Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 grudnia 2013
  • poniedziałek, 30 grudnia 2013
    • Czy karta kredytowa może być fair? Przejrzysta? Bez kantów? Te banki chcą być dobre

      Wygląda na to, że zatrzymuje się powoli trwający od 2009 r. trend wycofywania z naszych kieszeni kart kredytowych. Przez tych kilka ostatnich lat za "kredytówkami" nie przepadały ani banki (ponad 20% kart nie spłacanych w terminie), ani klienci, dla których był to produkt trudny do ogarnięcia rozumem. Każdy, kto choć raz wpadł w spiralę opłat i prowizji związanych z "kredytówkami", albo choć raz spóźnił się na taksówkę :-), trzyma się od nich z daleka. W efekcie liczba kart kredytowych w naszych kieszeniach spadła poniżej 7 mln (i poniżej 20% całego kartowego rynku). W ostatnich miesiącach coś się zmienia. Liczba wydanych kart kredytowych przestała spadać, a na rynek trafiło kilka kart, które wydają się bardziej przyjazne i przejrzyste, niż "zwykłe" karty kredytowe. Pierwszą jest "Karta Fair", którą wymyślono w Banku BPH, niosącym na sztandarach slogan "Po prostu fair". Zasadzałem się już od dłuższego czasu, by ją zrecenzować, ale ciągle nie miałem czasu. Teraz więc słów kilka o niej.  

      Generalnie mam wrażenie, że przekaz marketingowy związany z promocją "Karty Fair"  kieruje mą uwagę na boczne tory. Mianowicie "bycie fair" jest tu utożsamiane z bogatym programem zniżek i rabatów dotyczących korzystania z plastiku. Tymczasem istotą karty, która jest bezpieczna dla klienta, powinny być mechanizmy zabezpieczające klienta przed wpadnięciem w wysokie prowizje. A więc SMS-y z banku, informujące, że zbliża się termin spłaty limitu karty, możliwość spłacenia całego długu automatycznie z ROR-u, zniesienie prowizji za nieterminową spłatę długu (klient powinien płacić tylko odsetki za zwłokę) oraz rezygnacja z innych prowizji, związanych ze używaniem karty, takich jak opłata za przekroczenie salda (o które nietrudno w dobie transakcji zbliżeniowych i terminali sklepowych pracujących offline). No i przydałoby się coś, co wprowadził do swojej, niestety bardzo drogiej karty niejaki Vanquis Bank, czyli opcja odroczenia płatności i to zróżnicowana pod względem skali - w zależności czy jest efektem widzimisię klienta, czy wypadków losowych. Nie testowałem nowej karty Banku BPH na własnej skórze, więc nie wiem jak bank zachowuje się wobec posiadacza karty w sytuacjach, w których klient nie spłaci całego długu, nie spłaci go w terminie, albo przekroczy dozwolone saldo zadłużenia. Być może pod tym względem ta karta też jest fair. Ale w reklamach komunikowana jest zupełnie inna historia.

      BPH karta fairTa historia jest o bonusach, w których klient może do woli przebierać. Bonusy są trzy. Pierwszy to money-back dotyczący transakcji w niektórych sklepach (i to jest, szczerze pisząc, bonus wyglądający najbardziej atrakcyjnie). W pierwszym roku zwrot wynosi 1% transakcji, w drugim - 2%, a w trzecim - 3% transakcji. Drugi bonus to obniżka oprocentowania długu w karcie. W pierwszym roku jest to jeszcze sporo, bo 15,6% (3,9 razy stawka kredytu lombardowego NBP), a potem 12% (3-krotność "lombardu") i 10% (2,5-krotność "lombardu"). Trzecia dostępna korzyść to możliwość obniżenia lub zniesienia opłat: m.in. za przedłużenie karty o kolejny rok (w standardzie 30 zł), za wydanie karty dodatkowej (15 zł), albo za wypłatę gotówki z bankomatu (3,75% wypłaty, co najmniej 9,5 zł). I jeszcze za obsługę karty (w standardzie 6 zł miesięcznie). Tyle, że tę ostatnią opłatę i tak można znieść, płacąc kartą za zakupy w sklepach 600 zł miesięcznie. Można wybrać tylko jedną z trzech korzyści i bezpłatnie zmienić ją na inną raz w roku  Za każdą kolejną zmianę bank weźmie 5 zł.

      Czy te bonusy dają radę? Spadające oprocentowanie to pikuś, bo generalnie każdy rozgarnięty klient i tak stara się nie wpadać w odsetki. Zniżki w opłatach też dotyczą głównie czynności, których nikt rozsądny nie wykona (wypłata gotówki z bankomatu), albo takich, które i tak podlegają rabatowi inną drogą (6 zł za obsługę miesięczną karty). Owszem, można zaoszczędzić 50-100% rocznej opłaty za wznowienie karty, co czyni 15-30 zł rocznych oszczędności. Przyznacie, nie są to kokosy. Zostaje więc trzecia korzyść - money-back. Tu też nie ma wodotrysków, bo po pierwsze 1% to malusio (co innego 3% w trzecim roku, ale trzeba długo czekać...), po drugie money-back obowiązuje tylko w punktach handlowych, do których zagląda się dość rzadko (markety ze sprzętem AGD i RTV, hotele, restauracje, kina i teatry, sklepy komputerowe, odzieżowe, księgarnie). Zauważcie, że nie ma tu ani sklepów spożywczych, ani stacji benzynowych, ani aptek i punktów opieki zdrowotnej. Trzecia sprawa to limit kwotowy bonusu, wynoszący 25 zł miesięcznie albo 75 zł kwartalnie.

      Jeśli nasz wydatkowy budżet miesięczny wynosi np. 4000 zł (to pewnie średnia dla klientów BPH), to na kino, teatr, sprzęt, odzież i hotele nie wydajemy więcej, niż jedną trzecią tej kwoty, a więc jakieś 1300 zł. Miesięczna oszczędność może więc wynieść 13 zł, kwartalna zaś - 39 zł. W skali roku "do wyjęcia" jest 160 zł, a w zamian trzeba oddać 30 zł rocznej opłaty za kartę. Jeśli jednak ktoś wydaje na przyjemności i większe zakupy sprzętu średnio po 600 zł, to już słabiej - 6 zł miesięcznie, 72 zł rocznie, minus roczna opłata za kartę. Tak naprawdę dla osób o przeciętnych zarobkach money-back na "Karcie Fair" staje się bardzo atrakcyjnym przedsięwzięciem dopiero w drugim i trzecim roku jej używania. Ale... darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Kart kredytowych z money-backiem wcale tak dużo na rynku nie ma (ostatnio zwrot za zakupy skasował w "kredytówkach" np. Alior Bank). A takich z progresywnym money-backiem nie ma w ogóle (choć ciekawe, czy np. za rok BPH mógłby obniżyć zwrot z obiecanych 2%, motywując to jakimiś czynnikami zewnętrznymi?).

      PKO BP przejrzysta kartaPrzejrzystą kartę kredytową - nota bene o takiej właśnie nazwie - wprowadził jakiś czas temu również największy polski bank PKO BP. Karta działa tak, jak każda inna, ale jest do niej dołączony pakiet darmowych usług, które utrudniają klientowi wpadnięcie w tarapaty. Bank wysyła np. SMS-y o zbliżającym się terminie spłaty zadłużenia, a także o tym ile pieniędzy zostało klientowi do wykorzystania z przyznanego limitu. Jest też możliwość, by nie zapłacić za monit, gdy nie spłaci się minimalnej części długu w terminie. To cenne, bo standardowa opłata za monit wynosi w PKO BP aż 30 zł, zaś opłata za przekroczenie limitu o więcej, niż 5% - 35 zł. Do tego pakietu "informacyjnego" i przymykania oka na niedotrzymanie przez klienta terminów spłat, bank dorzuca opcję niepłacenia za kartę (standardowo opłata wynosi 22,5 zł rocznie), jeśli średniomiesięczny obrót na karcie wyniesie 400 zł. Na trzy miesiące przed końcem ważności karty bank przypomni SMS-em jaki jest poziom transakcji, które jeszcze ewentualnie trzeba wykonać, żeby nie wpaść w opłatę za kartę. "Przejrzysta Karta Kredytowa" jest rzeczywiście przejrzysta, plastik w całości jest transparentny, wykonany w specjalnej technologii, z widocznymi elementami wewnątrz karty.

      mBank 2w1Wśród ciekawych pomysłów związanych z kartami kredytowymi wymieniłbym też "Kartę 2 w 1", którą do końca tego roku (a więc jeszcze przez całe kilkadziesiąt godzin ;-)) promuje mBank. To w zasadzie tylko "nakładka" dołączona do standardowej oferty kart kredytowych, umożliwiająca zamianę limitu w karcie kredytowej na gotówkową pożyczkę ratalną. Do końca marca 2014 r. oprocentowanie takiej formy zaciągnięcia i spłaty limitu kredytowego wynosi 8,99%, ale potem niestety będzie drożej. Nie radzę więc rozkładać tak "pociągniętego" finansowania na więcej, niż trzy raty. Ale pomysł - przyznacie - ciekawy.  Tylko co potem zrobić z samą kartą, jak już wykorzysta się ją jako wehikuł do otrzymania pożyczki gotówkowej? Karta 2 w 1" może być darmowa, ale pod warunkiem, że w każdym miesiącu użyjemy jej w sklepach przynajmniej dziesięć razy. Nie można więc ograniczyć się do wyciągnięcia z jej pomocą szybkiej gotówki. Sądzę, że niedługo tego typu oferty staną się bankowym standardem. W takim np. ING Banku już dziś można bezpłatnie przelać pieniądze z karty kredytowej na ROR. Niestety płaci się od razu odsetki od takiego "kredytu" (nie ma charakterystycznego dla kart kredytowych okresu bezodsetkowego). Tym niemniej elastyczność karty kredytowej z pewnością będzie wkrótce atutem, który będzie zyskiwał na znaczeniu. Ciekawe który bank najlepiej go wykorzysta? 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Czy karta kredytowa może być fair? Przejrzysta? Bez kantów? Te banki chcą być dobre”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 grudnia 2013 16:38
    • SKOK zapomniał wykreślić wpis w BIK-u. Miał pecha, bo trafił na "złego glinę". Bolało

      Jeśli znienacka spadł na Ciebie problem w postaci niskiego ratingu w Biurze Informacji Kredytowej, to przeważnie musisz się liczyć z kilkuletnim postem kredytowym. Bo banki podchodzą do zawartości bazy BIK niezwykle nabożnie. Znam nawet przypadki, w których wpis negatywnego przebiegu spłaty kredytu do BIK był przez pewien bank wykorzystywany jako element szantażu wobec klienta. Ale jeśli wpis, który jest przyczyną Twoich problemów, wynikał z fałszywych przesłanek, masz prawo do zadośćuczynienia za straty moralne. W Polsce są już wyroki sądów, które przychylają się do takich roszczeń! Dziś opiszę przypadek pana Dariusza, którego historię kredytową spaprał SKOK Stefczyka, czyli największa z kas oszczędnościowych, działających na polskim rynku. A ponieważ konsekwencje tego spaprania mój czytelnik odczuwał (przynajmniej formalnie ;-)) przez długie lata, zażądał wymiernego zadośćuczynienia. Prawda jest taka, że tych dolegliwości za dużo nie było, bo pan Dariusz dowiedział się o dziwnym wpisie w lipcu 2012 r., gdy starał się o kredyt bankowy. A sam wpis był efektem nieuwzględnienia przez SKOK wyroku sądu pochodzącego jeszcze z 2003 r., na podstawie którego pan Dariusz został uwolniony od jakichś-tam długów (będących skutkiem poręczenia).

      Wielki Brat zarabia: zapłać stówę, a dowiesz się co banki o tobie wiedzą

      "Powód przez okres kilku lat całkowicie bezpodstawnie figurował jako nierzetelny dłużnik w rejestrze BIK, co stanowi naruszenie dóbr osobistych powoda jakich jak jego dobre imię i cześć" - napisał w pozwie przeciwko SKOK-owi prawnik reprezentujący pana Dariusza. A ponieważ mój czytelnik jest wysokim funkcjonariuszem policji kryminalnej, a to funkcja publiczna, szybko okazało się, że SKOK wyjątkowo źle trafił. Bo przecież "umieszczenie powoda w rejestrze nierzetelnych dłużników spowodowało stygmatyzację go jako człowieka niesolidnego, któremu nie warto zaufać, a nawet jako oszusta". Prawnicy SKOK-u zauważyli, że to nie przelewki, bo już w odpowiedzi na pozew przyznali, że wpis do BIK był omyłkowy . I przypomnieli, że już w pięć dni po uzyskaniu informacji od pana Dariusza i żądania usunięcia "lewego" wpisu, podjęli odpowiednie działania. A BIK po kolejnych dziewięciu dniach wszystko odkręcił. W sumie więc od momentu, gdy SKOK dowiedział się, że dał ciała, do momentu wyprostowania historii kredytowej pana Dariusza upłynęły raptem dwa tygodnie. Z tego powodu SKOK poprosił o odrzucenie roszczeń finansowych pana Dariusza, które były niemałe, bo opiewały na 5000 zł.

      Sąd był jednak surowy, gdyż uznał, że gdy pan Dariusz zgłosił się do pośrednika finansowego po kredyt i został przez niego zesłany na drzewo, to "powyższe wzbudziło u niego przykre odczucia związane z faktem nieuzasadnionego przypisania mu cech niesolidnego podmiotu obrotu cywilnoprawnego". Poza tym sąd zauważył, że niemożność uzyskania kredytu "zburzyła jego plany życiowe, skutkując koniecznością zmiany plan finansowego zakupu domu". Pan Dariusz musiał wyprowadzić się z dotychczasowego mieszkania, a ponieważ nie kupił domu, musiał przenieść się z rodziną do małego mieszkanka, co - jak stwierdził sąd - "odczuwał jako znaczący spadek komfortu życiowego". Sąd uwzględnił też inną niemiłą okoliczność: że "do powoda dochodziły pogłoski od podwładnych, którzy twierdzili, że posiadają wiedzę o jego niewypłacalności, co powód odczuł jako przykrość wynikającą z wpisu do BIK". Sąd uznał też, że "liczy się tu obiektywnie rozległa skala czasowa trwania naruszenia dóbr osobistych, a nie sam fakt, że powód uzyskał wiedzę o tym dopiero w lipcu 2012 r. Gdyby powód przez ponad osiem lat usiłował bezskutecznie uzyskać wykreślenie tego wpisu i przez cały ten czas miał świadomość naruszenia jego dóbr osobistych, skala należnego zadośćuczynienia z pewnością byłaby sumą o rząd większą od żądanej w pozwie".

      Czytaj też: Obiecują, że za cztery stówy wyczyszczą ci historię w BIK. Kłamią?

      Pan Dariusz wygrał sprawę w cuglach, a sąd powołał się na art. 23, 24, 448, 455 oraz 481 Kodeksu cywilnego, zasądzając 5000 zł zadośćuczynienia plus 867 zł kosztów procesu. Adwokat Lech Kaniszewski, który reprezentował pana Dariusza przed sądem, uważa, że zadośćuczynienie jest jeszcze zbyt niskie, biorąc pod uwagę zachowanie pracowników SKOK-u. Bo SKOK zareagował dopiero na ostateczne pismo, a wcześniej udawał, że sprawy nie ma: "W trakcie wielu wizyt w siedzibie SKOK pan Dariusz był zbywany i nikt nie potrafił mu udzielić żadnej odpowiedzi z jakiej przyczyny widnieje przez tak znaczny okres w rejestrze. Dopiero na pismo wystosowane ode mnie z kancelarii SKOK wskazał, iż podejmuje czynności celem weryfikacji powyższych okoliczności i poinformuje o ich dalszym toku. SKOK finalnie dokonał wykreślenia, jednakże nie uznał za stosowne poinformować tym mojego klienta. Zrobił to dopiero po ponownym wezwaniu z mojej kancelarii w lutym 2013 r. (a więc sześć miesięcy później)". A więc SKOK, dopóki sprawy nie wzięli w swoje ręce prawnicy, miał klienta w głębokim poważaniu. Niech ta sprawa będzie przestrogą dla wszystkich finansistów - błędy we wpisach w BIK się zdarzają, ale im szybciej je naprawicie, tym mniej będzie Was to kosztowało. Dla chętnych jeszcze sygnatura akt Sąd Rejonowy w Gdyni, I C 850/13. Tak na marginesie: zastanawiam się czy znalazłby się paragraf na... sprawdzanie nadmiarowe? ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „SKOK zapomniał wykreślić wpis w BIK-u. Miał pecha, bo trafił na "złego glinę". Bolało”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 grudnia 2013 09:12
  • sobota, 28 grudnia 2013
    • Sensacyjny wyrok: Plus przegrał z klientem precedensowy spór o 1070 zł kary umownej

      Nie tylko klienci firm ubezpieczeniowych mają problem z opłatami likwidacyjnymi, gdy chcą wycofać się z umowy o systematyczne oszczędzanie przed upływem 10 lat. Podobny ból dotyczy opłat karnych, które są nam wpisywane do umów przez firmy telekomunikacyjne. Jest tak: teleoperator proponuje dwuletnią umowę, daje za darmo (lub za półdarmo) telefon - lepszy lub gorszy, w zależności od wysokości abonamentu - a na dodatek wymaga podpisania zobowiązania, że jeśli umowa nie "dotrwa" do końca okresu promocji, klient zapłaci karę - nawet do 2000 zł. Kara jest tym niższa, im mniej miesięcy zostało do końca umowy promocyjnej. Deal wygląda na korzystny dla obu stron, ale niestety firmy telekomunikacyjne często rozciągają go na sytuację, w której nie dają klientowi nawet nowego aparatu, a tylko niższe od standardowych taryfy. A także na sytuację, w której to teleoperator rozwiązuje umowę ze względu na jakieś zastrzeżenia wobec klienta. Opłaty likwidacyjne - także dzięki licznym interwencjom blogu "Subiektywnie o finansach" - powoli się cywilizują, a niektórzy byli klienci zakładów ubezpieczeniowych idą do sądu, żeby odzyskać nadpłacone w przeszłości kwoty. Są tacy, którzy już nawet w sądzie wygrali. A co z karami ustalanymi przez firmy telekomunikacyjne? Tu też się właśnie ruszyło! 

      Mój redakcyjny kolega z Katowic, Marcin Pietraszewski, opisał w sobotniej "Gazecie Wyborczej" precedensowy wyrok sądu, dotyczący kary za przedwczesne rozwiązanie umowy, jaką naliczyła jednemu z klientów firma Polkomtel, operator sieci Plus. Firma sama rozwiązała umowę, uznawszy, że nie ma przyjemności kooperować z klientem, gdyż gnom nie płaci na czas rachunków. Gnom ma na imię Marek i podpisał promocyjną umowę w maju 2011 r. Deal z Plusem miał obowiązywać przez dwa lata. W papierach znalazł się zapis, że w przypadku przedwczesnego rozwiązania umowy przez klienta, zostanie na niego nałożona kara umowna w wysokości 1355 zł (proporcjonalnie pomniejszona o czas pozostały do zakończenia obowiązywania umowy). To samo miało dotyczyć sytuacji, kiedy umowę rozwiąże Polkomtel, ale z winy klienta. I właśnie taki scenariusz napisało panu Markowi życie. W październiku 2012 r. Polkomtel podziękował mu za współpracuę, ponieważ klient od sierpnia do października nie płacił rachunków. Nie chodziło o żadne wielkie kwoty (w sumie 105,55 zł), ale o fakt, że klient ośmielił się mieć firmę w nosie.

      Plus Bank, czyli załóż konto, a dostaniesz tanio telefon i telewizję cyfrową

      Polkomtel takich zniewag nie puszcza płazem, więc wypowiedział umowę. Nie przyjął też przeprosin od klienta, który twierdził, że po prostu przeoczył faktury (może pan Marek powinien przesłać kwiaty wraz z bilecikiem przepraszalnym właścicielowi firmy, Zygmuntowi Solorzowi?). Nie jestem skłonny wierzyć panu Markowi, że to było zwykłe przeoczenie, ale faktem jest, że jak zobaczył, że to nie przelewki, to długi uregulował - choć nastąpiło to już po wypowiedzeniu umowy. Polkomtel pieniądze przyjął i... przyszedł po jeszcze. A konkretnie - po 1070 zł kary umownej. To roszczenie odebrało panu Markowi ochotę na przeprosiny oraz wysyłanie kwiatów panu Solorzowi i poprzysiągł sobie, że tak wyciskać się nie da. Polkomtel niestety poprzysiągł sobie to samo i wystąpił z wnioskiem o nakaz zapłaty do e-sądu. To groźna broń, bo jak ktoś w porę nie zgłosi sprzeciwu i nie skieruje sprawy do "zwykłego" sądu, to pozamiatane. Pan Marek był sprytny i jak tylko dostał nakaz zapłaty, to wniósł sprzeciw.

      Mocne: Orange ubezpieczył przez telefon... Japonkę. Ponoć się zgodziła :-)

      Tak sprawa trafiła na wokandę Sądu Rejonowego w Tychach. A ten wydał precedensowy wyrok. Sędzia wyrzucił do kosza żądania operatora i uznał, że „karę umowną można zastrzec tylko na wypadek niewykonania lub nienależytego wykonania zobowiązania niepieniężnego”. A więc - jak tłumaczy słowa sędziego mój redakcyjny kolega - chodzi o sytuację, że np. ktoś deklaruje, że wybuduje dom, ale tego nie zrobi. Nie można jednak kogoś karać za to, że nie zapłacił rachunków w terminie. W ocenie sądu w takiej sytuacji operator komórkowy miał prawo wyłącznie nałożyć na klienta odsetki. To była jedyna dopuszczalna prawem kara. „Samo żądanie przez powódkę zapłacenia kary umownej należy uznać za bezzasadne i w tym zakresie podlega ono oddaleniu” - podkreślił sędzia. Wyrok - pan Marek do zapłąconych rachunków ma dorzucić 70 gr. odsetek za nieterminowe zapłacenie faktur. 23 grudnia wydany w tym procesie wyrok miał się uprawomocnić. "Do tego dnia Polkomtel nie złożył apelacji. Mógł ją jednak wysłać pocztą, ale nie wiadomo, czy to zrobił" - pisze Marcin.

      Nowość: w banku za 29 zł miesięcznie ubezpieczą ci całą elektronikę

      Co wynika z tej sprawy? Jeśli wyrok rzeczywiście się uprawomocni, to będzie oznaczało - choć nie wprost, bo w polskim prawie nie ma zasady precedensu, więc inne sądy teoretycznie mogą w podobnych sprawach orzekać po swojemu - że jeśli nie płacę rachunku, to firma telekomunikacyjna może nie chcieć mieć ze mną nic wspólnego, ale nie może żądać ode mnie kar umownych. Może jedynie odzyskać to, co jej jestem winny z tytułu rachunków, wraz z odsetkami. Na to orzeczenie - jeśli, podkreślam jeszcze raz, uzyska status prawomocnego wyroku - będą mogli się teraz powoływać klienci innych operatorów komórkowych, czy też abonenci telewizji kablowych, których zmusza się do płacenia kar za nieregulowanie rachunków. A co w sytuacji, kiedy to klient wypowiada umowę przed terminem, bo np. znajdzie tańszą ofertę? Tu, niestety, nic się nie zmienia, bo taka sytuacja nie dotyczy niepłacenia rachunków. Za samo niepłacenie firma telekomunikacyjna nie może żądać kary umownej, ale za to, że rozwiązuję umowę przed terminem, bo taki mam kaprys - już tak.

      No i jeszcze, jak zwrócił mi uwagę jeden z weekendowych czytelników blogu, p. mec. Jakub Woźny z poznańskiej kancelarii prawnej Media, sprawa jest o tyle śliska, że wystarczy, iż operator zmieni nieco konstrukcję zapisów w regulaminie i kary będzie mógł naliczać tak samo, jak dawniej. "Przedsiębiorca nie może naliczać "kar umownych" niezależnie czy ich wysokość odpowiada ulgom w abonamencie, czy uldze za aparat. Ale może obciążyć klienta refundacją ulg. Zarówno za aparat, jak i za abonament. To jest tylko kwestia zastosowania odpowiedniej instytucji prawnej. Absolutnie dopuszczalne jest bowiem udzielenie Panu ulgi 50 zł miesięcznie w abonamencie + 500 zł na starcie za aparat a potem - jeśli nie będzie Pan płacił rachunków - obciążenie Pana (np. w czwartym miesiącu) "ulgami" w wysokości 20x50 zł + 500 zł. Byle nie nazwać tego karą umowną a ulgą" - wyjaśnia p. mec. Woźny. Dziękuję za wsparcie merytoryczne!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Sensacyjny wyrok: Plus przegrał z klientem precedensowy spór o 1070 zł kary umownej”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 grudnia 2013 20:19
    • Internauta się niepokoi: czy PayPal nie jest zbyt wścibski? "Po co im wszystkie dane karty?"

      Odkąd karty płatnicze są wyposażone w czipy, największym zagrożeniem dla nich stały się transakcje internetowe. Kradzież karty w celu jej użycia w sklepie stała się mniej niebezpieczna, niż kiedyś, bo jeśli złodziej nie zna PIN-u, i tak nic z karty nie zabierze (no dobra, poza nawias trzeba wyjąć tylko możliwość zapłacenia bez PIN-u kilku rachunków poniżej 50 zł, jeśli dana karta ma funkcję zbliżeniową). Kiedyś kartą można był płacić "na podpis", co dawało złodziejowi plastiku dużo więcej możliwości działania. Teraz utrata dobrze zabezpieczonej karty nie daje zbyt szerokich możliwości jej użycia w tradycyjny sposób, ale za to w internecie... Do zakupu przez internet nie jest potrzebny PIN, trzeba podać numer karty, datę ważności, nazwisko na karcie, a czasem też kod CVC z odwrotu karty. Aby uzyskać te dane nie trzeba w dzisiejszych czasach kraść karty. Można wyłudzić te cyferki i literki zdalnie, nakłaniając ofiarę do ich wklepania na klawiaturze. 

      Jeden z czytelników blogu ma wątpliwość, czy na pewno bezpieczne jest podawanie tych wszystkich danych pośrednikom, którzy nie mają nic wspólnego z bankami i teoretycznie mogą być podatni na wyciek tych, niezwykle wrażliwych, danych. Owszem, taki wyciek może nastąpić w każdej chwili i przy każdej płatności kartą, ale czytelnik jakoś szczególnie obawia się, że mogłyby wyciekać akurat z PayPala. "Postanowiłem napisać ze sprawą może błahą ale głęboko mnie nurtującą. Często robię zakupy za pomocą internetu, nie raz ze stron zagranicznych. Za zakupy płacę oczywiście kartami. Wiadomo, że płatności przeprowadzane są przez pośrednika np PayPal lub PayU. Dla ułatwienia i nie wpisywania za każdym razem cyferek z karty założyłem konta w tych serwisach. W opcjach jest możliwość zdefiniowania karty, z której każdorazowo automatycznie będzie pobierana płatność. O ile PayU prosi raptem o podanie numeru karty i daty ważności o tyle PayPal żąda podania wszystkich danych z karty łącznie z kodem CVC. Moje pytanie brzmi: czy jest to całkowicie bezpieczne?". I co Państwo na to? Nie przesadza mój czytelnik?

      Moja koleżanka z redakcji "Gazety Wyborczej", Monika Truszkowska, podrążyła ten temat, uderzając bezpośrednio do Daniela Woubisheta z PayPala. Twierdzi on, że taka procedura została wprowadzona wyłącznie dla zwiększenia bezpieczeństwa i wygody klienta. "PayPal umożliwia dokonywanie płatności na stronach internetowych w 193 krajach, a w wielu z nich do autoryzacji płatności dokonywanych kartami kredytowymi potrzeba bardziej szczegółowych informacji, w tym kodu CVC. Dzięki temu, że pozyskujemy CVC od użytkowników PayPal, mogą oni bez problemów kupować w sklepach on-line na całym świecie, nie udostępniając swoich danych finansowych podmiotom trzecim. PayPal dysponuje bardzo szczelnym systemem wykrywania oszustw, więc współczynnik strat z powodu nadużyć finansowych należy u nas do najniższych w branży". Wygląda na to, że to kwestia zaufania. Firma jest pozabankowa, ale jednak nadzorowana i certyfikowana.

      A co o PayPalu i jego wymaganiach przy rejestracji karty myśli Visa, największa na świecie kartowa organizacja Visa. „System Visa tworzą przede wszystkim banki-wydawcy kart Visa, detaliści oraz agenci rozliczeniowi, którzy obsługują detalistów zarówno w sklepach fizycznych jak i działających w internecie. Wszystkie te podmioty są certyfikowane przez organizację, czyli spełniają minimalne wymogi operacyjne i standardy, w tym również PCI DSS. [standard bezpieczeństwa danych w branży kart płatniczych]. Coraz powszechniejsza staje się usługa Verified by Visa, która gwarantuje najwyższy poziom bezpieczeństwa poprzez uwierzytelnianie zarówno kupującego za pomocą karty Visa, jak i sprzedawcy internetowego. Obecnie już ponad 80% transakcji kartami Visa w polskich e-sklepach jest realizowanych z wykorzystaniem tej usługi". A tak w ogóle, to Visa wprowadza swój własny system uwierzytelniania transakcji, w jakimś sensie konkurencyjny wobec PayPala. To opisywany już w blogu portfel elektroniczny V.me by Visa. "Dane karty podajemy jedynie raz, wprowadzając kartę do portfela - i dane te nie są już później ujawniane detalistom w trakcie zakupu" - to znów fragment z odpowiedzi Visy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Internauta się niepokoi: czy PayPal nie jest zbyt wścibski? "Po co im wszystkie dane karty?"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 28 grudnia 2013 11:00
  • piątek, 27 grudnia 2013
    • I ty możesz być kantorem walutowym, czyli rusza społecznościowe "czencz many"

      Od kilku lat przyglądam się życzliwie rynkowi pożyczek społecznościowych. A więc platformom, które pozwalają z jednej strony pożyczać pieniądze od innych internautów, a z drugiej - inwestować własne pieniądze w pożyczki, czyli "bawić się" w bank. Były wokół tego wszystkiego kontrowersje prawne, bowiem niektórzy spece od podatków uważają, że nie można "bawić się" w prywatne pożyczki przez internet, nie rejestrując działalności gospodarczej. Ale z drugiej strony - jest do ciekawy pomysł na zróżnicowanie portfela inwestycji. Sam przekonałem się, że społecznościowe inwestowanie nie jest łatwe, lecz jestem w stanie uwierzyć, że jeśli poświęci się więcej czasu, pieniędzy i uwagi, to można na pożyczkach internetowych zarobić. Największy tego typu serwis, sopocki Kokos.pl, stale coś nowego kombinuje. Jakiś czas temu wprowadził pożyczki z gwarancją, potem otworzył się na krótkoterminowe pożyczki-chwilówki, na których w dwa tygodnie można zarobić 2,5%, a teraz uruchamia... społecznościową wymianę walut. Komu nie chce się wymieniać walut w kantorze, ani w banku, może złożyć ofertę i kupić lub sprzedać walutę w handlu z innym internautą.

      Kokos.pl wymiana walut

      Kokos.pl - podobnie jak starszy stażem serwis Walutomat.pl - działa tu jako pośrednik. Każdy zarejestrowany uczestnik serwisu może wystawić zlecenie kupna lub sprzedaży dowolnej waluty. Trzeba tylko podać kwotę i walutę "wyjściową", pożądany kurs wymiany oraz walutę, którą chcemy uzyskać w zamian. Zlecenie staje się aktywne po przelaniu przez internautę pieniędzy w walucie "wyjściowej" na podane przez Kokos.pl konto pośredniczące. O ile bank, z którego klient przelewa pieniądze, nie pobiera za tę czynność żadnych prowizji, to i Kokos.pl ich nie pobiera (serwis ma konta walutowe w wielu bankach, więc można wybrać do transferu taki bank, w którym pieniądze od klienta do Kokosa.pl idą przelewem wewnętrznym). W momencie, gdy zlecenie danego internauty uda się skojarzyć ze zleceniem innego, Kokos.pl przelewa z jednego ze swoich kont walutowych pieniądze na konto nabywcy. Prowizja wynosi 0,15% wartości transakcji. Problemy? Trzeba przelać pieniądze na konto pośrednika. No i trzeba pamiętać, że jeśli w transferze biorą udział banki, w których Kokos.pl nie ma kont walutowych, to po drodze mogą zdarzyć się prowizje (jeden z przelewów może nie być przelewem wewnętrznym).

      Czy społecznościowe wymienianie walut będzie dla klientów Kokosa.pl atrakcją? Nie jestem przekonany. W tej branży konkurencja jest potwornie ostra, działa kilka internetowych kantorów, które walczą ze sobą na noże, wyciskając wszystko, co się da z różnic kursowych. W ogóle społecznościowe usługi finansowe na razie jeszcze są dość małą niszą. Choć kwotowo nie jest to już mały interes - w samym tylko Kokosie.pl (a jest to jeden z kilku działających na rynku serwisów), Polacy pożyczyli już prawie 100 mln zł. Działania i nowe pomysły takich serwisów, jak Kokos.pl, wyznacza rosnąca w siłę konkurencja. Robią ją serwisom pożyczek społecznościowych zwykłe firmy pożyczkowe. Z punktu widzenia pożyczkobiorców jest do drogie źródło gotówki, ale bardzo szybkie i nie wymagające formalności. Branie pożyczek poprzez serwisy społecznościowe wymaga czasu i więcej zachodu. Choć z drugiej strony tą drogą można zapożyczyć się po kosztach nawet mniejszych, niż w banku (bo bez ukrytych opłat i ubezpieczeń). Mimo wszystko trudno sobie wyobrazić, by pożyczki społecznościowe mogły być zagrożeniem choćby dla firm pożyczkowych, nie mówiąc już o bankach. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „I ty możesz być kantorem walutowym, czyli rusza społecznościowe "czencz many"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 grudnia 2013 17:53
  • czwartek, 26 grudnia 2013
    • Zlecając przelew przeklejasz numer rachunku, zamiast wpisywać "z ręki"? Uważaj na wirusa!

      Pewnie zdarzyło się Wam, nie raz i nie dwa, że chcąc nadać przelew numer odbiorcy przeklejaliście z jakiegoś dokumentu, zamiast wpisywać "z ręki". Niestety, przeklejanie numeru rachunku może się źle skończyć. Niektóre banki ostatnio poinformowały swoich klientów, że w ten sposób można podać na tacy złodziejowi pieniądze i osobiście je wytransferować na jego konto. W jaki sposób? Ano, zło nazywa się Banapter i jest wirusem komputerowym, który można wpuścić do swojego komputera np. otwierając przesyłkę e-mailową od nieznajomego (np. z wezwaniem do zapłacenia zaległej faktury). Wirusem jest kuszący załącznik jpg, czy pdf, który wystarczy otworzyć, by zło się rozlało po całym twardym dysku. Banapter umożliwia przestępcom podmianę numeru rachunku bankowego skopiowanego przez klienta do schowka, a następnie wklejonego do formularza przelewu. Wirus nadzoruje zawartość schowka w celu wykrycia, że ląduje tam numer rachunku bankowego. Badziewie jest tak sprytne, że namierza numery rachunków zapisane zarówno ze spacjami, jak i bez.

      Wirus jest bardzo niebezpieczny, bo jeśli podmieni numer rachunku w schowku, a klient tego nie zauważy i wklei do formatki przelewu fałszywe cyferki, a potem jeszcze to wszystko potwierdzi hasłem jednorazowym, to pozamiatane. Bank nie przyjmie reklamacji, bo przelew został zatwierdzony prawidłowo. Może się zdarzyć, że operacji nie da się wycofać nawet kilkanaście minut po nadaniu pieniędzy - nie wszystkie systemy bankowości elektronicznej mają funkcję wycofania przelewu, który jest już skierowany do realizacji, ale jeszcze nie został wykonany. Jedynym sposobem na to, żeby się nie dać zrobić na szaro, jest nie otwieranie e-maili od nieznanych nadawców, a szczególnie - załączników do tych e-maili. I oczywiście zachowywanie czujności przy potwierdzaniu przelewu. Warto zawsze zerknąć na widoczny na ekranie numer rachunku, na jego pierwsze dwie i cztery ostatnie cyfry - czy aby to ten numer konta, na który chcemy przelać pieniądze. Warto pamiętać, że bank sprawdza przelewy wyłącznie po numerach konta. Nawet jeśli nazwa nadawcy albo adres się nie będą zgadzały - przelew i tak wyjdzie z naszego konta.

      Czytaj też Klient pomylił się wpisując kwotę przelewu. A potem... wyścig z czasem

      Ale nie tylko wirus powoduje, że przeklejanie numerów rachunków może się źle skończyć. Czasem kłopoty pojawiają się przy korzystaniu z kantorów internetowych oraz z ekspresowych przelewów (o ile płyną poprzez pośredników). Dziś o takich właśnie przypadkach, ku przestrodze. Pierwszy z moich czytelników, klient banku Alior, pracuje na platformie wiertniczej u wybrzeży Brazylii. Tak, tak, nawet w Brazylii czytają blog "Subiektywnie o finansach". Pan Dominik otrzymuje pensję w amerykańskich dolarach, a do wymiany ich na złotówki - lub do transakcji w przeciwną stronę - używa internetowych kantorów, takich jak Walutomat.pl i Cinkciarz.pl. Rocznie pan Dominik konwertuje za pośrednictwem kantorów ok. 170.000 dolarów. Jakiś czas temu mój czytelnik postanowił wykonać taką transakcję. Niestety, przelał kasę nie na to konto, co trzeba. "Robiąc przelew byłem w pracy, robiłem go więc w biegu i błędnie wkleiłem numer swojego konta. Zamiast numeru konta w złotych, wkleiłem numer swojego konta w dolarach. To spowodowało, że przelew w złotych po wymianie waluty poszedł na moje konto dolarowe i został automatycznie przewalutowany przez Alior Bank po bankowym kursie o 11 groszy wyższym.

      Próbowałem to anulować, zadzwoniłem natychmiast na infolinię, Pani z infolinii powiedziała, że nic się nie da zrobić, bo przelew już został automatycznie wysłany. Skontaktowałem się z Cinkciarzem.pl, poszli mi na rękę i anulowali całą transakcję. Po powrocie do Polski udałem się do placówki Alior Banku w Rumi (gdzie mieszkam) i złożyłem pisemną reklamację. Po około dwóch tygodniach dostałem odpowiedź negatywną. W związku z powyższym mam pytanie: po co w ogóle wypełniamy pole z danymi adresata, skoro to nie ma dla banku znaczenia? Czy to działanie banku jest zgodne z prawem? Co mogę w mojej sytuacji zrobić i czy jest o co walczyć. Szczerze, to byłem zadowolony z Aliora. Ale z powodu mojego błędu zarobili 12 groszy na dolarze, co przy wysokiej sumie przelewu oznacza stratę w wysokości ok. 16.000 zł. W niedługim czasie zamierzam wziąć kredyt na lokal użytkowy, jestem na etapie poszukiwań. Na samych ratach mieliby w ciągu roku większy zarobek, niż na tym jednorazowym "strzale". Co by Pan zrobił na moim miejscu? Czy Pan może w jakiś sposób interweniować?" - pyta pan Dominik. Sprawa niestety jest przegrana, w zasadzie można byłoby liczyć tylko na dobre serce pracowników banku. A ich łaska, jak wiadomo, na pstrym koniu jeździ.

      Czytaj też: Za szybcy, za wściekli. Przelew wyszedł zanim jeszcze wszedł

      I jeszcze pani Karolina. "Proszę o pomoc w odzyskaniu kwoty błędnie wysłanego przelewu do mBanku. Kilka dni temu wysłałam przelew osobie, której byłam winna pieniądze. Przelew zrobiłam przez internet, kopiując numer konta z przelewu przychodzącego od tej osoby. W przelewie przychodzącym był numer konta opatrzony imieniem i nazwiskiem oraz adresem osoby, która mi przelała pieniadze. Niczego nieświadoma wykonałam przelew na jakiś niewłaściwy, inny rachunek, nie należący do osoby, u której byłam zadłużona. Zostałam wprowadzona w błąd przez bank, który przysłał mi przelew z danymi nadawcy, ale ze swoim numerem konta. Osoba wcześniej przelewająca mi te pieniądze robiła to przez przelew ekspresowy, stąd inny numer konta w przelewie, a ja nie byłam tego świadoma i założyłam, że to są tam tylko dane nadawcy. Czy mam szanse odzyskać moje pieniądze z banku? Czy będę musiała złożyć reklamację? Czy bank powinien mi zwrócić pieniądze?" - pyta pani Karolina. I tu odpowiedź chyba musi być podobna, jak w poprzednim przypadku - przelew został przeprowadzony z zachowaniem wszystkich procedur, więc bank nie musi brać na siebie jego kosztów. Ewentualnie żądanie zwrotu pieniędzy można kierować do jego przypadkowego odbiorcy, ale nie od banku. A więc proszę: nie przeklejamy numerów rachunków, a jeśli już przeklejamy, to trzy razy sprawdzamy, czy to na pewno właściwy numer.

      HORROR ŚWIĄTECZNY W BLOGU. Pewnie już jesteście tak przesłodzeni świętami, że chętnie przeczytalibyście jakiś horror. Oto jest. Porządny scenariusz, autorzy znani w branży, cenieni Narodowcy ;-). Ja tylko sufluję. Dobrze, że nie czytacie już tego przy karpiu, a tylko przy porannej kawie, bo by Wam ość w gardle stanęła. Premiera tego horroru (z elementami thrillera) była w świąteczny czwartek, ale może ktoś nie zdążył, więc zapraszam na emisję powtórkową. O tym, co by było, gdyby... aż sam się boję o tym pomyśleć. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Zlecając przelew przeklejasz numer rachunku, zamiast wpisywać "z ręki"? Uważaj na wirusa!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 grudnia 2013 23:07
    • Czy nasze depozyty naprawdę są bezpieczne? NBP narysował czarny scenariusz dla banków

      Narodowy Bank Polski co jakiś czas publikuje takie cóś: Raport o Stabilności Systemu Finansowego. Wiem, to brzmi na potworne nudy i dlatego nie każę czytać Wam go w całości :-), lecz zrobiłem dobry uczynek i wyciągnąłem z tego kwitu kilka pikantnych, interesujących Was szczegółów. To opracowanie NBP - mówiąc po ludzku - pokazuje jak żyje się bankom i jak by się im żyło, gdybyśmy przestali spłacać zaciągnięte kredyty, gdybyśmy stracili pracę, gdybyśmy nie dostali podwyżek, gdyby gospodarka stanęła, inwestorzy zagraniczni wycofali część pieniędzy, złoty drastycznie spadł... Słowem: co by się stało z naszymi pieniędzmi, depozytami, gdyby banki musiały radzić sobie w sytuacjach kryzysowych. To ważne, bo choć Bankowy Fundusz Gwarancyjny zgromadził ze składek banków 12-13 mld zł "na wszelki wypadek" (a teraz, dzięki dodatkowej opłacie ostrożnościowej, będzie "puchł" jeszcze szybciej), to upadłości kilku choćby średniej wielkości banków mógłby nie wytrzymać (gwarancje byłyby wykonane, ale musiałby się włączyć rząd i podatnicy). Lepiej więc, żeby nie upadły. Czy im to grozi? Zanim przejdziemy do stress-testów, najpierw kilka ciekawostek z życia banków, które znalazłem w liczącym 138 stron raporcie.

      ILE BANKI ZARABIAJĄ NA KREDYTACH? Wykres poniżej pokazuje bebechy bankowego biznesu kredytowego. Po lewej stronie macie bebechy konsumpcyjne, a po prawej - hipotecznego. Jeśli chodzi o kredyty konsumpcyjne, to w ostatnim czasie ich faktyczne oprocentowanie lekko spadało (zielone słupki). Koszt finansowania (czyli pozyskiwania pieniędzy na udzielanie kredytów - błękitne słupki) też minimalnie stopniał, co zawdzięczamy niskim stopom procentowym. Spadło też saldo rezerw tworzonych na nie spłacane w terminie kredyty (fioletowe słupki). Wypadkową tych wszystkich rzeczy jest coraz wyższa zyskowność banków na kredytach konsumpcyjnych. Ostatnio banki na każdej pożyczce zarabiają już 9% (trzy lata temu było to niecałe 5%). Na kredycie hipotecznym zysk wynosi mniej więcej tyle samo - 1% pożyczonej kwoty.

      NBP raport o stabilności

      Dla formalności zerknijcie jeszcze na identyczne cyferki dotyczące kredytów dla przedsiębiorstw. Po lewej kredyty dla dużych korporacji, a po prawej - dla małych firm.

      NBP raport o stabilności

      A poniżej obrazek mówiący o słabym popycie na kredyty - przyrost kredytów dla przedsiębiorstw spadł do zera (wykres po lewej), w przypadku konsumpcyjnych lekko odbija się od wartości ujemnych (wykres środkowy), zaś w przypadku hipotecznych wciąż dąży do zera (po prawej). Generalnie - jeszcze jesienią tego roku kredyty właściwie stały w miejscu. Wiemy, że od kilku tygodni się coś ruszyło, ale czy na długo?

      NBP raport o stabilności

      FRANKOWCY NIE TACY NIESZCZĘŚLIWI? Ciekawe cyferki znalazłem w części raportu dotyczącej kredytów hipotecznych. Dotyczą tego dwa poniższe wykresy. Ten po lewej pokazuje, o ile wyższe raty płacą dziś frankowi kredytobiorcy w stosunku do rat, które płacili tuż po zaciągnięciu swoich kredytów. Wyliczenie dotyczy konkretnego, przykładowego kredytu na 25 lat, o marży takiej, jak obowiązująca wtedy średnia rynkowa. Interesuje nas niebieska linia. Dodatkowo do dolnej osi przypięto dane o aktualnej wartości zadłużenia wynikającego z udzielonych w danym miesiącu kredytów. Jak rozumieć ten wykres? Przykładowo: jeśli ktoś wziął w połowie 2008 r. 25-letni kredyt we frankach o marży średniorynkowej, to dziś jego rata wynosi 125% raty początkowej. Nie ma oczywiście żadnego frankowego kredytobiorcy, który płaciłby mniejsze raty, niż w momencie wzięcia kredytu. Ale nawet najbardziej poszkodowani nie płacą więcej, niż 130% raty startowej. A ci, którzy trafili najlepiej (czyli ukredytowali się przy wysokim kursie franka) - tylko 105% pierwszej raty.

      Czytaj też: 250.000 kandydatów na hipo-bankrutów? KNF straszy

      Wzrost raty o 30% to nic miłego, jednak w przypadku kredytu walutowego taki wzrost obciążeń (jak i obniżkę w podobnej skali) należałoby brać pod uwagę, porywając się na zakup mieszkania. Nie zmienia to faktu, że w czasie, gdy obciążenia frankowych kredytobiorców są wyższe, niż w dniu podpisania umowy kredytowej, klienci płacący raty kredytów złotowych z reguły płacą mniej (bo spadły stopy procentowe). 

      NBP raport o stabilności

      Czytaj taż: Nadzór finansowy prześwietlił finanse SKOK-ów. Brakuje im...

      Wykres po prawej stronie powyżej pokazuje z kolei jak "psują się" poszczególne roczniki kredytów. Okazuje się, że najwięcej nie spłacanych terminowo pochodzi z 2008 r. To mniej więcej zgadza się z danymi dotyczącymi wzrostu rat - najwięcej, bo 125-130% pierwotnej raty, płacą dziś właśnie ci klienci, którzy wzięli kredyty na początku 2006 r. i w połowie 2008 r.

      NBP raport o stabilnościA GDYBY CO DZIESIĄTY NIE SPŁACIŁ? W raporcie NBP jest cały rozdział poświęcony symulacjom jak wyglądałyby bankowe bilanse w różnych nieciekawych sytuacjach. Przytoczę tylko dwie z nich. Na wykresie obok analitycy pokazali co by się stało, gdyby określony na poziomej osi procent kredytów - spośród kredytów dziś spłacanych w terminie - banki musiały spisać na straty. Krzywa w niebieskim kolorze pokazuje jaki procent banków (a ściślej - banki reprezentujące jaką część aktywów sektora) wymagałyby dokapitalizowania w zależności od odsetka spisanych na straty kredytów. I tak: jeśli do dzisiejszych 7% kredytów nie spłacanych w terminie dodać kolejne 10%, poniżej granicy bezpieczeństwa spadłyby współczynniki wypłacalności banków reprezentujących 8% sektora. Gdyby na straty trzeba było spisać oddatkowo 20% kredytów, dokapitalizowania wymagałoby mniej więcej połowa banków. Ale taki poziom strat - łącznie 27%, biorąc pod uwagę obecne 7% kredytów zagrożonych - jest niewyobrażalny i nigdy w historii banków w Polsce się nie zdarzył.

      CZARNY SCENARIUSZ. Analitycy wyobrazili też sobie gospodarcze pandemonium. A więc sytuację, w której PKB spada o 0,1%, bezrobocie idzie w górę do 11,5%, a inflacji prawie nie ma (0,9%). Złoty spada o 30%, kapitał zagraniczny odpływa z Polski, a za obligacje rząd musi o płacić 3,5% (pkt. proc.) więcej, niż dziś. Co by się stało z bankami? Ano jakieś 10% z nich straciłoby płynność (potrzeba byłoby 25 mld zł zastrzyku). Ale generalnie branża jakoś przełknęłaby ten problem. Trzeba byłoby spisać na straty więcej kredytów (odpowiadających 1% aktywów sektora, czyli ponad 12 mld zł), a z powodu spadku złotego - utworzyć 2,3 mld zł rezerw dotyczących kredytów frankowych. No i trzeba byłoby odpisać 7 mld zł z wartości wyemitowanych obligacji (o tyle spadłby kapitał banków). Ale wypłacalność banków wcale by drastycznie nie spadła.

      NBP raport o stabilności 

      Wychodzi na to, że Wasza krwawica, lichwiarskie odsetki od kredytów, ukryte prowizje i inne nieprzyjemności na coś się jednak przydają. Masowy kolaps branży bankowej (i Waszych depozytów) wymagałby dziś dużej złośliwości losu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czy nasze depozyty naprawdę są bezpieczne? NBP narysował czarny scenariusz dla banków”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 grudnia 2013 11:01
  • poniedziałek, 23 grudnia 2013
    • Sześć najgorszych prezentów pod choinkę. I dwa pomysły na to, by uratować honor ;-)

      Z badań, które kilka dni temu cytowałem w blogu wynika, że aż jedna trzecia polskich internautów chciałaby jutro znaleźć pod choinką po prostu kasę. Nie kosmetyki, nie ubrania, nie elektronikę, ale pieniądze, za które można samemu kupić sobie najlepszy prezent. Jeśli jednak poszliście na ryzyko i postanowiliście kupić swoim bliskim jakiś prezent "niepieniężny", to mam do Was dwie prośby. Po pierwsze zerknijcie do jednej z wcześniejszych notek, w której wymieniam - również na podstawie badań opinii internautów - najbardziej pożądane prezenty. Zerknijcie choćby po to, by uspokoić się, że nie położycie pod choinkę tego, co położą pod drzewkiem wszyscy inni, lecz wykazaliście sę nieco większą kreatywnością ;-). Po drugie porównajcie zawartość Waszego mikołajowego worka z poniższą listą najgorszych prezentów, jakie jestem w stanie sobie wyobrazić. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie, ale jeszcze jest czas na szybką podmiankę ;-). A więc najgorsze prezenty pod choinkę to:

      1. Skarpetki. Nawet jeśli notorycznie chodzisz w dziurawych i nawet jeśli nigdy nie wpadniesz na to, by samodzielnie nabyć kilka par, to błagam, nie wpadnij na pomysł, by skarpetki wystąpiły w roli prezentu pod choinkę. To nie jest ta okazja ;-). Na pierwszy rzut oka prezent nie najgorszy: praktyczny, na pewno się przyda i raczej trudno przestrzelić się jeśli chodzi o rozmiar. Ale postaw się w sytuacji osoby, która otworzy taki prezent i będzie musiała zrobić coś z wyrazem swojej twarzy. Prezent ma być ładny, a skarpetki niestety takie nie bywają. Nie warto stawiać w tej ekstremalnie trudnej sytuacji nawet największego wroga, nie mówiąc już o sąsiedzie, czy zięciu. No, chyba, że mówimy o takich skarpetkach, jak te.

      Skarpetki

      W podobnym tonie chciałbym wypowiedzieć się o prezentach takich jak podkoszulek, kapcie, tudzież - o zgrozo - majtki wyszczuplające. Dużo lepszym pomysłem są modne dziś leginsy w fantazyjny wzorek, obowiązkowo z szyciem podnoszącym i uwypuklającym pośladki ;-). Choć niestety nie wiem, czy występują w męskiej wersji ;-)

      2. Książka z zestawem popularnych diet, pozwalających schudnąć wiele kilogramów w ciągu zaledwie kilku tygodni. To nie może być trafiony prezent, gdyż po pierwsze sugeruje, że z figurą bliskiej osoby jest coś nie tak. Nawet jeśli ta osoba doskonale o tym wie, to zapewne ma nadzieję, że Ty jeszcze tak nie myślisz, a na pewno nie oczekuje, że wyrazisz to w obecności wielu osób. Po drugie dlatego, że i tak nic nie osiągniesz, bo dobra figura nie bierze się z czytania książek. Dlatego pomyślałbym raczej o jakimś pomyśle na prezent sportowy, który spowoduje, że obdarowany zacznie się, najzwyczajniej w świecie, więcej ruszać. Gorzej możesz trafić tylko kupując książkę kucharską wojującej feministce, poradnik "Seks w życiu kobiety" siostrze myślącej o karierze... siostry zakonnej (chyba, że ma to być desperacki krok ostatniej nadziei ;-)), albo gustowny zestaw do sprzątania podłogi (mop, wiaderko, zapas płynu do nabłyszczania paneli) dla faceta (nawet feministy ;-)).

      3. Rybki, papuga, chomik, żółw, kot albo pies. Może się ze mną nie zgodzicie, ale moim zdaniem żywe prezenty to wyjątkowo złe prezenty. dzieci uwielbiają dostać zwierzątko, ale przeważnie ich zapał do opiekowania się nimi spada najdalej po kilku tygodniach. W dodatku okazuje się, że mieszkanie za małe, dziecko jest uczulone na sierść, a zwierzątko zaczyna podgryzać meble, nie daje spać albo wydziela niemiłe zapachy. No i czasem trzeba je wyprowadzać na spacer wczesnym rankiem (i sprzątać po nim). Zwierzęta to odpowiedzialność i obowiązki, a duża część kupujących takie prezenty zdaje sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy okazuje się, że nie ma co zrobić z "żywym prezentem", wyjeżdżając na ferie, albo wakacje. Jeśli już musicie kupić zwierzątko, to kupcie... krajowe. Patriotycznie. Nie żadną tam papugę, tylko rodzimego szczura ;-)

      Kupuj krajowe

      4. Album Panini do zbierania zdjęć piłkarzy. Ostatnio dzieciaki lubia dostać w prezencie album, do którego wkłada się karty ze zdjęciami piłkarzy. Występuje w przyrodzie edycja krajowa (z kopaczami Ekstraklasy) oraz "eksportowa", czyli taka, w której zbiera się zdjęcia piłkarzy zespołów grających w Champions League. Generalnie taki zestaw ma wszystkie wady prezentu z kategorii "początek kolekcji". Kosztuje relatywnie niewiele (zwykle grubo poniżej 100 zł), ale to tylko czubek góry lodowej. Dziecko dostaje album, 50 kart na początek i plakat, a potem... zaczynają się prawdziwe wydaki. Kart do uzbierania jest kilkaset (średnia cena jednej to 50 gr.), a żeby było weselej, poza standardowymi bardzo rzadko można trafić karty tzw. limitowane, znacznie cenniejsze (dzieciaki potrafią oddać 10 zwykłych kart za jednego "limita"). Część kart jest dostępna tylko z gazetkami, które kosztują np. 10 zł za sztukę. Zabawa trwa cały rok i skazuje rodziców dziecka (Bogu ducha winnych, jeśli to nie oni kupili zestaw startowy) na setki złotych bezsensownych wydatków.

      5. Gra GTA V albo podobna "od lat 18". Byłem ostatnio w Empiku i zauważyłem, że gry (zwłaszcza te na konsole, ale też na PC) dziś już w dużej części są "dla dorosłych". Właściwie większość gier akcji, strzelanek, gier wojennych lub tzw. role-playing, zawiera sceny mordobicia, przemocy, gwałtu, demoralizacji. Podobno jedną z najbardziej brutalnych jest GTA V. Nie grałem, ale widziałem co wyrabia się w głowach dzieci po kilku godzinach grania we wcześniejszą wersję tego produktu - GTA IV. Generalnie szare komórki zamieniają się w popcorn, który wyłazi im wszystkimi otworami ;-). Jedną z gorszych rzeczy, które możecie zrobić polskim (!!!) dzieciom, to kupić im jakąś wyniszczającą mózg i wskrzeszającą złe emocje grę.

      GTA V

      6. Złota sztabka lub moneta. Może trochę przesadzam, ale czy chciałbyś dostać prezent, który będzie Cię cały czas stresował? Cena złota w ostatnim czasie spadała na łeb i szyję. Co prawda sam uważam, że dno powinno być gdzieś niezbyt daleko, ale nie jest wcale powiedziane, że mam rację. Ceny złota są dziś kontrolowane przez spekulantów handlujących nie fizycznym kruszcem, ale kontraktami terminowymi na dostawy złota w przyszłości, czyli papierami wartościowymi. To zupełnie inna para kaloszy, niż handel złotem w postaci sztabek, bo handel papierkami znacznie bardziej sprzyja powstawaniu baniek spekulacyjnych. I wcale nie wiadomo czy złoto wciąż nie jest drastycznie przewartościowane. Dla wyrobionego inwestora to żaden stres, ale jeśli zafundujesz złotą sztabkę albo monetę komuś, kto potraktuje to jako rzecz finansową, zafundujesz mu też niepotrzebny stres, a być może i smutek. Bo nie chciałbyś chyba mieć prezentu, który wciąż traci na wartości. Jeśli już myślicie o prezencie z tej kategorii, to może pierścionek, kolczyki, albo inna biżuteria, które będą miał w sobie mniej stresującego piętna inwestycji? 

      Gold prices 2013

      Co powinniście zrobić, jeśli zauważyliście, że:na Waszej liście prezentów są te wszystkie rzeczy? Cóż, jeszcze możecie uratować skórę ;-). Ale zanim o tym: co proponowalibyście jako idealny prezent last minute? Pomóżcie innym czytelnikom blogu, "zakupy ostatniej szansy" już wkrótce ;-).

      Opcja ratunkowa 1: Bon podarunkowy. Dziś już każda większa sieć handlowa ma w ofercie bony podarunkowe. Kupujesz to-to przy kasie, dorzucasz ładne opakowanie i jesteś bezpieczny. Oczywiście, warto żeby to był bon podarunkowy przynajmniej kierunkowo skorelowany z zainteresowanymi obdarowanego. Jeśli ktoś jest miłośnikiem książek, to pewnie bardziej ucieszy go bon do Empiku, niż do H&M. W ramach krótkich rekolekcji poniżej wklejam Wam fragment badań, z których wynika jakie bony podarunkowe najchętniej zobaczylibyśmy pod choinką. Ku inspiracji. Takie bony znacznie częściej będą prezentem, który ucieszy kobiety (15%), niż facetów (10%).

      Bony podarunkowe

      Opcja ratunkowa 2 (trudniejsza): karta pre-paid z kasą. Karta pre-paid (przedpłacona) to najzwyklejsza karta płatnicza, tyle, że nie przywiązana do ROR-u i nie związana z żadnym kredytem. Jak załadujesz ją pieniędzmi, to działa. Jak nie - to jest bezużyteczna. Kosztuje zwykle nie więcej, niż 10-15 zł i z reguły nie ma na niej nazwiska obdarowanego (chociaż karty pre-paid spersonalizowane też się zdarzają). Razem z kartą dostajemy pakiet startowy, czyli PIN do karty (żeby móc wypłacać nią kasę z bankomatu i zatwierdzać transakcje w sklepach) oraz numer rachunku do zasileń karty. Kłopot jest taki, że nie wszędzie taką kartę dają na poczekaniu. Wiem, że jeśli pójdziesz dziś do oddziału np. ING, to dostaniesz taki plastik od ręki i będziesz mógł go od razu załadować pieniędzmi. Karty pre-paid oferują też inne banki, z których najbardziej znane to mBank i BZ WBK oraz Bank Pekao. Ale nie sprawdzałem ich dostępności last minute. Minusem takiej karty jest to, że trzeba za nią bankowi zapłacić (nie wystarczy samo naładowanie jej kasą "prezentową") oraz że niektóre z nich mają miesięczną opłatę (np. 1 zł w Banku Pekao, o ile nie dopłaca się do karty pieniędzy co najmniej raz na pół roku), które mogą powoli "zjadać" prezent. W BZ WBK karta kosztuje 15 zł, ale nie ma opłaty miesięcznej. Wypłata z bankomatu kosztuje 5 zł (nawet z bankomatów własnych banku!). A sprawdzenie w bankomacie salda - 2 zł. Ale za to można wybrać jeden z wielu wzorów (na każdą okazję bank ma innego pre-paida). W ING z kolei można zażyczyć sobie indywidualny wizerunek i spersonalizować kartę. Sam plastik kosztuje na starcie 15 zł, ale nie ma opłaty miesięcznej. No i wypłaty gotówki z bankomatów ING są za darmo.

      ŻYCZĘ WAM UDANYCH ŚWIĄT! Szanowni Czytelnicy, mam nadzieję, że te Święta będą dla Was po prostu udane. Generalnie najczęściej życzy się "wesołych", ale jeśli o mnie chodzi, to wcale nie muszą być wesołe. Wystarczy, że będą relaksujące, trochę leniwe i pozwolą się zresetować przed... kolejnymi świętami :-). Udanych zakupów. No i - podobnie jak zaprzyjaźniony rysownik - życzę Wam, żebyście w tym roku nie pomylili szopki z shoppingiem ;-)

      Belniak Boże Narodzenie

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA ŚWIĘTA. Na Boże Narodzenie przygotowałem dla Was cykl wpisów pod choinkę. Jeśli nie wiecie co kupić na święta w prezencie dziecku, matce, dziadkowi, przyjaciółce lub kochankowi ;-), to zapraszam do subiektywnego niezbędnika Świętego Mikołaja. Jeśli zależy Wam na kondycji portfeli, to zobaczcie listę rzeczy, które mogą sprawić, że te święta mogą okazać się znacznie droższe, niż by się wydawało. Wspólnie prześwietlaliśmy też świąteczne "prezenty", które proponują Wam  banki. Dla tych, którzy wyjeżdżają świętować w góry, mam natomiast garść uwag, z których wynika, że imprezowanie na wysokości to nic innego, jak sport ekstremalny

      Jak pomnażać oszczędności

        SUBIEKTYWNOŚĆ POD CHOINKĄ. Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Plan skasowania przez rząd części pieniędzy z OFE prowokuje też pytania o nasze emerytury. Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki, a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie widać dno. Pytacie jakie kupić obligacje i o co kaman z funduszami inwestycyjnymi. O tym jak zrobić sobie najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także o tym jak bezboleśnie uskładać trochę grosza, przeczytacie w książkowym poradniku "Jak pomnażać oszczędności". Jest on wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książka stała się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. To może być świetny upominek pod choinkę. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA FEJSIE I TWITTERZE. Blog "Subiektywnie o finansach" odwiedza systematycznie co najmniej 150.000 internautów. Ale społeczność, która miłuje subiektywność  i finanse to nie tylko ta strona w internecie, na której właśnie jesteś, ale i fan-page blogu na Facebooku (ponad 20.000 fanów) oraz grupa osób śledzących blog na Twitterze (ponad 1700 followersów). Jeśli korzystacie z Facebooka lub Twittera, zapraszam Was do "polubienia" blogu. Znajdziecie na tych stronach jeszcze więcej moich - a także Waszych, bo większość postów nawiązuje do korespondencji od Was - spostrzeżeń dotyczących produktów finansowych, nieetycznych praktyk oraz nowinek w ofertach instytucji finansowych. Zapraszam!

      SUBIEKTYWNOŚĆ TAKŻE NA YOUTUBE. SUBSKRYBUJ! Muszę Wam powiedzieć na uszko (większą informację zamieszczę dopiero po Świętach), iż blog "Subiektywnie o finansach" będzie teraz występował znacznie częściej w formie wideo. Właśnie rusza subiektywny kanał, na którym będą się pojawiały moje subiektywne komentarze, opowieści o bankowych absurdach, a także prześwietlanie reklam bankowych. Zapraszam Was do subskrybowania subiektywności na YouTube  ;-). Aby to zrobić, skorzystajcie z linka: https://www.youtube.com/user/maciejsamcik.

      Subiektywnie o finansach Youtube

      Z okazji Świąt proponuję Wam obejrzeć mój pojedynek na miny z nie byle kim, bo z samym Kevinem Spaceyem. Poszło o jego loterię kredytową, w której można wygrać auto, albo iPada pod warunkiem, że się wykupi dodatkowo ubezpieczenie. Ile kosztuje los na tę loterię? Zapraszam do obejrzenia ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Sześć najgorszych prezentów pod choinkę. I dwa pomysły na to, by uratować honor ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 16:08
    • Taki prezent pod choinkę? Zlikwidują fajne konto, zetną money-back, zabiorą fachowców

      Kilkoro klientów Alior Banku pochwaliło mi się, że dostali tuż przed weekendem wyprzedzeniowy przedświąteczny prezent. Jest nim list z banku z informacją o szykujących się od marca przyszłego roku kolejnych zmianach w taryfach prowizji. Nie można powiedzieć, że są one jednoznacznie negatywne, ale z pewnością wielu klientom się nie spodobają, bo uderzają w dwie usługi wyróżniające Aliora od konkurencji - w zwrot części pieniędzy, które klienci wydają na zakupach oraz w usługę assistance, dołączaną do niektórych kont.  Najpoważniejsza zmiana to likwidacja "Konta Zakupowego", czyli ROR-u, który do tej pory pozwalał oszczędzać 1% na wszystkich zakupach opłaconych kartą. Konto co prawda nie jest tanie, bo kosztuje 7 zł miesięcznie, a dodatkowo 5 zł bank pobiera za kartę, ale za to limit money-backu jest bardzo wysoki (bodaj do 1000 zł miesięcznie), więc jeśli ktoś często płaci kartą, to na swoje na pewno wyjdzie. "Konto Zakupowe" ma też drugą przyjemną cechę - jeśli ktoś przelewa na nie pensję, stypendium albo emeryturę, to ma w gratisie także domowe assistance.

      W marcu klienci posiadający "Konto Zakupowe" zostaną przymusowo przeniesieni do "Konta Rozsądnego", które ma znacznie bardziej rozstrzelone koszty (w zależności od aktywności klienta) oraz nie ma już tak rozbudowanych bonusów. W "Koncie Rozsądnym" opłata miesięczna wynosi 8 zł plus 9 zl za kartę debetową, ale można te opłaty zbić do 5 zł miesięcznie, o ile na ROR wpływa pensja, emerytura, renta albo stypendium. A więc jeśli ktoś używa konta w Alior Banku jako drugiego, to zapłaci teraz aż 17 zł, a jeśli jest to konto podstawowe - w nowej wersji będzie ponosił koszty rzędu 5 zł miesięcznie (za "Konto Zakupowe" płacił 12 zł). A o co chodzi z cięciem bonusów? Po pierwsze w "Koncie Rozsądnym" nie będzie już za darmo domowego assistance. Po drugie money-back jest ograniczony tylko do zakupów w sklepach spożywczych i marketach sieci "Biedronka" (jeśli płacimy za pomocą usługi iKasa). Po trzecie ów money-back jest limitowany i nie może przekroczyć 50 zł miesięcznie oraz 400 zł rocznie. Po czwarte zamiast dotychczasowych 5% money-back w "Koncie Rozsądnym" wyniesie tylko 3% wartości zakupów. Inna sprawa, że w regulaminach na stronie internetowej w niedzielę wciąż "wisiała" jednak wersja mówiąca o zwrocie w wysokości 5%. W reklamowych banerkach też jest jeszcze 5%.

      Alior konto rozsądne

      Poza obniżeniem dopłat w ramach money-back w "Koncie Rozsądnym" i skasowaniem mającego znacznie wyższy money-back "Konta Zakupowego" w Aliorze przestaną w ogóle zwracać pieniądze za zakupy dokonane kartami kredytowymi Silver, Gold i Platinum. Już jakiś czas temu bank skasował program money-back dla klientów, którzy mają w Aliorze tylko kartę kredytową, albo ROR z "kredytówką", ale bez systematycznych wpływów, jednak teraz niestety dopłaty zostaną w ogóle wycofane. Co ten pakiet zmian oznacza dla klientów Aliora? Jeśli ktoś wydawał kartą 3000 zł i miał "Konto Zakupowe", to poza darmowymi hydraulikami, elektrykami i specami od napraw różnych miał też 30 zł miesięcznego zwrotu. Po potrąceniu opłat za konto zostawało 18 zł. Teraz (przy założeniu, że 30% wydatków przypada na sklepy spożywcze), będzie miał 3% od 1000 zł, czyli też 30 zł (po uwzględnieniu kosztu konta będzie to od 13 zł do 25 zł, w zależności od wpływów). W sumie więc różnica nie jest aż tak poważna, jak wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Stracą klienci, dla których Alior jest drugim bankiem i ci, którzy lubili assistance.

      "Konto Rozsądne" w Alior Banku nie jest jakimś wielkim badziewiem. Jego cena - od 5 zł do 17 zł miesięcznie - co prawda budzi grozę, ale za to oferowany money-back (do 50 zł miesięcznie i do 400 zł w skali roku, ale tylko w sklepach spożywczych) wciąż plasuje go wśród pięciu-sześciu stosunkowo najbardziej szczodrych banków. No i wciąż mamy tu darmowe wszystkie bankomaty w kraju i na świecie. Teraz jeszcze słów kilka o innych zmianach, które zakomunikowano właśnie klientom Aliora. Najpierw te dobre: bank zmniejszył ze 150 euro do 50 euro limit odpowiedzialności klienta za nieautoryzowane transakcje kartą zbliżeniową. To miłe, ale moim zdaniem, jeśli bank nie daje możliwości wyłączenia funkcji zbliżeniowej (a Alior, zdaje się, nie daje), to powinien brać na siebie 100% odpowiedzialności. Dobrze, że w Aliorze robią przynajmniej pierwszy krok, w wielu innych bankach nawet na to się nie zdecydowano. Druga zmiana in plus to możliwość ustanowienia limitu dziennego transakcji zbliżeniowych. Klient będzie mógł sam zdecydować ile pieniędzy dziennie będzie mógł wydać przez zbliżenie. I ile potencjalnie może stracić, jeśli karta dostanie się w niepowołane ręce. Zła wiadomość: limit dotyczy tylko transakcji rozliczanych online (nie obejmuje tych, które są wykonywane w trybie offline, czyli bez połączenia terminala sklepowego z bankiem)

      Zmiany in minus to wyższe prowizje za sprawdzanie w bankomacie salda konta. Kto ma taki nawyk, że lubi przy okazji wypłaty pieniędzy zapytać o saldo, lepiej żeby się go wyzbył. Do tej pory bank brał za takie sprawdzenie 1 zł prowizji, a od marca będzie kasował aż 5 zł. W górę idzie też oprocentowanie debetu dołączonego do kont osobistych oraz cena przyznania bądź przedłużenia tej usługi. Otóż opłata za przyznanie limitu, która dziś wynosi 1,6%, od wiosny będzie wynosiła 1,8%, ale nie mniej, niż 75 zł. Jeśli chodzi o oprocentowanie limitu, to w górę pójdzie tzw. mnożnik, który uzależnie odsetki od oficjalnych stóp procentowych NBP. Do tej pory była to 3,5-krotność stopy lombardowej NBP, a teraz będzie 4-krotność. Innymi słowy przy obecnej stawce stopy lombardowej NBP (4%) oprocentowanie debetu w koncie wzrosłoby z 15% do 16% w skali roku. Jeśli więc mam 5000 zł debetu i jest on wykorzystany "pod korek", to będę płacił o 50 zł więcej odsetek rocznie (800 zl zamiast 750 zł). Za przedłużenie debetu o kolejny rok zapłacę zać 90 zł zamiast dotychczasowych 80 zł. W sumie więc za 5000 zł debetu oddam bankowi o 60 zł więcej, niż dotychczas. Widać w Aliorze wciąż trwa powolne przycinanie korzyści dla klientów. Ale to i tak stosunkowo mały problem dla banku - najbardziej ryzykowną zmianę, czyli wprowadzenie opłat za konto i kartę bank ma już - w odróżnieniu od niektórych konkurentów - za sobą.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA ŚWIĘTA. Na Boże Narodzenie przygotowałem dla Was cykl wpisów pod choinkę. Jeśli nie wiecie co kupić na święta w prezencie dziecku, matce, dziadkowi, przyjaciółce lub kochankowi, to zapraszam do subiektywnego niezbędnika Świętego Mikołaja. Jeśli zależy Wam na kondycji portfeli, to zobaczcie listę rzeczy, które mogą sprawić, że te święta mogą okazać się znacznie droższe, niż by się wydawało. Wspólnie prześwietlaliśmy też świąteczne "prezenty", które proponują Wam  banki. Dla tych, którzy wyjeżdżają świętować w góry, mam natomiast garść uwag, z których wynika, że imprezowanie na wysokości to nic innego, jak sport ekstremalny

      Jak pomnażać oszczędności

      SUBIEKTYWNOŚĆ POD CHOINKĄ. Pytacie mnie często w listach jak zabrać się do systematycznego oszczędzania. Plan skasowania przez rząd części pieniędzy z OFE prowokuje też pytania o nasze emerytury. Niektórym z Was urodziło się dziecko, niektórzy dostali podwyżki, a inni zorientowali się właśnie, że na ich koncie widać dno. Pytacie jakie kupić obligacje i o co kaman z funduszami inwestycyjnymi. O tym jak zrobić sobie najprostszy plan systematycznego oszczędzania, a także o tym jak bezboleśnie uskładać trochę grosza, przeczytacie w książkowym poradniku "Jak pomnażać oszczędności". Jest on wśród sześciu książek, które musisz przeczytać według blogu "Jak oszczędzać pieniądze". W konkursie "Economicus" zdobył wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książka stała się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w pierwszym półroczu po debiucie. To może być świetny upominek pod choinkę. Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka.

      SUBIEKTYWNOŚĆ NA FEJSIE I TWITTERZE. Blog "Subiektywnie o finansach" odwiedza systematycznie co najmniej 150.000 internautów. Ale społeczność, która miłuje subiektywność  i finanse to nie tylko ta strona w internecie, na której właśnie jesteś, ale i fan-page blogu na Facebooku (ponad 20.000 fanów) oraz grupa osób śledzących blog na Twitterze (ponad 1700 followersów). Jeśli korzystacie z Facebooka lub Twittera, zapraszam Was do "polubienia" blogu. Znajdziecie na tych stronach jeszcze więcej moich - a także Waszych, bo większość postów nawiązuje do korespondencji od Was - spostrzeżeń dotyczących produktów finansowych, nieetycznych praktyk oraz nowinek w ofertach instytucji finansowych. Zapraszam!

      SUBSKRYBUJ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE! Muszę Wam powiedzieć na uszko (większą kampanię informacyjną zrobię dopiero po Świętach), iż blog "Subiektywnie o finansach" będzie teraz występował znacznie częściej w formie wideo. Właśnie rusza subiektywny kanał, na którym będą się pojawiały moje subiektywne komentarze, opowieści o bankowych absurdach, a także prześwietlanie reklam bankowych. Zapraszam Was do subskrybowania subiektywności na YouTube. Aby to zrobić, skorzystajcie z linka: https://www.youtube.com/user/maciejsamcik.

      Subiektywnie o finansach Youtube

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Taki prezent pod choinkę? Zlikwidują fajne konto, zetną money-back, zabiorą fachowców”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 grudnia 2013 07:52

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line