Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 29 listopada 2013
    • Odstawiamy nerwosol i... sprawdzamy ofertę lokat. Depozyty w SKOK-ach już pod ochroną!

      Dziś ważny dzień dla SKOK-ów, a przede wszystkim dla 2,6 mln ich członków. Kto trzyma w SKOK-ach oszczędności całego życia- a w sumie jest tego niebagatelna kwota, bo 17 mld zł - może odstawić środki na uspokojenie. Od 29 listopada wszystkie pieniądze złożone w SKOK-ach są objęte ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, czyli tej samej instytucji, która ręczy za pieniądze złożone w bankach. To jeden ze skutków przejęcia nadzoru nad SKOK-ami przez Komisję Nadzoru Finansowego. Wcześniej SKOK-i miały własny system ochrony depozytów, oparty na składkach płaconych przez poszczególne SKOK-i do firmy ubezpieczeniowej będącej częścią spółdzielczej grupy. Na szczęście nie trzeba było sprawdzać jego wydajności, ale pogłoski o różnych limitach i ograniczeniach odpowiedzialności, obowiązujących w tym ubezpieczeniu, nie raz i nie dwa powodowały ciarki na mojej skórze. Jeszcze dziwniej było przez kilka ostatnich miesięcy, kiedy stary system ochrony depozytów wygasł, a nowy - w ramach państwowego systemu opartego na BFG - jeszcze nie działał.

      SKOK-i miały w tym czasie zapewnioną możliwość, by prosić o awaryjną pomoc Narodowy Bank Polski, ale i tak wszyscy dobrze zorientowani w sytuacji finansowej SKOK-ów z utęsknieniem czekali na 29 listopada. Bo sytuacja ta nie jest różowa. Odkąd Komisja Nadzoru Finansowego zaczęła publikować dane o finansach SKOK-ów wyszło na jaw, że w systemie jest 37,5% przeterminowanych kredytów, zaś 20 spośród 55 działających kas ma ujemny współczynnik wypłacalności (połowa z nich - poniżej poziomu przyzwoitości, 4%). Gdyby coś takiego powiedzieć o banku, oznaczałoby to, że jest on regularnym bankrutem. Tylko 11 SKOK-ów nie prowadzi dziś programu naprawczego, zaś Andrzej Jakubiak, szef Komisji Nadzoru Finansowego, nie wyklucza, że kasy, które nie będą w stanie się uzdrowić same, ani z pomocą innych SKOK-ów, ani nawet z pomocą funduszu stabilizacyjnego zgromadzonego w Kasie Krajowej, mogą zostać formalnie zlikwidowane. Oczywiście to wariant ostateczny, który może dojść do skutku tylko w sytuacji, kiedy nawet członkowie SKOK-u nie będą chcieli go dokapitalizować dodatkowymi składkami.

      Czytaj też: Sensacyjna deklaracja, SKOK-i dostaną kasę zza Oceanu!

      Gdyby - odpukać w niemalowane splunąwszy po trzykroć przez lewe ramię - jakiś SKOK został zlikwidowany i zabrakłoby mu pieniędzy na zwrot depozytów, to pieniądze na pokrycie strat klientów pójdą... ze składek od banków (czyli pośrednio: od klientów banków). Nie dość bowiem, że Bankowy Fundusz Gwarancyjny do tej pory był zasilany wyłącznie składkami banków (uzbierało się ich 12 mld zł), to jeszcze niedawno Rada BFG uchwaliła, że SKOK-i - korzystając ze wszystkich dobrodziejstw systemu ochrony depozytów - w tym roku wpłacą do BFG tylko 0,02% aktywów (kilkanaście milionów złotych). Mówi się, że właśnie z myślą o finansowaniu akcji ratowania najbardziej zadłużonych SKOK-ów rząd przeforsował nowy "parapodatek" dla banków, tzw. opłatę ostrożnościową. W przyszłym roku banki zapłacą 350-400 mln zł, choć maksymalna dozwolona stawka jest pięciokrotnie wyższa.  Nawet, jeśli w przyszłości SKOK-i będą w większym stopniu "zrzucały się" na system gwarantowania depozytów, to w przypadku niewypłacalności któregoś z nich, ratunek przyjdzie z pieniędzy "bankowych".

      Żenada i dramat. Dlaczego nikt nie chce taniej pożyczki w SKOK-u?

      Jak działają gwarancje depozytów w SKOK-ach? Dokładnie tak samo, jak w bankach, tzn. maksymalnie Bankowy Fundusz Gwarancyjny wypłaci do równowartości 100.000 euro dla każdego deponenta (nie ma znaczenia ile lokat założył, obowiązuje wspólny limit dla wszystkich). Nie ma żadnego udziału własnego (jak kiedyś w bankach), klient odzyskuje 100% wpłaconych do SKOK-u pieniędzy, chyba że wpłacił więcej, niż równowartość 100.000 euro (wtedy "górkę" się mu odcina). Zgodnie z ustawą, gwarantowane pieniądze mają być wypłacane po 20 dniach roboczych od dnia zawieszenia działalności kasy, ustanowienia zarządcy komisarycznego i skierowania do sądu wniosku o upadłość (te wszystkie decyzje może podjąć szefostwo KNF). W przypadku rachunków wspólnych (np. konta oszczędnościowego założonego wspólnie z małżonkiem) osobna gwarancja dotyczy każdej z osób (a więc de facto gwarancje są wtedy dwie). Ale uwaga: gwarancji nie podlegają wkłady członkowskie, czyli "cegiełki", które wpłacają poszczególni członkowie, by stać się współwłaścicielami kasy. Ani depozyty złożone przez osób zarządzających SKOK-iem. Jeśli masz pieniądze w dwóch SKOK-ach, odzyskasz je na mocy dwóch oddzielnych gwarancji (bo każdy SKOK to samodzielna spółdzielnia).

      Czytaj: Spór o megapieniądze (byłego) szefa SKOK-ów. Zarobił...

      Objęcie gwarancjami depozytów w SKOK-ach to ciekawa informacja dla tych, którzy do tej pory nie lokowali tam pieniędzy, brzydząc się instytucjami parabankowymi. W ostatnich miesiącach miałem mnóstwo pytań od Was: czy SKOK taki a taki jest bezpieczny, czy pieniądze, które właśnie zaniosłem do SKOK-u tamtego i owamtego, nie wyparują? Pisałem Wam prosto z mostu, że prawdopodobieństwo dopuszczenia przez nadzór do upadłości jakiejś kasy jest mało prawdopodobne, bo mogłoby to wywołać efekt domina, ale między Bogiem, a prawdą, to pieniądze w SKOK-ach nie mają żadnej gwarancji, ani państwowej, ani prywatnej. Teraz ta sytuacja się zmienia, więc i ryzyko lokowania w SKOK-ach spada. A niektóre SKOK-i płacą za depozyty całkiem przyzwoicie. Całkiem, całkiem.

      SKOK Wołomin lokaty

      A ile? W Kasie Polskiej sześciomiesięczna "Lokata jesienna" daje dziś 4,5%. W SKOK-u Wołomin mają z kolei "Lokatę Pewną", której oprocentowanie zależy od liczby wykupionych wkładów członkowskich w kasie (mogą przepaść w przypadku likwidacji SKOK-u, nie podlegają ocvhronie BFG). Wykupując jeden udział można na lokacie sześciomiesięcznej zarobić 5,4%, a na rocznej - nawet 5,6%. Kasa Stefczyka na dwuletniej lokacie zapłaci 3,3% w skali roku. SKOK Arka na półrocznym depozycie daje 3,6%. SKOK Piast z kolei na dwuletniej lokacie zapłaci 4,2% w skali roku, a na trzyletniej - 4,5%. Oczywiście, są też "skutki uboczne" nie zawsze w SKOK-u da się założyć depozyt przez internet, zawsze trzeba stać się członkiem kasy i zapłacić wpisowe oraz wykupić co najmniej jeden udział.

      AKCJE ENERGI TYLKO DO PONIEDZIAŁKU! Jeśli zastanawiacie się gdzie zyskownie ulokować pieniądze w najbliższym czasie, to zapewne przemknął Wam przez głowę pomysł, żeby kupić akcje Energi. Można to zrobić w ofercie publicznej tylko do poniedziałku. Czy warto? Dla kogo to może być dobra inwestycja, a dla kogo nie? Czytajcie w blogu!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Odstawiamy nerwosol i... sprawdzamy ofertę lokat. Depozyty w SKOK-ach już pod ochroną!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 listopada 2013 01:38
  • czwartek, 28 listopada 2013
    • Ostatnie dni na zakup akcji Energi. Czy warto? Nie dla każdego to będzie idealna inwestycja

      Tylko do poniedziałku możecie zapisywać się na akcje Energi, największej od kilku lat prywatyzowanej spółki energetycznej. Ci z Was, którzy myślą o tej inwestycji, a nie mają jeszcze rachunku inwestycyjnego w biurze maklerskim, powinni już dziś zabrać się za jego zakładanie (samego zapisu można co prawda dokonać "od ręki", ale chodzi o to, żeby zdążyć jeszcze przelać na konto maklerskie pieniądze). Dostałem od Was sporo e-maili z pytaniem: czy warto zapisać się na Energę. Większość z Was jest przekonana, że to inwestycja skazana na sukces, a są i tacy, którzy uważają, że najdalej tydzień po debiucie do zainkasowania będą zyski rzędu 15-20%. Czyli takie, które wzięli śmiałkowie kupujący miesiąc temu akcje przewozowego PKP Cargo. Pytacie też jaka może być redukcja zapisów i czy rekomenduję zaciąganie kredytu na zakup akcji. Zanim odpowiem, przypomnę dla porządku podstawowe informacje: maksymalnie możecie zapisać się na 1500 akcji. Maksymalna cena każdej z nich to 20 zł, ale można mieć nadzieję, że ostateczna będzie ciut niższa - zostanie ona podana dopiero po zakończeniu zapisów. Oznacza to, że chcąc zapisać się na maksymalną pulę, trzeba mieć w portfelu 30.000 zł.

      Redukcja zapisów jest pewna jak w banku. W sumie dla inwestorów indywidualnych Energa rezerwuje 20% wszystkich sprzedawanych akcji, ale 5% już się rozeszło w puli tzw. dużych inwestorów indywidualnych. Zostaje 15% papierów o wartości nieco ponad 400 milionów złotych. Analitycy spodziewają się przynajmniej 100.000 zapisów, a i tak są to bardzo ostrożne szacunki (na PKP Cargo zapisało się 24.000 ludzi). Jeśli średnia wartość jednego zapisu wyniesie np. 15.000 zł, to w puli mamy już 1,5 miliarda złotych i redukcję każdego zapisu o prawie trzy czwarte. Nawet jeśli nie będzie "aż tak źle", to nie spodziewałbym się, abyście zostali zredukowani w mniejszym stopniu, niż 50%. A teraz dobra wiadomość dla tych, którzy nie mają drukarki z pieniędzmi. Redukowane będą tylko większe zapisy, te najmniejsze mają szansę na realizację w całości (oczywiście "punkt odcięcia" zależy od popytu na akcje). Czy warto się rzucać na Energę? Jest to wielka firma, idealna dla długoterminowej inwestycji. Produkuje i dystrybuuje dobro, na które popyt się nigdy nie skończy, czyli energię elektryczną. Jest ogromną firmą, trudno sobie wyobrazić jej bankructwo, wypłaca wysokie dywidendy. To trzeci największy w Polsce dystrybutor prądu (75% zysku operacyjnego pochodzi właśnie z tej działalności), firma ma też 3% rynku produkcji prądu. Obsługuje 2,9 miliona klientów, głównie na północy Polski.

      To, że Energa - w odróżnieniu od innych koncernów energetycznych - specjalizuje się głównie w przesyłaniu energii, a nie w jej produkcji, oznacza mniejsze ryzyko dla akcjonariuszy. Wyniki finansowe konkurentów Energi w dużym stopniu zależą od cen prądu na giełdzie. PGE ma 40% udziału w rynku produkcji prądu, Tauron - 14%, Enea - 9%. Energa prąd co prawda też produkuje, ale przede wszystkim dostarcza go do odbiorców hurtowych i detalicznych. A w dystrybucji marże może są mniejsze, lecz stabilniejsze. Innym atutem Energi jest to, że firma jest potentatem w produkcji tzw. zielonej energii, czyli ekologicznej (to 30% jej produkcji). Ma farmy wiatrowe, hydroelektrownie, kotły "żywiące się" biomasą, Rząd nie chce zbyt wiele do niej dopłacać, ale nie ma wątpliwości, że im bardziej zanieczyszczone będzie środowisko, tym większe będą finansowe ulgi i zachęty dla producentów zielonej energii. A propos cen energii: tak ostatnio wyglądają wykresy na Towarowej Giełdzie Energii. 

      Energetyka - ceny energii

      Energa ma jeszcze jeden plus - jest dochodowa, jak diabli. W zeszłym roku wypracowała 457 mln zł zysku netto, w tym roku ma mieć ponad 700 mln zł, a w kolejnych latach - według analityków po 600-700 mln zł. Większość zysku (ponad 90%) idzie zwykle na dywidendę i ta strategia ma się nie zmienić. Jeśli firma w tym roku zarobi 700 mln zł i wypłaci prawie cały zysk na dywidendę, to jej wartość będzie równa ok. 4,5% ceny akcji (zakładając 20 zł). To oznacza, że na samej tylko dywidendzie, nie biorąc pod uwagę wartości samych akcji, da się zarobić lepiej, niż na lokacie bankowej.

      Niech jednak te plusy nie przesłonią Wam minusów. Uważam, że na akcjach Energi raczej nie da się zarobić w tydzień-dwa dużych pieniędzy, przebitka rzędu 15-20% to byłby jakiś cud. Dlaczego tak uważam? Po pierwsze: jest drogo. Jeśli Ministerstwo Skarbu nie obniży ceny Energi i akcje będą sprzedawane po 20 zł, to będzie to jedna z droższych firm energetycznych na giełdzie. Przy założeniu zysku w okolicach 700 mln zł i cenie akcji 20 zł wychodzi, że za każdą złotówkę zysku inwestorzy będą płacili jakieś 11 zł. (wskaźnik C/Z). Sorry, ale akcje Tauronu można kupić płacąc za każdą złotówkę zysku firmy mniej, niż 7 zł, zaś akcje Enei "chodzą" przy wskaźniku C/Z w okolicach 9-10. Powyżej 10 zł za złotówkę zysku jest notowany na giełdzie jedynie dużo większy od Energi koncern PGE. A na giełdach światowych np. akcje niemieckiego koncernu RWE można kupić przy wskaźniku C/Z rzędu 7 (prognoza dla zysku za 2013 r.). Taniocha. Hiszpańska Iberdrola jest notowana przy wskaźniku C/Z na poziomie 12, a francuski GDF Suez - tak samo. Widać więc, że miejsca na wzrost ceny akcji Energi zbyt dużo nie ma. Z największych koncernów europejskich tylko francuski EDF ma C/Z powyżej 14, czyli znacznie wyżej, niż Energa.

      Druga przyczyna moich zgryzot to inwestycje, które czekają Energę. Firma będzie musiała zainwestować w modernizację swojej sieci 2 mld zł. Po trzecie: analitycy nie spodziewają się wzrostu przychodów firmy. Będzie ona  przez cały czas generowała ok. 11 mld zł przychodów rocznie. Energetyka jest branżą bardzo "spokojną". Mało tu wielkich karier małych spółek. Rządzą raczej wielkie koncerny, które robią swoje i zarabiają swoje nudne miliardy. I byłyby pewnie żyłami złota, gdyby nie to:

      Energetyka - inwestycje

      Spójrzcie na wykresy notowań spółek energetycznych na warszawskiej giełdzie. Widzicie tu jakieś szaleństwa, wybitne wzrosty, gigantyczne wystrzały kursów? Nie, akcje koncernów energetycznych ostatnio raczej spadały, bo inwestorzy obawiają się olbrzymich kosztów inwestycji, które te firmy czekają. To branża defensywna, która jest przez inwestorów doceniana głównie w złych czasach dla rynku kapitałowego. Zobaczcie jak indeks WIG-Energetyka (skupia akcje wszystkich giełdowych firm z tej branży) odstaje od WIG-u (to ten różowy - wykres obejmuje ostatnie trzy lata)

      WIG energetyka 2011-2013

      Czy Energa w tych okolicznościach może dać szybkie zyski? Raczej nie, bo duża część inwestorów, mając świadomość, że nie będzie to najlepsza inwestycja na najbliższy rok-dwa, postara się szybko sprzedać kupione w ofercie akcje. Z pewnością :odebrałyby je z "gorących" rąk fundusze emerytalne, ale tak się składa, że OFE są teraz ograbiane z kasy przez rząd, więc mało co kupują. Szał zakupów akcji Energi po debiucie raczej nam więc nie grozi. To oczywiście nie oznacza, że nie da się zarobić - debiuty akcji prywatyzowanych spółek zawsze przynosiły najmarniej kilkuprocentowy zysk - ale chyba nie warto nastawiać się na jakieś eldorado. Dużym ryzykiem byłoby też kupowanie akcji na kredyt, bo jego koszty mogą zjeść większość zysku. Jest pewna grupa inwestorów, którzy powinni akcje Energi kupić. To wszyscy, którzy budują swój portfel inwestycji na emeryturę. Spółka energetyczna, wypłacająca sute dywidendy, zarabiająca głównie na przesyłaniu prądu, może nie przyniesie kokosów w ciągu roku-dwóch, ale może być znakomitym pomysłem na trzeci filar emerytalny. Coroczna dywidenda, przeważnie wyższa od zysków z lokaty bankowej, stabilny i spokojny wzrost kursu, który w perspektywie 20-30 lat na pewno się pojawi, czyni z Energi idealną inwestycję na emeryturę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Ostatnie dni na zakup akcji Energi. Czy warto? Nie dla każdego to będzie idealna inwestycja”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 listopada 2013 15:30
    • Gotówka przemawia (prawie) do każdego, czyli ile kosztuje wjazd na loterię Kevina Spaceya?

      Kevin Spacey w reklamach BZ WBK miał raczej słabe wejście. Pierwszy spot (ten w kawiarni, reklamujący "Konto Godne Polecenia") nie był ani specjalnie zabawny w konstrukcji, ani wysublimowany jeśli chodzi o wykonanie - ot, prosta marketingowa naganianka. Ale z czasem jest coraz lepiej. Slogan "Wy, młodzi, wszystko macie za nic" (odnoszący się do darmowego konta dla osób przed 30-tką) był już całkiem, całkiem. A spot dotyczący pożyczki świątecznej, w którym Kevin Spacey gra reżysera reklamy o... pożyczce świątecznej, spowodował, że wreszcie się uśmiechnąłem. "Znalazłeś prezent pod choinką, pokaż jak się cieszysz" - mówi Spacey do chłopaka, który ma "zagrać" w reklamie. Ten nie wykazuje wystarczającego entuzjazmu. "Trochę więcej pasji, masz się cieszyć jak dziecko" - powtarza Spacey, ale nic nie może wskórać. W końcu szlag go trafia i pokazuje trochę duszy psychopaty (przecież za takie role go kochamy) wrzeszcząc: "Dajcie mu jakiś lepszy prezent!". Po kilku sekundach Spacey wręcza chłopakowi kluczyki do samochodu, wzbudzając w nim oczywiście dziką radość.

      Przekaz jest dość klarowny: W banku BZ WBK, jak już dają prezenty, to z fantazją i szerokim gestem. Kto zaciągnie kredyt gotówkowy na święta, ten bierze udział w loterii, w której do wygrania są trzy samochody (Volkswagen Golf 7), 20 iPadów 4 i 20 iPhone'ów 5. Do udziału w loterii zachęcają towarzyszące kampanii billboardy, na których Spacey przekonuje, że "gotówka przemawia do każdego". Czy warto dać się uwieść szansie na nagrodę? Gdyby kredyt w BZ WBK miał podobne oprocentowanie, jak pożyczki u konkurencji, udział w loterii mógłby być dodatkową korzyścią. Sęk w tym, że jeśli spojrzymy na standardową ofertę banku, to nie wygląda ona na szczególnie tanią. Widnieje w niej oprocentowanie pożyczki gotówkowej na maksymalnym dozwolonym przez prawo poziomie 16%. Jest co najmniej kilka tańszych banków. Szymon Majewski w reklamie pożyczki PKO BP czaruje oprocentowaniem 10,99% i to bez prowizji. Eurobank klientom z dochodami powyżej średniej krajowej proponuje oprocentowanie 13,5%. Oczywiście, nie można wykluczyć, że i w BZ WBK oficjalne 16% jest tylko punktem wyjścia do negocjacji, a dobry klient może dostać stawkę znacznie lepszą. Ale ja - chcąc oszacować "cenę" losu na loterię, którą organizuje BZ WBK - postanowiłem posłużyć się danymi cennikowymi.

      Załóżmy, że w celu "zakupienia" losu biorę 1000 zł na dwa lata. To najtańszy możliwy los, bo mniej już w BZ WBK pożyczyć się nie da. Pierwszą składową "ceny" mojej wejściówki na loterię jest różnica między oprocentowaniem pożyczki w BZ WBK i tej, którą mógłbym otrzymać w innym banku. Weźmy 10,99% w PKO BP. Łączny koszt takiej pożyczki u Szymona bez prowizji wyniesie 118 zł. U Kevina pożyczka na 16%, po uwzględnieniu 5% prowizji, wyniesie 225 zł. Różnica to 107 zł. To nie wszystko. Drugą składową "ceny" losu na loterię BZ WBK jest koszt ubezpieczenia. Bo aby wygrać nagrodę, trzeba niestety wykupić pakiet ubezpieczeniowy "Spokojny kredyt" (standardowo jest on dobrowolny). Na infolinii BZ WBK (swoją drogą - bardzo profesjonalna, rzeczowa obsługa) dowiedziałem się, że przy pożyczce na dwa lata ubezpieczenie kosztuje 11,6% kwoty kredytu, czyli 116 zł (gdybym pożyczał na trzy lata - byłoby już 13,6%). W sumie wychodzi na to, że chcąc spróbować szczęścia w loterii organizowanej przez Kevina, trzeba się przygotować na niemałe koszty. W moim przykładzie trzeba za tę przyjemność zapłacić 223 zł. Przyznacie, że to dość drogi los. Aż musiałem wziąć... to jest, zobaczyć... coś na uspokojenie ;-)

      Choć przecież jest i druga strona medalu - szansa na jeden z trzech samochodów i sprzęt Apple o wartości kilkunastokrotnie większej, niż "cena" losu (taki np. iPad 4 kosztuje ok. 3000 zł). BZ WBK nie po raz pierwszy kusi nagrodami. Jego marketingowcy słusznie zauważyli, że jeśli chce się sprzedawać tak standardowy produkt, jak pożyczkę gotówkową, to trzeba wykreować wokół niego emocje. A co je lepiej wykreuje, niż wizja luksusowej nagrody? "Gotówka przemawia dla każdego". Nieprzypadkowo w loterii nagrodami są Golfy, czyli jedne z najlepiej ocenianych aut w swojej klasie, oraz iPady i iPhone'y, sprzęty uznawane powszechnie za przedmiot lansu. Nowa strategia BZ WBK zakłada, że i ten bank ma być dobrem luksusowym w swojej klasie i przedmiotem pożądania. Nie wiem czy zauważyliście, ale z początkiem miesiąca bank przeszedł dość solidny rebranding. Nowe logu jest gustownym połączeniem ognia z wodą, czyli zielonego koloru BZ WBK i żrącej czerwieni Santandera. Mnie się podoba, a Wam?

      BZWBK nowe logo

      W CZWARTEK BLOGUJEMY W "GAZECIE WYBORCZEJ" Jeśli lubicie sprawić sobie coś ekstra, to nieśmiało przypominam, że w każdy czwartek możecie sobie sprawić "Pieniądze Ekstra". Na cotygodniowych stronach konsumenckich "Gazety Wyborczej", którymi mam przyjemność współzawiadywać, przeczytacie o tym, ile może Was wkrótce kosztować oglądanie telewizji. I o tym, ile już dziś kosztuje jeżdżenie samochodem. O tym, jaka karta kredytowa będzie dla Was najlepsza i dlaczego żadna ;-). O tym, dlaczego Kruk krukowi oka nie wykole, a klientowi - i owszem. O tym, jakich sztuczek trzeba użyć, żeby oddać nie chciany tuner. I żeby Plus chciał go z powrotem wziąć. O tym, że to już ostatni moment na kupowanie prezentów przez internet oraz co z tego wynika. I o tym, czy powinniście już teraz ustawić się w kolejce po kredyt hipoteczny, gdyż wkrótce będzie na kartki ;-). Poza tym Wasze listy, skargi i wnioski: na cenzurowanym m.in. bank PKO BP oraz Wasze żony i nie-żony, którym - jak zeznaje pewien barman - dajecie za dużo plastiku. Zapraszam do polubienia najbliższego kiosku lub e-kiosku i do zakupu czwartkowej "Gazety Wyborczej".  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Gotówka przemawia (prawie) do każdego, czyli ile kosztuje wjazd na loterię Kevina Spaceya? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 listopada 2013 00:09
  • środa, 27 listopada 2013
    • Oprocentowanie lokat szoruje po dnie, a oni dają... stałe 6% na 10 lat. Albo i nie dają

      Lokata na 6% rocznie w dzisiejszych czasach to prawdziwy skarb. Mało który bank daje więcej, niż 3-3,5%, a lokaty na 4% i więcej to już rarytas. A mój czytelnik znalazł w pewnym banku 6%. I tak się ucieszył, że aż zaczął się zastanawiać... gdzie tu jest haczyk. "Ostatnio zainteresowałem się kontem IKZE i IKE w Deutsche Banku, sprzedawanym w "zgrzewce" z programem inwestycyjnym db Emerytura.. Bardzo ciekawie wygląda (zarówno w przypadku IKE, jak i IKZE) oferta oprocentowania stałego dla tej części pieniędzy, która nie jest inwestowana na giełdzie. To rodzaj funduszu inwestycyjnego, który lokuje w... lokaty bankowe, a do tego gwarantuje określony zysk - 6% w skali roku, w okresie 10 lat", jak cytuje mój czytelnik. "Zapoznałem się z dokumentami i zgłosiłem się do Deutsche Banku, aby umówić się na podpisanie umowy. Chciałbym jeszcze w tym roku dokonać wypłaty transferowej z innego IKE, na którym zyski ostatnio zbladły - w ten sposób zagwarantowałbym sobie stały zysk na poziomie 6%, na okres 10 lat" - kombinuje czytelnik.

      db emerytura reklamaI tu zaczynają się jego wątpliwości. W e-mailu z Deutsche Banku (gdy dopytywał się o owe 6%) dostał taką informację: "Niestety, gwarancja oprocentowania 6% obowiązuje tylko na ten rok, w przyszłym mogą zostać takie warunki, ale może też być to zmienione". Zdziwiony czytelnik jeszcze raz zajrzał na stronę i poczytał o gwarantowanym 6% na 10 lat. Zadzwonił na infolinię Deutsche Banku i tam potwierdzono mu, że 6% może się w przyszłym roku zmienić. "To dla mnie bardzo ważna sprawa, ponieważ te 6% jest główną atrakcją całego produktu i gdyby to było gwarantowane tylko do końca tego roku, a w kolejnych latach oprocentowanie byłoby nieznane, to atrakcyjność tego produktu mocno spada. Produkt db Emerytura z IKE i IKZE jest reklamowany pod hasłem 6% na 10 lat, ale może to zwykła manipulacja?" - pyta czytelnik. Jeśli ma rację, to mamy tu przykład wprowadzenia w błąd klientów i to na niemałą skalę. Po co na stronie pisać o "atrakcyjnym oprocentowaniu 6% w skali roku, w okresie 10 lat", skoro to jest tylko do końca tego roku? "A może jednak informacja na stronie jest poprawna, a pracownicy wprowadzają mnie w błąd? Komu wierzyć? Jak radzić sobie z takim dysonansem poznawczym?" - pyta czytelnik.

      Jego dysonans poznawczy jeszcze się pogłębił, bo... po napisaniu do mnie odwiedził jeszcze placówkę Deutsche Banku: "Dwie osoby z obsługi klienta potwierdziły, że 6% jest gwarantowane tylko do końca roku i że sprawdzano tę informację na wyższych szczeblach. Podpytywałem, czy może jest tak, że te 6% jest faktycznie gwarantowane przez 10 lat, ale tylko dla wpłat z tego roku (trafiających do funduszu "Stałe 2013"), wówczas te informacje banku, podawane na stronie internetowej, można byłoby nazwać tylko manipulacją, nie zaś jawnym oszustwem. Ale pracownicy powiedzieli, że nawet oprocentowanie wpłat tegorocznych jest gwarantowane tylko do końca roku". Niestety, muszę dysonans poznawczy klienta zmultiplikować. Zadzwoniłem bowiem do rzecznika prasowego banku w Polsce. I dowiedziałem się od niego, że... "Oprocentowanie jest gwarantowane na 10 lat dla Klientów, którzy przystąpią do produktu w 2013 roku. Oznacza to, że Klient przez 10 lat ma zagwarantowane oprocentowanie stałe dla części IKE/IKZE w wysokości 6% w skali roku. Jeśli Klient został wprowadzony w błąd - najmocniej przepraszamy".

      Dysonans poznawczy już prawie mi się udzielił. Na szczęście przypomniałem sobie, że o db Emerytura już kiedyś w blogu było. Przypomnę fragment tego wpisu. "W ofercie Deutsche Banku można wybrać jeden z dwóch wariantów - albo gwarantowane 6% w skali roku przez 10 lat, albo gwarantowane oprocentowanie w wysokości inflacji powiększonej o 2% (w sensie: o dwa punkty procentowe)". Mamy więc też opcję z oprocentowaniem zmiennym. "Kłopot w tym, że wysoko oprocentowane IKZE jest nakładką na program inwestycyjny db Emerytura, który ma tę nieprzyjemną cechę, że zawiera w sobie opłatę administracyjną w wysokości 10 zł miesięcznie. Dopiero zobowiązując się do wpłacania przez 10 lat co najmniej po 100 zł miesięcznie uzyskujemy prawo do 6% w IKZE". Policzyłem ile "kosztuje" ta paczka. "Jeśli zarabiam 4000 zł brutto, to do IKZE mogę włożyć, zgodnie z limitami ustawowymi, 1920 zł rocznie, czyli 160 zł miesięcznie. Inwestuję też co najmniej 100 zł w db Emeryturę i możemy maksymalnie 160 zł w IKZE, płacąc za wszystko 10 zł opłaty administracyjnej. De facto więc koszty administracyjne całej zabawy (równoważnik opłaty od składki) wynoszą 3,8%. Przy zarobkach 2000 zł brutto do IKZE mogę włożyć już tylko 80 zł miesięcznie (limit ustawowy). I minimum 100 zł do części inwestycyjnej. W tym wypadku 10 zł miesięcznych kosztów od tej kwoty przekłada się na równoważnik opłaty od składki rzędu 5,5%. A to już jest sporo" - pisałem o db Emeryturze.

      W sumie więc 6% na lokacie w IKZE nie jest aż tak wielką okazją, bo łączy się z koniecznością inwestowania drugiej części pieniędzy w ryzykowny sposób. Inna sprawa, że limity inwestycji w IKZE mają - według planów rządu - pójść w górę. A wtedy kalkulacja będzie bardziej korzystna dla wpłacających, bo będzie można zwiększyć wpłaty na IKZE i więcej zarabiać z gwarantowaną stawką 6%. W dalszym ciągu jednak bilans całej zabawy jest nie do oszacowania, bo nie jesteśmy w stanie przewidzieć jakie zarobki (lub straty) pokaże część pieniędzy inwestowana na giełdzie (te 100 zł miesięcznie z umowy podstawowej). No i jeszcze jedna niewiadoma. Deutsche Bank nie zawsze będzie gwarantował 6% na IKZE przez 10 lat, więc... może jednak trzeba skorzystać z okazji, póki tyle obiecuje? Ale - żeby jeszcze skomplikować sprawę, uprzejmie przypomnę, że inflacja też nie zawsze będzie taka niska, jak dziś, więc i 6% nie zawsze będzie dawało po oczach tak mocno, jak daje po oczach dziś. Nie wiem jak Wy, ale ja mam już nie tylko dysonans poznawczy, ale i matematyczny. Szkoda, że nie ma jeszcze mrozu, bo w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak reset intelektualny, czyli kąpiel w przerębli ;-) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Oprocentowanie lokat szoruje po dnie, a oni dają... stałe 6% na 10 lat. Albo i nie dają”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 listopada 2013 15:19
    • Łatwiej zapłacisz kartą w necie? Zamiast podawać numerki, daty, kody wystarczy... klik

      Przyznam, że zawsze mam lekkiego cykora, podając w sklepie internetowym (a ściślej - na szyfrowanej stronie firmy rozliczającej transakcję) dane mojej karty płatniczej. Jeśli tylko mogę, staram się płacić w internecie rezerwową kartą pre-paid, zasiloną wcześniej ściśle wyliczoną kwotą (na wypadek, gdyby ktoś przejął dane karty i chciał nią płacić na odległość). Przestałem przeklinać mój bank, który najzwyczajniej w świecie wyłączył mi możliwość płacenia w internecie debetówką, na której czasem mam więcej, niż parę groszy. Zacząłem wreszcie doceniać plastik, który wydał mi bank ING odkąd zauważyłem, że przy płatnościach internetowych tą kartą stosowany jest standard zabezpieczeń 3D Secure (a więc poza wpisaniem do formularza danych karty muszę podać hasło jednorazowe, przesłane na mój telefon komórkowy). To wszystko - czyli zasilanie karty pre-paid przed każdym zakupem w internecie lub dodatkowa weryfikacja za pomocą 3D Secure - nie jest może zbyt wygodne, ale w dobie programów do szpiegowania tego co wpisuję na klawiaturze komputera przestałem się zżymać na takie rzeczy, nie mówiąc już o hasłach maskowanych ("wpisz dziewiątą cyfrę ze swojego numeru PESEL").

      Czy płacenie w internecie może być bezpieczne i wygodne jednocześnie? Przypuszczam, że wątpię, ale organizacja płatnicza Visa oraz bank ING Śląski pokazały we wtorek pomysł, który ma pogodzić ogień z wodą. Niestety, jego podstawowa słabość polega na tym, że jest dopiero w fazie testowej, więc będziemy mogli go przetestować na własnej skórze dopiero na początku przyszłego roku. Ale - na zasadzie lizania cukierka przez papierek - możemy sobie już powoli zacząć wyobrażać jak smakuje. Ów rewolucyjny pomysł to elektroniczny portfel V.me by Visa, który będzie udostępniony klientom ING Śląskiego. Visa wprowadza tę usługę sukcesywnie od kilku miesięcy i Polska jest czwartym krajem, w którym V.me by Visa zacznie działać. Patent będzie polegał na tym, że klient rejestruje swoją kartą płatniczą w elektronicznym portfelu, a potem może robić transakcje tą kartą podając już tylko login i hasło do portfela. Całą resztę danych karty system zweryfikuje już sam (podobno korzystając z 3D Secure). To oznacza, że nie muszę podawać danych karty za każdym razem, kiedy będę kupował coś w sklepie internetowym (a tego wpisywania trochę jest: numer karty, data ważności, czasem też imię i nazwisko na karcie i kod CVC na odwrocie). 

      Visa gra ostro: płaci ludziom za to, że płacą kartami w markecie 

      Elektroniczny portfel Visy, oferowany przez ING, będzie można "zapłodnić" nie tylko jedną kartą, ale kilkoma. Co ciekawe, nie muszą to być plastiki wydane przez ING. Będzie można zarejestrować dowolną kartę, wydaną przez dowolny bank, zarówno Visę, jak i MasterCard. Oczywiście rzecz będzie dostępna tylko o tyle, o ile taką formę płatności udostępnia dany sklep internetowy. A jeśli już jesteśmy przy MasterCardzie, to trzeba oczywiście powiedzieć, że tam elektroniczny portfel (choć w nieco innej formule) funkcjonuje już od pewnego czasu. Jego emanacją jest aplikacja MasterCard Mobile, którą można sobie zainstalować w telefonie komórkowym, sprząc z dowolną kartą płatniczą i dzięki niej płacić telefonem, zamiast kartą. Elektronicznymi portmonetkami są też systemy takie, jak SkyCash, czy mPay. Tyle, że V.me by Visa jest systemem koncentrującym się na dostarczeniu klientom wygody w płaceniu w internecie. Jeśli jeszcze nie macie dosyć lizania cukierka przez papierek, to możecie go również pooglądać przez szybkę.

      Nota bene podobny pomysł - tyle, że odnoszący się do e-przelewów, które są alternatywną formą płacenia w sklepach internetowych - ogłosił też wczoraj system płatności PayU wspólnie z bankiem Alior Sync. Rzecz nazywa się PayU Express i polega na tym, że będąc na stronie sklepu internetowego wybierasz formę płarności PayU Express (będzie tkwiła w gąszczu różnych mTransferów), po czym - przy okazji standardowej procedury, czyli "przerzucenia" ciebie na stronę twojego banku, żebyś się zalogował i potwierdził transakcję kodem jednorazowym - PayU Express "sprzęgnie się" z twoim kontem internetowym. I od tej pory wybierając PayU Express nie będziesz musiał już logować się do swojego banku. Wystarczy, że podasz login oraz hasło do PayU Express, a rachunek zostanie zapłacony. Na razie z usługi mogą korzystać tylko klienci Alior Sync i z ich punktu widzenia jest to spore uproszczenie płatności w sklepach internetowych

      Widzicie w tych pomysłach - V.me by Visa oraz PayU Express - jakieś rafy albo potencjalne ryzyka? A może to wszystko zawracanie d... uszy i sztuka dla sztuki? No bo jaka to różnica, czy podajesz login i hasło do banku oraz kod jednorazowy, czy login i hasło do tego lub innego elektronicznego portfela? Hę? Co więcej, kupując przez internet możesz korzystać tylko z kart działających w standardzie 3D Secure, co oznacza uwierzytelnianie każdej transakcji hasłem jednorazowym. Podobnie jest w przypadku e-przelewów: zwykle po zalogowaniu się do konta są wymagane kody jednorazowe do każdej kolejnej transakcji. Obie nowinki - zarówno V.me by Visa, jak i PayU Express - oznaczają de facto rezygnację z kodów jednorazowych na rzecz haseł do portfeli. Czy nie jest to zbyt bolesny kompromis? I jak takie ustawienie transakcji może rzutować na ewentualny proces reklamowania transakcji jako dokonanych przez złodzieja? To pytania, które mnie dręczą. A jakie dręczą Was?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Łatwiej zapłacisz kartą w necie? Zamiast podawać numerki, daty, kody wystarczy... klik”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 listopada 2013 00:02
  • wtorek, 26 listopada 2013
    • Wizerunkowa klęska funduszy inwestycyjnych: dlaczego byli klienci nie chcą do nich wracać?

      Ostatnio fundusze inwestycyjne świętowały ważną chwilę w swojej historii - wartość trzymanych w nich oszczędności klientów detalicznych przekroczyła 100 mld zł (co prawda przed kryzysem było to 130 mld zł, ale okrągłe liczby brzmią dobrze, więc świętujmy mimo wszystko). Jednocześnie napływ nowych pieniędzy do funduszy w październiku był największy od czterech lat (2,5 mld zł). Przez dwa lata Polacy przyglądali się coraz lepszej kondycji giełdy i inwestowali w fundusze bardzo selektywnie - głównie w fundusze obligacji. Teraz ruszyli do akcji, dosłownie i w przenośni. Ale czy to oznacza, że fundusze inwestycyjne z powodu niskich stóp procentowych i żałosnego oprocentowania lokat trafią pod strzechy? Ostatnie badanie CBOS, przeprowadzone dla Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami nie przynosi optymistycznych wieści. Fundusze mają stały, kilkuprocentowy "elektorat", a większość Polaków nie ma najmniejszego zamiaru inwestować w ten sposób swoich pieniędzy.

      Wizerunek TFI

      W fundusze inwestycyjne lokują niemal wyłącznie ludzie z wyższym wykształceniem (a w tej grupie zdecydowana mniejszość Polaków się do tego przyznaje).

      Wizerunek TFI

      Liczba tych, którzy planują inwestować w fundusze, jest też mocno ograniczona. Prawie 90% Polaków jest pewna, że w ten sposób nie zamierza inwestować...

      Wizerunek TFI

      ...chociaż trzeba docenić, że przynajmniej część Polaków postanowiła być uprzejma dla ankieterów i po to, by się odczepił, powiedziała, że fundusze inwestycyjne są fantastyczną formą lokowania oszczędności (powiedziało tak 39% ankietowanych ;-). Tak fantastyczną, że nadal będą ją mieli w tyle. Największa kiszka jednak polega na tym, że nawet wśród osób, które dziś mają udziały w funduszach, jeszcze więcej kasy planuje do nich włożyć tylko co drugi. Wśród tych, którzy kiedyś mieli udziały - ledwie 15%.

      Wizerunek TFI

      Właściwie jedyną grupą wiekową, która w ogóle myśli o inwestowaniu w fundusze, są ludzie młodzi, mający do 24 lat. Wśród starszych w ogóle nie ma zapotrzebowania na tę formę inwestowania. Szkoda.

      Wizerunek TFI

      No i jeszcze jedna ciekawostka. Okazuje się, że wizerunek funduszy w narodzie nie zależy zbytnio od tego, czy ktoś inwestował lub inwestuje w ten sposób pieniądze, czy też nie. W zasadzie jedyna cecha, którą zdecydowanie bardziej zauważają inwestujący w fundusze, jest to, iż nie jest to zajęcie elitarne i nie trzeba mieć wielkich pieniędzy, żeby inwestować w fundusze. W pozostałych aspektach inwestujący (niebieska linia) i nieinwestujący (czerwona) w zasadzie się zgadzają.

      Wizerunek TFI

      No i nie wiem co mam o tym myśleć. Czy ta "elitarność" funduszy i fakt, że chcą w nie inwestować tylko młodzi, wynika z missellingu w przeszłości? Z niewystarczająco dobrej oferty? Słabej reklamy? A może z tego, iż każde dziecko wie, że fundusze są drogie i zdzierają ze swoich klientów wysokie prowizje? Nie jest tajemnicą, że polskie fundusze inwestycyjne należą do najdroższych na świecie. Zawsze miałem zgryz, polecając Wam różne sposoby inwestowania pieniędzy, a wśród nich fundusze. Z jednej strony sam mam udziały w kilkunastu funduszach, polskich i zagranicznych i najgorzej na tym nie wychodzę. Z drugiej strony mam świadomość, że skoro wieszam psy na drogich polisach inwestycyjnych, to nie powinienem mieć też taryfy ulgowej dla funduszy, które zgarniają np. 4% rocznie za zarządzanie nie zawsze najwyższej jakości. Jak doliczyć do tego jeszcze 5,5% opłaty na wejściu, to okaże się, że trzeba naprawdę solidnej hossy, żeby inwestycja w fundusz przebiła dochody z obligacji. Zwłaszcza, że doświadczenia z przeszłości nie wykazują zbyt dużej różnicy między dochodem inwestora z obligacji i akcji.

      Oczywiście: w akcjach liczy się też dywidenda, a poza tym w długim horyzoncie czasowym nawet minimalne różnice w stopach zwrotu mają ogromne znaczenie dla ostatecznego zarobku. Mój prywatny horyzont inwestycyjny wynosi jakieś 30-40 lat, więc jest szansa, że mimo wysokich kosztów zarządzania polskimi funduszami inwestycyjnymi wyjdę na swoje. Ale co mają powiedzieć ci z Was, którzy inwestują na trzy-cztery lata, płacąc na starcie 5,5% opłaty manipulacyjnej i np. 4% opłaty za zarządzanie rocznie? Szkoda, że nie upowszechnił się pomysł Sebastiana Buczka, twórcy Quercus TFI, który zaproponował jako pierwszy opłatę za zarządzanie w postaci succes-fee. Dużo w tym quercusowym succes-fee czystego marketingu, a poza tym dość sporo jest ekonomistów uważających, ze succes-fee skłania zarządzających do ryzyka (taki system wynagrodzeń jest na cenzurowanym m.in. w USA), jednak... mnie się chyba podoba uzależnianie wynagrodzenia zarządzających od tego jak pracują. Niestety, w Polsce funduszowcy są wynagradzani według zasady "czy się stoi, czy się leży", a fundusze typu ETF, zarządzane komputereowo, wciąż nie mogą się u nas przebić.  Pewnie dlatego, że nikt nie chce ich sprzedawać, gdyż słabo się na tym zarabia... 

      Dla tych z Was, którzy chcą wiedzieć ile musi zarobić fundusz, by opłata za zarządzanie nie zaszkodziła zyskom, mam ciekawą minianalizę Bernarda Waszczyka z Open Finance. Policzył on na konkretnym przykładzie ile punktów procentowych zysku potrafią zabrać opłaty dystrybucyjne i za zarządzanie. "Decyzję dotyczącą wyboru funduszu w dużym stopniu powinno się podejmować w oparciu o analizę kosztów, pamiętając jednak, że taniej nie zawsze znaczy lepiej. Dotychczasowe zyski osiągnięte przez fundusz są ważne, ale należy pamiętać, że nie ma żadnej gwarancji, że będą się one powtarzać" - pisze Waszczyk we wstępie do analizy. I ja się z nim zgadzam, mimo, że pracuje w Open Finance, czyli firmie, która ostatnio odstawiała niezły fajans. To, w jakim stopniu na wartość inwestycji wpływa prowizja przy zakupie jednostek, jest proste do policzenia. Przy wpłacie 1000 zł, od której zapłacimy 5% prowizji, do funduszu pójdzie 950 zł. Jeśli wartość jednostki wzrośnie o 50%., to zysk wyniesie tylko 42,5%  (i będziemy mieli 1425 zł). A jeśli z tych 950 zł fundusz zarobi np. 8% (to średnia stopa zwrotu z giełdy), to nasz zarobek wyniesie 76 zł, zaś licząc od 1000 zł skierowanego do funduszu - 26 zł. Czyli - 5% prowizji na wejściu oznacza, że w pierwszym roku zamiast 8% (przy założeniu, że mamy na giełdzie rok najśredniejszy ze średnich) zarobimy tylko 2,6% - mniej, niż na lokacie.

      Tyle, że opłata dystrybucyjna jest płacona tylko raz, na starcie. Jej wpływ na wynik inwestycji w dłuższym okresie jest umiarkowany. Gorzej z opłatą za zarządzanie, która boli przez cały czas. A jak bardzo boli?  Waszczyk wziął jeden z funduszy akcji (nie napisał konkretnej nazwy) i zobaczył jak ów fundusz radził sobie w ostatnich sześciu latach (2007-2012). Fundusz ów w tym czasie zanotował 14,4% straty, ale to w tym momencie najważniejsze. Analityk Open Finance wyliczył, że każdy punkt procentowy prowizji przy zakupie przełożył się na uszczuplenie ostatecznej stopy zwrotu z pięcioletniej inwestycji o ok. 0,9% (punktu procentowego). Jeżeli więc prowizja wynosiłaby 5%, strata wyniosłaby nie 14,4%., a 18,7%. Te wyliczenia znajdziecie w tabeli, którą wklejam.

      Wpływ opłat na wyniki funduszy
      A w jakim stopniu na wynik funduszu rzutuje wysokość opłaty za zarządzanie? "W tym przypadku wpływ jest znacznie większy. Wynika to oczywiście z faktu, że opłata ta jest naliczana przez cały czas trwania inwestycji, każdego roku. W naszym przykładzie każdy dodatkowy punkt procentowy opłaty za zarządzanie, wpłynął na obniżenie ostatecznej stopy zwrotu o ok. 3-3,5% (punktu procentowego) przy założeniu zerowej prowizji od zakupu" - pisze Waszczyk. Jeśli mamy dwa fundusze zarządzane w bardzo zbliżony sposób (w ich portfelach są akcje tych samych spółek, w tych samych proporcjach), ale różnią się tylko wysokością opłaty za zarządzanie – w pierwszym przypadku wynosi ona 2%, a w drugim 4%, wyższa prowizja przełoży się na ponad 6% (punktów procentowych) różnicy w wysokości ostatecznej stopy zwrotu pięcioletniej inwestycji. "To tylko przykład. Podane szacunkowe wartości procentowe, pokazujące w jakim stopniu opłaty umniejszają zyski, nie są wartościami stałymi – w każdym przypadku są nieco inne. Niemniej, relacja pomiędzy nimi zazwyczaj jest zbliżona" - pisze Waszczyk.

      A to z kolei prowadzi go do wniosku, że "decydując się na wybór konkretnego funduszu i porównując wysokość prowizji z wysokością rocznej opłaty za zarządzanie, o wiele większą uwagę powinno się zwracać na tę drugą". Promocje, polegające na obniżeniu bądź całkowitym zniesieniu opłaty dystrybucyjnej powinny więc kusić nas bardzo umiarkowanie. "Korzyść uzyskana z tego tytułu, choć generalnie pozytywna, ma jednak niewielkie szanse na zrekompensowanie kosztów zarządzania, jeśli – w porównaniu z konkurencją – są one w danym funduszu wysokie".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Wizerunkowa klęska funduszy inwestycyjnych: dlaczego byli klienci nie chcą do nich wracać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 listopada 2013 08:00
  • poniedziałek, 25 listopada 2013
    • Blisko, coraz bliżej, czyli... kontrowersyjne "paypassy" pokazują moc w naszych portfelach

      Pisałem jakiś czas temu o tym jak bardzo daleko nam jeszcze do wyrzucenia z portfeli gotówki. Cztery na pięć wszystkich transakcji płatniczych, które wykonujemy, to transakcje z udziałem gotówki. Co prawda 66% Polaków twierdzi, że ma w portfelu jakąś kartę bankową, ale połowa z tych, którzy ją mają... używa jej rzadko, albo wcale. W sumie więc jako-tako wachluje plastikiem może ze 30% Polaków. A jak wachluje? O tym dowiadujemy się z najnowszego raportu kartowego NBP. Przede wszystkim wachlujemy własnymi pieniędzmi, zaksięgowanymi na kartach debetowych. Tylko co piąty plastik w naszych portfelach to karta kredytowa, dzięki której można płacić w sklepach pieniędzmi banku.

      Karty płatnicze 2013

      Banki od kilku lat zabierały nam karty kredytowe, bo bały się, że nie będziemy ich spłacali (co zresztą nie było bezpodstawne, bo kłopoty z odzyskaniem długu miały w stosunku do co piątej karty). Ale ten trend się kończy. Po wyciągnięciu nam dwóch milionów kart w połowie 2013 r. ich liczba wreszcie symbolicznie wzrosła, co może oznaczać, że banki wyżej oceniają perspektywy finansowe klientów kredytówek. Czyżby zbliżały się podwyżki pensji? ;-)

      Karty płatnicze 2013

      A tu macie "szkodowość" kart kredytowych na tle kredytów gotówkowych i hipotecznych. Zobaczcie, karty mają nawet mniej defaultów, niż kredyty gotówkowe. Nie dziwię się, że w bankach przestawiają zwrotnicę, choć przy obecnym limicie oprocentowania, wynikającym z ustawy antylichwiarskiej (16%) dużo łatwiej jest "schować" dodatkowe koszty w dodatkach do kredytu gotówkowego, niż do karty kredytowej, która paradoksalnie dziś często bywa tańszą formą kredytu, niż szybka gotówka.

      Karty płatnicze 2013

      Już połowa wszystkich plastików w naszych kieszeniach to karty zbliżeniowe. Nie każdy konsument lubi tę technologię, więc tym pilniejsze jest wprowadzenie przez banki w życie rekomendacji NBP, dzięki którym klienci mieliby wybór: płacić kartą z funkcją zbliżeniową, czy bez niej? Przy okazji: zgłaszacie też drugi postulat - by karty debetowe były obowiązkowo rozliczone online

      Karty płatnicze 2013

      Ci z nas - jak wspomniałem na początku, pewnie ze 30% społeczeństwa - który używają kart, coraz częściej płacą w sklepie - przez rok liczba transakcji bezgotówkowych, które wykonaliśmy kartami, wzrosła o 57 milionów sztuk, czyli prawie o jedną piątą. Sporo. Pewnie właśnie rosnącej liczbie kart zbliżeniowych zawdzięczamy zarówno większą liczbę transakcji bezgotówkowych (po prostu czasem płacimy kartą mały rachunek zbliżeniowo w miejscu, w którym zawsze płaciliśmy gotówką), jak i coraz niższą wartość pojedynczej transakcji kartowej. Jest duuuużo niższa od wartości przeciętnej wypłaty z bankomatu.

      W dobie kart zbliżeniowych, kiedy transakcje do 50 zł zwykle w ogóle nie wymagają wklepywania PIN-u (a i te o wyższej wartości można zrobić nie wypuszczając karty z rąk), przerąbane mają sprzedawcy w sklepach i punktach usługowych. Przepisy organizacji kartowych mówią, że to oni odpowiadają za złodziejskie transakcje w sytuacji, gdy nie dołożą staranności przy akceptowaniu transakcji. Ostatnio bez problemu zapłaciłem nie swoją kartą zbliżeniową. Z premedytacją, żeby przetestować czujność sprzedawcy. Gdyby dobrze się sprawił, zatrzymałby kartę i wezwał ochronę lub policję. Ale nie zorientował się. Nie wiem, czy kasjer widział na terminalu nazwisko właściciela karty (kobiety), czy też nie, ale pewnie trudniej byłoby mi dokonać tego szachrajstwa, gdybym musiał podać kartę sprzedawcy i gdyby było na niej zdjęcie prawowitego posiadacza. Cóż, to chyba koszt uboczny technologii zbliżeniowej. Pisałem zresztą w blogu o sprzedawcach, którzy widząc klienta ze zbliżeniówką, wdrażają dodatkową "procedurę autoryzacyjną". Punkt widzenia sprzedawcy przekazał mi też czytelnik blogu, pan Przemysław.

      "Pracuję w knajpie jako barman i ostatnio zauważyłem nową modę. Ludzie posługują się nie swoją kartą. Oczywiście, nie sprawdzam każdego, kto płaci kartą, ale jeżeli płaci mężczyzna, a na karcie widnieje imię damskie, to chyba coś jest nie tak. Proszę o dowód i z reguły pada odpowiedź: to moja żona, nie muszę mieć przy sobie dowodu osobistego. I jest afera. Kilka razy wzywalem policję, ale policjanci nie potrafili mi odpowiedzieć na pytanie jakie są konsekwencje dla osoby, która posługuje się nie swoją kartą. Ani jakie są dla tej, która taką kartę przyjmuje. Mam nadzieję, że pan mi to wytłumaczy i pomoże w tym temacie" - pisze pan Przemysław. Cóż, używanie nie swojej karty jest przestępstwem, udostępnianie swojej karty - również. A przyjmowanie płatności od osoby, która nie jest właścicielem karty, może narazić na kłopoty sprzedawcę. W przypadku, gdyby transakcja została zareklamowana, to na sprzedawcy może spocząć obowiązek wyrównania strat - bo to on nie dołożył staranności przy przyjmowaniu płatności. Tylko jak tu dokładać staranności, kiedy wszystko idzie tak szybko, zbliżeniem?

      Karty płatnicze 2013

      Z drugiej strony transakcji gotówkowych (wypłat z bankomatów) robimy mniej więcej tyle samo, co zawsze.

      Karty płatnicze 2013

      A propos bankomatów: ich liczba w ostatnim czasie prawie nie rośnie, stabilna jest też przeciętna wartość jednej transakcji:

      Karty płatnicze 2013

      Karty płatnicze 2013

      No i jeszcze na koniec świętujemy przekroczenie okrągłej liczby ćwierć miliona miejsc w Polsce, w których można płacić kartami. Inna sprawa, że skala tego wzrostu jest wciąż żałośnie niska. Zobaczymy czy coś się ruszy po obniżce opłaty interchange do 0,5% wartości transakcji kartowej.

      Karty płatnicze 2013

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Blisko, coraz bliżej, czyli... kontrowersyjne "paypassy" pokazują moc w naszych portfelach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 listopada 2013 16:31
    • Sprytny klient prostym trikiem przechytrzył komornika. Niegrzeczne, lecz wesołe ;-)

      Mając na głowie komornika trudno prowadzić jakieś działania ofensywne. Oficjalną ścieżką takich działań jest wniosek do sądu o wstrzymanie egzekucji, który - jeśli jest dobrze umotywowany, a sąd się nie obija - może jeszcze powstrzymać nadchodzącą zagładę. Można też - to droga dla wyjątkowych złośliwców - grać komornikowi na nerwach. Tę drugą metodę, czyli gry i zabawy w chowanego z człowiekiem od ściągania długów, opisał mi jeden z czytelników, pan Krzysztof. "Jako stały czytelnik Pana bloga nie będę Panu kadził, choć wiem, że to Pan uwielbia. Ale ja też i jestem zazdrosny. Mam dla Pana bardzo interesującą za to i tajemniczą zagadkę do rozwiązania. Mnie rozwiązać się jej nie udało" - pisze pan Krzysztof. Zaczęło się od tego, że na początku sierpnia był sobie nasz bohater na wakacjach. "Jeździłem, jadłem, mieszkałem i wydawałem kasę. Głównie kartą kredytową mBanku, ale też gotówką (tę wypłacam z innego konta). Pogoda była piękna, okoliczności przyrody takoż, więc kaska płynęła, płynęła ..... Gdzieś tak koło 6-7 sierpnia postanowiłem zobaczyć, ile to już przeputałem i moim oczom ukazał się straszny widok" - opowiada czytelnik.

      Egzekucyjna paranoja. bank zajmuje 31,5 zł i... 30 zł bierze dla siebie

      Okazało się, że na rachunkach oszczędnościowych eMax i eMax Plus są salda... ujemne. Na rachunku głównym eKonto zaś - 6000 zł na plusie. Pisząc dokładniej salda na kontach oszczędnościowych były zerowe, ale za to ujemne (po minus 2888 zł) były kwoty dostępnych środków. Tak, jakby na rachunkach oszczędnościowych ktoś założył panu Krzysztofowi blokadę pod przyszłą transakcję. Dziwne, prawda? Czytelnik zadzwonił do banku, gdzie dowiedział się, że komornik, owszem, był, ale nic nie zajął, a tylko "wszedł na przyszłe dodatnie saldo". Pan Krzysztof zadzwonił więc do komornika, którego namiary uprzejmie zorganizowali mu w mBanku. Komornik zaś równie uprzejmie mu objaśnił, że kaskę chce dla firmy windykacyjnej Ultimo, a posługuje się wyrokiem nakazowym e-sądu z Lublina. Sęk w tym, że na owym wyroku nie zgadzał się adres dłużnika, a nawet miejscowość, w której dłużnik mieszka. Ale to temat na inną historię. "Odkręcenie wyroku nakazowego zabrało mi około sześciu tygodni, a potem jeszcze przez miesiąc komornik "zwalniał" konto. W sumie z zajęciem komorniczym żyłem jakieś 2,5 miesiąca" - mówi pan Krzysztof. Jeśli myślicie, że o tym właśnie jest ta historia, to jesteście w błędzie. Właściwe story dopiero się zaczyna ;-).

      Życie z komornikiem na głowie przez 2,5 miesiąca powinno być trudne i upierdliwe. Powinno to być balansowanie na granicy wegetacji, zapożyczanie się od rodziny, żebractwo. W przypadku pana Krzysztofa było jednak inaczej. Nasz bohater szybko zorientował się, że komornik zaraz się połapie, że zajął nie te konta, które potrzeba. I że zaraz zajmie właściwy ROR, na którym są pieniądze. Czytelnik postanowił więc pobawić się z gnomem w chowanego, korzystając z przepisu, że gnomom nie wolno zajmować ani kredytów, ani długów. Było więc tak, że bieżące wydatki regulował mój czytelnik kartą kredytową. Ponieważ to pieniądze banku, komornik ich nie zabierze. A ROR? "Błyskawicznie doprowadziłem stan ROR-u do wysokości minus jeden grosz. Jako człowiek z natury oszczędny, żeby nie powiedzieć skąpy, mając potrzebę zapłacenia jakichś rachunków regulowałem je w ciężar przyznanego przez bank debetu, a potem robiłem wpłatę na tę samą kwotę, by saldo ujemne nie przekraczało 0,01 zł i aby bank niepotrzebnie nie naliczał mi odsetek. I tak w ciągu 10-11 tygodni wygenerowałem wydatki na poziomie 57.000 zł. Cały czas z komornikiem na karku!" - opowiada mój czytelnik.

      "Nie żebym się skarźył, ale nikt w mBanku nie potrafił mi odpowiedzieć jak długo mogę ciągnąć taką zabawę. I jaki sens ma przymanie takiego zajęcia przez komornika? Może Pan to wyjaśni? Sprawa jest błaha, dziwna, absurdalna.... ale jak dla mnie bardzo interesująca. Aaa i jeszcze jedno: "zabawa" z komornikiem skończyłaby się pewnie w momencie "dorwania" przez niego mojego konta w innym banku, czy też źródła dochodu, do wskazania których byłbym zobowiązany, gdyby dotarły do mnie jego pisma. Ale on je wysyłał na adres wyssany z brudnych paluchów prawników Ultimo, więc nawet gdybym chciał to "nie wiedziałem", że mam taki obowiązek. Pisma komornicze o zajęciu i z wezwaniami dotarły do mnie już po orzeczeniu e-sądu o cofnięciu nakazu zapłaty, więc je zignorowałem. Pozdrawiam i życzę powodzenia w rozwiązywaniu tego i innych finansowych absurdów" - kończy swą opowieść pan Krzysztof. Przyznacie, ma facet wielkie cojones. Czego i Wam życzę, Panie i Panowie ;-).
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Sprytny klient prostym trikiem przechytrzył komornika. Niegrzeczne, lecz wesołe ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 listopada 2013 08:23
  • sobota, 23 listopada 2013
    • Egzekucyjna paranoja: na konto wpływa 31,5 zł, z czego 30 zł idzie na... prowizję banku

      Przeczytałem niedawno kojącą wieść o tym, że minister finansów zwrócił się do przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, by banki przestały blokować właścicielom rachunków dostęp do wszystkich zgromadzonych pieniędzy, gdy wystarczy tylko zajęcie kwoty, która faktycznie ma być ściągnięta od dłużnika. Wcześniej w tej samej sprawie interweniowała też rzecznik praw obywatelskich Irena Lipowicz. A jeszcze wcześniej było na ten temat głośno w blogu "Subiektywnie o finansach". Opisywałem historie o tym jak banki blokują wszystkie konta, łącznie z oszczędnościowymi, by dać satysfakcję jakiemuś urzędowi skarbowemu, mającemu potrzebę ściągnięcia np. 25 zł jakiejś zaległej opłaty. Pisałem też o tym, że wysokie prowizje, pobierane przez banki przy takich zajęciach, zostały zakwestionowane przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz o tym, że banki mają ten fakt głęboko w nosie. Według rzecznik Ireny Lipowicz czasem jest tak, że - jak to się ładnie nazywa - organ egzekucyjny - "wskazał numer konkretnego rachunku do zajęcia, a mimo to banki zajmują wszystkie pozostałe konta dłużnika". Nie wiem co z tym wszystkim ma wspólnego Komisja Nadzoru Finansowego, ale nie mam nic przeciwko, żeby wzięła się za bankowe towarzystwo ;-).

      I jeszcze jedna rzecz, o której też było w blogu, a o której wspomina rzecznik Irena Lipowicz. "Zwolnienie blokady na wszystkich rachunkach bankowych nie następuje automatycznie, po przekazaniu dochodzonej kwoty do organu egzekucyjnego, lecz trwa nawet do miesiąca. W konsekwencji, przez cały ten okres zobowiązany pozbawiony jest możliwości korzystania z zablokowanych środków". No, rzeczywiście, to jest już jazda po bandzie i rozbój w biały dzień. A listy w podobnych sprawach dostaję systematycznie, niemal tydzień w tydzień. "Urząd skarbowy dokonał zajęcia mojego rachunku bankowego w Banku Millennium. Na koncie prawie codziennie pojawiają się wpływy, bo sprzedałem coś, za co płatność przyjmuję w ratach. Wpływy zazwyczaj wahają się w granicach 20-500 zł. Bank Millenium przekazuje należność organowi egzekucyjnemu, czyli urzędowi skarbowemu i każdorazowo pobiera prowizję 30 zł. Potrafią pobrać kilka peowizji dziennie. Przykładowo: rano otrzymałem wpływ na 31,5 zł zł. Z tego 1,50 zł trafiło do urzędu skarbowego, a 30 zł bank wziął sobie jako prowizję. Godzinę później otrzymałem 36 zł, z tego 30 zł trafiło do banku, a 6 zł do skarbówki. W ten sposób nie jestem w stanie dokonać spłaty zadłużenia w skarbówce, gdyż 80 % należności jest pobierane jako prowizja bankowa..."

      Mój czytelnik się wściekł i napisał reklamację i zapytał dlaczego bank nie dokonuje łącznego przelewu na większą kwotę. Odpowiedź banku jest jednoznaczna: "Uprzejmie informuję, że zgodnie z regulaminem, Bank obciąża rachunek opłatami i prowizjami za czynności związane z obsługą oferowanych produktów i usług w wysokości określonej w cenniku usług. Opłata za przekazanie środków organom egzekucyjnym wynosi 30 zł. Bank pobiera powyższą opłatę za każdorazową realizację tytułu wykonawczego. Podkreślam, iż Bank zobowiązany jest do realizacji zajęcia z każdego wpływu na rachunek dłużnika. Bank realizuje zajęcia wierzytelności dotyczące rachunków bankowych na rzecz organów egzekucyjnych zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa, w oparciu o posiadane dokumenty. Realizacja zajęcia odbywa się na podstawie otrzymanych pisemnych dyspozycji, wystawionych przez organy egzekucyjne. Bank nie jest uprawniony do weryfikacji prawidłowości dokonanego zajęcia egzekucyjnego pod kątem słuszności i zasadności roszczeń". No, to już jest jakaś paranoja. Mam nadzieję, że ktoś w Banku Millennium stuknie się w głowę i przestanie robić takie głupoty. Wystarczy, że postanowiliście wkurzać klientów w Tesco i zabieracie program premiowy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Egzekucyjna paranoja: na konto wpływa 31,5 zł, z czego 30 zł idzie na... prowizję banku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 listopada 2013 13:41
  • piątek, 22 listopada 2013
    • Płacisz kartą, a pieniędzy nie ubywa. Dlaczego karty debetowe nie są już rozliczane online?

      Ostatnio pisałem o tym, że Narodowy Bank Polski zarekomendował bankom oraz organizacjom płatniczym (a jeśli nie posłuchają, to zarekomenduje też posłom) wprowadzenie nowych zasad oferowania klientom płatności zbliżeniowych. Mianowicie każdy bank miałby obowiązek dać klientowi wybór: czy chce używać funkcji zbliżeniowej, czy też nie. Jeśli takiego wyboru bank nie jest w stanie dać, to miałby obowiązek brać na klatę wszystkie koszty wynikające ze złodziejskich transakcji takimi kartami. I to jest rozwiązanie jak najbardziej fair, sam je proponowałem jakiś czas temu. Kluczowe jest dla mnie to, że jeden z najważniejszych na rynku finansowym organów stanął po stronie klientów i zauważył, że muszą mieć wybór: czy korzystać z jakichś innowacji, oferowanych przez banki, czy też nie. Jeden z moich czytelników proponuje zrobienie jeszcze jednego kroku: umożliwienie klientom, by nie godzili się na tryb offline autoryzowania transakcji. Jak wiadomo część transakcji - czy to zbliżeniowych, czy też tradycyjnych, na PIN - jest rozliczana w trybie offline. Tak prawdopodobnie jest taniej dla sklepów i firm rozliczających obrót kartami.

      Możecie być pewni, że wszędzie tam, gdzie kartą płaci się bardzo szybko i sprawnie, nie dochodzi do połączenia terminala z serwerem banku-wydawcy karty i do sprawdzenia salda. Transakcja jest zapisywana na jakimś lokalnym serwerze i pod koniec dnia (albo raz na kilka dni) idzie razem z większą "paczką" transakcji. Dla klienta oznacza to, że z jednej strony kupuje szybciej i krócej stoi w kolejce, ale z drugiej strony - musi sam pamiętać, czy na koncie są jeszcze pieniądze. Bo jeśli nie ma, to transakcja nie zostanie zablokowana - w momencie jej dokonywania bank "nie wie" jakie jest saldo transakcji - a za ewentualny niedozwolony debet klient zostanie ukarany. Ba, nawet zastrzeżona karta dzięki temu mechanizmowi może bez problemu działać... Mój czytelnik, pan Dariusz, uważa, że nie powinniśmy się na to godzić. "Tak jak kiedyś telefony komórkowe dążyły do miniaturyzacji, a dzisiaj większość z nas z powrotem chodzi z "cegłą" przy głowie (tfu - smartfonem!), tak swego czasu banki dążyły - na początku bardzo nieporadnie, a co ważne, długo to trwało - do tego, żeby płacąc kartą sprawdzać saldo klienta i od razu i blokować odpowiednią kwotę na koncie. Żeby nie było potem, że wydaliśmy pieniądze, których nie mamy".

      Czytaj też: Bank wykastrował karty z najlepszej funkcji. Porobmiło ich?

      "W czasach "żelazek" z pompą wprowadzano m.in. pierwsze karty Visa Electron, które nie pozwoliły wypłacić pieniędzy, jak na koncie nie było odpowiedniej kwoty. A dzisiaj żona idzie do fryzjera, potem na zakupy, potem jeszcze ja coś kupuję w sklepie AGD - i niekoniecznie płacę zbliżeniowo! - a na koncie... nie ubywa. Nic się nie blokuje, nie zmienia się saldo dostępne - a to nie jest żadna karta kredytowa, tylko zwykła Visa Electron do rachunku w mBanku. Po jakimś czasie (np. po pięciu dniach) kasa z konta znika. Nie będę pytał retorycznie - od razu stwierdzę fakt: cofnęliśmy się w rozwoju! Pod pretekstem tzw. "unowocześniania obrotu" rzecz jasna, popartego PR-em, marketingiem przez duże "M". I będzie jak na niebezpiecznym skrzyżowaniu, na którym póki nie zginie ileś tam osób, to nie wprowadzą sygnalizacji. Póki banki nie zaczną tracić pieniędzy, albo którejś z pań o nazwisku Tusk ktoś nie "zwędzi" znacznej kasy, dopóty nic się nie zmieni. Czemu? Bo to "nowoczesny produkt". A ja protestuję! Jak chcę taką kartę "nie-online", to sobie używam kredytówki. Electron to ma być Electron, do jasnej ciasnej! I żeby nie było - nie jestem emerytem: mam 35 lat i już 17 lat temu miałem w portfelu tyle kart, że... problemem było znaleźć dostatecznie pojemny portfel".

      Otwieram dyskusję: ma pan Dariusz rację? Czy maniera, by w branży kartowej wszystko było offline to nie jest przegięcie pałki innowacji w drugą stronę? Owszem, jest szybciej, jest wygodniej, ale z drugiej strony - nie wiadomo czy jest bardziej bezpieczniej, a już wcale nie wiadomo, czy jest taniej. Bo jak by zliczyć wszystkie karne odsetki i prowizje, naliczane przez banki klientom nieświadomie przekraczającym saldo - nie pamiętającym o tym, że jak transakcja "przeszła" to nie znaczy, że na koncie jeszcze są pieniądze - to mogłoby się okazać, że ta cała nowoczesność kosztuje nas więcej, niż jej brak. Komisja Nadzoru Finansowego uważa chyba podobnie, jak pan Dariusz, ale już Narodowy Bank Polski w swoich rekomendacjach nie idzie tak daleko. No właśnie: czy poparlibyście postulat obowiązku rozliczania wszystkich transakcji kartami debetowymi w trybie online, tak jak w starych, dobrych czasach, kiedy wszystkie transakcje kartami płaskimi były przeprowadzane przy pomocy połączenia z bankiem, a kartami wypukłymi (kredytowymi) - w trybie offline?  Czekam na Wasze uwagi, argumenty i polemiki!

      A tytułem wstępu do dyskusji list od pana Włodzimierza: "W bankomacie Euronetu w Wola Park wybrałem 50 zł. Normalnie środki są blokowane w momencie dokonania transakcji, a księgowane kilka dni później. Na wyciągu (chodzi o mBank i debetową Visę) powinno być saldo i dostępne środki pomniejszone o blokadę pod wypłatę. W moim przypadku środki nie zostały zablokowane. Nie był to jakiś wielki problem, a poza tym pomyślałem, że może jakaś awaria. Po kilku tygodniach pobrałem taką samą kwotę z tego samego bakomatu, a potem dokonałem zakupów w Auchan na kwotę ponad 100 zł. I znowu żadne środki nie zostały zablokowane. Z ciekawości zadzwoniłem na mLinię - byli zdziwieni i odesłali do Euronetu. W Euronecie z kolei też byli zdziwieni i odesłali do mBanku twierdząc, że terminy rozliczenia transakcji są w gestii banku (coś w to nie wierzę). Sprawa była drobna, więc nie drążyłem. Za trzecim razem wpadłem w dwudziestoparozłotowy debet. Po powrocie do domu natychmiast go wyrównałem (miałem środki na eMax). Konsultant powiedział, że to nie problem, bo jeżeli debet wyrówna się tego samego dnia, przed wieczornym księgowaniem, to żadne kary i odsetki nie są naliczane. Ale nie każdy sprawdza stan konta po powrocie do domu!" - pisze pan Włodzimierz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Płacisz kartą, a pieniędzy nie ubywa. Dlaczego karty debetowe nie są już rozliczane online?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 listopada 2013 08:16

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line