, że nie był z niego zadowolony. Tym bardziej uzasadnione byłoby zrekompensowanie strat, które poniósł z tytułu zbrodniczej działalności doradcy jego klient.  Bo to wygląda trochę tak, jakby bank z jednej strony walczył z nieetycznymi sprzedawcami, a z drugiej ochoczo wyciągał ręce po owoce ich pracy. "Zwróciłem się również z pisemną prośbą do Generali o obniżenie rocznej składki, wyrażając chęć kontynuowania polisy. Oczywiście zgody nie uzyskałem i umowa polisy została zerwana w sierpniu 2012 roku. Z wpłaconych 19.766 zł odzyskałem 2.966 zł" - to smutny epilog tej sprawy. 

      SUBIEKTYWNIE O KREDYTÓWKACH W TOK FM. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" bywa w piątki gościem porannej audycji ekonomicznej radia TOK FM. Tym razem rozmawialiśmy m.in. z Marcinem Piaseckim ("Dziennik Gazeta Prawna") o kartach kredytowych i nowych, dziwnych prowizjach, które wymyślają banki... 

      SUBIEKTYWNOŚĆ I OSZUKAŃCZE SIDŁA. Napisała do mnie pani Anna. "Bardzo żałuję, że dopiero od niedawna czytam Pana blog. Ponieważ z natury jestem osobą uczciwą, to innych mierzę podobną miarą. Za to obecnie płacę wysoką cenę, bo dałam się oszukać młodym, miłym doradczyniom. Ilu jeszcze tzw. przeciętnych obywateli musi wpaść w ich oszukańcze sidła, żeby coś się zmieniło? Ściga i sądzi się drobnych złodziei  kieszonkowych, a banki i związane z nimi firmy pseudo-doradcze wyciągają z naszych kieszeni pieniądze pełną dłonią tyle, że ubraną w białą rękawiczkę. Jedyną tarczą konsumentów są media,które potrafią napiętnować tego typu działania i jednocześnie, a może przede wszystkim, ostrzegać. Zwłaszcza, że instytucje powołane w celu przeciwdziałania takim niecnym praktykom zawodzą. Dlatego chylę czoła przed Pana działaniami. Proszę pisać o oszukańczych metodach “sprzedaży”, bo ona ciągle trwa. Jest Pan jednym z nielicznych, którzy potrafią to robić. Jest to zasługa Pana wiedzy i odwagi. Proszę mieć świadomość, że dzięki Pana pracy uda się uniknąć wielu nieszczęść".

      SUBIEKTYWNOŚĆ I ZAKŁADANIE OBROŻY  Kolejny list od czytelnika: "Jestem bezrobotny. Kiedy przeglądam ogłoszenia dochodzę do wniosku, że lokalni pracodawcy poszukują niepełnosprawnych rencistów w wieku 23-28 lat z 15-20 letnim stażem. Mile widziany jest do tego status studenta zaocznego oraz dziesiątki ukończonych kursów. Jedyną opcją jest jednoosobowa działalność gospodarcza. Usłyszałem o ofercie Idea Banku bezzwrotnej pożyczki. Byłem tak zadowolony, jak mały piesek który został puszczony luzem na podwórko i nie wiedział co z tym szczęściem zrobić. Chciałem dowiedzieć się szczegółów tej oferty. Dziwnym trafem znalazłem Pana wpis na blogu. Szczerze mówiąc byłem zszokowany tym jak blisko byłem tego, aby założyć sobie obrożę na 10 lat. Cieszę się, że trafiłem na Pana blog, myślę że pomoże Pan wielu innym osobom będącym w podobnej sytuacji do mojej".
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Nieetyczny sprzedawca polis? Zwolniliśmy z pracy. Ale klienci muszą cierpieć”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 listopada 2012 11:01
  • czwartek, 29 listopada 2012
    • Włoskie fascynacje polskich pocztowców: chcą zarabiać głównie na... swoim banku

      Czy Poczta Polska powinna zajmować się na dużą skalę usługami finansowymi? Dla szefów każdej poczty musi to być kusząca perspektywa, zwłaszcza w sytuacji, gdy podstawowa działalność - dostarczanie listów i paczek - nie przynosi kokosów (i wiadomo, że w przyszłości lepiej nie będzie). Skuteczne przerobienie tysięcy okienek pocztowych na maszynki do sprzedawania kont, kart, kredytów, ubezpieczeń oraz depozytów nie może być dla żadnego rasowego pocztowca celem samym w sobie, ale może stać się bezpiecznym alibi, pozwalającym przetrwać bezstresowo zmiany i wzrost konkurencji na rynku pocztowym. Na listach i paczkach można wtedy tracić, bo dochody z usług finansowych pozwalają żyć godnie i restrukturyzować się nienerwowo. Poczta Polska też idzie tą drogą i...

      Poczta a Bank Pocztowy

      ...wszystko byłoby w porządku, gdyby kłód pod nogi nie rzucał... największy polski bank PKO BP. Szuka on okazji do tego, by się wzmocnić, a tani zakup banku, należącego w większości do poczty, wydaje się z punktu widzenia PKO dobrym pomysłem. Jego prezes Zbigniew Jagiełło chciałby przekonać pocztowców do tego, żeby zajęli się jednak listami i paczkami, a biznes bankowy pozostawili fachowcom. PKO BP proponuje 240 mln zł za przejęcie Banku Pocztowego i długoletnią umowę na sprzedaż w pocztowych okienkach produktów PKO BP, co ma przynieść poczcie dodatkowe 60-130 mln zł rocznie z prowizji. To dużo większa kasa, niż ta, którą dziś poczta wyciska ze swojego Banku Pocztowego - w zeszłym roku było to 40 mln zł w prowizjach. W PKO BP przekonują, że Poczty - która dwa lata temu zarobiła na czysto 53 mln zł, a rok temu 104 mln zł - nie stać na finansowanie swojego banku. A rozwijanie własnymi siłami działalności finansowej byłoby dla pocztowców niepotrzebnym wysiłkiem, by nie powiedzieć - fanaberią. Zwłaszcza, że przy okazji państwowa poczta robiłaby na rynku bankowym konkurencję państwowemu (w połowie) bankowi. A przecież zamiast kopać dołki pod największym polskim bankiem mogłaby leżeć do góry brzuchem i kosić miliony z prowizji od PKO BP za udostępnienie 8.000 okienek.

      Czytaj też: Prezes PKO BP chce skoczyć na pocztę. Ale po co?

      Cóż, z takim story prezes Zbigniew Jagiełło może nieźle namącić w głowach przedstawicielom rządu nadzorującym biznes pocztowy. Co prawda decyzję w sprawie przyjęcia lub odrzucenia oferty PKO BP podejmuje samodzielnie zarząd Poczty Polskiej, ale trudno uwierzyć,  by w tak ważnej sprawie nie zasięgnął rady państwowego właściciela. Być może sprawa rozstrzygnie się jeszcze w tym roku, więc nic dziwnego, że pocztowcy zaczęli ofensywę lobbingową, która ma na celu przekonanie decydentów w rządzie, że pomysł sojuszu z PKO BP wyrzucić do kosza. I zapewne w ramach tej kampanii w środę spotkałem się z Jerzym Jóźkowiakiem, prezesem Poczty Polskiej, który trzyma sztamę z Tomaszem Bogusem, prezesem Banku Pocztowego. Obaj panowie uważają, że bank, który dziś ma 1,3 mln klientów i 1% rynku bankowego, a w całym roku zarabia tyle, co PKO BP w cztery dni, ma przed sobą wielką przyszłość w ramach grupy Poczty Polskiej. A za trzy lata może mieć już 3 mln klientów i wskoczyć pod względem liczby obsługiwanych Polaków na 6-7 miejsce w Polsce.

      Jakie argumenty przemawiają, zdaniem pocztowców, by wypiąć się na 240 mln zł od PKO BP i co najmniej 60 mln zł rocznej prowizji? W środę rozmawiałem z Jerzym Jóźkowiakiem, prezesem Poczty Polskiej, który rzucił na stół trzy główne tezy. Po pierwsze: bez usług bankowych poczta będzie szybko traciła klientów. Listów wysyła się coraz mniej, a płacenie comiesięcznych rachunków na poczcie nęci coraz węższe grono Polaków. Wolą zakładać konta w bankach i płacić faktury przelewami. Albo korzystać z tańszych okienek u pośredników lub w marketach. Bank Pocztowy, specjalnie na tę okoliczność, odpalił usługę darmowego opłacania rachunków na poczcie, ale z rachunku w Banku Pocztowym. To oznacza, że klient nie musi iść do innego banku, żeby zredukować koszty związane z opłacaniem rachunków. Może regulować je tak, jak do tej pory, czyli w okienku u pani Zdzisi na poczcie, ale już bez prowizji (zdaje się, że 2,5 zł) - bo z konta w Banku Pocztowym. To przykład na rolę Banku Pocztowego w ratowaniu spadających przychodów Poczty Polskiej.

      Drugi argument: wiodące poczty w Europie Zachodniej też mają swoje banki i dobrze na tym wychodzą. Prezesi Poczty Polskiej i Banku Pocztowego zachwycają się zwłaszcza przykładem włoskim i francuskim. Tam banki pocztowe należą do liderów w całej branży bankowej, mając 6-8% rynku rachunków bieżących, 9-10% rynku kont oszczędnościowych i miejsce na podium w pozyskiwaniu depozytów. Jako modelowy przykład Jóźkowiak podaje BancoPosta, bank należący do włoskiego operatora pocztowego Poste Italiane. Z kwoty 21,6 mld euro przychodów włoskiej poczty tylko 4,8 mld euro pochodzi z usług pocztowych, a reszta to sprzedaż kont, kart, kredytów i ubezpieczeń. W dodatku to usługi finansowe są jedyną dochodową działalnością włoskiej poczty - ma z nich 1,4 mld euro zysku operacyjnego, gdy z działalności pocztowej generuje 200 mln euro straty. Tymczasem polska poczta, której przychodzi spadają każdego roku o 400 mln zł, z usług finansowych czerpie raptem 6% przychodów. 

      Poczta a Bank Pocztowy

      Z porównań przedstawionych przez szefów Poczty wynika też, że znacznie łatwiej udaje się zwiększać udział przychodów z działalności finansowej tym pocztom, które mają własne banki, niż tym, które żyją z partnerstwa strategicznego z zewnętrznymi bankami komercyjnymi. Np. we Francji udział przychodów z działalności bankowej tamtejszego operatora pocztowego wynosi 24%. A w Wielkiej Brytanii lub Belgii, gdzie poczty udostępniają jedynie zewnętrznym partnerom swoje sieci placówek - jest to tylko 6-8%. A więc mniej więcej tyle, ile dziś w Poczcie Polskiej. Przekaz do rządzących jest więc taki: chcecie mieć silną finansowo pocztę, to musi ona być obecna na rynku finansowym. A jeśli ma być obecna skutecznie, to musi mieć swój bank.

      Poczta a Bank Pocztowy

      Trzeci argument za zatrzymaniem działalności bankowej w grupie Poczty Polskiej to fakt, że w przyszłości będzie można na niej zarobić znacznie więcej, niż marne 240 mln zł, które płaci PKO BP. Tu jako przykład pocztowcy podają Deutsche Post, która co prawda kilka lat temu sprzedała swój bank pocztowy rynkowemu liderowi Deutsche Bankowi, ale zrobiła to po osiągnięciu przez bank wysokiej wydajności, inkasując ogromne pieniądze. Prezesi poczty argumentują, że nie ma sensu wyzbywać się dziś kury znoszącej złote jajka (Bank Pocztowy po trzech kwartałach tego roku ma 27 mln zł zysku), skoro stać ich na jej dokarmianie, a pieniądze z jej zarżnięcia (czytaj: sprzedaży) i tak nie byłyby manną z nieba Na kolejne cztery lata poczta planuje miliard złotych inwestycji, co oznacza, że 240 mln zł jednorazowego "zastrzyku" z PKO BP nie jest dla pocztowców kwotą, bez której nie można żyć i która pozwoli zainstalować w każdej placówce wodotryski.. Oczywiście: dziś Bank Pocztowy jest mikrusem. Ale szybki skok w górę jest na pewno możliwy, bo taka np. francuska poczta licencję bankową dostała dopiero w 2006 r., a już w 2012 r. ma topową pozycję na rynku usług finansowych. Inna sprawa, że - zdaniem PKO BP - szybki skok oznacza kolejność władowania w Bank Pocztowy jakichś 300-400 mln zł w kilka lat. Pytanie czy Poczta Polska taką kasę będzie w stanie wysupłać.

      Prezes Jóźkowiak sugeruje, że dla finansowania potrzeb swojego banku byłby w stanie nawet się zadłużyć, bo uważa, że warto. Ile jest do ugrania? W zeszłym roku z Banku Pocztowego wpłynęło do kasy Poczty Polskiej 40 mln zł, co roku ta wartość ma się zwiększać o kilka, kilkanaście milionów. Potem mają dojść dochody z dywidend i wzrostu wartości rynkowej banku (Poczta będzie mogła np. sprzedać część udziałów na giełdzie, zapewne za kilkaset milionów). Szefowie Banku Pocztowego twierdzą też, że wiedzą jak wykorzystać potencjał pocztowych okienek, by biznes szybko zaczął się multiplikować. Nie tylko zainstalują swoje stoiska i mikrooddziały w tysiącu placówek Poczty (dziś są w 230 miejscach), ale chcą też "podpiąć" zaawansowane systemy informatyczne do wszystkich okienek pocztowych. Pracownik poczty nawet położonej "daleko od szosy" będzie mógł podejrzeć w każdej chwili kartotekę każdego klienta Banku Pocztowego, a system podpowie mu, jaką ofertę bankową lub ubezpieczeniową zaproponować. Dzięki temu każdy klient Banku Pocztowego będzie mógł zostać "uproduktowiony" jak ta lala. A bank nie będzie zarabiał już np. 40 mln zł rocznie na obsłudze 1,3 mln klientów, ale kilkakrotnie więcej.

      Poczta a Bank Pocztowy

      Gdyby chodziło tylko o biznes, to pewnie prezes Zbigniew Jagiełło nie musiałby czekać czterech miesięcy na odpowiedź Poczty Polskiej na swoją ofertę. Dostałby bana już po tygodniu. I nie musiałby na konferencji prasowej dogryzać prezesowi Jóźkowiakowi, że "ma nadzieję, że ta odpowiedź nie zostanie wysłana pocztą". Niestety w tej sprawie apolityczny zarząd poczty musi się liczyć ze zdaniem przedstawicieli rządu, bo przecież to bardzo ważna spółka państwowa. A nie wiadomo do końca jak silne przełożenie ma w administracji rządowej prezes Jagiełło. Stąd zwlekanie przez pocztowców z odpowiedzią i przygotowywanie sążnistych raportów, które mają ujrzeć wkrótce światło dzienne. Ma z nich niezbicie wyniknąć jaki model obecności na rynku finansowym będzie się Poczcie Polskiej najbardziej opłacał. I pewnie wyniknie też to, że 240 mln zł, które płaci PKO BP za Bank Pocztowy, to rozbój w biały dzień i wyprzedawanie klejnotów rodowych za bezcen. Pytanie tylko czy prezesowi Jóźkowiakowi uda się przekonać właściciela Poczty Polskiej, że powinna ona wyglądać tak, jak włoska, która bynajmniej nie zarabia na wysyłaniu listów:

      Poczta a Bank Pocztowy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Włoskie fascynacje polskich pocztowców: chcą zarabiać głównie na... swoim banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 listopada 2012 15:25
  • środa, 28 listopada 2012
    • Wszystkie grzechy MasterCarda, czyli praktyczny poradnik: jak wkurzać ludzi

      Liczne znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że od przyszłego roku banki będą mniej zarabiały na transakcjach kartowych. Może nawet o pół miliarda złotych mniej rocznie. Parlament ograniczy bowiem opłatę interchange, którą płacą sklepikarze za każdym razem, kiedy płacimy plastikiem za zakupy. Te pieniądze zostaną w rękach właścicieli hipermarketów i małych sklepów oraz punktów usługowych. Być może zapłacimy za to z własnej kieszeni, bo banki zaczynają podnosić opłaty za karty, albo zaostrzać warunki, od których zależy bezpłatność karty (tak jak zrobił to ostatnio m.in. BZ WBK, limity transakcji potrzebne do bezpłatności karty wzrosły też w Banku Millennium i ING). Część winy za to zamieszanie ponoszą organizacje płatnicze Visa i MasterCard, które pod płaszczykiem finansowania innowacji (że niby muszą mieć pieniądze na programy wspierające wzrost liczby terminali) w porozumieniu z bankami (Visa) lub bez (MasterCard) trzymały tak wysoko interchange, że doprowadziły do buntu handlowców. I uruchomiły pęd do innowacji wśród... polityków, których kombinacje mogą się dla nas wyjątkowo źle skończyć.

      Wina za to, że najpewniej zapłacimy więcej za karty, nie rozkłada się po równo między Visę i MasterCard. Druga z wymienionych organizacji płatniczych - zapewne przez to, że jest na dorobku (Visa kontroluje 70% rynku) i szuka sposobu na sukces - podejmuje różne kontrowersyjne inicjatywy, które wkurzają wszystkich dookoła. Nie wszystkich w jednym momencie, ale na osi czasu... Robi to, by przeżyć, ale to tylko częściowe usprawiedliwienie. Pisałem już nie raz o sklepikarzach, którzy mieliby kilka powodów, by bojkotować karty ze znaczkiem MasterCard. Wkrótce pewnie za używanie kart MasterCard "bekniemy" my wszyscy, konsumenci. Bo nowe prawo zapewne umożliwi obkładanie nas dodatkową prowizją w punktach handlowych za płacenie kartami, zaś to właśnie na plastiki MasterCarda sklepikarze są najbardziej cięci. I pewnie za ich używanie w sklepach (mowa o kartach kredytowych, w przypadku debetowych pobieranie opłat będzie zabronione) ochoczo punkty handlowe wprowadzą prowizje.

      Ciekaw jestem co zrobi MasterCard, by  poprawić swoje notowania i odkupić winy. Lista grzechów MasterCarda jest dość długa, choć przecież firma zrobiła też kilka dobrych uczynków: to od tej organizacji zaczęła się historia kart zbliżeniowych w Polsce, a poza tym to MasterCard ma najfajniejszy program lojalnościowy dla użytkowników kart. Ale to klasyczna amerykańska korporacja, notowana na giełdzie, która siłą rzeczy ma tylko jeden cel - pompować własne zyski (Visa inaczej - jest spółdzielnią banków, formalnie non-protif). Oto lista wkurzonych na MasterCarda (lub tych, którzy dopiero zostaną wkurzeni, ale za to już niedługo, a przy okazji tak, że długo jeszcze im nie przejdzie :-)).

      Sklepikarze, właściciele hipermarketów: nie lubią MasterCarda za podwyżki stawek interchange w ostatnich latach (a nawet miesiącach) oraz za to, że wprowadza na rynek karty typu premium, z podwyższonymi stawkami interchange. MasterCard - co poniekąd zrozumiałe - szczególnie promuje wśród banków właśnie te karty, więc tym samym wprowadza na rynek coraz więcej kart, za które pobierana jest najwyższa interchange fee (Visa, z tego co wiem, nie podnosiła stawek). W 2009 r. MasterCard wprowadził karty World i World Signia ze stawkami interchange sięgającymi 2 - 2,2%, a w 2011 r. obciążone wyższymi opłatami karty debetowe Debit Rewards i Debit World. Ostatnio MasterCard podniósł stawki dla swoich kart dla firm do 1,9%. Właściciele bankomatów: oni dostali od MasterCarda strzał dwa lata temu, kiedy znienacka obciął im prowizje od każdej transakcji klientowskiej. To właśnie dlatego teraz właściciele niezależnych sieci bankomatów dostaną w prezencie od ministra finansów możliwość obciążania nas dodatkowymi opłatami za wypłacanie pieniędzy ze ściany.

      Firmy rozliczające transakcje (agenci rozliczeniowi): Im MasterCard koszmarnie podpadł w 2010 r., wprowadzając  program I4P (Innovations For Poland). Ten genialny pomysł polegał na obciążeniu agentów rozliczeniowych dodatkowymi opłatami na pokrycie kosztów rozwoju, innowacji i takich tam bzdetów. Opłaty były liczone od całego obrotu w terminalach, w tym także od obrotów kartami Visa. To był powód, dla którego agenci rozliczeniowi podwyższyli swoje opłaty pobierane od sklepów. Kasę z programu I4P MasterCard podobno przekazuje bankom-wydawcom kart. Visa ma odwrotnie: banki składają się na program dotacji do terminali płatniczych (nazywa się to Kartą Visa Zapłacisz Wszędzie). Sektor bankowy. Im MasterCard podpadł odchodząc od stołu, przy którym pracowano pod auspicjami NBP nad kompromisowym programem redukcji opłat kartowych. Dogadali się wszyscy: rząd, UOKiK, NBP, Visa, agenci rozliczeniowi, banki, fochów nie strzelali nawet sklepikarze. Program nie mógł wejść w życie, bo MasterCard wycofal się z prac zespołu roboczego. Weto MasterCarda sprowadziło na rynek kartowy siedem plag egipskich w postaci projektów ustaw zgłaszanych przez polityków, a co jeden to bardziej radykalny.

      Konsumenci, posiadacze kart: większość z nas jeszcze o tym nie wie, ale o ile Visa od zawsze była przeciwnikiem tzw. opłat surcharge, czyli nakładania dodoatkowych prowizji na konsumentów za to, że płacą kartą w sklepie, o tyle MasterCardowi jest chyba wszystko jedno - ważne, żeby kasa płynęła do jego skarbczyka. Doszło do tego, że w moim urzędzie dzielnicy mogę zapłacić kartą MasterCard z dodatkową prowizją, a Visą nie mogę, bo nie uznaje ona surcharge. MasterCard dopuszcza surcharge, a ludzie z Visy twierdzą nawet, że wręcz tę opłatę promuje. W komentarzu do senackiego projektu regulacji interchange MasterCard napisał coś takiego: "Jednocześnie w pełni popieramy postulaty Senatu, dotyczące możliwości wprowadzenia dodatkowych opłat (surcharge) przez punkty usługowo-handlowe oraz transparentności opłat związanych z obsługą kart płatniczych". Ostatnio podczas publicznych wystąpień szef polskiego MasterCarda Michał Skowronek co prawda zmienił ton i kryzytkował surcharge, ale to, co napisał w kwicie senackim, to jest, proszę państwa, masssakra. MasterCardowi jest kompletnie wszystko jedno, czy za używanie jego kart konsument będzie walony prowizją po głowie. Obciążanie posiadacza karty przez sklep dodatkową opłatą za jej użycie to prosta droga to zniechęcenia ludzi, by posługiwali się kartami.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Wszystkie grzechy MasterCarda, czyli praktyczny poradnik: jak wkurzać ludzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 listopada 2012 16:29
    • Apel do 'producentów' polis inwestycyjnych: przestańcie płacić sprzedawcom z góry!

      W "Gazecie" od kilku tygodni zajmujemy się buntem klientów, którzy kupili w bankach polisy inwestycyjne, ale nie przeczytali dokładnie warunków udziału w całym tym interesie. A te są trudne, bo czynią z klienta niewolnika na 10-15 lat. Interes życia polega na tym, że klient wpłaca pieniądze systematycznie przez ileś-tam miesięcy lub jednorazowo większą kwotę, a kasa jest inwestowana w fundusze. Fundusze zarabiają albo nie (zależy co się wybierze), ale opłaty i prowizje są dość wysokie (przeciętnie jakieś 3-4% w skali roku). Wycofać się nie można, bo opłaty likwidacyjne sięgają 100% wpłaconych pieniędzy. Niekiedy sprzedawcy polis zatajają przed klientami ciemne strony tych produktów. Pisałem o tym problemie również w blogu, porównując posiadaczy takich polis do chłopów pańszczyźnianych, przywiązanych do ziemi. Można powiedzieć: naiwni, albo nieprzystosowani. Ale widziałem w życiu trochę umów na polisy inwestycyjne i ostatnią rzeczą, jaką można o części z nich powiedzieć jest to, że napisano je przejrzyście i czytelnie. A mając przed sobą skamlącego agenta trudno się odmawia... Potem zaś - o czym piszemy dzisiaj w "Gazecie Wyborczej" - zdesperowani klienci wystawiają swoje polisy na Allegro za połowę wartości składek, które w te polisy zainwestowali. Chcą odzyskać choćby okruchy pieniędzy, bo jeśli przestaną płacić - opłata likwidacyjna może zabrać im wszystko.

      Odnoszę wrażenie, że to, co kiedyś było marginesem, czyli ordynarny misseling, naciąganie klienta i kłamanie w żywe oczy, teraz staje się niepokojąco popularnym sposobem zarabiania pieniędzy przez bandytów podających się za pośredników finansowych. Wydaje mi się, że wynika to z kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, który zmusił pośredników do poszukiwania nowych źródeł zysków. Pośrednik jak to pośrednik - ma w nosie wizerunek i interesy firmy ubezpieczeniowej. Zależy mu na prowizji, więc jeśli w celu jej otrzymania trzeba klienta oszukać, nawciskać mu kitu i nakłamać w żywe oczy - to trudno. Chciwy pośrednik, który traktuje klienta jako jednorazowego dostawcę dochodu z prowizji, przed takim postępowaniem się wzbraniał nie będzie. Rynek psują dziś głównie doradcy finansowi (zwani doradcami zupełnie na wyrost) i agresywne banki, które wpadły na szatański pomysł dodawania planów regularnego oszczędzania do każdego kredytu.  A firmy ubezpieczeniowe nie potrafią się zdobyć na odesłanie tych specjalistów od misselingu na drzewo. Rozmawiałem z szefami firm ubezpieczeniowych wielokrotnie i prosiłem - wstawcie na półkę program regularnego oszczędzania sprzedawany przez internet, bez pośrednictwa agentów i doradców finansowych. Przynajmniej będziecie mieli czyste sumienie, że próbowaliście zmienić coś na rynku. Niestety, nie posłuchali.

      Dziś sytuacja jest taka, że pośrednicy toną w prowizjach, a firmy ubezpieczeniowe mają problem wizerunkowy i prawny. Tak, prawny, bo ci, którzy postanowili wyrwać się z kajdan i wycofali z polis inwestycyjnych, nie dostając w zamian ani grosza, w sądach już wygrywają. Znamy trzy wyroki sądowe, z których wynika, że niektóre zapisy umów na polisy inwestycyjne są po prostu bezprawne. Bunt klientów spowodował nawet, że jeden z banków - konkretnie Getin Bank - niektórym z nich zaczął zwracać pieniądze (ale spokojnie, w Getinie nie są przecież altruistami: oddają kasę głównie emerytom, którym polisy wciskano jako odpowiednik depozytu terminowego, więc każdy sąd potwierdziłby, że to misseling i kazał płacić klientowi odszkodowanie). Firmy ubezpieczeniowe zaczynają zmieniać klientom umowy (indywidualizując kwestię opłat likwidacyjnych, zgodnie z tym, na co wskazują sądy) lub wycofują ze sprzedaży polisy zawierające kwestionowane sąd zapisy. Polska Izba Ubezpieczeń i Związek Banków Polskich opracowały też kodeks dobrych praktyk, w którym obiecują, ze klienci będą informowani w sposób pełny i rzetelny. Wzruszające jest głównie to ostatnie...

      Ale dopóki firmy ubezpieczeniowe nie zmienią sposobu sprzedawania polis - działając z pominięciem agentów i pośredników, albo korygując zasady ich wynagradzania - nie zabraknie przypadków wciskania klientom polis inwestycyjnych wbrew ich woli. O skali misselingu decydują ogromne prowizje, których ubezpieczyciele nie wahają się wypłacać agentom za każdą przyniesioną polisę, podpisaną przez klienta. Prowizja jest wypłacana od razu, bo klient na mocy umowy i tak jest już "uwięziony" w polisie na 10-15 lat i ubezpieczyciel wie, że odbije sobie prowizję wypłacaną agentowi w kolejnych latach. Do "Gazety Wyborczej" napisała pani Genowefa z Kołobrzegu, która wpłaciła do polisy inwestycyjnej w Getin Banku 15.000 zł. Po niecałym roku z tych pieniędzy zostało 8.000 zł Co stało się z resztą? Ano rozpłynęły się m.in w prowizjach dla sprzedawców. Z informacji przesłanej przez Getin Bank wynika, że opłata za zarządzanie, pobierana przez pierwsze pół roku trwania umowy, pochłonęła... ponad 4300 zł!

      Albo przypadek innego czytelnika, któremu firma Aegon postanowiła zmienić sposób wyliczania opłaty za wycofanie się z interesu. Nowa opłata jest ustalona indywidualnie i składa się na nią koszt wystawienia polisy (260 zł), koszt rozwiązania umowy (280 zł) i koszt dystrybucji - uwaga! - 8.300 zł. Czy dla takich pieniędzy warto posunąć się do niegodziwości? Pewnie zdaniem niektórych zdemoralizowanych sprzedawców - warto. Dlatego apeluje do firm ubezpieczeniowych - nie płaćcie agentom i pośrednikom całej prowizji od razu! Uwalniajcie ją w ratach, przez kilka lat, wraz z potwierdzeniem, że klient jest zadowolony z zakupionej polisy. Gdyby w tym czasie okazało się, że nie do końca wiedział co kupuje, pośrednik musiałby się wytłumaczyć lub reszty prowizji po prostu zostać pozbawiony. Wiem co mi teraz powiecie, drodzy szefowie firm ubezpieczeniowych. Że się nie da, że dystrybutorzy się obrażą, że wycofają Wasze produkty ze swoich półek... Że nie możecie się umówić na wspólny front wobec dystrybutorów, bo to byłaby zmowa monopolistyczna. Ale pamiętajcie: to Wasz wizerunek schodzi na psy, nie ich. To Wy będziecie przegrywać setki lub tysiące procesów sądowych, a nie oni. Im zależy tylko na szybkiej prowizji, Wy chcecie robić w tym kraju biznes obliczony na lata. Nawet jeśli wizerunek psują Wam tylko nieliczne czarne owce, to przecież - do cholery - można ich zbojkotować i powiedzieć: "nie chcemy Waszych brudnych pieniędzy". No, chyba, że tak naprawdę tych pieniędzy chcecie... 

      "Gazeta" dowiedziała się, że niektóre z firm oferujących polisy inwestycyjne albo wycofały ze sprzedaży kontrowersyjne plany oszczędzania, albo zmieniają zapisy dotyczące opłat likwidacyjnych.

      Pan Marek trzy lata temu kupił polisę inwestycyjną w towarzystwie Aegon. Gdyby chciał wycofać pieniądze w pierwszym lub w drugim roku, ubezpieczyciel zabrałby mu 99 proc. wpłat. A np. w czwartym roku - 70 proc. To identyczny zapis z tym zakwestionowanym przez sąd.

      - Tak sformułowane postanowienie narusza dobre obyczaje i interesy konsumentów, bo umożliwia ubezpieczycielowi przejęcie prawie wszystkich pieniędzy w całkowitym oderwaniu od skali poniesionych przez firmę wydatków - komentuje mec. Dariusz Rozpara z kancelarii Barczak, Rozpara.

      Na początku września - po wygranej w sądzie jednego z klientów Aegona - firma przesłała panu Markowi nowe warunki umowy z innym wyliczeniem opłaty likwidacyjnej za wcześniejsze rozwiązanie umowy. Co miałoby się na nią składać? Koszt wystawienia polisy (260 zł), koszt rozwiązania umowy (280 zł), koszt dystrybucji (8,3 tys. zł!) plus 1 proc. wypłaconych pieniędzy. A jeśli inwestycja zarobi - 19-proc. podatek od zysków kapitałowych. "Gdy suma powyższych kwot będzie wyższa niż wysokość opłaty likwidacyjnej pobieranej w dotychczasowej wysokości, zostanie pobrana kwota niższa, czyli według dotychczasowych zasad" - poinformował ubezpieczyciel.

      Read more: http://wyborcza.biz/finanse/1,105684,12807321.html#ixzz2CYszzy1d
      "Gazeta" dowiedziała się, że niektóre z firm oferujących polisy inwestycyjne albo wycofały ze sprzedaży kontrowersyjne plany oszczędzania, albo zmieniają zapisy dotyczące opłat likwidacyjnych.

      Pan Marek trzy lata temu kupił polisę inwestycyjną w towarzystwie Aegon. Gdyby chciał wycofać pieniądze w pierwszym lub w drugim roku, ubezpieczyciel zabrałby mu 99 proc. wpłat. A np. w czwartym roku - 70 proc. To identyczny zapis z tym zakwestionowanym przez sąd.

      - Tak sformułowane postanowienie narusza dobre obyczaje i interesy konsumentów, bo umożliwia ubezpieczycielowi przejęcie prawie wszystkich pieniędzy w całkowitym oderwaniu od skali poniesionych przez firmę wydatków - komentuje mec. Dariusz Rozpara z kancelarii Barczak, Rozpara.

      Na początku września - po wygranej w sądzie jednego z klientów Aegona - firma przesłała panu Markowi nowe warunki umowy z innym wyliczeniem opłaty likwidacyjnej za wcześniejsze rozwiązanie umowy. Co miałoby się na nią składać? Koszt wystawienia polisy (260 zł), koszt rozwiązania umowy (280 zł), koszt dystrybucji (8,3 tys. zł!) plus 1 proc. wypłaconych pieniędzy. A jeśli inwestycja zarobi - 19-proc. podatek od zysków kapitałowych. "Gdy suma powyższych kwot będzie wyższa niż wysokość opłaty likwidacyjnej pobieranej w dotychczasowej wysokości, zostanie pobrana kwota niższa, czyli według dotychczasowych zasad" - poinformował ubezpieczyciel.

      Read more: http://wyborcza.biz/finanse/1,105684,12807321.html#ixzz2CYszzy1d
      Na początku września - po wygranej w sądzie jednego z klientów Aegona - firma przesłała panu Markowi nowe warunki umowy z innym wyliczeniem opłaty likwidacyjnej za wcześniejsze rozwiązanie umowy. Co miałoby się na nią składać? Koszt wystawienia polisy (260 zł), koszt rozwiązania umowy (280 zł), koszt dystrybucji (8,3 tys. zł!) plus 1 proc. wypłaconych pieniędzy. A jeśli inwestycja zarobi - 19-proc. podatek od zysków kapitałowych. "Gdy suma powyższych kwot będzie wyższa niż wysokość opłaty likwidacyjnej pobieranej w dotychczasowej wysokości, zostanie pobrana kwota niższa, czyli według dotychczasowych zasad" - poinformował ubezpieczyciel.Read more: http://wyborcza.biz/finanse/1,105684,12807321.html#ixzz2CYtIegQ9

       

       

       

       

      W innych krajach prowizje dla agentow są rozłożone w czasie, agent nie od razu dostaje całość wynagrodzenia. Pozytywnym przykładem są takie towarzystwa, jak Aviva i ING, które płacą agentom niższe prowizje, więc ich opłaty likwidacyjne również nie są tak wysokie.
      Rabiej dodaje, że najlepiej byłoby sprzedawać polsiy inwestycyjne w systemie direct, czyli przez internet. Wtedy ubezpieczyciel mógłby ponosić istotnie mniejsze koszty na polisę. - Ale niestety nie jesteśmy jeszcze na tym etapie - mówi ekspert. 
      Dariusz Rozpara z kancelarii radców prawnych Barczak Rozpara, uważa że skoro w polisach inwestycyjnych większe znaczenie ma aspekt inwestycji kapitału niż aspekt ochronny, to klient powinien mieć możliwość wypłacenia pieniędzy w każdym momencie trwania umowy, a opłaty likwidacyjne powinny pochłaniać minimalną część kapitału. - Rozwiązaniem kwestii wysokich  opłat likwidacyjnych mogłoby być ich rozłożenie w czasie, proporcjonalnie przez cały okres trwania umowy. Spowodowałoby to wydłużenie okresu wypłacania prowizji dla pośredników, co mogłoby zmniejszyć liczbę zawieranych przez ubezpieczycieli umów - mówi mec. Rozpara. I to chyba odpowiedź na pytanie dlaczego na proste rozwiązanie, by nie płacić sprzedawcy całej prowizji od razu, do tej pory nie wpadł żaden ubezpieczyciel.


      Historia zna mnóstwo przypadków, kiedy nieetyczne praktyki firm finansowych kończyły się gigantycznymi odszkodowaniami płaconymi klientom. W latach 2002-2003 firmy ubezpieczeniowe w Wielkiej Brytanii zostały dosłownie zalane skargami klientów na polisy na życie, sprzedawane w pakiecie z kredytami hipotecznymi. Do ichniejszego rzecznika praw klientów (Financial Ombudsman Service) wpłynęło jakieś kilkadziesiąt tysięcy skarg, a po jego interwencji banki i firmy ubezpieczeniowe musiały oddać pieniądze prawie 500.000 klientów. Z kolei w zeszłym roku jeden z największych brytyjskich banków Lloyds przyznał, że musi zapłacić 3,2 mld funtów (równowartość 15 mld zł)  klientom, od których pobierał opłaty za ubezpieczenie, choć ich wiek lub stan zdrowia w ogóle wykluczał korzystanie z takiego ubezpieczenia. Szanowni szefowie firm ubezpieczeniowych - jeśli szybko nie ustawicie do pionu sprzedawców Waszych produktów, czeka Was to samo, co firmy w Wielkiej Brytanii.

      "Gazeta" dowiedziała się, że niektóre z firm oferujących polisy inwestycyjne albo wycofały ze sprzedaży kontrowersyjne plany oszczędzania, albo zmieniają zapisy dotyczące opłat likwidacyjnych.

      Pan Marek trzy lata temu kupił polisę inwestycyjną w towarzystwie Aegon. Gdyby chciał wycofać pieniądze w pierwszym lub w drugim roku, ubezpieczyciel zabrałby mu 99 proc. wpłat. A np. w czwartym roku - 70 proc. To identyczny zapis z tym zakwestionowanym przez sąd.

      - Tak sformułowane postanowienie narusza dobre obyczaje i interesy konsumentów, bo umożliwia ubezpieczycielowi przejęcie prawie wszystkich pieniędzy w całkowitym oderwaniu od skali poniesionych przez firmę wydatków - komentuje mec. Dariusz Rozpara z kancelarii Barczak, Rozpara.

      Na początku września - po wygranej w sądzie jednego z klientów Aegona - firma przesłała panu Markowi nowe warunki umowy z innym wyliczeniem opłaty likwidacyjnej za wcześniejsze rozwiązanie umowy. Co miałoby się na nią składać? Koszt wystawienia polisy (260 zł), koszt rozwiązania umowy (280 zł), koszt dystrybucji (8,3 tys. zł!) plus 1 proc. wypłaconych pieniędzy. A jeśli inwestycja zarobi - 19-proc. podatek od zysków kapitałowych. "Gdy suma powyższych kwot będzie wyższa niż wysokość opłaty likwidacyjnej pobieranej w dotychczasowej wysokości, zostanie pobrana kwota niższa, czyli według dotychczasowych zasad" - poinformował ubezpieczyciel.

      Read more: http://wyborcza.biz/finanse/1,105684,12807321.html#ixzz2CYszzy1d

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Apel do 'producentów' polis inwestycyjnych: przestańcie płacić sprzedawcom z góry!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 listopada 2012 07:42
  • wtorek, 27 listopada 2012
    • Tajemniczy deal(er): podpisz umowę na wymianę walut. Później powiemy ci za ile

      Pisałem niedawno o lokacie rekomendacyjnej Alior Sync, której posiadacz - co rzadkie przy lokatach - nie wie ile zarobi. Oraz o promocjach BGŻ Optima, których uczestnik w ogóle nic nie ogarnia. Dziś kolejny przykład fajnego produktu finansowego, który ma charakter randki w ciemno. Może dla niektórych to nic złego - sam jestem wyznawcą zasady "no risk, no fun". Ale przecież nie każdy klient banku ma ochotę skakać na główkę do basenu, nie wiedząc, czy bankier nie zapomniał nalać do tego basenu wody. Randkę w ciemno proponuje swoim przyszłym klientom szeroko reklamowana platforma wymiany walut R-Dealer. Jej hasłem przewodnim jest "Szybki sposób na niższe raty", zaś najpoważniejszą zaletą - możliwość wymieniania złotówek na inne waluty (np. szwajcarskie franki) po relatywnie dobrych kursach. Kupujesz na R-Dealer walutę, przelewasz ją do banku, w którym masz kredyt hipoteczny i dzięki temu oszczędzasz na ratach. Ile? Cóż, to tajemnica handlowa. Przynajmniej dla nowego klienta.  

      R-Dealer homepage

      Klikając baner reklamowy R-Dealera zanęcony reklamą kredytobiorca jest przerzucany do serwisu wnioskowego, w którym zbyt wielu informacji nie znajdzie. Może jedynie wypełnić formularz z danymi kontaktowymi i czekać na odzew banku. Tak też zrobił jeden z moich czytelników. "Zainteresowany ofertą kliknąłem na stronę Raiffasien Banku i podałem swoje dane z prosbą o kontakt zwrotny. Konsultantka z banku oddzwoniła i poinformowała mnie, że aby mieć dostęp do platformy, muszę u nich założyć konto w złotych i drugie we frankach (bo chcę wymieniac złote na franki. Oba konta są bezpłatne. Jednakże na moje pytanie, czy zanim podpiszę jakąkolwiek umowę mogę zapoznać się z kursami walut, a więc też z wysokością spreadów jakie na tej platformie obowiązują, dostałem jasną i konketną odpowiedź: nie. Dostęp do  platformy mają tylko klienci banku. Mogę sobie obejrzeć stronę demo - ale nie ma tam aktualnych kursów (demo obrazuje tylko funkcjonalność platformy)".

      Klienta ta sytuacja zniesmaczyła. Niby podpisanie umowy o konto nic nie kosztuje, ale mój czytelnik jakoś nigdy nie lubił kupować kota w worku. "Zrezygnowałem z dalszej rozmowy, gdyż takie podejście banku do klienta wydaje mi się trochę dziwne. Wydawało mi się, że nie wymagam dużo. Możliwość sprawdzenia spreadów nie jest problemem u konkurencji. Np. na stronie kantoru Alior Banku lub innych mniejszych kantorów internetowych, prowadzonych przez osoby prywatne. Czy Bank chce ustalać spready indywidualnie, czy ma na celu wyłącznie poszerzenie liczby klientów i zakładanych kont? Proszę zbadać temat" - pisze mi podejrzliwy czytelnik. Może to lekka przesada tak podejrzewać bank o najgorsze rzeczy, ale z drugiej strony jeśli chodzi o pieniądze, to powinna nas wszystkich obowiązywać zasada ograniczonego zaufania. Nawet jeśli mówimy o czym, co dziś jest za darmo (ale przecież nie wiemy czy zawsze będzie gratis).

      Co na to bank? Marcin Jedliński z Raiffeisena przyznaje, że jest tak, jak pisze klient - bez podpisania umowy nie ma możliwości sprawdzić po jakim kursie (albo ściślej - z zastosowaniem jakiego spreadu) bank będzie przeliczał waluty w ramach plaftormy R-Dealer. Ale zaraz dodaje, że platforma ma 22.000 użytkowników, dla których nie był to problem (z tego jedna trzecia to klienci indywidualni). "R-Delaer to nie tylko kantor, ale też transakcje terminowe, zakładanie lokat, mamy serwis informacji ekonomicznych i jeden bezpłatny przelew w euro lub frankach w miesiącu dla tych, którzy spłacają hipotekę w innym banku. To nie jest tylko internetowy kantor, R-Dealer ma znacznie szerszą funkcję" - tłumaczy Jedliński. A spready? Sprawdziłem, dość dobre. Spread jest minimalnie wyższy, niż w internetowym kantorze Alior Banku, który uchodzi dziś za jedno z korzystniejszych miejsc nabywania walut dla osób, które nie chcą mieć nic do czynienia z prywatnym internetowymi kantorami, w których pieniądze (co najmniej na chwilę) trzeba powierzyć firmie, o której wiarygodności nie można nic powiedzieć.

      "W ramach R-Dealer  bezpieczeństwo pieniędzy jest zapewnione, bo nie wychodzą one poza banki, R-Dealer jest też dostępny na komórce. Taka funkcjonalność w Polsce występuje tylko w naszej bankowości mobilnej, można kupować waluty nawet będąc w tramwaju, czy autobusie". Pisałem już kiedyś, że bankowość mobilna ma dla mnie zbyt wiele ograniczeń, ale możliwość kupowania walut w autobusie to jest coś. Jak ktoś woli w autobusie czytać ksiąźkę, to można też ustawić preferowany kurs zakupu i czekać na okazję, a system sam zrealizuje transakcję, jeśli wskazana cena zostanie osiągnięta. W sumie więc ciekawe narzędzie,  które chyba klienci doceniają, bo - o ile mnie pamięć nie myli - w Raiffeisenie jest największy na rynku odsetek kredytów walutowych spłacanych bezpośrednio we frankach i euro. Ale nigdy nie pojmę dlaczego spread kursowy jest tu owiany tajemnicą. 
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Tajemniczy deal(er): podpisz umowę na wymianę walut. Później powiemy ci za ile”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 listopada 2012 15:32
    • Bank nie przyjął przelewu na lokatę z powodu... generała. Sen wariata?

      Masz nietypowe imię, nazwisko, albo jakąś dziwną literkę między imieniem i nazwiskiem - nie próbuj zakładać konta w bankach, które lubią, jak wszystko jest "jak zwykle". Nie lubią odstępstw od standardu i gubią się, gdy gdzieś pojawi się niespodziewana kropka, literka albo znaczek, którego być nie powinno. Kiedyś pisałem o tym jak banki nie mogły się dogadać w sprawie standardu i zakresu danych, które towarzyszyły przesyłanym przelewom. I przelewy nie dochodziły. Dziś będzie o kliencie Idea Banku (to ci, którzy udzielają bezzwrotnych pożyczek, by uwiązać człowieka na dwadzieścia lat). Padł on ofiarą procedury każącej bankowi automatycznie odrzucać przychodzące przelewy, w których dane osoby (imię, nazwisko, adres) nie zgadzają się idealnie z zapisami w bankowym systemie. Wiele narzekań klientów na tę procedurę można znaleźć na forach internetowych. Niektórzy wolą pożalić się autorowi blogu. Posłuchacie? Bo to trochę zabawne. Przypomina mi się wpis o banku na korbkę :-)

      "Złożyłem wniosek o założenie lokaty w banku Idea. Otrzymałem maila z danymi do przelewu: imię, nazwisko, numer konta, kwota, tytuł przelewu. Wysłałem kasę z innego banku do Idei, ale wróciła z adnotacją o niezgodności danych. Myślę  sobie: nie podałem adresu i to pewnie dlatego. Wysyłam drugi raz, tym  razem z adresem, opisanym według standardu Idea Bank. Niestety przelew, o dziwo, znowu wrócił. Dzwonię do banku i pytam się  czemu odrzucają przelew". Pracownik banku wyjaśnił mojemu czytelnikowi, że nazwa ulicy w jego adresie zamieszkania w kartotece Idea Banku wygląda tak, iż imię generała Stanisława Maczka wpisane jest skrótowo jako "gen. S. Maczka", natomiast w banku PKO BP, z którego wyszła kasa, ulica jest opisana jako "generała Stanisława Maczka". Zabawne? Nie bardzo. "Wychodzi na to, że niezgodność danych będąca powodem odrzucenia przelewu nie jest spowodowana błędnym wpisaniem danych (bo te zgadzają się z danymi figurującymi w Idea Banku) lecz tym, że w adresie nadawcy generał jest Stanisławem, a w adresie odbiorcy jest już literką S".

      Czy to Was troszeczkę śmieszy? No to teraz będzie jeszcze bardziej zabawnie. Posłuchajcie: "Poprosiłem zatem pana z infolinii, żeby - korzystając z  okazji, że jestem zweryfikowany w systemie - uczynił w mojej kartotece w Idea Banku generała S. najzwyklejszym w świecie Stanisławem. Dzięki temu za moment będę już mógł bezproblemowo założyć sobie lokatę, bo Stanisław z PKO BP będzie zgadzał się ze Stanisławem w Idea Banku. Niestety, pan w infolinii Idea Banku stwierdził, że na telefon to on może najwyżej generała Stanisława  uczynić generałem S., a w drugą stronę koniecznym jest, abym wysłał skan dowodu osobistego, na którym - tam, gdzie jest podany mój adres zamieszkania - generał ma pełne imię. W tym momencie się pożegnałem (kulturalnie ma się rozumieć, bo nie jest winą tego człowieka że pracuje u durniów)" - pisze do mnie klient Idea Banku. Dorzucił jeszcze, że to chyba bankowi powinno bardziej zależeć, żeby klient ulokował u nich kasę, niż klientowi, by bawić się w szarady z adresami.

      "Poczułem także, że robi się ze mnie wariata, a nie lubię tego straszliwie. Odpuściłem sobie kontakty z tym bankiem" - pisze klient. Weselej  było chyba tylko kiedy klient tego samego banku chciał mieć dwie karty zamiast jednej. ;-). No cóż, nie dajcie się zbić z tropu, ale jeśli mieszkacie przy jakiejś dziwnej ulicy, macie dziwne nazwisko albo w Waszej okolicy dzieje się coś dziwnego, to pamiętajcie, że są banki, które tego nie lubią. Trochę konweniują z tym tematem żale innego mojego czytelnika, który chciałby mieć takie hasło do bankowości elektronicznej, które zawiera tzw. znaki specjalne. Niefart polega na tym, że w bankach, jak widzą znaki specjalne, to głupieją. "Mam produkty bankowe w kilku polskich bankach. Wszędzie gdzie to możliwe aktywuję bankowość elektroniczną i sam załatwiam większość rzeczy w banku. Marmury mi niepotrzebne. Interfejsy i funkcjonalności polskich banków są różne - jedne mniej wygodne i praktyczne, inne bardziej. Nie o tym dziś jednak chcę Panu smęcić" - napisał jeden z czytelników. Ufff, jak dobrze...

      "Chcę posmęcić o tym, jakich haseł wymagają polskie banki, albo raczej - jakich haseł nie dopuszczają. Wcześniej jednak słowo wstępu - wpajane często, gęsto zasady bezpieczeństwa mówią, że hasło nie powinno być słownikowe, powinno być trudne do odgadnięcia, złożone z wielu małych i dużych liter i cyfr oraz znaków specjalnych. O... i tym sposobem doszedłem do sedna - znaków specjalnych. Otóż kilka polskich banków nie pozwala na to, aby w haśle użyte były znaki specjalne (np. !,@,#,$,%,^,&). Dla mnie to zupełnie niezrozumiała polityka! Przecież te banki nie pozwalają mi, bym stworzył bezpieczniejsze, silniejsze, trudniejsze do złamania hasło!" - pisze do mnie czytelnik blogu. Wśród "zabraniaczy" znaków specjalnych, wymienianych przez czytelnika, są m.in. Citi Handlowy i BGŻ Optima. "Nowoczesny bank, w pełni wirtualny, internetowy, a nie pozwala na stworzenie naprawdę silnego hasła? No jaja jakieś..." - komentuje czytelnik. Co prawda to prawda, jaja...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Bank nie przyjął przelewu na lokatę z powodu... generała. Sen wariata?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 listopada 2012 07:17
  • poniedziałek, 26 listopada 2012
    • Starcie wagi ciężkiej: urzędnicy kontra lichwiarze! Obie strony silne jak nigdy

      Dziś pojawią się antylichwiarskie reklamy w radiu, telewizji i internecie, bladym świtem ruszyła specjalna strona internetowa http://www.zanim-podpiszesz.pl oraz telefoniczna infolinia konsumencka. W aptekach, pociągach i na dworcach pojawią się antylichwiarskie ulotki. Emeryci w skrzynkach pocztowych, razem z ZUS-owskimi biletami znajdą ulotki. Być może przed lichwą ostrzegać będą po niedzielnych mszach księża w kościołach, a o krucjacie poinformują media katolickie.  Tak ma wyglądać wspólne dzieło najważniejszych polskich urzędów regulujących świat wielkich pieniędzy: Narodowego Banku Polskiego, Ministerstwa Finansów, Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, Komisji Nadzoru Finansowego, Ministerstwa Sprawiedliwości, Policji oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

      Rzuciłem okiem na pierwszy z dwóch przygotowanych w ramach akcji spotów reklamowych (nota bene, podobno przygotowała go ta sama firma, która obsługuje windykacyjną firmę Kruk - czyżby chłopaki postanowili odkupić grzechy, podejrzewając że w drugim życiu czeka ich piekło? :-)). Reklama zrobiona animacją komputerową, a lektor nawija tak: "Pani Krysia była cztery kroki od finansowej katastrofy. By wziąć szybką pożyczkę, poszła na rozmowę w cztery oczy do pewnej firmy. Obiecano jej cztery tysiące bez zbędnych formalności. Wtedy pani Krysia przypomniała sobie cztery zasady bezpiecznych pożyczek. Sprawdź wiarygodność firmy (na dole ekranu numer infolinii 800 290 479), policz całkowity koszt pożyczki (na dole ekranu adres strony www.zanim-podpiszesz.pl, na której można m.in. znaleźć kalkulator kosztów dowolnej pożyczki), dokładnie przeczytaj umowę, nie podpisuj niczego, jeśli nie rozumiesz" (pani Krysia z ułańską fantazją drze umowę pożyczkową). A na koniec na ekranie pojawia się jeszcze apel: "sprawdź czy firma objęta jest nadzorem państwowym)". Oto najbardziej wymowny kadr tej reklamy: pan z firmy pożyczkowej :-)

      Akcja antylichwiarska 1

      To wygląda na starcie wagi ciężkiej. Z jednej strony bowiem koalicja urzędów państwowych, a z drugiej - wpływowa część branży finansowej, która chce zarabiać na szybkich pożyczkach i odebrać jak najwięcej klientów bankom. Moment na bitwę jest szczególny, bo firmy pożyczkowe zaczęły właśnie ofensywę. Są potężniejsze, niż kiedykolwiek i apetyty mają większe, niż kiedykolwiek. Największa pozabankowa firma pożyczkowa, brytyjski Provident (właścicielem tej marki jest firma IPF), obsługuje ponad 850.000 klientów, oferując im pożyczki z rocznym oprocentowaniem przekraczającym 80%. A przy okazji edukując ich jak zarządzać domowym budżetem :-). Od dawna swoje wpływy rozszerzają firmy takie jak Via-SMS, w których można dostać pieniądze od ręki, ale z oprocentowaniem rzędu 15%.... miesięcznie. Rekord oprocentowanie (oczywiście pisany drobną czcionką) to 23000% w skali roku. Mocne :-). Kilka tygodni temu do Polski wszedł Vivus, łotewski pożyczkodawca finansowany przez tamtejszy fundusz inwestycyjny. Szef Vivusa, Loukas Notopoulos nie ukrywa, że jego celem jest udzielanie 3000 pożyczek dziennie.

      Czytaj też: Zapłać 1000 zł, może wygrasz 2000 zł. Los na loterię Providenta

      Pożyczając w tej firmie 500 zł, płaci się 50 zł odsetek za pierwszy miesiąc, ale już za drugi – 75 zł. Wychodzi grubo ponad 100% w skali roku. Ale Vivus ogłosił właśnie, że pierwszą pożyczkę do 1000 zł polski klient dostanie gratis, bez żadnych odsetek. Warunek: trzeba oddać pieniądze za miesiąc. W krajach skandynawskich i nadbałtyckich, gdzie firma obsługuje kilkaset tysięcy osób i udzieliła już miliona pożyczek, połowa klientów „obdarowanych” darmową pożyczką wracała po kolejną, już oprocentowaną. Podobną do Vivusa promocję ogłosiła też firma Via-SMS. A na tym pewnie nie koniec, bo do Polski wkracza właśnie kolejny potentat pożyczkowy – brytyjska Wonga, która ma przychody i zyski nawet większe od właścicieli Providenta. Wchodzi też Vanquais Bank, czyli firma, która - dla odmiany - jest właścicielem marki Provident w Wielkiej Brytanii. Takiego boomu na pozabankowe pożyczki na wysoki procent jeszcze nie mieliśmy. I jeszcze nigdy światowi potentaci w tej dziedzinie nie inwestowali u nas tak odważnie. No limits, proszę państwa...

      Ale to nie firmy oferujące tzw. chwilówki, czyli małe pożyczki na miesiąc lub dwa, są źródłem największego zła, tylko prywatni pożyczkodawcy, którzy pod pretekstem kosztów pożyczki przejmują dorobek całego życia swoich klientów. Często w umowach pożyczkowych znajduje się zastrzeżenie, że np. zabezpieczeniem pożyczki jest nieruchomość klienta, co oznacza, że z powodu 10.000 zł długu można stracić dom lub mieszkanie. Znam takie przypadki, ludzie walczą o odzyskanie majątku w sądzie, ale jest to trudne, jak się straciło wszystkie pieniądze i człowieka nie stać nawet na porządnego prawnika. Chwilówki też bywają niebezpieczne, bo jeśli nie spłacisz kilkusetzłotowej chwilówki, to nadziejesz się na wysokie koszty windykacji, które mogą pochłonąć więcej pieniędzy, niż pożyczyłeś. W sytuacji, w której 20% ludzi w ogóle nie czyta umów pożyczek przed jej podpisaniem, lichwiarze muszą czuć się mocni. Czy w przedświątecznej gorączce koalicja urzędów zdoła przekonać Polaków, by wypięli się na lichwiarzy? I to w sytuacji, gdy ci obiecują, że gotowi są rozdawać pieniądze nowym klientom zupełnie za darmo?

      Zanimpodpiszesz.pl

      Strona internetowa akcji (www.zanimpodpiszesz.pl) jest zrobiona bardzo solidnie. Dzieli się na dwie podstrony: "chcę pożyczyć pieniądze" oraz "chcę inwestować". Każda z tych dwóch sekcji zaczyna się od wypunktowania czterech zasad bezpieczeństwa finansowego. Te dotyczące pożyczek wymieniłem wyżej, a te o inwestowaniu brzmią mniej więcej tak: sprawdź czy firma jest objęta nadzorem państwowym, pamiętaj, że wysoki zysk to duże ryzyko, dokładnie przeczytaj umowę, nie podpisuj jeśli nie rozumiesz. Każda z nich jest dodatkowo rozpisana w kilku zdaniach, z linkami odsyłającymi po dodatkowe informacje np. na stronę KNF albo pod numer infolinii.  Sekcja pożyczkowa zawiera także ramkę, z której można się dowiedzieć ile będzie kosztowała ta sama pożyczka z oprocentowaniem 24% w skali roku, miesiąca i tygodnia oraz kalkulator kosztów pożyczek.

      Czytaj też: Obalanie mitów, czyli... kredyt na 500% to nie lichwa

      Obie sekcje zawierają też studium przypadków, czyli przykłady tego jak może się skończyć lekceważenie zasad bezpiecznego pożyczania i inwestowania. W sekcji pożyczkowej jest to np. odpowiedź o pani Annie, która zapożyczyła się na zakup lodówki wartej 1000 zł, a po tym jak wpadła w tarapaty finansowe okazało się, że firma pożyczkowa wypełniła weksel in blanco na kwotę 19.310 zł. W sekcji inwestycyjnej mamy, za pewne ku przestrodze, historię Bernarda Madoffa, twórcy największej w dziejach piramidy finansowej, ale też i opowieści o Amber Gold, Finroyalu, niemieckiej piramidzie Skyline oraz o Bezpiecznej Kasie Oszczędności. Dodatkowo w obu sekcjach mamy tzw. repozytorium wiedzy, czyli odesłania do miejscach, w których można znaleźć więcej informacji, ustaw i innych aktów prawnych. A także słowniczek oraz pytania i odpowiedzi. Oby nie okazało się, że nikomu niepotrzebnej, bo przecież większość konsumentów i tak podejmuje decyzje pożyczkowe lub inwestycyjne pod wpływem impulsu, emocji, przemożnej chęci, by mieć coś teraz, zaraz. I nie będą w tej sytuacji bawili się w odpalanie iPada, którego i tak nie mają, by zapoznać się z kalkulatorami i ostrzeżeniami...
      Zanimpodpiszesz.pl

      Wszystko wskazuje na to, że urzędy odpowiadające za stabilność rynku finansowego w walce z lichwą nie ograniczą się tylko do informowania i ostrzegania. Pisałem już, że wśród rekomendacji specjalnej grupy roboczej, powołanej po aferze Amber Gold przy Komitecie Stabilności Finansowej, ma się znaleźć m.in. propozycja wprowadzenia dodatkowego ograniczenia oprocentowania kredytów i pożyczek, uzależnionego od RRSO, czyli Rocznej Rzeczywistej Stopy Zwrotu, którą już dziś mają obowiązek pokazywać klientom bankowcy i pożyczkodawcy. Limit nałożony na RRSO byłoby znacznie trudniej ominąć, niż obecnie obowiązującą ustawę antylichwiarską, choć jednocześnie wymiotłaby ona z rynku wszystkie krótkoterminowe pożyczki (zarówno bankowe, jak i pozabankowe). Konstrukcja RRSO jest bowiem taka, że każdy krótkoterminowy kredyt ma automatycznie wysokie RRSO przeliczane w skali roku. Poza tym toczy się ostry spór o to, czy firmy pożyczkowe powinny mieć obowiązek takiego badania zdolności kredytowej klienta, jak banki (m.in. z zerknięciem do BIK-u). Firmy pożyczkowe się opierają, ale klimat nie jest dla nich dobry. Ring wolny, pierwsze starcie, boks!

      Samcik.blox

      SUBIEKTYWNIE O PARABANKACH. Blog "Subiektywnie o finansach" od dawna przygląda się tematyce parabanków. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. W kwietniu ujawniłem działalność firmy Mizar Profit, która płaciła 16% w skali roku i... ostrzegała przed bankami. Opisywałem też jak pryska czar Finroyala. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin Plichta musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. A mimo to zajmuje się nimi Komitet Stabilności Finansowej, Była w blogu spowiedź lichwiarza (czy udzielicie mu rozgrzeszenia?), były też wiadomości dotyczące kolejnych parabanków, które reklamują się w internecie. A później okazało się, że wszystkie opisywane w blogu firmy trafiły na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Ostatnio zaś zastanawiałem się nad istotą działania matrycy konsumenckiej na przykładzie Paytrade.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Starcie wagi ciężkiej: urzędnicy kontra lichwiarze! Obie strony silne jak nigdy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 listopada 2012 08:13
  • sobota, 24 listopada 2012
    • Spór o ubezpieczenie niskiego wkładu: ten bank przechytrzył swoich klientów

      Niedawno rozwodziłem się w blogu na temat sensacyjnego wyroku sądu w sprawie klientki Multibanku, która walczyła o zwrot składek ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Chodziło o kredyt hipoteczny we frankach i polisę, którą bank opłacił w imieniu klientki, potem domagając się jej refundowania. Bank nawet sam sobie pobrał tę składkę i zagroził klientce wypowiedzeniem umowy kredytowej, gdy domagała się zwrotu zagarniętych z jej konta pieniędzy. Skończyło się prawomocnym, korzystnym dla klientki wyrokiem sądu, który uznał, że umowa ubezpieczeniowa była krzywdząca dla klientki. Pisałem, że to przełom, bo podobne roszczenia przyjmuje od banków pewnie ze 200.000 klientów, a jeśli założymy, że przeciętna składka ubezpieczenia wynosi 3000-4000 zł, to w grę wchodzą miliony, do których odzyskania klienci mogą mieć teraz łatwiejszą drogę.

      Po publikacji tekstu w blogu i w dziale gospodarczym "Gazety Wyborczej" dostałem sporo sygnałów od czytelników. Jedni żalili się na swoje problemy z bankami, inni pytali mnie czy na ich miejscu złożyłbym w sądzie pozew. To trudne dylematy, a ja w niczyim imieniu decydować nie mogę. Każda sytuacja jest inna, a w polskim wymiarze sprawiedliwości nie obowiązuje zasada precedensu, więc nie ma pewności, że sprawa podobna do tej, którą opisałem, zostanie zakończona w taki sam sposób. Niektórzy martwią się na wszelki wypadek. Napisała do mnie pani Karolina. "Proszę o poradę jak rozmawiać z bankiem (Credit Agricole), w którym w 2009 r. zaciągnęłam kredyt hipoteczny (155.000 zł) na 100% wartości mieszkania, na 30 lat. Wtedy pobrano składkę z tytułu ubezpieczenia niskiego wkładu własnego w wysokości 1132 zł. A w umowie napisano, że jeśli nie spłacę 30.000 zł w ciągu pięciu lat, to będę musiała zapłacić im kolejną taką składkę". Ten czas nadejdzie w 2014 r.

      Pani Karolina nie ma złudzeń: "Na pewno do tego czasu kredyt nie będzie spłacony w tej kwocie, gdyż na dzień dzisiejszy jego wartość wynosi 149.000 zł. Gdybym chciała spłacać kredyt wcześniejszymi ratami, muszę płacić prowizję za wcześniejszą spłatę, co też uważam za krzywdzące. Czy jest szansa aby uniknąć tej płatności?" - martwi się na zapas czytelniczka.  Inny czytelnik odpowiada, że taki ma właśnie plan - nadpłacić raty kredytu, by uniknąć zapłacenia w przyszłym roku składki ubezpieczenia niskiego wkładu - jakichś 4000 zł. Tyle, że kredyt jest frankowy i nie wiadomo czy w ciągu kilkunastu miesięcy, jakie pozostały do zapłaty składki, kurs franka nie wzrośnie do tego stopnia, że wartość zadłużenia znowu "ucieknie" w przestworza. Piszecie też - o tym akurat było niedawno w blogu - że są różne sposoby naliczenia składki ubezpieczeniowej: mniej i bardziej przyjazne dla klienta. W sumie tych opcji do rozważenia jest całkiem sporo. Jeśli opłatę już bank pobrał, pewnie warto rozważyć sądową próbę jej odzyskania, ale trzeba się nastawić, że będzie długa i bez pełnej gwarancji końcowego sukcesu.

      W większości banków obowiązują te felerne ubezpieczenia, z których klient nic nie ma, więc jest szansa na ich zakwestionowanie w sądzie. Ale są też banki stosujące bardziej klarowną metodę - po prostu naliczające klientowi opłatę manipulacyjną, z której zapewne później pokrywają koszty ubezpieczenia kredytu. Ale to już klienta nie obchodzi - on na zapisaną w umowie opłatę manipulacyjną na pokrycie podwyższonego ryzyka banku. Sprytne i chyba nie ma się do czego czepnąć - bank gra z klientem w otwarte karty. Chociaż... "Mam kredyt zaciągnięty w GE Money Banku, udzielony w 2006 r.  na nowe mieszkanie. Wartość kredytu to 134.200 franków, czyli 318.000 zł, zaś wartość mieszkania w momencie zakupu - 258.500 zł" - zeznaje mój czytelnik. Przejdźmy teraz do clue problemu. Par. 2., pkt. 4. umowy kredytowej stanowi:  "Z tytułu przekroczenia dopuszczalnego wskaźnika obciążenia nieruchomości kredytem, kredytobiorca zobowiązany jest do uiszczenia opłaty manipulacyjnej w wysokości (...) zł za okres pierwszych trzech lat istnienia ochrony ubezpieczeniowej.

      Kwota ta zostanie uiszczona najpóźniej przed wyplata kredytu na rachunek banku o numerze (...), prowadzony przez GE Money Bank. W następnych latach, za każde trzy lata ochrony ubezpieczeniowej , opłata manipulacyjna będzie wynosiła 3,6% różnicy pomiędzy kwotą pozostającą do spłaty salda zadłużenia z tytułu kredytu, określona na ostatni dzień mijającego 3-letniego okresu kredytowania, a 80% wartości nieruchomości będącej zabezpieczeniem tegoż kredytu. Oplata manipulacyjna będzie doliczana do salda kredytu raz na trzy lata w terminie płatności odpowiadającym terminowi płatności pierwszej raty po każdym kolejnym trzyletnim okresie kredytowania,przy czym pierwszy trzyletni okres liczony jest od dnia wypłaty przez bank kredytu lub pierwszej transzy kredytu.Obowiązek zapłaty opłaty manipulacyjnej ustaje, gdy w dacie płatności opłaty manipulacyjnej saldo zadłużenia obniży się do kwoty niższej lub równej kwocie 249.252 zł"

      Mój czytelnik ma wątpliwości czy powinien płacić składkę. Cóż: na pierwszy rzut oka wygląda, że nie ma bata. To nie jest żadna składka, ani refundacja składki, tylko "opłata manipulacyjna". Ale przecież z drugiej strony pojawia się sformułowanie "na pokrycie ochrony ubezpieczeniowej". Czyli: klient płaci za polisę, z której nie korzysta (przypadek zakwestionowany przez sąd), czy nie? Czy jest na sali prawnik? Klient ma i inne wątpliwości. "Podejrzewam, że przy wyliczaniu wartości "opłaty manipulacyjnej" kwota płatności jest przewalutowywana dwa razy, co podnosi jej wartość. Czy warto zwrócić się do banku z wnioskiem o dokładny wzór  wyliczania tej wartości?" - pyta czytelnik. Na pewno warto. Przypominam, że kiedyś wspólnie wywalczyliśmy w Banku Millennium zmianę wzoru w taki sposób, by nie powodował dwukrotnego przewalutowania kwoty należnej z tytułu płatności za niski wkład własny. Czasu mało, bo wkrótce mojemu czytelnikowi przyjdzie wysupłać prawie 6000 zł z tytułu "opłaty manipulacyjnej". I chyba nie obędzie się bez sztabu prawników pod pachą...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Spór o ubezpieczenie niskiego wkładu: ten bank przechytrzył swoich klientów ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2012 14:00
  • piątek, 23 listopada 2012
    • Kolejny pożyczkowy gigant wchodzi do Polski. Klientów sprawdza przez Facebooka

      Kilka dni temu pisałem w blogu o rosnącej konkurencji na rynku szybkich pożyczek pozabankowych. Bardzo szybkich i bardzo drogich. Oferują je firmy pożyczkowe, których religią jest podstawić klientowi wagon z gotówką najszybciej, jak tylko się da, w miarę możliwości o nic nie pytając. To ich przewaga nad bankami, które zwykle zrzędzą, marudzą, żądają oświadczeń,, zaświadczeń i kwitków. Firmy pożyczkowe nie zadają zbędnych pytań, ani zabezpieczeń, nie pytają na co potrzebujesz pieniędzy, ani gdzie pracujesz. Przeważnie tylko wrzucą Twój PESEL do baz danych o złych dłużnikach i jeśli im nic złego nie wyskoczy, wagon z kasą jest twój. No, z tym wagonem to oczywiście przenośnia poetycka. Za pierwszym razem pożyczą ci niewiele, maksymalnie 500-1000 zł, raczej na krótko. Jak oddasz w terminie, może dostaniesz więcej. Procent? Nędzne 80-120% w skali roku. Nie może być inaczej, skoro takie firmy muszą decyzję podejmować szybko i bez weryfikacji dokumentów. Średnio 20-30% pożyczek nie wraca, więc pozostali klienci muszą zapłacić za tych oszustów, którzy nie płacą.

      Czytaj też: Dlaczego klon Providenta chce otworzyć w Polsce bank?

      Firmy pożyczkowe walą do Polski drzwiami i oknami. Provident, czyli do tej pory główna tego typu firma, może czuć się poważnie zagrożony, chociaż z bazą 800.000 klientów (o ile są zadowoleni z serwisu i wracają po nowe pożyczki), pewnie jeszcze przez jakiś czas pozostanie liderem na rynku pożyczek pozabankowych. Ale pomysły nowych graczy, takich jak Vivus (pierwsza pożyczka na miesiąc do 1000 zł za darmo, czyli bez odsetek), świadczą o tym, że zaostrza się walka o osoby gotowe zlewarować się szybką pożyczką na krótki czas. Mam na to kolejny dowód. W Polsce pojawił się ostatnio jeden z największych w Europie niebankowych pożyczkodawców internetowych - Wonga. Ta brytyjska firma działa już od sześciu lat i w tym czasie udzieliła 6 mln pożyczek . Obroty Wonga.com to w zeszłym roku 185 mln funtów, zaś zysk netto 46 mln funtów. Dla porównania: przychody firmy IPF, właściciela naszego Providenta, to po trzech kwartałach tego roku 162 mln funtów, a zyski - 27 mln funtów. Widać więc, że za Wonga stoi finansowy potencjał podobny do możliwości firmy, która stoi za Providentem.

      Wonga.pl, homepage

      Wonga ma już w pełni funkcjonalną stronę internetową w języku polskim. Zerknijcie w wolnej chwili - Wonga.pl. Firma chwali się, że pierwszej pożyczki udzieli nowemu klientowi już w 15 minut, zaś drugiej i kolejnej - w kilka minut. Aby dostać pieniądze trzeba wypełnić internetowy formularz (podać m.in. dane personalne, adres, numer dowodu osobistego i konta bankowego). Potem trzeba z tego konta wysłać na rachunek Wongi symboliczny, 10-groszowy przelew weryfikujący (w ten sposób firma sprawdza prawdziwość danych, które klient podał w formularzu). Jeśli dane zostaną potwierdzone, a wniosek pożyczkowy zaakceptowany, to można go podpisać elektronicznie (zdaje się, że przy pomocy SMS-a), a firma wysyła pieniądze przelewem ekspresowym, który powinien dotrzeć do banku klienta w pięć minut. Wonga na razie nie licytuje się z konkurentami - pierwsza pożyczka może tu wynieść maksymalnie 500 zł (w niektórych serwisach jest to 1000 zł), nie ma też promocji pod hasłem "pierwsza pożyczka za darmo". No i pożyczka nie jest najtańsza. Gdybym chciał na miesiąc pożyczyć 300 zł, to w firmie Vivus zapłacę dodatkowo 55 zł, w ViaSMS będzie to jakieś 60 zł, w SMS365 koszt wyniesie już prawie 80 zł, a w Wonga - prawie 90 zł. Droższa jest tylko ExpresKasa - ponad 100 zł odsetek za miesięczną pożyczkę 300 zł.

      Czytaj też: Pomysł windykatora, czyli wyciśnij klienta jak cytrynę, a potem...

      Ciekawe czy wejście na polski rynek kolejnego europejskiego potentata spowoduje jakieś szkody w biznesie niektórych banków, specjalizujących się w działalności typu consumer finance. Dla innych firm pożyczkowych Wonga może stać się zagrożeniem tylko wtedy, jeśli pójdzie na wojnę cenową. Na to na razie się nie zanosi, chociaż niektóre pomysły Wongi mogą okazać się ciekawe i zaowocować w przyszłości obniżką ceny pożyczek. Firma w Wielkiej Brytanii chwali się niskim (jednocyfrowym) poziomem nie spłaconych w terminie pożyczek. Podobno nie tylko ma własny system scoringowy (oprócz tego, że zagląda do baz nierzetelnych dłużników), ale też i niecodzienne sposoby weryfikacji wiarygodności pożyczkobiorców - np. sprawdza klientów na podstawie ich aktywności w internecie, prześwietla ich profile w serwisach społecznościowych (takich jak Facebook, czy LinkedIn), a wreszcie ma własny system rekomendacji, dzięki którym dobry klient może wydać pozytywną opinię o swoim znajomym i ten otrzyma dzięki temu tańszą pożyczkę (lub w ogóle ją otrzyma). Gdyby te narzędzia zadziałały również w Polsce, to firma miałaby szansę podbić polski rynek szybkich pożyczek. O ile najpierw biznesu nie skasują jej polskie władze, które chcą zaostrzyć przepisy antylichwiarskie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny pożyczkowy gigant wchodzi do Polski. Klientów sprawdza przez Facebooka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2012 00:13
  • czwartek, 22 listopada 2012
    • Kolejny sukces Nabitych: według sądu przedawnienie dopiero po 10 latach!

      Dla wnikliwych czytelników blogu nie jest tajemnicą, że śledzę dość systematycznie boje sądowe tzw. Nabitych. To ta słynna grupa klientów mBanku i Multibanku, "ubranych" w umowy kredytowe z klauzulą uzależniającą oprocentowanie od decyzji zarządu BRE Banku.  Śledzę te sprawy także po to, żeby z ich przebiegu niektórzy z Was mogli wysnuć praktyczne wnioski dla siebie i ocenić szanse na zwycięstwa w prywatnych sporach z bankami (nie tylko BRE Bankiem), które wpisywały do umów kontrowersyjną klauzulę. W tym kontekście pisałem już o jednym indywidualnym zwycięstwie Nabitego w sporze z mBankiem, a także o wyrokach sądów, które zakwestionowały podobne klauzule w umowach podsuwanych klientom Eurobanku oraz Banku Spółdzielczego w Barlinku. Ostatnio napomknąłem też o trzech kolejnych procesach indywidualnych (połączonych w jeden), które klienci wygrali (na razie nieprawomocnie) z BRE Bankiem. Sąd uznał, że bank nie miał podstaw do podwyższania stawek oprocentowania i zasądził zwrot kilku tysięcy złotych.

      Mam już w ręku uzasadnienie tego orzeczenia (połączona sygnatura akt XVIII C 1696/12). I znalazłem tam jedną ciekawą rzecz. Otóż sąd uznał, że termin przedawnienia roszczeń klientów niezadowolonych z postanowień umowy kredytowej wynosi 10 lat, a nie trzy, jak dotychczas powszechnie uważano. W praktyce oznacza to, że osoby, które teraz zdecydują się dochodzić roszczeń, nie muszą się ograniczać do lat 2010-2012, lecz mogą roszczenia zgłaszać także za okres wcześniejszy. A największe nadpłaty rat można wywalczyć w sądzie właśnie za lata wcześniejsze - w szczególności za końcówkę 2008 r. i cały rok 2009 (wtedy były największe różnice między zmianami stawek rynkowych LIBOR dla CHF, a oprocentowaniem kredytów, przynajmniej tych zaciągniętych w BRE Banku). To oczywiście jedynie wyrok pierwszej instancji, ale jeśli sąd apelacyjny go podtrzyma, klienci banków dostaną do ręki jeszcze potężniejszą broń - będą mogli domagać się zwrotu nadpłaconych rat za 10 lat, a nie tylko za trzy ostatnie.

      "Nie sposób podzielić argumentacji pozwanego (czyli banku - dopisek autora wpisu) co do przedawnienia dochodzonych roszczeń. Stanowisko to opiera się na tezie, że dochodzone są odsetki od kredytu, a te - jako świadczenia okresowe - przedawniają się z upływem trzech lat. W sytuacji dochodzenia zwrotu nienależnego świadczenia, przedmiotem żądania jest spełnienie świadczenia polegającego na zwrocie w naturze spełnionego świadczenia nienależnego, względnie jego wartości (art. 410 § 1 w związku z art. 405 k.c.). Jest to odrębna, pozaumowna podstawa świadczenia. Nie są to więc żadne odsetki od kredytu, bo żeby spełnione świadczenie miało taki status, musi mieścić się w granicach wyznaczonych umową". - napisał sąd. A więc uznał, że w tym sporze nie chodzi o zwrot odsetek, ale o zwrot nienależnego świadczenia.  A w takim przypadku przedawnienie roszczeń następuje później.

      Na koniec jeszcze kilka pasussów z orzeczenia sądu. Pokazują one, że bankom trudno będzie obronić w sądach postanowienia umów dotyczące możliwości zmiany oprocentowania kredytu "decyzją zarządu". Temida staje tu wyraźnie po stronie konsumentów. "Użycie pojęcia mówiącego o zmianach „parametrów finansowych rynku pieniężnego i kapitałowego w kraju (lub krajów zrzeszonych w Unii Europejskiej), którego waluta jest podstawą waloryzacji” jest rażąco ogólnikowe. Faktycznie brak jest możliwości wskazania zamkniętego katalogu tych parametrów, abstrahując już nawet od faktu, że przecież nie wystarczyłaby w tym zakresie wiedza wyłącznie pozwanego (czyli banku - dopisak autora wpisu), ale koniecznym byłoby wykazanie, że wiedzę taką mieli najpóźniej w chwili podpisywania umowy również powodowie (czyli klienci banku).

      Niezależnie od arbitralności wyboru wskaźników, w żaden dający się zweryfikować co do jego zachowania sposób nie określono relacji między zmianą poszczególnych i tak już jednostronnie dobieranych parametrów, a zmianą oprocentowania. Ukształtowanie w ten sposób spornej klauzuli umownej, czyni pozwanego jej wyłącznym interpretatorem. To pozwany decyduje zarówno jakie parametry weźmie pod uwagę, jak również kiedy dojdzie do zmiany oprocentowania. Wreszcie to pozwany decyduje o tym, w jakim stopniu zmiana poszczególnych parametrów ma wpływać na zmianę oprocentowania, a także co stać się ma w sytuacji, w której poszczególne parametry zmieniają się w sposób niejednorodny, w przeciwnych kierunkach" - pisze sąd w uzasadnieniu. Ale też uznaje, że umowy kredytowej, obowiązującej na linii bank-klient żadne sądowe orzeczenie zmienić nie może: "brak jest podstaw do tego, by dokonywać jakiejkolwiek modyfikacji w drodze orzeczenia sądowego, np. przez przyjęcie ustalania oprocentowania w sposób oparty o regułę LIBOR + marża".

      Sąd oddalił argumentację prawników BRE Banku, którzy usiłowali udowodnić, że przyczyną zmian oprocentowania klientowskich kredytów była "zmiana warunków na rynkach finansowych w latach 2008–2009". Sąd pisze: "Zgłoszenie tego argumentu jako okoliczności mającej uzasadniać przyjęcie takiego a nie innego rozwiązania w umowie kredytowej, jest błędne. Zdarzenia te nastąpiły po zawarciu każdej z umów kredytowych i nie mogły mieć wpływu na ukształtowanie treści umów". W sumie, jak widzicie, wygląda to wszystko dość jednoznacznie. Jeśli wyrok i jego uzasadnienie utrzyma się w drugiej instancji, będzie bolesnym dowodem na grzeszność banków, które ustalały oprocentowanie kredytów w oderwaniu od jakichkolwiek racjonalnych czynników.
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny sukces Nabitych: według sądu przedawnienie dopiero po 10 latach!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 listopada 2012 15:35

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line