Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 31 marca 2012
    • Dziś subiektywność kończy trzy lata! Kto był moim największym ulubieńcem?

      Kochani, obalcie w ten weekend w naszej wspólnej intencji lampkę wina, bo dziś blog „Subiektywnie o Finansach” obchodzi swoje... trzylecie. Pierwszy wpis pojawił się w nim bowiem dokładnie 31 marca 2009 r.  Tak, to oznacza, że już za rok zakończy mi się pierwsza kadencja i będziecie mogli wybrać czy chcecie zaliczać drugą, czy też pójść w stronę... obiektywności :-) .Póki co subiektywność rulez i archiwum „Subiektywnie o finansach” liczy już 1240 artykułów, które kliknęliście 7.956.000 razy. Blog odnotowuje średnio 341.500 unikalnych wizyt miesięcznie. Tak, moi drodzy, takiego skupienia klientów w jednym miejscu w żadnym banku nie sposób nie zauważyć.

      Ogromnie się cieszę nie tylko z tego, że nie piszę tu sobie a muzom, ale przede wszystkim z tego, że blog „Subiektywnie o finansach” przyciąga ludzi aktywnych, chętnych do wymiany doświadczeń.  W czasie tych trzech lat opublikowaliście przy blogu 11.400 komentarzy. A ostatnio główną platformą komunikacji między nami stał się Facebook. W najpopularniejszym serwisie społecznościowym świata do lubienia blogu „Subiektywnie o finansach” przyznaje się 10.500 facebookowiczów. W każdym miesiącu za pośrednictwem Facebooka aktywnie wypowiadacie się na temat treści zawartych w blogu przynajmniej 1.500 razy. Te komentarze są dla mnie bardzo przydatne. Zwracacie w nich uwagę, że piszę bzdury, podrzucacie kolejne przykłady na poparcie mojej tezy,polemizujecie z nią albo informujecie o zjawiskach, które wiążą się z tekstem. Bardzo często z Waszych komentarzy biorą się tematy kolejnych wpisów bądź wręcz artykułów w „Gazecie Wyborczej”. Możliwość bezpośredniej rozmowy z czytelnikami jest tym, co najbardziej podoba mi się w dziennikarstwie internetowym. Nie mówiąc już o możliwości realizacji form naprawdę multimedialnych :-)

      Staram się mieć dla Was codziennie coś nowego i w zasadzie dziś już powinienem zarządzać blogiem przy pomocy średniej wielkości biura. Każdego dnia prowadzę ok. 20 zgłaszanych przez siebie spraw (często skomplikowanych). W ciągu każdego miesiąca napływa ok. 50-100 kolejnych listów od Was. Pytań i spraw jest tak wiele, że w blogu zwyczajnie się już nie mieszczą - np. teraz w kolejce na publikację czeka 15 gotowych już tekstów. Narzekacie czasem na jakość tekstów. Zdarzają się niestety fakapy, ale wynikają one wyłącznie z pośpiechu i braku czasu, a nie z mojej złej woli. Fakty są takie, że moim miejscem pracy jest newsroom działu gospodarczego „Wyborczej” oraz serwisu Wyborcza.biz, zaś blog jest zajęciem hobbistycznym. Rzecznicy banków narzekają, że nie pojawiam się prawie w ogóle na konferencjach prasowych, zaś koledzy z newsroomu - że widzą mnie raz w tygodniu, jak przebiegam między ich biurkami, z rozwichrzonym włosem i jakimiś papierami w ręku. Wszystkich przepraszam i nie obiecuję, że już nie będę :-).

      Każde przedsięwzięcie powinno mieć swą muzę. Już kiedyś Wam chyba pisałem, że niejaka Agata Sssss... (tak, z tych Sssssss...) wymyśliła blogowi genialny w swej prostocie tytuł i w ogóle przekonała, że warto się za tę robotę zabrać. Jak ją ssssspotkacie, to ładnie podziękujcie :-). Blog „Subiektywnie o finansach” nie mógłby stać się znaną w świecie pieniędzy marką, gdyby nie doceniali go stale redaktorzy prowadzący Wyborczej.biz, Wyborczej.pl i Gazety.pl. I gdyby jego autor nie dostał absolutnie wolnej ręki od swoich szefów, którzy nie raz i nie dwa patrzyli przez palce na to, że z powodu prowadzenia blogu cierpią inne sprawy.  „Subiektywnie o finansach” został doceniony też przez ekspertów - Nagroda im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, drugie miejsce w konkursie zorganizowanym przez miesięcznik „Press” oraz nagroda bankowców na Kongresie Bankowości Elektronicznej to niezbite dowody, że subiektywność w finansach jest szanowana. 

      Samcik z nagrodą Kwiatkowskiego

      Z okazji jubileuszu postanowiłem sprawdzić które banki są najpopularniejsze w blogu. Okazało się, że palmę pierwszeństwa niepodzielnie dzierży PKO BP, który pojawiał się w roli głównego lub pobocznego tematu w blogu ponad 270 razy. Na drugim miejscu znalazł się BZ WBK, o którym pisałem nieco ponad 200 razy. Miejsce na podium należy się też Bankowi Millennium, który był tematem 180 notek. Po około 150 wpisów poświęciłem na przestrzeni tych trzech lat mBankowi, Alior Bankowi, Pekao oraz bankowi ING Śląskiemu. Ponad 130 razy przyglądałem się Getin Bankowi. Kiedyś pokuszę się o performance i poproszę którąś z internetowych firm analitycznych o zbadanie sentymentu blogu „Subiektywnie o finansach” do poszczególnych banków. No i pewnie wyszłoby na jaw dla kogo subiektywność jest bardziej subiektywna, niż dla innych...

      Jubileuszowy prezent zrobiła mi też firma ARC Rynek i Opinia, która ostatnio pozwoliła mi współtworzyć jedno ze swoich badań syndykatowych i w jego ramach zadać reprezentatywnej próbie Polaków kilka pytań. Skwapliwie skorzystałem z okazji i choć wyniki badań pokażę Wam dopiero w najbliższym czasie, to już dziś zajawka. Otóż jedno z pytań, które zadałem, brzmiało: Czy Twój bank jest wobec Ciebie uczciwy? Tylko 17% ankietowanych (a była to reprezentatywna, ogólnopolska próba ok. tysiącosobowa) powiedziała, że zdecydowanie tak. 54% pytanych stwierdziło, że ich bank „raczej” jest wobec nich uczciwy. Prawie co czwarty respondent (23%) odparł, że jego bank jest wobec niego czasem uczciwy, a czasem nie. Zaś 6% ludzi odpowiedziało po prostu - nie. „Mój bank nie jest wobec mnie uczciwy”. Ciekaw jestem jak wypadłyby podobne badania wśród społeczności skupionej wokół blogu, ale odnoszę wrażenie, że tych niezadowolonych mogłoby być tu nieco więcej, niż w ogólnopolskiej próbie.

      Tak czy owak: dziękuję Wam wszystkim, tym malkontentom i tym zadowolonym, za te trzy lata. Moje uczucie do Was niech wyrazi ten kawałek, który zapodaję poniżej. Z życzeniami, by ten weekend był dla Was tak podniecający, jak dla mnie :-). I do zobaczenia w poniedziałek, przy lekturze blogowego tekstu numer 1241!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Dziś subiektywność kończy trzy lata! Kto był moim największym ulubieńcem?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 31 marca 2012 20:26
  • piątek, 30 marca 2012
    • Kto chce zniszczyć SKOK-i, czyli zaufanie członków jako broń propagandowa

      Pisałem w poniedziałek o badanu wykonanym przez TNS Pentor na temat zaufania Polaków do instytucji finansowych. Głównym tematem moich - i nie tylko moich - zdziwień, było to, że duża część Polaków nie odróżnia od siebie różnych instytucji finansowych, choć każda z nich oferuje innego rodzaju zabezpieczenie oszczędności (lub jego brak). Wkładając gdzieś pieniądze na procent warto wiedzieć czy będą tam gwarantowane przez państwo, jakiś państwowy fundusz, czy też przez prywatny system ubezpieczeniowy, czy wreszcie mamy do czynienia z prywatną pożyczką, nie wiążącą się z żadną gwarancją otrzymania z powrotem pieniędzy i odsetek. Dla mniej więcej co czwartego oszczędzającego nie ma znaczenia gdzie włoży pieniądze - wydaje mu się, że wszędzie będą tak samo gwarantowane i bezpieczne. Jest to dość odlotowa teza, ale po części tłumacząca sukces takich firm jak Finroyal, czy Amber Gold. I uzasadniająca konieczność zajęcia się wszystkimi, którzy wprowadzają klientów w błąd twierdząc, że oferują lokaty, choć są to tylko produkty lokatopodobne.

      Przy okazji okazało się, że połowa klientów banków nie odróżnia tych instytucji od SKOK-ów. Ciekawe jaka część klientów spółdzielczych kas - gromadzących, przypomnę, ponad 14 miliardów oszczędności Polaków - ma świadomość, że ich pieniądze nie są gwarantowane przez państwo, a jedynie poprzez prywatny system gwarancyjny, stworzony w ramach grupy SKOK. Być może zresztą ta wiedza członkom-klientom SKOK-ów wcale nie jest potrzebna, bo i tak mają oni do tej instytucji dużo większe zaufanie, niż klienci banków do tychże. Ponad 20% klientów SKOK-ów twierdzi, że podstawowym zabezpieczeniem ich oszczędności złożonych w kasach jest... troska SKOK-ów o ich dobre imię. I pomyśleć, że żyjemy w świecie, w którym dobre imię jest dobrem deficytowym :-). To dobrze, że członkowie SKOK-ów dobrze się w nich czują (91% członków ufa SKOK-om, to wyższy wskaźnik, niż wśród klientów banków). Być może dzięki temu chętniej oszczędzają w kasach pieniądze, budując swój bufor finansowego bezpieczeństwa

      Dobra ocena, wystawiona SKOK-om przez osoby oszczędzające w nich pieniądze, spowodowała, że z dumy puchną fani spółdzielczych kas, zgromadzeni m.in. w prawicowych portalach. W portalu wPolityce, który zrobił z wyników badania TNS Pentor czołówkę swojego serwisu, przeczytałem minikomentarz, który spowodował, że w środku nocy zacząłem dziko rechotać, budząc sąsiadów. Ów komentarz brzmi następująco: „Szkoda, że niektórzy polscy politycy lekceważą tak skuteczność, jak i społeczną rolę SKOK. Drażni ich niezależność instytucji z polskim kapitałem i za wszelką cenę próbują je zniszczyć”. Nie lubię polemizować z kolegami z innych mediów, ale tym razem wybaczcie: kilka słów wyjaśnienia. Otóż nikt nie chce zniszczyć niezależności SKOK-ów, ani samych SKOK-ów. Co prawda można dyskutować na temat ich społecznej roli, ale gotów jestem uznać, że takową również spełniają (choć jednocześnie upierałbym się, że na pierwszym miejscu jest jednak komercja). SKOK-om zaufało już ponad 2 mln ludzi i powinny one dalej rosnąć, stanowiąc dla pewnej grupy Polaków alternatywę dla banków.

      SKOK wPolityce

      W planowanych zmianach wokół SKOK-ów - ustawa wprowadzająca nowy model ich nadzorowania została niedawno oceniona przez Trybunał Konstytucyjny i czeka na poprawienie w Sejmie lub od razu podpis prezydenta - chodzi właśnie o to, by stały się bardziej niezależne. I by Polacy trzymający w nich pieniądze mogli nie tylko mieć przekonanie, że te oszczędności są równie bezpieczne, jak w banku, ale by mówiły o tym fakty. Bój idzie o trzy rzeczy. Po pierwsze o to kto ma nadzorować SKOK-i. Do tej pory był to nadzór koleżeński, prowadzony przez Krajową SKOK w sposób autorytarny i poza kontrolą państwa. Bank Światowy, Europejski Bank Centralny i jeszcze kilka innych ciał zgodnie uznało, że przy tak dużej wartości aktywów SKOK-ów nadzór nad nimi trzeba wzmocnić. I że SKOK-i powinny być pilnowane przed nadużyciami tak samo, jak banki. Nie ma żadnego powodu, dla którego SKOK-i nie miałyby podlegać takim samym limitom dotyczącym płynności i wypłacalności, jak banki. Bo przecież działają dokładnie tak samo, jak banki. Spełniając „bankowe” wymogi dotyczące płynności i wypłacalności SKOK-i mogłyby zostać objęte opieką Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, czyli de facto rządowymi gwarancjami depozytów. Mocniejszymi od tych, którymi SKOK-i dysponują dziś, czyli prywatnego systemu zbudowanego wokół firmy ubezpieczeniowej z grupy SKOK..A to byłby z korzyścią dla ich członków.

      Po drugie bój idzie o to czy SKOK-i będą w pełni niezależnymi, lokalnymi instytucjami, czy - tak jak dotychczas - mocno uzależnione od Krajowej SKOK, która w dużej części kontroluje ich rozwój i przepływy pieniędzy oraz obsadę stanowisk menedżerskich w SKOK-ach. Jeszcze do niedawna kontrolny pakiet „udziałów” w systemie SKOK pośrednio był w rękach trójmiejskiej rodziny Biereckich. Grzegorz Bierecki łączył w swoim ręku funkcję prezesa Krajowej SKOK, głównego „akcjonariusza” systemu oraz jego nadzorcy (bo Krajowa SKOK pełni też tę funkcję). Przy tak ogromnej skali tego biznesu takie jednowładztwo jest po prostu ryzykowne. Po trzecie wreszcie bój idzie o to czy SKOK-i mają się stać kolejnym ogólnopolskim bankiem, czy raczej lokalną alternatywą dla banków. Jeśli mają nadal spełniać swą społeczną rolę, powinny działać lokalnie, a nie rozrastać się według scentralizowanej wizji rozwoju, preferowanej przez Grzegorza Biereckiego.

      Czy rozwiązanie tych trzech dylematów poprzez poddanie SKOK-ów nadzorowi bankowemu i ograniczenie kompetencji Krajowej SKOK oznacza „zniszczenie instytucji z polskim kapitałem”? Bardzo odważna teza. Ja uważam, że przeciwnie: oznacza zwiększenie bezpieczeństwa finansowego członków SKOK-ów. A oni zasłużyli na to m.in. swoim bezgranicznym zaufaniem do kas, w których od lat oszczędzają i pożyczają pieniądze.. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kto chce zniszczyć SKOK-i, czyli zaufanie członków jako broń propagandowa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 marca 2012 17:26
    • Kupowanie biletów lotniczych przez telefon, czyli... zrobią ci striptease

      Jest taka prywatna linia lotnicza OLT Express. Pewnie słyszeliście jej reklamy w radiu albo widzieliście billboardy wywieszone na ulicach największych miast. Była ostatnio jakaś afera z tymi reklamami, bo OLT Express dawała w nich do zrozumienia, że są to „Nowe Polskie Linie Lotnicze”, co część klientów mogła utożsamić z nazwą naszego narodowego przewoźnika - to też Polskie Linie Lotnicze. No i LOT zaczął robić dym, chyba słusznie zresztą. Ale to tak na marginesie. Nie będzie dziś ani o reklamach OLT Express, ani o pozytywnych efektach konkurencji na polskim niebie (LOT natychmiast obniżył ceny połączeń krajowych i wystawił nową pulę naprawdę tanich biletów po 79 zł), ani nawet o tym, że właścicielem OLT Express jest pośrednik finansowy Amber Gold. Jeden z czytelników napisał mi półżartem, bym ogłosił publicznie, że klienci Amber Gold, wkładający tam swoje pieniądze, de facto są inwestorami w branży lotniczej. Coś w tym jest, więc ogłaszam. :-)

      OLT Express

      Piszę dziś o kupowaniu w OLT Express biletów. Okazuje się, że można to zrobić m.in. przez telefon, podając dane dotyczące karty. Pisze o tym do mnie jeden z czytelników, mając przeczucie, że nie jest to zbyt bezpieczne. „Spotkałem się przed chwilą z grubym naruszeniem procedur bezpieczeństwa w linii lotniczej OLT Express. Otóż linia ta oferuje ostatnio promocyjne połączenia lotnicze dla seniorów, z możliwością rezerwacji wyłącznie przez telefon. Postanowiłem skorzystać z promocji i kupić bilet mojej mamie. W trakcie rozmowy miła konsultantka poprosiła mnie o numer karty, imię i nazwisko, datę ważności i... kod CVV! Zatkało mnie. O ile mogę jeszcze zrozumieć podawanie trzech pierwszych rzeczy, to w mojej opinii kod CVV jest rzeczą absolutnie tajną. Mając komplet tych czterech informacji można zrobić niezłe zakupy na czyjś koszt!”.

      No cóż, klient jest zaniepokojony i ja go rozumiem. Jeśli te wszystkie dane wyciekną do jakiegoś nieuczciwego pracownika OLT Express, to istnieje ryzyko fraudu. Ktoś mógłby w oparciu o podane przez klienta informacje zrobić zakupy na jego konto. „Abstrahując od zaufania do konkretnego konsultanta, rozmowa z call center jest przecież nagrywana a ja nie mam przecież wpływu na to kto, kiedy i co z tymi "taśmami" (plikami MP3) zrobi. Czy może Pan poruszyć temat na blogu, może zapytać OLT Express o przyczyny tak intruzywnej procedury?” - pyta czytelnik. Zgodnie z prośbą czytelnika udałem się do biura zarządu OLT Express, by zapytać dlaczego firma naraża klientów na ryzyko kradzieży pieniędzy z konta karty. Po dwóch dniach otrzymałem odpowiedź: „Szanowny Panie, w związku z Pana zapytaniem, poprosiliśmy naszego Operatora Płatności o ponowną interpretację dla stosowanej przez nas oraz wielu innych Sprzedawców usług i towarów, procedury przyjmowania płatności poprzez Call Center. Operator Płatności podkreślił, że jest to proces zgodny z procedurami Visa i MasterCard, a podanie CVV i CVC podczas rozmowy telefonicznej stanowi wręcz dodatkowe (wymagane) zabezpieczenie dla Klienta. Z poważaniem, Sekretariat Biura Zarządu OLT Express”.

      Cóż, jeśli dobrze rozumiem, operator usługi płatności przez telefon żąda od klientów kodu CVV lub CVC dla ich własnego dobra. By wykluczyć, że ktoś kupuje bilety na nie swoje konto i by mieć pewność, że nabywca biletu  fizycznie ma przed sobą kartę. Część z Was uważa - piszecie o tym w komentarzach do notki oraz na stronie blogu w Facebooku - że CVV lub CVC właśnie po to jest, by go w takiej sytuacji podawać. I że rację ma firma wymagająca tego kodu, a nie czytelnik. Ale jednak mam wątpliwości. W sklepach internetowych też podaje się kod CVV lub CVC, ale dzieje się to na stronie szyfrowanej, na której dane są przekazywane do operatora płatności w sposób ukryty. A tu podajemy taką daną otwartym tekstem, przez telefon. Karta tym samym zostaje narażona na fraudy ze strony kogoś, kto od tej chwili ma podany na złotej tacy komplet danych, by użyć karty w internecie. To taki kartowy striptease... Być może taka po prostu uroda płatności kartą przez telefon?

      Opisywałem już kiedyś podobny problem związany z zakupem polisy ubezpieczeniowej. I dziwiłem się, że przy płatności kartą ktoś żąda od klienta numeru PESEL.„Agent zażądał podania przez telefon numeru karty, daty ważności karty i mojego numeru PESEL. Oczywiście się nie zgodziłem. Mówię, że nie mam nic do niego, ale podawanie takich danych przez telefon uważam za nieodpowiedzialne. Pytam, czy można zapłacić przez internet. Nie można - tylko telefonicznie. I podobno ta rozmowa idzie za pośrednictwem Polcardu i jest szyfrowana” - skarżył się czytelnik i jednocześnie klient  ubezpieczyciela Link4. Już wówczas nie mogłem wyjść z podziwu czego to ludzie nie wymyślą, kiedy uprą się, by przyjmować płatności kartowe przez telefon.

      Wówczas poprosiłem o wyjaśnienie firmę Link4. „Płatności kartowe typu "Mail Order/ Telephone Order" (realizowane za pomocą telefonu, faksu lub poczty) są powszechne na rozwiniętych rynkach i coraz częściej stosuje się je również w Polsce. Klient Link4, który decyduje się zapłacić za polisę przez telefon, przełączany jest na drugą linię. Rozmowę prowadzi wówczas doświadczony kierownik call-center, a połączenie to nie jest nagrywane. Klient proszony jest o podanie: numeru karty, jej daty ważności, a także danych właściciela karty, w tym jego numeru PESEL. Podanie tego ostatniego jest niezbędne, aby zapewnić właścicielowi karty maksimum bezpieczeństwa transakcji, bez konieczności udostępniania przez niego kodu bezpieczeństwa CVV, widniejącego na odwrocie każdej karty kredytowej” - odpowiedziało biuro prasowe Link4. Podkreślam: „bez konieczności udostępnienia kodu bezpieczeństwa”. A tymczasem operator płatności telefonicznych OLT Express właśnie CVV lub CVC karty uznaje za daną, którą klient powinien podać przez telefon. No to jak to w końcu jest?.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam!

      UDANY ROK SUBIEKTYWNOŚCI. Chcę Wam podziękować za 2011 r. To wciąż jeden z najpopularniejszych blogów finansowych w Polsce. W 2011 r. kliknęliście jego notki 4.303.690 razy. Ta liczba nie uwzględnia osób czytających blog za pomocą czytników RSS. W zeszłym roku - m.in. za ten blog - miałem zaszczyt odebrać na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie nagrodę im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, zaś miesięcznik „Press” ogłosił, że „Subiektywnie o finansach” to drugi najlepszy blog dziennikarski w Polsce. W zeszłym roku ukazało się ok. 380 notek, zaś liczba Waszych komentarzy przekroczyła już 10.000. Subiektywność jest też coraz popularniejsza w Facebooku, liczba fanów strony blogu wynosi ponad 9000 osób. Jeszcze raz dziękuję i mam nadzieję, ze w 2012 r. też Wam się na coś przydam. Oto kilka rad dotyczących domowego budżetu w kryzysowych czasach 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Kupowanie biletów lotniczych przez telefon, czyli... zrobią ci striptease”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 marca 2012 08:53
  • czwartek, 29 marca 2012
    • Człowieku, gdzie ta marża? Groźna pułapka w najtańszej hipotece na rynku!

      Bank BGŻ, czyli ten od „człowieku, bierz orzeszki”..., zaskoczył ostatnio ciekawą ofertą kredytów hipotecznych. Na rynku, na którym wszystkie banki jak jeden mąż podwyższają marże, wycofując przy okazji niemal wszystkie opcje pożyczania w walutach obcych (czyli - z niższą ratą), BGŻ postanowił zaatakować hipoteką z marżą 1%. Niezależną od LTV, kwoty kredytu, miejsca pochodzenia klienta i jego zdolności kredytowej. Pochwaliłem ten pomysł, bo lubię proste, przejrzyste oferty, których nie trzeba oglądać przez lupę albo z profesorem od finansów pod pachą. Albo masz zdolność kredytową i pożyczasz z marżą 1%, albo nie masz i w BGŻ nie pożyczasz w ogóle. Lepiej zdolność mieć, bo chyba nie ma dziś na rynku tańszej oferty. Nawet biorąc pod uwagę cross-selling - nota bene dość łagodny, bo obejmujący tylko konto za kilkanaście złotych miesięcznie, kartę kredytową i ubezpieczenie mieszkania - dostajemy kredyt z kosztami porównywalnymi z marżą 1,1%.

      Zwróciliście mi słusznie uwagę, że w BGŻ biorą pod uwagę przy ustalaniu marży mniej popularny wskaźnik WIBOR 6M, a nie WIBOR 3M, który działa przy większości kredytów hipotecznych. Słusznie też zastanawialiście się nad włączoną do pakietu 1% gwarancją najniższej ceny. BGŻ obiecał bowiem, że jeśli przyjdziesz do jego oddziału z ofertą kredytu tańszą, niż 1% marży, który obiecują w BGŻ, to oni przebiją tę konkurencyjną ofertę. Wiadomo, że przebiją tylko wtedy, jeśli cross-selling z tamtej lepszej oferty będzie zbudowany podobnie, jak ten BGŻ-owy. Jednak nie będzie, bo większość banków uzależnia niskie marże od wykupienia jakichś kosmicznych programów inwestycyjnych, których w BGŻ nie ma.  Zatem gwarancja najniższej ceny jest nieco teoretyczna, bo najpierw trzeba by mieć się z kim porównać. Tyle, że trudno stawiać BGŻ-owi zarzut z tego, że inni mają bardziej skomplikowany cross-selling. Niech się ci inni tłumaczą.

      Niestety, w ofercie jest inny, dużo poważniejszy haczyk. Haczyk, do którego dokopałem się dopiero niedawno, będąc nakierowanym przez jednego z czytelników. Mamy w warunkach kredytu BGŻ-owego taki oto kwiatek: "w przypadku kredytowania przez BGŻ wkładu własnego, marża BGŻ ulega podwyższeniu o 0,60 p.p. do chwili dokonania przez kredytobiorców spłaty części kredytu (kapitału) w wysokości odpowiadającej kwocie kredytowanego wkładu własnego". To oznacza, że dla kredytu bez wkładu własnego lub z bardzo niskim wkładem własnym, przez kilka dobrych lat trzeba będzie płacić bankowi marżę 1,6%, a nie obiecywane 1%. Oj,  nieładnie. Miało być prosto, przejrzyście. Bo te wszystkie sowy i wiewiórki to chyba oszalałyby ze zgryzoty, gdyby wiedziały jak to jest naprawdę...

      Rzeczywiście jest tak, jak pisze klient, ale proszę zwrócić uwagę, że mówimy tu o podwyższeniu marży dla niewielkiego odsetka najbardziej ryzykownych klientów. Banki praktycznie wycofują się z finansowania inwestycji bez udziału własnego klientów na poziomie co najmniej 20% i ma to stać się standardem rynkowym. My nie chcemy jednak wykluczać tych klientów z dostępu do kredytów hipotecznych, więc zdecydowaliśmy się na opcją pośrednią - kredytujemy ich, ale marża jest wyższa, ze względu na dużo wyższe ryzyko tego fragmentu portfela. Jak tylko kwota kredytowanego wkładu własnego spadnie poniżej 20% (a dla kredytów do 15 lat już poniżej 15%) wartości nieruchomości, marża klienta wróci do poziomu ustalonego w umowie jako standardowa dla kontraktu, czyli w przypadku naszej aktualnej promocji - do 1%” - napisała mi Aleksandra Myczkowska z BGŻ.

      Niestety, to tłumaczenie nie brzmi przekonująco. Być może nie jest tak, że ta podwyższona marża 1,6% dotyczy większości klientów, ale sądzę, że sporej grupy dotyczy na pewno. Ściągnąłem nawet dane o strukturze kredytów hipotecznych, udzielanych ostatnio klientom przez banki.

      LTV kredytów hipotecznych

      To statystyki jeszcze sprzed ostatnich „interwencji werbalnych” Komisji Nadzoru Finansowego (tej, która ma ksywę: „Królu złoty”) ale chyba nie aż tak nieaktualne, by możne je było całkiem zdyskwalifikować. 40% kredytów udzielanych przez banki w IV kwartale 2011 r. stanowiły te z LTV powyżej 80%. To oznacza, że 40% potencjalnych klientów, udających się do placówki BGŻ po taki właśnie kredyt z bardzo małym wkładem własnym, może wyjść z kredytem o nieco innych parametrach. A miało być dla wszystkich tak samo... To niestety podważa podstawy komunikacji z klientami, opartej na założeniu, że klient nie będzie zaskakiwany tego typu niespodziankami. Żółta kartka od blogu „Subiektywnie o finansach” dla BGŻ. Nie za to, że podwyższa marżę, ale za to, że tego ważnego faktu nie komunikuje wystarczająco wyraźnie w reklamach i przekazie marketingowym.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Człowieku, gdzie ta marża? Groźna pułapka w najtańszej hipotece na rynku!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 marca 2012 07:54
  • środa, 28 marca 2012
    • Interchange topnieje, banki nie stracą, bo... transakcja kartą 3x większa, niż gotówkowa

      Jak dowiedział się mój redakcyjny kolega Maciek Bednarek, banki, organizacje płatnicze (a właściwie tylko Visa, bo MasterCard nie chce rozmawiać, a mniejsze organizacje - jak Diners Club, czy American Express - w ogóle nie zostały zaproszone) oraz sieci handlowe się dogadały i godzą się na plan Narodowego Banku Polskiego, zmierzający do obniżenia opłat nakładanych na sklepy za płacenie kartami. Powinniśmy wszyscy na tym skorzystać. Będzie więcej terminali, kartą będzie można płacić w większej liczbie punktów handlowych, a NBP ma dopilnować, by banki nie próbowały powetować sobie niższych opłat od sklepów nakładaniem prowizji za karty na klientów indywidualnych.

      Wielu z Was to pewnie mało obchodzi. Widziałem ostatnio w internecie fragment programu publicystycznego Wojciecha Cejrowskiego, znanego podróżnika o konserwatywnych poglądach politycznych. „A ja sobie nie życzę, żeby ktoś wiedział gdzie, kiedy i na co wydaję moje pieniądze!” - mówił Cejrowski, sprzeciwiając się modzie na płacenie kartami. Cejrowski nie dość, że wyraża poglądy jakiejś połowy dorosłych Polaków, którzy karty płatniczej w portfelu nie mają (a nawet jeśli mają, to nie używają), to jeszcze ma trochę racji. A przynajmniej jestem w stanie zrozumieć jego argumenty, choć nie w pełni podzielam wynikające z nich poglądy.

      Za każdym razem, kiedy płacę kartą, zostawiam bowiem po sobie ślad w systemach bankowych. Organizacja płatnicza (Visa lub MasterCard) i mój bank wiedzą gdzie użyłem karty, co nią kupiłem i - rzecz jasna - ile zapłaciłem. Gromadząc setki i tysiące takich informacji bank wie o kliencie dosłownie wszystko. Inna sprawa, że finansiści jeszcze nie nauczyli się tej wiedzy dobrze wykorzystywać. Ale są już na dobrej drodze. Pisałem niedawno w blogu, że np. programy lojalnościowe bazujące na danych bankowych wkrótce zajrzą nam do głów. Wieny już, że z tej wiedzy chętnie skorzystałyby banki nowej generacji. Może nie jest to jakaś katastrofa, ale wielu konsumentów może poczuć się nieswojo. Choć przecież jesteśmy tak samo inwigilowani przez dostawców internetu (wiedzą jakie strony oglądamy), operatorów komórkowych (nasze aparaty są chodzącymi GPS-ami) oraz przez systemy monitoringu miejskiego.

      Co więcej, jest też drugi argument przemawiający za tym, by od kart płatniczych trzymać się z daleka. Płacąc kartą najzwyczajniej w świecie płacimy więcej. Psychologowie już dawno temu wykazali, że jak masz przy sobie 100 zł, to pilnujesz się, żeby zmieścić się w tym limicie. A jak masz kartę - wiesz, że nie istnieje sztywny limit, oczywiście poza tym narzuconym przez bank. To dość mało oryginalny wniosek, ale trudny do uchwycenia, bowiem trudno uchwycić w danych o podaży pieniądza te, które świadczą o tym ile płacimy w sklepach gotówką, a ile kartą. Ale wygrzebałem dane British Retail Council, organizacji zrzeszającej właścicieli dużych sklepów w Wielkiej Brytanii. Wynika z nich, że w 2010 r. (nowszych danych jeszcze nie ma) średnia wartość transakcji kartą debetową wyniosła ok. 29,6 funta, przeciętny rachunek opłacany kartą kredytową wyniósł 41,7 funta, zaś transakcja gotówką - tylko 12,9 funta. Karta płatnicza sprzyja rozrzutności. I wie to każdy, kto czasem robi zakupy, płacąc plastikowym pieniądzem.

      Nie będę nikogo przekonywał, że plastik w portfelu mimo wszystko ma sens. Ale wolę płacić kartą, niż gotówką. Tak mi po prostu wygodniej (nie muszę stale mieć drobnych w portfelu). bezpieczniej (karta jest ubezpieczona, a portfel - nie) i czasem taniej (wtedy, kiedy robię zakupy kartą kredytową, a więc na koszt banku). A to, że bank wszystko o mnie wie? Cóż, takie czasy. To czy chcemy używać kart, czy też nie chcemy, to nasza sprawa. Ale w interesie banków (żyją z kartowych prowizji), handlowców (oni też znają statystyki z Wielkiej Brytanii...), a przede wszystkim państwa - premiera i ministra finansów - jest to, by jak najwięcej z nas w ogóle zrezygnowało z gotówki. Jest bowiem prosta zależność - im większą część gospodarki stanowią transakcje bezgotówkowe, tym mniejsza szara strefa. Bo transakcje bezgotówkowe są rejestrowane, zaś gotówkowe - niekoniecznie. A w Polsce szara strefa wynosi - według danych Banku Światowego - jakieś 30% PKB, czyli pod stołem przepływa nieopodatkowane... 500 mld zł.

      Tacy np. Szwedzi też się denerwują na szarą strefę, ale akurat opłaty za akceptowanie kart, pobierane przez banki od sklepikarzy (tzw. interchange) mają już obniżone, zaś liczba transakcji kartowych w przeliczeniu na mieszkańca jest u nich jakieś pięć razy wyższa, niż u nas. Tam ze społeczeństwem nikt się nie pieści. Zarząd Transportu Miejskiego w Sztokholmie po prostu zadecdował, że nie można już kupić biletu autobusowego za gotówkę. Szwedzki bank centralny już w zeszłym roku wspominał, że może zrezygnować z emisji banknotów i monet. Ciekaw jestem czy Szwedzi się na to zdecydują. Akurat ich obywatele - przypominam, że to kraj o bardzo wysokich podatkach - do tego, że państwo zagląda im do kieszeni są już chyba dobrze przyzwyczajeni.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Interchange topnieje, banki nie stracą, bo... transakcja kartą 3x większa, niż gotówkowa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 marca 2012 18:46
    • Znany nam mBank do lamusa! BRE stworzy mBank... nowej generacji. Nie za późno?

      To już pewne: mBank spróbuje obronić swoją pozycję największego banku przeznaczonego dla nowoczesnych i samodzielnych klientów. Dziś jego właściciel BRE Bank ogłosił budowę nowej instytucji finansowej, która ma lepiej, szybciej i bardziej wszechstronnie zaspokajać potrzeby klientów. „Nowy mBank”, bo taki kryptonim ma ten projekt, będzie odpowiedzią na ogłoszony jakiś czas temu pomysł Alior Sync, który ujrzy światło dzienne już w ciągu najbliższych dwóch miesięcy. Odpowiedzią nieco spóźnioną. Bo jeśli projekt Aliora się uda, to przez dobrych kilka miesięcy, już od tej wiosny,będzie podbierał mBankowi klientów - bo to w jego tzw. grupę docelową uderzy. Dopiero pod koniec tego roku aliorowskiemu projektowi stawi czoła „Nowy mBank”. Te kilka miesięcy opóźnienia może zadecydować o zmianie lidera w walce o najbardziej aktywnych klientów internetowych. Nowy lider może wyglądać tak:

      Alior Sync

      Zarówno „Nowy mBank” (jest mało prawdopodobne, by w docelowej nazwie zechciano pozbyć się marki mBank, jako dobrze znanej i pozytywnie kojarzonej na rynku), jak i Alior Sync, mają być bankami, jakich jeszcze w Polsce nie ma.  Kontakt z klientami poprzez wideoczaty,  sprzężenie banku z serwisami społecznościowymi, lokaty zakładane bez potrzeby wychodzenia z Facebooka i comiesięczne rachunki opłacane bezpośrednio z serwisu społecznościowego (powiem szczerze: zastanawiam się jak takie sprzężenie banku i Facebooka rzutuje na bezpieczeństwo danych klienta i jego prywatność...). Wszystkie usługi dostępne wyłącznie online, bez konieczności podpisywania przez klienta jakichkolwiek dokumentów. A co najważniejsze - rozmawianie z klientem językiem jego potrzeb, a nie przez pryzmat produktów finansowych.

      Założenie jest następujące: do banku nowej generacji nie przyjdę po kredyt samochodowy, tylko po... samochód. Wejdę na stronę internetową banku i wybiorę model, który mi odpowiada. Bank dogada wszystkie szczegóły ceny z dealerem, przyzna mi pieniądze, a ja zacznę po prostu spłacać raty. Nie wejdę też na stronę banku po kredyt gotówkowy, ale od razu po wycieczkę wakacyjną. W banku będą już czekały propozycje biur podróży z podpiętymi do nich kredytami. Klikając ofertę nie tylko biorę kredyt, ale od razu rezerwuję wakacje. Nie będzie zakładek „lokaty”, „kredyty”, „ubezpieczenia”. Bank będzie pomagał w zarządzaniu domowym budżetem, zakupach, inwestycjach, organizowaniu mojego czasu. Jeśli potrzebuję cokolwiek, moją pierwszą myślą ma być wejście do banku. To rozwinięcie starego pomysłu, według którego banki są obecne w każdym supermarkecie, by zaspokajać na bieżąco potrzeby ich klientów. Tyle, że rozwinięcie bazujące na zaawansowanych technologiach.

      Czytaj też: Powstaje bank sprzężony z twoim telefonem komórkowym!

      Ta nowa filozofia podejścia do klienta z jednej strony daje każdemu bankowi ogromne możliwości zarabiania pieniędzy (bo przekształca go z instytucji pożyczającej pieniądze i zbierającej lokaty w centrum zaspokajania potrzeb klientów, co jest zadaniem szerszym), a z drugiej strony wymaga od klienta dużej samodzielności. Bo tego typu podejście, jeśli nie ma być klasycznym, tradycyjnym private bankingiem, musi opierać się na nowoczesnych - nie powodujących obciążenia pracowników i placówek - formach kontaktu z klientami. mBank liczy, że dziś w Polsce jest milion klientów gotowych na nowe otwarcie technologiczne - to ci, którzy jednocześnie korzystają z szerokopasmowego internetu, mają smartfony i aktywne konta w serwisach społecznościowych. Z czasem będzie ich więcej - za cztery lata już 5 milionów - ale mam wrażenie, że przez pierwszych kilka lat banki oferujące taki model będą wyżynały się w walce o stosunkowo nieliczną grupę najbardziej elitarnych klientów. I niewykluczone, że okaże się, iż miejsce dla lidera jest tylko jeden taki bank high-tech. Kto je zajmie?

      Fory na starcie ma Alior Sync, który po prostu uprzedził potężnego konkurenta i może zgarnąć premię pierwszego. Ale nie lekceważyłbym potencjału mBanku, po którym oczywiście widać zadyszkę, ale potrafi jeszcze pokazać lwi pazur. To w mBanku jest dziś 400.000 spośród tego najbardziej postępowego miliona klientów. Czy Alior - startujący od zera - będzie w stanie ich błyskawicznie odbić? mBank wciąż jest jedną z nielicznych instytucji finansowych, dających możliwość handlowania akcjami i funduszami inwestycyjnymi w ramach serwisu sprzężonego z kontem bankowym. Jako jeden z nielicznych uruchomił w ramach banku supermarket ubezpieczeń. Ostatnimi nowościami w mBanku były kredyty dostępne w kwadrans przez telefon lub internet oraz indywidualne pakiety kredytów, przygotowane oddzielnie dla każdego klienta. I bankowość mobilna pozwalająca wykonywać przez komórkę przelewy nawet nie zdefiniowane wcześniej w serwisie internetowym. Jak chodzi o pozyskiwanie nowych klientów, to mBank się otrząsnął po krótkiej zadyszce i niezmiennie mieści się na podium, choć nie wydaje milionów na zatrudnianie celebrytów. A teraz ma być tak:

      „Nowy mBank” wystartuje do końca tego roku. Co ze „starym” mBankiem? Według szefów BRE docelowo ma zniknąć z rynku, ale nie od razu. Klienci będą mieli wybór - pozostać w dotychczasowym mBanku lub przenieść się do nowego. Dopiero kiedy „stary” mBank opustoszeje, zostanie definitywnie zamknięty. „Nowy mBank” chyba tym razem nie wyprzedzi swojego czasu. On może go przegapić, bo o ile 11 lat temu nie miał na rynku konkurencji i kosił inne banki równo z trawą, to teraz nie tylko nie ma konkurencji, ale nawet nie jest już pierwszy jeśli chodzi o kreowanie nowej wizji bankowości detalicznej. Wizji zresztą nie tak rewolucyjnej, jak wygląda na pierwszy rzut oka, bo polegającej na zebraniu w jednym miejscu paru innowacji już znanych. Wideorozmowa z konsultantem jest już dostępna w ING. Łatwiejsze przelewy dał Citi Handlowy w ramach usługi „bump to transfer”. Mobilna wyszukiwarka rabatów dostępna w ramach bankowości mobilnej też już w kilku bankach działa  Ok, nie ma jeszcze banku zintegrowanego z Facebookiem, nie ma też na dużą skalę rozwiniętego połączenia bankowości z zakupami. Czyli tego podejścia, według którego bank da mi wakacje na kredyt, a nie kredyt na wakacje

      Niezależnie od tego technologicznego wyścigu zbrojeń nie należy zapominać, że dotyczy on mniejszości klientów polskich banków - obecnie najwyżej miliona. Na drugim polu toczy się walka o przejęcie klientów nieubankowionych lub tych, którzy do banków nie zaglądają zbyt często. Na tym placu boju jest Bank Pocztowy, banki spółdzielcze, SKOK-i... I tu nie wygra ten, kto pierwszy wprowadzi wideoczaty, ale ten, kto dotrze z prostą, nieskomplikowaną, zrozumiałą ofertą do ludzi w małych miejscowościach. Ani Alior Sync, ani Nowy mBank tej części rynku na pewno nie podbiją. Bo wygląda ona tak:

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę. Zapraszam! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Znany nam mBank do lamusa! BRE stworzy mBank... nowej generacji. Nie za późno?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 marca 2012 12:10
  • wtorek, 27 marca 2012
    • Czy dostawcy polis inwestycyjnych muszą obdzierać nas ze skóry? Kto się wyłamie?

      Unit-linki: wielu z nas ma takie polisy - są sprzedawane przez firmy ubezpieczeniowe jako sposób na dodatkową emeryturę. Wpłacasz po 100-200 zł miesięcznie, a pieniądze te są inwestowane w akcje i obligacje, a ściślej - w fundusze inwestycyjne. W zamian za możliwość elastycznych zmian w sposobie inwestowania pieniędzy (bo przecież z unit-linkiem możesz w każdej chwili zamienić inwestycję w akcje polskie na te z giełdy np. w Hong-Kongu albo Rio de Janeiro, nie płacąc przy tym żadnych podatków) zobowiązujesz się do płacenia składek przez co najmniej 10 lat. Jeśli wypłacisz pieniądze wcześniej, dostaniesz po kieszeni tzw. opłatą likwidacyjną. Firmy ubezpieczeniowe kuszą perspektywą sowitych zysków. Obiecują 7-8% rocznego zarobku, pokazują najróżniejsze symulacje, z których wynika, że wpłacając po 200 zł miesięcznie będziesz miał za 30 lat dodatkowy kapitał na emeryturę sięgający 300.000 zł. Oczywiście wszystko przy założeniu dość agresywnej tzw. alokacji składek, czyli przeznaczaniu prawie wszystkich pieniędzy na inwestycję w akcje. A jak potem przyjdzie do wypłaty, to jest mniej więcej tak:

      Czytaj też: Młodzież nie da złamanego grosza na przyszłą emeryturę!

      Problem polega na tym, że te średnioroczne 7-8% zysków to niestety miraż, który zniknie niczym piękna fatamorgana, jeśli policzymy ile kosztuje utrzymywanie takiej polisy inwestycyjnej. Niestety prowizje są wysokie, bo kolejka tych, którzy muszą się pożywić, jest długa. Pierwsze miejsce zajmuje w niej agent ubezpieczeniowy, za nim w ogonku stoją zarządzający funduszami inwestycyjnymi, do których ostatecznie trafiają pieniądze wpłacane przez ciebie. Swoje musi zarobić oczywiście sam ubezpieczyciel. Ile? Od każdej wpłaty jest pobierana tzw. opłata administracyjna, wynosząca średnio 10 zł. Do tego dochodzi roczna prowizja za zarządzanie ubezpieczeniowym portfelem - dużo bardziej dolegliwa, bo liczona jako procent od całego wpłaconego przez ciebie kapitału. W siatce opłat jest też prowizja za zarządzanie samymi funduszami wchodzącymi w skład portfela. To kolejne 3-4% w skali roku od całej wartości pieniędzy pracujących w danym funduszu. Jest wreszcie symboliczna opłata za ryzyko ubezpieczeniowe (żeby nikt nie przyczepił się, że rzecz tylko nazywa się „polisą”, a nie ma w sobie nic z ubezpieczenia). No i wspomniana opłata likwidacyjna gdybyś zbyt wcześnie się rozmyślił. Ta w pierwszym roku sięga całości zainwestowanego kapitału.

      Czytaj też: Moje spotkania z private bankerem i z.. partnerem inwestycyjnym

      Po potrąceniu tych wszystkich opłat raczej nie ma mowy o tym, by rentowność roczna polisy unit-link w długim okresie wyniosła 7-8% rocznie. Po prostu pracującego kapitału jest zbyt mało po potrąceniu wszystkich prowizji. Przeprowadźmy bardzo uproszczony rachunek, dotyczący kwoty 1200 zł, wpłaconej w ciągu roku na taką polisę (po 100 zł miesięcznie). Opłata administracyjna pochłonie 120 zł (10 zł od składki), prowizja za zarządzanie polisą 12 zł (załóżmy, że wynosi 2% od stopniowo gromadzonego kapitału, nie uwzględniającego zysków), prowizja funduszy inwestycyjnych 24 zł (4% od kapitału). Do tego 5 zł w skali roku na ryzyko ubezpieczeniowe. Po jasnej stronie są zyski - załóżmy te przeciętne 8% w skali roku, też liczone od stopniowych wpłat (znów upraszczam!). Zarobek wyniesie 88 zł, a suma pobranych w ciągu roku opłat - 161 zł. W kolejnych latach bilans będzie nieco inny (udział jednorazowej opłaty od składki spadnie, wzrośnie udział opłat za zarządzanie, pojawi się zysk z inwestycji). Jednak nie zmieni się jedno - prowizje sprawią, że procent składany nie będzie z tak dużą siłą, jak przy bezpośrednich inwestycjach, pomagał mnożyć dochodów klienta w długim terminie. A polisom inwestycyjnym trudno będzie wyraźnie przebić zyski z lokat bankowych lub obligacji. 

      Czytaj też: To droga donikąd! Mówią o tym nawet... agenci ubezpieczyciela!

      Unit-linki są naprawdę niezłymi pomysłami inwestycyjnymi. Zbierają pod jednym parasolem mnóstwo zajefajnych funduszy, których w inny sposób nie da się w Polsce w ogóle kupić. Gdybym miał wybrać sposób na oszczędzanie np. dla moich dzieci, to przecież to powinna być mój naturalny pierwszy krok! Dlaczego to cholerstwo musi tyle kosztować? Spotkałem się ostatnio z prezesem jednej z firm ubezpieczeniowych i wygarnął mi wprost - wszystko przez tych obrzydliwych dystrybutorów! Z każdego 1000 zł wpłaconego na starcie przez klienta oni biorą po 1200 zł. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo wiem jak firmy dystrybucyjne - Open Finance, Xelion, banki, biura maklerskie itp. - wyciskają dostawców produktów finansowych. Zresztą dzieje się tak nie tylko w produktach inwestycyjnych. Marże w kredytach hipotecznych też byłyby znacznie niższe, gdyby co trzeci kredyt nie przechodził przez pośrednika. To wszystko ich wina?

      Mam dla firm ubezpieczeniowych następującą propozycję: spróbujcie stworzyć polisę unit-link nie uwzględniającą w siatce prowizji kosztów dystrybucji. Taką w 100% uczciwą. Żebyście zarabiali na niej tyle, ile musicie zarobić, nie płacąc pośrednikom. Wpuśćcie taką polisę w system sprzedaży internetowej. Nie reklamujcie, nie promujcie aktywnie. Niech po prostu leży na półce i będzie alternatywą dla kogoś, kto wie czego szuka i nie potrzebuje do tego namowy agenta. Ja będę taką uczciwą polisę unit-link reklamował, wielu finansistów też będzie to robiło, będą ją promowali klienci pocztą pantoflową, będą o tym huczały fora i portale społecznościowe. Nie będziecie musieli nic robić, nawet nie narazicie się dystrybutorom, bo przecież nie będziecie aktywnie promować swoich uczciwych unit-linków. A nawet jeśli nikt tego nie kupi, to przynajmniej będziecie mieli czyste sumienie, że nie ograbiacie ludzi z ich pieniędzy i nie produkujecie miraży zysków, które są nie do osiągnięcia. Już są tacy, którzy próbują coś w tym kierunku - poprawy wizerunku - urzeźbić. Na razie nie macie prawa narzekać na tych złych dystrybutorów, którzy zmuszają Was do pobierania od klientów wysokich prowizji, bo nie kiwnęliście palcem, by ich ominąć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (39) Pokaż komentarze do wpisu „Czy dostawcy polis inwestycyjnych muszą obdzierać nas ze skóry? Kto się wyłamie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2012 17:40
    • Too cool to fall, czyli o prywatnych pożyczkach i wielkich oczach szefa KNF

      Komisja Nadzoru Finansowego zdenerwowała się, że jej ostrzeżenia przed różnego rodzaju prywatnymi firmami, przyjmującymi pieniądze na procent - reklamującymi ten interes jako lokaty, a formalnie sprzedając tzw. kontrakty lokacyjne, łudząco do lokat podobne - trafiają w próżnię. KNF ostrzega, wpisuje firmę na listę ostrzeżeń, czasem zgłasza sprawę do prokuratury i... nic. Firma się rozwija, czasem buduje sobie placówkę pod nosem KNF, a pieniądze płyną do niej szerokim strumieniem przy cichym przyzwoleniu prokuratora. Bo dobrze płaci. Taki np. Finroyal reklamuje kontrakt lokacyjny a’vista na 8,2%, gdy w bankach konta oszczędnościowe dają dziś góra 4,5-5%. To, że według polskiego nadzoru bankowego firma łamie prawo przyjmując od klientów pieniądze bez licencji bankowej, nikogo nie obchodzi. KNF postanowiła sprawdzić dlaczego tak się dzieje, że nikt nie boi się powierzać takim firmom swoich pieniędzy. No i się dowiedziała...Wyniki badań, przeprowadzonych przez TNS Pentor, są co najmniej zastanawiające. Wyłania się z nich hipoteza, że duża część Polaków uważa, iż firmy prywatne, w których można założyć lokatę, są... tak samo wiarygodne, jak np. banki.

      Finroyal - banner

      Czytaj też: Pośrednikiem finansowym zarządzał człowiek z wyrokiem

      Dla 28% klientów banków oraz 49% klientów SKOK-ów firmy nie będące bankami, a oferujące produkty podobne do lokat bankowych, oferują podobny poziom wiarygodności, jak bank lub SKOK! Co więcej, 30% klientów banków i 41% klientów SKOK-ów przyznaje, że nie wie czym różni się bank od parabanku, czyli prywatnej firmy, której posiadacz oszczędności udziela prywatnej pożyczki. Pokaźna część osób inwestujących w prywatne pożyczki uważa, że są one tak samo gwarantowane, jak lokata bankowa. 13% pytanych klientów prywatnych firm uważa, że pieniądze zabezpiecza Bankowy Fundusz Gwarancyjny, ten sam, który obejmuje banki. 7% wskazuje, że gwarantem jest Skarb Państwa, zaś 23% - że Komisja Nadzoru Finansowego. 26% klientów banków i SKOK-ów oraz 40% tych, którzy umieścili pieniądze w prywatnej firmie przyznaje, że nigdy nie interesowała się prawnymi aspektami zabezpieczenia pieniędzy na wypadek bankructwa instytucji, w której je składa.

      A więc dużej części Polaków wydaje się, że taki Finroyal lub Amber Gold to po prostu kolejne banki. Może nie jest to grupa dominująca, ale obejmuje przynajmniej 25% wszystkich klientów instytucji finansowych. Na to nakłada się drugie zjawisko - z badań TNS Pentor wyszło, że dla z grubsza połowy klientów banków i SKOK-ów, oraz dla dwóch trzecich klientów firm prywatnych działających bez licencji bankowej, najważniejsze przy deponowaniu pieniędzy jest oprocentowanie, zaś bezpieczeństwo pieniędzy jest w najlepszym razie na drugim miejscu. A więc twór, który pozycjonuje się jako bank, choć nim nie jest, ma podwójną szansę na sukces - duża część ludzi nie tylko uważa, że jest to miejsce równie bezpieczne, jak bank, ale idzie tam ze względu na możliwe do osiągnięcia wysokie zyski.

      Sądzę, że w tym przypadku będziemy uczyli się dopiero na własnych błędach. Kiedyś ktoś nie odzyska pieniędzy i wtedy zaczniemy odróżniać banki od parabanków. Póki co 22% klientów prywatnych firm przyjmujących pieniądze uważa, że jest niemożliwym lub prawie niemożliwym, by taka firma zbankrutowała, zaś 28% osób uważa za prawie niemożliwe, by nie odzyskali swoich pieniędzy. Dodam tylko, że w przypadku klientów banków analogiczne odpowiedzi podaje odpowiednio 20% i 26% osób mających w tych bankach depozyty, co oznacza, że odsetek osób mających głębokie przeświadczenie, że nic złego nie może się stać, jest dla obu rodzajów instytucji finansowych podobny. Uważamy więc, że... czy to bank, czy nie bank, jest too cool to fall, czyli zbyt fajny, by upaść.

      Jednocześnie 27% osób trzymających pieniądze w skarbcach prywatnych firm niebankowych wyraża pogląd, że inwestując oszczędności woli osiągnąć mniejszy, ale pewny i gwarantowany zysk. Co prawda w przypadku banków i SKOK-ów odsetek ten wynosi 55-60%, jednak nawet tych 27% ”konserwatystów” wśród klientów prywatnych lokatodawców zatrważa. Szukając pewności i bezpieczeństwa zawędrowali tam, gdzie jedyną gwarancją jest spisana umowa prywatnej pożyczki? Jedynym, co trzyma mnie przy życiu jest to, że - przy tym całym pomieszaniu banków i niebanków - jednak jest tak, że firmom pożyczkowym ufa 14-16% klientów banków lub SKOK-ów, gdy bankom ufa 71-76% tychże. To oznacza, że nawet w głowach tej części tych Polaków, którym się wszystko chrzani, coś świta.

      Oddzielnym fenomenem jest dla mnie wynikająca z badań TNS Pentor ogromna estyma dla SKOK-ów, którą darzą spółdzielcze kasy ich klienci. Marketingowcom zatrudnianym przez Krajową SKOK udał się majstersztyk nie lada - choć też nie mają za sobą gwarancji państwa, ani Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, to członkowie SKOK-ów i tak czują się w kasach bezpieczniej ze swoimi pieniędzmi, niż klienci banków w bankach! Aż 21% posiadaczy depozytów złożonych w spółdzielczych kasach twierdzi, że najważniejszym zabezpieczeniem tych pieniędzy jest... troska SKOK-ów o swe dobre imię. W mordę jeża, takiego podejścia się nie spodziewałem. :-). W przypadku banków takie uzasadnienie bezpieczeństwa pieniędzy podaje raptem 10% pytanych. Widocznie banki nie mają już dobrego imienia :-)

      Na pytanie czy w przypadku upadłości instytucji finansowej badany spodziewa się kłopotów z odzyskaniem swoich pieniędzy twierdząco odpowiedziało 11% klientów banków i tylko 4% klientów SKOK-ów. W możliwość utraty swoich pieniędzy absolutnie nie wierzy 36% członków SKOK-ów i tylko 26% klientów banków. W bankructwo SKOK-u nie wierzy 31% członków, gdy w bankructwo banku - tylko 22% klientów. W ogólnokrajowy krach finansowy nie wierzy 29% członków SKOK-ów i tylko 20% klientów banków. A na ogólne pytanie o ocenę zaufania do swojej instytucji finansowej w skali 0-10 członkowie SKOK-ów wystawili im przeciętnie 7,6 pkt., podczas gdy klienci banków przyznali im średnio 6,6 pkt.

      Połowa klientów banków (52%) i 23% członków SKOK-ów przyznaje, że nie wie czym obie instytucje się różnią. A zatem nie rozróżnia też mocy gwarancji depozytów złożonych w bankach i SKOK-ach. Ci klienci nie wiedzą, że w bankach działają gwarancje państwowe, a w SKOK-ach - prywatne, zbudowane w oparciu o wewnętrzną spółkę ubezpieczeniową. Właściwie jedynym momentem, w którym wychodzi, że banki są jednak na wyższej półce jeśli chodzi o zaufanie Polaków, jest odpowiedź na pytanie: w jakiej instytucji ulokowałbyś najchętniej pieniądze całego życia. 95% klientów banków odpowiada, że w bankach, 61% klientów SKOK-ów - również, że w bankach.

      SKOK reklama z lodówkąTak czy siak nie ma dla mnie najmniejszej wątpliwości, że marketingowo SKOK-i wygrały bój z bankami komercyjnymi o spozycjonowanie się jako „ten dobry”. Wygrały, bo zapracowały na zaufanie swoich wyznawców bliższą, bezpośrednią relacją. Pani w oddziale SKOK-u jest chyba mimo wszystko bardziej ludzka, niż ludzkie „roboty” w placówkach niektórych banków. Zapracowały też skuteczną reklamą, dostosowaną środkami przekazu do percepcji mniej wyrobionych klientów, niż ci bankowi,. Zapracowały bardzo dobrze dobranym autorytetem - w reklamach pojawia się Artur Żmijewski, czyli słynny Don Matteo. I wreszcie zapracowały nieco wyższym, niż w bankach oprocentowaniem depozytów. Dobrze dopasowana grupa docelowa zaowocowała powstaniem „zakonu” zwolenników SKOK-ów, którzy tej marce ufają bezgranicznie. To cenne.

      A ja, podczas poniedziałkowej prezentacji badania TNS Pentor w siedzibie KNF, wymyśliłem genialny sposób na to, by wizerunek banków poprawić do poziomu SKOK-owego. Ten pomysł to... przejęcie zadań marketingowych dla banków przez Komisję Nadzoru Finansowego. Przecież w SKOK-ach marketing też jest skonsolidowany i scentralizowany pod skrzydłami Krajowej SKOK, nieprawdaż? Gdybyście tylko zobaczyli minę przewodniczącego Andrzeja Jakubiaka kiedy wygłosiłem tę myśl. Tak wielkich oczu szefa nadzoru nie oglądał chyba jeszcze prezes żadnego banku podczas żadnej kontroli. Panie Przewodniczący, to żart był ;-).

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Too cool to fall, czyli o prywatnych pożyczkach i wielkich oczach szefa KNF”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 marca 2012 00:19
  • poniedziałek, 26 marca 2012
    • Po roku promocji ma do spłaty o 1000 zł więcej. Bank wziął za to 2800 zł prowizji!

      Getin Bank od dawna wyróżnia się na rynku tym, że ma zawsze mnóstwo nowych propozycji dla klientów spłacających udzielone przezeń kredyty. Nazywa się to słodko, zwykle Mini Procent albo Mini Rata. Sprowadza się albo do obniżenia raty kredytowej na pewien okres w zamian za doliczenie do kredytu prowizji albo do rezygnacji przez bank z naliczania spreadu przy kredycie walutowym - ceną jest również dodatkowa prowizja, liczona oczywiście od całości kredytu. Pomijam już ”prezenty”, jakie Getin Bank - a także chyba należący do tej samej grupy Noble Bank - robi klientom w postaci obejmowania ich obowiązkowymi ubezpieczeniami, zarówno w kredytach hipotecznych, jak i w tych samochodowych. Wszystko to powoduje, że bank stale ubiera klientów w kolejne aneksy, powodując dodatkowe zwiększenie dochodów z już istniejących umów. Sprytne to i chyba skuteczne, bo skoro Getin Bank nie porzucił tej strategii od wielu lat, to znaczy, że wielu klientów musi się na to nabierać. A powinni zrobić tak:

      To dopiero była promocja! Kredyt hipoteczny z prowizją... jedyne 9% :-)

      Napisał do mnie jeden z hipotecznych klientów Getinu właśnie, który obejrzał harmonogram spłaty swojego kredytu otrzymany po podpisaniu aneksu do umowy kredytowej. Tym razem idzie o kredyt samochodowy, zaś aneks ma nazwę Mini Procent. „Umowa Mini Procent, to tymczasowe obniżenie rat o połowę na okres roku, mające pomóc klientom wyjść z tymczasowych problemów w terminowym regulowaniu rat. Niestety nie jest to żadna pomoc, tylko jeszcze dużo większe zwiększenie zadłużenia klienta. Umowa jest zachwalana przez pracowników banku i wręcz wciskana pod hasłem super oferty. Pracownicy nie wspominają jednak o najważniejszych aspektach tej umowy, przede wszystkim o tym, że po ulgowym roku, klient będzie miał znacznie więcej kapitału do spłaty niż miał przed podpisaniem aneksu. Nie wspominają też o wysokiej dodatkowej 4%-owej prowizji od wartości kredytu za spisanie aneksu (w moim przypadku prawie 3.000 zł). Pragnę zaznaczyć, że już przy podpisaniu umowy kredytu bank pobrał 5% prowizji” - pisze klient. Cóż, wymaganie od pracowników banku, by mówili o najciemniejszych stronach oferowanych produktów to dość duża perwersja.

      Mój czytelnik, pan Rafał, podpisał aneks Mini Procent jesienią 2010 r., ulgowe raty obowiązywały go do końca 2011 r. Pan Rafał wyszedł na nich... hmmm, tak sobie. Bank co prawda obniżył mu ratę z 1363 zł o prawie połowę, czyli do 709 zł i w sumie klient dzięki temu zaoszczędził na spłacie rat 7848 zł w skali całego roku. Tyle, że musiał za to zapłacić 2800 zł prowizji (4% od 70.000 zł, bo tyle miał do spłaty w chwili podpisywania aneksu). A i to nie wszystko. „Nikt mnie nie poinformował, że przy dwunastej ulgowej racie nagle, za jednym zamachem, do kredytu dopisywane jest kilka tysięcy złotych odsetek, co w efekcie powoduje, że po roku spłacania niższy rat i tak mam do spłaty więcej, niż miałem na początku” - podsumowuje pan Rafał. Rzeczywiście, w załączonym harmonogramie coś nie gra: Raty w ulgowym roku wynoszą po 709 zł. Jest w nich od 312 do 330 zł kapitału, a reszta to odsetki - 394 do 376 zł miesięcznie. W sumie te odsetki sumują się do kwoty ponad 4000 zł. Czy bank, po upływie ulgowego okresu kredytowego, z powrotem dopisał część tych odsetek do kredytu! Za co pan Rafał zapłacił 2800 zł prowizji? Bez lektury całego aneksu Mini Procent nie rozwikłam tej zagadki. Ale pewne jest to, że po całej operacji łączna kwota kredytu do spłaty wynosi 71.900 zł, gdy rok wcześniej było to 70.700 zł.

      Proszę opublikować ten harmonogram i ewentualnie opisać w blogu tę umowę. To jedyne co mogę teraz zrobić” - pisze pan Rafał. Jego prośbę spełniam, a wszystkich klientów Getin Banku, którzy dostaną do ręki aneksy typu Mini Procent, Mini Rata, Mini coś-tam, proszę, by uważnie przeczytali ich treść. Bo Getin Bank nie należy do tych instytucji finansowych, które dają coś klientom za darmo, w ramach budowania długoterminowej relacji. Jeśli obniżają ratę kredytu, to w ostatecznym rozrachunku ma to doprowadzić do wzrostu rentowności takiego kredytu dla banku.. Czasem można na taki układ pójść, choćby po to, by przez jakiś czas płacić niższe raty. Ale warto wiedzieć jaka jest cena tego manewru i nie łudzić się, że bank tych pieniędzy prędzej czy później nie odbierze. Bo - tak jak w przypadku pana Rafała - powiększenie długu oznacza, że jego spłata potrwa o kilkanaście miesięcy dłużej, a przez ten czas klient będzie spłacał dodatkowe odsetki.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Po roku promocji ma do spłaty o 1000 zł więcej. Bank wziął za to 2800 zł prowizji!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 marca 2012 09:07
  • piątek, 23 marca 2012
    • Przerobili Konto Oszczędzające na Mocno Kantujące. Nawet 195 zł prowzji za przelewy

      Polbank przez pierwszych kilka lat swojej obecności na polskim rynku był jednym z liderów jeśli chodzi o walkę o nasze oszczędności. Płacił dużo, a potem - odkąd Grecja, czyli kraj macierzysty głównego akcjonariusza Polbanku, zaczął mieć przejściowe chwilowe z wypłacalnością - nawet bardzo dużo. A przede wszystkim: dawał na przeróżnych mutacjach kont oszczędnościowych większą swobodę manewrowania pieniędzmi, niż inne banki. I to było fajne, choć oczywiście nikt nie miał wątpliwości, że prędzej czy później nadejdzie czas monetyzowania klientów. Banki zaczynają procedurę monetyzacji w różny sposób, ale z reguły nie są to miłe momenty, bo powodują przejście banku z pozycji partnera klienta do pozycji jego wroga. I właśnie tak stało się w przypadku Polbanku, który wprowadził chyłkiem - przynajmniej tak twierdzą niektórzy klienci - bolesną prowizję za przelewy z Konta Mocno Oszczędzającego, które formalnie jest kontem oszczędnościowym, ale ma wszystkie funkcje zwykłego ROR-u i wiele osób używało go właśnie jako ROR-u. Teraz już nie będzie. Wszystko przez wyzysk szaro-czarnego luda :-)

      Oto pierwszy ze stosu listów, które ostatnio dostałem ze skargami na Polbank: Pisze pan Jarosław. „Szanowny Panie Macieju. Możliwe, iż nie będzie to pierwszy list w tej sprawie, ale wczoraj logując się na rachunek w Polbanku odkryłem niemiłą niespodziankę. Otóż Polbank posiadał (bo już nie można założyć nowych rachunków) w swojej ofercie Konto Mocno Oszczędnościowe. Kapitalizacja dzienna, jedno z najwyższych oprocentowanie oraz niespotykane u konkurencji nielimitowane wewnętrzne przelewy z rachunku dawały mu ogromną przewagę nad innymi. Ale od lutego 2012 r. Polbank zniósł możliwość nielimitowanych darmowych przelewów. W porządku, bank nie jest instytucją charytatywną, potrzebuje stabilniejszych lokat itp. Ale sposób naliczania prowizji jest po prostu bezczelny, o czym przekonałem się dzwoniąc na infolinię. Mianowicie opłata nie jest naliczana po każdym przelewie, tylko zbiorczo pod koniec miesiąca. Dzięki temu nieświadomi niczego klienci robili - tak, jak dotychczas - przelewy wewnętrzne niemal hurtowo, nie wiedząc o opłacie 5 zł za każdy z nich. Chyba więc nie byłem pierwszym któremu bank naliczył np. 25 zł”.

      Jako się rzekło: listów od oburzonych klientów jest więcej. Tym razem pan Jacek. „Piszę do Pana nawiązując do wpisu z blogu "Subiektywnie..." dotyczącego nowych ROR-ów, a konkretnie do pozycji Polbanku. Mnie osobiście nie dziwi jego mało imponująca lokata w rankingu. Najlepszym przykładem mało przemyślanej strategii cennikowej banku może tu być moja ostatnia przygoda z opłatą za kolejne przelewy w miesiącu wykonane z konta oszczędnościowego. Sprawa dotyczy rachunku Mocno Oszczędzającego, wycofanego z oferty Polbanku w październiku ubiegłego roku. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, klient ma pełne prawo korzystać z posiadanego rachunku na niezmienionych warunkach, więc korzystałem dalej, z wielkim upodobaniem używając licznych przelewów  z tego rachunku. Na koniec lutego zapłaciłem za swoją aktywność... 80 zł!. Po telefonie na infolinię dowiedziałem się, że miesiąc temu (1 lutego) nastąpiła zmiana w cenniku, wprowadzająca opłatę za kolejne w miesiącu przelewy.

      Co najlepsze, od razu usłyszałem zapewnienie (nie wiem czy Pana na infolinii czy w placówce banku, z której dzwoniłem), że klienci byli o tym informowani. Cóż, może i byli, ale ja sobie tego nie przypominam. W końcu nawet, jeśli dostałem coś pocztą do domu, to nie przyszłoby mi do głowy, że coś może się zmienić w produktach wycofanych z oferty. Dodatkowym kruczkiem w cenniku jest to, że opłaty z tego tytułu pobierane są zbiorczo na koniec miesiąca. Jestem aktywnym klientem, lecz ten właśnie trik uniemożliwił mi wcześniejsze zorientowanie się w operacji. Bank może się więc czuć wielkim wygranym w pojedynku. Nie obrzucam banku inwektywami za samą opłatę. Nie zwróciłem na to uwagi. Mój błąd. Tym niemniej sądziłem, że po dobrych 6-7 latach owocnej współpracy (tyle czasu korzystam z usług Polbanku) ktoś może mnie potraktować z pewnym szacunkiem. Złożyłem wniosek (nie reklamację), w którym przyznałem się do nieznajomości odpowiednich zmian w cenniku i poprosiłem (!) o zwrot tej opłaty. Odpowiedź była błyskawiczna. Jakiś pierwszy lepszy z szeregowych pracowników odpisał mi standardową formułką, że obowiązuje taka a taka opłata (5 zł za dodatkowy przelew) za taką a taką operację na takim a takim rachunku. Wskazał mi nawet podstawę, na której to obciążenie mojej kieszeni się oparło. O pieniądzach oczywiście nic. No i dobra. Takie jego prawo”. :-)

      No i wreszcie pan Robert, najbardziej wkurzony ze wszystkich, bo też i najmocniej szturchnięty po kieszeni przez sprytnych bankowców - zapłacił za przelewy z Konta Mocno Oszczędzającego bite 195 zł. Pan Robert nie zamierza odpuścić, bo uważa, że bank nie dostarczył mu w regulaminowy sposób informacji o wprowadzeniu prowizji. I cytuje odpowiedni punkt regulaminu: „Zmiana Tabeli Opłat i Prowizji dla swej ważności nie wymaga zawarcia aneksu do Umowy Konta ani do Umowy Karty. W przypadku zmiany TOiP Bank przesyła Klientowi tekst zmian lub nowy ujednolicony tekst TOiP przed datą jego wejścia w życie. Zmieniona ToiP jest wiążąca dla Klienta i Banku od określonej w niej daty wejścia w życie, chyba że Klient wypowie Umowę Konta w terminie 14 dni od daty otrzymania tekstu zmian TOiP lub nowej ujednoliconej TOiP.” A pan Robert twierdzi, że żadnego tekstu zmian nie dostał. A nawet jeśli dostał, to jeśli bank nie przesłał mu ich listem poleconym za potwierdzeniem odbioru, to nadal nie ma żadnego dowodu, iż prawidłowo powiadomił pana Roberta. Mój czytelnik będzie więc robił dym i chyba nie jest bez szans, by bankowców nieźle zaczadzić.

      Jeśli mówimy o robieniu dymu, to wziął się za to również pan Janusz z Warszawy, który napisał do Polbanku - a przy okazji do autora blogu „Subiektywnie o finansach” - w ten deseń: „Polbank nie poinformował mnie o wprowadzanych zmianach w opłatach za przelewy wewnętrzne i nie przedstawił mi dowodu przekazania takich informacji w żadnej formie (papierowej czy elektronicznej). Zgodnie z Regulaminem Kont (§16 pkt 20) Polbank powinien o terminie wprowadzania  zmian poinformować na stronach bankowości internetowej Polbank 24 lub przesłać do klienta pocztą elektroniczną na podany adres e-mail. Takich informacji nie otrzymałem. Dopiero 01.03.2012 na stronie Mój Polbank 24 pojawiła się informacja przypominająca, że od 01.02.2012 rzekomo Polbank pobiera opłaty za przelewy wewnętrzne. Polbank zdążył już 29.02.2012 pobrać opłaty za przelewy wewnętrzne w lutym 2012, wykorzystując nieświadomość klientów w rzekomo wprowadzanej od 01.02.2012 nowej Tabeli Opłat i Prowizji”.

      Czytaj też: Nieuważni klienci i sprytne banki, czyli o podwyżkach prowizji

      Wspomniany wyżej pan Robert ma nawet hipotezę jak mogła wyglądać geneza tego, jak napisał, szwindlu. „To jest szwindel szyty grubymi nićmi. Było tak. przyszedł menedżer do informatyka i mówi: - Wybierz mi gości co robią przelewy z Konta Mocno Oszczędzającego najczęściej, np. przelewają z niego naliczone odsetki. Informatyk wybrał. Menedżer mówi: - To teraz zmienimy TOiP, tak że od drugiego przelewu prowizja wynosi 5 zł za przelew wewnętrzny. Nie wyślemy powiadomień Zrobimy tak, że opłata za przelew będzie podsumowana dopiero na koniec miesiąca, żeby goście się nie zorientowali od razu, że ich kosimy. A na koniec idziemy po premię”. Cóż, pan Robert nie ma zbyt dobrego zdania o bankowcach z Polbanku. Oczywiście przesadza, nie wierzę żeby to miało tak wyglądać. Ktoś po prostu nie pomyślał, by powiadomić klientów nie tylko w standardowy sposób (o ile w ogóle nie zapomniano ich powiadomić!), ale też dodatkowo ich uczulić na tę zmianę. Polbank w tym przypadku na pewno nie zachował się jak bank, który komunikuje się z klientami „po prostu, po ludzku”.

      Żółta kartka dla Polbanku od blogu „Subiektywnie o finansach”. Choć, gwoli sprawiedliwości, trzeba dodać, że są też wśród Was - komentujących mój wpis - osoby stające w obronie banku „Polbank wysłał informację listem zwykłym i opublikował komunikat w systemie transakcyjnym, tak przynajmniej mi się wydaje, bo gdzieś informacje o wprowadzeniu opłat od 1 lutego podłapałem i zacząłem nieco sensowniej korzystać z przelewów na kontach oszczednościowych ;)” - pisze jeden z czytelników. A inny dodaje: „Wysyłali papiery, dostałem - nawet dwa razy. Też oczywiscie nie przeczytałem, ale na szczęście przesiadłem się z tego konta na inne i dzięki temu ominęły mnie opłaty”. Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że Polbank mógł zrobić więcej, by klienci - przynajmniej ci mniej uważni - nie czuli się dziś nabici w butelkę..

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o ofercie swojego banku lub zobaczyć co myślą na jej temat inni? Albo zapytać czy warto uciec do konkurencji? Zajrzyj na stronę „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Możesz też zgłosić własny temat, opowiedzieć co Cię spotkało w banku lub zapytać mnie o radę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (41) Pokaż komentarze do wpisu „Przerobili Konto Oszczędzające na Mocno Kantujące. Nawet 195 zł prowzji za przelewy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 12:03

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line