Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 grudnia 2009
    • Bilix, czyli bank zeskanuje ci fakturę

      Czy elektroniczne faktury, rozsyłane przez banki do klientów w imieniu dostawców prądu, gazu, czy usług telekomunikacyjnych, będą większym sukcesem, niż polecenia zapłaty, z których większość klientów banków korzysta rzadko lub w ogóle?

      Bankowcy od kilku lat wychodzą ze skóry, by klienci w większym stopniu wykorzystywali ich serwisy internetowe do opłacania comiesięcznych rachunków. Do tej pory promowali głównie polecenie zapłaty, które polega na tym, że - po uzyskaniu pisemnej zgody klienta - dostawca prądu, czy gazu przysyła faktury nie tylko do klienta, ale też do banku, w którym konto ma dany klient. Bank sam realizuje przelew, a jedynym zadaniem posiadacza konta jest zapewnić na nim pieniądze, by bank mógł opłacić fakturę.

      Wielu z nas - ja sam zaliczam się do tej grupy - boi się polecenia zapłaty, bo jego aktywowanie oznacza de facto utratę kontroli nad swoimi domowymi finansami. Jeśli np. firma telekomunikacyjna przyśle zawyżony rachunek, to bank bezkrytycznie go zapłaci. I trzeba będzie wszystko odkręcać.

      Mojemu znajomemu zdarzyło się, że bank przez pomyłkę nie zapłacił faktury, a dostawca prądu z tego powodu odłączył znajomemu bez ostrzeżenia  elektryczność. Doprowadzanie wszystkiego do porządku zajęło dwa dni. Rozumiem więc tych, których polecenie zapłaty nie przekonuje. Ja w ten sposób reguluję tylko dwa przelewy miesięcznie i to tylko dlatego, że wystawca rachunku przewidział rabat za korzystanie z tej usługi.

      Teraz bankowcy wpadli na inny pomysł. Niektóre banki, wspólnie z Krajową Izbą Rozliczeniową, oferują od końca grudnia tzw. elektroniczne faktury. Chodzi o to, że klient, zamiast papierowych rachunków, może zamówić z banku ich skany. E-faktury za prąd, gaz czy telefon trafiają do odpowiedniej fiszki w serwisie internetowym banku i klient sam decyduje czy bank ma je zapłacić. Pośrednikiem jest Krajowa Izba Rozliczeniowa, do której najpierw trafiają elektroniczne wersje faktur. Izba rozsyła je do banków, a banki udostępniają klientom na swoich stronach internetowych. Całe przedsięwzięcie nosi kryptonim Bilix.

      Czy e-faktury zrobią furorę na rynku? Nie jestem przekonany. Droga do ich popularyzacji będzie na pewno ciernista i długa, ale ta usługa ma większe szanse, niż polecenie zapłaty. Tu klient sam decyduje, czy zeskanowany rachunek zaakceptować czy nie. A bank dopiero mając zielone światło od klienta wykonuje przelew.

      Problemy są tylko dwa, ale za to poważne. Pierwszy to niezbyt duża liczba wystawców faktur, którzy mają podpisane umowy z Krajową Izbą Rozliczeniową. Póki nie będę mógł wymienić na elektroniczne przynajmniej ponad połowy otrzymywanych faktur, nie będzie to dla mnie atrakcyjny produkt. A hitem się stanie dopiero wtedy, kiedy wszystkie moje faktury będą lądowały w formie skanów w serwisie transakcyjnym banku. Nastąpi to zapewne nieprędko.

      Ale jak już nastąpi, to bankowcy będą mieli w ręku potężną broń. Przeniesienie rachunku do konkurencji będzie oznaczało konieczność nie tylko przetransferowania salda konta, zdefiniowanych na nim odbiorców przelewów, zleceń stałych i poleceń zapłaty oraz zamknięcia kart płatniczych, ale i przeniesienia stosu e-faktur od najróżniejszych dostawców. Małżeństwo z bankiem stanie się jeszcze trudniejsze do zerwania.

      Przeczytaj też o bolesnym rozstaniu z mBankiem

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Bilix, czyli bank zeskanuje ci fakturę ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 grudnia 2009 08:34
  • wtorek, 29 grudnia 2009
    • Na prawo górale, na lewo drwale. Z kamerą wśród reklam po raz drugi!

      Na początku października podsumowywałem pierwszych dziesięć odcinków cyklu wideo "Prześwietlamy reklamy". Znajdziesz to podsumowanie w notce pt. "Od Pomysłowego Dobromira do Wielkiego Wodza, czyli z kamerą wśród reklam". Ponieważ koniec roku za pasem i przed 1 stycznia 2010 r. na pewno nie nakręcimy kolejnego odcinka, to najwyższy czas na podsumowanie naszej pracy w 2009 r.

      Wspólnie z Andrzejem Chećko, operatorem kamery, współscenarzystą i reżyserem w jednej osobie, stworzyliśmy - licząc od poprzedniego podsumowania - sześć kolejnych odcinków "Prześwietlania". W sumie w kończącym się roku powstało więc 16 filmików, w których sprawdzaliśmy jak reklama ma się do rzeczywistości. Czasem miała się lepiej, czasem gorzej, ale zawsze można było do czegoś się przyczepić.

      W większości przypadków nasza praca spotykała się z życzliwym przyjęciem "obiektów" przeświatlania, choć np. ludziom z branży telekomunikacyjnej szalenie trudno było zaakceptować krytyczny - momentami - ton i od razu wchodzili na niedobrą nutę, pytając za co tak bardzo ich nie lubię. A przecież ja ich bardzo lubię! Tak samo zresztą jak bankowców, zwłaszcza wtedy, kiedy zmieniają reklamy pod wpływem naszej krytyki.

      1. Zakopower i kredyty hipoteczne Banku Millennium: nie takie pikne?

      Choć to była jeszcze złota, polska jesień, trafiliśmy na wyjątkowo zimny i wietrzny dzień. A trzeba było nakręcić klip na dachu jakiegoś budynku, więc zmarzliśmy na kość. A na dodaek cały czas się modliliśmy, żeby nie lunął na nas deszcz. Dobra strona przedsięwzięcia to to, że po raz pierwszy zwiedziłem dach biurowca Agory. Szkoda, że nie było to latem i że nie mogliśmy wystawić sobie leżaczków - byłoby całkiem przyjemnie...

      2. Netia hipnotyzuje: chcesz umowy? Obudzisz się za dwa lata!

      Najszybciej nakręcony odcinek - zrobiliśmy go (nie licząc oczywiście kilku godzin montażu) w półtorej godziny. I efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania: kiedy pokazaliśmy klip kilku znajomym okazało się, że... jest zbyt psychodeliczny. Trzeba było dołożyć jeszcze jedno ujęcie z orginalnej reklamówki z aktorem Tomaszem Kottem, żeby nie było wątpliwości, że robimy sobie jaja, a nie hipnotyzujemy na poważnie.

      3. PKO BP daje szybki kredyt, czyli hiszpańska inkwizycja

      Szukaliśmy możliwie atrakcyjnego sposobu, żeby pokazać wysokie koszty tej, rzekomo taniej, pożyczki PKO BP (teoretycznie kosztuje 6,99%, a faktycznie trzeba oddać nawet 25%). I tym sposobem - dokładając żartobliwy przerywnik między poważnymi treściami - wylądowaliśmy w jednym z barów na Trakcie Królewskim. To był dobry pomysł: łączyć przyjemne z pożytecznym pod hasłem "jak po kebaba to do Araba", współgrającym z wyliczanką występującą w prawdziwej reklamówce. Arab oczywiście natychmiast wychynął ze swojej kanciapy i czujnie nas wypytał w jakim kontekście chcemy pokazać jego bar.

      4. Nie taki Mikołaj święty, czyli Grucha w akcji, a Play na cenzurowanym

      W moim prywatnym rankingu najlepszy odcinek z tych, które dziś przypominam. Piękna pogoda i sielskie otoczenie, a do tego znakomity scenariusz Andrzeja, który wymyślił patent z dialogiem Samcika i Gruchy... To już drugi odcinek naszego cyklu, który nakręciliśmy w tym samym miejscu: nad Wisłą, w sąsiedztwie dolnego Mokotowa. Wcześniej kręciliśmy tam prześwietlenie reklamówki Getin Banku. I, co ciekawe, oba klipy - ale ten z Gruchą chyba bardziej - są ulubionymi prześwietleniami dzieci. Wszyskie małolaty, które widziały perypetie Świętego Mikołaja w naszym wydaniu, dosłownie boki zrywały

      5. Świąteczny prezent, za który zapłacisz sobie sam

      Wyjątkowe prześwietlenie i to aż z trzech powodów. Po pierwsze dlatego, że jego scenariusz powstawał dosłownie w ostatniej chwili. Wyjeżdżając z redakcji jeszcze do końca nie wiedzieliśmy jak to wszystko ma wyglądać. Pomysł narodził się on w drodze, praktycznie na żywo. Ba, na prześwietlanie akurat tej reklamy zdecydowaliśmy się raptem kilka godzin wcześniej, bo akurat kilka innych pomysłów nam nie wypaliło. Kompletna prowizorka i - przyznacie - jak na projekt powstający z martwych w czasie realizacji - efekt nie jest najgorszy. Po drugie filmik ten jest wyjątkowy, gdyż po raz pierwszy w prześwietleniu reklamy wziął udział ktoś poza mną - wspomogła mnie redakcyjna koleżanka Sylwia Śmigiel. Trzeci powód wyjątkowości to fakt, że po naszej publikacji bank zdecydował się wprowadzić zmiany w reklamówce, uznając nasze uwagi za zasadne.

      6. Dlaczego drwale z mBanku nie przestrzegają przepisów?

      Od strony technicznej najbardziej zaawansowane prześwietlenie, Andrzej wykorzystywał przy montażu i efekt telefonu i podział ekranu i inne efekty dźwiękowe. Po raz pierwszy skupiliśmy się nie tylko na analizowaniu oferty przedstawionej w reklamie, ale i samej reklamy od strony technicznej: wytknęliśmy brak zagłóka kierowcy, to że rozmawia przez telefon w czasie jazdy i to, że drwale nie mają zapiętych pasów bezpieczeństwa.

      W sumie mam już na koncie ponad 90 prześwietlonych reklam (licznik wskazuje na 93, ale nie wiem czy policzyłem wszystkie), w tym 16 prześwietlonych multimedialnie - z filmami reżyserowanymi i montowanymi przez Andrzeja. Kolejne wideoprześwietlania już w 2010 r. Ponieważ klipy wideo cieszą się Waszym dużym zainteresowaniem, plan jest taki, by w przyszłym roku powstawał jeden klip wideo tygodniowo. Będziecie więc mieli co oglądać. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Na prawo górale, na lewo drwale. Z kamerą wśród reklam po raz drugi!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 grudnia 2009 08:16
  • poniedziałek, 28 grudnia 2009
    • W McDonald's spotkaaaaajmy się... ale miejmy przy sobie gotówkę

      Już prawie uwierzyłem, że w wielkim mieście Warszawa mogę żyć bez gotówki. Że za wszystko zapłacę kartą płatniczą. Zwykłą albo - przy transakcjach o małej wartości - zbliżeniową. Na czym polega magia takich kart przeczytacie tutaj oraz tutaj, a o tym, że zamiast karty można mieć zegarek, naklejkę albo dowolny inny gadżet - piszę tutaj. A tutaj zobaczcie co jeszcze fajnego w karcianym biznesie zobaczyłem na targach w Paryżu.

      Naładowałem więc moją zbliżeniową kartę pre-paid zawrotną kwotą 50 zł i ruszyłem w miasto. Gazetę kupiłem w Empiku. Obsługują tam transakcje zbliżeniowe, przetestowałem dwa sklepy i mucha nie siada. Jeden z tych eksperymentów został nawet uwieczniony przez kamerę serwisu Wyborcza.biz (klip poniżej). „Zbliżeniową” kawę wypiłem w Coffee Haeven, też w dwóch różnych punktach i bez komplikacji.

      Zahaczyłem też o jeden z kiosków sieci Kolporter, żeby kupić colę w puszce, ale tam terminale dopiero są instalowane, więc jeszcze zbliżeniowo placić się nie da. Nie sprawdzałem jak zbliżenia działają w taksówkach Wawa Taxi (tam też można płacić w technologii pay-pass), bo zwykle poruszam się własnym autem. Byłoby świetnie, gdyby parkometry przyjmowały karty zbliżeniowe, ale nie będę narzekał - wystarczy, że na zbliżenia działają tak zwykłe karty miejskie. Tyle, że nie można ich ładować przelewem, przez internet, a tylko w kioskach.

      Kiedy moje życie już zaczynało być piękne, postęp jakby się zatrzymał. Wstąpiłem do sklepu Żabka, gdzie terminale zbliżeniowe też podobno działają. Kupiłem sok w kartonie, kawałek szynki i cztery bułki. Podałem pani kartę zbliżeniową, ale tylko uśmiechnęła się z politowaniem. „Terminal mam zepsuty” - oświadczyła. He, he, akurat - pomyślałem. Po prostu właścicielka sklepu uznała, że prowizje za płatności kartą są zbyt wysokie i lepiej wymuszać od klientów płatności gotówką.

      Uniosłem się honorem i wyszedłem z Żabki bez zakupów. Nie to nie, łaski bez. Niestety, okazało się, że żołądek nie ma honoru i zaczął domagać się posiłku. Tylko gdzie ja zjem coś małego i będę mógł zapłacić kartą? Padło na McDonalds'a, w którym też ponoć są terminale zbliżeniowe. Wpadłem do restauracji jak po ogień, zamówiłem kanapkę z rybą i oświadczyłem, że chcę płacić zbliżeniowo.

      Wywołałem niemałe zamieszanie, bo sprzedawczyni nie wiedziała jak obsłużyć terminal. zawołała przeszkolonego w tych sprawach kolegę. A ten, mimo trzech prób, nie był w stanie przeprowadzić transakcji. terminal wszystko odrzucał. Sprzedawca przyniósł nawet rysunkową instrukcję obsługi, którą dostał z firmy MasterCard, ale i to nie pomogło. Po prostu coś było źle połączone. Sprzedawca obiecał, że to zgłosi przełożonym, a ja znów musiałem zrezygnować z zakupów.

      Cóż, droga do postępu jest wyboista i czasem jest na niej głodno i chłodno. A ja, przynajmniej na jakiś czas, wybiłem sobie pomysł, żeby wieść szczęśliwy żywot bez gotówki. To jeszcze nie te czasy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „W McDonald's spotkaaaaajmy się... ale miejmy przy sobie gotówkę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 grudnia 2009 06:50
  • czwartek, 24 grudnia 2009
  • środa, 23 grudnia 2009
    • Drwale mBanku nie tylko łamią przepisy drogowe. Są też drożsi od konkurencji...

      Reklamówka mBanku z drwalami to bez wątpienia jedna z najlepszych produkcji tej jesieni i zimy. Ten spot zawsze wzbudza u mnie szczery uśmiech. Na jego temat w tym blogu  pisałem już w listopadzie. Z kolei na stronach Wyborczej.biz (a teraz także w papierowej „Gazety Wyborczej”, na łamach rubryki „Prześwietlamy reklamy”) analizowałem merytoryczną stronę reklamowanej oferty. Bo - jak w niemal każdej promocji produktów finansowych - także i w tej są oczywiście zaszyte pewne haczyki.

      Zanim skusicie się na ubezpieczenie samochodu w mBanku z gwarancją najniższej ceny (do tego właśnie namawiają reklamówki z drwalami) musicie wiedzieć, że promocja dotyczy tylko osób wykupujących nowe ubezpieczenie, że tańszą polisę trzeba znaleźć w ciągu 14 dni od zawarcia umowy z mBankiem (tylko wtedy odda pieniądze) i że konkurencyjna oferta musi mieć identyczny zakres - inaczej gwarancja mBanku też nie zadziała.

      W dodatku okazuje się, że dla dużej części polis komunikacyjnych oferta mBanku wcale nie jest najtańsza! A klient, który chciałby przetestować jak działa gwarancja najniższej ceny, w wielu przypadkach bez problemu mógłby znaleźć ubezpieczenia tańsze od mBankowych!

      Ogma, firma prowadząca monitoring rynku ubezpieczeniowego, przeprowadziła badanie typu  mystery shopping i sprawdziła ceny pakietów OC+AC w supermarkecie mBanku i na rynku ubezpieczeniowym dla wybranych pojazdów i profili klientów.

      Dla wybranej grupy aut (VW Golf, Toyota Avensis, Skoda Fabia, VW Passat, Fiat Punto, Seat Cordoba i Renault Megane; pojazdy w różnym wieku, o różnych pojemnościach, przebiegach itp.), wybranych profili klientów (kobiety i mężczyźni w wieku od 22 do 56 lat; ze zniżkami za bezszkodowość i bez, z dziećmi i bez) oraz wybranych lokalizacji (Częstochowa, Gdańsk, Jelenia Góra, Katowice, Konin, Kraków, Lublin, Łódź, Nowy Sącz, Piotrków Trybunalski, Płock, Poznań, Słupsk, Warszawa, Wrocław, Zamość) Ogma wyliczyła, że firmy ubezpieczeniowe oferowały składki średnio o 5% niższe od oferty mBanku.

      Z wyliczeń Ogmy wynika, że w najbardziej drastycznym przypadku 25-letniego mieszkańca Częstochowy jeżdżącego Fiatem Punto z 2003 roku najtańsza oferta mBanku kształtowała się na poziomie 2518 zł. Ten sam mężczyzna, przy tych samych parametrach samochodu, lokalizacji, warunkach oferty mógłby zapłacić w MTU jakieś 1373 zł, a więc o 45% taniej!

      Oj, gdyby tak każdy klient przyszedł po gwarancję to chłopaki z mBanku by się nie wypłacili... Ale jedna rzecz, dotycząca samego spotu, mi umknęła. Otóż - jak zwrócił mi uwagę jeden z moich kolegów z Agory - reklama z drwalami... promuje zachowania, które są niezgodne z przepisami o ruchu drogowym. Kierowca samochodu rozmawia przez komórkę w czasie jazdy. W jego fotelu nie ma zagłówka, a drwale na tylnych siedzeniach prawdopodobnie nie mają zapiętych pasów. W pierwszej scenie samochód - choć tu już można się kłócić, bo nie widać tego wyraźnie - ma chyba wyłączone światła drogowe. Zobaczcie sami:

      Aż chciałoby się powiedzieć: - Wiem, że to wszystko jest porąbane, ale najpierw nauczcie się przestrzegać przepisów, a potem zabierajcie się za kręcenie reklam. Ale chyba tak nie powiem, bo wartością nadrzędną jest w tym momencie fakt, że spot jest po prostu bardzo fajny. Bo też i chyba trudno byłoby zrobić reklamówkę, w której kierowca posługuje się zestawem głośnomówiącym - sekwencja rozmowy byłaby mniej wymowna.

      To wszystko oczywiście nie przeszkodziło mi w tym, by z reklamy z drwalami zrobić sobie niezłe jaja. Do obejrzenia poniżej i w serwisie Wyborcza.biz:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Drwale mBanku nie tylko łamią przepisy drogowe. Są też drożsi od konkurencji...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 grudnia 2009 12:05
    • Nienasyceni Nabici: miażdżące opinie o porozumieniu z BRE Bankiem

      Od wtorku od godz. 13.00 znamy już oficjalny komunikat BRE Banku oraz grupy zarządzającej inicjatywą konsumencką „Nabici w BRE Bank” w sprawie wspólnej oferty dla klientów tzw. starego portfela kredytów hipotecznych. Komunikat jest zgodny z nieoficjalnymi doniesieniami, które relacjonowałem w blogu w poniedziałek (za co zresztą dostało mi się od Nabitych, bo rzekomo wychodziłem przed szereg).

      Strony podają więcej szczegółów, w tym zarys parametrów kompromisowej propozycji. Czyli warunki, na których kredyty zbuntowanych klientów będą mogły być zamienione z denominowanych we frankach z oprocentowaniem ustalanym przez zarząd BRE na denominowane w euro ze spłatą opartą na stawce EURIBOR i marży.

      "Propozycja marży dla kredytów w euro zostanie przygotowana dla każdego klienta indywidualnie, w oparciu o obecne oprocentowanie kredytu we franku szwajcarskim. Minimalna wysokość obniżki marży w ofercie euro w stosunku do marży proponowanej w ofercie we frankach szwajcarskich wyniesie 0,4 pkt proc." - czytam w komunikacie.

      "Średnia obniżka marży w euro wyniesie 0,75 pkt proc., jednak klienci o ponadprzeciętnej aktywności i najwyższym oprocentowaniu wyjściowym mogą liczyć na obniżkę marży w stosunku do oferty we franku szwajcarskim nawet o 1,4 pkt proc. Szczegółowe warunki obniżenia marży zostaną przedstawione w styczniu, razem z publikacją oferty" - pisze BRE i grupa zarządzająca inicjatywą "Nabitych".

      Czytając opinie internautów - w przeważającej części stanowią je wypowiedzi zainteresowanych klientów starego portfela - odnoszę wrażenie, że spodziewali się oni innego końca negocjacji. To, co udało się osiagnąć negocjatorom uważają za niewystarczające. Ich zdaniem bank kupił sobie czas i załatwił darmową promocję w mediach, nie dając klientom prawie nic w zamian. Przynajmniej taki odbiór porozumienia kształtują wpisy kilkunastu najgłośniejszych uczestnikow dyskusji.

      Nie chcę wchodzić w buty klientów starego portfela, ale uważam, że propozycja, jaką udało się uzgodnić, ma kilka zalet. Po pierwsze przewalutowanie z franków na euro oznacza spadek oprocentowania kredytów. Skoro marża banku (dziś „ukryta” w ogólnym oprocentowaniu) spadnie o średnio 0,75 pkt. proc., to de facto oznacza, że oprocentowanie przeciętnego kredytu po przewalutowaniu z franków na euro obniży się o 0,45 pkt. proc. (bo EURIBOR jest nieco wyżej, niż LIBOR).

      Mało? Zawsze może być lepiej, ale większość „Nabitych” dzięki temu rozwiązaniu może wyraźnie obniżyć swoje miesięczne raty. I mieć - przykładowo - zamiast kredytu oprocentowanego np. na 3,7% (z czego 3,3% stanowi „ukryta” marża banku, a resztę LIBOR), nowy kredyt w euro, oparty o stawki rynkowe, na warunkach EURIBOR plus 2,5% marży.

      Druga zaleta wynegocjowanej propozycji to większe pole manewru w przyszłości. Kredyt w euro już za kilka lat będzie być może kredytem w naszej rodzimej walucie (bo Polska w 2015 r. ma wejść do strefy euro), więc refinansowanie go innym kredytem będzie dziecinnie łatwe i niezbyt kosztowne. Każdy, kto dziś jest hipotecznym „niewolnikiem” BRE Banku, bo nie ma szans na zamianę kredytu we frankach na tańszy w innym banku (frank jest drogi wszędzie), będzie mógł wreszcie zagłosować nogami.

      Trzecia zaleta to przejrzystość oferty. BRE Bank zobowiązał się, że przygotuje specjalną siatkę propozycji i kalkulator, w którym każdy będzie mógł sprawdzić jaka marża go dotyczy. Jeszcze kilka temu,kiedy namawiałem moich rozmówców z BRE do takiego podejścia, mówili że to niemożliwe i że parametrów jest zbyt wiele, by można było przygotować przejrzystą siatkę. Okazało się, że jednak można. Nie ma więc ryzyka, że bank będzie „rozgrywał” klientów, każdemu z osobna proponując stawki według własnego widzimisię. To ogromny sukces negocjatorów ze strony „Nabitych”, którego krytycy kompletnie nie dostrzegają.    

      Zgadzam się, że są i wady. Nie udało się skłonić BRE Banku do przygotowania sensownego pakietu dla klientów, którzy nie chcą zmieniać waluty kredytu z franków na euro. Jeśli ktoś chce zostać przy frankach, o niższych marżach może raczej zapomnieć. To porażka negocjatorów „Nabitych”.

      Szkoda też, że nie udało się przewalczyć zniesienia wszelkich kosztów przewalutowania z franków na euro. Przewalutowanie ma być przeprowadzone jedynie na preferencyjnych warunkach, z mniejszym spreadem walutowym (czyli różnicą między ceną skupu franka przez bank i ceną sprzedaży klientom euro). Standardowy spread wynosi 6 pkt proc., zaś dla transakcji przewalutowania kredytów tzw. starego portfela ma być zastosowany spread w wysokości 0,5 pkt proc.

      To oznacza, że kredyt o wartości 300 tys. w przeliczeniu na złote, będzie „ospreadowany” prowizją 1500 zł. Dlaczego „Nabici” mają płacić za to, że pomogą bankowi wywinąć się z frankowych kłopotów? Nie rozumiem tego. Na pociechę zostaje brak prowizji za sporządzenie aneksu do umowy kredytowej.

      Być może część „Nabitych” liczyła na więcej - że uda się zmusić BRE Bank do pokrycia choćby części strat powstałych w wyniku stosowania wątpliwych zapisów w umowach kredytowych (tych o oprocentowaniu ustalanym decyzją zarządu). Tyle, że to oznaczałoby upokorzenie przeciwnika, który przecież nie jest całkiem bezbronny: żaden sąd na razie nie uznał kontrowersyjnej klauzuli w umowach kredytowych za nielegalną. Już sam fakt, że BRE Bank uznał grupę „Nabitych” za równoprawnego partnera w negocjacjach jest sprawą bez precedensu w historii sporów konsumenckich z bankami.

      Na koniec chcę zacytować fragment komentarza Jacka Gadzinowskiego, obserwatora rozmów: „Obie strony wykazały bardzo dużo rozsądku, rozmowy były na wysokim poziomie merytorycznym i biznesowym. Jest to pierwszy w Polsce przykład gdzie świadomy konsumeryzm doprowadził do konstruktywnych rozwiazań, które każdy oceni już indywidualnie. Nikt tutaj nie przegrał - wygrały obie strony, a w konsekwencji klienci, którzy zyskają szansę mniejszych rat kredytowych”.

      Być może „Nabici” nie ugrali tyle, ile chciało ich zaplecze, ale jeszcze kilka miesięcy temu nie postawiłbym złamanego grosza, że w ogóle dojdzie do opracowania wspólnego rozwiązania problemu „Nabitych”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Nienasyceni Nabici: miażdżące opinie o porozumieniu z BRE Bankiem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 grudnia 2009 00:10
  • poniedziałek, 21 grudnia 2009
    • Koniec konfliktu BRE i Nabitych? Wynegocjowali wspólne rozwiązanie!

      Wygląda na to, że najbardziej spektakularny konflikt między bankiem i niezadowolonymi klientami, przechodzi właśnie do przeszłości. Po trwających ponad miesiąc rozmowach BRE Bank i przedstawiciele grupy „Nabitych w BRE” wynegocjowali wspólną propozycję rozwiązania konfliktu. To duży sukces obu zwaśnionych stron, zwłaszcza biorąc pod uwagę wrogość, jaką do siebie żywiły jeszcze kilka miesięcy temu.

      Wspólny komunikat obu stron jeszcze nie został opublikowany. Jego wstępna wersja, do której dotarłem, głosi, że kilkunastotysięczna grupa klientów - przypomnę: uważają oni, iż bank nielegalnie wpisał do ich umów kredytowych paragrafy mówiące o ustalaniu oprocentowania decyzją zarządu BRE - będzie mogła korzystać z możliwości przewalutowania kredytu z franków szwajcarskich na euro. I jednocześnie zmienić sposób naliczania oprocentowania z opartego o decyzję zarządu będzie zmieniany na model: stawka EURIBOR i marża.

      Bank dzięki zmianie waluty na euro będzie mógł zaproponować klientom stosunkowo korzystniejszą marżę, niż dla kredytów we frankach. Do tej pory bank proponował klientom zachowanie franków jako waluty spłaty lub przewalutowanie na złote. Koszt pozyskiwania franków jest na tyle wysoki, że proponowana przez bank marża była wysoka. Zaś przewalutowanie na złote przy obecnym kursie franka dla wielu klientów oznaczałoby skokowy wzrost zadłużenia. Dlatego propozycja przewalutowania kredytów z franków na euro jest swego rodzaju przełomem.

      Gwóźdż programu to odpowiedź na pytanie jak zminimalizować straty klientów wynikające ze zmiany waluty kredytu. Przewalutowanie ma być przeprowadzone na preferencyjnych warunkach, z niższą od standardowej opłatą i z niższym spreadem. Tu ukryta jest główna rafa porozumienia - ów spread będzie głównym kosztem dla klientów.

      Nie będzie też prowizji za aneks do umowy. BRE zobowiązał się, że marżę nowego kredytu w euro (tego po przewalutowaniu) zaproponuje według przejrzystych zasad, które będzie można znaleźć na stronie internetowej, w specjalnym kalkulatorze. Oprocentowanie (czyli EURIBOR plus marża) ma być niższe o co najmniej 0,4 pkt. proc. od tego, które klienci mają teraz we frankach.

      Czy klienci masowo skorzystają z wynegocjowanej oferty? Nie wiem. Sami o tym zdecydują. Alternatywą jest dochodzenie od banku odszkodowań na drodze sądowej. Jednak największym sukcesem negocjatorów obu stron jest to, że ta kompromisowa oferta w ogóle powstała. BRE Bank odkupił swów grzech arogancji, który w przeszłości doprowadził do powstania tak silnej opozycji. Po wielu miesiącach dumnego ogłaszania, że nie będzie negocjował z „małą grupką niezadowolonych klientów” usiadł jednak z nimi do stołu i podjął rozmowę. Można być nie do końca zadowolonym z efektów, ale była to rozmowa konstruktywna

      Z kolei grupa „Nabitych” zaimponowała nie tylko uporem i dyscypliną. Jej największym sukcesem jest to, że utrzymując jedność, nie poszła w stronę pieniactwa, dyktowania żądań nie do spełnienia, żądania od banku, by upadł na kolana. W pewnym momencie liderzy „Nabitych” postanowili usiąść do rozmów z wrogiem, choć ryzyko było ogromne - w przypadku fiaska mogliby zapłacić rozbiciem swojego obozu lub wywiezieniem liderów na taczkach przez bardziej radykalne zaplecze.

      Czekam na Wasze opinie o porozumieniu. Wiele zależy od - proponowanego każdemu klientowi z osobna - oprocentowania nowych kredytów w euro i - nie ma co kryć - od spreadu, który BRE Bank zaproponuje klientom. Tak czy owak cieszę się, że oferta banku będzie przejrzysta - apelowałem o to do przedstawicieli banku już kilka miesięcy temu, przedstawiając im możliwości rozwiązania sporu z klientami. Każdy klient będzie mógł sprawdzić w specjalnym kalkulatorze, umieszczonym w internecie, na jakie oprocentowanie po przejściu na euro może liczyć. Pakiet rozwiązań będzie dostępny dla „Nabitych” (i wszystkich pozostałych klientów tzw. starego portfela) od 18 stycznia 2010 r.

      Wygląda na to, że spór BRE i klientów wygasa, bowiem „Nabici” chcą przekazać pieniądze, zgromadzone na tzw. akcję informacyjną (czyli dokuczanie BRE), na cele charytatywne. „Uczestnicy spotkań wyrażają zadowolenie z przebiegu rozmów. Dziękują za poważne potraktowania propozycji i argumentów drugiej strony (...) Wyrażają również wolę, by wszelkie kwestie sporne rozwiązywać w przyszłości na drodze kompromisu i szukania porozumienia” - piszą „Nabici” i BRE we wstępnej wersji komunikatu, którą otrzymałem. Święte słowa.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec konfliktu BRE i Nabitych? Wynegocjowali wspólne rozwiązanie! ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 grudnia 2009 19:49
    • Multibank porównuje, a konkurencja się skarży, czyli kto mieczem wojuje...

      Banki ostatnio wyjątkowo ostro walczą o posiadaczy kont osobistych. Nie bez powodu. O kliencie z kontem dużo więcej bank może wiedzieć, dopaswać dla niego karty, debety, kredyty, nakłonić, żeby deponował w swoim banku oszczędności. Duża baza własnych klientów to też miód na serce dla ludzi, którzy odpowiadają w bankach za kontrolę ryzyka. Mateusz Morawiecki, prezes BZ WBK, bez ogródek mówił mi w niedawnym wywiadzie, że szkodowość kredytów udzielanych własnym klientom bywa nawet o połowę lub dwie trzecie  niższa, niż w przypadku kredytów udzielanych klientom z tzw. ulicy.

      Przeciąganie przez banki klientów konkurencji pewnie jeszcze przybierze na sile po wprowadzeniu od stycznia obowiązku pomagania klientom w przenosinach z banku do banku. Coraz popularniejsze są róznego rodzaju akcje promocyjne, jak np. słynny mBankowy ROR-off. Widać już też pierwsze konflikty na polu tzw. reklamy porównawczej, którą banki coraz częściej stosują, by przekonać klientów, że są tańsze od konkurencji.

      Ostatnio doszły mnie słuchy, że o nieetyczną i kłamliwą reklamę został oskarżony Multibank. Chodzi o część tej kampanii reklamowej:

      Na swojej stronie internetowej Multibank zamieścił porównywarkę, dzięki której można określić czy jego konto osobiste jest tańsze, czy droższe od wybranego konta konkurencyjnego banku. Oczywiście chodzi o to, żeby wyszło, że multibankowe konto jest tańsze od prawie wszystkich. Prawie, bo takie np. Eurobanku, w którym wszystko jest za darmo, czy mBanku w porównywarkowym boju pokonać się nie da.

      Niestety, przy okazji Multibank nie ustrzegł się błędów. Pokazuje np. że jego MultiKonto ja Comfort rocznie kosztuje (przy wpływach na rachunek 1500 zł miesięcznie) jedyne 24 zł. Abonament wynosi zero, przelewy przez internet są darmowe, 2 zł miesięcznie kosztuje tylko karta. I tu wszystko jest OK. Jeśli w formularzu jako konkurenta dla MultiKonta wybrać pakiet banku Nordea (a konkretnie Nordea Spektrum), to przy identycznych wpływach na konto wyskakuje roczny koszt na poziomie 114 zł (po 8 zł miesięcznie za abonament i 1,5 zł za kartę).

      Sęk w tym, że według przedstawicieli Nordei to nieprawda, bo przy tych parametrach za konto u nich płaci się znacznie mniej (abonament wynosi zero). Roczny koszt konta tak naprawdę sumuje się więc do 18 zł. Czyli konto Nordei byłoby tańsze od MultiKonta Comfort.  Podobno przedstawiciele Nordei już miesiąc temu zwrócili się do Multibanku o poprawienie błędu. I do dziś się tego nie doczekali!

      Ponoć sprawa jest skomplikowana i w Multibanku „toczą się wewnętrzne prace mające na celu wdrożenie rozwiązania, które weliminuje wątpliwości zarówno w przypadku oferty Nordea Banku, jak i ofert innych instytucji”. Toczą się tak już od kilku tygodni. Strach pomyśleć co będzie jak zajdzie potrzeba modyfikacji bardziej kluczowych systemów informatycznych, niż baza danych porównywarki :-).

      We wtorek 15 grudnia napisałem w tej sprawie do rzecznika Multibanku Mateusza Żelechowskiego. Odpisał, że w najblizszych dniach (wspominał coś o dwóch dniach) bank załatwi sprawę. I nic. Bo też rzeczywiście trochę głupio tak pokazywać w własnej porównywarce, że ma się konto droższe, niż konkurencja... Nie zazdroszczę marketingowcom Multibanku tego dylematu. Niniejszy przykład pokazuje, że reklamą porównawczą trzeba się bawić ostrożnie, bo kto mieczem wojuje...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Multibank porównuje, a konkurencja się skarży, czyli kto mieczem wojuje... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 grudnia 2009 08:55
  • niedziela, 20 grudnia 2009
    • Po mojej publikacji: Citi Handlowy zmienia reklamówki szybkich pożyczek

      Niespełna dwa tygodnie temu w papierowej „Gazecie Wyborczej”, w serwisie internetowym Wyborcza.biz oraz w niniejszym blogu znęcałem się nad reklamówką kredytów gotówkowych, oferowanych przez bank Citi Handlowy. Miałem bankowi za złe, że obiecuje każdemu kredytobiorcy prezent - nawet do 1200 zł. Ale tak naprawdę ów prezent jest nic nie wart w porównaniu z kosztami pożyczki i z koniecznością płacenia abonamentu za obowiązkowe konto w Citi Handlowym. Bo bez konta kredytu nie dadzą. Upust swojej frustracji dałem w notce: „Jak Citi Handlowy prezenty rozdaje, czyli przedświąteczna bezczelność”

      Miło mi donieść, że moja krytyka nie pozostała w banku bez echa i - jak dowiedziałem się od rzecznika banku, p. Pawła Zegarłowicza - szefowie Citi Handlowego postanowili zmienić nieco reklamówkę telewizyjną oraz zawartość strony internetowej, która reklamuje pożyczkę gotówkową. A co się zmieniło? Oddaję głos p. Zegarłowiczowi:

      1. wprowadziliśmy zmiany w spocie telewizyjnym zwiększając czcionkę informacji na dole ekranu, w której tłumaczymy, że kwota 1200 zł to wysokość prezentu dla klienta korzystającego z pożyczki w wysokości 120 000 zł.
      2. wprowadziliśmy zmiany na stronie internetowej banku:
      a) Na głównej stronie pożyczki dodaliśmy sekcję "Opłaty i Oprocentowanie", gdzie klient może znaleźć Tabelę Opłat Pożyczki
      b) W informacji o promocji na głównej stronie pożyczki klienci znajdą wytłumaczenie, że "kwota prezentu stanowi 1% kwoty pożyczki netto"
      c) Dla ułatwienia zrozumienia mechanizmu obliczania jakiej wysokości "prezent" klient może otrzymać, umieściliśmy tabelę z przykładowymi wyliczeniami
      d) Na stronie zaznaczamy też, że "oferta dostępna jest dla posiadaczy konta osobistego w Citi Handlowy"

      Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko po raz kolejny ucieszyć się, że moja pisanina i prześwietlanie reklam do czegoś się przydały. Jeśli klienci Citi Handlowego - dzięki nowej informacji: lepszej, pełniejszej i bardziej fair - mogą bardziej świadomie podejmować decyzje dotyczące zaciągnięcia (bądź nie zaciągnięcia) kredytu w tym banku, to jest to nasz wspólny sukces: „Gazety Wyborczej”, Citi Handlowego, klientów i mój osobisty.

      Nie pierwszy w ostatnim czasie. Przypomnijcie sobie jak klient mBanku odzyskał po mojej interwencji 700 zł, jak ten sam bank przestał przeszkadzać bezrobotnym kredytobiorcom w uzyskaniu rządowej pomocy, jak Bank Pocztowy zmienił swoje ulotki na bardziej uczciwe oraz jak sieć Open Finance i Noble Bank oddali klientce 160.000 zł. A to przykłady załatwionych spraw tylko z ostatnich kilku tygodni!

      A jeśli w kolejnych sezonach pożyczkowych banki - nie tylko Citi Handlowy, ale i konkurenci - zrezygnują z kontrowersyjnych sposobów kreowania popytu poprzez „niby-prezenty”, wypłacane klientom, za które ci klienci potam sami muszą sobie zapłacić, to będę już niemal wniebowzięty.

      Czytaj też: Komu gra na nerwach Citi Handlowy?

      Czytaj też: Citi podwyższa prowizje. Z kulturą.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Po mojej publikacji: Citi Handlowy zmienia reklamówki szybkich pożyczek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 grudnia 2009 15:31
  • sobota, 19 grudnia 2009
    • Spokojnie, to tylko... konserwacja???

      Napisał do mnie w piątek wieczorem kolega z rodzinnych stron, by poinformować mnie o kłopotach Alior Banku. Kolega nie mógł się zalogować do systemu transakcyjnego, a kiedy zadzwonił na infolinię pracownica banku poinformowała go, że ma zgłoszenie o awarii i nie wiadomo kiedy uda się usunąć usterkę.

      Alior Bank należy do najbardziej rozwiniętych technologicznie banków w Polsce. Jako jedyny ma w standardzie wyposażenia placówek specjalne tablety, które pomagają bankować z dużo mniejszym zużyciem papieru i drukarek. Jako jeden z nielicznych ma system informatyczny zaprojektowany i obsługiwany własnymi siłami, co ułatwia jego wszelkie zmiany i udoskonalenia.

      Ale zepsuć się może nawet najlepszy system. I nic w tym dziwnego. Nie zająknąłbym się nawet na ten temat (tym bardziej, że teraz z logowaniem do Alior Banku problemów już nie ma), gdyby nie dziwne zachowanie bankowców. Ponieważ mam naturę śledczego, zaraz po odczytaniu informacji od kolegi sam zadzwoniłem na infolinię Alior Banku, żeby zapytać co się stało. Udałem, że jestem klientem, który ma problemy z logowaniem (tak naprawdę konta w banku nie mam). I czego się dowiedziałem?

      Najpierw włączył się komunikat mówiący o możliwych opóźnieniach w połączeniu z konsultantem ze względu na duże obłożenie pracowników telefonami od klientów. Czasem takie komunikaty włącza się w sytuacjach awaryjnych, ale piątek wieczór to też może być w bankach okres wzmożonego ruchu. Więc może nic w tym dziwnego?

      Mimo ostrzeżenia połączyłem się z konsultantką bez czekania. Spytałem czy mają awarię, bo nie mogę zalogować się do systemu. Pani odparła, żebym się nie denerwował, bo to tylko standardowa aktualizacja systemu, czyli ”Wgrywamy nowe funkcjonalności. Mam informację, że właśnie umieściliśmy taki komunikat na stronie internetowej” - dodała. W sobotę rano identyczną informację otrzymałem od biura prasowego banku. Według niego system transakcyjny nie działał tylko przez 10 minut.

      Piszę o tym, bo parę rzeczy mi w tych tłumaczeniach nie pasuje. Po pierwsze żadnego komunikatu na stronie internetowej, ostrzegającego przed możliwością przerwy w dostępie do pieniędzy, nie zauwazyłem. Ani na stronie głównej banku, ani na stronie logowania, której adres, nota bene, wymyślił ktoś z poczuciem humoru (www.aliorbank.pl/hades). Po drugie, jak zeznaje mój kolega, nie było takiego komunikatu-ostrzeżenia także wcześniej, a zwykle banki informują o konserwacjach z wyprzedzeniem.

      Po trzecie update'ów systemu nie robi się w piątki wieczorem, bo wtedy ruch w banku jest bardzo wysoki, zwłaszcza przed świętami. Czas na takie operacje zwykle jest w nocy z soboty na niedzielę. Po czwarte jedna pani z infolinii mówiła o awarii, a druga - trochę później - już o planowanej aktualizacji. Po piąte kolega przysłał do mnie e-mail z informacją o kłopotach banku o godz. 20.06, a „moja” konsultantka mówiła o trwającej aktualizacji systemu jeszcze ok. 21.30. Przerwa w działaniu systemu musiała więc trwać znacznie dłużej, niż 10 minut.

      Może rzeczywiście to wszystko jest tylko zbiegiem okoliczności, a bank po prostu miał do zrobienia dość pilną aktualizację, przez którą informatycy nie chcieli siedzieć w pracy w weekend. A jeśli to była awaria? Cóż, zdarza się najlepszym. Tylko po co w takim razie udawać, że nic się nie stało? Prawda jak oliwa...

      Czytaj też o ostatnich podwyżkach opłat i prowizji w Alior Banku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Spokojnie, to tylko... konserwacja???”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 19 grudnia 2009 11:29

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line