Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • niedziela, 30 listopada 2014
    • Szwajcarzy głosują nad frankiem. Dziś każdy wynik dobry, ale kiedyś będzie czkawka

      W wielu z 550.000 rodzin posiadających kredyty we franku szwajcarskim w ten weekend przydadzą się środki na uspokojenie. Będą też tacy, którzy dadzą na niedzielną tacę w intencji zwycięstwa rozumu w dalekiej Szwajcarii. Duża część frankowiczów, dla zabicia czasu w tym nerwowym dniu, pójdzie do urny, zastanawiając się jak marne znaczenie ma ich głos w wyborach na prezydenta miasta w porównaniu z głosem wrzucanym w tym samym czasie przez kogoś do urny w Lozannie, Genewie, czy Bazylei. U stóp Alp, w kraju Milki, Rogera Federera oraz ulubionych zegarków Sławomira Nowaka w niedzielę mają się decydować nasze losy na kolejne dziesięciolecia. Obywatele, przegryzając czekoladkami, będą głosowali nad zobowiązaniem banku centralnego do powiązania emisji franka szwajcarskiego z rezerwami złota. Innymi słowy: by każdy frank miał 20-procentowe pokrycie w rezerwach złota. To byłoby istne dziwo w nowoczesnym świecie, w którym banki centralne emitują tyle pieniądza ile im się podoba. Albo powrót do normalności. Poza tym Szwajcarzy będą głosowali nad zakazem sprzedawania złota przez bank centralny oraz za nakazem przechowywania całego szwajcarskiego złota w kraju.

      szwajcariaalpy

      JAKIE SZANSE NA ZŁOTĄ REWOLTĘ SZWAJCARÓW? Strachy związane ze szwajcarskim referendum wynikają przede wszystkim z obawy, że świat uzna szwajcarską walutę za najbardziej wiarygodną na świecie. I że inwestorzy rzucą się na nią, powodując wzrost kursu franka. I że my w konsekwencji będziemy płacić za niego ponad 4 zł. W związku z wątpliwościami pani premier przeprowadziłem nawet stress-testy w tej sprawie, żeby oszacować jaką skalę miałaby ewentualna pożoga. Ale czy do niej dojdzie? Tuż po rozpętaniu afery byłem jednym z pierwszych, którzy w to publicznie wątpili (powątpiewanie to opisywały prawicowe portale, których bym o to nie podejrzewał). A dziś, gdy nadchodzi chwila prawdy? Z ostatnich sondaży wynika, że za zwiększeniem rezerw w złocie chce się opowiedzieć mniej, niż połowa Szwajcarów. Jeden z sondaży sprzed kilku dni wspomina o 37% poparcia dla "złotej" reformy, inny pokazuje prowadzenie przeciwników zmian w procentowej proporcji 47:38 przy 15% niezdecydowanych. Aby referendum zakończyło się sukcesem zwolenników połączenia franka ze złotem, musi się za tym opowiedzieć nie tylko ponad połowa głosujących, ale też ponad połowa kantonów. No i oczywiście referendum nie będzie miało mocy ustawy - nie jest jasne w oparciu o jaką ścieżkę legislacyjną miałoby ono być przekute w akt prawny zobowiązujący bank centralny Szwajcarii do jakichkolwiek działań. Wygląda więc na to, że zwolennicy "złotego" kursu referendum przegrają. Ale - o czym dalej - w obu przypadkach Szwajcaria będzie nadal psuła swoją walutę. Historia tego "psucia" jest na grafie poniżej (powered by analiza BDM PKO BP). Na czerwono udział złota w rezerwach frankowych banku centralnego, na niebiesko rezerwy złota, na czarno - emisja franków. 

      szwajcaria_psucie_waluty1TAK CZY OWAK: BĘDĄ DRUKOWALI. Jeśli referendum zakończy się porażką pomysłodawców, to zostanie po staremu - czyli za każdym razem, gdy kurs euro spadnie w okolice 1,2 franka i będzie ryzyko, że wartość "szwajcara" pójdzie w górę, "tajemniczy inwestor" (w Polsce tego typu "interwencyjne" zlecenia wychodzą zwykle spod palca Banku Gospodarstwa Krajowego) złoży ogromne zlecenia sprzedaży franków, wykreowane przez bank centralny. Zaś my będziemy płacili za franka 3,4-3,5 zł. Chyba, że złoty znacznie umocni się wobec euro - wtedy "franek" nieco potanieje. A jeśli Szwajcarzy wybiorą związanie franka ze złotem? Wtedy... będzie tak samo, tylko jeszcze bardziej ;-). Bank centralny po prostu będzie "drukował" franki po to, żeby kupić za nie złoto (na dojście do parytetu 20% będzie miał osiem lat, więc bez spinki). Drukarki będą się grzały, bo im więcej franków w obiegu, tym więcej złota będzie potrzeba na pokrycie 20-procentowego parytetu. A gdyby, jakimś cudem, okazało się, że te wszystkie franki rynek połknąłby bez znieczulenia i kurs chciałby nadal rosnąć, to bank centralny może pogonić inwestorów, obniżając centralną stopę depozytową do ujemnego poziomu. Wówczas za przechowywanie franków trzeba by bankowi centralnemu płacić odsetki, co mogłoby być nie do przełknięcia przez część inwestorów i chłodzić ich apetyt na "szwajcara". Część popytu pewnie przesunęłaby się na złoto, które - jak pokazuje historia - zmienia cenę mniej więcej tak samo, jak złoto (również ma status "bezpiecznej przystani"). Tyle, że złoto nie miewa ujemnej stopy oprocentowania ;-).

      zotodolarfrankkursy

      TAK CZY OWAK DOSTANIEMY PO GŁOWIE? Wygląda na to, że z punktu widzenia polskich frankowców zwycięstwo zwolenników "złotego" parytetu byłoby jeszcze lepsze, niż ich porażka. Drukarki banku centralnego grzałyby się jeszcze bardziej, niż dziś. Tyle, że niezależnie od tego kto wygra w referendum, jest niestety spore niebezpieczeństwo, że prędzej czy później za to "grzanie" i tak zapłacimy wyższymi ratami kredytów frankowych. Tym ryzykownym momentem będzie poprawa sytuacji w gospodarce Unii Europejskiej. Jeśli tam koniunktura ruszy z kopyta, natychmiast odczuje to nastawiona na eksport (nie tylko zegarków dla Sławomira Nowaka) gospodarka Szwajcarii. A wtedy kLIBOR_CHF_3Mduża ilość franków w obiegu może się Szwajcarom zacząć odbijać czkawką w postaci rosnącej inflacji. A wiemy co jest lekiem na inflację: podwyżki stóp procentowych. Gdyby frankowy LIBOR wrócił do poziomu 3%, jak to drzewiej bywało (spójrzcie na wykres LIBOR-u frankowego, który wklejam obok), nie byłoby frankowcom do śmiechu. Rata kredytu w wysokości 80.000 franków z marżą LIBOR CHF plus 2% wynosi - jak wynika z kalkulatorów - mniej więcej 410 franków (nie licząc spreadu). A przy stawce LIBOR na poziomie 3% i marży 2% wynosiłaby 530 franków. Przy obecnym kursie franka różnica wynosiłaby 440 zł. Efekt byłby podobny do sytuacji, w której przy obecnym zerowym LIBOR CHF kurs franka wzrósłby do 4,5 zł. Brrr... Oczywiście, każdy bank centralny może prowadzić na rynku międzybankowym działania "drenujące" go z nadmiaru własnej waluty (skuteczniejszych, niż podwyżki stóp). Ale mimo wszystko nie uważam, żeby szwajcarskie referendum było naszym największym problemem - przynajmniej w dłuższym terminie. Większym będzie wzrost LIBOR-u, który kiedyś pewnie nastąpi.

      CO MUSI SIĘ STAĆ, ŻEBY FRANK BYŁ PO PO 4 ZŁ? Na koniec mam dla Was pouczającą tabelkę, przygotowaną przez analityków BDM PKO BP. Zbadali oni - abstrahując od wyników szwajcarskiego referendum - co by się musiało stać, byśmy płacili za franka już nawet nie 4,5 zł, ale "tylko" nędzne 4 zł. Otóż musiałoby się wydarzyć wiele i niewiele zarazem. Szwajcarski bank centralny musiałby odpuścić sobie osłabianie franka (w obecnej sytuacji gospodarczej tego kraju wydaje się to nierealne, ale kiedyś ich eksport ruszy wreszcie z kopyta...), zaś złoty musiałby się mocno osłabić wobec euro (na skutek jakichś niefajnych wydarzeń w naszej bezpośredniej okolicy: wojna, kryzys zadłużenia naszego budżetu...).. Chwilowo obie te sytuacje - zwłaszcza razem wzięte - wydają się być mało realne. Według BDM PKO BP będzie wręcz przeciwnie: notowania franka przesuną się za rok z czarnego pola na matrycy na pole niebieskie. A o czerwień na razie nie powinniśmy się martwić. Choć czy scenariusz będący połączeniem "puszczenia na żywioł" umacniającego się franka, wzrostu inflacji i podwyżek stóp procentowych zawsze będzie niemożliwy? Zawieszając to pytanie w próżni zapraszam Was do podziwiania matrycy ;-).

      CHFPLNmatryca

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Jak inwestować i pomnażać

      POD CHOINKĘ KUP BLISKIM BESTSELLER O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. 

      JAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić Maciej_Samcikokladkaw wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

      CO ZROBIĆ Z FRANKOWYMI KREDYTAMI? Zobacz dyskusję na ten temat, w której brałem udział na antenie TVN24 Biznes i Swiat. Pojawiło się kilka pomysłów - jakie mają wady i zalety? Red. Karolina Hytrek-Prosiecka, Ignacy Morawski z Biz Banku oraz duch subiektywności we własnej osobie. Obejrzyj, klikając w ten link ;-). Przeczytaj też polemikę Grzegorza Sroczyńskiego z Ryszardem Petru, który twierdzi, że problemu z frankami nie ma. A także spowiedź liberała, który był prezesem banku, ale o frankach wypowiada się z największym obrzydzeniem.

      tvnbislist3

      Zobacz też wcześniejszą dyskusję w oparach subiektywności, dotyczącą kredytów frankowych, która odbyła się w programie TVN24 Biznes i Świat, czyli o dwóch takich, którzy potrzebują pomocy. Zerknij tutaj. Przy okazji rzuć okiem jak na antenie tej samej stacji pokłóciłem się z Pawłem Blajerem. O szwajcarskości w naszych portfelach mówiłem też w "Wydarzeniach" Polsatu. A na specjalne życzenie pani premier zrobiłem stress-test dla franka po 4 zł. Zobacz co mi wyszło. 

      samcikpolsatfranki4

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Szwajcarzy głosują nad frankiem. Dziś każdy wynik dobry, ale kiedyś będzie czkawka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 listopada 2014 09:46
  • piątek, 28 listopada 2014
    • Istny odlot: 15 gr. długu, a bank przy rozliczeniu żąda... 85,12 zł odsetek, opłat i prowizji

      Koszty monitów, upomnień i windykacji to coraz cenniejsze źródło bankowych przychodów kredytowych, obok prowizji za udzielanie kredytów. W czasach, gdy oficjalne stopy procentowe są rekordowo niskie, bankowcy zarabiają już głównie na wszystkim innym, niż odsetki. Czasem jednak pęd do zarobku przesuwa ich zachowania poza granice absurdu. Napisał do mnie pan Marcin, który zaciągnął niecałe dwa lata temu kredyt w banku BZ WBK. Kredyt w zasadzie spłacił, ale z jakichś przyczyn okazało się, że przy rozliczeniu kredytu zdarzyła się drobna, groszowa niedopłata. Zdarzyła się gdzieś na początku historii spłacania kredytu, a bank powiadomił klienrta o niej na dopiero przy ostatecznym rozliczeniu. I o to rozliczenie właśnie chodzi.

      "Całość kredytu to 3200 zł. Kredyt spłacany był terminowo z wyjątkiem kilku rat, spłaconych 2-3 dni po terminie. Kredyt został przeze mnie spłacony w całości. Do spłaty pozostały odsetki od zadłużenia przeterminowanego w wysokości 10,27 zł. Bank doliczył do kosztów odsetek przeterminowanych koszty korespondencji (jednej) i rozmów telefonicznych (jednej) w kwocie 75 zł. Oczywiście w umowie znajdują się odpowiednie zapisy o ewentualnych dodatkowych opłatach. Aż strach pomyśleć do jakiej kwoty wzrosłoby "zadłużenie" gdybym nie zapłacił owych 10 zł w ciągu np. kilku miesięcy. Bank prawdopodobnie zarabiałby dodatkowo na wysyłaniu korespondencji, ewentualnie upomnień telefonicznych. I nie miałoby tu znaczenia, że raty zostały spłacone w całości, a chodzi o groszowy dług "odsetkowy". Uważam, że bank dopuścił się nadużycia"

      - pisze do mnie pan Marcin. W pierwszym momencie aż nie chciało mi się wierzyć, że czytelnik nie ściemnia. Już sam fakt, że nie przekraczający jednego złotego dług, wynikający ze spóźnienia we wpłacie dwóch-trzech rat o kilka dni, mógł aż tak urosnąć, wydaje się dość dziwny. Ale to nie jest, niestety, żadna pomyłka. Istotę sprawy ilustruje poniższy skan.

      BZ_WBK_wezwanie

      Jak widać, bank doliczył do groszowego długu i 10-złotowych odsetek kolejne 75 zł kosztów, w tym - co najśmieszniejsze - 20 zł kosztów "niniejszego rozliczenia". Powstaje pytanie: czy bank mógł w ten sposób postąpić? W umowie lub regulaminie kredytu powinno się znaleźć dokładne zestawienie czynności windykacyjnych: co, kiedy i w jakich odstępach czasu bank może zrobić, by skłonić klienta do spłacenie długu. Niedopuszczalna byłaby np. sytuacja, iż bank w ciągu trzech dni atakuje klienta trzema różnymi drogami, za każdy monit pobierając osobną prowizję. Ale czy tak wyglądała sytuacja tego konkretnego klienta? Nie wiemy. Z pewnością można natomiast podnieść drugi argument - wysoki koszt monitów. Nietrudno zauważyć, że bank żąda od klienta kilkudziesięciozłotowych opłat za czynności proste, nieskomplikowane i niemal automatyczne. Naliczenie takich opłat zakwestionował zresztą w październiku Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I to właśnie na przykładzie tego konkretnego banku. Przypomnę więc, także innym bankom, jak - zdaniem urzędników odpowiedzialnych za ochronę praw konsumentów - powinny wyglądać koszty monitów

      "Opłaty za monity bankowe wysyłane do konsumentów powinny odpowiadać rzeczywiście poniesionym kosztom. Urząd ustalił, że zgodnie z postanowieniami taryfy opłat i prowizji banku BZ WBK, konsumenci mogli być obciążani kosztami: 25 zł za wysłanie monitu pocztą, 9 zł za monit telefoniczny, 25 zł za wezwanie do zapłaty, 50 zł za przekazanie sprawy do zewnętrznej agencji windykacyjnej oraz 50 zł za windykację terenową. W opinii UOKiK, sposób naliczania przez BZ WBK opłat, był niezgodny z prawem, ponieważ narażał konsumentów na nieuzasadnione koszty. Urząd przypomniał, że wysokość opłat powinna wynikać z kalkulacji rzeczywistych wydatków poniesionych przez przedsiębiorcę"

      - pisze UOKiK w swojej decyzji z października tego roku. Postanowienia o podobnej treści, dotyczące pobierania opłat ryczałtowych, były już wpisywane do rejestru klauzul niedozwolonych. Jakkolwiek podejście bankowców do tego rejestru jest dość luźne, to wykładnia UOKiK z pewnością jest właściwą podstawą, by próbować w takich sprawach drogi reklamacyjnej. A jeśli to nie pomoże - nie wykluczałbym skorzystania z usług Arbitra Bankowego. Kosztuje to 50 zł, ale w przypadku wygranej sprawy te koszty "oskarżony" bank ma obowiązek zwrócić. Mam jednak nadzieję, że nagłaśnianie tego typu praktyk sprawi, iż banki zastanowią się, zanim naliczą nieproporcjonalnie wysokie opłaty karne z tytułu drobnego zadłużenia. Choć przecież znamy z niniejszego blogu przypadki, w których bank, z cała surowością, egzekwował nawet 1 gr. długu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Istny odlot: 15 gr. długu, a bank przy rozliczeniu żąda... 85,12 zł odsetek, opłat i prowizji”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 listopada 2014 09:08
  • czwartek, 27 listopada 2014
    • Polisa-widmo i całkiem namacalna składka, czyli nikt nam nie wmówi, że białe jest białe

      Coraz bardziej dziwi mnie podejście instytucji finansowych do sporów z klientami o ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Czyli tego ubezpieczenia, po którego składkę zgłaszają się banki co trzy lata do kilkuset tysięcy kredytobiorców. A ściślej - do każdego klienta, którego kredyt hipoteczny jest większy, niż 80% wartości nieruchomości. Tak się składa, że w takiej sytuacji jest wielu frankowiczów - nawet jeśli spłacają kredyty od sześciu, siedmiu lat. Niezależnie od tego ile kapitału w tym czasie spłacili, to wciąż są "pod wodą" z powodu niekorzystnej zmiany kursu franka. A i banki kombinują jak mogą z formułą wyliczania podstawy ubezpieczenia, by klient za wcześnie się nie wyrwał. Przygniatająca większość nieszczęśników płacze i płaci kolejne składki, obawiając się wypowiedzenia umów kredytowych. Bo sprytne banki, gdy klient nie zapłaci składki, pobierają ją z kolejnej raty kredytu. Tym sposobem kredyt robi się przeterminowany, zaś bank zyskuje bat na klienta, może go straszyć wypowiedzeniem umowy. Sęk w tym, że składka jest pobierana na bardzo wątpliwej podstawie prawnej.

      Bardzo pasuje do tej sytuacji słynny bon mot pewnego prezesa partii politycznej, który z mównicy sejmowej przekonywał, że "nikt nam nie wmówi, że białe jest białe". Banki zdają się mówić nam to samo. Tymczasem wygląda na to, że ubezpieczenie wkładu własnego nie jest z punktu widzenia klienta żadnym ubezpieczeniem, bo nie jest on w ogóle stroną umowy. Tę zawarł bank i spółka ubezpieczeniowa, zaś klient jest jedynie płatnikiem składki. Tymczasem nie istnieje w prawie ubezpieczeniowym sytuacja, w której płacisz składkę i nie dostajesz nic w zamian (nie będąc stroną umowy nic dostać i tak nie możesz). Gdyby płatność ta nie nazywała się "składką na ubezpieczenie" - wszystko byłoby lege artis. Ale skoro coś jest "składką ubezpieczeniową", to klienci słusznie się burzą, że brak tutaj elementarnej ekwiwalentności świadczeń. Są tacy, którzy idą do sądu i żądają zwrotu pieniędzy z tych składek. Niedawno opisywałem sprawę klientki Banku Millennium, której udało się z bankiem wygrać (będę do tej sprawy wracał w jednym z najbliższych wpisów).

      Składka nie jest więc żadną składką, tylko ukrytą prowizją. Jest jeszcze zabawniej - gdy klient płacący tę składkę przestanie terminowo regulować raty i bank wypowie mu kredyt, firma ubezpieczeniowa płaci temuż bankowi odszkodowanie, po czym... zgłasza się do klienta (tego, który opłacał składki) z roszczeniem zwrotnym. Klient płaci więc składki, po czym firma ubezpieczeniowa domaga się od niego zwrotu świadczenia, którego ów klient nie pobrał. Paranoja? I owszem. Banki często-gęsto zorientowały się, że są w ślepej uliczce i proponują klientom aneksy do umów na podstawie których składka ubezpieczenia niskiego wkładu własnego staje się prowizją, dużo bezpieczniejszą od strony prawnej. I w porządku - zorientowali się, więc chcą wyprostować. Tyle, że wcześniej powinni ładnie przeprosić i oddać pieniądze, ktore zostały nienależnie pobrane w ramach składki. Z tym jest dużo gorzej, by nie powiedzieć, że źle. Bankowcy tłumaczą, że oddawać składki nie zamierzają, bo klient osiągnął korzyść z jej zapłacenia. Gdyby jej nie zapłacił, w ogóle nie dostałby kredytu. Ale to dość chybotliwa logicznie argumentacja.

      Trochę podobną sytuację mamy w pobieranych ryczałtowo opłatach likwidacyjnych, przypiętych do polis inwestycyjnych. Polis będących w istocie planami systematycznego oszczędzania (z polisami ubezpieczeniowymi na to tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym). Opłaty likwidacyjne, nie pozwalające klientowi uciec w ciągu pierwszych 10 lat trwania umowy, zostały skutecznie zakwestionowane zarówno w Sądzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów, jak w sprawach cywilnych między klientami, a firmami ubezpieczeniowymi. Firmy w większości nadal udają, że nie widzą, iż spektakularnie rżną głupa. Jedna, która miała pecha, bo Urząd Ochrony Konkurencji nacisnął ją karą finansową, łaskawie się ugięła i dobrowolnie oddaje opłaty likwidacyjne lub rezygnuje z ich pobierania. A tu trzeba nie czekać na kary UOKiK-u, a po prostu szybciutko oddać ludziom pieniądze, wyciszyć aferę i zacząć od nowa. W przypadku ubezpieczenia niskiego wkładu własnego bankowcy też czekają chyba na kary od UOKiK-u, bo zachowują się jakby nie widziały, że mają 95% na to, że przegrają tę batalię. A więc idą w zaparte.

      Efekt jest taki, że rwetes podnosi się coraz większy, a w sądzie jest już nawet pierwszy pozew zbiorowy o składki ubezpieczenia niskiego wkładu własnego. Dym postanowiło zrobić kilkunastu klientów banku Credit Agricole, którzy zapewne z powodzeniem mogliby wytoczyć bankowi pozwy indywidualne. Ponieważ jednak uwielbiają jak jest o nich głośno - walczą zbiorowo. I mają już na koncie mały sukcesik, bo sąd - po prawie roku od złożenia pozw - przyjął go do rozpatrzenia. Pieniądze do ugrania są niewielkie - każdy z klientów walczy o kwotę nie przekraczającą kilku-, kilkunastu tysięcy złotych. Dymu ta grupa robi jednak tyle, ile niejeden zawodowy zadymiarz. Bank ma o tyle przechlapane, że jeszcze w 2010 r. klauzula, na podstawie której pobierał składki została wpisana do rejestru zakazanych i bank się z niej wycofał. Gdyby wypłacił ludziom zabrane do tego czasu składki - prawdopodobnie dymu by nie było. Ale już jest i zapewne zobaczą go klienci innych banków. A następnie ruszą po swoje pieniądze. Tak naprawdę najwięcej do stracenia z powodu zbiorowego pozwu przeciwko Credit Agricole mają inne banki. Ten pozew może podpalić lont roszczeń tysiące razy większych, niż te, które zgłasza grupka klientów, wspartych kancelarią prawną marzącą o publicity i 20-procentowej premii za sukces od klientów, którzy dołączą do pozwu.

      DZIŚ CZYTAJ TEŻ "PIENIĄDZE EKSTRA". W "Gazecie Wyborczej" jak co czwartek autorskie szpalty samcikowe, na których sporo ciekawych rzeczy: przedstawiamy pięć trików ubezpieczycieli, którymi nas rąbią przy poliach komunikacyjnych, piszemy o tym co zrobić gdy bank sprzeda twój dług i kiedy się on przedawnia (a przede wszystkim: co zrobić, żeby z przedawnienia skorzystać). A poza tym m.in. rozkminiamy ile kosztuje nóż z Lidla za 1 grosz oraz przyglądamy się zagadkowej kradzieży pieniędzy z konta klienta. Bankowcy mają już zarzuty, a klient pieniędzy nie dostał - dlaczego?.  Zapraszam do czytania w papierze i na tablecie. Tu Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych.Przekażcie tę wieść potrzebującym!

  • środa, 26 listopada 2014
    • Idealna lokata dla pesymisty? Jeśli sądzisz, że w kraju będzie źle, oni mają coś dla ciebie ;-)

      Im niższe stopy procentowe, tym chętniej banki wprowdzają lokaty oferujące klientowi stały, gwarantowany procent. Dość częstym zjawiskiem są już depozyty dwuletnie (ich zadaniem jest rywalizować z również stałoprocentowymi duletnimi obligacjami rządowymi), zdarzają się też takie ze stałym oprocentowaniem zapewnianym na aż trzy lata. Ale prawdziwą rzadkość zaproponował właśnie Eurobank - to depozyt o gwarantowanym oprocentowaniu na aż... cztery lata (to chyba mutacja podobnej lokaty trzyletniej, wprowadzonej jakiś czas temu). Bank chwali się, że jest to dziś najlepiej oprocentowana ze wszystkich jego lokat. Ile można zarobić? To zależy w jaki sposób ją założymy i ile zainwestujemy pieniędzy. Przy kwocie powyżej 10.000 zł i skorzystaniu z kanału bankowości elektronicznej można zarobić 3% w skali roku, zaś podpisując umowę w placówce i przynosząc małe pieniądze - już tylko 2,7%. Eurobank kusi, że choć lokata jest długoterminowa, to można się z niej wycofać wcześniej. Inna sprawa, że kompletnie się to nie opłaci, bo w pierwszym roku bank naliczy w takim przypadku tylko 1,5% odsetek, w drugim 2%, a dopiero w kolejnych dwóch latach próg wyjścia jest w miarę przyzwoity i wynosi 2,25-2,5%.

      Blokowanie pieniędzy na długo jest z definicji bardziej ryzykowne, niż trzymanie pieniędzy pod ręką, więc bank powinien zaproponować za to godziwe wynagrodzenie. Czy 3% ten warunek spełnia? Moim zdaniem niekoniecznie, choć to trochę zalezy od tego jak patrzymy w bliższą i dalszą przyszłość (o tym za chwilę). Na dziś sytuacja jest taka, że dość łatwo można znaleźć na rynku lokaty długoterminowe (tutaj tylko takimi się zajmuję) dające więcej, niż 3% w skali roku, ale obliczone na nieco krótszy termin, czyli mniej ryzykowne z punktu widzenia "użytkownika". W Banku Pocztowym, Getin Banku, Santander Consumer, Toyota Banku i Plus Banku znalazłem dwuletnie depozyty dające więcej, niż 3% (od 3,1% do 3,3%). Niektóre z nich wymagają jednoczesnego założenia w banku konta (nie zawsze darmowego z punktu widzenia kogoś, kto swoje domowe rachunki trzyma w innym banku). Zresztą eurobankowa lokata też zawiera taki wymóg, bo w kanałach bankowości elektronicznej można ją założyć tylko mając już tu aktywny ROR.

      Kontroferta konkurencji to jeden punkt widzenia, ale dużo ważniejsze są potencjalne zmiany oprocentowania nowych depozytów na rynku w czasie, kiedy nasze pieniądze będą de facto zablokowane. A więc: czy dziś opłaca nam się gwarantować sobie oprocentowanie na poziomie 3%, czy też lepiej trzymać pieniądze na krótkim depozycie, bo za rok-dwa będzie można taką kilkuletnią lokatę założyć na lepszych warunkach? Cóż, to pytanie dla wróżki, ale pewne jest to, że stopy procentowe są dziś na rekordowo niskim, jak na naszą Radę Polityki Pieniężnej, poziomie - podstawowa wynosi tylko 2%. Eurobankowy depozyt może się okazać hitem sezonu, jeśli w ciągu najbliższych co najmniej dwóch-trzech lat sytuacja gospodarcza kraju się nie poprawi i politycy będą zdeterminowani, by za wszelką cenę stymulować ją bardzo tanim kredytem. Jakie są szanse na taki scenariusz? Z pewnością oferta Eurobanku może być milsza sercu tym, którzy głosują na opozycję uważającą, że kraj jest zruinowany i chyli się ku upadkowi. O taaaak, dla Was z pewnością obietnica 3% w skali roku może być atrakcją, bo skoro w gospodarce ma być tylko gorzej, to i stopy procentowe spadną. A skoro tak, to oprocentowanie konkurencyjnych lokat, na tle których dziś eurobankowe 3% ewidentnie nie błyszczy, poleci na twarz. A Wy na tym interesie wygracie. To prawie jak Eurogeddon, słynny fundusz inwestycyjny prof. Rybińskiego ;-)

      Jeśli natomiast nie jesteście przekonani, iż kraj chyli się ku upadkowi, to eurobankowy depozyt na cztery lata powinien stracić w Waszych oczach na atrakcyjności. Co prawda nie ma wiarygodnych prognoz, które opiewałyby na okres dłuższy, niż najbliższe dwa lata, ale większość analityków spodziewa się, że inflacja, która dziś jest poniżej zera, jednak odbije się od dna. Co może (choć nie musi) skłonić Radę Polityki Pieniężnej do podwyżki stóp. Co z kolei może (choć też nie musi) przełożyć się na wyższe oprocentowanie nowych lokat w przyszłości. Według cokwartalnej ankiety NBP przeprowadzanej wśród analityków w tym roku inflacja wyniesie 0,2%, w przyszłym - 1,7%, zaś w 2016 r. - 2,3% (to średnia z kilkunastu prognoz, według NBP 70% prognoz mieści się w przedziale 1,5-3,5%). Oczywiście: analitycy to takie papugi, które wróżą z fusów i powtarzają jedna po drugiej. Ale jeśli dziś mamy inflację poniżej zera, oficjalną stopę procentową wynoszącą 2%, WIBOR ma poziomie 2,05% i średnie oprocentowanie depozytów w 20 najlepszych bankach - 2,7-2,8%, to gdyby inflacja odbiła w górę... Cóż, eurobankowa oferta nie zostawia w ogóle miejsca na podwyższenie oprocentowania depozytów na rynku - opłaci się tylko wtedy, gdy z gospodarką będzie źle albo bardzo żle. Choć oczywiście jeśli założymy rozszerzenie wojny na Wschodzie, nową odsłonę kryzysu finansowego i zadłużeniowego w Europie.

      oprocentowanie_lokat_jeise_20141

      W samym pomyśle lokat długoterminowych na stały procent może nie ma i nic złego: jest dość duża grupa klientów, która lubi mieć absolutną pewność, że ich pieniądze będą pracowały w takim a takim tempie (nawet jeśli to tempo nie jest najwyższe). Choć ja akurat wolę depozyty oparte o rynkową cenę pieniądze - one zabezpieczają klienta przed sytuacją, w której oprocentowanie depozytów na rynku idzie w górę, zaś jego pieniądze są "uwięzione" w coraz mniej atrakcyjnym, długoterminowym depozycie. Inna sprawa, że wskaźnik WIBOR, czyli rynkowa cena pieniądza w handlu między bankami, jest dziś znacznie niżej od średniego oprocentowania depozytów w 5-10 najlepszych bankach. Bankowcy wolą po prostu płacić nam więcej, niż sobie nawzajem, co sprawia, że moja miłość do lokat opartych na WIBOR-ku wciąż pozostaje niespełniona. A to mogłoby być takie fajne lokaty, nawet nie na cztery, nawet na 10 lat... Obligacje dziesięcioletnie? Niestety, w obecnej sytuacji one też się nie sprawdzają, bo są indeksowane do inflacji, co oznacza, że zarabiamy na nich tylko tyle, ile wynosi marża (no chyba, że ktoś ma w portfeu, tak jak ja, obligacje wyemitowane pięć, sześć lat temu, kiedy marże były naprawdę godne).

  • wtorek, 25 listopada 2014
    • Po sensacyjnym oświadczeniu Aegonu: jak zmieni się życie posiadaczy polis unit-link?

      To naprawdę dobry początek nowego tygodnia dla nieszczęśliwych posiadaczy polis inwestycyjnych. Czyli planów oszczędzania opakowanych jako ubezpieczenia, zobowiązujących klienta do płacenia składek przez 10-15 lat (tzw. unit-linków). Piszę, że tylko dla "nieszczęśliwych", bo zakładam, że istnieją też tacy, którzy z posiadania takich polis są zadowoleni. Skala missellingu i ukrywania przez sprzedawców prawdziwych kosztów tych rozwiązań sprawia jednak, że znacznie łatwiej spotkać na ulicy nieszczęśliwego, niż zadowolonego posiadacza unit-linku. Ci, których unieszczęśliwiła firma Aegon, będą teraz mogli odzyskać pieniądze bez konieczności sądzenia się z ubezpieczycielem. Aegon w poniedziałek opublikował bowiem sensacyjny komunikat, w którym deklaruje, iż rezygnuje z pobierania opłat likwidacyjnych od osób, które zechcą przedterminowo wycofać się z umowy. Firma informuje w komunikacie, że:

      (...) "począwszy od 24 listopada 2014 r., w umowach ubezpieczenia z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi ze składką regularną, zaprzestaje pobierania opłat zdefiniowanych w ogólnych warunkach ubezpieczenia jako „opłata likwidacyjna”. Przyjęte postępowanie jest wyrazem odpowiedzialności Aegon TUnŻ za pomoc Klientom w dbaniu o ich finansową przyszłość".

      Aegon zwraca uwagę, że jest pierwszą firmą ubezpieczeniową na polskim rynku, która "podejmuje to wyzwanie". Z treści komunikatu wynika też, że firma jest przekonana, iż jej "innowacyjne rozwiązanie" posłuży klientom "w najlepszy możliwy sposób", gdyż "nadrzędnym celem Aegon, zarówno w Polsce jak i na całym świecie, jest oferowanie produktów i usług finansowych, które odpowiadają na potrzeby Klientów". Przepraszam, zapomniałem Was uprzedzić, że będziecie potrzebowali chusteczek. Tych, którzy są zbyt wzruszeni, żeby dalej czytać, chciałbym uspokoić: Wasze słabe serca nie będą już narażone na tak silne emocje, przynajmniej w dalszej części tego wpisu. Ale nie ma co kryć - chwila jest doniosła. Po raz pierwszy w Polsce firma ubezpieczeniowa pozwoliła klientom "odejść za darmo". I to jaka firma! Ta, która jeszcze do zeszłego tygodnia nie chciała przyjąć do wiadomości delegalizacji wprowadzonych przez siebie opłat likwidacyjnych i naliczała inne, na wyjątkowo marnej podstawie formalnej. Ta, która do tej pory w sądzie walczyła z klientami do upadłego, chwytając się każdego, nawet najbardziej idiotycznego argumentu.

      Przyznacie, że ta nagła zmiana frontu szokuje. O tym, że coś się święci, było wiadomo już od piątku, kiedy zaczęły do mnie dochodzić wieści o tym, że Aegon niespodziewanie zwrócił opłaty likwidacyjne ponad 100 byłym klientom, osobom uczestniczącym w pozwie grupowym wytoczonym przez kancelarię LWB. Pozew jest jeszcze na niezbyt zaawansowanym etapie, więc trudno powiedzieć, by Aegon był pod ścianą. Choć pewnie jego prawnicy brali pod uwagę możliwość porażki. Za naliczanie opłat likwidacyjnych firma dostała też niedawno 24 mln zł karty od UOKiK (ma się odwoływać). Przegrywane procesy indywidualne, prący wolno do przodu walec pozwu zbiorowego i astronomiczna kara finansowa to pakiecik problemów, który niejednego menedżera mógłby zepchnąć w stan przeddepresyjny. Najpierw więc Aegon skapitulował wobec klientów pozywających go zbiorowo, a teraz ogłosił, ze "za darmo", bez płacenia opłaty likwidacyjnej będzie mógł odejść każdy. No, prawie każdy, bo zobowiązanie firmy dotyczy tylko polis unit-link ze składką regularną (nie wchodzą tu polisy ze składką jednorazową).

      Posunięcie Aegonu, na pierwszy rzut oka wyglądające na szalone, po głębszej ocenie możliwych skutków wcale nie rysuje się jako irracjonalne. W firmie musieli policzyć ile mogą stracić na "uwolnieniu" opłat likwidacyjnych od wszystkich klientów, o których dziś wiadomo, że już się awanturują. I obstawiam, że wyszła im kwota kilkumilionowa, acz najpewniej jednocyfrowa (jeśli chodzi o liczbę milionów). Biorąc pod uwagę, że Aegon już utworzył na te roszczenia kilkunastomilionowe rezerwy (a więc już odpisał je od zysków) oraz że w perspektywie ma zapłacenie 24 mln zł karty nałożonej przez UOKiK, można założyć, że firma  po prostu wybrała mniejsze zło. Może uda się zaoszczędzić na zmniejszeniu bądź anulowaniu kary, a może wypłacone z tytułu opłat likwidacyjnych pieniądze będą mniejsze, niż utworzona rezerwa. W obu przypadkach Aegon jest "do przodu". A czy nie obawia się wywołania masowych żądań zwrotu kasy także od klientów, którzy do tej pory siedzieli cicho, płacili i płakali?

      Cóż, nie można takiej fali roszczeń wykluczyć. Ale jeśli firma zawczasu przygotowała grunt pod poniedziałkową decyzję i ma "pod parą" zarówno lepsze, tańsze (lub przynajmniej na takie wyglądające ;-)) produkty na podmianę, jak i doradców, którzy dostali do ręki argumenty, by wyperswadować klientom dezercję, może większość potencjalnie wahających się klientów uda się zatrzymać. Przy okazji jednej z miłych rozmów, które odbyłem z prezesem Aegona, Michałem Biedzkim pokazywał mi on statystyki reklamacji dotyczących unit-linków. Wynikało z nich, że klientów, którzy chcą się wycofać, bo sprzedano im coś innego, niż chcieli, jest bardzo niewielu (dosłownie promile w masie tych, którzy grzecznie płacą). Może więc demonizuję problem missellingu, a dym robi stosunkowo nieliczna grupka źle obsłużonych klientów? Zobaczymy, bo Aegon właśnie powiedział w ich kierunku: "sprawdzam". Owszem, dziś świadomość klientów jest większa, a więc większy ich odsetek widzi, że przy pewnym poziomie opłat za zarządzanie, manipulacyjnych, administracyjnych ich inwestycja nie ma prawa dać wysokich zysków (dobrze jeśli da więcej, niż zero, a rentowność na poziomie depozytu bankowego to już szał pał).. Ale jeśli Aegon, "uwalniając" klienta, zaproponuje mu nowy/ tańszy/ bardziej elastyczny/ przyjaźniej opakowany (niepotrzebne skreślić) pakiet, to pożoga wynikająca ze zwracania opłat likwidacyjnych wszystkim chętnym wcale może nie być taka niszcząca. Poza tym firma osiągnie korzyść wizerunkową - jako jedyna wyszła do klientów z sercem na dłoni. Sami zobaczcie, że czytające ten wpis potrzebowaliście chusteczek ;-)

      W stosunku do komunikatu Aegona mam kilka wątpliwości. Po pierwsze nie wynika z niego jak firma będzie podchodziła do roszczeń klientów, którzy już zrezygnowali z polis i została od nich pobrana opłata likwidacyjna. Czy oni też dostaną zwrot, tak samo, jak klienci pozwów zbiorowych? takie właśnie rozwiązanie obstawiam, bo tylko ono będzie realizowało postulaty UOKiK-u. A jeśli tak, to jak daleko wstecz będzie obowiązywała ta polityka? Czy klient, który uciekł w 2012 r. też dostanie zwrot opłaty likwidacyjnej? Czy będzie musiał zwrócić się do Aegona z roszczeniem, czy tez firma automatycznie zwróci wszystkim klientom, którzy odeszli, opłaty likwidacyjne? Zadałem to pytanie przedstawicielom firmy, lecz nie uzyskałem do tej pory odpowiedzi. Jak tylko ona nadejdzie, nie omieszkam się z Wami podzielić jej doniosłością. Druga moja wątpliwość dotyczy szczerości intencji przedstawicieli firmy. Czy chodzi im rzeczywiście o to, by "jak najlepiej służyć klientom", czy tylko żeby udobruchać UOKiK i wycfać z wokandy pozwy obciążające dział prawny? Niestety, jest jedna przesłanka, która wskazuje na to drugie spojrzenie.

      Otóż Aegon pozwala odejść za darmo wyłącznie klientom mającym w OWU swoich polis opłaty likwidacyjne. Zobowiązanie nie dotyczy polis, które mają w OWU opłatę dystrybucyjną. Aegon wprowadził takie unit-linki jakiś czas temu na rynek i proponuje je klientom zarówno nowym, jak i tym, którzy chcą bez procesów sądowych wycofać się ze starych umów i dostać z powrotem pieniądze. Mogą to zrobić pod warunkiem, że zgodzą się na nowy program inwestycyjny - z opłatą dystrybucyjną właśnie. Niestety, ona też jest ryczałtowa i wielu prawników ma wątpliwości co do jej zgodności z prawem. Jest nieco mniej dolegliwa dla klienta, ale tylko w niewielkim stopniu. Klienci, którzy zgodzili się na zamianę polisy z opłatą likwidacyjną na tę z opłatą dystrybucyjną nie będą mogli się bezkarnie wycofać. Tak samo jak ci, którzy do inwestowania z Aegonem zabrali się niedawno i z marszu dostali polisę "nowej generacji". Gdyby Aegonowi rzeczywiście należało na tym, by klienci byli z nim wyłącznie dobrowolnie, zerwałby kajdany wszystkim, a nie tylko tym, których "uwolnienie" może się w jakimś sensie opłacić (zmniejszenie kary UOKiK, zaoszczędzenie na obsłudze prawnej pozwów). Wygląda na to, że polisy obłożone opłatą dystrybucyjną nie są aż tak fajne, by Aegon zechciał zaryzykować sprawdzenie, czy klient będzie chciał uciekać, jeśli zdejmie się prąd z drutu kolczastego.

      Niezależnie od tych wszystkich zastrzeżeń ciekaw jestem jak zareagują na posunięcie Aegona konkurenci - np. Axa, Skandia, czy Generali. Jak by nie patrzeć, Aegon wywiera na nich presję. Zaś jego kapitulacja w pozwie zbiorowym sprawia, że spadają szanse firm ubezpieczeniowych w walce sądowej z klientami, a chętnych do uczestnictwa w pozwach - czy to zbiorowych, czy indywidualnych - będzie więcej. Iść w zaparte i czekać na kilkudziesięciomilionowe kary od UOKiK byłoby głupio. Szanowni ubezpieczyciele - ta lawina już ruszyła i jest chyba nie do zatrzymania. W Aegonie jako pierwsi zrozumieli, że jest tylko kwestią czasu, kiedy owa lawina ich pochłonie. Zaczęli więc uciekać i mogą mieć uzasadnioną nadzieję, że jak kula śnieżna ich dogoni, to nie zabije. Moja propozycja jest następująca: likwidujecie opłaty administracyjne, te za zarządzanie ubezpieczeniowym "parasolem" ograniczacie do poziomu poniżej 1% i wkładacie do swoich polis inwestycyjnych takie fundusze, które rzeczywiście są wartością dodaną (samodzielnie, jako mały inwestor nie mógłbym ich kupić). Ogłaszacie te wszystkie zmiany, a następnie pozwalacie każdemu "odejść za darmo". I wtedy możecie mieć nadzieję, że uda Wam się zatrzymać dużą część klientów. 

      Jest też opcja druga - w ogóle wychodzicie z tego rynku i znów zajmujecie się - tak, jak to drzewiej bywało - sprzedawaniem polis, które z ubezpieczeniami mają dużo więcej wspólnego, niż tylko nazwę ;-). Buzi  w czółko, krzyżyk na drogę i do widzenia. A Naród? Najpierw poczuje się szczerze osierocony, ale później po plany długoterminowego oszczędzania pójdzie do Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych, które od stu lat mają na półce dość podobny produkt, lecz nigdy nie miały tak agresywnych sprzedawców, którzy dla pierwszorocznej składki klienta byliby w stanie zabić własną matkę. Funduszowcy nie mieli takich sprzedawców, bo nigdy nie płacili im horrendalnych prowizji. A nie płacili ich, bo plany oszczędzania w ramach TFI nie wiążą się z koniecznością płacenia składek przez 10-15 lat pod lufą pistoletu przy skroni. Proste, prawda? Może - skoro pistolet zostanie ubezpieczycielom skonfiskowany - Towarzystwa Funduszy wreszcie wezmą się w garść i zaczną promować swoje plany systematycznego oszczędzania?

      2009-2014: SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Temat polis inwestycyjnych, ich kontrowersyjnie wysokie koszty, ograniczenia w dostępności pieniędzy, chory system wynagradzania sprzedawców tych produktów, niemożność "ukarania" zarządzających jeśli źle wykonują swoją robotę, misseling. Te wady wytykam dostawcom i "producentom" unit-linków od lat na stronach tego blogu. Już w sierpniu 2009 r. naigrywałem się z naganiacza firmy Aegon, który uczył mnie inwestowania w fundusze tak, żeby zawsze wygrywać. W czerwcu 2010 r. sprawdzałem kto z oferujących polisy inwestycyjne ukrywa przed nami najwięcej. W listopadzie 2010 r. analizowałem strrrrasznie zaniedbaną polisę firmy Allianz. W lutym 2012 porównywałem los posiadaczy polis inwestycyjnych do chłopów pańszczyźnianych. W marcu 2012 r. pytałem kto się wyłamie z chorobliwej zmowy i zaoferuje uczciwą polisę inwestycyjną. Listopad 2012 r. to był prawdziwy przełom - ujawniłem, że są pierwsze wyroki orzekające, że tzw. opłaty likwidacyjne, które wiążą posiadaczom polis inwestycyjnych ręce, są po prostu nielegalne. Reakcja firm ubezpieczeniowych była błyskawiczna: zaczęły oferować klientom aneksy zmieniające zasady zakończenia inwestycji przed terminem. Apelowałem też do producentów polis, żeby przestali płacić z góry swoim agentom. Ostrzegałem też tych, którzy mają do zainwestowaniu większą kwotę. Jest wysoce prawdopodobne, że doradcy finansowi takiej okazji nie przepuszczą. Ostatnio w blogu pojawiła się historia choroby polis inwestycyjnych, pisana Waszymi rękami. Jest jeszcze smutne memento: bank najpierw zatrudnił nieetycznego sprzedawcę, potem go zwolnił, ale klientom ulżyć nie zamierza... Sporo słów poświęciłem bankowi Getin, który wycofał się z oferowania badziewia, z którym od wielu miesięcy na stronach tego blogu wspólnie walczyliśmy, a potem oświadczył, że zaczyna ostro ciąć opłaty likwidacyjne. Zrobił to m.in. po publikacji wpisu o historii choroby pt. "misselling polis inwestycyjnych". W marcu 2013 r. pisałem o nowych polisach inwestycyjnych - z jednorazową składką i podobno niższymi opłatami. W lipcu opisałem nowe zasady pobierania opłat likwidacyjnych przez Aegon (dziś już wiemy, że zdeniem UOKiK zostały wprowadzone nielegalnie). W sierpniu 2013 r. zapowiadałem pierwszy pozew zbiorowy przeciwko Aegonowi, a niedługo później - przeciwko Skandii i towarzystwu Axa. Dziś wszystkie są już w sądach.  W styczniu 2014 r. opisałem przegrany z kretesem przez Axę proces o zwrot opłaty likwidacyjnej, a zaraz potem sukces klienta Aegonu. I zastanawiałem się co zrobić z trefną polisą. W maju cytowałem prawników, którzy domagali się od UOKiK-u, żeby doprowadził do zakazu pobierania opłat likwidacyjnych na całym rynku.  W sierpniu 2014 r. informowałem o nowym triku Aegona, który w nowych polisach zamienił opłaty likwidacyjne na dystrybucyjne, działające mniej więcej tak samo. Oraz o firmie Generali, która potraktowała klienta jak worek kartofli (później mi tłumaczyła, że to nieporozumienie). Pisałem też o pomyśle pewnego prawnika, który wycisnął ze sprzedawcy toksycznej polisy takie oświadczenie, że kapcie spadają. Ostatnio było w blogu o tym, że UOKiK zakwestionował łagodniejszą wersję opłaty likwidacyjnej w Aegonie oraz ukarał trzy inne firmy za nieetyczną sprzedaż. Pisałem też o reakcji Aegona na tę decyzję. Czyżby ta wieloletnia walka o to, by plany oszczędzania nie były sposobem na naciąganie klientów, była już bliska szczęśliwemu finałowi?

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-). Ale mówiłem też, że dla firm ubezpieczeniowych możliwość korzystania z bankowego "dotarcia" do klientów oraz z pokładów Big Data, pozwalających zaoferować klientowi np. usługę assistance skrojoną pod jego potrzeby, jest dziś jedną z największych atrakcji.  A przyszłością branży finansowej są bardzo ścisłe sojusze strategiczne bankowców i ubezpieczycieli.

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      SUBIEKTYWNOŚĆ NIENIEODPOWIEDZIALNA. Miałem też ostatnio okazję ponownie uczestniczyć w konferencji "Nienieodpowiedzialni" i dyskutować z biznesmenami, etykami, psychologami, finansistami, ekonomistami o tym, czy sprzedaż produktów finansowych może być etyczna. I czy jest sprzeczność między wyznawaniem wartości, a liczeniem pieniędzy z prowizji. Wyszedłem z tej dyskusji z przekonaniem, że nawet jeśli dziś jeszcze klienci nie doceniają firm działających etycznie, to powoli zaczynają dostrzegać, iż czasem warto nawet zapłacić za usługę finansową więcej, by mieć pewność, iż jej dostawca nie wbije noża w plecy w myśl zasady, iż bankowiec to takie zwierzę, które sprzeda ci parasol, gdy świeci słońce i zabierze go, kiedy spadnie deszcz. Zapraszam do obejrzenia relacji z konferencji oraz moich spostrzeżeń na gorąco

      nienieodpscreen

      DORADCA BANKU CZY KLIENTA? Miałem ostatnio okazję prowadzić dyskusję podczas dorocznego spotkania certyfikowanych doradców finansowych - takich, którzy zdają co roku europejski egzamin EFPA i tym samym gwarantują swoim klientom "certyfikowaną" jakość usług. Ponieważ na sali byli głównie doradcy pracujący w bankach (i obcujący z klientami private banking, nie z takimi żuczkami, jak my), postawiłem przed nimi pytanie o konflikt interesów - czy da się jednocześnie działać w interesie klienta i nie działać na szkodę własnego pracodawcy? Odpowiedź na to palące pytanie znajdziecie tutaj. Jedno jest pewne: Jordan Belfort Wam tego nie powie ;-). Na ten sam temat dyskutowałem też niedawno w TOK FM, w programie "Teraz Solska"

      IMG_5533a

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA TWORZYĆ DOBRE STANDARDY. Blog "Subiektywnie o finansach" to nie tylko narzekanie i kopanie finansistów po kostkach. Nie stronię od dyskusji z przedstawicielami branży finansowej, by pomóc im tworzyć i krzewić dobre standardy. Na Forum Bankowym 2014, największej imprezie środowiska bankowego, miałem przyjemność powiedzieć kilka słów do bankowców i poprowadzić panel dyskusyjny poświęcony temu jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych

      Forum Bankowe 2014

      Z kolei podczas niedawnego VIII Forum Assistance, największego w Polsce spotkania ludzi specjalizujących się w działalności bancassurance miałem z kolei okazję poprowadzić dyskusję o tym, w jaki sposób banki powinny oferować produkty ubezpieczeniowe, by było to bezpieczne dla klientów i etyczne. Jako specjalny bonus uczestnicy tej imprezy mogli otrzymać moją ostatnią książkę z dedykacją

      forum_assistance

       CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Jak inwestować i pomnażać

      POD CHOINKĘ KUP BLISKIM BESTSELLER O INWESTOWANIU! Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zbudować swój pierwszy portfel inwestycji, jak wybrać fundusz inwestycyjny albo jak nie naciąć się przy wyborze lokaty - zapraszam do księgarń! To książka dla tych, którzy chcieliby mieć jakieś finansowe zabezpieczenie na czarną godzinę, na spełnianie marzeń, na dodatkową emeryturę. I dla tych, którzy chcieliby ułatwić swoim dzieciom lub wnukom łatwy start w życie. A także dla tych, którzy myślą o inwestowaniu w akcje, a nie wiedzą jak się za to zabrać. To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych. Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", której częścią jest ten poradnik. 

      JAK OGARNĄĆ DOMOWE FINANSE? Zapraszam Was do lektury mej najnowszej książki: "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Z książki dowiecie się >> jak oszczędzać, żeby nie bolało i jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, poduszkę finansową oraz prywatną emeryturę, >> jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, >> jak nie dać się nabić Maciej_Samcikokladkaw wysokie prowizje bankowe w podróży zagranicznej, >> jak uniknąć pułapek przy zaciąganiu kredytu i czy bardziej opłaca się kupić mieszkanie, czy je wynajmować, >> rady dla tych, którzy chcą dobrze ubezpieczyć życie, mieszkanie i samochód, a także pomysły >> dla tych, którzy chcą się wymiksować z trefnej polisy inwestycyjnej i >> dla tych, którzy zastanawiają się co robić, gdy dusi kredyt hipoteczny we frankach. W tej książce znajdziecie porady i patenty, jak wydostać się z najróżniejszych tarapatów finansowych. Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl. Kto woli e-booki, powinien udać się do sklepu www.publio.pl.

       

  • poniedziałek, 24 listopada 2014
    • Masz "Librę", "Lucro", "Kwartalny Profit", inne badziewie? Pisze się ustawa, która cię uwolni

      "Puls Biznesu" donosi dziś o ciekawym pomyśle Ministerstwa Finansów oraz Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Pomysł ów - będący częścią planowanej nowelizacji ustawy o działalności ubezpieczeniowej - przewiduje, by dać klientom najbardziej bandyckiej odmiany polis inwestycyjnych - tych będących połączeniem produktu strukturyzowanego i rozwiązania typu unit-link - możliwość wycofania się z już trwających umów. I to bez ponoszenia jakichkolwiek opłat.  Mówimy oczywiście o już trwających umowach typu "Libra", "Lucro", czy "Kwartalny Profit". Nowych produktów tego typu na rynku już nikt, rzecz jasna, nie oferuje - zostały wystarczająco skompromitowane, także na stronach tego blogu. Wytoczyłem wojnę tym nieetycznym produktom i jakiś czas temu - dzięki tekstom w blogu i - wspólnym publikacjom z kolegami z newsroomu "Gazety Wyborczej" - udało mi się wymusić na bankach i firmach pośrednictwa finansowego wycofanie ze sprzedaży toksycznych polis. Ale pozostał problem tych, którzy zdążyli wpaść w pułapkę. Zbawienny dla nich przepis znajduje się w miejscu, gdzie mówi się o wydłużeniu do 60 dni czasu na odstąpienie od umowy przez klienta kupującego polisę z komponentem inwestycyjnym. Według projektu klient miałby w przypadku odstąpienia od umowy otrzymać z powrotem tyle kasy, ile wpłacił, a firmie ubezpieczeniowej wolno potrącić tylko 4% prowizji.

      Czytaj też: prawo wciąż nie ułatwia karania nieetycznych sprzedawców. "Podpisał, więc wiedział"

      Dodatkowo firma ubezpieczeniowa miałaby obowiązek wyraźnie poinformować klienta, że ma aż dwa miesiące na odstąpienie od umowy. Ma to uchronić klienta przed ryzykiem missellingu, a zarazem dać mu wystarczająco dużo czasu, by mógł ogarnąć rzeczywistość w jakiej się znalazł i ewentualnie dojść do wniosku, że sprzedawca roztoczył przed nim zupełnie inną wizję, niż ta, która jest w papierach. Poza dłuższym "odstępnym" Ministerstwo Finansów chce też wprowadzić więcej obowiązków informacyjnych dla sprzedawców polis, nakazać im przeprowadzanie ankiet takich, jakie obowiązkowo przechodzą kandydaci na inwestorów giełdowych (słynny MIFID, który niestety nie jest lekiem na całe zło), a także nakazać im wynagradzanie sprzedawców rozbijać na raty proporcjonalne do czasu obowiązywania umowy z klientem (bardzo dobry pomysł)  Przepis wydłużający czas odstąpienia od umowy zasadniczo ma obowiązywać w stosunku do umów o polisy inwestycyjne zawieranych po wejściu w życie ustawy. Wprawdzie w jednym miejscu dokumentu jest passus stwierdzający, że regulacje mają działać wstecz, ale kilkanaście stron dalej jest to rozpisane dokładniej i wygląda na to, że nie ma planów "obdarowania" automatyczną możliwością odstąpienia od umów posiadaczy już trwających polis. Z jednym wszakże wyjątkiem

      "Prawo do odstąpienia albo wystąpienia z umowy ubezpieczenia (...) powinno mieć również zastosowanie do umów ubezpieczenia na życie, w której wysokość świadczenia jest ustalana w oparciu o określone indeksy lub inne wartości bazowe, (...) obowiązujących w dniu wejścia w życie ustawy".

      Mówimy tu o polisach, w których wysokość świadczenia jest oparta o indeksy lub jakieś wartości bazowe. Nie podpadają pod to określenie "zwykłe" polisy inwestycyjne, oparte na funduszach inwestycyjnych (tzw. unit-linki). Tam nie ma żadnych wartości bazowych, ani indeksów, jest zestaw funduszy inwestycyjnych zapakowany dla niepoznaki w polisę na życie o wartości np. 1 zł.  Pod przepis, który zacytowałem powyżej, mogą podpadać tylko polisy strukturyzowane, czyli najbardziej nieprzejrzysta odmiana polis inwestycyjnych. Zazwyczaj nie ma w nich żadnych funduszy, tylko bliżej nieznany indeks, którego wartość jest uzależniona od niewiadomo-czego. I który zwykle nazajutrz po podpisaniu przez klienta umowy spada o 20-30% , oczywiście całkiem przypadkowo ;-). Klient ma co prawda gwarancję wpłaconego kapitału (w niektórych polisach nawet o tym "zapomniano"), ale jest ona aktualna za 15 lat i to tylko w wartościach nominalnych ;-). Jeśli dobrze rozumiem, każdy posiadacz badziewia typu "Libra", czy "Lucro" w myśl nowych przepisów otrzyma automatycznie dwa miesiące na odstąpienie od umowy. A firma ma obowiązek oddać wszystko, co klient wpłacił minus 4% prowizji, nawet jeśli w chwili anulowania umowy stan jego konta wynosi np. 5% początkowego salda.  A na dodatek projekt przepisu przewiduje, że... 

      "Zakład ubezpieczeń powinien pisemnie poinformować ubezpieczającego lub ubezpieczonego oraz podać do publicznej wiadomości, w terminie 90 dni od dnia wejścia w życie ustawy, o możliwości odstąpienia albo wystąpienia z umowy ubezpieczenia, w której wysokość świadczenia jest ustalana w oparciu o określone indeksy lub inne wartości bazowe"

      A więc firma, która wcisnęła klientowi polisę inwestycyjną o charakterze strukturyzowanym, będzie musiała też podać mu na tacy informację, że może w ciągu 60 dni zerwać umowę, a wtedy otrzyma z powrotem 96% wpłaconych pieniędzy. Przyznacie, że gdybyście byli producentami tych dziadowskich polis, tobyście się pocięli po przeczytaniu tych papierów ;-). Oczywiście, mówimy dopiero o projekcie założeń do projektu ustawy, a więc o etapie prac legislacyjnych, który jest oddalony o lata świetlne od momentu uwolnienia klientów z kajdan. Ale jeśli to-to rzeczywiście wejdzie w życie, to będzie mocne. To przepis, który mógłby być odpowiednikiem możliwości unieważnienia kredytu walutowego i przewalutowania go na złote po kursie z dnia zawarcia umowy. Sam wujek Orban nie powstydziłby się pomysłu, na który wpadł UOKiK, a przyklasnął mu Minister Finansów. Czy byłoby to niesprawiedliwe? Cóż, zapewne jakaś część klientów zainwestowała w tego polisy świadomie. Ale przygniatająca większość - na pewno nie.

      Czytaj też: Sensacyjne posunięcie Aegona. Oddał pieniądze uczestnikom pozwu zbiorowego!

      Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien inwestować w produkt, którego cena zależy od zmian indeksu o konstrukcji tak zachachmęconej, że można mieć doktorat z matematyki, a i tak nic z tego nie zrozumieć. Niektórzy doradcy finansowi dziś sami przyznają na piśmie, że sami dobrze nie wiedzieli co wciskają ludziom.  Wprowadzanie czegoś takiego na rynek to zbrodnia. A sprzedawanie tegoż badziewia pod płaszczykiem lokaty - to zbrodnia doskonała. A ponieważ zbrodnia doskonała, jak powszechnie wiadomo, nie istnieje, to morderca zostanie ścięty (a właściwie zleceniodawca, bo ci, którzy byli tępymi narzędziami w rękach sprzedażowych bonzów i producentów kitu, w większości już są "na aucie"). Według "Pulsiaka" do zwrotu mogą być nawet 4 mld zł. A to oznacza, że niektóre z firm ubezpieczeniowych, które ten szmelc oferowały, mogą mieć kłopoty z utrzymaniem się w pionie. Chyba, że... Tak, to jest ten moment, w którym klienci polis inwestycyjnych opartych na "zasadzie Pareto" i różnych indeksach bazowych powinni dostać godne propozycje ugód. I to wszyscy, a nie tylko ci, którzy przyjdą do producenta szajsu w większej grupie, mając za plecami poważną kancelarię prawną i podpiszą klauzulę o poufności (że nie wolno im powiedzieć ile dostali w ramach ugody, bo zapłacą po 100.000 zł kary umownej). Do dopracowania i wprowadzenia nowych przepisów w życie zostało jeszcze trochę czasu, więc - szanowni  ubezpieczyciele - czas siąść z naciągniętymi klientami do stołu. I nie czekać aż zmusi Was do tego ustawa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Masz "Librę", "Lucro", "Kwartalny Profit", inne badziewie? Pisze się ustawa, która cię uwolni”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 listopada 2014 17:30
    • Staropolska tradycja? Gdy bank nie lubi gotówki tak bardzo, że aż... nie chce wydać reszty

      Credit Agricole to bank, który ma u mnie kilka plusów, przede wszystkim za to, że nastawia się bardziej na oferowanie klientom sensownych sposobów oszczędzania pieniędzy, niż na "ubieranie" ich w jak największą liczbę produktów kredytowych. Myślę tu przede wszystkim o programie saver, czyli usłudze oszczędzania na końcówkach transakcji kartowych (wciąż niewiele jest banków, które oferują ten mechanizm, ułatwiający bezbolesne ciułanie), długoterminowych lokatach a nawet o niezbyt udanym - ale liczę na to, że w banku poczynią stosowne poprawki - programie oszczędzania na mieszkanie. Konta osobiste niestety są dość drogie (podstawowe, nie wymagające od klienta większej aktywności, kosztuje razem z kartą aż 7 zł), ale za to jest niezły money-back (choć oczywiście reklamowane w telewizji 1000 zł zwrotu trzeba włożyć między bajki, o czym pisałem w blogu) oraz solidny program rabatowy (bank reklamuje go jako najszerszy na rynku - ostatnio pojawiły się tu np. 20%-owe zniżki na książki w Merlinie, czy 10% w sklepach Euro RTV AGD) - otrzymujemy całkiem przyjazny pakiet usług bankowych.

      A najbardziej mnie rozczula fakt, że w placówkach Credit Agricole możecie sobie poczytać mój książkowy poradnik o oszczędzaniu ze specjalną dedykacją.;-). Bank ten od czasu do czasu lubi sobie jednak strzelić samobója. Na przykład przysłać klientom informację, że jednostronnie zmienia im umowy kredytowe (ściślej pisząc - wzorzec umowy, który wolno mu zmienić tylko w pewnych okolicznościach). Wiem, że po mojej publikacji sprawą zajmuje się już UOKiK, więc będzie się działo. Credit Agricole potrafi też ogłosić konkurs, który polega na intensywnym wachlowaniu kartą kredytową. W konkursie liczą się transakcje od 20 zł. Wszystkie, także te zawarte w... bankomacie. Tak, można wygrać konkurs wypłacając po 20 zł pieniądze z bankomatu. Chętnych znajdzie się pewnie kilku, bo nagrody w konkursie są zacne - 40 egzemplarzy różnego rodzaju sprzętów marki Apple, iPhone, iPad Mini, iPod Touch. Już widzę oczyma wyobraźni klientów wypłacających w bankomacie kasę transzami po 20 zł, żeby zasłużyć na iPhone'a. A dodam, że wypłata pieniędzy z bankomatu kartą kredytową jest obłożona prowizją w wysokości 3,5%, nie mniej niż 10 zł. Wiem, że bank nie zmusza żadnego konkursowicza, żeby zachowywał się głupio, ale promowanie w jakikolwiek sposób - np. nagrodami rzeczowymi - takiej głupoty, jak wypłacanie gotówki z bankomatu kartą kredytową, jest dla mnie niezrozumiałe. Wkurzyło mnie to już w jednym z konkursów organizowanych BZ WBK, a teraz znów to wkurzenie ku mnie powraca.

      Nota bene, jeśli spojrzeć na zasady konkursu, to przestanie dziwić widok klientów Credit Agricole stojących kilka razy w kolejce do kasy sklepowej, kupujących za każdym razem po dziesięć jaj. Jak w Stanie Wojennym ;-). Tu wygrywa ten, kto zrobi pięć razy zakupy po 20 zł, a nie ten, kto kupi raz za 250 zł. Aha, w tym konkursie można też stać w kolejce wirtualnej, bo liczą się też płatności kartami w internecie - trzeba się tylko pilnować, by nie wybrać płatności pay-by-link, wyglądającej podobnie, jak kartowa, ale nie biorącej udział w konkursie ;-)..

      cakonkursapple

      Problem z Credit Agricole mają też ci, którzy chcieliby spłacać swoje kredyty gotówką, bezpośrednio w placówce banku. Wiem, że to rzadkie zachcianki, ale ostatnio trafił mi się jeden taki właśnie wyjątek - klient, którego teściowa ma u Juliette Binoche kredyt gotówkowy i grzecznie, co miesiąc przynosi raty do okienka. Ostatnio jednak pojawił się problem, gdyż w oddziale, który upodobała sobie starsza pani, uruchomiono wpłatomat. I obrót gotówkowy, proponowany przez teściową mojego czytelnika, jakoś przestał pracowników banku cieszyć.

      "Piszę do Pana, bo zostałem zastrzelony polityką banku Credit Agricole. Podczas wizyty w placówce okazało się, że nie mogę u pracownika banku dokonać spłaty kredytu. Wpłat dokonuję zawsze w imieniu mojej teściowej, która - jako osoba starszej daty - nie ma zaufania do przelewów i życzy sobie, by spłacać się w okienku i mieć podbity przez pracownika kwitek wniesienia opłaty. Niestety, pracownicy CA wpłat już nie przyjmują. Odsyłają do wpłatomatu, ale wysokość raty jest taka, że należało by płacić bilonem - 95,06 zł. Nie widzę powodu robienia nadpłaty i wpłacenia równych 100 zł. Z jakiej racji? Pytani o powód odmowy przyjmowania wpłat, pracownicy tłumaczą, że przez to traciliby czas dla innych klientów. Jak rozumiem tych, którzy np. kredyt chcą dopiero wziąć. Innymi słowy osoba biorąca kredyt, to klient wysokiego poważania, osoba spłacająca, to natręt utrudniający pracę"

      - pisze mój czytelnik. Z jednak strony rozumiem bankowców, którzy nie po to zainwestowali we wpłatomat, żeby prowadzić na dużą skalę obsługę kasową. Ale z drugiej strony rozumiem też klienta, który nie pali się do płacenia wyższej raty, niż powinien tylko z tego powodu, że technologia oferowana przez bank nie umożliwia wypłaty tzw. reszty. Tym bardziej, że znam wpłatomaty, które nie tylko wypłacają resztę, ale wręcz nie potrzebują karty, żeby do nich wpłacić pieniądze - wystarczy przyłożyć palec do czytnika i już wiadomo kto wpłaca. Zapytałem bank, czy przy całym jego szacunku dla nowoczesnej technologii nie da się zrobić wyjątku dla teściowej i innych tradycyjnych klientów, którzy nie trawią przelewów, chcą mieć w ręku papierowy dokument, iż spłacili prawidłowo ratę, albo nie lubią dawać bankowi "prezentów" w postaci zaokrąglania w górę raty.

      "Spieszę wyjaśnić, że klienci mogą dokonywać spłaty rat kredytowych w naszych placówkach i w tej mierze nic się nie zmieniło. Zachęcamy jednocześnie naszych klientów do korzystania z alternatywnych możliwości dokonywania spłat rat: w placówce w strefie samoobsługowej (wpłatomat) lub poprzez włączenie stałego zlecenia przelewu albo też przelew on-line. Robimy to, ponieważ dzięki temu klienci mogą zaoszczędzić swój czas. Zdarza się bowiem, że w dniach, na które przypadają płatności rat, liczba klientów, którzy chcą je uiścić w kasie placówki jest tak duża, że czas oczekiwania klientów na swoją kolej znacząco się wydłuża. Oczywiście, jeśli klient preferuje spłatę raty w placówce (u doradcy) i akceptuje fakt, że czasami musi dłużej poczekać na obsługę, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby nadal w ten sposób spłacał raty kredytu. Sytuacja, z którą zetknął się Pana czytelnik, jest zatem incydentalna"

      - napisała mi Ola Wieszczek z Credit Agricole. I obiecała, że szefowa olsztyńskiej placówki Credit Agricole przypomni doradcom tam pracującym, by nie krzywili się nadmiernie widząc klienta z kwotą 95,06 zł w ręku. A ja kibicuję Credit Agricole, żeby wprowadził odpowiednie "motywatory" dla klientów. Może gdyby teściowa dzięki płatności zdalnej (nie mówię, że we wpłatomacie, ale np. przez zlecenie stałe) mogła mieć np. 5 zł zniżki w racie, to może dałaby się przekonać, że kwitek od pani z oddziału, że rata jest prawidłowo opłacona, wcale nie jest jej taki niezbędny do życia?

  • piątek, 21 listopada 2014
    • Wygrali proces zbiorowy jeszcze przed pierwszą rozprawą. Jest zwrot kasy z opłat likwidacyjnych!

      Czyżby właśnie nastąpił przełom w boju tysięcy klientów "wpuszczonych" w polisy inwestycyjne z firmami ubezpieczeniowymi? W piątek otrzymałem sensacyjną wiadomość od kilkorga klientów kancelarii LWB, którzy grupowo walczą z towarzystwem Aegon o zwrot opłat likwidacyjnych pobranych po zerwaniu umów. Klienci donosili mi, że... na ich kontach bankowych pojawił się zwrot pieniędzy! Są to znaczne kwoty, od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. Mniej więcej w tym samym czasie dostałem SMS-a od mec. Anny Lengiewicz, partnera w kancelarii LWB. Wynikało z niego, że w piątek od rana dzwonią do kancelarii zaskoczeni klienci z identyczną wiadomością - że Aegon wypłacił w całości roszczenia uczestnikom pozwu. Wciąż nie ma pewności, czy zwrot obejmuje wszystkich pozywających firmę klientów, ale mec. Langiewicz twierdzi, że z jej kancelarią skontaktowało się przynajmniej kilkudziesięciu uczestników pozwu spośród 168, którzy się pod nim podpisali (kolejnych 180 zgłosiło akces, by dołączyć). Prawdopodobnie więc jest to akcja Aegona dotycząca co najmniej wszystkich osób walczących w pozwie zbiorowym. Nie wiadomo co to oznacza innych klientów domagających się zwrotu opłat likwidacyjnych - tych walczących w sądach indywidualnie oraz tych, którzy są na etapie procedury przedsądowej (wysyłania do Aegona reklamacji).

      Nie udało mi się skontaktować z przedstawicielami Aegona, by ustalić jak szeroko jest zakrojona akcja zwracania pieniędzy, ale obstawiam, że mamy właśnie do czynienia z generalną zmianą podejścia firmy do roszczeń klientów. I to byłoby ogromne zwycięstwo klientów, wspierających ich prawników (tu zasłużone gratulacje dla LWB za skuteczną walkę) oraz wszystkich, którzy nagłaśniają skandal związany z opłatami likwidacyjnymi. W tym gronie również i ja się poczuwam do poczochrania za uszkiem ;-). A na jakiej podstawie - przeczytacie na końcu niniejszego wpisu. Czy można było się tego przełomu spodziewać? Przypomnę pokrótce jak wygląda pole bitwy: sąd ochrony konkurencji już kilka lat temu zakwestionował zapis w OWU, pozwalający Aegonowi zabrać wszystkie pieniądze klientom wycofującym się z umowy w pierwszych latach. Aegon zmienił zasady na mniej dolegliwe, ale i te ostatnio zostały zakwestionowane przez UOKiK. firma otrzymała też ponad 24 mln zł kary finansowej, co może pochłonąć istotną część jej rocznych zysków. Jednocześnie Aegon przegrywa z niektórymi klientami sprawy indywidualne, choć jego prawnicy dokonują cudów zręczności, by utrudnić życie klientom. Jest wreszcie pozew grupowy kancelarii LWB, który co prawda nie został jeszcze przyjęty do rozpatrzenia, ale do tej pory wszystkie wnioski formalne składane przez prawników Aegonu są odrzucane. Być może ktoś w Aegonie doszedł do wniosku, że czas wywiesić białą flagę i zacząć "drugie życie", z czystą kartą?

      Do tej pory Aegon twardo odrzucał roszczenia klientów i robił wiele, by utrudnić im życie. Część klientów mających "stare umowy" nie dostąpiła nawet zaszczytu skorzystania z nowej wersji opłat likwidacyjnych. Firma pobierała od nich pieniądze według starej zasady, zdelegalizowanej przez sąd ochrony konsumentów. Ci, którzy kwestionowali nowe opłaty likwidacyjne, byli przekonywani, że decyzja UOKiK jest jeszcze nieprawomocna, zaś Aegon ma sporo powodów, by ją unieważnić w sądzie. W sądach też firma walczyła do upadłego, chwytając się wszystkich metod, by osłabić argumenty klientów. Jednocześnie Aegon proponuje klientom dopiero zamierzającym wycofać się z umów możliwość odstąpienia od pobrania opłaty likwidacyjnej jeśli wycofane z polis pieniądze przeznaczą na zakup nowego pakietu inwestycyjnego. Firma wprowadziła też nowe produkty, w których opłata likwidacyjna została zamieniona na dystrybucyjną, działającą mniej więcej tak samo. Piątkowa kapitulacja wobec uczestników pozwu zbiorowego może być więc pewnym zaskoczeniem. Ale z drugiej strony - kiedyś i tak musiałoby do tego dojść. Ryczałtowe opłaty likwidacyjne są od kilku miesięcy unieważniane przez sądy i to nie tylko w pozwach przeciwko Aegonowi, przegrywa je też m.in. Axa.

      Jeśli potwierdzi się, że Aegon skapitulował i przeznaczy kilka, kilkanaście milionów złotych na wyrównanie roszczeń klientów, którzy wycofali się z umów, to jego posunięcie może znacznie ułatwić dochodzenie pieniędzy również przez klientów innych firm. Sama tylko kancelaria LWB już złożyła pozwy zbiorowe przeciwko firmom Skandia, Axa i Generali, a przygotowuje kilkanaście kolejnych pozwów. Ewentualna biała flaga wywieszona przez Aegona może sprawić, że z jednej strony sądy będą zupełnie inaczej patrzyły na roszczenia klientów, a z drugiej strony - pozostałe firmy ubezpieczeniowe zaczną na poważnie brać pod uwagę zawarcie generalnych ugód z wszystkimi klientami, nawet gdyby miały one kosztować miliony. Pytanie brzmi: co z klientami, którzy jeszcze nie zerwali umów (nie mają więc roszczeń). Prawdopodobnie też otrzymaliby w takim wypadku możliwość odejścia "za darmo" (i drugą ofertę - pozostania na znacznie lepszych warunkach, czyli z obniżonymi opłatami za zarządzanie polisą). To byłby dobry finał wielkiej afery z wciskaniem ludziom polis inwestycyjnych pod pozorem, iż są to bezpieczne odpowiedniki lokat bankowych. Ale nie chciałbym, by był to koniec planów systematycznego inwestowania w ogóle. Być może nie powinny być oferowane pod płaszczykiem polis na życie (bo to wprowadza w błąd), lecz w dłuższym terminie tego typu produkty - uczciwsze, pozwalające klientowi się wycofać i nieobarczone horrendalnie wysokimi opłatami za zarządzanie - powinny zajmować ważną (jeśli nie główną) część naszych portfeli.

      2009-2014: SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Temat polis inwestycyjnych, ich kontrowersyjnie wysokie koszty, ograniczenia w dostępności pieniędzy, chory system wynagradzania sprzedawców tych produktów, niemożność "ukarania" zarządzających jeśli źle wykonują swoją robotę, misseling. Te wady wytykam dostawcom i "producentom" unit-linków od lat na stronach tego blogu. Już w sierpniu 2009 r. naigrywałem się z naganiacza firmy Aegon, który uczył mnie inwestowania w fundusze tak, żeby zawsze wygrywać. W czerwcu 2010 r. sprawdzałem kto z oferujących polisy inwestycyjne ukrywa przed nami najwięcej. W listopadzie 2010 r. analizowałem strrrrasznie zaniedbaną polisę firmy Allianz. W lutym 2012 porównywałem los posiadaczy polis inwestycyjnych do chłopów pańszczyźnianych. W marcu 2012 r. pytałem kto się wyłamie z chorobliwej zmowy i zaoferuje uczciwą polisę inwestycyjną. Listopad 2012 r. to był prawdziwy przełom - ujawniłem, że są pierwsze wyroki orzekające, że tzw. opłaty likwidacyjne, które wiążą posiadaczom polis inwestycyjnych ręce, są po prostu nielegalne. Reakcja firm ubezpieczeniowych była błyskawiczna: zaczęły oferować klientom aneksy zmieniające zasady zakończenia inwestycji przed terminem. Apelowałem też do producentów polis, żeby przestali płacić z góry swoim agentom. Ostrzegałem też tych, którzy mają do zainwestowaniu większą kwotę. Jest wysoce prawdopodobne, że doradcy finansowi takiej okazji nie przepuszczą. Ostatnio w blogu pojawiła się historia choroby polis inwestycyjnych, pisana Waszymi rękami. Jest jeszcze smutne memento: bank najpierw zatrudnił nieetycznego sprzedawcę, potem go zwolnił, ale klientom ulżyć nie zamierza... Sporo słów poświęciłem bankowi Getin, który wycofał się z oferowania badziewia, z którym od wielu miesięcy na stronach tego blogu wspólnie walczyliśmy, a potem oświadczył, że zaczyna ostro ciąć opłaty likwidacyjne. Zrobił to m.in. po publikacji wpisu o historii choroby pt. "misselling polis inwestycyjnych". W marcu 2013 r. pisałem o nowych polisach inwestycyjnych - z jednorazową składką i podobno niższymi opłatami. W lipcu opisałem nowe zasady pobierania opłat likwidacyjnych przez Aegon (dziś już wiemy, że zdeniem UOKiK zostały wprowadzone nielegalnie). W sierpniu 2013 r. zapowiadałem pierwszy pozew zbiorowy przeciwko Aegonowi, a niedługo później - przeciwko Skandii i towarzystwu Axa. Dziś wszystkie są już w sądach.  W styczniu 2014 r. opisałem przegrany z kretesem przez Axę proces o zwrot opłaty likwidacyjnej, a zaraz potem sukces klienta Aegonu. I zastanawiałem się co zrobić z trefną polisą. W maju cytowałem prawników, którzy domagali się od UOKiK-u, żeby doprowadził do zakazu pobierania opłat likwidacyjnych na całym rynku.  W sierpniu 2014 r. informowałem o nowym triku Aegona, który w nowych polisach zamienił opłaty likwidacyjne na dystrybucyjne, działające mniej więcej tak samo. Oraz o firmie Generali, która potraktowała klienta jak worek kartofli (później mi tłumaczyła, że to nieporozumienie). Pisałem też o pomyśle pewnego prawnika, który wycisnął ze sprzedawcy toksycznej polisy takie oświadczenie, że kapcie spadają. Ostatnio było w blogu o tym, że UOKiK zakwestionował łagodniejszą wersję opłaty likwidacyjnej w Aegonie oraz ukarał trzy inne firmy za nieetyczną sprzedaż. Pisałem też o reakcji Aegona na tę decyzję. Czyżby ta wieloletnia walka o to, by plany oszczędzania nie były sposobem na naciąganie klientów, była już bliska szczęśliwemu finałowi?

      SUBIEKTYWNOŚĆ NOMINOWANA DO 'GRAND PRESS ECONOMY'. Muszę się Wam dziś pochwalić, iż znów spłynął na mnie splendor. Otóż miesięcznik "Press" ogłosił właśnie listę nominacji do nagrody "Grand Press Economy", którą redakcja przyzna dziennikarzowi "wyróżniającemu się profesjonalizmem, rzetelną i obiektywną prezentacją tematów ekonomicznych, wysoką jakością publikowanych materiałów". Lista nominacji powstała "po konsultacji z szefami redakcji mediów zajmujących się ekonomią, gospodarką i finansami, dziennikarzami i ekspertami ekonomicznymi". Z radością zobaczyłem na owej liście swoją uśmiechniętą facjatę. Bardzo dziękuję redakcji "Press" za docenienie mojej pracy, zaś nieznanym mi z nazwiska ekspertom i redaktorom - za wskazanie mojej skromnej osoby jako nominata i to jeszcze z pięknym uzasadnieniem. Gratuluję też pozostałym nominowanym

      grand_press_economy

      Ostatnio mile zaskoczyła mnie też wiadomość, iż otrzymałem nominację w konkursie "MediaTory", organizowanym przez krakowskich studentów (chcą mnie wyróżnić w kategorii "InicjaTor", za łączenie rzetelności i żartobliwością). To kolejny splendor, który spłynął na mnie dzięki Wam. W tym roku wielką frajdę przyniosła mi nagroda "Heros Rynku Kapitałowego", przyznawana przez środowisko inwestorów indywidualnych...

      sii3www

      a także nagroda za "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny" w konkursie portalu Money.pl. Przyjemność sprawiła mi też nominacja do nagrody im . Mariana Krzaka (wróciłem do łask Związku Banków Polskich po dziesięciu latach od zdobycia tej nagrody). Subiektywność znalazła się też wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. To dla mnie dowód, że mrówcza praca ma sens i zobowiązanie, żeby nie zwalniać tempa ;-).

      Nagroda Fikusa 2014

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma prawie 25.000 fanów, zaś na Twitterze - ponad 3000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Wolisz większe formy? Proszę bardzo: zapraszam cię do zakupu moich książek: bestsellera o inwestowaniu ("Jak inwestować i pomnażać oszczędności") oraz poradnika o zarządzaniu domowymi pieniędzmi ("100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową"). Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawno miałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-)

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      W ostatnich tygodniach miałem też niewątpliwą przyjemność gościć na spotkaniu certyfikowanych doradców finansowych i rozmawiać z nimi o tym jak etycznie sprzedawać produkty inwestycyjne, a także na kilku innych finansowych konferencjach poświęconych dobrym praktykom - m.in. na dorocznym Forum Bankowym, Forum Assistance, czy konferencji "Nienieodpowiedzialni" 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrali proces zbiorowy jeszcze przed pierwszą rozprawą. Jest zwrot kasy z opłat likwidacyjnych!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 listopada 2014 23:40
    • Pożyczkowy wyścig zbrojeń. Niebankowe firmy dają Już 1500 zł bez odsetek. To groźne?

      Właśnie zaczyna się bardzo niebezpieczny czas dla naszych portfeli - przedświąteczna gorączka zakupowa. O tym dlaczego w te święta na pewno wydasz więcej pieniędzy, niż myślisz, że wydasz - pisałem już w zeszłym roku i ani jedna literka z tego mojego pisania się nie przeterminowała. Ale pojawił się pewien nowy aspekt, który multiplikuje zagrożenia. To niski bądź wręcz zerowy procent. Bank Millennium reklamuje pożyczkę na 7% (tak, tyle kosztowały do niedawna kredyty hipoteczne ;-)). W telewizji Kevin Spacey tańczy z kolędnikami w drodze po szybką gotówkę od BZ WBK, a w PKO BP przekonują, że na kredyt stać każdego, bo spłaca się mniej, niż 1 zł dziennie za każdy pożyczony tysiąc. Inna sprawa, że taki "tani" kredyt będzie trzeba potem spłacać przez ponad trzy lata. Bo właśnie z rozłożenia rat na długi termin bierze się tak niski dzienny koszt. Rozłożenie takie nie zawsze jest złe, ale ewidentnie jest to rodzaj mniejszego zła, którego nigdy nie należy ordynować sobie nie będąc w sytuacji podbramkowej.  A - umówmy się - konieczność kupienia makowca na święta taką sytuację nie jest.

      Pokus, żeby wyprawić święta za pożyczoną gotówkę nie brakuje, ale największymi kusicielami w tej dziedzinie nie są wcale banki, lecz pozabankowe firmy pożyczkowe, w których kasę dostaje się na konto w ciągu kwadransa, na podstawie internetowego formularza i ekspresowego sprawdzenia wiarygodności płatniczej klienta w biurach informacji gospodarczej. Konkurencja na rynku jest coraz większa, a wśród pożyczkodawców trwa "wyścig zbrojeń", który przybiera coraz bardziej niepokojące rozmiary. Firmy pożyczkowe licytują się: kto pożyczy pierwszorazowemu klientowi więcej pieniędzy bez żadnych odsetek. Pierwszą tego typu promocję przygotował Vivus, ale teraz firm oferujących pierwszą pożyczkę gratis jest chyba kilkanaście. A skala "darmoszki" jest coraz większa. Ostatnio widziałem w telewizji reklamę firmy pożyczkowej NetCredit (mającej siedzibę bodaj w Chicago), która oferuje aż 1500 zł pożyczki bez odsetek, ani żadnych innych kosztów! I jest to chyba rekord w tej licytacji. Nie sądzę jednak, by się długo utrzymał, bo w świątecznym okresie każdy pożyczkodawca chce się przebrać w strój Świętego Mikołaja, nawet jeśli gołym okiem widać, że bliżej mu do renifera (przynajmniej pod względem wielkości rogów). 

      1400

      1500

      Dlaczego licytacja na darmowe pożyczki jest taka groźna? Przecież wszystkie firmy przekonują solidarnie, że w tej "zabawie" chodzi tylko o możliwość wypróbowania innowacyjnej propozycji (nie zaś wpuszczenia kogokolwiek w pętlę długów). I oczywiście wszyscy prywatni pożyczkodawcy zapewniają, że przez sito sprawdzenia wiarygodności płatniczej i tak przejdą tylko ci, którzy najlepiej rokują, iż będą mieli z czego oddać pieniądze. Ot, takie anioły miłosierdzia z tych firm pozyczkowych. LINKKKK A jaka jest prawda? Sam ostatnio próbowałem zassać chwilówkę, co prawda w banku, a nie w firmie pozabankowej, ale odbiłem się od ściany. A chciałem pożyczyć tylko 200 zł. Albo stwierdzili, że mam za wysokie dochody, więc nie mam szans na stałe zostać klientem chwilówek, albo uznali, że chcę pożyczyć za mało i szansa, iż wpadną w pętlę długów jest zbyt mikra, by opłacało się udzielać mi pożyczki - nawet oprocentowanej na zasadach rynkowych, czyli na 25% w skali miesiąca. Jeśli tak zachował się bank, to co zrobiłay firma pożyczkowa, która po raz pierwszy pożycza bez procentów i do tej darmowej pożyczki dopłaca kilkaset złotych? Żeby interes jej się zwrócił, dany klient powinien wziąć w niej jeszcze dwie kolejne pożyczki, oprocentowane już standardowo, na 20-30% w skali miesiąca.

      Może weźmie je dla przyjemności (bo przekona się jakie to fajne pożyczyć dziś 1000 zł i za miesiąc oddać 1250 zł), albo stwierdzi, że jest to dobry pomysł na zwiększanie płynności domowego budżetu (bo np. dobrze zarabia, ale jest na umowach-zlecenia i w banku patrzą na niego krzywo), ale najbardziej prawdopodobne jest to, że on wróci głównie z powodu przymusu ekonomicznego - po prostu przeliczy się z siłami i nie będzie w stanie oddać kwoty, którą pożyczył za pierwszym razem, w ramach gratisowej oferty. Firmami pożyczkowymi nie zarządzają ćwierćinteligenci. W tej branży wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tegi, że z siłami przeliczy się wielu klientów, otrzymujących pierwszą pożyczkę gratis. Oni znają wyniki badań, z których wynika, że nasz mózg zachowuje się dziwnie, gdy zobaczy cenę "zero". Że taka cena zaburza jasność myślenia i powoduje, że mamy kłopoty z rzeczywistą oceną naszych możliwości finansowych. A im większa jest kwota darmowej pierwszej pożyczki, tym większa szansa, że klient nie będzie w stanie jej spłacić i będzie musiał się zrefinansować drugą transzą, już płatną.

      Nie miałbym problemu z tymi "świętymi Mikołajami", oferującymi coraz więcej pieniędzy bez odsetek, gdyby prawo w Polsce zobowiązywało taką firmę do umorzenia długu klientowi, który wykaże - np. w sądzie - iż już w momencie pobierania pożyczki był w tarapatach i pożyczkodawca postąpił nieetycznie, przyznając pożyczkę. Po prostu liczył na to, że klient się finansowo potknie. Wiem, że to udowodnić trudno, bo jak obiektywnie ustalić rolę firmy pożyczkowej w niewypłacalności klienta? Ale wystarczyłoby, aby przy orzekaniu upadłości konsumenckiej (tej nowej, która pewnie niedługo już wejdzie w życie) sąd miał możliwość subiektywnej oceny, na ile firma pożyczkowa, jako profesjonalny uczestnik rynku finansowego, mogła sobie zdawać sprawę z tego, iż pożyczając danemu klientowi pieniądze zakłada mu kamień młyński na szyję i zrzuca do rzeki. Już sama taka opcja spowodowałaby, że firmy pozyczkowe - te małe i te duże - brałyby współodpowiedzialność za sytuację finansową klienta zmieniającą się wskutek udzielenia mu wysoko oprocentowanej pożyczki. Dziś firmy pożyczkowe mają gdzieś to, ilu ich klientów popełni samobójstwo wskutek pętli zadłużenia, byle tych pozostałych, którzy zapewnią rentowność kapitału, było wystarczająco dużo.

      Jak długo firmy pożyczkowe nie będą współodpowiadały - także finansowo - za bankructwa swoich klientów, tak długo będą oferowały pierwsze pożyczki gratis - a ich procesy scoringowe są na tyle zaawansowane, że potrafią sprawnie odsiać tych, którzy są zbyt zamożni, by z powodu darmowej pożyczki mogli wpaść w tarapaty, ani tych, którzy są zbyt biedni i może im nie starczyć czasu na zaciągnięcie kolejnych pożyczek, na których firma zarobi. A potem już można takich klientów wyrzucić na śmietnik. Oto cała tajemnica "pierwszej pożyczki gratis", oczywiście odkrywana moim subiektywnym, może nadmiernie surowym okiem. Bo wiem, że gdyby policzyć ludzi będących w pętli długów, to nie prywatni pożyczkodawcy są ich największymi "producentami", ale banki, oferujące masowo karty kredytowe z wysokimi limitami, czy kredyty hipoteczne w pakiecie z pięcioma programami inwestowania, w których klient zobowiązuje się do stałych wpłat przez 15 lat. Ale dzięki bałamutnej ofercie "pierwsza pożyczka gratis" to firmy pozyczkowa są najszybciej rosnącym nowym zagrożeniem dla stabilności naszych domowych budżetów. Niestety, ustawa o maksymalnych kosztach pożyczki, która miała utrącić "pierwszą pożyczkę gratis", wciąż nie wyszła z Sejmu. A liczyć na to, że firmy pożyczkowe w odruchu odpowiedzialności przestaną zatruwać nam mózgi pożyczkami za darmo, to jak wierzyć w Świętego Mikołaja (choć są takie, jak Wonga, czy Provident które się przed zeroprocentowym szkodnictwem wzbraniają, za co mają u mnie po maleńkim plusiku).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Pożyczkowy wyścig zbrojeń. Niebankowe firmy dają Już 1500 zł bez odsetek. To groźne?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 listopada 2014 09:08
  • czwartek, 20 listopada 2014

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line