Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 grudnia 2015
    • Sześć wydarzeń, które najbardziej wpłynęły na twój portfel w 2015 r. Czy miałeś wiatr w plecy?

      Jaki to był rok dla naszych pieniędzy? Słodko-gorzki i bardzo ciekawy. Waliła się Grecja, chwiały się Chiny, a Europa drukowała pieniądze, jak szalona, walczyła z terrorystami i z uchodźcami. W kraju rozpętała się polityczna zawierucha, wpływająca zgubnie na wartość naszych oszczędności i szalała deflacja, która - dla odmiany - wpłynęła na nie zbawiennie. Tak samo jak coraz tańsze tankowanie :-). A co poza tym? Oto sześć rzeczy, od których najbardziej zależały w 2015 r. Wasze finanse. Życzę Wam udanego świętowania i życzę tłustych portfeli w 2016 r. :-)   

      MNIEJSZY ZAROBEK NA DEPOZYTACH I WYŻSZE OPŁATY ZA KONTA. Posiadacze depozytów zarobili mniej, niż w poprzednich latach - według danych NBP oprocentowanie depozytów terminowych średnio spadło z 2,4% do 1,8% - ale dzięki deflacji nasze pieniądze w bankach realnie zyskały na wartości. Gorzej z tymi oszczędnościami, które z myślą o długoterminowych korzyściach lokowaliśmy na rynku kapitałowym, bo ceny akcji w ciągu roku spadły średnio o 10% (choć w skali 10 lat zysk z akcji wciąż jest przyzwoity - 30%). Z sześciu bezwarunkowo darmowych kont bankowych zostały tylko dwa. Co najmniej połowa z 20 największych banków podkręciła warunki darmowości kart płatniczych i kredytowych (teraz trzeba nimi wydawać więcej pieniędzy). Prawie dwie trzecie banków zmieniło na niekorzyść klientów zasady korzystania z bankomatów.

      PEhipoteki_2KREDYTY HIPOTECZNE NAJTAŃSZE W HISTORII. To był czas najtańszych w historii kredytów hipotecznych w złotych (niskie stopy procentowe spowodowały, że oprocentowanie przeciętnego kredytu spadło z 4,2% do 3,5%), a z drugiej - największego w historii kursu franka (na początku roku płaciliśmy za franka 3,5 zł, a teraz - 3,9 zł). Na szczęście wyższy kurs franka zamortyzowała niższa stawka LIBOR (to drugi składnik ceny kredytów walutowych - na początku roku LIBOR wynosił -0,05%, a teraz już -0,75%) oraz niższy spread naliczany przez banki. W sumie więc raty kredytów frankowych co prawda nie spadły, ale i nie poszły w górę. Niższy zarobek na kredytach hipotecznych banki rekompensowały sobie żyłowaniem do nieprzyzwoitych poziomów cen kredytów konsompcyjnych. Według NBP w ciągu ostatnich kilku lat ich "opłacalność" dla banków więcej, niż podwoiła.

      SZWAJCARSKI KONIEC ŚWIATA. Rok zainaugurował sławetny styczeń, gdy Szwajcarzy - a konkretnie prezes ich banku centralnego - ogłosili, że nie będą już bronić kursu franka przed umocnieniem. W ciągu kilku godzin frank wystrzelił z 3,5 zł do prawie 5,2 zł i gdyby na tym poziomie pozostał, to mielibyśmy kilkadziesiąt tysięcy bankructw klientów i wielomiliardową dziurę w bilansach banków. Na szczęście nowy punkt równowagi dla kursu franka został ustalony znacznie niżej. Dzięki temu politycy mogli sobie bezkarnie urządzić wielomiesięczne igrzyska pomysłów na to, jak pomóc frankowiczom. Nikt ci tyle nie da, ile polityk ci obieca - ta zasada rządzi zawsze przed wyborami, a frankowicze teraz boleśnie jej doświadczają. Czy frank może być droższy? Jeszcze prawie rok temu mówiliśmy, że musi spaść, bo żyjący z eksportu Szwajcarzy sobie nie poradzą. I co się okazało? Wytrzymali silnego franka lepiej niż my. I wytrzymają jeszcze silniejszego. My - niekoniecznie. Jedynym antidotum na silnego franka jest... silny złoty

      UPADŁOŚĆ NAJWIĘKSZEGO BANKU SPÓŁDZIELCZEGO. To prawdopodobnie największa afera od czasów Amber Gold. Bank spółdzielczy z Piaseczna, działający pod nazwą SK Bank, w listopadzie okazał się bankrutem. Tego się nikt nie spodziewał. O tym, że niektóre SKOK-i były fatalnie zarządzane, że większość z nich nie umiała (lub nie chciała) pożyczać pieniędzy odpowiedzialnie, że cały system spółdzielczych kas był źle nadzorowany, wszyscy wiemy. Ale że takie rzeczy mogą się dziać w branży bankowej, od zawsze będące pod ścisłym nadzorem KNF - to duży szok. W SK Banku najpierw zaczęto na siłę "pompować" depozyty, oferując znacznie wyższe stawki, niż dawały inne banki, a potem "przepompowano" ponad miliard złotych w ramach kredytów, których zabezpieczenia okazały się znacznie gorszej jakości, niż widniało do w księgach rachunkowych banków. Pozostałe banki musiały wyasygnować 2 mld zł w ramach gwarancji depozytów dla klientów. SK Banku, ale największym efektem tej afery było przypomnienie wszystkim posiadaczom pieniędzy w bankach, że liczy się nie tylko wysoki procent

      NAJGORSZY ROK DLA INWESTORÓW OD SZEŚCIU LAT. WIG20, czyli indeks największych spółek na warszawskiej giełdzie, po raz pierwszy od sześciu lat znalazł się poniżej granicy 2000 pkt. Spadek cen największych spółek o 20% w ciągu roku zdarzył się wcześniej tylko trzykrotnie i to w warunkach ciężkich kryzysów finansowych na świecie. Tym razem po raz pierwszy ceny akcji spadały pomimo dobrych nastrojów na świecie. To efekt zmiany rządu w Polsce i zapowiedzi nowej partii rządzącej, że spółki giełdowe,w których Skarb Państwa ma udziały, mają być instrumentami realizacji polityki rządu. Prywatne spółki produkcyjne radziły sobie w 2015 r. nieźle (dla tego indeks całej giełdy WIG spadł tylko o 10%), ale niestety wśród największych firm na parkiecie przeważają te w części państwowe. Poza tym nowa partia rządząca zapewne spróbuje dobrać się do reszty pieniędzy zgromadzonych w OFE. Inwestorzy zagraniczni, lokujący pieniądze w Polsce, wszystko to wliczyli w ceny akcji.

      eurusd2015EUROPA SŁABNIE, "ZIELONY" ROŚNIE W SIŁĘ. W 2015 r. mieliśmy bardzo dużo zmian, które wpłyną na zawartość naszych portfeli w kolejnych latach. Europejski Bank Centralny kontynuował ogromny program "drukowania" euro (a tak naprawdę operacji finansowych, których celem jest zwiększenie możliwości udzielania kredytów przez banki). Gospodarka strefy euro rośnie bardzo wolno (1,5% w skali roku), a symbolem kiepskiej sytuacji Starego Kontynentu w 2015 r. było bankructwo Grecji, która po raz kolejny straciła wypłacalność. Z kolei amerykański bank centralny Fed uznał, że gospodarka rozwija się na tyle szybko (3,9% po półroczu), że po raz pierwszy od prawie 10 lat podwyższył stopy procentowe. W efekcie kurs dolara przez moment przekroczył nawet 4 zł. O ile jeszcze pięć lat temu za jedno euro można było kupić prawie 1,5 dolara, tak teraz - już mniej, niż 1,1 dolara. Jak to się skończy? Nie wiadomo: na razie górą są ci, którzy trzymają część oszczędności w "zielonym", a nie w euro.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Sześć wydarzeń, które najbardziej wpłynęły na twój portfel w 2015 r. Czy miałeś wiatr w plecy?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 grudnia 2015 16:15
    • Oto świat, w którym banki nie są już potrzebne. Jest bliżej, niż nam się wydaje?

      Tak się składa, że przy żłobie znaleźli się politycy, którzy nie uważają, żeby banki były w ogóle komuś do czegoś potrzebne. Jak ktoś będzie potrzebował jakichś pieniędzy, to przyjdzie do rządu i poprosi. Jeśli był grzeczny, to dostanie, a jeśli nie, to się mu wytłumaczy, że pieniądze jednak nie są mu potrzebne. W razie wątpliwości decyzję podejmie komitet polityczny. Ta wizja świata bez banków wygląda dość dziwnie, ale ja mam dla Was inną, konkurencyjną. Czytałem raport amerykańskiego Citibanku, w którym duży rozdział jest poświęcony społecznościowym platformom wymiany pieniędzy. Piszą tam m.in. o tzw. klubach pożyczkowych, czyli platformach, na których ludzie sami pożyczają sobie pieniądze, nie korzystając z pośrednictwa banków. Z punktu widzenia potrzebujących gotówki jest to prywatna pożyczka, z punktu widzenia posiadaczy nadmiaru gotówki - inwestycja. Jak zobaczycie na pierwszym ze slajdów, które wklejam, spread między oprocentowaniem depozytu, a pożyczką w bankach jest znacznie większy, niż w klubach pożyczkowych. Banki z tego spreadu muszą utrzymać setki oddziałów, tysiące pracowników, systemy internetowe oraz składki na różne fundusze zapewniające bezpieczeństwo systemu.

      citispoecz1

      citispolecz2

      Platformy pożyczkowe po prostu udostępniają miejsce, na którym ludzie handlują sobie sami. Na razie nawet w USA jest to jeszcze mały rynek - zwłaszcza jeśli porównamy go z wielkością rynku bankowych kredytów konsumpcyjnych - ale rośnie bardzo szybko i to zarówno w Ameryce, jak i w Wielkiej Brytanii, czy Chinach. Nic dziwnego, że Wojciech Sobieraj, szef Alior Banku, powiedział, że jego następnym start-upem nie będzie już bank, lecz platforma ułatwiająca pożyczki społecznościowe. W Polsce kilka takich platform już funkcjonuje - największa to Kokos, ale są też inne, wśród nich takie, które reprezentują standard "quasibankowy" 

      citispolecz4Na Zachodzie ponad połowa tego typu pożyczek społecznościowych jest zaciągana na refinansowanie długów zaciągniętych w bankach bądź na spłatę kart kredytowych To oznacza, że klienci zauważają, iż najłatwiej wychodzi się z długów poprzez ich zamianę na tańsze pożyczki, które można zaciągnąć poza bankiem. Oczywiście: z punktu widzenia inwestora taka działalność wiąże się z ryzykiem, ale platformy pożyczkowe coraz bardziej angażują się w ochronę inwestora. W Polsce mamy już platformę pożyczkową, która sama proponuje inwestorowi oprocentowanie pożyczki w oparciu o scoring przeprowadzony na podstawie podobnych parametrów, jak bankowe. Ze scoringu wychodzi jakość pożyczkobiorcy, szkodowość pożyczek dla tego typu pożyczkoniorców i oczekiwana premia za ryzyko. Nawet mniej "bankopodobne" platformy do pożyczania pieniędzy przeprowadzają "gwiazdkowanie" klientów, weryfikują ich za pomocą przelewów kontrolnych z banków oraz sprawdzają we wszystkich możliwych miejscach, w których znajdują się źli dłużnicy. No i oczywiście z automatu proponują systemy rozpraszania ryzyka, tzn. inwestycję kierują do kilkunastu, kilkudziesięciu pożyczkobiorców, a nie do jednego (chyba, że klient-inwestor zażyczy sobie inaczej).

      W przypadku największego amerykańskiego portalu Lending Club wartość średniej pożyczki to 14.000 dolarów, średni zwrot dla inwestora to 5-9%, a średnie oprocentowanie to 13,2% w skali roku. Przyznacie, że to znacznie mniej, niż w polskich bankach życzą sobie za pożyczkę gotówkową. Aha, średnia "szkodowość" klientów nie przekracza 5%. W innej amerykańskiej platformie społecznościowej Prosper średnie oprocentowanie to 15%, średni zysk inwestora to 9% (porównajcie sobie to z oprocentowaniem depozytów w bankach), a średnia "szkodowość" to 6-7% pożyczek. W brytyjskim klubie pożyczkowym Zopa pożycza się średnio 7.500 funtów, średnie oprocentowanie nie przekracza 8%, zysk inwestora to średnio 5%, a odsetek nie spłacanych na czas pożyczek - 2 %. W Azji pożyczki społecznościowe występują podobno nie tylko w wersji online, ale i offline, w której do klienta-inwestora lub pożyczkobiorcy dociera agent i to z nim załatwia się sprawy. Nie wiem czy w takim modelu to może być tanie, ale Azja to dziś 30% światowej bankowości, więc jeśli tam się to uda... A udać się może, bo tam ludzie pożyczają poza bankami już dziś częściej, niż u nas (patrz tabelka).

      citispolecz3

      Społecznościowe platformy mogą też namieszać na rynku inwestycyjnym, a więc ułatwiając pozyskiwanie pieniędzy nie tylko na potrzeby konsumpcyjne, ale i na finansowanie biznesu. To też jest szybko rosnąca gałąź internetowych usług finansowych. Amerykański KickStarter pomógł już sfinansować 85.000 przedsięwzięć i pozyskać na nie 1,5 mld dolarów. W Wielkiej Brytanii działa platforma Crowdfounder (160 mln funtów "obrotu") oraz Crowdtube. A i w Polsce mieliśmy już pierwsze przykłady udanego crowdfundingu.

      citicrowd
      Ale społeczności w finansach to nie tylko pożyczanie i inwestowanie pieniędzy. W Polsce największy udział w rynku osiągnęły społecznościowe platformy wymiany walut, z Cinkciarzem na czele. Na świecie rosną jak na drożdżach systemy cyfrowego pieniądza, A przelewy natychmiastowe? W Polsce jako pierwsza uruchomiła je pozabankowa firma BlueMedia. A płatności w internecie? Coraz bardziej rozpycha się PayPal, a w Polsce należący do właściciela Allegro PayU. Nota bene firmy te korzystają z bankowej infrastruktury i bardzo ciekawy jestem czy bankowcy pozwolą sobie dalej w kaszę dmuchać, czy też będą starali się wejść w symbiozę z platformami społecznościowych finansów. Raiffeisen Polbank założył właśnie kantor internetowy, w którym jest opcja społecznościowej wymiany walut. A PlusBank i Alior wchodzą w cyfrowy pieniądz billon. Kto wie, czy to nie początek końca banków, jakie znamy. Skoro społecznościowy model biznesowy wygania klientów taksówek do Ubera, to kto wie, czy taki sam model zajmowania się pieniędzmi nie spowoduje kłopotów banków.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Oto świat, w którym banki nie są już potrzebne. Jest bliżej, niż nam się wydaje?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 grudnia 2015 10:09
  • środa, 30 grudnia 2015
    • Sejm w nocy uchwalił wielkie golenie banków. Co teraz będzie? Oto trzy scenariusze

      Proszę zapiąć pasy, będzie się działo. Sejm uchwalił podatek bankowy. I to taki w wersji deluxe, czyli najwyższy na świecie. Posłowie PiS nie dali się przekonać, że podatek od aktywów (a więc de facto od kredytów) jest ryzykownym przedsięwzięciem i może przynieść więcej strat, niż korzyści. I że istnieją lepsze sposoby na czochranie banków. Co prawda wykreślili z opodatkowania tę część aktywów banków, która stanowi kapitał własny lub obligacje kupione od polskiego rządu, ale za to zwiększyli stawkę podatku do absolutnie rekordowego w skali światowej poziomu 0,44%. Jesteśmy tacy hej-do-przodu, że hej, bo żaden kraj w Europie - poza Węgrami, którzy też się wycofują, oraz Finlandią, która czochra banki bardzo delikatnie - nie ma takiego podatku. Będzie to ciekawy eksperyment, którego skutkiem ubocznym - poza wzrostem cen kredytów - może być np... repolonizacja branży bankowej. Pytanie czy będzie nim także wolniejszy wzrost gospodarczy i wzrost bezrobocia.

      Co się może teraz zdarzyć? Posłowie nie zadali sobie trudu, żeby to sprawdzić, więc im powiem. Są trzy scenariusze. Pierwszy jest prosty. wzrost cen kredytów i obniżka stawek depozytów w takim stopniu, żeby ściągnąć z klientów dodatkowe 4-5 mld zł i z tych pieniędzy zapłacić podatek. To duże pieniądze, więc i podwyżki kredytów będą bolesne. Zanim zaczniecie narzekać na to, że drożeją konta, banki zdzierają za karty, a ceny kredytów są lichwiarskie, pomyślcie o pani premier, panu prezydencie i kocie prezesa. Scenariusz drugi to przesuwanie klientów depozytowych do funduszy inwestycyjnych i próby przeniesienia przez polskie banki aktywów kredytowych za granicę. Dostaniecie więc propozycję żeby zamienić depozyt na fundusz pieniężny, a do umowy kredytowej spisać aneks, że pożyczkodawcą jest jakiś bank za granicą, zaś polski bank jedynie serwisuje Wasz kredyt. Być może nawet z tym aneksem będzie związana obniżka marży kredytu, żeby Was zachęcić do współpracy.

      Scenariusz numer trzy wejdzie w życie jeśli banki nie będą chciały lub - co bardziej prawdopodobne - nie mogą mogły podwyższyć cen, albo klienci nie będą chcieli płacić więcej. Wtedy bankom bardzo ostro spadnie rentowność działania. Co się wtedy stanie? Może nic, a może... Policzmy. Uprzedzam, liczenia będzie sporo. Z ostatnich danych KNF wynika, że zyski banków są, owszem, mniejsze niż w zeszłych latach, ale wciąż pokaźne. Od stycznia do września branża bankowa wypracowała 11,4 mld zł zysku, podczas gdy w zeszłym roku było to prawie 13 mld zł. Ponad 2,3 mld zł spadku zysku banków to sprawka mniejszego zarobku na odsetkach, 230 mln zł mniej banki zarobiły na prowizjach, a 360 mln zł straciły przez wyższe koszty działania. Spadek zysków byłby większy, gdyby nie poprawa spłacalności kredytów, co zaowocowało 640 mln zł rozwiązanych rezerw na ewentualne straty kredytowe. Gdyby biznes bankowy w ostatnim kwartale szedł tak, jak do tej pory, to można byłoby oczekiwać, że zyski branży wyniosą 13-14 mld zł. Ale będzie mniej, bo banki w ostatnich tygodniach zapłaciły 2,1 mld zł na pokrycie depozytów klientów upadającego SK Banku, utworzą też wart 600 mln zł fundusz na pomoc kredytobiorcom w tarapatach finansowych (ustawa przegłosowana jeszcze przez PO)

      banki_wyniki

      Nawet jeśli ostatecznie roczny zysk banków wyniesie 12-13 mld zł, to żadnego dramatu jeszcze nie ma. Dopóki tłustym bankowym kotom wystarczy zysków, by zwiększać kapitał własny banków (kosztem spadku wypłacanej akcjonariuszom dywidendy), to utrzymanie wzrostu udzielanych kredytów będzie wciąż możliwe (nawet jeśli te kredyty będą droższe, bo banki wliczą w nie podatek). W poprzednich latach banki podawały gospodarce średnio 40-50 mld zł nowych kredytów (poza tym, co "reinwestowały" z rat wcześniej zaciągniętych kredytów, spłacanych przez klientów). W zeszłym roku nawet trochę więcej - 65 mld zł. A i to nie jest szczyt ich możliwości - w ciągu ostatniego roku fundusze własne banków poszły w górę o 12 mld zł (bo banki wypłaciły bardzo mało dywidendy), zaś wzrost funduszy własnych o każdy miliard złotych pozwala na wzrost akcji kredytowej o 8-9 mld zł. W tym roku maksymalna "zdolność kredytowa" banków wynosi więc co najmniej 100 mld zł, z czego branża wykorzystała 65%. A i tak na tle Europy Zachodniej dała ostro czadu (i pewnie też trochę dlatego my mamy 3,5% wzrost PKB, a Zachód - zero).

      knfbankikredytytempo

      Co będzie jeśli zyski banków spadną z 12 mld zł rocznie do np. 6-7 mld zł rocznie po wprowadzeniu podatku? Oczywiście przy założeniu, że nie znajdą sposobu na jego skuteczne podważenie lub ominięcie (np. poprzez sekurytyzację niektórych aktywów)? To zależy od tego czy akcjonariusze będą brali dywidendy. Bo tu wybór jest prosty - albo te 6-7 mld zł "resztówki" zysku w całości pójdzie na kapitał własny i pozwoli bankom mieć jakieś 50 mld zł nowej "zdolności kredytowej" (bo mnożnik kapitału do akcji kredytowej wynosi 8-9), albo... kasę wezmą akcjonariusze, a "zdolność kredytowa" nie wzrośnie. I wtedy rzeczywiście może być nieciekawie, zwłaszcza dla tych, którzy chcieliby kupić sobie mieszkanie na kredyt - banki rocznie udzielają 30 mld zł kredytów hipotecznych, z czego tylko jedna trzecia powstaje dzięki "wracającym" ratom od spłacanych "starych" kredytów. W przypadku kredytów gotówkowych 90% nowych pożyczek powstaje dzięki rolowaniu istniejącego kapitału. Ergo: jeśli banki miałyby zerowy przyrost kapitałów własnych, to spadek wartości udzielanych kredytów hipotecznych mógłby wynieść ok. 50%, a spadek udzielanych kredytów gotówkowych - nic lub prawie nic.

       kredytyknf0929151

      Idźmy dalej: spadek zysków banków z 12-13 mld zł do 6-7 mld zł po wprowadzeniu podatku (nota bene oznacza to też spadek rządowych wpływów z podatku dochodowego od banków o 2 mld zł i spadek zysków z dywidend o 1 mld zł, czyli budżet na pewno nie dostanie 5-6 mld zł, ale góra jedną trzecią tej kwoty) to optymistyczna wersja przebiegu wydarzeń. Pesymistyczna jest taka, że banki zostaną dodatkowo obciążone składką na jakieś upadające SKOK-i (w zeszłym roku z tego powodu musiały dorzucić do funduszu gwarancji depozytów ponad 1 mld zł, a nie można wykluczyć, że kolejne bankructwa SKOK-ów pochłoną jeszcze kilka miliardów złotych) oraz że powstanie jakaś ustawa dotycząca frankowiczów. Jeśli pojawią się dodatkowe koszty, banki zarobią jeszcze mniej i problem nie będzie już polegał na tym, że nie będą w stanie wygenerować wzrostu akcji kredytowej, lecz być może będą musiały ją zwijać. Po drugie prawdopodobnie banki będą musiały tworzyć dodatkowe bufory kapitałowe związane z dyrektywami unijnymi (czyli ich "zdolność kredytowa" zostanie ograniczona, o ile nie przyniosą jeszcze 12-15 mln zł kapitału). Po trzecie o ile cały sektor ma jeszcze sporo "tłuszczyku", to patrząc przez pryzmat poszczególnych banków sytuacja nie jest tak różowa. W swoim najnowszym raporcie o sytuacji finansowej banków KNF stwierdza, że:

      "pomimo zadowalającej sytuacji bieżącej, w przypadku niektórych banków zalecane jest dalsze wzmocnienie bazy kapitałowej, co wynika z poziomu ryzyka zakumulowanego w bilansach banków oraz wynikających z otoczeniu zewnętrznym".

      Innymi słowy nadzór ostrzega, że są banki, które nie mogą sobie pozwolić na "spalanie tłuszczyku", bo zagrozi to ich stabilności. Wiadomo, że już samo zapłacenie swojej części pieniędzy na gwarancje depozytów dla klientów SK Banku spowodowało, że np. Getin Bank, czy BOŚ, albo BPH oddadzą prawie cały swój roczny zysk. A przecież te rachunki nie uwzględniają podatku bankowego. Destabilizacja sytuacji finansowej choćby jednego dużego banku mogłaby być bardzo ryzykowna ze względu na możliwy efekt domina. Do tej pory fundusz gwarantowania depozytów wypłacał klientom upadających instytucji finansowych po 1-2 mld zł, a duże banki mają po 50-60 mld zł depozytów. Jest i czwarty kłopot wynikający z nadmiernego czochrania banków - wypychanie Polaków do firm pożyczkowych (im droższy i mniej dostępny kredyt, tym większy biznes dla Vivusa, Wongi, Providenta i innych) oraz zmniejszanie skali obrotu bezgotówkowego (droższe konta i karty sprawią, że Polacy będą preferowali gotówkę), co sprzyja wzrostowi szarej strefy,

      Czy to oznacza, że banków nie można opodatkować? Bynajmniej. Można i nawet się powinno, bo biznes polegający na handlowaniu knfefektywnonie swoimi pieniędzmi (a taki prowadzą banki) powinien być stosunkowo wysoko opodatkowany (np. taką niby-akcyzą), a przy tym powinna być kontrolowana jego rentowność (by banki nie posuwały się do lichwy). Jednak - jak pokazałem powyżej - jeśli banki mają udzielać nowych kredytów, a nie tylko rolować stare (a do tej pory rocznie pożyczały nam ekstra po 40-50 mld zł), to powinny mieć 8-9 mld zł rocznych zysków. Z tego 2-3 mld zł oddadzą akcjonariuszom, a 5-6 mld zł przeznaczą na kapitał własny, dzięki któremu będą w stanie udzielić nam 30-40 mld zł nowych kredytów hipotecznych i 20-30 mld zł nowych kredytów inwestycyjnych firmom. W zeszłym roku banki miały 16 mld zł zysków, w tym będą miały 12-13 mld zł. Pozornie więc wystarczy im kasy na podatek i wzrost kredytów. Jest tylko jeden problem. W niektórych bankach już dotychczasowe obciążenia - nie licząc podatku bankowego - spowodują pozbycie się wszystkich zysków, a więc i zatrzymanie kredytów. Gdyby któyś z banków się przekręcił z powodu braku płynności lub/i niewypłacalności, to będzie kosztowało podatników kilkadziesiąt miliardów złotych. 

      O, i takie są te scenariusze, o których nie pomyśleli ani przez chwilę posłowie, w czasie gdy byli maszynkami do głosowania. Nie pomyślą też o nich senatorowie, kiedy będą posłusznie przyklepywać tę ustawę bez poprawek. I nie pomyśli o nich pan prezydent, kiedy będzie grzecznie i usłużnie podpisywał podsunięte mu papiery. . Po drugiej stronie bilansu jest 2 mld zł potencjalnego dochodu z podatku bankowego (tyle realnie wpadnie do budżetu). Posłowie nie muszą się znać na ekonomii, ale mogliby od czasu do czasu użyć mózgufff. Opodatkowanie banków warto zrobić z sensem, żeby nie był to strzał w stopę. Zakończę patriotycznie :-). Polska branża bankowa powoli przestaje być mikroskopijna na tle europejskiej. Niektóre polskie banki mają wartość rynkową stanowiącą poważną część - lub nawet większość - wartości zachodnich grup finansowych". Dobrze byłoby - przy okazji szukania kasy na "500 zł na dziecko" - tego nie schrzanić. Choć obawiam się, że na to może być już za późno.

      bankirynek2015 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (68) Pokaż komentarze do wpisu „Sejm w nocy uchwalił wielkie golenie banków. Co teraz będzie? Oto trzy scenariusze”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 grudnia 2015 09:17
  • wtorek, 29 grudnia 2015
    • Nowy automat do wyciskania... ciebie? :-). Zrobi ci zdjęcie, zeskanuje dowód, wypłaci chwilówkę

      Choć bankowcy wychodzą ze skóry, żebyśmy wreszcie przestali chodzić po mieście z portfelami pełnymi gotówki (częściej są one pełne drobnych, ale to już inna sprawa :-)), to ich sukces jest połowiczny. Owszem, płatności kartowych jest coraz więcej (już połowa z nich to zbliżeniowe), kont bankowych mamy coraz więcej, przelewów wykonujemy coraz więcej, ale... wciąż 80% wszystkich naszych transakcji ma "na wejściu" lub "na wyjściu" gotówkę. Firmy, które starają się nam tę gotówkę dostarczyć jakoś nie zamierzają zbankrutować, a nawet wręcz przeciwnie - wprowadzają nowe usługi. Ostatnio pisałem o wprowadzeniu przez Euronet usługi przekazu bankomatowego, czyli takiego, który jest przekazywany z karty płatniczej klienta A do ręki klienta B. Nadawca jest przy jednym bankomacie, odbiorca przy drugim i można dzięki temu rekordowo szybko przesunąć banknoty na drugi koniec Polski.

      Jest i drugi trend: w naszym życiu pełnym gotówki pojawiają się coraz to nowe maszyny, które mają zastąpić kasjerów i ludzi w okienkach, którzy nas obsługują. Kilka lat temu Getin Bank pokazał pierwszy w Polsce samoobsługowy oddział bankowy. Projekt nie spowodował chyba, że ludzie przestali odwiedzać tradycyjne placówki, ale stał się ciekawym uzupełnieniem sieci dystrybucji banku. Z kolei w urzędach pojawiły się opłatomaty, czyli urządzenia, które są w stanie wyręczyć urzędnika i kasjera - przyjąć opłatę w gotówce lub kartą, wydać dokument i ewentualnie wydać resztę. A teraz wygląda na to, że samoobsługowe automaty wchodzą w branżę szybkich pożyczek. Firma "Gotówkomat - Polskie Płatności" zainstalowała w 20 miejscach a kraju urządzenia, w których można wziąć...pożyczkę-chwilówkę. Nazywa się to-to gotówkomatem i trochę przypomina samoobsługowy oddział bankowy. Gotówkomaty - wkrótce ma ich być kilkadziesiąt w całej Polsce - też są rozlokowane w centrach handlowych, czyli tam, gdzie najczęściej doskwiera nam brak gotówki.

      gotwkomatfotoW Gotówkomacie na razie można wciąż tylko pożyczkę-chwilówkę z firmy Vivus. Jeden z moich znajomych przetestował to urządzenie w warunkach bojowych i natychmiast zdał mi relację. Nie jest to może najprzyjemniejsza i najmniej kłopotliwa forma zaciągania szybkiej pożyczki, ale być może dla osób, które nie mają konta bankowego, ani dostępu do internetu - a więc są finansowo i cyfrowo wykluczone - może to być jakaś alternatywa. Aby dobrać się do szybkiej gotówki-chwilówki trzeba wypełnić krótki formularz pożyczkowy, dać sobie zrobić zdjęcie i włożyć do skanera dowód osobisty (machina m.in. tym różni się od bankomatu, że ma klawiaturę i skaner). Potem system porównuje zdjęcie człowieka z danymi w dowodzie, sprawdza czy dowód nie jest zastrzeżony, sfałszowany lub skradziony i sprawdza kartotekę wnioskodawcy w bazach BIK oraz BIG-ach. A po kilku, kilkunastu minutach z automatu można wyjąć gotówkę. Od razu dodam, że bardzo ryzykowną gotówkę, bo Vivus jest jedną z tych firm, które stosują zbójecką taktykę "pierwsza pożyczka gratis", pożyczając jednocześnie bardzo wysokie kwoty (do 1600 zł). Kto nie odda kasy w ciągu 30 dni (już nie w Gotówkomacie, tylko tradycyjnie, przelewem lub przekazem pocztowym) zapłaci bardzo wysokie prowizje.

      Czy rodzaj automatycznego oddziału, który nie obsługuje klientów banku, lecz wypłaca pieniądze klientom pozabankowej firmy pożyczkowej, może się sprawdzić? Cóż, skądinąd wiem, że jeden z konkurentów Vivusa wynajął studentów, żeby sprawdzili jaki jest ruch przy tych urządzeniach. Podobno studenci strasznie się wynudzili. Bo podejść do samoobsługowego, beznamiętnego urządzenia i złożyć w nim wniosek o pożyczkę to jednak wymaga dość dużego samozaparcia i determinacji. Tak samo jak wejście do samoobsługowego oddziału Getin banku, w którym nie wiadomo co cię może spotkać ;-). W centrum handlowym jest dużo ludzi, hałas, trudno o dyskrecję i skupienie. To też może nie sprzyjać takiemu sposobowi pożyczania pieniędzy.

      gotwkomat_fot2Inna sprawa, że przecież Gotówkomat nie musi służyć wyłącznie do udzielania szybkich pożyczek-chwilówek. Można spróbować go wykorzystać do innych transakcji finansowych. Jakich? Wiem, że twórcy Gotówkomatów powoli przygotowują się do otworzenia w nich możliwości zawierania polis komunikacyjnych i turystycznych oraz płatności za rachunki. W końcu 65% Polaków płaci rachunki na poczcie. Dla kogoś, kto ma dostęp do internetu i konto bankowe to nie będzie atrakcja, bo siedząc przed laptopem znacznie wygodniej kupimy polisę i zapłacimy rachunki. To raczej będzie kolejny konkurent dla Poczty Polskiej i innych punktów, w których opłacamy comiesięczne faktury, ubezpieczamy samochód lub mieszkanie. Jeśli te urządzenia staną się multifunkcyjne, będzie ich dużo i będzie się można na nie natknąć w tych miejscach galerii handlowych, których nie sposób nie zauważyć, to kto wie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy automat do wyciskania... ciebie? :-). Zrobi ci zdjęcie, zeskanuje dowód, wypłaci chwilówkę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 grudnia 2015 20:27
    • Oferowali fundusz, który okazał się totalną porażką. Teraz zapłacą klientom odszkodowanie?

      Firmy ubezpieczeniowe, które w ubiegłych latach oferowały - a niektóre nadal oferują - inwestycje opakowane w polisy na życie, nie mają dziś łatwo. Większość z tego typu polis zawiera uznane przez sąd za nielegalne zapisy o opłatach likwidacyjnych (dziesięcio-, piętnastoletnie "kajdanki" dla klientów były, niestety, istotą tego modelu biznesowego) i ubezpieczyciele muszą się liczyć z wielomilionowymi roszczeniami klientów. Jeśli na polisie nie widać żadnych zysków, to jest wielce prawdopodobne, że klient zwieje gdzie pieprz rośnie, a firma nie zdąży zarobić (żeby ograniczyć straty, ubezpieczyciele podpisują ugody pozasądowe z UOKiK-iem). To jednak nie jest największe nieszczęście, jakie może spotkać firmy ubezpieczeniowe. Większym problemem mogą być roszczenia obejmujące nie tylko opłaty likwidacyjne, lecz również straty wynikające z niskiej jakości zarządzania pieniędzmi klientów.

      Na pierwszy rzut oka tego typu roszczenia wydają się być niezbyt rozsądne. Wiadomo, że tam, gdzie zarządza się funduszami inwestycyjnymi (a w środku polis inwestycyjnych są przeważnie najzwyklejsze w świecie fundusze) zawsze jest ryzyko strat. Jeśli klient wpłaca pieniądze do takiej polisy - czy to jednorazowo, czy to systematycznie - to może mieć do ubezpieczyciela pretensje o wysokie opłaty i prowizje oraz o opłaty likwidacyjne, ale o tym, że fundusze nie przynoszą zysku? To wygląda na irracjonalne. Jednak jest grupa klientów, która występuje właśnie do sądu, by odzyskać pieniądze stracone w wyniku nie trafionych inwestycji. Rzecz dotyczy niechlubnego funduszu Idea Premium, który przez lata był gwiazdą wśród funduszy lokujących w obligacje - przynosił nawet dwa razy większy zarobek, niż inne fundusze tego typu. Do czasu: w 2012 r. okazało się, że firma "umoczyła" w obligacje kilku niewypłacalnych firm, a potem - że nie jest w stanie obsłużyć wszystkich złożonych przez klientów zleceń wypłat. We wrześniu 2012 r., za zgodą Komisji Nadzoru Finansowego, fundusz zawiesił wypłaty, a potem został zlikwidowany, oddając klientom jakieś bardzo nędzne resztki zainwestowanych pieniędzy.

      Kłopot w tym, że ogromną część pieniędzy, ulokowanych w funduszu Inde Premium, stanowiła kasa klientów firmy ubezpieczeniowej Aegon (trzymali w funduszu Idea Premium ponad 300 mln zł). Znacznymi inwestorami funduszu byli również inni ubezpieczyciele - Axa, Skandia, Nordea - którzy jednak w większości wycofali się ze współpracy z Idea TFI. Aegon tego nie zrobił i niemal do samego końca lokował pieniądze klientów w funduszu Idea Premium. Ci mają za złe i - jak dowiaduję się od jednego z prawników prowadzących ich interesy - właśnie składają do sądu pozwy przeciwko Aegonowi. Pozwy opiewają podobno na siedmiocyfrową kwotę, ale podobno to tylko początek, bo wkurzonych klientów Aegona są krocie. Jaka jest "linia ataku"? Główne argumenty są dwa: po pierwsze Aegon w materiałach informacyjnych reklamował fundusz Idea Premium jako dość bezpieczny, więc, zdaniem klientów, powinien wziąć za to odpowiedzialność

      Drugi argument jest mocniejszy - prawnicy występujący przeciwko Aegonowi dowodzą, że skoro mamy do czynienia z polisą ubezpieczeniową - a nie samodzielna inwestycja w fundusze - to firma ją oferująca powinna być gwarantem powierzonych jej środków. Owszem, Aegon pozostawił decyzji klientów w jaki sposób mają być lokowane te pieniądze, ale - zdaniem zbuntowanych klientów - nie zmienia to faktu, że mówimy o produkcie finansowym o nazwie "polisa ubezpieczeniowa", to Aegon (jako ubezpieczyciel) przejął odpowiedzialność za pieniądze zainwestowane przez klientów. Jest i trzeci argument: Aegon przez pewien czas przyjmował od klientów wnioski o wykup, ale pieniędzy nie wypłacał, bo nie był w stanie odzyskać pieniędzy od Idea TFI. "Klient nic nie kupił w TFI, kupił fundusz UFK w Aegon, więc to ta firma ubezpieczeniowa powinna odpowiadać za straty klientów" - nie mają wątpliwości prawnicy reprezentujący zbuntowanych klientów Aegonu.

      To może być precedensowa sprawa. Gdyby pozew klientów Aegonu został uznany przez sąd za słuszny, zostałaby otwarta puszka Pandory. Bo przecież wielu ubezpieczycieli rekomendowało klientom zakup różnych funduszy inwestycyjnych, które - najogólniej mówiąc - nie okazały się gwiazdami. Jeśli przyjmiemy założenie, że odpowiedzialność za lokaty pieniędzy w ramach polis inwestycyjnych ponoszą firmy ubezpieczeniowe, to jednocześnie należałoby przyjąć założenie, iż to firma, a nie klient, ponosi ryzyko z tytułu nie trafionego zainwestowania tych pieniędzy. Sprawa nie jest jednak przesądzona - w wielu przypadkach klienci samodzielnie decydowali o alokacji aktywów. Owszem, taki klient wybierał fundusze w ramach palety funduszy będących w ofercie w ramach danej polisy, ale jednak to on decydował o wyborze konkretnego rozwiązania, nie ubezpieczyciel. I zapewne klienci mają w umowach klauzulę o tym, że ten wybór podejmują na własną odpowiedzialność (inna sprawa, że tę klauzulę można próbować obalić). Nieco inna jest sytuacja klientów tzw. portfeli modelowych. Oni rzeczywiście zaufali firmie ubezpieczeniowej, że ulokuje pieniądze w odpowiedni sposób. Jeśli bezpieczny portfel modelowy okazał się niebezpiecznym (np. z powodu obecności w nim funduszy takich jak Idea Premium), to być może ubezpieczyciel powinien ponosić za to część odpowiedzialności? Bardzo jestem ciekaw jak zakończy się ta sprawa i oczywiście jak tylko czegoś się dowiem, dam Wam znać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Oferowali fundusz, który okazał się totalną porażką. Teraz zapłacą klientom odszkodowanie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 grudnia 2015 09:12
  • poniedziałek, 28 grudnia 2015
    • Oferowali podejrzane polisy, a teraz bawią się z nami w kotka i myszkę? Klienci są wściekli

      W domach wielu klientów tzw. polis inwestycyjnych słychać było w minionych miesiącach oddech głębokiej ulgi. O ile do tej pory uciec z nich nie było łatwo. Choć sądy w wielu przypadkach orzekły, iż "kajdany" w postaci opłat za likwidację polisy przed upływem np. 15 lat są nielegalne, ubezpieczyciele nic sobie z tego nie robili. Oddawali pieniądze tylko tym, którzy odważyli się pójść do sądu. Dopiero kiedy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszedł w rolę mediatora okazało się, że da się wypracować kompromisowe rozwiązanie. A więc: zapewnić klientom możliwość wyjścia z inwestycji przy założeniu, że opłata likwidacyjna nie będzie przekraczała 25% wartości zgromadzonych pieniędzy. To wciąż dużo, biorąc pod uwagę, że w sądzie klient może uzyskać zwrot całej opłaty likwidacyjnej i to z odsetkami, ale uzysk netto w ramach indywidualnej batalii sądowej nie musi być aż tak duży, bo prawnicy też potrafią wziąć sporą działkę od wywalczonych klientom pieniędzy.

      Wciąż nie wszystkie firmy oferujące polisy inwestycyjne podpisały ugodę z UOKiK-iem, więc nie wszyscy klienci odetchnęli z ulgą. Na razie ugoda dotyczy mniej więcej dziesięciu firm. Wśród nich znalazła się też ta, która "nabroiła" najbardziej, czyli Europa (a ściślej pisząc - jej życiowa odnoga). Europa sprzedawała polis inwestycyjnych bardzo dużo i w pewnym momencie miała chyba większość tego rynku (szacowanego na grubo powyżej 50 mld zł). Fakt, że nawet taki niegdysiejszy szkodnik, jak Europa, postanowiła ulżyć klientom, został odebrany przez obserwatorów jako coś w rodzaju katharsis dla całego rynku. Jednak - jak bardzo słusznie zwrócił mi uwagę pan Michał, czytelnik blogu, Europa wszystkich ograła.

      "Od niedawna UOKIK chwali się osiągnięciami w podpisaniu porozumień z ubezpieczycielami, którzy przywiązywali swoich klientów do polis ubezpieczeniowych opłatami likwidacyjnymi. Jednym z najprężniej działających towarzystw we współpracy z Open Finance, Getin Bankiem, Idea Bankiem i innymi podmiotami z grupy Getin jest firma ubezpieczeniowa Europa. Po pierwsze w przypadku tej firmy ulga dla klientów jest niewielka, bo opłata likwidacyjna wyniesie aż 25% w trzecim roku trwania polisy i od tego poziomu zaczyna maleć bardzo wolno, o 1% rocznie. Jednak nie to jest najciekawsza sprawa. Produkty objęte porozumieniem nie należą do tych, których sprzedano najwięcej"

      - pisze pan Michał, zachęcając mnie do dokładnego przeanalizowania decyzji UOKiK-u dotyczącej ugody z ubezpieczycielem. Rzeczywiście - na liście produktów, których opłata likwidacyjna wynosić może nie więcej, niż 25% nie ma ani polisy Pareto, ani Libra, ani Lucro, ani innych wariackich produktów "oszczędnościowych". Wygląda na to, że akurat dziwnym trafem najbardziej kontrowersyjne produkty, które stanowiły dużą część sprzedaży TU Europa, nie zostały zawarte w porozumieniu. Bardzo jestem ciekawy - tak samo, jak pan Michał - dlaczego tak się stało, skoro wszystkie pozostałe firmy ubezpieczeniowa - z tych, które się z UOKiK chciały dogadać, bo np. Aegon jeszcze tego nie zrobił - zawarły w ugodach cały przekrój produktów obarczonych opłatami likwidacyjnymi.

      Europa częściowo "uwolniła" od opłat likwidacyjnych posiadaczy takich produktów, jak 24 Karaty, Aktywne Aktywa, Europa Neutral, Fundusze za Pół Ceny, Optymalny Portfel, Gold Performance, Gold Tracker, Idealny Fundusz, Infinity, Invest Plan, Inwestycyjny Plan Emerytalny, Korpoinvest, Lokomotywa Europy, Megaprofit, Multiprofit, Nowa Czysta Energia Zysku, Równowaga Kredytowa, Równowaga Oszczędnościowa, Premium Selection, Uniwersum, Strategia 80/20, Złota Inwestycja, Złota Perspektywa, Universe, World One, Ekologiczny Portfel, Multi Select, Debt&Equity. Ani Pareto, ani Libry, ani Lucro, ani pozostałego badziewia tego typu na liście nie znajdziemy. I bardzo niedobrze się stało, że UOKiK nie docisnął Europy kolanem, żeby zrobiła coś także dla tej większości klientów, którzy zostali "ubrani" w te polisy. W ich przypadku zresztą opłaty likwidacyjne powinny być zniesione do zera, bowiem ubezpieczyciel potrącił koszt wynikający z zainwestowanej składki z wyceny funduszu, który jest istotą inwestycji. Widać to po dramatycznie spadających w pierwszych miesiącach wycen wszystkich tego typu produktów. Co ciekawe indeksy na których opierają się fundusze typu Libra, Kwartalny Profit, czy Lucro, wcale nie notują takich spadków. Widać więc, że to pobrane awansem opłaty pogrążyły klientów.

      Wnioski są dwa: po pierwsze obarczanie pozostałej inwestorom kwoty jakąkolwiek opłatą likwidacyjną - po tym, jak spadki wartości posiadanych przez klientów pieniędzy sięgają 50-80% - byłoby idiotyczne. Po drugie należałoby zbadać czy mechanizm tych inwestycji nie jest z gruntu oszukańczy, czy nie daje klientowi pewności, że nie zarobi? Taką tezę postawił niedawno jeden z sądów, wydając precedensowe orzeczenie (niestety jeszcze nieprawomocne). Niestety, ani jedno, ani drugie się nie stało. UOKiK przyjął ochłap, który firma Europa mu rzuciła, a my wszyscy radujemy się jakby nastąpiło zejście Mesjasza. Będę w tej sprawie cisnął i kopał po kostkach, bo nie może tak być.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Oferowali podejrzane polisy, a teraz bawią się z nami w kotka i myszkę? Klienci są wściekli”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 grudnia 2015 09:07
  • piątek, 25 grudnia 2015
    • Nowy pomysł kolejarzy: wysiadasz z pociągu, a tu... czeka tania taksówka. Chwyci?

      Jakkolwiek nie ma pewności że nowa władza będzie służyła rozwojowi państwowych kolei PKP (większość prezesów kolejowych spółek straciła stanowiska, choć nie słyszałem, by były jakieś zarzuty do ich pracy). to na razie trwa kolejowa ofensywa. Odkąd zakup biletu na pociąg wreszcie zaczął przypominać rezerwację lotniczą - kupując wcześniej bilet na mało chodliwą godzinę da się np. pojechać pendolino za 49 zł - zaczęły odwracać się preferencje podróżnych. Wielu moich znajomych, którzy kilka lat temu przesiedli się do Polskiego Busa, wraca do jeżdżenia pociągami. PKP wydają wagony pieniędzy na reklamy (nota bene bardzo udane, jak kampania z udziałem Piotra Fronczewskiego, a w zasadzie jego głosu), w najbardziej gorących okresach "wpuszcza" w sieć większą liczbę tanich biletów (obniżając przy okazji koszty sprzedaży biletów w kasach) - w te święta kolej chwaliła się, że aż jedna czwarta biletów na pociągi InterCity i pendolino (zwane przez kolejarzy InterCity Premium) była tańsza, niż w standardzie. Ów standard stawia poprzeczkę dość wysoko, zwłaszcza jeśli mówimy o pendolino - tu cena wyjściowa to aż 150 zł za bilet - ale w promocji ceny spadają nawet do 49 zł. No i w ostatnim rozkładzie jazdy skróciły się czasy jazdy pociągów pomiędzy największymi miastami (z Warszawy do Wrocławia w 3,5 godziny, albo nieco ponad dwie godziny z Warszawy do Krakowa, czy pięć godzin z Krakowa do Gdańska to jest coś).

      icczasy_dojazduSzybsze i wygodniejsze pociągi (przydałyby się usługi VOD na pokładzie), dobre menu pokładowe, elastyczne ceny biletów i możliwość ich zakupu przez internet lub smartfona to podstawa sukcesu każdego nowoczesnego przewoźnika kolejowego. Przydałby się jeszcze prąd i internet w każdym wagonie. I usługi dodatkowe, które spowodują, że kolej stanie się sensowną alternatywą nie tylko dla autobusów i samolotów, ale też dla prywatnych samochodów. Przyznam, że ja wciąż częściej wybieram auto - nie mając wielkiego ciśnienia "budżetowego" stawiam na maksymalnie szybki dojazd w modelu door-to-door. Jeśli mogę dojechać do Wrocławia koleją w ciągu 3,5 godziny, to samochodem dojadę w porównywalnym czasie, lecz nie stracę jeszcze godziny na dotarcie na dworzec i z dworca do celu. Czas to pieniądz i wiedzą o tym od dawna linie lotnicze, uruchamiając usługi typu dowóz samochodem na lotnisko, czy dostarczenie bagażu bezpośrednio do domu (w LOT taka usługa kosztuje 111 zł, ale jest dostępna tylko w Warszawie).

      Czytaj też: Głęboko zakonspirowana zniżka na pociąg. Antyrodzinna kolej?

      Usługę "bilet plus taxi" testuje PKP Intercity - w ramach pilotażu - właśnie w okresie świąteczno-noworocznym. To drugie podejście to tego tematu, pierwsze miało miejsce na przełomie listopada i grudnia. Wtedy każdy kto kupił przez internet bilet na pociąg pendolino jednej z wybranych do pilotażu relacji dostawał w gratisie kod rabatowy na 15% zniżki w taksówkach należących do sieci Taxi Polska m.in. w Krakowie, Katowicach, Trójmieście czy Warszawie, a także w mniejszych miastach, jak Opole i Częstochowa. 15% zniżki to niewiele i pewnie nie była to szczególnie atrakcyjna usługa (skusiło się kilka tysięcy pasażerów), dlatego w bieżącej odsłonie akcji rabat na taksówkę jest znacznie atrakcyjniejszy i wynosi 50%. Akcja potrwa do 3 stycznia (do tego momentu trzeba kupić bilet, ale oczywiście przejazd może być w terminie późniejszym) i oczywiście jest to znów bonus dostępny tylko dla kupujących bilety online. Kod rabatowy dotyczy taksówek iTaxi w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Gdańsku, Gdyni i Sopocie.

      Sprawdź czy... oni też lekceważą bezpieczeństwo danych. Przedpotopowe szyfrowanie

      Żeby dostać kod rabatowy trzeba zaznaczyć ikonę „Złap Tańsze Taxi” na ekranie podsumowującym transakcję. Rabat pojawi się na e-bilecie i równolegle zostanie wysłany klientowi e-mailem. Nie mam tylko pewności, że dotyczy wszystkich pociągów jeżdżących pomiędzy miastami objętymi promocją i wszystkich biletów (a nie tylko tych najdroższych). Ale kilkoro moich znajomych się załapało i żaden z tych, którzy chcieli skorzystać z promocji nie został z niej wykluczony. Tak czy owak kupując bilet na pociąg intercity w najbliższych dniach warto sprawdzić czy na ekranie pojawi się ikona "Złap Tańsze Taxi", a jeśli się nie pojawi - ewentualnie spróbować jeszcze raz z innym pociągiem. Żeby zamówić z dworca taksówkę trzeba też zainstalować aplikację mobilną iTaxi i zapisać w niej kartę płatniczą (jest to więc świetna rzecz dla "mobilnej" korporacji taksówkowej, która w ten sposób promuje najlepszy dla siebie sposób płacenia). Czy taksówki przyjeżdżają na czas, a pasażerowie są zadowoleni? Nie wiem, zamierzam dopiero przetestować tę promocję przy okazji jednego z najbliższych wyjazdów służbowych. Na poziomie koncepcji pomysł mi się bardzo podoba, zwłaszcza że jego taksówkowym "udziałowcem" jest duży, internetowy przewoźnik, który już na starcie oferuje dość niskie ceny (a tu jeszcze mamy 50% rabatu).

      467993_m6441To jest kierunek, w którym powinni podążać kolejarze - przyłączanie do oferty zakupu biletów powiązanych promocji. Dowóz na dworzec i odbiór z dworca - być może docelowo z udziałem specjalnych concierge-ów czekających przy drzwiach wagonu) to coś, co może spowodować, że wybór pociągu jako środka transportu będzie oczywisty nie tylko dla tych, którzy preferują wygodę, ale i dla tych, którzy liczą każdą minutę.  Sądzę, że z czasem pojawią się na kolei pomysły wspólnych akcji marketingowych z hotelami Dlaczego np. przy zakupie biletu na pociąg klient nie miałby otrzymywać kodu rabatowego na pobyt w sieci hotelowej typu Accor, obecnej we wszystkich większych miastach w Polsce? Czekam też na "kolejową kartę płatniczą", czyli na sojusz największego kolejowego przewoźnika z bankiem, dzięki któremu za kupowanie biletów na pociągi będzie można kolekcjonować rabaty lub punkty w programie lojalnościowym. Skoro w kilku bankach można przeżyć nie lada odlot z tytułu ich współpracy z przewoźnikami lotniczymi, to dlaczego podobna oferta miałaby nie obowiązywać na kolei? Tyle, że do tego wszystkiego potrzebni są łebscy menedżerowie "najlepszego sortu", a nie "koledzy z Nowogrodzkiej", którzy znają się tylko na podawaniu kapci tym, którzy ich wsadzili na stołki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Nowy pomysł kolejarzy: wysiadasz z pociągu, a tu... czeka tania taksówka. Chwyci?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 grudnia 2015 12:38
  • czwartek, 24 grudnia 2015
  • środa, 23 grudnia 2015
    • Pogotowie prezentowe, czyli finansowe upominki last minute. Pod (prawie) każdą choinkę :-)

      Jesteśmy na ostatniej prostej na drodze do świąt Bożego Narodzenia. Świętowanie jest miłe, ale wiąże się z pewnymi pułapkami oraz niewygodami. Kilka dni temu pisałem w blogu o tym jak nie wpaść z powodu świątecznych wydatków w tarapaty finansowe. Wczoraj z kolei pisałem o bankach, które starają się nam pomóc w wyborze jak najlepszych prezentów na święta. A w zasadzie tylko niektóre, bo większość instytucji finansowych jest tak zajęta naliczaniem opłat i prowizji, że o doradzaniu w prezentobraniu zapomina. Jeśli macie problem z wyborem najlepszego prezentu dla bliskich, to proponuję zerknąć na przeprowadzone w zeszłym roku badania, z których niezbicie wynika czego pragniemy i towary jakich marek najchętniej widzielibyśmy pod choinką. Zerknijcie i wyciągnijcie wnioski. Nie zawadzi też zerknąć na wpis o najgorszych prezentach, które możecie położyć pod choinką. Wpis jest ewidentnie z przymrużeniem oka, o czym najlepiej świadczy fakt, że jeden z wymienionych w nim prezentów za chwilę zamierzam umieścić na liście "ratunkowej".

      Bo dziś wpis dla tych, którzy kompletnie nie wiedzą co dać bliskim pod choinkę. Bo albo nie za bardzo wiecie czym ów delikwent się obecnie interesuje, albo żyjecie w przekonaniu, że "obiekt" już wszystko ma, albo po prostu nie macie czasu, żeby przyjrzeć się opcjom prezentowym wystawionym w najbliższym centrum handlowym (lub też po prostu już was do tego centrum handlowego nie wpuszczą, bo np. zabraknie biletów (czy coś :-)). Z wszelkich badań wynika, że najbardziej pożądanym prezentem pod choinkę (a podejrzewam, że nie tylko pod choinkę) jest... kasa. Po prostu pieniądze, za które można sobie coś ładnego kupić albo po prostu przehulać nie bez przyjemności. Problem polega na tym, że pieniądze słabo wyglądają jako prezent pod choinką, nawet jeśli opakuje się je w gustowną kopertę. Są świadectwem pewnej niemocy intelektualnej obdarowującego. Jak więc pogodzić te sprzeczności? Oto moje pomysły na prezenty last minute dla tych, którzy już nie mają siły myśleć o tym, że nie mają pomysłu na prezent :-) dla mamy, babci, dziewczyny...

      KARTA PRZEDPŁACONA. Przepis jest prosty jak drut - wchodzicie do jednego z banków, które mają w ofercie karty przedpłacone (tzw. pre-paid), kupujecie taką, ładujecie ją na miejscu określoną kwotą gotówki bądź robicie to przez internet już po zakupie, a następnie znajdujecie dla karty ładne opakowanie i czekacie na okrzyk radości obdarowanego kiedy nadejdzie już godzina "G" (jak "gwiazdka"). Dla tych, którzy nie bardzo wiedzą z czym się je kartę przedpłaconą napiszę tylko, że to taka sama karta do płacenia za zakupy i wypłacania kasy z bankomatu, jak każda inna. Jedynym jej wyróżnikiem jest to, że nie jest imienna, tylko na okaziciela, a także że nie jest przywiązana do żadnego ROR-u. Jeśli chcesz nią zapłacić, to najpierw musisz ją załadować pieniędzmi. Numer konta karty jest zwykle podany na jej odwrocie. Za kartę przy zakupie trzeba zapłacić jakieś 10-15 zł. Jej używanie powinno być bezpłatne (choć są banki, które pobierają np. po 1 zł miesięcznie - takich gagatków unikaj), płacenie kartą w sklepach i w internecie też nic nie kosztuje, a jedynie wypłaty z bankomatu mogą być obciążone jakąś prowizją. Generalnie jednak jest to bardzo wygodny "wehikuł" do płacenia.

      KARTA UPOMINKOWA. Jeśli onieśmiela cię nadmiar wyboru i nie jesteś w stanie wybrać konkretnego prezentu dla swej muzy (lub swojego muzyka :-))), to proponuję kupić w sklepie wybranej sieci handlowej kartę upominkową, czyli swego rodzaju voucher na zakupy. W większości dużych sieci handlowych takie karty upominkowe są wystawione przy kasach i wystarczy zapłacić określoną kwotę, by wejść w jej posiadanie. Takie karty prezentowe mają też wszystkie szanujące się sieciówki odzieżowe. Obdarowana osoba, zamiast gotówką lub kartą płatniczą, płaci w sklepie kartą podarunkowoą. Jeśli cena towaru jest wyższa, niż nominał karty, to oczywiście można dopłacić z własnych pieniędzy. W niektórych sklepach taką kartę przed świętami jeszcze nam ładnie zapakują. Zdarzają się karty podarunkowe ważne w więcej, niż jednej sieci, czyli tzw. wersja open, ale to wciąż stosunkowo rzadkie rozwiązanie.

      KONTO DZIECIĘCE. Konto bankowe to nie jest ekskluzywny prezent i trudno zrobić z niego niespodziankę, bo nie da się go założyć dorosłej osobie zaocznie. Poza tym większość z nas już ma konta bankowe i są one dla nas przeważnie dobrem podstawowym, a nie czymś, co można dostać jako upominek. Ale jest jeden wyjątek: konto dla dziecka poniżej 13-go roku życia. Taki konta ma w ofercie niestety tylko jeden bank, PKO BP, ale za to można je dziecku założyć zaocznie (trzeba mieć przy sobie jego legitymację szkolną). Wszystko jest załatwiane podczas jednej wizyty w oddziale, rodzic dostaje porządnie wypełnioną teczkę z dokumentacją i książeczką dla dziecka. Można też wziąć do konta kartę przedpłaconą i od razu napełnić ją jakąś kwotą. Konto nic nie kosztuje, karta, o ile pamiętam, jest za 15 zł. Sprawiając dziecku pierwsze konto bankowe pod choinkę możemy dać mu sygnał: "synu/córko, jesteś już prawie dorosły/a, czas na pierwsze kieszonkowe, pierwsze konto bankowe, pierwszą kartę, czas zacząć mieć własne pieniądze". Nie musisz się obawiać, że dziecko się zdemoralizuje posiadaniem pieniędzy. Dzięki kontu rodzicielskiemu, sprzężonemu z kontem dziecka, można kontrolować każdy wypływ pieniędzy z konta (np. przelewy) - zanim pieniądze wyjdą z konta dziecięcego, musi taką operację zatwierdzić rodzic. Więcej o koncie dla małych dzieci pisałem już w blogu, więc zainteresowanych odsyłam do stosownego wpisu.

      KARTA "PRZYJEMNOŚCIOWA". Ostatnio w pewnych kręgach furorę robią karty, za które płacąc nie kupuje się prawa do wydania pieniędzy w sklepie, ale do... jakiegoś pasjonującego przeżycia. Na pierwszy rzut oka taki prezent to nieco ryzykowna zabawa, bo można łatwo przedobrzyć. Np. kupując wujkowi z rozrusznikiem serca skok spadochronowy można spowodować... awarię rozrusznika oraz wujka. Takich prezentów nie polecam, natomiast wiem, że są w sprzedaży karty uprawniające do skorzystania z jednej z kilkunastu lub kilkudziesięciu przyjemności - do wyboru. Obdarowany sam więc wybiera sobie jak chce zginąć... eeee, to jest, chciałem powiedzieć w jaki sposób chce spędzić kilka chwil życia, których długo nie zapomni (bo to nie musi być skok spadochronowy, może być np. masaż w spa, albo wycieczka do Jastarni :-)). W moim przypadku to był jednak skok spadochronowy, a na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że skakałem służbowo :-)

      ZŁOTA MONETA LUB TYCI-TYCI SZTABKA ZŁOTA. Zastanawiałem się czy podrzucać Wam ten pomysł na prezent. Złoto jest coraz tańsze, dziś za uncję płaci się mniej, niż 1000 dolarów (kilka lat temu cena dochodziła do 2000 dolarów), więc trudno polecać taki prezent, który będzie wart z dnia na dzień trochę mniej. Ja akurat jestem zwolennikiem tezy, że złoto nie ma służyć do zarabiania, tylko do zabezpieczania wartości majątku na wypadek, gdyby pieniądze papierowe straciły realną wartość. Ale moneta lub mała sztabka (można kupić nawet jednogramową, kosztuje mniej, niż 200 zł) może być nie tylko ciekawym gadżetem, który ktoś sobie położy na półce, ale też czymś nietypowym, taką inną, bardziej szlachetną emanacją gotówki. Poza tym taki prezent może być początkiem budowania oszczędności. 

      Jak inwestować i pomnażaćKSIĄŻKA OD SAMCIKA :-). Czasy są takie, że nie ma lepszego upominku, niż wiedza o tym jak obchodzić się z pieniędzmi. Jak je zacząć mieć, a jeśli je już masz, to jak je sensownie ulokować? Poradnik samcikowy "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" to naprawdę nie jest zły pomysł na prezent pod choinkę. Książka doczekała się już drugiego wydania, bo Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał. A jeśli uznacie, że inwestowanie to jeszcze jest za trudny etap w życiu kogoś, komu chcecie dać prezent, to możecie też kupić pod choinkę "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową". To przewodnik po najważniejszych dylematach finansowych, z którymi możesz się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie ci rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC. Jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały przez palce. Na zakupy przez internet już chyba za późno, ale w księgarniach być może jeszcze znajdziecie jakieś egzemplarze.

      POLISA Z PRYWATNYM LEKARZEM. Mógłbym też napisać o polisie ubezpieczeniowej położonej pod choinkę.  Kłopot z takimi upominkami jest taki, że albo nie mają zbyt ekskluzywnej postaci, albo trudno się nimi ucieszyć (polisa ubezpieczeniowa na życie, sprezentowana rodzicom, to raczej prezent, który sami sobie sprawiamy, bo to my ewentualnie dostaniemy odszkodowanie). Ale np. polisa zdrowotna, uprawniająca do wizyt u prywatnych lekarzy, to już byłoby coś. Tyle, że takie polisy kupuje się zwykle na zasadzie abonamentu, który trzeba opłacać co miesiąc. No i też nie ma przesadnie "prezentowej" postaci. Nota bene ciekaw jestem kiedy instytucje finansowe zaczną tak opakowywać swoje produkty - np. obligacje, lokaty - żeby wreszcie zaczęły nadawać się pod choinkę. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Pogotowie prezentowe, czyli finansowe upominki last minute. Pod (prawie) każdą choinkę :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 grudnia 2015 08:54
  • wtorek, 22 grudnia 2015
    • Bank podpowie jaki masz kupić prezent pod choinkę i jeszcze załatwi ci rabat. Albo i nie :-)

      Tak naprawdę z banków, które mają duże programy rabatowe opcję doradzania klientom przy wybieraniu prezentów pod choinkę wykorzystuje tylko ING. Co prawda występujący u "pomarańczowych" program "Bankujesz-Kupujesz" nie należy do najbardziej wypasionych na rynku, ale w ostatnich dniach można było znaleźć tam podpowiedzi świąteczne. W specjalnie uruchomionym dziale "Magia Świąt" jest raj dla kogoś, kto ma problem z wyborem prezentów i chciałby je wszystkie zamówić przez internet z dostawą do domu. Blender za 220 zł, albo zestaw markowych młynków do przypraw za 94 zł, albo zestawy naczyń wszelakich od 50 do 600 zł, zegarki, kosmetyki, Wszystko podzielone na sekcje. "Niespodzianki", "Świąteczna elegancja", "Wspólne gotowanie", "Wyjątkowy nastrój". Ale żeby kupić coś w programie rabatowym banku ING trzeba nie tylko mieć osad na koncie, lecz także zebrać określoną ilość punktów (do bardziej wartościowych prezentów - od 200 do 300). Punkty zdobywa się zaś płacąc kartą wydaną przez ING (debetówką albo kartą kredytową) w proporcji 5 zł to 1 pkt. Tym niemniej uważam, że wsparcie w realizacji misji "zakupy prezentów pod choinkę" ING oferuje dość solidne.

      rabatying2rabatying1

      Sporo rabatów "zorganizował" dla swoich klientów specjalnie na święta bank Credit Agricole. Bank reklamowany przez Juliette Binoche ma zresztą bodaj największy program rabatowy na rynku (nazywa się to-to "Klub Rabatowy"), więc byłby ostatnim frajerem, gdyby nie spróbował wykorzystać go do zbudowania specjalnej oferty "pod choinkę". W specjalnej sekcji "Czas na radosne święta" można znaleźć całkiem solidne rabaty, np. 20% na skórzane gadżety od Batyckiego (i 15% d Wittchen), 10% na zegarki Time Trend, 10% w Toys4boys (śmieszne prezenty dla facetów), 15% na ciuchy w Top Secret, sporo rabatów w sklepach jubilerskich (od kilku do 10%) i w księgarniach (do 15%). Przyznam szczerze, że wolałbym mniejszą paletę sklepów, ale - tak, jak w ING - żeby podsunięto mi konkretne produkty idealnie nadające się na prezent i żebym od razu wiedział ile za nie zapłacę po rabacie. W Credit Agricole zatrzymali się w pół drogi.

      rabatyca1

      Zadania domowego nie odrobili też ci, którzy zarządzają programem rabatowym Citi Handlowego, który również należy do najbardziej wypasionych na rynku. Wchodząc ze strony głównej do programu "Citi Rabaty" nie poczuję świątecznej atmosfery. Co prawda jest wygodna wyszukiwarka produktów (jeśli wiem czego szukam to łatwo sprawdzę czy bank może mi zapewnić rabat w sieci sklepówwyprzedaeprezenty5 nieopodal mojego miejsca zamieszkania), ale jeśli wpiszę do niej "święta", to wyskoczą mi... usługi firmy porządkującej zieleń w ogródku. W sekcji "Oferty specjalne" jest 10% rabatu w Wittchen, 15% w Top Secret oraz rabat przy większych zakupach w Komputroniku i w jednym z dystrybutorów sprzętu Apple. Nędza. A słynne mBankowe mOkazje? Tu też się nie postarali. Nie znalazłem żadnej, która mogłaby aspirować do bycia podpowiedzią prezentową.  Szkoda, że banki nie wykorzystały szansy, żeby na coś nam się przydać. Ale może się poprawią z okazji nadchodzącego zaraz po świętach sezonu na wyprzedaże? Pamiętam, że np. taki Bank Millennium potrafił od czasu do czasu zaskoczyć swoich klientów ciekawą opcją rabatów specjalnych w okresach wyprzedażowych. Tych bankowców, którzy na to nie wpadli chciałbym niniejszym zbriefować, że w okresie wyprzedaży zimowych naprawdę można tego i owego klienta zainspirować, zanim zacznie szukać okazji w wyszukiwarce Google :-). A że w końcu zacznie, to pewne: Jak w banku

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Bank podpowie jaki masz kupić prezent pod choinkę i jeszcze załatwi ci rabat. Albo i nie :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 grudnia 2015 17:18

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line