Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • poniedziałek, 31 marca 2014
    • Dziś blog "Subiektywnie o finansach" kończy pięć lat. Zamiast tortu - konkurs z nagrodami!

      Dokładnie pięć lat temu, 31 marca 2009 r., powstał blog "Subiektywnie o finansach". Nie przypuszczałem wówczas, że tak bardzo go polubicie, a tym bardziej nie przypuszczałem, że ja tak bardzo go polubię ;-). Przez te pięć lat opublikowałem 2095 wpisów (więcej, niż jeden dziennie, wliczając soboty, niedziele i święta), a Wy opublikowaliście przy nich 25.905 komentarzy (w tym cztery obraźliwe ;-)). Przez te pięć lat kliknęliście stronę samcik.blox.pl mniej więcej 20.244.000 razy. Ostatnio liczba tzw. unikalnych użytkowników, czyli po prostu internautów, którzy tu wpadają, przekroczyła 200.000 osób miesięcznie i ciągle rośnie. Już ponad 100.000 wizyt miesięcznie blog zawdzięcza stałym czytelnikom, którzy nie trafiają tu przypadkiem, lecz sami wpisują adres blogu do wyszukiwarki. To właśnie Wy, uzależnieni od subiektywności, niczym od porannej kawy, jesteście solą mojego blogowania.

      Wszystkim fanom blogu, a także tym, którzy czytają tę stronę z obowiązku (wiem, że są i tacy) serdecznie dziękuję. W czasie tych pięciu lat toczyliśmy wiele nierównych bojów z instytucjami finansowymi, by zachowywały się w stosunku do nas bardziej fair. Cykl felietonów "Prześwietlamy reklamy", który miał też swoją kilkudziesięcioodcinkową wersję wideo, walnie przyczynił się do tego, że finansiści przestali tak łgać, jak kiedyś w reklamach. Seria tekstów poświęconych polisom inwestycyjnym miała wpływ na to, że kilka instytucji finansowych postanowiło wycofać ze sprzedaży najbardziej szkodliwe z produktów. To z blogu po raz pierwszy dowiedzieliście się, że niektóre karty zbliżeniowe są źle skonfigurowane i umożliwiają kradzież nawet kilku tysięcy złotych złodziejowi, który nie zna PIN-u do karty. Sprawą zajęły się KNF, NBP oraz GIODO. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że dzięki blogowi coraz chętniej i skuteczniej podejmujecie samodzielną walkę o swoje prawa.

      Belniak-samcik-1

      Tak długo, jak będziecie ze mną, będę się starał sprostać zadaniom, które przede mną stawiacie. Jakiś czas temu zażądaliście, by blog znalazł się na Fejsbuku. Więc się znalazł i ma już ponad 22.500 fanów na Fejsie. Zażądaliście, żeby był na Twitterze, więc jest - mojego niezbyt częstego "ćwierkania" słucha ponad 2200 osób. Chcieliście od czasu do czasu mnie oglądać, więc otworzyłem "subiektywny" kanał na YouTube. W tym specyficznym "kinie", w którym wyświetla się tylko krótkie formy bluźniercze, jest już 500 widzów youtube'owych. Tym czytelnikom, którzy demonstrowali pod moim domem z transparentem "żądamy Samcika w formie analogowej, a nie tylko cyfrowej", wyszła naprzeciw "Gazeta Wyborcza". Od jesieni zeszłego roku w każdy czwartek felietony blogowe pojawiają się w dziale "Pieniądze Ekstra" w papierowym wydaniu "Wyborczej" (średnio 187.000 sprzedanych egzemplarzy). A krucjatę w obronie Waszych praw konsumenckich nie prowadzę już sam, lecz wspólnie z Ekipą Samcika. Zarówno Ekipa, jak i ja osobiście, dostajemy po kilkanaście, kilkadziesiąt Waszych listów oraz e-maili dziennie. W miarę możliwości staramy się na nie odpowiadać.

      W związku z tym, że nie zdążyłem upiec tortu urodzinowego, mam dla Was inną niespodziankę. Niniejszym ogłaszam konkurs na najlepsze hasło promujące blog "Subiektywnie o finansach". Najlepiej, gdyby nawiązywało do jubileuszu 5-lecia blogu, ale nie jest to obowiązkowe. Nagrody są następujące: zwycięzca otrzyma moją nową książkę (właśnie jedzie do drukarni, więc wpadnie w czyjeś ręce jeszcze ciepła ;-)) ze specjalną dedykacją. Drugie i trzecie miejsce nagradzam e-bookiem "Jak pomnażać oszczędności". Przyznam też trzy wyróżnienia, których autorzy otrzymają płyty z muzyką Roxy FM. Do każdej nagrody dodaję opcjonalnie "pakiet usługowy", w postaci spaceru po redakcji "Gazety Wyborczej" z subiektywnym  przewodnikiem ;-). Konkurs będzie trwał do odwołania, ale nie dłużej, niż do 15 kwietnia. Odpowiedzi proszę wpisywać w komentarzach pod niniejszą notką lub wysyłać e-mailem na maciej.samcik@gazeta.pl. Przy odpowiedziach wpisywanych w komentarzach pod wpisem proszę dopisać swój adres e-mail. Po zakończeniu konkursu skontaktuję się ze zwycięzcami, zaś w formie update'u do niniejszego wpisu, podam nicki laureatów.

      Ponieważ każdy konkurs, żebyście traktowali go poważnie, musi mieć regulamin, więc poniżej jest regulamin. Postarałem się tak go namotać, żebyście czuli się tak, jak zwykle, kiedy czytacie regulamin. Jeśli zrozumiecie z niego tyle, co zwykle, to oznacza, że nie są to żadne jaja, tylko poważny konkurs ;-). Tych, którzy lubią wiedzieć co podpisują i w czym biorą udział (a więc 100% czytelników blogu, prawda?) mimo wszystko zapraszam do lektury. Być może nie będzie to ostatni konkurs związany z jubileuszem blogu. Jak się rozochocę, to będą kolejne, a i w dziedzinie pisania regulaminów się na pewno jeszcze rozwinę! A na razie zapewniam, ołówkiem zaprzyjaźnionego z blogiem rysownika Bartłomieja Belniaka, że... ;-)

      Belniak-samcik-2

      Regulamin końkursu na najlepsze hasło promujące blog (przed przeczytaniem spalić :-))

      § 1. Postanowienia ogólne.

      Organizatorem konkursu pod nazwą "Konkurs na najlepsze hasło promujące blog Subiektywnie o Finansach" zwanego dalej konkursem oraz fundatorem nagród jest Maciej Samcik, zwany dalej "Organizatorem" (W-wa, ul. Światowida 49/58, gdyby ktoś pytał). Konkurs jest organizowany w dniach 31.03-15.04.2014 r. Informacja o konkursie, zasadach uczestnictwa i nagrodach zostanie opublikowana 31.03.2014. r. w serwisie internetowym prowadzonym pod adresem www.samcik.blox.pl. Regulamin stanowi podstawę konkursu i określa prawa i obowiązki jego uczestników.

      § 2. Uczestnictwo w konkursie

      Uczestnictwo w konkursie jest nieodpłatne. Uczestnikami konkursu mogą być osoby fizyczne, pełnoletnie, posiadające pełną zdolność do czynności prawnych oraz zamieszkałe na stałe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, które spełnią warunki określone w regulaminie. Osoby niepełnoletnie mogą brać udział w konkursie tylko za zgodą swoich rodziców lub opiekunów prawnych. Uczestnikami konkursu nie mogą być małżonkowie, dzieci, rodzice oraz rodzeństwo organizatora.

      Przystąpienie do konkursu jest równoznaczne z akceptacją przez uczestnika regulaminu w całości. Uczestnik zobowiązuje się do przestrzegania określonych w nim zasad, jak również potwierdza, iż spełnia wszystkie warunki, które uprawniają go do udziału w konkursie. Uczestnictwa w konkursie i praw i obowiązków z nimi związanych, w tym także prawa do żądania wydania nagrody, nie można przenosić na inne osoby.

      § 3. Przebieg i warunki udziału w konkursie.

      Uczestnicy konkursu przesyłają do organizatora zgłoszenia z propozycjami hasła promującego blog „Subiektywnie o finansach”. Odpowiedź konkursowa musi zostać przesłana przez uczestnika w formie: a) komentarza pod wpisem w blogu „Subiektywnie o finansach”, opublikowanym 31.03.2014 r., b) przesłana e-mailem na adres maciej.samcik@gazeta.pl. Jeden uczestnik konkursu może nadesłać jedną odpowiedź.

      Nadesłanie odpowiedzi, o których mowa powyżej, jest jednoczesne ze zgłoszeniem się uczestnika do udziału w konkursie. Uczestnik zgłaszający się do konkursu jednoznacznie wyraża zgodę na przetwarzanie swoich danych osobowych przez organizatora dla celów przeprowadzenia konkursu. Odpowiedź konkursowa, o której mowa powyżej, powinna zawierać nick uczestnika oraz adres e-mail kontaktowy.

      § 4. Zasady wyłaniania zwycięzców

      Liczba laureatów konkursu zostanie wyłonionych na podstawie decyzji organizatora Nagrodzony uczestnik zobowiązany jest w terminie 5 dni od dnia otrzymania zawiadomienia o prawie do nagrody – będzie ona zamieszczona w blogowym wpisie na temat konkursu, opublikowanym 31.03.2014 r. - wysłać pocztą elektroniczną na adres podany w zawiadomieniu wiadomość e-mail zawierającą dane niezbędne do zrealizowania prawa do nagrody, tj. adres zamieszkania, imię i nazwisko, telefon kontaktowy.

      § 5. Nagrody

      Zwycięzca otrzyma książkę Samcika z dedykacją. Przewidziano też nagrody dla innych wyróżnionych uczestników: e-booki, płyty CD z muzyką oraz (opcjonalnie) możliwość zwiedzania redakcji "Gazety Wyborczej" z przewodnikiem Samcikiem. Nagrody rzeczowe zostaną wysłane pocztą, pocztą elektroniczną (e-booki) lub pocztą kurierską w terminie 30 (trzydziestu) dni od daty ogłoszenia wyników konkursu na adres wskazany w e-mailu zgodnie z § 3 regulaminu. Laureaci nie nabywają prawa do nagrody, jeżeli nie spełnili któregokolwiek z warunków określonych w § 2, 3 i 4 regulaminu, w tym nie wskazali danych umożliwiających realizację prawa do nagrody w sposób i w terminie określonym w § 3. W takim wypadku nagroda pozostaje do dyspozycji organizatora.

      Organizator nie ponosi odpowiedzialności za nieprawidłowości związane z opóźnieniem lub niedoręczeniem powiadomienia o wygranej wynikającymi z błędnego podania przez nagrodzonego uczestnika konkursu adresu lub innych danych, na który to adres zostało wysłane powiadomienie o nagrodzie.

      Organizator nie ponosi odpowiedzialności za niezgodne ze stanem faktycznym podanie przez nagrodzonego uczestnika konkursu danych kontaktowych, adresu zamieszkania oraz innych danych służących do identyfikacji oraz za wszelkie niezgłoszone organizatorowi zmiany tych danych. W celu dokonania identyfikacji zwycięzcy przy odbiorze nagrody winien on okazać dokument tożsamości ze zdjęciem.

      § 6. Postępowanie reklamacyjne

      Reklamacje dotyczące spraw związanych z konkursem należy składać poprzez pocztę elektroniczną na adres: maciej.samcik@gazeta.pl. Reklamacje dotyczące przebiegu należy składać od dnia ogłoszenia o konkursie do 14. dnia od daty zamknięcia konkursu. Reklamacje dotyczące jakości nagród należy składać w terminie 30 dni od dnia odbioru na adresy wskazane powyżej. Reklamacje rozpatrywać będzie organizator w terminie 30 (trzydziestu) dni od dnia ich otrzymania. Odpowiedź w sprawie reklamacji zostanie przesłana na adres wskazany w piśmie zawierającym reklamację lub na adres e-mail, z którego nadesłano reklamację.

      § 7. Ochrona danych osobowych

      Dane osobowe uczestników konkursu będą przetwarzane w celach przeprowadzenia konkursu, wyłonienia zwycięzcy i przyznania, wydania i odbioru nagrody. Dane osobowe uczestników konkursu będą wykorzystywane zgodnie z warunkami określonymi w ustawie z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (tekst jednolity: DzU z 2002 r., nr 101 poz. 926). Administratorem danych osobowych jest Maciej Samcik. Przetwarzanie danych, o których mowa w ustępie 1. niniejszego paragrafu, obejmuje także publikację imienia i nazwiska uczestnika jako zwycięzcy konkursu. Uczestnik ma prawo wglądu do swoich danych osobowych oraz ich poprawiania. Podanie danych osobowych jest dobrowolne, lecz ich niepodanie uniemożliwia udział w konkursie.

      § 8. Postanowienia końcowe

      W sprawach nieuregulowanych regulaminem zastosowanie mają przepisy Kodeksu cywilnego, a w następnej kolejności - Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej oraz zdrowego rozsądku ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Dziś blog "Subiektywnie o finansach" kończy pięć lat. Zamiast tortu - konkurs z nagrodami!”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 marca 2014 09:50
  • niedziela, 30 marca 2014
    • Przetestowałem "Weekendową biletomanię" w Intercity: dokąd można zajechać za 29 zł?

      Niedawno zastanawiałem się w blogu, czy Przewozy Regionalne - alternatywny krajowy przewoźnik kolejowy - stosując agresywną politykę cenową zdoła zrobić ferment na torach. Albo przynajmniej fermencik, bo Przewozy Regionalna mają zbyt ubogą sieć połączeń, by zaszkodzić potężnemu konkurentowi - sieci pociągów ekspresowych Intercity. Ta ostatnia może mieć w nosie to, że Przewozy Regionalne wożą ludzi równie wygodnie, lecz taniej i dorzucając im w cenie biletu więcej udogodnień (jak wagony multimedialne, czy internet w przedziale). Może też udawać, że nie widzi inwazji przewoźników autobusowych (sam tylko PolskiBus między największymi miastami kursuje już co godzinę, gdy pociągi ekspresowe czasem ograniczają siatkę połączeń, do dwóch-trzech pociągów na dobę). Ale nawet w szklanych wieżowcach Intercity musieli zauważyć ofensywę taniej linii lotniczej Ryanair, która ogłosiła, że od początku kwietnia będzie woziła pasażerów nie tylko na liniach międzynarodowych, ale i krajowych - na razie z Warszawy do Wrocławia i Gdańska - za 39 zł.

      No i kilka dni temu szefowie Intercity ogłosili największą w historii polskiej kolei promocję - milion tanich biletów. Można je kupić tylko w weekendy i tylko przez internet, ale za to warunki cenowe są konkurencyjne. Na dowolnej trasie powyżej 50 km można kupić promocyjny bilet na pociąg TLK po 29 zł oraz na pociąg EIC (to bardziej luksusowa kategoria) za 49 zł. Dzień podróży nie ma znaczenia, jedyne ograniczenie jest takie, że bilet można kupić najwyżej na 30 dni przed podróżą. Aha, no i jeszcze jedno - promocja nie obowiązuje, jeśli kupujesz bilet na pociąg, który odjeżdża wcześniej, niż za tydzień. Chodzi o to, żeby skłonić pasażerów do wcześniejszego rezerwowania miejsc - kto kupuje bilet w ostatniej chwili, to nawet jeśli robi to przez internet i w weekend, nie ma szans na tańsze bilety. A rabat jest naprawdę solidny - do Wrocławia, Poznania, czy Gdańska standardowo bilet drugiej klasy na pociąg TLK kosztuje 60-70 zł, a na EIC - mniej więcej 130 zł. Korzystając z weekendowej promocji można więc zaoszczędzić więcej, niz połowę ceny biletu.

      Weekendowa biletomania

      Nie wiem jak Wy, ale ja w ten weekend już sprawdziłem jak to działa. Tanich biletów rzeczywiście jest sporo. Bez problemu mogłem kupić za 29 zł wejściówkę na pociąg do Wrocławia (poza szczytem, odjazd o 13.30) na drugą połowę kwietnia. Ba, tanie bilety na taki pociąg są nawet dostępne, jeśli chciałbym się przejechać już za półtora tygodnia od dziś (a w każdym razie jeszcze były - szukałem ich w niedzielę, zaraz po sumie ;-)). Sprawdziłem też bilety na trasie Warszawa-Poznań w piątek rano za niespełna dwa tygodnie: na pociąg o 8.55 bez problemu zdobyłem bilet za 29 zł, zaś na ekspres EIC o 7.45 - za 49 zł. Tego dnia tak tanich biletów nie oferuje już żaden z trzech pociągów Przewozów Regionalnych - trzeba zapłacić standardową stawkę 54 zł bez kilku groszy. Jeśli mam do promocji Intercity jakieś zastrzeżenia, to tylko takie, że wszystko jest słabo zorganizowane od strony technicznej. O tym, czy na dany pociąg obowiązuje promocja dowiaduję się dopiero w trakcie rezerwowania biletu. Muszę wpisać nie tylko trasę, ale i dokładną datę oraz konkretny pociąg, by dopiero wtedy wybrać opcję "bilet ulgowy" oraz rodzaj ulgi - "Weekendowa biletomania".

      Czytaj też: To sen? Wi-fi w przedziale, gniazdko przy fotelu, wagon zabaw dla dzieci...    

      Taki sposób przedstawiania ulgi powoduje, że sieć Intercity sama strzela sobie w stopę. Bo tanie bilety oferuje w takim trybie, że kupią je tylko ci, którzy i tak już zdecydowali się, żeby podróżować z tym przewoźnikiem, na określonej trasie, konkretnym pociągiem, w konkretny dzień. Gdyby taniość była "pokazywana" już na etapie wyboru trasy - np. chcę pojechać do Poznania i jeszcze nie wiem, czy pociągiem, samolotem, czy też autokarem, więc wchodzę na stronę Intercity i widzę w które dni isą dostępne tanie bilety rano, w której wieczorem - Intercity mogłaby przyciągnąć klientów jeżdżących dziś np. PolskimBusem. A w sytuacji, w której ulga pokazywana jest - albo nie, jeśli bilety są już wykupione - dopiero na etapie określania szczegółów podróży konkretnym, wybranym pociągiem, raczej nikt "przypadkowy" (kto nie podjął już decyzji, by podróżować danym pociągiem Intercity) na "Weekendową biletomanię" się nie nadzieje.  Tym niemniej trzeba pochwalić Intercity za to, że wreszcie ktoś tam zauważył, iż oferowanie zniżek typu 10% za wcześniejszy zakup biletu - gdy zniżka ta jest obliczona od ceny rzędu 130 zł - nie daje szans na przyciągnięcie milionów. Teraz uderzenie jest solidniejsze. 

      Ale czy to wystarczy, by "uziemić" Ryanaira i poskromić tańszych do tej pory przewoźników "naziemnych" - kolejowe Przewozy Regionalne i autobusowy PolskiBus? Wątpliwe. Zwłaszcza, że odpowiedź Ryanaira na ofensywę Intercity jest natychmiastowa - irlandzka linia rzuciła kolejną pulę biletów na trasach Warszawa-Wrocław i Warszawa-Gdańsk po... 19 zł. Zrobiłem mały test i spróbowałem kupić tanie bilety na podróż z Warszawy do Wrocławia na piątek 11 kwietnia (czyli na niezbyt odległy termin, za niecałe dwa tygodnie). W Intercity bez problemu znalazłem bilety zarówno po 49 zł (np. na EIC o 7:45), jak i po 29 zł (w bardzo "chodliwej" porze, na TLK o 17:30). W sumie do wyboru miałem sześć bezpośrednich pociągów. "Weekendowa biletomania" zadziałała prawidłowo, ale co na to konkurencja? W Przewozach Regionalnych jest tylko jeden pociąg Warszawa-Wrocław (o 8:22), najtańsze bilety po 39 zł. W PolskimBusie do wyboru jest kilkanaście autokarów, odjeżdżających co godzinę. Czas przejazdu nie jest dłuższy, niż pociągiem, ale ceny - biorąc pod uwagę promocję Intercity - nie powalają na kolana atrakcyjnością. Za piątkowy bilet do Wrocławia kupiony z wyprzedzeniem niecałych dwóch tygodni musiałbym płacić 30-40 zł, w zależności od godziny odjazdu.

      Weekendowa biletomania

      PolskiBus

      A Ryanair? W czwartek lub sobotę można polecieć za 19 zł, a więc taniej, niż w "Weekendowej biletomanii", ale w piątek bilety do Wrocławia są już po 136 zł. To też nie jest drogo, biorąc pod uwagę, że samolot leci tylko godzinę (start o 21:45), a pociąg Intercity jedzie godzin sześć i poza promocją kosztuje 70-130 zł. Ale jeśli uwzględnić "Weekendową biletomanię", to piątkowy - bardzo "chodliwy" termin jest przez Intercity "licytowany" bardzo solidnie.

      Ryanair Wrocław

      Wyniki mojego "rankingu", dotyczącego podróży z Warszawy do Wrocławia, planowanej na piątek 11. kwietnia: Ryanair - 139 zł, Przewozy Regionalne - 39 zł, PolskiBus - 30 zł (w najtańszej opcji), zaś Intercity - 29 zł (w najtańszej opcji). Wychodzi z tego, że mając plan podróżowania w "gorącym" terminie warto zerknąć na milion tańszych biletów u drogiego zwykle przewoźnika kolejowego, jakim jest Intercity. Jeśli w chwili, gdy czytasz te słowa, weekend jeszcze trwa, zerknij na stronę z "Weekendową biletomanią" i pomęcz się z niezbyt przyjaznym serwisem do internetowych zakupów biletów PKP i sprawdź czy taniość wciąż trwa. Jeśli weekend już się dla Ciebie skończył - zapoluj na tanie bilety Intercity za tydzień, może w ten weekend nie wykupili całego miliona ;-).

      WEEKENDOWA BLOGOMANIA! To wyjątkowo obfity weekend w blogu "Subiektywnie o finansach". W sobotę ukazała się na www.samcik.blox.pl recenzja nietypowej karty kredytowej, oferowanej od niedawna przez Raiffeisena. Płaci się 29 zł abonamentu i już żadnych odsetek od wykorzystanego kredytu. Okazja, czy kant? W niedzielę ukazał się też tekst "To nie jest tak, jak myślisz, kochanie", czyli powrót do tematu o kurierach i fikcyjnych kontach, zakładanych na nasze dane. Zapraszam do lektury wszystkich weekendowych wpisów ;-)

      SUBIEKTYWNOŚĆ NAJWYŻSZEJ PRÓBY. Autor blogu "Subiektywnie o finansach" znalazł się wśród laureatów konkursu im. Dariusza Fikusa, w którym kapituła złożona z redaktorów największych gazet nagradza dziennikarstwo najwyższej próby. Główną nagrodę otrzymał Wacek Radziwinowicz, a nagrodę specjalną - Ewa Wilk z Polityki (gratuluję!), natomiast subiektywność znalazła się w ścisłym finale konkursu, uzyskując jedno z dwóch wyróżnień. W konkursie brało udział kilkudziesięciu dziennikarzy prasowych.

      Nagroda Fikusa 2014

      SUBIEKTYWNIE NA FORUM BANKOWYM 2014. Choć bankowcy nie mają z subiektywnością łatwego życia, to czasem nadchodzi ten szczęśliwy dzień, kiedy nie wyrzucają autora blogu przez okno i zamiast ostrzeliwać go z broni gładkolufowej, zapraszają do dyskusji. Na Forum Bankowym, największej imprezie środowiska bankowego, organizowanej co roku przez Związek Banków Polskich, sporo czasu poświęcono m.in. temu, jak powinien wyglądać model ochrony konsumenta usług bankowych. W panelu, który miałem okazję moderować, udział wzięli Jerzy Bańka, wiceprezes ZBP, Piotr Juda, szef Toyota Banku, Tomasz Bogus, prezes Banku Pocztowego, Marek Janczyk, Miejski Rzecznik Konsumentów w Poznaniu (i szef Krajowej Rady Rzeczników Konsumentów), Mariusz Cholewa, prezes BIK oraz Dorota Grudzień-Barbachowska, szefowa warszawskiej delegatury Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a słowo wstępne wygłosił Sławomir Sikora, prezes banku Citi Handlowy. Bankowcy spierali się m.in. o to, czy bank powinien ułatwiać klientowi decyzję w sprawie wyboru produktu finansowego, czy też jedynie przedstawiać mu najważniejsze informacje.

      Forum Bankowe 2014

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Przetestowałem "Weekendową biletomanię" w Intercity: dokąd można zajechać za 29 zł?”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 marca 2014 21:16
    • "To nie jest tak, jak myślisz, kochanie", czyli o kurierach i fikcyjnych kontach raz jeszcze

      Niedawno było w blogu o banku Inteligo, który ufa ludziom tak bardzo, że aż strach. Przypomnę pokrótce, że czytelnik, który postanowił założyć w tym banku konto doznał, bolesnego opadu szczęki w wyniku zastosowania przez bank dziwacznej procedury podpisywania dokumentów. Papiery dostarczył mu - jak to często bywa - kurier w specjalnej kopercie, przy czym ten egzemplarz umowy, który miał trafić z powrotem do banku, ów pracownik firmy InPost trzymał po prostu w rąsi. Nie wiem, czy samowolnie wyjął go z koperty, czy też bank w tak "otwartej" formule mu go przekazał. Fakt jest taki, że kurier miał dostęp do umowy ze wszystkimi danymi klienta, bo jeden z egzemplarzy umowy nie był w żaden sposób opakowany. Fakap to koszmarny, a jeszcze na dodatek w infolinii ktoś miał nadmierne poczucie humoru i jak klient zadzwonił z pretensjami, to mu powiedziano, żeby się nie czepiał dupereli, bo oni - czyli bank - mają podpisane z kurierami klauzule o poufności. Zaufanie jest podstawą w robieniu interesów, ale nie wiedziałem, że instytucja taka, jak bank, może je wykazywać aż do tego stopnia.  

      Po publikacji tego tekstu - okraszonego zresztą przykładami w jaki sposób można zbudować fałszywą tożsamość na podstawie danych, które bank Inteligo tak sobie lekce ważył - odezwało się do mnie biuro prasowe PKO BP. Do tego banku należy niestety linia biznesowa Inteligo. Odkąd PKO BP zaczął się o swoje "dziecko" bardziej troszczyć, klienci Inteligo mają gorzej, bowiem w ramach "unifikacji" systemów informatycznych np. karty Inteligo straciły swoją najfajniejszą funkcjonalność.  W PKO BP twierdzą, że "nie jest tak, jak myślisz, kochanie". A nie jest, gdyż... "nie taki standard obowiązuje w banku Inteligo w procesie otwierania rachunku. Kurier po podpisaniu dokumentów przez klienta, jeden egzemplarz powinien spakować do bezpiecznej koperty, zamykając ją przy kliencie. Osoby dostarczające umowy do klientów podpisują oświadczenie zawierające klauzulę poufności, stanowiącą zobowiązanie osoby nie będącej pracownikiem Banku, do zachowania w tajemnicy informacji chronionych, udostępnionych przez Bank, w związku z wykonywaniem określonych czynności - tak jak to przedstawiono klientowi na Infolinii".

      Ciekawe jak to wygląda w innych przypadkach. Napiszcie, jeśli otwieraliście ostatnio konto w Inteligo, czy przypadkiem "Wasz" kurier też nie został obdarzony przez bank zbyt wielkim zaufaniem (lub też czy też sam się nim nie obdarzył). W banku twierdzą przynajmniej, że jest im przykro. "Każdy tego typu sygnał traktujemy bardzo poważnie i wyjaśniamy z wykonawcą usług na rzecz Banku" - napisano mi w PKO BP. Spodziewałem się jakichś przeprosin, pokajania się, ale dobre i to ;-). Sporo mam od Was sygnałów, z których wynika, że takie rzeczy niestety nie są jednostkowymi przypadkami. Internauta o nicku pajacyk_123 pisze: "Przecież to norma w przypadku umów z mBankiem i bankami z grupy Getin, kurier otwiera kopertę z klientem, podpisuje umowę, najczęściej też pobiera skan dowodu osobistego i....wrzuca luzem do otwartej koperty, którą zabiera. Niech takich umów podpisze pięć dziennie. Po roku może sprzedać ładny komplecik zeskanowanych danych (dowód + wzór podpisu + szczegóły umowy) za całkiem przyjemne pieniądze". Mam nadzieję, że pan Pajacyk grubo przesadza, pisząc, że "to norma".

      Napisał też do mnie klient, który niedawno podpisywał umowę z Toyota Bankiem. Cóż, tam też pracują ludzie wielkiej wiary. Nawet przypadek klienta Inteligo przy nich blednie: "Czytając Pański artykuł o "kurierze-spowiedniku" przypomniała mi się sytuacja sprzed półtora miesiąca. Chcąc skorzystać z 10% money-backu założyłem konto i załozyła je też moja mama. Zdziwiłem się bardzo, kiedy mama powiedziała mi, że kurier nie wymagał od niej kserokopii dowodu, ani nawet nie wymagał od niej okazania dowodu. Wystarczyło mu oświadczenie, że mama ma taki a taki numer dowodu. Myślałem, że po takim niedopatrzeniu bank nie otworzy mamie konta, ale nie. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, kiedy Toyota Bank przysłał potwierdzenie otwarcia rachunku, choć ani w banku, ani u kuriera mama nie okazała dowodu, ani nawet jego skanu". Wszystko odbyło się tylko na podstawie danych podstawionych w elektronicznym formularzu.... Teraz, mam nadzieję, wiecie już, że dowodu nie zostawiamy nikomu do oglądania, ani w zastaw, ani do zeskanowania. Nie zostawiamy też skanu dowodu w żadnych automatach ;-). Nie pozwalamy nikomu czytać danych z naszego dowodu, ani ich spisywać. No, chyba, że jest to urzędnik albo policjant, wtedy - niestety - nie ma wyjścia ;-).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"To nie jest tak, jak myślisz, kochanie", czyli o kurierach i fikcyjnych kontach raz jeszcze”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 marca 2014 15:47
  • sobota, 29 marca 2014
    • Karta kredytowa bez odsetek i prowizji, za to z abonamentem 29 zł miesięcznie. Okazja?

      Raiffeisen, po wchłonięciu Polbanku, zmienił nieco swój profil, stając się "domem" dla portfeli klientów z nieco wyższej półki, niż dotychczas. Ale wciąż wstawia do oferty nowinki, które mogą uchodzić za atrakcję dla klienta masowego (jak promocja dodawana nowym klientom do Konta Wygodnego - zwrot 1% kwartalnie za przelew pensji i money-back za zakupy). Czasem pojawiają się pomysły, które mają na celu poprawić głównie tężyznę fizyczną klientów ;-). Czasem wszystkie te pomysły szlag trafia, bo w banku coś się psuje i przez trzy tygodnie nie potrafią naprawić. Dobrze, że przynajmniej potem jest im przykro ;-). Słowem - Raiffeisen to bank, który mimo aspiracji, by obsługiwać przede wszystkim "elytę", gwarantuje klientom wrażenia godne banku walczącego o masowego klienta. Kilkanaście dni temu - ci, którzy kupują czwartkowe "Pieniądze Ekstra" (na ekonomicznych stronach "Wyborczej") lub abonują serwis Wyborcza.biz, już pewnie czytali - w Raiffeisenie pojawiła się dziwaczna w konstrukcji karta kredytowa. Nie płaci się za nią żadnych odsetek, ani prowizji, tylko miesięczny abonament - 29 zł. Jest to stała kwota, niezależna od przyznanego przez bank limitu. A ów limit może wynieść maksymalnie 3000 zł, a więc nie jest przesadnie wypasiony. Ewidentnie jest to pomysł dla klientów z niższej półki, którzy do tej pory z kartami kredytowymi nie mieli wiele do czynienia. Kartę można dostać mając miesięczne dochody od 1200 zł netto, co może nie jest najniższym wymaganiem na rynku, ale też nie tworzy sztucznych barier dla klientów zaliczanych do tzw. segmentu mass-market.

      Raiffeisen karta na abonamentTo na pewno pomysł, który może się podobać miłośnikom prostoty i tym, którzy uważają klasyczne karty kredytowe za źródło zła. Tu bank oczekuje co miesiąc spłaty 3% wykorzystanego limitu oraz 29 zł abonamentu. Proste jak drut. Oczywiście nie ma prowizji za płacenie kartą w sklepach, a poza tym za darmo są też wszystkie bankomaty w Polsce. Brzmi nieźle. Ale jeśli wszystko dobrze policzyć... prawie 350 zł rocznie za możliwość korzystania z 3000 zł pożyczki, to mniej więcej tyle samo, co koszt odsetek od zwykłego kredytu, oprocentowanego na 21%. Tyle, że w klasycznym kredycie gotówkowym trzeba spłacić zarówno odsetki, jak i kapitał. A tu - niekoniecznie. Mimo tej elastyczności, a także opcji wypłat z bankomatów oraz dołączonego do karty ubezpieczenia na życie, trudno uznać cenę abonamentu - 29 zł miesięcznie - za jakąś szczególną atrakcję. Zwłaszcza, że tu płaci się abonament niezależnie od tego ile pieniędzy się wykorzysta. A prawidłowo używana "zwykła" karta kredytowa w wielu bankach może być darmowa - nie płaci się ani abonamentu miesięcznego, ani opłaty rocznej. Odsetki zaś nie mają prawa przekroczyć 16% w skali roku.

      Nowy pomysł Raiffeisena wpisuje się w wizerunek banku, który miewa zaskakujące nowinki, ale generalnie trudno go uznać go dziś za ikonę taniości, z której znany był niegdyś Polbank ;-). Ostatnio na przykład posiadacze "starych" kart kredytowych Raiffeisena znaleźli w swoich skrzynkach pocztowych list z informacją, że w maju zakończy się ostatni etap fuzji. I w związku z tym bank stanie się bardziej wymagający: Wprowadzi np. opłatę miesięczną w wysokości 4,5 zł (dla karty platynowej nawet 20 zł), o ile klient nie wykona określonej liczby transakcji bezgotówkowych (4-10, w zależności od karty). W górę pójdą też opłaty roczne dla niektórych kart, jeśli nie wykręci się wystarczającego obrotu (np. dla kart srebrnych ów obrót wynosi 1000 zł miesięcznie). Opłata roczna dla kart srebrnych to 79 zł, a np. karta World MasterCard Class&Club będzie "kosztowała" tym sposobem aż 200 zł rocznie (chyba, że wykręci się nią 2500 zł miesięcznego obrotu).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Karta kredytowa bez odsetek i prowizji, za to z abonamentem 29 zł miesięcznie. Okazja?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 29 marca 2014 13:10
  • piątek, 28 marca 2014
    • Chciał wypłacić pieniądze z własnego konta. Bank: "sorry, proszę przyjść jutro po 14-tej"

      Jakość oferowania klientom dostępu do walut obcych to pięta achillesowa niektórych banków. Kilkakrotnie narzekałem w blogu m.in. na Alior Bank, w którym chęć pobrania waluty obcej z konta trzeba specjalnie anonsować. A pamiętacie pewnie jaką aferą skończyło się wycofanie przez Aliora obsługi kasowej franków szwajcarskich. Dym poczyniony przez zawiedzionych klientów było widać jak Polska długa i szeroka. Niektóre banki, jak widzą klienta, który chce wpłacić walutę obcą, to uskuteczniają nawet sabotaż. Dziś opowiem Wam nieprzyjemną przygodę, która przydarzyła się klientowi mBanku, a ściślej: tej części banku, która kiedyś była Multibankiem. "Chodzi o praktykę dotyczącą wypłaty środków własnych w walucie euro. Bank ogranicza klientowi możliwość dokonania wypłaty na każde żądanie. Nie mam przy tym pretensji o fakt, że wypłata musi być awizowana, bo to zrozumiała i powszechna praktyka, lecz oto że bank odmawia przyjęcia zgłoszenia awizacji" - pisze do mnie pan Sergiusz. Brzmi to rzeczywiście niewesoło. Pan Sergiusz, mając konto bankowe prowadzone w walucie euro, domaga się tak samo łatwego dostępu do gotówki zgromadzonej na tym koncie, jak w przypadku konta złotowego.

      W szczegółach jego problem wygląda następująco: "Jako klient dawnego Multibanku usiłuję wypłacić własne środki z konta walutowego w euro. W związku z obowiązkami zawodowymi i rodzinnymi, mogę dokonać wypłaty tylko przed południem. Bank odmawia mi awizowania wypłaty informując, że środki wpływają do placówki ok. godz. 14:00 i pozostają w jej dyspozycji do godz. 17:30, po czym są odsyłane. Jeśli nie zmieszczę się w tym 3,5 godzinnym okienku, to nie otrzymam środków". Hmmm, może jest tak, że z przyczyn oszczędnościowych te same 100 euro jeździ sobie przez cały dzień po mieście i zasila potencjał kolejnych placówek? Od 8.00 do 12.00 euro można zobaczyć, powąchać i polizać w oddziale przy ulicy A, w porze obiadowej jest wystawione w placówce B, zaś od 15.00 do zmierzchu - w placówce C. Taka rotacyjna "stówka"? Nieeee, popołudniowa dostawa gotówki to raczej standard w całym banku: "dla kwoty wypłaty niższej lub równej 25 000 euro lub dolarów oraz jeśli wniosek jest zgłoszony do 10:30 dnia roboczego, najwcześniejsza możliwa data wypłaty jest w kolejnym dniu roboczym, po godzinie 14.00"

      Czy jeśli ktoś chce podjąć euro lub dolary ze swojego konta, to musi w tym celu wziąć urlop? ;-). "Rozumiem, że pieniądze są dowożone do banku przed godz. 14:00. Nie chcę ich dostać wcześniej. Przeciwnie, chcę odebrać jeszcze jeden dzień później, ok. godz. 11:00 i taką datę wypłaty zadeklarować w zgłoszeniu wypłaty. Bank odmawia mi przyjęcia takiej dyspozycji. Jestem po zgłoszeniu reklamacji i rozmowie z kierownikiem mLinii – nic to nie dało, bank nie zamierza umożliwić mi wypłaty pieniędzy następnego dnia w godzinach, które mi odpowiadają. Kierownik na mLinii potwierdziła, że takie działanie banku nie ma uzasadnienia w umowie i regulaminie i wynika z niepublikowanych przepisów wewnętrznych. Jestem zażenowany faktem, że muszę szarpać się z bankiem o wypłatę swoich własnych pieniędzy. Tym bardziej, że rachunek w Multibanku mam od lat i zawsze kojarzył mi się jako instytucja nowoczesna i nastawiona na klienta" - kończy pan Sergiusz. Może po prostu miał pecha i trafił na pracownika, który miał zły humor?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Chciał wypłacić pieniądze z własnego konta. Bank: "sorry, proszę przyjść jutro po 14-tej"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 marca 2014 15:18
    • Banki poznają nas nie tylko po paluchu, ale i po głosie? Nowa odmiana biometrii już w Polsce

      Podobno aż pięć polskich banków myśli o wprowadzeniu nowej formy identyfikacji klientów dzwoniących na infolinię - biometrii głosowej. Poinformowała o tym firma Nuance Communications, która jako jedna z nielicznych na świecie specjalizuje się w dostarczaniu takiej  technologii (firma podaje, że ma 80% udziałów w rynku komercyjnym). Używanie biometrii przy identyfikacji klientów nie jest niczym niespotykanym - kilka polskich banków sprawdza tożsamość klientów za pomocą układu naczyń krwionośnych (tzw. biometria finger vein, dostarczana przez koncern Hitachi). Specjalne czytniki są m.in. w oddziałach banku BPH, od dobrych kilku lat podobny patent - choć tylko przy obsłudze klientów korporacyjnych - stosuje Bank Pekao. Banki spółdzielcze używają z kolei bankomatów biometrycznych. Z tej technologii chce też korzystać Getin Bank, który wyposaży w czytniki biometryczne swoje automatyczne placówki bankowe, które stawia w centrach handlowych, zamiast tradycyjnych oddziałów.

      O ile jednak łatwo zaakceptować hipotezę, że każdy z nas posiada inny układ naczyń krwionośnych, o tyle trudniej przychodzi wyobrażenie sobie, że bank mógłby być w stanie zidentyfikować klienta po głosie. Ale podobno tak też można. Pierwszym bankiem, który zaczął używać tej technologii, jest brytyjski Barclays (ruszył w czerwcu 2013 r.). W bliższych okolicach Polski głosowej identyfikacji używają m.in. w słowackim Tatra Banku (wdrożenie ruszyło w listopadzie zeszłego roku) i w rumuńskim ING. Za oceanem od lutego 2014 r. testują ją w US Bank. Technologia Nuance działa w taki sposób, że klient łączący się z infolinią - zamiast podawać zestaw danych identyfikacyjnych, jak imię rodowe matki, data urodzenia, jedna z cyfr z numeru PESEL, albo adres zameldowania - prowadzić przez ok. pół minuty swobodną rozmowę z operatorem. A system w tym czasie porównuje dane dotyczące głosu klienta z zapisem w bazie danych. Druga wersja tego rozwiązania zakłada, że klient identyfikuje się głosowo w serwisie automatycznym, powtarzając określoną frazę, ustaloną wcześniej jako hasło identyfikacyjne. Np. "najlepsze kasztany są na placu Pigalle" ;-). I oczywiście nagraną wcześniej w banku. 

      Rzecz jest bardzo nowa, ale brzmi obiecująco. Jakość obsługi infolinii w Polsce kuleje, a konieczność podawania telekodów, PIN-ów, haseł i nazwisk rodowych mamy jest czasochłonna i denerwująca (a przy tym niezbyt bezpieczna, bo np. taki telekod ktoś może łatwo podsłuchać). Ale czy można mieć zaufanie do identyfikacji klienta za pomocą głosu? W Nuance twierdzą, że można i posiłkują się danymi z Barclaysa, w którym 95% klientów skutecznie przechodzi przez weryfikację głosową. Pozostałe 5% to błędne identyfikacje, po których system prosi klienta o potwierdzenie danych w tradycyjny sposób. W Wielkiej Brytanii firma przeprowadziła badania, w których 90% konsumentów orzekło, że wolałaby używać biometrii głosowej, zamiast identyfikacji poprzez numery PIN, czy hasła. Jestem w stanie uwierzyć, że i my polubilibyśmy identyfikację głosową, choć z drugiej strony nie przypuszczam, by ta nowinka zawojowała rynek, skoro na razie nie udało się to wprowadzonym dużo wcześniej czytnikom biometrycznym.

      To może być nowinka przydatna tylko dla części klientów - tych, którzy korzystają z banku przez telefon, dzwoniąc na infolinię. Ale można przystosować tę formę autoryzacji także do potrzeb wirtualnych oddziałów. W Syncu, czy mBanku (a także - w ograniczonym stopniu - w ING i BPH) klienci łączą się przez internet z konsultantem na zasadzie wideokonferencji. Identyfikacja głosowa mogłaby być przy takim kontakcie jedną z opcji dodatkowego uwierzytelniania klienta (choć czy potrzebną i możliwą do przeprowadzenia przy niepewnej jakości rozmowy?). I chyba taką rolę na początek bym dla niej widział - jako coś, co jest opcją ekstra, a nie podstawową. Zwłaszcza, że przecież nie wiemy - Nuance, z oczywistych przyczyn, nie jest tu wiarygodnym źródłem informacji - jaki jest odsetek pomyłek. To, że system w 5% przypadków nie rozpozna głosu, to pikuś. Pytanie brzmi: czy i jak często rozpoznaje nie tego klienta, którego powinien? Jak sądzicie: czy to tylko drogi gadżet, który będzie głównie marketingowym wabikiem, czy też przełomowa innowacja, która może otworzyć nowy rozdział w historii bankowości?

      Mnie się wydaje, że to mógłby być hit w tej części branży finansowej, która zajmuje się pośrednictwem w inwestowaniu pieniędzy. Wyobraźcie sobie, że zamiast wypełniać w formularzu na stronie internetowej zlecenie kupna jakichś akcji i zatwierdzać je hasłem, dzwonicie do maklera i dyktujecie mu zlecenie. A on Was identyfikuje po głosie. Może kiedyś również zwykłe przelewy bankowe będzie można "opowiadać" automatowi, a on nas zidentyfikuje, wypełni formatkę przelewu (wcześniej zdefiniowanego) i wyśle pieniądze? No, ale to już jest na pewno melodia przyszłości. Napiszcie czy widzicie sens wprowadzania w Polsce biometrii głosowej i czy wierzycie w to, że może być to niezawodny odpowiednik PIN-ów i haseł. Dla chętnych - filmik, który pokazuje jak działa biometria głosowa..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Banki poznają nas nie tylko po paluchu, ale i po głosie? Nowa odmiana biometrii już w Polsce”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 28 marca 2014 07:41
  • czwartek, 27 marca 2014
    • Nie chcesz płacić długów po zmarłym? Bank nawet w sądzie chwyci cię za gardło

      Pisałem ostatnio w blogu o mrożących krew w żyłach historiach, gdy ktoś bliski odchodził z tego padołu łez i rozpaczy, pozostawiając po sobie bliżej nie zidentyfikowane długi. Spadkobiercy w takich przypadkach są w kropce - jeśli zmarły nie prowadził dokumentacji, to nie ma żadnego legalnego sposobu, by dowiedzieć się jakie to były długi. W zasadzie można byłoby się tą niewiedzą nie przejmować, a po prostu każdy spadek przyjmować wyłącznie z dobrodziejstwem inwentarza (a więc ponosić odpowiedzialność za długi tylko do wysokości przejmowanego majątku). Kłopot polega na tym, że wizyty komorników nie należą do przyjemności, a niektórzy z nich mają tendencje do zajmowania na poczet długów tego majątku, do którego się najłatwiej dobrać, a nie tego, który przejęliśmy w spadku (to możliwe, jeśli nie ma spisu inwentarza). Mogą np. próbować zabrać nasze pieniądze, umieszczone na lokatach, zamiast nieruchomości, którą odziedziczyliśmy. Ergo: przejmowanie niepewnego spadku może zwiastować nie lada problemy. 

      Czytaj też: Będą cię ścigali do upadłego, nawet za długi rodziców. Jak się bronić?  

      Jest pewien sposób, żeby się wywinąć ze spłacania długów, ale wymaga on zachodu. Mianowicie po przyjęciu spadku trzeba zrobić rozeznanie co do długów spadkodawcy (najlepiej zajrzeć do jego kartoteki w BIK), a potem złożyć do sądu wniosek o uchylenie się od skutków prawnych przyjęcia spadku, powołując się na działanie pod wpływem błędu. Sposób ten nie jest stuprocentowo pewny - sąd nie musi uwzględnić wniosku - ale daje szanse powodzenia. Niestety, wierzyciele nie będą ułatwiali nam zadania i będą prosili sąd, aby nie wierzył w nasze opowiadania o jakimś błędzie, tylko obciążył nas długiem. Dziś właśnie taka historia, z archiwum poznańskiej kancelarii Kacprzak Kowalak. "Ojciec mojej klientki zmarł w maju 2011 r. Klientka nie utrzymywała kontaktu z ojcem od 1996 r. W maju 2012 r. w skrzynce pocztowej znalazła list od Eurobanku, zaadresowany na ojca (który był zameldowany pod tym samym adresem). Klientka otworzyła pismo, które okazało się być „zawiadomieniem o wszczęciu postępowania sądowego” o zapłatę 14.762 zł z tytułu niespłaconej pożyczki" - opowiada mec. Bartosz Kowalak.

      Nasza bohaterka odnalazła umowę. Z dokumentów wynikało, że pożyczka była ubezpieczona. Klientka zwróciła się do prawników, którzy poprosili bank o pokrycie wierzytelności z ubezpieczenia. W odpowiedzi Eurobank oświadczył, że nie udzieli żadnych informacji na temat zobowiązań zmarłego, dopóki nie zobaczy prawomocnego postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku bądź notarialnego aktu poświadczenia dziedziczenia. A tym bardziej nic nie będzie egzekwował z jakiegoś-tam ubezpieczenia ;-). "Wiem, że to jest, niestety, taki standard. Również urzędy, np. ZUS, nie udzielają żadnych informacji bez prawomocnego postanowienia o stwierdzeniu nabycia po zmarłym bądź notarialnego aktu poświadczenia dziedziczenia. Tak więc potencjalni spadkobiercy, by uzyskać informację pozwalającą im na ocenę, czy mają spadek przyjąć lub odrzucić, muszą najpierw wylegitymować się postanowieniem stwierdzającym dziedziczeniu. Błędne koło" - pisze mec. Kowalak. Nie pozostało nic innego, jak wystąpić do sądu z wnioskiem o uchylenie się od skutków prawnych nabycia spadku.

      Czytaj też: Mocne. 9-latek ścigany za długi po dziadku. Czy jest się czego bać?

      Stresik wynikający z niepewności co do decyzji sądu był niemały. Ale okazało się, że to nie zły humor sędziego był tu największym zagrożeniem, lecz.. prawnicy banku. "Bank w odpowiedzi na wniosek zarzucił klientce, iż nie wykazała jakichkolwiek starań w ustaleniu stanu majątku spadkodawcy i poprzestała na niczym nie uzasadnionym założeniu, że spadkodawca nie pozostawił po sobie długów. Co za tym idzie - działanie wnioskodawczyni było lekkomyślne i wykluczające przyjęcie, iż dochowała należytej staranności". Nieźle, prawda? Odmówili jakichkolwiek informacji, zasłaniając się tajemnicą bankową, poczekali, aż spadek zostanie przyjęty, a teraz mają pretensje, że spadkobiercy za słabo się starali. Należałoby zakrzyknąć w tym miejscu: to nie ludzie, to wilki! Obłudne i wykorzystujące dziurę w przepisach, która powoduje, że spadkobiercy muszą grać w  rosyjską ruletkę, a wierzyciel (w tym przypadku bank) w odpowiednim momencie pociąga za spust. Na szczęście w tym wypadku sąd stanął po jasnej stronie mocy. Przytaczam fragment uzasadnienia - zapamiętajcie, bo może się przydać.

      Otóż sąd, zatwierdzając uchylenie się klientki od skutków prawnych przyjęcia spadku, powiedział tak: "Wierzyciel zmarłego nie wskazał jakie konkretne czynności miałaby podjąć wnioskodawczyni, by dowiedzieć się o wchodzącym w skład spadku długu. Nie wykazał też, że gdyby wnioskodawczyni przedsięwzięła konkretne kroki w celu ustalenia składu spadku, to dowiedziałaby się o długu spadkodawcy wobec Eurobanku. Co więcej wnioskodawczyni w toku postępowania wykazała, przedkładając pismo z Eurobanku, że bank odmawiał im udzielenia informacji o zadłużeniu spadkodawcy zobowiązując do przedłożenia postanowienia o stwierdzeniu nabycia spadku. Zatem wykazane zostało że od  wierzyciela istotnych informacji o zadłużeniu nie można było uzyskać". Wniosek? Jeśli dziedziczycie po kimś i wiecie, że ten ktoś miał długi, to dla formalności złóżcie w banku wniosek o udzielenie informacji na temat tych długów. Bank odpisze na okrągło, wysyłając Was na grzyby, ale w sądzie, kiedy przyjdzie składać wniosek o odkręcenie przyjęcia spadku, będzie jak znalazł.

      DZIŚ "PIENIĄDZE EKSTRA" W "WYBORCZEJ". Jak co czwartek moja Ekipa rozwiązuje szarady dotyczące Waszych portfeli i odpowiada na ważkie pytanie "jak żyć?". W dzisiejszym wydaniu: >> pomagamy wybrać najlepszy rower, >> radzimy jak prawidłowo eksploatować i serwisować swoje dwa kółka, >> piszemy o dziwnej karcie kredytowej, od której nie trzeba płacić odsetek, >> opowiadamy o pułapkach biletów lotniczych (mogą ci anulować podróż nawet jeśli już jesteś w drodze!), >> sprawdzamy czy mając licencjonowaną grę komputerową możemy dostać od dystrybutora nową płytkę, jeśli ta dotychczas używana przestanie działać, >> sprawdzamy ile naprawdę można zarobić na lokacie bankowej, >> interweniujemy w Waszych sprawach (na tapecie m.in. Plus), >> publikujemy Wasze listy (Groupon tłumaczy kto udaje Greka, a pewien farmaceuta zastanawia się dlaczego nie lubimy kupować w aptekach tańszych zamienników).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Nie chcesz płacić długów po zmarłym? Bank nawet w sądzie chwyci cię za gardło”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 marca 2014 10:09
  • środa, 26 marca 2014
    • Deweloper splajtował, a klientka została z kredytem na karku. Jak się wyplątać z długu?

      Często narzekacie w listach do mnie na postępowanie banków, które ociągają się z uruchamianiem kolejnych transz kredytu, żądają mnóstwo papierków i mają wątpliwości czy zaawansowanie prac jest wystarczające, by uruchomić kolejne pieniądze. Ale czasem nadmierna podejrzliwość banku bywa błogosławieństwem, które pomaga uchronić klienta przed stratami. Napisała do mnie pani Magda, która jest w beznadziejnej sytuacji, bo bank udzielił jej kredytu pod zastaw mieszkania, które... nie zostało wybudowane. I teraz pani Magda ma na karku kredyt, ale nie rzeczy, którą za ten kredyt chciała kupić. Paranoja? Zobaczcie jak do tego doszło. "W 2008 r. zdecydowałam się na zakup mieszkania w inwestycji "Lofty de Girarda" w Żyrardowie. Inwestycja nie była wtedy jeszcze ukończona (do teraz nie jest). Na marginesie dodam, że w tej samej inwestycji mieszkanie (a chyba nawet kilka mieszkań) kupiła Justyna Steczkowska z mężem. W kwietniu 2009 r. dostałam kredyt hipoteczny w złotych, w banku BGŻ i podpisałam umowę przedwstępną z deweloperem (Green Development). Mieszkanie miało być gotowe w grudniu 2009 r." - opowiada czytelniczka.

      Bank uruchomił 90% kredytu i przelał je na konto dewelopera (to było 200.000 zł plus 25.000 zł wkładu własnego pani Magdy). A potem... zaczęły się opóźnienia w budowie. Jako rekompensatę za opóźnienie proponowano mojej czytelniczce dodatkowe elementy wyposażenia (wideofon, grzejniki, elektryczne rolety w oknach), potem rabat od ceny zakupu. W drugiej połowie 2010 r. pani Magda zabezpieczyła umowę nie tylko umową przedwstrępną, ale taką w formie aktu notarialnego. Potem zgodził się na opcję odstąpienia od umowy przez klientkę, jeśli termin nie zostanie dotrzymany. I oczywiście to oznaczałoby zwrot całej ceny zakupu - 270.000 zł. Ostatecznie deweloper zbankrutował, a pani Magda została na lodzie. "Nie pomógł nawet komornik - nie udało zająć się żadnego mienia, okazało się, że całe wyposażenie biura dewelopera jest wynajęte od innej spółki). Upadłość spółki została ogłoszona w październiku 2012 r. Obecnie trwa postępowanie likwidacyjne, a ja jestem jednym z wielu wierzycieli". Pani Magda ma jeszcze na głowie kredyt. Jaka tu jest sytuacja?

      "Od początku spłacam terminowo raty. Zgłosiłam w banku fakt rozwiązania umowy z deweloperem. Bank, na wieść o upadłości spółki, przeniósł mój kredyt do Departamentu Kredytów Trudnych. Działanie Departamentu ogranicza się do przekazywania spraw zewnętrznej kancelarii windykacyjnej. Kilkakrotnie odbierałam telefony z tej kancelarii. Rozmowy  polegały na wzbudzeniu we mnie poczucia winy i wymuszeniu kontaktu z bankiem w sprawie zadłużenia. Dla mnie kończyły się zawsze płaczem. Bank traktuje mnie jako dłużnika niewywiązującego się ze swoich zobowiązań - a tak w moim przypadku nie jest. Dowiedziałam się, że kancelaria sama wybiera sobie, kogo będzie windykować - nabywcę mieszkania, czy dewelopera. Jest to jakieś gigantyczne nieporozumienie, skoro w mocy jest cały czas umowa o kredyt hipoteczny, a ja spłacam terminowo raty. Od jakiegoś czasu nie odbieram telefonów z Wrocławia (gdzie siedzibę ma kancelaria). Podczas jednej z rozmów telefonicznych z pracownikiem banku, który "opiekuje się" moim kredytem dowiedziałam się, że przypadków takich, jak mój, jest niezmiernie mało i zazwyczaj na jakimś etapie bank idzie na ustępstwa" - pisze czytelniczka. Jakie ustępstwa? Np. umarza część zadłużenia (odsetki).

      "Nie muszę chyba mówić, jaki ma to wszystko wpływ na moją sytuację osobistą - mieszkaniową i finansową. Obecnie mam 30 lat i mieszkam razem z mężem w jego mieszkaniu (obciążonym osobnym kredytem). Rata mojego kredytu nie jest co prawda wysoka (obecnie 1200 zł), ale myślę, że miałabym dla tych pieniędzy lepsze zastosowanie, niż finansowanie czyichś błędów w zarządzaniu budową" - kończy pani Magda. Co prawda, to prawda, ale z drugiej strony to trudno winić bank za całą sytuację. BGŻ też jest w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo udzielił kredytu zabezpieczonego, po czym okazało się, że zabezpieczenie jest fikcyjne. W tej sytuacji możliwości są dwie: albo bank zamknąłby oczy i udawał, że nic się nie stało, albo... zażąda zwrotu pieniędzy od razu. Na taki scenariusz się właśnie zanosi, choć wydaje mi się, że dopóki kredyt jest obsługiwany prawidłowo, to bank, żądając zwrotu pieniędzy od razu, strzeliłby sobie w kolano. Mało prawdopodobne, żeby klient przy takim postawieniu sprawy znalazł kilkaset tysięcy w tylnej kieszeni spodni.

      Zapytałem bank jak interpretuje tego typu sytuacje: "Jeśli warunki umowy kredytowej zostaną naruszone, to sprawa kierowana jest do Biura Odzyskiwania Wierzytelności Detalicznych. Ponieważ podpisujemy umowę kredytową z klientem, nie z deweloperem i mamy obowiązek odzyskania wierzytelności od klienta, w formie polubownej lub egzekucyjnej. Dotyczy to tak samo sytuacji zagrożenia terminowych spłat jak i ich braku. Jeśli klient wykazuje wolę spłaty, współpracuje z bankiem, udostępnia informacje o wysokości i źródłach dochodów i posiada zdolność do spłaty (choćby w ograniczonym zakresie), wówczas zazwyczaj bank zawiera z klientem ugodę, w której zostają ustalone warunki spłaty zadłużenia. Jeśli jednak klient nie kontaktuje się z bankiem czy jego pełnomocnikiem, utrudnia dostęp do informacji nt. wysokości i źródeł pochodzenia dochodów czy o innych posiadanych zobowiązaniach, wówczas bank przystępuje do windykacji. Zostaje sporządzony bankowy tytuł egzekucyjny lub pozew o zapłatę i skierowane są do sądu w celu uzyskania tytułu wykonawczego i skierowania wniosku do komornika o wszczęcie postępowania egzekucyjnego".

      Wygląda na to, że sytuację, w której kredyt zabezpieczony de facto okazuje się być niezabezpieczonym, bank interpretuje dość jednoznacznie, jako złamanie umowy kredytowej. A to oznacza konieczność obgadania innych warunków spłaty. Najpewniej chodzi o to, by klient zwrócił pieniądze nieco szybciej, niż za 30 lat. Zapewne właśnie taki jest zamysł pracowników działu windykacji, którzy tak działają pani Magdzie na nerwach. "Wczoraj zadzwonił do mnie pracownik banku (co zdarzyło się pierwszy raz - wcześniej to zawsze ja dzwoniłam). Poinformował mnie, że w sprawie dewelopera prowadzone jest postępowanie upadłościowe - o czym przecież wiadomo od ponad roku! Co więcej, zostałam zapytana, czy mogłabym wskazać inne zabezpieczenie mojego kredytu, bo teraz bank właściwie nie ma żadnego zabezpieczenia, a chciałby jakieś mieć. Zostałam też zapytana o to, czy mogłabym nadpłacić kredyt w jakiejkolwiek kwocie, oczywiście najchętniej jak największej". 

      Widać, że bank coś kombinuje. Czy pani Magda może liczyć, że wszystko zostanie po staremu, gdy życie wystarczająco pokarało ją faktem, iż musi spłacać kredyt za coś, czego nie dostała? Wydaje się, że szanse na to nie są wielkie - bank na pewno będzie chciał uzyskać gwarancję, że kredyt zostanie spłacony wcześniej. Jego podstawowy argument brzmi: "nie tak się umawialiśmy". Ale też z drugiej strony bankowi nie powinno zależeć na tym, żeby utopić klientkę. Bo wtedy na pewno nie odzyska pieniędzy. Tu może pomóc tylko rozsądny kompromis. Będę się tej sprawie przyglądał i poinformuję Was, czy udało się rozwiązać ten węzeł gordyjski. A może Wy widzicie jakieś sensowne rozwiązanie tej patowej sytuacji?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Deweloper splajtował, a klientka została z kredytem na karku. Jak się wyplątać z długu?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 26 marca 2014 10:53
  • wtorek, 25 marca 2014
    • Dziewice orleańskie wyją: "Polski rząd chce nas zniszczyć!". Ale... może to dobrze, że chce? ;-)

      Na firmy takie, jak Vivus, czy Wonga, które pożyczają przez internet niskie kwoty na potwornie wysoki procent, padł blady strach. Ministerstwo Finansów przygotowało bowiem nowy projekt ustawy, która ma pomóc walczyć z lichwą. Projekt znacznie ostrzejszy, niż poprzednie. Pomysł jest następujący: żadna pożyczka nie może być droższa, niż 16% w skali roku w odsetkach oraz 25% w opłatach (tu już nie w skali roku, lecz licząc od "sztuki"). Do tych dwóch limitów firma pożyczkowa będzie mogła dorzucić jeszcze 30% opłat w skali roku. Brzmi to nieco skomplikowanie, ale w praktyce oznacza, że pożyczając klientowi na miesiąc dowolną kwotę firma pożyczkowa nie może wziąć więcej, niż jakieś 29%: czyli 1,3% odsetek oraz 28% opłat. Część firm pożycza taniej, bo np. biorąc 1000 zł w Vivusie trzeba za miesiąc oddać 1140 zł (koszt pożyczki 14%). W ViaSMS zasysając 500 zł za 30 dni oddajemy 578 zł (o 15% więcej). Ale już w Wonga.com takie 500 zł kosztuje przez miesiąc 145 zł, a więc oddaje się prawie 30% więcej, niż się pożyczyło.

      FIRMA WINDYKACYJNA POŻYCZY NA 6,5%. Obligacje korporacyjne to zabawa dla dużych dziewczynek i chłopców. Jeśli ktoś jest już duży, to zapraszam do rozważenia plusów i minusów najnowszej oferty firmy windykacyjnej Best, która chce od nas pożyczyć pieniądze i płaci aż 6,5% 

      Firmy pożyczkowe boli nie tyle sam limit kosztów pozaodsetkowych (25% na każdą pożyczkę), lecz to, że dodatkowo nie mogą wziąć od klienta więcej, niż 30% kosztów pozaodsetkowych rocznie. Bo większość tego limitu wykorzystają już przy pierwszej pożyczce. Druga pożyczka musiałaby być już znacznie tańsza, żeby łącznie z tą pierwszą nie "nabić" więcej, niż 30% w skali roku. A przecież takie firmy najwięcej zarabiają na stałych klientach. Firmy chwilówkowe narzekają, że proponowane przez Ministerstwo Finansów przepisy preferują ich konkurentów, pożyczających większe kwoty na dłużej, np. Providenta. W mieście mówią, że to Provident wylobbował takie przepisy, żeby pozbyć się konkurencji. Firmy chwilówkowe straszą, że będą musiały zwinąć interes, a klientów poprosić, żeby poszli pożyczać pieniądze u dżentelmenów z bejsbolami, ogłaszających się na słupach. Oczywiście trochę przesadzają, ale pisałem jakiś czas temu, że koszt udzielenia jednej pożyczki-chwilówki wynosi 75-125 zł (niezależnie od kwoty), co w istocie nie zostawia dużej rezerwy na obniżki opłat wymuszane przez projekt ustawy.

      Czy więc plan ministerstwa (lub też kogoś, kto go ministerstwu podsunął) rzeczywiście jest bez sensu? Nie jestem wielkim fanem administracyjnego narzucania ile ma kosztować bułka, kilogram ziemniaków albo 500 zł pożyczki. Zawsze znajdzie się pomysł, żeby to ominąć (np. będą dorzucać do taniego kredytu książki o tym jak nie wpaść w pętlę długów, po 200 zł za sztukę ;-)). Ale z drugiej strony rozumiem cel takiej konstrukcji antylichwy. Otóż chodzi o to, żeby nie dopuścić do uzależniania się ludzi od chwilówek. A przede wszystkim o to, żeby firmy przestały reklamować się na zasadzie "pierwsza pożyczka gratis". To jest wyjątkowo szkodliwa praktyka, przypominająca tę, którą stosują handlarze narkotyków. Firmy chwilówkowe wymyśliły ją, bo wiedzą, że "pierwsza działka gratis" to sposób na wykreowanie popytu na ich usługi. Jestem przekonany, że wiele z osób, które wzięły pożyczki-chwilówki (a nie jest tak, jak wmawiają nam ich szefowie, że udzielają pożyczek tylko pięknym i bogatym, którym nie chce się iść do banku po kredyt), nie wzięłoby ich, gdyby nie marketing typu "pierwsza pożyczka gratis". Część z tych osób jest dziś uzależniona od firm chwilówkowych i płaci horrendalne pieniądze za kolejne pożyczki.

      POSŁUCHAJ SPOWIEDZI LICHWIARZA. W połowie marca miałem przyjemność uczestniczyć w reporterskim magazynie radiowej "Jedynki - "Bez znieczulenia". Komentowałem w nim wstrząsającą spowiedź lichwiarza, który po trzech latach zorientował się, że chyba jednak nie pomaga ludziom, pożyczając im pieniądze na 30% w skali miesiąca. I przedstawiłem moje pomysły na to, by ograniczyć

      Regulacja, która obejmuje wspólnym limitem wszystkie pożyczki udzielone klientowi przez jedną firmę, spowoduje, że z rynku znikną pożyczki "zero procent", będące uosobieniem zła. Znikną, bo koszty marketingu i udzielenia takiej pożyczki "zero procent" zwracają się najwcześniej przy drugiej pożyczce, zaś firma zaczyna zarabiać dopiero przy drugiej "płatnej" pożyczce. Przy limicie, który utrąca możliwość dojenia klienta co miesiąc kolejnymi pożyczkami na wysoki procent, problem nieetycznych ofert "pierwsza działka gratis" sam się rozwiąże. I to jest największa wartość tego rozwiązania. Oczywiście są też pytania. 1. Czy jeśli klienci zaczną pożyczać większe kwoty na pół roku albo na rok, przykładowo 2000 zł  na 70%, to będą mniej narażeni na pętlę długów, niż przy pożyczkach 500 zł na 20% miesięcznie? 2. Jaka część klientów będzie pożyczała na "czarnym rynku"? 3. Czy państwo powinno myśleć za obywateli i zabraniać im pożyczania pieniędzy na kilkaset procent w skali roku, skoro ci obywatele właśnie tego pragną najbardziej w życiu? 4. Czy obywatele nie wpadną na pomysł, żeby przechodzić między kilkoma firmami pożyczkowymi, w każdej biorąc drogą pożyczkę tylko raz?

      Nie wiem, czy rozwiązanie proponowane przez Ministerstwo Finansów nie ma zbyt wielu skutków ubocznych, ale wiem, że trzeba za wszelką cenę zatrzymać ofensywę nieetycznego marketingu firm pożyczkowych. Stawiam tezę, że  reklamy pt. "pierwsza działka gratis", w powiązaniu z dostarczeniem pieniędzy w ciągu ledwie kilku minut, powodują kreowanie popytu na lichwiarskie pożyczki, którego w zwykłych okolicznościach by nie było. Ergo: powoduje wzrost liczby osób wpędzanych w pętlę długów. Oczywiście, dziewice orleańskie z firm pożyczkowych będą opowiadały, że popyt na pieniądz konsumpcyjny jest, był i będzie, a one po prostu odpowiadają na zapotrzebowanie klientów. Bullshit. To tak, jakby pokazywać w telewizji reklamy narkotyków w ofercie "pierwsza działka gratis" i twierdzić, że nie ma to żadnego związku ze wzrostem popytu na narkotyki. Można by to wszystko zostawić tak, jak jest, tylko pod kilkoma warunkami, które zmuszą dziewice orleańskie do odpowiedzialnego pożyczania, zaś odwrócą ich uwagę od wymyślania bandyckich strategii marketingowych.

      Oto te warunki: a) firmy chwilówkowe będą miały obowiązek badania wypłacalności i zdolności kredytowej każdego klienta na takich samych zasadach, jak banki. I będą miały obowiązek dokumentowania tego procesu; b) w ustawie o upadłości konsumenckiej znajdą się zapisy, które umożliwią anulowanie przez sąd długów wynikających z pożyczek-chwilówek udzielanych online, jeśli sąd dojdzie do wniosku, że firma pożyczkowa nie dochowała wystarczającej staranności w badaniu wypłacalności klienta, zaś ów klient w momencie zasysania pieniędzy od firmy pożyczkowej był już na granicy wypłacalności. Owszem, to oznaczałoby dużą uznaniowość działania sądów, ale skierowałoby działania firm pożyczkowych na właściwe tory. A więc ich prezesi nie myśleliby tylko o tym jak sporządzić możliwie najbardziej nieetyczną reklamę pożyczki i jak spowodować, by czas pomiędzy wmówieniem klientowi: "chcę to mieć, a oni dadzą mi pieniądze za darmo", a dostarczeniem mu gotówki bez względu na to czy będzie miał z czego oddać, był jak najkrótszy.

      A Provident? Hmmm... Może jego szefowie siedzą w wygodnych fotelach i palą cygara, odpalając ogień od studolarówek. Ale niewykluczone, że im też uśmiech zniknie z cherubinkowatych twarzyczek. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów kilka tygodni temu zrobił im potężne kuku, bo zakwestionował część opłat. Jakich? Kiedy wprowadzono w Polsce ustawę antylichwiarską i maksymalne oprocentowanie pożyczek ustalono na czterokrotność stopy lombardowej NBP, Provident znalazł prosty sposób na obejście tego kłopotu. Zaczął mianowicie pobierać opłatę za obsługę domową. Opłata ta jest tak skalkulowana, że stanowi większość kosztów providentowej pożyczki. Ale - co bardzo ważne - nie jest obowiązkowa. Klient, jeśli się ciężko uprze, może wybrać opcję spłacania rat bezpośrednio na konto Providenta. Wtedy za obsługę domową nie płaci, a pożyczka jest tańsza (choć i tak przekracza próg antylichwy, bo Provident pobiera przecież jeszcze składki ubezpieczeniowe, które nie są wliczane do progu lichwy).

      Do tej pory wydawało się, że pomysł z nieobowiązkową opcją obsługi domowej jest nie do ruszenia. Ale dziś nie jest to już takie pewne, bo w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów znaleźli sposób, żeby słynnego pożyczkodawcę przynajmniej spróbować chwycić za gardło. "Nieuwzględnianie kosztu opłaty za obsługę w domu i dodatkowej opłaty przygotowawczej w całkowitym koszcie pożyczki i w rzeczywistej rocznej stopie oprocentowania, wprowadzanie w błąd w reklamach" – tak UOKiK zdefiniował przewinienia Providenta i nałożył kosmiczną karę 13 mln zł. Oczywiście firma się odwołała i zasadność argumentacji urzędników zbada teraz sąd, ale już sam fakt, że UOKiK zdecydował się na taką akcję świadczy, że od strony prawnej urząd czuje się mocny. Nikt tam nie szedłby na nieuchronną wojnę w sądzie, mając pewność prestiżowej porażki. "Urząd ustalił, że przedsiębiorca nie podaje, w punkcie formularza określającym koszty pożyczki, informacji o opłacie za jej obsługę w domu i o tzw. dodatkowej opłacie przygotowawczej".

      Jestem bardzo ciekaw, czy urzędowi, który ma w nazwie ochronę konsumentów, uda się skutecznie zakwestionować opłatę za obsługę w domu jako sposób na omijanie ustawy antylichwiarskiej. Gdyby okazało się, że ta opłata jest nielegalna, zarówno Provident, jak i inne firmy działające w podobnym modelu (pobierając raty w domu klienta) musiałyby wymyślić jakąś inną opłatę, uważając jednocześnie, by UOKiK nie mógł ej zakwestionować jako fikcyjną.  "Koszt obsługi domowej zawarty jest w formularzu, ale w części dotyczącej kosztów opcjonalnych, jako że obsługa domowa takową jest. UOKIK stoi na stanowisku, że ten koszt powinien wchodzić w RRSO, chociaż dyrektywy regulujące usługi finansowe mówią coś zupełnie innego (czyli, że do RRSO powinny wchodzić tylko opłaty obligatoryjne). Istota opłaty opcjonalnej polega na tym, że nie trzeba jej ponosić, żeby dostać pożyczkę" - uważa Provident. Ma ktoś chusteczkę? ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Dziewice orleańskie wyją: "Polski rząd chce nas zniszczyć!". Ale... może to dobrze, że chce? ;-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 25 marca 2014 08:49
  • poniedziałek, 24 marca 2014
    • Duży windykator wyciąga ręce po nasze oszczędności. I płaci aż 6,5% w skali roku!

      Niewiele jest dziś możliwości w miarę bezpiecznego ulokowania pieniędzy na więcej, niż 3% w skali roku. No dobra, jak się ostro ponegocjuje, to można wycisnąć w niejednym banku 3,5%. Ale, jak wynika z niedawnego sondażu Getin Banku, są to odsetki, które bierzemy do ręki z obrzydzeniem, bo wszystko poniżej 4,2% w skali roku jest dziś dla nas złem koniecznym. Już w zeszłym roku sądziłem, że w tych okolicznościach wielkie firmy powinny zauważyć, iż jest interes do ubicia - i zaproponować nam swoje obligacje. Jak PKN Orlen raz spróbował, to w dwa dni znalazł chętnych na papiery za 200 mln zł, nawet przy niewysokim oprocentowaniu WIBOR 3M plus 1,5%. A gdyby ów Orlen chciał sprzedać nam obligacje za miliard, to też pewnie by chętnych nie zabrakło. Ssanie na odsetki wyższe, niż na przeciętnej lokacie (obecnie wynoszą 2,7% w skali roku) jest tak duże, że nawet polski rząd kilka miesięcy temu sprzedał 13-miesięczne obligacje za prawie 900 mln zł, choć płacił tylko 3% w skali roku. Firmy chyba wielkich pieniędzy od nas nie potrzebują, bo głośnych emisji obligacji korporacyjnych wciąż jest niewiele.

      Ale może znowu coś się ruszy? W poniedziałek zakup swoich obligacji zaproponowała wszystkim chętnym firma Best, specjalizująca się w windykacji przeterminowanych należności. To pierwsza tego typu oferta, do tej pory firma ta sprzedawała swoje obligacje w emisjach prywatnych, bądź publicznych, ale stawiając jednocześnie zaporowe wymagania co do kwoty kupowanych papierów. Teraz jest inaczej: w biurze maklerskim mBanku można już kupić czteroletnie obligacje Bestu, których oprocentowanie wynosić będzie WIBOR 3M plus 3,8%, a odsetki mają być płacone co kwartał. Biorąc pod uwagę, że WIBOR wynosi dziś 2,7%, wychodzi na to, że na stole jest możliwość zainwestowania pieniędzy na 6,5%. To dwa razy tyle, ile daje przeciętna lokata bankowa, więc spodziewam się, że chętnych nie zabraknie. Jedna obligacja ma wartość nominalną 100 zł, więc żeby skorzystać nie trzeba być wielkim graczem giełdowym. Na razie na sprzedaż wystawiono obligacje za 45 mln zł, ale docelowo w ten sposób firma chce pozyskać na rozwój (czyli na kupowanie złych długów) nawet 300 mln zł.

      Kto ma wolne pieniądze i nie boi się uczestnictwa (choćby biernego) w biznesie windykacyjnym, powinien się pospieszyć, bo obligacje będą przyznawane na zasadzie "kto pierwszy, ten lepszy". Ale trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że nie jest to interes całkiem bez ryzyka (choć to tylko obligacje, a nie akcje). Best jest jedną z większych firm windykacyjnych w Polsce - skupuje od banków, firm telekomunikacyjnych i innych usługodawców nie zapłacone faktury (tzw. trudne długi) i próbuje je wyegzekwować. Ponieważ kupuje je za niewielki procent "prawdziwej" wartości (czyli kwot do zapłacenia, wypisanej na fakturach), jest w stanie dobrze na tym zarabiać. I to nawet wtedy, jeśli nie wyciśnie pieniędzy z każdego dłużnika. Biznes nie należy do bezpiecznych, ani nie ma najlepszej reputacji, ale patrząc na wyniki Bestu można dojść do wniosku, że jest dochodowy. W 2011 r. firma miała 55 mln zł przychodów operacyjnych i 23,5 mln zł zysku netto, zaś w zeszłym roku Best miał już ponad 104 mln zł przychodów i prawie 66 mln zł zysków. Na czym więc polega ryzyko, skoro na pierwszy rzut oka jest to maszynka do robienia pieniędzy? Bo jakieś ryzyko musi być, skoro notowania akcji Bestu na giełdzie nie idą wciąż tylko w górę ;-).

      Best

      W przeszłości windykacja należności była zyskownym biznesem, ale dziś na tym rynku panuje ogromna konkurencja - firmy prześcigają się w zbijaniu cen i kupują portfele przeterminowanych długów za coraz większy ułamek ich wartości. A to oznacza, że aby na tym zarobić, muszą coraz bardziej "podkręcać" wyniki windykacji. Każdy błąd może być kosztowny, bo błędne oszacowania ryzyka każdego kupowanego portfela długów może oznaczać, że firma nie zarobi. A po kilku takich błędach nie miałaby z czego wypłacić odsetek od obligacji. Oczywiście: to tylko rozważania teoretyczne - dotąd Best wykupił w terminie - albo nawet przed terminem - wszystkie zapadalne obligacje. Dziś w rękach inwestorów są obligacje Best warte prawie 80 mln zł (termin wykupu części z nich to jesień 2014 r., a większości - druga połowa 2016 r.). Do tej pory Best pożyczył w formie obligacji 128 mln zł, z czego 48 mln zł już spłacił. Zaś dwa fundusze inwestycyjne (tzw. sekurytyzacyjne) należące do Bestu wyemitowały obligacje za 224 mln zł, z czego 130 mln zł już spłaciły. Mówimy więc o firmie bardzo doświadczonej w pozyskiwaniu kapitału ze źródeł innych, niż bankowe. To plus.

      Duża wartość już wyemitowanych przez Best obligacji to z jednej strony dobra wiadomość dla inwestorów (bo firma nie jest na tym rynku nowicjuszem), a z drugiej strony - pewne ryzyko. Część dochodów z właśnie sprzedawanych obligacji pójdzie zapewne na wykupienie wcześniejszych serii, a żeby spłacić dzisiejszych nabywców firma będzie musiała sprzedawać kolejne serie, ale czy znajdzie na nie nabywców i na jaki procent - nie wiadomo. Zwłaszcza, że konkurencja na rynku obligacji będzie raczej rosła, posiadacze oszczędności będą mieli do dyspozycji np. listy zastawne i obligacje hipoteczne. Być może już w tym roku wejdzie w życie bardziej liberalna ustawa o upadłości konsumenckiej, która zapewne zwiększy liczbę klientów, którzy przed spłatą starych długów będą się ratowali prywatnym bankructwem. Projekt, który ostatnio wylądował w Sejmie zakłada, że znacznie łatwiej niż dotychczas będzie m.in. o redukcję długów. A to może bezpośrednio uderzyć w portfele firm skupujących wierzytelności i zamieniających je na brzęczącą mamonę. Best to oczywiście duży gracz i trzeba zakładać, że lepiej lub gorzej sobie z tym wszystkim poradzi.

      Nie wiemy też w jakim stopniu decyzja o emisji obligacji dostępnych dla każdego jest powodowana chęcią skorzystania z naszych oszczędności, a na ile wymuszona gorszymi warunkami kredytowania firmy przez banki. To pytanie zawsze stawiam sobie, inwestując w obligacje firm, które postanawiają iść po pieniądze do drobnych ciułaczy, choć wcześniej finansowały się w inny sposób. I jeszcze jedno: choć firma jest notowana na giełdzie, decydujący głos ma w niej jeden człowiek - Krzysztof Borusowski (kontroluje 79% akcji Bestu). Dla jednych taka koncentracja kapitału będzie zaletą (bo jeśli jest konkretny właściciel, który trzyma sprawy za twarz twardą ręką, to i firma powinna so bie dobrze radzić), a dla innych będzie to czynnikiem ryzyka - bo de facto właściciel firmy jest dla posiadaczy obligacji "panem życia i śmierci". Piszę o tym wszystkim nie po to, żeby Was zniechęcać do tej inwestycji (przeciwnie: jestem fanem takich "nowinek"), ale aby wytłumaczyć z czego bierze się różnica między pewnym 3% w banku, a 6,5% też dość bezpiecznego zysku z obligacji Bestu. O tym, że na obligacjach emitowanych przez firmy można nieźle "popłynąć" przekonał się niedawno jeden z funduszy z rodziny Copernicus,  inwestujący właśnie w takie papiery.

      Patrząc na oprocentowanie oferowanych papierów - WIBOR 3M plus 3,8% - nie można powiedzieć, by firma była skąpa. Warunki finansowe (a zwłaszcza wypłata odsetek co kwartał) są bardzo dobre. Choć w historii emitowała też papiery z oprocentowaniem nawet 8,5% powyżej WIBOR!). W styczniu tego roku Best wyemitował krótkie obligacje oprocentowane płacąc stawkę WIBOR 3M plus 2,9%, a więc płacił gorzej, niż dziś. Ale to były papiery, których posiadacze dostaną kapitał jeszcze przed końcem tego roku, a kupując obligacje w ofercie publicznej trzeba się liczyć z zamrożeniem kapitału aż na cztery lata, co w branży handlu wierzytelnościami jest całą erą. A obligacje - dodajmy - są niezabezpieczone, czyli w przypadku jakichś kłopotów nie można położyć ręki na gruntach, czy nieruchomościach. Oczywiście obligacjami Bestu będzie można handlować na giełdzie (będą wprowadzone na rynek Catalyst). To już druga firma windykacyjna, która otwiera swoje serce na nasze, drobnych ciułaczy, portfele. W zeszłym roku nadleciał nad nie inny windykator - Kruk. On sprzedawał obligacje przy oprocentowaniu 4% powyżej WIBOR-u. Niezależnie od wszystkich plusów i minusów tej oferty - zainteresowanym polecam lekturę prospektu emisyjnego - bardzo się cieszę, że poza lokatami bankowymi i obligacjami rządowymi pojawiają się także takie, ciekawe pomysły na inwestowanie naszych oszczędności. All the best to Best ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Duży windykator wyciąga ręce po nasze oszczędności. I płaci aż 6,5% w skali roku!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 24 marca 2014 16:30

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line