Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • czwartek, 31 marca 2016
    • Siedem lat walki. Z siedmioma grzechami. Bardzo głównymi. Głównie bez rozgrzeszenia :-)

      Jak ten czas leci :-). Dziś już siódma rocznica mojego blogowania. Siedem lat walki z siedmioma grzechami głównymi bankowców, ubezpieczeniowców, pośredników, maklerów, brokerów, funduszowców, doradców... Z ich pychą, chciwością, nieczystością, nieumiarkowaniem w zasysaniu i inkasowaniu, gniewem, lenistwem, zazdrością (że ten drugi łże lepiej, więc rośnie szybciej). W tym czasie udało nam się wspólnie wykosić z rynku niejeden toksyczny produkt finansowy (pamiętacie awanturę o polisy inwestycyjne, którą nakręcałem od 2010 r.?), poprawić bezpieczeństwo kart płatniczych (pamiętacie awanturę o dziury w zabezpieczeniach kart zbliżeniowych), ostrzec wielu z Was przed usługami parabanków (pamiętacie kto pierwszy opisał "kontrakty lokacyjne", na których karierę zrobił Amber Gold?), skłonić wiele instytucji finansowych, by zmieniły krzywdzące klientów regulaminy i umowy, korygowały procedury reklamacyjne, oddały niesłusznie pobrane prowizje, poprawiły reklamy oferowanych przez siebie produktów oraz praktyki stosowane w obsłudze klientów. Wielu z Was udało mi się wspomóc w wychodzeniu z kłopotów finansowych (tylko nieliczne udane interwencje opisywałem w blogu, większość to nasze wspólne "ciche" sukcesy, a niektórzy pomogli sobie sami, składając reklamację z kopią do Samcika :-).  

      samcik2016_jubileusz

      Jedyne, czego mi brakuje - poza czasem, którego nie umiem rozciągnąć - to uprawnienia inspekcyjne, prokuratorskie i do nakładania kar administracyjnych. Tylko tyle :-). Niedługo liczba tekstów w blogu sięgnie 3000. Ze statystyk blogu wynika, że przez tych siedem lat kliknęliście tu mniej więcej 30.000.000 razy (tak, milionów). Tylko w zeszłym roku było to niemal 6.000.000 kliknięć i grubo ponad 230.000 osób, które przynajmniej raz w miesiącu zajrzały do blogu. Wśród nich jest "duże" kilkadziesiąt tysięcy heavy-userów, którzy wchodzą przynajmniej raz na kilka dni. Bardzo Wam dziękuję za to, że ze mną jesteście :-). Przepraszam tych, którym nie zdążyłem odpisać - mam kilkadziesiąt e-maili i postów na Facebooku dziennie i w zeszłym roku po raz pierwszy nie udało mi się odpowiedzieć na każdy list od Was. 

      Pamiętajcie, że blog "Subiektywnie o finansach" to nie tylko codzienne (od siedmiu lat średnio 1,2 dziennie, włączając soboty, niedziele i święta) wpisy dotyczące Waszych pieniędzy. To również strona blogu na Facebooku (prawie 33.000 fanów), na Twitterze (8500 followersów), a także na Youtube (prawie 2000 subskrypcji, 60 filmów, które obejrzeliście 230.000 razy). Jestem też - choć mniej intensywnie - na Instagramie i w Google+. Nie jestem fanem hucznego obchodzenia imienin, urodzin, rocznic i świąt wszelakich, więc żadnej imprezy nie będzie, ale jeśli macie dobry pomysł na uczczenie nieuchronnie zbliżającej się 10-tej rocznicy :-) - piszcie na maciej.samcik@gazeta.pl. W innych sprawach też piszcie :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Siedem lat walki. Z siedmioma grzechami. Bardzo głównymi. Głównie bez rozgrzeszenia :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2016 20:30
    • Limuzyna dla każdego! :-) Ten bank pożyczy ci auto na dwa lata i opłaci ubezpieczenie. Za ile?

      Raiffeisen Bank w zeszłym roku zaskoczył ciekawym kontem osobistym ("Wymarzone Konto" z 3-złotowym abonamentem za kartę i kilkoma ciekawymi atrakcjami w pakiecie) oraz tanią polisą inwestycyjną ("Wymarzone perspektywy"). W tym roku też ma pokazać kilka innowacji. Jedną z nich udało mi się poznać jeszcze przed premierą. Otóż Raiffeisen będzie oferował długoterminowy wynajem samochodów. Będzie można bez żadnego wkładu własnego wziąć z salonu nowe auto i płacąc miesięczną ratę używać go przez rok lub dwa, a potem oddać z powrotem do sprzedawcy i ewentualnie wziąć kolejny samochód. To taki leasing, tyle że w odsłonie konsumenckiej, stosunkowo mało popularnej w Polsce, choć oczywiście spotykanej. Zamiast mieć własne auto, wynajmujesz je od zewnętrznej firmy, która dba o wszystkie formalności związane z autem. Ty masz jedynie wlać paliwo do baku (w pakiecie oferowanym przez Raiffeisena jest karta paliwowa, dzięki której przychodzi raz w miesiącu jeden rachunek za to, co auto "wypiło").

      "Wymarzone auto", bo tak nazywa się oferta, która startuje w Raiffeisenie z początkiem kwietnia, ma być atrakcją dla tych, których boli brzuch na samą myśl o kupowaniu lub sprzedawaniu auta. I dla tych którzy nie przywiązują wielkiej wagi do tego, czy jeżdżą własnym samochodem czy pożyczonym. W ramach miesięcznej raty firma leasingowa współpracująca z Raiffeisenem zapewnia ubezpieczenie auta, pokrywa koszty serwisu i ewentualnych napraw. No i na starcie nie trzeba mieć żadnych pieniędzy - w odróżnieniu od klasycznego leasingu tu nie ma wkładu własnego. Płacisz pierwszą ratę i w ciągu 24 godzin wyjeżdżasz z salonu. Kłopotem może być ograniczony wybór aut (nie będą to wszystkie marki i modele), konieczność dokupienia we własnym zakresie zimowych opon (za dopłatą można to wrzucić w koszty leasingu) oraz ograniczenia kilometrowe - rocznie w ramach płaconej raty można przejechać autem nie więcej, niż 20.000 km.

      Ile to kosztuje? Udało mi się wycisnąć z Raiffeisena kilka przykładowych cenników. W ramach oferty długoterminowego wynajmu można mieć np. jeden z trzech modeli Nissana - Juke, Qashqai oraz X-Trail. Dla najmniejszego w tym zestawie Nissana Juke (silnik 1,2 litra, benzynowy i konfiguracja Acenta) roczny wynajem kosztuje 887 zł miesięcznie, a dwuletni - 1081 zł miesięcznie. A np. dla Qashqai'a może to być od 977 zł do 1096 zł miesięcznie (w zależności od długości wynajmu). Drogo? Tanio? Cóż, nowy Juke w podobnej konfiguracji, jak ten oferowany przez Raiffeisena, kosztuje w salonie jakieś 62.000 zł, zaś nówka-sztuka Quashqai to wydatek rzędu przynajmniej 73.000 zł (w nieco droższej wersji - 81.000 zł). Jak łatwo policzyć, wynajmując od Raiffeisena któryś z tych samochodów na rok, zapłacimy - w przybliżeniu - jakieś 11.000 zł, czyli równowartość 15-17% ceny nowego auta. A przy wynajmie dwuletnim będzie to między jakieś 26.000-27.000 zł, a więc 37-43% ceny auta. 

      wymarzoneauto1

      Niemało. Przez pięć lat - przy założeniu, że rolowałbym wynajem co roku, a cena byłaby stała - wydałbym na wynajem auta jakieś 55.000-60.000 zł. A więc tyle, ile kosztuje nowe auto w salonie. A gdybym przeznaczył te same pieniądze na raty kredytu i zakup auta na własność? Raty kredytowe raczej nie będą wyższe od leasingowych, a po spłacie kredytu miałbym auto, które - owszem - rynkowo bardzo straciło na atrakcyjności, ale jednak reprezentuje jakąś wartość (np. mógłbym je sprzedać za 25.000 zł). Z tego punktu widzenia oferta Raiffeisena się "nie spina". Ale przecież używając auta należącego do banku nie muszę wydawać kasy na ubezpieczenie (w miarę wypasiony pakiet OC-AC to przynajmniej 5-6% wartości auta, a więc wydatek rzędu 2000-3000 zł rocznie), ani na obowiązkowe przeglądy (1000 zł mniej więcej raz na dwa lata). I jeszcze kredyt: przy wartości pożyczki 60.000 zł, prowizji "startowej" 5% i oprocentowaniu na poziomie 8% rocznie zapłaciłbym łącznie 16.000 zł kosztów. W sumie więc posiadanie własnego auta kosztowałoby mnie ekstra 30.000 zł. W raiffeisenowym leasingu po pięciu latach nie mam auta, ale te 30.000 zł dodatkowych kosztów też znika z bilansu.

       A porównanie z klasycznym leasingiem firmowym? W Nissanie można wziąć Juke'a w dwuletni leasing już za 646 zł, czyli znacznie taniej, niż w konsumenckiej ofercie Raiffeisena (ponad 1000 zł), ale... trzeba na starcie wpłacić 45% wartości auta w formie wkładu własnego. A w ofercie Raiffeisena można przyjść po auto będąc gołym i wesołym. No, nie całkiem gołym jeśli jesteśmy miłośnikami limuzyn: będzie też oferta wynajęcia aut Volvo V40 lub XC60. Tu roczny wynajem - w zależności od modelu - będzie kosztował między 2250 zł a 2650 zł miesięcznie, zaś dwuletni - między 2000 zł a 3200 zł miesięcznie. W skali roku raty pochłoną więc minimum 25.000 zł. Inna sprawa, że Volvo to nie są tanie samochody, najtańsze wersje tych, które są w ofercie Raiffeisena, kosztują ponad 100.000 zł. A w przypadku modelu XC60 (195 koników pod maską i automatyczna skrzynia biegów) mówimy o aucie, które cennikowo kosztuje ponad 170.000 zł.

      Można takiego XC60 kupić w pięcioletnim kredycie płacąc mniej więcej 3450 zł miesięcznej raty (przy oprocentowaniu 8% rocznie) i mieć po zakończeniu spłaty kredytu autko warte 60.000-70.000 zł (minus 25.000 zł kosztów ubezpieczeń zawieranych "po drodze" i 5000 zł kosztów przeglądów), albo płacić po 3200 zł miesięcznie Raiffeisenowi, oszczędzając na ratach łącznie 25.000 zł i nie ponosząc kosztów ubezpieczeń, ale i na koniec zostając bez auta. Bilans wychodzi mniej więcej porównywalny, ale nie każdy dostanie duży kredyt na luksusową limuzynę :-)

      wymarzoneauto2

      W sumie więc pomysł Raiffeisena od strony czysto ekonomicznej - przynajmniej w niektórych scenariuszach - się broni. Dla osób, które nie mają potrzeby traktowania samochodu jako przedłużenia ego, tylko chcą mieć narzędzie do pracy i transportu - to może być niezła oferta. Co rok lub dwa można zmieniać samochód i nie tracić dwóch miesięcy na procedurę sprzedawania starego i kupowania nowego auta. Odpada problem ubezpieczenia (co może mieć znaczenie dla młodych kierowców oraz osób nie posiadających zniżek, które za indywidualne polisy zapłaciłyby jak za zboże). Płacąc te 900-1100 zł miesięcznie w ramach wynajmu długoterminowego w jakimś sensie "wyrzucamy w błoto" te pieniądze (to koszt zbliżony do raty kredytowej), ale nie pozbywamy się oszczędności w ramach wkładu własnego w kredyt i prowizji kredytowej oraz zrzucamy sobie z głowy większość kosztów eksploatacyjnych.

      Z całą pewnością oferta Raffeisena nie jest dobrym pomysłem dla osób "przywiązujących się" do samochodów. Konfigurujących, tuningujących i inwestujących w swoje cacko. Owszem, wypożyczone auto po roku lub dwóch można odkupić, ale odpada możliwość customizacji - trzeba brać to, co dają. Nie jest to też dobry pomysł dla tych, którzy "wykręcają" swoim samochodem duże odległości kilometrów. Wypożyczonym autem można - nie płacąc dodatkowej opłaty - przejechać rocznie nie więcej, niż 20.000 km. Jeśli ktoś jeździ więcej, to zapłaci "kary" nakładane przez leasingodawcę. Inna sprawa, że te 20.000 km to całkiem sporo, nawet jeżdżąc codziennie do pracy, na zakupy i dwa razy w roku na wakacje nie jest łatwo zrobić większy "obrót". Leasing konsumencki do tej pory nie był popularny, bo jego atrakcyjność nie powalała na kolana. Raiffeisen wystawia ofertę, która każe się przynajmniej zastanowić nad taką alternatywą dla zakupu własnego samochodu.

      ILE NAPRAWDĘ KOSZTUJE SAMOCHÓD? Kiedyś sprawdziłem co by się stało, gdybym wysiadł z mojej ukochanej Toyoty i przesiadł się do autobusu. Nie uwierzycie, ale...

       

      MELEKSEM NA DRODZE DO MILIONA. Podróżowanie meleksem po polu golfowym jest o niebo przyjemniejsze, niż podróżowanie samochodem do pracy. Ale na takie karesy trzeba zasłużyć. Jak to się robi? Opowiadam w tym klipie.

      WIDZIELIŚCIE BANKOMAT SAMOCHODOWY? To jedna z największych bankowych innowacji ostatnich miesięcy. Chcesz wpłacić lub wypłacić pieniądze? Zamiast szukać bankomatu, po prostu go... zamawiasz. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Limuzyna dla każdego! :-) Ten bank pożyczy ci auto na dwa lata i opłaci ubezpieczenie. Za ile?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 31 marca 2016 09:03
  • środa, 30 marca 2016
    • Marcin P. siedzi, a tu gorączka złota! Wymyślili plany systematycznego oszczędzania... sztabek

      Plany systematycznego oszczędzania najczęściej bywają oparte na kontach oszczędnościowych, na polisach ubezpieczeniowych oraz na funduszach inwestycyjnych. Od pewnego czasu na podobny pomysł wpadły firmy... handlujące złotem. Co najmniej dwie z nich - Mennica Wrocławska oraz Inwestycje Alternatywne Profit - oferują programy systematycznego gromadzenia złota dla osób, których nie stać na jednorazowy zakup monety lub sztabki, a chciałyby mieć pieniądze nie tylko w banku lub funduszu inwestycyjnym. Wygląda to tak, jak w każdym innym programie oszczędnościowym - wpłacasz na wskazane konto określoną kwotę raz na jakiś czas (np. raz w miesiącu). A potem wysyłają ci kurierem sztabkę bądź przechowują w swoim skarbczyku.

      Czy to chwyci? I czy mógłbym Wam polecić taki sposób gromadzenia kapitału? Cóż, w ostatnich latach złoty kruszec nie był zbyt popularnym sposobem gromadzenia kapitału, bo jego wartość rynkowa mocno spadała. Jeszcze w 2011 r. cena uncji złota (31,1 gr.) zbliżała się do 2000 "zielonych". Pod koniec zeszłego roku tę samą uncję można było już kupić za nieco więcej, niż 1000 "zielonych". Dla posiadaczy większych, zróżnicowanych portfeli inwestycyjnych, obliczonych na wiele lat, tańsze złoto to okazja inwestycyjna. Ale dla zwykłego ciułacza, który nie ma na koncie dziesiątek i setek tysięcy złotych oszczędności, lokowanie pieniędzy w coś, czego cena tak źle się zachowuje, jest nie najlepszą opcją (nawet jeśli przyjmiemy założenie, że ceny złota są "wzięte z sufitu", bo kształtuje je handel "papierkami", czyli kontraktami terminowymi, nie mającymi nic wspólnego z realnym przechowaniem kruszcu z rąk do rąk.

      goldwykreslongterm

       goldnotowaniavsdolar1

      Ostatnio jednak dla złota powiał korzystniejszy wiatr. W tym roku cena zbliżyła się na moment nawet do 1300 "zielonych" za uncję i choć ostatnio znów spada, to klimat wokół "złotych" lokat się poprawił. Kłopot w tym, że nawet w dobrych czasach dla złota grono jego fanów - kupujących monety i sztabki - jest ograniczone. Stąd pomysł, żeby wypłynąć szerokie wody i przedstawić złoto jako inwestycję dostępną dla każdego. Owszem, w sprzedaży pojawiły się małe "porcje" złota, nawet jednogramowe, które można mieć już za cenę poniżej 200 zł, ale kolekcjonowanie tak małych przedmiotów jest kłopotliwe, no i cena nie jest atrakcyjna (zawyża je koszt wytworzenia takiej tyci-sztabki). Stąd pomysł Mennicy Wrocławskiej, która wymyśliła program systematycznego oszczędzania GoldSaver, oraz firmy Inwestycje Alternatywne Profit, w której - pod marką Mennica Złota - funkcjonuje Plan Systematycznego Gromadzenia Złota "Emerytura". W tej ostatniej głównym wabikiem jest spodziewana niewypłacalność ZUS-u :-), a sztabki złota zgromadzone dzięki systematycznemu oszczędzaniu mają posłużyć za dodatkową emeryturę.

      Na stronie Mennicy Złotej zamieszczają nawet coś w rodzaju kalkulatora, w którym można obliczyć ile złota - w zależności od okresu oszczędzania oraz "składki" - uda się zgromadzić. Wizja wyłaniająca się z tego kalkulatora jest idylliczna. Wynika z niej, że jeśli przez 20 najbliższych lat będę odkładał po 100 zł miesięcznie, to uzbieram 113.000 zł na dodatkową emeryturę. A gdybym trzymał pieniądze na bankowej lokacie - zebrałbym 35.000 zł. Jak oni to wyliczyli??? Założenia tej bałamutnej symulacji są  następujące: średnie oprocentowanie depozytu bankowego przez te najbliższe 20 lat wyniesie 3,5%, a wzrost wartości złota - średniorocznie 18% (autorzy symulacji zakładają, że zmiany cen w przyszłości będą takie, jak w latach 2008-2012, kiedy złoto podrożało z 1000 do 1600 "zielonych" za uncję). I wszystko jasne :-)

      mennicazlotabanner

      Aha, założenia symulacji są oczywiście podane małą czcionką. Dużo wyraźniej są wyeksponowane słupki porównujące zyski ze złota na tle nędzy lokaty bankowej :-). Jakkolwiek złoto jest znanym od setek lat sposobem na przechowywanie wartości - posiadane w banku złotówki mogą okazać się nic nie warte, a złoto zawsze będzie miało realną wartość - to jednak opowiadanie ludziom, że ich pieniądze będą rosły dzięki sztabkom po kilkanaście procent rocznie, jest nieuczciwe.

      "Już w chwili zaksięgowania wpłaty (pieniądze) przeliczane są na złoto, które przechowywane jest we w 100% ubezpieczonym skarbcu najwyższej klasy. Sztabki następnie wysyłane są do klientów ubezpieczoną przesyłką kurierską lub przygotowane do odbioru osobistego w naszym salonie".

      - pisze Mennica Złota. Ale tak naprawdę uczestnictwo w obu programach trudno nazwać "kupowaniem złota", bo klient, po przelaniu np. 100 zł, nie dostaje do ręki nic poza saldem konta i zapewnieniem, że zebrane pieniądze są odpowiednikiem pewnej, zgromadzonej przez klienta ilości złota. Ale ich zamiana na "żywy" kruszec następuje dopiero po zebraniu określonej kwoty. W Mennicy Złotej najmniejszą "jednostką rozliczeniową" jest 5-gramowa sztabka (trzeba więc zebrać przynajmniej 800-850 zł, w zależności od ceny kruszcu), a w programie Goldsaver - jednouncjowa (trzeba więc zebrać 4800-5000 zł). Choć obie firmy oczywiście twierdzą, że przelewając im na konto 100 zł "kupuję złoto".

      "W GoldSaver kupujesz i gromadzisz, w dowolnych odstępach czasu, dowolną ilość złota, w oparciu o aktualną cenę 1 uncjowej (31,1 gramowej) sztabki"

      - tak opisuje swój model biznesowy GoldSaver. Coś Wam to przypomina? Porównanie z Amber Gold jest oczywiście sporo na wyrost, bo tu - inaczej, niż w biznesie Marcina P. - na końcu jest jednak złoto i nie ma obietnicy gwarantowanego zysku, ale czy - mimo wszystko - nie mamy tu przypadkiem do czynienia z gromadzeniem pieniędzy klientów w formie "quasidepozytu" (a więc czynnością zarezerwowaną dla banków)? Tak to może wyglądać, przynajmniej do czasu, w którym klient może zamienić saldo konta na złoto. Pytanie brzmi: kiedy w skarbcach pośredników pojawia się kruszec? Czy wtedy, gdy 50 klientów wpłaci po 100 zł, firma połączy ich pieniądze i kupi im "na spółkę" sztabkę, w której mają tymczasowo "udziały" (tak działają fundusze inwestycyjne)? A może na kontach klientów są tylko pieniądze i ta sytuacja trwa tak długo, jak długo każdego z tych klientów nie zaczyna być stać na zakup własnej, "prywatnej" sztabki?

      Obie firmy deklarują, że nawet jeśli klient nie zgromadzi wystarczającego salda "złota" na koncie, by dostać do ręki kruszec, to są w stanie oddać pieniądze inwestorowi, przeliczając "jednostki uczestnictwa" w sztabce złota po bieżącym kursie kruszcu (w przypadku Goldsavera potrącają 2% od ceny rynkowej). A więc może być tak, że dziś "kupię złoto" za 100 zł, dzięki czemu zaksięgują mi np. pół grama, a po kilku tygodniach wycofam się z interesu i poproszę o zwrot kasy. Ale moje pół grama złota zostanie przeliczone na złotówki po aktualnym kursie, który może być niższy od startowego. Pytanie brzmi: jak traktować te moje wpłacone 100 zł? Czy przypadkiem nie jest to "zgromadzenie środków klientów w celu obciążenia ich ryzykiem"? Czyli działalność zarezerwowana dla banku?

      goldmennica

      Pomijając kwestie prawne trzeba oczywiście pamiętać, że powierzamy swoje pieniądze prywatnej firmie, która nie ma gwarancji państwowych i nie jest w szczególny sposób nadzorowana (jak banki). Gdyby coś złego się z taką firmą stało, to zgromadzone pieniądze mogą przepaść. Wiarygodność interesu - czyli realność obietnicy wymiany pieniędzy na sztabkę - gwarantuje wyłącznie reputacja i kapitał firmy. Nie jest to więc dobry pomysł dla kogoś, kto jest z natury nieufny i wszędzie wietrzy oszustwa. Nawet po wymianie pieniędzy zgromadzonych na koncie na sztabki (o ile klient zdecyduje się na ich płatne przechowywanie w skarbcu firmy), można mieć mały stresik czy te sztabki rzeczywiście istnieją :-). To trochę tak, jak z winem inwestycyjnym, które kiedyś kupiłem i które podobno jest przechowywane na "mojej" półce w jakiejś piwniczce pod Londynem. Podobno :-).

      Czytaj też: Gdzie przechowywać złoto i dolary? Są już firmy, które chcą zarabiać na strachu

      Abstrahując od tych wszystkich obaw i wątpliwości trzeba powiedzieć, że sam proces "kupowania złota" w ramach planów systematycznego oszczędzania jest zorganizowany bardzo zgrabnie. Zwłaszcza w programie GoldSaver, który przetestowałem na własnych oszczędnościach. Wpłata pieniędzy jest bardzo prosta i jest możliwa w ramach przelewu ekspresowego pay-by-link. Kasa jest więc online księgowana. Wpłaciłem stówkę i po kilku minutach moje saldo już było zasilone jakimś ułamkiem grama złota. To fajne. Zasady ustalania cen nabycia na obu platformach są dość jasno i klarownie komunikowane. W przypadku "emerytalnego" programu Mennicy Złotej jest to cena grama 5-gramowej sztabki szwajcarskiej w dostawie za 45 dni (aktualizacja ceny odbywa się co pół godziny), a w przypadku GoldSavera - kurs złota ustalany przez London Bulion Market Association (LBMA) plus 8,6% marży (tu cena zmienia się dwa razy dziennie).

      goldsavermennicawroscreen2

      zakup_100_z_goldsaver

      Na razie "zainwestowałem" w GoldSavera 100 zł w dniu, w którym oficjalne notowania kontraktów terminowych na złoto wynosiły - w przeliczeniu na złote - 4815 zł. Za stówkę w GoldSaverze "kupiłem" 0,58 g. złota (po korekcie w górę, bo pierwotnie - podobno z powodu jakiegoś błędu - przeliczono mój zakup po zaniżonym kursie). To oznacza, że przy niezmiennych warunkach cenowych w przyszłości mógłbym moje pieniądze wymienić na złoto po uciułaniu 5400 zł. Tego samego dnia w Mennicy Wrocławskiej za 1-uncjową sztabkę musiałbym zapłacił 5150 zł. Skąd ta różnica? Nie dość, że wkładam pieniądze na nieoprocentowany rachunek (nie wierzę, że firma od razu kupuje za moje pieniądze złoto, skoro nie daje mi możliwości fizycznej wysyłki sztabki mniejszej, niż 1-uncjowa), to jeszcze płacę o 250 zł więcej, niż gdybym kupił złoto od razu. Przecież w programie systematycznego oszczędzania powinno być taniej, bo firma obraca moimi pieniędzmi. W Mennicy tłumaczą, że gdybym chciał kupić 31 sztabek jednogramowych, to zapłaciłbym za nie ok. 6000 zł, a więc jeszcze więcej.

      Konkludując: programy systematycznego zakupu złota oferowane przez pośredników to nic innego, jak rodzaj zakupu ratalnego oferowanego bezpośrednio przez sklep. Może ciut tańszego, niż koncept pod hasłem: "wziąć w banku kredyt gotówkowy i przeznaczyć go na zakup sztabki", ale jednocześnie droższego, niż ciułanie pieniędzy na koncie oszczędnościowym i zakup sztabki na raz, za całą zgromadzoną kasę. Oczywiście: ciułając pieniądze na koncie oszczędnościowym nigdy nie wiem czy po uzbieraniu określonej kwoty będzie mnie stać na zakup sztabki (to zależy od cen). W programach systematycznego gromadzenia złota każdy "fragment" transakcji ma inną cenę, można więc uśrednić wartość zakupu całej sztabki. A propos sztabek:

      Czułbym się nieco pewniej - choć wciąż zastanawiając się czy firma handlująca złotem jest najlepszym miejscem dla przechowywania moich oszczędności  - gdybym w każdej chwili mógł zamienić zgromadzoną kasę na sztabkę złota o dowolnym "tonażu" (być może z dopłatą w gotówce). No i bardzo jestem ciekaw co by się stało, gdybym dziś kupił kawałek jednouncjowej sztabki za np. 1000 zł, a potem cena złota załamałaby się? Czy firma rzeczywiście kupiła dla mnie to złoto? Bo jeśli nie kupiła, ani nie zabezpieczyła się kontraktami terminowymi, a takich jak ja klientów byłoby więcej i chcielibyśmy dostać nasze sztabki... Brrr...  Programy typu GoldSaver mogłyby być natomiast ciekawym uzupełnieniem oferty bankowej. Bank jest instytucją nadzorowaną, więc i poziom bezpieczeństwa takiej "inwestycji" byłby większy. I choć ceny złota ostatnimi laty nie zachęcały do jego gromadzenia, to być może pod bankowym "parasolem" programy systematycznego oszczędzania z wymianą ich efektu na złoto cieszyłyby się popularnością. Zresztą jakiś czas temu banki zabrały się już za sprzedawanie klientom złota.

      W "ŚWIAT SIĘ KRĘCI" SUBIEKTYWNIE O GORĄCZCE ZŁOTA. Kilka dni temu miałem okazję odwiedzić program "Świat się kręci" w TVP1 i powiedzieć kilka słów o aferze Amber Gold i o tym jak to wszystko w ogóle było możliwe. 

      tvpswiat3ambertvpswiat1amber

      ZASADY ROZSĄDNEGO KUPOWANIA. W sklepach wydajemy znaczną część naszego domowego budżetu. Kupując rozsądnie płacimy w sklepach mniej i mamy pieniądze na oszczędzanie. Oto kilka zasad, którymi warto kierować się w sklepie. Więcej tipów dotyczących sensownego pożyczania i lokowania oszczędności - na moim kanale w YouTube. Subskrybuj, będzie mi bardzo miło jeśli wejdziesz do mojego "kina". 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Marcin P. siedzi, a tu gorączka złota! Wymyślili plany systematycznego oszczędzania... sztabek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 30 marca 2016 08:49
  • wtorek, 29 marca 2016
    • Och Karol, który się PayPalowi nie kłania, czyli jak zarobić 1000 zł dziennie na... oglądaniu reklam?

      Wielokrotnie opisywałem w blogu - przeważnie ku przestrodze - propagowane w internecie sposoby na zarabianie pieniędzy bez wysiłku. Pamiętacie Złotą Szóstkę pani Joli, albo ukraińskich "alchemików finansów", którzy zapędzili się w tour po Polsce, żeby i nam dać 18% miesięcznych zysków? Większość tego typu przedsięwzięć opiera się na prostej zasadzie - im więcej osób wkłada w coś pieniądze (wierząc, że to coś jest wspaniałe), tym więcej wyciągają z prowizji ci, którzy ich wciągnęli. A gdy skończy się dopływ świeżej krwi, to wiadomo, że będzie bolalo :-). Czasem trudno odróżnić klasyczną piramidę finansową od zwykłej sprzedaży bezpośredniej, która też może być stworzona na sposób "piramidalny", ale przecież nie musi. Przedmiotem "obrotu" coraz częściej stają się dobra niematerialne, jak np... czas spędzony na oglądaniu reklam. Programy obiecujące łatwy zarobek na oglądaniu reklam są w modzie od dobrych kilku lat i mają wielu fanów także w Polsce. A ja zastanawiam się, czy skończy się to płaczem i zgrzytaniem zębów, jak w przypadkach takich przedsięwzięć, jak ZeekRewards, czy MoneyBookers, czy też ekonomiczną nagrodą Nobla ;-). Ostatnio wśród moich czytelników gorącym tematem jest przedsięwzięcie o nazwie TrafficMonsoon (tłumacząc na nasze chyba trzeba byłoby powiedzieć "huragan ruchu"), stworzonego podobno przez młodego geniusza Charlesa Scoville'a i działającego w wielu krajach świata.  

      monsoontrafficmonsoonglobal

      TrafficMonsoon przedstawia się jako pomysł na dostarczanie ruchu reklamowego w sieci. Najprostsza forma tej "zabawy" - choć niejedyna, bo firma świadczy różne usługi - polega na tym, żeby kupić przynajmniej jeden AdPack (czyli wykupić w firmie usługi reklamowe) oraz obejrzeć każdego dnia po dziesięć reklam dostarczonych przez platformę (jedna trwa 20 sekund). Za każde zainwestowane w AdPack dolary można zarobić... jeszcze więcej dolarów. A konkretnie - jeden AdPack kosztuje 50 "zielonych", a z oglądania reklam "przyporządkowanych" do tego AdPacka można wycisnąć 55 "zielonych". Rekordziści kupują AdPacki w setkach i tysiącach, żeby zwiększyć skalę zarobków.  Ostatnio jednak maszynka do zarabiania pieniędzy się zacięła. Najpierw ze współpracy z systemem zrezygnował PayPal (był najpopularniejszym sposobem wypłacania pieniędzy z TrafficMonsoon), a potem pojawiły się takie głosy: 

      "Dziesięć paczek kupionych na przełomie grudnia i stycznia. Nic nie wypłacone. Zgłosiłem wniosek o chargeback w banku, którego kartą płaciłem. Dostałem odpowiedź, że na razie nie mogą rozstrzygnąć sporu na moją korzyść"

      - pisze użytkownik esli12 na stronie www.hyipforum.pl. Problemy zgłaszało w ostatnich tygodniach więcej osób, głównie ze względu na zablokowanie kont uczestników TrafficMonsoon przez PayPala. Wątek o intrygującym tytule "Spór na PayPal w obliczu upadku TraficMonsoon" miał w połowie marca ponad 200 komentarzy. O podobnych problemach czytałem w internetowym wydaniu jednej z brytyjskich gazet. Autor tekstu powołuje się na słowa twórcy platformy, który miał zapewniać, że kłopoty z wypłacaniem pieniędzy są chwilowe, a on sam jest właśnie w Dubaju, gdzie tworzy własny bank - TM World Bank. Części polskich uczestników interesu, którzy przestali dostawać na swoje konta na PayPal pieniędzy z tytułu "inwestycji" w AdPacki. Ale część "wierzycieli" TrafficMonsoon odzyskała pieniądze. Niewykluczone, że dzięki dobremu refleksowi.

      "Pierwszego zakupu AdPacka dokonałem 5 stycznia za 50 dolarów oraz kolejnego 8 stycznia za kwotę 500 dolarów. Wtedy wszystko ładnie się zwracało z tej "inwestycji". Kilka dni po tym jak zostały zatrzymane naliczenia postanowiłem złożyć spór w PayPal..Odzyskałem wszystko".

      Patrząc na całą degrengoladę wściekł się jeden z polskich liderów TrafficMonsoon, o uroczym przydomku Agassi. Wygarnął niedowiarkom prawdę między oczy. Napisał, że nic nie rozumieją. Że zakup AdPacków wiąże się z ryzykiem i że może się zdarzyć, iż poza kupioną za AdPack reklamą nie dostaną z powrotem żadnych pieniędzy. Jak można się spodziewać, niedawni "wyznawcy" pana Agassiego teraz nie chcą go znać i bez ogródek piszą co mu zrobią jak go złapią :-). Jest faktem, że na głównej stronie programu stoi jak wół - choć nie wiadomo od jak dawna - wiadomość, że "Traffic Monsoon nie jest inwestycją ani żadną inną formą pomnażania pieniędzy". I że "wszelkie zaprezentowane wyniki i statystyki są przykładem i nie stanowią gwarancji powtórzenia ich". I że zanim się wejdzie do systemu, trzeba obejrzeć prezentację oraz wideo mówiące o ryzyku, które się z tym wiąże. Nie przeszkadza to jednak panu Agassiemu wyświetlać w innym miejscu w sieci takiego oto obrazka, który - jak sądzę - trudno odczytać inaczej jak zachętę, iż TrafficMonsson służy do błyskawicznego zarabiania łatwych pieniędzy: 100-1000 zł dziennie. Jak ktoś mi obiecuje coś takiego, to od razu wiem, że śmierdzi to albo ogromnym ryzykiem, albo piramidą, albo kantem.

      monssonscreen

      A może ja się czepiam? Cóż złego jest w płaceniu 50 "zielonych" za możliwość oglądania reklam i korzystania z tego, że może jeszcze jakieś 200 mln ludzi te reklamy też obejrzy. A że Charles Scoville nie mógł dogadać się z PayPalem i ten ostatni przestał wypłacać niektórym uczestnikom programu pieniądze? Cóż, świat jest pełen zawistnych ludzi. W oczekiwaniu na uruchomienie TM World Banku napisałem do pana Agassiego z prośbą o wyjaśnienie o co chodzi z tymi nie dochodzącymi do polskich członków TraficMonsoon pieniędzmi. "Mam pytanie: czy jest prawdą, że od połowy stycznia firma TraficMoonson nie wypłaca pieniędzy osobom, które uczestniczą w programie? Będę wdzięczny za informację". Pan Agassi jest online, więc odpisał w ciągu kilku minut.

      "Nie. To nie prawda. Wypłaty na STP i Payza idą natychmiastowo - instant. PayPal jest wyłączony. Proszę prześledzić ostatnie newsy"

      Zrobiło mi się głupio, że byłem podejrzliwy i zacząłem wątpić w sukces AdPacków, choć nie prześledziłem ostatnich newsów. Grupa na Facebooku, którą prowadzi pan Agassi, ma charakter zamknięty, ale na szczęście jest jeszcze blog, w którym znalazłem uspokajające informacje. Otóż PayPal rzeczywiście nie chce już obsługiwać TrafficMonsoon, ale bynajmniej nie z tego powodu, że platforma miałaby mieć jakieś kłopoty, lecz dlatego, że rozwija się... za szybko. Ufff... kamień z serca. W notce "Ważna wiadomość od właściciela!" znalazłem takie oto doniesienia:

      "22 grudnia Paypal kontaktował się z Charlesem i chwalono firmę za to, że biznes rozwija się fenomenalnie oraz złożyli gratulacje. Manager PayPal stwierdził, że nie wie czym tak naprawdę zajmuje się firma, ale niezależnie od tego niech robią to, co robili do tej pory, bo to wygląda imponująco"

      No, super, więc PayPal nie wie czym zajmuje się firma, ale docenia, że dobrze się tym zajmuje. Już mi lepiej :-). Jest pewien mały, drobny, problem-ik. Otóż we wspomnianej blogonotce czytam, że..."w rozmowie PayPal zakomunikował, że są zmuszeni zakończyć współpracę z TrafficMonsson. Dlaczego?

      "Oficjalną przyczyną podaną przez Paypal jest zbyt duży wzrost TrafficMonsoon w krótkim przedziale czasowym. Ta wiadomość wydawała się właścicielowi Traffic Monsoon niedorzeczna, zarządał więc oficjalnego stanowiska na piśmie. Po otrzymaniu tej informacji została ona opublikowana na Facebooku przez Charlesa oraz w mailach do partnerów. by pokazać jaka jest prawdziwa przyczyna rozwiązania współpracy. To spowodowało tak lawinową reakcję ludzi, że Paypal prosił o usunięcie tej informacji z mediów"

      - czytam we wzruszającej relacji zamieszczonej na monsoonowym blogu. Pomijając, że "zarządał" pisze się inaczej, cała reszta po prostu łapie za serce. Zwłaszcza reakcja PayPala, który - zapewne przerażony wizją zbiorowych samobójstw członków platformy - poprosił o utajnienie "prawdziwej" przyczyny zerwania współpracy i zablokowania kont uczestników "monsuna". A więc spisek?

      "Paypal postawił warunek, że do wyjaśnienia całej sytuacji żadne środki nie mogą opuścić konta PayPal. Niemożliwe były już wtedy wypłaty z PayPal czy transfer środków na inne procesory czy konta bankowe. Dlatego też od 11 stycznia nie są możliwe wypłaty z Paypala. Paypal przetrzymuje teraz ponad 62 mln dolarów należących do TrafficMonsoon co stanowi większą kwotę niż wszystkie zobowiązania TrafficMonsoon wobec swoich partnerów. Po 30 dniach od tej sytuacji ma być kolejny audyt konta i zdecydują jaką kwotę uwolnią z pod blokady jako pierwszą transzę".

      Wciąż nie jest pewne o jaką "sytuację" chodzi, bo chyba nie tę, że platforma rozwija się za szybko. Raczej o tę, której nie można oficjalnie ujawnić, gdyż poprosił o to sam PayPal, zapewne po to, by uniknąć wpadnięcia dużej części świata w zbiorową deprechę. Na szczęście Charles Scoville, choć urobiony po pachy wycieczką do Dubaju, wciąż trzyma wszystko za twarz. Dlatego z PayPalem będzie spierał się siłą i godnością osobistą. A jak będzie trzeba, to samą siłą :-).

      "Charles jest świadomy tego jak bardzo ważne dla użytkowników jest wypłacanie i swobodny dostęp do środków. Wie, że wielu z nich porzuciło pracę na etacie by zaangażować się w całości pracy w TrafficMonsoon i bardzo mu zależy na tym by jak najszybciej tą sprawę wyjaśnić i uruchomić przepływ pieniędzy. Dlatego też został zatrudniony jeden z najlepszych prawników w USA, który ma szerokie znajomości zarówno w wymiarze sprawiedliwości, jak i zna wielu ludzi w Paypal i może pomóc dzięki swojemu doświadczeniu w podobnych sprawach. Jeżeli nie uda się akcja pokojowego rozstrzygnięcia sporu będą podjęte bardziej radykalne działania. Wyłączenie głównego procesora wpłat i wypłat oraz zakupu reklam znacznie mniej środków wpływa do systemu a co za tym idzie maleją zyski firmy czyli i podział zysków może na tym ucierpieć"

      Charles zaleca, żeby uczestnicy programu tymczasowo machnęli ręką na pieniądze, które mają zablokowane na swoich kotach w PayPalu i przenieśli się na inne platformy rozliczające transakcje internetowe - Solid Trust Pay oraz Payza - i żeby używali ich do zakupu nowych usług. Podobno cały czas trwają prace nad nowym procesorem płatności i ma być gotowy na dniach. Ciągle "wprowadzane są poprawki i korekty oraz nowe rozwiązania". A "dzięki ostatnim spotkaniom na świecie firma nawiązała doskonałe kontakty i zbudowała silny zespół korporacyjny. Dzięki niemu uda się już niebawem wynieść firmę na nowy poziom rozwoju". W blogu znalazłem także zapewnienie, że mimo czynu tak podłego, jak zablokowanie 62 mln dolarów przez PayPala, to ogólnoświatowe przedsięwzięcie, działające w 200 krajach świata, mające 3.000.000 uczestników, a przez to "rosnące zbyt szybko", nie zbankrutuje. Chyba. Bo z listu od Charlesa dowiadujemy się, iż:

      "pożyczka do czasu wypłaty pieniędzy z PayPal nie jest konieczna i wystarczy, by ludzie zaczęli używać STP i Payza, by poradzić sobie z aktualnymi zobowiązaniami".

      A zatem nie ma co rozpaczać, że pieniądze na kontach w PayPalu jakby przepadły, tylko wziąć d... w troki i zacząć kupować nowe AdPacki korzystając z bardziej wiarygodnych procesorów transakcji, niż jakiś-tam gów... ny PayPal, który nie lubi firm rosnących zbyt szybko. Jest tylko jeden problem-ik. Niektórzy polscy członkowie TrafficMonsson są ludźmi małej wiary i nie chcą uwierzyć zamieszczonemu w blogu zapewnieniu, że "TrafficMonsoon znów pędzi w górę" na rozwiniętych żaglach. Krystian, reprezentujący Technikum Rachunkowości Rolnej w Chojnicach, pisze defetystycznie:

      "Dla mnie firma straciła wiarygodność i już nie wierzę, bym odzyskał choć złotówkę z tego, co zainwestowałem. Zobaczcie notowania PayPala na nowojorskiej giełdzie. Odkąd nie są już z "Traffikem" akcje idą w górę. Coś tu śmierdzi i to padliną".

      No, to już jest przegięcie. Nie dość, że stracili takiego partnera, jak TrafficMonsoon (i to na własne życzenie) i zatrzymali jego 62 mln "zielonych", to jeszcze kurs im rośnie. Takie 62 mln dolarów to chyba jest największa część finansów PayPala :-). Musi tak być, b kiedy poprosiłem PayPala o oficjalny komentarz do całej sytuacji, to najpierw się zapowietrzył na tydzień - jakby co najmniej połknął pal płatniczy ;-) - a potem wybąkał, że nie będzie nic komentował. Cóż, pan Agassi też nie wytrzymał i wygarnął komentującym:

      "To tylko świadczy o tym że jesteście niedoinformowani. Nikt nikogo tu nie oszukuje. PayPal zablokował środki - jest to siła wyższa, regulaminowo przewidziana. Po 180 dniach PayPal odblokuje pieniądze i nikt nic nie straci"

      Cóż, Charlesowi można wierzyć lub nie wierzyć, ale przecież są inne przedsięwzięcia pozwalające zarabiać siedząc w fotelu i oglądając reklamy. Słyszałem, że wielką karierę zaczyna robić MyAdvertisingPays, czyli koncept przynajmniej tak samo dobry, jak TrafficMonsoon (nawet kwota zakupu reklam jest identyczna - 50 "zielonych"). Tu klikając paluszkiem zarabia kasę już 260.000 ludzi, więc co tam jakiś Charles?

      vertisingpays

      Jeśli dobrze rozumiem ten model (poprawcie mnie jeśli się mylę), to chyba musi być tak, że ci, którzy wchodzą do systemu liczą na to, że wartość kupowanych przez wszystkich uczestników usług reklamowych będzie coraz większa, bo tylko to zagwarantuje coraz większą "oglądalność" reklam w sieci i możliwość odzyskania zainwestowanych kwot oraz zarobienia więcej. Gdyby kupowanych pakietów nagle zrobiło się mniej, to ruch byłby mniejszy, pieniędzy z emisji reklam mniej i kasy do podziału też mniej. I niekoniecznie wystarczyłoby jej na wypłacenie członkom większych kwot, niż wpłacili. Dlatego zwykle w takich systemach uczestnicy zarabiają także na prowizjach od pakietów usług reklamowych kupowanych na zasadzie poleceń zdobytych przez dotychczasowych uczestników. Granica między społecznościowością, a piramidalnością wydaje się w tym kontekście dość cienka.

      kieszonkoweJEST JUŻ MOJA NOWA KSIĄŻKA DLA DZIECI I RODZICÓW! O tym dlaczego dziecko powinno dostawać kieszonkowe, jak dawać kieszonkowe, żeby maksymalnie wykorzystać jego wychowawczą rolę, jak bawić się w "domowy bank", za co dziecku płacić, a za co w żadnym wypadku, jak stymulować w dziecku dobre nawyki, a jak zwalczać wyuzdaną konsumpcję - piszę w swojej najnowszej książce "Moje pierwsze kieszonkowe". Jest w niej również o nowych formach pieniądzach (bitcoinach i innych dziwactwach), o tym jak bezpiecznie zarządzać pieniędzmi w formie bezgotówkowej, jakie zasady bezpieczeństwa stosować mając konto internetowe, kartę płatniczą i bank w smartfonie. Książkę kupicie w dobrych księgarniach, w internecie (np. na stronie kulturalnysklep.pl), a jeśli wolicie czytać na tablecie, to jest też wersja elektroniczna, dostępna np. w Publio.pl. Miałem przyjemność opowiadać o niej w audycji Tomasza Kwaśniewskiego w Radiu RDC, posłuchajcie! Recenzja ukazała się w poczytnym blogu finansowym Marcina Iwucia. W TOK FM mówiłem o tej książce w audycjach Oli Dziadykiewicz oraz Hanny Zielińskiej. Zapraszam Was też do zakupu pozostałych moich książek spośród tych, które są jeszcze w sprzedaży - "100 potwornych opowieści o pieniądzach, czyli jak żyć, zarabiać i wydawać z klasą" (o tym jak rozwiązać większość finansowych problemów, które mogą cię spotkać w życiu) oraz "Jak inwestować i pomnażać oszczędności" (o tym jak zabrać się za budowanie swojej finansowej niezależności).

      BLOG "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" ZAPRASZA DO KARPACZA: Na początku czerwca w Karpaczu odbędzie się dwudziesta już konferencja drobnych inwestorów -  "Wall Street". Będę tam i wezmę udział w dyskusji "Czy giełda może zostać miejscem powszechnego oszczędzania pieniędzy, czy też straciliśmy już tę szansę?". W Karpaczu będzie też całkiem solidna porcja wiedzy dla początkujących inwestorów. Jeśli ktoś z Was będzie miał ochotę spotkać się ze mną i innymi uczestnikami konferencji - rejestrujcie się podając kod promocyjny "SubiektywnieWS20" - organizatorzy mają specjalną zniżkę dla czytelników "subiektywności", wynoszącą 50-100 zł (w zależności od pakietu).

      wallstreetbaner

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ U INWESTORÓW INDYWIDUALNYCH. Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w debacie towarzyszącej ogłoszeniu wyników badania giełdowych inwestorów indywidualnych. Na stronie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnychpojawiło się ostatnio nagranie z tego wydarzenia. Zapraszam do obejrzenia go oraz mojej wypowiedzi na gorąco po debacie. 

      SIIscreen

      POLECAM MOJE KSIĄŻKI: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i jak bezpiecznie lokować pieniądze poza bankiem. 

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

      DLACZEGO WARTO MIEĆ PIENIĄDZE NIE TYLKO W BANKU? Jak z małych pieniędzy zbudować swoje finansowe bezpieczeństwo? Jakich trików użyć, żeby bezboleśnie oszczędzać? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego inwestowania? Jak lokować je nie tylko w banku? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Och Karol, który się PayPalowi nie kłania, czyli jak zarobić 1000 zł dziennie na... oglądaniu reklam?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 29 marca 2016 08:28
  • niedziela, 27 marca 2016
  • sobota, 26 marca 2016
    • Do tych banków czujemy największy pociąg, czyli o motylkach w brzuchu z procentem w tle :-)

      Kilka dni temu widziałem w serwisie PRNews.pl zestawienie liczby prowadzonych przez banki kont osobistych na koniec zeszłego roku. Wiadomo, że takie dane nie odpowiadają na wszystkie pytania, bo przecież duża liczba prowadzonych ROR-ów nie musi być tożsama z dużą liczbą ROR-ów aktywnych (niektóre banki częściej, a niektóre rzadziej "czyszczą" swoje bazy z martwych rachunków). Tym niemniej kilka ciekawych rzeczy w zebranych statystykach można zauważyć. Przede wszystkim: mamy już prawie 30 mln ROR-ów, a w ciągu roku banki otworzyły prawie milion nowych kont. To może oznaczać, że "duże" kilkaset tysięcy osób albo zmieniło swój główny bank (otwierając nowy ROR i nie zamykając starego), albo przynajmniej się do tego przymierza, testując nowe konto. Te "duże" kilkaset tysięcy to może być 5-10% wszystkich klientów banków (badania pokazują, że Polacy są najbardziej "mobilną bankowo" nacją). Dla banków, które tracą aktywnych klientów to może być wyrok śmierci, bo czasy są takie, że tylko "dochód pasywny" z dużej liczby prowadzonych ROR-ów gwarantuje na polskim rynku spokojne życie.

      ROR_2015

      LUBISZ OSZCZĘDZANIE - RZĄDZISZ. Jest na polskim rynku kilka banków, które pozycjonują się ostatnio jako "banki oszczędnościowe". To znaczy opowiadają w reklamach o oszczędzaniu i promują konta oszczędnościowe (promocyjnie, przez trzy miesiące, nawet nieźle oprocentowane). Wygląda na to, że to właściwa strategia, bo zarówno ING (plus 232.000 prowadzonych ROR-ów), jak i Bank Millennium (167.000 kont na plusie) były w zeszłym roku w ścisłej czołówce banków najszybciej pozyskujących nowe ROR-y. Oczywiście nie wiadomo jaką część z nowych klientów udało się zaktywizować, czyli namówić na coś więcej, niż tylko założenie ROR-u - bo duża część klientów zrobiła to wyłącznie po to, żeby móc wygodnie korzystać z konta oszczędnościowego. Ale jedno jest pewne: dziś to dobra oferta oszczędnościowa, a nie tylko "zero" (zwykle zresztą warunkowe) przyciąga do zakładania ROR-u. Choć w przypadku Banku Millennium bardzo mocno reklamowane "Konto 360" jest również bardzo dobrym samodzielnym produktem. Tak czy owak: ING i Bank Millennium są odpowiednio na drugim i czwartym miejscu jeśli chodzi o banki najszybciej pozyskujące nowe ROR-y.

      MASZ TELEFON - RZĄDZISZ. Największe pod względem liczby ROR-ów banki są bez zmian: PKO BP (6,6 mln, delikatny spadek), Bank Pekao (3,7 mln, delikatny wzrost), mBank i BZ WBK (po 3 mln kont) oraz ING (2,5 mln). W gronie "milionerów" jest też Bank Millennium, Eurobank i Alior. Ten ostatni - podobnie jak mBank - jest też na podium jeśli chodzi o liczbę nowych ROR-ów. Zarówno mBankowi, jak i Aliorowi bardzo pomogły pod tym względem sojusze z telekomami. mBank sam pozyskał 140.000 nowych klientów ROR-ów, a jego sojusznik Orange Finanse dołożył kolejne 171.000. Alior solo urósł o 120.000 nowych kont, ale do tego dochodzi jeszcze 107.000 ROR-ów założonych pod flagą T-Mobile Usługi Bankowe. Sojusze z telekomami dają tak gigantyczny efekt skali jeśli chodzi o dostęp do nowych klientów, że gwarantują też miejsce w ścisłej czołówce najszybciej rosnących ROR-owo banków. Inna sprawa, że jakość tych klientów pozostawia zapewne dużo do życzenia. Szacuję, że z 770.000 kont w obu bankach telekomowych najwyżej 20% to aktywni klienci. Ale jeśli mBank i Alior będą potrafiły skutecznie ich zaktywizować, to zarobią na tym grube miliardy.

      NIE MASZ MILIONA - MASZ PROBLEM. Dziś już ogólnopolski bank detaliczny nie ma prawa istnieć bez przynajmniej miliona klientów ROR-ów, w tym ponad połowy aktywnych, używających nie tylko depozytów i kredytów, lecz również kart, przelewów i debetów. Wszystkie banki, które pod względem aktywów mieszczą się w pierwszej dziesiątce, a nie zdołały zbudować bazy stałych klientów ROR-ów, cierpią okrutnie, pokazując nędzną rentowność. Kilka z nich może przypłacić tę porażkę niebytem (zostaną sprzedane). Spójrzcie na wyniki finansowe Getin Banku (prawie milion ROR-ów, ale tylko nieduża część to aktywni klienci), czy Raiffeisena (plus 100.000 nowych ROR-ów i aktywizacja dużej części dotychczasowych, "martwych" kont), albo Banku BPH (mniej, niż pół miliona prowadzonych kont). Wszystkie te banki mają bardzo niską rentowność, bo skala ich działalności nie "pasuje" do liczby stałych klientów. Najdalej na drodze do uratowania sytuacji jest Raiffeisen, który kopnął w tyłek dużą część swoich stałych klientów dobrą ofertą ROR-u. Ale po wynikach finansowych jeszcze tej poprawy nie widać. Getin zaś ma program naprawczy (200 mln zł straty w ostatnim kwartale zeszłego roku), BPH będzie sprzedany. Możesz mieć poniżej miliona kont i nieźle żyć, ale musisz być bankiem niszowym, jak np. Citi (prawie 300.000 prowadzonych ROR-ów). Na drugiej szali - w kategorii "niewykorzystana szansa" jest Bank Pocztowy, który dzięki szerokiej sieci dystrybucji, która nic go nie kosztuje (placówki poczty w całym kraju, listonosze) mógłby i powinien "rozwalić system". A tymczasem prowadzi raptem 900.000 ROR-ów).

      ZASADY ROZSĄDNEGO KUPOWANIA. W sklepach wydajemy znaczną część naszego domowego budżetu. Kupując rozsądnie płacimy w sklepach mniej i mamy pieniądze na oszczędzanie. Oto kilka zasad, którymi warto kierować się w sklepie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Do tych banków czujemy największy pociąg, czyli o motylkach w brzuchu z procentem w tle :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 26 marca 2016 12:08
  • piątek, 25 marca 2016
    • Fundusze nastawione na płodność :-). I to własną. Biorą prowizję wtedy, gdy... zasłużą

      My to mamy pecha. Najpierw przez długie lata mieliśmy najwyższe opłaty kartowe interchange (zmieniło się to dopiero wtedy, kiedy lobbyści wielkich sieci handlowych postanowili zrobić "skok na bank" i wylobbowali sobie limit na interchange), potem najbardziej bandyckie polisy inwestycyjne, a teraz mamy najdroższe w Europie fundusze inwestycyjne. Narzekamy wszyscy na pazerność banków, ale na tle firm zarządzających funduszami inwestycyjnymi bankowcy są niewinnymi barankami. Chcąc wpłacić pieniądze do funduszu inwestycyjnego na starcie zapłacimy do 5,5% opłaty dystrybucyjnej (na której zarabia właściciel punktu sprzedaży), a potem do 4-4,5% rocznie opłaty za zarządzanie. To oznacza, że w pierwszym roku z każdych 100 zł włożonych do funduszu pracuje tylko 90 zł. A w kolejnych latach? Cóż, biorąc pod uwagę, że w ciągu 25 lat istnienia warszawskiej giełdy inwestorzy zarabiali średnio w skali roku 9%, sięgające 4% opłaty za zarządzanie muszą boleć i pożerać znaczną część zysków uczestników funduszy.

      W Europie Zachodniej opłaty za zarządzanie funduszami nie przekraczają zwykle ułamków punktu procentowego (wyższe od polskich bywają jedynie opłaty dystrybucyjne, ale po pierwsze płaci się je tylko raz, a po drugie można je ominąć kupując udziały w funduszu przez internet). Firmy zarządzające funduszami w Polsce twierdzą, że nie mogą być tańsze, bo ponoszą tak samo wysokie, jak zachodni konkurenci, koszty stałe, a mają wielokrotnie mniej pieniędzy pod zarządzaniem. I dlatego biedny Polak musi płacić za pośrednictwo w lokowaniu jego oszczędności więcej, niż bogaty Europejczyk z Zachodu albo Amerykanin. Każda nowa firma zarządzająca aktywami, wchodząca na polski rynek, zapowiada, że będzie bardziej fair wobec klientów. Ale kiedy do kasy zaczyna wpływać kasa, dochodzi do wniosku, że lepiej zarabiać więcej, niż mniej. I że bezpieczniej jest brać od klientów wysoką opłatę za zarządzanie według zasady "czy się stoi, czy się leży"... A więc w sposób niezależny od osiąganych wyników.

      Oczywiście: są wyjątki. Jedną z firm zarządzających funduszami, która uzależnia przynajmniej część swojego wynagrodzenia od wyników własnej pracy, jest Quercus TFI. W funduszu Quercus Agresywny za zarządzanie płaci się 3,3% w skali roku plus 20% tego, co fundusz wypracuje powyżej wyniku indeksu WIG. W funduszu Quercus Selektywny opłata stała to 2,8%, a zmienna wynosi 10% "prowizji", ale jest pobierana tylko w sytuacji, gdyby inwestor rocznie zarobił więcej, niż 10%. W funduszu Quercus Stabilny płaci się 2,5% według zasady "czy się stoi czy się leży" oraz 10% udziału w każdym zysku wygenerowanym przez zarządzającego. Jest to ciut uczciwsze, niż klasyczne 4% sztywnej opłaty, ale nie ma co kryć, że poziom opłaty stałej jest w funduszach Quercus wysoki, a success-fee jest raczej kwiatkiem do kożucha. Podobnie jest w niektórych funduszach TFI Skarbiec, TFI Copernicus, TFI Ipopema i jeszcze kilku innych firm. W większości funduszy już sama opłata stała goli klientów równo z trawą (od 3% w górę).

      Są też cztery fundusze pod marką BPH Superior, którymi zarządza TFI BPH. Nie dość, że można je kupić bez opłaty dystrybucyjnej (czyli przez internet), to jeszcze mają niską (jak na polski rynek) opłatę za zarządzanie. W przypadku bezpieczniejszych funduszy pieniężnego i obligacyjnego jest to 0,3-0,35% w skali roku, a w przypadku bardziej ryzykownych funduszy - selektywnego i akcji - 0,5-0,7%. To poziom opłat zdecydowanie niższy od średniej rynkowej (ten wynosi 1% w przypadku funduszy bezpiecznych i 4% w przypadku agresywnych). W ciągu 10 lat inwestycji lokując w fundusz akcji można dzięki temu zaoszczędzić prawie 40%. Albo osiągnąć o 40% wyższy zysk. Bardzo niskim opłatom za zarządzanie towarzyszy dość wysoka premia za sukces - TFI pobierze dla siebie 25% osiągniętego przez klienta zysku w przypadku, gdyby przekroczył on określony punkt odniesienia. Np. w przypadku funduszu pieniężnego jest to stawka WIBID 3M (aktualnie wynosi on 1,47%), a w przypadku funduszu selektywnego - dwukrotność stawki WIBID 1Y. Jeśli chodzi o fundusz akcji, to premia należy się po pokonaniu przez fundusz 95% poziomu WIG powiększonego o 5% stawki WIBID 3M.

      To uczciwe podejście: opłata za zarządzanie jest na tyle niska, że trudno mówić o tym, że TFI zarabia według zasady "czy się stoi, czy się leży". Zarabia - i to całkiem sporo, bo zabierając jedną czwartą zysków klienta - dopiero wtedy, kiedy ów klientowski zysk zaczyna przekraczać to, co klient mógłby mieć wszędzie indziej. Klient płaci więc za wartość dodaną, a nie za to, co należy mu się jak psu miska (czyli wynik w okolicach średniej rynkowej). Słabe strony? Przede wszystkim fakt, że fundusze pod marką Superior nie są dostępne dla każdego. Pierwsza wpłata wynosi bowiem aż 500.000 zł, co oznacza, że jest to fundusz dla ludzi z bardzo tłustym portfelem. Kolejne wpłaty mogą być już niższe, ale początkowa niestety zabija. Drugą sprawą jest krótka historia. Fundusze wystartowały w połowie 2015 r., co oznacza, że nie mają za sobą nawet rocznego tzw. track recordu. Tym, co ma największe znaczenie w inwestowaniu w fundusze jest jakość zarządzania. Warto zapłacić słoną opłatę za zarządzanie jeśli fundusz zarabia więcej od konkurencji. W przypadku Superiora nie wiadomo czy warto płacić mniej :-). Trzeci kłopot z funduszami Superior polega na tym, że niskie opłaty za zarządzanie mają charakter promocji, być może bezterminowej, ale zawsze. W prospekcie informacyjnym funduszy są zawarte opłaty za zarządzanie wyższe, niż faktycznie pobierane (do 4%).

      W przypadku funduszy BPH Superior o jakości zarządzania powiedzieć jeszcze można niewiele, choć warto docenić, że w pierwszym roku działania fundusz akcji stracił znacznie mniej, niż inne fundusze akcji (3,8% w porównaniu z 12,5% średniej - patrz pierwszy z wykresów poniżej). Inna sprawa, że zarządza szaloną kwotą 4 mln zł, a przy tak "astronomicznych" pieniądzach zarządzanie jest jakby łatwiejsze  -). Fundusz obligacji (drugi wykres) w ciągu roku wykręcił 4,1%, prawie dwa razy więcej, niż średnia rynkowa.

      bloxBPH_superior_akcji_wyniki_1y

      bloxBPH_superior_obligacji_1y

      Podobnie jak fundusz pieniężny (1,5%, gdy średnia u konkurentów to 0,7%). Oczywiście trzeba też brać poprawkę na to, że nowemu funduszowi, budującemu portfel od zera i zarządzającemu małymi aktywami znacznie łatwiej jest "wykręcać" dobre wyniki. A wszystkie Superiory mają łącznie 40 mln zł pod zarządzaniem. Zobaczymy jak zmotywowani zarządzający poradzą sobie w przyszłości. No i czy aby nie okażą się "przemotywowani" :-). Bo np. w USA nadzór finansowy zauważył, że w funduszach mających success-fee bardzo rośnie skłonność zarządzających do ryzyka. Niskie opłaty za zarządzanie to jedno, a przesadnie wysokie wynagradzanie zarządzających za dobre wyniki - to drugie.

      DLACZEGO WARTO MIEĆ PIENIĄDZE NIE TYLKO W BANKU? Jak z małych pieniędzy zbudować swoje finansowe bezpieczeństwo? Jakich trików użyć, żeby bezboleśnie oszczędzać? Jak uszyć pierwszy plan systematycznego inwestowania? Jak lokować je nie tylko w banku? Osiem pomysłów dla twojego portfela podanych w lekkostrawnej formule obejrzyj na YouTube.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Fundusze nastawione na płodność :-). I to własną. Biorą prowizję wtedy, gdy... zasłużą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 25 marca 2016 09:52
  • czwartek, 24 marca 2016
    • Język korzyści, czyli dać klientowi mniej i nakłonić, żeby płacił więcej. Oni to potrafią :-)

      O ile banki wkurzają swoich klientów zmianami taryf opłat i prowizji - zwłaszcza, że owe prowizje zwykle zmieniają się w górę - o tyle operatorzy telewizji kablowej podpadają najczęściej zmianami oferty programowej in minus, której nie towarzyszy podobna w skali zmiana ceny. Patent jest prosty: wyrzuca się z oferty twój ulubiony kanał, a w zamian dodaje się trzy kanały z jakimś chłamem, którego nie tylko ty, ale nikt nie będzie oglądał, bo oglądać się go nie da. Liczba kanałów rośnie, wskaźnik chłamu też. Ale rachunek bynajmniej nie spada. O ile sama zmiana oferty jest przeważnie denerwująca, to już sposób, w jaki firmy próbują go uzasadnić - bywa uroczy. Jeden z moich czytelników, który od początku marca został uszczęśliwiony przez firmę UPC komunikatem o zmianie oferty, pokusił się o mały żarcik. Postanowił przełożyć bełkot marketingowców UPC na język zrozumiały dla przeciętnego konsumenta. 

      "Drogi Abonencie! Jest nam niezwykle miło, że korzystasz z naszej telewizji cyfrowej. Zobacz, jak zmieniamy się dla Ciebie, abyś mógł cieszyć się najlepszą rozrywką od UPC. Stale wzbogacamy ofertę programową i inwestujemy w rozwój usług. Od początku 2015 r. wprowadziliśmy aż 29 nowych kanałów TV. Mamy już 78 kanałów w doskonałej jakości HD. Ważne: z dniem 1 marca 2016 r. obcojęzyczny kanał Motors TV zostanie zastąpiony kanałem Motowizja HD w języku polskim. Ponadto z oferty programowej zostaną usunięte kanały Universal Channel, 13 Ulica oraz E! (...) Przypominamy, że co miesiąc proponujemy Ci gorące premiery w bibliotece My Prime oraz wypożyczalni "UPC na żądanie" (...)".

      To był oficjalny przekaz firmy UPC dla klienta. A poniżej tendencyjnie podłe tłumaczenie tego komunikatu z języka marketingu na język normalnych ludzi. Taki, w którym treść staje się jakby bardziej zrozumiała. Uważam, że firma UPC powinna zatrudnić swojego klienta, a mojego czytelnika, pana Jarosława, do tłumaczenia swoich marketingowych farmazonów. Gotowi? No to proszę zapiąć pasy i odłożyć kawę :-) .

      "Drogi Abonencie! Cieszymy się, że regulujesz rachunki za nasza telewizję cyfrową. W trosce o nasz biznes czasami zmieniamy ofertę programową. Dlatego korzystając z nadarzającej się okazji wszem i wobec ogłaszamy, że jesteśmy naj, naj i naj. Mamy już 78 kanałów w doskonałej jakości HD - prawie tyle, co nasza konkurencja w Polsce (konkurencja w innych krajach się nie liczy). Mało ważne: z dniem 1 marca 2016 r. z oferty programowej zostaną zabrane trzy kanały. Pomimo zmniejszenia liczby kanałów cena usług pozostaje bez zmian. Jak ci się nie podoba, to możesz wypowiedzieć umowę i zapłacić karę. Ponieważ - jak wiemy - z braku atrakcyjnych filmów zawartość oferowanych przez nas kanałów nie pozwala Ci na zagospodarowanie wolnego czasu, korzystając z okazji zachęcamy Cię do skorzystania z dodatkowej usługi, z której możesz - płacąc - korzystać do woli"

      Czyż teraz nie jest jakby bardziej szczerze? Trzeba zauważyć, że poinformowanie klientów o zmianie oferty programowej nie było łatwe. O ile zwykle tego typu operacje sprowadzają się do zastąpienia ciekawego kanału trzema nieciekawymi, to tym razem było tylko kasowanie ciekawych :-). Czasem, w celu wykonania planu sprzedażowego, trzeba nie tylko zmniejszyć klientowi ofertę nie pomniejszając mu ceny, ale zwiększyć ją w innym miejscu i to tak, żeby nie zauważył, a płacił więcej. Jak wiadomo najlepiej przeprowadzać takie niezauważalne zmiany oferty podczas rozmowy telefonicznej. Klient, nie mając przed oczami żadnych kwitów, może się nie zorientuje, że coś kupił. Czyż to nie piękne dopełnienie poprzedniej części strategii, czyli dawania klientowi mniej za tę samą cenę? Kilka miesięcy temu w ten sposób "uszczęśliwiono" innego mojego czytelnika, pana Piotra.

      "Zadzwonił do mnie przedstawiciel UPC. Chciał do usługi internetu dołożyć TV. Podziękowałem, bo nie oglądam telewizji. Poinformował więc, że UPC ma dla swoich abonentów jeszcze inną usługę telefoniczną. Powiedziałem, że rozumiem, podziwiam i fajnie. Koniec rozmowy. Minęło trochę czasu i... dostałem od UPC e-mailem informację o zmianie warunków umowy abonenckiej, na którą ponoć wyraziłem zgodę podczas rozmowy telefonicznej. Kapcie mi spadły. Nie wiem ilu UPC ma klientów (pewnie setki tysięcy), jeśli wziąć pod uwagę, że większość osób po takiej rozmowie nawet nie przeczyta tego maila tylko go skasuje..."

      - zastanawia się pan Piotr. Oczywiście: rozmowy pracowników są nagrywane, ale wcale to nie oznacza, że zostaną udostępnione klientowi, który chciałby odsłuchać rozmowę, na podstawie której podobno zmienił swoją umowę. Jeśli klient bardzo się awanturuje, to co najwyżej uwzględni się jego reklamację, ale przekazanie mu zapisu rozmowy to byłoby samobójstwo i dowód rzeczowy na stosowanie nieetycznych praktyk.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Język korzyści, czyli dać klientowi mniej i nakłonić, żeby płacił więcej. Oni to potrafią :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 20:10
    • W kilka godzin od zgłoszenia szkody wypłacą kasę? Auto zastępcze na jeden klik? To lubię :-)

      Jakiś czas temu opisywałem w blogu pierwszą w Polsce mobilną aplikację do likwidacji szkód ubezpieczeniowych. Od stycznia z jej pomocą mogą załatwiać swoje sprawy klienci Warty. Przewidywałem, że to może być hit, bo w XXI wieku grzechem byłoby nie wykorzystać możliwości smartfona w kontaktach z ubezpieczycielem. Tym, którzy nie czytali, bądź nie pamiętają tamtego wpisu przypomnę pokrótce, że aplikacja pozwala po pierwsze komunikować się z likwidatorem szkody w przyspieszony sposób (odpowiedź na każde pytanie klienta powinna być udzielona w ciągu godziny), po drugie przesyłać błyskawicznie dokumenty potrzebne do likwidacji szkody (dowód rejestracyjny, prawo jazdy, papiery sporządzone przez policję, zdjęcia... wszystko za pomocą fotografowania dokumentów i wrzucania ich smartfonem do systemu Warty), a po trzecie - i to jest największa sensacja - zdalnie przeprowadzać oględziny z miejsca szkody. Niedawno testowałem to na własnej (a w zasadzie pewnego znajomego) skórze. Klient uruchamia tryb kamery w aplikacji Warta Mobile, a likwidator nawiguje zdalnie, opowiadając klientowi co by chciał przez tę kamerę zobaczyć. Nie muszę Wam mówić jak taka zdalna wycena szkody przyspiesza jej likwidację.

      wartamobile02

      Jak ta nowinka przyjęła się wśród klientów? Po kilku miesiącach od wprowadzenia nowej usługi zapytałem o to szefów Warty. Okazuje się, że korzysta z niej mniej więcej 10% klientów likwidujących w tym towarzystwie szkody. Dużo? Mało? Biorąc pod uwagę, że raptem 60% Polaków ma dostęp do smartfona, a połowa z nich nie instaluje żadnych aplikacji (smartfona używa wyłącznie do dzwonienia), to wychodzi na to, że co trzeci klient Warty, który mógłby korzystać z mobilnej likwidacji szkód, rzeczywiście dał się na nią namówić. Reszta wciąż się obawia. W Warcie zapewniają, że warto skorzystać :-), bo to rzeczywiście przyspiesza likwidację niektórych szkód. Jeśli likwidator siada przy biurku, odpala komputer i od razu dostaje od klienta skany wszystkich potrzebnych dokumentów, zdjęcia z miejsca zdarzenia, a potem połączy się z klientem w celu wideooględzin, to jest już w domu. Nie pozostaje mu nic innego, jak tylko "odpalić" program do wyceny szkód, zaproponować klientowi kwotę wynikającą z kalkulacji i - jeśli klient ją przyjmie - uruchomić przelew. Od biedy da się to zrobić w ciągu jednego dnia. W Warcie twierdzą, że mają już przypadki drobnych szkód likwidowanych w wariancie gotówkowym, gdzie od zgłoszenia szkody do wypłacenia pieniędzy klientowi upłynęło kilka godzin.

      Apka Warty ma pewną wadę - w obecnej formule przydaje się głównie do likwidacji szkód w wariancie gotówkowym. Polega on na tym, że klient przesyła wszystkie dokumenty, ubezpieczyciel wycenia szkodę i wypłaca kasę. A klient za te pieniądze ma sobie we własnym zakresie pokryć koszty przywrócenia stanu sprzed szkody. W sytuacji, w której klient likwiduje szkodę bezgotówkowo, aplikacja może służyć co najwyżej do bieżącego kontaktu z likwidatorem i do przesłania mu dokumentów. Potem likwidację szkody - w przypadku szkód komunikacyjnych, których jest najwięcej - i tak przejmuje warsztat i to on kontaktuje się z ubezpieczycielem. Ale w Warcie kombinują, żeby i tutaj zrobić jakąś mały development. Otóż wymyślili, że aplikacja zostanie wzbogacona o wyszukiwarkę autoryzowanych warsztatów. Klient, na podstawi geolokalizacji, będzie mógł znaleźć najbliższy warsztat współpracujący z ubezpieczycielem i wstawić tam auto. Co więcej, warsztaty mają być docelowo "gwiazdkowane" na podstawie opinii klientów

      Kolejną nowością w apce ma być możliwość zamawiania za pomocą smartfona samochodu zastępczego. Klient, który z własnej winy lub z winy innego kierowcy zostanie zmuszony do likwidacji szkody komunikacyjnej, będzie mógł za pomocą smartfona nie tylko zrobić zdjęcia i przesłać dokumenty likwidatorowi, ale też od razu skontaktować się z jedną z współpracujących z Wartą wypożyczalni i zamówić w niej samochód zastępczy. Docelowo aplikacja mobilna ma sama proponować klientowi auto zastępcze (żeby klientowi nie przyszło do głowy korzystać z przygodnych firm). Możliwości wykorzystania smartfona, geolokalizacji oraz czatu, kamery i aparatu fotograficznego do likwidacji szkód jest moc. Wiadomo, że nie każdą szkodę da się zlikwidować mobilnie, ale szybkość reakcji ubezpieczyciela, bezpośredni kontakt z osobą, która załatwia wypłatę odszkodowania i możliwość wykorzystania narzędzi społecznościowych - to miks czynników, które mogą znacząco zwiększyć lojalność klientów do firmy ubezpieczeniowej. Inna sprawa czy ubezpieczyciel będzie potrafił ją przekuć na większą sprzedaż. Bo jakość usług i cena też ma tu kluczowe znaczenie. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W kilka godzin od zgłoszenia szkody wypłacą kasę? Auto zastępcze na jeden klik? To lubię :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 marca 2016 09:25
  • środa, 23 marca 2016
    • Przebili wszystkie banki, zapłacą nawet 1000 zł premii. Co trzeba zrobić? E tam, drobiazg :-)

      Wiele dziwnych promocji ostatnio widziałem na rynku finansowym, ale ta jest szczególna. DM BZ WBK, jedno z największych biur maklerskich w kraju, ogłosiło właśnie, że w ramach trwającej do końca lata akcji będzie... podwajało swoim klientom zyski z inwestycji. Można dostać aż 1000 zł. A więc kwotę większą, niż ta, którą płacą banki w swoich systemach motywacyjnych. Pomysł DM BZ WBK działa tak: kupiłeś akcje, kontrakty terminowe albo opcje i zarobiłeś na nich np. 500 zł, a oni dorzucą ci do tego drugie 500 zl. Czyż to nie piękne - zarabiać dwa razy więcej? :-). Nic tylko założyć rachunek i kupić coś szybkorosnącego :-).

      BZWBK_podwoimy

      Chyba wiem jaka jest geneza tego pomysłu. Podobną akcję - też z dopłacaniem klientom do zysku - ogłosiło jakiś czas temu TFI Union Investment. Tam jednak chodziło o wkładanie pieniędzy w bezpieczny fundusz i dorzucenie stówki "nagrody" do osiągniętego przez klienta zysku. Podobną ideę promują też banki, które łączą promocyjny, bardzo wysoko oprocentowany depozyt, z inwestowaniem w fundusze. Trik polega na tym, że na depozyt możesz położyć tylko połowę pieniędzy, druga musi pójść do funduszu inwestycyjnego, zwykle takiego dość wahliwego, inwestującego w akcje. Ze sprzedaży funduszu bank dostaje kilka procent prowizji, którą finansuje dotację do depozytu. Nie lubię takich zgrzewek, bo zamydlają poziom podejmowanego przez klienta ryzyka. Wydaje mu się, że lokuje 50:50 w bezpieczne i mniej bezpieczne instrumenty, ale tak naprawdę wynik na mecie zależy w 90% od tego jak poradzi sobie fundusz.

      Akcja DM BZ WBK jest, moim zdaniem, dość ryzykownym przedsięwzięciem. Przynajmniej w tej części, która może trafić do nowych klientów biura maklerskiego, niekoniecznie bardzo doświadczonych w inwestowaniu pieniędzy i niekoniecznie bardzo zamożnych. Aby skorzystać z promocji trzeba spełnić jeden z dwóch warunków: być nowym klientem DM BZ WBK, albo mieć rachunek nie używany co najmniej od roku (zero jakichkolwiek operacji). Na tysiąc złotych z podwojenia zarobków giełdowych mają więc szansę: a) klienci, którzy przeniosą się z innego biura maklerskiego do DM BZ WBK, b) klienci, którzy kiedyś mieli jakieś akcje, ale było to dawno temu i ich rachunek maklerski porasta już mchem, c) "zielone ogórki", które usłyszą, że można zarobić tysiąc złotych i założą pierwszy w swoim życiu rachunek maklerski :-). Do tych ostatnich mam gorącą prośbę: nie idźcie tą drogą :-)

      Z punktu widzenia "zielonego ogórka", czyli kogoś, kto lokował pieniądze głównie w banku, w obligacjach albo w bezpiecznym funduszu inwestycyjnym, korzyść finansowa oferowana przez DM BZ WBK może wyglądać atrakcyjnie. 1000 zł to sporo kasy, więcej niż można wycisnąć z promocji bankowych. Tyle, że taki ciułacz nie powinien zaczynać przygody z giełdą od agresywnego day-tradingu. A tylko taki zwiększa szansę na zgarnięcie obiecywanego tysiąca, bowiem kolejnym warunkiem otrzymania nagrody jest wykonanie do końca sierpnia tego roku obrotów o wartości przynajmniej 60.000 zł (lub "obrócenia" określoną liczbą kontraktów terminowych lub opcji). Ja radzę początkującym inwestorom dokładnie coś odwrotnego: kup akcje dwóch-trzech dużych, stabilnych firm z różnych części gospodarki, które wypłacają co roku dywidendę i których produktów używasz na co dzień. Zainwestuj na początek góra 10% swoich oszczędności i obserwuj co się dzieje z ceną akcji, jak zmienia się w zależności od sytuacji gospodarczej, wyników finansowych firm, wprowadzania przez nie nowych produktów. Obserwuj, ucz się, zbieraj doświadczenia, nie wykonuj nerwowych ruchów. Ścigaj się, ale... ostrożnie:

      To skrajnie różne podejście do inwestowania, niż to, które promuje DM BZ WBK. Wolałbym, żeby dla osób mało doświadczonych w lokowaniu pieniędzy w akcje maklerzy przygotowali innego rodzaju promocje, coś w gatunku "dywidendy" za wartość posiadanego przez co najmniej rok portfela.  Obietnicę dorzucenia 1000 zł do zysku wypracowanego przez inwestora można potraktować też jako teaser dla inwestorów, którzy mają już konta maklerskie i doświadczenie, ale nie handlują akcjami pod skrzydłami BZ WBK, albo kiedyś handlowali, ale z jakichś przyczyn przestali (np. dlatego, że ceny akcji, mierzone indeksami giełdowymi, przez pięć lat stały w miejscu). Dla tych grup inwestorów wizja podwojenia ewentualnych zysków może być ciekawym zaproszeniem do "gry" i aktywnego kupowania oraz sprzedawania akcji, opcji i kontraktów. Ale czy oni taką "zachętę" uznają za atrakcyjną? Przeciętny portfel inwestora indywidualnego w Polsce jest wart ponad 30.000 zł, co oznacza, że wypracowując 3% zysku w ciągu najbliższych kilku miesięcy mogą liczyć na wypłatę premii, dzięki której ich zysk podskoczy do 6%. Niestety, jeśli z kupowania i sprzedawania akcji będzie strata, to DM BZ WBK nic nie dopłaci. Ale mogłoby być gorzej - mogłoby podwoić klientowi stratę :-).

      ZOBACZ MOJE ZABAWY W BANK. Może Was to dziwi, ale ja nie mam nigdy dosyć. Przez cały dzień piszę o bankach, czytam o bankach, mówię o bankach, a potem przychodzę do domu i... bawię się w bank. W poniższym klipie w kilku zdaniach o tym opowiadam.

      BLOG "SUBIEKTYWNIE O FINANSACH" ZAPRASZA DO KARPACZA: Na początku czerwca w Karpaczu odbędzie się dwudziesta już konferencja drobnych inwestorów -  "Wall Street". Będę tam i wezmę udział w dyskusji "Czy giełda może zostać miejscem powszechnego oszczędzania pieniędzy, czy też straciliśmy już tę szansę?". W Karpaczu będzie też całkiem solidna porcja wiedzy dla początkujących inwestorów. Jeśli ktoś z Was będzie miał ochotę spotkać się ze mną i innymi uczestnikami konferencji - rejestrujcie się podając kod promocyjny "SubiektywnieWS20" - organizatorzy mają specjalną zniżkę dla czytelników "subiektywności", wynoszącą 50-100 zł (w zależności od pakietu).

      wallstreetbaner

      ZOBACZ SUBIEKTYWNOŚĆ U INWESTORÓW INDYWIDUALNYCH. Jakiś czas temu miałem przyjemność uczestniczyć w debacie towarzyszącej ogłoszeniu wyników badania giełdowych inwestorów indywidualnych. Na stronie Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnychpojawiło się ostatnio nagranie z tego wydarzenia. Zapraszam do obejrzenia go oraz mojej wypowiedzi na gorąco po debacie. 

      SIIscreen

      POLECAM MOJE KSIĄŻKI: o oszczędzaniu, inwestowaniu i zarządzaniu domowymi pieniędzmi. Dowiesz się z nich jak założyć pierwszy plan systematycznego oszczędzania i jak bezpiecznie lokować pieniądze poza bankiem. 

      baner_640x2501

      Samcik_620x2003

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Przebili wszystkie banki, zapłacą nawet 1000 zł premii. Co trzeba zrobić? E tam, drobiazg :-)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 23 marca 2016 20:51

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line