Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • piątek, 30 kwietnia 2010
    • Nareszcie bank pomoże zajrzeć do BIK-u!

      BIK, czyli Biuro Informacji Kredytowej to ostatnio postrach większości kredytobiorców. Bank sprawdzają tam swoich klientów na okrągło i najmniejszy nawet ślad opóźnień w spłatach jest traktowany jako pretekst do odmowy klientowi pożyczki. Niestety czasem wpisy w BIK bywają wydumane, o czym pisałem nie dalej jak kilka dni temu. Ale to już zupełnie inna sprawa.

      Byłem kilka miesięcy temu „straszony” BIK-iem przez panią z punktu sprzedaży ratalnej jednego z marketów RTV-AGD. Podszedłem z miną pana i władcy i zażądałem rat, a pani tylko szeroko się uśmiechnęła i powiedziała rezolutnie „no, nie tak szybko, zobaczymy czy BIK pana przepuści”. Przepuścił, ale pani mówiła, że widziała wielu klientów, którzy zalewali się łzami, nie mogąc kupić wymarzonej plazmy albo konsoli na raty, bo Mr. BIK wydał taki właśnie wyrok.

      Do swojego dossier w BIK-u każdy z nas ma dostęp. Na stronie internetowej biura trzeba wypełnić stosowny formularz, wysłać go pocztą i czekać na odpowiedź (w tzw. międzyczasie warto jeszcze zapłacić za raport). Niby proste, choć w XXI wieku to jednak obciach, że BIK nie daje osobom zarejestrowanym w jego bazach dostępu do danych online, bezpośrednio przez internet.

      W BIK tego zrobić nie umieją (lub raczej nie chcą, bo przecież klienci instytucjonalni biura mają dostęp do danych online), ale jak się ma konto w odpowiednim banku... Jako pierwsi dowiadujecie się dziś ode mnie, że Meritum Bank uruchamia  dla swoich klientów możliwość dostępu online do danych BIK-u! Oficjalnie bank poinformuje o tym dopiero we wtorek, ale przecież dlatego właśnie mnie kochacie, że niektórych rzeczy dowiadujecie się tu jako pierwsi, prawda?

      Jak ma działać rozwiązanie Meritum Banku w skrócie? Przede wszystkim trzeba mieć w banku Meritum Konto. Wniosek o raport BIK składa się przez internet, za pośrednictwem systemu bankowości elektronicznej Meritum Banku. Raport w wersji elektronicznej (jako plik pdf) będzie dostępny w systemie pod wskazanym linkiem w ciągu kilku minut.

      Tylko gadżet? Może, ale bardzo pożyteczny. Dzięki niemu klient ma możliwość monitorowania na bieżąco swojej oceny w BIK, błyskawicznego reagowania na ewentualne błędy, a przede wszystkim posiada tę samą wiedzę, z której korzysta bank, rozpatrując wniosek kredytowy. Zanim złoży wniosek o kredyt już wie czy bank może się do czegoś przyczepić, czy też decyzja będzie zależała wyłącznie od zdolności kredytowej.

      Rozwiązanie jest bezpieczne. BIK przesyła raport do banku elektronicznie, ale bezpiecznym połączeniem internetowym. Klient Meritum Banku dostaje z BIK wiadomość SMS z hasłem, które pozwala uzyskać dostęp do raportu. Proste? Nie rozumiem tylko dlaczego podobnej usługi BIK nie może uruchomić samodzielnie. Skoro dostęp do raportów może „załatwiać” dla swoich klientów Meritum Bank, to mógłby to robić przecież i sam BIK.

      A tak swoją drogą... ciekawość to niekiedy pierwszy stopień do piekła :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Nareszcie bank pomoże zajrzeć do BIK-u!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 kwietnia 2010 15:00
    • Dzielni maklerzy uzbrojeni w ankiety na polu walki z praniem brudnych pieniędzy

      Kilka dni temu odwiedziłem wraz ze znajomym pewne biuro maklerskie, w którym ów znajomy chciał założyć rachunek maklerski. Było trochę papierologii i słynne ankiety MIFiD-owe, które nota benebezbłędnie wyświetliły fakt, iż mój znajomy do inwestowania w akcje kompletnie się nie nadaje. A na koniec pani obsługująca mojego znajomego stwierdziła: „no to teraz sobie powalczymy z praniem brudnych pieniędzy”. Uśmiechnęliśmy się ze znajomym blado, ale jak mus to mus.

      Pani zrobiła poważną minę (dobrze, że nie założyła munduru służb specjalnych dla zwiększenia znaczenia chwili) i wyciągnęła jeszcze jedną ankietę. „Zgodnie z wymogami ustawy... bla, bla, bla... o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu... bla, bla, bla... dom maklerski zwraca się do klienta o przedstawienie danych, na podstawie których może stosować odpowiednie środki bezpieczeństwa finansowego. Udzielone odpowiedzi zostaną uwzględnione do oceny ryzyka prania pieniędzy i finansowania terroryzmu”.

      W ankiecie było kilka pytań. Między innymi o cel korzystania z usług maklerów (inwestycja długoterminowa, czy krótkoterminowa?), o wartość pieniędzy powierzanych maklerom, a przede wszystkim - tu gwóźdź programu - pytanie o główne źródło pochodzenia inwestowanych pieniędzy.

      Well... wygląda na to, że nasi dzielni posłowie, którzy uchwalili ustawę o walce z praniem pieniędzy, za pomocą ankiet chcą ścigać tabuny przestępców i mafiosów, którzy wprost marzą o tym, by zakupami akcji giełdowych spółek zalegalizować miliony zarobione na burdelach, nielegalnym harardzie i handlu narkotykami. Oczywiście posłowie zakładają, że każdy przestępca, widząc taką ankietę, spłoni się rumieńcem, a potem grzecznie przyzna, że ukradł pieniądze.

      Wraz ze znajomym postanowiliśmy zrobić prowokację i na pytanie o „źródło pochodzenia środków” odpowiedzieć, że jest nim działalność przestępcza. Niestety, pani w punkcie obsługi klienta odmówiła udziału w przedsięwzięciu i powiedziała, że tak się nie da (choć przecież w polu na odpowiedź można było też wybrać opcję „inne”). Dała się jedynie namówić na odpowiedz pt. „brak odpowiedzi”. Czuliśmy się jak ten facet na lotnisku:

      Ciekaw jestem co też dyrekcja biura maklerskiego z tym zrobi. Skoro klient nie chce powiedzieć skąd ma pieniądze, to może „ocena ryzyka prawnia pieniędzy i finansowania terroryzmu” wypadnie tak, że makler będzie musiał zawiadomić CBA i ABW (służby te, jak wiadomo, za sobą nie przepadają, więc o prawo aresztowania podejrzanych musiałyby najpierw stoczyć walkę w kisielu), a może nawet MSWiA, BBN i - na wszelki wypadek - IPN?

      Na samą myśl o tym jakie mogą być konsekwencje naszego czynu w obliczu bezpardonowej walki rządu i całego państwa z praniem pieniędzy, aż cierpnie mi skóra. Gdyby za czasów „Masy”, „Kiełbasy” i „Baraniny” też dawali w biurach maklerskich takie ankiety, to grupa pruszkowska nie musiałaby się przez dziesięć lat wybijać z wołomińską, tylko obie grzecznie - po uprzednim wypełnieniu ankiet - siedziałyby w pierdlu, czytając namiętnie „Prawo o publicznym obrocie papierami wartościowymi”

      Podstawa prawna:  „W toku świadczenia usług instytucje zobowiązane są stosować środki bezpieczeństwa finansowego. W szczególności polegają one na: identyfikacji klienta i weryfikacji jego tożsamości; podejmowaniu działań w celu zidentyfikowania rzeczywistego beneficjenta transakcji; uzyskiwaniu informacji dotyczących celu i zamierzonego przez klienta charakteru stosunków gospodarczych; bieżącym monitorowaniu stosunków gospodarczych z klientem, w tym badaniu przeprowadzanych transakcji. Środki bezpieczeństwa mają być stosowane m.in. przy zawieraniu umowy z klientem, przy przeprowadzaniu transakcji na kwotę 15 000 euro oraz gdy istnieje podejrzenie prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu”.Jihaaaaaaaad! Jihaaaaaaaad! :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dzielni maklerzy uzbrojeni w ankiety na polu walki z praniem brudnych pieniędzy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 30 kwietnia 2010 05:24
  • czwartek, 29 kwietnia 2010
    • Dlaczego Związek Banków nie chce ułatwić nam zastrzegania utraconych kart?

      Zdziwiła mnie podana we wtorek przez agencję PAP informacja, że Związek Banków Polskich nie dogadał się z Telekomunikacją Polską w sprawie uruchomienia jednego, ogólnopolskiego numeru telefonu dla osób chcących zastrzec swoją, skradzioną lub zgubioną, kartę płatniczą. Och, już sobie wyobrażam jak te negocjacje musiały być trudne zważywszy, że - jak donosiły media - zaczęły się w... listopadzie 2008 r.

      Co się stało, że nie udało się „przepchnąć” tak prostej i nieskomplikowanej sprawy? Remigiusz Kaszubski, dyrektor w Związku Banków odpowiedzialny za rynek kart płatniczych, (z zafrasowaną miną?) ujawnił, że poszło o koszty. „Nie udało się wypracować kompromisowego rozwiązania. TP wyceniła projekt na sumę znacznie wyższą niż pułap, który był dla nas akceptowalny” - powiedział Kaszubski dziennikarzowi PAP. Nie chciał jednak zdradzić wysokości tej sumy.

      Rzecznik „Tepsy” Wojciech Jabczyński (z nie mniej zafrasowaną miną?) skomentował, że należałoby ponownie wypracować „model finansowy, który powinien zakładać również udział banków w kosztach przedsięwzięcia. Koszt utrzymania numeru wraz z obsługą to kilkaset tysięcy złotych rocznie”. Well... z punktu widzenia branży bankowej, której roczne zyski liczone są w miliardach złotych, nie jest to kwota porażająca. A jednak tym razem bankowców poraziła. Jej brak nie położyłby też na łopatki finansów Telekomunikacji, podobno naszego „narodowego” operatora. W tym przypadku dla „narodowego” liczy się jednak „kasa, misiu, kasa”, a nie „misja”. No, ale „Tepsa” nie od dziś ma tylko jedno w głowie:

      Kaszubski (nadal przybity?), dodawał w depeszy PAP zdruzgotanym rodakom otuchy: „Pracujemy nad nowym projektem numeru telefonicznego, pod którym będzie można zablokować kartę płatniczą”. Ma być on związany z fotokodami, czyli małymi obrazkami, w których zakodowane są informacje odczytywane za pomocą odpowiedniej aplikacji w telefonie komórkowym. Przy takim tempie prac jak do tej pory jest szansa, że gdzieś w okolicach 2017-2020 r. uda się coś wymyślić, by karty zastrzegało się prościej, niż dziś. Teraz bowiem każdy bank drukuje na karcie swój numer do centrum zastrzegania plastików. Numer oczywiście się nie przydaje, bo zwykle ginie razem z kartą :-)

      Co ciekawe, ten sam Związek Banków, który tak „skutecznie” negocjował z Telekomunikacją, by uruchomić własny ogólnopolski numer zgłoszeniowy do zastrzegania kart, nie był zainteresowany współpracą z komercyjną firmą prowadzącą identyczny projekt. Trójmiejska spółka AllCards już w 2008 r. uruchomiła numer 9584 oraz stronę www.9584.pl, a potem zwróciła się do Związku Banków z propozycją współpracy.

      pogotowie kartowe„Jeszcze przed rozpoczęciem działalności poinformowaliśmy Związek Banków Polskich o koncepcji uruchomienia Centrali Kart Kredytowych. Osobiście spotykałem się z przedstawicielami ZBP i kilkukrotnie składałem propozycje  nawiązania współpracy. Niestety nie spotkałem się z przychylnością do rozpoczęcia współpracy” – mówił jesienią 2008 r. portalowi Bankier.pl prezes AllCards Grzegorz Głowacki. I dodawał: „Rada Wydawców Kart Bankowych ZBP uznała, że istniejące sposoby zastrzegania kart są wystarczające i dlatego nie rekomendowała zaangażowania się banków we współpracę z Centralą Kart Kredytowych. Brak przychylności z ich strony zamknął nam niestety drogę do współpracy z większością banków”.

      Nie wiem ile pieniędzy chciał od ZBP prezes AllCards, ale po zawieszeniu na kołku negocjacji z Telekomunikacją mam wrażenie, że bankowcy zachowują się trochę jak pies ogrodnika, który sam nie skorzysta, a drugiemu nie da. Szkoda tylko, że na takiej postawie tracą klienci banków. Ale z drugiej strony... Związek Banków Polskich to organizacja, która ma robić dobrze bankom, a nie klientom, prawda? Więc może ja się niepotrzebnie czepiam?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dlaczego Związek Banków nie chce ułatwić nam zastrzegania utraconych kart?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 kwietnia 2010 13:19
    • Duże procenty rulez, czyli Polbank przybija piątkę Gerardowi Depardieu

      Polacy mają opinię osób nieruchawych i zbyt wygodnych jeśli chodzi o sprawy swoich finansów osobistych. Nie zmienią konta bankowego na tańsze, bo cała operacja jest skomplikowana. Wolą w kółko narzekać na kolejki w oddziałach i wysokie prowizje. Jedną trzecią depozytów  trzymają w PKO BP lub Pekao, dwóch największych bankach, oferujących stawki należące do najniższych na rynku. Też z wygody: komu by się chciało szukać placówki innego banku, żeby zarobić te nędzne dwa punkty procentowe więcej? :-)

      Ale mam dwa spostrzeżenia, które kłócą się z tym wizerunkiem. Pierwszym jest pospolite ruszenie dotyczące emisji akcji PZU. Odwiedziłem ze znajomym jedno z biur maklerskich i widziałem tam ludzi nie mających zielonego pojęcia o finansach (świadczyły o tym ich odpowiedzi w MIFID-owskich ankietach, podsuwanych im pod nos), a jednak stojących cierpliwie w kolejce, by założyć rachunek, wpłacić pieniądze (często przynoszone w kopertach) i złożyć zlecenie na swoich 30 akcji.

      Widziałem babcie o kulach, matki z dzieckiem na ręku, kobiety w ciąży... Kiedy w perspektywie jest zarobek (jeśli nic złego nie stanie się z koniunkturą na giełdzie to pewnie sięgnie on 5-20%, chyba że Grecja jednak zbankrutuje, a z nią np. Portugalia), Polacy jednak potrafią ruszyć tyłki i poświęcić godzinę lub dwie, by wybrać obiecującą ofertę. To prawda: w grę wchodzą setki lub tysiące złotych łatwego zarobku w ciągu kilku tygodni, więc i motywacja jest większa, niż do zmiany konta. Ale jeśli na wejście na parkiet decydują się nagle ludzie, dla których rynek kapitałowy to czarna magia, mimo wszystko mamy do czynienia z krokiem (umiarkoanie) doniosłym.

      Mam i drugie spostrzeżenie, które każe mi kwestionować wizerunek ciułacza w kapciach, który tyłka nie ruszy, bo mu się nie chce. To spostrzeżenie wiąże się z cyferkami, które wpadły mi w ręce, a dotyczą powodzenia oferty pewnego banku. Chodzi o Polbank i promocję Konta Mocno Oszczędzającego. KMO to połączenie konta oszczędnościowego i lokaty antypodatkowej. Nie uwierzycie, ale na widok najwyższego na rynku oprocentowania (5,5%) Polacy dosłownie rzucili się do zakładania w Polbanku takich kont.

      Z danych banku - które dopadłem specjalnie dla Was - wynika, że o ile przed startem kampanii reklamowej (ruszyła półtora tygodnia temu) klienci zakładali średnio po 600 KMO dziennie, to w pierwszy dzień emisji spotów telewizyjnych było to już 1500 kont, a po tygodniu (w miniony poniedziałek) - aż 2500. To mniej więcej tyle, ile kont osobistych zakładał w najlepszym momencie swojej kampanii reklamowej bank BZ WBK, który zatrudnił do udziału w spotach słynnego Gerarda Depardieu!

      Widoczna reklama telewizyjna i wysokie oprocentowanie pieniędzy sprawiło, że do Polbanku klienci walą drzwiami i oknami. Kompletnie nie przeszkadza im skojarzenie z Grecją, która ma kłopoty finansowe (a to przecież z tego kraju pochodzi Polbank). Wygląda na to, że grecki TurboDymoMan, choć znacznie mniejszy gabarytem, zawstydził samego Gerarda Depardieu. :-))

      Nie, nie, wcale nie uważam, że Depardieu jest podobny do bobra, jest ciut ładniejszy :-). Chodzi mi tylko o to, że zaprawdę, wielka, zawstydzająco wielka jest siła procentów. Przy okazji sprawdźcie jeszcze kto w środę przebił Gerarda Depardieu, dając 600 zł za przeniesienie konta od konkurencji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Duże procenty rulez, czyli Polbank przybija piątkę Gerardowi Depardieu”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 29 kwietnia 2010 06:59
  • środa, 28 kwietnia 2010
    • Oni przebili Depardieu: za założenie konta i polecanie banku zapłacą do 600 zł!

      Myśleliście, że stówka płacona przez bank BZ WBK każdemu nowemu klientowi, który zakłada konto osobiste, to szczyt mozliwości bankowców w licytowaniu się o Wasze względy? Jesteście w błędzie. Jako pierwszy ujawniam dziś szczegóły kolejnej bankowej promocji, która przebija nawet BZ WBK i Gerarda Depardieu.

      Otóż najprawdopodobniej w czwartek Alior Bank oficjalnie ogłosi, że osoby, które w najbliższym czasie założą w nim konto, będą dostawały za to po 50 zł miesięcznie przez okres od czterech do dwunastu miesięcy. To oznacza, że Alior jest gotów zapłacić klientowi za założenie konta nawet do 600 zł premii! Jeśli pomysł BZ WBK z płaceniem 100 zł premii uważałem za ryzykowny, to akcję Aliora trudno nazwać inaczej, jak prawdziwym szaleństwem.

      Tak to wygląda na pierwszy rzut oka, ale szczegóły promocji, które poznałem, nie uzasadniają stwierdzenia, że Wojciech Sobieraj, prezes Aliora, postanowił - choćby z powodu ułańskiej fantazji, którą niewątpliwie posiada (wiem, bo znam człowieka :-)) - wyrzucić w błoto trochę pieniędzy. Co to to nie! Ostatnio zresztą bank prezesa Sobieraja zbiera u mnie więcej plusów, niż minusów, więc o wyrzucanie w błoto pieniędzy nie śmiałbym go podejrzewać.

      Po pierwsze: promocyjnych kont będzie tylko 10.000. Aby się załapać, trzeba do końca maja zarejestrować się w internetowym serwisie www.przywileje.aliorbank.pl, a do końca czerwca założyć w Aliorze konto osobiste. Po drugie samo założenie konta to za mało, że Alior zapłacił. Trzeba też przekazać na nie swoje wynagrodzenie, rentę, emeryturę lub stypendium i przynajmniej raz zapłacić w sklepie za zakupy kartą debetową wydaną do konta. Korzystanie z dołączonego do konta assistance jest na szczęście opcjonalne :-). A assistance wygląda tak:

      Po trzecie ten program tym różni się od wubekowskiego Depardieu, że nie jest prostą transakcją „ty mi konto, jak ci kasę”. To raczej zawoalowany program lojalnościowy. Każdy z 10.000 klientów, którzy przeniosą do Aliora swoje rachunki (bo do tego de facto sprowadzają się dodatkowe warunki stawiane przez bank) dostanie po 50 zł przez cztery miesiące. Dalsze wypłaty są już obwarowane kolejnym warunkiem.

      Otóż Alior będzie przedłużał wypłatę 50 zł o kolejny miesiąc za każdego dodatkowego klienta, którego „przyprowadzi” uczestnik promocji. Jeśli więc założę konto w Aliorze, ale namówię również do tego wujka, ciotkę i brata, to będę dostawał po 50 zł przez siedem miesięcy. Jeśli dodatkowo przekonam do tego dwóch kolegów, to Alior będzie mi płacił przez dziewięć miesięcy. Maksymalny okres wypłacania premii to okrągły rok, stąd można zarobić do 600 zł.

      I to właśnie w tym programie lojalnościowym ukryta jest największa bomba. Wypłacenie po 200 zł każdemu z 10.000 klientów, krórzy przeniosą do Aliora swoje rachunki, to wysoka cena. Choć i ten koszt - przy założeniu, że bank wymusza na klientach aktywność -  prędzej czy później się zwróci. Ale jeśli każdy z tych 10.000 klientów „przyniesie” do banku kolejnych dwóch, to biznes zaczyna się kręcić już dużo szybciej. Alior może skokowo pozyskać kilkadziesiąt tysięcy kont. I to nie pustych, a zasilanych co miesiąc stałymi dochodami klientów. To może być strzał podobny do tego, kiedy w zeszłym roku Alior „połykał” HSBC.

      Niestety, jak zwykle w takich przypadkach, za nowych klientów płacą ci, którzy w Aliorze już są. O ile część aktywna akcji (czyli pozyskanie nowych klientów) musi się udać, o tyle bank ryzykuje utratę tych „starych”. Nie dość, że im nie zapłaci ani maksymalnych 600 zł, ani nawet 200 zł, to jeszcze nie tak dawno zafundował im podwyżkę prowizji. Przydałby się więc jakiś program „osłonowy”, by dotychczasowi klienci Aliora nie czuli się pokrzywdzeni. Na podobny problem zwracali mi uwagę „starzy” klienci BZ WBK, którzy plakaty z Depardieu wykorzystują głównie jako tarczy strzelnicze i obiekt do wyładowywania złych emocji.

      A tak na marginesie: to nie pierwszy raz, kiedy Alior płaci klientom za zakładanie kont. Podobnie było kiedy wchodził na rynek. Wtedy można było zarobić 100 zł.

      UPDATE: Okazuje się, że nie każdy będzie mógł w pełni skorzystać z promocji Aliora. Jak poinformował jeden z czytelników mojego blogu, problem będa mieli np. studenci: „W punkcie § 4 ust. 3. czytamy, iż w okresie lipiec-październik, bank będzie sprawdzał czy w miesiącu wcześniejszym (czerwiec-wrzesień), na koncie zarejestrowano wpływy. To de facto wyklucza studentów, w przypadku których tym wpływem jest stypendium z uczelni. Ostatnie stypendium w roku akademickim 2009/10 przyjdzie bowiem w czerwcu. A pierwsze na rok 2010/11 będą wypłacane dopiero po w listopadzie (ze wyrównaniem za październik)”. Potwierdza to Julian Krzyżanowski, rzecznik Aliora: „Z promocji mogą skorzystać wszyscy, którzy wykażą na koncie wpływy z tytułu: wynagrodzenia (umowa zlecenia, o pracę, o dzieło), stypendium, renty, emerytury. Tutaj jest pełna dowolność. Jednak wpływ o określonym tytule musi się pojawić na koncie”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Oni przebili Depardieu: za założenie konta i polecanie banku zapłacą do 600 zł!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 28 kwietnia 2010 07:10
  • wtorek, 27 kwietnia 2010
    • Banki naciągają inwestorów: chcesz kupić akcje PZU, załóż u nas ROR

      Na sprzedaży akcji PZU chcą się obłowić wszyscy. Najwięcej do ugrania mają biura maklerskie, które są gotowe dać nam za darmo do końca roku rachunek inwestycyjny, byle tylko znalazły się na nim akcje PZU. Liczą oczywiście na to, że inwestorzy potraktują inwestycję długoterminowo i w przyszłych latach będzie można ich obciążyć prowizjami za prowadzenie rachunku (w większości biur to kilkadziesiąt złotych rocznie).

      Ale obłowić się chcą również banki, które liczą, że przy okazji zakładania rachunku inwestycyjnego uda się naciągnąć klientów również na ROR-y. Taką pokusę mają te banki, które za pośrednictwem swoich oddziałów wspomagają zaprzyjaźnione sieci biur maklerskich. W Pekao i BPH, zakładając konto maklerskie, można dostać w pakiecie ROR za darmo przez pół roku. Nie wiem jakim powodzeniem cieszy się ta oferta, ale nie dziwi mnie, że się pojawiła.

      Niestety, niektóre banki przeginają z chęcią ukręcenia własnych lodów przy okazji sprzedaży akcji PZU. Napisał do mnie mój imiennik, pan Maciej z Warszawy, opisując swoją przygodę z bankiem BOŚ. „Podobnie jak duża część Polaków, postanowiłem kupić akcje PZU. W internecie przejrzałem ofertę domów maklerskich i stanęło na DM BOŚ. Przede wszystkim dlatego, że otwarcie i zamknięcie rachunku inwestycyjnego jest tam bezpłatne, nie płaci się też za przelewy do innych banków” - pisze czytelnik.

      „Zgłosiłem się do oddziału BOŚ przy Al. Solidarności w Warszawie. Zgodnie z informacją na stronie internetowej można tam otworzyć rachunek inwestycyjny. Pani w okienku od razu poinformowała, że warunkiem otwarcia rachunku jest posiadanie ROR-u w Banku Ochrony Środowiska. Trochę mnie to zdziwiło, ale też pamiętałem, że kilka lat temu wykupując jednostki uczestnictwa w jednym z funduszy inwestycyjnych musiałem otworzyć ROR w banku, który był właścicielem towarzystwa inwestycyjnego.

      Pani zajęła się więc moim rachunkiem inwestycyjnym. Po kolei wpisywała dane w kolejne pola. Przerwałem jej, gdy wpisała bez pytania mnie o zdanie numer właśnie otwartego ROR-u w BOŚ, jako konta do rozliczeń z domem maklerskim. – Czy można wpisać tu inne konto? Na stronie internetowej było napisane, że przelewy na rachunki w banku innym niż BOŚ są bezpłatne – zapytałem. Pani trochę się zawahała. – Rekomendowany jest rachunek w BOŚ .Na szkoleniach zalecano nam, by jednak podawać tu rachunek w naszym banku. Zresztą dlatego trzeba było go otworzyć.

      Zacząłem czytać umowę rachunku inwestycyjnego. W żadnym miejscu nie było napisane, że warunkiem jego otwarcia jest posiadanie ROR. Dopiero po wyjściu z banku zdałem sobie sprawę, że  zostałem wprowadzony w błąd. I odkryłem sekret DM BOŚ, któremu opłaca się otwierać, prowadzić rachunki inwestycyjne i wykonywać przelewy na ROR bezpłatnie” - pisze pan Maciej.

      Tak, coś w tym jest. Rachunek inwestycyjny w DM BOŚ jest za darmo, ale jeśli klientów zmusi się do założenia jednocześnie ROR-u, to cały interes nabiera rumieńców. Pan Maciej policzył, że od sierpnia tego roku (do tego czasu konto ma być darmowe) będzie musiał płacić za ROR po 8 zł miesięcznie, a gdyby chciał zamknąć konto przed upływem dziewięciu miesięcy od otwarcia - jednorazowo zapłaci 50 zł kary. Czyli bank przywiązał go do kaloryfera na co najmniej kilka miesięcy.

      Tym, którzy wymyślili taki sposób nabijania sobie statystyk ROR-ów i przychodów prowizyjnych chcę powiedzieć, że w ten sposób mogą oszukać klienta tylko raz. Więcej już do banku nie przyjdzie i będzie do tego zniechęcał wszystkich znajomych. „Dziś jestem bogatszy o wiedzę dotyczącą szkoleń wewnętrznych w Banku Ochrony Środowiska i kolejny rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy, który jest mi do niczego niepotrzebny. Nie zamierzam puścić tej sprawy płazem, więc wkrótce zyskam też wiedzę na temat skarg w KNF i UOKiK oraz doświadczenie w zgłaszaniu reklamacji do banku” - pisze pan Maciej.

      UPDATE: Kilka godzin po publikacji tej notki otrzymałem list od Piotra Lemberga, rzecznika banku BOŚ, który twierdzi, że opisane powyżej przez czytelnika postępowanie może być tylko incydentalnym przypadkiem i na pewno nie odzwierciedla postępowania banku wobec klientów. Poniżej cytuję ów list:

      „Bank Ochrony Środowiska traktuje wszystkich Klientów zgodnie z zasadą rzetelnego i otwartego informowania. Nieprawdą jest, że sprzedawcy BOŚ mieli warunkować sprzedaż akcji PZU założeniem konta w naszym banku. Takie działanie byłoby naganne. Jednocześnie, w naszym odczuciu, rolą każdego dobrego doradcy jest przedstawienie oferty banku, rzecz jasna bez warunkowania wyboru.

      W związku ze specyfiką obsługi rachunków maklerskich (większość operacji prowadzonych zdalnie) rekomendowane jest,  aby przy otwieraniu rachunku maklerskiego klient podał numer rachunku bankowego, na który będą realizowane przelewy z rachunku maklerskiego. Może być to rachunek w dowolnym banku. Warto również podkreślić fakt, iż w ramach oferty DM BOŚ, nie tylko w przypadku oferty PZU,  przelewy na każdy ROR w każdym banku wykonywane są bezpłatnie. Ponadto, każda zmiana definiowanego rachunku na inny, wskazany przez klienta ROR również zwolniona jest ze wszelkich opłat” - pisze Piotr Lemberg.

      Cóż, pozostaje mi wyrazić nadzieję, iż zachowanie pracownicy banku BOŚ, opisane przez mojego czytelnika, było rzeczywiście nadgorliwością pracownika próbującego cross-sellować :-) klienta, nie zaś celową polityką banku. Nie można też wykluczyć, że osoby prowadzące szkolenia pracowników w BOŚ zapomniały uczulić tychże pracowników, iż cross-sellowanie klientów wymaga dużej ostrożności i dobierania odpowiednich narzędzi. W przeciwnym razie bywa przeciwskuteczne..

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Banki naciągają inwestorów: chcesz kupić akcje PZU, załóż u nas ROR”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 kwietnia 2010 07:37
  • poniedziałek, 26 kwietnia 2010
    • Chcesz przenieść konto z pomocą banku? Masz 75% szans, że Ci się uda

      Od początku roku klienci banków mogą liczyć na ułatwienia przy przenoszeniu kont bankowych do konkurencji. Nowy bank ma obowiązek sam przenieść do siebie saldo starego konta, odtworzyć wszystkie przelewy wzorcowe i zlecenia stałe, wydać nową kartę płatniczą i generalnie zrobić tak, żeby klient w nowym banku czuł się jak u siebie w domu.

      Póki co z tymi ułatwieniami więcej jest zamieszania, niż korzyści dla klientów. Związek Banków Polskich niedawno podał, że w pierwszym kwartale tego roku w ramach ułatwień międzybankowych konto zmieniło raptem 3307 osób. Jak na kraj, w którym mamy chyba ze 20 milionów posiadaczy ROR-ów, a co najmniej co trzeci z nich narzeka i marudzi, że płaci dużo za serwis marnej jakości, to nie ma się czym chwalić. Zwłaszcza porównując wyniki tej spektakularnej akcji upraszczania procedur z prostym trikiem banku BZ WBK, który nic nie ułatwia, a najzwyczajniej w świecie daje po stówie w żywej gotówce każdemu klientowi zakładającemu konto. I niedawno BZ WBK się chwalił, że zakłada po 2500 nowych kont. Tyle, że dziennie.

      Można powiedzieć: to dopiero początek, a akcja wspomagania przenoszenia przez banki transferu kont powoli zyskuje na popularności. W każdym kolejnym miesiącu liczba klientów, którzy skorzystali z tej nowej ścieżki się podwaja. Niestety, nie chce mi się wierzyć, że kiedyś osiągnie poziom pozwalający powiedzieć, iż mamy w ręku realne narzędzie wspomagające konkurencję między bankami.

      Skąd mój pesymizm? Ano stąd, że zbyt wiele jest tu możliwości nieporozumień i błędów, które uniemożliwiają sprawne przenoszenie rachunków. Ostatnio sieć brokerów Gold Finance zrobiła wśród banków ankietę, pytając o to jakie najczęściej problemy kładą na łopatki pracowników przenoszących klientom konta. Odpowiedzi padło całe mnóstwo. Wystarczy, że na wniosku do nowego banku o przeniesienie konta klient podpisze się inaczej, niż na karcie wzorów podpisów złożonej w starym banku i już jest pozamiatane.

      Inne problemy? Niewystarczająca kwota na starym koncie na pokrycie opłat i prowizji pobieranych „na odchodnym” przez poprzedni bank, wykorzystany limit kredytowy w rachunku, którego nowy bank nie chce „wziąć na klatę”, niezgodność danych na wniosku z danymi w dotychczasowym banku (np. inna nazwa karty, konta, dat itp.).

      Gold Finance zdobył dane, z których wynika, że w ING Banku Śląskim na 244 wnioski o przeniesienie konta w pierwszym  kwartale udało się tę operację przeprowadzić od A do Z tylko w 184 przypadkach, zaś w Citi Handlowym na 89 osób, które się zgłosiły, przez procedurę prze3brnęło 71. Krótko pisząc: jeśli, drogi czytelniku, złożysz w dowolnym banku wniosek o przeniesienie do niego swoich rachunków, to z prawdopodobieństwem 1:4 można przypuszczać, że ci się tego nie uda zrobić. Umiesz liczyć, licz na siebie.

      Czytaj też o tym, że połowa klientów banków chętnie zmieniłaby konto. Zmieniłaby dopóki jest to tylko bujanie w obłokach...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Chcesz przenieść konto z pomocą banku? Masz 75% szans, że Ci się uda”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 kwietnia 2010 16:36
    • Zbiorowa histeria wokół akcji PZU. Słuszna?

      Jeśli ktoś z Was planuje złożyć zapis na akcje PZU, a nie ma jeszcze rachunku inwestycyjnego w biurze maklerskim lub nie przelał na ten rachunek pieniędzy, to dziś jest ostatni dzwonek, by zabrać się za załatwianie sprawy.  Wszystkie formalności, łącznie ze złożeniem zapisu, trzeba zakończyć do środowego popołudnia.

      Wokół tej oferty zapanowała w kraju nieomal zbiorowa histeria.  W zeszłym tygodniu przyjąłem chyba z kilkanaście pytań o to czy warto kupować akcje PZU. Pytały nawet osoby, które nigdy w życiu nie miały żadnych akcji, a nawet takie, których nie posądzałbym o posiadanie jakichkolwiek oszczędności.

      Byłem w sobotę w biurze maklerskim, asystując znajomemu w zakładaniu rachunku. Spośród pięciu osób, które w tym czasie były obsługiwane przy innych okiankach, aż trzy przyniosły pieniądze na akcje PZU w gotówce! Czyżby więc duża część osób, które zapisują się na akcje PZU, to byli absolutni nowicjusze, którzy wyciągają w tym celu pieniądze z bieliźniarek?

      Wszystkim moim interlokutorom odpowiadałem tak samo: nie jestem wróżką, ale wiem, że kupując akcje w wielkich ofertach publicznych rzadko można było w przeszłości stracić. W przypadku PZU będzie jeszcze trudniej stracić, niż w wielu innych przypadkach, bo przy mniejszych inwestycjach odpada problem kredytu na akcje. Oferta jest tak skonstruowana, że zapisy do 30 akcji PZU są traktowane priorytetowo.

      Nie trzeba więc zaciągać kredytu i składać zamówienia na 6000 akcji, żeby po redukcji załapać się na 30 sztuk, na które rzeczywiście mamy pieniądze. To właśnie koszty kredytów rozłożyły na łopatki kupujących dwa lata temu akcje prywatyzowanej grupy energetycznej PGE. Choć cena debiutu była o 13% wyższa od emisyjnej, to ci, którzy brali największe kredyty, zarobili tylko symbolicznie. A po kilku sesjach akcje PGE spadły poniżej ceny emisyjnej.Kto nie miał refleksu i był chciwy - nie zarobił, a stracił.

      Pod względem szans na zarobek oferta PZU przypomina mi bardziej sprzedaż akcji PKO BP, niż PGE. Nie tylko z tego powodu, że obie firmy reprezentują tę samą branżę finansową i że obie są markami powszechnie znanymi Polakom. Także dlatego, że giełda jest dziś chyba (pod względem koniunktury) na podobnym stopniu „rozgrzania”, co w czasach sprzedaży PKO.  

      W obu przypadkach mamy też sensowne zachęty dla drobnych inwestorów. W czasach PKO BP były to słynne lokaty prywatyzacyjne, pozwalające kupić akcje osobom nie mającym rachunku maklerskiego. Poza tym indywidualni mogli kupić akcje z rabatem (2-4% taniej, niż instytucje), a po roku dostać premiowe akcje za darmo. Przy sprzedaży PZU rabatu na akcje nie ma (akcjonariusze mogą mieć za to tańsze ubezpieczenie), ale jest gwarancja preferencyjnego potraktowania każdego zapisu na 30 akcji.  

      Wreszcie w obu przypadkach oferujący nie przesadzili z ceną emisyjną. Jacek Socha, ówczesny szef Ministerstwa Skarbu,  nie ukrywał, że jego celem jest nie tylko zarobić na sprzedaży PKO BP, ale też to, by zarobili na niej zwykli ludzie. I zarobili. PKO BP na debiucie zyskał 19,5%. Jak będzie z PZU? Tego nie wiem, ale ostatnia wycena tych papierów, która wpadła mi w ręce, autorstwa DM Amerbrokers, pozwala przypuszczać, że zarobek na pierwszej sesji może wynieść od 5% do 20%. Amerbrokers wycenia każdą akcję na 328-372 zł, zaś cena emisyjna wynosi 312,5 zł.

      Namawiam wszystkich, którzy mogą sobie na to pozwolić, by nie traktowali inwestycji w PZU jako szybkiego strzału, na którym można zarobić kilka stówek, tysiąc lub dwa tysiące złotych z każdych zainwestowanych 10.000 zł zaskórniaków. Mam głębokie przeczucie, że na akcjach PZU najlepiej wyjdą ci, którzy potraktują je jak inwestycję długoterminową, być może nawet w perspektywie dodatkowej emerytury.

      PZU jest firmą, która - choć traci udziały w rynku i jest jeszcze przed głęboką restrukturyzacją - z punktu widzenia swoich udziałowców może być maszynką do robienia pieniędzy. Tak samo, jak PKO BP, nasz narodowy ubezpieczyciel zawsze będzie miał trochę milionów klientów, na których zarobi te kilka miliardów złotych rocznie. Niewykluczone więc, że powtórzy się casus PKO BP, który wchodził na giełdę w cenie ok. 23 zł za akcję, a trzy lata później cena wzrosła do ponad 50 zł, zaś teraz, bo wielkiej bessie i trwającym rok odbiciu wynosi 41 zł. Poza tym PZU jest firmą, która co roku będzie wypłacała dywidendę o wartości kilku procent ceny akcji.

      Można więc spokojnie traktować tę inwestycję jako coś w rodzaju lokaty bankowej, z której część korzyści będzie wypłacana co roku, w formie dywidendy, zaś część będzie odroczona do momentu sprzedaży akcji.

      OGŁOSZENIE: podyskutujcie ze mną o ofercie PZU na Facebook'u. Zajrzyjcie na profil blogu „Subiektywnie o finansach” i podzielcie się swoją opinią o tym czy na zakupie akcji PZU da się zarobić, czy też czeka nas smutna powtórka z prywatyzacji PGE?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Zbiorowa histeria wokół akcji PZU. Słuszna?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 26 kwietnia 2010 08:14
  • niedziela, 25 kwietnia 2010
    • Rusza pierwszy fundusz inwestycyjny grający pod spadki cen akcji!

      Od dobrych kilku lat staram się wzbogacić mój prywatny portfel inwestycyjny o takie składniki, które amortyzowałyby spadek wartości moich oszczędności w słabych czasach dla giełdy. Niby mam dobrze zróżnicowany portfel, są w nim fundusze inwestujące i w Polsce i w Europie Środkowej, w Azji i w Brazylii, w branżę energetyczną, w banki i w surowce. Ale wciąż rozpaczliwie poszukuję alternatywy dla rynku akcji.

      Obligacje skarbowe? Fundusze obligacji korporacyjnych lub zamiennych? Produkty strukturyzowane? Dwa-trzy lata temu stawiałem właśnie na „struktury”, ale zawiodłem się. Złych czasów na giełdzie nie wytrzymały nawet te, które miały dynamicznie reagować na zmiany sytuacji i manewrować składem inwestycji między akcjami, obligacjami i surowcami (tzw. indeksy long-short), ani te, których zyski uzależnione są np. od cen żywności, której przecież świat będzie potrzebował coraz więcej.

      Potem postawiłem na złoto i to już był dużo lepszy strzał. Zarówno fundusze, które inwestowały w światowe koncerny wydobywcze, jak i te, które lokują bezpośrednio w kontrakty terminowe na kruszec, amortyzowały ryzyko spadku wartości portfela w czasie spadkowych korekt. Ale wiem, że złoto też nie jest żadnym antidotum, prawdę mówiąc jego cena rynkowa też jest przeszacowana... Zacząłem się też przyglądać inwestycjom w wino. Wiem, że można na tym zarobić, ale mam pewne opory przed wchodzeniem w inwestycję, której rentowność zależy od jęzora jakiegoś francuskiego smakosza, który ocenia czy wino z danego rocznika ma lepszy, czy gorszy bukiet.

      W zeszłym tygodniu moje serce zabiło mocniej, bo Alior Bank, wspólnie z towarzystwem funduszy Ipopema, poinformowało o wprowadzeniu pierwszego w Polsce funduszu inwestującego w kontrakty terminowe na WIG20 i mWIG40, który zawsze będzie obstawiał spadki. Strategia funduszu Alior Short Equity przewiduje zajmowanie tzw. krótkich pozycji w kontraktach terminowych, dla których bazę stanowią indeksy WIG20 i mWIG40. Fundusz ma być zarządzany w sposób pasywny. „Rentowność zawsze ma być zbliżona do odwrotności zysków z podstawowych indeksów giełdy” - czytam w materiałach prasowych. W czasie dobrej koniunktury na giełdzie fundusz będzie więc przynosił straty.

      Powiecie: żadna filozofia. Średnio rozgarnięty inwestor sam może sobie kupić „na krótko” kontrakt na WIG20 i nie potrzebuje do tego funduszu. Sęk w tym, że większość z nas nigdy nie będzie zajmowała się samodzielnym inwestowaniem na rynku terminowym, więc fundusz inwestujący „na krótko” jest bardzo ciekaweym uzupełnieniem oferty rynkowej. Byłbym wniebowzięty, przynajmniej częściowo (do mojego prywatnego portfela potrzebuję czegoś „trochę innego”, nie „radykalnie innego”).

      Ale niestety od razu zauważyłem kilka rys na wizerunku Alior Short Equity. Po pierwsze fundusz jest dostępny tylko dla dużych inwestorów, wartość pierwszej wpłaty do funduszu musi wynieść co najmniej 200 tys. zł. To oznacza, że trzeba mieć co najmniej milion złotych, by myśleć o tej inwestycji (bo nikt o zdrowych zmysłach nie włozy tu więcej, niż 20% wszystkich pieniędzy). Drugi problem to opłaty. Są koszmarnie wysokie. Opłata manipulacyjna przy zakupie jednostek wynosi maksymalnie 5 proc., dodatkowo fundusz pobierze maksymalnie 1,5 proc. prowizji „na wyjściu”. Zaś opłata za zarządzanie wynosi 4 proc. rocznie. Twórcy funduszu ewidentnie poszaleli.

      Trzeci zgryz mam z oszacowaniem potencjalnej efektywności funduszu. Nie będzie on mógł inwestować całości pieniędzy w kontrakty. W komunikacie czytam: „Z uwagi na relatywnie niską wartość depozytów zabezpieczających dla kontraktów na indeksy WIG20 (7,6%) i mWIG40 (9,4%) istotną część portfela będą stanowić środki płynne”. Być może tym razem się mylę, ale „środki płynne” w przypadku funduszu inwestującego agresywnie mogą stanowić obciążenie dla końcowego wyniku.

      Tak czy owak ciekaw jestem czy aliorowa nowinka funduszowa się sprawdzi. Pomysł na fundusz grający „pod spadki” giełdowych spółek jest niewątpliwie intrygujący.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Rusza pierwszy fundusz inwestycyjny grający pod spadki cen akcji!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 kwietnia 2010 11:37
  • piątek, 23 kwietnia 2010
    • Uważaj z poleceniem zapłaty! Możesz trafić do BIK jako nierzetelny klient

      Polecenie zapłaty to jedna z wygodniejszych form płatności comiesięcznych rachunków. Co prawda ja, jako osobnik wybitnie nieufny, używam go tylko wtedy, gdy daje mi to wymierne korzyści (np. jakąś zniżkę w płatności). Ale znam wiele osób, które polecenie zapłaty sobie cenią i chwalą. Od czasu do czasu zdarzają się problemy - na skutek nieporozumienia jakiś rachunek nie zostanie zapłacony w terminie - ale zwykle już po niemal trzech miesiącach :-) zamieszanie jest wyjaśnione.

      Ciekawym, niestety strukturalnym, problemem związanym z poleceniem zapłaty podzielił się ze mną pan Paweł, czytelnik blogu. Pisze on tak: „Z zaciekawieniem śledzę Pana blog i uważam go za jeden z najlepszych.[No, dobry początek! Takie mejle czytam w pierwszej kolejności :-) - przyp. samcikowy]. Od ponad dwóch lat posiadam kredyt mieszkaniowy w BPH. Płatność rat ustawioną mam na ostatni dzień miesiąca, a bank, za pomocą polecenia zapłaty, co miesiąc pobiera pieniądze z konta. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, iż ostatnio z powodu tegoż polecenia zapłaty w dwóch bankach uzyskałem odmowy udzielenia kredytu konsumpcyjnego! Powód: negatywne wpisy w BIK”.

      Pan Paweł szarpnął się finansowo i z własnej kieszeni kupił za 35 zł. raport na swój temat w BIK. Z raportu wynikało, że co kilka miesięcy zalega ze spłatą kredytu hipotecznego. Wpis w BIK zawiera informację, że zaległość wynosi od 1 do 30 dni. „A ja przecież nigdy nie miałem zaległości i wszystkie zobowiązania spłacam w terminie!” - napisał czytelnik.

      Pan Paweł zadzwonił do BPH. „Otrzymałem informację, iż w sytuacji, gdy płatność raty wypada na ostatni dzień miesiąca, a dniem tym jest sobota, niedziela lub święto, bank pobiera należność w pierwszym dniu roboczym następującym po dniu płatności. Jaki wniosek? Bank pobiera pieniądze już w kolejnym miesiącu i automatycznie przekazuje do BIK informację o braku płatności za poprzedni miesiąc. A najdziwniejsze jest to, że właśnie dostałem od banku, który wpisuje mnie wciąż do BIK, opinię. W rubryce o przebiegu współpracy widzę wpis ‘bez zastrzeżeń’. Jak pan myśli, ilu jest klientów w podobnej sytuacji jak ja?” - pyta pan Paweł.

      Głupia sprawa: bank ma automat, który automatycznie zgłasza klienta do BIK. I nawet najbardziej rzetelny obywatel, który zawinił tylko tym, że ma ustawiony termin spłaty na ostatni dzień miesiąca, od czasu do czasu dostaje w BIK-u tzw. „negata”. Mimo, że to bank, nie zaś klient, jest winny całego zamieszania!

      Poprosiłem o rozwiązanie problemu Aleksandrę Kwiatkowską, rzeczniczkę BPH. „Uznaliśmy zastrzeżenia Klienta, w związku z czym zwróciliśmy się do BIK z wnioskiem o usunięcie informacji o zaległościach w spłacie rat. Zaproponowaliśmy też klientowi bezpłatny aneks do umowy zmieniający termin płatności rat. Dodatkowo anulowaliśmy naliczoną opłatę za sporządzoną wcześniej na życzenie klienta opinię bankową o braku zaległości w spłatach. Skierowaliśmy także do klienta słowa przeprosin za zaistniałą sytuację. Obecnie sprawdzamy, ilu klientów może być w podobnej sytuacji w związku z ustalonym w ich umowach terminem realizacji polecenia zapłaty - po zbadaniu sprawy niezwłocznie podejmiemy działania, aby rozwiązać problem”.

      Dobre i to. Mam nadzieję, że bank nie ograniczy się do proponowania klientom innych dat płatności rat. Nie chce mi się wierzyć, by w systemie informatycznym banku nie istniała możliwość anulowania automatycznej wysyłki raportów do BIK.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Uważaj z poleceniem zapłaty! Możesz trafić do BIK jako nierzetelny klient”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 23 kwietnia 2010 16:45

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line