Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 marca 2011
    • Bank Millennium w rękach Francuzów? Największe banki Europy osaczają PKO BP

      Francuski bank BNP Paribas przejmie portugalską grupę finansową Millennium BCP, której perłą w koronie jest nasz Bank Millennium - taka plotka gruchnęła w czwartek na rynku. Co prawda rzecznik BNP Paribas odmawia komentarza, ale wiele wskazuje, że jest coś na rzeczy. Te doniesienia wyglądają dość wiarygodnie, zwłaszcza, że już wcześniej moje źródła - cholernie wysoko postawieni menedżerowie polskich banków - donosiły, iż prezes Millennium BCP spotykał się w Portugalii z szefem BNP Paribas i nie rozmawiał tam z nim o pogodzie (a w każdym razie nie tylko).

      Przejęcie Millennium BCP przez Francuzów miałoby duże znaczenie dla polskiego rynku bankowego, na którym BNP Paribas od kilku lat mocno się rozpycha. Bank od lat prowadził w Polsce bankowość korporacyjną, ale na większą skalę zaistniał u nas dopiero dwa lata temu, po globalnym przejęciu belgijskiego Fortisu, a tym samym i polskiego Fortis Banku. Wcześniej ten Fortis przejął z kolei Dominet Bank, mający silną pozycję na rynku kredytów samochodowych. W sumie więc BNP Paribas zbudował u nas przyzwoity przyczółek - z portfelem kredytów hipotecznych wartym 5 mld zł i łącznym portfelem kredytów rzedu 14 mld zł. Do tego jakieś 180.000 klientów kont osobistych.

      To jednak Francuzom nie wystarcza. W zeszłym roku stoczyli zacięty bój z hiszpańskim Santanderem i naszym PKO BP o przejęcie BZ WBK, czwartego największego banku w Polsce. Musieli ustąpić pola Hiszpanom, ale później starali się też - co wiadomo nieoficjalnie - o przejęcie Polbanku. Tym razem ubiegł ich austriacki Raiffeisen. Gdyby teraz przejęli Millennium, przebojem weszliby do pierwszej ligi największych banków w Polsce. Bank Millennium obsługuje ponad 1,1 mln klientów, ma portfel kredytowy wart prawie 37 mld zł, choć dużą jego część stanowią kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich, na których nie wiadomo czy bank w ogóle zarabia (po kryzysie drastycznie wzrosły ceny zakupu franków na rynkach międzybankowych). W tym roku Bank Millennium planuje pozyskać 200.000 nowych klientów. Ostatnio podał, że w ramach nowej oferty kont osobistych otworzył w kilka tygodni ponad 40.000. ROR-ów.

      Konsolidacja w sektorze bankowym to nic dziwnego. Ale jeśli spojrzeć na nią przez pryzmat pozycji PKO BP, jedynego bardzo dużego banku, pozostającego pod kontrolą polskiego kapitału (no, może nie licząc Banku Gospodarstwa Krajowego), to widać, że nasz narodowy rodzynek powoli jest osaczany przez coraz mocniejszych graczy. Ewentualne przejęcie Millennium przez BNP Paribas mogłoby być kolejnym krokiem do koncentracji rynku w rękach najsilniejszych graczy z pierwszej ligi europejskiej. Nie ma wątpliwości, że to utrudniłoby życie PKO BP, rynkowemu liderowi, który do tej pory mierzył się z graczami średniej wielkości - przynajmniej w skali bankowości globalnej. Bo grupy finansowe typu AIB z Irlandii, BCP z Portugalii, czy EFG Eurobank z Grecji to nie są asy nie do pokonania.

      Przejęcie BZ WBK, a wcześniej AIG Banku przez Santandera oznacza, że czwartym największym bankiem w Polsce zostanie hiszpański gigant, największy bank strefy euro. Z kolei zakup Polbanku przez Raiffeisena oznacza, że austriacki potentat (największy inwestor bankowy w naszej części Europy) przejmuje piąte miejsce w Polsce. Gdyby BNP Paribas kupił Millennium, mógłby zaś - po wcześniejszym połknięciu Fortis Banku i Dominet Banku - wedrzeć się na trzecie miejsce w rankingach.  Wśród największych banków w Polsce „starych” właścicieli miałyby tylko PKO BP, Bank Pekao (żubr jest w rękach włoskiej grupy Unicredit), BRE Bank (należy do niemieckiego Commerzbanku, o którym niektórzy analitycy też mówią, że jest w kiepskiej kondycji) oraz Citi Handlowy (jest w rękach amerykańskiej Citigroup).

      Prawdopodobnie więc przed największym polskim bankiem ogromnie ważny test z jakości zarządzania. Jeśli europejscy liderzy wejdą na rynek z nowymi produktami, dumpingowymi cenami i wielomiliardowym kapitałem, to PKO BP może szybko schodzić ze swojej pozycji banku mającego w większości segmentów rynkowych 30%-35% udziałów. To ostatni sygnał dla władz i nadzorców PKO BP, by wyposażyć bank w najwyższej jakości kadrę i know-how. No i zminimalizować wpływ polityków, bo on zawsze powoduje ferment. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bank Millennium w rękach Francuzów? Największe banki Europy osaczają PKO BP”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2011 21:14
    • BPH da ci premię za wzięcie kredytu gotówkowego. Sam za nią zapłacisz

      Pośród wielu hitowych reklam, które ostatnio widzimy na ekranach telewizorów - by wspomnieć tylko o WuBeKowskich spotach z Banderasem, reklamach z Szymonem Majewskim i ING-owskich etiud z Jackiem Braciakiem - ginie nieco ciekawy koncept autorstwa marketingowców Banku BPH. W reklamie kredytu gotówkowego „występuje” całe miasto, co ma obrazować popularność BPH-owskiej pożyczki. „Już półtora miliona Polaków skorzystało z kredytu gotówkowego w banku BPH” - słyszę w spotach reklamowych. Dodatkowym wabikiem ma być udział aktora Bartosza Opani. Nie jest to może najbardziej znana twarz z bankowych reklam, ale ma tę zaletę, że jego twarz budzi zaufanie.

      Gorzej z samą pożyczką. Ta bowiem, nie dość, że nader tajemnicza, to jeszcze droga. A reklama - wpuszczająca w maliny. Owe maliny to promocja, która obiecuje, że jak pożyczę w BPH pieniądze to dostanę nagrodę do 750 zł. Akurat... Widzieliście bank, który pożycza pieniądze i oddaje cały swój zysk klientowi? Na kilometr pachnie to kantem. Ale ten kant jest wyjątkowo trudno uchwytny, bo BPH zazdrośnie strzeże wiedzy na temat swoich pożyczek gotówkowych. Żeby się czegoś dowiedzieć o kosztach i ile muszę zapłacić odsetek, żeby dostać od BPH te 750 zł prezentu, zadzwoniłem na infolinię. Miła pani powiedziała, że bardzo chętnie pomoże, ale każda propozycja dla klienta jest przygotowywana indywidualnie. Wypytała mnie o dochody, sytuację rodzinną, finansową, kredyty i inne obciążenia i w ogóle o wszystko, czego bank wiedzieć o mnie nie musi, by powiedzieć ile kosztuje kredyt.

      Przy okazji wyszła ciekawa sprawa. Tak się składa, że mam w BPH kredyt hipoteczny. Taki, który zaciągnąłem sto lat temu w GE Money, który teraz jest połączony z BPH. Bank więc sporo o mnie powinien wiedzieć. A mimo tego pani w infolinii beztrosko przyjęła do wiadomości, że Maciej Samcik, z którym rozmawia, podaje zupełnie inne dane dotyczące swoich zarobków, majątku i sytuacji życiowej. Zmyślałem jak z nut, zaniżając dochody, mnożąc koszty, zapominając o kredytach (nawet tego hipotecznego w BPH). I pewnie pani dałaby się nabrać, gdyby nie zajrzała na sam koniec do Biura Informacji Kredytowej, gdzie namierzyła... nie, nie, nie mój kredyt w BPH. Namierzyła trzy posiadane przeze mnie karty kredytowe, o których „zapomniałem” jej powiedzieć

      Skończyło się tak, że BPH nie przygotował dla mnie „indywidualnej propozycji kredytowej”. No i nie dowiedziałem się ile zapłaciłbym miesięcznej raty za mój kredyt. Dobrze, że pani w chwili słabości powiedziała jakie jest standardowe oprocentowanie, przynajmniej mogłem sobie oszacować ile mniej więcej zapłacę za premię, którą obiecał mi bank w reklamie szybkiej gotówki. Te szacunki potwierdzają, że za BPH-owską pemię sam będę musiał sobie zapłacić. I wcale nie będzie ona taka duża.

      Okazało się, że przy kwocie 5000 zł, którą chcę pożyczyć, dostanę w prezencie tylko stówkę. 750 zł bym dostał, gdybym pożyczył... ponad 80 tysięcy. No dobrze, stówka też piechotą nie chodzi. Ale ile kosztuje sam kredyt? Oprocentowanie kredytu to wyjściowo ok. 17%. Dla najlepszych klientów może być mniej, ale trudno powiedzieć o ile mniej. Z obliczeń kalkulatorów kredytowych, które zamieszczają portale gospodarcze, wynika, że jeśli pożyczę 5000 zł na dwa lata, to muszę oddać dodatkowo 933 zł w odsetkach i jeszcze ze 200 zł prowizji. W sumie - grubo ponad 1100 zł. No, to stać ich, żeby oddać stówkę...

      JUŻ PONAD 200.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W styczniu i lutym 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 204.500 osób. To jedno z najpopularniejszych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam instytucji finansowych w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Kilkanaście wybranych klipów możesz obejrzeć poniżej. A wszystkie odcinki obejrzyj na platformie Gazeta.tv.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „BPH da ci premię za wzięcie kredytu gotówkowego. Sam za nią zapłacisz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2011 01:15
  • środa, 30 marca 2011
    • Metlife Amplico łapie za serce. Ściema i gra na emocjach, czy... nowa jakość?

      Zobaczyłem ostatnio w telewizji chwytające za serce reklamy firmy ubezpieczeniowej Metlife Amplico. To nowy-stary byt na polskim rynku ubezpieczeniowym. Niegdyś firma  występowała pod nazwą Amplico Life, ale ostatnio zmieniła właściciela, a w ślad za tym - nazwę. Nowa jest też komunikacja z klientami, oparta na emocjach, budowaniu więzi emocjonalnej z klientami. Widać to już na stronie internetowej Metlife Amplico, gdzie w centralnym miejscu znajduje się ramka „Historie z życia wzięte”, a w niej spojrzenie na ubezpieczenia i potrzeby klientów przez pryzmat konkretnych, prawdziwych problemów pojedynczych ludzi. Bardzo to zgrabne i sądzę, że skuteczne. Pokazanie firmy ubezpieczeniowej poprzez jej pracowników, zatroskanych o los każdego klienta. „Bo każda sprawa jest dla nas ważna”.

      Reklamy, które widziałem w TV też są bardzo dobre i gdybym był tzw. szarym obywatelem, który nie spędził ostatnich 13 lat podglądając świat wielkich i małych finansów, zapewne nie miałbym zbyt wielkich wątpliwości co do szczerości przekazu, który firma sformułowała w reklamie. Choć uważam, że pokazywanie osoby chorej na raka to już jest chwyt na granicy manipulacji moimi emcjami. Tak się jednak składa, że miałem w swoim życiu do czynienia z niemałą liczbą klientów firmy Amplico, którzy nie byli specjalnie zadowoleni z jej usług. Przed laty Amplico prowadziła agresywną sprzedaż produktów ubezpieczeniowo-inwestycyjnych i niestety nie obyło się bez przypadków ewidentnego misselingu (po naszemu: wciskania klientowi kitu w postaci produktów, których on nie potrzebuje). W dodatku polisy inwestycyjne tej firmy uchodziły za najdroższe pod względem prowizji.

      Teraz mamy nowe otwarcie. Marketingowo zgrabne, ale potwornie ryzykowne. Obietnice, które wynikają z reklamy, znając wcześniejszy sposób działania Amplico na polskim rynku, wydają się trudne do wprowadzenia w życie. Nawet jeśli Metlife, nowy właściciel firmy, wprowadził swoje standardy, to czy udało się je wprowadzić na tyle sprawnie, by żaden klient nie został odprawiony z kwitkiem ze względu na rozbieżności w interpretacji zdarzenia objętego polisą? Choćby takiej, jaką w zeszłym roku opisał mój redakcyjny kolega Marcin Bojanowski? Albo takiej, która stała się przyczyną kary UOKiK dla PZU? Sądzę, że 200.000 czytelników tego blogu będzie się uważnie przyglądać realizacji obietnic złożonych w reklamach przez Metlife Amplico.

      JUŻ PONAD 200.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W styczniu i lutym 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 204.500 osób. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Metlife Amplico łapie za serce. Ściema i gra na emocjach, czy... nowa jakość?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 marca 2011 01:27
  • wtorek, 29 marca 2011
    • Gdy bank każe płacić klientowi prowizję za dobroczynność. Strzał w kolano?

      Banki nie są instytucjami dobroczynnymi - wiadomo. Nie wymagamy od nich, by dawały nam coś za darmo, aczkowliek zdarza się - i to nawet całkiem często - że instytucje finansowe, kierując się społeczną odpowiedzialnością biznesu, prowadzą działalność charytatywną bądź przynajmniej przy niej pośredniczą. Bodaj najbardziej spektakularnym przykładem jest udział Banku Pekao w corocznych finałach Wielkiej Orgkiestry Świątecznej Pomocy, prowadzonych przez Jerzego Owsiaka. Ale też np. Provident jest znany z działalności nie tylko na niwie piekielnie drogich pożyczek, ale i działalności charytatywnej. Z definicji: im bardziej narażona na kryzysy wizerunkowe jest działalność firmy, tym bardziej opłaca się „osłodzić” ją działalnością charytatywną.

      Ale nawet jeśli jakiś bank nie prowadzi wielkich akcji dobroczynnych, to może się do dobroczynności przyczynić, prowadząc za friko konta organizacji, które pomagają innym, bądź reklamować te organizacje w placówkach. Może jeden czy drugi klient, stojąc w kolejce do okienka, zadysponuje także przelew kilku złotych na cel dobroczynny? Gorzej jeśli bank prowadzący konto organizacji dobroczynnej nie tylko nie wpadnie na pomysł, by je reklamować w placówce, ale jeszcze każe sobie płacić tym, którzy chcą zaofiarować swoje pieniądze. Mój redakcyjny kolega przeczytał w jednym z lokalnych dodatków „Wyborczej” tekst o jednej z podopiecznych fundacji „Iskierka”. Pod artykułem był numer konta, na które można wpłacać pieniądze. Konto prowadzi ING Bank.

      Kolega jest tradycjonalistą, a ponieważ ma w okolicy oddział ING, wziął portfel, wycinek z gazety i poszedł do placówki, by wpłacić pewną kwotę na konto „Iskierki”. Przyszedł do redakcji wzburzony, bowiem w oddziale ING kazali mu... zapłacić prowizję za wpłatę na konto. Kolega zrezygnował, bo opłata, której od niego zażądano, była wysoka, bodaj 10 zł. „Przecież to głupie - żądać kasy za wpłatę na konto prowadzone w tym samym banku” - opowiadał. Cóż, prawdę pisząc tego typu opłaty są standardem w większości banków - jeśli nie we wszystkich. Mają odstraszać ludzi od głupich pomysłów typu: przychodzenie ze stówką w kieszeni i wpłacanie jej na konto w oddziale.

      I to jest logiczne, ale na miejscu bankowców przemyślałbym kwestię zwalniania z prowizji tych klientów, którzy przychodzą wpłacić pieniądze na konta organizacji charytatywnych. Mój kolega - być może zupełnie niesłusznie - ma dziś w oczach wizerunek ING jako banku, który nie tylko nie pomaga ludziom w potrzebie, ale wręcz chce zarabiać na tych, którzy przychodzą do placówki, wiedzeni odruchem serca, i chcą pomóc. Poddaję tę kwestię pod rozwagę decydentom w bankach - nie tylko ING, w którym mój kolega miał tę niemiłą przygodę.

      EPILOG. Otrzymałem z banku ING następującą informację: Nie pobieramy prowizji (i nie pobieraliśmy) za wpłatę na konto organizacji dobroczynnych, czy pożytku publicznego. To był błąd pracownika”. Pod tym optymistycznym statementem podpisał się rzecznik banku Piotr Utrata. Uffff...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Gdy bank każe płacić klientowi prowizję za dobroczynność. Strzał w kolano? ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 marca 2011 15:06
    • Zbieraj na emeryturę razem z bankiem i... dowiedz się ile zapłacisz prowizji

      Ograniczenie naszych składek do OFE, które planuje rząd, spowodowało, że coraz więcej instytucji finansowych bierze się za promowanie inwestycji, które mają zapewnić ich klientom dodatkową emeryturę. Np. Bank Pekao wprowadził do oferty plan oszczędnościowy „Moja Perspektywa”, którego konstrukcja ma zapewnić ochronę zainwestowanych pieniędzy na wypadek turbulencji. Najpierw 80-90%. pieniędzy jest inwestowane w fundusze akcji, a w ramach trwania planu proporcje portfela są zmieniane i większość pieniędzy zaczyna trafiać do funduszy bezpiecznych. Wszystko dzieje się z automatu, klient nie musi o niczym pamiętać.

      Z kolei mBank zaczyna właśnie promować plan o nazwie Aktywny Portfel Funduszy. Charakteryzuje się on stosunkowo wysoką składką - trzeba wpłacać co najmniej 400 zł miesięcznie (choć częstotliwość wpłat deklaruje sam klient, może np. zapłacić raz w roku 5000 zł). Pieniądze są inwestowane w fundusze, a strategię ustala BRE Wealth Management, firma, która w grupie BRE Banku zajmuje się zarządzaniem pieniędzmi najbogatszych klientów. Podstawowa zasada tego inwestowania to tzw. absolute return. Zakłada ona takie inwestowanie pieniędzy, by przede wszystkim nie przynosić klientom strat w złych czasach, a generować ostrożny zysk w dobrych.

      Do tej pory mBank oferował Aktywny Portfel klientom, którzy jednorazowo wpłacili co najmniej 20 tys. zł, a teraz bank jedynie zmniejszył wymagania do uczestnictwa w tym programie. W materiałach prasowych bank nie podaje zysków, jakie APF przynosił w przeszłości, ale znaleźliśmy tę informację na stronie internetowej mBanku - od sierpnia 2008 r., a więc w czasie dwóch i pół roku, APF wygenerował 18% zysku, choć w czasie największej bessy nie uchronił - wbrew nazwie strategii - klientów przed stratami i momentami był nawet prawie 20% na minusie. APF wypracował nieco więcej, niż od sierpnia 2008 r. zyskał giełdowy indeks WIG20, którego wartość w tym czasie wzrosła z ok. 2300 do 2700 pkt.

      Kłopot z APF polega na tym, że jest to oferta nie zapewniająca zbyt dużej elastyczności - wycofanie się przed 10. rokiem inwestowania wiąże się z koniecznością zapłacenia kary - w pierwszym roku sięga ona 6,5%. zgromadzonych przez klienta aktywów. Drugi kłopot to prowizje. Program mBank realizuje przy współpracy z towarzystwem ubezpieczeniowym Axa, które zapewnia ubezpieczeniowe „opakowanie” inwestycji. Niestety, każe sobie za nie płacić.

      Opłata za zarządzanie portfelem, pobierana przez BRE Wealth Management, to 1% rocznie od zgromadzonych przez klienta pieniędzy oraz 1,9%. przy umorzeniu jednostek uczestnictwa w funduszach. Jest to opłata niezależna od opłat za zarządzanie pieniędzmi, które pobierają same fundusze. Nie ma natomiast prowizji manipulacyjnych za zakup jednostek poszczególnych funduszy. Kupując je na własną rękę trzeba byłoby zapłacić nawet do 5 proc. prowizji „na wejściu”. Tyle, że byłby to koszt jednorazowy, a w ramach APF trzeba płacić przez cały czas opłatę za zarządzanie portfelem.

      Mam niejasne przeczucie, że po 10 latach (a to minimalny okres utrzymywania planu jeśli nie chcemy płacić kar „pożegnalnych”) suma prowizji pobranych za zarządzanie aktywami w ramach portfela będzie znacznie wyższa, niż gdyby Axa pobierała tylko jednorazową prowizję od każdej składki. Tyle, że nie umiałem tego udowodnić na cyferkach. Poprosiłem więc o pomoc ludzi z firmy Money Makers, która specjalizuje się w niezależnym doradztwie finansowym. Niezależnym, czyli prowizję biorącym od klientów, a nie od instytucji finansowych. Krzysztof Szypuła z Money Makers napisał mi tak:

      Dużo korzystniejsza od zestawu opłat 1% plus 1,9% liczonych corocznie od całej wartości rachunku jest 5%-owa opłata dystrybucyjna liczona jedynie raz od kwoty dokonanej wpłaty. Procent składany w tym przypadku działa zdecydowanie na niekorzyść klienta”. Nie wiedząc o jakim konkretnie produkcie finansowym myślę, Szypuła wyliczył, że przy założeniu stopy zysku wynoszącej 8% i jednorazowej wpłaty 20.000 zł po 15 latach na rachunku byłoby 29.093 zł. Gdyby zamiast 1% i 1,9% opłat od aktywów zastosować 5% jednorazowej opłaty dystrybucyjnej, klient miałby na koncie 42.417 zł  Byłby więc do przodu o 13.323 zł. W sumie więc Aktywny Portfel Funduszy nie jest tak dobry, jak samodzielne inwestowanie w fundusze.

      POLEMIKA KRZYSZTOFA OLSZEWSKIEGO Z MBANKU:

      W związku z Twoim tekstem "Zbieraj na emeryturę razem z bankiem i... dowiedz się ile zapłacisz prowizji" w blogu muszę zauważyć, że jest kilka fragmentów, przy których według nas konieczna jest polemika. Wspomniane w tekście 6,5% to opłata za wycofanie w pierwszym roku z Aktywnego Portfela Funduszy ze składką jednorazową. Opłata maleje stopniowo – do czwartego roku oszczędzania. Poza tym, jest to standard przy tego typu programach regularnych.

      Co do stwierdzenia, że „dużo korzystniejsza od zestawu opłat 1% plus 1,9% liczonych corocznie od całej wartości rachunku jest 5%-owa opłata dystrybucyjna liczona jedynie raz od kwoty dokonanej wpłaty. Procent składany w tym przypadku działa zdecydowanie na niekorzyść klienta”, chcę zauważyć, że zostało przyjęte błędne założenie – w mPortfel Aktywny Portfel Fudnuszy Plus wpłaty dokonywane są regularnie, nie można zatem przyjąć 5% jednorazowej opłaty dystrybucyjnej. Idąc tym tokiem myślenia – klient płacąc 1% + 1,9% miesięcznie zyskuje więcej niż klient płacący 5% opłaty dystrybucyjnej od każdej wpłaconej składki.

      Dzięki współpracy z Axa TU nie są pobierane prowizje za operacje konwersji między funduszami różnych towarzystw funduszy inwestycyjnych, dokonywane w trakcie aktywnego zarządzania (przy „zwykłych” funduszach taka operacja jest wykonywana przez odkupienie posiadanych i nabycie nowych w kolejnym TFI, co wiąże się z opłatami dystrybucyjnymi nawet do 5,5%). Takie rozwiązanie przekłada się znacznie na zmniejszenie kosztów dla Klienta. Biorąc pod uwagę znaczną liczbę operacji wykonywanych przez zarządzającego w ramach aktywnego zarządzania (operacje wykonywane są codziennie), zdecydowanie bardziej opłacalna jest współpraca z towarzystwem ubezpieczeń, niż samodzielne inwestowanie w fundusze inwestycyjne”.

      SPRAWDŹ CO UDAŁO NAM SIĘ WSPÓLNIE ZAŁATWIĆ! Dzięki pomocy blogu „Subiektywnie o finansach” udało się rozwiązać wiele problemów czytelników. Zobacz listę najważniejszych naszych sukcesów: jeden bank poprawił reklamy, drugi wycofał się z pobierania nielegalnej prowizji, jeszcze inny przestał wciskać klientom drogie karty, zaś w jeszcze innym pewien tajemniczy komponent stał się wreszcie... kompatybilny.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Zapraszam!

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Zostań fanem prześwietlania reklam w wersji wideo i obejrzyj wszystkie odcinki na platformie Gazeta.tv

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zbieraj na emeryturę razem z bankiem i... dowiedz się ile zapłacisz prowizji”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 marca 2011 07:42
  • poniedziałek, 28 marca 2011
    • Kupiłem w Złotych Tarasach napój płacąc zbliżeniowo. Za parking już nie...

      Wyzłośliwiałem się nie tak dawno nad reklamami MasterCarda i płatności zbliżeniowych, robiłem sobie jaja z instalowania terminali do płatności bezstykowych w sklepach, w których nie da się nic kupić za mniej, niż 50 zł (a tylko takie transakcje przechodzą przez terminale zbliżeniowe nie tylko bez wkładania karty do czytnika, ale i bez podawania PIN-u). Ale są miejsca, w których zbliżeniowe transakcje są  genialnym wynalazkiem, który po prostu musi się przyjąć.

      Złote Tarasy, automat do płatności zbliżeniowychBardzo mnie ucieszyło zainstalowanie technologii do płatności zbliżeniowych w automatach z napojami umieszczonych w Złotych Tarasach, jednym z największych centrów handlowych w Warszawie i chyba w Polsce.  Pojechałem tam specjalnie po to, żeby zobaczyć to cudo. I rzeczywiście, udało mi się zapłacić za napoje kartą zbliżeniową. Ale nie było łatwo. Gołym okiem widać, że automaty, postawione przez firmę OpenVend, nie były od początku zaprojektowane „pod” płatności zbliżeniowe, ale funkcja ta została tam dostawiona jako coś dodatkowego.

      Problemy są dwa: po pierwsze nie do końca wiadomo w którym miejscu trzeba przyłożyć kartę, a po drugie nie byłem pewien w jakiej kolejności wykonywać czynności - najpierw przyłożyć kartę, czy wybrać napój? Do tego wszystkiego mały wyświetlacz. Ale w końcu się udało i bardzo bym chciał, żeby wszystkie automaty do zakupu napojów, słodyczy, czy kawy miały opcję płatności zbliżeniowych. Podobnie jak automaty do kupowania biletów (tu przydałyby się karty płatnicze po prostu sprzężone z biletami np. miesięcznymi). W przyszłym roku w płatności zbliżeniowe mają być też wyposażone bramki na autostradzie A4.

      Tyle tylko, że dobre wrażenie łatwo popsuć. Kiedy, rozanielony zbliżeniowymi zakupami w automacie z napojami, zszedłem do garażu i chciałem zapłacić za parkowanie na parkingu podziemnym, okazało się, że te automaty płatności zbliżeniowych już nie przyjmują. Szkoda. Można zapłacić kartą, i to bez wklepywania PIN-u, ale jednak chwilę to trwa. Zbliżenowo byłoby zapewne milej i szybciej. A kiedy po wycieczce do Złotych Tarasów postanowiłem wypróbować płatność zbliżeniową w pobliskim McDrive, pani w okienku zrobiła dziwną minę, wyrwała mi z ręki kartę i pognała gdzieś na zaplecze. A kiedy wróciła z kwitkiem wiedziałem, że płatność zbliżeniowa polega u niej na tym, że sama sobie zbliża moją kartę do czytnika, a ja nawet nie wiem jaką kwotę zatwierdza. Genialne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kupiłem w Złotych Tarasach napój płacąc zbliżeniowo. Za parking już nie...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 marca 2011 16:38
    • Bank daje nam kasę na emeryturę, ale przy okazji... wpuszcza w prowizje

      Idea Bank, nowy bank dla przedsiębiorców ze stajni grupy Getin Noble, ma całkiem dobre pomysły marketingowe. Pisałem już o nich w blogu jakiś czas temu, a teraz tamte zapowiedzi zaczynają się sprawdzać. W zeszłym tygodniu Idea Bank poinformował o wprowadzeniu do oferty jednej z fajniejszych rzeczy, które kiedyś zapowiadał - konta ze zwrotem części wydatków dokonanych kartą płatniczą. Zwrot jest o tyle interesujący, że idzie na... program emerytalny przedsiębiorcy. Pomysł jest na pozór genialny, choć nie całkiem nowy, bo już jakiś czas temu Allianz wprowadził kartę, której używanie pozwalało oszczędzać na polisę posagową dziecka.

      Nowość Idea Banku nazywa się „Konto Firma i Emerytura”. „To topowa oferta na rynku, stworzona specjalnie z myślą o przyszłości” - czytam w informacji prasowej. Hmmm, co jak co, ale marketing bankowcy zarządzający imperium Leszka Czarneckiego mieli zawsze topowy. Zaś topowość oferty Idea Banku polega na tym, iż bank ten co miesiąc przekaże na rachunek klienta zwrot 2% wartości transakcji dokonanych kartą płatniczą. Bank gwarantuje zwrot tych 2% przez okres pięciu lat. Przykładowo jeśli jakiś przedsiębiorca płaci kartą 10.000 zł miesięcznie, to otrzyma 200 zł. W skali roku uzbiera się 2500 zł, co po pięciu latach daje 14.000 zł.

      Biorąc pod uwagę, że średnia prowizja, pobierana przez banki od sklepów przy transakcjach kartą wynosi 1,5%, wszystko wygląda na to, że Idea Bank zamierza dopłacać do interesu, oddając klientom 2%. Ale, nie, bez przesady :-). Otóż - jak czytam w papierach - „zwrot wydatków będzie wypłacany przedsiębiorcom w formie przelewu na rachunek rozliczeniowy wchodzący w skład „Konta Firma i Emerytura”. Jak to możliwe, że przedsiębiorcy mogą w taki sposób oszczędzać na swoją przyszłość? To proste! Dzięki połączeniu „Konta Firma i Emerytura” z programem regularnego oszczędzania oferowanego przez jedno z towarzystw ubezpieczeniowych proponowanych przez Idea Bank, przedsiębiorcy mogą odetchnąć z ulgą”. Tere fere: z ulgą to może odetchnąć ten gość:

      Jeśli są wśród Was rasowi PR-owcy, to zapewne już Was zęby bolą od czytania tego przesłodzonego komunikatu dla mediów. A jeśli chodzi o meritum, to wszystko jasne: żeby załapać się na zwrot 2% pieniędzy za transakcje bezgotówkowe, trzeba zapisać się do programów Aegona, Skandii, Allianza lub Europy, opartych na funduszach inwestycyjnych. Minimalne składki w tych programach to kilkaset złotych miesięcznie, zaś prowizje za uczestnictwo są znacznie wyższe, niż przy zwykłym inwestowaniu w fundusze. Płaci się bowiem nie tylko samym funduszom, ale też i firmie ubezpieczeniowej, która dostarcza „opakowanie”. O tym ile to kosztuje pisałem przy okazji mojego spotkania z „partnerem inwestycyjnym”.

      Okazuje się więc, że Idea Bank wcale nie jest tak szczodry, jak wskazywałby na to marketingowy przekaz. Odbierze sobie „prezent emerytalny” oferowany klientowi z prowizji na programie oszczędnościowym. A ponieważ prowizyjne koszty programów oszczędnościowych są znacznie wyższe od 2% (z doświadczenia wiem, że sięgają co najmniej 5-7% wpłacanych kwot), to saldo całej zabawy jest niemal na pewno niekorzystne dla klienta. Już nie mówiąc o tym, że programy oszczędnościowe są zwykle obliczone na 10 lat lub dłużej, zaś cash-back Idea Banku obowiązuje tylko przez 5 lat. To już chyba lepszą ofertę cash-back ma Bank Millennium

      Co oczywiście nie oznacza, że sam rachunek w Idea Banku jest pułapką. Na razie jego warunki są dobre. Oczywiście dopóki bank nie wprowadzi podwyżek:-). Oddajmy głos podnieconym PR-owcom Idea Banku: „Tylko w Idea Bank, po raz pierwszy w historii rachunków dla firm, za otwarcie i prowadzenie rachunku, za wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce, wydanie i obsługę karty płatniczej oraz za wszystkie przelewy przez internet klienci nie ponoszą żadnych opłat”. (...) „Idea Bank myśli o przyszłości swoich klientów, dlatego daje im stabilność i możliwość zwrotu wydatków z karty aż przez 5 lat. To nie jest jedynie oferta na dzień dobry. „Konto Firma i Emerytura” to propozycja, która naprawdę wybiega w przyszłość!”. Kurczę, co trzeba zrobić, żeby aż tak się unieść, pisząc informację prasową? :-)

      JUŻ PONAD 200.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W styczniu i lutym 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 204.500 osób. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam instytucji finansowych w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Kilkanaście wybranych klipów możesz obejrzeć poniżej. A wszystkie odcinki obejrzyj na platformie Gazeta.tv.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Bank daje nam kasę na emeryturę, ale przy okazji... wpuszcza w prowizje”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 marca 2011 01:39
  • sobota, 26 marca 2011
    • Orzeł z Wisły zarobił na skoczniach fortunę, ale do rekordzistów mu daleko

      Pewnie znowu będziecie mnie karcić za to, że zaglądam innym do kieszeni, ale robię to bez żadnych negatywnych intencji. Sukces przelicza się na pieniądze i nie ma sensu wstydliwie o tym milczeć. A w sobotę swój sukces sportowy podsumował Adam Małysz, chyba najbardziej znany polski sportowiec (nie ujmując nic Justynie Kowalczyk, Robertowi Kubicy, licznym futbolistom, siatkarzom i piłkarzom ręcznym). Ile wart jest sukces najpopularniejszego sportowca w Polsce, czterokrotnego zdobywcy Pucharu Świata, czterokrotnego mistrza świata, trzykrotnego wicemistrza olimpijskiego? Pan Adam w czasie swojej 17-letniej sportowej kariery zarobił kilkadziesiąt milionów złotych. Niewyobrażalna fortuna? Może, ale na tle innych sportowców - i biorąc pod uwagę skalę sukcesu - niewiele.

      Adam Małysz

      Duże pieniądze Małysz zarabiał przez ostatnich dziesięć lat. Jego talent eksplodował w sezonie 2000-2001. Z samych tylko nagród za zwycięstwa i miejsca na podium zainkasował, według różnych szacunków, 300.000-400.000 franków szwajcarskich (w tej walucie wypłacane są premie za zawody). I tak to jest w tej branży - zawodnik, który dominuje w całym sezonie, może zgarnąć do pół miliona franków, zaś taki, który od czasu do czasu staje na podium - a i takie sezony Małyszowi się zdarzały - może wyciągnąć 50.000-100.000 franków.

      Czytaj też: Za rekord świata możesz mieć 2000 zł pensji do końca życia

      Jak na zawodowy sport niedużo, ale to w sumie niszowa dyscyplina. Do tego czasem wpadnie warte 200.000 zł luksusowe Audi (za wygrany Turniej Czterech Skoczni), jest też 50.000 zł rocznie ze stypendium z Urzędu Kultury Fizycznej i Sportu. Albo 300.000 zł nagród za medale olimpijskie. Można więc bez większego ryzyka błędu założyć, że z nagród i premii związanych ze skakaniem Małysz inkasował przez ostatnie dziesięć lat od 200.000 zł w każdym słabszym sezonie do ponad miliona złotych rocznie w najlepszych sezonach. Wcześniej też zarabiał, ale trochę mniej -  pierwsze zawody Pucharu Świata wygrał już w 1995 r..

      Ale największe konfitury dla każdego sportowca światowej klasy to kontrakty z rynku reklamowego. Z twarzą Małysza kojarzyły się telefony sieci Idea, kleje Atlas, czekolada Goplana, jogurty Bakoma (tu akurat wystąpiła żona Małysza), dania i przyprawy Winiary, Poczta Polska, napoje Red Bulla, polisy ubezpieczeniowe Generali, okna Veka, stacje paliwowe Lotos, dziennik Fakt. Jest też kolekcja ubrań sygnowanych nazwiskiem Adama Małysza, które wyprodukowała polska firma 4F. Ponoć jako pierwszy polski sportowiec Małysz dostał za udział w kampanii reklamowej ponad milion złotych. Za reklamę na kombinezonie brał podobno ok. pół miliona złotych za sezon. W sumie z reklam i kontraktów marketingowych Małysz rocznie zarabiał w ostatniej dekadzie 2-3 miliony złotych.

      Czytaj też: Ile zarobiła Justyna Kowalczyk na medalach olimpijskich?

      W sumie więc - biorąc pod uwagę ostatnich dziesięć lat kariery Małysza - można szacować, że na skoczniach i w ich okolicach zarobił  między 25 a 35 milionów złotych (raczej w dolnych widełkach tej kwoty, niż w górnych). Gigantyczna fortuna, nawet jeśli przyjąć, że pan Adam musiał się nią podzielić z menedżerem. Ciekaw jestem który private banker ma naszego Orła z Wisły pod swoimi skrzydłami.

      Roczne zarobki naszego mistrza narciarskiego dają się porównać z roczną pensją prezesa banku. Choć nie każdego, bo np. prezes PKO BP rocznie ma „tylko” półtora miliona pensji. Niecałe półtora miliona to też roczny zarobek Marka Kondrata, twarzy reklamowej ING Banku. A także Szymona Majewskiego, który reklamuje usługi PKO BP. Aczkolwiek biorąc pod uwagę, że skoki narciarskie są dyscypliną niszową, zarobki Małysza oczywiście nie dają się porównać z tym, co mają w portfelach zawodnicy zdecydowanie mniej utytułowani, ale za to występujący w popularniejszych dyscyplinach. Zarobki Rogera Federera to nie 3-4 miliony złotych rocznie, ale równowartość... 200 milionów złotych.

      Cóż, szczerze pisząc Małysz nie mieści się nawet w dziesiątce najlepiej zarabiających polskich sportowców. Trzeba więc napisać wprost - nasz mistrz jest/był przez lata niedoinwestowany w odniesieniu do swoich zasług i sukcesów. Robert Kubica, lider rankingu, w 2010 r. zarobił, w przeliczeniu na naszą walutę, 17 milionów złotych, bramkarz Tomasz Kuszczak ma kontrakt wart 10,4 miliona złotych rocznie, a koszykarz Marcin Gortat - 7,3 miliona złotych. Potem jest Artur Boruc, Agnieszka Radwańska (ok. 7 milionów rocznie), Jerzy Dudek i Łukasz Fabiański.

      Lp.

      Imię i nazwisko

      Kraj

      Dyscyplina

       

      Zarobki w mln USD

      1.

      Tiger Woods

      USA

      golf

       

      90,5

      2.

      Roger Federer

      Szwajcaria

      tenis

       

      61,8

      3.

      Phil Mickelson

      USA

      golf

       

      61,7

      4.

      Floyd Mayweather

      USA

      boks

       

      60,3

      5.

      LeBron James

      USA

      koszykówka

       

      45,8

      6.

      Lionel Messi

      Argentyna

      piłka nożna

      44,0

      7.

      David Beckham

      Anglia

      piłka nożna

       

      40,5

      8.

      Cristiano Ronaldo

      Portugalia

      piłka nożna

       

      40,0

      9.

      Manny Pacquiao

      Filipiny

      boks

       

      38,0

      10.

      Ichiro Suzuki

      Japonia

      baseball

       

      37,0

      10.

      Alex Rodriguez

      USA

      baseball

      37,0

      Źródło: Sports Illustrtaed

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Orzeł z Wisły zarobił na skoczniach fortunę, ale do rekordzistów mu daleko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 marca 2011 20:57
    • Ten bank rozdaje prezenty. 800 zł za rzetelne spłaty, 600 zł za przeprowadzkę...

      Ogromnie mnie wkurzają wszelkiego rodzaju marketingowe sztuczki, które zamydlają prawdziwy koszt kredytu. Premie, bonusy, nagrody za to, że weźmiesz kredyt oczywiście są wliczone w jego cenę. Albo w prowizję. Albo w obowiązkowe składki ubezpieczeniowe. Takie niby-promocje przeważnie kończą się dla banku... prześwietleniem jego reklamy. A wtedy okazuje się, że wszystko jest dwa razy droższe, niż by się mogło wydawać. Co oczywiście nie oznacza, że dziewczęta z reklamy Eurobanku trzeba potraktować aż tak źle, jak na klipie poniżej.

      Wolę kiedy cena kredytu jest komunikowana jasno i bez żadnych elementów zaciemniających. Stwierdzić można to dość łatwo, porównując oprocentowanie kredytu z tzw. stopą RRSO, którą każdy bank musi pokazywać klientowi. Jeśli różnica między oprocentowaniem, a RRSO jest niewielka, oznacza to, że kredyt jest względnie przejrzysty. Taka niewielka różnica jest nieunikniona, bo w RRSO jest uwzględniona wartość pieniądza w czasie, czyli fakt, że dzisiejsze 5 zł za jakiś czas będzie warte realnie mniej.

      Promocja EurobankuAle jest jeden marketingowy pomysł, związany z prezentem dla kredytobiorcy, który mi się podoba. Eurobank ostatnio wprowadził do swojej oferty pożyczek gotówkowych roczną premię za to, że klient spłaci na czas raty kredytu. Premia może sięgnąć 800 zł, ale oczywiście mało kto może liczyć na aż takie pieniądze. Dla najniższych pożyczek jest to 50-100 zł. Ale nie o kwoty tu chodzi, ale o konstrukcję promocji. Otóż premię, w postaci zwrotu części zapłaconych odsetek, dostanie tylko ten, kto w terminie spłaci wszystkie raty kredytu. „Eurobank premiuje wartość, która jest dla niego niezwykle ważna - rzetelność. Doceniamy klientów, którzy spłacają swoje zobowiązania zgodnie z obowiązującym harmonogramem” - przekonują eurobankowcy.

      Podoba mi się także to, że Eurobank chucha na zimne, umożliwiając klientom otrzymywanie SMS-sów z przypomnieniem tuż przed terminem płatności raty. Można powiedzieć, że takie traktowanie każdego klienta jak potencjalnego zapominalskiego uwłacza godności i świadczy o braku zaufania, ale z drugiej strony - jeśli dzięki temu więcej osób będzie miało szansę otrzymać zwrot choćby niewielkiej części odsetek, a przy tym komuś wejdzie w krew sumienność, to chyba dobrze. Zła wiadomość jest taka, że niestety oferta kredytu ze zwrotem części odsetek za sumienność jest dostępna tylko dla nowych klientów, a nie dla tych, którzy pożyczki w Eurobanku już mają. Jeszcze gorsza wiadomość jest taka, że kredyt zapewne ma tak wysokie oprocentowanie, że lepiej iść do BNP Paribas Fortis i wziąć kredyt bez żadnych prezentów, ale za to z niskimi odsetkami.

      Nota bene muszę zauważyć, że Eurobank ostatnio atakował promocjami także w kredytach hipotecznych. Tam akurat w grę wchodzi zwrot kosztów przeprowadzki, Nie jest to może jakiś kant, ale mimo wszystko postanowiłem się przebrać za pana Bronka i prześwietlić tę ofertę. To premierowy klip, więc warto kliknąć! Pozdrawiam dziewczęta, które go razem ze mną wyprodukowały - Kasię Łukę i Anię Skurczyńską.

      JUŻ PONAD 200.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W styczniu i lutym 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 204.500 osób. To jedno z najpopularniejszych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ZOBACZ CYKL KLIPÓW WIDEO „PRZEŚWIETLAMY REKLAMY”. W ciągu ostatnich dwóch lat powstało kilkadziesiąt odcinków prześwietlania reklam instytucji finansowych w wersji wideo. Początkowo kręciłem je wspólnie z Andrzejem Chećko, a później z Anią Skurczyńską i Kasią Łuką. Kilkanaście wybranych klipów możesz obejrzeć poniżej. A wszystkie odcinki obejrzyj na platformie Gazeta.tv.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ten bank rozdaje prezenty. 800 zł za rzetelne spłaty, 600 zł za przeprowadzkę... ”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 marca 2011 08:51
  • piątek, 25 marca 2011
    • Zarobili w rok 12,5 miliona zł na prowizjach za obsługę nieterminowej spłaty kart!

      Sporo miejsca w blogu poświęcałem zawsze kartom kredytowym i związanym z nimi opłatom. Zwłaszcza tym, które budzą kontrowersje prawne, bo albo się dublują z innymi opłatami (a więc klienci są dwa razy karani za to samo), albo nie wiążą sie z zadeklarowaną przez bank aktywniością (czyli bank pisze, że np. administruje saldem zadłużenia, a tak naprawdę opłatę pobiera od wszystkich posiadaczy kart, nie sprawdzając w ogóle czy mają jakiekolwiek zadłużenie. Nie tak dawno pisałem, że UOKiK nałożył aż 2 miliony złotych kary na Getin Bank, który wpisał klientom do umów prowizję za „obsługę nieterminowej spłaty”, czyli za czynności takie jak wysyłanie przypominającego SMS-a, kontakt telefoniczny czy monit na piśmie. I naliczał ją już w pierwszym dniu przeterminowania się zadłużenia! Opłata automatycznie była naliczana wszystkim klientom - nawet wówczas, gdy bank nie podejmował wobec nich żadnych działań.

      Albo Alior Bank, który naliczył jednej z moich czytelniczek 160 zl w wyniku naliczanej co miesiąc opłaty 20 zł za „obsługę nieterminowej płatności”, o której bank zapomniał klientkę poinformować. „Według mojego prostego rozumowania obsługa nieterminowej płatności polega na powiadomieniu klienta o przekroczeniu terminu płatności (co praktykują inne banki) pocztą, telefonicznie, mailem, SMS-em lub w jakikolwiek inny sposób. Gdyby Alior Bank obsługiwał nieterminowe płatności a nie tylko naliczał opłaty za ich obsługę, to moja zaległość zostałaby uregulowana znacznie wcześniej” - pisała do mnie czytelniczka. Także UOKiK, w swoim ostatnim raporcie poświęconym kartom płatniczym, zauwazył, że najbardziej po kieszeni uderzają nas niesprawiedliwie naliczane prowizje. W taryfach opłat i prowizji UOKiK znalazł m.in. przykłady tego, że z jednej strony bank nalicza klientom, którzy się spóźnili ze spłatą karty, podwyższone, karne odsetki, a z drugiej - natychmiast ściąga „opłatę za obsługę nieterminowej spłaty”.

      Czytaj też: Kartę kredytową bank spłaci sobie sam, z Twoich oszczędności

      Piszę o tym wszystkim, bo ostatnio doznałem niemałego szoku, kiedy zobaczyłem dane, wykradzione z jednego z banków przez mojego informatora. Te dane to zestawenie przychodów banku z tytułu „obsługi nieterminowej spłaty kwoty minimalnej” w przypadku kart kredytowych. Chodzi o prowizję pobieraną w sytuacji, kiedy klient nie spłaci na czas co najmniej 5% zadłużenia występującego na karcie. Ma taki obowiązek, bo choć nie musi spłacać całego zadłużenia karty (bank od wykorzystanego limitu pobierze odsetki), to raz w miesiącu musi spłacić te minimalne 5%. Kto zapomni, płaci prowizje.

      Kiedy zobaczyłem jak gigantyczne kwoty popłynęły z naszych kieszeni tylko do tego jednego banku i to tylko z tytułu tej jednej oplaty, to mi włosy stanęły dęba. Otóż w samym tylko zeszłym roku było to 12,5 miliona złotych, zaś w czterech ostatnich latach łącznie 40 milionów złotych! Oczywiście nie uważam, że karty kredytowe są wymysłem szatana, ale z całą pewnością można powiedzieć, że banki nie grzeszą przyjazną postawą wobec swoich klientów. Przecież za spóźnienie niekoniecznie trzeba od razu naliczać opłatę, zwłaszcza jeśli klient w ciągu kilku dni zareaguje na pierwszy monit. Parę milionów w skarbcach mniej, ale za to lojalność klientów - bezcenna.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Zarobili w rok 12,5 miliona zł na prowizjach za obsługę nieterminowej spłaty kart!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 marca 2011 17:52

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line