Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • wtorek, 31 marca 2015
    • To się nazywa mieć pecha. Gdy w banku franków nie przyjmują, a przelewy obsługuje "mamusia"

      Ustawa antyspreadowa już od kilku lat pozwala frankowiczom omijać bankowe spready i spłacać kredyt kupionymi "na mieście" frankami. Oczywiście banki na spreadach zarabiają, więc starają się utrudniać klientom korzystanie z dobrodziejstw ustawy. A to wprowadzą jakieś opłaty dla kantorów internetowych, a to dojdą do wniosku, ze obsługa gotówkowa franków będzie możliwa tylko w niektórych oddziałach lub też wcale... Patentów jest bez liku. Niektórzy klienci Eurobanku też twierdzą, że bank im robi wbrew, utrudniając spłacanie kredytów we frankach. A na czym to robienie wbrew miałoby polegać? Ano według klientów na tym, że bank zrobił sobie outsourcing obsługi walutowej, przekazując prowadzenie kont walutowych do swojej spółki-matki, inwestycyjnego banku Societe Generale. Klienci twierdzą, że ten stan utrudnia im spłacanie kredytów bezpośrednio frankami bez opłat.

      "Mam kredyt hipoteczny we frankach w Eurobanku. Mój problem (i chyba nie tylko mój) polega na tym, ze bank ten, zasłaniajac się brakiem kont walutowych w swojej ofercie oraz brakiem kas w oddziałach, gdzie można byłoby wpłacić franki, wyznacza kredytobiorcy bardzo mało wygodna formę: konto techniczne w Societe Generale czyli w banku będącym właścicielem Eurobanku. Takie podejście banku powoduje o wiele gorsze korzystanie z dobrodziejstw z ustawy antyspreadowej w stosunku do innych banków"

      - donosi jeden z klientów. Skoro nie można przynieść franków do oddziału Eurobanku, to oznacza, że bank de facto wymaga od swojego klienta założenia konta walutowego w innym banku i ponoszenia opłat za prowadzenie takiego konta (Societe Generale nie ma oddziałów i nie przyjmuje gotówki od klientów detalicznych). Fakt, że kredyty klienci mają w Eurobanku, a techniczne konta walutowe do tych kredytów - w nie obsługującym klientów detalicznych banku inwestycyjnym (Societe Generale) oznacza dla klientów dodatkowe opłaty za przelewy franków z zewnątrz. Prawdopodobnie nie ma kantorów internetowych, realizujących bezprowizyjnie przelewy do Societe Generale, bo nie jest to bank obsługujący małe firmy. Czy takie postępowanie banku jest zgodne z ustawą antyspreadową, która w założeniu miała znacznie ułatwić płacenie bezpośrednio we frankach? Być może jest zgodna z jej literą, ale czy jest zgodna z duchem? Zapytałem o to Eurobank, ale jego pracownicy nie wyglądają na zawstydzonych zaistniałą sytuacją.

      "Bank nie prowadzi obsługi walutowej. W 2009 r. bank zaprzestał udzielania kredytów hipotecznych w CHF, udzielał ich zaledwie przez 21 miesięcy. Ustawa „antyspreadowa” nie nakłada na bank obowiązku prowadzenia kont walutowych oraz obsługi kasowo-skarbcowej, jeżeli takiej działalności bank nie prowadził przed jej wejściem w życie i jeśli nie prowadzi jej również obecnie dla innych produktów niż kredyty indeksowane/denominowane do waluty obcej. Bank nie wymaga od kredytobiorcy założenia konta walutowego w Societe Generale. Bank daje kredytobiorcom do wyboru następujące możliwości spłaty kredytu: 1. Bezpośrednio w CHF - przelewem z konta walutowego należącego do klienta na rachunek walutowy prowadzony na rzecz Eurobanku w Societe Generale; 2. W złotych – w kasie banku lub przelewem"

      - odpowiedziano mi w Eurobanku. To się nazywa zrobić klientom koło pióra w majestacie prawa. Eurobank nie pobiera żadnych opłat za możliwość przelania pieniędzy na spłatę kredytu bezpośrednio w walucie obcej, więc w teorii jest dla klientów superprzyjazny. Ale ponieważ bank, któremu Eurobank oddał obsługę walutową, jest bankiem inwestycyjnym, to a) nie prowadzi obsługi gotówkowej, b) żaden kantor internetowy nie może otworzyć w nim konta. A więc nie ma możliwości, by kantor internetowy oferował darmowe przelewy franków do Societe Generale. Można więc sobie gdzieś założyć konto walutowe (i za nie płacić), wymienić walutę w internetowym kantorze, a potem zapłacić prowizję od przelewu franków do Societe Generale. To zupełnie tak, jakby grać z Piotrem Adamczykiem w tenisa. Nie da się wygrać :-). Zresztą, zobaczcie sami, bo próbowałem :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „To się nazywa mieć pecha. Gdy w banku franków nie przyjmują, a przelewy obsługuje "mamusia"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 marca 2015 19:27
    • Czy polski rząd podłożył nogę frankowiczom? Awantura o opinię dla unijnego Trybunału

      Kredyty we frankach są, jak powszechnie wiadomo, przedmiotem sądowych sporów zarówno w Polsce, jak i poza naszymi granicami. Gorąco zrobiło się zwłaszcza w styczniu tego roku, gdy frank skokowo umocnił się o kilkanaście procent wobec innych walut. Ale już wcześniej zastanawiano się, czy coś takiego można w ogóle nazwać kredytem, skoro wartość długu zmienia się jak w kalejdoskopie. W niektórych krajach - głównie tam, gdzie problem dotyczył dużego odsetka obywateli, bądź tam, gdzie kredyty frankowe miały wyjątkowo podłą konstrukcję - rządy postanowiły strukturalnie rozstrzygnąć te kłótnie, przewalutowując kredyty po arbitralnie ustalonym kursie. Tak stało się na Węgrzech, podobno też na Malcie, a także w Chorwacji, ale chyba tam wyrok się nie uprawomocnił, bo ostatnio sprawa franków znów wróciła na wokandę. W Serbii bank centralny wbudował w kredyty frankowe "bezpieczniki", ograniczając ryzyko walutowe klientów. W Rumunii też już niewiele brakuje do rozwiązania systemowego.

      Na naszym podwórku też wokół franków jest gorąco: część kredytobiorców - w tym ci, którzy się po prostu przekredytowali - uważa, że zostali wprowadzeni w błąd przez bankowców, bo przy zaciąganiu kredytu nikt nie poinformował ich o konsekwencjach potencjalnego dużego wzrostu kursu franka. Są i tacy, którzy argumentują, że skoro kredyt był wypłacony i jest spłacany w złotych, to cała jego "frankowość" jest oszustwem. Jakiś czas temu próbowałem spojrzeć w mordkę temu misiu, to jest... chciałem, powiedzieć Yeti :-). Klienci podnoszą też trzeci argument: że klauzule regulujące zasady spłaty są nieprecyzyjne (bank może ustalać kurs na poziomie z sufitu). Na razie w sądach frankowicze ugrali niewiele. Czasem udaje im się zakwestionować pojedyncze zapisy w umowach (np. dotyczące nieprecyzyjnego spreadu, albo okoliczności, w których bank może zmienić stopę procentową kredytu) i doprowadzić do wypłaty przez banki rekompensat lub też zablokowania tytułów egzekucyjnych. Ale o anulowaniu "frankowości" kredytu lub wręcz uznaniu umowy za nieważną na razie mowy nie ma. Niedawno sąd orzekł, że nawet przy kredycie indeksowanym (teoretycznie tym łatwiejszym do podważenia) przeliczenie walutowe to tylko "konkretyzacja", a nie przekręt. Szef frankowych buntowników, Tomasz Sadlik, przegrał ostatnio precedensową sprawę o unieważnienie kredytu z powodu wprowadzenia go przez bank w błąd, zaś Sąd Najwyższy orzekł, że klauzul dotyczących spreadu nie trzeba wyrzucać z umów kredytowych.

      W tych okolicznościach zbuntowani frankowicze liczą na odsiecz z zagranicy. Unijny Trybunał Sprawiedliwości, którego orzeczenia są wiążące dla sądów państw UE, wygląda na bardziej prokonsumencko nastawiony, niż polskie sądy. Pisałem w blogu, że jego eksperci mają wątpliwości czy klienci frankowi byli właściwie informowani o znaczeniu spreadu i ryzyka walutowego dla ich długów. Wspominałem też, że Trybunał nie ma nic przeciwko poprawianiu przez ustawodawcę umowy kredytowej, jeśli po wykreśleniu nielegalnych klauzul byłby problem z jej wykonaniem. Ale najważniejsze orzeczenie, które mogłoby skutkować nawet odwróceniem wszystkich umów kredytowych po kursie franka z dnia ich zawarcia, ma dopiero zapaść.To sprawa C-312/14. Historia jest następująca: węgierski bank Banif Plus domaga się spłacenia przez klientów kredytu frankowego, a ci pokazali bankowi środkowy palec twierdząc, że to, co bank uważa za umowę kredytową, wcale nią nie jest. A czym jest? Ano instrumentem finansowym, konkretnie zaś - opcją walutową. W lokalnych sądach w Hiszpanii już takie interpretacje kredytów walutowych się zdarzały. A w Norwegii sąd przyszpilił bank, który nie poinformował klienta inwestującego pieniądze o ryzyku walutowym.

      Uznanie kredytu za nie-kredyt mogłoby mieć doniosłe znaczenie. Prawo unijne nakłada bowiem na bank sprzedający instrument inwestycyjny obowiązek zbadania skłonności klienta do ponoszenia ryzyka (trzeba wypełnić specjalny formularz wynikający z dyrektywy MIFiD). W tym konkretnym przypadku - jak również w przypadku każdego innego kredytu we frankach - ten obowiązek nie został dopełniony, stąd klienci uważają, że umowę można anulować (bo skoro bank nie sprawdził czy klient może ją zawrzeć, to powinien ponieść konsekwencje tego zaniedbania). W takiej sytuacji klienci oddaliby tylko tyle, ile pożyczyli, bez żadnych odsetek, ani tym bardziej różnic kursowych. Stosując tę interpretację do wszystkich kredytów frankowych można byłoby żądać ich rozwiązania. Dlaczego sprawa trafiła do Trybunału Sprawiedliwości? Bo potrzebujący dramatycznie jakiejś dupokrytki węgierski Sąd Najwyższy skierował do Trybunału pytanie o tzw. orzeczenie prejudycjalne (wstępne) w tej kwestii. Potrzeba dupokrytki jest całkiem zrozumiała, bo orzeczenie, że kredyt frankowy to nie-kredyt oznaczałoby wrzucenie granatu do olbrzymiego szamba.

      "Rozpoznając sprawę sąd węgierski zwrócił uwagę na fakt, że umowa kredytu denominowanego w walucie obcej posiada zarówno aspekt dotyczący rynku pieniężnego (oparty na kredycie), jak i potencjalny aspekt dotyczący rynku instrumentów finansowych (oparty na transakcjach kursu wymiany waluty). Z tej przyczyny w ocenie tego sądu zachodzi wątpliwość, czy umowa kredytu denominowanego w walucie obcej (lub niektóre postanowienia tej umowy dotyczące warunków wymiany walut) stanowi „instrument finansowy” (transakcję terminową) na gruncie dyrektywy 2004/39/WE"

      - tak wygląda prośba węgierskiego Sądu Najwyższego o dupokrytkę. Trybunał Sprawiedliwości, jako organ unijny, zanim wyda opinię, przyjmuje od poszczególnych państw stanowiska. Każdy rząd unijny może takie przysłać, przystępując de facto do sprawy. Nie ma znaczenia, że sprawa dotyczy klientów na Węgrzech i formalnie nie powinna nikogo więcej - poza gulaszojadami - obchodzić. Stanowisko Trybunału Sprawiedliwości może mieć ogromne znaczenie dla orzecznictwa w państwach Unii - nie ma chyba sądu, który wydałby wyrok sprzeczny z linią orzeczniczą Trybunału Sprawiedliwości. Taki wyrok łatwo byłoby zakwestionować w wyższej instancji. Stąd wszyscy frankowicze czekają na orzeczenie w sprawie C-312/14 z zapartym tchem. A polski rząd przedstawił w październiku 2014 r. swoje stanowisko, które - choć w blogu cytowaliście je już kilka miesięcy temu m.in. przy okazji tekstów "chorwackich" - teraz zaczęło nagle wzbudzać kontrowersje. Kilka zdań z niego zacytował bowiem w jednym z prawicowych portali Maciej Pawlicki, publicysta i producent telewizyjny, który ma prywatne frankowe porachunki z Bankiem Millennium. Ów fragment brzmi tak:

      „Rzeczpospolita Polska sygnalizuje, że stwierdzenie nieważności postanowień walutowych zawartych w umowach kredytów denominowanych a w konsekwencji orzeczenie obowiązku przewalutowania takich kredytów, mogłoby spowodować daleko idące negatywne konsekwencje dla rynku finansowego. Przykładowo, w przypadku Polski, przewalutowanie kredytów walutowych według kursu z dnia ich udzielenia mogłoby się wiązać z obniżeniem wyceny większości takich kredytów o ok. 30-40% i mogłaby wygenerować po stronie banków straty w wysokości nawet kilkudziesięciu miliardów złotych”

      Interpretacja tego fragmentu może być taka, że rząd chce "upupić" ewentualne korzystne dla frankowiczów orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości. Temat podchwyciła gazeta "Fakt", która przypomniała słowa premier Ewy Kopacz, że mając do wyboru interes banków lub ich klientów zawsze wybierze ona, jako szefowa rządu, interes klientów. Wypowiedź ta, nota bene, jest całkiem głupia, bo często interes banków i klientów idzie w parze, ewentualnie interes jednych klientów może być sprzeczny z interesem innych klientów, tożsamym z interesem banków. Np. można sobie wyobrazić, że przewalutowanie kredytów frankowych oznaczałoby roszczenia odszkodowawcze klientów kredytów złotowych, nie mówiąc już o deponentach, bo niektóre banki zapewne by wolały zbankrutować, niż płacić. Nie ulega kwestii, że wypowiedź pani premier niespecjalnie zbieżna jest ze wspomnianym wyżej cytatem z rządowego kwitu.

      "Jeśli to się potwierdzi, jest to skandal i próba przeniesienia na grunt europejski polskich zwyczajów, czyli wpływania przez władzę wykonawczą na niezawisłe sądy, i to w imię interesów grupy przedsiębiorców. Będziemy protestować. Działanie rządu to próba nadużycia władzy!"

      - oburzył się Tomasz Sadlik. Przyznam, że nie zauważyłem, by wypływanie przez władzę wykonawczą na niezawisłe sądy miało w Polsce status "zwyczaju". Zapewne takie naciski się zdarzają, ale raczej są patologią, niż codziennością. Nie wiem też czy stanowisko rządu wysłane do Trybunału Sprawiedliwości można uznać za "wpływanie przez władzę wykonawczą na niezawisłe sądy", bo przecież taka jest europejska procedura i polski rząd po prostu z niej skorzystał. Czy wszystko to dzieje się "w interesie grupy przedsiębiorców"? Wspomniałbym też o deponentach: sam jestem frankowiczem, ale mam też depozyty w bankach i wolałbym, żeby nic im nie groziło. No dobra, ale co tak naprawdę jest w tym rządowym kwicie, z którego wyjęto cytat jasno sugerujący, że rząd nie jest przyjacielem frankowiczów? Szczęśliwie udało mi się posiąść ów kwit i nawet go przeczytałem od dechy do dechy. Wynika z niego, iż polski rząd uważa, że nie można uznać kredytu frankowego za zakład walutowy. A zatem i nie można wymagać od banku, by badał profil inwestycyjny klienta zgodnie z dyrektywą MIFiD. A już całkiem nie ma podstaw, by z powodu "elementów inwestycyjnych zaszytych w kredycie" unieważniać umowę. Jakie polski rząd - podobno rzeźbiło tu Ministerstwo Finansów wspólnie z KNF - ma argumenty?

      "W sekcji C załącznika I do dyrektywy 2004/39/WE wymieniono następujące instrumenty finansowe (instrumenty pochodne): transakcje opcyjne, transakcje typu futures, swap, umowy terminowe na stopę procentową oraz inne kontrakty na instrumenty pochodne odnoszące się do papierów wartościowych, instrumentów dewizowych, stóp procentowych lub oprocentowania, albo innych instrumentów pochodnych, indeksów finansowych lub środków finansowych, które można rozliczać materialnie lub w środkach pieniężnych. Zdaniem Rzeczypospolitej Polskiej umowne klauzule walutowe nie odpowiadają konstrukcyjnie żadnej spośród transakcji wymienionych w sekcji C załącznika"

      A dlaczego kredyt miałby nie być jednym z takich instrumentów, dajmy na to opcją walutową (przynajmniej częściowo)? Według rządu są trzy różnice między instrumentem pochodnym, a kredytem walutowym: a) odmienny cel kontraktu (instrumenty pochodne są zawierane w celach zabezpieczających lub spekulacyjnych, a umowa kredytowa służy pozyskaniu kasy przez klienta, zaś klauzule walutowe mają umożliwić realizację tego celu), b) inny sposób określenia kursu waluty, według którego dojdzie do realizacji kontraktu (w przypadku instrumentów pochodnych kurs jest określony w umowie, a w umowie kredytu - bynajmniej), c) inny rodzaj zobowiązania stron (instrumenty pochodne kreują bezwarunkowe zobowiązanie lub uprawnienie strony, a w przypadku kredytów mogą być wyjątki, np. spłacanie kredytu bezpośrednio w walucie). Idźmy dalej w lekturze kwitu. Rząd odpowiedział też na pytanie, czy gdyby jednak uznać, że kredyt walutowy ma w sobie komponent inwestycyjny, to czy taką umowę można byłoby unieważnić.

      "Rzeczpospolita Polska podkreśla, że dyrektywa 2004/39/WE nie przewiduje sankcji nieważności umowy, na podstawie której doszło do nabycia instrumentu finansowego przez klienta, w przypadku gdy instytucja finansowa nie wykonała obowiązku przeprowadzenia uprzedniej oceny adekwatności. Ani postanowienia Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, ani akty prawa wtórnego nie przewidują dla takich umów sankcji cywilnoprawnej, w odróżnieniu na przykład od przypadków takich jak porozumienia przedsiębiorców zawarte z naruszeniem zakazu działań antykonkurencyjnych (...) Zdaniem Rzeczypospolitej Polskiej sankcja nieważności mogłaby mieć zastosowanie wyłącznie wówczas, gdyby przewidywały ją obowiązujące w danym państwie przepisy implementujące dyrektywę 2004/39/WE (przy czym obowiązujące w Polsce przepisy implementujące tę dyrektywę w ogóle nie przewidują tego rodzaju sankcji)"

      W wolnym tłumaczeniu: prawo unijne nie nakłada obowiązku unieważniania umowy w sytuacji, gdy klientowi wciśnięto nieodpowiedni dla niego produkt inwestycyjny. Teoretycznie takie sankcje mogą wprowadzić poszczególne państwa, ale nie mają takiego obowiązku. Ot i cała tajemnica opinii polskiego rządu w sprawie C-213/14. Czy można automatycznie wyciągać z tego wniosek, iż rząd broni banków? Oczywiście, takie stanowisko nie pomaga najbardziej radykalnym postulatom frankowiczów, ale... to może być trochę tak, jak w skokach narciarskich, gdzie odcina się skrajne noty sędziowskie. W przypadku pytania zadanego Trybunałowi przez sąd węgierski mówimy o najdalej posuniętej interpretacji sytuacji prawnej frankowiczów: mówiącej, że to, co spłacają, wcale nie jest żadnym kredytem, tylko rodzajem kontraktu opcyjnego. Nasz rząd tej interpretacji się sprzeciwił. Ale czy to oznacza, że poparł banki i zadziałał na szkodę klientów? 

      etsprawo2Pomiędzy "węgierską" interpretacją, a powiedzeniem "nic się nie stało", jest jeszcze duża przestrzeń - np. na ukaranie banków za misselling i nałożenie na banki współodpowiedzialności za ryzyko kursowe. Inna sprawa, że rząd w tej przestrzeni nie podjął żadnych działań, jeśli nie liczyć wywierania na banki presji, by uwzględniły ujemny LIBOR w ratach klientów (czyli przekonywania banków, że minus jest minusem, nawet wtedy, gdy ów minus działa na niekorzyść banków ;-). Biorąc pod uwagę delikatność sytuacji można byłoby więc powiedzieć, że rząd "nie skorzystał z okazji, żeby siedzieć cicho". To lamentowanie nad skutkami ewentualnych negatywnych konsekwencji orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości dla rynku finansowego w Polsce spokojnie można sobie było darować. Pozostałe argumenty są wystarczająco solidne, by nie trzeba było użalać się nad losem branży finansowej.  Choć oczywiście rozumiem co chciał powiedzieć rząd: że unieważniając kredyty pomożemy frankowiczom, ale zaszkodzimy wszystkim innym klientom banków. A w ich interesie też powinien występować rząd.

      "Groziłoby to destabilizacją systemu bankowego. Jednocześnie konieczne byłoby podjęcie działań mających na celu dokapitalizowanie banków, również z wykorzystaniem środków publicznych".

      - kończy rząd swoją opinię do Trybunału Sprawiedliwości, opisując skutki ewentualnego, korzystnego dla węgierskich klientów, orzeczenia. Jako frankowy kredytobiorca pewnie nie obraziłbym się, gdyby po orzeczeniu Trybunału anulowano mój kredyt frankowy i zwrócono wszystkie odsetki za kilkanaście lat wstecz. I w imię wyobrażania sobie tej kasy nawet byłbym w stanie wkurzyć się na ten rządowy kwit prawie tak samo, jak pan Tomasz Sadlik. Ale jako deponent, posiadacz lokat w kilku bankach, oczekuję od rządu, że będzie bronił stabilności finansowej banków, bo chcę dostać z powrotem moje pieniądze, z dopisanymi odsetkami. Zaś jako posiadacz dziesięcioletnich obligacji rządowych oraz udziałów w licznych funduszach inwestycyjnych lokujących m.in. w rządowe papiery dłużne, jestem zainteresowany tym, żeby pieniądze budżetu państwa nie były używane do ratowania mojego banku po tym, jak ten umorzy mój kredyt :-). Ot, taki ze mnie schizofrenik. Teraz wszystko jest w rękach Trybunału Sprawiedliwości. Mimo negatywnej opinii polskiego rządu wciąż nie można wykluczyć, że Trybunał orzeknie, iż kredyty hipoteczne mają w sobie komponent inwestycyjny. A wtedy... oj, byłoby ciekawie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (64) Pokaż komentarze do wpisu „Czy polski rząd podłożył nogę frankowiczom? Awantura o opinię dla unijnego Trybunału”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 marca 2015 08:38
  • poniedziałek, 30 marca 2015
    • Konto funduszowe, czyli bank ma pomysł jak zachęcić klientów do inwestowania oszczędności

      Jak zachęcić przeciętnego ciułacza do lokowania pieniędzy w fundusze inwestycyjne? To jedno z ważniejszych pytań, które zadają sobie bankowcy oraz menedżerowie w firmach zarządzających funduszami. Okoliczności do ofensywy wydają się wymarzone: z jednej strony niskie stopy procentowe są naturalnym sprzymierzeńcem pozabankowych form lokowania oszczędności. Wiecie, że są już banki w Polsce, które oferują klientom... ujemne oprocentowanie depozytów? Zapraszam do obejrzenia klipu m.in. na ten temat. 

      Z drugiej strony totalną kompromitację w oczach klientów przeżyły polisy unit-link, oferowane przez firmy ubezpieczeniowe. Do tej pory to właśnie agenci ubezpieczeniowi przejmowali większość klientów mających potencjał do długoterminowego inwestowania. Przejmowali ich i "ubierali" w potwornie drogie unit-linki, które w większości przypadków nie dają klientom szansy nawet na rentowność porównywalną z depozytem bankowym, nie mówiąc już o jakiejkolwiek premii za ryzyko. Teraz wiadomo już co z tych ubezpieczeniowców za ziółka - choć ziółka próbują przepraszać, obiecując poprawę- i robi się miejsce dla funduszy inwestycyjnych. Być może konsumencki zapomnieli też już o tym, że i funduszowcy niegdyś byli niezłymi ziółkami? Pieniądze ciułaczy do nich, owszem, płyną, ale są lokowane w przeważającej części we względnie bezpieczne strategie: fundusze pieniężne, gotówkowe, obligacji rządowych i korporacyjnych. Ta ostatnia to już trochę mniej bezpieczna strategia, ale mało kto zdaje sobie z tego sprawę :-)). I nie widać, by "oswojeni" z lokowaniem "pozabankowym" nowicjusze przesuwali część pieniędzy do bardziej urozmaiconych funduszy.

      Pomysł na to, by inwestowanie w fundusze trafiło "pod strzechy" przedstawił dzisiaj bank ING. Rzecz nazywa się "ING Konto Funduszowe" i jest dość podobnym produktem do unit-linków, ale elastyczniejszym. Klient wybiera jedną z trzech strategii (Pakiet Ostrożny, Pakiet Umiarkowany, Pakiet Dynamiczny), a w jej ramach pieniądze są inwestowane w fundusze inwestycyjne wybrane przez zarządzających ING spośród prawie 150 funduszy siedmiu TFI (w tym zacnych marek takich jak Union Investment, Aviva, Investors, PZU). Na tej samej zasadzie, czyli na zbieraniu pod jednym "parasolem" produktów z wielu funduszowych rodzin (i dodatkowo na przykuwaniu klienta do kaloryfera, czego nie ma w ING :-)), opierają się właśnie oferowane przez ubezpieczycieli polisy inwestycyjne unit-link. Banki do tej pory oferowały tego rodzaju pakiety funduszy raczej oparte tylko na swoich lub "zaprzyjaźnionych" produktach funduszowych, czego przykładem jest opisywany jakiś czas temu w blogu pakiet Optima Duo Investor. ING postanowił pójść krok dalej: po pierwsze zaoferować klientom fundusze z różnych TFI, po drugie zwolnić ich z konieczności wybierania funduszy (będą inwestowali w pakiet i nie będzie ich musiało interesować co jest w środku), a po trzecie aktywnie zarządzać tymi pakietami.

      Podstawowym atutem jest tu fakt, że klient nie musi mieć wiedzy o funduszach inwestycyjnych, by zacząć się nimi bawić. Wie tylko jakie ryzyko chce podjąć, a resztę biorą już na siebie zarządzający. Ryzyko rozkłada się na wiele funduszy wchodzących w skład każdego z trzech pakietów (inwestujących w Polsce i za granicą), więc klient unika sytuacji, w której traci pieniądze, bo obstawił złego konia. Pakiety ING powinny osiągać wyniki mniej więcej takie, jak średnia wszystkich funduszy działających na rynku. Trzecią zaletą jest brak zobowiązań - nie będzie trzeba deklarować wpłat w określonej wysokości, ani zobowiązywać się do inwestowania nowych składek np. przez 10 lat. Nie będzie opłat likwidacyjnych, ani prowizji "na wejściu". I tymi cechami pomysł ING ma różnić się od unit-linków, w których co miesiąc płaci się np. 10 zł opłaty administracyjnej, a wyjście z inwestycji jest często obłożone karami, w dodatku często nielegalnymi. W "ING Koncie Funduszowym" będzie mniejszy wybór funduszy, niż w większości unit-linków, ale być może tych 150 funduszy wystarczy, by zagwarantować klientowi wyniki w ramach pakietów odzwierciedlające średnią rynkową. Szkoda, że wśród tych 150 funduszy nie ma renomowanych Franklina Templetona, BlackRock, czy Robeco. Ale grunt, że ING będzie dobierał fundusze zarówno z kraju, jak i zagraniczne.

      ING chwali się, że podobny pomysł osiągnął sukces w Belgii, gdzie w 2013 r. uruchomiono ING Core Fund. Choć to niewielki kraj, na wpłacanie pieniędzy zdecydowało się tam 60.000 klientów (w sumie wpłacili miliard euro zaskórniaków). A co ważniejsze, dla 30% z nich była to pierwsza inwestycja w fundusze w życiu. Czy u nas będzie podobnie?

      INGkontofunduszowe1

      Cóż, jest szansa, że pomysł ING trafił w swój czas, choć wiele też zależy od sprawnego marketingu i wyników w pierwszym roku działania pakietów. W Polsce, niestety, zasada przyciągania klientów do funduszy jest prosta: nie ma znaczenia marka towarzystwa, niewielkie znaczenie ma magia nazwiska zarządzającego, decyduje sieć sprzedaży, siła wydatków marketingowych oraz osiągnięte w przeszłości wyniki. Choć pomysł ING wygląda dość świeżo, to oparte na podobnej zasadzie programy inwestowania już w przeszłości były, że wspomnę choćby o opisywanym w blogu pakiecie TFI Aviva Investors o nazwie Multibonus. Tam co prawda klient sam wybiera sobie fundusze, ale preselekcji również dokonują zarządzający. Również nie ma opłaty dystrybucyjnej, a pieniądze można inwestować przez internet. Pomysł Avivy jest i działa, ale nie przełomem nie jest.

      Choć "ING Konto Funduszowe" nie ma kilku wad unit-linków, niestety nie unika ich w pełni. Wprawdzie firma czasowo rezygnuje z opat dystrybucyjnych, pobieranych przy wpłacaniu pieniędzy, ale pobiera opłatę za zarządzanie "parasolem" funduszy. I jest to, niestety, opłata wysoka. W przypadku Pakietu Ostrożnego, zawierającego wyłącznie fundusze inwestycyjne o charakterze dłużnym (lokujące w obligacje) prowizja za zarządzanie pieniędzmi wyniesie 1,35%. Biorąc pod uwagę, że mówimy o rozwiązaniu, które nie gwarantuje ponadprzeciętnie dobrych wyników, lecz przeciwnie - ma zapewnić, że wynik będzie bliski średniej rynkowej - jest to prowizja ustawiona na dość wysokim poziomie.

      INGkontofunduszowe2

      W przypadku Pakietu Umiarkowanego, w którym będzie 30% funduszy ryzykownych i 70% bezpiecznych opłata za zarządzanie "parasolem" ma wynieść 2,2%, co również jest wartością wysoką, bo tego rodzaju rozwiązanie rzadko kiedy przyniesie więcej, niż 10% zysku. Dla większości klientów będzie to o 2-4% więcej, niż wyniósłby dochód z obligacji rządowych albo "kupowanej" samodzielnie lokaty bankowej. Prowizja na poziomie 2,2% oznacza, że ING może zabrać nawet połowę owej nadwyżki jako swoje wynagrodzenie. To może ograniczyć chęć klientów do inwestowania pieniędzy. W przypadku Pakietu Dynamicznego (65% udziału funduszy inwestujących w akcje) opłata za zarządzanie pakietem wyniesie 2,65%. To dużo, niewiele mniej od najwyższych prowizji pobieranych przez unit-linki (2,99%).Uważam, że owe 2,65% powinno być obwarowane jakimś warunkiem - np. dotyczącym efektywności doboru funduszy.

      Czy żądam zbyt wiele? Cóż, patrząc z punktu widzenia banku rozwiązanie typu "ING Konto Funduszowe" oznacza de facto kanibalizację własnej bazy depozytowej. Gdyby bank przyjmował tylko depozyty i przetwarzał je na kredyty, to miałby z tego 2-3% czystego zarobku na marży odsetkowej (po odjęciu m.in. kosztów ryzyka). Skoro część klientów będzie zachęcał do inwestycji w fundusze, to oczekuje podobnej marży. I stąd biorą się takie a nie inne poziomy opłat za zarządzanie. Nie zmienia to faktu, że jeśli klient inwestuje oszczędności w Pakiet Ostrożny, mając w perspektywie góra 4-4,5% zarobku, to po potrąceniu prowizji za zarządzanie w wysokości 1,35% zostanie tyle, co na lokacie, albo tylko śladowo więcej. Może jestem zbytnim pesymistą, ale tak niestety to widzę. A gdybym wziął Pakiet Umiarkowany i udałoby mi się wykręcić 6-7% zysku, to po odciągnięciu opłaty zostałoby 4-5%. Premia za podjęte ryzyko będzie niewielka (choć i same ryzyko niezbyt duże).

      Pamiętajmy, że jedyną robotą zarządzających "ING Kontem Funduszowym" będzie gmeranie w liście funduszy w taki sposób, żeby nie "wtopić" w jakiś fundusz generujący wyjątkowo niskie zyski. Za tę robotę oczekiwałbym opłaty za zarządzanie ciut poniżej 1% w skali roku. Nie wiem czy wówczas wilk byłby syty, ale owca na pewno byłaby cała - zapłata dla zarządzających portfelem funduszy za zapewnienie wyniku z inwestycji na poziomie średniej rynkowej.byłaby odpowiednia. Może kiedyś do tego poziomu dojdziemy, ale musiałby to być czas, w którym marże odsetkowe banków są znacznie niższe od obecnych (to się da zrobić, wystarczy przecież, że konsumenci zaczną unikać banków najbardziej kantujących na kosztach kredytów). Pomysł ING jest na pewno krokiem w dobrym kierunku, który może zachęcić wielu klientów banków do zainwestowania choćby części oszczędności w fundusze. Pytanie tylko czy przy tak skrojonych opłatach za zarządzanie wyniki z inwestycji będą równie zachęcające, jak sama koncepcja ING-owskiego rozwiązania.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Konto funduszowe, czyli bank ma pomysł jak zachęcić klientów do inwestowania oszczędności”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 marca 2015 16:30
    • Kolejne banki drastycznie podwyższają prowizje za płacenie kartą za granicą. Ile zapłacisz?

      Czy używanie kart płatniczych za granicą ma sens? Wachlowanie "krajowym" plastikiem w obcych landach zawsze trochę kosztowało, ale do tej pory można było znaleźć argumenty za takim rozwiązaniem. Będąc w Turcji zwykle płaciłem kartą w lirach, a transakcja była przewalutowana najpierw przez Visę na euro, a potem przez mój bank na złote. To kosztowało mnie w sumie 3-4%, ale spread w kantorze walutowym, w którym mógłbym wymienić złote na liry, wynosił mniej więcej tyle samo. A płacenie kartą jest mimo wszystko wygodniejsze, no i nie zostaje w kieszeni bilon, z którym nie ma co zrobić. Transakcje w strefie euro były tańsze, bo odpadało jedno przewalutowanie. Niestety, od kilkunastu miesięcy banki zaczynają rzucać klientom kłody pod nogi, wprowadzając dodatkowe prowizje za przewalutowanie transakcji. W mBanku już w zeszłym roku płaciłem 5-6% dodatkowej prowizji za każdą transakcję (co prawda bank jednocześnie zmienił walutę rozliczeniową karty z euro na złote, likwidując jedno przewalutowanie).

      Czytaj: Geografia i MasterCard, czyli jak płacenie kartą może być sprawą... polityczną

      Niestety, wprowadzanie prowizji za przewalutowanie transakcji zagranicznej, jako drugiego obciążenia obok spreadu (lub zamiast spreadu, bo i tak bywa), jest w bankach w modzie. Tuż przed weekendem bank Citi Handlowy ogłosił, że od 1 czerwca posiadacze jego kart za każde przewalutowanie transakcji zagranicznej będą płacili 5,8% prowizji (niezależnie od tego czy używają karty ze znaczkiem Visa, czy MasterCard), zaś transakcje będą przewalutowywane bezpośrednio na złote po kursie organizacji płatniczej. Klienci, którzy dowiedzieli się o tej zmianie, są nie lada wkurzeni. Zwłaszcza, że Citi to bank ludzi zamożnych, podróżujących i ceniących sobie dobre warunki płacenia w podróży. Zresztą Citi zawsze stwarzał wrażenie banku dobrze nadającego się dla obieżyświatów. Ostatnio zdetronizował go Bank Smart Sławomira Lachowskiego, który przygotował ofertę zgniatającą wszystkich konkurentów.

      "Właśnie odebrałem e:mail z mojego banku o wprowadzeniu prowizji za używanie kart kredytowych MasterCard i Visa za granicą w wysokości 5.8% wartości transakcji. Uważam to za powrót do lat 90-tych oraz efekt "akcji" Ministerstwa Finansów i NBP w sprawie obniżenia opłat interchange"

      - pisze pan Maciej, mój czytelnik, nie kryjąc rozczarowania. Przyczyny zmian mój imiennik definiuje prawidłowo, ale do tego jeszcze wrócimy, jak tylko wysłuchamy oburzonej czytelniczki.

      "Czyli od każdego tysiąca wydanego kartą za granicą zapłacę 58 zł samej prowizji, nie licząc spreadu? Czy to nie przegięcie? Może warto ich zapytać czym to jest uzasadnione? Jakie koszty banku powodują konieczność wprowadzenia takiej prowizji tuż przed wakacjami? Przecież oni nie mogą dyktować tych prowizji z sufitu! Dlaczego nie wprowadzili opłaty np. 10%, albo od razu 15%?"

      TOiPCity

      - to z kolei pani Ariadna. Od razu napiszę, że podwyżka nie jest tak drastyczna, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Dziś jest bowiem tak, że jeśli np. płacą kartą Citi w sklepie w USA, to "przechodzę" przez spread po kursie organizacji płatniczej przy przewalutowaniu transakcji na euro, a do tego spreadu Citi dokłada 1% prowizji. Potem jeszcze bank zabiera 4% zaszyte w swoim spreadzie przy przewalutowaniu z euro na złote. Według nowych zasad będzie drożej, ale przejrzyściej :-).

      Citi nie jest jedynym bankiem, który gmera przy opłatach za płacenie kartą za granicą. Niedawno mBank informował klientów, że od maja będą płacili 5,9% prowizji za przewalutowanie transakcji zagranicznej (do tej pory przy kartach, w których walutą rozliczeniową było euro, opłata wynosiła tylko 3%). Mniej więcej w tym samym czasie podwyżkę opłat za przewalutowanie transakcji zagranicznych (z 2% do 3% wartości transakcji) zaordynuje klientom PKO BP. Powody? Są dwa. Pierwszym jest - jak słusznie zauważył mój czytelnik - administracyjne obniżki prowizji, jakie banki mogą pobierać od sklepów w Polsce za klientowskie płatności kartami. W zeszłym roku tzw. opłata interchange została ścięta z ok.1,5% do 0,5%, zaś w tym roku spadnie do 0,2-0,3%. Skoro bankowcy nie mogą zarabiać na transakcjach kartami w kraju, to starają się wycisnąć jak najwięcej z tych zagranicznych.

      Drugie wytłumaczenie to zmiany w rozliczaniu transakcji na linii banki-organizacje płatnicze. Np. Visa wprowadziła przewalutowanie transakcji zagranicznych nie tylko z waluty lokalnej na walutę rozliczeniową karty, ale od razu na walutę docelową. A więc jeśli płacę w lirach w Turcji, to Visa od razu przeliczy transakcję na złote i przekaże do polskiego banku polską walutę, a nie euro. To oznacza, że organizacja płatnicza "kradnie show" polskiemu bankowi, zabierając mu wszystkie frukty. O ile wcześniej Visa dostawała kasę ze spreadu w ramach przeliczenia z liry na euro, a polski bank zgarniał spread z przeliczenia z euro ba złote, to teraz cały spread kosi Visa. A banki, jeśli chcą na takich transakcjach zarobić - a chcą - muszą wprowadzać ekstra-opłaty. Czy muszą być one tak wysokie? Cóż, wydaje się, że te 5-6%, które widzimy w tabelach prowizji mBanku, czy Citi Handlowego, to już jest bardzo blisko progu bólu polskiego klienta.

      Czytaj też: Złodziejstwo? Anulowanie transakcji zagranicznej kosztowało go 800 zł prowizji!

      Czytaj też: Pułapka na turystów? Płacisz w sklepie, a tu pytanie o euro. I spread

      Koszt transakcji zagranicznej na poziomie 6-7% to już bardzo dużo, więcej, niż wynosi spread w kantorze walutowym (zwłaszcza jeśli mówimy o kantorach internetowych). Coraz bardziej opłacać się będzie posiadanie konta walutowego z kartą, żeby nie było w ogóle potrzeby żadnego przewalutowania. Konta walutowe i karty do nich bywają niestety płatne, ale przy tak wysokich opłatach za przewalutowanie transakcji "polskimi" kartami, biznes może się opłacić.

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE! Blog "Subiektywnie o finansach" jest nie tylko na stronie www.samcik.blox.pl oraz w serwisach społecznościowych (Facebook, Twitter, Google+, Instagram), ale też w YouTube. Tam możecie zobaczyć i polubić wideofelietony i komentarze o złych ludziach, którzy robią brzydkie rzeczy z naszymi pieniędzmi. W najnowszym odcinku: jak wycisnąć z banku jak najwyższe odsetki? I w których bankach klienci już dopłacają do swoich oszczędności? Zapraszam do wspólnego wyciskania. Przy okazji poznajcie mojego nowego kumpla, Karola :-)

      PRAWIE PÓŁ MILIONA CZYTELNIKÓW "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH"! Frankowa zawierucha spowodowała, że jeszcze chętniej, niż zwykle wpadaliście do blogu i czytaliście moje felietony. Bardzo Wam za to dziękuję i mam nadzieję, że wejdzie Wam to w krew. W styczniu było w blogu ponad 480.000 unikalnych użytkowników. Najpopularniejsze teksty zebrały ponad 1200 "lajków" czytelników i ponad 250 Waszych komentarzy, na które starałem się na bieżąco reagować. Dziękuję Wam bardzo za Waszą aktywność i zaufanie. I proszę o jeszcze!

      Jak inwestować i pomnażać

      CHCESZ ZACZĄĆ OSZCZĘDZAĆ I INWESTOWAĆ? ZRÓB TO ZE MNĄ! Jeśli chcielibyście posiąść lub rozszerzyć wiedzę o tym, jak zabrać się do oszczędzania pieniędzy, jak zacząć budować prosty portfel inwestycji, jak zadbać o finansową przyszłość swoją i swoich dzieci, jak mieć pieniądze na spełnianie marzeń - przeczytajcie poradnik "Jak inwestować i pomnażać oszczędności". To jedna z najpopularniejszych i najlepiej sprzedających się książek o finansach osobistych (doczekała się już drugiego wydania, Maciej_Samcikokladkapierwszy nakład się wyczerpał). Książkę, zarówno w postaci tradycyjnej, jak i w formie e-booka, kupicie na stronie serii "Samo Sedno", a także w sieci księgarni Empik. Z kolei książka  "100 opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, wydawać i zarabiać z głową" to przewodnik po najważniejszych problemach finansowych, z którymi możecie się w życiu spotkać i dylematach, które przyjdzie Wam rozwiązywać. Jak oszczędzać, żeby nie bolało, jak z tego oszczędzania "ukręcić" pierwszy milion, jak wybrać dla siebie najlepszy bank i jak nie dać się okraść z pieniędzy przez internet, jak wybrać najlepszy kredyt i jak dobrze kupić polisę samochodowego OC..Jak żyć mądrzej, wydawać z głową i jak sprawić, żeby pieniądze nie przeciekały Wam przez palce. Książkę kupicie na stronie www.kulturalnysklep.pl oraz w Empiku. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejne banki drastycznie podwyższają prowizje za płacenie kartą za granicą. Ile zapłacisz?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 marca 2015 08:16
  • piątek, 27 marca 2015
    • Klient żądał od banku 383.000 zł za błędny wpis w BIK. Bo bank nie poprawił go przez... 1000 dni

      W Polsce nie ma prawa, które pozwalałoby żądać od banku rekompensat za stresy i komplikacje życiowe spowodowane wykreowaniem nieprawdziwego wizerunku klienta jako osoby niewiarygodnej finansowo. Zapewne jest to jedna z przyczyn powodujących, że banki i SKOK-i dość luźno podchodzą do prostowania błędów w bazach danych, takich jak BIK, Infomonitor, KRD, czy ERIF. Żeby otrzymać odszkodowanie, trzeba udowodnić, że poniosło się konkretne straty w związku z nieprawdziwym wpisem w rejestrze. A to nie zawsze jest proste, o czym bankowcy doskonale wiedzą. Ale sądzę, że to się będzie zmieniało, bo jest coraz więcej klientów, którzy nie wahają się walczyć w sądzie i udowadniać, że ponieśli wymierne straty spowodowane błędnymi wpisami w rejestrach.

      Pan Artur pewnego pięknego dnia dowiedział się, że jest członkiem i pożyczkobiorcą w SKOK Rafineria. Nigdy nie zawierał żadnej umowy pożyczkowej, ale pod koniec lipca 2009 r. dostał pismo zatytułowane „Wezwanie do zapłaty w związku z opóźnieniem w spłacie pożyczki". Pan Artur zdziwiony udał się do oddziału SKOK-u, gdzie wyjaśnił, iż to musi być jakaś pomyłka, ewentualnie kant. Pracownicy Kasy pokiwali ze zrozumieniem głową, ale dali do zrozumienia, że wolą poczekać aż sprawa sama się rozwiąże. Po miesiącu w mieszkaniu pana Artura pojawił się windykator działający w imieniu SKOK-u. Windykator powiedział, że chodzi o pożyczkę z 19 czerwca 2009 r. Pan Artur powtórzył, że tu się nic nie zgadza i grzecznie wyprosił windykatora, a potem udał się na policję i złożył doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na jego szkodę. Policja zajęła się sprawą, ściągnęła ze SKOK-u papiery i szybko doszła do wniosku, że podpisy na umowie pożyczki są sfałszowane. Na formularzach i wnioskach nie zgadzał się podpis oraz część danych klienta. Czyli: ktoś wziął pieniądze na koszt pana Artura.

      Czytaj: Nieprawdziwy wpis w BIK kosztował go 5000 zł. Jaka kara dla banku?

      Sprawą zajęła się prokuratura, a SKOK nadal pracowicie próbował windykować pożyczkę od Bogu ducha winnego pana Artura. We wrześniu nasz bohater znów dostał wezwanie do zapłaty, a potem - zawiadomienie o wypowiedzeniu pożyczki, której nie zaciągał. W październiku SKOK sprzedał tę dziwną wierzytelność do spółki Asekuracja, która zajmuje się windykacją nie spłaconych długów na zlecenie wszystkich SKOK-ów. Pana Artura znów zaczął nachodzić windykator i nie docierało do niego, że to ktoś inny wziął na jego konto ze SKOK-u pieniądze i nie oddał. W grudniu na ten numer dał się nabrać sąd rejonowy i na wniosek SKOK-u wydał nakaz zapłaty w postępowaniu upominawczym. Pan Artur poszedł do prawnika, a ten złożył w sądzie sprzeciw do nakazu zapłaty. Po raz pierwszy ktoś w SKOK-u ruszył łepetyną i wycofał z sądu pozew o zapłatę. To był styczeń 2010 r., a więc upłynęło już pół roku od momentu, w którym cała afera się zaczęła. Czy wycofanie pozwu przez SKOK-owców oznaczało zakończenie sprawy? Niestety, nie.

      Zamieszanie z niby-kredytem w SKOK-u spowodowało, że spadła jego wiarygodność kredytowa - w kilku bankach odmówiono mu kredytu na remont mieszkania, a potem na zakup nowego. W 2013 r. pan Artur uzyskał informację z banku BZ WBK, iż widnieje jako dłużnik w BIK i że nie otrzyma żadnej pożyczki w żadnym banku. To przestało być śmieszne. Wygląda na to, że ktoś w SKOK-u zapomniał wykreślić pana Artura z BIK i przez kilka lat był traktowany jako nierzetelny płatnik. Prawnik pana Artura stwierdził, że to może być podstawa do pozwu o ochronę dóbr osobistych. Swoje straty oraz stres swój i partnerki wycenił na 35.000 zł. Bardzo jestem ciekaw jak sąd wyceni straty pana Artura.

      Jeszcze więcej żądał - a właściwie chciał żądać - w sądzie od Alior Banku pan Marek, inny mój czytelnik. Jego pozew opiewał na - bagatela - 383.000 zł. W listopadzie 2009 r. Alior zgłosił się do pana Marka z propozycją wydania mu karty kredytowej. Mój czytelnik przystał na ofertę, ale nie korzystał z niej, więc po roku postanowił rozwiązać umowę. Zamknięcie karty podobno przebiegło bez większych kłopotów i pan Marek żył w przekonaniu, że z Aliorem nic go już nie łączy (a na pewno nie kredyt).

      Czytaj: SKOK zapomniał wykreślić wpis w BIK. Miał pecha. To był zły glina.

      W czerwcu 2011 r. to złudzenie prysło, bo pan Marek dowiedział się w banku, że ma spapraną historię kredytową. Od razu udał się do Alior Banku, żeby w krótkich, żołnierskich słowach poprosić o wyprostowanie sytuacji. Pracownik oddziału wydał byłemu klientowi zaświadczenie, że wpis w BIK jest wynikiem błędu banku i zapewnił, że zostanie niezwłocznie sprostowany. Do stycznia 2013 r. nic się jednak nie wydarzyło. Wtedy w imieniu byłego klienta Aliora do banku napisał już wynajęty przez niego prawnik. Bank jednak nie uznał za stosowne nawet odpisać, gdyż zapewne był zajęty pozyskiwaniem nowych klientów. Stąd rzecz miała skończyć się w sądzie:

      "Zaistniała sytuacja jest źródłem dotkliwej krzywdy powoda. Powód nigdy w swoim życiu nie dopuścił do powstania po jego stronie zadłużenia, albowiem zawsze terminowo spłacał wszystkie zobowiązania. Powód nigdy zresztą nie zaciągał kredytów, choć jego od wielu lat stabilna sytuacja finansowa pozwalałby mu na to. Mimo dobrych zarobków, jest osobą skrupulatną, oszczędną, zapobiegliwą i unikającą zbytecznych wydatków. Wobec tego świadomość, że ktokolwiek może postrzegać go jako osobę nie spłacającą swoich zobowiązań, a zatem unikającą odpowiedzialności i nierzetelną, traktuje jako ujmę na honorze i źródło osobistej krzywdy (...). Krzywda ta jest tym większa, iż kartę kredytową pozwanego Alior Banku nabył odpowiadając na ofertę tegoż ostatniego, o co nigdy nie zabiegał (...)".

      Ładnie powiedziane. A żądana kwota była tak wysoka, bo pan Marek wyliczył ją jako wielokrotność rzekomej zaległości w ramach kredytu kartowego - a ta według Alior Banku wynosiła 3,82 zł. Gdyby sąd przyznał aż takie odszkodowanie, byłby to precedens, jednak go nie będzie, bo - jak się dowiedziałem już po publikacji tego wpisu -  pozew został zwrócony przez sąd z przyczyn formalnych. Z całą pewnością instytucje finansowe powinny bardziej starannie podchodzić do kwestii pomyłkowych wpisów do BIK. Z jednej strony dlatego, że sam BIK nie pozwala klientowi banku poprawiać danych - nawet jeśli ten ma w ręku dowód na fałszywość informacji zamieszczonych w bazie. Z drugiej strony dlatego, że nawet niewielka zaległość wpisana do BIK-u wywołuje katastrofalne skutki, z zamknięciem drogi do kredytu w jakimkolwiek banki. Taki nieprawdziwy wpis rzeczywiście może więc człowiekowi skomplikować życie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (27) Pokaż komentarze do wpisu „Klient żądał od banku 383.000 zł za błędny wpis w BIK. Bo bank nie poprawił go przez... 1000 dni”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 27 marca 2015 08:43
  • czwartek, 26 marca 2015
    • Banki zarobiły w zeszłym roku rekordowo dużo. A ich prezesi? Też. Średnio 10.000 zł... dziennie

      Niemal wszystkie największe banki w Polsce opublikowały już swoje raporty roczne. A w nich, lepiej lub gorzej ukryte, znajdują się dane o zarobkach prezesów, członków zarządów i rad nadzorczych. Ile więc włożyli do kieszeni prezesi najbogatszych banków? Było co dzielić, bo łączny zysk branży bankowej wyniósł w zeszłym roku rekordowe 16,2 mld zł. Zerknąłem na dane z ośmiu największych banków, wyjąwszy Raiffeisena, który jeszcze nie opublikował rocznego raportu.  Generalne prezesi jakoś sobie w zeszłym roku radzili. Większość z nich dorzucała do podstawowych kontraktów całkiem przyjemne bonusy za zyski osiągnięte przez ich banki w poprzednich latach. Kto obdarzył się żywą gotówką najhojniej? W telegraficznym skrócie: najlepiej wynagradzanym prezesem banku w Polsce jest szef Banku Pekao, najbardziej oszczędnym - wśród 10 największych banków - prezes BZ WBK. Średnia pensja prezesa dużego banku - licząc razem z premiami - wynosi jakieś 10.000 zł dziennie. Inna sprawa, że to wszystko są wynagrodzenia brutto, obarczone podatkiem dochodowym. Niewykluczone, że to już ostatni tak suty rok w kieszeniach prezesów, bo wygląda na to, że dla instytucji finansowych idą chudsze czasy: restrukturyzacja placówek, zwolnienia pracowników, wyższe składki na BFG, ograniczenia w sprzedawaniu polis w bankach, obowiązkowy wkład własny w kredytach hipotecznych, niższe dochody z interchange... Chociaż może w trudnych czasach dobry menedżer powinien być jeszcze bardziej doceniany, niż w dobrych? :-). No, wracajmy do naszych bara..., tfu, to jest chciałem powiedzieć: do pensji prezesów :-). Kto najbardziej daje radę?

      lovaglio0222LUIGI LOVAGLIO: 3,85 mln zł, z nagrodami 9 mln zł. Prezes Banku Pekao Luigi Lovaglio jest tradycyjnie najhojniej wynagradzanym prezesem banku w Polsce. Jego podstawowy kontrakt w zeszłym roku wynosił, bagatela, 3,85 mln zł, co oznacza, że każdego dnia do kieszeni prezesa Banku Pekao wpadało 10.500 zł. Dodatkowo szefowi drugiego największego w Polsce banku, należącego do włoskiej grupy UniCredit, przysługuje 1,7 mln zł z tytułu raty premii za wyniki osiągnięte w 2013 r. oraz 1,5 mln zł premii za 2012 r. W sumie więc jego zeszłoroczne dochody przekroczyły 7 mln zł. Do poborów Lovaglio należałoby też dodać rozliczenie raty premii za 2011 r. w tzw. akcjach fantomowych - z tego tytułu włoskiemu menedżerowi wpadły do kieszeni jeszcze dodatkowo 2 mln zł. Cały zarząd Banku Pekao - licząc tylko podstawowe kontrakty, bez premii - kosztował w zeszłym roku nieco ponad 10 mln zł, ale rozkład zarobków - to też, niestety, stała "przypadłość" banku - jest bardzo nierówny. Włoski wiceprezes Diego Biondo ma kontrakt opiewający na 2 mln zł, zaś polscy menedżerowie Andrzej Kopyrski i Grzegorz Piwowar muszą zadowolić się wynagrodzeniem na poziomie 1,2-1,3 mln zł, znacznie niższym w porównaniu z odpowiednikami np. w banku PKO BP.

      sikoraciti0222SŁAWOMIR SIKORA: 2 mln zł, z nagrodami 5,2 mln zł..Sławomir Sikora, prezes Banku Handlowego, znanego bardziej jako Citibank, to zawodnik wagi ciężkiej, jeden z najbardziej znanych i cenionych polskich menedżerów (nie tylko bankowych). W jego wynagrodzeniu to widać, jak zwykle dostałby się na podium najlepiej zarabiających bankowych top--menedżerów w zeszłym roku. Jego budżet domowy wzbogacił się o 2 mln zł podstawowej pensji (o pół miliona mniej, niż rok wcześniej, ale w sumie taka obniżka jest jeszcze do zniesienia) oraz 2,9 mln zł "przekazanych nagród kapitałowych", czyli prawdopodobnie akcji Citigroup. Dorzucając do tego 310.000 zł innych korzyści otrzymujemy 5,2 mln zł

      stypukowski0222CEZARY STYPUŁKOWSKI: 2,1 mln zł, z nagrodami 3,7 mln zł. Cezary Stypułkowski, charyzmatyczny prezes mBanku i jeden z najbardziej cenionych bankowych menedżerów w zeszłym roku cieszył się kontraktem w wysokości 2,1 mln zł i nie są to Himalaje, biorąc pod uwagę zarobki prezesów Lovaglio i Jagiełło. Na pocieszenie prezesowi mBanku pozostaje fakt, że poza podstawową pensją na jego konto wpłynęło jeszcze 1,3 mln zł premii za 2013 r. raz prawie 280.000 zł w akcjach Commerzbanku (to część programu motywacyjnego dla top menedżerów w niemieckiej grupie, która jest właścicielem mBanku). Łącznie więc dochody Cezarego Stypułkowskiego w zeszłym roku można podsumować na niecałe 3,7 mln zł. Cały siedmioosobowy zarząd mBanku należy do tańszych na rynku, bo łącznie zainkasował 9,4 mln zł. Stawka jest taka sama dla wszystkich członków zarządu taka sama - 1,2 mln zł (minimalnie więcej zarabiają niemieccy członkowie zarządu, ale są to "groszowe" różnice)..

      joaobrasmilleJOAO BRAS JORGE: 2,5 mln zł, z nagrodami 3,7 mln zł.  Prezes Banku Millennium Joao Bras Jorge jest stosunkowo najmniej znanym menedżerem bankowym - na pewno mniej kojarzonym, niż jego poprzednik Bogusław Kott - ale nie widać, by odbijało się to na jego pensji. Podstawowy kontrakt ma jeden z najwyższych w branży - prawie 2,5 mln zł - a razem z bonusami zainkasował w zeszłym roku 3,7 mln zł. Generalnie być w zarządzie Banku Millennium to dobry pomysł na życie - pensje są tu znacznie wyższe, niż w zarządach innych banków. Szeregowy członek zarządu wkłada do kieszeni 1,7 mln zł, zaś wiceprezes między 2 mln zł a 2,2 mln zl. W sumie siedmioosobowy zarząd Banku Millennium wypłacił sobie aż 13,6 mln zł podstawowej pensji.

      koakowskaing0222MAŁGORZATA KOŁAKOWSKA: 1,75 mln zł, z nagrodami 3,2 mln zł. Jedyna kobieta, która pełni funkcję prezeski banku należącego do elity, czyli zarządzająca ING Bankiem Śląskim Małgorzata Kołakowska, nie musi mieć kompleksów w stosunku do otaczających ją menedżerskich samców alfa. Co prawda jej podstawowy kontrakt nie należy do najwyższych - 1,75 mln zł - to w nagrodach zainkasowała kolejne 885.000 zł, a w "innych korzyściach" jeszcze ponad 600.000. zł. To oznacza, że jej łączne pobory w zeszłym roku osiągnęły 3,2 mln zł, czyli więcej, niż wpadło do kieszeni np. prezesowi PKO BP. Jednak Luigi Lovaglio i Cezary Stypułkowski byli w zeszłym roku lepiej wynagradzanymi prezesami. Zastępcy prezes Kołakowskiej zarabiają 1,2 mln zł, czyli standardową stawkę na bankowej top-liście. Podstawowe wynagrodzenia zarządu ING Banku Śląskiego zamykają się kwotą 8,1 mln zł, ale też trzeba powiedzieć, że jest to stosunkowo nieliczny zarząd, siedmioosobowy.

      jagieo0222ZBIGNIEW JAGIEŁŁO: 2,25 mln zł, z nagrodami 3 mln zł.  Prezes największego polskiego banku PKO BP (to prawie jak król branży, stąd mój konkurs zdjęciowy pt. znajdź pięć różnic między tymi dwoma osobami :-)) - już od pięciu lat zasiadający za sterami bankowego giganta - w zeszłym roku zaliczył niewielką podwyżkę wynagrodzenia. Do kieszeni wpadło mu 2,26 mln zł (rok wcześniej 2,1 mln zł). To aż o 1,5 mln zł mniej, niż wynoszą pobory Luigi Lovaglio, prezesa konkurencyjnego Banku Pekao. Ale do tego dochodzą płatności wynikające z programu motywacyjnego opartego na akcjach banku. Z tego tytułu Zbigniew Jagiełło wzbogacił się o 768.000 zł, prawie dwa razy więcej, niż otrzymał z tytułu programu motywacyjnego w 2013 r. Łącznie więc do kieszeni wpadło mu ponad 3 mln zł. Cały zarząd PKO BP kosztował w zeszłym roku 12,6 mln zł, o ponad milion więcej, niż w 2013 r. Trzeba powiedzieć, że zarobki w top-managemencie PKO są bardzo demokratyczne. Zarobki wiceprezesa Bartosza Drabikowskiego przekroczyły w zeszłym roku 1,9 mln zł, a więc były ledwie o 10% niższe od wynagrodzenia prezesa Jagiełło. Pozostali członkowie zarządu PKO BP zarobili w zeszłym roku 1,6-1,7 mln zł, co jest znacznie lepszym wynikiem, niż w przypadku menedżerów pracujących na analogicznych stanowiskach u konkurencji.

      krzysztofrosiskiKRZYSZTOF ROSIŃSKI: 0,75 mln zł, z nagrodami 2,5 mln zł. W Getin Noble Banku, choć to szósty największy bank w Polsce i menedżerom powinno się płacić godnie, widać rękę prywatnego właściciela, który umie liczyć swoje pieniądze. Leszek Czarnecki - jako główny akcjonariusz i szef rady nadzorczej - w zeszłym roku wypłacił wszystkim siedmiu członkom zarządu swojego banku łącznie 3,8 mln zł, czyli tyle, ile zarabia jeden tylko prezes Banku Millennium, albo - wstyd powiedzieć - pół prezesa Banku Pekao. Nie oznacza to, że top-menedżment Getin Noble Banku przymiera głodem, bo np. prezes Krzysztof Rosiński poza nędznymi 750 tys. zł podstawowej pensji otrzymał też 1,78 mln zł "innych świadczeń", co oznacza, że jako prezes Getin Noble Banku włożył do kieszeni jakieś 2,5 mln zł. Inna sprawa, że wyniki banku w zeszłym roku nie zachwyciły, więc to nie jest zła wypłata, biorąc pod uwagę, że prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło, który generuje dziesięć razy wyższe zyski netto, zarabia raptem niewiele więcej. Aha, Krzysztof Rosiński może i nie równa się wypłatą w żywej gotówce z liderami branży bankowej, ale jest za to majętny :-): ma 2,1 mln akcji banku, którym zarządza. I ponad milion akcji Idea Banku, sprzedającego właśnie akcje w ofercie publicznej. Ot, taki drobiazg.

      mateuszmorawieckiMATEUSZ MORAWIECKI: 1,75 mln zł.  Mateusz Morawiecki, prezes należącego obecnie do hiszpańskiej grupy Santander banku BZ WBK nigdy nie należał do najwyżej opłacanych prezesów, ale też nigdy o to nie zabiegał. Jako jeden z nielicznych prezesów w czasie kryzysu finansowego sam obniżył sobie pensję. W zeszłym roku zainkasował 1,76 mln zł czyli nieco ponad połowę tego, co prezes Jagiełło w PKO BP i cztery razy mniej, niż Luigi Lovaglio. A przecież zarządza trzecim największym bankiem w Polsce i pokazuje większy wzrost zysków, niż obaj wyżej wspomniani menedżerowie. Ma też więcej pracy (fuzje z Kredyt Bankiem i Santander Consumer). Co ciekawe, w BZ WBK nie trzeba być prezesem, żeby zarabiać prawie tyle, co prezes. Jeden z członków zarządu BZ WBK, Hiszpan Marco Antonio Silva Rojas, niemal dogonił Morawieckiego w poborach - jego kontrakt opiewał w zeszłym roku na 1,65 mln zł. O ile sam Mateusz Morawiecki nie walczył nigdy o najwyższe na rynku wynagrodzenie, o tyle zarząd BZ WBK tani nie jest. Dziesięciu jego członków zarobiło w zeszłym roku jakieś 11,3 mln

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Banki zarobiły w zeszłym roku rekordowo dużo. A ich prezesi? Też. Średnio 10.000 zł... dziennie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 26 marca 2015 08:56
  • środa, 25 marca 2015
    • Bankujesz przez smartfona? Niedługo zalogujesz się do banku... przykładając palec do ekranu

      Biometria zaczyna robić w Polsce coraz większą karierę. Klienci aż dwóch banków dowiedzieli się we wtorek, że wkrótce będą logowali się do swojego banku nie tylko PIN-em i hasłem, ale też - jeśli będą chcieli - za pomocą odcisku palca. I tak Bank Millennium ogłosił, że udostępni biometrię w ramach nowej wersji aplikacji mobilnej, która ma zadebiutować w ciągu najbliższych kilkunastu tygodni. Ma to być jeden z kilku teaserów dla klientów, by przesiedli się na bankowanie przez telefon, obok np. możliwości przechowywania w aplikacji mobilnej wizerunków kart lojalnościowych (i korzystania z nich w sposób "wirtualny"). Aplikacja Banku Millennium ma też umożliwiać korzystanie z podstawowych funkcji przez zegarki typu smartwatch. W "Rzeczpospolitej" przeczytałem, że do zastosowania biometrii przygotowuje się PKO BP, aczkolwiek bank nie podaje żadnych szczegółów - nie wiadomo więc, czy byłaby ona zastosowana w ramach bankowości elektronicznej (bank musiałby rozdać klientom specjalne czytniki przyłączane do komputerów klientów), czy też np. w ramach bankowości mobilnej IKO (to bardziej prawdopodobny wariant). Podobno do wdrożenia biometrii przymierza się też Meritum Bank. 

      Nie będą to oczywiście pierwsze przypadki wykorzystania biometrii w polskich bankach. Już w 2011 r. takie rozwiązanie zastosował - choć tylko do obsługi klientów biznesowych - Bank Pekao. Klienci korporacyjni dostali specjalne czytniki, za pomocą których mogą autoryzować się w bankowości elektronicznej banku. Podobne czynniki jakiś czas temu pojawiły się też w oddziałach Banku BPH. Klienci, których układ naczyń krwionośnych został zarejestrowany w bazie banku, mogą nie pokazywać w placówce dowodu osobistego, lecz potwierdzać tożsamość biometrycznie. W Polsce są już też bankomaty wypłacające pieniądze "na palec", nie potrzebujące do tego karty płatniczej. Ponad 2000 takich bankomatów rozlokowuje właśnie w kraju niezależna sieć bankomatów Planet Cash. Już kilka lat temu tego typu bankomaty pojawiły się w bankach spółdzielczych. Mamy też pierwszy przypadek zastosowania w Polsce biometrii głosowej. Bank Smart pozwala logować się klientom do banku za pomocą analizy tonu ich głosu. Opisywałem to niedawno w blogu i nawet pokazywałem Wam w klipie wideo.

      Czy logowanie się za pomocą odcisków palca może podwyższyć bezpieczeństwo korzystania z banku za pomocą smartfona? Raczej chodzi o wygodę, bo klient nie będzie musiał pamiętać żadnych PIN-ów i haseł. Inna srpawa, że tradycyjny PIN (najczęściej czterocyfrowy) stosowany do logowania w bankowości mobilnej to dość słabe zabezpieczenie w porównaniu z loginem i hasłem, stosowanym przy tradycyjnej bankowości internetowej. Im więcej funkcji proponują banki w ramach bankowania przez smartfona, tym więcej klientów ma obiekcje, czy kilkucyfrowy PIN nie jest zbyt łatwą droga dla potencjalnego złodzieja, by dobrać się do naszych pieniędzy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy na ten sam smartfon bank przesyła SMS-y autoryzacyjne dla poszczególnych transakcji, zaś na rynku pojawiły się wirusy przechwytujące te kody SMS. W tej sytuacji możliwość logowania się za pomocą odcisku palca może zachęcić część klientów, by korzystali z bankowości przez smartfona.

      Płacenie telefonem w połączeniu z logowaniem się lub autoryzowaniem transakcji poprzez dotyk palca oczywiście nie jest jeszcze tak sprawdzonym systemem, jak np. płatności zbliżeniowe kartami płatniczymi. Apple Pay, ostatni pomysł największego koncernu technologicznego na płacenie telefonem, na razie jawi się jako dość ryzykowny eksperyment - nawet 6% wszystkich transakcji może być transakcjami złodziejskimi (to 60-krotnie wyższy odsetek, niż w przypadku "zwykłych" transakcji kartowych). Rzecz w tym, że dane karty, wpisywane do smartfona Apple;a przy rejestracji nowego klienta, padają łupem złodziei, a przy transakcji płatniczej tożsamość klienta nie jest już sprawdzana.

      JAK WYCISNĄĆ Z BANKU NAJWIĘCEJ? Zapraszam do obejrzenia klipu, w którym opowiadam o tym w których bankach można wycisnąć z oszczędności najwięcej, a w których to ty dopłacisz do swoich oszczędności. Zapraszam do obejrzenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Bankujesz przez smartfona? Niedługo zalogujesz się do banku... przykładając palec do ekranu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 marca 2015 17:22
    • Rośnie nowa specjalizacja? Profesjonalni negocjatorzy od... zbijania kosztów kredytów

      Nie wiem czy się ze mną zgodzicie, ale mam ostatnio nieodparte wrażenie, że jesteśmy w samym środku rewolucji zwiastującej kompletne przedefiniowanie relacji między bankiem i klientem. Przez długie lata wydawało nam się, że jesteśmy w banku petentem. Przyjmowaliśmy jak prawdę objawioną wszystko, co bankowcy nam wmawiali. Nie rozumieliśmy produktów, które nam oferowali. Nie nauczono nas liczyć co się opłaca, a co nie, więc byliśmy zdani wyłącznie na bałamutną reklamę. Nie potrafiliśmy wycenić swojej wartości dla banku, a bankowcy wmawiali nam, że jest ona niewielka, bo "tego kwiatu jest pół światu". Potem nadeszła era doradców finansowych, którzy mieli poprawić naszą świadomość produktu i pomóc wybrać najlepsze rozwiązanie. Niestety, okazali się wilkami w owczej skórze, zwykłymi sprzedawcami, dla niepoznaki mając w klapie marynarki informację, jakoby występowali w interesie klienta. A dziś żyjemy w czasach przewrotu: pozwy zbiorowe, kwestionowanie klauzul abuzywnych w umowach, oglądanie reklam pod lupą.

      Co czeka nas, gdy się ta rewolucja ustoi? Ano nasze instytucje finansowe dojdą do tego samego wniosku, do którego już jakiś czas czas temu doszły banki na Zachodzie: że lepiej zrezygnować z dużej części marży w krótkim terminie, by zyskać lojalność klienta na lata. A i my się zmienimy: przestaniemy w banku potrzebować tylko kredytu, zaczniemy gromadzić oszczędności, inwestować pieniądze i będziemy częściej wachlować kartą płatniczą. A więc będziemy dla każdego banku coraz cenniejszym aktywem. Bankowi nie będzie się opłacało nas wrobić w kontrowersyjny produkt, bo będzie miał zbyt wiele do stracenia. Piękne czasy? Pojawiają się już firmy, które zamierzają korzystać z tego nowego trendu - uświadamiać klientowi jego wartość i pomagać mu wycisnąć z bankowca siódme poty, grożąc przeniesieniem całych finansów klienta do konkurencji. Ostatnio wpadła mi w ręce reklama firmy, która zajmuje się właśnie taką działalnością, choć niestety tylko po stronie kredytowej domowych finansów klientów. Jednym z szefów firmy jest Krzysztof Dresler, który jakiś czas temu odpowiadał za kontrolę ryzyka w PKO BP.

      ICRAscreen

      Na czym to dokładnie polega? Otóż w oparciu o informacje podane przez klienta (trzeba się wyspowiadać tak, jak w banku: dochody, wydatki, kredyty, koszty utrzymania) analitycy wyliczają ile bank zarabia na tym kliencie w porównaniu z ryzykiem kredytowym. Potem negocjator z firmy idzie do banku, w którym jej klient ma zadłużenie i mówi: "Według naszych obliczeń ten klient powinien mieć oprocentowanie znacznie niższe, niż ma. Obniżacie, czy ma pójść do banku, w którym dostanie takie warunki, jakie mu wyliczyliśmy"? Dlaczego zaś jakiś klient powinien mieć oprocentowanie niższe, niż ma? Ano choćby ze względu niski rating ryzyka. Im mniej ryzykowny klient, tym powinien mieć niższe oprocentowanie kredytu. W niektórych bankach rzeczywiście tak to działa i nie potrzeba do tego żadnych zewnętrznych doradców, wystarczy się wykazać zdolnościami negocjacyjnymi. Przychodzisz po kredyt, pracownik wystawia ci ofertę standardową, ale jeśli zaczniesz się krzywić, ma możliwość polepszania parametrów w określonym paśmie. A jeśli się nie awanturujesz to oczywiście dostaniesz ofertę standardową, czyli droższą. Boś frajer.

      ICRAscreen2Dlaczego ICRA się chce zajmować takimi negocjacjami? Po pierwsze dlatego, że co najmniej połowa banków nie ma jeszcze systemu pozwalającego negocjować warunki kredytu na poziomie rozmowy pracownika placówki z klientem. Każdy klient dostaje standardową ofertę, na czym traci ten z wyższej półki (bo ze względu na swój profil ryzyka mógłby pożyczyć pieniądze znacznie taniej). Po drugie dlatego, że przeciętny Polak z reguły uważa targowanie się za czynność poniżej swej godności. A zatem nawet jeśli jest w "dobrym" banku, to całkiem prawdopodobne, że nie "wyciska" z niego najlepszej oferty, bo zwyczajnie nie umie albo dochodzi do wniosku, że wyciskać mu nie wypada. Po trzecie dlatego, że nasza klientowska wartość zmienia się w czasie. W momencie, gdy się zadłużyliśmy, bank "wycenił" nas na tyle a tyle procent, ale dziś, gdybyśmy chcieli refinansować kredyt, moglibyśmy liczyć na lepsze warunki. Tylko, że tego nie wiemy. Po czwarte wreszcie czasem prawidłowa "wycena" własnej wartości jest dla klienta trudna: ma w danym banku ROR, kartę, debet, lokatę wykonuje jakieś transakcje. Ile powinien płacić za kredyt gotówkowy lub hipoteczny? Wiadomo, że mniej, niż klient-"golas". Ale o ile mniej? Są modele, które to liczą. I są ludzie, którzy potrafią takie modele zbudować, odsłaniając miękkie podbrzusze bankowców. 

      Skoro rozkminiliśmy już zalety takich firm, to czas ocenić jakie są ryzyka i wady korzystania z ich usług. Po pierwsze: trzeba powiedzieć nieznanej firmie o tym ile zarabiamy, jaka jest nasza sytuacja rodzinna i na co wydajemy pieniądze. Słowem: obnażyć się przed facetami, którym nie zawsze mamy ochotę (i powód) ufać. Warto O to jest pytanie. Po drugie: zawsze jest ryzyko, że doradcy pójdą na łatwiznę i przyniosą z banku "rewelacyjną" ofertę wydłużenia kredytu na większą liczbę rat. A do tego nie trzeba żadnych doradców, każdy klient sam może sobie taką "restrukturyzację" zafundować. Warto więc zagwarantować sobie, że w ramach restrukturyzacji długość spłaty kredytu się nie zmieni. Po trzecie: przeważnie tego typu firmy specjalizują się tylko w optymalizacji kredytów. Oszczędności, inwestycji i majątku klienta się nie dotykają, choć też by się to przydało. Po czwarte: takie usługi kosztują. Na szczęście nie są to koszty, które trzeba wykładać z własnej kieszeni, zwykle w ratach oddajemy negocjatorom 10-20% oszczędności osiągniętej dzięki obniżeniu oprocentowania. Po czwarte (co wynika z poprzedniego): usługi negocjatorów finansowych są dostępne przede wszystkim dla posiadaczy wyższego długu (próg opłacalności to pewnie jakieś 30.000 zł) i nienagannej historii kredytowej. Klientów ze spapranym BIK-iem tego typu firmy się nie tykają.

      Mimo tych wszystkich wad i ograniczeń uważam, że to może być przyszłość rynku pośrednictwa kredytowego. Szanujące się domy kredytowe powinny nie tylko załatwiać klientom kredyty, ale też renegocjować warunki spłaty długów, które ci klienci już posiadają. Inna sprawa, że to wcale nie jest takie proste - jeśli negocjator-restrukturyzator nie będzie miał odpowiedniej wiedzy i instrumentów, nie będzie w stanie ocenić "wartości" klienta. A to właśnie jest miękkie podbrzusze bankowców. Oni natychmiast wyczuwają blef i wtedy z negocjacji nici. W tej robocie potrzebni są goście, którzy znają od podszewki bankowe systemy scoringowe i oceny ryzyka, potrafią przeliczyć ile dany klient bankowi przynosi i ile bank mógłby spokojnie "odpuścić" na oprocentowaniu, a i tak powinien być wdzięczny, że może obsługiwać takiego klienta.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Rośnie nowa specjalizacja? Profesjonalni negocjatorzy od... zbijania kosztów kredytów”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 25 marca 2015 08:34
  • wtorek, 24 marca 2015
    • Wyrok w głośnym procesie: szef Pro Futuris żądał unieważnienia kredytu we frankach. Co ugrał?

      Coraz więcej jest dowodów na to, że batalia osób walczących o unieważnienie bądź przewalutowanie kredytów frankowych będzie trudniejsza, niż się wydawało. I wcale nie musi być zwycięska. A opowieści prawników o tym, jak to łatwo będzie wygrać z bankami procesy i przerzucić na banksterów wszystkie straty kursowe, to bardziej próba nakręcania koniunktury na procesy grupowe, niż obietnica sukcesu. We wtorek zapadł wyrok w głośnym procesie Tomasza Sadlika, szefa ruchu zbuntowanych frankowiczów Pro Futuris. Pan Tomasz, choć niewiele ma wspólnego z szarym konsumentem, bo wziął tuż przed kryzysem finansowym ogromny kredyt w walucie na działalność gospodarczą, która mu nie wypaliła - od wielu miesięcy stara się zgromadzić wokół siebie wszystkich, którzy czują się wpuszczeni w maliny kredytami frankowymi. W pewnym momencie chciał nawet zakładać partię, do której ja chciałem się zapisać :-). Na razie wymiernym skutkiem działań Pro Futuris są głównie demonstracje uliczne, ale we wtorek mógł nastąpić przełom - sąd rozpatrywał pozew pana Tomasza w jego prywatnym sporze z bankiem Raiffeisen. Stawką było unieważnienie kredytu frankowego z powodu wprowadzenia klienta w błąd przez bankowców.

      Zdaniem pana Tomasza umowa winna zostać uznana za nieważną w całości - lub co najmniej przewalutowana po kursie z dnia spisania umowy - bo gdyby on, jako kredytobiorca, wiedział jakie mogą być konsekwencje kredytu walutowego, nigdy by takiej umowy nie zawarł. Bankowcy nie wytłumaczyli mu dokładnie na czym polega ryzyko kursowe. Sadlik argumentował, że w Europie Zachodniej były już tego typu sprawy wygrane przez klientów. A ponieważ w jego sprawie chodzi o "istotne elementy umowy", to do zawarcia umowy w ogóle nie powinno dojść. Co prawda klient podpisał oświadczenie o świadomości ryzyka walutowego, ale było to bardzo ogólne oświadczenie, nie dające pełnej wiedzy o tym, co się może zdarzyć z wysokością rat kredytowych w przyszłości. Sprawa pana Tomasza jest w pewnym sensie precedensowa, bo do tej pory klienci domagali się raczej usunięcia z umów poszczególnych klauzul (i czasem nawet im się to udaje, choć wtedy pojawiają się spory o to jak dalej wykonywać taką "wykastrowaną" umowę). Tym razem klient grał o najwyższą stawkę, czyli o uznanie, że wprowadzenie w błąd co do ryzyka kursowego powinno skończyć się unieważnieniem całej umowy. W trakcie procesu pan Tomasz się chyba zorientował, że przeholował z roszczeniami i zaczął wspominać też o możliwości przewalutowania kredytu.

      Sąd jednak ocenił jego roszczenia bardzo surowo, według doktryny "widziały gały co brały". A więc oddalił pozew w całości, orzekając, iż nie ma mowy o wprowadzeniu klienta w błąd, gdyż klient podpisał dokument, w którym mówi się o ryzyku kursowym. Zwłaszcza, że jest osobą wykształconą, inteligentną i ma ponadprzeciętną wiedzę ekonomiczną, powinien więc mieć rozeznanie w warunkach umowy, jaką podpisuje. Poza tym sąd doszedł do wniosku, że skoro klient argumentował, że został wprowadzony w błąd, to powinien dopatrzyć się go wcześniej, niż po sześciu latach realizowania umowy. Tym bardziej, że przez pierwsze dwa lata trwania kredytu wygrywał na spadku kursu franka. I wtedy nic o błędzie nie wspominał. Sąd uznał też, że pan Tomasz nie wykazał naruszenia zasad współżycia społecznego przez bank, bo "nikt nie był w stanie przewidzieć zmiany kursu franka, a nie wykazano, by któraś ze stron, a szczególnie pozwany bank, manipulował kursem franka". Na tej samej podstawie sąd odrzucił też argument o nadzwyczajnej zmienia stosunków gospodarczych, czyli ogromnej skali wzrostu kursu franka.

      Wyrok nie jest prawomocny, nie ma też jeszcze pisemnego uzasadnienia. Na razie szef Pro Futuris jest "do tyłu" o 7200 zł, bo takie koszty postępowania będzie musiał pokryć jako strona przegrana, ale już zapowiedział, że będzie się odwoływał. Bardziej dotkliwa może być dla niego szkoda wizerunkowa: zagrzewając innych do boju pod hasłem "banksterzy nas okradli" sam na razie nie jest w stanie udowodnić, że został oszukany. Może tym samym zyskać łatkę pieniacza, który poległ w starciu z rzeczowymi argumentami. Inna sprawa, że sąd spojrzał na sprawę bardzo "formalistycznie". A więc nie wziął pod uwagę żadnych "miękkich" czynników, jak nierówny dostęp stron do informacji o rynku walutowym, czy możliwość, że klient nie zrozumiał tak do końca wszystkich dokumentów, które podpisywał. Ten wyrok - jeśli utrzyma się w drugiej instancji - będzie sygnałem dla nas wszystkich, że sam fakt ogólnego sformułowania oświadczenia o ryzyku kursowym nie musi być jeszcze podstawą do uznania, że bank wprowadził klienta w błąd. A ogromne zmiany kursu franka - nie oznaczają jeszcze nadzwyczajnej zmiany stosunków między stronami. Na dziś sytuacja jest taka, że cel w postaci unieważnienia całej umowy kredytu frankowego, nawet biorąc pod uwagę wydarzenia z 15 stycznia, wydaje się być poza zasięgiem "frankowiczów". 

      OGLĄDAJ SUBIEKTYWNOŚĆ NA YOUTUBE. W najnowszym felietonie sprawdzam komu banki najlepiej płacą za depozyty, a kto wyjmie w banku mniej, niż włożył. Bardzo gorąco zapraszam do obejrzenia i do wyciskania procentów razem ze mną. I z Karolem ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (29) Pokaż komentarze do wpisu „Wyrok w głośnym procesie: szef Pro Futuris żądał unieważnienia kredytu we frankach. Co ugrał?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 marca 2015 21:46
    • Pokaż im PIT, a dostaniesz 10 zł premii za każdy tysiączek kredytu. Czy warto im... pokazać?

      Dla milionów Polaków nadszedł czas PIT-owania (na szczęście jak ktoś nie prowadzi zbyt skomplikowanego "życia finansowego" to PIT wstępnie wypełni za niego Minister Finansów), więc i do banków sezonowo wróciły oferty "kredytu na PIT". Ta odmiana pożyczki gotówkowej wyróżnia się zastąpieniem zaświadczenia o zarobkach, które klient musiałby przynieść z zakładu pracy, kopią przesłanego przez pracodawcę PIT-u dokumentującego jego zeszłoroczne dochody. Taka procedura pozwala bankom nie zmniejszać bezpieczeństwa działalności (klient z udokumentowanym dochodem jest nieco mniej ryzykowny, a żądanie zaświadczenia o zarobkach oznacza przedłużenie procedury do nawet kilku dni) i jednocześnie rozdawać szybkie pożyczki niemal na poczekaniu. Najbardziej intensywnie promowany jest PIT-owy kredyt w Getin Banku, który namawia, żeby zeznanie podatkowe nie marnowało się w domu, bo to nieekologiczne. Lepiej zamienić je na bardziej ekologiczny dług bezgotówkowy ;-). Kasa może być na rachunku bankowym klienta nawet w ciągu kwadransa. Nie trzeba mieć ROR-u w Getinie, wystarczy znać numer swojego rachunku w dowolnym banku, mieć dowód osobisty oraz PIT z zakładu pracy.

      "Dlaczego to najwygodniejszy sposób na pożyczanie pieniędzy? Bo wystarczy, że przyniesiesz do nas swój PIT. Czy to trudne? Zapytajmy eksperta" - mówi w dość zabawnej - to trzeba przyznać - reklamie aktor grający pracownika Getin Banku. A kamera pokazuje listonosza, który podnieconym głosem oświadcza, że jest to "bardzo łatwe". A potem pracownica banku opowiada "pokrótce" ale "może trochę dłużej", że "kredyt na PIT to jest bardzo korzystne rozwiązanie". I w tym momencie z góry zjeżdża tablica szkolna z wypisanymi bardzo skomplikowanymi wzorami. Przyjemne, dowcipne i bardzo prawdziwe Zwłaszcza ta ostatnia scena ;-)

      Co ciekawe, bank już nawet nie sili się na obiecywanie, że to jest tania pożyczka. W ogóle nie wspomina nic o cenie, ani w telewizyjnej reklamie, ani w materiałach informacyjnych zamieszczonych na stronie internetowej. Co więcej, żadnych konkretów nie znajdziemy nawet w tabeli opłat i prowizji - piszą tam, że prowizja za udzielenie kredytu jest "zgodna z warunkami zawartymi w umowie", czyli opisana zasadą, że sky is the limit. A oprocentowanie - wiadomo, nie może przekroczyć 10% w skali roku (limit ustawy antylichwiarskiej), lecz ono i tak nic nam nie mówi o finalnej cenie pożyczki, bo o niej decyduje głównie wysokość prowizji. Bank oczywiście zaprasza z PIT-em do placówek, bo tam odbywa się finalne grillowanie klienta poprzez wciśnięcie mu kredytu z możliwie wysoką prowizją, którą mógłby przyjąć na klatę. A wabikiem, żeby skusić się na wizytę w oddziale banku jest 10 zł premii za każdy pożyczony 1000 zł. Prezent obowiązuje pod warunkiem, że kredyt weźmiemy co najmniej na dwa lata i wcześniej go nie spłacimy. Premia jest wypłacana w czterech ratach, co pół roku (pierwsza po sześciu miesiącach spłacania pożyczki). I prawdę mówią, że wcale nie jest taka ważna:

      Najbardziej bałamutny kredyt? Alior reklamuje 5% i zwrot odsetek, a tak naprawdę...

      Jeśli uruchomił Wam się niebezpieczny ślinotok na samą myśl, że moglibyście np. wziąć z banku 5000 zł i dostać za to 50 zł z powrotem, to proponuję od razu uświadomić sobie, że jest to zaledwie 1% pożyczanej kwoty, a więc kwota zupełnie nieistotna w całej tej "zabawie". Pożyczając 5000 zł na dwa lata przy oprocentowaniu 10% - już nawet pomijając prowizję, która na pewno jest słona - trzeba będzie oddać 535 zł odsetek. Przy założeniu, że prowizja wyniesie np. 8% (a jest to bardzo ostrożne założenie, biorąc pod uwagę obecne standardy obowiązujące w bankach) i że będzie skredytowana, czyli dorzucona do kredytu, odsetkowy koszt kredytu wyniesie 578 zł. Z tego bank zwróci w czterech ratach 50 zł, a więc mniej, niż jedną dziesiątą wartości zapłaconych przez klienta odsetek. To tak, jak gdyby ten 5-tysięczny kredyt miał oprocentowanie o 0,8% mniejsze. Wniosek? Nie ma co się napalać na premię, trzeba walczyć o jak najniższą prowizję od zaciąganego kredytu. Jeśli u konkurencji będzie o więcej, niż 1% mniejsza, to - przy identycznym oprocentowaniu obu pożyczek - można spokojnie machnąć ręką na premię od Getin Banku. Więcej o kredytowych kantach i kancikach opowiadam w tym klipie:

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Pokaż im PIT, a dostaniesz 10 zł premii za każdy tysiączek kredytu. Czy warto im... pokazać?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 marca 2015 17:37

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line