Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 grudnia 2014
    • Najważniejsze, najszokujące, najgorętsze... Przeżyjmy TO jeszcze raz, choć bywało straszne ;-)

      Czas na ostatni wpis blogowy w tym roku. Poświęcę go temu, co działo się w 2014 r. wokół Waszych portfeli i co na bieżąco relacjonowałem na stronie "Subiektywnie o finansach", na stronach blogu w serwisach społecznościowych oraz na kanale w YouTube. W tym czasie ukazało się 460 wpisów, co - biorąc pod uwagę soboty, niedziele i święta wolne od pracy - daje średnią 1,85 wpisu na jeden dzień roboczy. Łącznie od 1 stycznia do 31 grudnia 2014 r. odwiedziliście strony blogu 5.152.066 razy, zaś najpopularniejsze wpisy czytaliście ponad 40.000 razy. Ale blog to także ponad 26.000 fanów na Facebooku, prawie 4.000 followersów na Twitterze i niecały 1.000 widzów na YouTube, o czym donoszę Wam z dumą oraz dziękując za Wasz wkład w popularność, jaką dzięki Wam osiągam. Czas na mały ranking najważniejszych, najbardziej szokujących i najpopularniejszych tekstów roku.

      PIĘĆ NAJWAŻNIEJSZYCH TEMATÓW ROKU. Czym najbardziej podniecałem się w tym roku? Oczywiście na pierwszym miejscu muszą znaleźć się "Nabici" oraz efekty ich działalności. Oni sami prawomocnie wygrali w sądzie zbiorowy proces z mBankiem. Zaczęli też wygrywać indywidualnie, ale ważniejsze jest, że otworzyli puszkę Pandory. Wydarzeniem 2015 r. będzie pewnie wielki pozew grupowy przeciwko Bankowi Millennium. "Nabici" przy nich to pikuś. W temacie spraw "hipotecznych" rozgrzał mnie też słynny wyrok "szczeciński". Drugi najważniejszy temat roku to sensacyjny zwrot akcji w sprawie opłat likwidacyjnych. Aegon, jako pierwsza firma ubezpieczeniowa, zaczął zwracać pieniądze klientom, którzy do tej pory byli "uwięzieni" w jego polisach, a nie byli z nich zadowoleni. Rok 2015 powinien przynieść ciąg dalszy tej fali, która powinna też objąć innych ubezpieczycieli. Temat numer trzy to na pewno ważna decyzja, którą każdy z nas musiał podjąć co do swojej przyszłości "emerytalnej". Sam ZUS, czy ZUS plus OFE? O tym było sporo w blogu. Tak samo, jak o brudnej kampanii rządu anty-OFE. Czwarty najważniejszy temat roku to dla mnie kłopoty finansowe SKOK-ów - niewykluczone, że w 2015 r. ostatecznie wyjaśni się przyszłość systemu: czy przetrwa i w jakiej postaci. Temat numer pięć? Chyba afera wokół referendum szwajcarskiego z ważnym wątkiem pt. "frank po 4 zł". Albo wojna na Wschodzie, która rzutuje na portfele każdego z nas.

      PIĘĆ NAJDZIWNIEJSZYCH HISTORII ROKU. Zdziwienie ogarniało mnie w kończącym się roku niezwykle często. Ale najbardziej kiedy pisałem tekst o nieprawdziwym wpisie w BIK, który kosztował mojego czytelnika 5000 zł. I o tym, jak bank windykował... 1,5 zł długu, który wcześniej sam umorzył. Totalne zdziwienie ogarnęło mnie też kiedy widziałem niezły meksyk, który ogarnął jednego z moich czytelników. Kowboje z USA zarekwirowali przelew na 3000 dolarów, bo był... źle zatytułowany. I przez trzy lata nie chcą oddać! Wstrząsnął mną też kuriozalny konkurs BNP Paribas - obiecali klientom tablety, a potem ogłosili, że się... skończyły. Na szczęście później przeprosili i obiecali, że wszystko odkręcą  Masakrą była też dla mnie informacja o tym, że bank zawiadomił kredytobiorców, iż jednostronnie zmienia im umowy kredytowe. Wiele wskazuje na to, że bezprawnie.  Miejsce w "wielkiej piątce" należy się też najdłuższej awarii świata. W kartach popsuł się czip, więc klienci byli uziemieni przez miesiąc. Na liście rezerwowej są też historyjki o czytelniczce, która skoczyła na pocztę po polecony, a tam została... "aresztowana" oraz o kliencie PKO BP, który zablokował sobie dostęp do usług. Bank, zamiast go ratować, oświadczył, że "regulamin tego nie przewiduje".

      NAJCZĘŚCIEJ KLIKANE TEKSTY ROKU. Ze statystyk Google Analytics wynika, że najczęściej czytanym tekstem blogowym w kończącym się roku był... artykuł opublikowany w listopadzie 2013 r., poświęcony temu jak sprytny klient banku prostym trikiem przechytrzył komornika. Na drugim miejscu znalazł się tekst z września 2013 r., o tym, że firma pożyczkowa jest jak dealer narkotyków - pierwszą działkę daje gratis, a potem wysysa klientów. Trzeci najpopularniejszy tekst blogowy w 2014 r.  to opublikowana w lutym opowieść o tym jak internetowi złodzieje kradną nasze pieniądze. Czwarte miejsce przypadło wpisowi poświęconemu pomysłowi Tauronu, który w promocji sprzedawał prąd tańszy, czyli... droższy. Piątym najchętniej czytanym tekstem był ten, w którym opisałem sześć największych pułapek rat zero procent.

      NAJCZĘŚCIEJ "LAJKOWANE" TEKSTY ROKU. Które teksty w kończącym się roku najbardziej przypadły Wam do gustu? Najwięcej "lajków" otrzymał od Was tekst o tym jak rząd zaczął "informować" nas w sprawie wyboru ZUS-OFE, czyli o brudnej kampanii manipulowania Polakami, prowadzonej za pieniądze podatników (1140 polubień).  Lubiliście też historię o tym jak internetowi złodzieje kradną nam pieniądze. Sześć strasznych opowieści z morałem dostało 961 polubień. Sześć pomysłów na to jak dokuczyć Putinowi nie wysyłając ani jednego czołgu "zalajkowaliście" 610 razy.  A tekst o tym ile kosztuje jeżdżenie własnym samochodem - 442 razy. Piąte miejsce - z wynikiem 326 polubień - zdobył tekst o pięciu argumentach za pozostaniem w OFE oraz o pięciu argumentach przeciw.  Identyczny wynik, a więc również piąte miejsce ex eaquo, przypada wyznaniom doradcy finansowego, który na piśmie opowiedział, że kłamał i oszukiwał klientów, bo tak mu kazali i tak go szkolili. Z kolei najwięcej komentarzy pod wpisem zdobył tekst o tym, że w unijnym trybunale mówiono o spreadzie, a konkluzja była rewolucyjna: "Frankowi kredytobiorcy mogli być wprowadzeni w błąd" (156 komentarzy). Drugim najchętniej komentowanym tekstem był wpis "Bez łaski w Łasku. Wzięła 460.000 zł kredytu, ma oddać 950.000 zł. Umorzyć? Nie umorzyć?" (136 komentarzy).

       Belniak_Samcik_blog_5lecie_032014_002

      Dla mnie to był bardzo udany rok. Dzięki ciężkiej, codziennej pracy oraz dzięki Wam udało mi się zdobyć cenne trofea - m.in. nagrodę Grand Press Economy, tytuł "Najbardziej społecznościowy blog roku", a także tytuł "Herosa rynku kapitałowego", przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych i tytuł finalisty nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby. Gdybym miał sobie czegoś życzyć na 2015 r., to chyba tylko tego, żeby nie był gorszy od tego, który odchodzi. Wam życzę - oprócz udanego Sylwestra (szampańskiej zabawy jeśli ktoś lubi się bawić oraz spokojnej refleksji dla tych, którzy nie lubią hałasu) - tego, żeby w Waszych prywatnych portfelach 2015 r. był na plusie. A ja, na stronach blogu, postaram się o to zadbać ;-) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Najważniejsze, najszokujące, najgorętsze... Przeżyjmy TO jeszcze raz, choć bywało straszne ;-) ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 grudnia 2014 17:56
    • O chłopakach z klubiku, czyli niby-Związek krzewi standardy na rynku pożyczek pozabankowych

      Na rynku firm oferujących pożyczki pozabankowe trwa wojna o rząd dusz - zarówno klientowskich, jak i poselskich. Po jednej stronie są firmy chwilówkowe (takie, jak Vivus, Kredito24, ViaSMS, czy SMS365), które oferują mikropożyczki dostępne przez internet lub telefon, często  z opcją "pierwsza pożyczka gratis". Po drugiej - firmy oferujące pożyczki na dłuższy czas i wyższą kwotę i działające poprzez tradycyjne kanały dystrybucji (czyli przez agentów). "Chwilówkowicze" walczą o jak najbardziej liberalne prawo dotyczące udzielania mikropożyczek, zaś firmy "tradycyjne" - o możliwie restrykcyjne, które utrudni "chwilówkowiczom" uzależnianie od siebie klientów i wpędzanie ich w pętlę szybko rolowanych długów (bo przez te szybko rolowane pożyczki w pętlę długów nie mogą ich wpędzać firmy udzielające pożyczek na dłużej ;-)). Wokół obu grup działają "soliści", którzy mają swoją własną politykę. Od "chwilówkowiczów" izoluje się Wonga.com, budująca wizerunek firmy uczciwszej, grającej bardziej fair (np. Wonga nie przedłuża klientom pożyczek w nieskończoność i nie uznaje zasady "pierwsza pożyczka gratis"). W swojej lidze gra też Provident, który kiedyś miał naturalny monopol na rynku pożyczek pozabankowych,a teraz broni się przed utratą klientów. Jest też liga najniższa, czyli firm "z słupów ogłoszeniowych", której wpływy trudno oszacować, a którą wszystkie pozostałe grupy firm pożyczkowych najchętniej zmiotłyby z powierzchni ziemi (choć być może nie miałoby to sensu, bo firmy "z słupa" obsługują osoby z segmentu sub-subprime, po które nie schylą się nawet niektórzy "chwilówkowicze").

      Projektowana w Ministerstwie Finansów ustawa, która ma ograniczyć pozaodsetkowe koszty pożyczek, na razie uderza głównie w firmy chwilówkowe. Limity kosztów sumują się w okresach 120-dniowych, co oznacza, że udzielanie przez jedną firmę jednemu klientowi trzech miesięcznych pożyczek z rzędu mocno utrudni możliwość pobierania za tą ostatnią jakichkolwiek większych kosztów. W ustawie jest też obowiązek wymieniania się przez firmy pożyczkowe danymi z bankową bazą BIK, co jest kosztowne i większość firm chwilówkowych tego nie chce robić. Innym polem dyskusji jest powstanie rejestru firm pożyczkowych, w którym klienci mogliby sprawdzić czy dana firma działa legalnie i spełnia wymogi ustawy, czy też nie. Sęk w tym, że ani Komisja Nadzoru Finansowego, ani Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, ani Ministerstwo Gospodarki nie mają najmniejszej ochoty na "odwalanie" tej roboty. A Narodowy Bank Polski w ogóle najchętniej zamknąłby pozabankowych pożyczkodawców w kryminale ;-), prowadząc akcję "Zanim podpiszesz", w zawoalowany sposób zniechęcającą do korzystania z ofert pożyczek pozabankowych.

      ZFPWśród kilku organizacji lobbingowych, które prowadzą wojnę o rząd dusz, jest twór o nazwie Związek Firm Pożyczkowych. Te chłopaki działają bez kompleksów i nie przejmując się konwenansami. Chwalą się, że skupiają 70% rynku niebankowych pożyczkodawców udzielających pożyczek przez internet. Krótko mówiąc: firm chwilówkowych pożyczających średnio na 20% w skali miesiąca. Członkami ZFP jest 14 firm, wśród nich Vivus.pl, czy Kredito24, by wymienić tylko te najbardziej znane. Czytając na stronie organizacji o jej misji i celach można się popłakać ze wzruszenia. Aż trudno uwierzyć, że tylu dobrych ludzi, nie wahajmy się użyć słowa "społeczników", udało się zgromadzić w jednym miejscu. Brakuje tam chyba tylko pewnego pana prezesa oraz jego bańki

      "ZFP to stowarzyszenie firm, które wspólnie chcą zmienić obraz branży pożyczek pozabankowych i zgadzają się, że warto promować i stosować najwyższe standardy biznesowe i etyczne. (...) Każda firma w ZFP zobowiązana jest do rzetelnego badania zdolności kredytowej klienta (...). Wszyscy klienci sprawdzani są w BIG lub BIK. Wzory umów i czytelne tabele opłat opublikowane są w widocznych miejscach na stronach internetowych i dostępne są przed złożeniem wniosku. Na stronie podane są też koszty, a firmy obowiązuje absolutny zakaz stosowania ukrytych opłat. Żadna firma związkowa nie pobiera bezzwrotnych opłat za rozpatrzenie wniosku. Osoba która nie spłaci pożyczki, nie otrzyma kolejnej, co zabezpiecza przed spiralą długów. Reklamy podlegają ocenie przed Radę Etyki, dlatego nie wprowadzają klientów w błąd, a firmy zrzeszone w ogóle nie stosują nielegalnej reklamy ulotkowej"

      - czytam na stronie internetowej ZFP. No, po prostu samo dobro. A znane z handlu narkotykami pomysły na "pierwszą pożyczkę gratis", od których w mózgu następują nieodwracalne zmiany? ;-). O tym, niestety, w papierach ani słowa. Jest to wybitnie nieetyczna praktyka, ale ponieważ członkowie ZFP akurat ją stosują, to w katalogu nieetycznych zabrakło dla niej miejsca . ZFP swoje cele realizuje poprzez bardzo śmiałe inicjatywy. Postanowił się np. podwiesić pod wspomnianą wyżej akcję NBP i wypuścił poprzez agencję PAP komunikat, w którym informuje o swoim udziale w kampanii promocyjnej akcji. Przedstawiciele ZFP informowali o tym fakcie również w radio i gazetach.. Zapomnieli tylko wcześniej zapytać o zgodę organizatorów akcji. Wiem, że z banku centralnego poszedł ostry komunikat do przebojowych, niczym warzywa Bonduelle, chłopaków ze Związku Firm Pożyczkowych: "Nie wyrażaliśmy zgody na wspólne działania informacyjne". NBP zażądał od "chwilówkowej" organizacji, żeby usunęła ze swojej strony internetowej teksty informujące o wspólnych działaniach kampanijnych. Bo bank centralny działania kampanijne, owszem, prowadzi, ale po to, żeby zniechęcić konsumentów do pożyczania pieniędzy na lichwiarski procent. Czyli mniej więcej na taki, na jaki pożyczają pieniądze firmy-członkowie ZFP ;-)

      Dzielne chłopaki z ZFP nie przejmują się jednak totalnym niezrozumieniem swoich działań przez urzędasów z NBP i nadal prowadzą "w imieniu rynku" (czyli 14 firm udzielających chwilówek) szeroko zakrojone działania mające na celu krzewienie standardów. Na początku 2015 r. planują uruchomić Rejestr Firm Pożyczkowych oraz "Program Ochrony Konsumenta" i system "Bezpieczny Dowód". W ZFP doszli do wniosku, że skoro żaden urząd publiczny nie kwapi się, żeby utworzyć rejestr firm pożyczkowych, to oni się pokuszą. W niedawnym komunikacie ZFP tak uzasadniał tę koncepcję:

      "Projekt jest elementem samoregulacji branży i zmierza do wskazania klientom najlepszych firm godnych zaufania oraz napiętnowania patologii. (...) Rejestr firm pożyczkowych to postulat jaki Związek zgłaszał od początku swojej działalności. Ideę tą popierają również partnerzy, z którymi współpracujemy. Chcemy, aby lista stała się pełnym katalogiem legalnych firm pożyczkowych działających w Polsce"

      Jak to możliwe, by jedna z kilku organizacji lobbingowych, zrzeszająca raptem tylko część jednego z segmentów rynku pożyczkowego, poczuwała się do regulacji całej branży pożyczek? I - jak rozumiem - do oceniania kto jest rzetelny, etyczny,legalny i godny zaufania, a kto nie? Mógłbym się np. spodziewać, że w Rejestrze znajdą się tylko te firmy, które zostaną uznane za "godne zaufania" przez firmy chwilówkowe zrzeszone w ZFP. Dobrze by więc było, aby taka rzetelna i "godna zaufania" firma nie udzielała pożyczek zbyt tanio. Bo taniość jest zła. Taniość obniża standardy. Proponuję też, by z góry skreślać z rejestru firmy, które nie udzielają pożyczek w modelu "pierwsza działka gratis". Brak nowoczesnego zmysłu marketingowego to defekt, który powinien skutkować dożywotnim zakazem umieszczenia danej firmy w Rejestrze. Dworuję sobie trochę, ale nie mogę wyjść z podziwu jak można było wpaść na taki dziwaczny pomysł. Jeśli ktoś powinien prowadzić rejestr firm pożyczkowych, to niezależna organizacja, najlepiej publiczna, a nie związek skupiający niektóre firmy z mocno niejednolitej i skłóconej ze sobą branży.

      Nota bene, wygląda na to, że Związek Firm Pożyczkowych nie jest nawet tym, za kogo się podaje. Jeśli zerknąć na statut tej radosnej hałastry - dostępny zresztą na jej stronie internetowej - to można się dowiedzieć, że ZFP to stowarzyszenie o nazwie "Związek Menedżerów Firm Pożyczkowych", którego tzw. członkowie zwyczajni to "pełnoletnie osoby fizyczne". Można być też członkiem wspierającym - tu dozwolony jest udział osoby prawnej, o ile udziela wsparcia finansowego, a nie jedynie duchowego - albo honorowym. Jednak tylko osoby fizyczne - członkowie zwyczajni oraz honorowi - mogą głosować na walnym zebraniu członków stowarzyszenia. Wygląda więc na to, że Związek Firm Pożyczkowych to tak naprawdę stowarzyszenie czternastu (?) gości, którzy zarabiają kasę na udzielaniu pożyczek na wysoki procent (niektórzy powiedzą bez ogródek, że na lichwiarski). Te radosne chłopaki w publicznym obrocie używają innej nazwy, niż "prawdziwa", a na stronie internetowej podają wyłącznie nazwy członków-firm (czyli członków wspierających, bez prawa głosu) oraz członków zarządu: tu brylują Jarosław Ryba, Loukas Notopoulos i Adam Dąbrowski.

      Organizacja wprowadzająca w błąd opinię publiczną co do swojej "tożsamości" (zgodzicie się, że związek firm to jednak co innego, niż związek menedżerów zatrudnionych w firmach ;-)), już na starcie ma u mnie duży minus, zwłaszcza jeśli na sztandarach niesie szerzenie dobrych praktyk, etyki i innych szczytnych wartości. Prowadzenie Rejestru Firm Pożyczkowych przez tego typu stowarzyszenie osób prywatnych zakrawałoby na kabaret. A przecież nie jest to szczyt ambicji Związku Firm Pożyczkowych, vel Stowarzyszenia "Związek Menedżerów Firm Pożyczkowych". Ten klubik menedżerski chce prowadzić m.in. program "Bezpieczny Dowód", którego zadaniem będzie ochrona konsumentów w przypadku utraty dowodu osobistego. Prawdopodobnie oznacza to, że Stowarzyszenie vel Związek będzie gromadziło jakieś dane osobowe, a być może nawet powstanie z tego klubowa baza danych. Umieram z ciekawości czy będzie przechowywana na serwerach w Polsce i zgłoszona do GIODO, czy też klubik, jak to miewa w zwyczaju, nie będzie się przejmował konwenansami i serwery z danymi postawi tam, gdzie nie trzeba niczego zgłaszać ;-). Jeśli "samoregulacja" branży pożyczkowej ma być robiona w taki sposób, to ja wysiadam. Co prawda sam też czasem wyznaję zasadę "chrzanić konwenanse", ale w porównaniu z chłopakami z klubiku czuję się jak ponury zgred ;-).

      SKOKpanoramaSUBIEKTYWNY SKOK NA WIZJĘ. W ostatnich tygodniach sporo subiektywności pojawiło się w telewizji w związku z niepewną sytuacją SKOK-ów. Jako dziennikarz, który - równolegle z Bianką Mikołajewską - ujawniał od 2004 r. nieprawidłowości wokół SKOK-ów, jestem pytany przez kolegów-dziennikarzy z telewizji jaka może być przyszłość spółdzielczego systemu i w jaki sposób można by go naprawić. Na razie po stronie strat jest zniknięcie z rynku czterech Kas. Po upadłości SKOK-u tvn_bisWspólnota (w ramach pomocy Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić członkom Kasy ponad 800 mln zł). ten sam los spotkał SKOK Wołomin (prawdopodobnie będzie to kosztowało 2,5 mld zł), zaś dwa kolejne SKOK-i zostały przejęte przez banki (SKOK w Rumi i SKOKsuperstacja21 Kopernik). Duża część pozostałych SKOK-ów prowadzi programy naprawcze i w zależności od ich efektów okaże się czy będą mogły dalej prowadzić samodzielną działalność. Niestety, wszystko wskazuje na to, że naprawianie SKOK-ów jeszcze trochę potrwa, zaś klienci banków zapłacą jeszcze za złe zarządzanie Kasami w przeszłości i za brak skutecznego nadzoru nad nimi, za który odpowiedzialność ponosi ekipa Grzegorza Biereckiego, dziś senatora wybranego z listy PiS. 

      SUBIEKTYWNIE O ŚWIĄTECZNYCH PUŁAPKACH. W ostatnich dniach sporo subiektywności było na wizji w temacie kosztów świątecznych. Podpnsswieta21obno statystyczna rodzina wydała na święta 1150 zł (tak wynika z raportu Deloitte), co oznacza, że wspólnie wydaliśmy na prezenty, jedzenie i odwiedzanie rodziny kilkanaście miliardów złotych. Sądząc po statystykach z poprzednich lat tvrep1faktyczne wydatki były nieco niższe - zwykle deklarujemy, że wydamy w święta 10-15% więcej, niż wydajemy naprawdę. O tym jak na świąteczne przygotowania wydać mniej, mówiłem m.in. w programie śniadaniowym TVP2 (tam opowiadałem o tym jak na świątecznych zakupach oszczędzała moja babcia) oraz w Telewizji Republika (tam ostrzegałem głównie przed pułapkami rat 0%). W ramach przedświątecznych ostrzeżeń odwiedziłem również w porannym programie Piotra Maślaka z TOK FM. Tym z Was, którzy obejrzeli i się zainspirowali - dziękuję. W nagrodę macie więcej pieniędzy w portfelach. Kolejna porcja świątecznych rad już za niespełna rok ;-)

      pnsswieta1

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Jak inwestować i pomnażać

      SUBIEKTYWNE POSTANOWIENIE NOWOROCZNE. Idealny prezent to taki, który z jednej strony cieszy oko dającego i przyjmującego tenże, a z drugiej - pozwala żyć lepiej, efektywniej lub przyjemniej - czyli na coś się przyda. Oba te warunki spełniają moje książki, które polecam Wam jako pomysły na upominek wspierający postanowienia noworoczne. Jeśli chcielibyście przekazać komuś bliskiemu wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - kupcie mu poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      SUBIEKTYWNIE PODCZAS SPOTKANIA FINANSOWYCH LIDERÓW. Jak wiecie, czasem pojawiam się na bankowych imprezach, by krzewić dobre standardy i zachęcać bankowców do budowania strategii dobrych nie tylko dla nich, ale też dla ludności cywilnej ;-). Niedawnomiałem przyjemność gościć na "Spotkaniu Liderów Bankowości i Ubezpieczeń" w warszawskim hotelu Westin. Wśród wielu zagadnień, nad którymi pochylali się eksperci, była przyszłość sprzedaży ubezpieczeń dołączanych do produktów bankowych. Moja opinia o missellingu oraz nadużyciach, jakie się w tym biznesie pojawiają, przedstawia się na tym zdjęciu ;-). Ale mówiłem też, że dla firm ubezpieczeniowych możliwość korzystania z bankowego "dotarcia" do klientów oraz z pokładów Big Data, pozwalających zaoferować klientowi np. usługę assistance skrojoną pod jego potrzeby, jest dziś jedną z największych atrakcji.  A przyszłością branży finansowej są bardzo ścisłe sojusze strategiczne bankowców i ubezpieczycieli.

      10688091_705549909522463_3303782401664734494_o

      SUBIEKTYWNOŚĆ NIENIEODPOWIEDZIALNA. Miałem też ostatnio okazję ponownieuczestniczyć w konferencji "Nienieodpowiedzialni" i dyskutować z biznesmenami, etykami, psychologami, finansistami, ekonomistami o tym, czy sprzedaż produktów finansowych może być etyczna. I czy jest sprzeczność między wyznawaniem wartości, a liczeniem pieniędzy z prowizji. Wyszedłem z tej dyskusji z przekonaniem, że nawet jeśli dziś jeszcze klienci nie doceniają firm działających etycznie, to powoli zaczynają dostrzegać, iż czasem warto nawet zapłacić za usługę finansową więcej, by mieć pewność, iż jej dostawca nie wbije noża w plecy w myśl zasady, iż bankowiec to takie zwierzę, które sprzeda ci parasol, gdy świeci słońce i zabierze go, kiedy spadnie deszcz. Zapraszam do obejrzenia relacji z konferencji oraz moich spostrzeżeń na gorąco

      nienieodpscreen

      DORADCA BANKU CZY KLIENTA? Miałem ostatnio okazję prowadzić dyskusję podczas dorocznego spotkania certyfikowanych doradców finansowych - takich, którzy zdają co roku europejski egzamin EFPA i tym samym gwarantują swoim klientom "certyfikowaną" jakość usług. Ponieważ na sali byli głównie doradcy pracujący w bankach (i obcujący z klientami private banking, nie z takimi żuczkami, jak my), postawiłem przed nimi pytanie o konflikt interesów - czy da się jednocześnie działać w interesie klienta i nie działać na szkodę własnego pracodawcy? Odpowiedź na to palące pytanie znajdziecie tutaj. Jedno jest pewne: Jordan Belfort Wam tego nie powie ;-). Na ten sam temat dyskutowałem też niedawno w TOK FM, w programie "Teraz Solska"  Miałem też przyjemność wygłosić przemówienie na dorocznej konferencji Investors TFI poświęconej sprzedawaniu funduszy i produktów inwestycyjnych. Przedstawiłem tam kilka pomysłów na to jak sprzedawać produkty inwestycyjne etycznie i odpowiedzialnie, a przy tym wciąż zarabiać pieniądze. 

      IMG_5533a

      SUBIEKTYWNOŚĆ POMAGA TWORZYĆ DOBRE STANDARDY. Blog "Subiektywnie o finansach" to nie tylko narzekanie i kopanie finansistów po kostkach. Nie stronię od dyskusji z przedstawicielami branży finansowej, by pomóc im tworzyć i krzewić dobre standardy. Na Forum Bankowym 2014, największej imprezie środowiska bankowego, miałem przyjemność powiedzieć kilka słów do bankowców i poprowadzić panel dyskusyjny poświęcony temu jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych

      Forum Bankowe 2014

      Z kolei podczas niedawnego VIII Forum Assistance, największego w Polsce spotkania ludzi specjalizujących się w działalności bancassurance miałem z kolei okazję poprowadzić dyskusję o tym, w jaki sposób banki powinny oferować produkty ubezpieczeniowe, by było to bezpieczne dla klientów i etyczne. Jako specjalny bonus uczestnicy tej imprezy mogli otrzymać moją ostatnią książkę z dedykacją

      forum_assistance

      SUBIEKTYWNOŚĆ Z GRAND PRESS ECONOMY! Spotkał mnie ostatnio kolejny zaszczyt. Redakcja branżowego miesięcznika "Press" przyznała mi nagrodę Grand Press Economy dla najlepszego dziennikarza zajmującego się tematyką ekonomiczną. "Za profesjonalizm, przestrzeganie zasad etyki dziennikarskiej i rzetelną prezentację tematyki ekonomicznej". Nominowanych dziennikarzy zgłaszali ekonomiści, eksperci ze świata finansów, dziennikarze oraz szefowie redakcji ekonomicznych. Jest mi niezwykle miło, że po dziewięciu latach od odebrania nagrody Grand Press (za cykl tekstów o nieprawidłowościach w SKOK-ach) moja praca znów została doceniona. Ale pewnie by do tego nie doszło, gdyby nie sukces blogu "Subiektywnie o finansach", do którego walnie się przyczyniacie. W tym roku otrzymałem też tytuł "Heros Rynku kapitałowego" przyznawany przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, byłem finalistą nagrody im.Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, zostałem nominowany do nagrody Związku Banków Polskich (dokładnie 10 lat po zdobyciu tego lauru) oraz zdobyłem tytuł "Najbardziej społecznościowy blog ekonomiczny roku" w konkursie Money.pl.   

      gpeconomysamcik3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „O chłopakach z klubiku, czyli niby-Związek krzewi standardy na rynku pożyczek pozabankowych”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 grudnia 2014 08:23
  • wtorek, 30 grudnia 2014
    • 2015: rok sprzedawania polskich banków? Sprawdzam kto (być może) pójdzie pod młotek

      Polska od wielu lat jest dla bankowców jednym z najtrudniejszych i najbardziej konkurencyjnych rynków w Europie. O ile w krajach takich, jak Włochy, czy Francja tort rynkowy dzieli między siebie kilka dużych banków, u nas działa kilkanaście ogólnopolskich banków uniwersalnych, z których każdy do tej pory zarabiał większe lub mniejsze pieniądze (w zależności od tego, czy się jakoś specjalnie spinał, czy tylko "był"). O ile na "zabetonowanych" rynkach w Europie Zachodniej nie ma już raczej miejsca na bankowe byty budowane od zera, u nas one powstają i robią oszałamiające kariery. Założony zaledwie pięć lat temu Alior Bank ma już 2-3% udziałów w rynku i zbliża się do pierwszej dziesiątki największych banków. Ponad milion klientów w ciągu dwóch lat zdobył też Polbank, utworzony mniej więcej w tym samym czasie przez grecką grupę EFG Eurobank. W dodatku polski rynek jest zdecydowanie największy w regionie - a więc tort do podziału jest duży (spójrzcie na slajd z raportu "Top 200" firmy konsultingowej Intelace).

      bankicee1

      KOGO POŁOŻYŁ NA ŁOPATKI KRYZYS? Choć branża bankowa, mimo rozdrobnienia i dużej konkurencji, jest w Polsce bardzo dochodowa i w ostatnich kilku lat generowała 15-16 mld zł rocznego zysku netto - od kilku lat trwa powolna konsolidacja. Jej powody są w dużej mierze "zewnętrzne" - niektórzy zagraniczni inwestorzy musieli sprzedać swoje polskie banki, żeby mieć pieniądze na ratowanie swoich bilansów po upadku Lehman Brothers. Z tego powodu swój polski bank sprzedali Grecy - Polbank stał się własnością austriackiej grupy Raiffeisen. Z kolei belgijska grupa KBC sprzedała Kredyt Bank - nabywcą był BZ WBK. Ten bank wcześniej sam przeszedł z rąk do rąk - irlandzka grupa AIB musiała sprzedać BZ WBK hiszpańskiemu Santanderowi. Właścicieli zmieniały też banki, których inwestorzy strategiczni uznali, iż sukces osiągnięty w Polsce jest zbyt mały i lepiej zainwestować kapitał gdzie indziej - tam, gdzie będzie większa szansa na osiągnięcie pozycji w czołówce rynkowej. Z tego powodu skandynawska Nordea sprzedała swój polski bank PKO BP, zaś DnB Nord pozbył się detalicznej części na rzecz Getin Banku. Z rynku zniknął też Allianz Bank przejęty przez grupę Getin. Z kolei Rabobank sprzedał BGŻ francuskiemu BNP Paribas.  Meritum Bank został sprzedany Alior Bankowi przez fundusz inwestycyjny Innova.

      DLACZEGO BANKI WCIĄŻ BĘDĄ SPRZEDAWANE? Bankowcy doskonale wiedzą, że marży odsetkowej nie da się podwyższać w nieskończoność i na dłuższą metę dochód z pojedynczego klienta zacznie spadać. A to oznacza, że na utrzymywanie ogólnopolskiej sieci setek placówek stać będzie tylko pięć-sześć największych banków. Zwłaszcza, że na banki spadnie w 2015 r. mnóstwo plag, obniżających ich rentowność: niskie stopy procentowe (niszczące dochody odsetkowe), obniżka opłat interchange, nowa ustawa o upadłości konsumenckiej, ograniczenia w sprzedaży ubezpieczeń w oddziałach bankowych, zakaz sprzedawania kredytów hipotecznych klientom nie mającym co najmniej 10% wkładu własnego. Część inwestorów banków w Polsce dochodzi do wniosku, że lepiej sprzedać polskie operacje, gdy ich pozycja rynkowa jest jeszcze solidna, a zyski przyzwoite. Oto zestawienie zwrotu z kapitału w środkowoeuropejskich bankach. Jak widzicie - im mniejszy bank, tym częściej zdarza się, że nie daje przyzwoitego ROE.

      ceebanks2

      KTO PÓJDZIE POD MŁOTEK W 2015 R. Właściciela być może zmieni Bank BPH. Amerykański holding General Electric już ogłosił, że rozważa wystawienie go na sprzedaż. Na rynku finansowym słychać też spekulacje, że na podobny ruch może zdecydować się austriacki właściciel Raiffeisen Polbanku. Choć tu nie ma jeszcze konkretnej zapowiedzi, a co najwyżej czytanie z ust oficjeli urzędujących w wiedeńskiej centrali. Polscy szefowie Raiffeisen Polbanku przekonują, że nie wiedzą nic o planach sprzedaży banku, ale trudno powiedzieć, czy nie robią jedynie dobrej miny do złej gry. Niejasny jest też los dwóch innych banków. Nie jest tajemnicą, że za możliwością sprzedaży Alior Banku rozgląda się jego inwestor strategiczny, włoska grupa przemysłowa Carlo Tassara. Część akcji już w tym roku sprzedała funduszom inwestycyjnym, ale trzeba się spodziewać drugiej transakcji - tym razem sprzedaży pakietu kontrolnego. Być może zarząd banku pod przewodnictwem Wojciecha Sobieraja zdoła znaleźć fundusz inwestycyjny, który sfinansuje odkup banku w modelu management buyout? Od kilku lat mówi się o tym, że swojej perły w koronie - Banku Millennium - pozbędą się Portugalczycy z BCP Millennium. Największy portugalski bank nie zdał stress-testów i musi znaleźć ponad miliard euro. Na razie Portugalczycy - jak wynika z nieoficjalnych informacji - planują pozbyć się tylko kilkunastu procent akcji Banku Millennium, ale niewykluczone, że w końcu zdecydują się na sprzedaż pakietu kontrolnego. BCP Millennium już kilkakrotnie była o krok od decyzji o sprzedaży Banku Millennium, ale za każdym razie znajdowała potrzebne pieniądze w innym miejscu. Pewne jest też, że właściciela zmieni niewielki FM Bank PBP, który działa pod marką BizBank. Tu przyczyną decyzji inwestora strategicznego, funduszu inwestycyjnego Abris Capital Partners, jest konflikt z Komisją Nadzoru Finansowego.

      Czytaj też: Bank od półtusz chciał grać fair, ale teraz... został wystawiony na sprzedaż

      Czytaj też: Austriackie gadanie, czy naga prawda. Raiffeisen Polbank na sprzedaż?

      KTO BĘDZIE RZĄDZIŁ "NA OSIEDLU". Prawdopodobnie po drugiej fali konsolidacji na rynku - która powinna się zakończyć w ciągu najdalej trzech-czterech lat - pozostanie pięć-sześć dużych banków detalicznych, które będą dzieliły między siebie lwią część rynku. Kto dołączy do "wielkiej czwórki" - czyli PKO BP (kontrolowanego przez polski Skarb Państwa), Banku Pekao (włoska grupa UniCredit), BZ WBK (hiszpańska grupa Santander) oraz mBanku (niemiecka grupa Commerzbank)? Wśród pretendentów jest należąca do Leszka Czarneckiego grupa Getin Noble Bank (kupuje małe banki i rozwija swój holding bankowy: przeznaczony dla drobnego biznesu Idea Bank, specjalizujący się w inwestycjach nieruchomościowych Lions Bank i detaliczny Getin Bank z prestiżową marką Noble Bank), Holendrzy z ING Banku Śląskiego (piąty największy bank na rynku, rozwijający się bez fajerwerków, ale z żelazną konsekwencją), być może Bank Millennium (jeśli nie zostanie sprzedany). A może objawi się jakiś nowy pretendent? Komisja Nadzoru Finansowego sygnalizuje, że jest niechętna przejmowaniu sprzedawanych banków przez instytucje mające już duży udział w rynku. Przychylniejszym okiem nadzór będzie patrzył na nowych graczy. Wśród nich najczęściej wymienianym kandydatem jest włoska Intesa - jeden z dwóch (drugim jest austriackie Erste) banków w dziesiątce największych inwestorów bankowych w Europie Środkowej, którego nie ma jeszcze w Polsce. Intesa bez skutku walczyła o przejęcie Kredyt Banku i być może teraz wróci do gry. Oj, czuję, że w 2015 r. będzie się działo ;-)

      ceetp10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „2015: rok sprzedawania polskich banków? Sprawdzam kto (być może) pójdzie pod młotek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 grudnia 2014 17:27
    • PKO BP nie lubi zdolnych studentów? Zwłaszcza wtedy, gdy chcą, by im coś... umorzyć ;-)

      Student to dla każdego banku klient deficytowy, ale i przyszłościowy. Jeśli uda się zyskać jego lojalność, to kiedyś na koncie pojawi się osad, w kartotece kredyt hipoteczny, zaś w saldzie ROR-u - miły każdemu bankowi minus, który oznacza, że klient skorzystał z oferty płatnego debetu. Pozyskiwaniu przychylności klientów służą m.in. preferencyjne oferty kont dla żaków oraz kredyty studenckie z dopłatami rządowymi. Bank udzielający takiego kredytu coś-tam na nim zarabia, bo to, czego nie zapłaci student, pokryje państwo. Teoretycznie bank komercyjny, który udzieli młodemu klientowi preferencyjnego kredytu - przeważnie pierwszego kredytu w życiu takiego żaka - powinien trwale zapisać się w jego pamięci złotymi zgłoskami. Niestety, czasem nie wykorzystuje tej szansy i dzieje się wręcz odwrotnie. Dziś historia pokazująca jak samobója strzelił sobie bank PKO BP, który ma - zdaje się - strukturalny problem ze studentami. Walka o wysoką jakość obsługi, deklarowana przez szefostwo PKO BP, w tym przypadku jakoś się nie sprawdza.

      Czytaj też: Gdy bank przypomni sobie o kliencie-studencie. Cztery lata po studiach 

      Napisała do mnie pani Sylwia, która w 2010 r. wzięła kredyt studencki w banku PKO BP; będąc wtedy w pięknym wieku - na pierwszym roku studiów. W 2012 r. pani Sylwia skończyła studia licencjackie na Uniwersytecie Warszawskim i skończyła też pobieranie kredytu (wynosił 600 zł miesięcznie). W czerwcu 2014 r. skończyła a tej samej uczelni studia magisterskie i przyszedł również czas na spłacanie odroczonych o dwa lata rat kredytu. W październiku pani Sylwia poczuła szansę na to, aby kredytu jednak nie spłacać. Okazało się bowiem, że znalazła się w grupie 5% najlepszych absolwentów uczelni, a co za tym idzie - ma prawo ubiegać się o częściowe lub całkowite umorzenie kredytu przez bank (to uznaniowy bonus, który jest przewidziany w ustawie regulującej kredyty studenckie). Pani Sylwia oczywiście nie chciała przegapić takiej szansy. Przedstawiła więc bankowi list z uczelni potwierdzający znalezienie się w grupie 5% najlepszych absolwentów. W PKO BP na tę wieść zapanowała konsternacja. Wiadomo - nie po to się udziela kredytów, żeby potem ktoś nie musiał go spłacać. Nawet jeśli ten ktoś jest zdolny, urodziwy i generalnie daje radę.

      Czytaj też: Perfekcjoniści w akcji. Jak spławić upierdliwca, który chce złożyć reklamację? 

      W banku zaczęli się zastanawiać - co by to zrobić? Podobno był pomysł, żeby błyskawicznie ogłosić niewypłacalność i tym sposobem uniknąć roszczeń kłopotliwej klientki, ale zarząd się nie zgodził ;-). Postanowiono, że trzeba upierdliwą dziewczynę zniechęcić. W placówce nie przyjęto więc listu z uczelni i zażądano, iż pani Sylwia musi przedstawić "Zaświadczenie", a więc to samo pismo, ale z napisem "Zaświadczenie". To miało dać inteligentnej podobno pani Sylwii do zrozumienia, że powinna już sobie pójść i nie zawracać bankowcom d...uszy absurdalnymi żądaniami. Niestety, inteligencja pani Sylwii najwyraźniej była przereklamowana, bo nie zrozumiała przesłania. Co gorsza, udało jej się załatwić z dziekanatem wystawienie drugi raz tego samego pisma z napisem "Zaświadczenie". Ponownie zebrało się w banku konsylium, które miało przygotować wersję B planu antykryzysowego, który miał wyprowadzić bank z niepożądanej sytuacji.

      "Pani z banku PKO BP, która prowadzi moją sprawę, poinformowała mnie telefonicznie, że nie mogę ubiegać się o umorzenie kredytu, ponieważ kredyt brałam na studiach licencjackich, a jestem w grupie 5% studentów na studiach magisterskich. Kiedy poprosiłam panią o wydanie pisemnej odpowiedzi na mój wniosek o umorzenie kredytu, powiedziała, że muszę w banku złożyć "pisemną prośbę o wydanie pisemnej odpowiedzi na pisemny wniosek". Było to absurdalne, ale taką prośbę napisałam i przyniosłam do banku"

      - opowiada pani Sylwia. W banku się spięli i przygotowali klientce pisemną odpowiedź. Bank stwierdził w niej, że kredyt można umorzyć tylko wtedy, gdy pani Sylwia przedstawi pismo, iż jest w grupie 5% najlepszych absolwentów ze studiów licencjackich, bo wtedy pobierała kredyt. W banku liczyli, że takie dictum wreszcie spowoduje, że klientka sobie pójdzie. Ale ona, zamiast zrozumieć już nie aluzję, lecz konkretne przesłanie bankowców, postanowiła... przeczytać umowę kredytową. I doszła do wniosku, że w umowie jednak brak takiego zapisu, na jaki powołuje się bank. W par, 31 można przeczytać:

      „PKO BP może umorzyć kredyt w całości lub w części po przedłożeniu wniosku Kredytobiorcy potwierdzonego przez dziekana lub inny jednoosobowy organ uczelni lub kierownika jednostki organizacyjnej prowadzącej studia doktoranckie – w przypadku ukończenia studiów w grupie 5% najlepszych absolwentów uczelni lub absolwentów studiów doktoranckich w danym roku akademickim”

      Wyrażenie „w danym roku akademickim” może być interpretowane przez bank oraz klienta w dowolny sposób. Pani Sylwia skończyła edukację na etapie studiów magisterskich, nie na etapie studiów licencjackich, które finansowała preferencyjnym kredytem. Ale przecież nie byłaby jedną z najlepszych absolwentek studiów magisterskich, gdyby nie skorzystała z kredytu studenckiego. Jeśli już bank koniecznie chciał wykręcić się sianem, to nie musiał wymyślać utrudnień, np. takich, że trzeba przynieść kwit z napisem "zaświadczenie", albo napisać pismo z prośbą o napisanie przez bank odpowiedzi na to pismo. Nie musiał nawet kombinować z uzasadnieniem odmowy umorzenia kredytu. W umowie jest przecież zapis, że bank "może" umorzyć część lub całość kredytu, ale nie musi. Więc - zamiast kombinować jak koń pod górę - po prostu trzeba było dziewczynie napisać: "nic nie umorzymy, bo nas nie stać". Albo: "nie umorzymy, bo warunki zwrotu tych pieniędzy z funduszy państwowych byłyby zbyt restrykcyjne". Dlaczego nie zaczął dyskusji z klientką od tego właśnie argumentu?

      Oczywiście, mam świadomość, że mówimy o programie rządowym, obwarowanym różnymi warunkami, które PKO BP musi spełnić, by ewentualnie dostać z Banku Gospodarstwa Krajowego zwrot kwoty ewentualnego umorzenia. Być może bank z czystej ostrożności procesowej żądał od klientki dokumentów w takim, a nie innym formacie. Sęk w tym, że - nawet jeśli tak było - klientka nie została wtajemniczona w te meandry, więc trudno się dziwić, że się dziwi ;-). A tak w ogóle to nie chce mi się wierzyć, że w Banku Gospodarstwa Krajowego zakwestionowaliby dokument z uczelni tylko dlatego, że nie było na nim napisu "zaświadczenie".  Co na to wszystko PKO? Cóż, w banku tłumaczą, że  umorzenie preferencyjnych kredytów studenckich reguluje rozporządzenie ministerialne, które mówi, że pożyczka lub kredyt są umarzane w 20% kredytobiorcy, który ukończył studia w grupie 5% najlepszych absolwentów uczelni lub absolwentów studiów doktoranckich w danym roku akademickim. Umorzeniu podlega pozostała do spłaty kwota pożyczki lub kredytu wypłaconego w okresie studiów ukończonych w tej grupie. 

      "Oprócz bardzo dobrych wyników w nauce ważny jest okres w którym taki kredyt został wypłacany. Jeśli kredyt został wypłacany w czasie studiów licencjackich umorzenie dotyczyć będzie tego okresu, analogicznie w przypadku studiów magisterskich. Warunkiem jest korzystanie z kredytu w jednym z tych okresów"

      - napisano mi w banku, dodając że moja opinia o tym, że nie lubi studentów, jest niesprawiedliwa, bowiem bank lubi ich bardzo i czasem nawet to okazuje, wspierając najróżniejsze programy np. Erasmusa. Szkoda, że w tym przypadku bank zachował się nie jak rzecznik studentki, tylko jak biuro podawcze. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „PKO BP nie lubi zdolnych studentów? Zwłaszcza wtedy, gdy chcą, by im coś... umorzyć ;-) ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 grudnia 2014 08:45
  • poniedziałek, 29 grudnia 2014
    • Szef PKO subiektywnie: więcej banków w polskich rękach? Sojusze z telekomami? Fuzje banków?

      Jak wiecie, od czasu do czasu przepytuję tzw. "dużych misów" bankowych z tego co osiągnęli w zarządzanych przez siebie bankach i jakie mają prognozy dla nas, zwykłych szaraków. Dziś na moim widelcu znalazł się Zbigniew Jagiełło, prezes banku PKO BP. Pretekstem do tego spotkania był fakt, że stuknęło mu już pięć lat na gorącym stołku prezesa największego polskiego banku. Nie wiem jak Wy, ale ja bym prezesowi Jagielle tak długiej kariery nie wywróżył. Zwłaszcza, że - wiem to z kuluarowych plotek bankowych - co najmniej dwa razy mocno postawił się swojemu "szefowi", czyli ministrowi skarbu. Czy pięciolatkę Jagiełły w PKO BP można uznać za sukces? Patrząc przez pryzmat wzrostu bilansu banku - na pewno tak. Gdy przychodził do PKO BP jego aktywa wynosiły 157 mld zł, a teraz - aktywa PKO BP wynoszą aż 242 mld zł. Największy polski bank wyraźnie zwiększył dystans do największego rywala, Banku Pekao. Udało mu się przejąć polskie aktywa Nordea Banku, próbował też - bez skutku - odkupić udziały w Banku Pocztowym. Szybki wzrost sprawił, że udział PKO BP w aktywach sektora bankowego przekroczył już 17%.

      PLUSY JAGIEŁŁY: KOSZTY I EFEKTYWNOŚĆ. Prezes Jagiełło sprawnie ściął koszty działalności PKO BP - pozbył się części placówek agencyjnych (z ponad 2100 pozostał ich niecały 1000, przy stabilnej liczbie placówek własnych banku - ok. 1200), ograniczył zatrudnienie (z 31.000 etatów do 27.000), zmniejszył wskaźnik kosztów do dochodów (C/I) do poziomu 42,1, który jest nieziszczalnym marzeniem dla większości działających w Polsce banków (w Europie Zachodniej przeciętny wskaźnik C/I wynosi ponad 60%). Momentami przesadzał w cięciach, czego przykładem było wyrzucenie na śmietnik innowacyjnego systemu informatycznego Inteligo, ale konsekwentnie bałagan pozostawiony po poprzednikach, którzy nie zagrzali długo miejsca w swoich fotelach, więc i nie mieli pomysłów na ostre cięcia. Wskaźnik "wydajności" kapitału wniesionego przez akcjonariuszy, czyli ROE, jest na poziomie, którego wielu może Jagielle zazdrościć - 13,4%. Przed jego przyjściem do banku było 13,9%, ale w międzyczasie był kryzys, a teraz rentowność banków niszczą niskie stopy procentowe (75% przychodów banków pochodzi z marży odsetkowej, tylko jedna czwarta z prowizji).

      MINUSY JAGIEŁŁY: OSZCZĘDNOŚCI NA JAŁOWYM BIEGU. Ale patrząc przez pryzmat pozycji rynkowej PKO BP głównym sukcesem Jagiełły był... co najwyżej fakt, że bank stosunkowo wolno tracił klientów. No bo popatrzcie: w 2009 r. bank miał 123 mld zł depozytów i udział w rynku na poziomie 18%. Teraz co prawda ma aż 171 mld zł, ale z udziałem rynkowym 16,3% (nawet po przejęciu Nordea Banku udział w torcie nie przekroczył poziomu "przedjagiełłowego" - 17,7%). W przypadku ROR-ów bank w ciągu pięciu lat zanotował wzrost z 6,25 mln do 6,35 mln (na pewno wpłynął na to dobry pomysł na zatrudnienie do reklam Szymona Majewskiego, wprowadzenie nowych pakietów ROR-ów i innowacje takie jak elektroniczne SKO oraz bankowość mobilne IKO), jednak w tym czasie na całym rynku liczba prowadzonych przez wszystkie banki ROR-ów też rosła o ponad milion. Ale rocznie. W rynku TFI udział PKO BP spadł w ciągu pięciu lat z 8,8% do 7,5%. O wzroście można mówić co najwyżej w przypadku kredytów, ale bank zapłacił za to pewną cenę. W 2009 r. PKO miał 122 mld zł kredytów i udział w rynku 16,8%. Teraz portfel wynosi 178 mld zł, co daje 18,3% rynku, lecz trzeba zauważyć, że w odróżnieniu od innych banków - jak Bank Pekao, czy BZ WBK - prezes Jagiełło nie może się pochwalić niskim wskaźnikiem kredytów spłacanych nieregularnie. Wskaźnik NPL pięć lat temu wynosił 7,2%, teraz wynosi dokładnie tyle samo. Po tym przydługim wstępie opowiem Wam co prezes Jagiełło myśli o przyszłości banków. Cały wywiad do przeczytania w Wyborczej.biz

      CZY PKO BP RUSZY ZA GRANICĘ? Pięć lat to wystarczająco długi okres, by spróbować nie tylko rozwoju w kraju, ale też ekspansji za granicą. Jakiś czas temu prezes Jagiełło przyznawał, że toczy rozmowy z potencjalnymi zagranicznymi partnerami. Dlaczego nic z nich nie wyszło? Dlaczego największy w Europie Środkowej bank do tej pory nie zaznaczył swojej obecności nigdzie poza krajowym rynkiem, nie licząc nieudanej inwestycji na Ukrainie? "Od pięciu lat jestem „wyganiany” przez dziennikarzy i niektórych ekspertów za granicę. Aby odnieść sukces w trudniejszym środowisku trzeba być najlepszym na własnym podwórku. Dlatego w pierwszej kolejności skupiliśmy się na rodzimym rynku, rozwijając się organicznie i poprzez przejęcia. I to się udało. (...) Z potencjalnymi partnerami, także zagranicznymi, zawsze warto rozmawiać, rzadko warto kupować" - powiedział mi prezes Jagiełło. Czy tylko mnie się wydaje, że prezes PKO nam się rozleniwił? ;-)

      A CZY RUSZY W POLSKĘ? Zapytałem prezesa PKO czy pogrzebał już definitywnie myśl o sojuszu z Pocztą Polską i włączeniu do grupy PKO BP jej Banku Pocztowego. "Nasza oferta jest cały czas aktualna. Niezmiennie powtarzam, że najwięcej korzyści obu stronom przyniesie skupienie się przez Pocztę Polską na działalności pocztowej, a PKO na usługach finansowych". A inne pomysły na fuzje? "Nasz udział w polskim sektorze bankowym osiągnął poziom, który zbliżony jest do optymalnego z punktu widzenia koncentracji sektora bankowego. Po ewentualnym zrealizowaniu aliansu strategicznego z Pocztą Polską, udział PKO Banku Polskiego w aktywach sektora bankowego sięgnąłby ok. 20% – to dobry cel". Jak widzicie, PKO BP wciąż czeka, aż pocztowemu bankowi powinie się noga. A wtedy będzie stał w blokach startowych, żeby przejąć go i zapewnić sobie dominację w sektorze bankowym już nie na lata, ale chyba na dziesięciolecia ;-)

      CZY ERA PLACÓWEK BANKOWYCH DOBIEGA KOŃCA? Konkurenci PKO BP już zmniejszają liczbę placówek, albo próbują nowinek technologicznych, które w przyszłości mają je zastąpić automatami. A w PKO BP liczba placówek – 1,2 tys. - praktycznie pozostaje bez zmian, spadła znacznie tylko liczba oddziałów agencyjnych. Czy strategia oparta na fizycznych placówkach nie jest przeżytkiem w dzisiejszych czasach? - zapytałem prezesa PKO. "Mając największą bazę klientów w Polsce widzimy, że dojrzała generacja woli przychodzić do oddziałów, a młodsza - korzystać z usług zdalnie. Nasze placówki nie świecą pustkami, więc nie ma potrzeby zmniejszania ich liczby. Nie zmieni się to za 3-4 lata, raczej w perspektywie dekady, może dwóch, gdy obecni 20-30 latkowie staną się najliczniejszą grupą. Stale dostosowujemy sieć do sposobu bankowania naszych klientów, ale są to zmiany ewolucyjne, a nie rewolucyjne. Zmodernizowaliśmy już 60% wszystkich oddziałów" - prawi prezes.

      BANK PLUS TELEKOM. TO PRZYSZŁOŚĆ? Alior Bank sprzymierzył się z T-Mobile, mBank z Orange. Z dużych operatorów "wolny" jest już tylko Play. Czy PKO uderzył - lub wkrótce uderzy - w konkury? Prezes Jagiełło jest sceptyczny do tego modelu biznesowego. "Na rynku jest niewielu operatorów komórkowych i sporo banków, co oznacza presję na te ostatnie i może prowadzić do niekoniecznie dobrych biznesowo decyzji. W ostatnich latach współpraca między instytucjami finansowymi i telekomami nie przynosiła spektakularnych sukcesów. Jest o nie trudno, gdy bank jest tylko dostarczycielem usług finansowych, a "właścicielem" klienta jest operator komórkowy".

      CZY BANKI BĘDĄ ZARABIAŁY MNIEJ? Czy w obecnych okolicznościach, gdy spadają wpływy z interchange, jest podwyżka składki na BFG, mamy deflację i rekordowo niskie stopy procentowe, banki wciąż mogą generować zyski na poziomie 15-16 mld zł rocznie? Zdaniem Jagiełły - nie: "Niski poziom stóp procentowych jest w dłuższym horyzoncie dobry dla gospodarki, a więc i dla banków. Na krótką metę dla sektora bankowego oznacza jednak mniejsze wpływy odsetkowe, które trzeba będzie zrekompensować wzrostem liczby sprzedawanych klientom produktów i usług lub zwiększeniem prowizji. (...) Przychody z produktów kredytowych zmniejszają się, a pytanie brzmi: czy pojawi się na nie większy popyt. Uważam, że tak będzie, ponieważ zdolność kredytowa przeciętnego klienta jest dziś wyższa, niż kiedykolwiek. Tym niemniej powtórzenie w przyszłym roku rekordowej zyskowności z 2014 r. będzie dla banków trudne" - twierdzi Jagiełło. Ale popiera obowiązek 10% wkładu własnego przy kredytach hipotecznych. "Zaciągnięcie kredytu hipotecznego to ważna decyzja. Jeśli selekcja na tych, którzy są zdolni do samodyscypliny finansowej i tych, którzy nie są w stanie jej podołać, odbywa się na etapie przed zaciągnięciem długoterminowego zobowiązania, a nie wtedy, kiedy trzeba go już spłacać, to jest pozytywne zjawisko".

      REPOLONIZACJA: POLSKA JAK WĘGRY?  Dziś 40% aktywów sektora bankowego jest w rękach krajowego kapitału, zaś 60% w rękach kapitału zagranicznego. Czy to właściwe proporcje? Zdaniem prezesa PKO BP - nie. Uważa on, że te proporcje powinny być odwrotne - 60% aktywów powinno być kontrolowanych lokalnie. Co ciekawe mniej więcej to samo powiedział niedawno... niejaki Viktor Orban  Ale Jagiełło twierdzi, że PKO BP swoje "zadanie" w tym zakresie już wykonał. Skąd więc wziąć pieniądze na przejęcie przez krajowy kapitał akcji banków wystawianych na sprzedaż przez „zagranicę”? "To pytanie, na które poszukujemy dobrej odpowiedzi. Wolny kapitał w Polsce jest, pytanie jak go zmobilizować w tym celu. Być może pomysłem byłaby konstrukcja podobna do funduszu private equity, który mógłby inwestować w akcje banków, by potem wprowadzać je na giełdę". Które banki będą sprzedane? W ostatnich latach z rynku zniknęły Polbank, Kredyt Bank, Nordea, Allianz Bank i jeszcze kilka innych. Czy fuzjomania - niezależnie od obiekcji, które zgłasza w stosunku do niej nadzór - będzie trwała? "Proces konsolidacji polskiego sektora bankowego trwa. Spodziewam się, że z rynku całkowicie znikną banki, których udział nie przekracza 5-7%. Zostaną przejęte przez większe instytucje". - mówi Jagiełło.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Szef PKO subiektywnie: więcej banków w polskich rękach? Sojusze z telekomami? Fuzje banków?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 grudnia 2014 17:44
    • mBank też nie lubi internetowych kantorów? Klienci wściekli za prowizje od przelewów

      Relacje banków z internetowymi kantorami bywają napięte. Wiadomo - głównym celem takich kantorów jest to, żeby banki nie zarabiały pieniędzy na spreadzie walutowym. W internetowych kantorach jest on znacznie niższy od bankowego, co ma znaczenie w przypadku spłaty rat kredytów frankowych oraz przy pozyskiwaniu walut obcych na inne cele, np. wakacyjne wyjazdy. Zdarzają się też klienci, którzy zarabiają w "twardej walucie" i chcą bezgotówkowo oraz bez zbędnego spreadu wymienić ją na polskie złote. Modele działania kantorów są różne, ale najpopularniejszy jest ten oparty na przelewach wewnętrznych, pozwalający ominąć prowizje narzucane przez banki dla operacji walutowych. Czyli: internetowy kantor ma konta we wszystkich dużych bankach, a klient wysyła mu pieniądze do wymiany ze swojego prywatnego konta na konto kantoru w tym samym banku. Kantor zaś oddaje walutę już po wymianie przesyłając ją na wskazany przez klienta ROR "docelowy" (albo np. konto techniczne do spłaty kredytu hipotecznego). Interes się kręci, a obroty internetowych kantorów są wielomiliardowe (sięgają ok. 5 mld zł na kwartał). Bankom, mimo najlepszych chęci, nie udało się wykończyć internetowych kantorów.

      Czytaj też: Czy bankomat Euronetu może być... kantorem walutowym w Londynie?

      Są banki, które dostosowały się do nowej rzeczywistości - tak, jak Citi Handlowy, pozycjonujący się jako bank dla podróżników - i zmniejszyły spready (przynajmniej na niektórych walutach). Są też banki, które - jak Alior - otworzyły własne internetowe kantory i starają się wygrać z pozabankowymi konkurentami bezpieczeństwem transakcji (klient nie musi przelewać pieniędzy za konto kantoru, wszystko dzieje się w ramach rachunku należącego do klienta). Ale - jak wspomniałem - niektóre banki nie mają ochoty pozbywać się wpływów ze spreadu walutowego i utrudniają życie internetowym kantorom oraz ich klientom. Należy do nich Getin Bank, który wprowadził jakiś czas temu 50-złotową opłatę za przelew wewnętrzny w walucie obcej. Ale nie jest to jedyny taki przypadek. Klienci mBanku - i to jest pretekst do niniejszego wpisu - skarżą się na niecną praktykę tego banku, które uniemożliwia im bezpłatne handlowanie walutą z kantorem Cinkciarz.pl (sądzę, że identyczny problem dotyczy wymiany walut w innych kantorach). Jeden z zawiedzionych klientów zrobił nawet w internecie akcję społecznościową, wystawiając w sieci stronę "Jak mBank okrada swoich klientów naliczając prowizję za coś, co według tabeli opłat powinno być darmowe". Strona miała do poniedziałku ponad 150 polubień na Facebooku i prawie 2000 na Wykopie.

      "Jakiś czas temu zacząłem zarabiać w euro. Spoko sprawa. Ponieważ bankowe kursu walut są - delikatnie mówiąc - słabe, postanowiłem używać kantoru Cinkciarz.pl do zamieniania dewiz w złotówki. W tym celu przelewam hajs z mojego konta w euro w mBanku do Cinkciarza, a ten mi potem "odlewa" pieniądze na moje złotówkowe konto w mBanku (...). Więc śmigam do mBanku, aby zrobić przelew. Jest spoko, bo system rozpoznaje, że Cinkciarz też ma konta w mBanku. Ale żebym mógł wysłać walutę obcą, a nie złotówki, muszę zmienić konto docelowe Cinkciarza ze złotówkowego na eurowe. Co się wtedy dzieje? To konto Cinkciarza jest w mBanku, ale jednocześnie w nim nie jest"

      - opowiada klient i na dowód tego odkrycia publikuje screenshot. A na nim widać jak na dłoni, że podane przez Cinkciarza konto walutowe jest identyfikowane przez mBank jako konto w "obcym banku". I mBank lojalnie uprzedza, że próba przelania na nie pieniędzy może być obciążona prowizją taką, jak za każdy przelew walutowy (czyli 0,25%, ale nie mniej, niż 20 zł w przypadku systemu SWIFT lub przelewu "krajowego walutowego" bądź 5 zł w przypadku skorzystania z systemu SEPA, dostępnego jednakowoż tylko dla waluty euro.

      przelewemaxeurombank

      Protestujący klient ma mBankowi za złe zwłaszcza to, że z tabeli opłat i prowizji jasno wynika, iż przelewy wewnętrzne w ramach konta eMax walutowego powinny być w gratisie. Bank jednak uparcie pobiera prowizje (nasz klient zapłacił 5 zł) i ewentualnie później zwraca pieniądze w ramach procedury reklamacyjnej. Prawdopodobnie przynajmniej jeden powód takiej taryfikacji to fakt, że rachunki firmowe w walutach obcych (a kantory walutowe, jako przedsiębiorstwa, mają w w bankach konta firmowe) prowadził kiedyś BRE Bank, czyli korporacyjna odnoga grupy kapitałowej, której częścią był mBank. Formalnie dziś wszystko to jest "sklejone" jako mBank, ale system może "widzieć" tego typu przelewy jako zewnętrzne. Reklamacje klientów podobno czasem są uwzględniane, a czasem nie. Ale już sam fakt, że trzeba je zgłaszać, tracąc czas, a potem czekać na "akt łaski mBanku" jest - tu się chyba zgodzicie - upokarzający dla klienta, który powinien przelewać pieniądze bezgotówkowo między dwoma rachunkami w tym samym banku bez żadnych prowizji. Co na to mBank?

      "Zgodnie z Taryfą Prowizji i Opłat mBanku, jako przelew wewnętrzny z rachunku eMax Walutowy rozumiany jest przelew do odbiorcy zdefiniowanego na rachunek prowadzony przez mBank zrealizowany w złotych polskich. Wszelkie inne przelewy bank traktuje jak przelewy walutowe zagraniczne, udostępniając przelew SWIFT oraz SEPA i pobiera za nie opłaty zgodne z Taryfą Prowizji"

      - odpowiedziano mi w mBanku. Jest to dość kontrowersyjne stwierdzenie, bo jeśli spojrzymy w mBankowe tabele prowizyjne, to zobaczymy, że jako bezpłatne "dokonanie przelewu wewnętrznego" jest rozumiany "przelew pomiędzy rachunkami prowadzonymi przez mBank". W żadnym miejscu tabeli nie jest powiedziane, że to powinien być przelew w złotych. Klienci nie muszą też wiedzieć, że część rachunków wyświetlanych jako mBankowe tak naprawdę jest prowadzonych przez coś, co tylko na zewnątrz jest pomalowane jako mBank, a tak naprawdę jest pozostałością po odrębnej części tej grupy finansowej - bankowości korporacyjnej BRE Banku.

      O tym, że w mBanku też zauważyli, iż coś tu nie gra, świadczy dodatkowy przypis w tabeli opłat i prowizji. Wynika z niego, że od początku lutego bezpłatny będzie tylko taki przelew z rachunku eMax, który jest zlecony "pomiędzy rachunkami prowadzonymi przez mBank. Dotyczy przelewów zdefiniowanych wykonywanych w złotych polskich". Takie brzmienie taryfy prowizyjnej zacznie obowiązywać dopiero od 5 lutego. I wtedy klienci mBanku, korzystający z rachunków eMax w celu wymieniania walut obcych na złote w internetowych kantorach, będą płacili za taką operację od 5 zł (dla transakcji wymiany euro) do co najmniej 20 zł (dla innych walut). To może znacznie utrudnić im wymianę walut. Taka strategia nie dziwi, bo przecież ostatnio mBank wchodzi na rynek "kantorowy", sprzedając klientom firmowym walutę dwoma kliknięciami. Na razie jednak wciąż powinny chyba obowiązywać w tej sprawie "happy hours". Jeśli bank pobierze za taką operację prowizję - warto złożyć reklamację.

      SKOKpanoramaSUBIEKTYWNIE O SKOK-ACH NA WIZJI. W ostatnich tygodniach sporo subiektywności pojawiło się w telewizji w związku z niepewną sytuacją SKOK-ów. Jako dziennikarz, który - równolegle z Bianką Mikołajewską - ujawniał od 2004 r. nieprawidłowości wokół SKOK-ów, jestem pytany przez kolegów-dziennikarzy z telewizji jaka może być przyszłość spółdzielczego systemu i w jaki sposób można by go naprawić. Na razie po stronie strat jest zniknięcie z rynku czterech Kas. Po upadłości SKOK-u tvn_bisWspólnota (w ramach pomocy Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić członkom Kasy ponad 800 mln zł). ten sam los spotkał SKOK Wołomin (prawdopodobnie będzie to kosztowało 2,5 mld zł), zaś dwa kolejne SKOK-i zostały przejęte przez banki (SKOK w Rumi i SKOKsuperstacja21 Kopernik). Duża część pozostałych SKOK-ów prowadzi programy naprawcze i w zależności od ich efektów okaże się czy będą mogły dalej prowadzić samodzielną działalność. Niestety, wszystko wskazuje na to, że naprawianie SKOK-ów jeszcze trochę potrwa, zaś klienci banków zapłacą jeszcze za złe zarządzanie Kasami w przeszłości i za brak skutecznego nadzoru nad nimi, za który odpowiedzialność ponosi ekipa Grzegorza Biereckiego, dziś senatora wybranego z listy PiS. 

      SUBIEKTYWNIE O ŚWIĄTECZNYCH PUŁAPKACH. W ostatnich dniach sporo subiektywności było na wizji w temacie kosztów świątecznych. Podpnsswieta21obno statystyczna rodzina wydała na święta 1150 zł (tak wynika z raportu Deloitte), co oznacza, że wspólnie wydaliśmy na prezenty, jedzenie i odwiedzanie rodziny kilkanaście miliardów złotych. Sądząc po statystykach z poprzednich lat tvrep1faktyczne wydatki były nieco niższe - zwykle deklarujemy, że wydamy w święta 10-15% więcej, niż wydajemy naprawdę. O tym jak na świąteczne przygotowania wydać mniej, mówiłem m.in. w programie śniadaniowym TVP2 (tam opowiadałem o tym jak na świątecznych zakupach oszczędzała moja babcia) oraz w Telewizji Republika (tam ostrzegałem głównie przed pułapkami rat 0%). W ramach przedświątecznych ostrzeżeń odwiedziłem również w porannym programie Piotra Maślaka z TOK FM. Tym z Was, którzy obejrzeli i się zainspirowali - dziękuję. W nagrodę macie więcej pieniędzy w portfelach. Kolejna porcja świątecznych rad już za niespełna rok ;-)

      pnsswieta1

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „mBank też nie lubi internetowych kantorów? Klienci wściekli za prowizje od przelewów”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 29 grudnia 2014 08:45
  • niedziela, 28 grudnia 2014
    • Szybka pożyczka i miłość od pierwszego spojrzenia. Sprawdzili mnie i... się zakochali

      Niedawno opisywałem nową markę pożyczek internetowych - Hapi Pożyczki. Wprowadza je na rynek nie byle kto, bo właściciel Providenta. To ma być odpowiedź na inwazję firm chwilówkowych, które pożyczają szybciej i łatwiej - nie trzeba do nikogo dzwonić, z nikim się umawiać, a kasa w ciągu kwadransa jest na koncie pożyczkodawcy. Jest lekko, łatwo i przyjemnie oraz nie trzeba się nikomu z niczego tłumaczyć. Firmy chwilówkowe pożyczają znacznie drożej od Providenta i innych firm bazujących na sprzedawcach-przedstawicielach, ale i tak pdbierają "tradycyjnym" pozyczkodawcom klientów. I coraz bardziej wchodzą im w szkodę, wydłużając kwoty dostępnych pożyczek i terminy spłat. Ale o tej wojnie "starcych" i "nowymi" na rynku pożyczek już było i dzisiaj ja nie o tym chciałbym Wam powiedzieć, lecz o moim zdziwieniu związanym ze sposobem działania nowego gracza pożyczkowego. Przyznam szczerze: firmy aż tak bardzo próbującej wcisnąć mi do ręki szybki, gorący pieniądz jeszcze nie widziałem.

      Jak pamiętacie z mojego wpisu poświęconego pożyczkom Hapi, w ramach testowania dla Was nowej usługi miałem niewątpliwą przyjemność przejść przez procedurę sporządzania wniosku pożyczkowego. Ostatecznie jednak go nie wysłałem, dochodząc do wniosku, że nie jest to konieczne, by rzetelnie zrecenzować pożyczkę Hapi. Abym fizycznie dostał do ręki pieniądze wystarczyło już tylko wykonać trzy kroki: kliknąć "wyślij" w zapisanym formularzu pożyczkowym, wpisać przesłany SMS-em kod autoryzacyjny oraz przelać symboliczną kwotę w ramach przelewu weryfikacyjnego (żeby potwierdzić wszystkie dane). Robiłem to już wielokrotnie przy testowaniu innych usług, więc tym razem postanowiłem poskromić swoją dzikość. Nie spodziewałem się wszakże, iż tak bardzo rozjuszy to system zarządzający internetowymi wnioskami w Hapi Pożyczki. Nie upłynęło kilka godzin, a zaczęto mi wielokanałowo przypominać, że przecież już tylko chwila dzieli mnie od Hapi Pożyczki i że musiałbym być wyjątkowym jełopem, żeby nie pójść w tango z szybką pożyczką.

      fairpay_powiadomienieA najciekawsze jest to, że choć nie złożyłem nawet wniosku o pożyczkę, zostałem sprawdzony w jednym z biur informacji gospodarczej - a konkretnie w Krajowym Rejestrze Długów. Tak się składa, że korzystam z dostępnego dla każdego konsumenta systemu FairPay, który pozwala uzyskiwać informację za każdym razem, kiedy ktoś o mnie w KRD pyta. Więc KRD natychmiast mi doniósł, że moją kartotekę jeśli chodzi o ewentualnie nie spłacane terminowo karty kredytowe, rachunki za telefon, prąd i gaz sprawdzał właściciel Providenta oraz nowej marki Hapi Pożyczki - brytyjska firma IPF. Po co wydawała pieniądze na zassanie wiedzy o kimś, kto nie złożył wniosku kredytowego, lecz tylko go zapisał "na wszelki wypadek"? Dla mnie odpowiedź jest jasna - chłopaki od szybkich pożyczek chcieli sprawdzić, czy opłaca się Samcika wrzucić na grilla i jednak nakłonić do wzięcia pieniędzy. Ponieważ samcikowa kartoteka w KRD jest czysta jak łza, w Hapi Pożyczki zapadła decyzja polityczna - "ten gość ma wziąć u nas pożyczkę".

      Do wykonania tej decyzji zostały zaprzęgnięte wszystkie kanały komunikacji, które podałem we wniosku o pożyczkę. A więc zaczęto mihapimonitemail słać rzewne e-maile, SMS-y oraz dzwonić do mnie na podany we wniosku - a także przy rejestracji na stronie - telefon kontaktowy. Ponieważ nie odbierałem (ci, którzy próbują się ze mną kontaktować telefonicznie wiedzą, że zwykle nie mam czasu rozmawiać i oddzwaniam później), dzwonili przez dobrych kilka dni po kilka razy dziennie, wysyłali też po kilka rzewnych e-maili. Mam w sobie dużo wyrozumiałości, więc przyjąłem te zaloty ze zrozumieniem i empatią. I nawet z pewnego rodzaju podziwem. Wydawać pieniądze na sprawdzenie w rejestrze dłużników osoby, która nawet nie złożyła jeszcze wniosku o pożyczkę to świadectwo dużej determinacji firmy, by osiągnąć sukces rynkowy. Tylko aż strach pomyśleć co jeszcze w Hapi Pożyczki zrobią, żebym jednak kliknął ten cholerny przycisk "wyślij wniosek". Przyślą kwiaty? Zrobią śniadanie do łóżka? Zadzwonią do mojej mamy, żeby mnie namówiła?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Szybka pożyczka i miłość od pierwszego spojrzenia. Sprawdzili mnie i... się zakochali”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 grudnia 2014 10:04
  • czwartek, 25 grudnia 2014
    • Wymyślili "kredytówkę" specjalnie dla samców alfa. Jakie bonusy oferuje? Prześwietlam!

      Jak każdy facet, uwielbiam dostawać prezenty od mojego banku. Niestety, prawie żaden z "moich" banków nie ogarnia tej prostej potrzeby, więc zwykle prezenty muszę robić sobie sam. Ale ostatnio zauważyłem pewne wzmożenie w Banku Millennium, który jest jednym z aktywniejszych na rynku pod względem oferowania nowinek. Mają tu całkiem niezłe "Konto 360" (nie wiedzieć dlaczego reklamowane w środku zimy przez gościa na wielbłądzie ;-)), internetowe aukcje lokat krótkoterminowych, czy możliwość zaciągania pożyczek gotówkowych w łatwy sposób - np. za pomocą bankomatu, a ostatnio także za pomocą smartfona (w ten sposób da się w Banku Millennium np. podwyższyć limit debetowy). Tuż przed Bożym Narodzeniem bank wprowadził bodaj pierwszą na rynku kartę kredytową skierowaną do facetów. Facet, jak wiadomo, jest prostą istotą, zbudowaną modułowo. Najchętniej siedziałby przed telewizorem i oglądał mecz, popijał piwko z kolegami, a w tzw. międzyczasie myśli tylko o seksie (a czasem nawet go uprawia). Dostosowanie do potrzeb tak niewymagającej istoty skomplikowanego produktu bankowego jest nie lada wyzwaniem. Nic dziwnego, że dopiero teraz w Banku Millennium napięli muskuły, podczas gdy plastik dla kobiet (Millennium Impresja) jest w ofercie już od dobrych kilku lat.

      Millennium_Alfaskrzynia_biegowTym bardziej byłem więc ciekawy jakież to bonusy zaoferuje Bank Millennium w ramach karty kredytowej Millennium Alfa, skierowanej wyłącznie do samców alfa. Spodziewałbym się w ramach takiej karty zniżek na piwo, assistance imprezowego, rabatów przy zakupie kanałów sportowych w TV oraz sprzętu sportowego, tańszych wejściówek na stadion i karnetów na siłownię, możliwości testowania szybkich samochodów, zniżek w salonach i serwisach samochodowych, może jakiejś pomocy w ogarnianiu gnomów (część samców alfa w chwili słabości swój maczyzm przekuwa w liczne potomstwo ;-), które potem utrudnia realizowanie samczych rytuałów). Za taki pakiet kartowych bonusów każdy samiec alfa dałby się pokroić i natychmiast pobiegłby do banku sprawić sobie kartę Millennium Alfa. Niestety, biorąc pod uwagę przedstawiony powyżej "pakiet marzeń", milenijna karta dla stuprocentowych maczo prezentuje się przeciętnie, choć jeśli wziąć pod uwagę wszystkie oferowane bonusy (także te płatne trudno oskarżyć Millennium Alfa o ubogość.

      Poza możliwością płacenia pieniędzmi banku (czyli immanentną cechą każdej karty kredytowej), w ramach karty Millennium Alfa bank proponuje kilka bonusów: zwrot 5% wartości niektórych "męskich" zakupów, możliwość rozłożenia spłat na raty 0%, ubezpieczenia zwiększające bezpieczeństwo karty oraz pakiet assistance, pomagający na drodze, w domu oraz w przypadku choroby. Jak powszechnie wiadomo choroba dla każdego samca - zwłaszcza tego nie doświadczonego przyjemnością rodzenia dzieci, a ta przypadłość dotyczy zdecydowanej większości posiadaczy testosteronu - jest sytuacją przynoszącą wyjątkowo dużo stresu i cierpienia. Pomoc w jego zniesieniu jest więc wartością samą w sobie. Męska "kredytówka" jest do tego wszystkiego bezpłatna (pod tym wszakże warunkiem, że zapłacimy nią przynajmniej pięć razy miesięcznie), co też jest własnością samą w sobie. Prawdziwy maczo zwykle wszystkie pieniądze wydaje na imprezy i kobiety, więc zapłacenie 7,99 zł miesięcznie za przyjemność posiadania plastiku mogłoby go zestresować.

      Przyglądając się z bliska bonusom dołączonym do karty Millennium Alfa poczułem niejakie rozczarowanie. Zwrot 5% wydatków na "męskie" rzeczy (maksymalnie 760 zł w skali roku) dotyczy bardzo ograniczonej sieci sklepów. Zwrot dostaniemy m.in. za zakupy w Empiku i Leroy Merlin, rabatem obłożone będą też zakupy biżuterii i kosmetyków w sklepach Apart i Sephora, z kartą Alfa tańsze są bilety do kin Cinema City (pod warunkiem, że samiec nie jest nowoczesny i nie kupuje przez internet) oraz zakupy sportowe w sklepach GoSport. Niby całkiem zgrabne portfolio, ale - powiedzmy sobie szczerze - jego "wąskość" mocno daje po oczach (kobieca karta Banku Millennium daje znacznie większy wybór zniżek). Dobra wiadomość jest taka, że nie ma limitu miesięcznego, który przepadałby - można raz w roku zrobić duże zakupy i dostać 5% zwrotu. Drugi bonus, czyli rozłożenie zakupów kartowych na raty 0%, też ma pewien haczyk: kosztuje 4% prowizji od rozkładanej kwoty.

      Millennium_Alfazegarek1A ubezpieczenia do karty i samcze assistance? Przede wszystkim - trzeba za to wszystko zapłacić. Ubezpieczenie "Bezpieczna Karta" (znosi 800-złotowy udział własny klienta w przypadku kradzieży pieniędzy z karty i gwarantuje pomoc w przypadku napadu przy bankomacie) kosztuje 3,99 zł miesięcznie i jest włączane automatycznie (można z niego zrezygnować, ale już "ręcznie"). Zaś pakiet Assistance Alfa oznacza dodatkowy koszt rzędu 4,99 zł miesięcznie (czyli 60 zł w skali roku). Łącznie więc - choć sama karta, o ile jest używana, nic nie kosztuje, to za związane z nią poczucie bezpieczeństwa samiec alfa zapłaci 9 zł miesięcznie. Przeglądając zawartość assistance, które dostarcza współpracująca z bankiem firma Europ Assistance, chyba gotów byłbym odżałować te 60 zł rocznie i włączyć tę usługę. Tak, jak wcześniej wspomniałem, assistance obejmuje pomoc w samochodzie, w domu oraz w chorobie, pod warunkiem, że nadeszła bardzo nagle i nieszczęśliwie ;-).

      Poza dostępem do najróżniejszych infolinii i usług concierge (czyli organizowania usług, za które sami płacimy) mamy tu możliwość skorzystania z kilku całkiem realnych usług, za które nie zapłacimy (chyba, że trzeba będzie np. wymienić jakąś część - specjalista może nas obciążyć kosztami). Jak chodzi o usługi "samochodowe" jest możliwość zawołania specjalisty do drobnej naprawy na drodze (np. w przypadku pękniętej gumy ;-)), dostarczenia paliwa lub holowania (wszystko maksymalnie dwa razy w roku), w razie wypadku można poprosić o auto zastępcze lub o awaryjny hotel na trzy dni (raz w roku). W części "domowej" m.in. raz w roku możemy zawołać specjalistę od napraw sprzętu RTV i AGD i raz w roku - informatyka od naprawy komputerów. W razie awarii zamka w drzwiach bez limitów można prosić o pomoc ślusarza, a jeśli kupimy jakiś sprzęt i nie umiemy go zamontować lub uruchomić - raz w roku możemy poprosić o pomoc "złotą rączkę", która przyjedzie i za darmo uruchomi sprzęt. Cena za ten pakiecik - 60 zł rocznie - zwraca się przy dwukrotnym skorzystaniu z usług assistance

      W cenie jest też medical assistance, ale dość mocno obwarowane ograniczeniami. Można z niego skorzystać po nieszczęśliwym wypadku, uszkodzeniu ciała bądź "rozstroju zdrowia" w wyniku "nagłego zachorowania". Nie wiem czy przeziębienie, albo atak wirusa gardłowo-nosowego by się kwalifikował do pomocy assistance, ale w takim wypadku można poprosić o wizytę lekarza, dowóz leków, wizytę pielęgniarki, dowóz na zabieg (limity to dwie-cztery wizyty w ciągu roku), albo jedną dobę opieki nad chorym lub dziećmi. Gdyby dziecko posiadacza karty uległo nieszczęśliwemu wypadkowi można wezwać do domu pediatrę lub poprosić o pomóc w korepetycjach (maksymalnie 8 godzin lekcyjnych). Generalnie jest to bardzo przydatna opcja w sytuacji, kiedy ulegamy nieszczęśliwemu wypadkowi (np. łamiemy nogę na ulicy), albo ulega mu nasze dziecko. W przypadku "standardowych" chorób pomoc jest trudniejsza do uzyskania, ale można przyjąć, że 5 zł miesięcznie to nie jest wygórowana cena za dość zróżnicowany pakiet usług assistance. Gdyby jeszcze do karty Millennium Alfa dorzucono bogatsze spektrum rabatów i ekstra-usług..

      SKOKpanoramaSUBIEKTYWNIE O SKOK-ACH NA WIZJI. W ostatnich tygodniach sporo subiektywności pojawiło się w telewizji w związku z niepewną sytuacją SKOK-ów. Jako dziennikarz, który - równolegle z Bianką Mikołajewską - ujawniał od 2004 r. nieprawidłowości wokół SKOK-ów, jestem pytany przez kolegów-dziennikarzy z telewizji jaka może być przyszłość spółdzielczego systemu i w jaki sposób można by go naprawić. Na razie po stronie strat jest zniknięcie z rynku czterech Kas. Po upadłości SKOK-u tvn_bisWspólnota (w ramach pomocy Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić członkom Kasy ponad 800 mln zł). ten sam los spotkał SKOK Wołomin (prawdopodobnie będzie to kosztowało 2,5 mld zł), zaś dwa kolejne SKOK-i zostały przejęte przez banki (SKOK w Rumi i SKOK superstacja21Kopernik). Duża część pozostałych SKOK-ów prowadzi programy naprawcze i w zależności od ich efektów okaże się czy będą mogły dalej prowadzić samodzielną działalność. Niestety, wszystko wskazuje na to, że naprawianie SKOK-ów jeszcze trochę potrwa, zaś klienci banków zapłacą jeszcze za złe zarządzanie Kasami w przeszłości i za brak skutecznego nadzoru nad nimi, za który odpowiedzialność ponosi ekipa Grzegorza Biereckiego, dziś senatora wybranego z listy PiS. 

      SUBIEKTYWNIE O ŚWIĄTECZNYCH PUŁAPKACH. W ostatnich dniach sporo subiektywności było na wizji w temacie kosztów świątecznych. Podpnsswieta21obno statystyczna rodzina wydała na święta 1150 zł (tak wynika z raportu Deloitte), co oznacza, że wspólnie wydaliśmy na prezenty, jedzenie i odwiedzanie rodziny kilkanaście miliardów złotych. Sądząc po statystykach z poprzednich lat tvrep1faktyczne wydatki były nieco niższe - zwykle deklarujemy, że wydamy w święta 10-15% więcej, niż wydajemy naprawdę. O tym jak na świąteczne przygotowania wydać mniej, mówiłem m.in. w programie śniadaniowym TVP2 (tam opowiadałem o tym jak na świątecznych zakupach oszczędzała moja babcia) oraz w Telewizji Republika (tam ostrzegałem głównie przed pułapkami rat 0%). W ramach przedświątecznych ostrzeżeń odwiedziłem również w porannym programie Piotra Maślaka z TOK FM. Tym z Was, którzy obejrzeli i się zainspirowali - dziękuję. W nagrodę macie więcej pieniędzy w portfelach. Kolejna porcja świątecznych rad już za niespełna rok ;-)

      pnsswieta1

      CHŁOŃ SUBIEKTYWNOŚĆ TAK JAK LUBISZ! Blog "Subiektywnie o finansach" to jedno z  najbogatszych źródeł informacji istotnych dla Waszych kieszeni. Jest tu ponad 2300 tekstów, a miesięcznie zagląda tu ok. 200.000 osób, Subiektywność jest też w portalach społecznościowych - profil blogu na Facebooku ma ponad 25.000 fanów, zaś na Twitterze - prawie 4000 followersów. Kto woli oglądać, niż czytać - zapewne polubi wideofelietony na kanale blogu w YouTube (w tym kinie jest już prawie 1000 osób). Dla zwolenników druku w każdy czwartek mam autorskie strony blogu "Pieniądze Ekstra" w "Gazecie Wyborczej". Chłoń subiektywność tak, jak chcesz. A ja dostarczę Ci ją do biurka, do kawy lub... do łóżka ;-)

      CZYTAJ TEŻ "PIENIĄDZE EKSTRA". W "Gazecie Wyborczej" co czwartek autorskie szpalty samcikowe, na których Samcik nie jest sam, lecz walczy o Wasze prawa razem ze swoją Ekipą. I jest to walka na wielu frontach - nie tylko z nieetycznymi bankowcami, ale też z tymi, którzy naciągają Was w sklepach, punktach sprzedaży telewizji kablowej, albo salonach sieci telekomunikacyjnych.Przekażcie tę wieść potrzebującym!

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Wymyślili "kredytówkę" specjalnie dla samców alfa. Jakie bonusy oferuje? Prześwietlam!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 grudnia 2014 22:50
  • środa, 24 grudnia 2014
  • wtorek, 23 grudnia 2014
    • Jak pozbyć się kredytu we frankach? Czytelnik podrzuca pomysł, ale... jest pewne "ale"

      Jak pozbyć się kredytu we frankach? To pytanie dotyczy zapewne sporej części z 550.000 rodzin, które zadłużyły się w szwajcarskiej walucie, a dziś chciałyby zmienić coś w swoim życiu (bo np. rodzina się powiększyła, partner życiowy się zmienił, miejsce pracy się zmieniło). Niestety, realia są takie, że kto w złym momencie wziął kredyt we frankach, dziś ma do spłaty znacznie więcej, niż na początku. A więc jest uwięziony w swojej nieruchomości. Przedterminowa spłata takiego kredytu jest kompletnie nieopłacalna, zaś refinansowanie - niemożliwe. Innymi słowy: taki klient jest niewolnikiem banku, który niejednokrotnie (zwłaszcza w sytuacji, gdy kredyt jest wyższy od wartości mieszkania) pobiera z tytułu tego niewolnictwa pożytki, np. ubezpieczenie niskiego wkładu własnego, w niektórych przypadkach przypominające wyrok dożywocia). Czy takim "frankowym niewolnikom" trzeba pomóc? Większość ekonomstów uważa, że nie. Wzięli kredyt świadomie (czasem nawet świadomie ryzykując ponad miarę), spłacają zgodnie z planem, więc wszystko jest w porządku. A finansowe niewolnictwo nie jest przecież tak okrutne jak to fizyczne, od dawna w Polsce zakazane. Choć jest jeden były prezes banku, który ma na ten temat odrębne zdanie.

      Uważam, że dla "frankowych niewolników" powinno istnieć jakieś awaryjne rozwiązanie, które pozwoliłoby im zmienić mieszkanie, nie pozbywając się długu. Nie chodzi o to, żeby preferować kredytobiorców frankowych kosztem pozostałych - po prostu są sytuacje, w których pozostawanie przez 20-30 lat w tym samym mieszkaniu jest "karą" nieludzką. A kredyt frankowy jest jedynym rodzajem kontraktu kredytowego, który jest dziś faktycznie "nierozwiązywalny". Najprostszym rozwiązaniem - które opisywałem już w blogu - byłoby umożliwienie sprzedaży mieszkania razem z kredytem. Po prostu zobowiązanie przechodziłoby na nowego nabywcę. Pytanie, czy takowy by się znalazł (kto weźmie dziś po cenie rynkowej mieszkanie z kredytem we frankach w pakiecie?) i czy bank zaakceptowałby nowego kredytobiorcę (przecież głównym zabezpieczeniem kredytu są dochody konkretnego kredytobiorcy, a hipoteka na nieruchomości ma tylko znaczenie pomocnicze). Jeden z moich czytelników proponuje jeszcze inne rozwiązanie, będące modyfikacją powyższego pomysłu. Niestety modyfikacją dostępną tylko dla osób, które posiadają niemałe oszczędności, a więc niekoniecznie dla przeciętnego posiadacza kredytu we frankach.

      "Weźmy kredyt mieszkaniowy w walucie obcej wzięty na 150.000 franków przy kursie CHF/PLN na poziomie 2 zł. Przy dzisiejszym kursie franka (3.5 zł) zobowišzanie wynosi więc 525.000 zł. Dla uproszczenia pomijam to, że część kapitału została już spłacona. Pomysł jest następujący: sprzedajemy mieszkanie za 300.000 zł - razem z kredytem bądź też spłacając i zamykając kredyt - zaś nadwyżkę długu, czyli tę jego część, która przekracza wartość mieszkania, wpłacamy do banku gotówką. To w zasadzie bankructwo, tylko że wykonane samodzielnie, ze spłatą zobowiązań"

      - pisze czytelnik. Może to by i miało sens, ale z drugiej strony jeśli ktoś ma 225.000 zł wolnej gotówki, to nie jest żadnym "frankowym niewolnikiem", bo w każdej chwili może sobie kupić drugie mieszkanie. Przedstawiane przez klienta rozwiązanie mogłoby mieć sens pod jednym dodatkowym warunkiem - z opcją częściowego umorzenia zobowiązania przez bank. Mógłby on, w geście dobrej woli i w podziękowaniu za to, że klient rozstaje się z kłopotliwym dla wszystkich stron frankiem, zmniejszyć wartość tej części zobowiązania, która miałaby być wpłacona gotówką (czyli nadwyżki wartości kredytu nad wartością nieruchomości).

      Wówczas miałoby to charakter bankructwa z redukcją długów. Zalety takiego rozwiązania zasadzałyby się na tym, że klient, choć pozbyłby się mieszkania i oszczędności (ewentualnie w celu sfinalizowania całej operacji zadłużyłby się u rodziny), to pozbyłby się również ryzyka wzrostu oprocentowania w przyszłości (redukcja długów byłaby równoznaczna ze spłatą kredytu przy niższym od rynkowego kursie franka), a po całej operacji zostałby z czystą kartą i odświeżoną zdolnością kredytową. Oraz z odblokowanymi możliwościami oszczędzania pieniędzy (wcześniej szły na ratę kredytu) albo zakupu nowego mieszkania. Oczywiście też na kredyt. Czyli całkowity reset. To opcja do rozważenia dla tych kredytobiorców, którzy nie kupili na kredyt we frankach mieszkania dla siebie, lecz na wynajem i mają z tego wynajmu mniej pieniędzy, niż wynosi rata kredytu frankowego - czyli co miesiąc powiększają stratę. Oczywistą wadą jest tutaj zrealizowanie straty kursowej przy obecnym poziomie franka. I pozbycie się możliwości ewentualnego anulowania części kredytu, gdyby kiedyś okazało się, że kredyty walutowe zostały w Polsce zdelegalizowane i zamienione na złotowe po kursie z dnia podpisania umowy. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wypadków uważam za niewielkie, lecz nie można całkiem go pominąć.

      Co sądzicie o takim pomyśle? I czy warto już dziś ciułać np. po 500 zł miesięcznie, żeby za kilka lat pójść do banku z propozycją takiego właśnie rozwiązania problemu kredytu we frankach? A może iść w inne rozwiązania, oparte na zamianie własności na wynajem? Podobno w Związku Banków Polskich myśleli o tym, żeby kredytobiorcom hipotecznym umożliwić zamianę własności na wynajem w pakiecie z redukcją długu. Skoro Bank Gospodarstwa Krajowego prowadzi fundusz mieszkań na wynajem, to dlaczego miałby nie zająć się wynajmowaniem mieszkań osobom, które są dziś "przykute do franka"? Gdy tylko pomysł został ujawniony, natychmiast Związek Banków się go wyparł, więc chyba na dziś to rozwiązanie ma status trupa. Ale trupy, jak wiadomo z filmów, czasem ożywają.

      Jak inwestować i pomnażać

      POD CHOINKĘ POŁÓŻCIE BLISKIM SUBIEKTYWNOŚĆ. Idealny prezent to taki, który z jednej strony cieszy oko dającego i przyjmującego tenże, a z drugiej - pozwala żyć lepiej, efektywniej lub przyjemniej - czyli na coś się przyda, a nie będzie tylko stał w mieszkaniu i zawadzał. Oba te warunki spełniają moje książki, które polecam Wam jako pomysły na mądry prezent last minute. Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - połóżcie pod choinką poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, boMaciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "Jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „Jak pozbyć się kredytu we frankach? Czytelnik podrzuca pomysł, ale... jest pewne "ale"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 23 grudnia 2014 09:09

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line