Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 30 listopada 2015
    • Masz oszczędności, lecz lękasz się Jarosława z Warszawy? Oto patent: fundusz kupujący...

      Czasy są takie, że każdy, kto posiada jakieś oszczędności, nerwowo rozgląda się w poszukiwaniu sensownej alternatywy dla banku. Jedni wybierają produkty strukturyzowane (przynajmniej ochronią kapitał). Inni stawiają na obligacje korporacyjne (nie zdając sobie sprawy, że może to być bardziej ryzykowna inwestycja od akcji). Jeszcze inni próbują zaznajomić się z funduszami inwestycyjnymi, które jednak mają opinię zbyt trudnych do ogarnięcia i ryzykownych. Funduszowcy wychodzą ze skóry, żeby przekonać nas, że ryzyko wcale nie jest problemem nie do przeskoczenia. Na rynku pojawiło się trochę funduszy tzw. absolutnej stopy zwrotu, których najważniejszą misją jest chronić kapitał inwestorów, a dopiero jeśli to się uda - wypracowywać zyski. Są też fundusze dążące do wypracowania określonej stopy zwrotu. W piątek opowiadałem Wam o nowym funduszu Aviva Investors, którego celem jest 5% zysku w skali roku oraz minimalizacja ryzyka straty. Jeszcze inny pomysł to fundusze, w ramach których pieniądze są lokowane w kilkanaście innych funduszy inwestycyjnych o określonym profilu. To tzw. fundusze funduszy, których zadaniem jest uśrednienie wyniku i zmniejszenie ryzyka inwestycji.

      W tym ostatnim kierunku idzie coraz więcej banków. Np. w ING wymyślili Konto Funduszowe, w ramach którego klient wybiera fundusze z różnych rodzin i stron świata i nie musi trudzić się nad wyborem jednego, konkretnego funduszu. Takie produkty tworzą także towarzystwa funduszy inwestycyjnych, w których możemy lokować pieniądze bez pośrednictwa banków. Jakiś czas temu opisywałem fundusze Skarbiec Top Funduszy, w ramach których klient może inwestować za jednym zamachem w wiele funduszy. Na podobnej zasadzie działa też fundusz funduszy Arka Platinum, lokujący pieniądze klientów nie tylko w Polsce, ale m.in. w globalne fundusze JP Morgan, Goldman Sachs, Schroder, czy Nomura. Za granicą fundusze funduszy też są modne jako oferta dla początkujących inwestorów - najpopularniejsze fundusze funduszy to HSBC Global Growth FoF (37% zysku w trzy lata), Jupiter Merlin Growth Portfolio (35% na plusie) i Sarasin FoF Global Equity (44% zarobku w trzy lata).

      Czytaj też: Wizerunkowa klęska funduszy inwestycyjnych. Byli klienci nie chcą wracać!

      Jedynym problemem związanym z funduszami funduszy są dość wysokie koszty - swoją opłatę za zarządzanie pobiera fundusz funduszy, a swoją - fundusze, które są w środku. Na tym tle ciekawą nowinką jest fundusz wprowadzany właśnie na rynek przez poznańskie towarzystwo funduszy inwestycyjnych Caspar. Tworzą je niegdysiejsi "uciekinierzy" z należącego do BZ WBK towarzystwa funduszy Arka: m.in. zarządzający Piotr Przedwojski i Błażej Bogdziewicz - ludzie znani na rynku i mający na koncie zarządzanie wielomiliardowymi górami pieniędzy. Caspar zarządza czterema funduszami inwestycyjnymi (m.in. lokującymi w Polsce, Turcji i w Europie Środkowej - w sumie 66 mln zł) i kilkuset portfelami bogatych inwestorów (385 mln zł). Nowy pomysł to fundusz... inwestujący w ETF-y ze wszystkich stron świata i globalne fundusze inwestycyjne

      Gros inwestycji funduszu Caspar Globalny - bo tak nazywa się nowinka - będą stanowiły ETF-y, czyli mało popularne jeszcze w Polsce tzw. jednostki indeksowe. To takie "automatyczne fundusze inwestycyjne", które są zarządzane przez komputery. A jak? Po prostu kopiują skład najróżniejszych indeksów giełdowych. Ponieważ kupują wszystkie akcje wchodzące w ich skład, gwarantują, że wynik nie będzie gorszy od średniej rynkowej (choć nie będzie też lepszy). ETF-y są bardzo tanimi "funduszami", inwestorzy płacą za zarządzanie tylko ułamki procenta w skali roku. Caspar Globalny chce kupować ETF-y z najróżniejszych stron świata i przekonać klientów, że warto wyściubić nos z Polski. Tym bardziej, że na warszawskiej giełdzie od pięciu lat indeksy stoją w miejscu lub spadają, podczas gdy w USA i Europie Zachodniej... Zresztą popatrzcie na wykres w tym filmie:

      Fundusz Caspar Globalny docelowo ma inwestować w ETF-y, które odzwierciedlają indeksy: spółek dywidendowych w Wielkiej Brytanii (10%), spółek japońskich (15%), globalnych spółek technologicznych (10%) i finansowych (10%), amerykańskich spółek medycznych (10%) i produkujących dobra luksusowe (10%), a także ceny złota i innych surowców (10%). Za zarządzanie ma pobierać prowizję w wysokości 1,95% rocznie (mniej, niż większość funduszy polskich akcji, pożerających 4-5% rocznie), a w pierwszym okresie zrezygnuje z opłaty dystrybucyjnej na starcie (większość funduszy akcji bierze z tego tytułu 5,5%). Minimalna inwestycja to 1000 zł. Jest tylko jedno "ale": fundusz powstanie, jeśli w tzw. okresie subskrypcji, który potrwa dwa miesiące, zgłoszą się inwestorzy gotowi powierzyć mu 10 mln zł. W Casparze mają nadzieję, że nie będzie z tym kłopotów.

      Czy taki fundusz ma sens? Dla kogoś, kto ma już lokaty bankowe, obligacje polskiego rządu, jakiś fundusz inwestycyjny lokujący w Polsce, może to być dobry pomysł na zróżnicowanie inwestycji, dołożenie do nich zagranicznego komponentu. Nie da się ukryć, że Polska nie jest pępkiem świata i choć akcje na warszawskiej giełdzie uchodzą za tanie (może z wyjątkiem "gwiazd" typu LPP, czy CCC). to jednak nie ma pewności czy inwestując pieniądze wyłącznie w kraju da się dobrze zarobić. Niejeden posiadacz oszczędności zastanawia się czy nowy rząd nie położy na łopatki budżetu państwa i naszej wiarygodności w oczach inwestorów światowych. Niepokoić mogą doniesienia o możliwej likwidacji OFE, co mogłoby oznaczać częściową nacjonalizację wielu giełdowych firm (i spadek ich atrakcyjności). Banki mają płacić specjalny podatek i oddawać pieniądze frankowiczom, sklepy płacić podatek od obrotów, a firmy energetyczne - dokładać się do ratowania górnictwa.

      Czytaj też: Gruba kasa popłynęła do funduszy. Tylko jak uniknąć nielotów?

      Czy w tej sytuacji nie byłoby dobrze nie pozostawać wyłącznie na łasce Jarosława z Warszawy i mieć część oszczędności ulokowanych w akcjach globalnych koncernów, takich jak Sony, Apple, czy General Motors? A być może przy okazji zapewnić sobie potencjalne frukty w sytuacji, gdyby złoty był coraz mniej warty w stosunku do euro i dolara?  Oczywiście: jest ryzyko, że w Ameryce hossa giełdowa się skończy (akcje są tam najdroższe w historii, a bank centralny przygotowuje się do podwyżki stóp procentowych, żeby schłodzić gospodarkę). Los Europy Zachodniej jest niepewny w obliczu zwalniającej gospodarki Chin i kryzysu zadłużenia państw oraz terroryzmu, w Północnej Afryce trwa wojna i exodus uchodźców, a Rosja nie mieści się już w sobie. Ryzyk jest dużo ale mimo wszystko uważam, że posiadacze oszczędności - przynajmniej tych nieco większych, niż kilka, kilkanaście tysięcy złotych - nie powinni ograniczać się do inwestowania tylko w kraju. Funduszy oferujących możliwości inwestowania poza granicami Polski jest już kilkadziesiąt (w tym najznamienitsze marki światowe, jak BlackRock, czy Franklin Templeton), więc naprawdę jest z czego wybierać.  

      OBEJRZYJ CYKL WIDEOPORADNIKÓW O OSZCZĘDZANIU. Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule. Poniżej wybrane odcinki cyklu, ale oczywiście polecam wszystkie! Sukskrybuj też mój kanał na Youtube, żeby być na bieżąco z kolejnymi klipami

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Masz oszczędności, lecz lękasz się Jarosława z Warszawy? Oto patent: fundusz kupujący...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2015 19:05
    • Od dziś bank nie może ci już wpisać do umowy groźnej klauzuli. Czy wpisze coś w zamian?

      Zakończył się ostatni etap agonii Bankowego Tytułu Egzekucyjnego. W piątek weszła w życie ustawa, która zabrania bankom wystawiania BTE, co oznacza, że żaden klient w nowej umowie kredytowej nie znajdzie już klauzuli, w której godzi się na przyspieszoną egzekucję w sytuacji, gdyby nie spłacił na czas kredytu. No, przynajmniej jeśli chodzi o egzekucję na podstawie BTE, bo zapewne w niejednej umowie pojawi sie "zamiennik" w postaci zapisu, że klient dobrowolnie zgadza się na egzekucję na podstawie art. 777 Kodeksu cywilnego. Tym, którzy nie pamiętają afery z BTE przypomnę tylko, że był to ultraszybki tryb ściągania pieniędzy z kredytobiorców będących w tarapatach. Bank w takiej sytuacji nie musiał się bawić w konwenanse, tylko szedł do sądu po klauzulę wykonalności dla BTE, a mając ją w ręku - od razu udawał się do komornika.

      Na upartego cała procedura mogła być przeprowadzona "zaocznie", czyli bez wiedzy dłużnika. A sąd nie zawsze sprawdzał czy w papierach wszystko się zgadza, więc czasem zdarzały się pomyłki i na podstawie BTE windykowano Bogu ducha winnych konsumentów. Sprawę zakończył Trybunał Konstytucyjny, który stwierdził, że banki nie powinny mieć uprzywilejowanej pozycji w dochodzeniu roszczeń, bo godzi to w konstytucyjną zasadę równości wszystkich podmiotów wobec prawa. I że BTE w zbyt dużym stopniu sprzyja bankom kosztem obywateli, więc musi zostać gruntownie zmieniony. Choć Trybunał dał parlamentarzystom czas na poprawienie sytuacji do sierpnia 2016 r. Formalnie do tego czasu BTE pozostawał prawną formułą zabezpieczenia kredytów - w każdym razie banki wystawiały nowe BTE i zgłaszały się do sądów po klauzule wykonalności tych wcześniej wystawionych - jednakowoż sądy dość często stawały po stronie kredytobiorców, nie godząc się na nadanie BTE klauzul wykonalności. Bo skoro BTE jest niezgodne z prawem, to nie powinno być stosowane bez względu na to czy już jest nowa ustawa, czy też jeszcze nie.

      Już jakiś czas temu pisałem, że BTE jest trupem. Ale oficjalny pogrzeb odbywa się dopiero dziś, kiedy wchodzi w życie ustawa, która umarza wszystkie nie zakończone postępowania dotyczące nadania bankowym tytułom egzekucyjnym klauzuli wykonalności. I czyni bezużytecznym wpisywanie do umów nowych kredytów zobowiązania klienta do poddania się BTE. Oczywiście BTE, które uzyskały już pieczątkę klauzuli wykonalności, zachowują ważność, bo prawo nie działa wstecz.

      "Jeżeli przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy wydano postanowienie w przedmiocie nadania klauzuli wykonalności bankowemu tytułowi egzekucyjnemu, dalsze postępowanie w sprawie o nadanie klauzuli wykonalności toczy się według przepisów dotychczasowych. Bankowy tytuł egzekucyjny, któremu nadano klauzulę wykonalności na podstawie przepisów dotychczasowych zachowuje moc tytułu wykonawczego także po dniu wejścia w życie niniejszej ustawy".

      "Zamiennik" BTE, czyli art. 777 Kodeksu cywilnego, o którym wspomniałem powyżej, nie jest już tak prostym dla banku narzędziem, bo wymaga sporządzenia i podpisania aktu notarialnego. Bardzo jestem ciekaw czy banki będą chciały go stosować, skoro nie mogą już wystawiać BTE. A może pójdą w dołączanie do umów kredytowych weksli, czyli równie łatwych w użyciu, jak BTE,  instrumentów pomagających odzyskać pieniądze od dłużnika? Może wreszcie... nie zrobią nic, po prostu wliczając w ceny nowo udzielanych kredytów wyższe koszty związane z windykacją tych, które nie będą spłacane prawidłowo? Podpisując umowę kredytową bardzo uważnie patrzcie co bank wpisuje do umowy zamiast BTE, a więc w jaki sposób jest zabezpieczona spłata Waszego kredytu, poza Waszym słowem honoru oraz osobistymi dochodami. Jest też pytanie co banki zrobią z umowami kredytowymi, które już trwają, ale zostały pozbawione możliwości szybkiej ścieżki windykacji należności. Czy będą próbowały namówić klienta na dopisanie do umowy jakiegoś innego zabezpieczenia?

      Co ciekawe, nowa ustawa - poza tym, że utrąca BTE zgodnie z życzeniem Trybunału Konstytucyjnego - dość mocno reguluje też tryb postępowania banku w sytuacji, gdy klient nie spłaca na czas rat kredytowych. Oj, nie będzie można odczekać dwóch miesięcy i wszcząć windykację zmierzającą do nasłania na klienta komornika. Teraz bank będzie zobowiązany do pieszczot względem klienta. Dopiero po obowiązkowych pieszczotach będzie mógł wypowiedzieć klientowi kredyt lub obniżyć jego wartość, żądając częściowej spłaty. A jakie to pieszczoty? Precyzuje je art. 75c.

      "Jeżeli kredytobiorca opóźnia się ze spłatą zobowiązania z tytułu udzielonego kredytu, bank wzywa go do dokonania spłaty, wyznaczając termin nie krótszy niż 14 dni roboczych.(....) bank informuje kredytobiorcę o możliwości złożenia, w terminie 14 dni roboczych od dnia otrzymania wezwania, wniosku o restrukturyzację zadłużenia. (...) Bank powinien, na wniosek kredytobiorcy, umożliwić restrukturyzację zadłużenia poprzez zmianę określonych w umowie warunków lub terminów spłaty kredytu, jeżeli jest uzasadniona dokonaną przez bank oceną sytuacji finansowej i gospodarczej kredytobiorcy. (...) Bank, w przypadku odrzucenia wniosku kredytobiorcy o restrukturyzację zadłużenia, przekazuje kredytobiorcy, bez zbędnej zwłoki, szczegółowe wyjaśnienia, w formie pisemnej, dotyczące przyczyny odrzucenia wniosku o restrukturyzację"

      Krótko pisząc - na mocy nowelizacji Prawa bankowego każdy klient banku uzyskuje prawo do zaproponowania bankowi zmian warunków spłaty zadłużenia. Bank co prawda nie musi się na taką restrukturyzację zgodzić, a jedynie "może" i "powinien", o ile jest to "uzasadnione oceną sytuacji". Ale jeśli bank nie pozwoli na restrukturyzację, to musi pisemnie złożyć szczegółowe wyjaśnienia. Na pierwszy rzut oka sytuacja kredytobiorcy się znacząco nie zmienia, ale dziś dostaję sporo sygnałów, że banki albo w ogóle nie odpowiadają na wnioski o restrukturyzację kredytu, albo odrzucają je po trzech miesiącach na zasadzie "nie bo nie", dorzucając w rozmowie z klientem, że nie muszą się tłumaczyć. Teraz już będą musiały nie tylko się wytłumaczyć, ale i przedstawić te wyjaśnienia na piśmie. A jak już coś jest na piśmie, to może być dowodem w sądzie, np. w sprawie o upadłość konsumencką. Bankowcy bardzo nie lubią zostawiać po sobie śladów, jeśli np. mogliby pójść klientowi na rękę, ale nie idą, bo tak jest im wygodniej. Konieczność uzasadnienia odmowy restrukturyzacji kredytu na piśmie może sprawić, że odmów będzie mniej. Albo, że banki będą szybciej oddawać długi firmom windykacyjnym, żeby problem mediacji zrzucić sobie z głowy

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Od dziś bank nie może ci już wpisać do umowy groźnej klauzuli. Czy wpisze coś w zamian?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 listopada 2015 09:11
  • niedziela, 29 listopada 2015
    • Kilka stówek ekstra-zarobku na dobrej lokacie, czyli tak dziś przyciąga się klienta z kasą

      Niskie stopy procentowe sprawiają, że powoli zaczną zmieniać się motywatory, którymi banki kuszą nas do przenoszenia ROR-ów od konkurencji. Przez lata tym najważniejszym argumentem było darmowe konto, brak prowizji za korzystanie z bankomatów oraz money-back. Banki mówiły: "konto masz w gratisie, ale im bardziej intensywnie z niego korzystasz, tym więcej pieniędzy ci oddamy za zakupy". To już zgrana płyta, choć sześć-siedem banków - z "kocim" bankiem na czele - wciąż ma tego typu programy w ofercie. Są coraz mniej atrakcyjne, więc i ich "skuteczność" jest mniejsza, niż to drzewiej bywało. Co w zamian? Uważam, że pałeczkę po money-backu przejmą preferencyjne lokaty oferowane tym klientom, którzy zdecydują się przenieść do nowego banku swoje domowe finanse. Ale nie chodzi mi o takie lokaty "na niby", czyli na miesiąc czy dwa, które mają "dawać po oczach" wysokim procentem, ale mogą zainteresować tylko tych klientów, którzy nie potrafią dobrze liczyć. Myślę o rzeczywistym, wysokim oprocentowaniu przez dłuższy okres.

      Jednym z ciekawszych tego typu przedsięwzięć jest możliwość ulokowania pieniędzy na 3-4% (dla większych pieniędzy, górny limit to 50.000 zł) bądź na 4-5% (dla mniejszych pieniędzy, do 10.000 zł) przez pół roku, którą oferuje Eurobank. Ta oferta kończy się już w poniedziałek, więc jest już ostatni moment, by z niej skorzystać. Warunki, które trzeba spełnić, są dość surowe - założenie ROR-u, przelewanie na ten ROR pensji i używanie karty - ale i nagroda może być porządna. Jeśli ktoś ma do ulokowania większą gotówkę (np. 50.000 zł), to spełniwszy wszystkie warunki przez pół roku może zarobić na promocyjnym depozycie o 500 zł więcej, niż na standardowym (1,5% w skali roku). No bo tak: 3% przez pierwsze trzy miesiące dają 375 zł odsetek, 4% przez kolejne trzy miesiące to 500 zł, zaś półroczna lokata na 1,5% w skali roku dałaby dochód w wysokości raptem 375 zł. Wychodzi ponad 80 zł ekstra-zysku miesięcznie, czyli więcej, niż na jakimkolwiek money-backu. Przy mniejszych kwotach depozytu "uzysk" wynikający z uczestnictwa w promocji Eurobanku jest oczywiście mniejszy.

      To jest, moim zdaniem, dość dobry i uczciwy pomysł na przyciągnięcie klientów, choć wolałbym, żeby dobry depozyt był nagrodą za lojalność dłużej, a nie tylko przez pierwsze pół roku. Niedawno taką filozofię zaczął promować np. Raiffeisen Polbank, ale trzeba powiedzieć, że bardzo ostrożnie dozuje stałym klientom korzyści w postaci lepszych depozytów :-). Bankowcy powinni wreszcie zrozumieć, że dobra lokata oferowana klientowi na dłuższy termin powoduje, że do banku chętniej przyjdą osoby posiadające oszczędności, a więc mające też dobre dochody - klientowska śmietanka, o którą bije się cała branża. Inna sprawa, że banki zwykle organizują tego typu promocje w sposób, który może przyciągnąć tylko poławiaczy okazji (którzy na pewno nie zostaną lojalnymi klientami na dłużej) lub klientów nie potrafiących zbyt dobrze liczyć. Przykład? Ostatnio widziałem w banku BPH coś o nazwie "nowy gatunek lokaty". Można dostać na depozycie 4% i to aż przez pół roku. Co trzeba zrobić? Mniej niż w Eurobanku - otworzyć konto osobiste i przelewać na nie 2000 zł miesięcznie lub więcej. Haczyk? Maksymalna wartość lokaty 4% na pół roku wynosi 10.000 zł. To oznacza, że mając taką właśnie kwotę do ulokowania można zyskać 125 zł w stosunku do "zwykłej" lokaty na 1,5%. Wychodzi więc z tego bonus w postaci 20 zł miesięcznie. Czy ktoś mający sporo oszczędności (a więc i wysokie dochody) skusi się na taki bonusik? Nie sądzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Kilka stówek ekstra-zarobku na dobrej lokacie, czyli tak dziś przyciąga się klienta z kasą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 29 listopada 2015 13:04
  • sobota, 28 listopada 2015
    • Pomarańczowa alternatywa, czyli kolejny bank odpala nowy system. Pomoże w oszczędzaniu?

      Latem zapowiadałem Wam, że ING, piąty największy bank w Polsce, szykuje się do tego, by zaryczeć, czyli zaprezentować wreszcie nowy system transakcyjny. Przyznam szczerze, że od używania tego dotychczasowego trochę bolały mnie zęby i w skrytości ducha dziękowałem losowi, że nie muszę z niego korzystać na co dzień (dziś mam w ING trochę oszczędności na "oszczędnościówce", fundusz inwestycyjny i kartę kredytową, więc zaglądam tu rzadko). Teraz ING dołącza do banków mających nowoczesny sposób komunikowania się z klientami: nowy system został włączony większości klientów, a kto jeszcze nie może go używać, dostanie taką opcję najdalej w ciągu kilku dni. Zajrzałem więc do ING, żeby sprawdzić czy jestem wśród "szczęśliwców" i wypróbowałem nowy wynalazek "lwa".

      Potwierdziło się to, co wcześniej anonsowałem na podstawie projektu, który pokazywali mi w ING: najważniejszą różnicą w stosunku do starej wersji - i do tego, co ma konkurencja - jest bardzo przejrzyste spojrzenie na domowe finanse przez pryzmat dnia (ile mam na koncie, w oszczędnościach, inwestycjach i jakie mam długi), miesiąca (na co wydawałem ostatnio kasę) i roku (jak kształtowała się relacja dochodów i wydatków w poszczególnych miesiącach, jakie mam zdefiniowane cele oszczędnościowe i jaki jest stan ich realizacji). Tak "pojemnej", a przy tym przejrzystej strony głównej bardzo brakowało w poprzednim systemie ING. W układzie dzień-miesiąc-rok znalazło się też miejsce na zajawki najważniejszych "wodotrysków" oferowanych przez ING, czyli możliwości przechowywania paragonów w smartfonie (bardzo się przydaje), płatności mobilnych BLIK oraz programu lojalnościowego (za każde 5 zł wydane przez klienta bank przyznaje 1 pkt., który można potem wymienić na rabaty w "sklepiku" ING).

      Drugim wyróżnikiem nowego systemu ING (ale to już trudno uznać za coś ekstra, a raczej zlikwidowanie istniejącego defektu) jest zmiana podejścia do pieniędzy z produktowego na problemowy. Na górnej belce, która uzupełnia ekran główny, zamiast możliwości kliknięcia fiszek "konta", "karty" i "kredyty" są sekcje tematyczne. najważniejsze to "Moje finanse" - tu po jednym kliknięciu rozwija się menu z informacjami o tym jakie produkty finansowe posiadamy, "Wykonaj transakcję" - czyli podzielony na kilka etapów (wybór konta źródłowego i docelowego, razem z wyszukiwarką kontrahentów a la mBank) przelew, "Zarządzaj finansami" - czyli historia transakcji, wykaz zaplanowanych transakcji, ustalanie limitów wydatków w ramach rodzinnego budżetu i możliwość definiowania celów oszczędnościowych. W oddzielnej fiszce znalazły się informacje o ofercie banku (czyli co mógłbym w nim jeszcze mieć, gdybym chciał) oraz wieści o programie lojalnościowym.

      ingprzelew_wasny

      Fajnym pomysłem, choć też nie można powiedzieć, że w ING w tym aspekcie wynaleźli ogień, jest możliwość definiowania tzw. celów oszczędnościowych. W ramach np. konta oszczędnościowego można sobie zdefiniować kilka pomysłów na oszczędzanie (które później, wraz ze stopniem realizacji, będą się pokazywały na stronie głównej). Pieniądze zgromadzone w ramach celu są "zablokowane" na koncie i zdejmowane z salda dostępnego. Można je "odblokować" za pomocą opcji "wypłać z celu". Jak ktoś ma ROR, to może zlecić stały przelew raz w miesiącu, a jeśli nie ma - to musi dopłacać "z ręki". W każdym razie możliwość "wydzielenia" kawałka konta oszczędnościowego na celowe lokowanie oszczędności to rzecz, której w wielu bankach mi brakuje. To może fajnie zadziałać łącznie z programem Smart Saver, czyli możliwością przerzucania na konto oszczędnościowe końcówek transakcji dokonywanych kartą debetową w sklepach.

      ingdodajcel

      System ING jest przejrzysty, przyjazny graficznie, ale jednocześnie bardzo ascetyczny w formie. Jako dość częsty użytkownik systemu mBanku wchodząc do ING mam nawet wrażenie dojmującej pustki :-). To oczywiście złudzenie optyczne - jak się trochę po nowym systemie ING pochodzi, to okazuje się, że niczego z podstawowych rzeczy w nim nie brakuje. No, może poza opcją bezpośredniego kontaktu z konsultantem via czat, lub Skype. Wideokonferencja to w XXI wieku jest już jednak podstawowa funkcja e-bankowości. Szkoda, że w ING o tym zapomnieli. Na wielki plus trzeba im zapisać, że klienci mogą wymiennie korzystać z nowego i starego systemu. Kłopot w tym, że jak wszedłem kilka razy do nowego systemu zaraz po zalogowaniu, system nie zapamiętał mojego wyboru i cały czas domyślnym systemem jest dla mnie ten stary. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Pomarańczowa alternatywa, czyli kolejny bank odpala nowy system. Pomoże w oszczędzaniu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 listopada 2015 14:17
  • piątek, 27 listopada 2015
    • Jak wypłacając pieniądze z bankomatu poczuć się... lepszym człowiekiem? Oni mają patent

      Bankomat był dla mnie do tej pory urządzeniem bezdusznym, którego używałem wyłącznie pod przymusem, w sytuacjach awaryjnych, gdy nie byłem w stanie załatwić pewnych spraw bez udziału gotówki. Chyba nie tylko ja tak mam, bo z ostatnich danych NBP wynika, że choć liczba bankomatów w Polsce rośnie, to liczba transakcji w tych urządzeniach z kwartału na kwartał jest mniejsza. Co prawda zbyt wcześnie jeszcze, by powiedzieć, że to schyłek branży bankomatowej, ale z całą pewnością powinna zastanawiać się jak żyć w świecie, w którym coraz częściej za zakupy będziemy płacili kartą, zaś w przyszłości - telefonem. Sieci bankomatowe starają się być bardziej przyjazne - wprowadzają wypłaty z autoryzacją biometryczną oraz wypłaty zbliżeniowe - oraz zwiększają zakres świadczonych usług. Przykładem może być pośrednictwo w wypłacaniu przekazów i transferów pieniężnych z zagranicy, czy choćby wypłaty banknotów w wielu walutach (i oczywiście doładowania).

      To wszystko są ciekawe rzeczy, ale w przyszłości konsumenci będą potrzebowali coraz silniejszych impulsów i motywacji, by podejść do bankomatu. Być może takim motywem mogłaby być okazja, by odebrać jakiś zniżkowy kupon w programie rabatowym? Nie wydaje się, by w programach rabatowych, organizowanych wspólnie przez bank-wystawcę kart i sieci sklepów, któryś z partnerów miałby interes w dopraszaniu sieci bankomatowej (zwłaszcza, że do wypłat bankomatowych bank dopłaca, a na transakcjach kartowych zarabia), ale jestem w stanie sobie wyobrazić rodzaj bankomatowej loterii, w której każdy wypłacający pieniądze z bankomatu dostawałby jakiś kupon rabatowy na zakupy w sklepie znajdującym się nieopodal. Gdyby tych sieci handlowych było przynajmniej kilka i były to popularne marki, to niewykluczone, że deal mógłby się udać (choć pytanie ile dodatkowych transakcji bankomatowych musiałyby obsłużyć bankomaty, by zwrócił się koszt współpracy z sieciami handlowymi).

      dobro1Tymczasem za serce chwycił mnie inny, działający już od kilku tygodni, pomysł sieci bankomatowej Euronet - możliwość wpłacenia przez bankomat darowizny na konto jednej z dużych organizacji charytatywnych. Natknąłem się na tę opcję zupełnym przypadkiem, przy okazji wizyty w centrum handlowym. Bankomat nie dość, że był wyposażony w ekran dotykowy, to jeszcze obok wypłaty gotówki zaproponował mi możliwość przekazania darowizny. Oczywiście skorzystałem, bo grzechem byłoby nie skorzystać, skoro okazja, by stać się lepszym człowiekiem, sama wpada w ręce. Do tej pory tylko raz w roku zdarzała mi się taka sytuacja - gdy kwestują ludzie Jurka Owsiaka. Nie sposób się na nich nie natknąć. Ale tak poza tym jednym dniem dobroczynność (oczywiście jeśli nie dajemy pieniędzy każdemu, kto poprosi o to na ulicy) wymaga pewnego wysiłku - trzeba znaleźć numer konta wspieranej organizacji, zalogować się do konta bankowego, wypełnić formatkę przelewu... Wiem, to nie jest rocket science, ale w porównaniu z możliwością pomagania za pomocą bankomatu... Stoję przy maszynie, wklepałem już PIN i co mi zależy, żeby przy okazji wypłacenia gotówki nie przelać pieniędzy na pomoc dzieciom, zwierzętom albo biednym.

      Przelew darowizny wygląda dokładnie tak samo, jak zwykła wypłata. Po wybraniu opcji darowizny wystarczy wybrać określoną dobro2organizację, podać PIN i kwotę. Ani Euronet, ani bank-wystawca karty nie pobiera za taki przelew żadnej prowizji. Po sfinalizowaniu przelewu dostałem wydruk z regulaminem usługi i drugi, potwierdzający dokonaną wpłatę, która upoważnia mnie do odliczenia kwoty darowizny od podatku. Najniższa kwota darowizny to 1 zł, a najwyższa - 500 zł. Do wyboru są znane i renomowane "firmy" charytatywne: PCK, Polska Akcja Humanitarna, czy WWF, jak i nieco mniej znane: Fundacja Dzieciom "Zdążyć z pomocą", Fundacja Viva (ruch na rzecz zwierząt) i Fundacja "Przyjaciółka". Przydałby się jeszcze Jurek Owsiak i - dla równowagi - Caritas. Wpłaty charytatywne to bardzo dobry pomysł Euronetu powodujący, że maszyny do wypłacania gotówki zyskały "duszę". Tak się zastanawiam czy Euronet przypadkiem nie mógłby na podobnej zasadzie prowadzić jakichś kont oszczędnościowych, albo wprowadzić dla klientów program z gatunku: "idziesz na zakupy? przy okazji wpłać 10 zł na swój fundusz emerytalny").

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Jak wypłacając pieniądze z bankomatu poczuć się... lepszym człowiekiem? Oni mają patent”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 listopada 2015 08:56
  • czwartek, 26 listopada 2015
    • Fundusz we-wszystko-inwestujący, gwiazda na pokładzie i... zysk 5% rocznie prawie bez ryzyka?

      O tym, że przeciętny ciułacz kurczowo trzyma się banku jako jedynego godnego miejsca dla swoich oszczędności, piszę w blogu średnio raz w tygodniu. Wydawało się że spadek oprocentowania depozytów do 2-3% w skali roku spowoduje przełom mentalny w głowach tych Polaków, którzy mają jakieś oszczędności. Średnie oprocentowanie depozytu spadło jednak już do 1,6% (przy założeniu, że za punkt odniesienia uznamy stawkę WIBOR 3M), a odwrotu od banków nie widać. Owszem, jeśli jakaś firma wystawi do sprzedaży swoje obligacje korporacyjne, to zwykle sprzedają się one na pniu. Ministerstwo Finansów pochwaliło się kilka dni temu, że na ofertę jej obligacji 11-miesięcznych (Listopadowa 11-tka) skusili się posiadacze 600 mln zł oszczędności (jeszcze można się zapisywać). Z banków i od pośredników dochodzą z kolei sygnały, że coraz lepiej sprzedają się produkty strukturyzowane (dają szanse, zwykle niewielką, na zysk wyższy, niż na depozycie i gwarancję kapitału). Tyle, że mówimy wciąż o jakichś promilach pieniędzy, które mają w bankach Polacy.

      Co może być przełomem? Wciąż liczę, że pierwszym krokiem w drodze przeciętnego ciułacza od oszczędzania do budowania portfela oszczędności mogą być fundusze inwestycyjne. Ale takie, które będą potrafiły wzbudzić trochę emocji wokół naszych portfeli. Którym uda się przekonać nas, że to nie kolejka śmierci, jadąca to 50% w górę, to 20% w dół, lecz raczej pnący się w górę - szybciej lub wolniej - solidny pociąg pancerny, albo inny czołg. Tych warunków nie spełniają nudne fundusze inwestujące w akcje - i to tylko w Polsce - albo tylko w papiery dużych albo małych spółek, albo firm farmaceutycznych lub w zieloną energię. W nich nie ma wystarczająco dużo seksu. W sprawie ociekającej - podobno - seksem oferty nowego funduszu inwestycyjnego zaprosiło mnie towarzystwo Aviva Investors należące do brytyjskiego koncernu ubezpieczeniowego. Fundusz nazywa się Aviva Oszczędnościowy. a jego głównym wyznacznikiem jest to, że ma inwestować w taki sposób, żeby przynosić dochód o 5% wyższy, niż stopy procentowe NBP przy bardzo minimalnym ryzyku straty. Przy obecnej ich wysokości (1.5%) i po odjęciu opłaty za zarządzanie (o niej dwa słowa napiszę dalej) mówimy o zobowiązaniu, że fundusz postara się "wykręcić" ok.  5% w skali roku. Nie mniej, ale też nie więcej. Dwa razy tyle, ile można mieć na dobrych lokatach bankowych.

      Czytaj też: Aviva i program systematycznego oszczędzania, który można kupić... w necie

      Oczywiście: ten fundusz, tak samo, jak każdy inny, nie gwarantuje osiągnięcia "obiecywanego" wyniku. Ale jego stratega podobno jest tak zbudowana, żeby był jak najmniej "wahliwy" i żeby klienci prawie nigdy nie oglądali go z wynikiem "pod kreską". A nawet jeśli się tam znajdzie, to w skali trzyletniej inwestycji zawsze ma wrócić do średniej wynikającej z celu pt. "stopa NBP plus 5%". Z tego co mówią zarządzający wynika, że strategia funduszu będzie oparta na trzech punktach. Po pierwsze na standardowych inwestycjach na rynku akcji, obligacji, walut, nieruchomości, surowców i innych aktywów na całym świecie. Po drugie na szukaniu okazji wynikających z zaniżonych wycen jakichś aktywów (np. po jakiejś dużej katastrofie naturalnej inwestorzy wpadają w panikę i wyprzedają akcje, co oznacza często okazję do zakupów tańszych, niż zwykle). Punkt trzeci to strategie, które mają zmniejszać ryzyko inwestycji funduszu. Jeśli fundusz np. będzie inwestował w akcje na rynkach wschodzących, to "zabezpieczy" się lokatą we frankach (bo jeśli awersja do ryzyka rośnie, to ceny akcji na tych rynkach spadają, a kurs franka w tym samym czasie rośnie).

      Ten skomplikowany plan ma realizować ekipa z Londynu, która od półtora roku zarządza już identycznym funduszem o nazwie Aviva Investor Multi-Strategy Target Return Fund (to w jego udziały będzie inwestował polski fundusz). Patrząc na sposób lokowania pieniędzy klientów przez ten fundusz rzeczywiście można dostać oczopląsów. Żółte kawałki tortu to inwestycje związane z rynkami akcji (i to zarówno gra na wzrosty cen akcji, jak i na spadki), szare kawałki odzwierciedlają inwestycje obliczone na zmiany stóp procentowych i ich wzajemne między sobą relacje, zielone kawałki to inwestycje w relacje kursów walut.

      portfelfunduszaviva   

      Zerknąłem do jego wyników i wychodzi na to, że na razie ekipa sprawuje się nieźle. Stopa zwrotu za ostatni rok wynosi jakieś 6,3% (w euro), zaś za ponad półtora roku - mniej więcej 10%. Fundusz ciekawie zachował się w ostatnim tygodniu, kiedy akcje solidnie leciały w dół na światowych giełdach po strąceniu przez Turków rosyjskiego bombowca - spadł tylko minimalnie. Ale też potrafił przez pół roku (od marca do sierpnia) przynosić straty - w tym czasem jednostka uczestnictwa straciła 2%.

      avivaperformance

      Cóż, po owocach ich poznamy. Półtora roku to wciąż króciutka historia, na niektórych zachodnich rynkach fundusze z tak krótką historią czasem nie są nawet dopuszczane do sprzedaży u renomowanych dystrybutorów. Wszystko zależy od tego, czy zarządzający w Londynie będą w stanie tak skalibrować inwestycje, żeby "wycisnąć" te 5% powyżej oficjalnych stóp procentowych, nie podejmując przy tym decyzji powodujących okresowe palpitacje serca u inwestorów, obserwujących zbyt dużą zmienność notowań. Aviva nęci nie tylko skomplikowaną, ale jednocześnie obiecującą względne bezpieczeństwo pieniędzy strategią. Zeszła też z prowizji. Opłata za zarządzanie funduszem wynosi 1,5% w skali roku (przeciętny fundusz polskich akcji pobiera 4%), a najważniejsze jest to, że w tej kwocie jest już też zawarty koszt zarządzania funduszem "docelowym" w Londynie. Oczywiście opłata będzie zawarta w wynikach funduszu. Aviva rezygnuje też z opłat manipulacyjnych przy zakupie (nawet jeśli będziemy kupować fundusz u "stacjonarnych" sprzedawców).

      avivareklamaPrzedstawiciele Avivy uważają, że to może być propozycja dla osób, które do tej pory nie miały wiele wspólnego z funduszami. Fundusz będzie miał - jako jeden z nielicznych funduszy inwestycyjnych - porządny marketing z celebrytą w pakiecie. Twarzą multi-strategicznego funduszu będzie bowiem sama Małgorzata Kożuchowska znana m.in. z serialu Rodzinka.pl, a w styczniu i lutym reklamy funduszu będą nawet w telewizji. Aviva Oszczędnościowy ma też być dostępny online, a minimalna wysokość pierwszej wpłaty: 1000 zł - choć wyższa, niż w standardowych funduszach - nie jest dużą barierą wejścia dla kogoś, kto ma kilka groszy przy duszy. W Avivie marzą, żeby za trzy lata w tym funduszu było 6 mld zł, czyli 1% tego, co dziś gromadzimy na bankowych depozytów. Ambitnie, nie powiem. Jednak przy wysokiej jakości zarządzaniu, dobrym marketingu, sprawnych sprzedażowcach (nie bez kozery Aviva kupiła niedawno Expandera), niskich kosztach i możliwości prostego kupowania udziałów online (nawet klient "z ulicy" może wejść do gry bez wypełniania żadnych papierów) to się może udać. Kluczem będzie realizacja obietnicy dotyczącej 6-procentowego zysku przez pierwsze kwartały i lata.

      OBEJRZYJ CYKL WIDEOPORADNIKÓW O OSZCZĘDZANIU. Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule. Poniżej wybrane odcinki cyklu, ale oczywiście polecam wszystkie! Sukskrybuj też mój kanał na Youtube, żeby być na bieżąco z kolejnymi klipami

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Fundusz we-wszystko-inwestujący, gwiazda na pokładzie i... zysk 5% rocznie prawie bez ryzyka?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 listopada 2015 20:03
    • Niepokojące? Gdy czujesz się kochany za mocno, zbyt gwałtownie. A namiętność nadchodzi nagle

      To naprawdę wzruszające, kiedy bank nagle sobie o tobie przypomina i proponuje ci świetne warunki kontynuacji współpracy w momencie, gdy z tej współpracy właśnie rezygnujesz. Przez wiele miesięcy lub lat znosiłeś (lub znosiłaś) cierpliwie upokorzenia w postaci promocji "tylko dla nowych środków" albo "tylko dla nowych klientów". Bank trzymał cię z dala od najlepszych ofert, przekonywał do płacenia za coś, za co nowy klient płacić nie musi, a przede wszystkim - golił uczciwie i bez znieczulenia. Do czasu. Wszystko odmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy...

      "Przelewałam większą kwotę na lokatę w Getin Banku. Wpisałam wszystkie dane do przelewu w formatce Alior Banku, kliknęłam na 'potwierdź' i - zamiast przekierowania do miejsca, gdzie będę mogła uwierzytelnić przelew SMS-em, wyskoczyła informacja: Właśnie wykonujesz przelew do Getin Noble Bank, wstrzymaj się chwilę z jego realizacją i skorzystaj z przygotowanej dla Ciebie dedykowanej oferty depozytowej. Proponujemy Ci lokatę z oprocentowaniem aż 2.5% na okres trzech miesięcy"

      Czyż to nie rozczulające? Bank, który na co dzień ma - jak twierdzi czytelniczka - fatalną ofertę tak bardzo nagle zaczął dbać o relacje z klientem. Do tego stopnia o nie dba, że informuje klienta, iż ten właśnie przelewa pieniądze do konkurencyjnego banku. I zaprasza do porzucenia tej głupiej myśli. Można byłoby pochwalić takie mechanizmy (zapewne dotyczą one każdego klienta wysyłającego większą kwotę do banku, który ma potencjalnie dobrą ofertę depozytową), ale czy aby to wszystko nie dzieje się już trochę poniewczasie?

      "Trzy lata czekałam na sensowną propozycję depozytu. Z tego rozczulenia chyba napiszę e-maila do Alior Banku, że doceniam ich dobroć, ale robią to źle, że tak na pewno nie utrzymają klienta, tylko jeszcze bardziej mu uświadomią jak źle był traktowany do tej pory"

      - pisze czytelniczka. I rzeczywiście, napisała do banku, że przykro jej, iż przypomnieli sobie o jej potrzebach finansowych dopiero po wielu latach współpracy, zasugerowałam pewne zmiany w tzw. customer service, zwróciła uwagę na to, co jej się nie podoba i dlaczego przestała się czuć usatysfakcjonowana. Pismo było podobno delikatne i grzeczne. Ponoć firmy lubią utrzymywać kontakt z klientem i słuchać o jego potrzebach. Tyle teoria. Bo praktyka jest taka, że w odpowiedzi moja czytelniczka dostała standardowy e-mail, ze głosy od klientów są dla banku ważne i jeśli ma jakieś pytania i uwagi, to ma się nie krępować i pisać. No właśnie, do ciężkiej cholery, ona to właśnie zrobiła i została po raz kolejny zignorowana. Kurtyna.

      "Normalnie nie wytrzymałem i musiałem się komuś pożalić, a że żony akurat nie ma, to padło na Pana. :-)" - pisze do mnie kolejny czytelnik. W banku na "m" trzyma nieznaczną ilość tzw. środków pieniężnych i poza tym w zasadzie konta nie używa. Nie ma wpłat, wypłat, debetów, po prostu ma konto i na nim trochę złotówek. Jak to w banku. Wydawałoby się - nic się nie dzieje. Nuda wręcz. Nuda nudą, ale bank o takich klientach nie zapomina, podskórnie czując, że klient może być nie do końca usatysfakcjonowany nie posiadając debetu, karty kredytowej, kredytu gotówkowego albo przynajmniej ratalnego.. Ale w korespondencji tego banku do klienta było coś dziwnego. Coś niepokojącego.

      "Przez ostatnie 6 miesięcy mój bank przysłał mi osiem informacji o różnych zmianach regulaminów, tabeli, warunków, oprocentowań i właściwie wszystkiego co tylko można było zmienić. Gdzieś widziałem nawet informację o zmianie nazwy banku. Świetnie, bo jak to mówią - "zmiany są dobre, bo są dobre" (czy jakoś tak). Te osiem zaadresowanych do mnie wiadomości przekierowało mnie do osiemnastu bardziej szczegółowych komunikatów o wszechstronnych zmianach. Przyznam się szczerze, że od kwietnia z własną matką nie kontaktowałem się tak często, jak bank ze mną. W tych osiemnastu komunikatach było sporo tabel i regulaminów. Nie ukrywam - było co czytać. Ale zapoznanie się z nimi to jak osiągnięcie własnej nirwany. Powiem więcej - to jak podskoczenie wyżej własnej dupy"

      Przez 6 miesięcy bank mojego klienta poprosił o przeczytanie 1047 stron tabel i regulaminów. Nie, w tej liczbie nie ma opuszczonego przecinka - chodzi o ponad tysiąc stron. Powiecie - czepia się facet. Przecież i tak nikt tego nie czyta. Wystarczy przejrzeć z grubsza, wrzucić do niszczarki i nie tracić życia na przejmowania się makulaturą. Oczywiście, przecież tabele i regulaminy to tylko takie luźne, wesołe historyjki traktujące z grubsza o pieniądzach. O nie, moi drodzy. To wiedza, której nieznajomość bank będzie karał z całą stanowczością. I będzie wymagał potwierdzenia, że klient ją zaakceptował w przypadku każdego kontaktu z bankowcem. To wiedza, która w chwili próby zostanie bezlitośnie zweryfikowana. To wiedza, bez której nie zasługujecie nawet na numer klienta. To coś, bez czego w świecie banków nie-is-tnie-je-cie. W ostatniej wiadomości adresowanej do mojego czytelnika jest też informacja, aby w wolnej chwili zapoznał się z ofertami ubezpieczenia. Wreszcie jakaś normalna oferta handlowa, a nie tylko zmiany regulaminów, tabel, taryf i innych formalności.

      "Oczywiście, uczynię to jak najszybciej i jak najdokładniej. Zapoznam się, przeczytam, zapamiętam, wynotuję, potwierdzę, podzielę się, zalajkuję, zahejtuję. Obiecuję, banku mój. W oczekiwaniu na kolejny kontakt i zmiany na lepsze"

      - pisze klient radosny, że bank wreszcie przestał kazać mu czytać paragrafy i zaczął wymagać czytania tego, co czytają klienci innych banków. Ja wszystko rozumiem - prawo wymaga wysyłania klientom zmienianych dokumentów w całości nawet jeśli zmiany są drobne i techniczne. Ale może, do ciężkiej cholery, bank na "m" nie musi zmieniać regulaminów raz na miesiąc? A na koniec obejrzyjcie sobie jeszcze dwie moje opowiastki z dużą liczbą stron w tle :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Niepokojące? Gdy czujesz się kochany za mocno, zbyt gwałtownie. A namiętność nadchodzi nagle ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 listopada 2015 08:48
  • środa, 25 listopada 2015
    • Chcą złoić biednych, żeby rozdać biednym? Czas na poradnik początkującego Robin Hooda :-)

      Miałem we wtorek przyjemność gościć w programie telewizyjnym "Świat się kręci", w którym komentowałem obietnice wyborcze PiS i nędzny stan ich realizacji :-). A jest naprawdę źle! Rząd jeszcze na dobre się nie rozpędził, a już słyszymy od premier Beaty Szydło, że 500 zł na dziecko - nawet na drugie dziecko! - niekoniecznie będzie dotyczyło wszystkich rodzin (premier mówi, że godne rozważenia jest wprowadzenie progu dochodu uprawniającego do uczestnictwa w programie). A wicepremier Mateusz Morawiecki z rozbrajającą szczerością zapowiada, że obietnice się zrealizuje, jak się znajdzie kasa. "O ile jestem przekonany, że stosowne ustawy będą gotowe w ciągu najbliższych 100 dni, o tyle sekwencja wdrażania nowych rozwiązań i związanych z nimi obciążeń będzie rozłożona w czasie" - powiedział w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

      O podwyższeniu kwoty wolnej od podatku - to inna obietnica wyborcza - mówi, że "powinna być zwiększana, ale czy skokowo od razu do 8.000 zł, czy w pewnej sekwencji, to jest kwestia do dyskusji. Będę raczej optował za „fazowaniem" tego ruchu. Opowiadam się też za większą progresywnością w tym przypadku". A więc kwota wolna wzrośnie, ale na raty i nie dla każdego tak samo. Chłopaki i dziewczęta w kampanii wyborczej obiecali coś zupełnie innego, ale to pikuś. Ja akurat z tego zarzutu im robił nie będę. Co więcej, przyznam, że nie raz i nie dwa dałem na tacę, żeby nie próbowali spełniać swoich obietnic, bo to by oznaczało zniszczenie wiarygodności Polski i wartości naszej waluty (a więc i wyzerowanie naszych oszczędności). Choć oczywiście przykro mi z powodu tych wszystkich Polaków, którzy dali się nabrać, gdyż nie wiedzą, że rząd już dziś - i bez spełniania nowych obietnic - wydaje o 40-50 mld zł rocznie więcej, niż zbiera z podatków.

      Ale nie o tym chciałem. W telewizji (zwłaszcza jak się jest w programie infotainment, w którym wiedza ma rozrywać użytkownika :-)), jak to w telewizji, obowiązuje świat prostych wartości. Albo coś jest dobre, albo złe. Czarne lub białe. Nie ma czasu na dywagi i rozdzieranie szat. W inkryminowanym programie byłem łaskaw wyrazić więc opinie, że: a) rząd albo ograniczy realizację obietnic (co właśnie zaczyna czynić), albo zrobi nam wszystkim kuku, zwiększając jeszcze bardziej polski dług, b) ekstra-opodatkowanie banków i supermarketów spowoduje, że najbiedniejsi będą płacić wyższe rachunki. Mój adwersarz, wyraził opinię, że nie po to ludzie zmienili rząd, żeby było status-quo. I ma rację. Pytanie tylko jak zmieniać status, żeby puszczać pary w gwizdek. Przygotowałem "Niezbędnik dobrego Robin Hooda". Do wykorzystania przez dowolną władzę nieodpłatnie i w dowolnym terminie :-).

      Punktem wyjścia jest fakt, że RZĄD NIE MA WŁASNYCH PIENIĘDZY. Rząd zajmuje się wyłącznie rozdziałem pieniędzy, które od nas zbierze. Nie ma własnej kasy, więc nie może nic "dać". To znaczy może, ale najpierw musi zabrać (od wszystkich lub od niektórych) lub skądś pożyczyć (będziemy musieli oddać z odsetkami). Drugie założenie: IM WIĘCEJ RZĄD ZABIERA I ROZDAJE, TYM WIĘCEJ TO KOSZTUJE. Pensje urzędników, ściganie oszustów, koszty administracyjne...Dlatego jeśli rząd musi się wcinać i uskuteczniać redystrybucję, to musi to być uzasadnione ważną potrzebą (pokonywanie jakichś nierówności, których nie da się wyrównać pozwalając zamożnym, by stawali się jeszcze bardziej zamożni :-)). Trzecie założenie: jeśli chce się więcej rozdawać, to warto się zająć tym, żeby naród się bogacił. JEŚLI BĘDZIEMY SIĘ BOGACILI, TO PODATKI NIE MUSZĄ ROSNĄĆ, A KASY DO PODZIAŁU BĘDZIE WIĘCEJ. Niestety, proces bogacenia trwa, więc pula pieniędzy do redystrybucji rośnie wolno. Oczywiście, rząd może też próbować SKUTECZNIEJ ŚCIGAĆ TYCH, KTÓRZY UNIKAJĄ PŁACENIA PODATKÓW. To też łatwiej powiedzieć na wiecu wyborczy, niż wcielić w życie.

      Kiedy rząd tak myśli o tych wszystkich kłodach, to może dojść do wniosku, że zamiast czekać aż naród się wzbogaci lub ścigać bez końca tych, którzy oszukują, należy po prostu... Podwyższyć podatki. Rozwiązanie to jest genialne w swej prostocie. Można mieć więcej pieniędzy do podziału i nie trzeba kiwnąć palcem w bucie. Jest jednak pewien drobny problem. Nikt nie lubi jak mu zabierają :-). ŻADEN RZĄD NIE CHCE ZABIERAĆ TYM, KTÓRZY GŁOSUJĄ W WYBORACH, bo wtedy mogą zagłosować na kogoś innego. Na Tuska na przykład. Jak szybko zebrać kasę, żeby mieć więcej do rozdawania i nie wkurzyć ludzi? Myślały nad tym potężne umysły i wpadły na to, że... ZAMIAST PODWYŻSZYĆ PODATKI LUDZIOM, TRZEBA PODWYŻSZYĆ JE FIRMOM, W KTÓRYCH LUDZIE ROBIĄ ZAKUPY.  Na przykład supermarkety i banki. Banków nikt nie lubi, supermarketów też, więc naród się nawet ucieszy, że kasy będzie więcej, a nikomu się nie zabierze. Po prostu "wystarczy lepiej rządzić".

      Zasadniczo dobry pomysł, niech gnomy płacą. Jestem ostatnim, który by ich bronił. Ale z drugiej strony chodzi mi po głowie niepokojąca myśl, że OPODATKOWANE FIRMY PRZERZUCĄ CZĘŚĆ WYŻSZEGO PODATKU NA KLIENTÓW. Bo dlaczego miałyby zarabiać mniej? Których klientów złoją? Nie tych najzamożniejszych, a więc i dla nich najcenniejszych, lecz TYCH NAJBIEDNIEJSZYCH, KTÓRYCH MOŻNA BEZKARNIE, MASOWO ZŁOIĆ. Bankowe konta dla VIP-ów nadal będą za darmo, żeby nie wiem co się działo z podatkami. A takie zwykłe, dla szaraka? Tu nikt w bankach nie będzie się pieścił. Kredyty są drogie? To będą jeszcze droższe - podwyższy się prowizje z 20% do 25%. Biedak i tak jest pod ścianą, więc weźmie kredyt, choćby kosztował 100%. Jak bank nie da, to pójdzie do firmy pożyczkowej. Bogatemu wszystko jedno, bo on nie bierze kredytów albo bierze od razu duży, ze specjalnie obniżoną marżą, bo jak ktoś trzyma w banku 100.000 zł albo więcej, to się mu nie oferuje drogich kredytów. 

      A może banki trzeba jak najbardziej opodatkować, bo są zbyt pazerne? I od tego staną się mniej pazerne? Mam w głowie straszną myśl, że WYŻEJ OPODATKOWANE BANKI BĘDĄ TAK SAMO PAZERNE, JAK NIŻEJ OPODATKOWANE, BO PAZERNOŚĆ LEŻY W ICH NATURZE.. Jeśli chcemy coś z tym zrobić, to głosujmy nogami i pokazujmy naszą konsumencką moc. Wybierajmy tańsze usługi zamiast droższych, nie idźmy do banków, które kantują bardziej niż pozostałe. Ekstra-podatki od hipermarketów, banków, aptek albo salonów samochodowych ostatecznie walą w najsłabszych konsumentów. Delikatesy, w których robią zakupy zamożniejsi, "jadą" na wyższych marżach, więc jak się je obłoży podatkiem, to najwyżej zmniejszą te marże, a cen nie podwyższą. A dyskonty, w których żywią się mniej zamożni? Tam marże są niższe i jest mniej miejsca na to, żeby z nich "zejść", więc ceny pójdą w górę. Żeby dać najbiedniejszym 500 zł rząd najpierw im te 500 zł zabierze, w formie wyższych opłat bankowych lub wyższych cen w sklepach.

      Co więc robić,żeby móc podzielić więcej, a jednocześnie nie zabierać kasy najbiedniejszym i umiarkowanie niezamożnym? Uważam, że jeśli rząd już koniecznie chce rozdawać pieniądze, to zamiast walić na oślep podatkami, trafiając głównie Polaków-szaraków, powinien być uczciwy wobec podatników i strzelać celnie: WPROWADZIĆ BARDZIEJ ZRÓŻNICOWANE PODATKI OD DOCHODÓW OBYWATELI. A więc powiedzieć: ty lepiej zarabiasz, więc więcej zapłacisz do wspólnej kasy. Ty zarabiasz mniej, więc zapłacisz mniejszy procent dochodów. Nie polubiłbym tego, bo sam należę do grona dobrze wynagradzanych, ale to by było przynajmniej uczciwe postawienie sprawy, a nie strzelanie zza węgła (nie będzie podwyżki podatków dla ludzi, tylko "dobre rządzenie", czyli podatki od sklepów, w których ludzie robią zakupy). Jeśli rząd by przegiął, to może ten i ów zamożny obywatel przeniósłby się na Cypr, albo inną Wyspę Man, ale nikt nie każe rządowi przeginać.

      Uważam wreszcie, że rozsądny rząd powinien dzielić ludzi na lepszych i gorszych raczej tylko na etapie poboru podatków, a GDY JUŻ DOCHODZI DO PODZIAŁU "ŁUPÓW" TO POWINIEN ON BYĆ W MIARĘ SPRAWIEDLIWY. Jeśli wspieramy rodziny posiadające dzieci, to niech każdy ma ulgę podatkową dotyczącą wydatków na dzieci. Pomysł żeby rozdać wszystkim po 500 zł - jedni wydadzą na wódkę, a drudzy pojadą za granicę na wakacje - jest prymitywny (choć lepszy taki, niż żaden). Ale jakieś rozsądniejsze formy wspierania rodziny (uzależnione od faktycznych wydatków podatnika w ramach celów wspieranych przez państwo, np. refundujemy wydatki na podręczniki, ale nie na jogę) powinny być stosowane raczej niezależnie od tego czy rodzina jest bogata czy biedna. Każde dziecko jest takie samo i powinno być tak samo "cenne" dla państwa. Sprawiedliwy rząd powinien równo dzielić. A jeśli chce wydawać więcej pieniędzy, niż obecnie ma do dyspozycji (np. po to, żeby łagodzić realne lub wyimaginowane nierówności) lecz nie umie tak rządzić, żeby rosła tzw. baza podatkowa  oraz spadała liczba wyłudzeń podatków, to niech przynajmniej uczciwie powie obywatelom kto ma płacić wyższe podatki, Podatnicy to sobie zapamiętają i rząd rozliczą. Też uczciwie (bo może będzie rozdawał pieniądze prawidłowo i dostanie skwitowanie?). 

      OBEJRZYJ CYKL WIDEOPORADNIKÓW O OSZCZĘDZANIU. Jak z małych pieniędzy zbudować swój finansowy spadochron? Jak lokować pieniądze w erze niskich stóp procentowych? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i nie dać nabić się w butelkę przez pośredników? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule. Poniżej wybrane odcinki cyklu, ale oczywiście polecam wszystkie! Sukskrybuj też mój kanał na Youtube, żeby być na bieżąco z kolejnymi klipami

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Chcą złoić biednych, żeby rozdać biednym? Czas na poradnik początkującego Robin Hooda :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2015 12:32
    • Czy wszystkie dzieci nasze są? Niektórzy mają wątpliwości. Mój apel: minionek dla każdego ! :-)

      W ostatnich godzinach furorę w sieci robi wstrząsająca historia z Trójmiasta. A dokładniej z Ergo Areny, gdzie poza zawodami motocrossowymi odbywało się również łowienie klientów przez bank. Promował karty, a w celu ocieplenia wizerunku również rozdawał dzieciom maskotki-minionki. I to był błąd. Co tam błąd - wielbłąd! Nie, nie chodzi o to, że minionki od kilku dni kojarzą się głównie z pewnym prezesem, który może wszystko :-). Któryś z niedoszłych klientów podpatrzył - a potem doniósł lokalnemu portalowi - że sprzedawca wręczył dziecku maskotkę, a potem oświadczył jego rodzicom, że będą mogli ją zabrać jeśli podpiszą umowę o kartę kredytową. Rodzice karty zamówić nie chcieli, więc pan z banku podobno zabrał dziecku zabawkę, a dziecko miało się prawie popłakać. Nie dziwię się, że story jest hitem sieci. Bankowcy nie są idolami tłumów, a widok bankowca zabierającego dziecku zabawkę mógłby spokojnie być w logo Federacji Konsumentów, czy innej podobnej organizacji :-). Zabrakło tylko soczystej puenty. Czy ja wiem, może jakiegoś kopa na "pożegnanie"?

      Czy historia tak właśnie wyglądała? Trudno mi wyobrazić sobie, by jakikolwiek sprzedawca bankowy mógł wyrywać małemu dziecku zabawkę tylko dlatego, że jego rodzice nie skorzystali z promocyjnej oferty. Różnych baranów w bankach - i nie tylko w bankach - widziałem (bez urazy dla baranów), ale takiego jeszcze nie. Zwykle koncentrowali się na robieniu wody z mózgu dorosłym, nie ich dzieciom. Choć przecież pokłady głupoty ludzkiej są niezgłębione, więc kto wie... Kołacze mi w odmętach pamięci historia, gdy pracownik banku ING, przy okazji jakiejś lekcji edukacyjnej dla gimnazjalistów, otworzył wszystkim dzieciakom konta :-). A karta kredytowa Citi - nawiasem mówiąc nie najgorsza na tle "wynalazków" oferowanych przez konkurencję - bywa często oferowana w ramach sprzedaży obwoźnej, co sprzyja zawieraniu przez sprzedawców znajomości z dziećmi potencjalnych klientów :-). 

      Czytaj też: Bank wymyślił piramidalnie głupi konkurs dla swoich klientów. Żeby wygrać...

      Niezależnie od tego czy historia wyglądała tak, jak relacjonuje to czytelnik trójmiejskiego portalu, czy też są pewne "drobne" nieścisłości, widok pracownika banku Citi zabierającego dziecku zabawkę stanie się ikoną naszej rzeczywistości, będzie opiewany w wierszach i pieśniach oraz ikonografii. Ten, kto do tego dopuścił, powinien być publicznie wychłostany. Czasem na różnych stoiskach rozdają gadżety dla dzieci, balony, czy drobne upominki, ale nigdy nie spotkałem się z sytuacją, w której jakaś zabawka jest wystawiona na widok publiczny, a jednocześnie dostępna tylko po zakupie oferowanego przy stoisku produktu. Przecież to jest proszenie się o kłopoty. I jednocześnie manifestacja kondycji finansowej instytucji, która już tak zdziadziała, że nawet jej nie stać na upominki w wersji "unlimited" ;-). Bo może minionki miały być dla każdego, ale bankowi nie starczyło kasy i zaczął reglamentować? :-) Zapytałem bankowców w Citi o tę sprawę:

      "Z przykrością przeczytaliśmy w mediach relację z tego wydarzenia, gdyż opisana sytuacja jest sprzeczna z wartościami i polityką Citi Handlowy  Podjęliśmy natychmiastowe działania celem zbadania relacji przedstawionej w mediach przez osoby trzecie. Zgodnie z polityką banku doradcy bankowości uniwersalnej każdorazowo są zobligowani, aby poinformować potencjalnych klientów o zasadach danej akcji promocyjnej. W przypadku akcji promocyjnych dotyczących kart kredytowych otrzymanie upominku poprzedzają dwa etapy: wypełnienie wniosku o kartę kredytową i pozytywne jego rozpatrzenie przez bank".

      Citi często rozdaje prezenty, czasem nawet bardzo cenne, jak tablety, czy smartfony. Dopóki takie nagradzanie dotyczy dorosłych i osób, które podejmują decyzje w sprawie własnych pieniędzy, wszystko jest w porządku. Ale lepiej, żeby w pakiecie nagród nie było prezentów dla dzieci dostępnych dopiero po skorzystaniu z oferty, bo stąd już prosta droga do posądzeń o granie na emocjach rodziców. I na emocjach sprzedawców, którzy mają do wykręcenia plan sprzedażowy, bo inaczej sami nie będą mieli co włożyć do garnka, żeby nakarmić własne dzieci. Kilka dni po publikacji tekstu w blogu otrzymałem od banku dodatkowe wyjaśnienia, które są wynikami przeprowadzonego przez bankowców śledztwa.  Po przesłuchaniu podejrzanych, wyciśnięciu z nich zeznań za pomocą tortur oraz na podstawie wizji lokalnej ustalono, że:

      "Zgodnie z przeprowadzoną przez nas wewnętrzną analizą przyczyną zdarzenia były nieprawidłowości w organizacji procesu sprzedażowego. Jak wskazuje ten konkretny incydent mogło dojść do niefortunnej sytuacji, w której zabawki były w zasięgu uczestników imprezy jeszcze przed spełnieniem warunków do otrzymania upominku. Za te sytuacje i związane z nią nieprzyjemności raz jeszcze przepraszamy. Jest nam bardzo przykro z powodu zdarzenia jakie spotkało dziecko"

      Bank prosi o kontakt rodzinę opisaną w artykule, by pracownicy mogli osobiście przeprosić za fakap oraz wręczyć dziecku maskotki. Oby tylko nie doszło do kolejnej krępującej sytuacji, w której jakieś inne dziecko zobaczy, że sąsiad dostaje maskotki i dowie się, że to nie dla niego, bo nie zasłużyło :-). Nie, nic nie podejrzewam, tak tylko piszę...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Czy wszystkie dzieci nasze są? Niektórzy mają wątpliwości. Mój apel: minionek dla każdego ! :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 listopada 2015 07:30
  • wtorek, 24 listopada 2015

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line