Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 31 grudnia 2011
    • Sześć pomysłów dla domowego budżetu na finansową pomyślność w 2012 roku

      Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ten rok od strony finansowej nie był taki najgorszy. Mam nadzieję, że większość z Was też nie ma poważnych powodów do narzekań, mimo że przecież zawsze może być lepiej. Na kolejny rok życzę Wam utrzymania dobrych nastrojów (jeśli szło Wam nieźle) lub pozytywnego przełomu (jeśli zmagaliście się z finansowymi tarapatami, jak dwa miliony polskich rodzin). Cały czas mam z tyłu głowy zapowiedzi analityków i ekonomistów, że to będzie ten czas, w którym uderzy w nas fala odpryskowa europejskiego kryzysu finansowego. I od dłuższego czasu zastanawiam się jak na taki czas należałoby przygotować swój domowy budżet? Mam kilka pomysłów i nawet postarałem się ułożyć je w jakiś konkretny plan, bo sądzę, że większość z nas powinna przygotować się na chudsze czasy (oby nie nadeszły, ale zawsze warto być gotowym na negatywny scenariusz i mile się rozczarować). A więc:

      Zwiększamy luzy w budżecie. Niezależnie od tego jak mocne finansowo są Wasze firmy i na ile stabilne są pensje, które otrzymujecie, warto przygotować się na spadek dochodów rodziny o jakieś 10%. Jest spora szansa, że on nie nadejdzie, ale może się zdarzyć, że pewne dodatkowe dochody odpadną, szef nie wypłaci zwyczajowej premii albo poprosi załogę o czasową, kryzysową obniżkę płac. Firmy na pewno będą oszczędzać, podwyżki będą należały do rzadkości, a etat z pełnym „socjałem” może być jeszcze większym luksusem, niż dziś. Rzecz w tym, żeby - jeśli (odpukać) dotkną nas jakieś kryzysowe działania pracodawców - nie oznaczało to wpadnięcia w pętlę zadłużenia: wykorzystywania debetów, limitów kart kredytowych itp. Starajmy się przejrzeć nasze comiesięczne wydatki i znaleźć pole do ich redukcji o te 10%.

      Czytaj też: Cztery największe błędy, które utrudniają nam oszczędzanie

      Wiadomo, że wydatki sztywne (rachunki, raty kredytów) są raczej nie do ruszenia. Ale zawsze możemy manewrować wydatkami „na życie”. Policzmy ile wydajemy dziennie lub tygodniowo i postarajmy się zejść o te 50-100 zł, w zależności od zasobności budżetu. Prawdopodobnie aby to osiągnąć wystarczy lepiej zarządzać zakupami. Wiem po sobie, że czasem kupuję za dużo i gdybym czasami się zastanowił, to pewne rzeczy kupiłbym taniej (czasem wystarczy zrobić większe zakupy w supermarkecie zamiast w delikatesach i jest się 15-20 zł do przodu) albo kupiłbym ich mniej, a później nie wyrzucał. Nie chodzi o jakieś wielkie oszczędzanie. To byłoby wręcz niepatriotyczne! Chodźmy na zakupy, wydawajmy pieniądze, wspomagajmy gospodarkę. Ale nie wydawajmy pieniędzy bezmyślnie, nie przepłacajmy, nie kupujmy więcej niż potrzebujemy.

      Przygotowujemy poduszkę finansową. Jeśli uda się wycisnąć jakieś oszczędności z wydatków bieżących, to proponuję, byśmy gromadzili je na jakimś koncie oszczędnościowym, by mieć „budżet awaryjny”, tak na wszelki wypadek. Jeśli nadejdą chudsze czasy, to raczej nie będziemy mogli liczyć na pożyczki w bankach, bo będzie o nie trudniej lub będą droższe. W takich momentach rośnie znaczenie poduszki finansowej, która pomoże pokryć jakieś niespodziewane wydatki albo po prostu zalepić lukę po spadku comiesięcznych dochodów. A propos poduszek, chciałem dać Claudię Schiffer, ale nie pozwalają, więc będzie poduszka solo: :-)

      Robimy przegląd zadłużenia. Jeśli spłacamy kredyty, to ewentualne - cały czas powtarzam: tylko ewentualne, bo może wcale nie nadejść - osłabienie sytuacji gospodarczej Polski może spowodować trzy działania naszych banków. Po pierwsze bank może ograniczyć finansowanie, czyli nie przedłużyć karty lub debetu, który się kończy, albo zmniejszyć limity wydatków. Po drugie mogą wzrosnąć raty. Większość kredytów ma oprocentowanie zmienne, te walutowe w dodatku zależą od zmian kursu złotego. Nie można wykluczyć ani podwyżek oprocentowania kredytów, ani osłabienia złotego. Bierzmy taką możliwość pod uwagę planując wydatki i przygotowując sobie poduszkę finansową. Po trzecie sprawdźmy jakie grożą nam dodatkowe obciążenia związane z kredytem, np. ubezpieczenie niskiego wkładu własnego. Może przyjdzie zapłacić z dnia na dzień kilka tysięcy złotych, a szef akurat nie wypłaci premii. Miejmy z tyłu głowy taki scenariusz i nie dajmy się zaskoczyć. Żadna linia kredytowa nie jest przyznana na wieczność, więc trzeba się liczyć, że bank będzie chciał lub musiał ją odciąć. Nie korzystajmy więc z kredytów „pod korek”, żeby w razie czego zlikwidowanie linii debetowej, czy karty kredytowej zbytnio nie zabolało.

      Unikamy zbędnych kredytów. To frazes, ale jeśli nadejdzie osłabienie gospodarcze, to stanie się on wyjątkowo aktualny. Każdy dodatkowy kredyt ogranicza elastyczność budżetu domowego, zmniejsza możliwość ograniczania kosztów życia i zabiera szansę na budowanie poduszki finansowej. Jeśli nie mamy wyjścia, to trudno, ale jeśli mielibyśmy zaciągnąć jakiś nowy kredyt gotówkowy na tzw. wyuzdaną konsumpcję, to w tym roku odpuśćmy.

      Przygotowując zakup mieszkania budujemy kapitał. Czuję przez skórę, że to będzie dobry rok dla tych, którzy chcą kupić mieszkanie. Ceny zapewne spadną, podaż nowych mieszkań jeszcze będzie duża (bo deweloperzy dopiero zaczęli hamowanie z inwestycjami). W pięknych i tanich jak rzadko mieszkaniach będzie można przebierać, jak w ulęgałkach. Tyle, że aby skorzystać z okazji, musimy budować własny kapitał. Banki będą pożyczały chętnie pieniądze tylko tym, którzy mają minimum 20-25% wkładu własnego i tym, którzy są w stanie spłacić dług bez zarzynania domowego budżetu w ciągu 25 lat. Im więcej zgromadzimy kapitału, tym większa szansa, że spełnimy oba te warunki i skorzystamy z okazji.

      Zwiększamy zróżnicowanie portfela inwestycji. To może być kolejny trudny rok dla tych, którzy inwestują swoje oszczędności nie tylko trzymając je w banku lub w rządowych obligacjach. Czasy są niepewne i wygrają tylko ci, którzy będą mieli bardzo dobrze zróżnicowany portfel inwestycji. A więc taki, w którym są cztery nogi: lokaty bankowe, obligacje (ale takie, których oprocentowanie zależy od inflacji) bądź fundusze obligacji (niekoniecznie skarbowych, ale także tych korporacyjnych i gminnych), fundusze inwestycyjne albo akcje (ale ze szczególnym uwzględnieniem funduszy z różnych części świata i akcji spółek tzw. defensywnych i dywidendowych) oraz inwestycje alternatywne (złoto, wino, fundusze typu hedge, zarabiające także na spadkach). Mając tak zbudowany portfel nawet w wyjątkowo złych czasach zachowujemy szansę na to, że jego wartość - nawet jeśli spadnie - to spadnie jednocyfrowo. A jeśli na rynku będą dobre nastroje, to zarobek wyższy, niż w banku będzie dość prawdopodobny. To nie jest dobry czas, by obstawiać w inwestowaniu jednego tylko konia. Nawet bezpieczne lokaty nie są dziś sposobem na przeczekanie i ochronę kapitału, bo mogą masowo przegrywać z inflacją.

      Nie chcę budować tu przekonania, że czeka nas coś strasznego, bo tego nie wiem. Wszyscy ekonomiści zastanawiają się jak wpłynie na naszą gospodarkę kryzys w strefie euro. Do tej pory ci, którzy wieszczyli czarne scenariusze, srodze się mylili. Sądzę, że tak może być też w najbliższym czasie - ekonomiści będą straszyli, a firmy będą sobie jakoś radziły. Ale domowy budżet to cholernie ważna sprawa, bo raz zepsuty bardzo długo wraca „do pionu”. Dlatego mimo wszystko namawiam Was - życząc udanego Sylwestra - do ostrożnego zaplanowania swych finansów w 2012 r.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Sześć pomysłów dla domowego budżetu na finansową pomyślność w 2012 roku”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 31 grudnia 2011 09:18
  • piątek, 30 grudnia 2011
    • Ciekawe: warto poczekać z zakupami akcji do czasu, gdy średni C/Z spadnie poniżej...

      Anno Domini 2011 r. to nie był dobry rok dla tych, którzy mają w portfelach inwestycyjnych akcje albo udziały w funduszach inwestycyjnych. W skali roku (licząc od Bożego Narodzenia 2010 r. do Bożego Narodzenia Roku Pańskiego 2011 r.) indeks WIG20 zaliczył zjazd o 22%, a WIG o jakieś 21%. Sporo, nawet biorąc pod uwagę, że wcześniejsze lata były dużo lepsze. A najważniejsze pytanie na dziś brzmi: czy ten spadek już dyskontuje to, co może stać się niedobrego w gospodarce w 2012 r.? Tak na zdrowy rozum wydaje się, że tak. Spadek zysków spółek i PKB o jedną piątą to wariant dość realny i gdyby na tym kryzys się zatrzymał, to można byłoby powiedzieć, że już dziś wszystko „jest w cenach”.

      Widać to zwłaszcza po średnim wskaźniku C/Z, wyliczonym dla wszystkich spółek zaliczanych do indeksu WIG. Dla mniej wtajemniczonych słowo wyjaśnienia: chodzi o wskaźnik Cena/Zysk, mówiący ile złotych kosztuje przy danej cenie giełdowej złotówka zysku danej firmy. Jeśli firma zarobiła przez ostatnie cztery kwartały 10 milionów złotych, a jej kapitał dzieli się na milion akcji, z których każda kosztuje na giełdzie 200 zł, to wskaźnik C/Z dla tej spółki wynosi 20. Z punktu widzenia kupujących akcje im wyższy C/Z, tym większe prawdopodobieństwo, że dana spółka jest po prostu przewartościowana. 

      Przyjrzałem się więc wskaźnikowi C/Z wyliczonemu dla spółek z WIG. Rok temu był on na bardzo wysokim, charakterystycznym dla hossy i przewartościowania spółek poziomie - 20,7. To oznaczało, że za każdą złotówkę zysku spółki przypadającego na akcję spółek inwestorzy płacili średnio po 20,7 zł. Dziś średni wskaźnik C/Z dla spółek z WIG wynosi już tylko 10,1, co oznacza, że każda złotówka zysku na akcję jest wyceniana przez rynek dwa razy niżej, niż rok temu. Widać to na wykresie, który zassałem z mojego ulubionego serwisu Stooq.pl.

      Indeks WIG P/E, grudzień 2011

      Pytanie brzmi: czy kupowanie akcji przy średnim wskaźniku C/Z dla całej giełdy wynoszącym mniej więcej 10-11 to już jest dobry pomysł, czy też warto zakładać, że będzie jeszcze taniej? Cóż, teoria mówi, że atrakcyjnym wskaźnikiem C/Z, który daje szansę na solidne stopy zwrotu w kolejnych latach, jest dopiero ten oscylujący w okolicach 6-8. Kupowanie złotówki zysków spółek za 6-8 zł opłaca się już dla inkasowania samej dywidendy, nie mówiąc już o perspektywach, że ów C/Z będzie jeszcze atrakcyjniejszy po ewentualnym wzroście zysków spółek, zaś ceny rynkowe akcji będą musiały zacząć ów C/Z „gonić”. Ale na warszawskiej giełdzie C/Z dziś jeszcze jest ciut wyżej, niż ów „przedział marzeń” - oczywiście „marzeń” z punktu widzenia kogoś, kto jeszcze akcji nie kupił. No i znacznie wyżej od poprzedniego dna bessy, które obserwowaliśmy przy poziomie C/Z w okolicach 7,5. 

      I co z tym fantem zrobić, planując strategię inwestycyjną na 2012 r.? Pewne wsparcie przynosi ciekawy wykres, który znalazłem w jednym z blogów giełdowych. Pokazuje on ile wyniosła roczna stopa zwrotu z indeksu S&P500 przez kolejnych dziesięć lat, począwszy od określonych momentów w historii. Owe momenty startowe podzielono na pięć grup, w zależności od tego ile wynosił w danych okolicznościach średni wskaźnik C/Z dla spółek zaliczanych do indeksu (w opisie wykresu występuje zamiast C/Z angielski P/E, ale to to samo). Do pierwszej grupy momentów startowych zaliczono wszystkie, w których wskaźnik C/Z dla S&P 500 nie przekraczał 8,5. Do ostatniej zaliczono stopy zwrotu osiągnięte przez kolejną dekadę od zajścia sytuacji, gdy wskaźnik C/Z wynosił 22 lub więcej.

      Wskaźnik C/Z dla S&P 500 

      Jakie wnioski wynikają z tej statystyki, zrobionej na podstawie notowań indeksu z lat 1871-2007? Otóż wchodząc na rynek akcji w sytuacji, kiedy C/Z dla indeksu S&P wynosił 8,5 statystycznie przez kolejnych dziesięć lat osiągaliśmy w historii 11% rocznego zysku. Wchodząc na rynek przy średnim C/Z na poziomie 12, przez kolejną dekadę zgarnialiśmy przeciętnie 8,2% zysku. Kupowanie akcji przy poziomie C/Z od 15 do 17,5 wiązało się ze średniorocznym zyskiem podczas kolejnej dekady na poziomie zaledwie 5,7-6,1%, nie mówiąc już o żałośnie niskich zyskach po osiągnięciu przez C/Z poziomu 22. A oto bardziej detaliczne ujęcie tych statystyk:

      Stopy zwrotu z S&P 500 

      Nie wiem co by wynikło z podobnych statystyk przeprowadzanych dla indeksów warszawskiej giełdy, ale jeśli mielibyśmy opierać się na tych amerykańskich, to nie ma sensu kupować akcji, gdy C/Z dla całej giełdy jest powyżej 12. Zarobek przez kolejną dekadę nie przekroczy tego, który moglibyśmy mieć z obligacji. Z kolei każdy moment, kiedy C/Z spadnie poniżej 8,5 powinien być okazją do tanich zakupów. A skoro na warszawskiej giełdzie mamy C/Z w okolicach 10,1... wnioski wyciągnijcie sami. Ja życzę Wam w 2012 r. solidnie dodatniej stopy zwrotu! :-)

      WNET I TAK ZGINIEMY W ZUPIE. Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. To, że czytacie ten blog mimo, że nie traktuje on o gotowaniu, czyni Was w każdym calu wyjątkowymi. Przekonuje mnie o tym rzut oka na statystyki platformy blogowej Blox.pl. W dziesiątce najpopularniejszych blogów znalazły się tylko dwa, które nie opowiadają o dietach, kucharzeniu, pieczeniu albo pichceniu.

      Wnet i tak zginiemy w zupie

      Poza blogiem o finansach osobistych, który macie przed oczami z matni wyrwał się tylko Piotrek Miączyński, mój kolega z „Gazety Wyborczej”, który pisze blog „Towar niezgodny z umową”. Choć i u niego przeważnie jest o żywności, tyle, że o takiej, która nie trafiła jeszcze do kuchni :-). A poza tym? „Moje wypieki”, „Gotuję bo lubię”, „Przy kuchennym stole”, „Pyszne jedzonko”, „Majanowe pieczenie”, „Tak sobie pichcę”... A więc, mili bankowcy i pozostali czytelnicy, nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć za Janem Brzechwą: „Moi drodzy, po co kłótnie, po co nasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie!. A to feler - westchnął seler”. :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Ciekawe: warto poczekać z zakupami akcji do czasu, gdy średni C/Z spadnie poniżej...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2011 00:24
  • środa, 28 grudnia 2011
    • Ma kasę i pomysł: spolonizować dług naszego państwa! Objawienie czy... kłopot?

      W poprzedniej notce mogliście poczytać o najlepiej zarabiającym finansiście w Polsce. Choć nie zarządza żadnym wielkim bankiem, to w 2010 r. zarobił 6,5 miliona złotych na stołku prezesa Kasy Krajowej SKOK oraz na zasiadaniu w 13 różnych radach nadzorczych i zarządach spółek. To Grzegorz Bierecki, do którego pewnie nie miałbym żadnych pretensji o zarobki, gdyby tylko nie opowiadał o szczytnych ideałach, samopomocowej misji i pięknych celach społecznych SKOK-ów, co miałoby uzasadniać ich inne traktowanie, niż banków. W SKOK-ach przez wiele lat w jednym ręku łączono funkcję zarządu, właściciela i nadzorcy, co w cywilizowanych instytucjach finansowych byłoby nie do pomyślenia. Wygląda na to, że ta era dobiega końca i dobrze, że tak się dzieje.

      Odkąd Grzegorz Bierecki posiadł ambicje polityczne i uzyskał mandat senatora, od czasu do czasu wpadają mi do uszu jego myśli na różne tematy, wygłaszane przy okazji udzielanych przez szefa Kasy Krajowej wywiadów. Niestety, wywiady te ukazują się głównie w mediach niszowych, bo najlepsze tytuły ekonomiczne jakoś myśli Biereckiego słuchać nie chcą. Może to błąd? Może nie wszystkie z jego koncepcji są warte wzruszenia ramionami? Ostatnio np. prezes Kasy Krajowej udzielił wywiadu „Naszemu Dziennikowi”. Nie czytałem całości, bo jakoś nie miałem czasu (a i ochoty trochę brakowało, przyznaję ze wstydem...), ale mignęło mi omówienie rozmowy opublikowane w portalu wPolityce.pl.

      Grzegorz Bierecki

      Bierecki narzeka z powodu nadciągającej drożyzny, którą zgotował nam rząd Tuska (twierdzi, że oszczędzanie poprzez obniżanie płac i podwyżki podatków nie jest dobrym pomysłem na wychodzenie z kryzysu), a także z powodu pożyczki, którą Polska ma udzielić Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu (według niego nie wiadomo czy coś z tego pożyczania będziemy mieli), nie mówiąc już o unii fiskalnej (nie powinniśmy tam wchodzić, bo jest spore ryzyko, że nie będziemy mieli na nią wpływu). Tych poglądów nie chciałbym komentować. Ale szef SKOK-ów wrócił też do swojego przesłania jeszcze z kampanii wyborczej, że należy „unarodowić dług publiczny”. Prezes-senator Bierecki obawia się, że zagraniczni wierzyciele mogą nam wykręcić taki sam numer, jaki wykręcili Grecji, czyli pożyczać tylko na lichwiarski procent albo - ta obawa pośrednio wynika z fragmentów, które przeczytałem - uzależnić pożyczki od niekorzystnych z naszego punktu widzenia decyzji, np. dotyczących przyspieszenia prywatyzacji.

      Grzegorz Bierecki uważa, że minister Jacek Rostowski nie robi dobrej roboty przeprowadzając kolejne emisje obligacji. „Cały ten "plan" [oszczędnościowy - mój dopisek] ma zapewnić zwrot długów zaciągniętych przez Jacka Rostowskiego. A zaciąga on te długi na niekorzystnych warunkach, zbyt kosztownie finansuje. Mógłby to robić taniej - wtedy nie trzeba byłoby przeprowadzać takich cięć” - mówi Bierecki. W sprawie „unarodowienia” długu byłbym skłonny Grzegorzowi Biereckiemu przyznać rację. Jasne, że byłoby lepiej pożyczać od własnych obywateli, niż od zagranicznych instytucji finansowych. Choćby dlatego, by płacić odsetki od obligacji Polakom, którzy wydadzą te pieniądze w Polsce, napędzając koniunkturę u nas, a nie w swoich krajach macierzystych. Na pierwszy rzut oka dobry pomysł, panie prezesie.

      Tylko jak do tego „unarodowienia” długu doprowadzić? Pomijam oczywisty fakt, że nasz dług w większości już jest „unarodowiony”, bo z 761 mld zł zadłużenia Skarbu Państwa aż 529 mld zł to zadłużenia krajowe, a „tylko” 232 mld zł to dług zaciągnięty za granicą. Ale w porządku, może nie byłoby źle wykupić te pozostałe 232 mld zł z rąk zagranicznych instytucji finansowych, czyhających na szansę, by nas przycisnąć. Okazji nie zabraknie. W 2012 r. będziemy musieli zrolować obligacje za 107 mld zł, w 2013 r. - za kolejne 84 mld zł. Można by zakazać zakupu nowych papierów inwestorom zagranicznym i przeznaczyć je wyłącznie dla polskiej, czystej krwi. Tylko czy to realne?

      Oszczędności gospodarstw domowychTeoretycznie można sobie wyobrazić, że dług ten wykupią zwykli Polacy. W samych tylko bankach trzymamy obecnie  470 mld zł, w większości na marny procent. Kolejne 80 mld zł to pieniądze inwestorów detalicznych w funduszach inwestycyjnych, jakieś 60 mld zł trzymamy w akcjach. Więc byłoby nas stać. Tyle, że Polacy nie chcą finansować długu Skarbu Państwa i nie sądzę, by istniała jakaś siła, by ich do tego zmusić. Miesięcznie kupujemy obligacje za 100 mln zł (milionów, nie miliardów :-)) i ten trend utrzymuje się od dłuższego czasu. A przecież oprocentowanie obligacji skarbowych - zwłaszcza tych długoterminowych - nie jest złe. Dziesięciolatki dają dziś 5,75% rocznie minus podatek, a nawet najlepsze lokaty w bankach dają góra 6,2% (co prawda bez podatku, ale ten bonus zaraz się skończy). A średnie oprocentowanie depozytów wynosi,  według danych NBP, tylko 4,3% w skali roku. Każda, podkreślam: każda, z obligacji detalicznych, które są obecnie w ofercie, daje wyższe odsetki. Nawet najmarniej oprocentowana obligacja dwuletnia - 4,5%.

      Administracyjnie zmusić Polaków do zakupu rządowych papierów? Wynająć do reklamy Szymona Majewskiego z Wojewódzkim i Figurskim do spółki, dorzucając Kondrata z Tyszkiewicz do kompletu? Nie da rady. Zostaje tylko jeden sposób - podnieść atrakcyjność sprzedawanych papierów, by krajowi inwestorzy sami pobiegli zabrać pieniądze z banków (tylko ciekawe co potem stałoby się z akcją kredytową banków, którym i bez tego brakuje finansowania pod nowe kredyty). No dobrze, to ile trzeba by płacić? Zerknąłem na wykres rentowności polskich obligacji z 10-letnim terminem wykupu. Wynosi ona dziś jakieś 5,4%. Na początku roku, kiedy było gorąco wokół polskiego długu, podskoczyła nagle do 6%, a w najgorszym momencie poprzedniej odsłony kryzysu, pod koniec 2008 r., przez moment wynosiła 7,1%. Ale poza tymi epizodami raczej faluje wokół poziomu 5,5%. To mniej więcej tyle, ile rząd płaci Polakom za detaliczne obligacje dziesięcioletnie (przypominam - 5,75%).

      10letnia rentowność polskich obligacji

      To prowadzi mnie do bolesnej myśli, że aby zrealizować dobry w sumie, szlachetny pomysł prezesa Grzegorza Biereckiego, by „unarodowić” polski dług, trzeba byłoby sprzedawać Polakom obligacje po wyraźnie wyższej cenie, niż dziś sprzedajemy wszystkim inwestorom na rynku (także tym zagranicznym). Tylko to oznaczałoby znaczny wzrost kosztów refinansowania długu, a nie ich spadek, o którym myśli prezes Bierecki. Choć w tym przypadku szefowi SKOK-ów przychodzą z odsieczą facebookowicze, którzy na stronie blogu „Subiektywnie o finansach” proponują całkiem zgrabny pakiet zachęt dla krajowych inwestorów detalicznych, by przejęli choćby część polskiego długu. Zawieszenie podatku Belki w odniesieniu do zysków z obligacji skarbowych, kampania medialna promująca 10-letnie obligacje emerytalne, podpisanie umów o dystrybucję obligacji z innymi bankami, nie tylko z PKO BP, celowe emisje obligacji - np dla Polonii w Niemczech lub USA”. Brzmi nieźle, chociaż obawiam się, że i tak do ugrania są góra miliardy, a nie dziesiątki miliardów złotych.

      W swoim omówieniu problemu pominąłem pewien istotny szczegół koncepcji Grzegorza Biereckiego. Otóż proponuje on, by rząd emitował z myślą o polskich obywatelach nie tyle złotowe obligacje, co takie wyrażone w euro lub frankach. Jego zdaniem wówczas byłoby łatwiej takie papiery spopularyzować, bo konkurencja lokat walutowych ze strony banków jest dużo słabsza, większość z nich płaci nie więcej, niż 1%. Już dziś rząd jedną trzecią swoich obligacji emituje walutach obcych - obecnie to bodaj 53 mld euro - więc nastąpiłaby jedynie zmiana nabywców - zamiast zagranicznych instytucji finansowych znaleźliby się wśród nich na większą skalę polscy ciułacze. Na porównywalnych warunkach, bo za euroobligacje emitowane w 2011 r. rząd płacił jakieś 5,5%. Może niejeden rodak by się skusił? W tym pomyśle widzę nieco inne niebezpieczeństwo - to byłoby de facto namawianie Polaków do spekulacji walutowej. Co prawda już dziś uprawia ją 700.000 rodzin zadłużonych w walutach obcych, ale jeśli mielibyśmy myśleć o znaczącej zmianie struktury posiadaczy polskiego długu, to liczbę owych „spekulujących” zapewne trzeba by pomnożyć jeszcze kilkukrotnie. 

      Dla tych, którzy dziś mają kredyty np. we frankach wykupienie polskich obligacji w euro byłoby nie takim złym pomysłem - byłby to swego rodzaju hedging - spekulacja dająca szansę na zysk w przypadku takich zmian kursu walutowego, która rzutowałaby negatywnie na odsetki od kredytu. Im niższy byłby kurs złotego względem walut obcych, tym większe byłyby zyski z lokaty walutowej, co kompensowałoby straty wynikające z wyższych rat kredytu. Tyle, że banki i towarzystwa funduszy inwestycyjnych tego rodzaju oferty już przedstawiały i zainteresowanie hipotecznych kredytobiorców było mizerne. Bardzo mało było tych, którzy byliby gotowi zabezpieczyć swoje pozycje kredytowe funduszem inwestycyjnym w walucie obcej. I prawdopodobnie identyczna byłaby sytuacja z ofertą obligacji rządowych, skierowaną do tych klientów (choć być może zainteresowanie byłoby ciut wyższe, bo chodziłoby o papier rządowy, a nie jednostki jakiegoś funduszu).

      A pozostali ciułacze, nie mający kredytu np. we frankach? Proponowanie im przez rząd spekulacji walutowej - a do tego sprowadzałoby się lokowanie oszczędności np. w euroobligacje - z trudem mieści mi się w głowie. Przecież tego typu euroobligacje, ze względu na ryzyko walutowe, nie miałyby wiele wspólnego z bezpieczną inwestycją. Zysk lub strata - tak, na takich papierach można byłoby stracić i to sporo, choć to obligacje - w 80% zależałaby od zmian kursów walutowych, a tylko w niewielkim stopniu od wypłacanych przez rząd odsetek, np. 5,5%. Zresztą spójrzcie na zmiany kursu euro do złotego w ostatnich dziesięciu latach.

      Kurs EUR/PLN w ostatnich 10 latach

      Załóżmy, że w ostatnich lat inwestowałbym w takie euroobligacje. W latach 2002-2003 zarobiłbym na zmianach kursowych prawie 40%. W latach 2004-2008 straciłbym 34%. W roku 2008 miałbym na różnicach kursowych znów 37% zysku, zaś w latach 2009-2010 byłbym jakieś 20% straty. Ciekawe ilu z nas, którzy w 80-90% lokujemy swoje pieniądze w bezpiecznych bankach, byłoby gotowych na taki finansowy roller-coaster. Oczywiście zmiany kursów można byłoby w ramach takich obligacji zabezpieczać (czyli, jak mówią finansiści, hedżować), ale to z kolei dość drogie w polskich warunkach usługi, wydatnie ograniczające zyski. Słowem - nie sądzę, by pomysł z emitowaniem dla polskich ciułaczy euroobligacji był realny, choć przyznaję, że dla pewnej grupy Polaków byłby obiektywnie korzystny.

      Owszem, trochę ludzi i tak ma oszczędności w euro czy dolarach (oni i tak siedzą w tym roller-coasterze), ale chyba nie są to kwoty pozwalające poważnie myśleć o repolonizacji zagranicznego długu. Trzy lata temu szacowano, że np. dolarowych oszczędności mamy tak jakoś 5 mld „zielonych”. I często są one w rękach osób nieubankowionych, którzy trzymają dolary po prostu pod poduchą. Czy wyjmą je słysząc o rządowych obligacjach w walutach obcych? Nie jestem przekonany, ale kto wie... Męczy mnie jeszcze jeden problem. Gdyby polski kapitał odkupił naprawdę dużą część zagranicznego długu - czy to w formie obligacji złotowych, czy to denominowanych w walutach obcych - to mogłoby to się skończyć dużym odpływem depozytów z banków. A te i tak mają coraz większy problem z finansowaniem akcji kredytowej.  Ale może nie ogarniam w pełni koncepcji szefa SKOK-ów? Chętnie zaproszę pana prezesa na kawę lub ciastko (bądź na obie te rzeczy naraz :-)) i utnę sobie z nim merytoryczną rozmowę. Może coś dobrego z niej wyniknie dla naszych domowych finansów?

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      FINANSOWA KUCHNIA, CZYLI WARTO CZYTAĆ BLOG. Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. To, że czytacie ten blog mimo, że nie traktuje on o gotowaniu, czyni Was w każdym calu wyjątkowymi. Przekonuje mnie o tym rzut oka na statystyki platformy blogowej Blox.pl. W ostatnio publikowanej dziesiątce najpopularniejszych blogów znalazły się tylko dwa, które nie opowiadają o dietach, kucharzeniu, pieczeniu albo pichceniu.

      Wnet i tak zginiemy w zupie

      Poza blogiem o finansach osobistych, który macie przed oczami, z patelni wyskoczył tylko Piotrek Miączyński, mój kolega z „Gazety Wyborczej”, który pisze „Towar niezgodny z umową”. Choć i u niego przeważnie jest o żywności, tyle, że o takiej, która nie trafiła jeszcze do kuchni :-). A poza tym? „Moje wypieki”, „Gotuję bo lubię”, „Przy kuchennym stole”, „Pyszne jedzonko”, „Majanowe pieczenie”, „Tak sobie pichcę”... A więc, mili bankowcy i pozostali czytelnicy, nie pozostaje mi nic innego, jak powtórzyć za Janem Brzechwą: „Moi drodzy, po co kłótnie, po co nasze swary głupie, wnet i tak zginiemy w zupie!. A to feler - westchnął seler”. :-)

      SUBIEKTYWNA EDUKACJA, CZYLI „MŁODZI DO AKCJI”. Wasz ulubiony bloger został ekspertem Centrum Edukacji Obywatelskiej w ramach programu „Młodzi do Akcji!”, w którym nauczyciele przygotowują się do prowadzenia zajęć dotyczących rynku kapitałowego. W programie uczestniczą gimnazja i licea z całej Polski. Uczniowie i nauczyciele przygotują projekty edukacyjne, dotyczące giełdy i finansów. Poza nieustannym zachęcaniem uczniów i nauczycieli do bieżącego czytania blogu „Subiektywnie o finansach” - tu naprawdę można się sporo dowiedzieć i nauczyć o rynku kapitałowym! - będę odpowiadał na ich pytania o kryzys, inwestowanie, akcje i obligacje. Może w polskich szkołach objawi mi się jakiś nowy Soros, albo chociaż Buffet? Jeśli tak się stanie, dowiecie się o tym pierwsi z blogu :-)

      CEO - projekt Młodzi do Akcji

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”, w ramach którego zostaną przyznane nagrody dla najlepszego banku 2011 r., dla menedżera roku w branży bankowej, dla najbardziej mobilnego banku, najszybciej rozwijającego się banku oraz nagrody za najciekawszą innowację bankową i za najciekawszy pomysł CSR w branży (czyli z obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu). Kapituła pod przewodnictwem Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić kapitule, to zapraszam! Czekam na Facebooku, możesz opisać swój pomysł w komentarzu pod niniejszą notką albo napisać do mnie e-mail na adres maciej.samcik@gazeta.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (28) Pokaż komentarze do wpisu „Ma kasę i pomysł: spolonizować dług naszego państwa! Objawienie czy... kłopot?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2011 22:02
    • Zarabia najlepiej w branży finansowej, ale... nie zarządza żadnym bankiem. Kto?

      Czy wiecie kto był najlepiej zarabiającym szefem instytucji finansowej w 2010 r.? Do niedawna żyłem w przekonaniu, że palmę pierwszeństwa dzierży dzielnie Sławomir Sikora, prezes Citi Handlowego, który w 2010 r. miał wynagrodzenie roczne rzędu 4 miliony złotych. Sądziłem też, że nic nie przebija odprawy, którą zainkasował Mariusz Grendowicz, kiedy w 2010 r. wyrzucano go z posady szefa BRE Banku - otrzymał 4,5 miliona złotych. Okazuje się jednak, że większą kasę można wypracować siedząc na stołku prezesa... instytucji parabankowej, do niedawna nazywającej się niekomercyjną i samopomocową - Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, zwanych SKOK-ami.

      To największa w Polsce organizacja parabankowa. Według danych na koniec września 2011 r. obsługują prawie 2,3 mln Polaków. Najważniejszą markę SKOK-ów, czyli Kasy Stefczyka - grupę zbudowaną wokół największego w systemie SKOK-u  - reklamuje w telewizji znany aktor Artur Żmijewski, czyli ojciec Mateusz. Reklamy są tak konserwatywne, że aż zęby bolą, ale akurat SKOK-i to nie PKO BP, by musiały na siłę odmładzać sobie „elektorat”.

      SKOK-om szefuje Grzegorz Bierecki, szef skupiającej je wszystkie Kasy Krajowej, który w tym roku wywalczył mandat senatora z ramienia PiS. Trochę się nabijałem w „Gazecie”, że prezes zamiast u siebie, na Pomorzu, uciekł w poszukiwaniu głosów aż na drugi koniec Polski, gdzie więcej jest zwolenników PiS, ale niech tam - nie jest tajemnicą, że pieniądze SKOK-ów wspomagają prawicowe środowiska, więc trudno się dziwić, że prezesa zaprzyjaźnionej organizacji znajdujemy na liście w dobrym miejscu, a nie tam, gdzie elektorat jest mniej liczny. Dzięki temu, że Grzegorz Bierecki dostał się do Senatu i musiał złożyć oświadczenie majątkowe, wiemy już ile zarabia. Na pomysł sprawdzenia tego wpadła jako pierwsza Bianka Mikołajewska, moja koleżanka po piórze z „Polityki”, ale i ja ostatnio postanowiłem sobie poczytać na ten temat, gdy dowiedziałem się, że za trzy tygodnie - 12 stycznia -Trybunał Konstytucyjny zdecyduje, czy ustawa poddająca SKOK-i pod nadzór bankowy jest zgodna z konstytucją. Jeśli jest - wpływy prezesa Grzegorza Biereckiego na system SKOK-ów radykalnie zmaleją.

      Czytaj też: Jak ugryźć 21 milionów, czyli spece od zarządzania idą do kasy

      Prezes Bierecki - jak poinformował mnie jego rzecznik - nie zamierza zrezygnować z funkcji w zarządzie Kasy Krajowej i będzie łączył ją z mandatem senatora niezawodowego. To bodaj jedyny w ostatnich latach przypadek, by urzędujący szef dużej instytucji finansowej zasiadał w parlamencie, nie zawieszając prowadzenia działalności biznesowej. Z tym większymi wypiekami na twarzy - wiem, podły jestem - zerknąłem więc na zeznanie majątkowe szefa SKOK-ów. Wynika z niego, że na zarządzaniu kasami i podmiotami należacymi do systemu SKOK Grzegorz Bierecki zarobił w 2010 r. więcej, niż jakikolwiek prezes banku komercyjnego! Bierecki z tytułu umowy o pracę zainkasował 3.449.000 zł pensji. Dodatkowo, będąc w zarządach i radach nadzorczych aż 13 podmiotów związanych z systemem SKOK (spółek, towarzystw itp.), zarobił w zeszłym roku prawie 3.109.000 zł (swoją drogą - jak on znajdował czas na te wszystkie zajęcia, pracować w 14 miejscach naraz, fiu, fiu...). W sumie - ponad 6,5 miliona zł rocznego dochodu. Zbigniew Jagiełło, szef największego na rynku banku PKO BP, w 2010 r. wzbogacił się o raptem milion złotych, czyli wziął ponad pięć razy mniej pieniędzy, niż prezes Bierecki.

      Grzegorz Bierecki, oświedczenie majątkowe

      Bierecki ma też akcje notowanego na giełdzie Towarzystwa Finansowego SKOK warte obecnie ok. 320.000 zł, udziały w spółkach SIN, Arenda oraz MP59, obligacje za 100.000 dolarów, ponad 7 milionów zł oszczędności na lokatach i w funduszach inwestycyjnych oraz 616.000 euro (równowartość ok. 3 milionów zł). Być może jego wynagrodzenie jest zasłużone, bo zarządzanie organizacją samopomocową, o szlachetnej misji, jest chyba trudniejsze, niż bycie zwykłą bankową piranią bez żadnej misji... Ale sukcesy menedżerskie Biereckiego zostaną jeszcze zweryfikowane, gdy SKOK-i przeprowadzą audyty finansowe związane z przejęciem nad nimi kontroli przez nadzór bankowy. Wtedy okaże się w jakiej kondycji Grzegorz Bierecki pozostawia stworzony przez siebie system.

      A może być różnie. W zeszłym roku w „Gazecie Wyborczej” wspólnie z Wojtkiem Czuchnowskim ujawniłem, iż w ramach kontroli skarbowej za 2008 r. urząd skarbowy zarzucił niektórym SKOK-om zaległości we wpłatach na fundusze zapewniające bezpieczeństwo pieniędzy klientów oraz zbyt niski poziom własnych kapitałów w stosunku do depozytów. Z kolei w sprawozdaniu finansowym Kasy Stefczyka za 2009 r. niezależny biegły rewident zwracał uwagę na „wysoki stan kredytów przeterminowanych”. Bank Światowy zaś w zeszłym roku ostrzegał, że SKOK-i w niewystarczającym tempie dostosowywały poziom własnych kapitałów do wartości aktywów, którymi zarządzają. Według statystyk Banku Światowego relacja kapitału własnego do aktywów SKOK-ów nie przekraczała 3%. To mało, zwłaszcza jak na kryzysowe czasy, kiedy w bankach współczynnik wypłacalności jest podnoszony do 9%.

      List Beatyfikacyjny Franciszek StefczykAle szefa SKOK-ów zajmują dziś jednak nie tylko sprawy tak przyziemne. Nie wiem czy zauważyliście, że 2 grudnia tego roku na ręce Abp. Mieczysława Mokrzyckiego, metropolity lwowskiego, trafiło pismo, w której najważniejsi ludzie systemu SKOK - w tym i sam Bierecki - zwracają się „z gorącą prośbą o wszczęcie procesu beatyfikacyjnego  sługi Bożego Franciszka Stefczyka w roku przypadającym w 150. rocznicę jego urodzin”. Wśród kilkunastu podpisanych pod pismem są też Adam Jedliński, szef rady nadzorczej Kasy Krajowej i prawa ręka Grzegorza Biereckiego oraz Andrzej Sosnowski, szef Kasy Stefczyka. Mając przed oczami twarz najlepiej wynagradzanego menedżera finansowego w zeszłym roku wziąłem się za czytanie uzasadnienia prośby o beatyfikację patrona SKOK-ów: 

      Owocem pracy apostoła biednych, jak nazywali go współcześni, było podniesienie poziomu życia mieszkańców wsi, miasteczek, wspólnot parafialnych, dzięki budowie samopomocowych instytucji finansowych, które skutecznie zahamowały lichwę (...), przeciwstawiały się wykluczeniu społecznemu i patologiom, potrafiły mobilizować lokalne oszczędności (...) służąc w ten sposób realizacji dobra wspólnego” - tak piszą o Stefczyku sygnatariusze listu. I dalej: „Kasy Stefczyka były w istocie organizacjami, które obok celów gospodarczych uczyły demokracji i odpowiedzialności, solidarności i uczciwości. (...). To właśnie dzięki duchowej formacji ich założyciela i organizatora kasy stały się nie tylko instytucjami finansowymi, ale i społecznymi, dążyły do gospodarczego, społecznego i moralnego podniesienia swoich członków, stosując w praktyce zasadę chrześcijańskiego miłosierdzia”.

      Czytaj też: The best of SKOK's, czyli moje tekstowe przeboje z kasami

      Mam nadzieję, że członkowie SKOK-ów, które i dziś są przecież powołane do realizacji dobra wspólnego, na zasadzie chrześcijańskiego miłosierdzia nie będą mieli nic przeciwko pobieraniu przez ich szefa miesięcznego wynagrodzenia w wysokości ok. 540.000 zł, czyli ok. 150 przeciętnych pensji oraz 270 przeciętnych emerytur wypłacanych w Polsce. Czy potraktują to jako jako niezbędne koszty nauki „demokracji i odpowiedzialności, solidarności i uczciwości”? Mam też nadzieję, że członkowie SKOK-ów, z których pieniędzy - przynajmniej pośrednio - wynagrodzenie prezesa Kasy Krajowej jest finansowane, zrozumieją, iż ich „gospodarcze, społeczne i moralne podniesienie” musi sporo kosztować. A w kolejnej notce przeczytacie felieton o pewnym... całkiem zgrabnym pomyśle prezesa Grzegorza Biereckiego. Może pan prezes jednak ma w głowie sensowne koncepcje? .

      Kilka dni po publikacji tego wpisu oraz komentarza w „Gazecie Wyborczej” na ten sam temat, otrzymałem oświadczenie Kasy Krajowej, w którym Andrzej Dunajski, jej rzecznik, zwraca uwagę na to, że z prezesury w Kasie Krajowej Grzegorz Bierecki otrzymał znaczną mniejszość swojego miesięcznego wynagrodzenia. Dobrym zwyczajem tego blogu jest to, że udostępniam jego strony polemistom, którzy uważają, że w swojej subiektywności posunąłem się zbyt daleko, więc i tym razem zapraszam Was do przeczytania oświadczenia: „W związku z pojawiającymi się w mediach nieprawdziwymi informacjami  dotyczącymi zarobków Senatora Grzegorza Biereckiego jako prezesa Krajowej SKOK, uprzejmie informuję, że nieprawdą jest iż Grzegorz Bierecki zarabia w Kasie Krajowej 540 000 zł miesięcznie.

       

      Wynagrodzenie prezesa Krajowej SKOK wynosi średniomiesięcznie brutto 125.019 zł, netto  81.314 zł. Nie jest też prawdą, że jako przedstawiciel dużej instytucji finansowej zarabia więcej niż prezesi banków. Wynagrodzenia pracowników kas są wynagrodzeniami rynkowymi podlegającymi okresowej weryfikacji w oparciu o specjalistyczne opracowania zawierające dane dotyczące wynagrodzeń dla porównywalnych stanowisk. To zapewnia wysoką jakość pracy w kasach i stabilność zatrudnienia. Zarobki Senatora Grzegorza Biereckiego zostały upublicznione, zaś sumy dochodów podane w oświadczeniu senatorskim pochodzą z różnych źródeł, w tym z pracy w kraju i za granicą, a także z działalności gospodarczej. Wszelkie nieprawdziwe informacje związane z wynagrodzeniem Grzegorza Biereckiego jako prezesa Krajowej SKOK, godzą w jego dobre imię” - napisał Andrzej Dunajski.

      Nie pozostaje mi nic innego, jak przyjąć do wiadomości to doprecyzowanie. Chcę jeszcze raz podkreślić, że po pierwsze suma wynagrodzeń prezesa Grzegorza Biereckiego rzeczywiście wynosi mniej więcej 540.000 zł w skali miesiąca (choć wynika ona z różnych źródeł, co zaznaczyłem w tekście), zaś po drugie nie w konkretnych kwotach tkwi istota moich wątpliwości, a w tym, że prezes Grzegorz Bierecki pozycjonuje kasy jako bardziej społeczną, mniej komercyjną, bardziej misyjną organizację, podkreślając na każdym kroku związki z filozofią wielkiego filantropa Franciszka Stefczyka, a jednocześnie zachowuje się tak, jak prezes każdej komercyjnej organizacji, wypłacając sobie wynagrodzenia - jak sam pisze jego rzecznik Andrzej Dunajski - rynkowe. I to mi zgrzyta. Samym SKOK-om kibicuję, bo wiem - co widać w kilku krajach Zachodu - lokalnie działające kasy mogą być alternatywą dla globalnych banków. Pozdrawiam wszystkich dotychczasowych polemistów i tych, którzy tu dopiero zawędrują.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      O BANKACH SUBIEKTYWNIE - I CZARNO NA BIAŁYM. O kondycji finansowej polskich banków i możliwości zmian własnościowych w sektorze bankowym, autor blogu kilka dni temu wypowiadał się w reportażu red. Anny Twardowskiej w TVN24, nadanym w ramach programu „Czarno na białym” Tomasza Sekielskiego. Ponieważ programu nie ma w internetowym serwisie TVN Player, pozwoliłem sobie sam wrzucić go do internetu, mam nadzieję, że koledzy z TVN wybaczą mi to małe piractwo. A Was zapraszam do oglądania!

      DZIĘKUJĘ ZA MILIONY WASZYCH ODWIEDZIN! Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału tego roku, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. Nie zapominajcie sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      SUBIEKTYWNOŚĆ WESZŁA NA WYŻSZY POZIOM. Niedawno subiektywność w finansach gościła w programie TVP dla młodzieży pt. „Poziom 2.0”. Było głównie o tym jak młody człowiek powinien zabrać się do oszczędzania, po co mu karta płatnicza i czy powinien namawiać rodziców do założenia samodzielnego ROR-u. A poza tym... hmmm... subiektywność w tym programie bywa widziana pod bardzo dziwnym kątem.

      SUBIEKTYWNOŚĆ BYWA RELIGIJNA! O ETYCE W BANKOWOŚCI. Autor blogu „Subiektywnie o finansach” gości w różnych miejscach, nie wyłączając... programów religijnych. W piątym odcinku autorskiego programu ks. Kazimierza Sowy pt. „Etyka w biznesie” - który można oglądać w soboty w „Religia TV” - opary subiektywności ukazały się w rozmowie z doświadczonym bankowcem Mariuszem Grendowiczem. Zapraszam do obejrzenia i dyskusji o tym czy bankowość może być etyczna. Komentujcie i recenzujcie! Link do zapisu programu „Etyka w biznesie” o bankowości - znajdziesz tutaj.

      TV Religia Samcik-Grendowicz

      SUBIEKTYWNA EDUKACJA, CZYLI „MŁODZI DO AKCJI”. Wasz ulubiony bloger został ekspertem Centrum Edukacji Obywatelskiej w ramach programu „Młodzi do Akcji!”, w którym nauczyciele przygotowują się do prowadzenia zajęć dotyczących rynku kapitałowego. W programie uczestniczą gimnazja i licea z całej Polski. Uczniowie i nauczyciele przygotują projekty edukacyjne, dotyczące giełdy i finansów. Poza nieustannym zachęcaniem uczniów i nauczycieli do bieżącego czytania blogu „Subiektywnie o finansach” - tu naprawdę można się sporo dowiedzieć i nauczyć o rynku kapitałowym! - będę odpowiadał na ich pytania o kryzys, inwestowanie, akcje i obligacje. Może w polskich szkołach objawi mi się jakiś nowy Soros, albo chociaż Buffet? Jeśli tak się stanie, dowiecie się o tym pierwsi z blogu :-)

      CEO - projekt Młodzi do Akcji

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMOŻE WYBRAĆ LIDERÓW BANKOWOŚCI! Autor blogu „Subiektywnie o finansach” ma zaszczyt uczestniczyć w kapitule konkursu „Liderzy Świata Bankowości”, w ramach którego zostaną przyznane nagrody dla najlepszego banku 2011 r., dla menedżera roku w branży bankowej, dla najbardziej mobilnego banku, najszybciej rozwijającego się banku oraz nagrody za najciekawszą innowację bankową i za najciekawszy pomysł CSR w branży (czyli z obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu). Kapituła pod przewodnictwem Józefa Wancera wybierze laureatów i wręczy nagrody podczas „Polskiego Kongresu Gospodarczego”, który odbędzie się na początku marca w Warszawie. Jeśli chciałbyś pomóc mi w wyborze najlepszych rzeczy, które wydarzyły się w bankowości w 2011 r. i masz jakieś kandydatury, które - Twoim zdaniem - powinienem zgłosić kapitule, to zapraszam! Czekam na Facebooku, możesz opisać swój pomysł w komentarzu pod niniejszą notką albo napisać do mnie e-mail na adres maciej.samcik@gazeta.pl

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Zarabia najlepiej w branży finansowej, ale... nie zarządza żadnym bankiem. Kto?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2011 01:00
  • wtorek, 27 grudnia 2011
    • Z nimi nie ma przebacz, czyli dzielny bank windykuje 50 zł w... Boże Narodzenie

      Banki jak wiadomo nie pracują w święta. Przelewu nie da się zlecić ani w sobotę, ani w niedzielę, ani nawet w piątek wieczorem. To znaczy da się zlecić, ale nikt go ani nie wyksięguje, ani nie zaksięguje :-). Bo weekend i już. Dzień święty, wolny od pracy. Kropka. No, chyba że przelew wewnętrzny, w ramach niektórych banków jeszcze w weekend przejdzie, ale nie we wszystkich. No, może jeszcze coś by się udało porzeźbić z pomocą Blue Cash, tego chałupniczego systemu przelewów, omijającego Elixir. Ale to raczej na zasadzie wyjątku. Oddziały większości banków też są zamknięte, z wyjątkiem może tych, które są rozmieszczone w wielkich centrach handlowych. A jak jakiś bank chce otworzyć swe podwoje w soboty i niedziele, to trąbi o tym przez tydzień we wszystkich mediach, bo jest to tak dziwne i niespodziewane, że w innym wypadku nikt by zapewne nie przyszedł do placówki i pracownicy banku by się sfrustrowali.

      Ale są w branży finansowej bankowcy-stachanowcy, którzy pracują w piątek, świątek i niedzielę. W każde święto, nawet w Boże Narodzenie! Jeden z moich czytelników otrzymał następujący e-mail z banku. Otrzymał go (tak, tak!) w drugi dzień świąt, które szczęśliwie już za nami (szczęśliwie, bo pewnie - tak samo jak ja - jesteście obżarci jak bąki i spragnieni powrotu do pracy :-)). Widać w bankach też są tacy, którzy już nie mogli wytrzymać za stołem. Oto dowód. E-mail: „From: windykacja@brebank.pl [mailto:windykacja@brebank.pl]. Sent: Monday, December 26, 2011 10:51 AM. Subject: MultiBank

      A e-mail nie zawiera niestety życzeń świątecznych. „Szanowny Panie, BRE Bank wzywa Pana do spłaty zaległych płatności na Multikonto Aquarius nr rachunku (...), których kwota na dzień 2011-12-23 wynosiła 40,72 PLN. W związku z bezskutecznie podjętymi czynnościami mającymi na celu polubowne rozwiązanie sprawy, Bank rozważa możliwość zaniechania pozasądowych prób odzyskania przedmiotowej należności. W przypadku braku wpłaty Bank, wypowie umowę Kredytu. Wypowiedzenie umowy Kredytu oznacza postawienie całej kwoty kredytu, łącznie z należnymi odsetkami i opłatami, w stan natychmiastowej wymagalności. Przypominamy, że nieterminowe regulowanie zaległości może spowodować w przyszłości problemy z uzyskaniem kolejnych kredytów”. Miło się musiało zrobić mojemu czytelnikowi w świąteczny poniedziałek.

      Na wypadek gdyby jednak akurat jadł zupę i nie zauważył czułego listu w poczcie elektronicznej, bank wysłał mu też SMS-a. Klient nie miał niestety świątecznego nastroju, więc od razu napisał do mnie: „Proszę zobaczyć co ten BRE Bank wyczynia. Chodzi o 50 zł zaległości, które wynikły ze składki na ubezpieczenie, bo sam kredyt spłacam regularnie i terminowo od czterech lat. A oni w Święta mają czelność człowieka straszyć wypowiedzeniem umowy!” - takiego czułego e-maila ja z kolei znalazłem w poczcie elektronicznej w świąteczny poniedziałek, już prawie po zupie. I bądź tu w świątecznej atmosferze :-). Do pracowników BRE Banku miałbym prośbę, żeby wyłączali na święta automaty do wysyłania upomnień windykacyjnych. Pozwólcie redaktorowi zjeść spokojnie zupę, co? :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Z nimi nie ma przebacz, czyli dzielny bank windykuje 50 zł w... Boże Narodzenie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 grudnia 2011 19:04
    • Zamiast nowości w ofercie wystawili... Tyszkiewicz. Kogo ruszy pociąg do sieci?

      Od kilku dni bankowych marketingowców elektryzowała wieść o nowej kampanii reklamowej, przygotowywanej przez bank ING. I o tym, że bank znów postanowił dać odpocząć swojej głównej gwieździe, Markowi Kondratowi. Nie bez powodu chyba dał odpocząć, bo z coraz liczniejszych statystyk i badań wynika, że postać ta uległa pewnemu „zużyciu” i nie przyciąga już w takim tempie nowych klientów. Trudno zresztą powiedzieć, czy to „wina” bardziej Kondrata, czy też  oferty banku, która zmienia się chyba zbyt wolno w stosunku do tego, co pokazuje konkurencja. Ale tak czy owak: liczby nie kłamią: ING Śląski spada z pierwszych pozycji w rankingach pozyskiwania nowych klientów, choć wciąż jest dla niego miejsce w czołówce, jako jedynego banku wykorzystującego celebrytów do reklamowania swoich kont, kart i kredytów. A Marek Kondrat znów chwilowo odesłany na „ławkę rezerwowych”. Bo Kondrat, jak wiadomo, nie gra już w serialach :-)

      Zamiast Kondrata w nowej kampanii pod hasłem „WiFi Express” mamy Beatę Tyszkiewicz, która „rozprowadza” widzów po czteroodcinkowym serialu, w którym wystąpią już tzw. „zwykli klienci”, promujący bankowość internetową ING. Łączy ich pociąg do internetu i chyba dlatego wszystko dzieje się w wagonie Intercity. Fajny koncept klipów, które - jak zwykle w przypadku produkcji przygotowanych dla ING - ogląda się z dużą przyjemnością. Kampania ma nawet swoją stronę internetową, ale żeby było warto na nią zaglądać częściej, niż raz, to nie powiem. Krótkie opisy bohaterów serialu, kilka klipów z cyklu „making of”, porady o tym jak podłączyć choinkę do internetu i zaproszenie do założenia konta w ING Śląskim. I to w zasadzie wszystko. Za to pierwszy film w ramach kampanii, który już w święta mogliście obejrzeć w telewizji, oczywiście palce lizać.

      Z ING mam coraz bardziej dojmujący kłopot, polegający na tym, że bank ma świetne kampanie marketingowe, które promują... no właśnie, nie umiem powiedzieć co. Rozumiałbym sens nowej kampanii, gdyby towarzyszyła ona wprowadzaniu jakichś nowych udogodnień, usług dodatkowych, poprawek technologicznych do systemu bankowości internetowej,albo po prostu nowych usług, czy pakietów. Ale nie, ING po prostu chce nam powiedzieć, że... internetowi mają lepiej i łatwiej, bo nie płacą za konto i mają przelewy za free. W dzisiejszych czasach tego rodzaju niusy przyjmuję już tylko wzruszeniem ramion. Jest czymś zupełnie normalnym, że jeśli mam samoobsługowe konto, którym zarządzam przez internet, to ani za konto, ani za przelewy nie płacę. I nie rozumiem dlaczego w ING czują potrzebę chwalenia się tym, że jest tak, jak było :-).

      Być może nie umiem już spojrzeć na sprawy oczami zwykłego zjadacza chleba, który o bankach wie niewiele albo prawie nic. W końcu sam publikowałem w blogu informację, że penetracja naszego kraju bankowością internetową nie przekracza 25% populacji. A więc być może pozostałe 75% trzeba przekonać fajną kampanią reklamową? Może trzeba. Ale jeśli porównam to, co oferuje w internecie ING z ofertą niektórych konkurentów, to widzę, że „Lew” jest jednak te pół kroku za liderami. Tak samo, jak oni oferuje konto za free i kartę bez opłat (jeśli zapłaci się nią w sklepie za zakupy co najmniej 100 zł miesięcznie). Są tanie przelewy międzynarodowe za 5 zł, możliwość wzięcia szybkiego debetu do dwukrotności dochodów (ale trzeba zarabiać co najmniej 800 zł), są też specjalne odmiany kont osobistych dla małolatów. To wszystko pozwala ING-owcom nie wstydzić się nadto swojej oferty. Zresztą nie wstydzą się jej również w kredytach hipotecznych :-)

      Czego nie ma? Dobrych lokat, ani kont oszczędnościowych. Na OKO Direct na początek można dostać nawet 5,5%, ale tylko przez pół roku i tylko jeśli zadeklarujemy systematyczne wpływy. W standardzie - góra 3,75%, czyli bez ekscesów. Nie ma też na razie bankowości mobilnej z prawdziwego zdarzenia (choć w listopadzie ING zaczął testy płatności przez komórkę w technologii NFC). Nie ma popularnego u konkurencji zwrotu pieniędzy za transakcje kartowe (konkurencja oddaje 1-3%.za zakupy opłacane kartą). Nie da się z ING oszczędzać na wydatkach za paliwo. Zamiast tego jest program punktowy (im więcej współpracujesz z bankiem, tym więcej punktów dostajesz i możesz kupować rzeczy z bankowego sklepu po cenach niższych, niż rynkowe. Ale ING-owski program „Bankujesz-Kupujesz” zbladł nieco np. w porównaniu z ostatnimi szaleństwami Banku Pekao, który nie tylko daje klientom program rabatów w kilku tysiącach sklepów, ale też w komórce klienta umieszcza lokalizator najbliższych sklepów z rabatami.

      W ING, banku przecież internetowym, nie ma też kredytów online, jakie powoli zaczynają podbijać rynek szybkich pożyczek.  No i chyba wadą ING-owskiej oferty jest też nieprzesadnie nowoczesny, choć ostatnio modyfikowany, system bankowości internetowej. Przyznam, że korzystam z niego czasem i niezmiennie mnie męczy (choć nie tak, jak kiedyś). Chyba ING-owski internet wciąż jednak przegrywa z konkurencją mniejszą ergonomią, nie jest tak intuicyjny jak powinien. Ale to akurat kwestia gustu i przyzwyczajenia klientów. Majstrując przy ergonomii można sobie zrazić tradycjonalistów, którzy przyzwyczaili się już do tego co jest. Ale z kolei nie majstrując można się narazić na zarzut, który dziś stawiam ING: że jego niezmiennie świetne kampanie marketingowe zaczynają coraz bardziej rozjeżdżać się z całkiem przyzwoitą, ale nie powalającą na kolana ofertą. Ale z drugiej strony: jak się nie ma co się lubi, to się reklamuje co się ma :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zamiast nowości w ofercie wystawili... Tyszkiewicz. Kogo ruszy pociąg do sieci?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 grudnia 2011 11:53
  • poniedziałek, 26 grudnia 2011
    • Przepis na sukces banku: sprzedaj klientowi cokolwiek, ale przy tym pogłaskaj i popieść

      Mamy jeden z najnowocześniejszych i najbardziej konkurencyjnych sektorów bankowych w Europie i nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie tej oczywistej prawdy podważał. Chociaż narzekam czasem na to, że Elixir ma tylko trzy sesje przelewów dziennie, to jednak wiem, że są miejsca w Europie, gdzie przelew rzadko kiedy dochodzi z banku do banku w ciągu jednego dnia. Zamiast czeków i wyrobów czekopodobnych od razu weszliśmy w erę kart płatniczych, a teraz jesteśmy czwartą w Europie potęgą jeśli chodzi o karty z zainstalowanym czipem oraz płatnościami zbliżeniowymi. Wkrótce będziemy też potęgą w płatnościach mobilnych, bo kilka banków ma już za sobą pilotaże systemów, które pozwalają zamienić plastikową kartę na telefon komórkowy z załadowaną na nim funkcją płatniczą.

      Bankowość elektroniczna w UETylko czy w ogóle dorośliśmy do korzystania z nowoczesnej bankowości? Prowokacyjnie pytam, bo wiem, że akurat Wy, którzy czytacie te słowa, do niej dorośliście. Jesteście taki creme de la creme polskiej bankowości. Tyle, że jest jeszcze trochę milionów ludzi, którzy nie mają ani ochoty, ani czasem możliwości korzystać z szybkich przelewów przez internet i płatności bezgotówkowych. Tylko 11% wszystkich transakcji płatniczych jest w Polsce przeprowadzanych bez udziału gotówki. Ponad połowę rachunków za prąd, czy gaz opłacamy w gotówce. Złudzeń pozbawiają mnie też ostatnie statystyki dotyczące penetracji bankowości elektronicznej w Polsce na tle innych krajów. Wychodzi, że choć nie jesteśmy jakoś bardzo w ogonie Europy, to do liderów też się niestety nie zaliczamy. Choć w sumie jesteśmy ciut lepsi od Włochów, Hiszpanów i Portugalczyków, więc może wcale nie jest tak źle? Ja, mimo wszystko, tymi danymi zachwycony nie jestem. Nie świadczą one rewelacyjnie o naszej nowoczesności jako społeczeństwa. Ale pewnie Bułgarzy i Rumuni chętnie by się z nami zamienili :-).

      To, że wciąż jesteśmy lekko tradycyjni, wynika też z innych badań, przeprowadzonych ostatnio przez Bank Millennium przy okazji wprowadzenia na rynek nowej oferty tego banku dla bogatych klientów. Otóż Millennium na początku 2011 r. przeprowadził badania satysfakcji na grupie dość licznej, po ponad 500-osobowej swoich zamożnych VIP-ów. I wiecie co się okazało? Że taki bogaty klient to znacznie wyżej ceni sobie to, że jego bankowy opiekun się nim troskliwie zajmuje, niż to, że jego bank ma lepszą lub gorszą ofertę. W szczegółach rzecz prezentuje się następująco. Wśród czynników wpływających na satysfakcję VIP-a w 38% jest profesjonalizm doradcy (częstotliwość kontaktów, kompetencje, zrozumienie potrzeb, zachowanie - żeby nie dłubał w nosie), w 18% - jakość usług oferowanych przez bank (funkcjonalność oddziałów, sensowny serwis internetowy, szybkość procedur), zaś w 5% - oferta produktów.

      Nieźle, co? Rozumiem, że klient z kasą lubi luksusową obsługę, ale żeby nie lubił wysokiej jakości oferty? A co z kolei wpływa na niezadowolenie bogatego klienta i na to, że niechybnie  zabierze swoje pieniądze do konkurencji? Nie, wcale nie niskie oprocentowanie lokat. Nie upierdliwie wysokie odsetki od kredytów. I nie brak pomysłowych produktów inwestycyjnych, dających setki możliwości zarabiania. Najbardziej ludzi wkurza... brak kontaktu z doradcą – w przypadku 23% klientów Millennium to czynnik, który mógłby zdecydować o ich niezadowoleniu. Brak kompetencji doradcy dałby taki impuls w przypadku 19% klientów. Brak dostępności banku o każdej porze dnia i nocy wkurzyłby 16% klientów. A słaba oferta – tylko 14%. Krótko pisząc - można klientowi zaoferować nawet finansowy suchy chleb dla konia, pod warunkiem, że się go jednocześnie przytuli, pogłaska i przekona, że ta oferta jest wyrazem najwyższej troski o jego dobro. Tylko tyle i aż tyle :-).

      To oczywiście nie jest w pełni typowy obraz polskiego klienta banku, bo im niższa półka, tym większa wrażliwość na cenę i tym mniejsza podatność na bałamutne głaskanie po główce. Ale mimo wszystko mam wrażenie, że właściwie każdy klient, nie będący takim typowym „consumer finansowcem”, co to bierze szybki kredyt albo kartę i znika, ma w sobie coś z VIP-a. Mając trochę grosza przy duszy chcemy się czuć przez bank dopieszczeni w każdym calu i jeśli trafimy na bank,w którym od czasu do czasu takiej pieszczoty zaznamy, to nie zrazi nas on nawet oprocentowaniem rachunku na poziomie 0,000001%. Czasem wystarczy tylko obietnica pieszczoty, np. w postaci dobrego na drzwiach do banku. Na przykład: „wyższa kultura bankowości”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Przepis na sukces banku: sprzedaj klientowi cokolwiek, ale przy tym pogłaskaj i popieść”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 grudnia 2011 13:23
  • sobota, 24 grudnia 2011
    • Komu prezent, komu rózgę? Ranking bankowych dobrych uczynków 2011

      Jak sądzicie, czy w tym roku Święty Mikołaj, Gwiazdor lub Dziadek Mróz - jak zwał tak zwał - przyniesie bankowcom jakieś prezenty, czy raczej rózgę w ramach kary za klientom zwodnicze oferty, naciąganie na prowizje i nieetyczne reklamy? Kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, okazało się, że rzecz nie jest prosta, bo nie wiadomo jakiego rodzaju tym, no, interesariuszem jest Święty Mikołaj, Gwiazdor lub Dziadek Mróz. Jeśli ma jakieś udziały w bankach, to za rekordowe zyski branży - 4 mld zł na czysto w każdym z ostatnich kwartałów - powinien obdarować bankowców hojnymi prezentami i podziękować za to, że rządzą w regionie. Jeśli przyjaźni się raczej z agencjami ratingowymi, to wręcz przeciwnie, powinien bankowcom wlepić parę klapsów, tak prewencyjnie, na wszelki wypadek. Jeśli Gwiazdor ma coś wspólnego z nadzorem bankowym, to zapewne pod choinką finansistom tylko trochę nawtyka. A jeśli Święty jest prywatnie takim zwykłym klientem banku, co posiada konto, kartę i debecik, to... no właśnie, to co?

      Jak wiecie, mam gołębie serce, dlatego nie chcę dziś pamiętać tych wszystkich brzydkich rzeczy, które bankowcy czynili w ciągu całego roku, by zarobić te swoje wagony miliardów złotych. Nie chcę pamiętać o tych wielomilionowych odprawach... Mam krótką pamięć, kręci mi się tylko po głowie jakichś 350 notek na ten temat, które ukazały się na stronach tego blogu w 2011 r., ale gdybym miał sobie przypomnieć szczegóły tych wszystkich bezeceństw, to bym chyba nie potrafił. W każdym razie - nie dziś. Postanowiłem za to zrobić krótkie zestawienie pięciu największych dobrych uczynków, za które bankowcom w tym roku należy się jakiś prezent od Świętego Mikołaja, Gwiazdora lub Dziadka Mroza (wpływy tego ostatniego mogą nieco się poszerzyć jeśli do Polski wejdzie wreszcie Sbierbank, główny kredytodawca Dziadka Mroza urzędującego na Kremlu). A więc, drodzy bankowcy, należą Wam się piątki za to, że:

      1. Zwracaliście kasę za zakupy. Kto by pomyślał, że możecie mieć aż tak dobre serce, by dzielić się z nami tym, co zarobicie na prowizjach od płatności kartowych? A jednak: w tym roku bodaj w ośmiu-dziewięciu bankach wprowadziliście taki właśnie system, zwany money-backiem. Za każdą transakcję kartą oddajecie od 1% jej wartości do nawet 4-5% (choć aż tyle to tylko pod pewnymi warunkami). Miesięcznie my, klienci, możemy dzięki temu zarobić nawet 40-50 zł. Wiem, nie robicie tego wyłącznie z dobrego serca. Chodzi wam o to, żebyśmy jak najczęściej płacili kartami, bo macie od tego prowizje ze sklepów. Zarabiacie na tym takie kokosy, że nawet jeśli oddacie nam połowę, to i tak będziecie się kąpać w kasie jak jakieś MacKwacze. Ale miło, że przyszło wam do głowy, by się z nami podzielić. Pewnie widzieliście w telewizji hasło „podziel się posiłkiem”

      2. Daliście zarobić bez podatku. Rok temu wielu z was nie chciało korzystać z luki, która powstała w systemie opodatkowania oszczędności. Mówiliście, że oferowanie lokat z oprocentowaniem naliczanym codziennie - a więc tak małym, iż zaokrąglanym do zera - do dwuznaczny interes, niesłuszny moralnie i nie przynoszący wam chluby. Wielu z was zmieniło zdanie i dzięki temu w tym roku zarobiliśmy - lekko licząc - o kilkaset milionów złotych więcej na naszych oszczędnościach. Lokaty tzw. antypodatkowe to dziś 20% wszystkich naszych depozytów! Dobry uczynek zrobił zwłaszcza prezes banku PKO BP, który w połowie należy do państwa. Tam leży najwięcej naszych oszczędności i to właśnie ten prezes opierał się najdłużej wprowadzeniu lokat antypodatkowych. Ale i jemu zmiękło serce, patrząc jak fiskus zabiera klientom grube miliony. Porządny chłop.

      Czytaj też: On się nawrócił, ale był złym bankowcem, bardzo złym...

      3. Zabraliście zbędny plastik. Wiem, karty kredytowe to jeden z najbardziej dochodowych waszych produktów. I jeden z najtrudniejszych do ogarnięcia przez nas, posiadaczy plastików (te wszystkie grace-periody, minimalne spłaty, orpocentowanie liczone inaczej dla każdego rodzaju transakcji...). No i jeden z tych, w których najbardziej my was kantujemy. Tak, tak, już ponad 20% naszych długów w kartach kredytowych nie oddajemy wam w terminie. Tym bardziej cieszę się, że wyjęliście nam w tym roku dwa miliony zbędnych plastików z kieszeni. A w ciągu dwóch lat - już cztery miliony. Kiedyś dawaliście karty kredytowe wszystkim jak leci, tuczyliście nas plastikiem niczym brojlery. Zgrzeszyliście, ale teraz naprawiacie swój błąd. Gdybyście jeszcze te długi, w które nas wpędziliście, wzięli na siebie (graf na podstawie danych Open Finance)...

      Liczba kart kredytowych

      4. Staraliście się gonić inflację. Nie wyszło wam tak do końca, ale trzeba docenić, że się przynajmniej staraliście. Rok temu szczytem szczęścia były lokaty oprocentowane na 5,5%. Dziś płacicie znacznie więcej, przy odrobinie szczęścia można dopaść w niektórych bankach lokatę roczną dającą 6,5%, w kilku innych bankach rządzą krótkoterminowe lokaty bezpodatkowe, na których w kilka miesięcy można wyczesać tyle, co 8-9% na normalnej lokacie z podatkiem. przeważnie. Wybaczam Wam nawet drobne kanty, robione w nocy z piątku na sobotę. W dalszym ciągu większość lokat nie broni w 100% przed inflacją, bo ta rośnie szybciej, niż wy podnosicie odsetki, ale... liczą się dobre chęci. Zwłaszcza, że z hydrą inflacji nie poradził sobie nawet nasz przyjaciel McKwacz...

      Rok temu bankowcy... Od „Subiektywnie o finansach” dostali rózgę i sexy...

      5. Chętnie pożyczaliście na mieszkanie. Wiem, nie mieliście w tym roku łatwo. Nadzór zabronił Wam pożyczać we frankach i zapowiedział, że nałoży dodatkowe obowiązki za pożyczanie w euro, a rząd praktycznie skasował program „Rodzina na Swoim”. Ale mimo wszystko w tym roku uruchomiliście jakieś 200.000 nowych kredytów (po trzech kwartałach liczba wszystkich kredytów wynosiła 1,6 miliona, gdy na koniec 2010 r. było to 1,45 miliona), co oznacza, że z waszych skarbców popłynęło jakieś 40 miliardów złotych na mieszkania. Szacun. W przyszłym roku tak różowo już nie będzie, bo nadzór  każe wam badać zdolność kredytową według nowych zasad, NBP żąda gromadzenia kapitału, rząd zapowiada podatek od waszej działalności, a zagraniczne „mamusie” nie dadzą wam już ani eurocenta na nowe pożyczki. Więc może będziecie jeszcze szybciej gonili inflację, hę? Wykres za Open Finance.

      Rentowność lokat 2011

      A tak bawią się... niegrzeczni chłopcy. Jak dostać od banku 2000 zł na święta?

      Ufff, trochę się tego uzbierało, prawda? Jeśli więc, drodzy bankowcy, pod Waszą choinką nie będzie prezentów, to nie wahajcie się zadzwonić do mnie. Numer znacie. Kiedyś porwałem Mikołaja i nieźle go nastraszyłem, więc od tego czasu chłopak się mnie słucha. Jak powiem, że ma dostarczyć Wam prezenty, to dostarczy :-)

      Dwa lata temu... bankowcy też mieli na koncie kilka dobrych uczynków :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! A na te święta Bożego Narodzenia wszystkim czytelnikom blogu życzę pokoju i spokoju :-). W tym celu wypalam z Wami symboliczną fajkę. Howgh!

      Fajka pokoju

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 24 grudnia 2011 15:58
  • piątek, 23 grudnia 2011
    • Koniec mitu o konserwatywnej bankowości. Szwajcarskie banki jak wydmuszki

      Pewnie od czasu do czasu zadajecie sobie pytanie: czy europejska branża bankowa jest rzeczywiście w tak złej sytuacji, jak wszyscy mówią. Czy te wszystkie Santandery, Credit Suissy, Paribasy, Barclaysy są rzeczywiście kolosami na glinianych nogach, większymi niż Bank of America, czy Citigroup, nie mówiąc już o bankach azjatyckich? Niestety, coraz więcej przesłanej wskazuje na to, że rzeczywiście europejskie banki są bardziej chore, niż jakiekolwiek inne na świecie. Wpadł mi w ręce najnowszy raport Boston Consulting Group. Analitycy BCG policzyli jakie obciążenia ponoszą światowe banki, by wypełnić zalecenia nadzoru dotyczące wysokości i jakości wymaganego kapitału. Przypomnijmy, że nadzór zażądał od banków podniesienia już teraz tzw. współczynnika wypłacalności. Musi on w każdym banku wynosić co najmniej 9 proc., z tego 7 proc. ma zapewniać tzw. rdzenny kapitał (z ang. Core Tier 1).

      Według Boston Consulting, jeśli obliczyć wymogi kapitałowe „po nowemu” (według tzw. standardów Bazylei III), to światowe banki muszą uzupełnić dziurę w astronomicznej wysokości 354 mld euro. A najgorzej mają się właśnie banki w Europie, na które przypada ponad połowa - 221 mld euro - dodatkowego kapitału. Na banki w USA przypada 65 mld euro, a dla tych z Azji i rejonu Pacyfiku - 68 mld. Poniżej znajdziecie wyszczególnienie tych wyliczeń dla poszczególnych krajów. Mnie osobiście zszokowały zwłaszcza statystyki dotyczące banków w Szwajcarii, uchodzącej za ostoję tradycyjnej, konserwatywnej bankowości. A guzik prawda! Banki w Szwajcarii, które (licząc „po staremu”) miały bardzo wysoki współczynnik wypłacalności rzędu 17,6%., według nowych standardów mają już tylko 4,7%. Nie lepiej mają się banki w Niemczech, gdzie też podobno bankowość zawsze była konserwatywna, a podejście do ryzyka nabożne. Licząc „po staremu” niemieckie banki miały przeciętną wypłacalność na poziomie 11,4%, a według nowych kryteriów - będą miały ledwie 3,7%.

      Boston Consulting raport

      Ten wykres, który wkleiłem powyżej, pokazuje zmianę współczynników wypłacalności banków po przejściu ze standardów Bazylei II na zasady Bazylei III, a także potrzebne kapitały, by powstałą dziurę załatać. Nad nazwami krajów macie kółka z współczynnikiem wypłacalności banków w danym kraju, liczonym „po staremu”. Potem są słupki pokazujące ile kapitału trzeba „odpisać” przechodząc na bardziej restrykcyjne przepisy Bazylei III. Te słupki są rozbite na część pokazującą m.in. odpisy z tytułu ryzyka rynkowego (ciemna zieleń), ryzyka drugiej strony transakcji rynkowych, które banki prowadzą (jasna zieleń), posiadanego przez banki tzw.kapitału hybrydowego, czyli emitowanych przez nie instrumentów - będących połączeniem obligacji z kapitałem akcyjnym - mających imitować kapitał własny (ciemnoniebieski). Jest też spadek tzw. „regulatory capital”, czyli wartości firmy liczonej według zasad Bazylei III (jasny beż). A poniżej słupków mamy wypłacalność banków liczoną „po nowemu” i wartość potrzebnego kapitału, by zalepić powstałą lukę. .

      Patrzę na wykres i widzę, że szwajcarskie giganty bankowe, które wydawały się bezpieczne i stabilne, okazują się być - bankowców proszę o wybaczenie, bo świadomie piszę to z pewną przesadą, ale... chyba coś w tym jest - gigantycznymi „wydmuszkami”. Mają najwyższe ze wszystkich banków ekspozycje na ryzyko rynkowe, co prawdopodobnie oznacza, że imają się relatywnie najbardziej ryzykownych interesów, związanych pewnie z bankowością inwestycyjną (to ta ciemnozielona część słupków). Zorganizowały też sobie - by móc działać na większą skalę - mnóstwo kapitału hybrydowego, który będą musiały wymienić na jakiś „normalny” kapitał. Z szacunków BCG wynika też, że pod rządami Bazylei III trzeba będzie odpisać ogromne ilości euro z wartości majątku banków. Nota bene: więcej od Szwajcarów kapitału hybrydowego mają tylko niemieckie banki, też nieźle w tej kwestii kombinujące (to chyba nad Renem na największą skalę stosuje się ten rodzaj finansowego „wspomagania”).

      Generalnie sytuacja banków w Europie jest taka, że jeśli sprawdzić ich ryzyko rynkowe prowadzonych operacji, stopień ryzyka wynikający z wiarygodności kapitału będącego po drugiej stronie różnych transakcji i jeśli odjąć jeszcze kapitał hybrydowy, który został wymyślony tylko po to, by „udawał” w bankach kapitał własny... to okaże się, że banki na Starym Kontynencie są słabiej skapitalizowane, niż te w USA, nie mówiąc już o azjatyckich. Zresztą spójrzcie też na poniższy wykres - publikowałem go już kiedyś w blogu. A mówi on jak finansują się banki w Europie, a jak w USA. Amerykanie biorą pieniądze na kredyty z depozytów, a europejskie banki - z tzw. rynku hurtowego, czyli... pożyczając od innych banków. Innymi słowy: przelewając z pustego w próżne. 

      Bank funding structure IIF

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec mitu o konserwatywnej bankowości. Szwajcarskie banki jak wydmuszki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 grudnia 2011 16:18
  • czwartek, 22 grudnia 2011
    • Sukces Nabitego w wojnie z BRE. Sąd każe bankowi zwrócić część odsetek!

      Pamiętacie jeszcze „Nabitych w BRE”? Ja - niezależnie od tego na ile popieram ich racje, a na ile uważam, że nie powinni się aż tak „pienić”- wspominam ich akcje z rozrzewnieniem. Te strony internetowe, te gorące dyskusje, te złośliwe mailingi internetowe, te billboardy krążące przed oddziałami BRE Banku, te pikiety pod siedzibą banku... Ech, było kolorowo. Chłopaki zaczynali jako banda nieszkodliwych dziwaków, a skończyli jako grupa, z którą potężny bank musiał zasiąść do stołu. I choć sprytnym bankowcom udało się podzielić i rozbić Nabitych, to ich sprawa - tak jak przewidywałem - wciąż wraca jak bumerang. A sami „Nabici” są jak smok wielogłowy, na miejsce każdej urżniętej głowy wyrastają dwie nowe. W tzw. międzyczasie przyszedł im na odsiecz smok z Barlinka. Oraz TurboDymoMan.

      Nabici - Turbodymoman

      Do tej pory najgroźniejsza wydawała się ta głowa, która jest odpowiedzialna za pozew zbiorowy ponad 900 klientów przeciwko bankowi. Po wielu miesiącach żmudnych przygotowań i kolejnych miesiącach proceduralnych gierek w październiku tego roku pozew został oficjalnie przyjęty do merytorycznego rozpatrzenia, mimo mocnego sprzeciwu prawników banku. Ta sprawa na pewno jeszcze potrwa, ale nie jest jedynym problemem banku. Na jej obrzeżach toczy się wiele lokalnych potyczek sądowych z udziałem pojedynczych klientów, którzy ani nie podpisali ugodowego aneksu z mBankiem lub Multibankiem (zrobił to więcej niż co czwarty z 20.000 klientów tzw. starego portfela), ani nie przyłączyli się do zbiorowego pozwu.

      I właśnie o jednej takie bitewce dziś chcę napisać. W środę w Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieście (sprawa sygn. XVIII C-upr 1902/11) zapadł wyrok, w którym Sąd nakazał BRE Bankowi zapłatę na rzecz swego klienta pana Tomka kwoty odpowiadającej różnicy między ratami należnymi według oprocentowania obowiązującego w dniu podpisania umowy, a pobranymi faktycznie przez bank według stawki podwyższonej decyzją zarządu BRE. Innymi słowy. sąd unieważnił wszystkie zmiany oprocentowania kredytu, których podstawą była uznaniowa decyzja zarządu banku. Klauzulę mówiącą o zmianie oprocentowania decyzją zarządu uznał po prostu za nieważną, niezgodną ani z prawem bankowym, ani z kodeksem cywilnym (w tym ostatnim przypadku są powołał się na art. 58 KC). A to, że klient dostał z powodu tej klauzuli po uszach, było dość łatwe do udowodnienia:

      Nabici - wyliczenia

      Klient dostanie więc zwrot sporej części odsetek za kilka lat wstecz, a wszystko oczywiście z odsetkami ustawowymi. Ale - z punktu widzenia banku - mogło być gorzej. Sąd mógłby unieważnić z powodu nielegalnej klauzuli całą umowę kredytową i - jak twierdzi mój czytelnik, bohater całej sprawy - było to całkiem poważnie rozważane. Ale wtedy dopiero byłoby zamieszanie prawne. „Sąd uznał i podzielił praktycznie wszystkie argumenty, które od kilku lat podnosi społeczność „Nabitych”. Zdaję sobie sprawę z faktu, że to dopiero wyrok pierwszej instancji i że bank z pewnością wniesie apelację, ale to wydarzenie o wielkiej doniosłości dla całokształtu problemu. Informacyjnie jedynie dodam, że był to pozew indywidualny, złożony w maju bieżącego roku” - napisał mi pan Tomek, kryjący się pod pseudonimem „Dico”.

      Czytaj też: Zdolność kredytowa jak potwór z Loch Ness: było 400.000 zł, a jest...

      W BRE twierdzą, że to „dziwne” orzeczenie, niezgodne z innymi w podobnych sprawach. Nie powiedzieli mi co prawda o jakie „inne” sprawy chodzi, ale zapewnili, że je wszystkie wygrywają. Ale tę jedną przegrali, przynajmniej w pierwszej instancji, i jeśli ta linia orzecznictwa się „ustoi”, to w relacjach banki-klienci zrobi się naprawdę ciekawie. Co bardziej łebscy klienci zaczną przeglądać swoje umowy kredytowe w poszukiwaniu nieprecyzyjnych zapisów i może się to skończyć całkiem solidną falą pozwów o zwrot niesłusznie pobranych odsetek. Powiedzmy sobie szczerze - takich zapisów w umowach jest mnóstwo. Nie dalej, jak kilka dni temu, Getin został przez UOKiK ukarany 6-milionową karą za „nieprecyzyjne postanowienie zobowiązujące pożyczkobiorcę do informowania banku każdorazowo o istotnych okolicznościach mogących mieć wpływ na jego zdolność kredytową i terminową spłatę kredytu”. Bo nigdy nie wiadomo jakie okoliczności bank uzna za „istotne”.

      UOKiK słusznie pisze, że jego zdaniem brak jasnych informacji kiedy oraz w jakich sytuacjach pożyczkobiorca ma poinformować bank o zmianach swojej sytuacji jest praktyką krzywdzącą tegoż kredytobiorcę. „Pożyczkodawca zagwarantował sobie swobodę interpretacji, czy wskazane przez konsumenta okoliczności wpływają na jego sytuację majątkową, czy też pozostają bez związku. Negatywna ocena banku mogła prowadzić do wypowiedzenia umowy i nakładała na konsumenta obowiązek natychmiastowej spłaty kredytu” - twierdzi urząd. Jest to nieco inny przypadek nieprecyzyjności umowy, ale linia rozumowania UOKiK jest dokładnie taka sama, jak sędziego w „sprawie łódzkiej”, którą dziś przywołuję w kontekście „Nabitych”.

      Czytaj też: Bank zrobił błąd, a potem pozwał do sądu klienta. I przegrał!

      Jeśli kilkunastotysięczna grupa klientów, którzy mają wpisany do umowy kontrowersyjny punkt uzależniający oprocentowanie kredytu od decyzji zarządu BRE, wywalczą w sądzie unieważnienie umów, albo chociaż poszczególnych klauzul, będą mieli otwartą drogę do żądania zadośćuczynień. A w konsekwencji bank będzie musiał wypłacić im sute odszkodowania, co może go w sumie kosztować nawet miliony złotych. Może się okazać, że fala roszczeń, która zacznie się od klientów BRE Banku, szybko ogarnie inne banki. To by oznaczało, że największa detonacja ładunków podłożonych pod bankowych prawników przez „Nabitych” jest dopiero przed nami. Może będą kolejne „akcje informacyjne”? :-)

      Nabici - Nuke

      O BANKACH SUBIEKTYWNIE - I CZARNO NA BIAŁYM. Na ten właśnie temat, czyli o kondycji finansowej polskich banków i możliwości zmian własnościowych w sektorze bankowym, autor blogu kilka dni temu wypowiadał się w reportażu red. Anny Twardowskiej w TVN24, nadanym w ramach programu „Czarno na białym” Tomasza Sekielskiego. Ponieważ programu nie ma w internetowym serwisie TVN Player - a jest to fajnie zrobiony, żywy reportaż - pozwoliłem sobie sam wrzucić go do internetu, mam nadzieję, że koledzy z TVN wybaczą mi to małe piractwo. A Was zapraszam do oglądania!

      DZIĘKUJĘ ZA MILIONY WASZYCH ODWIEDZIN! Licząc od początku 2011 r. do końca trzeciego kwartału tego roku, blog „Subiektywnie o finansach” odnotował łącznie 2.691.263 unikalnych wizyt użytkowników,. Bardzo dziękuję za to, że tu wpadacie. Nie zapominajcie sprawdzać codziennie co nowego na www.samcik.blox.pl

      SUBIEKTYWNOŚĆ WESZŁA NA WYŻSZY POZIOM. Niedawno subiektywność w finansach gościła w programie TVP dla młodzieży pt. „Poziom 2.0”. Było głównie o tym jak młody człowiek powinien zabrać się do oszczędzania, po co mu karta płatnicza i czy powinien namawiać rodziców do założenia samodzielnego ROR-u. A poza tym... hmmm... subiektywność w tym programie bywa widziana pod bardzo dziwnym kątem.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Sukces Nabitego w wojnie z BRE. Sąd każe bankowi zwrócić część odsetek!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 22 grudnia 2011 22:47

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line