Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 marca 2013
    • Emerytalna dżuma i cholera. Obiecanki polityków kontra głupota bonzów z OFE

      Coraz wyższa jest temperatura walki o górę 270 mld zł pieniędzy już znajdujących się w OFE oraz o 8 mld zł rocznie, które ma do nich płynąć w przyszłości. Coraz więcej jest postulatów, by zlikwidować OFE i znacjonalizować ich pieniądze. W tym kontekście pisałem niedawno, że "wszyscy jesteśmy Cypryjczykami", przypominając słynne obniżenie przez rząd tej części składki, która nie idzie bezpośrednio do ZUS (czyli nie jest od razu wydawana), a wędruje do funduszy OFE. Postawiłem tezę, że pieniądze w OFE są pewniejsze, niż te "odkładane" w ZUS, gdyż państwowy ubezpieczyciel jedynie rejestruje na naszych kontach emerytalnych obietnicę, że zapłaci nam kiedyś jakieś pieniądze. A w OFE jest 270 mld zł prawdziwych, w części zainwestowanych w akcje spółek, zaś w części - w obligacje rządu (i co do tej części możemy się kłócić czy jest to równie wirtualny pieniądz, jak rejestry składek w ZUS, czy jednak nieco bardziej wiarygodne zobowiązanie). Podliczyłem konfiskatę, którą co roku uskutecznia rząd - przesyłając do OFE coraz mniej pieniędzy - na 3,5 mld euro.

      Po tym blogowym tekście - który odbił się dość głośnym echem w internecie - miałem kilka spotkań z ekonomistami (w tym z Bardzo Ważnym Urzędnikiem Państwowym) którzy przekonywali mnie, że jest dość duża różnica między konfiskatami depozytów na Cyprze, a polityką prowadzącą do zmiany alokacji pieniędzy przeznaczonych na przyszłe emerytury Polaków. Przeczytałem też kilkanaście e-maili od Was (pisali głównie ci, którzy się ze mną nie zgadzają, pozostali licznie "lajkowali" wpis w milczeniu). Co ważniejsze, zmieniły się też okoliczności sporu o emerytury, bo ostatnio usłyszeliśmy o dziwacznych pomysłach Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych (czyli tych bonzów, którzy zarządzają OFE i kasują za to po miliardziku złotych rocznie). Przypomnę w dwóch słowach, że bonzowie wpadli na pomysł, żeby OFE wypłacały ludziom emeryturę nie na zasadzie ZUS-owskiej, czyli dożywotniego dodatku do "państwowego" świadczenia, lecz... terminowo - np. przez 10 lat. A później już niech rząd się martwi. Albo opieka społeczna. Totalna nieodpowiedzialność? Głupota? Cynizm i chciwość? Nie wiem. Jedno jest pewne: bonzowie z OFE nie mogli dać lepszego prezentu ministrowi Jackowi Rostowskiemu, który mógłby już spokojnie przygotowywać "skok" na pieniądze OFE i mieć absolutną pewność, że pies z kulawą nogą nie stanie w obronie bonzów.

      Czytaj też: IKZE, czyli wysokie prowizje i podatek na końcu. Nie warto?

      To wszystko sprawiło, że muszę powrócić do tematu."cypryjsko-emerytalnego". Nie da się ukryć, że dziś argumenty tych, którzy uważają, że OFE są zbędnym obciążeniem dla kieszeni podatników, wyglądają mocniej, niż jeszcze tydzień temu. Sądzę, że to jest dobry moment, by pokrótce je zreferować. Od razu zastrzegę, że nie będę się wdawał w szczegółowe rozważania na tematy drugorzędne - ile te OFE nas kosztują, jakie mają wyniki inwestycyjne, jaki jest skład ich portfela i czy konkurują między sobą tak, jak powinny. Te wszystkie parametry można było dowolnie ustawić pisząc prawo, na podstawie którego działają OFE. Jeśli dziś fundusze działają słabo, to jest to przede wszystkim winą rządzących (obecnych i poprzednich), którzy na to pozwolili. Przedstawiając pomysł likwidacji OFE skupię się na argumentach zasadniczych, by nie powiedzieć - filozoficznych. No i liczę na Waszą ożywioną dyskusję: wrzucamy OFE do piachu, czy... wskakujemy na barykady, by ich bronić?

      Podstawowym założeniem tych, którzy uważają, że OFE są zbędne, jest przekonanie, iż państwo zawsze będzie wypełniało swoje zobowiązania wobec emerytów. Zwolennicy emerytury z ZUS przekonują mnie, bym przyjął jako aksjomat, że w cywilizowanej demokracji nie istnieje opcja, że takie coś, jak ZUS, zbankrutuje. Nawet w krajach, które formalnie są bankrutami, emerytury się ludziom wypłaca. Bo to zobowiązanie, którego państwo nie może się pozbyć. Może podwyższać podatki, zabierać innym, emitować obligacje i płacić emerytom na koszt przyszłych pokoleń... Wszystkie chwyty dozwolone. Z tego punktu widzenia nie ma sensu tworzyć między państwem, a obywatelem, dodatkowego pośrednika. Nawet jeśli w OFE są prawdziwe pieniądze, a na kontach w ZUS tylko wirtualne rejestry, to na koniec dnia wiarygodność państwa jako płatnika jest wyższa, niż jakiejkolwiek prywatnej instytucji. Bo państwo i tak gdzieś zdobędzie pieniądze, żeby wypłacić emerytury. 

      Założenie drugie: składki emerytalne to podatek, a "prywatyzacja" podatków jest zła. Stopniowe przesuwanie składek z ZUS do OFE miało spowodować, że za kilka pokoleń emerytury "obecnych" emerytów w relatywnie niewielkim stopniu będą finansowane przez "przyszłych" emerytów. Wygląda jednak na to, że rzecz okazała się niewykonalna i dlatego - zdaniem przeciwników OFE - teraz trzeba odwrócić decyzję o przesunięciu części składek z państwowej do prywatnej "nogi" systemu emerytalnego. W sytuacji, w której nie ma szans na zbudowanie systemu według zasady "sam składam na moją emeryturę", składki emerytalne muszą mieć charakter parapodatku - czyli wrzucam moje składki do budżetu, on je wypłaca obecnym emerytom, a ja liczę na to, że na moją emeryturę podatki będą płaciły moje dzieci. Mamy więc parapodatek, a podatków nie wolno "prywatyzować". Przy takim podejściu "zabicie" OFE będzie jedynie powrotem do normalności, cofnięciem "grabieży" publicznych podatków do prywatnych kieszeni.  Bonzowie rządzący towarzystwami emerytalnymi sami dostarczyli argumentu na poparcie tego poglądu, proponując terminową wypłatę emerytur. Tym samym pokazali, że dla nich 270 mld zł "wyssanych" z państwowego budżetu to takie same pieniądze, jak te pochodzące z dobrowolnych składek, które ktoś mógłby sobie odkładać na dodatkową emeryturę. Przeciwnicy OFE uważają, że żadna prywatna firma nie zrozumie potrzeb emeryta tak, jak państwo. A OFE tę hipotezę właśnie potwierdziły.

      Zmajstruj sobie prywatną emeryturę: Trzy najważniejsze dylematy

      Jak, według przeciwników prywatnych funduszy emerytalnych, trzeba interpretować postawę osób, które uważają, iż pieniądze w OFE są jedynymi "prawdziwymi" składkami, zabezpieczającymi ich interesy na emeryturze? Cóż, o ile z punktu widzenia osób posiadających pieniądze w OFE próba zabrania tych pieniędzy można interpretować jako "kradzież", o tyle z punktu widzenia przeciwników OFE to ów przyszły emeryt jest "złodziejem", który "ukradł" publiczne składki i schował do prywatnej kieszeni, zarządzanej przez jakiegoś bonza. I jeśli teraz te pieniądze wrócą do wspólnej kasy państwa, to będzie to "zabranie złodziejowi kradzionego". To jeszcze nie wszystko. Przeciwnicy OFE argumentują, że nie dość, iż "ukradłem" - jako zwolennik prywatnych funduszy emerytalnych - pieniądze z podatków do prywatnej kieszeni (a dokładniej "ukradł" je bonzo na moje zlecenie, przy akceptacji polityków i przechowuje u siebie), to jeszcze teraz rząd, z powodu straty tych pieniędzy, musi się zadłużać za granicą, emitując obligacje. A więc za moje egoistyczne zachowanie (jest nim zgoda na "zachachmęcenie" części wspólnych pieniędzy na prywatne konto w OFE) zapłacą moje dzieci i ich dzieci.

      Sprawa jest więc taka: albo traktuję składki emerytalne w sposób egoistyczny i sprzeciwiam się wzrostom transferu moich składek do ZUS (skazując moje dzieci na spłacanie powstałego w ten sposób długu wysokimi podatkami), albo... jestem patriotą i przyjmuję jako pewnik, że jak już przejdę na emeryturę, to państwo mnie nie opuści i będzie wypłacać emeryturę nawet kosztem młodszych pokoleń. Przyjmując tę drugą koncepcję oczywiście nie ma powodu, bym bronił bonzów z OFE. Powinienem poprzeć likwidację prywatnych funduszy emerytalnych (lub ich osłabienie) i oczekiwać, że rząd - dzięki zaoszczędzonym w ten sposób pieniądzom - zrobi taką politykę prorodzinną, by w przyszłości moje dzieci bez bólu złożyły się na moją emeryturę. Smutne to, bo wychodzi, że znalazłem się między młotem, a kowadłem. Albo muszę liczyć na to, ze państwo mi coś w przyszłości "da", albo okazać się "złodziejem" pieniędzy publicznych,.działającym w zmowie z cynicznymi, nieodpowiedzialnymi i po prostu głupimi bonzami, zarządzającymi prywatnymi towarzystwami emerytalnymi. No i co, którą opcję wybieramy? Dżuma, czy cholera?

      MNÓSTWO FINANSOWYCH NOWINEK NA FACEBOOKU! Strony blogu "Subiektywnie o finansach" to jedno z najpopularniejszych miejsc w internecie, poświęconych finansom osobistym. Zapraszam Was do grona 16.000 fanów blogu w Facebooku. Poza zajawkami wpisów blogowych na facebookowym fan-page'u  "Subiektywnie o finansach" znajdziecie m.in. takie historyjki, jak ta o konsultantach telefonicznych w jednym z banków. Klientowi wyrażającemu negatywną opinię o produkcie banku, wyczytaną w blogu, pani z infolinii odpowiedziała: "Nie ma co ufać cudzym opiniom - trzeba PRZEKONAĆ SIĘ NA WŁASNEJ SKÓRZE". No, to teraz: wszyscy masochiści wystąp! Co, lubicie ból i upokorzenie? ;-) Na priva podam Wam gdzie trzeba się udać, żeby na własnej skórze doświadczyć tego wszystkiego, co czytacie w blogu :-). To wszystko i jeszcze więcej - na stronie blogu w Facebooku!

      SUBIEKTYWNOŚĆ O EMERYTURACH W "TERAZ SOLSKA". Autor blogu gościł w wieczornej audycji Radia TOK FM, prowadzonej przez dziennikarkę "Polityki", Joannę Solską. Było bardzo subiektywnie o tym jak zabrać się za oszczędzanie na emeryturę i jak nie dać się nabrać na jeden z tych "cudownych" pakietów, na których zarabia głównie ten, który nam je wciśnie. Zapraszam do posłuchania!

      JAK INWESTOWAĆ? SUBIEKTYWNIE W "KLUBIE TRÓJKI". Autor blogu gościł ostatnio w "Klubie Trójki", gdzie rozmawiał z red. Dariuszem Bugalskim oraz z słuchaczami Radiowej Trójki na temat inwestowania. Było trochę filozoficznie - o tym czy cena giełdowa ma jakieś odzwierciedlenie w rynkowej wartości danych aktywów - i trochę dowcipnie: o tym, że najlepszą strategią rozpoczynania przygody z giełdą jest... pójście do maklera i kupienie czegokolwiek. Audycję możecie odsłuchać na stronie internetowej Polskiego Radia..Wcześniej w "Klubie Trójki" subiektywnie było również w audycji o tym jak oszczędzać, nie rezygnując jednocześnie z życia pełną piersią oraz o tym jak edukować dzieciaki od najmłodszych lat, żeby potrafiły oszczędzać i inwestować pieniądze. Z kolei o sposobach na lokowanie oszczędności w czasach, gdy spada oprocentowanie lokat, autor blogu opowiadał w programie red. Wiktora Legowicza "Bardzo Ważny Projekt"  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (36) Pokaż komentarze do wpisu „Emerytalna dżuma i cholera. Obiecanki polityków kontra głupota bonzów z OFE”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 marca 2013 16:29
  • piątek, 29 marca 2013
    • Sync odpuszcza cash-back: teraz trzeba będzie oglądać go przez lupę. A w zamian...

      Pamiętacie, jak kiedyś minister Radosław Sikorski mówił o "dorzynaniu watahy"? Z podobnym procesem mamy dziś do czynienia w Alior Sync, z tym, że przedmiotem dorzynania jest 5%-owy cash-back, czyli zwrot wartości zakupów dokonanych przez klientów w internecie. Od początku istnienia Alior Sync była to sztandarowa usługa banku (jedna z dwóch-trzech najbardziej kuszących), która wyróżniała go na tle konkurencji. Teraz zwrot pieniędzy za zakupy w internecie nie tylko przestanie wyróżniać Synca od innych, ale wręcz przestanie go plasować w czubie banków oferujących jakikolwiek cash-back (czy to dla transakcji internetowych, czy zwykłych, kartowych). Według nowych zasad - obowiązujących od 1 kwietnia nowych klientów i od początku czerwca tych "starych" - maksymalna wartość zwrotu za zakupy w internecie nie może przekroczyć 50 zł miesięcznie oraz 200 zł rocznie. Poza tym bank wytnie też z oferty niektórych klientów. Cash-back będzie naliczany wyłącznie tym klientom, którzy mogą się wylegitymować przelewaniem na konto w Syncu wynagrodzenia, emerytury, renty bądź stypendium.

      Czytaj też: Po zbliżeniowej załamce będzie śledztwo w sprawie pay-passów

      Wygląda, że w tym momencie odpadają nie tylko ci, którzy mają w Syncu wyłącznie lokaty lub kredyty, ale i np. samozatrudnieni (bo ich przelew nie będzie nigdy "wynagrodzeniem", choć jeśli go tak nazwać w tytule, to pewnie przejdzie przez sito weryfikacji). Alior Sync na pocieszenie daje klientom cukierka - darmowe wypłaty nie tylko ze wszystkich bankomatów w kraju, ale i za granicą. Będzie też drugi cukierek - 90-dniowa lokata z oprocentowaniem 5% w skali roku (choć będzie można w ten sposób ulokować tylko 10.000 zł). Czy te dwa nowe bonusy, dorzucane do oferty Alior Sync, ukoją ból tych, którym bank zabiera najfajniejszy gadżet - praktycznie nielimitowany zwrot 5% pieniędzy wydanych na zakupy w internecie? Sądząc po liczbie e-maili oraz postów na Facebooku - obrażonych będzie wielu. Trochę im się nie dziwię. Pewnie gdyby zrobić badanie powodów, dla których ludzie zakładali konto w Syncu, cash-back byłby na pierwszym lub drugim miejscu. Klienci mają więc prawo pomyśleć, że po prostu dali się nabrać sprytnym marketingowcom z banku: "naobiecywali nam złotych gór, pozwolili przez rok lizać lizaka, a teraz go zabierają i dają w zamian suchy chleb". No, darmowe bankomaty na całym świecie to ciut więcej, niż suchy chleb ;-).

      Alior Sync - zmiana cashbacku

      Mam mieszane uczucia. Z jednej strony to wygląda rzeczywiście jak rozciągnięta (zapewne dla niepoznaki) w czasie marketingowa gierka z gatunku "nikt ci nie da tyle, ile ci Sync obieca". Takich gierek nie lubimy. Ale z drugiej strony - co zresztą bank bardzo klarownie i uczciwie wyłożył w powyższej informacji wysłanej klientom - świat się zmienia, otoczenie się zmienia, a 5% cash-backu to w dzisiejszych warunkach bardzo, bardzo dużo i chyba nie do utrzymania. Inne banki też obniżają progi i wprowadzają nowe warunki. Jeśli coś mnie dziwi, to fakt, że Sync aż tak mocno ściął limity - 200 zł rocznie to nie tylko dużo mniej, niż 1250 zł miesięcznie, które bank dawał wcześniej. To jest już obiektywnie bardzo mały cash-back, dla którego mało kto rzuci wszystkie sprawy i pójdzie zakładać konto w Syncu. Podobno z badań wyszło aliorowcom, że 95% klientów korzystających z cash-backu nowe warunki nie ruszą, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć, straty muszą być wyższe ;-). To kolejny ryzykowny eksperyment Synca, który wystawia cierpliwość klientów na próbę. Ale może po prostu w Syncu liczą na to, że... jego klienci też potrafią liczyć? Bo w sumie, nawet bez cash-backu, to jest nadal jeden z najtańszych banków na rynku. W dodatku dość innowacyjny jak chodzi o technologię ułatwiającą klientowi życie. Zero za konto, zero za kartę, zero za przelewy, zero za bankomaty (za granicą też). No i decyduj kliencie - obrażasz się i rzucasz zabawki, czy przyjmujesz nowe warunki gry? Zresztą w "dużym" Aliorze polityka wobec klientów jest podobna... 

      Ścięcie cash-backu do mikroskopijnego poziomu jest de facto przejaskrawionym spełnieniem moich postulatów sprzed wielu miesięcy. Od początku uważałem, że nielimitowany cash-back na transakcje internetowe to wyjątkowo głupi pomysł - może skuteczny marketingowo, ale zabójczy wizerunkowo. Bank przyciągnął bowiem dużą rzeszę klientów-cwaniaków, którzy idą tylko tam, gdzie rozdaje się im "gratisy" i próbują z tych "gratisów" wyciągnąć dla siebie jak najwięcej (nawet jadąc po bandzie). Kiedy pojawiły się skuteczne próby wykorzystania tego, że bank "frajersko" płaci np. za zasilanie elektronicznych portmonetek ;-), to bank zaczął się obrażać i straszyć ludzi prokuratorem. Potem zaczął stopniowo ograniczać cash-back, czym po raz kolejny rozjuszył tych klientów, którzy przyszli do Synca głównie po to, żeby bank im płacił :-). Słabe to było, oj słabe. I patologiczne. W sumie może i dobrze, że się już kończy.  

      POLEĆ SUBIEKTYWNOŚĆ ZNAJOMYM! Strony blogu "Subiektywnie o finansach" to jedno z najpopularniejszych miejsc w internecie, poświęconych finansom osobistym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy najnowsza oferta Waszego banku jest rzeczywiście tak atrakcyjna, jak wygląda na pierwszy rzut oka - właśnie tu znajdziecie niezależną, uczciwą, subiektywną jej recenzję. Zapraszam Was do grona 16.000 fanów blogu w Facebooku. Poza zajawkami wpisów blogowych na facebookowym fan-page'u  "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też ciekawostki dotyczące Waszych pieniędzy. Zapraszam na stronę blogu "Subiektywnie o finansach" w Facebooku!

      SADYZM NA FAN-PAGE BLOGU! Konsultanci telefoniczni w bankach są niesamowici. Do pana Krzysia dzwonią z banku... miejmy litość i nazwijmy go X. Próbują nakłonić człowieka, by przyszedł do oddziału w celu sprawdzenia "wyjątkowej" oferty dla "wybranych", niedostępnej przez internet. Pan Krzysztof: "Przykro mi ale czytam bloga „Subiektywnie o finansach” i tam jest wiele negatywnych opinii o waszym banku". Pani w słuchawce: "Wie pan, nie ma co ufać cudzym opiniom - trzeba PRZEKONAĆ SIĘ NA WŁASNEJ SKÓRZE". No, to teraz: wszyscy masochiści wystąp! Co, lubicie ból i upokorzenie? ;-) Na priva podam Wam gdzie trzeba się udać, żeby na własnej skórze doświadczyć tego wszystkiego, co czytacie w blogu :-). Ta i inne historie oraz setki Waszych komentarzy - na stronie blogu w Facebooku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (42) Pokaż komentarze do wpisu „Sync odpuszcza cash-back: teraz trzeba będzie oglądać go przez lupę. A w zamian...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 marca 2013 16:09
    • Moi "ulubieńcy" z Aegona pokazali nową polisę inwestycyjną. Duże zmiany, ale...

      Pisałem niedawno o tym jak chce się zmieniać Getin Bank oraz powiązane z nim spółki. Zmiany te w dużej mierze dotyczą planów systematycznego oszczędzania, w ramach których klient musi się zdecydować na wpłacanie pieniędzy nawet przez 10-15 lat. Getin i okoliczne sieci sprzedaży wycofały ostatnio z oferty najbardziej bandyckie z tych programów oszczędnościowych - łączące dwie najgorsze ich cechy, czyli opłaty likwidacyjne sięgające 100% przy wycofaniu pieniędzy w pierwszych latach oraz wysoką wpłatę jednorazową na początku. Teraz Getin oferuje plany oszczędnościowe na krótszy termin i ze zredukowaną opłatą likwidacyjną. Okazuje się, że jednak można nie rżnąć ludzi w biały dzień. A propos rżnięcia: firma ubezpieczeniowa Aegon ostatnio wprowadziła na rynek nową rzecz - "Program Swobodnego Inwestowania". Przyznam, że jak o tym czymś usłyszałem, to miałem dość silne złe przeczucia. Aegon (działa w 20 krajach, 220 mld euro pod zarządzaniem) zdobył w moich oczach - i nie tylko w moich, bo mówią mi o tym setki "uwięzionych" przez tę firmę klientów - miano firmy ubezpieczeniowej, na którą trzeba wyjątkowo uważać. Coś w rodzaju "ubezpieczyciela jednorazowego użytku". Profesjonalni naganiacze i wciskacze kitu oraz produktów obłożonych prowizjami z górnej półki. A to wszystko owiane mgiełką pikantnej tajemnicy i odporne na apele o to, żeby nie zastawiać na ludzi pułapek na każdym kroku.

      Tymczasem "Program Swobodnego Inwestowania" jest dość niepodobny do tego badziewia, które firma oferowała - i chyba nadal oferuje ;-) - klientom do tej pory. Oczywiście podstawa jest ta sama, co wcześniej - składki, które będą przeznaczane na zakup jednostek ubezpieczeniowych funduszy kapitałowych. Firma oferuje też gotowe portfele w ramach kilku różnych strategii inwestycyjnych (to tzw. Zarządzana Platforma Inwestycyjna). Gdzie tu nowości? Po pierwsze Aegon schodzi mocno z dotychczas obowiązujących opłat likwidacyjnych, w ramach których potrafił ograbić wycofującego się klienta nie tylko ze wszystkich zysków, ale w ogóle ze wszystkich pieniędzy. W "Programie Swobodnego Inwestowania" opłata za likwidację polisy po pierwsze jest stała i wynosi zawsze 540 zł, a po drugie ta obroża jest klientom zdejmowana już po trzech latach inwestowania. To już są całkiem przyzwoite warunki - w pierwszym roku inwestowania opłata likwidacyjna wycofującego się klienta oczywiście zaboli, ale już w kolejnych dwóch latach jest do zniesienia. A od czwartego roku oszczędzania już całkiem znika.

      Czytaj też: Rady dla nabitych w polisy inwestycyjne. Da się wygrać!

      Druga ciekawa rzecz to nowa struktura opłat. Zamiast klasycznej opłaty za zarządzanie, pobieranej według zasady "czy się stoi, czy się leży", firma wymyśliła opłatę za obsługę portfela inwestycyjnego, pobieraną tylko wtedy, gdy na rachunku klienta zostaną wypracowane zyski.  Rzecz wygląda uczciwie: kiedy firma dla nas nie zarabia - nie płacimy za zarządzanie. Gdy polisa nie daje nam zysków - nie ma też prowizji dla Aegona. Pomysł na succes-fee jest w polskich funduszach inwestycyjnych rzadko spotykany, a już po Aegonie bym się go w ogóle nie spodziewał. Opłata za zarządzanie, zwana w OWU opłatą obsługową, wynosi (zakładając, że klient korzysta z portfela przygotowanego przez firmę) 0,19% wartości portfela, ale nie więcej, niż 50% osiągniętego w danym okresie zysku. Brzmi to dość skomplikowanie, więc najlepiej pokazać na przykładzie. Jeśli np. w danym miesiącu wartość inwestycji klienta wynosi 71.200 zł, z czego 200 zł stanowi wypracowany zysk, to firma naliczy 0,19% od kwoty 71.200 zł, czyli 135,28 zł, ale ostatecznie pobierze 100 zł (bo opłata nie może przekroczyć 50% zysków klienta w danym miesiącu).

      Aegon PSI

      Jeśli mogę mieć jakieś zastrzeżenie do tej nowej formy naliczania opłaty za zarządzanie, to jest nim fakt, że jest ona znacznie bardziej nieklarowna od poprzedniej. Tak na oko te 0,19% w skali miesiąca sumuje się do jakichś 2,3% w skali roku. Ale jeśli nałożyć na to sytuację, w której przez sześć miesięcy klient nie ma zysków, w kolejnych trzech ma bardzo wysokie, a potem np. jedzie na stratach, to trudno tak z marszu powiedzieć ile zapłaci za zarządzanie polisą. Ale może to być mniej, niż 2,3% w skali roku - bo w niektórych miesiącach opłata się nie naliczy. Ta konstrukcja opłaty za zarządzanie pomoże Aegonowi konkurować np. ze zwykłymi funduszami inwestycyjnymi. One zwykle pobierają opłaty według zasady "czy się stoi czy się leży...". Ale wciąż trzeba pamiętać, że w produktach typu "aegonowego" płaci się opłatę za zarządzanie dwa razy - samej firmie (za zarządzanie "parasolem" i poszczególnym ubezpieczeniowym funduszom kapitałowym, do których ostatecznie wpływają pieniądze..A pozostałe prowizje? W tym produkcie całkiem skasowali opłatę administracyjną, czyli 10,91 zł miesięcznie za nic-nierobienie. Niestety na tym koniec pieszczot. Opłata za dystrybucję może sięgnąć 5%, ale w kolejnych latach spada do 1%. Czyli jeśli wpłacimy 50.000 zł, to od razu zabiorą 2500 zł w ramach prowizji. W funduszach inwestycyjnych te opłaty wynoszą do 4% i tylko czasami spadają wraz z kolejnymi wpłatami. Aegon bierze też opłatę za ryzyko ubezpieczeniowe (nie ogarniam modelu jej wyliczania, ale firma podaje, że koszt dla klienta w średnim wieku to 1,42 zł miesięcznie). Jak to wszystko zsumować, to rzecz może nie jest tania, ale lepsza od tego, co firma oferuje w innych rozwiązaniach. Zła wiadomość - to nie jest klasyczny program oszczędnościowy, do którego wpłaca się po kilka stówek miesięcznie - pierwsza wpłata wynosi 20.000 zł, a minimalna wartość składki dodatkowej to podobno 2000 zł. A więc Aegon postanowił się poprawić, ale tylko dla tej grupy klientów, która ma dużo do wpłacenia. Szkoda... 

      Czytaj też: Mój apel do producentów polis inwestycyjnych - przestańcie...

      Dużą zmianę in plus zauważyłem też w dokumentach, które klient podpisuje zawierając polisę. Bardziej przyjazne OWU to coraz częściej spotykany w firmach ubezpieczeniowych standard (niedawno opisywałem nowe podejście do polis majątkowych, zastosowane przez firmę Ergo Hestia), ale pochwał nigdy za wiele - w OWU nowej aegonowej polisy jest prosto i przejrzyście. Tytuły rozdziałów nie odstraszają, a poszczególne paragrafy są napisane potocznym językiem, skierowanym bezpośrednio do czytelnika ("chcąc zawrzeć z nami umowę złoż wniosek na przygotowanym przez nas formularzu" zamiast "warunkiem niezbędnym do zawarcia umowy jest przedstawienie prawidłowo wypełnionego wniosku na formularzu stanowiącym załącznik..."). Bardziej szczegółowe warunki polisy są umieszczone w części zatytułowanej "dowiedz się więcej", co czyni OWU jeszcze bardziej przystępnymi. Od biedy można przeczytać tylko to, co jest w części podstawowej, a "dowiedz się więcej" potraktować jako późniejszą lekturę do poduszki. Sposoby pobierania opłat i skomplikowane wzory firma wyjaśnia w formie obrazkowej i na przykładach. Szacun, sam bym tego lepiej nie napisał, a wiecie, że na pisaniu odrobinkę się znam. Nie podoba mi się tylko sposób reklamowania nowego pakietu oszczędnościowego Aegona i porównywanie go z lokatami bankowymi.  To zupełnie inna kategoria inwestycji, traktowanie jej jako prostego zamiennika lokaty bankowej nie ma najmniejszego sensu.

      Aegon PSI

      Czytaj też: Używaną polisę inwestycyjną tanio sprzedam, na Allegro

      Przykład Aegona, największego drapieżnika na rynku polis unit-link dowodzi, że ten światek coraz bardziej się cywilizuje. Jeśli akurat ten gracz przygotował propozycję od której nie bolą zęby, to mamy postęp. Szkoda, że ów postęp firma funduje tylko najlepszym, czytaj: najbogatszym swoim klientom. Czy pozostali będą goleni tak, jak dotychczas? Powiem nieskromnie, że ów postęp - duży, czy mały, nieważne - przepowiadałem już jakiś czas temu w blogu. To nieuchronna konsekwencja zepsutej opinii polis inwestycyjnych i związanej z tym konieczności zmiany podejścia do dystrybucji produktów oszczędnościowych opartych na ubezpieczeniu. To nowe podejście zakłada, że agenci będą zarabiać mniej, a klient musi być uwiązany do słabiej. Czy rewolucja w polisach inwestycyjnych właśnie się zaczęła? Oby.

      PRZYPOWIEŚĆ O INWESTOWANIU. Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce w Indiach pewien mężczyzna obwieścił, że będzie kupował małpy płacąc po 10 dolarów za sztukę. Wieśniacy, widząc, że małp dookoła pod dostatkiem, wyruszyli do lasu, aby je łapać. Mężczyzna kupił tysiące małp po 10 dolarów, ale kiedy ich populacja zaczęła się zmniejszać, wieśniacy stwierdzili, że łapanie małp kosztuje ich zbyt dużo trudu. Mężczyzna zatem ogłosił, że zapłaci za małpę po 20 dolarów. To sprawiło, że wieśniacy wzmogli starania i znowu zaczęli łapać małpy. Wkrótce populacja małp jednak spadła jeszcze bardziej i ludzie zaczęli wracać do swoich gospodarstw. Stawka została podniesiona do 25 dolarów, a małp zrobiło się tak mało, że problemem było w ogóle zobaczyć jakąś, a co dopiero ją złapać. Mężczyzna zatem ogłosił, że kupi małpy po 50 dolarów za sztukę. Ponieważ jednak musiał udać się do miasta w ważnych interesach, jego namiestnik pozostał w wiosce, aby prowadzić skup w jego imieniu. Ów namiestnik powiedział do wieśniaków: "Popatrzcie na tę ogromną klatkę i te wszystkie małpy. Sprzedam je wam po 35 dolarów, a gdy mężczyzna wróci z miasta, odsprzedacie mu je po 50 dolarów". Wieśniacy wydobyli wszystkie oszczędności i wykupili wszystkie małpy. Lecz nigdy więcej nie zobaczyli ani owego mężczyzny, ani jego namiestnika. Zostały tylko małpy. Witajcie na Wall Street. ;-)). O tym gdzie możecie ulokować oszczędności, gdy oprocentowanie lokat leci na łeb, na szyję, przeczytajcie w jednym z poprzednich wpisów.

      SUBIEKTYWNIE O POLISACH INWESTYCYJNYCH. Temat polis inwestycyjnych, ich kontrowersyjnie wysokie koszty, ograniczenia w dostępności pieniędzy, chory system wynagradzania sprzedawców tych produktów, niemożność "ukarania" zarządzających jeśli źle wykonują swoją robotę, misseling. Te wady wytykam dostawcom i "producentom" unit-linków od dawna na stronach tego blogu. W sierpniu 2009 r. naigrywałem się z naganiacza firmy Aegon, który uczył mnie inwestowania w fundusze tak, żeby zawsze wygrywać. W czerwcu 2010 r. sprawdzałem kto z oferujących polisy inwestycyjne ukrywa przed nami najwięcej. W listopadzie 2010 r. analizowałem strrrrasznie zaniedbaną polisę firmy Allianz. W grudniu tego roku opisywałem polisę Axy pod tytułem "Złoty środek", do której nie był przekonany nawet sprzedawca tej firmy (w sumie to dobrze: nie wciska klientowi kitu). Nieco lepsze zdanie miałem o polisie ING zatytułowanej "Sposób na przyszłość". W lutym 2012 porównywałem los posiadaczy polis inwestycyjnych do chłopów pańszczyźnianych. W marcu 2012 r. pytałem kto się wyłamie z chorobliwej zmowy i zaoferuje uczciwą polisę inwestycyjną. Listopad 2012 r. to był prawdziwy przełom - ujawniłem, że są pierwsze wyroki orzekające, że tzw. opłaty likwidacyjne, które wiążą posiadaczom polis inwestycyjnych ręce, są po prostu nielegalne. Reakcja firm ubezpieczeniowych była błyskawiczna: zaczęły oferować klientom aneksy zmieniające zasady zakończenia inwestycji przed terminem. Apelowałem też do producentów polis, żeby przestali płacić z góry swoim agentom. Ostrzegałem też tych, którzy mają do zainwestowaniu większą kwotę. Jest wysoce prawdopodobne, że doradcy finansowi takiej okazji nie przepuszczą. Ostatnio w blogu pojawiła się historia choroby polis inwestycyjnych, pisana Waszymi rękami. Jest jeszcze smutne memento: bank najpierw zatrudnił nieetycznego sprzedawcę, potem go zwolnił, ale klientom ulżyć nie zamierza... A żeby nie było tak smutno - najnowszy wpis na ten temat był poświęcony bankowi, który wycofał się z oferowania badziewia, z którym od wielu miesięcy na stronach tego blogu wspólnie walczyliśmy, a potem oświadczył, że zaczyna ostro ciąć opłaty likwidacyjne.

      POLEĆ SUBIEKTYWNOŚĆ ZNAJOMYM! Strony blogu "Subiektywnie o finansach" to jedno z najpopularniejszych miejsc w internecie, poświęconych finansom osobistym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy najnowsza oferta Waszego banku jest rzeczywiście tak atrakcyjna, jak wygląda na pierwszy rzut oka - właśnie tu znajdziecie niezależną, uczciwą, subiektywną jej recenzję. Zapraszam Was do grona 16.000 fanów blogu w Facebooku. Poza zajawkami wpisów blogowych na facebookowym fan-page'u  "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też ciekawostki dotyczące Waszych pieniędzy. Zapraszam na stronę blogu "Subiektywnie o finansach" w Facebooku! 

      Jak pomnażać oszczędności

      POMNAŻAJ Z SAMCIKIEM! Przeczytajcie poradnik, który traktuje o tym jak zabrać się do inwestowania pieniędzy  Znajdziecie w nim najprostsze strategie, które pozwalają oszczędzać każdemu ciułaczowi, nawet zielonemu, jak ogórek. Nie jest to żadne ekonomiczne nudziarstwo. Chwaliłem się Wam ostatnio, że poradnik został doceniony przez kapitułę konkursu "Economicus", zorganizowanego pod auspicjami "Dziennika Gazety Prawnej" i Narodowego Banku Polskiego. Eksperci - wybitni ekonomiści zaproszeni do jury - uznali "Jak pomnażać oszczędności" za jeden z trzech najlepszych poradników roku. Książkę życzliwie oceniło też Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych. "Polecamy ją szczególnie osobom, które do tej pory nie oszczędzały lub robiły to bez namysłu" - napisali eksperci Stowarzyszenia. Ze stron "Rzeczpospolitej" płyną z kolei wieści, że poradnik stał się czwartym największym ekonomicznym bestsellerem w sieci salonów Empik w ostatnim półroczu.  Oto kilka recenzji poradnika: ”Dziennik Gazeta Prawna”: ”To uczciwy i dobry sposób, by wciągnąć czytelnika do fascynującej gry w inwestowanie. Książka jest wiarygodnym źródłem wiedzy o sensownym odkładaniu pieniędzy”. Blog Kreatywa: "Autor nie sili się na profesorski, sztywny ton, nie operuje nieustannie skomplikowanymi terminami i niezrozumiałymi wykresami". Blog "Literacka Kanciapa": "Samcik pisze dość swobodnie, w sposób nieskomplikowany i zrozumiały dla przeciętnego czytelnika"  Portal edukacji finansowej NewTrader.pl: "Książkę świetnie się czyta. Poradnik ten został napisany językiem dla laików, każdy z nas zrozumie o co chodzi w pozornie skomplikowanych produktach finansowych". Jeśli nie masz czasu iść do księgarni, ściągnij "Jak pomnażać oszczędności" w formie e-booka. I niech kasa Ci rośnie z Samcikiem pod pachą :-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Moi "ulubieńcy" z Aegona pokazali nową polisę inwestycyjną. Duże zmiany, ale...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 marca 2013 00:01
  • czwartek, 28 marca 2013
    • Nie lubimy kupować biletów kolejowych wcześniej? Intercity dla... spóźnialskich

      Na kolejach wreszcie para buch, koła w ruch. Będzie można wsiąść do pociągu byle jakiego i nie dbać o bilet, ani o... gotówkę w portfelu. To znaczy do tej pory też można było nie dbać, ale istniało ryzyko wyjścia z pociągu na najbliższej stacji - w asyście policjantów lub SOK-istów (to dlatego Wasz ulubiony bloger niegdyś preferował podróże na trasie Poznań-Warszawa pociągiem "Lech", jedynym, który nie zatrzymywał się na stacjach pośrednich ;-)). W większości pociągów PKP Intercity nie dało się zapłacić za bilet kartą (konduktorzy nie mieli terminali), zaś żadna z dwóch opcji mobilnych - ani serwis internetowy intercity.pl, ani aplikacja mobilna Bilkom - nie pozwala kupować biletów na dany pociąg już po jego odjeździe. Teraz ma być łatwiej - sieć Intercity od dwóch dni gwarantuje, że w każdym jej pociągu można kupić bilet płacąc kartą. Terminale są podobno na pokładach nie tylko najdroższych pociągów Intercity, Eurocity i Express, ale i tych tańszych, sieci TLK (a to 70% wszystkich pociągów). Oczywiście kupowanie biletu już w pociągu nie będzie tanią zabawą, bo bilet kupowany u konduktora i opłacony kartą kosztuje o 10 zł drożej, niż w kasie. Ale  to ta sama prowizja, którą konduktor inkasuje przy zakupie biletu w pociągu za gotówkę (można tej dychy nie płacić jeśli się jest niepełnosprawnym, emerytem albo kasa była zamknięta).

      W zasadzie nie powinienem zajmować Waszego cennego czasu niusem, z którego wynika, że pewna państwowa firma zauważyła, że jakiś czas temu zaczął się XXI wiek i nie każdy już nosi przy sobie gotówkę. Ale wprowadzenie w pociągach pełnej obsługi kartowej to jest jednak rzecz, która bardzo ułatwia życie każdemu zabieganemu klientowi kolei. Szkoda tylko, że nie dotyczy ona również wszystkich wagonów Wars (podobno dopiero testują tam płatności kartowe). Można więc wsiąść do pociągu bez biletu i bez kasy, ale lepiej nie z pustym brzuszkiem ;-). Przy okazji przypomnę, że dla tej grupy klientów, która nigdy nie wsiada do pociągu bez biletu i gotówki, a bilety kupuje z wyprzedzeniem, od niedawna PKP też ma coś sexy. To coś, o co błagałem już dawno temu - taryfa oparta na "samolotowej" zasadzie: "im wcześniej kupujesz, tym mniej płacisz". Od stycznia każdy bilet kupiony na tydzień przed odjazdem pociągu (lub wcześniej), jest o 10% tańszy. Co to oznacza? Ano, że za podróż na trasie Poznań-Warszawa klient Intercity zapłacić może 127 zł jeśli kupuje bilet w ostatniej chwili, 137 zł jeśli w dodatku płaci w pociągu, albo 115 zł jeśli zrobi to z wyprzedzeniem. Z kolei za pociąg niższej klasy TLK może zapłacić 60 zł (i 70 zł w pociągu) albo  - jeśli kupi bilet wcześniej - 54 zł. Zła wiadomość: ludzie nie chcą płacić mniej, (albo jeszcze nie zauważyli takiej opcji) - w styczniu i lutym ze zniżką kupowali 6% biletów.

      Czytaj też: Pociąg do zysku bez ryzyka  czyli co się promuje na kolei

      Teraz w PKP będą będą mogli zająć się pozostałymi drobiazgami, jak tym, żeby w pociągach nie było brudno, żeby nie spóźniały się za często - a jeśli już się spóźniają, to żeby obsługa informowała pasażerów na bieżąco co się dzieje i dlaczego - no i żeby ktoś wreszcie dostarczył mi sieć wi-fi oraz gniazdka elektryczne w każdym przedziale pociągu. Tylko tyle i aż tyle. Oczekiwałbym jeszcze od Intercity - ale o tym też już pisałem - żeby w systemie zakupu biletów przez internet możliwości cenowe były widoczne już w rozpisce możliwych połączeń, a nie dopiero po zamówieniu biletu. Przydałby się jeszcze program lojalnościowy, w którym wymieniałoby się punkty na zniżki, albo na darmowe "przekwaterowanie" z drugiej klasy do pierwszej (wiem, mają w PKP te Kolorowe Karty Intercity, ale to nie to samo). No i jeszcze chciałbym, żeby ktoś wyrównał standard pociągów - dziś Expres bywa mniej wygodny od TLK, a podróżując pociągami tej samej klasy można trafić na jakiś zdezelowany rzęch, w którym nic nie działa, albo na nówkę-sztukę, coś a la to: ;-). A teraz słucham Waszej listy życzeń do PKP Intercity. Walcie!

      Przedział cesarski w pociągu

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Nie lubimy kupować biletów kolejowych wcześniej? Intercity dla... spóźnialskich”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 marca 2013 14:11
    • Po zbliżeniowej załamce: będzie śledztwo w sprawie bezpieczeństwa kart z antenką!

      Kradzień bezdotykowaWygląda na to, że nagłośnione na stronach "Gazety Wyborczej" oraz w blogu "Subiektywnie o finansach" przypadki kradzieży pieniędzy z kart zbliżeniowych dały do myślenia ludziom, którzy decydują o tym, jak wygląda w Polsce system przepływu pieniędzy. Jak dowiedział się Maciek Bednarek, mój redakcyjny kolega, plastiki z funkcją zbliżeniową staną bowiem przed "sądem". I to przed sądem nie byle jakim, tylko od razu przed Sądem Najwyższym, by nie powiedzieć - ostatecznym. Ich bezpieczeństwu przyjrzy się sam - fanfary - Narodowy Bank Polski , a konkretnie specjalna grupa robocza przy Radzie ds. Systemu Płatniczego.  To dobrze, że ktoś wreszcie postanowił ratować przyszłość tej technologii w Polsce - wprowadzonej w złym stylu (z wciskaniem ludziom "zbliżeniówek" na siłę, byle szybciej i byle więcej), a czasem też i w sposób nonszalancki od strony wdrożeniowej, z dziwnymi lukami w bezpieczeństwie (np. zezwalanie przez banki na transakcje offline z jednoczesnym "unieszkodliwieniem" liczników znajdujących się na kartach).

      Bardzo jestem ciekaw co wykaże raport. Zapewne wśród rekomendacji zaordynowanych bankom przez Radę ds. Systemu Płatniczego znajdzie się "podkręcenie" zasad bezpieczeństwa. Być może będzie to tylko obowiązek sprawdzania przez banki, czy liczniki transakcji zbliżeniowych, umieszczone na czipie karty są prawidłowo ustawione (i "wyłączą" tę funkcję po kilku transakcjach). A być może Rada pójdzie dalej i zaleci bankom konfigurowanie kart w taki sposób, by transakcje były przeprowadzane w trybie online (tam, gdzie się da) lub w trybie offline (w sytuacjach wyjątkowych, tam gdzie terminal działa tylko offline). Wtedy system będzie domknięty - albo terminal płatniczy połączy się z bankiem i sprawdzi saldo, albo (w trybie offline) "odpyta" czipa znajdującego się na karcie z limitu transakcji. Moim zdaniem wśród rekomendacji powinno się też znaleźć poproszenie banki, by obowiązkowo wprowadzały do oferty ubezpieczenia kart zbliżeniowych od nieautoryzowanych transakcji. Dziś w wielu bankach, w których nie ma kart innych, niż zbliżeniowe, takiego ubezpieczenia po prostu nie można wykupić! Powinno zawsze "stać na półce" jako dobrowolna opcja dla tych, którzy lubią czasami zgubić swoją kartę. 

      Chciałbym, żeby Rada zbadała i ogłosiła, jak jej zdaniem wygląda kwestia odpowiedzialności za nieautoryzowane transakcje. Jest jasne, że od momentu zastrzeżenia karty za wszystkie transakcje odpowiada bank. A przed zastrzeżeniem? Tu sprawa nie jest jasna. Banki uważają, że w takiej sytuacji - o ile klient nie wykupił ubezpieczenia, o którym napisałem wyżej - odpowiedzialnością dzielą się bank i klient. To znaczy: klient odpowiada za straty do 650 zł (równowartość 150 euro), a banki za wszystkie straty powyżej tej kwoty. Tyle, że kradzieże z użyciem kart zbliżeniowych rzadko kiedy przekraczają 2000-3000 zł (bo ile można "natrzaskać" zakupów poniżej 50 zł?), więc ów udział własny klienta w wielu przypadkach bardzo boli. A swoją część odpowiedzialności bankowcy przerzucają czasem na punkty handlowe (wciskając im kit, że mogły sprawdzić czy złodziej to złodziej). Pytanie brzmi: czy przypadkiem Ustawa o elektronicznych instrumentach płatniczych, która mówi, że bank ma obowiązek przeprowadzić "autoryzację" i "autentykację" klienta, nie rodzi takich skutków, że bank musi wziąć na siebie 100% odpowiedzialności za każdą transakcję bez PIN-u, do której klient się nie przyznaje? To właśnie wypieranie się przez banki tej odpowiedzialności, a nie same kradzieże, spowodowały burzę wokół zbliżeniówek. Gdyby banki grzecznie oddały ludziom pieniądze, nikt by nie robił dymu.

      Będę też rad, jeśli Rada ds. Systemu Płatniczego wypowie się nie tylko w kwestii nieautoryzowanego użycia skradzionej karty (oraz tego kto ma pokryć straty), ale też w sprawie możliwości zdalnego okradania ludzi mających karty zbliżeniowe. Nie tak dawno cytowałem wynik eksperymentu, na który powoływał się serwis Niebezpiecznik.pl. Sprowadzał się on do tego, że z użyciem dwóch telefonów komórkowych - jednego z nich w roli "przedłużacza" - przeprowadzano transakcję obciążającą kartę zbliżeniową znajdującą się w zupełnie innym miejscu (na drugim końcu miasta). Nie wiadomo czy ów eksperyment został przeprowadzony w analogicznym otoczeniu "technologicznym", jak nasza technologia NFC, ale wygląda dość nieciekawie. Mam też drugie pytanie dotyczące podobnego problemu: czy skanowanie danych zbliżeniowych "plastików" przez czytnik domowej produkcji rzeczywiście niczym nam nie grozi? Organizacje płatnicze zauważają, że w ten sposób można zebrać tylko dane, które nic złodziejowi nie dadzą. Ale ostatnio widziałem filmik autorstwa pewnej znanej grupy hakerskiej, który przypomina, że w niektórych sklepach internetowych (głównie w mateczniku kart, czyli w USA) można robić zakupy posiadając wyłącznie imię, nazwisko, numer karty i datę ważności. Hakerzy pokazują, że te dane da się radiowo "wyczytać" z karty zbliżeniowej nawet z dość dużej odległości (choć np. szef firmy First Data, rozliczającej transakcje kartowe, ostatnio powiedział portalowi Bankier.pl, że imienia i nazwiska zdalnie nie da się "wyprowadzić" z karty...).

      Raport o tym, czy plastikowe ustrojstwo, które pozwala płacić za małe zakupy bez podawania PIN-u, jest bezpieczne, bardzo się przyda. Bo wątpliwości cały czas przybywa. Szkoda, że dopiero publikacje na pierwszych stronach "Gazety Wyborczej" i seria tekstów w blogu spowodowała chęć przygotowania tego typu "audytu". Organizacje płatnicze i Związek Banków Polskich powinny się za to zabrać już kilka miesięcy temu, kiedy antyzbliżeniowy bunt klientów nie przybierał jeszcze formy wycinania z "plastików" antenek służących do transmisji radiowej na linii karta-czytnik. Reakcja Narodowego Banku Polskiego to niejedyny efekt serii moich publikacji o zbliżeniówkach mBank i Multibank umożliwiły już klientom wyłączenie funkcji zbliżeniowej w kartach, ING Bank Śląski zamierza dać klientom możliwość ograniczenia działania zbliżeń (nie wiem co to oznacza, ale jestem "za"), a Bank Millennium pracuje nad przestawieniem tego typu transakcji w tryb online. Wszystkie te zmiany, a także "audyt" NBP-owskiej rady dopisuję do listy pozytywnych zmian w naszym życiu finansowym, do których przyczynił się ten blog. 

      Zbliżenie pay-pass

       SUBIEKTYWNIE O ZBLIŻENIACH. Kto pilnie obserwuje blog "Subiektywnie o finansach", wie, że często pisałem o płatnościach zbliżeniowych. Cieszyłem się jak dziecko, kiedy po raz pierwszy zapłaciłem pay-passem za kawę i gazetę. Przemogłem się i zapłaciłem zbliżeniowo za bułę w McDonald's (a potem przemogłem się po raz drugi i ją zjadłem), zamawiałem na koszt firmy cappuccino w kawiarni. Bez obrzydzenia wybrałem się pod Barcelonę, by tam testować zbliżenia przez telefon (czego nie robi się dla moich kochanych czytelników!). Nie mniej pracowicie zbliżałem dla Was w Paryżu. Pisałem też o tym jak można ubezpieczyć się od złodziei takich telefonów-portmonetek. Świętowałem wprowadzenie technologii zbliżeniowej do warszawskiego metra oraz do pierwszych wielkich sieci handlowych. Ale potem coś się we mnie zaczęło łamać. Patrzyłem jak banki nachalnie wciskają karty zbliżeniowe osobom, które ich wcale nie chcą. Dziwiłem się, że nie pozwalają klientom zmniejszyć limitów transakcji zbliżeniowych. Chwaliłem mBank za to, że jako jeden z nielicznych daje klientom wybór: zbliżać czy nie zbliżać. Śledziłem zagrożenie, jakim jawiło się ryzyko klonowania kart zbliżeniowych. Patrzyłem na straszenie ludzi "zbliżeniówkami" przez producentów specjalnych etiu. Wykazałem odrobinę zrozumienia dla MasterCarda, który strasznie denerwował się na podważanie bezpieczeństwa technologii zbliżeniowej. Tych, którzy mieli największe wątpliwości dotyczące klonowania kart, MasterCard oskarżył wręcz o kłamstwo. Dziwiłem się, że banki i organizacje płatnicze tak pokpiły sprawę promocji kart zbliżeniowych i nie tłumaczyły ludziom, że to bezpieczna technologia. Aż wreszcie opisałem "wyczyszczono" kartę w kilkudziesięciu transakcjach zbliżeniowych bez PIN-u, dokonanych w biletomatach komunikacji miejskiej we Wrocławiu. Sądziłem, że to z tymi biletomatami jest coś nie tak, skoro "puściły" serię transakcji nie sprawdzając salda na koncie klienta. Ale potem okazało się, że problem jest grubszy... 

      KTO MA RACJĘ? SUBIEKTYWNOŚĆ O KARTACH. Na temat kontrowersji związanych z kartami zbliżeniowymi autor blogu dyskutował ostatnio z Jakubem Grzechnikiem z banku PKO BP w programie "Kto ma rację", emitowanym przez stację Polsat Biznes. Było m.in. o tym czy karty zbliżeniowe da się skonfigurować w taki sposób, aby były całkowicie bezpieczne. I o tym czy to prawda, że "macając" posiadacza takiej karty w autobusie można sklonować jego kartę. 

      Samcik-Grzechnik kto ma rację?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Po zbliżeniowej załamce: będzie śledztwo w sprawie bezpieczeństwa kart z antenką!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 marca 2013 07:47
  • środa, 27 marca 2013
    • Ruszyło się? Nowy gracz obiecuje sklepom: prowizje kartowe w dół o połowę

      Visa i MasterCard oraz tabuny otaczających te organizacje płatnicze centrów rozliczeniowych (które instalują w sklepach terminale do obsługi kart i zapewniają rozliczanie transakcji zgodne z procedurami karciarzy) wychodzą ze skóry, żeby Polacy jak najrzadziej używali gotówki. Rewolucją ma być technologia NFC i płatności zbliżeniowe, dzięki którym łatwiej i szybciej można zapłacić drobny rachunek (a właśnie takie zwykle regulujemy gotówkowo). Ale barierą w ich rozwoju jest wciąż bariera kosztów całej zabawy dla punktów handlowych. Statystyki pokazują, że tylko jedna na siedem transakcji w puncie handlowym wyposażonym w terminal płatniczy (wyłączywszy hipermarkety i sieciowe stacje paliw) to transakcja kartowa. Nic dziwnego, że małym sklepikarzom nie opłaca się podpisywać umów z centrami rozliczeniowymi, takimi jak eService, Elavon, czy First Data. Koszty dzierżawy terminalu (najmarniej 100-150 zł miesięcznie) i prowizje od transakcji oznaczają, że dopiero przy porządnych obrotach wychodzi się na swoje. A umowę trzeba podpisać na kilka lat. Bez względu więc na to jak bardzo Polacy pokochają karty, duża grupa sklepikarzy i właścicieli punktów usługowych nie będzie chciała akceptować kart.

      Chyba, że... ktoś spróbuje ominąć ten cały system i wyeliminować z "przewodu pokarmowego"  tradycyjne centra rozliczeniowe, które mało zarabiają na samych transakcjach, a więcej na abonamentach, czynszach i różnych stałych opłatach, którymi wiążą sklepikarzy. Taką właśnie próbę chce podjąć firma Payleven, która wystartowała właśnie z alternatywnym pomysłem dla właścicieli sklepów i punktów usługowych na akceptację kart. Pomysł jest następujący: zamiast drogiego terminala do obsługi kart mały PIN-pad, mający te same funkcje, ale udostępniany sklepikarzowi za jednorazową opłatą. rzędu 150-200 zł (bez abonamentu). A zamiast całej aparatury do szyfrowania i transmisji danych - mająca podobne właściwości aplikacja załadowana na smartfona, który nosi przy sobie handlowiec. A na koniec: zamiast fizycznego sprzedawcy, który to wszystko musi zareklamować, sprzedać i zainstalować (i za którego per saldo płaci sklepikarz), sprzedaż całego pakietu do transakcji kartowych przez internet. Aplikację do obsługi kart ściąga się na smartfona przez internet, zaś PIN-pad przychodzi pocztą. Oba urządzenia można "sparować" ze sobą za pomocą technologii bluetooth, która jest prosta jak drut i którą zna chyba każdy posiadacz telefonu komórkowego.

      Payleven

      Ile pozwalają zaoszczędzić te trzy cechy Payleven? Tak jak wspomniałem wcześniej - za PIN-pad płaci się tylko 150-200 zł jednorazowo (tak naprawdę urządzenie jest dwu-, trzykrotnie droższe, ale firma dotuje je, by nie przerażać klientów kosztami). Później zarówno aplikacja, jak i terminal są dla sklepikarza bezpłatne. Firma zarabia wyłącznie na prowizjach od transakcji, które wynoszą 2,95% od każdej transakcji plus 35 groszy opłaty stałej. Są to pozornie opłaty nie odbiegające od tych, które płacą sklepikarze obsługiwani przez "tradycyjne" firmy rozliczeniowe, takie jak First Data, czy eService. Ale w Payleven twierdzą, że już sama oszczędność na kosztach dzierżawy terminala, brak kosztów dodatkowych (centra rozliczeniowe uwielbiają wpisywać do umów dodatkowe opłaty), pełna elastyczność w korzystaniu z "wynalazku" (brak abonamentów i zobowiązań), a także mobilność oferowana przez system (PIN-pad jest tylko nieco większy od przeciętnego smartfona, a oba te urządzenia można bez problemu przenosić) to zalety, które musi docenić każdy właściciel niewielkiego punktu handlowego lub usługowego. Podobno jest jeszcze 500.000 handlowców, którzy nie akceptują kart. A koszt dotarcia do nich przez tradycyjne firmy rozliczeniowe będzie tak duży, że gra będzie niewarta świeczki dla żadnej ze stron. A Payleven chce się reklamować przez internet i pocztą pantoflową. Nie ma kosztów pośredników, ani infrastruktury, zamierza docierać tam, gdzie nikomu innemu z karciarzy dotrzeć się nie opłaci.

      No to jeszcze pewien drobiazg:  Payleven nie jest centrum rozliczeniowym, a jedynie pośrednikiem, który dostarcza sprzęt i oprogramowanie do przetwarzania transakcji bezgotówkowych. Po przetworzeniu transakcja musi być rozliczona przez certyfikowane centrum rozliczeniowe, spełniające wymogi organizacji płatniczych. Payleven współpracuje z holenderskim centrum rozliczeniowym, które ma umowę na rozliczanie transakcji dokonywanych kartami Visa, MasterCard i  Diners Club. Zaletą Holendrów ma być to, że pieniądze z każdej rozliczonej transakcji popłyną na konto sklepikarza już w ciągu tygodnia.   Trzeba mieć też odpowiedni telefon - na początku mobilne czytniki będą kompatybilne z systemem iOS i Android. A co z bezpieczeństwem? Podobno z PIN-padu do smartfona lub tabletu wszystkie dane idą już zaszyfrowane, a potem - w takiej samej postaci - są transmitowane na serwery holenderskiego centrum rozliczeniowego.

      Z punktu widzenia klienta transakcja - co sprawdziłem własnoręcznie, bo testowałem system w jednej z warszawskich restauracji, a także u jednego z taksówkarzy - wygląda bardzo podobnie do takiej z "normalnym" terminalem płatniczym. PIN-pad dostarczany przez Payleven jest bardzo podobny do standardowego, tyle że mniejszy. Mniejsze są klawisze, przez co kod PIN nieco trudniej się wklepuje. Druga różnica jest poważniejsza - z takiej transakcji nie ma możliwości wydrukowania potwierdzenia takiego, jak przy zwykłej płatności kartą. Klient może podać adres e-mail i dostanie potwierdzenie w formie elektronicznej. I to podobno budzi największe zdziwienie u klientów płacących w tym systemie kartą, ale raczej pozytywne, bo elektroniczne potwierdzenie jest niby takie... ą, ę, nowoczesne. Te e-mailowe potwierdzenia są nawet trochę dokładniejsze, niż zwykłe, bo wynika z nich nie tylko za ile i w jakim sklepie kupiliśmy coś kartą, ale nawet co kupiliśmy. Zresztą na tej wiedzy chce też zarabiać Payleven, a nie tylko na prowizjach od transakcji kartami. Jeśli konsument zgodzi się na zbieranie przez system informacji o jego zakupach w danym punkcie handlowym, to Payleven stworzy na tej podstawie bazę informacji dla sklepikarza, z których będzie wynikało co, gdzie, kiedy i dlaczego się u niego kupuje. Ten numer u nas na pewno nie przejdzie, o czym przekonał się ostatnio wiceprezes Alior Banku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ruszyło się? Nowy gracz obiecuje sklepom: prowizje kartowe w dół o połowę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 marca 2013 16:21
    • Nowych ROR-ów jak mrówków, a i tak dwie trzecie kont mamy w... pięciu bankach

      Klienci aktywnie korzystający z kont osobistych w tym roku mogą wyjątkowo wydatnie pomóc swoim bankom w zarabianiu pieniędzy. Niskie marże odsetkowe, słaby rynek kredytowy, wzrost wartości straconych kredytów udzielonych w przeszłości i ciążące wielu bankom koszty dużych sieci placówek - to wszystko przyczyny, które rodzą ból głowy dla suto opłacanych prezesów banków. A stabilne dochody z kont osobistych i dołączonych do nich produktów (np. prowizje za debety, czy za używanie kart), a także z transakcji (np. przelewy ekspresowe, płatności kartowe) to niezawodna aspirynka  na ten ból. Dlatego kiedy spojrzałem na najnowsze dane serwisu PR News, który podsumował rynek kont osobistych na koniec 2012 r., to nie zdziwiłem się widząc wysokie przyrosty obsługiwanych kont przy wszystkich największych bankach. O ile jeszcze kilka lat temu giganci tego rynku pozwalali sobie na wypuszczanie klientów do konkurenci, tak teraz już tego nie robią. Mówiąc o gigantach mam na myśli pięć banków, które prowadzą co najmniej 2 mln kont osobistych (lub o tę granicę zahaczają.

      Ta wielka piątka kontroluje aż 63,5% rynku, co oznacza, że w jednym z tych banków swoje podstawowe konto osobiste ma dwóch na trzech z nas. Co więcej, z całego rocznego przyrostu liczby ROR-ów na rynku - a wyniósł on ponad 1,56 mln nowych rachunków - banki z wielkiej piątki zgarnęły ponad jedną trzecią (ok. 550.000). To oznacza, że pozostali nie są w stanie gonić liderów w niebezpiecznym tempie. Kogo zaliczam do tej elity, rozdającej karty na rynku? To oczywiście PKO BP (6,22 mln rachunków, roczny wzrost o 74.000 kont) oraz Bank Pekao (3,41 mln otwartych kont, wzrost o 52.600). Dużą zasługą PKO BP jest pokonanie pod względem tempa wzrostu liczby obsługiwanych ROR-ów odwiecznego rywala, mającego do niedawna żubra w logo. Wcześniej to Pekao, choć nie wydawał kilkudziesięciu milionów złotych rocznie na reklamy, szybciej rósł na rynku ROR-ów. Teraz PKO BP wreszcie odwrócił trend - nie tylko nie traci już klientów, ale też zyskuje ich szybciej, niż wielki konkurent. Trzecim największym RORo-graczem nie jest już mBank (razem z Multibankiem prowadzi 2,48 mln kont, roczny wzrost o 144.000), lecz grupa Santander, czyli BZ WBK i Kredyt Bank. Łącznie banki z grupy Santander mają 2,67 mln ROR-ów (roczny przyrost o 135.000). W elicie jeszcze z trudem mieści się ING Bank Śląski, który polizał granicę dwóch milionów - bank z Lwem prowadzi 1,95 mln ROR-ów (wzrost o 137.000).

      Choć - jak wspomniałem - najwięksi nie zaniedbali w zeszłym roku walki o nowych klientów, to żaden z pięciu największych banków w polsce (pod względem liczby obsługiwanych ROR-ów) nie znalazł się na podium banków, które pozyskiwały nowe konta najszybciej. Jeśli trzeba byłoby wybrać jakichś pretendentów, którzy mają szansę wskoczyć do elity, to dość pewnym kandydatem byłaby grupa Alior Banku (1,21 mln ROR-ów, licząc razem z Alior Sync). W banku z melonikiem i w jego Syncu powstało w zeszłym roku aż 433.000 nowych ROR-ów, co oznacza, że banki rządzone przez Wojciecha Sobieraja zgarnęły "drugą jedną trzecią" z rocznego przyrostu ROR-ów (po tym, jak "pierwszą jedną trzecią" zjadła wielka piątka). Drugim bankiem najszybciej pozyskującym ROR-y jest Bank Pocztowy - ma ich 728.000, ale przez rok przybyło 212.000 nowych. W przypadku obu banków trudno powiedzieć ile z tych ROR-ów uda się "zaktywizować", bo nie ma wątpliwości, że część z nich zostało założonych "na próbę". Bank Pocztowy w dodatku udanie eksploruje niszę klientów "nieubankowionych" Do tej dwójki na podium dołączy też grupa Getin Noble Bank, która ostatnio zmieniła strategię i pochwaliła się kilkoma nowościami. W Getin Noble jest tylko 598.000 kont, ale wzrost w skali roku - 162.000 - budzi szacunek. Choć nie wiem czy w Getinie zdołają zdjąć z siebie odium "banku jednorazowego użytku" 

      Do pięciu banków z wielkiej piątki i trzech pretendentów najszybciej rosnących trzeba jeszcze dodać na "listę obserwacyjną" dwa banki, które zawsze mogą zamieszać, a są na tyle duże, że przy spięciu pośladków mogą powalczyć o wejście do elity już teraz, a nie - jak Alior, Bank Pocztowy i grupa Getin Noble - dopiero za dwa-trzy lata. To Bank Millennium (obsługuje 1,57 mln kont, przez rok przyrosło mu o 140.000, to mniej więcej taki wzrost, jak w mBanku, Santanderze i ING) oraz Eurobank (1,46 mln ROR-ów). Pierwszy z tej dwójki ma fajne portfolio produktów i zacną sieć oddziałów, żeby je oferować (że przypomnę tylko konto ze zwrotem 3% za zakupy, jedno z pierwszych tego typu, jakie pojawiły się na rynku), a drugi ma Piotra Adamczyka w reklamach i dużo klientów "pożyczkowych", którym może próbować  dorzucać ROR-y. Gdybym miał wróżyć z fusów, to większy sukces chyba przepowiadałbym Bankowi Millennium. Wśród dużych graczy na rynku bankowym zdecydowanie zawodzą Raiffeisen-Polbank, który stracił w zeszłym roku 142.600 kont osobistych (ma ich teraz 483.000) oraz Citi Handlowy, który staje się bankiem niszowo-wielkomiejskim i też ROR-ów mu ubyło (minus 62.500, ma teraz 397.000).

      Wzrost liczby prowadzonych ROR-ów o 1,56 mln w ciągu roku to bardzo dobry wynik branży bankowej. Ale nie mam wątpliwości, że co najmniej połowa z tych nowo-założonych kont (jeśli nie dwie trzecie), to rachunki założone "na próbę", z powodu jakiejś promocji, bądź też w ramach obowiązkowego cross-sellu (np. związanego z kredytem hipotecznym czy gotówkowym). Albo... na skutek planu sprzedażowego, który musiał wypełnić pracownik ;-). Takie konta trudno będzie zamienić bankom na żyły złota, a w każdym razie nie uda się to w każdym przypadku. Więc na statystyki dotyczące przyrostu ROR-ów patrzyłbym przez palce i czekał na weryfikację tej różowej rzeczywistości. Banki po kolei - tak jak niedawno zrobił do Alior - będą mówiły swoim klientom "sprawdzam" i wprowadzały coraz wyższe (aż do poziomu "zaporowego") opłaty za brak aktywności. Tym sposobem wymuszą zamykanie ROR-ów przez klientów, którzy nie rokują, co pewnie kiedyś odbije się na statystyce (być może to właśnie tajemnica spadku Raiffeisen-Polbanku?), ale na pewno nie na biznesie. Pozdrawiam też tych bankowców, którzy nie chcieli się pochwalić PR Newsowi swoimi osiągnięciami.  Widać w Banku BPH, Meritum Banku, Invest Banku, FM Banku, Idea Banku, Toyota Banku oraz Volkswagen Banku direct. nie mają się czym chwalić ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Nowych ROR-ów jak mrówków, a i tak dwie trzecie kont mamy w... pięciu bankach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 marca 2013 08:02
  • wtorek, 26 marca 2013
    • "Nabici" tracą argumenty w wojnie z BRE? Bank "atakuje"... aferą LIBOR-ową

      Wydawało się, że bankom z grupy BRE w sporze ze zbuntowanymi kredytobiorcami pozostają już tylko modły i gra na czas. To pierwsze - by stał się jakiś cud, a to drugie - by przynajmniej odsunąć przesądzone już w zasadzie rozstrzygnięcie sądowe. Być może niegłupim pomysłem byłoby zbieranie kasy na rekompensaty dla klientów, które mogą teoretycznie sięgnąć kwot liczonych w dziesiątkach milionów złotych. Sam tylko proces zbiorowy, który trwa przed sądem w Łodzi, skupia 1247 kredytobiorców, a są przecież jeszcze inne. Proces w ramach pozwu grupowego jeszcze na dobre nie ruszył (nie było merytorycznej rozprawy, sąd rozstrzygał za to liczne wnioski formalne), ale z Łodzi dochodzą mnie wieści, że prowadzący sprawę sędzia nie ma w sobie zbyt wiele ze stetryczałej Temidy. A co za tym idzie - będzie chciał jeszcze w tym dziesięcioleciu pokazać, iż prawdziwie Wysoki Sąd poznaje się po tym samym, po czym poznaje się Leszka Millera. 

      Patrząc na wyniki podobnych do sporu "Nabici" vs BRE spraw sądowych, czy to rozgrywających się przed sądami cywilnymi, czy to przed Sądem Ochrony Konkurencji, nie postawiłbym u buka na wygraną BRE i spodziewałbym się stawek takich, jak na to, ze kardynał Bergoglio zostanie papieżem ;-). Przypomnę pokrótce, że idzie o oprocentowanie kredytów hipotecznych w walutach obcych. Przed 2007 r. mBank i Multibank wpisywały do umów klauzulę o tym, że oprocentowanie kredytów zależy od decyzji zarządu grupy BRE, która jest właścicielem obu instytucji. Kiedy wskaźnik LIBOR, pokazujący cenę pieniądza na rynku międzybankowym, zaczął spadać, klienci domagali się obniżek oprocentowania swoich kredytów. Stawki jednak nie spadały, a klienci zebrali się w zwartą grupę i zaczęli z bankiem walczyć. Najpierw były wspólne akcje w internecie i na ulicach, a teraz 1247 osób wspólnie walczy w sądzie o uznanie, że zapisy w umowach, podyktowane przez mBank i Multibank, są nieważne, bo za mało precyzyjne.

      Ale prawnikom BRE niczym cud mniemany spadła z nieba afera LIBOR-owa. W BRE zawsze twierdzili, że oprocentowanie ich kredytów nie spadało razem z LIBOR-em, bo bank uzależniał je od faktycznego kosztu pozyskania franków szwajcarskich na rynku. Przekonywali też, że LIBOR nie w pełni te koszty odzwierciedlał. Oczywiście wszyscy pukali się w głowy słuchając tych bredni, dopóki nie okazało się, że ponad 20 banków po obu stronach oceanu przez długie lata "ustawiało" stawki pożyczek międzybankowych. Za tę zmowę - objawiającą się przeważnie zaniżaniem LIBOR-u - bankowcy zapłacili już ok. 8 mld euro grzywien. Czy trzeba lepszego prezentu, by teraz dowodzić w polskim sądzie, że nie było nic złego w tym, iż bank kierował się faktyczną, a nie "ustawioną" ceną pieniądza? Prawnicy reprezentujący zbuntowanych klientów mogą powołać się na to, że BRE w dużej mierze pozyskiwał franki od swojego właściciela, niemieckiego Commerzbanku, po wysokiej cenie. I że te koszty niesprawiedliwie chciał przerzucić na klientów. Ale to już nie to samo, jak rzucenie Wysokiemu Sądowi przed nos wykresu z porównanie zmian stawek LIBOR i oprocentowania kredytów. 

      Szaleństwo czy okazja? Bank kusi klientów polisą od wysokiego LIBOR-u

      W BRE poczuli wiatr w żagle. Po tym, jak sąd zarekomendował klientom i bankowi spotkanie w Centrum Mediacji Gospodarczej, a występująca w imieniu kredytobiorców Miejska Rzecznik Konsumentów Anna Rothert propozycję odrzuciła, bank wydał wyjątkowo ostre oświadczenie, sugerujące, że to już koniec pieszczot. "Ostateczne rozstrzygnięcie pozostaje sprawą otwartą, niemniej argumentacja powoda w odniesieniu do stawki LIBOR jako jedynej i miarodajnej, kształtującej wysokość oprocentowania, doznała wobec ostatnich, powszechnie znanych faktów, znacznego zdewaluowania. Jak już powszechnie wiadomo, stawka LIBOR w spornym okresie była niewiarygodna i podlegała wielokrotnym manipulacjom. (...) Zaskoczeniem okazał się nagły, niezrozumiały sprzeciw powoda na prowadzenie mediacji. (...) Skierowanie sprawy do mediacji dawało realną szansę na sprawne zakończenie postępowania w krótkim czasie. Niestety decyzja Miejskiego Rzecznika Konsumentów w Warszawie może skierować sprawę na tory długiego, wieloinstancyjnego i kosztownego postępowania sądowego" - straszy bank w komunikacie.

      Czytaj też: Nabici niczego ich nie nauczyli? Znowu cwaniakują z procentami!

      Na razie wygląda na to, że próba "zmiękczenia" zbuntowanych kredytobiorców aferą LIBOR-ową nie jest zbyt skuteczna. Z punktu widzenia zbuntowanych klientów mediacje mogą wyglądać na kolejną stratę czasu. Proces grupowy i tak trwa już formalnie od ponad roku, końca nie widać, a to dopiero pierwsza instancja... Poza tym prób polubownego załatwienia sprawy było już kilka i żadna nie przyniosła efektu. Bank proponował podpisanie aneksów do umów, które zmieniały sposób ustalania oprocentowania na wzór oparty na wskaźniku LIBOR i marży. Sęk w tym, że klienci domagali się marży w okolicach 1% powyżej LIBOR-u, a bank proponował marże w okolicach 2,5%. Przy tak dużej rozbieżności stanowisk rzeczywiście nie ma o czym gadać. Choć w świetle "afery LIBOR-owej" niewykluczone, że zbuntowani klienci stracili część ważnych argumentów, które mogliby przedstawić w sądzie, to na poparcie tezy, że zostali oszukani wciąż zostają im argumenty mówiące o nieprecyzyjnych zapisach w umowach. A to wciąż mocna rzecz.

      INSTYTUT OBYWATELSKI POLECA ABC OSZCZĘDZANIA. Od czasu do czasu polecam Wam ciekawe strony internetowe lub artykuły poświęcone domowym finansom. Dziś proponuję Wam zerknąć na e-book "Ekonomia jest prosta", w którym Instytut Obywatelski tłumaczy prostymi, żołnierskimi słowami  podstawowe pojęcia dotyczące pieniędzy. Zapraszam zwłaszcza tych z Was, którzy mają dzieciaki w wieku szkolnym, dla nich to też może być ciekawa lektura.  

      SUBIEKTYWNIE O PENSJACH BANKOWCÓW. Po ile zrzucacie się na pensje prezesów banków? Lider ma 4,5 mln zł rocznie, najniżej opłacany bankowiec z dziesiątki największych banków - 1,5 mln zł. Za dużo? Większość ministrów finansów z krajów Unii Europejskiej opowiedziało się za tym, aby ograniczyć premie bankowców. Projekt regulacji przewiduje, że premia nie może przekroczyć jednokrotności rocznych zarobków top-menedżera. Jeśli zgodzą się akcjonariusze - a nie tylko rada nadzorcza - premia może wzrosnąć do dwukrotności poborów podstawowych menedżera. Czy to głupie, czy mądre? Przeczytajcie mój tekst publicystyczny na ten temat, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej" i obejrzyjcie materiał Polsatu w którym było troszkę subiektywności.

      Premie bankowców samcik

      POLEĆ SUBIEKTYWNOŚĆ ZNAJOMYM! Strony blogu "Subiektywnie o finansach" to jedno z najpopularniejszych miejsc w internecie, poświęconych finansom osobistym. Jeśli chcecie się dowiedzieć, czy najnowsza oferta Waszego banku jest rzeczywiście tak atrakcyjna, jak wygląda na pierwszy rzut oka - właśnie tu znajdziecie niezależną, uczciwą, subiektywną jej recenzję. Zapraszam Was też do grona 16.000 fanów blogu w Facebooku. Poza zajawkami wpisów blogowych na facebookowym fan-page'u  "Subiektywnie o finansach" znajdziecie też ciekawostki dotyczące Waszych pieniędzy. Zapraszam na stronę blogu "Subiektywnie o finansach" w Facebooku! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „"Nabici" tracą argumenty w wojnie z BRE? Bank "atakuje"... aferą LIBOR-ową”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 marca 2013 15:49
    • Widzisz plakat, czujesz impuls, skanujesz kod, kupujesz. Diabelski system już działa

      Pamiętacie jak pisałem o pomyśle Citi Handlowego, który jako pierwszy  bank w Polsce pozwolił klientom błyskawicznie opłacać rachunki przez komórkę, za pomocą tzw. fotokodów (zwanych też QR-kodami)? Patent nazywa się Fotokasa. Bardzo mi się to spodobało, bo żaden znany mi sposób płacenia nie jest tak szybki. Logujemy się do bankowości mobilnej, skanujemy kod obrazkowy (przypomina to-to nieco kod kreskowy, tyle, że QR-kody są kwadratowe), zatwierdzamy transakcję i finito - zapłacone. Szybko, łatwo, bezboleśnie. Nie trzeba nic wpisywać na potwierdzeniu przelewu, nie trzeba odpalać bankowości internetowej. Jedyny problem polega na tym, że nie wszyscy dostawcy faktur umieszczają fotokody na wysyłanych do klientów formularzach. I że czasem coś im się źle utnie, co powoduje, że fotokod nie nadaje się do odczytu.. "Mam akurat do zapłacenia fakturę z PGNiG i Netii (których to wystawców Citi namówił do drukowania fotokodów na fakturach), więc postanowiłem spróbować. Efekty? Fotokod na fakturze PGNiG wydrukowany został niefortunnie w prawym dolnym rogu i widać, że obcięte jest jakieś 1-2 mm. Aplikacja nie jest w stanie go odczytać. Na fakturze Netii pomimo wszelkich zaklęć fotokod się nie pojawił" - alarmował mnie ostatnio czytelnik".

      W Citi jednak się nie zrażają. Tak się zapalili do pomysłu popularyzowania płatności poprzez skanowanie fotokodów, że przynajmniej dwukrotnie zorganizowali promocję, w ramach której zwracali 10% kasy za rachunki opłacone w ten sposób (oczywiście w ramach określonego i nieprzesadnie wygórowanego limitu). A co ważne - mają naśladowców. To właśnie na mobilnych zakupach z wykorzystaniem fotokodów chce zrobić karierę system CodiPay, który wystartował kilka dni temu. Tyle, że w CodiPay nie ma znaczenia w którym banku masz konto. Z systemem tym możesz "spiąć" dowolną kartę płatniczą, wydaną przez dowolny bank. Trzeba tylko ściągnąć sobie na smartfona aplikację, zarejestrować się w systemie i zdefiniować w koncie CodiPay jedną z posiadanych kart. Na razie aplikacja daje się zainstalować tylko na telefonach z systemem iOS oraz Android, ale niedługo ma ruszyć na Windows Mobile i Blackberry. Rozliczanie transakcji następuje przy użyciu platformy MasterCard Mobile, czyli mniej więcej tak, jak rozlicza się każdą tradycyjną transakcję kartową (ta platforma obsługuje też karty Visa).

      Testowałem to ustrojstwo - rzeczywiście, chodzi szybciutko. Skanujesz fotokod, jeśli trzeba wpisujesz kwotę, zatwierdzasz PIN-em i gotowe. Wygoda i szybkość płacenia telefonem porównywalna z kartowymi transakcjami zbliżeniowymi. Tyle, że fotokod łatwiej nadrukować na reklamie wiszącej przy przystanku autobusowym, niż postawić tam terminal do płacenia kartą ;-). W porównaniu z bankowością mobilną oferowaną przez T-Mobile wspólnie z trzema bankami, przewagą CodiPay jest to, że aby niego korzystać, nie musimy mieć konta w wybranym banku, ani abonamentu telefonicznego u konkretnego operatora. "Przypinanie" karty też jest dość łatwe - podaje się tylko numer karty i datę jej ważności. System co prawda nie sprawdza czy nazwisko na karcie zgadza się z właścicielem smartfona, ale jest inny system uwierzytelniania karty: przy pierwszej transakcji zakupowej CodiPay prosi o podanie kodu CVC, który jest nadrukowany na odwrocie karty. Po jego podaniu system obciąża konto karty, którą klient "spiął" z CodiPay losowo wybraną kwotą (kilkugroszową) i prosi klienta, by ją podał w okienku aplikacji. To oznacza, że posiadacz karty musi się zalogować do systemu bankowości internetowej i sprawdzić jaką kwotą została obciążona jego karta. Dzięki temu CodiPay zyskuje pewność, że "podpięta" do niego karta rzeczywiście należy do klienta, który chce ją zarejesteować. Następnie definiujemy kod mPIN do karty, który będziemy podawali przy każdej kolejnej transakcji i gotowe. 

      Mamy więc dwa szczeble bezpieczeństwa: PIN do aplikacji (definiujemy go przy rejestracji) oraz mPIN przy płatności (definiujemy go przy pierwszej płatności, po dość upierdliwym procesie potwierdzenia obciążeniem, że karta jest "przypięta" do naszego konta bankowego)  Jest tylko jeden, drobny problem. Istnieje dość poważne domniemanie, że CodiPay, najzwyczajniej w świecie wyprzedził swój czas. Płacenie poprzez skanowanie kodów obrazkowych to fantastyczny pomysł, ale... bardzo niewiele jest firm, które oferują możliwość płacenia za swoje towary za pośrednictwem fotokodu. Nawet jeśli kody QR są nadrukowane na reklamach, czy plakatach, to zwykle po prostu przekierowują na stronę firmy, albo do jej serwisu zakupowego, gdzie transakcję trzeba już przeprowadzić tradycyjnie, czyli wybierając produkt, zatwierdzając itp. Płacenie za pomocą skanowania fotokodów faktur i rachunków - super sprawa, ale raptem 5-6 firm je nadrukowuje na wysyłanych do klientów papierach. Warto mieć smarfona z CodiPay w pogotowiu, ale na intensywne zakupy czynione w ten sposób jeszcze za wcześnie. Na razie to głównie ciekawostka przyrodnicza.

      Codipay

      Choć przecież kilka miesięcy temu sieć delikatesów Piotr i Paweł, wspólnie z Transferuj.pl, reklamową firmą AMS i Instytutem Logistyki i Magazynowania przeprowadziły pilotaż polegający na rozwieszeniu w Poznaniu specjalnych platatów z ofertą delikatesów uzupełnioną o fotokody. Zakupy mogą wyglądać w takiej opcji kusząco: stoisz na przystanku i czekasz na autobus, a jednocześnie skanujesz kody i tym samym robisz zakupy, które ktoś przywiezie ci do domu. Generalnie pomysł z zakupami przez fotokod to genialna sprawa z punktu widzenia handlowców i marketingowców. Zamiast mieć nadzieję, że człowiek, który zobaczył naszą reklamę, będzie pamiętał, żeby przy najbliższej okazji kupić coś w naszym sklepie, pozwalamy mu podjąć spontaniczną decyzję o zakupie i natychmiast ją zrealizować. Jak zmienią się reklamy, kiedy ten pomysł się upowszechni? Pewnie będzie więcej gry na emocjach, która ma skłonić użytkownika takiego np. CodiPay'a, przechodzącego właśnie obok plakatu, albo przeglądającego gazetę, żeby zeskanował kod i kupił coś natychmiast.

      Czytaj też: Nadzór bankowy krytycznie o płaceniu telefonem. Dlaczego? 

      To melodia przyszłości. O tyle niepewna, że nie wiemy ile może kosztować handlowca przyjemność korzystania z systemu CodiPay i MasterCard Mobile. Mówimy tu o nieco zmodyfikowanej i uproszczonej transakcji bezgotówkowej, rozliczanej na takich samych zasadach, jak płatność kartą (czyli z interchange fee). Nie można wykluczyć, że prowizje pobierane przez organizatorów tego interesu na początku mogą być dość słone i zniechęcać do organizowania wokół fotokodów e-handlu. No, ale może niepotrzebnie martwię się na zapas. Na razie nowinka wystartowała i jest w fazie dołączania do niej kolejnych funkcji. Wkrótce telefonami wyposażonymi w CodiPay da się zapłacić zbliżeniowo w terminalach sklepowych oferujących płacenie przez zbliżenie. Już teraz w sklepach internetowych obsługiwanych przez eCard (nie wiem czy we wszystkich) można płacić za zakupy wybierając płatność CodiPay. Jest to o tyle fajne, że nie trzeba podawać na stronie e-sklepu danych karty, ani kodu CVC - jest więc trochę bezpieczniej i wygodniej, niż przy tradycyjnej płatności kartą. Ale ja najbardziej czekam na kupowanie przez fotokody. Oj, przybędzie zakupoholików. Diabelski wynalazek.... A Wam jak się podoba ta nowinka? Widzicie jakieś wady, zagrożenia, luki bezpieczeństwa? Piszcie i komentujcie!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Widzisz plakat, czujesz impuls, skanujesz kod, kupujesz. Diabelski system już działa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 marca 2013 01:03
  • poniedziałek, 25 marca 2013
    • Ile pieniędzy trzeba skonfiskować ludziom, by Europa wyszła z długów? Policzyli ;-)

      Likwidacja jednego banku i restrukturyzacja drugiego - to rozwiązanie ma uratować cypryjską branżę finansową od katastrofy. Posiadacze depozytów do 100.000 euro nie stracą ich, za to ci, co mają w cypryjskich bankach więcej - muszą się liczyć z trudnymi jeszcze do oszacowania stratami. Konfiskata części oszczędności podobno nie jest w Europie precedensem, jak donosi "Obserwator Finansowy", zrobił to już kilka lat temu jeden z banków w Danii. Cypryjskie banki może przetrwają, a może nie, lecz trzeba zadać pytanie co będzie gdy jakaś zła wiadomość zachwieje wiarygodnością Hiszpanii, Portugalii, czy Włoch. Nie można wykluczyć, że posiadacze depozytów w tamtejszych bankach dużo chętniej pójdą do bankomatów. A powtórzenie cypryjskiej blokady na skalę, lekko licząc, dziesięciokrotnie większą, mogłoby już położyć finansową Europę na łopatki. Ale z drugiej strony... skąd wziąć kasę na ratowanie europejskich banków, które ledwie dyszą? Steen Jakobsen, główny ekonomista Saxo Bank (od dawna słynący z kontrowersyjnych wypowiedzi), uważa, że... podatek od oszczędności na Cyprze to dopiero początek.

      Czytaj też: Cypr w Polsce? Rząd rocznie "konfiskuje" nam 3,5 mld euro

      "Musimy utworzyć wart 2-3 biliony euro fundusz, aby powstrzymać rozkład systemu bankowego. Oczywiście z podatku od oszczędności, wynoszącego 20-30% można by stworzyć ten fundusz poza finansami publicznymi" - uważa Jakobsen. Macie ciarki na plecach? To posłuchajcie jeszcze głównego ekonomistę Citigroup, Willema Buitera w FT Alphaville: "Ratowanie państwa ze środków wierzycieli banków podnosi zdolność kredytową państwa cypryjskiego. A rynki dostrzegą, że większe jest prawdopodobieństwo ratowania państwa ze środków nieubezpieczonych wierzycieli banków niż ratowania nieubezpieczonych wierzycieli banków ze środków podatników” - napisał Buiter. A jeśli banków w Europie nie da się uratować bez sięgania do kieszeni tych, którzy trzymają tam depozyty? Może powinni oni wyłożyć część kasy, zamiast czekać, aż zrobią to wszyscy podatnicy (bo na tym przecież zasadzają się państwowe gwarancje depozytów)?

      Skoro już zdaliśmy sobie sprawę z tego, co nieuniknione :-), to mam dla Was kilka interesujących cyferek. Odesłanie do nich znalazłem u prof. Krzysztofa Rybińskiego, który - zapewne także z przekonania, a nie tylko z konieczności promowania swojego funduszu inwestycyjnego Eurogeddon - niezmiennie wróży rozpad wszystkiego. No, może poza Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Na razie mu się nie sprawdza i oby tak zostało :-). Nie zmienia to faktu, że czasem zaglądam na blog profesora, by przeczytać "coś z zupełnie innej beczki". Ostatnio znalazłem fragmenty przeprowadzonej w 2011 r. analizy Boston Consulting Group (BCG). Wynika z niej, że mieszkańcy Europy Zachodniej zgromadzili w sumie aż 18 bilionów euro oszczędności. To kupa forsy, którą niejeden rząd chciałby się zająć ;-). BCG policzył więc jaki jednorazowy podatek od swojego bogactwa musieliby zapłacić mieszkańcy poszczególnych krajów, by zadłużenie Europy spadło do rozsądnego poziomu. A za taki rozsądny poziom BCG uważał w 2011 r. sytuację, w której zadłużenie państwa, przedsiębiorstw i gospodarstw domowych nie przekracza 180% PKB (czyli wartości wyprodukowanych w danym kraju dóbr i usług w skali roku). Co wyszło z tych wyliczeń?

      Wealth tax - BCG

      Okazuje się, że aby zmniejszyć do rozsądnego poziomu zadłużenie Niemiec, ciułacze w tym kraju musieliby zapłacić 11% jednorazowego podatku od swoich oszczędności. Francuzi musieliby oddać już 19%, zaś Włosi - co czwarte zaoszczędzone euro. W Wielkiej Brytanii konfiskacie musiałoby podlegać 27% oszczędności obywateli, zaś w Hiszpanii i Portugalii - nawet ponad połowa. Średnia stawka takiego hipotetycznego podatku-konfiskaty wyniosłaby dla krajów strefy euro 34%. Po zrealizowaniu tego planu obywatele byliby ubożsi o 6,1 biliona euro, ale za to ich zadłużenie, a także zadłużenie państwa spadłoby do bezpiecznego poziomu. Cóż, 6,1 biliona to aż nadto kasy, do stworzenia funduszu, który dokapitalizowałby banki, wystarczyłaby, jak twierdzi Steen Jakobsen z Saxo Banku, 2 biliony. A więc podatek od oszczędności mógłby wynieść tylko 10%. Cieszycie się? ;-)..Nota bene z wyliczeń BCG wynika też, że gdyby identyczną operację "przymusowego oddłużenia" zastosować w USA, to tamtejsi obywatele musieliby oddać co czwartego dolara ze swoich oszczędności, czyli w sumie 8,2 biliona dolarów. Na wykresie to oddłużenie na rachunek oszczędzających wygląda tak:

      Wealth tax - BCG

      A może nie warto się bulwersować "operacją cypryjską"? Przecież to tylko alternatywa dla innego, stosowanego powszechnie wariantu "konfiskowania: ludziom oszczędności - dodruku pieniądza. Im więcej euro, dolarów, czy złotówek w naszych kieszeniach, tym mniej są realnie warte - zżera je inflacja. A spadek realnej wartości pieniądza zawsze w największym stopniu uderza w tych, którzy mają w bankach jakieś oszczędności. Powiedział o tym szczerze w wywiadzie dla RMF FM Witold Orłowski, członek zespołu doradców strategicznych premiera. "Gdyby w Polsce było aż tak źle, jak na Cyprze?" - dopytywał Orłowskiego dziennikarz o to, czy komuś nie przyszłoby do głowy ogolenie Polaków z depozytów w bankach. A ten odpowiedział, że...wtedy Narodowy Bank Polski wydrukowałby pieniądze i na pewno bankom by ich nie zabrakło. Tyle, że Cypr dodrukować pieniędzy nie może, bo jest w strefie euro, w której za podaż pieniądza odpowiada Europejski Bank Centralny. Musi więc zabrać pieniądze oszczędzającym wprost, w ramach podatków, a nie poprzez obniżenie ich wartości. Taka jest naga prawda ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (33) Pokaż komentarze do wpisu „Ile pieniędzy trzeba skonfiskować ludziom, by Europa wyszła z długów? Policzyli ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 marca 2013 16:19

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line