Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 grudnia 2012
    • Rok kontrowersyjnych innowacji: podaj login z innego banku, a dostaniesz... kredyt

      Kończący się rok 2012 przyniósł sporo bankowych innowacji, które opisywałem we wpisie wigilijnym - że wspomnę tylko o przelewach ekspresowych - ale najważniejsze z nich to chyba jeszcze lepsze wykorzystanie przez banki internetu do pożyczania pieniędzy i otwierania kont.  Zwłaszcza niezawodny sposób na dostarczenie szybkiej kasy jest potrzebny, bo bankom po piętach depczą firmy pożyczkowe, które właśnie na natychmiastowej dostawie gotówki zyskują najwięcej klientów. Banki jednak nie pożyczają pieniędzy własnych, a środki deponentów, więc nie mogą sobie pozwolić na brak kontroli ryzyka i spisywanie na straty np. 30% pożyczek. Jak z tym żyć? Pisałem już o pomyśle mBanku, który własnym klientom przelewa kasę nawet w ciągu kwadransa od złożenia wniosku przez internet lub telefon. Ma wszystkie dane dotyczące historii konta, wpływów i wydatków klienta, więc wystarczy tylko umieścić szybką gotówkę w umowie ramowej i wio!

      Ale dopiero to, co wymyślił Alior Sync może aspirować do tytułu bankowej innowacji roku. Kilka dni temu dostałem od tego banku ofertę internetowej pożyczki dostarczanej błyskiem i nie wymagającej, bym ruszał się z fotela. Rzecz ma działać nawet - uwaga! - jeśli nie jestem klientem internetowej części banku z melonikiem! Od razu muszę zaznaczyć, że sama pożyczka nie jest jakąś specjalną nowością. To mutacja standardowej pożyczki gotówkowej Aliora, reklamowanej sloganem "17 zł raty za każdy pożyczony tysiąc". Do 150.000 zł można pożyczyć bez prowizji i zabezpieczeń. Bardziej interesuje mniej jak to możliwe, że Sync pożycza pieniądze przez internet, nie weryfikując tożsamości klienta oraz nie mając potwierdzenia deklarowanych przez niego dochodów? Patent działa w ten sposób, że po wypełnieniu wniosku (cztery niedługie strony, w których wpisuje się swoje dane), można wybrać opcję... automatycznego pobrania przez Alior Sync historii rachunku, który masz w innym banku. "Poprosimy cię o zalogowanie się do bankowości internetowej banku, na konto w którym otrzymujesz wynagrodzenie (bez konieczności naszego wniosku internetowego) - system automatycznie pobierze informacje o twoich dochodach" - tłumaczą w Syncu.

      Prawdopodobnie chodzi o ten sam system, który Sync wykorzystuje w ramach oferowanego klientom kontrowersyjnego narzędzia do wspomagania domowych finansów. Czyli rysowania wykresów pokazujących ile posiadacz konta zarabia, a ile wydaje, gdzie może zaoszczędzić jakieś pieniądze, ustalania limitów wydatków na różne cele i alertów, gdy limity zostają przekroczone. Ta usługa też - tak samo, jak internetowy wniosek o pożyczkę - wymaga logowania się, pod kontrolą systemu Synca, do internetowych rachunków w innych bankach.

      Alior Sync pożyczka Online

      Drugim etapem udzielania internetowej pożyczki w Sync jest tradycyjny przelew kontrolny z konta w innym banku. Dzięki niemu Sync weryfikuje dane osobowe podane przez klienta - jak się nazywa, jaki jest jego PESEL i adres zamieszkania. To mechanizm, który jest już wykorzystywany przez inne banki. Zbierając to wszystko do kupy można dojść do wniosku, że Sync przy internetowych pożyczkach stosuje model - bez urazy - "pasożytniczy". Z jednej strony ściąga z innego banku dane o dochodach (przynajmniej z jego deklaracji wynika, że chodzi tylko o dane o dochodach, bo przecież nie można wykluczyć, że ta "inwigilacja" posuwa się dalej, np. do analizy wydatków i sald), a z drugiej - wykorzystując wiedzę pozyskaną przez konkurentów sprawdza prawdziwość danych osobowych klienta. To jednak pozwala radykalnie przyspieszyć udzielanie kredytu - i to nawet obcemu klientowi, który w dodatku siedzi w fotelu daleko od skarbca! Gdy przelew weryfikacyjny ów klient nada w trybie ekspresowym, pożyczka może teoretycznie trafić na jego konto w ciągu kilkudziesięciu minut.

      To cenne, ale czy bezpieczne? Procedura proponowana przez Synca oznacza złamanie podstawowej zasady bezpieczeństwa, którą wpajają nam banki - by nie podawać nazwy użytkownika i hasła do konta na żadnej innej stronie, niż strona banku, w którym masz to konto. Nawet jeśli założymy, że strona wniosku kredytowego w Alior Sync jest szyfrowana, a sam bank ponad wszelką wątpliwość jest instytucją zaufania publicznego i nie ma intencji okradania potencjalnego klienta, to podając Syncowi dane do logowania w innym banku można poczuć się dziwnie. Czy to cena korzystania z innowacyjnego systemu, czy może Sync promuje niebezpieczne i nieodpowiedzialne zachowania? Nie byłby pierwszym bankiem, który się do tego posuwa, że przypomnę słynną sprawę konkursu BZ WBK... W każdym razie dla opornych Sync ma też inną, tradycyjną wersję procedury, w ramach której trzeba dostarczyć kurierowi zaświadczenie o dochodach. Tyle, że w tym modelu nie ma mowy o dostarczeniu kasy w ciągu kilku godzin... A więc: coś za coś: albo trzeba mocno zaufać bankowi, albo nastawić się, że pieniądze nie przyjdą do nas same w ciągu najdalej kilku godzin.

      Czytaj też: Chirurgiczna promocja Aliora. Możesz zaoszczędzić nawet 7%

      No i jeszcze słów kilka o kosztach pożyczki. Lepiej nie brać sobie do serca sloganu "17 zł raty za każdy pożyczony tysiąc". Tak niska rata możliwa jest tylko przy rozłożeniu naszej przykładowej pożyczki o wartości 1000 zł na dziewięć lat. Oczywiście im dłuższa pożyczka, tym wyższy jej finalny koszt, więc sumując raty przez dziewięć lat trzeba będzie oddać Aliorowi 1836 zł za każdy pożyczony tysiąc.Prawie dwa razy więcej, niż się pożyczyło! Taka sama pożyczka, o wartości 1000 zł, wzięta na rok, będzie kosztowała tylko 1086 zł, choć przecież miesięczna rata jest znacznie wyższa - 90,5 zł. Przy trzyletniej pożyczce rata wyniesie 34,9 zł, a sumaryczny koszt - 1256 zł. Alior sugeruje więc, że im niższa rata tym dla klienta lepiej. Lepiej jest tylko dla banku.

      Banki bardzo chcą mieć dużo klientów, którzy nie tylko trzymają tam oszczędności i nie tylko biorą online kredyty, ale przede wszystkim takich, którzy przepuszczają przez bank swoje wpływy, wykonują sporo transakcji kartowych i ogólnie mają z bankiem zażyłą relację o możliwie wybujałym charakterze. Mając kilka milionów klientów z ROR-ami i kartami można trzepać setki milionów rocznego zysku nie ruszając palcem w bucie. Równolegle z dostarczaniem klientom jak najszybszej kasy banki prowadzą więc wyścig o to w którym najłatwiej i najszybciej założyć ROR. Najpierw banki wymyśliły ułatwienie, które powoduje, że nie trzeba wychodzić z domu - sprawę podpisywania kwitów załatwia się przez kuriera. Potem pojawili się śmiałkowie otwierający konta całkiem online, nawet bez pośrednictwa kuriera. Klient wypełnia formularz i podaje tam swoje dane, a bank weryfikuje je przelewem kontrolnym. To teoretycznie może skrócić drogę do założenia konta - bez ruszania tyłka z fotela! - do... kilkunastu minut (bo wynaleziono przecież przelewy ekspresowe, których partnerem jest pozabankowa firma Blue Media lub bankowy system Express Elixir).

      Ale przelewy ekspresowe nie są tanie i wykorzystuje się je tylko w razie pilnej potrzeby. Standard wciąż jest taki, że przelewy są księgowane trzy razy dziennie. A w tym trybie zanim przelew weryfikujący dotrze z banku A do banku B musi minąć kilka godzin. No właśnie, czy musi? W Meritum Banku doszli do wniosku, że nie musi i... jeszcze przyspieszyli. Tu konto można założyć i doprowadzić do pełnej funkcjonalności już w kwadrans. Pomysł jest taki, że skoro "zwykłe" przelewy tak szybko nie dochodzą (lub trzeba słono płacić, by doszły w kwadrans), to można zastąpić je... e-przelewami. Z ich wykorzystaniem płaci się często za zakupy w sklepach internetowych, za bilety na pociąg itp. Kupujesz coś, system przerzuca Cię na stronę Twojego banku, tam logujesz się na konto i zatwierdzasz gotową już formatkę przelewu. Musisz mieć przy sobie komórkę, którą zatwierdzasz przelew jednorazowy. Potem wracasz na stronę sklepu i już po kilku minutach przychodzi potwierdzenie zawarcia transakcji. Pieniądze są zablokowane na Twoim koncie, a sprzedawca ma pewność, że do niego dotrą.

      Czytaj też: Wreszcie bank pomoże zajrzeć do BIK-u. Innowacja w Meritum!

      Meritum Bank wpadł na pomysł, żeby ten patent wykorzystać przy zakładaniu konta. A więc przelew weryfikacyjny możesz nadać standardowo, albo możesz zlecić e-przelew. I za kwadrans bank potwierdzi Twoje dane, zakładając ci konto. Podłe ze mnie bydlę, dlatego postanowiłem sprawdzić czy to zawsze jest 15 minut i... spróbowałem założyć konto w niedzielę. Okazało się, że dopiero w poniedziałek rano mój wniosek został zatwierdzony Dziwne: piszą o tym, iż założą konto w 15 minut, podczas gdy nie zawsze to jest 15 minut, bo w niedzielę już niekoniecznie. Przynajmniej jeśli korzysta się z usługi Multitransfer, czyli e-przelewów oferowanych przez BRE Bank. Tam, zdaje się, w weekendy nie działa nic, nawet ExpressElixir :-). W sumie więc problem nie wynika z winy Meritum Banku, a raczej z tego, że mój bank nie "zdanża". Ale Meritum obiecał, że założy mi konto w 15 minut i nic nie mówił, że tylko pod warunkiem, iż nie mam rachunku w BRE Banku :-).

      Zastanawiam się także czy ten bankowy wyścig zbrojeń w którymś momencie nie zacznie być niebezpieczny dla samych banków. Pisałem już w blogu o ryzyku fałszowania tożsamości przez nieuczciwych klientów. Im więcej banków będzie zakładało konta błyskawicznie, online, nie oglądając na oczy ani klienta, ani jego dowodu osobistego, tym większe będzie ryzyko, że oszustom uda się okłamać system. Bo wystarczy jedno słabsze ogniwo, jeden bank, który gdzieś zaniedba procedur bezpieczeństwa i... np. zmienimy jakąś daną dotyczącą posiadacza konta na fikcyjną, a potem przepuścimy taką fałszywą "osobowość" przez kilka innych banków, żeby ją uwiarygodnić. Następnie należy wylądować w banku, który udziela kredytów online i zrobić skok na dużą kasę. Myślę, że ludzie, którzy w bankach odpowiadają za bezpieczeństwo, znają już takie historie. Na razie wygląda na to, że bankowcy lubią ryzyko, ale wreszcie ktoś postuka się w czoło i zaczną wracać do starych, sprawdzonych zasad. Czyli: chcesz założyć konto, to rusz tyłek i pokaż buźkę. A razem z buźką dowód, który przepuścimy przez skaner, czy aby nie sfałszowany.

      BLOG "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" PODSUMOWUJE ROK! Tym z Was, którzy wyjechali na dłuższe świąteczne wojaże i nie zaglądali codziennie na strony blogu, polecam mój wpis podsumowujący to, co dobrego zdarzyło się w 2012 r. w naszych portfelach, a także zapowiedź tego, co się w nich wydarzy w roku 2013. A zapowiada się, że będzie sporo zmian: bankowcy szykują zmiany w opłatach za korzystanie z bankomatów, przeciętna rata kredytu hipotecznego może spaść o 300 zł, za to konto bankowe zapewne podrożeje o 2-3 zł miesięcznie... Życzę Wam - wiernym czytelnikom blogu - żeby w przyszłym roku minusy nie przesłoniły Wam plusów!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Rok kontrowersyjnych innowacji: podaj login z innego banku, a dostaniesz... kredyt”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2012 11:09
  • sobota, 29 grudnia 2012
    • Rewolucja w Intercity: rezerwujesz bilet tydzień wcześniej i... dostajesz duży rabat!

      Kolej do tej pory była znana z tego, że abdykowała w walce o klientów, uważając, że klienci należą się jej jak psu zupa. Kolejarzami nie wzruszyła ani krótka, lecz spektakularna kariera OLT Express, ani to, że mamy w kraju kilka nowych autostrad, pozwalających dotrzeć z Warszawy do Poznania lub z Łodzi do Gdańska w przyzwoitym czasie. Ostatnio z najwyższym zdumieniem zobaczyłem, że ofertę kolejarzy przebijają nawet autokary PolskiBus.com - nie dość, że tańsze, to jeszcze często szybsze (do Gdańska busem jedzie się o godzinę krócej, niż pociągiem, do Wrocławia też bus jest szybszy), z bezpłatnym internetem i gniazdkiem przy każdym fotelu. No i gdy za podróż pociągiem z miasta A do miasta B, odległego o 400 km trzeba płacić 60-130 zł (w zależności od standardu: TLK, Express, czy Intercity), to autokarem, nawet w najdroższej taryfie, da się przejechać w cenie 30-40 zł, a przy wcześniejszym zakupie za 10-20 zł. W pierwszej połowie tego roku liczba pasażerów szybszych pociągów Intercity spadła o 100.000.  Pewnie dlatego, że przedziały nie wyglądają tak jak ten, VIP-owski.

      Przedział cesarski w pociągu

      W piątek szefowie Intercity wreszcie zapowiedzieli coś, o co w blogu apelowałem do nich już kilka miesięcy temu. Że ceny biletów na pociąg będą ustalane tak, jak w samolotach - w zależności od terminu i godziny podróży. A więc: im wcześniej kupujesz, tym taniej jedziesz i im bardziej "chodliwa" jest godzina, tym więcej płacisz się za bilet. Dziś klienci kolei nie mają wielkiego wyboru tańszego podróżowania, bo ceny są sztywne - nawet pociąg Intercity wlokący się jak flaki z olejem i wyjeżdżający w mało korzystnej porze dnia, kosztuje tyle samo, co pociąg znacznie szybszy i jadący w prime-time. I nawet bilet kupiony na miesiąc przed odjazdem kosztuje tyle, ile ten zabukowany na pięć minut przed startem pociągu. Także dlatego kolej przegrywa z busami - pasażerowie znieśliby zapewne nawet niedogodności związane z tym, że pociągi jadą wolno, mają rozwichrzony standard (pociąg klasy Intercity może wyglądać albo jak cukierek albo jak tani film klasy B) i przeważnie nie mają w składzie wagonów z darmowym internetem i gniazdkami przy fotelach. Znieśliby to wszystko, gdyby planując podróż z wyprzedzeniem mogli przejechać tanio. Tak, jak mogą - spełniając te warunki - tanio latać samolotami i jeździć busami.

      Nie wiemy jeszcze kiedy nadejdzie cenowa rewolucja w Intercity, ale są już jej pierwsze zajawki. Otóż każdy bilet kupiony na więcej, niż tydzień przed odjazdem pociągu, będzie o 10% tańszy. Co to oznacza? Ano, że za podróż na trasie Poznań-Warszawa klient Intercity zapłacić może 127 zł jeśli kupuje bilet w ostatniej chwili, albo 115 zł jeśli zrobi to z wyprzedzeniem. Z kolei za pociąg niższej klasy TLK może zapłacić 60 zł albo  - jeśli kupi bilet wcześniej - 54 zł. Najfajniejsza w tym pomyśle jest prostota - rzecz dotyczy pociągów Intercity, Express i TLK, zarówno pierwszej, jak i drugiej klasy i nie jest w żaden sposób limitowana (do tej pory w Intercity można było trafić tańsze bilety, ale była to pule dosłownie kilku-kilkunastu biletów w każdej z grup "zniżkowych". Nie można się było w tym połapać, a poza tym zniżki dotyczyły tylko niektórych pociągów i tylko drugiej klasy. Oczekiwałbym jeszcze od Intercity, żeby w systemie zakupu biletów przez internet możliwości cenowe były widoczne już w rozpisce możliwych połączeń, a nie dopiero po zamówieniu biletu.

      Czytaj też: Zamiast nowości w ofercie bank wystawił Tyszkiewicz i Intercity

      Po wprowadzeniu przejrzystych taryf (być może trzeba będzie zlikwidować podział na pociągi Express i Intercity, a zamiast tego wprowadzić np. bilety niebieskie, żółte i zielone, w zależności od taryfy), jest szansa na to, że np. do Gdańska będę mógł pojechać pociągiem za 30-40 zł, o ile zdecyduję się na zakup biletu z wyprzedzeniem, nie będę stawiał na najwyższy komfort i niekoniecznie będę musiał być u celu np. o 11.00 rano. A jeśli kupię bilet w ostatniej chwili i będę chciał mieć największe oferowane wygody (bezpłatne wi-fi, do cholery, ma być!), to płacę 120-130 zł.  Na razie w ramach uproszczeń kolejarze unifikują ceny miejscówek. W mniej wygodnych pociągach TLK potanieją one do 3 zł, a w Expresach i Intercity wyniosą 13 zł (do tej pory było to albo 12,5 zł albo 16 zł). Zła wiadomość jest taka, że podstawowe ceny biletów będą wyższe - podróż z Warszawy do Krakowa, czy Poznania podrożeje o 6-7 zł, do Gdańska o 8-9 zł, a do Szczecina pewnie o jakieś 10 zł. To nieco "amortyzuje" korzyść dla osób kupujących bilety wcześniej - 10% rabatu pozwoli zaoszczędzić więcej, niż wynosi podwyżka cen biletów, ale część pasażerów niestety zapłaci więcej.

      To oznacza, że Intercity na razie serwuje nam tylko mały kroczek w kierunku tańszego podróżowania dla tych, którzy wcześniej planują transfer z punktu A do punktu B. Większy pokazał z okazji Bożego Narodzenia, kiedy w Intercity testowali (i chyba jeszcze kończą testować, więc możecie się jeszcze załapać) system znacznie bardziej wypasiony. Od początku grudnia do 10 stycznia 2013 r. w pociągach Express i InterCity jest prosta jak drut promocja - jeśli kupujesz bilet (w kasie bądź przez internet) na minimum osiem dni przed wyjazdem, możesz dostać 30% zniżki. Rzecz nazywa się „Bilet Świąteczny” i można z niej skorzystać tylko do 1 stycznia (bo potem już ośmiodniowy termin przedsprzedaży wyrzuci nas poza kalendarz). Kilka dni temu testowo zarezerwowałem w ramach tej oferty bilet z Warszawy do Wrocławia. W standardzie zapłaciłbym 131 zł (115 zł za bilet i 16 zł za rezerwację). W ramach "Biletu Świątecznego" zapłaciłbym 78 zł za bilet i 16 zł za rezerwację, co czyni 94 zł za całość. Oszczędność 28%. Inna sprawa, że ten rabat nie działa w pociągach TLK - tu bilet kosztuje 61 zł i basta.

      Czytaj też: Pociąg do zysku bez ryzyka, czyli kolej promuje dyrdymały

      Ceny biletów i jakość torów to nie wszystko. Narzekałem niedawno na niedostatki internetowej sprzedaży biletów. I na to, że na kolei czas to pieniądz, ale tylko do czasu :-). Dobrze, że w Intercity można od kilku miesięcy kupować bilety przez telefon komórkowy. Trzeba sobie tylko zainstalować w smartfonie aplikację o kuszącej nazwie Bilkom (za pierwszym razem chwilę zajmie rejestracja, a potem zakup biletu staje się pieszczotą), no i nastawić się, że w ten sposób kupimy bilety tylko na kilkadziesiąt najdroższych pociągów. Zakup biletu odbywa się w taki sposób, że trzeba kliknąć połączenie, którego potrzebujemy i wskazać dane karty, z której mają być ściągnięte pieniądze. Bilkom pozwala też sprawdzać w komórce rozkłady jazdy, aktualne położenie pociągu, ewentualne utrudnienia, które mogą spowodować opóźnienia po drodze. Aplikacja obliczy nawet czas potrzebny na dotarcie na dworzec. No i kupionego w ten sposób biletu nie trzeba drukować, system dostarczy go klientowi w formie MMS. Pomysł nie jest nowy: Koleje Mazowieckie i Koleje Wielkopolskie korzystają za to z systemu zakupów biletów przez telefon pod nazwę SkyCash. No i jeszcze - jak już jesteśmy przy kupowaniu biletów - uprzejmie zauważę, że 200 terminalach Przewozów Regionalnych oraz w ponad 100 biletomatach Intercity można kupić bilet samoobsługowo, a w dodatku zbliżeniowo. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Rewolucja w Intercity: rezerwujesz bilet tydzień wcześniej i... dostajesz duży rabat!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 grudnia 2012 13:52
  • piątek, 28 grudnia 2012
    • Lokata: 4,2%, rata kredytu: -300 zł. Co z akcjami, frankiem, złotem? Fusy na 2013

      Co czeka nas, zwykłych ciułaczy w przyszłym roku? Czy powinniśmy spodziewać się wzrostu kosztu kredytów? Czy da się zarobić więcej na lokatach? Jak inwestować zaskórniaki, żeby zarobić nie ponosząc nadmiernego ryzyka? Nie lubię bawić się we wróżkę, bo lata komentowania giełdy w "Gazecie Wyborczej" nauczyły mnie, że przewidywanie przyszłości w świecie wielkich pieniędzy jest mniej więcej tak samo skuteczne, jak prognozowanie pogody. Ale dostaję od Was sporo pytań, głównie o to czy warto jeszcze kupować akcje - po 20%-owych wzrostach z minionego roku - a także o to czy nadszedł już moment, by zabukować sobie wysokie oprocentowanie na długiej lokacie. Czuję więc presję, żeby przekazać Wam deko wiedzy, którą powziąłem od ludzi mających w gabinetach kryształowe kule (albo przynajmniej zgrywających się, że mają). No i niezmiennie próbujecie mnie naciągnąć na prognozowanie kursu franka. Nic z tego, nie będę udawał wszystkowiedzącego i stawiał 10-letnich prognoz, jak niektórzy mądrale, doskonale wiedzący, iż za dekadę nikt ich nie rozliczy z głupot, których naopowiadali. Ale jeśli miałbym się bawić w tarociarza, to myślę, że w przyszłym roku w naszych portfelach będzie tak:

      OPŁATY ZA KONTA BANKOWE W GÓRĘ. Dziś średni koszt konta to 5 zł miesięcznie, ale w tym są zawarte koszty karty płatniczej i bezpłatnych bankomatów w całym kraju. W przyszłym roku zmienią się warunki gry dla banków: będą mniej zarabiały na naszych transakcjach kartowych (spadnie stawka interchange, co może kosztować bankowców 250-500 mln zł), więcej zapłacą właścicielom bankomatów (może nawet miliard złotych w plecy), będą płaciły podatek bankowy (kilkaset milionów) oraz ponosiły wyższe niż dziś straty na nie spłacanych kredytach (bo rośnie bezrobocie, a portfele kredytów się "starzeją", a więc i "psują"). Do tego dojdzie niższa marża na odsetkach (czyli różnicy między oprocentowaniem kredytów i depozytów), bo spadną stopy procentowe. To wszystko banki będą chciały sobie zrekompensować z kieszeni najwierniejszych klientów, bo ich doić najłatwiej. W pierwszej kolejności pod nóż pójdą zwroty pieniędzy z transakcji kartowych (nie od razu i nie całkiem, ale warunki zostaną mocno zaostrzone - pieniądze będą dostawać tylko ci, którzy mają wysokie wpływy na konta). Potem banki zmniejszą liczbę bezpłatnych bankomatów, a na koniec będą podwyższały opłaty za karty (de facto za konta, ale klienci łatwiej przyjmują wzrosty prowizji jeśli mają płacić za kartę, a konto zostaje w starej cenie, bądź gratis). Aby do kieszeni banków wpadło pół miliarda złotych dodatkowego dochodu rocznie, miesięczny dochód z ROR-u musi wzrosnąć przeciętnie o 2 zł. Moim zdaniem banki do tego właśnie będą dążyć. W większym stopniu podwyżki dotkną małych, szybko rozwijających się banków, w mniejszym - okrętów flagowych branży w Polsce. Maluchy mają z czego ciąć (bo ostro dotowały klientów), a z drugiej strony nie obrosły w tłuszczyk, który pozwoliłby im zagrać na czas.

      RATA KREDYTU HIPOTECZNEGO 200-400 ZŁ W DÓŁ... Kredyty wyrażone w złotych i uzależnione od stawek WIBOR, czyli prawie wszystkie hipoteczne, powinny w przyszłym roku potanieć, bo nawet jeśli banki nieco podkręcą marże (ze względu na rosnące koszty ryzyka), to stawka bazowa WIBOR będzie jeszcze spadała. Home Broker niedawno pokazał wykres, z którego wynika, że na rynku terminowym inwestorzy obstawiają spadek WIBOR-u z obecnego poziomu 4,2% do ok. 3,1%. To by oznaczało, że oprocentowanie przeciętnego kredytu hipotecznego spadłoby z obecnego poziomu 5,7% do jakichś 4,6%, a przeciętna rata kredytu na 300.000 zł wynosiłaby nie 2000 zł, a jakieś 1720 zł. Niższe oprocentowanie to wyższa o jakieś 10-15% zdolność kredytowa (według Home Brokera rodzina z dochodem 5000 zł miesięcznie dziś może pożyczyć 367.000 zł, a za rok będzie mogła wziąć 412.000 zł).

      WIBOR 3M jesień 2012

      ... POŻYCZKI GOTÓWKOWE POTANIEJĄ. DLA "SWOICH". Tyle o kredytach hipotecznych. Gotówkowe też będą przyjaźniejsze, ale głównie dla znanych bankom klientów. Jeśli masz w jakimś banku konto i będziesz potrzebował szybkiej kasy, to najpewniej dostaniesz ją taniej, niż dziś. Ale jeśli pójdziesz do obcego banku - raczej zapłacisz tyle, ile zapłaciłbyś dziś.

      FRANK (NIE) PODROŻEJE. 3,3 ZŁ? Kto ma kredyt hipoteczny we frankach, pewnie bardziej niż WIBOR-em interesuje się LIBOR-em i ceną szwajcarskiej waluty. Bank centralny tego kraju ostatnio potwierdził, że będzie trzymał cenę franka na wodzy (głównie względem euro, ale to oznacza też ulgę dla nas). Co to oznacza? Analitycy walutowi zwykle koszmarnie się mylą, ale jak wziąć do kupy ich wróżby, to okaże się, że raty naszych kredytów nie powinny się zwiększyć. Z ankiety Money.pl wynika, że słabnąc gospodarka i niższe stopy procentowe NBP zbiją wartość złotego - za pół roku frank może skoczyć do 3,5 zł - ale za to pod koniec 2013 r. będziemy się relaksować przy cenie "szwajcara" mniej więcej takiej samej, jak dziś. Według analityków Alior Banku za rok frank będzie tylko po 3,17 zł.

      Prognoza dla złotego 2013

      LOKATY MOCNO W DÓŁ. TYLKO 4,2% W SKALI ROKU? Aż nie chce się wierzyć, żeby z naszymi oszczędnościami w bankach miało być tak źle. Obniżkami straszymy się nawzajem już od kilku miesięcy, ale wojna depozytowa w bankach wciąż trwa i chyba trwać powinna, bo rynek pożyczek międzybankowych (który jest główną alternatywą banków dla naszych kieszeni) wciąż jest trupem. Tyle, że w bankach trwa też kredytowa smuta, więc ochota do zabijania się o nasze pieniądze może być jakoś-tam limitowana. Według Michała Sadraka średnie oprocentowanie 12-miesięcznych depozytów (z uwzględnieniem polisolokat zwolnionych z podatku Belki), które aktualnie wynosi 5,09%, nie powinno spaść poniżej 4,1-4,2%. To oznacza, że najlepsze oferty na rynku nie przekroczą pewnie 5% w skali roku. A jeszcze na początku 2012 r. dziesięć najlepszych lokat miało średnią rentowność 7,1%! To se ne vrati...

      Średnie oprocentowanie depozytów 2012

      FUNDUSZE OBLIGACJI DADZĄ  MNIEJ, NIŻ 10%. Górę pieniędzy - ponad 130 mld zł - trzymamy w funduszach inwestycyjnych, a największy udział w tym torcie mają fundusze dłużne. Ostatnio radziły sobie świetnie, najlepsze dawały 12-13% zysku w skali roku. Dwa razy więcej, niż lokaty bankowe! To eldorado się może skończyć, bowiem do tej pory wynikało z tego, że fundusze obligacji miały w portfelach cenne obligacje z poprzednich lat, a nowo emitowane miały oprocentowanie bardzo niskie. Analitycy uważają, że nowe emisje polskich obligacji w 2013 r. już tak nisko oprocentowane nie będą, a więc "stare" papiery, znajdujące się w portfelach funduszy, nie będą już tak cenne. Według analityków z obligacji rządowych da się w przyszłym roku wyciągnąć 5-6% (lokując na długo), a z funduszy obligacji pewnie ciut więcej.

      NA GIEŁDZIE ZNÓW HOSSA? AKCJE W GÓRĘ 10-20%? Po udanym 2012 r., gdy główne indeksy poszły w górę o 20%, o dalszych wzrostach akcji powinno się mówić ostrożnie, zwłaszcza że gospodarka słabuje. Ale analitycy wręcz przeciwnie: pieją z zachwytu. Czy mogą mieć rację? Cóż, zarobki większości z nich zależą od wzrostu cen akcji, ale i tak nie zaszkodzi posłuchać ich argumentów (nawet jeśli potem spojrzymy na nie krytycznie). Roman Przasnyski z Open Finance optymizm tłumaczy tym, że polskie akcje są mocno w tyle za tymi w Europie Zachodniej i w USA. "Do poziomu sprzed krachu indeksom z Wall Street i Frankfurtu brakuje już tylko 8-10%. Nasze są poniżej niego o prawie 50%, więc mają spory potencjał wzrostowy. Stosunek zysku do ryzyka sprzyja inwestycjom w akcje" - pisze Przasnyski. W komentarzu DI BRE czytam z kolei, że OFE mają dziś blisko 8% aktywów w depozytach bankowych i 34% w akcjach, a zgodnie z nowymi przepisami będą mogły zwiększyć zaangażowanie w akcje do 47,5%. Trzeci argument to spadek oprocentowania depozytów, który powinien napędzać kapitał na rynek akcji (według DI BRE aż 17 z 63 analizowanych przez tę firmę spółek wypłaci w tym roku dywidendę, której poziom da wyższą stopę zwrotu, niż obecne oprocentowanie depozytów w bankach).

      WIG20 2010-2012

      DECYDUJĄCY ROK DLA ZŁOTA. MOŻE ZNÓW NIE DAĆ ZAROBIĆ? W ostatnich dwunastu miesiącach pośrednicy różnej maści wcisnęli Polakom - w sztabkach, monetach, papierach wartościowych - jakieś 11 ton złota o wartości (przy cenie kilograma rzędu 170.000 zł) ponad 2 mld zł. Licząc rentowność w dolarach złoto (które kosztuje dziś 1660 dol. za uncję) zakończyło rok 2012 na 5%-owym plusie, ale po uwzględnieniu silnego złotego mamy 5% straty. Na początku grudnia rezon stracił nawet bank inwestycyjny Goldman Sachs, do tej pory piszący o złocie wyłącznie w jasnych barwach. Jego prognozy po raz pierwszy od dawna kompletnie przestały się sprawdzać, więc w Goldmanie najwyraźniej wpadli w panikę i ogłosili... możliwość odwrócenia długoterminowego trendu wzrostowego na rynku metali szlachetnych, w tym złota. Czyli, że trwająca od 12 lat hossa może się skończyć i to już w przyszłym roku. Analitycy od złota zgłupieli, bo notowania przestały zachowywać się logicznie. Wzrostu nie wywołał ani szalony dodruk pieniądza, ogłoszony przez amerykański bank centralny, ani taki sam, po cichu realizowany przez bank centralny strefy euro.  Nie wywołały go też ujemne realne stopy procentowe panujące na rynku obligacji - inwestorzy woleli zarabiać na oprocentowaniu mniej, niż wynosi inflacja, niż przenieść pieniądze na rynek złota. Ale może zbiorowy sceptycyzm co do przyszłości złota i niewiara w to, że może pokonać 2000 dolarów za uncję, to właśnie dobry znak, żeby pójść pod prąd? 

      Gold spot 2010-2012

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Lokata: 4,2%, rata kredytu: -300 zł. Co z akcjami, frankiem, złotem? Fusy na 2013”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 grudnia 2012 00:58
  • czwartek, 27 grudnia 2012
    • Jeden z najbardziej doświadczonych menedżerów mówi pas! Koniec pewnej ery?

      W blogu "Subiektywnie o finansach" czytacie nie tylko o interwencjach jakie podejmuję w Waszych sprawach i o nowych produktach finansowych, ale też od czasu do czasu o ludziach ważnych dla naszych portfeli. Subiektywnie żegnałem na stronach blogu Brunona Bartkiewicza, kiedy odchodził z ING Banku Śląskiego, dziwiłem się sensacyjnemu pojawieniu się w branży bankowej Zbigniewa Jagiełło (i to od razu na jednym z najwyższych stołków!), celebrowałem koniec prezesowskiej kariery nestora finansistów Józefa Wancera, zastanawiałem się nad karuzelą zmian w Banku Pekao, z którego najpierw odszedł Jan Krzysztof Bielecki, a potem szybko ewakuowała się Alicja Kornasiewicz, chyba ostatnia bankowa iron lady... Sprawdzałem jak wielkie cojones mają najlepsi menedżerowie w branży bankowej - tak, tak, Wojciech Sobieraj miałby na ten temat coś do powiedzenia - patrzyłem też który prezes był najczęstszy i najgęstszy :-) oraz dlaczego pewien znany Kott, imieniem Bogusław, już nie zaryczy. Sprawdzam też systematycznie kto ile w branży finansowej zarabia (i dlaczego największe pieniądze dostaje się w ubezpieczeniach oraz w SKOK-ach, a także jakie ten i ów dostał odprawy za to, żeby już sobie poszedł.

      Paweł DangelBranży ubezpieczeniowej przyglądam się stosunkowo mniej dokładnie, ale i tam zaglądam. A kilka dni temu dotarła do mnie informacja, że do opróżnienia stanowiska szykuje się jeden z najbardziej rozpoznawalnych menedżerów ubezpieczeniowych, szef polskiej odnogi Allianza, Paweł Dangel. Tuż przed Świętami Dangel napisał do kluczowych pracowników list, w którym zapowiada poszukiwania swojego następcy. "Po ponad piętnastu latach intensywnej pracy na rzecz Grupy Allianz Polska oraz pełnienia przez cały ten okres funkcji prezesa zarządu Allianz Polska, podjąłem osobistą decyzję o zakończeniu swojej zawodowej kariery na tym stanowisku. W porozumieniu i uzgodnieniu z naszą Radą Nadzorczą, która przyjęła moją decyzję z pełnym szacunkiem i zrozumieniem, wspólnie rozpoczęliśmy proces tzw. sukcesji czyli poszukiwania na polskim rynku ubezpieczeniowym odpowiedniego kandydata na to stanowisko (...). Nie chciałbym, żeby powyższą informację potraktowali Państwo jako moje oficjalne pożegnanie. Nie żegnam się jeszcze ani z firmą, ani z nikim z Państwa. Natomiast jestem głęboko przekonany, że tego typu decyzje najlepiej jest przekazywać bezpośrednio i jak najszybciej, żeby uniknąć niepotrzebnych plotek czy spekulacji" - pisze Dangel w liście do współpracowników, który przypadkiem dotarł i do mnie.

      Czytaj też: Allianz straszy kobiety końcem świata. Czy nie przesadza?

      Tego odejścia w Allianzu (a może i w branży ubezpieczeniowej) będą z kilku powodów żałować. Po pierwsze dlatego, że to gość, który spędził w ubezpieczeniach 25 lat, więc trochę się na nich zdążył poznać. Po drugie dlatego, że przeszedł drogę od zera do milionera, bo swoją karierę w ubezpieczeniach zaczynał jako szeregowy agent, pracując w połowie lat 80. w brytyjskich firmach zajmujących się sprzedażą polis. Szacun. Po trzecie dlatego, że mówimy o człowieku, który zbudował w Polsce potęgę dwóch koncernów ubezpieczeniowych. W 1994 r. wrócił do Polski, żeby wiceprezesować tutejszemu oddziałowi Nationale Nederlanden i tam odpowiadał za sieć sprzedaży (pomógł wprowadzić NN na trzecie miejsce w rankingu największych ubezpieczycieli w Polsce). Potem od 1997 r. budował od zera polskiego Allianza i też poszło mu nie najgorzej, bo dziś firma ma 2,5 mln klientów, zbiera 4 mld zł składek rocznie i jest czwartym największym koncernem ubezpieczeniowym w kraju.

      Po czwarte Dangel jest po prostu postacią nietuzinkową. Nie był od urodzenia finansistą, wziął się w tej branży trochę przypadkiem. Bo z wykształcenia i zawodu jest... reżyserem teatralnym, fanem Bułhakowa. Skończył studia teatralne w Moskwie, od 1980 r. był reżyserem w teatrach w Gdańsku i Warszawie (m.in. w Teatrze Rozmaitości i Nowym). W połowie lat 80. wyjechał do Londynu i tam też początkowo się zajmował m.in. reżyserią - w teatrach polonijnych i kilku szkołach teatralnych (podobno pracował też w radiu). Wyczytałem w kilku wywiadach, których udzielił, że w reżyserowaniu sztuki na deskach teatru i prowadzeniu korporacji widzi sporo wspólnego - bo tu i tu decydujący jest dobry scenariusz i możliwie jak najlepsza obsada kluczowych ról. Coś w tym jest, zresztą do dziś Allianz wspiera teatry, m.in. sponsoruje warszawską Romę. W Londynie musiał dojść do wniosku, że pracując w branży artystycznej będzie niechybnie klepał biedę do końca życia, więc zajął się pracą agenta ubezpieczeniowego.

      Czytaj też: Ciekawy pomysł Allianza na Euro 2012. Typujemy mecze!

      W Anglii zdobył pierwsze szlify menedżerskie (nie wiem dokładnie jakie, ale pewnie rzędu dyrektora regionalnego ds. sprzedaży lub coś w tym guście). Czasy w Polsce były takie, że ktoś, kto w kraju cywilizowanym wybił się ponad szarość, a do tego zna języki i odbył kilka kursów finansowych, z marszu miał z górki. Ssanie na wykwalifikowanych menedżerów było wtedy duże i dlatego zapewne Dangel po powrocie do Polski w 1994 r. od razu zaczął wysoko - od stanowiska w zarządzie Nationale Nederlanden. Ale tu już nie było forów i gdyby Dangel nie umiał przekuć umiejętności w reżyserowaniu przedstawień na zarządzanie ludźmi, pewnie nie osiągnąłby wiele w biznesie ubezpieczeniowym. Ludzie sztuki rzadko sprawdzają się w finansach, bo przeważnie są zbyt uwzniośleni ideałami, chcieliby budować biznes stawiając wyłącznie lekkie, eleganckie kroki. Allianz w sumie też był zawsze "elegancką" firmą, rzadko kopiącą po kostkach. Nigdy nie był tanim ubezpieczycielem, miał raczej wizerunek nobliwej firmy, za której polisy warto płacić więcej. To była też jedna z pierwszych firm, której agenci zaczęli jednocześnie sprzedawać polisy na życie i majątkowe. Nieco ów dobry wizerunek upadł dopiero od czasu wprowadzenia zdalnej sprzedaży polis poprzez Allianz Direct (oj, zaczęło się na całego chachmęcenie i robienie z klientów jeleni...). Dangel wiedział, że warto być tam, gdzie są emocje klientów. Poza sponsorowaniem teatrów Dangel wsławił się też wspieraniem Roberta Kubicy i sponsorowaniem piłkarzy Górnika Zabrze (na zdjęciu z Henrykiem Kasperczakiem, którego akurat w Zabrzu nie wspominają za dobrze, w odróżnieniu od Dengla :-)).

      Dangel Kasperczak .

      Choć wyprowadzenie "na czoło" tabel dwóch firm ubezpieczeniowych to duża rzecz, Dangel ma na koncie także bolesną porażkę, która zresztą mogła przyczynić się do jego odejścia z Allianza. Nie udało mu się w Polsce zbudować pierwszego klasycznego połączenia pod jednym dachem biznesu bankowego z ubezpieczeniowym. Mowa o projekcie Allianz Banku, który okazał się spektakularną klapą. Dangel utopił w nim 600 mln zł i podobno chciał zaryzykować utopienie kolejnych 300 mln potrzebnych na zbudowanie większej liczby placówek (kiedy okazało się, że nie da rady rozbujać banku za pomocą agentów ubezpieczeniowych). Niemcy z Allianza nie lubią tracić takich pieniędzy, więc na dalsze topienie kasy się nie zgodzili i Dangel musiał sprzedać Allianz Bank w cenie złomu grupie Getin. Dlaczego się nie udało? Niektóre pomysły marketingowe były strzałami kulą w płot, klientów chętnie też wpuszczano w maliny. Nie mówię tu broń Boże o nagiej Patrycji w wannie, ani o kontach zakładanych na poczekaniu. Bo te pomysły były baaardzo zacne. Chyba jednak zabrakło top-menedżera, który spiąłby to wszystko tak, jak Wojciech Sobieraj spiął Alior Bank. Aż trudno uwierzyć, ale Dangel w tym ultraważnym projekcie, ryzykując tak wiele i mając tak nowatorski scenariusz (bank ni to internetowy, ni tradycyjny, bo z małą siecią placówek), nie zadbał o prawdziwie gwiazdorską obsadę.

      Klęska koncepcji połączenia działalności bankowej i ubezpieczeniowej była tym większa, że Dangel otwarcie mówił, iż w wykorzystaniu synergii typowych w bancassurance widzi szansę Allianza na szybki wzrost.Że im więcej produktów bankowo-ubezpieczeniowych klient kupi, tym większych rabatów można mu udzielić. I tym bardziej będzie lojalny oraz zadowolony. Nie udało się. I dziś Dangel w wywiadach mówi już tylko o zwiększaniu sieci sprzedaży, rozwoju małych agencji, zarządzanych przez prywatnych przedsiębiorców. Allianz Bank stał się kamieniem u szyi dla prezesa także dlatego, że pomysł trafił na zły czas. Startował tuż po upadku Lehman Brothers, więc już z definicji miał pod górkę. Bankowi zabrakło nie tylko pomysłów, zabrakło przede wszystkim finansowania - wszystko było zaprojektowane pod kątem zbierania pieniędzy (potrzebnych na udzielanie kredytów) z rynku międzybankowego, a ten po klęsce Lehmana przestał działać. Inna sprawa, że w tym samym momencie startował Alior i jakoś mu się udało - a pieniądze zaangażowane w projekt w obu przypadkach były podobne.

      Po fiasku Allianz Banku przyszła fala klęsk żywiołowych w Polsce (głównie powodzie), która wpędziła Allianza w głębokie straty. Jeszcze w 2010 r. majątkowa część holdingu miała 220 mln zł strat! Ale Dangel pokazał klasę i w 2011 r. wyprowadził firmę na prostą. Z raportu rocznego wynika, że w 2011 r. życiowa część Allianza zarobiła 61,8 mln zł, majątkowa miała jeszcze ponad 29 mln zł straty netto, towarzystwo emerytalne należące do Allianza (prowadzące OFE) zarobiło 20,9 mln zł, zaś towarzystwo funduszy inwestycyjnych - wypracowało 8,2 mln zł czystego zysku. A do grupy Allianza należą też inne zyskowne przedsięwzięcia - Mondial Assistance, firma zajmująca się świadczeniem usług assistance, a także Euler Hermes, który zajmuje się ubezpieczaniem należności firm, O przyzwoitym tempie rozwoju Allianza mówi wzrost zebranych składek - 2,2 mld zł w pierwszym półroczu 2012 r. (w całym poprzednim roku było 3,4 mld zł). To jedna z najlepiej naoliwionych maszynek w branży ubezpieczeniowej. Siłą jest wzrost liczby sprzedawców - firma chce mieć docelowo 8000 agentów w całej Polsce, dziś ma ponad 6000. Dangel częściowo więc odkupił swoje winy i chyba zostawi firmę na dobrej ścieżce. Ciekaw jestem, czy w wieku 57 lat jeszcze raz weźmie się za deweloperkę, czy zajmie się jakimś spokojniejszym zajęciem?

      Jak pomnażać oszczędności

      POMYSŁ NA POMNAŻANIE OSZCZĘDNOŚCI. Przeczytajcie poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu ciułaczowi, nawet zielonemu, jak ogórek. Nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. 

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU. Strony blogu "Subiektywnie o finansach" notują ok. 500.000 wizyt miesięcznie, blog ma też ponad 14.500 fanów w Facebooku. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) gazeta.pl.  A jeśli chcecie dowiedzieć się jak powstaje blog, to w najnowszym numerze branżowego pisma "Press", pośród mgieł smoleńskich, kaczek dziennikarskich i ciekawych wrzutek śniadaniowych, znajdziecie tekst poświęcony "Subiektywnie o finansach". Możesz przeczytać go tutaj 

      Samcik Press

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jeden z najbardziej doświadczonych menedżerów mówi pas! Koniec pewnej ery?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 grudnia 2012 09:27
  • środa, 26 grudnia 2012
    • Wojna z lichwą się nie uda: 15% Polaków uważa, że firmy pożyczkowe... są fajniejsze

      Kilka dni temu firma doradcza PriceWaterhouseCoopers opublikowała wyniki swoich cyklicznych badań, rysujących portret polskiego kredytobiorcy. Jest to portret dość niepokojący, bo wyznaczający priorytety osoby poszukującej pieniędzy w dziwnych miejscach. Z badań tych wynika np. że tylko dla 15% osób najważniejsza jest dobra oferta prezentowana przez instytucję finansową. Rok temu na jakość oferty (a więc - jak rozumiem - ocenę czy dana pożyczka jest droga, czy tania) stawiało 25% osób. Wychodzi na to, że coraz bardziej mamy w nosie cenę pożyczanego pieniądza, która powinna być przecież absolutnie najważniejsza, bo to jedyny parametr realnie różnicujący oferty instytucji finansowych: produkt przez nie oferowany jest dokładnie ten sam, różni się tylko ceną i może czasem opakowaniem. A tymczasem dla 19% osób ważniejsze od ceny pożyczki jest to, czy pracownik oddziału jest kulturalny i ma klasę. Cóż, można i tak.

      Jednocześnie od trzech tygodni trwa szeroko zakrojona kampania antylichwiarska urzędniczo-bankowej koalicji z udziałem m.in. Narodowego Banku Polskiego, Ministerstwa Finansów, Ministerstwa Sprawiedliwości, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a także Komisji Nadzoru Finansowego (KNF). Są spoty w telewizji, specjalna strona internetowa z kalkulatorem kosztów pożyczek, jest też konsumencka infolinia oraz ulotki rozdawane na dworcach i dostarczane starszym osobom do domów. Czy urzędnicy zdołają wygrać wojnę z lichwiarskimi pożyczkami, zwłaszcza w gorącym, przedświątecznym czasie, gdy zainteresowanie ludzi szybką gotówką jest największe? Prywatne firmy pożyczkowe też idą na całość - pisałem niedawno w blogu, że już dwie z nich wystartowały z promocjami polegającymi na tym, iż pierwszą pożyczkę na miesiąc - o wartości maksymalnie 500-1000 zł - można zaciągnąć... bez żadnych odsetek.

      Firmy deklarują, ze są w stanie dostarczyć gotówkę w kwadrans po zaakceptowaniu wniosku klienta.  Oczywiście ten medal ma dwie strony - kolejne pożyczki w tych firmach będą już oprocentowane według stawek grubo przekraczających 100%. Pożyczkodawcy liczą więc na efekt "uzależnienia" od ich usług. Klient, który pożyczy pieniądze, rolując w ten sposób inne zadłużenie, może dość łatwo stać się z konieczności stałym klientem firmy pożyczkowej, która być może nie doprowadzi go do bankructwa - prędzej można się wpuścić w pętlę długów nieostrożnie korzystając z karty kredytowej, niż z kilkuset-złotowej pożyczki-chwilówki - ale z pewnością doprowadzi go do golenia na krótko, jak przysłowiowej owcy. A zwycięski marsz firm pożyczkowych trwa już od kilkudziesięciu miesięcy, kiedy banki przykręciły kurek z pożyczkami. Do Polski weszły ostatnio potężne firmy pożyczkowe z Australii, Łotwy, Wielkiej Brytanii, a nawet USA. Ich przedstawiciele mówią bez ogródek: w waszym kraju jest kilka milionów osób wykluczonych z rynku finansowego. Jest więc interes do zrobienia. 

      Czytaj też: Władze szykują nowy bat na lichwę. Wytną krótkie pożyczki?

      Mam przeczucie, że walkę urzędników z lichwiarzami mogą wygrać ci drudzy. Świadczą o tym wyniki przeprowadzonych ostatnio badań Millward Brown SMG/KRC na temat pożyczkowych preferencji Polaków (to sondaż z listopada, przeprowadzony na reprezentatywnej próbie 1000 osób). Co prawda tylko 2% pytanych przyznaje, że po pożyczki sięga co kilka miesięcy, a 0,4% – że raz w miesiącu lub częściej. To by oznaczało, ze "elektorat" firm pożyczkowych jest stosunkowo niewielki, nie przekracza 600-700.000 osób. Ale z drugiej strony do korzystania z usług pozabankowych firm pożyczkowych - teraz lub w przeszłości - przyznaje się 6% badanych Polaków. A to już można przełożyć na półtora miliona osób. Coś w tym musi być, ostatnio sam Provident podaje w reklamach nawet wyższą liczbę swoich zadowolonych klientów. A obecnie firma obsługuje 800.000 osób. Z innych badań wynika, że osób korzystających z usług parabanków i firm pożyczkowych może być nawet ponad dwa miliony. I to pewnie nawet bardziej prawdopodobna liczba, niż ta wynikająca z sondażu SMG/KRC.

      Ale ciekawie zaczyna się robić dopiero teraz. Dlaczego ludzie idą do firm pożyczkowych, a nie do banku, gdzie pożyczki bywają kilkakrotnie tańsze? Tylko co trzecia osoba twierdzi, że firma pożyczkowa jest "kołem ratunkowym" w sytuacji, gdy bank odmówi pożyczki. Większość klientów firm pożyczkowych prawdopodobnie korzystałaby z ich usług nawet wtedy, gdyby banki odkręciły kredytową śrubę! Aż 35% klientów firm pożyczkowych twierdzi, że przewagą prywatnych pożyczkodawców jest szybka decyzja o przyznaniu kredytu, mniej więcej tyle samo osób wskazuje na brak formalności. Wbrew pozorom blokadą przed korzystaniem z usług banków nie jest wcale weryfikacja zdolności kredytowej i sprawdzanie historii finansowej klientów przez banki. Jedynie co dziesiąty klient firmy pozabankowej stwierdził, że poszedł tam dlatego, że nie badano tam jego historii kredytowej w BIK. Wychodzi na to, że dla 60-70% osób korzystających z usług firm pożyczkowych, banki nie mają przekonujących argumentów. I nie są dla nich przekonującą alternatywą.

      Raport o lichwie 2012

      Że firmy pożyczkowe nie mają tak dobrej oferty jak banki? Hmmm... dla połowy ankietowanych to fakt, ale dla 15% tylko mit. Na pytanie "czy warunki pożyczek oferowane przez parabanki odbiegają od udzielnych przez banki" ponad połowa pytanych odpowiedziała, że w firmach pożyczkowych warunki są znacznie gorsze. Ale 6% Polaków uważa, że u prywatnego pożyczkodawcy będzie taniej, niż w banku, a kolejne 9% uważa, że nie będzie ani lepiej, ani gorzej, tylko mniej więcej tak samo. Jak interpretować te wyniki? Moim zdaniem tak, że aż 15% Polaków wybrałoby więc ofertę firmy pożyczkowej uważając ją za co najmniej tak samo dobrą, jak bankowa! Takie podejście dużej części ankietowanych oznacza, że bankom szalenie trudno będzie prowadzić równą konkurencję z firmami pożyczkowymi. Ponieważ banki nie pożyczają swoich pieniędzy, lecz kreują pieniądz dzięki zebranym depozytom, nigdy nie będą dawały pieniędzy tak szybko i bez formalności, jak firmy pożyczające własne pieniądze. A jeśłi nawet pod względem procentów dla 15% Polaków banki nie dają rady... Drodzy bankowcy, z czym do ludzi? Zwłaszcza, gdy widzimy kampanie edukacyjne prywatnych firm pożyczkowych, które przekonują, że nawet 500% to nie lichwa.

      Raport o lichwie 2012

      Badania Millward Brown SMG/KRC pokazują też coś jeszcze ciekawszego. Polacy w dużej części byliby skłonni płacić za pożyczone pieniądze lichwiarską cenę i nie widzieliby w tym nic złego. W jeszcze większej części uważają, że nie ma znaczenia ile zapłacą. I bez ogródek przyznają, że nie wiedzą ile powinna kosztować uczciwa pożyczka! 10% w skali roku, czy raczej 100%? Przy tak luźnym podejściu do tematu pożyczania pieniędzy mam sporo obaw o to, czy jest sens walczyć z lichwą. Może szkoda zachodu? Ankieterzy przeprowadzili krótki test: Zadali pytanie o to ile bylibyśmy skłonni zapłacić za pożyczkę-chwilówkę. "Wyobraź sobie, że pożyczasz na tydzień 200 zł. Jaką kwotę powinieneś zwrócić po siedmiu dniach?" Więcej, niż co trzeci badany (41%) nie ma pojęcia ile powinna wynieść uczciwa cena takiej pożyczki, a co dziesiąty twierdzi, że chciałby zwrócić 200 zł lub mniej, co znaczyłoby, że za kredyt nic się nie płaci lub pożyczkodawca powinien jeszcze do niego dopłacać (tu przynajmniej wyszło, że Polacy mają poczucie humoru). Aż 14% osób odpowiedziało, że mogliby zapłacić za taką tygodniową pożyczkę więcej, niż 21 zł odsetek, a więc co najmniej 10%. Jedna trzecia z tych osób uważa, że uczciwą ceną byłoby nawet ponad 60 zł odsetek. Średnia ze wszystkich odpowiedzi: za pożyczone 200 zł po tygodniu należałoby oddać 255 zł i to byłaby uczciwa cena. Ponad 20% w skali tygodnia, czyli 1000% w skali roku! Lichwa? Co to jest lichwa?

      Raport o lichwie 2012

      Millward Brown SMG/KRC pytała też ile powinna wynosić miesięczna rata kredytu w wysokości 10.000 zł, zaciągniętego na rok. W bankach średnie odsetki od takich pożyczek wynoszą obecnie 15-20% w skali roku, co oznacza konieczność zapłacenia 1500-1700 zł odsetek oraz miesięczną ratę na poziomie 950-970 zł. A co powiedzieli na temat kosztów takiej pożyczki ankietowani? Średnio jako akceptowalną ratę wskazywali kwotę... 1838 zł, oznaczającą, że za rok trzeba będzie oddać dwa razy więcej, niż się pożyczyło! Połowa pytanych nie potrafiła odpowiedzieć w ogóle na to pytanie, a kolejna jedna trzecia osób wskazywała, że rata powinna wynieść od mniej niż 900 zł do ok. 1000 zł, co jest stawką bliską rzeczywistemu oprocentowaniu pożyczek bankowych. Ale aż 16% wskazało oczekiwaną wysokość raty 10-tysięcznej pożyczki jako 1000-2000 zł i więcej, co mogłyby się zdarzyć tylko przy iście lichwiarskich stawkach oprocentowania takiej rocznej pożyczki.

      Raport o lichwie 2012

      W sondażu padło jeszcze jedno pytanie: ile powinny maksymalnie wynieść odsetki od 1000 zł pożyczki na rok. W realu oprocentowanie takiej pożyczki sięga pewnie 20%, a odsetki w skali roku jakieś 100-130 zł (to na oko mniej, niż 20%, bo liczymy je od topniejącego kapitału do spłaty). A co odpowiedzieli Polacy? Jakieś 22% z nich buja w obłokach albo strzela: mówią, że odsetki powinny wynieść mniej niż 10 zł albo od 10 do 99 zł. Kolejne 47% nie ma zielonego pojęcia. Gdyby chodziło o całki i różniczki, to pewnie byłoby łatwiej, ale tu mówimy o liczeniu pieniędzy, a tego w polskiej szkole nie uczą. Mamy więc już 69% ludzi raczej nieogarniętych. Kolejne 23% mniej więcej wstrzeliwuje się w rzeczywistość, bo mówią o odsetkach rzędu 100-200 zł. Ale kolejne 7,7% odbija się od ściany z drugiej strony - wskazują na kwotę ponad 200 zł. Mamy więc raptem jedną czwartą Polaków, którzy mniej więcej wiedzą ile powinna wynosić w realnym życiu cena pieniądza bez zabezpieczeń. Pozostali nie wiedzą, więc nie można od nich wymagać, że prawidłowo ocenią czy dana pożyczka jest tania, czy droga. Bo i skąd mają to wiedzieć? No. To ja Wam wszystkim, kochane NBP-y, KNF-y i inne UOKIK-i życzę udanej walki z lichwą :-).

      Raport o lichwie 2012

      W tej sytuacji ludziom, którzy prowadzą pożyczkowy biznes w pięknym kraju nad Wisłą, pozostaje już chyba dbać tylko o... estetykę. Co mam na myśli? Ano zerknąłem na regulamin pożyczek udzielanych przez internetowy portal "Pożyczka-24h.pl”. A tam stoi jak wół coś takiego. "Kalkulator pożyczkowy zamieszczony na stronie internetowej serwisu ma charakter jedynie estetyczny, wszelkie podawane przez niego liczby, wartości, w szczególności raty, nie mają wiążącego charakteru, a jedynie ozdobny i nie należy się nim sugerować". Czyż to nie piękne? Jak to dobrze, że w tym całym rozgardiaszu ktoś wreszcie zadbał o estetykę. Czy wpadlibyście na pomysł publikowania kalkulatora pożyczkowego, którego sens byłby jedynie "estetyczny", a nawet "ozdobny"? Ja bym nie wpadł i pewnie dlatego, że jestem za mało kreatywny, nie zajmuję się działalnością pożyczkową. Ech, czuję, że coś mi w życiu uciekło. Estetyka i ozdobność, ich mać. Nota bene ten sam portal ostatnio lansuje się w serwisie Gruper.pl i wystawia tam... prawo do darmowego złożenia wniosku o pożyczkę, który normalnie też jest gratis :-)

      Gruper szybka pożyczka

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Wojna z lichwą się nie uda: 15% Polaków uważa, że firmy pożyczkowe... są fajniejsze”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 grudnia 2012 10:43
  • niedziela, 23 grudnia 2012
    • Wigilijny niezbędnik (nie)grzecznego bankowca. Pięć tłumaczeń, by uniknąć rózgi

      Dziś niektórzy z Was dostaną prezenty, zaś niektórzy w prezencie rózgą na goły tyłek. Jednym i drugim życzę, by ich sytuacja wynikała z rzeczywistych zasług lub ich braku, a nie z przyczyn, że tak powiem, pozamerytorycznych. Z tej okazji postanowiłem wyjść nieco z roli i zrobić listę prezentów, które w tym roku dostaliśmy od bankowców. Na co dzień w blogu czytacie raczej o tym co się gościom z banków nie udało i czym nas wkurzali, ale... w ten dzień, gdy zwierzęta przemówią ludzkim głosem, autor blogu też przemówi inaczej niż zwykle. Choć oczywiście nie mogę Wam obiecać, iż powstrzymam się przed wyrażeniem słusznego oburzenia, że niektóre prezenty - z tych, które przyjęliśmy od bankowców - okazały się po rozpakowaniu badziewiem.  

      Zwrot części pieniędzy wydawanych kartą w sklepach. Konta na zero, bezpłatne bankomaty, przelewy internetowe za free - to dość powszechne zjawiska, choć coraz częściej obwarowane dodatkowymi warunkami, które musi spełnić klient (obroty na koncie, dochody, aktywność kredytowa). Wartością dodaną są dziś nie tyle bankowe usługi za free, co oferty pozwalające klientom... zarabiać na używaniu konta. Przeróżne programy lojalnościowe, zachęcające nas do intensywnego używania kart,  pojawiły się w bankach już w poprzednich latach. Ale kończący rok przyniósł apogeum tego zjawiska. Najpierw banki spektakularnie doszły do ściany - a w zasadzie zrobił to Alior Sync, wprowadzając jako pierwszy 5% zwrotu za zakupy w internecie - a potem zaczęły się od tej ściany odbijać, ograniczając korzyści z money-backu. Można się spodziewać, że w przyszłym roku, po obniżkach opłat interchange (tych, które bankowcy wyciskają od sklepikarzy) programy opierające się na zwracaniu pieniędzy za zakupy wymrą śmiercią naturalną.

      Przelewy dochodzące do adresata natychmiast. Pod względem szybkości przepływu pieniędzy pomiędzy kontami jesteśmy narodem bardzo wymagającym. Nie pamiętamy już czasów, kiedy przelew potrafił "iść" przez trzy dni, nie satysfakcjonuje nas też sytuacja, w której kasa wychodzi z jednego konta rano i wpływa na drugie po południu. Dlatego najpierw prywatny pośrednik, sopocka firma Blue Media, a potem Krajowa Izba Rozliczeniowa działająca z ramienia banków, dały możliwość przelewania pieniędzy praktycznie online. Do tej pory taka możliwość była dostępna tylko dla największych klientów, przesuwających z konta na konto powyżej miliona złotych, ale w 2012 r. każdy już, płacąc kilka złotych prowizji, może nadać przelew tak, że za kilka minut jest na koncie w innym banku. W 99% jest to fanaberia, ale czasem zdarza się sytuacja, w której mamy do odebrania sprzęt za kilka tysięcy złotych, a sprzedawca żąda kilkudziesięcio-złotowej prowizji za płatność kartą (bo sam płaci wysoki interchange). Kiedyś trzeba było biec do bankomatu, teraz można po prostu nadać przelew ekspresowy. Piękne, nieprawdaż? Za ten wynalazek bankowcom na pewno nie należy się lanie na gołą.

      Możliwość ekspresowego płacenia w sklepach. Mowa oczywiście o technologii pay-pass lub pay-wave, czyli płatnościach zbliżeniowych. Potrzebna jest do tego karta z antenką (dziś innych banki klientom nie wydają) oraz specjalny terminal w sklepie, akceptujący sytuację, w której zbliżamy kartę do czytnika, zamiast ją do niego włożyć. Dzięki tej innowacji niekoniecznie transakcja jest szybsza, ale za to pozwala ona na zastosowanie zamiast karty dowolnego gadżetu z kartą SIM - telefonu, nalepki, zegarka... A telefon z wbudowaną kartą i usługą geolokalizacji rabatów oferowanych przez bank wspólnie z partnerami - to robi wrażenie. Banki powoli zaczynają korzystać już z potencjału płacenia przez zbliżenie. Druga strona tego medalu to bezpieczeństwo: jeśli rachunek opiewa na mniej, niż 50 zł, to nie trzeba podawać PIN-u. Jeśli karta wpadnie w niepowołane ręce, może być problem. Co prawda banki limitują dzienną liczbę i kwotę transakcji zbliżeniowych, ale dochodzą mnie słuchy, że niektóre terminale z niektórymi kartami działają w trybie offline, a więc bank nie od razu dostanie informację, że przekroczono dzienny limit transakcji. Z jednej strony fajna innowacja, która w tym roku rozwinęła skrzydła, a z drugiej... może jednak wciskane klientom badziewie?

      Załatwianie spraw bankowych zdalnie i bez podpisu. To, że można założyć konto bankowe, czy zaciągnąć kredyt nie ruszając się z fotela, to żadna nowość. Wypełniasz na stronie internetowej formularz, podajesz dane, bank odsyła papiery do domu przez kuriera, podpisujesz je i czekasz aż dotrą do banku. W tym roku banki coraz odważniej testowały jeszcze bardziej wysublimowane strategie, oparte na podpisie elektronicznym i weryfikacji danych przelewem kontrolnym. Zamiast kuriera z papierami jest potwierdzenie wysyłane za pomocą komunikatu SMS-owego, a zamiast pokazywania dowodu osobistego - wysyłasz przelew 1 zł z innego konta. Aby uruchomić usługę, dane na temat nadawcy przelewu muszą się zgadzać z informacją wpisaną w formularzu internetowym wysłanym wcześniej do banku. Pytanie brzmi: czy to bezpieczne? Ostatnio Meritum Bank jeszcze przyspieszył, pozwalając na weryfikację danych e-przelewem, co skraca procedurę uruchomienia konta do kilku minut. Z kolei w mBanku i Multibanku można uruchomić kredyt przez telefon lub internet w kwadrans. Oczywiście pod warunkiem, że jest jest klientem znanym bankowi. To super-pomysł, pozwalający na spontaniczne zakupy, ale z drugiej strony... znamy przypadki włamań na konta, po których klient budził się nie tylko bez kasy w portfelu, ale i z kredytem wyłudzonym przez internet.

      Automaty do oszczędzania i planery domowych finansów. Bankowcy od lat opowiadali farmazony o tym jak bardzo im zależy na finansowej edukacji Polaków, na budowaniu w nich skłonności do oszczędzania i rozsądnego zarządzania domowym budżetem. Ale dopiero w tym roku dostarczyli nam realne narzędzia do pomocy w tym zbożnym dziele. Podpięte do systemów transakcyjnych programy grupujące wydatki, dzielące je na kategorie, sygnalizujące przekroczenie ustalonych przez klienta limitów, wspomagające zarządzanie wydatkami poprzez np. porównywanie statystyk danej osoby z innymi klientami banku, to wartość dodana, której wartości nie sposób przecenić. Daje ona szansę na zwiększenie lojalności klienta (menedżer finansów zadziała tylko wtedy, jeśli w danym banku zgrupujemy całe nasze domowe finanse) oraz na wygenerowanie dodatkowych oszczędności, które można przekuć na depozyty. Podobnym pomysłem są coraz popularniejsze w bankach automaty do oszczędzania, dzięki którym reszty transakcji same odkładają się na osobnym koncie oszczędnościowym. Tworzenie narzędzi, dzięki którym oszczędzanie nie boli to jedna z tych innowacji, które wołają do nieba o pochwałę.

      To moja prywatna lista najlepszych rzeczy, które nam się zdarzyły w bankach. Chętnie poczytam w Waszych komentarzach inne pomysły, o które warto rozbudować moją Top-5. A na koniec jeszcze specjalna niespodzianka: kilka słów o prezentach, które chciałbym dostać w przyszłym roku od bankowców. Sprężcie się, bankowe kociaki i zaskoczcie mnie. Bo wymagania mam ze wszech miar wysublimowane. Tak samo, jak w przypadku Top-5, czekam na Wasze pomysły. Może wspólnie napiszemy list do Świętego Mikołaja, Gwiazdora oraz Dziadka Mroza, akonto kolejnych świąt. O ile Święty dożyje :-) 

      Kredyt hipoteczny z ratą uzależnioną od dochodów. Kredyty hipoteczne są stresującym badziewiem. Albo nie wiadomo jaka będzie rata w danym miesiącu (ten feler dotyczy głównie kredytów we frankach), albo rata jest mniej więcej stała (prawie, bo uzależniona od WIBOR-u), ale za to dochody klienta niekoniecznie. Słyszałem o pomyśle Nordea Banku, żeby kredyt hipoteczny miał sztywną ratę, a zmienny okres spłaty. Ale i to jest półśrodek. Mam taką ideę, żeby ktoś wymyślił kredyt hipoteczny, który spłacałoby się kwotami proporcjonalnymi do comiesięcznych dochodów. Bank na koniec miesiąca podsumowuje wpływy na konto i określony ich procent - zawsze ten sam! - przelewa na konto kredytu. Dzięki temu żaden kredyt hipoteczny nie stałby się klientowi kulą u nogi.

      Uczciwa karta kredytowa. Jak wiemy, karty kredytowe są fajne tylko wtedy, jeśli spłaca się w terminie wszystkie długi. Ale każdemu przynajmniej raz się zdarzyło zapomnieć o tym obowiązku, co kosztuje kilkadziesiąt złotych karty. Były w przeszłości banki, które postawiły sobie za punkt honoru wymyślić uczciwą kartę kredytową. Ale patrząc na cały rynek - niespecjalnie się to przyjęło. Czekam na w pełni uczciwą kartę kredytową, która daje darmowy kredyt, a z drugiej strony nie obciąża znienacka karami, a co najwyżej nalicza odsetki od długu, liczone dopiero od momentu przekroczenia limitu czasu darmowego kredytu.

      Program oszczędzania rozpisany na lata. Takie automatyczne pomysły na oszczędzanie, w których strategia "robi się sama", opracowały ostatnio fundusze inwestycyjne (widziałem też pomysł funduszy zarządzanych wręcz wyłącznie przez komputery, ciekawe, czy to wypali). Banki na razie niespecjalnie próbują nas zachęcać do długiego oszczędzania. Marzy mi się taki automatycznie dobierający strategię program oszczędzania w banku - oparty o konta oszczędnościowe, lokaty (o zmiennej i stałej stopie), obligacje rządowe i fundusze. Wiem, że to trudne, a być może niemożliwe, by zaoferować taki "automat" i to w banku, ale... każdemu wolno marzyć. Kochani bankowcy i czytelnicy blogu: życzę Wam udanych, relaksujących Świąt. Nie wiem, czy życzyć Wam wesołych, czy spokojnych, niech po prostu będą pełne odpoczynku i luzu psychicznego. Niech te święta mają w sobie tyle luzu, co Billy Mack :-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ ROZWIĄZUJE WASZE PROBLEMY! Przykładów na to, że blog "Subiektywnie o finansach" czyni instytucje finansowe lepszymi, jest bez liku. Niedawno pisałem w blogu o kłopotach klienta mBanku, który poczuł się pokrzywdzony prowizją naliczoną mu za realizację tytułu egzekucyjnego. Sprawa została opisana w blogu, a bank zwrócił 30 zł prowizji. Po krytyce w blogu inwestorzy wymusili na spółce inwestycyjnej Opulentia dymisję jednego z kontrowersyjnych menedżerów. Firma BRE Ubezpieczenia po interwencji w blogu przyznała klientowi odszkodowania za zniszczony piec w mieszkaniu, choć wcześniej likwidator szkody nie chciał uznać roszczenia. Bank BGŻ po publikacji w blogu obiecał, że nie będzie już się głupio tłumaczył, gdy przyjdzie mu pomysł na podwyższanie oprocentowania kredytów. Blog jest też ulubioną lekturą niektórych pracowników NBP, bo po lekturze jednego z wpisów bank centralny napisał karcący list do nierzetelnych handlarzy złotymi monetami. Notka w blogu sprawiła, że bank BPH uznał za stosowne przeprosić klienta za to, że od trzynastu miesięcy rozpatruje jego reklamacje. Bank Pocztowy obiecał popracować nad przekazem marketingowym, bo jego ludzie przeczytali w blogu, że jest on spaprany. Bank PKO BP wskutek ujawnienia w blogu nieprawidłowości przy konkursie dla klientów anulował jego wyniki. Wyniki swojego konkursu zmieniał też Citi Handlowy, ale po interwencji blogu przyznał nagrody wszystkim tym, którym wcześniej je odebrał. Getin Noble Bank uznał, że nie będzie już patroszył klienta ubezpieczeniem. Bank BPH - że skończy z nasyłaniem na klienta windykatorów. PKO BP - że trzeba zmienić zasady bezpieczeństwa przy kontroli klientowskich płatności kartami. Citi od czasu awantur w blogu wzorcowo informuje klientów o podwyżce prowizji, a Open Finance przynajmniej na chwilę poprawił swoje reklamy, by były mniej kontrowersyjne z etycznego punktu widzenia. Są też banki, które po lekturze blogu miękną w sprawie zwracania opłat za bilety na loty OLT Express. To tylko najnowsze przykłady wymiernych efektów publikacji w blogu. Te z lat 2010-2011 podsumowałem tutaj. 

      Jak pomnażać oszczędności

      POMYSŁ NA PREZENT LAST MINUTE. Szukasz użytecznego, sympatycznego prezentu pod choinkę, który będzie służył przez wiele lat? Nieśmiało polecam mój poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu, nawet ciułaczowi zielonemu, jak ogórek. Wiem, że książkę można jeszcze kupić w dobrych księgarniach. I nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu. O prezentach finansowych pod choinkę czytaj też w kryzysowym poradniku prezentowym.

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU... Strony blogu "Subiektywnie o finansach" notują ok. 500.000 wizyt miesięcznie, blog ma też ponad 14.500 fanów w Facebooku. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) gazeta.pl.  A jeśli chcecie dowiedzieć się jak powstaje blog, to w najnowszym numerze branżowego pisma "Press", pośród mgieł smoleńskich, kaczek dziennikarskich i ciekawych wrzutek śniadaniowych, znajdziecie tekst poświęcony "Subiektywnie o finansach". Możesz przeczytać go tutaj 

      Samcik Press

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Wigilijny niezbędnik (nie)grzecznego bankowca. Pięć tłumaczeń, by uniknąć rózgi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 grudnia 2012 23:12
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • Koniec kredytów bez wkładu własnego! Za rok ceny mieszkań pójdą ostro w dół?

      Ci, którzy liczą na rychły wzrost cen nieruchomości, dostali właśnie cios w nos od Wojciecha Kwaśniaka, wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego. Bankowy super-nadzorca ogłosił bowiem pomysł na nową wersję rekomendacji S, która ma uregulować zasady udzielania kredytów hipotecznych. Co prawda rzecz jest sprzedawana w mediach jako krok w kierunku rozluźnienia polityki kredytowej i poprawienia ludziom dostępu do kredytu, ale mam niejasne wrażenie, że będzie wręcz przeciwnie - kredyt hipoteczny stanie się dobrem jeszcze bardziej luksusowym, niż do tej pory. Oczywiście proponowane zmiany (mające status propozycji przesłanych bankom do konsultacji) - idą w najróżniejszych kierunkach - jedne pomogą, a inne przeszkodzą potencjalnym kredytobiorcom w dobraniu się do skarbców banków. Proponuję Wam krótki ich przegląd:

      Zakazanie kredytów bez wkładu własnego - zmiana in minus. Dziś banki nie muszą wymagać od klienta wkładu własnego. Jeśli klient go nie ma, może ubezpieczyć kredyt, a właściwie tę jego część, która przekracza 80% wartości nieruchomości. Banki podsuwają w tym celu kredytobiorcom specjalne polisy (często są to wręcz ubezpieczenia grupowe), których koszt wynosi przeważnie kilka tysięcy złotych w skali dwóch-trzech lat.  Nadinspektor Kwaśniak chce, by banki miały obowiązek żądać wkładu własnego, a możliwość jego zamiany na ubezpieczenie była ograniczona. Jak ma to wyglądać? Przez pierwszy rok obowiązywania rekomendacji limit LtV, czyli kredytu do wartości nieruchomości, wynosiłby 100%, a więc banki mogłyby - tak jak dziś - udzielać kredytu bez wkładu własnego (co najwyżej ubezpieczając to, co przekracza 80% wartości nieruchomości. W drugim roku obowiązywania nowych przepisów maksymalny próg LtV wynosić ma 90%, co oznacza, że każdy klient będzie musiał mieć 10% wkładu własnego do swojego kredytu. W kolejnych latach ma być jeszcze surowiej - obowiązkowy wkład własny ma wynieść 20%, ale połowę z tego będzie można ubezpieczyć tak, jak banki ubezpieczają dziś brakujący wkład własny. Będzie więc tak, że 10% będzie trzeba mieć we własnych pieniądzach, a kolejne 10% może być "wirtualnym" wkładem jako gwarancja ubezpieczyciela. 

      Koniec badania relacji dochodów kredytobiorcy do raty - zmiana na plus. Dziś banki mają dyspozycję, by nie udzielać kredytów osobom już poważnie zadłużonym. Jeśli rata udzielonego kredytu - po zsumowaniu z ratami wcześniej zaciągniętych zobowiązań - stanowiłaby ponad 50% dochodów klienta, to bank nie powinien udzielić mu kredytu. W przypadku osób lepiej sytuowanych, z dochodami przekraczającymi średnią krajową, próg maksymalnej wysokości rat jest wyższy i wynosi 65% miesięcznych dochodów.  Nadinspektor Kwaśniak proponuje, żeby zrezygnować ze sztywnych progów i pozostawić bankom decyzję w którym momencie uznać klienta za zbyt ryzykownego. Rekomendacja zakładać ma jedynie, by zapaliła im się żółta lampka w przypadku klientów z obciążeniem ratami wynoszącym ponad 40% miesięcznego dochodu.

      Złagodzenie zasad badania zdolności kredytowej - zmiana na plus. Dziś bank, który chce udzielić klientowi kredytu na dłużej, niż 25 lat, musi sprawdzić, czy ów klient miałby zdolność kredytową również wtedy, gdyby kredyt miał być zaciągnięty właśnie na 25 lat. Chodzi o to, by banki nie manewrowały okresem kredytowania tylko po to, by sztucznie "wyczarować" im zdolność kredytową. Mogą klientowi udzielić dowolnie długiego kredytu, ale pod warunkiem, że stać by go było także na pożyczkę spłacaną przez 25 lat. Według nowych zasad ów "benchmark", do którego ma się odnosić badanie zdolności kredytowej, ma się wydłużyć do kredytu na 30 lat. Oznacza to, że ktoś, kto nie ma zdolności kredytowej dziś, według nowych zasad może ją uzyskać, zaś ten, który dziś ma zdolność kredytową, będzie miał o 5-6% wyższą.

      Skrócenie maksymalnego okresu kredytowania - zmiana bez znaczenia. Dziś banki mają liczne ograniczenia dotyczące dochodów klienta oraz badania jego zdolności kredytowej, ale jeśli klient przejdzie przez ten scoringowy tor przeszkód, może dostać pieniądze na znacznie dłużej, niż standardowe 25 lat. Są banki, które pożyczają na 35 lat, niektóre udzielają nawet kredytów na lat 40. To się niestety zmieni, bowiem Komisja Nadzoru Finansowego planuje zarekomendować bankom skrócenie maksymalnego okresu kredytowania do 35 lat. Nie jest to jakaś wielka szykana, bo odsetek kredytów zaciąganych na dłużej jest niewielki, ale na pewno nie można tej zmiany czytać jako zwiększenia elastyczności kredytów.

      Amron-Sarfin 2012

      Ostateczne skasowanie kredytów w walutach obcych - zmiana bez znaczenia. Już dziś takie kredyty są dostępne tylko dla najlepiej zarabiających, ale po wejściu w życie nowych zasad banki będą mogły ich udzielać wyłącznie osobom, które w sposób systematyczny otrzymują dochody denominowane w walutach obcych. Czyli kredyt we frankach szwajcarskich będzie dostępny wyłącznie dla osób, które zarabiają we frankach, a kredyty w euro - dla tych, którzy mają dochody w tej walucie. Co prawda patrząc na ostatnie dane z raportu Amron-Sarfin, przygotowywanego systematycznie przez Związek Banków Polskich, można zauważyć, że raptem 2,5% nowo udzielonych kredytów to te we frankach, dolarach albo euro, ale pod nowymi regulacjami to będzie jeszcze znacznie mniej.

      Amron-Sarfin 2012

      Powiem szczerze: z mojego punktu widzenia kluczowa jest ta pierwsza zmiana zasad gry - wprowadzenie obowiązkowego wkładu własnego. Pozostałe będą miały ograniczony wpływ na nasze portfele. Brak obowiązkowych progów dochodowych banki zastąpią wewnętrznymi regulacjami, kredytów udzielanych na dłużej niż 35 lat jest i będzie niewiele, zaś kredyty hipoteczne w walutach obcych dogorywają i bez rekomendacji. Z wkłądem własnym jest inaczej. Dziś niemal połowa nowo udzielanych kredytów ma wkład własny mniejszy, niż 20% albo nie ma go w ogóle. Potwierdzają to dane z raportu Amron-Sarfin. W trzecim kwartale 2012 r. odsetek kredytów z minimalnym wkładem własnym wyniósł 47%. Na podobnym poziomie był też przed rokiem, więc widać, że to stan stabilny.

      Amron-Sarfin 2012

      Może się więc okazać, że za dwa lata, kiedy zaczną  obowiązywać  najbardziej surowe reguły rekomendacji, duża część klientów przychodzących do banków po kredyt będzie miała problem. Jaka część? Dziś banki udzielają kwartalnie 50.000 kredytów (średnia wartość jednego kredytu - 190.000 zł). Z tego ponad 23.000 osób ma wkład własny poniżej  20%. Nie wiemy jaka część z nich nie przyniosła do banku nawet 10% pieniędzy, ale obstawiam, że mówimy o co najmniej 15.000 osób kwartalnie i 60.000 osób rocznie. Wartość ich kredytów to 12 mld zł rocznie, czyli jedna czwarta całej rocznej sprzedaży "hipotek". Oczywiście nie wierzę, że o tyle mogłaby się skurczyć sprzedaż, ale jakaś część tego "urobku" może być zagrożona...

      Amron-Sarfin 2012

      Czytaj też: Nadzór chce łatwiejszego dostępu do kredytów gotówkowych. Ale...

      To może być więc bardzo bolesna zmiana reguł gry, która uderzy w rynek kredytów hipotecznych i spowoduje, że po trudnym dla branży budowlanej 2012 r. kolejne lata nie będą lepsze - bo dostęp do kredytów hipotecznych będzie dość solidnie limitowany poprzez wymóg posiadania przez klientów co najmniej 10% wkładu własnego. To oznacza perspektywę kolejnych spadków cen nieruchomości, choć przecież - o czym mówi niedawno opublikowany raport Narodowego Banku Polskiego - jeśli uwzględnić inflację i wartość pieniądza w czasie, to ceny mieszkań są już blisko poziomu sprzed pęknięcia bańki i kryzysu zapoczątkowanego w 2008 r.

      Ceny mieszkań 2012

      Ale mimo wszystko popieram Komisję Nadzoru Finansowego. Uważam bowiem, że kredyt hipoteczny jest na tyle poważnym zobowiązaniem (dla większości z nas to największa transakcja finansowa w życiu), że prawo jego zaciągnięcia powinno przysługiwać tylko osobom, które już pokazały, że potrafią oszczędzać i zarządzać domowym budżetem. Nie każdy musi mieć własne mieszkanie. Kto nie ma siły woli, by zgromadzić kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy oszczędności, nie powinien zaciągać kilkusettysięcznych zobowiązań na dziesiątki lat. Wizja wprowadzenia nowych zasad przez nadzór bankowy powinna już dziś skłonić młodych, dopiero wchodzących w dorosłość, by od razu zabrali się do oszczędzania. Mieszkanko na Manhattanie może kosztować jakieś 250.000 zł lub więcej, co oznacza, że przez pięć lat trzeba odkładać po 400 zł miesięcznie albo po 200 zł miesięcznie przez lat 10, by zebrać sensowne pieniądze i móc z czystym sumieniem pojawić się w banku.

      Jak pomnażać oszczędności

      POMYSŁ NA PREZENT LAST MINUTE. Szukasz użytecznego, sympatycznego prezentu pod choinkę, który będzie służył przez wiele lat? Nieśmiało polecam mój poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu, nawet ciułaczowi zielonemu, jak ogórek. Wiem, że książkę można jeszcze kupić w dobrych księgarniach. I nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu. O prezentach finansowych pod choinkę czytaj też w kryzysowym poradniku prezentowym.

      SUBIEKTYWNOŚĆ ZACIEKAWIA WIELU... Strony blogu "Subiektywnie o finansach" notują ok. pół miliona Waszych wizyt miesięcznie, blog ma też ponad 14.000 fanów w Facebooku. Prawie codziennie znajdziecie tu coś nowego. Jeśli macie dla mnie propozycje tematów, którymi powinienem się zająć, albo problem z bankiem, funduszem inwestycyjnym, firmą ubezpieczeniową, czy z pośrednikiem finansowym - piszcie do mnie poprzez stronę blogu na Facebooku albo wyślijcie e-mail: maciej.samcik (at) gazeta.pl.  W najnowszym numerze branżowego pisma o rynku mediów "Press", pośród mgieł smoleńskich, kaczek dziennikarskich i ciekawych wrzutek śniadaniowych, znajdziecie tekst o tym jak powstaje blog "Subiektywnie o finansach". Możesz przeczytać go tutaj 

      Samcik Press

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (23) Pokaż komentarze do wpisu „Koniec kredytów bez wkładu własnego! Za rok ceny mieszkań pójdą ostro w dół?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 21:24
  • czwartek, 20 grudnia 2012
    • A jeśli końca świata jednak nie będzie? Zapłacimy za to słono: 37.000 zł na łebka...

      21 grudnia: dzień w którym skończą się wszystkie nasze problemy. Tak w każdym razie obiecują PR-owcy gości, którzy postanowili być bardziej sławni od Nostradamusa. Wiecie co jest najdziwniejsze? Nie słyszałem, żeby w ramach akcji pt. "koniec świata" Majowie mieli do sprzedania jakąś książkę, nie wchodzi też do kin żaden ich film. Nie wiadomo wreszcie nic o tym, by zamierzali opchnąć jakieś papiery na parkiecie i potrzebowali dużo hałasu przed book-buildingiem :-). Gdyby jakimś cudem koniec świata nie nastąpił, nie tylko Majowie wyszliby na mało poważne plemię. Bo...

      ...trzeba będzie spłacić kredyty. Jesteśmy zadłużeni w bankach (my, czyli polskie rodziny, nie firmy) na 535 mld zł. Z tego - jak podała ostatnio Komisja Nadzoru Finansowego - jakieś 40 mld zł to pieniądze, których nie oddajemy w terminie. Zapewne część z tych długów powstało tylko przez niedopatrzenie (zapomniało się zapłacić jakąś fakturkę, a banki od razu robią dym...). Ale większość to niestety kasa, której najzwyczajniej w świecie nie mamy z czego oddać. I mieć nie będziemy, bo banki nawciskały nam kredytów gotówkowych i kart kredytowych na piękne oczy.

      ...wyprowadzić się od franka. Koniec świata mógłby też zakończyć zgryzoty 1,5 mln rodzin, które założyły sobie pętlę na szyi w postaci kredytu hipotecznego na 20, 30 albo i ponad 40 lat. No dobra, większości z nas ta pętla nie uwiera zbyt mocno, ale spora grupa kredytobiorców już jest lekko podduszona. Ostatnio Narodowy Bank Polski oszacował, że co czwarty kredyt hipoteczny ma wartość większą, niż wartość mieszkania, które jest zabezpieczeniem pożyczki. Wszystko przez wysoki kurs franka szwajcarskiego, w którym wyrażona jest połowa naszych kredytów hipotecznych. Nie ma szans na to, żeby w najbliższym czasie sytuacja się polepszyła. A 350.000 rodzin śpi spokojnie tylko dlatego, że branża bankowa - trochę we własnym interesie - gromadnie przymyka oko na brak właściwego zabezpieczenia kredytów. Nie wiadomo jak długo jeszcze bankowcy będą udawali, że nic nie widzą. Mieszkania będą taniały, frank pozostanie drogi. Chyba, że 21 grudnia... 

      ...latami klepać biedę. Z danych firmy Infomonitor wynika, że 2,2 mln ludzi w Polsce straciło płynność finansową. Wydają więcej, niż zarabiają, nie płacą w terminie rachunków, mają narastający garb starych długów. Politycy mają ich gdzieś, bo nowelizacja ustawy pozwalającej na prywatne bankructwo jest w proszku. Z tych 2,2 mln osób najmarniej 700.000 to ci, których sytuacja jest dramatyczna, bo stracili nie tylko płynność finansową, ale i wypłacalność. Nie działająca ustawa antylichwiarska sprawia, że dobijają ich odsetki od odsetek i windykatorzy. Sprawa jest jasna: albo Majowie mają rację, albo przyjdzie klepać biedę do końca życia.

      ...i zwrócić dług publiczny. Oprócz tego, że sami mamy 535 mld zł długów prywatnych, co czyni jakieś 14.500 zł na osobę (i pewnie dwa razy tyle na każdego pracującego), zadłużają nas też politycy. Balcerowiczowski licznik długu publicznego wskazuje dziś kwotę 840 mld zł, co czyni jakieś 22.600 zł długu na każdego Polaka oraz dwa razy więcej na każdego pracującego Polaka. Przy średniej pensji 3.700 zł brutto trzeba by wysupłać ponad półroczne przeciętne wynagrodzenie, by ten dług pokryć. Oczywiście po części państwo zadłuża się u nas samych, ale w większości są to długi w instytucjach finansowych i pożyczki zagraniczne. A więc kicha. Zwłaszcza, że dług cały czas rośnie. I kiedyś trzeba go będzie spłacić, albo... zabić inflacją, na której zwykle tracą wszyscy,

      Generalnie, moi drodzy, jeśli koniec świata nie nastąpi, to prędzej czy później zapukają do drzwi goście, którzy powiedzą, że trzeba im oddać po 37.000 zł na łebka (licząc też emerytów i niemowlęta). W oszczędnościach (licząc tylko aktywa finansowe), mamy po 16.000 zł na łebka, więc problem jest niewąski. Na szczęście wkrótce ma przestać istnieć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „A jeśli końca świata jednak nie będzie? Zapłacimy za to słono: 37.000 zł na łebka...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 grudnia 2012 17:41
    • Nieodwołalne pełnomocnictwo, czyli... jak zrobić z klienta niewolnika na długie lata

      Banki uwielbiają robić ze swoich klientów niewolników. Są w stanie udzielić nawet bezzwrotnej pożyczki, by tylko móc na lata przypiąć klienta do kaloryfera. Dlatego zwykle krzywię się, słysząc o cross-sellingach, dokładaniu do kredytów kont osobistych, kart kredytowych albo programów systematycznego oszczędzania. Choć nie wiem co gorsze - zostać ubranym w program systematycznego oszczędzania, czy wyjść z banku z prokuratorem na karku :-). Wabik w postaci taniego kredytu albo dobrej lokaty coraz częściej bywa pierwszym krokiem, by założyć sobie kajdany na lata. Dziś dwa takie przypadki: ku przestrodze. "W roku 2006 r. w Kredyt Banku podpisałem umowę kredytu studenckiego z dopłatą z Funduszu Pożyczek i Kredytów Studenckich. Warunkiem przyznania kredytu było otwarcie konta w Kredyt Banku, pomimo że przepisy nie nakazywały posiadania konta w banku uczestniczącym w rozpatrywaniu wniosku i pośredniczącym w wypłacie kredytu. Wymóg posiadania konta w banku był bezwzględny i bank uniemożliwiał uzyskanie kredytu przy braku zgody na otwarcie konta" - pisze do mnie pan Marek, czytelnik blogu.

      "Aktualnie spłacam kredyt. Ostatnio dowiedziałem się, że muszę zmienić wariant konta, który dotychczas posiadałem (bezpłatne konto studenckie) w związku z zakończeniem przeze mnie studiów. Bank domaga się otwarcia konta w innym wariancie z opłatą co najmniej 12 zł miesięcznie. Postanowiłem zamknąć konto i otworzyć rachunek w innym banku. I tutaj zaczynają się problemy. Bank przyjął dyspozycję zamknięcia konta, zniszczył kartę debetową do konta, a następnie - po upływie okresu wypowiedzenia, wynoszącego miesiąc - poinformował, że zamknięcie konta jest... niemożliwe do czasu całkowitej spłaty kredytu. W umowie z 2006 r . Kredyt Bank zawarł zapis, że „kredytobiorca będący posiadaczem rachunku  nr (...) prowadzonego przez Kredyt Bank, oddział (...) udziela nieodwołalnego pełnomocnictwa dla Kredyt Banku do składania dyspozycji obciążenia i pobierania środków z wyżej wymienionego rachunku w celu pokrycia zobowiązań pieniężnych wobec Kredyt Banku” - donosi pan Marek.

      Czytaj też: Ultimatum banku, czyli płać 15,5 zł za konto, albo... aneksik

      Ogarniacie? "Nieodwołalnego". Wynika z tego, że bank - konstruując umowę - pozwolił jedynie na spłatę kredytu z konta, które zostało równocześnie otwarte z podpisaniem  umowy kredytu. Uniemożliwia to dokonanie przelewu z konta w innym banku w celu spłaty kredytu. "Bank zmusza mnie do posiadania konta do września.2020 r. (wtedy przypada ostatnia rata kredytu) i ponoszenia z tego tytułu opłaty za konto, którego nie potrzebuję. Konstrukcja umowy powoduje, że hipotetycznie Kredyt Bank może dowolnie podnieść opłatę za konto (a więc nie tylko do 12 zł, ale równie dobrze np. do 100 zł za miesiąc), a klient będzie zmuszony do ponoszenia opłat, bez  możliwości rozwiązania umowy konta" - zauważa pan Marek. Przyznacie, że bank założył klientowi kajdany profesjonalnie. Zrobił pana Marka bez mydła, jak dziecko (lub właściwie - jak studenta pierwszego roku :-)). A to ten sam bank, który sam dał się przechytrzyć, najpierw dorzucając klientom ubezpieczenie mieszkania gratis... na 30 lat z góry, a potem próbując je zerwać, bo mu się przestało opłacać :-).

      W kajdany zakuty jest również pan Bohdan, klient Deutsche Banku. Za pieniądze tego banku pan Bohdan wybudował sobie dom pod miastem (nieważne pod jakim). Sęk w tym, że bank zażądał nie tylko zabezpieczenia w postaci hipoteki na działce i nowym domu, ale też hipoteki na mieszkaniu, w którym pan Bohdan i jego rodzina mieszkali do tej pory. Oczywiście bank zapewnił, że mieszkanie będzie tylko zabezpieczeniem przejściowym, na czas budowy. Pan Bohdan się zgodził, bo nie czuł, że w tym momencie na jego rękach zaciskają się bankowe kajdany.  Nie czuł tego, choć kredyt brał w euro. Rzecz działa się w lutym 2012 r., a już we wrześniu dom był prawie gotowy. Pan Bohdan zaczął szykować przeprowadzkę i podpisał nawet umowę przedwstępną z potencjalnym nabywcą mieszkania. Tego samego dnia złożył w banku oficjalne pismo z prośbą o zniesienie ustanowionej hipoteki na mieszkaniu. Łączna wartość zabezpieczenia banku stanowi ponad 160% wartości kredytu, z tego sam dom wart jest ok. 130% udzielonej pożyczki.

      Czytaj też: Kredyt hipoteczny z ROR-em do śmierci oraz bankowa fatamorgana

      "I tu rozpoczyna się nasz wielki problem, którego nikomu nie życzę" - pisze do mnie pan Bohdan. "22 października otrzymałem z banku pismo z odmową zwolnienia zabezpieczenia i propozycją przewalutowania kredytu z euro na złotówki. Pracownica banku wyjaśnia: rata kredytu wzrośnie wówczas z jakichś 2.200 zł (w przeliczeniu z obecnego kursu euro) na 3.300 zł - czyli rocznie do zapłaty będzie więcej o 10.800 zł. W konsekwencji bank zarobi ponad 250.000 zł więcej na moim kredycie! Nie mam do "wyrzucenia" dodatkowych 900 zł miesięcznie. Analizuję zapisy umowy kredytowej które niestety nie przedstawiają warunków zniesienia hipoteki. Mieszkania nie mogę sprzedać. Ze sprzedaży mieszkania chciałem wykończyć dom i zamieszkać w nim w listopadzie. Od kilku dni nie śpimy po nocach, wymarzony dom staje się przekleństwem. Nie życzę największemu wrogowi takich przeżyć" - pisze pan Bohdan, który aż za dobrze czuje, że został na własne życzenie niewolnikiem banku. Może był zbyt ufny? Liczył na to, że bank będzie grał z nim tak, jak się umówili "na gębę"? Nie z nimi te numery, Bruner.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Nieodwołalne pełnomocnictwo, czyli... jak zrobić z klienta niewolnika na długie lata”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 grudnia 2012 10:24
  • środa, 19 grudnia 2012
    • Nadzór bankowy zniechęcająco o płaceniu telefonem: bezpiecznie = upierdliwie

      Jesień 2012 przyniosła zaskakujący wysyp komercyjnych wdrożeń tzw. technologii mobilnych, czyli mówiąc po ludzku - połączenia funkcji smartfona i karty płatniczej. Mamy w Polsce już 90.000 terminali, które akceptują płatność poprzez zbliżenie karty do czytnika (nie trzeba wkładać jej do terminala), więc operatorzy telekomunikacyjni zwietrzyli interes w oferowaniu - jako jeszcze jednego wodotrysku - możliwości połączenia telefonu z kartą płatniczą. Na rynku są dwa alternatywne pomysły. W przypadku pomysłu Orange do telefonu "wrzuca się" mniej zobowiązującą kartę przedpłaconą (nie powiązaną z kontem osobistym), zaś T-Mobile proponuje bardziej wysublimowane połączenie z telefonem karty debetowej albo kredytowej. Tę drugą mogą "podpiąć" do telefonu w T-Mobile klienci Polbanku, zaś kto ma konto w mBanku, może używać telefonu zamiast karty debetowej (albo na zmianę z nią, bo nie trzeba zjadać swojego zwykłego, poczciwego "plastiku", by korzystać z karty w telefonie). Dwa kolejne banki w ofercie T-Mobile to Getin i Millennium.

      Jeszcze za wcześnie oceniać czy pomysły operatorów telekomunikacyjnych wypalą. Na moje oko będzie to jeszcze przez dość długi czas usługa niszowa. Sam testowałem płatności mobilne kilkakrotnie (także w czasie wojaży zagranicznych)i za każdym razem po kilku próbach wracałem grzecznie do mojej starej, poczciwej, plastikowej karty. A to nie było w sklepie odpowiedniego terminala, a to bateria w smartfonie akurat postanowiła pójść na urlop...  No i sama procedura płacenia była nie zawsze prosta. Pomysł Orange jest stosunkowo mało skomplikowany - w telefonie może być tylko jedna karta, pre-paid mBanku, i nie trzeba nic uruchamiać przed zapłaceniem. Wystarczy przyłożyć telefon do terminala i rachunek uregulowany. Oczywiście o ile na rachunku karty, sprzężonym ze smartfonem, jest jakaś kasa. Płatności T-Mobile wymagają dodatkowych zabiegów w postaci uruchomienia zainstalowanej w telefonie aplikacji, która w dodatku powinna być zabezpieczona hasłem. A jak masz kilka kart "podpiętych" do telefonu, to jeszcze trzeba wybrać właściwą.

      Czytaj: Bankowość mobilne psu na budę oraz... fotokody w służbie płatności

      Do wątpliwości czy płacenie telefonem nie jest zbyt upierdliwe, jeszcze jedną dorzuciła mi tuż przed weekendem Komisja Nadzoru Finansowego. Postanowiła ona konsumencko się wypowiedzieć na temat zasad bezpieczeństwa, których powinien przestrzegać każdy fan płacenia telefonem w sklepach. Lista tych zasad to jest, proszę państwa, istna masakra. Od samego czytania odechciewa się używać telefonu to płacenia w sklepach. "W związku z rosnącą popularnością płatności zbliżeniowych NFC, Urząd KNF zwraca uwagę na ryzyko charakterystyczne dla tego rodzaju płatności oraz potrzebę  stosowania przez użytkowników tej technologii podstawowych zasad bezpieczeństwa, których nieprzestrzeganie może skutkować konsekwencjami finansowymi" - prawi nadzór finansowy. Myślę sobie, że KNF musi mieć trochę sygnałów od ludzi, którzy mają kartę "wmontowaną" w telefon i nie wyszło im to na zdrowie. Cóż, zgubienie telefonu z zainstalowanymi w nim kartami płatniczymi może być niewesołe, bo gubiąc kartę, zwykle nie gubimy jej razem z PIN-em. A gubiąc telefon... różnie bywa. Zresztą posłuchajcie rad KNF. Są całkiem do sensu.

      Zmniejszyć wysokość limitu transakcji bez PIN. To uwaga także do posiadaczy tradycyjnych kart z funkcją płatności zbliżeniowych (PayPass lub PayWave). Chodzi o to, że w technologii NFC można płacić bez PIN-u jednorazowe rachunki do 50 zł. Dzienny limit transakcji (ich wartości i liczby) powinien być na tyle niski, żeby szczęśliwy "znalazca" zgubionej przez nas karty lub telefonu nie mógł za bardzo poszaleć. Inna sprawa, że zawsze jest ryzyko, iż niektóre transakcje bez-PIN-owe będą rozliczane offline, czyli bank nie od razu założy "pod" nie blokadę. A jeśli nie od razu założy blokadę, to tym bardziej nie będzie wiedział, że przekroczono dzienny limit transakcji. Tego niestety nie da się wykluczyć, ale mają ustawione niskie dzienne limity możemy się przynajmniej z bankiem kłócić i żądać zwrotu kasy (nie nasza wina, że karty w XXI wieku działąją offline). A przy wysokich limitach - pozamiatane.   

      Uaktywnić blokadę uruchomienia telefonu oraz wprowadzić hasła do aplikacji płatniczej. KNF radzi więc, żeby zrobić wszystko w celu uczynienia płatności telefonem jak najbardziej upierdliwą. A więc, aby przed każdym uruchomieniem funkcji płacenia telefonem trzeba było podać hasło. Jeśli kupujemy coś za więcej, niż 50 zł, trzeba byłoby więc podać dwa hasła - do aplikacji płatniczej i do samej transakcji. Bezpiecznie będzie, ale czy wygodnie? 

      Zainstalować w smartfonie oprogramowanie zabezpieczające. KNF ma na myśli skaner antywirusowy oraz zaporę sieciową, bo niestety pojawiły się już na rynku niefajne wirusy wyciągające z telefonów hasła do bankowości internetowej i mobilnej.. KNF oczywiście radzi, by nie tylko mieć takie programy w telefonie, ale i je na bieżąco aktualizować. Nadzór ma oczywiście rację, ale chciałbym zwrócić nieśmiało uwagę, że do kart plastikowych żadnych firewall'ów, ani antywirusów dokupić nie trzeba...

      Nie ustawiać łatwych do odgadnięcia numerów PIN. Nadzór musiał się nasłuchać o "tajnych" hasłach do kart lub telefonów, które brzmią np. 0000, czy 1111, albo 1234. Nasłuchał się też o zapisywaniu w telefonach (np. w liście kontaktów) kodów PIN do aplikacji bankowości mobilnej. Pierwsze co zrobi złodziej po zgarnięciu od nas telefonu to sprawdzenie czy w liście naszych kontaktów znajduje się coś pod nazwą "hasło" lub "PIN". Nadzór nie bez racji pisze więc, że "nie należy przechowywać zapisanych kodów PIN w pamięci telefonu oraz w innych miejscach, w których istnieje ryzyko jego kradzieży, np. w portfelu. W przypadku podejrzenia ujawnienia kodów PIN nieuprawnionym osobom, należy niezwłocznie dokonać ich zmiany, ponieważ potencjalne straty mogą być znacznie wyższe niż wynikające z limitów transakcji zbliżeniowych".

      Korzystanie z funkcji informowania o transakcjach przez SMS. Ważna rzecz, nie tylko dla posiadaczy zblokowanych z telefonami. A właściwie - zupełnie nie dla nich. Jeśli ktoś nam podprowadzi kartę, to możemy łatwo się o tym dowiedzieć, o ile mamy uruchomione powiadomienia SMS o transakcjach. Przy każdym użyciu karty bank będzie wysyłał SMS-y, że dokonano daną kartą takiej a takiej transakcji. Jeśli transakcji dokonano, ale to nie my jej dokonaliśmy, to już wiadomo, że karta została skradziona i trzeba szybko są zastrzec. To mogą być minuty i kwadranse na wagę złota. Ale jeśli mamy kartę zblokowaną z telefonem, to... takie zabezpieczenie o kant pośladków można rozbić.

      Wyłączyć funkcjonalności bezprzewodowe (Bluetooth, IRDA, Wi-Fi, WirelessHD), gdy nie są wykorzystywane. Racja. Pewnie w ten sposób da się to i owo wyszpiegować. Jeśli telefon jest tylko telefonem, to ktoś mógłby co najwyżej wyśledzić pikantne SMS-y, ale jeśli telefon jest przy okazji wirtualną portmonetką... zagrożeń jest wtedy więcej. Ale mieć telefon, w którym co chwilę trzeba wyłączać Bluetooth i Wi-fi tylko dlatego, żeby zapłacić 15 zł za kawę? To dla mnie kolejny bezsens powodujący, że mam jakby mniejszą ochotę używać telefonu do płacenia.

      Nie oddawać telefonu do serwisu wraz z kartą SIM-NFC. Fajnie, ale nie wiem czy wiedziałbym jak tę kartę wydłubać i jak jej potem nie zgubić. Łatwiej byłby skorzystać z drugiej rady KNF - żeby przed oddaniem telefonu do serwisu zablokować limit płatności NFC (czyli ustawić go na zero).

      W przypadku utraty telefonu blokować karty SIM-NFC u operatora oraz w banku. Nadzór zwraca uwagę na coś, na co osobiście nawet bym nie wpadł. Że zgłoszenie do operatora komórkowego kradzieży nie jest wystarczające do zastrzeżenia karty płatniczej. "W przypadku utraty lub kradzieży karty, breloka lub naklejki z funkcjonalnością NFC należy niezwłoczne zablokować kartę płatniczą w czynnym całodobowo centrum operatora karty lub banku – wydawcy karty" - pisze KNF. Czyli znów: gubisz telefon, a kłopotów masz tyle, jakbyś zgubił telefon i pół portfela.

      Zapisać numery telefonów pod którymi można zastrzec kartę. Good idea, ale... jak masz kartę zainstalowaną w telefonie, to tych numerów nie zapisuj w... telefonie, bo jak zgubisz telefon, to co z tego, że potrzebne numery zapisałeś sobie w... telefonie. Musisz więc mieć drugi telefon, w którym będziesz zapisywał numery do zastrzegania kart, które masz zainstalowane w tym pierwszym telefonie. I musisz mieć asystenta, który będzie pilnował tych wszystkich telefonów. Ale cóż, jak chce się szpanować przy kasie... 

      Jak sobie to wszystko przeczytałem, to wiem już, że technologia umożliwiająca płacenie przez telefon po prostu się nie sprawdzi, bo powoduje zbyt wiele zbędnych komplikacji. A jeśli z nich zrezygnujemy, to z kolei odbija się na bezpieczeństwie całego interesu. Nie tylko ja mam takie zdanie. Podobne, choć nie tak ostro, wyraził ostatnio w rozmowie ze mną Janusz Diemko, człowiek, który o kartach wie wszystko, bo zarządza polską odnogą korporacji First Data, właściciela m.in. marki Polcard. "Płatności mobilne oparte o technologię NFC nie pobiją polskiego rynku bez odpowiednio szerokiej sieci akceptacji, czyli terminali dostosowanych do NFC. Wydaje się jednak, że na rynku panuje zgoda co do inwestycji. Wiele wskazuje, że w ciągu najbliższego roku ilość terminali akceptujących NFC może nawet się podwoić".

      Zdaniem prezesa Diemko to jest jednak najmniejszy z wielu problemów, które pozostają do rozwiązania. Wśród pozostałych Diemko wymienia choćby stosunkowo małą liczbę telefonów z anteną NFC. Obecnie na rynku jest mniej niż dziesięć modeli z tą funkcją i są to raczej niezbyt tanie smartfony z wyższej półki. "Wielu klientów na razie nie widzi wartości dodanej w płatnościach NFC, bo wciąż muszą nosić ze sobą portfel pełen plastikowych kart – lojalnościowych, rabatowych, wejściowych czy biletów komunikacyjnych. Dopóki w telefonie nie zostaną, oprócz płatności, umieszczone te funkcjonalności, nie zastąpi on w pełni portfela. Rozwiązania techniczne umożliwiające taką integrację już istnieją, First Data jest autorem jednego z nich" - mówi Diemko. To musiałaby być naprawdę wypaśna integracja, żeby zniwelowała upierdliwość płacenia telefonem za zakupy... Jednak uwielbiam prezesa Diemkę, więc życzę mu powodzenia. I żebyśmy obaj dożyli realizacji tej idei, bo ja na razie nie widzę tego momentu na horyzoncie :-)

      Czytaj też: Ubezpieczą ci telefon od nieautoryzowanych płatności. Za ile?

      Na razie, jeśli miałbym wytyczać jakieś ścieżki rozwoju współpracy operatorów telekomunikacyjnych z bankami, to chyba postawiłbym na mniej zaawansowane technologicznie (a przynajmniej mniej złożone) pomysły, takie jak citibankowa FotoKasa, pozwalająca realnie oszczędzić czas przy opłacaniu comiesięcznych faktur za prąd, gaz i telefon (a przynajmniej jest na to szansa, jeśli dostawcy faktur masowo zaczną umieszczać na przesyłanych nam papierkach fotokody). W sumie dobrze się też sprawdziła pierwsza w Polsce bankowo-komórkowa hybryda pod tytułem Avocado. To wspólne przedsięwzięcie operatora komórkowego Plus i banku BZ WBK. Ostatnio twórcy Avocado pochwalili się, że przez rok usługa przyciągnęła 81.000 klientów. Sukces. Umiarkowany, ale jednak sukces. Tym, którzy nie znają Avocado przypomnę tylko, że chodzi o konto bankowe, które można obsługiwać przez telefon, połączony z możliwością obniżania rachunków za telefon, wykonywania przelewów na numer telefonu za pośrednictwem SMS-a oraz wypłaty gotówki z bankomatów bez karty płatniczej. Przyjemne i chyba z większą wartością dodaną, niż w przypadku "gołego" NFC dodanego do smartfona.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nadzór bankowy zniechęcająco o płaceniu telefonem: bezpiecznie = upierdliwie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 19 grudnia 2012 09:40

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line