Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • środa, 31 marca 2010
    • Nowa propozyszyn Hołarda, czyli jak ugryźć 15 milionów (funciaków!)

      Jako że jutro 1 kwietnia, opowiem Wam ciekawą historyjkę. Wbrew pozorom prawdziwą. Do jednego z moich kolegów redakcyjnych napisał niejaki Mark Howard, który przedstawia się jako pracownik Natwest Bank Corporation w Londynie. Howard dla mojego kolegi propozycję biznesową. Otóż - jak donosi Howard - audyt biura regionalnego banku odkrył właśnie na jednym z martwych kont... kwotę 15 mln funtów. Jej właścicielem był Mojżesz Saba Masri, Żyd z Meksyku, który zginął kilka miesięcy temu w wypadku śmigłowca. W rozbitym śmigłowcu była też cała jego rodzina: żona, syn Abraham, córka, zięć.

      Teraz - jak pisze Howard - Natwest czeka na zgłoszenia krewnych, którym mógłby wypłacić te 15 mln funtów. Łaskawca Howard proponuje taki układ: przedstawi swojego partnera jako jednego z krewnych zmarłego. Podział dochodów z wypłaconej kwoty ma wynieść - 60% dla Howarda i 40% dla jego partrnera. Well, słaba proporcja, ale z drugiej strony to Howard wszystko załatwia. My tylko udajemy rodzinę Żyda z Meksyku :-)

      „Mam zapewnione wszelkie niezbedne dokumenty prawne, które moga byc wykorzystane. All I need to, aby wypelnic swoje nazwiska do dokumentów i zalegalizowac go w sadzie, by udowodnic Ci za prawowitego beneficjenta. All I wymaga teraz to jest uczciwy wspólpracy, poufnosci i zaufania. Gwarantuje, ze bedzie to realizowane na podstawie uzasadnionego rozwiazania, które chronia od wszelkich przypadków naruszenia prawa” - zapewnia Howard.

      Mój kolega nie ma czasu do stracenia: „Prosze dostarczyc mi nastepujace dokument. Mamy 7 dni, aby to uruchomic. To jest bardzo pilne, please” - Howard jest zdesperowany. Prosi o podanie imienia i nazwiska, numeru telefonu komórkowego, adresu korespondencyjnego, zawodu i obywatelstwa, płci i wieku. Howard zapomniał poprosić o numer konta bankowego mojego kolegi, login oraz PIN, a także kod CVC do arty kredytowej. Ale być może te dane będą potrzebne dopiero w drugim etapie przygotowywania dokumentacji, by ugryźć 15 milionów funtów.

      „Po przejsciu przez metodyczne wyszukiwania, postanowilem skontaktowac sie z Toba w nadziei, ze znajdziesz to jako interesujacy projekt. Prosze o potwierdzenie tej wiadomosci ze wskazaniem zainteresowania, to dostarczy Ci wiecej informacji. Let me know swojej decyzji zamiast trzymac mnie w czekaniu”. Mój kolega postanowił jeszcze potrzymać Howarda na czekaniu, ale gdyby kotś z Was chciał się - wspólnie z nim - dorwać do 15 milionów jeszcze pachnących funciaków (niestety 60% będzie dla Howarda), to w liście jest podany też numer telefonu do Howarda: +447035911298. Oł, kaman, nie dajcie się prosić, bo Howard is very, ale to very natargetowany na wyciągnięcie tej kasy z Natwest. Podaje nawet link do informacji o tym rozbitym śmigłowcu!. I adres swojego konta e-mail na Hotmailu :-)

      Wciąż też możecie skorzystać z propozyszyn Arnolda, czyli pożyczki na 3% rocznie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nowa propozyszyn Hołarda, czyli jak ugryźć 15 milionów (funciaków!)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 31 marca 2010 14:53
  • wtorek, 30 marca 2010
    • BZ WBK idzie pod młotek! A jego prezes Morawiecki... doczekał się tsunami

      Szykuje się kolejna wielka transakcja w polskiej branży bankowej. Irlandzka grupa AIB podała właśnie, że uzgodniła z rządem sprzedaż swoich zagranicznych aktywów, w tym polskiego banku BZ WBK. To cena, jaką AIB musi zapłacić za „odessanie” ze swojego bilansu złych długów, pod których ciężarem ugina się od wybuchu kryzysu finansowego. To surowy wyrok, bo BZ WBK to dla AIB perła w koronie, największy zagraniczny biznes. Dość powiedzieć, że BZ WBK stanowi o 70% wartości rynkowej całego AIB!

      Można się było tego spodziewać, choć prezes BZ WBK Mateusz Morawiecki jeszcze kilkanaście tygodni temu w rozmowie ze mną zapewniał, że nowy prezes AIB traktuje Polskę priorytetowo, a prędzej pozbędzie się niektórych aktywów w Irlandii (np. nieruchomości), niż polskiego banku. Stało się inaczej: pod przymusem rządu AIB sprzeda BZ WBK.

      Ta wiadomość przychodzi w fatalnym dla BZ WBK momencie. Bank od dwóch-trzech lat wyjątkowo intensywnie się rozwija. Widać to nie tylko po innowacyjnych kampaniach reklamowych, w których bank wykorzystywał m.in. Leo Beenhakkera, Johna Cleese'a, zaś ostatnio Danny'ego DeVito i Gerarda Depardieu. BZ WBK w ostatnich latach imponował tym, że stawiał na właściwe segmenty rynku.

      Bank nie poszedł za owczym pędem, który kazał innym bankom rozwijać za wszelką cenę biznes kredytów hipotecznych we frankach. Przeczekał kryzys i kiedy inni zaciskali pasa, BZ WBK wszedł na rynek z najniższymi marżami kredytów hipotecznych w złotych. BZ WBK nie dał się ponieść modzie szybkich kredytów gotówkowych. Dzięki nowemu systemowi scoringowemu i kredytowaniu głównie własnych klientów (a nie tych „z ulicy”) uniknął góry nie spłaconych pożyczek. Dziś cieszy się jednym z najniższych na rynku poziomów tzw. defaultów kredytowych.

      Sukcesem BZ WBK jest to, że znalazł sposób na tanie ściąganie z rynku depozytów. Gdy inni licytowali się na oprocentowaie lokat, BZ WBK ogłosił loterię z ogromnymi nagrodami i zebrał od spragnionych szczęścia klientów lokaty znacznie taniej, niż konkurencja. BZ WBK jako pierwszy duży bank w Polsce wymienił klientom wszystkie 2 mln kart płatniczych na plastiki z czipem. Oszczędza dzięki temu po kilka milionów złotych rocznie na odszkodowaniach dla klientów za złodziejskie transakcje. Jako jeden z nielicznych banków w Polsce zaczął też zarabiać na udostępnianiu innym bankom swojej sieci bankomatów.

      Trudno się oprzeć wrażeniu, że machina BZ WBK dopiero się rozpędza, a gdyby bank dostał jeszcze ze trzy lata, mógłby nie tylko stać się trzecią siłą na rynku. Może zbliżyłby się do tandemu liderujących rynkowych gigantów: Banku Pekao i PKO BP? Prezes Mateusz Morawiecki miewa co prawda niewyparzony język - np. kiedy mówił o nadchodzącym „tsunami w branży bankowej” - ale w ostatnich latach wyrósł na jednego z najbardziej rozpoznawalnych i charyzmatycznych menedżerów w polskiej branży bankowej.Nota bene: wreszcie doczekał się tego tsunami... Albo łagodniej: zmiany, którą zapowiadał w jednej z reklam Leo Beenhakker :-)

      Teraz jednak rozwój BZ WBK stanie pod znakiem zapytania. Wystawiony na sprzedaż bank straci dużo ze swego wigoru i rozpędu. Zapewne wstrzymane będą prace nad nowymi produktami, pojawi się typowy w okresie przejściowym marazm. A za kilka miesięcy, kiedy wynajęty przez Irlandczyków bank inwestycyjny Morgan Stanley wyłoni nowego właściciela dla BZ WBK, okaże się czy bank w ogóle zachowa markę i czy nie będzie musiał przechodzić bolesnego procesu fuzji z innym bankiem (gdyby został kupiony przez instytucję obecną już w Polsce).

      W pesymistycznym scenariuszu trzeba zakładać, że BZ WBK podzieli los banku BPH, który - oczywiście w dalece innych okolicznościach, po oddaniu części majątku włoskiej grupie UniCredit - do dziś nie może się pozbierać po tym, jak przerwano jego zwycięski marsz do pozycji numer dwa na polskim rynku bankowym.

      Przyszłość BZ WBK jest niepewna, ale jego klienci - podkreślam to z cała mocą - mogą spać spokojnie. Dla nich w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Bank będzie działał tak, jak do tej pory - przynajmniej do czasu ogłoszenia zamiarów jego nowego właścicicela.A pieniądze deponentów są chronione przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

      Kto może przejąć BZ WBK? Czytaj na stronach Wyborcza.biz

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „BZ WBK idzie pod młotek! A jego prezes Morawiecki... doczekał się tsunami”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 marca 2010 20:56
    • Uchachane lalunie wróciły do reklam PZU! Ale są już grzeczniejsze...

      Ponad dwa tygodnie temu recenzowałem w blogu nową kampanię reklamową PZU. W sześciu spotach ubezpieczyciel przedstawiał przeróżne nietypowe sytuacje na drodze i namawiał widzów, by poza pakietem OC i AC wykupili też dodatkowe polisy od różnych „nieprzyjemności”, jak np. od rozbitej szyby w aucie albo od kosztów zniszczonego bagażu. Część spotów była bardzo zabawna, ale część przedstawiała tak nierozdądne zachowania na drodze, że łatwo było pomyśleć, iż nasz narodowy ubezpieczyciel promuje głupotę za kółkiem samochodu. Pisałem o tym we wpisie o „uchachanych laluniach”.

      Po opublikowaniu notki w blogu PZU błyskawicznie zdjął ze swojej strony w serwisie YouTube pięć z sześciu spotów, a potem przywrócił tylko trzy z nich. Oficjalne tłumaczenie, które usłyszałem w biurze prasowym PZU było takie, że spoty mają „usterki techniczne” i wrócą po ich wyeliminowaniu. Płynęły dni, a spoty nie wracały. W poniedziałek wróciłem do tematu reklam PZU w papierowym wydaniu „Gazety Wyborczej”. Zwróciłem uwagę, że nawet w tych spotach, które pozostały w emisji, można znaleźć kontrowersyjne fragmenty.

      PZU: Zabieganych też ubezpieczamyNa warsztat wziąłem spot pt. „Zabieganych też ubezpieczamy”. Widzimy w nim kuriera, który wybiega z auta nie zaciągnąwszy hamulca ręcznego. Auto stacza się, uderza w latarnię i w efekcie przednia szyba samochodu rozbita jest w drobny mak. W realnym świecie za takie zachowanie, jak w reklamie, posiadacz auta mógłby wcale nie dostać odszkodowania, bo „rażące niedbalstwo”, za jakie może być uznane nie zaciągnięcie hamulca ręcznego, jest uznane w ogólnych warunkach ubezpieczenia PZU za czynnik wyłączający odpowiedzialność firmy w przypadku zaistnienia szkody.

      Zerknąłem dziś na kanał PZU w serwisie YouTube. I co widzę? Reklama „Zabieganych też ubezpieczamy” zniknęła! Czyżby w PZU przeczytano moje uwagi i zdecydowano o rezygnacji z emisji tego akurat spotu? Przy okazji zauważyłem, że - zgodnie z obietnicą, choć dopiero po długich dwóch tygodniach - do YouTube wróciły krytykowane przeze mnie spoty o „grupach zdezorganizowanych” oraz o „uchachanych laluniach”. Oba jednak wróciły w nowych wersjach.

      Grupa zdezorganizowana w całości ma zapięte pasy bezpieczeństwa, zaś kierowca - choć wyraźnie rozbawiony - ostrzega pasażerów, że jak się nie uspokoją, to on rozbije auto. Jeśli chodzi o uchachane lalunie to w nowej wersji mamy również wyraźnie widoczne pasy bezpieczeństwa (w poprzedniej ich nie było), zaś kierująca samochodem imprezowiczka, nie wyglądająca już tak,jakby była pod wpływem alkoholu, nie zgadza się ze swoją koleżanką z tylnego fotela, iż dobrze byłoby skręcić na czerwonym świetle. Zresztą sami zobaczcie:

      Oba najbardziej skrócone spoty są znacznie krótsze od pozostałych - trwają tylko po 13 sekund. Widać, że scenariusz został skorygowany, zaś z filmów wycięto niektóre scenki, świadczące o wyjątkowej głupocie kierowców przedstawianych w reklamach. W YouTube jest też kilka nowych reklamówek PZU, zapraszam do ich oglądania w kanale „Grupa PZU” w serwisie YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Uchachane lalunie wróciły do reklam PZU! Ale są już grzeczniejsze...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 marca 2010 14:10
    • Srebrny jubileusz wideo-prześwietlania!

      Dziewięć miesięcy temu - a dokładniej 17 lipca 2009 r. - na stronach serwisu Wyborcza.pl ukazał się pierwszy klip wideo z cyklu „Prześwietlamy reklamy”. Wspólnie z Andrzejem Chećko, operatorem kamery, ale i współautorem koncepcji klipów, współscenarzystą i reżyserem filmów, podjęliśmy się nowatorskiego zadania - komentowania reklam w konwencji edukacyjno-żartobliwej, możliwie lekkostrawnej, ale dającej odbiorcy pewną dawkę wiedzy o produktach finansowych.

      Udało nam się dobić do srebrnego jubileuszu. Do końca marca 2010 r. powstało 25 odcinków wideo prześwietlania reklam. Cieszyły się duża popularnością wśród Was - niektóre z nich na stronach Wyborcza.pl, Wyborcza.biz oraz Gazeta.pl oglądało po kilkanaście tysięcy osób. Sporo jak na cykl poświęcony trudnym tematom finansowym.

      Jeśli ktoś jeszcze nie zna naszego cyklu, to zapraszam do wcześniejszych podsumowań, które systematycznie zamieszczałem na stronach blogu. Z każdym odcinkiem wiązały się ciekawe anegdoty, nadzwyczajne okoliczności i... jakieś komplikacje. Zwykle wynikające z braku pieniędzy (budżet przedsięwzięcia wynosił 50 zł na odcinek, które w dodatku wykładaliśmy zwykle z własnych kieszeni) oraz czasu. Na kręcenie każdego odcinka mieliśmy tylko kilka godzin, a na montaż najwyżej drugie tyle.

      Odcinki 1-10: Od Pomysłowego Dobromira do Wielkiego Wodza

      Odcinki 11-16: Na prawo górale, na lewo drwale, czyli reklam prześwietlanie

      Odcinki 17-21: Dwadzieścia mgnień reklam prześwietlania

      Dziś przypomnę Wam cztery ostatnie odcinki, które doprowadziły nasz cykl do srebrnego jubileuszu. Życzę miłego oglądania i obfitego komentowania. Oceniając klipy weźcie pod uwagę, że nie jest to produkcja sztabu profesjonalistów, ale robota dwóch zapaleńców, czyniona niskim nakładem środków i dużym nakładem sił :-)

      Odcinek 22: Kredyt na życie, czy życie na kredyt?

      To była ciężka zima. Jeden z poprzednich odcinków - ten nawiązujący do reklamy Banku Pocztowego - kręciliśmy na 17-stopniowym mrozie. Ale odcinek poświęcony „kredytowi na życie” przypadł na odwilż i piękną, słoneczną pogodę. I całe szczęście, bo w oryginalnej reklamie nie było zimy, więc nie chcieliśmy jej mieć też w naszym klipie. Udało się, choć nie było łatwo. W otoczeniu centrum handlowego, przy którym kręciliśmy większość ujęć, roiło się od kilkumetrowych pryzm śniegu, odbijających się w szybach. Do środka wejść nie mogliśmy, bo przy drzwiach warował ochroniarz, który pojawiał się zawsze przy tym wejściu, do którego zbliżaliśmy się z kamerą.

      Odcinek 23: Samcik odwołuje Stan Darmowy

      Co jakiś czas w naszym cyklu robiliśmy sobie przerwę w ocenianiu reklam banków i skupialiśmy się na telekomach. Tym razem postawiliśmy na reklamę sieci Play Fresh pod hasłem „Stan Darmowy”. Trochę przewrotnie, bo jest to jeden z najtańszych operatorów na rynku. Ale wyszliśmy z założenia, że pastisz nie musi dotyczyć tylko reklam najbardziej manipulatorskich, ale także tych po prostu zabawnych i śmiesznych. Dostało nam się za to od fanów sieci Play, którzy niesłusznie odcżytali nasz klip jako atak na Play, choć to był tylko żart.

      Odcinek 24: Samcik kontra Stefczyk, czyli kredyt z oparciem

      Ten klip powstał w całości w studiu TV. Mieliśmy dylemat: szukać podobnego fotela, jaki jest w oryginalnej reklamie, czy znaleźć idealnie białe tło (też takie, jak w reklamie)? Stwierdziliśmy, że ważniejsze jest odpowiednie tło i chyba dzięki temu formuła klipu się obroniła.

      Odcinek 25: Z nieba do Hadesu, czyli piekielna lokata Kredyt Banku

      W oryginalnej reklamie mamy animację komputerową i niebiańskie klimaty. Nie mając możliwości technicznych, by dorównać grafikom przygotowującym reklamę Kredyt Banku, postanowiliśmy pobawić się konwencją. Efekt chyba jest nie najgorszy. Ale największą korzyścią z tego odcinka jest to, że... zaprzyjaźniłem się z pracownikami oddziału Kredyt Banku. Kiedy wszedłem do placówki, by pobrać ulotki, zagadnęli mnie, spytali dla jakiej telewizji pracujemy i pokazali, że w ofercie banku jest jeszcze sporo innych lokat, poza tą z reklamy. Naprawdę równi goście. A mieliśmy już kilka scysji z ochroniarzami placówek niektórych banków, którzy usiłowali nas przepędzić z okolic oddziału, choć nie mieli do tego prawa. W Kredyt Banku przywitano nas tymczasem niemal chlebem i solą.

      Andrzej ChećkoNie wiem czy doczekacie się kolejnych odcinków wideo prześwietlania reklam. Jeśli tak, to zapewne już w innej formule, bowiem Andrzej Chećko, który od początku pracował ze mną przy tworzeniu klipow, w poniedziałek zakończył współpracę z Agorą. Chcę mu serdecznie podziękować za czas poświęcony na tworzenie tego, unikalnego w polskim internecie, serialu.

      Zasługi Andrzeja dla końcowego efektu tego serialu są kolosalne. Kiedy pojawiła się prośba działu wideo „Gazety Wyborczej”, by wzbogacić cykl „Prześwietlamy Reklamy” o klipy filmowe, wiedzieliśmy z Andrzejem tylko tyle, że nie chcemy robić prostych „setek” przed kamerą, ani programu z gatunku „gadających głów”. A cała reszta koncepcji tego serialu wykuta została w ogniu walki. Zresztą możecie to sami zauważyć, porównując pierwsze odcinki z tymi, które zostały stworzone w ostatnich tygodniach.

      Nie wiem, czy będą kolejne odcinki „Prześwietlamy reklamy” w wersji wideo i ewentualnie w jakiej formule cykl ten byłby kontynuowany, ale oczywiście nie kończy się cykl artykułów na ten temat. Powoli zbliżamy się do trzeciej rocznicy startu tej rubryki. Pierwsze „Prześwietlamy reklamy” ukazało się na łamach czwartkowego dodatku konsumenckiego „Gazeta Pieniądze” (który dziś już się nie ukazuje: nie przetrwał kryzysu finansowego) pamiętnego dnia 10 maja 2007 r.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Srebrny jubileusz wideo-prześwietlania!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 marca 2010 08:12
  • niedziela, 28 marca 2010
    • Teleturnieje i nie tylko: zaledwie co piąty Polak grałby va banque o milion

      No proszę, a myślałem, że w teleturnieju „Milionerzy” nie da się wygrać. Nawet chodziło mi po głowie podejrzenie, że pytania dla co lepszych zawodników dobierane są w kontrze do tematów, których znajomością ci śmiałkowie się już wykazali. Wszystko po to, żeby delikwenci się wykładali i nie wygrywali. Teza ta zbladła od czasu, kiedy organizatorzy zwiększyli z trzech do czterech liczbę dostępnych kół ratunkowych. Tak, jakby stwierdzili, że ktoś wreszcie mógłby wygrać :-).

      No i wreszcie wygał. W niedzielę 27-latek ze Szczecina, Krzysztof Wójcik, poprawnie odpowiedział na pytanie za milion złotych. Pytanie, na które ja też bym znał odpowiedź: „Z gry na jakim instrumencie słynie Czesław Mozil?” Nie jestem wielkim fanem muzyki, ale fenomen pt. „Czesław śpiewa” nie jest mi obcy. I uważam, że pytanie o milion było po prostu łatwe :-).

      Milionerzy - Krzysztof Wójcik

      źródło zdjęcia: www.milionerzy.plejada.pl. Tam też znajdziesz więcej o zwycięzcy.

      Ale nie chcę zbyt długo rozwodzić się nad milionerem ze Szczecina (właściwie 900-tysięcznikiem, bo od nagrody odprowadzany jest 10-procentowy podatek). Powiem tylko, że kasa z wygranej w „Milionerach” wystarczy mu na to, by inkasować z odsetek od lokaty bankowej prawie 3.600 zł miesięcznie (przy oprocentowaniu 6% i po uwzględnieniu podatku Belki). Przyjemna perspektywa, nieprawdaż? Wiem, wiem... że jak ktoś wygrywa milion to nie idzie z nim do banku, tylko najpierw jedzie do ciepłych krajów, a potem kupuje sobie nowe auto. Ale promuję oszczędzanie, więc musiałem to napisać.

      Zaintrygowała mnie inna rzecz: skłonność uczestników gry do podejmowania ryzyka. Gazeta.pl podaje, że pytanie za milion padło do tej pory dziesięciokrotnie i tylko dwóch zawodników (w tym pierwszy zwycięzca polskiej edycji) zdecydowało się na nie odpowiadać. W portalu TVN przeczytałem zaś, że do grudnia 2009 r. pięcioro zawodników wycofało się, inkasując 500.000 zł i odpuszczając grę o milion.

      Dlaczego nawet w „Milionerach” statystycznie niewielu jest śmiałków, którzy w imię gry o wszystko położyliby na szalę pół miliona złotych? Zerknąłem na wyniki badań „Postawy Polaków dotyczące oszczędzania i inwestowania”, przeprowadzonych przez Pentor Research na zlecenie Citi Handlowego i Fundacji Kronenberga pod koniec 2008 r. I znalazłem tam odpowiedź na gnębiące mnie pytanie.

      Otóż 40% ankietowanych Polaków mniej lub bardziej stanowczo zgodziło się z tezą „Jeśli moje oszczędności tracą na wartości nie ryzykuję dalej i rezygnuję z nich w obawie przed dalszą stratą”. Z kontrtezą: „Jeśli moje inwestycje tracą na wartości, to nie wycofuję ich i czekam na odrobienie straty” zgodziło się tylko 15%. Opinię „wolę niższy, ale pewny zysk” wybrało 58% Polaków, gdy ze stwierdzeniem „Lubię podejmować ryzyko, licząc na wyższy zysk” utożsamiło się raptem 12% Polaków.

      Nie wiem, czy trzymając w garści gwarantowane pół miliona złotych zaryzykowałbym grę o milion, nie mając pewności, że znam odpowiedź na pytanie. Ale z badań wynika, że na jedną osobę, która na to by się zdecydowała na grę va banque, przypada średnio pięciu, którzy by odpuścili. I to samo mniej więcej widać w statystykach dotyczących gry o milion w TVN-owskim teleturnieju. Najlepiej byłoby nie musieć w ogóle grać va banque. Niejaki John Carpenter nie musiał :-)

      Czytajcie też o Justynie Kowalczyk, która przeszła do historii i w dwa tygodnie wywalczyła 740.000 zł. I o pechowcu, który włożył 30 milionów złotych, by wygrać 2 miliony i przegrał.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Teleturnieje i nie tylko: zaledwie co piąty Polak grałby va banque o milion”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 marca 2010 23:47
    • Za małe obroty na koncie? Bank może się zmartwić i... zadzwonić z pretensją

      Rozmowy z bankowcami też czasami wymagają niekiedy mocnych nerwów i specyficznych umiejętności. Napisał do mnie pan Robert, drobny przedsiębiorca, który podobno odbył kilka tygodni temu ciekawą rozmowę ze swoim opiekunem klienta w banku X.

      Na razie celowo nie ujawniam nazwy banku, bo nie jestem w stanie zweryfikować, czy rozmowa rzeczywiście w detalach tak wyglądała, jak cytuje ją pan Robert (cytaty są z pamięci pana Roberta, nie z nagrania). Ale jeśli mieliście ostatnio podobne pogawędki, to piszcie i opowiadajcie. Może okazać się, że akurat jeden konkretny bank przeprowadza z klientami takie rozmowy wychowawcze.

      A teraz, Panie i Panowie, teatrzyk ”Niech to zielona gęś kopnie”, przedstawia rozmowę opartą na faktach. Występują: pan Robert oraz Ważny Pan z Banku (WPB)

      WPB: Dzień dobry, tu (imię i nazwisko, nazwa banku). Panie Robercie, jak tam sytuacja w pana firmie, bo wydaje się nam, że kiepściuuutko! Pan Robert: Ależ skąd, firma ma się doskonale. WPB: Noooo, panie Robercie, obroty na rachunku nie wskazują na to, żeby było wspaniale... Pan Robert: Bo macie kiepski rachunek i za drogi. WPB: Noooo, panie Robercie nasz rachunek został wyróżniony przez prestiżowe pismo „Forbes" a pan takie rzeczy opowiada. Nieładnie, bardzo nieładnie Pan Robert: Do czego pan zmierza? WPB: Chciałbym poinformować, że jak nie będzie obrotów na koncie, to bank najprawdopodobniej zmieni warunki kredytu. Ale nie ma sprawy, jeżeli macie kłopoty to chętnie dołożymy kredyt obrotowy. Pan Robert: Dziękuję, nie potrzebujemy WPB: Noooo, a może potrzebuje pan kredyt indywidualny, chętnie pomożemy, na atrakcyjnych warunkach Pan Robert: Nie, dziękuję. WPB: Noooo, no cóż... Odezwiemy się wkrótce. Do widzenia.

      Przyznacie, że to: „Odezwiemy się wkrótce” zabrzmiało dość groźnie. Coś a la: „ja tu jeszcze wrócę i wcisnę ci ten kredyt”. Cóż, w bankach nie lubią klientów, którzy robią mało transakcji na koncie. Kiedyś nie lubili ich w skrytości ducha, a teraz nie lubią i mówią to wprost. Nooooo... kiepściuuutko! :-). A inną legendarną rozmowę, przypominającą konwersację ślepego z głuchym, przypomnicie sobie poniżej:

      Poczytaj też o polityce hakowej banków: dzwonią do klientów i proszą o aktualne zaświadczenie o dochodach!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Za małe obroty na koncie? Bank może się zmartwić i... zadzwonić z pretensją ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 marca 2010 08:32
  • sobota, 27 marca 2010
    • Nie zapłaciłeś w terminie mandatu? Bank zablokuje ci wszystkie konta

      Już jakiś czas temu na łamach blogu przyglądałem się kwestii blokowania przez banki kont klientom na żądanie urzędu skarbowego bądź ZUS-u. Chodzi oczywiście nie o klientów, którzy są niewinni jak lelije, ale o tych, którzy mają zaległości w opłacaniu składek lub podatków. Problem wraca jak bumegang, a moi czytelnicy wciąż mają wątpliwości czy bank może blokować im wszystkie konta jak leci, czy też tylko te, które służą do rozliczeń? Dziś kolejny taki list:

      Pisze pan Łukasz: „Historia zaczęła się na jesieni 2009 r ,kiedy to jadąc obwodnicą Garwolina przycisnąłem trochę za mocno pedał gazu i znalazłem się w teledysku:). Kosztowała mnie ta przyjemność 300 zł na kredyt. Druczek dostałem, miałem zapłacić na poczcie. Niestety, zapomniałem o tym” - wyznaje swe winy czytelnik.

      Dalej pan Łukasz pisze tak: „Kilkanaście dni temu dostałem pismo z Urzędu Skarbowego o wszczęciu przeciwko mnie postępowania egzekucyjnego. Jako, że miałem działalność gospodarczą, z Urzędem Skarbowym rozliczałem się poprzez moje konto w mBanku. Urząd Skarbowy zwrócił się do mBanku z wnioskiem o egzekucję. To, czy bank miał prawo wydać skarbówce moje pieniądze z konta to już jest wątpliwe - znalazłem w sieci informację o wyroku sądu, który poddaje taką praktykę w wątpliwość.

      Ale nie daje mi spokoju inny aspekt sprawy. W mBanku miałem konto biznesowe, zwykle eKonto osobiste oraz konto lokacyjne eMax. Środki na zapłacenie mandatu były tylko na eMaxie, a jak wiadomo nie jest to konto do rozliczeń lub płatności i nikt poza bankiem nie miał prawa wiedzieć, ze takowe posiadam, ani że tam mam pieniędzy.

      Bank oczywiście się wykręca. Wydaje mi się, że powinna mnie chronić ustawa o ochronie danych osobowych jak i prawo bankowe, które jasno określa kto jest uprawniony do otrzymania informacji o klientach banku (nie ma na tej liście naczelnika Urzędu Skarbowego)” - pisze pan Łukasz. I, tak na zdrowy rozum, wydaje się, że może mieć rację. Jeśli można zajmować wszystkie rachunki, nie tylko te rozliczeniowe, to klient może ponieść nie zawinione przez siebie straty np. z tytułu przekroczenia limitu przelewów z konta boszczędnościowego.

      Nie jestem mocny w relacjach bank-skarbówka-przedsiębiorca, więc od razu poprosiłem o wyjaśnienia rzecznika mBanku Krzysztofa Olszewskiego. Ten zapewnił mnie, że bank nie naruszył ustawy o ochronie danych osobowych. „Przepis zawarty w art. 23 ust. 1 niniejszej Ustawy zezwala na przetwarzanie danych, gdy jest to niezbędne do spełnienia obowiązku wynikającego z przepisu prawa. W tym wypadku obowiązek dla banku wynika z Ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji” - pisze Olszewski.

      Czyli bank ma w takim przypadku prawo, by wejść klientowi na wszystkie konta, jak leci. Nawet te, które nie są kontami rozliczeniowymi i o których istnieniu skarbówka nie musi nawet wiedzieć! „Zgodnie z art. 81 Ustawy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji zajęcie wierzytelności jest skuteczne do wszystkich rachunków bankowych dłużnika, niezależnie czy organ egzekucyjny wskazał w zawiadomieniu numery tych rachunków” - pisze rzecznik mBanku. „Ponieważ na jednym z rachunków zobowiązanego występowało saldo pokrywające całą egzekwowaną przez US należność, bank założył blokadę egzekucyjną” - dodaje Olszewski.

      To informacja ku przestrodze dla tych, którzy zapomnieli zapłacić jakiś podatek, składkę albo mandat. Patent na Was jest tak prosty, że aż nie wiem za co biorą pieniądze ludzie od egzekucji należności w skarbówce lub ZUS-ie. Wysyła się do banków pismo, żeby zablokowały wszystkie, bank zakłada blokadę na pierwszy z brzegu rachunek i pozamiatane... Tylko tak się zastanawiam: czy gdyby klient, poza kontem firmowym, osobistym i oszczędnościowym, miał też założone jakieś lokaty, to bank mógłby również je zająć na poczet długów? To już nie byłoby zabawne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Nie zapłaciłeś w terminie mandatu? Bank zablokuje ci wszystkie konta”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 27 marca 2010 15:49
  • piątek, 26 marca 2010
    • 16 dni zaległości i... bank wypowiada kredyt

      Jeśli ktoś z Was ma kredyt hipoteczny, to pewnie przynajmniej raz - np. przy okazji ubiegłorocznych zawirowań na światowych rynkach finansowych - przebiegło Wam przez głowę pytanie: „a co by było, gdyby bank nagle, pod byle pretekstem, wypowiedział mi kredyt?”. Na pierwszy rzut oka to byłoby irracjonalne, bo bank w ten sposób pozbawiłby się na wiele lat dochodu z odsetek. Ale jeśli zauważyć, że niektóre banki bardzo zaczęły się bać dużych, pojedynczych kredytów, inne sprawdzają finanse swoich klientów w BIK-u, a jeszcze inne zastanawiają się co zrobić z udzielonymi 2-3 lata temu kredytami frankowymi o bardzo niskich marżach... pytanie przestaje być irracjonalne. Zresztą niejeden klient biorący nowy kredyt też się naciął na dziwne praktyki bankowców, wcześniej - przed kryzysem - niespotykane.

      Powiecie, że bank nie miałby prawnej możliwości wypowiedzenia umowy pod byle pretekstem. Ale jeśli przeczytacie dokładnie zapisy rozdziału umowy kredytowej zatytułowanego „Obowiązki kredytobiorcy”, to pewnie dojdziecie do wniosku, że jeśli bank chciałby się przyczepić do jednego z punktów, to mógłby Wam udowodnić złamanie któregoś z punktów. Ot, choćby tego, który mówi o konieczności poinformowania banku o wszelkich znaczących zmianach sytuacji finansowej lub o zmianach danych osobowych. Albo tego, który mówi o konieczności dostarczenia w określony dzień cesji polisy mieszkania. Albo tego, mówiącego o konieczności składania co roku przez kredytobiorcę czegoś w rodzaju „mini-oświadczenia majątkowego”. Parafrazując Ławrientija Berię: dajcie mi kredytobiorcę, a paragraf zawsze się znajdzie...

      Ten przydługi wstęp był potrzebny, bo mam na warsztacie taką właśnie sprawę klienta, który ma na sumieniu małe grzeszki i którego z tego tytułu spotkała najgorsza możliwa sankcja - wypowiedzenie umowy kredytowej. Napisał do mnie pełonomocnik pana Adama M., klienta Banku BPH. Kredyt pana Adama został postawiony w stan natychmiastowej wymagalności. Czy słusznie? Oceńcie sami:

      „Małżeństwo M. miało w Banku BPH kredyt na dom. Kilka miesięcy temu bank wypowiedział umowę kredytową, przesyłając powiadomienie o tym fakcie na nieaktualny adres. Umowę wypowiedział, kiedy według raportu BIK w spłacie rat było 16 dni spóźnienia. Oparł się na domniemaniu, że sytuacja finansowa Adama M. znacznie się pogorszyła. Nigdy jednak, według wszelkiej wiedzy małżeństwa M, bank nie próbował tej sytuacji finansowej w jakikolwiek sposób weryfikować” - pisze pełnomocnik rodziny M.

      „W umowie, jaką posiada małżeństwo M jest zapis, który mówi, że bankowi przysługuje prawo do wypowiedzenia umowy tylko w dwóch sytuacjach: 1. jeśli małżeństwo M. nie dotrzyma warunków umowy, 2. jeśli bank stwierdzi, że stan majątkowy państwa M. znacznie się pogorszy (nie jest jednak sprecyzowane, po czym bank miałby to stwierdzić). Latem 2009 r. bank wysłał do domu małżeństwa M. rzeczoznawcę, który obfotografował cały dom. Tłumaczono, że jest to normalna procedura. Dom jest o znacznej wartości, znacznie wyższej niż kwota kredytu (wynosząca 850 tys. zł). Potem wysłał pismo o wypowiedzeniu umowy. Ale wysłał to pismo na inny adres, niż korespondencyjny” - pisze pełnomocnik.

      I dodaje: „Bank skutecznie dotarł do małżeństwa M. z informacją o wypowiedzeniu umowy dopiero po kilku miesiącach, wtedy karne odsetki wynosiły już ponad 22 tys. zł. (narastały w tempie 460 zł dziennie). Pracownik banku przez telefon usilnie namawiał klientów do zawarcia umowy restrukturyzacyjnej. Małżeństwo traktuje wypowiedzenie jako niezasadne i w związku z tym nieskuteczne. W opinii M. bank chce ich zastraszyć i w ten sposób wyłudzić odsetki karne oraz nakłonić do zawarcia mniej korzystnej umowy. Wzywali bank wielokrotnie do opamiętania, co nic nie dało”.

      Pełnomocnik pana Adama twierdzi, że bank - wypowiadając kredyt - powołał się na punkt 12 regulaminu kredytów banku BPH, który przewiduje, że wypowiedzenie umowy przez bank może nastąpić „w razie zagrożenia terminowej spłaty kredytu z powodu złego stanu majątkowego kredytobiorcy". Tymczasem - jak dowodzą M. - można mówić jedynie o niewielkich zaległościach w spłacie rat. Pod koniec października klienci mieli 16 dni zaleglości wynoszącej 3.778 zł (niepełna jedna rata). A na początku listopada zapłacili 4.600 zł, i nie posiadali już żadnego zadłużenia w spłacie kredytu, a wręcz nadpłatę. Tyle, że bank już wypowiedział kredyt, bo uznał, że zagrożenie terminowej spłaty rat jednak istnieje.

      Cóż, sprawa nie jest jednoznaczna. Z jednej strony bank mógł uznać, że zaległość w spłacie rat - prawdopodobnie nie pierwsza, sądząc po „wymiarze kary” - jest już wystarczającym powodem, by uznać, że klient nie wywiązuje się z umowy. W końcu zwracanie pieniędzy zgodnie z harmonogramem spłat to podstawowy obowiązek kredytobiorcy. I trudno się dziwić bankowi, że widząc klienta bimbającego sobie od czasu do czasu, postanowił zakończyć sprawę w taki sposób. Nie znajduję usprawiedliwienia dla kogoś, kto lekko podchodzi do spłaty swoich zobowiązań. Z korespondencji pełnomocnika małżeństwa M. wynika, że pan Adam prowadzi dobrze prosperującą firmę. Ciekaw jestem czy z taką samą beztroską podchodzi do zobowiązań swoich klientów.

      Ale jest i druga strona medalu. Jeśli uznamy, że bank, który dobrowolnie pożyczył pieniądze na określonych warunkach, ma prawo czyhać na każdą okazję, by ten kredyt wypowiedzieć (bo np. warunki rynkowe się zmieniły i kredyt nie jest już tak opłacalny, jak był kiedyś), to dojdziemy do wniosku, że klient jest dla banku nie partnerem, a maszynką do zarabiania pieniędzy. Jak maszynka się zepsuje, to się ją wyrzuca i zamawia nową. Tak też być nie powinno.

      „Wszystkie banki, od najmniejszych do największych, gdy jest niewielkie opóźnienie w spłacie kredytu dzwonią do klientów. A w naszym przypadku? Ani jednego telefonu, żadnej próby kontaktu i wyjaśnienia sprawy Opisana kwestia może dotyczyć wielu kredytobiorców. Przesłanki wypowiedzenia umowy w oparciu o par. 12 regulaminu są niejasne. W podobnych regulaminach inne banki bardzo precyzyjnie definiują co rozumie się pod pojęciem: naruszenia warunków  udzielenia kredytów” - pisze pełnomocnik rodziny M. I chyba ma trochę racji.

      W tej konkretnej sprawie jest też inna zagwozdka. Z końcem lipca małżeństwo M. powiadomiło bank o zmianie adresu korespondencyjnego. Ale pan Adam nie wysłał listu poleconego, tylko zwykły. Jego pełnomocnik twierdzi, że w umowie nie jest napisane, iż o zmianie adresu trzeba zawiadamiać bank listem poleconym. Bank twierdzi, że pismo do niego nie dotarło, w związku z tym klient nie dość, że ma oddać kredyt w całości, ale też zapłacić kilkadziesiąt tysięcy złotych karnych odsetek.

      Można powiedzieć, że klient był wyjątkowo lekkomyślny, skoro nie zostawił sobie żadnego potwierdzenia, iż nadał tak ważną przesyłkę. Ale z drugiej strony - jak pisze pełnomocnik państwa M. - „Punkt 12 załącznika nr 5 do umowy nie określa, w jakiej formie ma zawiadomienie być dokonane”. W załączniku czytamy: 'Pisma inne niż wymienione w ust. 1 będą wysyłane listami zwykłymi i strony uznają  je za doręczone z upływem 14 dni od daty ich wysłania'. Niezły węzeł gordyjski. Niby regulamin dozwala na formę listu zwykłego, ale jak potem udowodnić, że się powiadomiło bank o zmianie adresu?

      Życie dopisuje do tej sprawy kolejne rozdziały. 19 marca w sądzie rejonowym w jednej z podwarszawskich gmin odbyła się rozprawa ugodowa państwa M. i banku. Bank nie ugiął się pod argumentami pełnomocnika państwa M. Przedstawił jedynie dwie propozycje restrukturyzacyjne: jedna zakłada spłatę kredytu w 240 ratach (wysokość raty: 5.880 zł), druga - w 425 ratach (rata: 4.460 zł). Pełnomocnik banku oświadczył, że uważa umowę za skutecznie wypowiedzianą i że odsetki karne wynoszą obecnie już 53.630 zł. Pełnomocnik rodziny M. odrzucił obie propozycje. Ciąg dalszy nastąpi. Rozprawa wyglądała... niekoniecznie tak, jak w tym legendarnym skeczu Monty Pythona. :-)

      OGŁOSZENIA:

      Chcecie sprzedać mi newsa? Piszcie na adres: maciej.samcik (małpka) agora.pl. Proszę o cierpliwość: na każdy list odpowiadam, ale dostaję ich po kilka dziennie, więc obowiązuje kolejka. Chcecie mi nawrzucać lub wyzwać od patafianów? Piszcie na adres maciej.samcik (małpka) gazeta.pl. Tam bowiem zaglądam rzadziej :-).

      Bądźcie fanami tego blogu! Zajrzyjcie na Facebook! Tam, na stronie ”Subiektywnie o Finansach” znajdziecie zapowiedzi kolejnych wpisów oraz luźne uwagi o sytuacji społeczno-politycznej w kraju oraz na świecie. Tam również możecie mi nawrzucać lub wyzwać od patafianów w wersji LIVE. A jak mnie nie ma online, to i tak o Was myślę i śpiewam  „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz”. :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „16 dni zaległości i... bank wypowiada kredyt”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 26 marca 2010 07:20
  • czwartek, 25 marca 2010
    • 45 dni na reklamację, czyli ostrożność procesowa, która wkurza ludzi

      Już kilka razy apelowałem do banków - a raz, zdaje się, także do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów - żeby zrobić coś z czasem rozpatrywania przez banki reklamacji. Potrafi on sięgać kilkudziesięciu dni i to nawet w sprawach prostych jak drut. Klienci przez cały czas wyjaśniania wątpliwości pozostają w zawieszeniu, np. jeśli chodzi o nierozliczoną transakcję wpłatomatową - bez dostępu do gotówki.

      Urzędnicy w tej sprawie chyba nic nie zrobią, bo z ich punktu widzenia jest to sprawa z dość niskim priorytetem (co by nie mówić: reklamacje dotyczą promila klientów). Więcej mogą zrobić sami klienci, głosując nogami i wybierając te banki, które ich sprawy - także te wątpliwe - załatwiają jak najbardziej sprawnie. Nie da się niestety zrobić rankingu, który dałby odpowiedź na pytanie który bank najszybciej załatwia reklamacje, ale... takie blogi jak ten mogą być miejscem wymiany opinii klientów i budowania wizerunku poszczególnych banków w oczach czytelników.

      Napisał do mnie pan Piotr. Na początku mi posłodził, co bardzo lubię, więc od razu cytuję. „Witam panie Maćku. Z przyjemnością (i wdzięcznością, bo robi pan kawał wspaniałej roboty!) czytam pański blog. Ponieważ wiem, że porusza pan także kwestie dotyczące relacji bank - klient, przedstawię panu swój przypadek”. Na marginesie: mejle, w których najpierw mi posłodzicie, a potem dopiero przedstawicie sprawę, czytam w pierwszej kolejności. :-))

      Pan Piotr pisze tak:  „Mam konto w mBanku. 6 marca wypłacałem z bankomatu Euronetu pieniądze. Podczas transakcji wystąpił błąd i bankomat nie wypłacił całej kwoty. Skontaktowałem się z biurem obsługi klienta Euronetu i podałem im numer bankomatu oraz godzinę transakcji. Pracownik na infolinii od razu potwierdził mi, że podczas transakcji wystąpił problem. Polecił zgłosić to do mojego macierzystego banku”. Zwróćcie uwagę - to może być cenna nauka dla wszystkich korzystających z usług bankomatów - że w Euronecie mają podgląd on-line wszystkich transakcji i od razu mogą powiedzieć, czy też widzą jakiś problem z wypłatą.

      Pan Piotr kontynuuje: „Zadzwoniłem do mBanku, zgłosiłem sprawę. Otrzymałem maila: ‘Pana zgłoszenie zostało zarejestrowane”. I podali numer reklamacji. Kiedy ponownie zadzwoniłem do mBanku, dowiedziałem się, że na rozpatrzenie tej transakcji mają - uwaga - 45 dni. Zaskoczyło mnie to, że na prozaiczną procedurę sprawdzenia stanu gotówki w bankomacie (bo takie wydruki Euronet, jak się domyślam, wymienia przy każdym doładowywaniu gotówką danego bankomatu), mBank potrzebuje aż 45 dni” - komentuje poirytowany czytelnik.

      Od razu zaznaczę, że te 45 dni to maksymalny czas potrzebny mBankowi. Reklamacja zapewne zostanie rozpatrzona wcześniej, ale bank - z tzw. ostrożności procesowej - podaje termin najbardziej odległy, by klient nie oczekiwał cudów. Tyle, że ta ostrożność procesowa w tym przypadku wcale bankowi nie pomogła: „Zadzwoniłem dzisiaj do PKO BP i zapytałem na infolinii ile czasu oni taką reklamację rozpatrują, jeśli ich klientowi jakiś bankomat nie wypłaci całości kwoty. Powiedziano mi: 14 dni, a w krańcowych przypadkach - 30 dni” - pisze pan Piotr.

      No i wychodzi na to, że mBank - prawdopodobnie ze zwykłej ostrożności, choć nie mogę wykluczyć, że także z powodu dużej liczby reklamacji i ograniczonych mocy przerobowych odpowiedniego departamentu - z rozpatrywaniem reklamacji guzdra się, jak mucha w smole. Może to nieprawda, ale jeśli klient usłyszy w infolinii, że bank będzie rozpatrywał jego - prostą, jak drut - reklamację do 45 dni, a u konkurencji obiecują mu (choć też nie wiadomo, czy się z tej obietnicy wywiązują), że to samo zrobią w 14 dni, to może poczuć się z tym źle

      Być może w mBanku powinni pomyśleć nad zmodyfikowaniem informacji na temat czasu rozpatrywania reklamacji, bo - jeśli rozpatrują je szybciej, niż to wynika z komunikatu infolinii - to strzelają sobie w kolano. „Od kilku lat mam konto w mBanku, ale zastanawiam się czy po zamknięciu tej mojej reklamacji, nie zlikwidować konta i nie przenieść się do innego banku. 45 dni... toż to groteskowe podejście do klienta” - kończy pan Piotr.

      EPILOG:

      Już po publikacji tego wpisu otrzymałem ad vocem Krzysztofa Olszewskiego, rzecznika mBanku. Pan Krzysztof pisze tak:

      W przypadku reklamacji transakcji wypłaty gotówki w bankomacie – zgodnie z regulaminem i zasadami Visa International – akceptant karty powinien odpowiedzieć w ciągu 45 dni. Nie jest to więc podyktowane przez mBank. Co ważne jednak, w przypadku reklamacji transakcji wypłaty gotówki w bankomatach firmy Euronet, eCard oraz BZ WBK mBank stosuje uproszczoną procedurę. Takie sprawy od razu przesyłane są bezpośrednio do odpowiedniego akceptanta, z pominięciem Visy, dzięki czemu rozwiązywane są w terminie krótszym (na ogół poniżej 30 dni). Domyślam się, że dla klientów oczekiwanie na rozwiązanie sprawy w tego typu sytuacjach nie jest komfortowe, zawsze staramy się więc ograniczyć ten czas do minimum. Jednak warto też zwrócić uwagę, że bankomaty nie są rozliczane codziennie, a na czas rozpatrzenia sprawy wpływa też współpraca z partnerami, np. operatorami maszyn.

      Dziękuję za odniesienie się do sprawy i cieszę się, że w mBanku też mnie czytają :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „45 dni na reklamację, czyli ostrożność procesowa, która wkurza ludzi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 marca 2010 08:06
  • środa, 24 marca 2010
    • Jak stracić klienta, czyli Depardieu strzela stówą... w kolano bankowi

      Gerard Depardieu jest niewątpliwie gwiazdą wiosny na rynku reklam bankowych. Mam nadzieję, że nie jedyną i objawią się jeszcze inne ciekawe pomysły bankowych marketingowców. Jak na razie jednak z braku większej konkurencji francuski aktor przynosi bankowi BZ WBK rozgłos porównywalny z tym, jaki wcześniej wywołał Danny DeVito oraz John Cleese. Skuszeni obietnicą stówki w prezencie Polacy masowo zakładają konta w BZ WBK - średnio po 2-2,5 tysiąca dziennie od początku marca.

      Oczywiście nie wiadomo ile z tych nowo otwieranych kont będzie aktywnych. Warunkiem otrzymania stówki w prezencie jest przelanie na konto, przynajmniej przez dwa miesiące, po tysiącu złotych (lub więcej). Jeśli klent weźmie te pieniądze z innego konta, np.oszczędnościowego, to konto w BZ WBK będzie mógł szybko zamknąć (i to z niezłą stopą zwrotu: 100 zł z zainwestowanych 2000 zł w dwa miesiące to jakieś 30% w skali roku, nie uwzględniając podatku Belki).

      Ale jeżeli nie ma zaskórniaków, to będzie musiał przesunąć do BZ WBK swoje przelewy pensji. I na takich klientów liczy BZ WBK: zasilenie konta pensją zwykle oznacza dla klienta w konsekwencji przeniesienie do nowego banku swojej głównej aktywności finansowej. Dla banku, króry zarabia na każdym przelewie 50-70 gr. i na każdej transakcji kartą (nawet uwzględniając cash-back) co najmniej 1% jej wartości, jest to źródełko pewnego i stabilnego zarobku. Ilu takich klientow będzie? Obstawiam, że co najmniej 40-50 tys. W ciągu roku przychód z tych osób pokryje z nawiązką kszty wypłaconej na początku stówki (a pewnie i koszty całej kampanii).

      Ale dziś zajmuje mnie co innego - koszt alternatywny całego przedsięwzięcia. Otrzymałem od początku marca już kilka sygnałów od długoletnich klientów BZ WBK, którzy uważają, że bank na nich żeruje. ”Od dziesięciu lat mam w BZ WBK konto. Płacę za prowadzenie, za przelewy, uzbiera się z 10 zł miesięcznie. Ani razu mi nic nie zaproponowali, żadnej promocji. A teraz płacą pierwszym lepszym stówę tylko za założenie konta” - poskarżył mi się jeden z czytelników blogu.

      I trudno się z nim nie zgodzić. Teza, że BZ WBK doi starych klientów, by z ich pieniędzy opłacać prezenty dla nowych, jest nieco uproszczonym obrazem rzeczywistości, ale jest w nim ziarno prawdy. Należało jednocześnie z wprowadzeniem akcji pod hasłem ”Depardieu” przygotować jakąś promocję dla dotychczasowych klientów, by nie czuli się zaniedbywani. Szefowie BZ WBK o tym nie pomyśleli (chyba, że nie wiem wszystkiego o ofercie BZ WBK). I narazili się na słuszny zarzut, że zależy im tylko na nowych klientach, a tych lojalnych od lat - mają w nosie.

      Sprawa jest o tyle ważka, że BZ WBK dużą część swoich klientów ma w Wielkopolsce, czyli rodzinnych stronach dawnego banku WBK. Gdzie jak gdzie, ale w Poznaniu i okolicach żyją ludzie bardzo oszczędni i bardzo wrażliwi na gesty z gatunku „ty płacz i płać, a koledze damy w prezencie stówę”. Bardzo jestem ciekaw, czy karmieni reklamami z Depardieu starzy klienci BZ WBK zagłosują nogami i zmienią bank na taki, który ceni ich lojalność, czy też... poprzestaną na narzekaniach. Także od odpowiedzi na to pytanie - a nie tylko od liczby sprzedanych kont za stówkę - zależy sukces najnowszej promocji w BZ WBK.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Jak stracić klienta, czyli Depardieu strzela stówą... w kolano bankowi”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 24 marca 2010 08:46

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line