Subiektywnie o finansach

Blog Macieja Samcika, długoletniego dziennikarza ekonomicznego Gazety Wyborczej . O finansach małych i dużych. Mnóstwo ciekawostek na temat pieniędzy. Wiadomości ważne dla domowego budżetu. Porady finansowe i recenzje reklam instytucji finansowych.

Wpisy

  • sobota, 30 kwietnia 2011
    • Jak w PKO BP podwyżki rozdają, czyli zamach Jagiełły na trzynastą pensję

      W PKO BP znowu ferment. Tym razem przyczyną jest nie obsada stanowiska prezesa, ani tego kto będzie mu pomagał na szczytach władzy, ale... podwyżki dla zwykłych pracowników, które obiecał prezes Zbigniew Jagiełło, przychodząc półtora roku temu do banku. Obiecał i po dwóch latach 27.000 pracowników się doczekało. Podobno. 14 kwietnia zostało bowiem zawarte porozumienie zarządu PKO ze związkami zawodowymi, działającymi w banku. Ustalono w nim m.in., że od maja do comiesięcznej pensji pracowników zostanie włączony tzw. bonus roczny, czyli dotychczas przyznawana trzynasta pensja.

      Dzięki temu pensje w PKO BP wzrosną o 8%, ale premii na koniec roku nie będzie. Wśród pracowników zapanowało niezadowolenie, bo mieli nadzieję, że będą i podwyżki i premia na koniec roku. Ale nie z prezesem Jagiełło te numery. „Jesteśmy tymi propozycjami zbulwersowani. Od ponad dwóch lat czekamy na obiecane przez prezesa Jagiełłę podwyżki płac. W 2010 r. nie było nawet podwyżek inflacyjnych. Sam prezes przyznawał, że wynagrodzenia w PKO BP odbiegają od zarobków w innych bankach. I co? Otrzymujemy wielką figę z makiem. Tłumaczenie prezesa, że podział i włączenie bonusa rocznego do comiesięcznych poborów mamy nazywać podwyżką, jest po prostu obraźliwe” - to fragment jednego z e-maili, które dostałem od pracowników PKO.

      Jagiełło ma pecha, bo ze zmianą systemu wynagrodzeń trafił na poprawę koniunktury w gospodarce i rosnącą inflację. We wszystkich mediach trąbią, że naród zażąda podwyżek. Pracowników PKO BP biją przy tym po oczach finanse banku. W zeszłym roku PKO zanotował najwyższy w historii zysk - 3,3 mld zł - a wiosną wydał rekordowe 3,3 mln zł na dwuletnią pensję dla Szymona Majewskiego, który ma być nową twarzą PKO. Poprawiło się też zarządowi PKO BP, który wydostał się spod ustawy kominowej, ograniczającej wynagrodzenia. Dzięki temu prezes PKO BP Zbigniew Jagiełło inkasuje ok. 90.000 zł miesięcznie, gdy jego poprzednicy musieli się zadowolić kilkunastoma tysiącami złotych. Choć gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że Jagiełło i tak zarabia zdecydowanie najmniej wśród prezesów dużych banków komercyjnych.

      Wyobraża pan sobie, jak czują się pracownicy największego banku w kraju, którego władze lekką ręką gotowe są zapłacić pewnemu mało zabawnemu celebrycie ponad 3 mln zł, wydać ponad 60 mln zł na kampanię marketingową konta osobistego, wydać kolejne setki milionów na tzw. rebranding. To kuriozalne połączenie jest dla pracowników, pozbawionych podwyżek, wyjątkowo bolesne i zupełnie niezrozumiałe. W banku wrze” - pisze inny pracownik. Po banku krążą infomacje, że podwyżki, owszem, będą, ale... nie dla wszystkich. „W ostatnich dniach prezes poinformował, że na podstawie wniosków z badań wynajętej do tego firmy wyrównanie pensji przysługuje ok. 4000 pracowników, z czego 3500 osób to kadra kierownicza. Dla pozostałych pozostało wielkie, wypasione zero” - to fragment kolejnego listu. Podejrzewam, że chodzi o to samo wypasione zero, o którym wspominał w sali gimnastycznej Szymon Majewski.:-)

      Zarząd PKO BP już chyba wie, że otworzył „puszkę z Pandorą” :-) i uspokaja nieprzekonująco, że podwyżki będą, bo w banku jest wdrażany projekt wartościowania stanowisk pracy i „dyrektorzy poszczególnych komórek mają możliwość podwyższenia płac tym pracownikom, którzy zarabiają mniej niż konkurencja”. Czy z tych szczęśliwców 3.500 mają stanowić menedżerowie średniego i wyższego szczebla? Bank oficjalnie nie potwierdza tych wyliczeń, ale tak na logikę to może być prawda - w PKO zawsze była wysoka rotacja na stanowiskach menedżerskich, konkurencja skutecznie trzebiła bank z co lepszych pracowników. Nie zdziwiłbym się, gdyby to tylko oni mieli szansę na podwyżki. Szaraki pewnie szansę mają mniejszą, bo bank musi wyciskać miliardy zysków, które obiecał inwestorom ambitny prezes Jagiełło.

      Ale jak to wytłumaczyć pracownikom? Obawiam się, że szefowie PKO BP poruszają się w tej sprawie jak słoń w składzie porcelany, choć przecież intencje mają dobre - by odejść od bałaganu w systemie płac.  „Za naszą ciężką pracę zakpiono z nas wbijając nóż w plecy. Odebrano nam bonusa tłumacząc jak przedszkolakom, że to podwyżki. Czy wyobrażacie sobie, co by się działo w kraju, gdyby górnikom „podwyżki" sprezentował rząd, odbierając świadczenia barbórkowe? Może trzeba by naszego prezesa zaprosić na salę, ale nie gimnastyczną, ale operacji bankowych, by zobaczył pracę szarego pracownika?” - to fragment kolejnego mejla, który otrzymałem w ostatnich dniach.

      Odnoszę wrażenie, że w PKO BP całą operację źle zaplanowano. To jasne, że prezes Jagiełło nie ma ochoty utrzymywać systemu premiowego w postaci „czy się stoi, czy się leży, trzynasta pensja się należy”. To relikt minionej epoki i chyba w mało której prywatnej firmie „trzynastki” są jeszcze utrzymywane. Ale można było przewidzieć dąsy pracowników. Skoro od kilku lat nie było w banku podwyżek, a widzą rozrzutność marketingową i wydawanie milionów na celebrytów, to są źli z powodu skasowania „trzynastek”. Pewnie bezpieczniej byłoby bardziej ważyć słowa w kwestii płac. Bo pracowników PKO najbardziej ubodło to, że wciska się im kit, iż rozbicie premii na raty to jakaś „podwyżka”. Albo ktoś rzeczywiscie myślał, że pracownicy nie umieją liczyć, albo pracownikom się coś uroiło z tym wciskaniem kitu. Ale listów z protestami dostałem kilkanaście, więc jakiś problem komunikacyjny najwyraźniej w banku jest.

      Jeśli w PKO szybko nie spróbują go zażegnać, będą kłopoty z morale załogi, które i tak nie jest najwyższe. Zwłaszcza, że Szymon Majewski wciąż bije po oczach i to nie tylko wynagrodzeniem, ale i coraz słabszymi spotami reklamowymi. Ten ostatni, w którym Majewski zastępuje panią Krysię w oddziale PKO BP i macah nogami, jest już naprawdę mało śmieszny. Jeśli marketingowcom w PKO - lub w agencji reklamowej, która opracowuje scenariusze klipów - zabraknie pomysłów, to Szymon zawsze może wydłubywać sobie z nosa okrągłe zera lub puszczać bąki w kształcie tychże. A jeśli nie widzieliście jeszcze klipu z panią Krysią, to zobaczcie. Może oceniam go zbyt surowo?

      Pomysł z Majewskim jako twarzą PKO BP oceniłem jako trafiony, bo jest to znana postać, człowiek z poczuciem humoru, mający ogromny potencjał wzruszenia wizerunku PKO BP. Można się kłócić czy to jest najlepszy pomysł, by trafić do młodzieży, ale... znajdźcie lepszy. Kuba Wojewódzki? Ten wapniak. Maria Peszek? Za bardzo niszowa. A rodzimej Lady Gaga niestety nie mamy. Tyle tylko, że potencjał Majewskiego jest w reklamach PKO BP coraz słabiej wykorzystywany. Wydaje mi się, że dowcipy, które sadzili choćby koledzy z kabaretu Mumio w całej serii reklam Plus GSM, były jednak nieco bardziej wysublimowane. Też głupie i abstrakcyjne, to fakt. Ale jakby bardziej kreatywne i pomysłowe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Jak w PKO BP podwyżki rozdają, czyli zamach Jagiełły na trzynastą pensję”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 30 kwietnia 2011 09:10
  • piątek, 29 kwietnia 2011
    • Lokata nie bardzo antypodatkowa, czyli bank się leni i wystawia klienta na strzał

      Czy wolne dni mogą być przekleństwem dla oszczędności przechowywanych w banku? To wyjątkowo ciekawe pytanie, biorąc pod uwagę, że jesteśmy właśnie w samym środku długiego weekendu, bodaj jednego z najdłuższych w historii istnienia kalendarza :-). W zasadzie odpowiedź na postawiony powyżej dylemat powinna być przecząca. Przecież z punktu widzenia kapitalizacji odsetek dni wolne nie powinny mieć żadnego znaczenia. Jeśli bank kapitalizuje je co 30 dni, to nie ma znaczenia, że w ciągu tych dni są jakieś niedziele - klient dostaje odsetki za 30 dni. A jeśli kapitalizacja odsetek następuje codziennie, jak przy chylących się ku upadkowi lokatach-jednodniówkach, to - przynajmniej tak się wydaje - nie ma znaczenia czy owym dniem kapitalizacji jest poniedziałek, czy niedziela. Wykorzystał to w jednej z reklam Bank BPH.

      CZYTELNICY DO SAMCIKA, CZYLI BANK INDYWIDUALIZUJE OFERTĘ Ten blog nie tylko opisuje problemy czytelników w bankach, ale też im pomaga. „Nie wiem czy to magia Pańskiego nazwiska czy też bank BGŻ po prostu tak ma, ale do mojej sprawy podszedł indywidualnie. Kilka dni temu odebrałem telefon od przemiłej pani z biura prasowego banku. Poinformowała mnie, że rzeczywiście bank miał problem w komunikacji ze mną. Przepraszając za kłopoty zaproponowała mi, że bank wyśle PIN do mojej karty kurierem - na koszt własny(Paweł). „W dniu dzisiejszym mBank poinformował mnie, że problem techniczny został naprawiony (hura, po pół roku ale zawsze coś) oraz zwrócono mi opłatę za czteromiesięczny abonament. W idealnym świecie skłonny bym był uwierzyć, że to moje uparte starania przyniosły w końcu skutek. Niestety nie żyjemy w idealnym świecie i domyślam się, że Pana w tym rozwiązaniu jest zasługa. Zatem dziękuję bardzo!(Łukasz)

      Ale wróćmy do tematu lokat. Okazuje się jednak, że z tym pracowaniem pieniędzy nawet w weekend sprawa nie jest wcale tak oczywista. Otóż, jak donoszą mi wnikliwi czytelnicy, banki na weekend robią sobie wolne i kapitalizują odsetki tylko w dni powszednie. Nie oznacza to co prawda, że pieniądze w weekend są nie oprocentowane, bo bank w poniedziałek dokonuje kapitalizacji za sobotę i niedzielę - czyli de facto potrójnej. Ale to bankowe lenistwo może mieć znaczenie.

      Napisał do mnie pan Ryszard, klient banku BNP Paribas. „Bank ten od pewnego czasu kusi dość nęcącą promocją Konta Więcej Oszczędnościowego: - 5,8% i to z codzienną kapitalizacją (czyli bez naszego dobrego znajomego pana Belki). Co prawda jest ograniczenie wkładu: tylko do 15.000 zł. Bank też uczciwie nie ukrywa, że to tylko promocja. Tym niemniej przyznajmy uczciwie: 5,8% i to na koncie oszczędnościowym, a nie na lokacie, w dzisiejszych czasach robi wrażenie. Zrobiło i na mnie, dlatego zdecydowałem się skorzystać z tejże oferty. Tym bardziej, że nie ma tu żadnej sprzedaży wiązanej: pakiet z ROR-em jest, owszem, wymagany, ale można wybrać bezpłatny ROR, z dostępem przez internet, z jedynym w sumie ograniczeniem w postaci płatnych przelewów zewnętrznych za 50 gr. Oferta była super, ale ciekawie zaczęło się robić dopiero dalej” - pisze pan Ryszard.

      Jego pierwszym zastrzeżeniem był fakt, że w XXI wieku i przy trzech sesjach systemu Elixir dziennie, przelew z ROR na konto oszczędnościowe szedł przez trzy dni. „Przelew posłałem w czwartek w okolicach godzin południowych. Czyli takich, które na 100% pozwalały zdążyć aby wyjść trzecią sesją - oraz jednocześnie przyjść trzecią sesją do banku docelowego, co zresztą przerabiałem wielokrotnie w przypadku przelewów między bankami, w których mam konta (Polbank i Eurobank) i to zawsze z sukcesem. Nie tym razem. W czwartek wieczorem próżno było oczekiwać mojego przelewu, ale przyjąłem to spokojnie. W piątek po południu przelew w końcu dotarł. Wspaniale. Ale zdziwiłem się po raz drugi, bo obok daty przyjścia przelewu pojawiła się również „data waluty". Wyznaczona na... poweekendowy poniedziałek. Wysyłając przelew w czwartek, pierwsze odsetki dostałem we wtorek. Straciłem odsetki za jedyne, bagatela: 4 dni. Ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, nieprawdaż?” - pyta zgryźliwie czytelnik blogu.

      Czytaj też: Dlaczego największe banki boją się lokat-antybelek?

      Ale to jeszcze nic. Można się domyślać, że bankom zdarza się przetrzymać pieniądze, żeby pochachmęcić trochę odsetkami od „środków pieniężnych w drodze”. Choć wiem np. że są banki, w których przelewy chodzą wzorcowo. Niedawno przelewałem pieniądze z mBanku do Multibanku (lub odwrotnie, nie pamiętam) i po sekundzie pieniądze były już przeksięgowane. Te dwa banki - należące go tego samego właściciela - mają bardzo przyjazny klientowi system zarządzania przelewami, z punktu widzenia klientów niezależny od Elixiru. Ale wróćmy do przygód klienta BNP Paribas. Okazało się bowiem, że bank nie tylko nie zaksięgował zbyt szybko przelewu przychodzącego. Nie nalicza również odsetek w weekendy. Stracony czas odrabia dopiero w poniedziałek. Ale to jeszcze nic. Odrabia go niestety w sposób, który może narazić klienta na konieczność zapłacenia podatku od odsetek.

      Do tego, że Elixir nie działa w soboty i niedzielę, chyba się już przyzwyczailiśmy. To, że niektóre banki autentycznie w soboty i niedziele nie pracują i nie pozwalają dokonać wtedy nawet wewnętrznego przelewu - też już wiemy. Tym niemniej banki, które się chwalą kontami antybelkowymi (jak np. wspomniany wcześniej Polbank czy Eurobank) po prostu po zakończeniu weekendu wykonują następnego dnia księgowań sztuk trzy (czyli po kolei za sobotę, niedzielę i poniedziałek). Powody te może są wiadome dla nas (chodzi o to, by odsetki nie przekroczyły 2,5 zł i by 19%-wy podatek zaokrąglał się do zera), ale bynajmniej nie są wiadome dla banku BNP Paribas. W tym bowiem banku księgowanie odsetek odbywa się codziennie przez cztery dni w tygodniu, a potem mamy już tylko jedno księgowanie zbiorcze za weekend” - pisze pan Ryszard.

      Czytaj też: Pierwszy tani kredyt gotówkowy bez haczyków?

      Czytelnik liczy: „Jeśli mamy na koncie kwotę w okolicach 15.000 zł, to za weekend wcale już antybelkowi nie jesteśmy. Przykładowo za 15.000 zł nasze odsetki będą od poniedziałku do czwartku wynosić: 2.38 zł, 2.38 zł, 2.38 zł, 2.38 zł oraz  7.15 zł minus 1 zł podatku, czyli 6.15 zł za piątek, sobotę i niedzielę. Proste obliczenia wskazują zatem, że tygodniowo zamiast oczekiwanych 16,66 zł odsetek mamy 15,66 zł. A w związku z tym zamiast oczekiwanego oprocentowania 5.8%, mamy tak naprawdę ok. 5.44%. A i to uwzględniając w naszych obliczeniach tylko wolne weekendy, bez żadnych innych świąt (w które to bank również, konsekwentnie, nie pracuje). Aż strach czekać na kolejne ustawowo wolne dni!

      5,4% zamiast 5,8%, odsetki za 360 dni w roku zamiast 365 - cóż, dżentelmeni zapewne o takich drobiazgach nawet nie wspominają. Nie chcąc popełnić faux pas i ja milczałem zamiast składać jakieś reklamacje, no bo niby co tu reklamować? Jakoś dziwnie jednak nie opuszcza mnie natrętna myśl że gdybym ja tak zapragnął jednostronnie sobie ustawić wysokość spłacanego kredytu o te 5 dni oraz 0,4% mniej w skali roku to nie uszło by mi to płazem. Może ten bank próbuje być bardziej patriotyczny od innych?” - kończy pan Ryszard i załącza oryginalne skany ekranów z konta, na których rzeczywiście widać, że w okolicach weekendu odsetki są księgowane hurtowo.

      Wyciąg z konta BNP Paribsa

      Czytaj też: Bank mówi klientowi, żeby omijał podatek, ale nie przeginał

      I jeszcze epilog z kolejnego mejla pana Ryszarda: „Czuję się w obowiązku dodać że na dzień dzisiejszy, choć akcja promocyjna Konta Więcej Oszczędnościowego wciąż trwa, to bank BNP Paribas się dodatkowo wycwanił i do najtańszego (darmowego) ROR-u założyć takiego konta już nie można. Potrzebne jest wyższe, które kosztuje, bagatela, 6,50 zł miesięcznie”. Cóż, sprawdźcie - jeśli macie lokaty z jednodniową kapitalizacją odsetek - jak Wasz bank nalicza odsetki w okolicach weekendu. Hurtowo, czy tak, jak Pan Bóg przykazał, za każdy dzień osobno?

      JUŻ PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób miesięcznie. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY PRZEZ PRESS... Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      ...ORAZ LUBIANY PRZEZ INNYCH BLOGERÓW. Blog „Subiektywnie o finansach” znalazł też uznanie w oczach innych blogerów. Jeden z nich, Łukasz Michalik, niedawno wymienił ten blog w rankingu „Najsłynniejsi polscy blogerzy” Z kolei niejaki Kominek, podobno najpopularniejszy bloger w Polsce, samozwańczy Buk blogosfery, zajął się wideocyklem „Prześwietlamy reklamy”. I ciepło skomentował filmik, poświęcony polisom 4Life Direct „Moi Bliscy”. Ten sam Kominek chciał umieścić blog „Subiektywnie o finansach” wśród 30 najbardziej wpływowych blogów w Polsce. Ale mu nie wyszło.

      CZYTELNICY DO SAMCIKA, CZYLI ILE MOŻNA ZAROBIĆ CZYTAJĄC BLOG.Dzięki Pana blogowi udało mi się odzyskać podwójnie naliczone ubezpieczenie niskiego wkładu w banku Millennium. Była to dość spora kwota, ponad 784 zł (z całej kwoty ubezpieczenia 5662 zł). Reklamację złożyłem dość długo od wpisu na blogu, bo dopiero pod koniec grudnia. A już po dwóch tygodniach dostałem odpowiedź wraz z pieniędzmi. Wynika z tego, że jeżeli samemu nie pilnuje się swoich spraw, nikt inny (a tym bardziej banki) tego nie zrobią”. (Paweł). „Dziękuję za doskonałego bloga. Przynajmniej raz uchronił mnie Pan przed bezsensownymi wydatkami. Myślę o mBanku i prowizji za niewykorzystany limit do firmowego konta. Życzę Panu wszystkiego najlepszego!(Patryk).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Lokata nie bardzo antypodatkowa, czyli bank się leni i wystawia klienta na strzał”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 29 kwietnia 2011 10:12
  • czwartek, 28 kwietnia 2011
    • Ulotki wyskakują z bankomatów razem z gotówką. Ludzie się denerwują. Hit? Kit?

      Kiedy kilkanaście dni temu bankomat Euronetu na moim osiedlu niespodziewanie zaczął wypluwać nie tylko gotówkę, ale i ulotki sieci komórkowej Play, zdziwiłem się nieco, ale szybko przeszedłem nad tym do porządku dzienniego. Trochę mnie to tylko zdenerwowało, bo ulotek w zasadzie nie czytuję, a w okolicy nie było żadnego kosza na śmieci. Ale ulotkami jesteśmy zasypywani zewsząd nie od dziś, więc ostatecznie machnąłem ręką. Okazuje się jednak, że sprawa budzi kontrowersje. Bodaj trzy dni temu Euronet oficjalnie poinformował o nowej formie reklamy zastosowanej w bankomatach, a już dziś w Facebooku skrzykują się internauci protestujący przeciwko bankomatowym śmieciom. Pozastała nawet w tym serwisie specjalna strona, grupująca niezadowolonych.

      O nowej formie reklamy napisał w czwartkowej „Wyborczej” mój redakcyjny kolega Vadim Makarenko. „Miałem kilka telefonów od zdezorientowanych klientów. Gubili się, bo wypłacali pieniądze, dostawali wraz z nimi reklamę i zaczynali przeliczać banknoty. Pytali, czy taka reklama nie jest zakazana. Nie jest” - cytuje Vadim Remigiusza Kaszubskiego ze Związku Banków Polskich. „Anna Fransunkiewicz z domu mediowego Mediacom obsługującego Playa przyznaje, że kampania została odebrana z mieszanymi uczuciami, ale zaznacza: - Gdyby ludzie dbali o czystość, to przede wszystkim sami nie zaśmiecaliby okolic bankomatów kwitkami” - czytam w tekście w „Wyborczej”.

      Wiadomo, właściciele sieci bankomatów coraz mniej zarabiają na wyciąganiu przez nas gotówki z kont bankowych. Po ubiegłorocznej awanturze organizacje płatnicze Visa i MasterCard ograniczyły sieciom bankomatów wysokość prowizji pobieranych za każdą wypłatę  W bankomatach sprzedaje się więc, poza gotówką, doładowania komórek, międzynarodowe przekazy pieniężne, czy po prostu wyświetla na ekranach reklamy. W bankomacie można też odebrać zasiłek lub rentę, ale tylko w takim wykorzystującym biometrię. Jak pisze Vadim, bankomaty w krajach zachodnich „wypłacają" też klientom kupony rabatowe, bony towarowe, a nawet - jak w Portugalii - pozwolenia na wędkowanie.

      Czytaj też: No Cash4you? Sieć bankomatowa kończy wojnę z klientami

      Póki co klienci się raczej nastawieni do ulotek w bankomatach negatywnie. Kiedy zarzuciłem ten temat na Facebooku od razu odezwał się chór krytyków. Grzegorz Kowalski: „Ostatnio pobrałem gotówkę, ulotkę zostawiłem. Niech sobie zabiera bankomat toto”. Anna Biała: „Moim zdaniem to jeden z najbardziej irytujących wynalazków banków ostatnimi czasy. Nie mówiąc już o tym, że skutkuje to tylko wielkim fioletowym syfem w obrębie bankomatów”. Co prawda to prawda. Euronet nie zadbał o to, by przy jego bankomatach znaleały się choćby symboliczne koszyki na śmieci. A widziałem takie np. przy niektórych bankomatach Banku Millennium. Jacek Studziński: „Mam ochotę zebrać je wszystkie z miasta, opatrzyć banderolą „pieniądze to nie wszystko, jest jeszcze odpowiedzialność" i zwrócić autorowi”. Michał Slama: „Mnie tylko natarczywość reklam zniechęca do korzystania z tych usług i produktów.W końcu ile oni bulą za reklamę. A później ja miałbym za to płacić?”. A Wy co na to?

      Najbardziej podoba mi się pointa Seleny Rudnickiej: „Mój mąż stwierdził, że nie miałby nic przeciwko temu, że dodają coś do wypłacanych pieniędzy, o ile to coś byłoby bardziej różowe niż fioletowe i miało na sobie nadruk z cyferkami 5, 0 i 0. Dla lepszego wyobrażenia wyglądałoby to tak

       500 euro

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      JUŻ PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI.. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób miesięcznie. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY. Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Ulotki wyskakują z bankomatów razem z gotówką. Ludzie się denerwują. Hit? Kit?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2011 17:30
    • Bank do klienta: owszem, napisaliśmy nieprecyzyjną umowę. I co nam zrobisz?

      Pisałem już na stronach tego blogu kilka razy o kontrowersyjnych - z punktu widzenia etyki - praktykach Getin Noble Banku. Najpierw łapał za gardło i ściskał posiadaczy kredytów samochodowych, a później zabrał się za patroszenie tych, którzy w Getinie mają kredyty hipoteczne. Patroszenie polega na tym, że jeśli klient z jakichś przyczyn nie dopilnuje obowiązku ubezpieczenia swojego mieszkania i dostarczenia cesji tej polisy do banku, to Getin obejmuje go wykupioną przez siebie polisą - potwornie drogą i od razu na kilka lat.

      Czytaj też: Bank naliczył klientowi ubezpieczenie kredytu we... frankach!

      Można powiedzieć, że to klienci są sami sobie winni, bo nie wykonują postanowień umowy i nie dostarczają cesji polis na czas. Bank ma dobrą wymówkę: każdemu burzącemu się klientowi pisze, że może odstąpić od ubezpieczenia wykupionego za niego, o ile klient „dostarczy komplet dokumentów, potwierdzających zachowanie ciągłości ubezpieczenia względem ostatniej dostarczonej do banku polisy”. Żeby klientowi nie było za łatwo, kopie muszą być potwierdzone za zgodność z oryginałem przez pracownika banku. Tym niemniej klient, który ubezpieczy na czas mieszkanie kupione na kredyt, ale zapomniał dostarczyć do banku cesji polisy, może liczyć na ulgowe potraktowanie.

      Tak na logikę to bank może mieć rację. Nie ma dwóch zdań, że za niewykonywanie zapisów umowy trzeba płacić. Zachowanie banku można jedynie oceniać z punktu widzenia etyki. Przyznam, że sam mam kredyt hipoteczny w konkurencyjnym banku (konkretnie - w BPH) i ów bank na miesiąc przed wygaśnięciem mojej polisy sam przypomina mi o konieczności dostarczenia cesji. Ba, raz zdarzyło się nawet, że nie dostarczyłem do banku dokumentów na czas. Bank mógł mnie ukarać, ale po prostu wysłał monit i poczekał aż się poprawię.

      Czytaj też: Czy banki naciągają nas przy ubezpieczeniach mieszkań?

      Podobną wątpliwość co do zasad postępowania Getin Noble Banku ma pan Krzysztof, czytelnik blogu, który napisał do mnie w tej sprawie. „Niestety, przegapiłem odnowienie ubezpieczenia. Ani Noble Bank, ani ubezpieczyciel, wzorem innych banków, nie przypomnieli mi o tym. Open Finance twierdzi, że coś mi tam wysyłał na maila, ale ja nigdy tego nie otrzymałem”. Cóż, Open Finance należy do tej samej grupy kapitałowej, co Noble Bank, więc bynajmniej nie ma powodu, by przypominać klientowi o tym jak uniknąć chwycenia za gardło przez kolegów z tego samego biurowca... Nawet jeśli w reklamach - całkiem słusznie - przekonuje, że są chwile, których nie warto przegapić...

      Efekt? Zamiast 283 zł składki za dotychczasowe ubezpieczenie pan Krzysztof ma płacić 1188 zł rocznie przez pięć lat. Wysoka jest cena nieroztropności. A także zaciągania kredytu w banku, w którym jest najłatwiej, ale tylko na początku. „Nie jestem prawnikiem, ale z tego co wiem, to tego typu ubezpieczenie ma na celu zabezpieczenie banku przed utratą wartości nieruchomości w razie jakiejś katastrofy, a nie nadmierne wzbogacenie się banku poprzez wybór fatalnej na tle rynku oferty, których klient nigdy nie zamawiał. Skoro bank przy dawaniu kredytu potrafił zabezpieczyć się za 283 zł, dlaczego dzisiaj musi to już być cztery razy tyle? To nie ma nic wspólnego z zabezpieczeniem, chodzi tylko o tanią sztuczkę, by wyciągnąć pieniądze od klienta! Tym sposobem mogli mi np. dodać usługę całodobowego monitoringu nieruchomości za 1000 zł miesięcznie, albo 100 innych usług za które miałbym zapłacić. Czy taka pełna dowolność jest w ogóle zgodna z prawem?” - pyta pan Krzysztof.

      Cóż, pytanie nie jest nowe, ale pan Krzysztof stawia też drugie: czy bank miał prawo tak sformułować umowę, by nie określała precyzyjnie jak może się zachować w sytuacji, kiedy klient nie dostarczy mu w terminie cesji polisy. Bank sam przyznał - w odpowiedzi dla klienta - że napisał nieprecyzyjną umowę. I bez żenady pokazuje klientowi figę. A wygląda to tak: „Zapis par. 10 ust. 3 umowy kredytowej, który pan cytuje, nie wskazuje ściśle okresu, na jaki kredytobiorca upoważni bank do zawarcia umowy ubezpieczenia, w związku z tym przyjęto zarówno okres ubezpieczenia, jak i składkę zgodnie z ofertą TU Europa”. To firma ubezpieczeniowa, która należy do tej samej grupy właścicielskiej, co Getin Noble Bank, więc też nie ma interesu, by ubezpieczyć klienta na krótko, skoro można od razu na kilka lat. Bank mówi więc panu Krzysztofowi: „Kliencie, możesz nas pocałować w nos, bo napisaliśmy umowę, z której wynika, że możemy wszystko. A ty ją podpisałeś, więc teraz się nie gardłuj”.

      Nie jestem w stanie kompetentnie odpowiedzieć na pytanie czy ta konkretna umowa kredytowa jest zgodna z prawem, ale sądzę, że są przesłanki, by przypuszczać, że dałoby się ją zakwestionować w sądzie. Przecież każda umowa powinna dokładnie określać prawa i obowiązki stron. A tu bank prosto w oczy napisał klientowi, że napisał umowę, która jest nieprecyzyjna i że jest mu z tym dobrze. Co o tym sądzicie? Na miejscu klienta poszlibyście do sądu? A może to sprawa dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów? Zaś dla wszystkich, którzy wybierają właśnie bank, niech ta sprawa będzie przestrogą: nie zawsze najlepszy jest ten kredytodawca, z którego decyzja kredytowa przychodzi w pierwszej kolejności i jest zawsze pozytywna...

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY! Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie jurorów, którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Bank do klienta: owszem, napisaliśmy nieprecyzyjną umowę. I co nam zrobisz?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 kwietnia 2011 06:51
  • środa, 27 kwietnia 2011
    • Sposób na przyszłość, czyli prześwietlam nową polisę ING. Wreszcie bez kantów?

      Jestem cięty na polisy łączące ubezpieczenie na życie z inwestowaniem pieniędzy. Unikam tego typu miksów, bo uważam, że są nieprzejrzyste i nieefektywne - opłaty pobierane przy inwestowaniu są wysokie, zaś warunki ubezpieczenia na życie zagmatwane. Na domiar złego łączenie celów oznacza, że suma ubezpieczenia na życie nie może być zbyt wysoka, żeby zostały pieniądze na inwestowanie. A z kolei od inwestowania pobiera się takie prowizje, że po kilku latach na rejestrach może być mniej pieniędzy, niż klient wpłacił. Powiem szczerze: mam wrażenie, że firmy ubezpieczeniowe produkują tego typu miksy głównie po to, by wyciskać z klientów pieniądze.

      Aby wszystko jeszcze mocniej zamotać, polisy są ubierane w ogólne warunki ubezpieczenia, tzw. OWU, których przeważnie nie da się zrozumieć bez doktoratu z finansów. O to dbają suto opłacani prawnicy ubezpieczycieli, którzy mają we krwi zamienianie prostych wyrazów na bełkotliwe. Oczywiście wszystko pod przykrywką „skomplikowanego prawa” oraz „przeregulowania branży finansowej” oraz „przesadnych wymagań nadzoru”. Krwiożerczo się więc zaśmiałem kiedy wpadły mi w ręce dokumenty dotyczące polisy „Sposób na przyszłość”. To nowe ubezpieczenie na życie, wprowadzone kilka tygodni temu przez ING Życie. Wcześniej widziałem zresztą w TV kilka grzecznych i niewychylających się nadmiernie spod utartego szymelka, sztampowych spotów reklamowych.

      Czytaj też: Nowe konto w ING pomysłem na długie oszczędzanie?

      Powiem szczerze: abstrahując od samego ubezpieczenia, o którym napiszę coś za chwilę, jestem pod wrażeniem ogólnych warunków ubezpieczenia, które ING przygotowała w ramach „Sposobu na przyszłość”. Nie widziałem jeszcze OWU napisanych tak przejrzyście, możliwie zrozumiałym językiem, odessanych z prawniczego slangu. Na pierwszych pięciu stronach pt. „Jak znaleźć swój sposób na zycie” jest opis podstawowych cech polisy i odpowiedzi na najważniejsze pytania, np. jak wybrać zakres ubezpieczenia, jak działa polisa, jaka jest różnica między częścią ochronną i inwestycyjną, jakie ponosi się opłaty, jak długo trwa ubezpieczenie, czy można się z niego wycofać lub czasowo je zawiesić. ING nie ukrywa np. wysokiej prowizji od pieniędzy kierowanych przez klienta do części inwestycyjnej w pierwszym roku lub opłat za wycofanie się z polisy w pierwszych kilku latach.

      Sposób na przyszłość - screenshot

      W dalszej części OWU są warunki umów podstawowych i dodatkowych. Bite 60 stron, więc na pozór istny hardcor. Ale... to się jakoś czyta! Poszczególne artykuły OWU są zatytułowane w prosty sposób: „Co oznaczają używane pojęcia?”, „Jak długo trwa umowa?”, „Co obejmuje ubezpieczenie?”, „W jaki sposób można ponownie zawrzeć umowę ubezpieczenia?”, „Jak podwyższyć lub obniżyć sumę ubezpieczenia?”, „Jakie są obowiązki właściciela polisy?”, „Jakie opłaty pobiera ING Życie?”, „Czy można zaprzestać opłacania składki?”, „Co należy zrobić, aby ING Życie wypłaciło odszkodowanie?”. Już ten prosty zabieg sprawia, że lektura OWU nie odrzuca. Tytuły są wypisane dużą, pomarańczową i mocno artystyczną czcionką (to ma sugerować „lekkość” dokumentu), a w środku każdego artykułu są przeważnie maksymalnie po trzy-cztery punkty, napisane z dużymi odstępami, żeby nie zmęczyć odbiorcy. Kolejny plus dla ING.

      Czytaj też: Sprzedawcy polis inwestycyjnych nie mówią nam całej prawdy

      Tyle o OWU. Uważam, że inni ubezpieczyciele, a także bankowcy powinni się od ING uczyć jak konstruować dokumenty dla klientów. Nie wszystko da się uprościć. Definicje pojęć z umowy muszą niestety mieć charakter formalny. Ale np. tam gdzie inni piszą, że „Ubezpieczający jest zobowiązany niezwłocznie poinformować...”, tu czytamy znacznie mniej inwazyjne: „ING Życie powinno być zawiadomione o zajściu zdarzenia objętego ubezpieczeniem”. To samo, ale brzmi nieco lepiej, prawda? W kilku miejscach OWU znalazłem też ostrzeżenia klientów przed nieporozumieniami. Np. w części dotyczacej umowy dodatkowej obejmującej nieszczęśliwy wypadek dodano - choć pewnie nie było to niezbędne - informację, że „za przyczynę zewnętrzną, która spowodowała nieszczęśliwy wypadek, nie uznaje się choroby”. A pod spodem od razu definicja - czym różni się nieszczęśliwy wypadek od choroby. Ostatnio opisywałem w blogu sprawę, która wynikła prawdopodobnie właśnie z pomylenia przez klienta nieszczęśliwego wypadku z chorobą I wiem, że ludziom się te dwie rzeczy mylą. Fajnie, że w ING to zauważyli i wytłumaczyli.

      A samo ubezpieczenie? Cóż, jest to miks, więc siłą rzeczy nie powala mnie na kolana. Ale doceniam, że jest znacznie lepiej skonstruowane, niż przeciętna polisa ochronno-inwestycyjna. Po pierwsze dlatego, że jej struktura jest przejrzysta. ING odchodzi od modelu „czarnej skrzynki”, w której klientowi sprzedaje się mało klarowny pakiet w określonej cenie. Tu mamy umowę podstawową, w której ubezpiecza się tylko życie danej osoby (lub również jej rodziny) i dopiero do niej dokupujemy ewentualne usługi dodatkowe. Można więc dokupić polisę od śmierci wskutek nieszczęśliwego wypadku, wskutek wypadku komunikacyjnego, od trwałego inwalidztwa wskutek nieszczęśliwego wypadku, od pobytu w szpitalu lub operacji, od poważnego zachoworania oraz niezdolności do samodzielnego życia i pracy.

      Osobno dokupuje się też polisę inwestycyjną, która jest tu tylko kolejnym klockiem, niepowiązanym z ubezpieczeniem życia.  W tej części nie ma skomplikowanego systemu opłat i prowizji, charakterystycznego w ubezpieczaniach typu Aegon, czy Skandia. Klient musi zadeklarować składkę miesięczną (co najmniej 50 zł) i przez pierwszy rok połowę wpłaconych pieniędzy oddaje ING w ramach prowizji. A potem już 100% pieniędzy jest inwestowane w funduszach inwestycyjnych. ING pobiera 2% opłaty za zarządzanie, ale tylko wtedy jeśli klient wykupi jeden z dwóch portfeli modelowych, czyli zleci wybór funduszy ekspertom z ING. Jeśli fundusze wybierze sam - nie ponosi już żadnych dodaktowych opłat. Te 50% składki potrącane w pierwszym roku to dużo, ale przecież znam polisy, w których w pierwszym roku klientowi zabiera się 90% pieniędzy. A poza tym doceniam przejrzystość tego układu - firma zabiera prowizję raz, a dobrze, bez żadnych skomplikowanych wzorów.

      Czytaj też: Złoty Środek to droga donikąd. Mówią o tym nawet agenci Axy

      ING zachęca do rodzinnego ubezpieczania się za pomocą systemu zniżek. To akurat mało znaczący gadżet, bardziej cieszy mnie mniej restrykcyjna, niż w innych ubezpieczniach tego typu, polityka trzymania klientów za gardło. Z polisy ING nie można wycofać się całkiem bezkosztowo, ale warunki są znacznie łagodniejsze, niż w wielu konkurencyjnych produktach. Prowizja karna zaczyna się od 30% wypłacanej kwoty w pierwszym roku i schodzi do zera po sześciu latach. Dość elastyczny jest też system zaiweszeń opłacania składki w razie kłopotów finansowych rodziny - bez konsekwencji można zawiesić płacenie składki na rok.

      Umowy dodatkowe w ramach części ochronnej mają oczywiście rafy, ale są one dość jasno wyklarowane w OWU. Oto kilka z nich, które zauważyłem. Np. w ramach umowy dodatkowej, obejmującej trwałe inwalidztwo, zastosowano definicję, która sprawia, że mało który klient „załapie się” na wypłatę 100% sumy odszkodowania. ING Życie definiuje bowiem całkowite inwalidztwo jako „całowitą, bezterminową i nieodwracalną niezdolność do wykonywania jakiejkolwiek pracy zarobkowej”. To oznacza, że np. po ciężkiej chorobie wątroby i jej częściowym wycięciu ubezpieczony dostanie najwyżej 20% sumy ubezpieczenia. Za utratę nerki - tylko 30%. Za utratę stopy - 50%. Za utratę nogi - 70%. Za utratę dłoni - 60%.

      Co do pobytu w szpitalu, to ING wypłaci pieniądze dopiero wtedy jeśli pobyt tam przekroczy nieprzerwane trzy dni. Jeśli zaś chodzi o świadczenie z tytułu operacji, to też warto przeczytać dokładnie zastrzeżenia, bo nie każda operacja podpada pod wypłatę świadczenia. Np. rekonstrukcja więzadeł lub ścięgien jest w ogóle wyłaczona z ubezpieczenia. Dla mnie, jako osoby uprawiającej sport i miewającej kłopoty z kostką u nogi, jest to dość poważny defekt polisy. ING nie zapłaci też za operację korygującą wzrok (z wyjątkiem zeza), za operację stulejki oraz za łyżeczkowanie jamy macicy (np. po poronieniu). Poza tym większość operacji jest zakwalifikowana w OWU do niskich kategorii, powodujących wypłatę tylko 10-25% sumy ubezpieczenia. Np. wycięcie woreczka robaczkwego ING wycenia tylko na 25% sumy ubezpieczenia, tak samo jak np. wycięcie pęcherzyka żółciowego. .

      Co do umowy dodatkowej obejmującej poważną chorobę to nie chciałbym wchodzić w szczegóły wyłaczeń, ale warto zapoznać się z katalogiem chorób, które ING zalicza do poważnych zachorowań. Jest to nowotwór złośliwy (z wyłączeniem raka nieinwazyjnego, czerniaka we wczesnej fazie rozwoju, nowotworów współistniejących z HIV, wczesnego raka tarczycy, gruczołu krokowego itp.), zawał serca (ale tylko pierwszy w życiu zawał!), niezłośliwy guz mózgu, udar mózgu (pod warunkiem generowania skutków przez co najmniej 60 dni), schyłkowa niewydolność wątroby, choroby Alzheimera i Parkinsona, trwała niewydolność  śpiączka i zarażenie HIV. Oczywiście ING nie wypłaci nic jeśli choroba, na którą zapadł jej klient, była zdiagnozowana lub leczona jeszcze przed zawarciem polisy. Ale to akurat standardowe zastrzeżenie.

      W sumie jednak najważniejsza dobra wiadomość to fakt, że polisa „Sposób na przyszłość” nie jest przeciążona prowizjami w części inwestycyjnej, część ta jest dobrze wyseparowana z części ochronnej, a część ochronna z kolei ma przejrzystą konstrukcję klockową, zaczynającą się od zwykłego życiowego auto-casco, do którego można dokładać dodatkowe ubezpieczenia. A wszystko jest sprzedawane w klarownym, miłym dla oka, uczciwym opakowaniu. Nie sprawdzałem jedynie wysokości składek w ramach polis ING, ale to już jest zupełnie inna historia.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      JUŻ PONAD 235.000 MIŁOŚNIKÓW SUBIEKTYWNOŚCI.. W pierwszym kwartale 2011 r. blog „Subiektywnie o finansach” odwiedzało miesięcznie średnio 235.000 osób miesięcznie. To jedno z najpopularniejszych tych miejsc z sieci, w których pisze się i mówi o finansach. Nie zapominaj kliknąć codziennie www.samcik.blox.pl. W blogu „Subiektywnie o finansach” codziennie znajdziesz co najmniej jeden nowy artykuł.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY. Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Sposób na przyszłość, czyli prześwietlam nową polisę ING. Wreszcie bez kantów?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2011 09:13
  • wtorek, 26 kwietnia 2011
    • Czy dobrze płacą ci za nerwową robotę? Oto najbardziej stresujące zawody!

      Mam nadzieję, że w święta się trochę odstresowaliście, bo nie ulega wątpliwości, że jak świąt nie ma, to świat pędzi jak szalony i o nerwy nietrudno. Amerykański serwis CareerCast.com sprawdził kto w pracy jest zestresowany najbardziej. Choć rzecz dotyczy kraju zamorskiego na zupełnie innym stadium rozwoju i w innej kondycji mentalnej (oraz finansowej) społeczeństwa, to wydaje mi się, że gdyby sporządzić ranking najbardziej stresujących zajęć, które wykonują Polacy, to wyniki mogłyby się wcale aż tak bardzo nie różnić od tego, co wynikło z badań CareerCast.com.

      Metodyka rankingu - którego wyniki cytuję za konsumenckim blogiem, należącym do popularnego w USA serwisu Mint.com - wygląda na wymyśloną solidnie. Otóż pod lupę wzięto 200 różnych zawodów i w każdym nich oceniono 11 różnych czynników wpływających na poziom stresu. Wśród tych czynników znalazły się m.in. środowisko pracy, konkurencyjność, wymagania dotyczące odporności psychicznej, konieczność dostosowania się do deadline’ów, potencjał rozwoju, który wiąże się z daną pracą itp.

      Co z tego wynikło? Otóż najbardziej stresującym zawodem w Ameryce jest...pilot samolotu. Poziom jego stresu to 59,53 pkt. (jak sądzę na 100 możliwych, które oznaczałyby permanentną palpitację sedrucha). Wśród czynników implikujących wysoki poziom stresu u pilotów wymienia się dużą liczbę niezależnych od nich czynników, z którymi muszą się liczyć, pilotując samolot. A także konieczność bezgranicznego ufania ludziom z wieży kontroli lotów, których nie znają i których nigdy nie widzieli na oczy. Poza tym pilotów wykańczają ogromne różnice między maksymalnym i minimalnym poziomem odczuwanego stresu - w pewnych momentach muszą się maksymalnie skoncentrować (lądowanie), a w innych (lot na autopilocie) mają luz. Inny problem to konieczność spędzania czasu w różnych rejonach świata, duże obciążenie pracą, niestabilność ekonomiczna (przemysł lotniczy ostatnio jest branżą zwalniającą pracowników). Średnie roczne pobory amerykańskiego pilota komercyjnego to 117.000 dolarów (niestety nie podają czy brutto, czy na rękę, ale chyba są to kwoty jeszcze przed opodatkowaniem), a średni czas pracy - 9 godzin na dobę.

      W kabinie pilota samolotu

      Przyznam szczerze, że nie zauważyłem ostatnimi czasu, by piloci polskich samolotów pasażerskich byli mocno zestresowani. Ale może po prostu tego po nich nie widać? Kilka tygodni temu, kiedy wracałem z drugiego końca Europy, LOT-owska maszyna, skądinąd bardzo zacny Embraer, rozkraczyła się na środku pasa startowego. Pilot ogłosił, że padł układ sterowania kołami i nie ma nawet możliwości powrotu do rękawa. Przez pół godziny pilot próbował mimo wszystko gdzieś zaparkować maszynę, ale mu się nie udało. W końcu zrezygnował i powiedział pasażerom, że ma już tylko taki pomysł, by... zresetować samolot. Wyłączył wszystkie systemy, łącznie z ogrzewaniem, klimatyzacją i oświetleniem, odczekał pięć minut, potem „włączył” samolot z powrotem i radośnie ogłosił, że usterki już nie ma.

      To było nawet zabawne uświadomić sobie, że w dzisiejszych czasach samolot jest tak skomplikowaną maszyną, iż pilot nawet nie wie dlaczego coś nie działa. Nie woła się mechaników, nie przeprowadza skrzętnego przeglądu, tylko po prostu resetuje się całą elektronikę, tak, jak resetuje się peceta, który miał kaprys się zawiesić. A dlaczego jakiś system się zawiesił akurat na pasie startowym? Tego pilot nie wie, tak samo, jak nie wie dlaczego nagle wszystko zaczęło działać. Czy kapitan załogi, który musi zresetować ogromnego latającego ptaka, przeżywa stresy większe, niż użytkownik komputera, który resetuje zawieszonego Windowsa? Być może. :-)

      Drugim najbardziej stresującym zawodem jest... konsultant ds. public relations. Tak, tak, drodzy PR-owcy. Okazuje się, że stresujecie się nawet bardziej, niż my, dziennikarze. Szacun dla Was, bo Waszej roboty zwykle się nie docenia. Wszystkim się wydaje, że kreowanie wizerunku firmy lub osoby, to takie przyjemne zajęcie - chodzi się na spotkania, lanczyki, spotyka się z ważniakami, a robota robi się sama. A jest zupełnie inaczej. Najbardziej stresogennym czynnikiem w pracy PR-owca jest kompletne uzależnienie od decyzji podejmowanych przez klienta. To nie tylko od PR-owca zależy sukces lub porażka danego projektu, tylko od tego co zrobi jego klient i od tego jak zachowa się jego otoczenie (a to jest zmienne i kapryśne, często w ogóle niepodatne na wpływy). PR-owiec może tylko doradzić i dać na tacę żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Czynnikiem zwiększającym poziom stresu PR-owca jest też konieczność bycia cały czas na bieżąco, monitorowania mediów, internetu, serwisów społecznościowych, a także konieczność zarządzania złożonymi procesami. Złożonymi z wielu detali (czy macie pojęcie ile to roboty zorganizować udaną konferencję prasową?). Robota jest wysoce konkurencyjna i nie zawsze dobrze płatna. Choć w USA podobno PR-owcy nie narzekają - średnie pobory to 102.000 dol. rocznie, a średni czas pracy - 9 godzin na dobę..

      Trzecie miejsce na liście najbardziej stresujących zawodów to dyrektor wykonawczy w korporacji (tak chyba trzeba tłumaczyć sformułowanie „Senior Corporate Executive”). W zamian za przeciętną roczną pensję 167.000 dol. taki delikwent pracuje aż po 11 godzin na dobę i jest przy tym cholernie zestresowany. Bo z jednej strony jest odpowiedzialny za prowadzenie wyścigu bez końca o zwiększenie zysków firmy, a z drugiej cisną go, by ciął koszty. Musi rozumieć i przewidywać trendy, kontrolować postęp technologiczny w firmie i przewidywać skutki podejmowanych przez siebie i swoich szefów decyzji. To męczy i stresuje. A do tego jeszcze recesja i ryzyko wyrzucenia z pracy przez właściciela lub głównego szefa. I świadomość, że błąd może drogo kosztować. No, ale przynajmniej takiemu to dobrze płacą. Nie tak dobrze, jak Szymonowi Majewskiemu, ale da się żyć.

      Myślałem, że mam bardzo stresującą robotę, ale według CareerCast.com jednak bardziej stresującą ma... fotoreporter. Płacą mu marnie, bo ma rocznie ma raptem 43.000 dol. dochodu, a przy tym nie da się policzyć ile godzin dziennie pracuje.  Zajęcie jest niebezpieczne, trzeba mieć końskie zdrowie, refleks i inwencję twórczą. W tym roku śmiercią przypłaciło swoją robotę 14 fotoreporterów, a mamy dopiero środek wiosny. No, dyrektor wykonawszy w korporacji przynajmniej nie nadstawia codziennie karku, a płacą mu cztery razy więcej przy porównywalnym poziomie stresu. Będąc fotoreporterem trzeba się błyskawicznie mobilizować, zmieniać miejsce pracy i być gotowym przez 24 godziny na dobę, by pójść do pracy, czyli np. na linię frontu. Można się zdenerwować.

      Dopiero na piątym miejscu w rankingu - choć przecież też wysoko, biorąc pod uwagę, że klasyfikowano 200 zawodów - znalazł się zawód dziennikarza, a właściwie reportera (tak chyba trzeba rozumieć sformułowanie „Newscaster”). Według CareerCast.com reporter pracuje średnio tylko 8 godzin na dobę (tere-fere, ja jestem w robocie non-stop!), zarabia słabo - 43.000 dol. rocznie - a stresuje się mocno. Wiadomo: pełna dyspozycyjność, konieczność sprawozdawania szybko, bez przygotowania, trzeba się wciąż ścigać z konkurencją i korzystać z najnowszych technologii. Ufff... tak, już samo pisanie tego tekstu mnie zestresowało.

      Czytaj też: najlepiej zarabiający sportowcy. Ila zgarnął Małysz, a ile Kowalczyk. Ile zarabiają piłkarze, a ile miał Kubica, zanim się rozbił? A olimpijczycy?

      Szóste miejsce na liście najbardziej stresujących zawodów to specjalista od reklamy („Advertising Account Executive”, czyli osoba współpracująca z klientami agencji reklamowych), na siódmym znalazł się - tu się zdziwiłem - architekt! W tym zawodzie stresuje głównie tworzenie planu zagospodarowania przestrzeni pod presją czasu i zgodnie z  nie zawsze wykonalnym widzimisię zleceniodawcy. Dopiero na ósmym miejscu jest makler giełdowy, a na dziewiątym - ratownik medyczny, którego wyróżnia nie tylko stresująca robota, ale też niskie zarobki. Ratownik medyczny zarabia w USA średnio tylko 30.100 dol. rocznie przy poziomie stresu 39,68 pkt. Czołową dziesiątkę zamyka agent nieruchomości. No, w USA, gdzie są miliony nie spłacanych kredytów i wysiedlanych nieruchomości to może być robota wysokiego ryzyka. W Polsce chyba mniej.

      A najmniej stresujące zajęcia? Spokojnego życia gratuluję audiologom (czyli lekarzom, czy też raczej technikiem przeprowadzającym badania jakości słuchu), których poziom stresu nie przekracza 9,44 pkt. (a więc jest sześć razy niższy od poziomu stresu pilota samolotu), zaś roczne zarobki to w Ameryce 63.000 dol., czyli ponad połowa wynagrodzenia pilota. Ale więcej, niż mają dziennikarz i fotoreporter, których robota jest w czubie najbardziej stresujących. Drugie miejsce na liście najbardziej wyluzowanych zawodów to dietetyk, a potem są inżynier oprogramowania komputerowego, programista oraz higienista w gabinecie dentystycznym, którego poziom stresu podsumowano na 12,07 pkt. Według CareerCast.com inżynier informatyk, programista i higienista siedzą sobie tylko i dłubią, każdy w swojej działce. Spokój, luzik, ptaszki śpiewają, słoneczko świeci... :-). Nie jestem pewien czy to tak wygląda w rzeczywistości, zwłaszcza w naszych realiach, ale... I Wam życzę takiej pracy!

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY PRZEZ DZIENNIKARZY. Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Jurorami byli blogerzy, dziennikarze, osoby zarządzające mediami. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Czy dobrze płacą ci za nerwową robotę? Oto najbardziej stresujące zawody!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 kwietnia 2011 10:24
  • poniedziałek, 25 kwietnia 2011
    • Nie inwestują w tytoń, alkohol, ani hazard. Czy te fundusze mają przyszłość?

      Jestem w świątecznym nastroju, więc postanowiłem odejść na chwilę od brutalnego i bezwzględnego świata brudnych pieniędzy. Od świata inwestorów kierujących się wyłącznie perspektywą jak najwyższego zysku, nie dbających o to, czy pomnażane w ten sposób pieniądze nie są okupione jakimiś złymi uczynkami. Postanowiłem zająć się światem pieniędzy szlachetnych i czystych, czyli... inwestowaniem etycznym. To całkiem spora działka w światowej branży inwestycyjnej. Ba, są nawet wyspecjalizowane fundusze, które zajmują się inwestowaniem wyłącznie w branże, które nie mają nic wspólnego z przemysłem tytoniowym, produkcją alkoholu, hazardem, pornografią, a nawet produkcją i wykorzystaniem energii nuklearnej. Fuj, fuj, fuj! :-)

      Takie fundusze nawet jeśli inwestują w obligacje, to bacznie pilnują, zeby nie były to obligacje państw, w których łamie się prawa człowieka (chiński rząd ma przegwizdane), prawa pracownicze (well, minister Rostowski mógłby mieć problem gdyby etyczni inwestorzy dowiedzieli się jaki w Polsce jest odsetek umów o dzieło i zlecenia we wszystkich umowach z pracownikami) lub też nie kontroluje poziomu zanieczyszczania środowiska. A z kolei inwestując w papiery dłużne emitowane przez firmy takie fundusze wybierają przedsiębiorstwa zajmujące się ochroną środowiska (recycling, zarządzanie odpadami, energia odnawialna...) i nowoczesnością w działaniu (innowacyjność, elastyczność, nowe wyzwania i takie tam).

      Czy w ten sposób da się w ogóle zarabiać pieniądze? Sprawa jest o tyle prosta do zweryfikowania, że w Polsce działają już dwa fundusze, które mają w nazwie przymiotnik „etyczny”. Oba należą do stajni TFI SKOK, czyli towarzystwa funduszy należącego do Spóldzielczych Kas Oszczędnoścowo-Kredytowych (popularnych SKOK-ów). Nie będę się wdawał w rozważania na temat tego, czy SKOK-i mają rzeczywiście dużo wspólnego z etycznym działaniem, po prostu przyjmuję założenie, że ludzie z TFI SKOK intencje mają czyste jak łza.

      Fundusz SKOK Etyczny I powstał w grudniu 2008 r., zaś SKOK Etyczny II ma staż krótszy, działa od sierpnia 2010 r.  Ten drugi jest funduszem dość agresywnym, od 60% do 100% pieniędzy klientów jest inwestowanych w akcje w Polsce i innych krajach Unii Europejskiej. Pozostałe pieniądze są inwestowane w dłużne papiery wartościowe oraz instrumenty rynku pieniężnego, czyli po prostu w obligacje lub bony skarbowe. Pierwszy etyczny fundusz SKOK nie inwestuje bezpośrednio w papiery wartościowe, ale za minimum 70% pieniędzy kupuje udziały luksemburskiego funduszu etycznego Oppenheim Ethik Bond Opportunities, lokującego w sposób etyczny w obligacje. Fuj, fuj, fuj! :-)

      Funduszu SKOK Etyczny II jeszcze nie da się kompetentnie ocenić, bo działa bardzo krótko. W ostatnim kwartale zarobił 3,2%, zaś od początku działalności, czyli w ciągu niecałych trzech kwartałów, dał 9,7%. Na tle średnich osiągnięć funduszy akcyjnych to nic nadzwyczajnego. Tyle, że to dopiero przedbiegi, a w pełni wyniki etycznego inwestowania w akcje będziemy mogli podsumować najwcześniej za rok. Nieco łatwiej ocenić fundusz SKOK Etyczny I, który ma już prawie dwa i pół roku stażu. W tym czasie zarobił jakieś 11%. W ciągu ostatnich 12 miesięcy Etyczny I miał ujemny wynik, stracił 1,8%, gdy średni wynik funduszy polskich obligacji wyniósł w tym czasie plus 2,3%.

      Tyle, że Etyczny I inwestuje na całum świecie (w jego portfelu, a ściślej w portfelu funduszu Oppenheima, są m.in. obligacje Commerzbanku, Vivendi, BASF-a, Henkela, Nokii, a także obligacje rządów Czech, Szwecji, Panamy, czy obligacje kolejowe Korei Południowej), więc trudno go porównywać z polskimi funduszami obligacji. Te 11% w dwa i pół roku to dochód porównywalny z zyskiem z lokat bankowych, więc nie powala na kolana. Ale z drugiej strony czy zysk jest tu najważniejszy? Liczą się zasady. Niestety, póki co etyczne inwestowanie nie jest u nas w modzie. W SKOK Etyczny I klienci zainwestowali do tej pory raptem 54,4 mln zł, a w SKOK Etyczny II - 4,5 mln zł. Są to dwa najmnijesze fundusze w ofercie TFI SKOK, które łącznie zarządza kwotą prawie 900 mln zł. Fuj, fuj, fuj! :-)

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” DOCENIONY PRZEZ PRESS... Fajny pomysł na opowieści o pieniądzach. O gospodarce można pisać nudno albo tak jak Samcik. Mistrzostwo! Nikt tak jak on nie potrafi znaleźć absurdów, kruczków prawnych w umowach i napiętnować tego, co jest w umowach bankowych głęboko schowane” - to wybrane opinie kilkunastu jurorów - przedstawicieli mediów - którzy na prośbę miesięcznika „Press” już po raz drugi przeprowadził doroczne wybory najlepszych blogów prowadzonych przez dziennikarzy. Wśród najlepszych blogów, na drugim miejscu, znalazł się „Subiektywnie o finansach”.

      ...ORAZ LUBIANY PRZEZ INNYCH BLOGERÓW. Blog „Subiektywnie o finansach” znalazł też uznanie w oczach innych blogerów. Jeden z nich niedawno wymienił ten blog w rankingu „Najsłynniejsi polscy blogerzy”. Z kolei niejaki Kominek, podobno najpopularniejszy bloger w Polsce, zajął się wideocyklem „Prześwietlamy reklamy”. I ciepło skomentował jeden z klipów. Ten sam Kominek chciał umieścić blog „Subiektywnie o finansach” wśród 30 najbardziej wpływowych blogów w Polsce. Ale mu nie wyszło.

      ”SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” JEST NA FACEBOOKU! Chcesz podyskutować o powyższym wpisie? Masz własną opinię lub chcesz zobaczyć co myślą na ten temat inni? Zajrzyj na stronę blogu „Subiektywnie o finansach” w Facebooku, zarejestruj się jako fan blogu i weź udział w dyskusji. Fuj, fuj, fuj :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Nie inwestują w tytoń, alkohol, ani hazard. Czy te fundusze mają przyszłość?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 kwietnia 2011 07:07
  • sobota, 23 kwietnia 2011
    • W bankach bez jaj, czyli spokojna Wielkanoc. Można dostać tylko stówkę

      Święta wielkanocne są podobno drugim-trzecim najbardziej obfitym okresem żniw bankowców jeśli chodzi o kredyty gotówkowe. Piszę „podobno”, bo chyba jest to bardziej nieziszczalne pragnienie bankowców, niż rzeczywistość. Wystarczy spojrzeć na najnowsze bankowe oferty, by zobaczyć, że bankowcy nie wykazują w tym okresie jakiejś wyjątkowej marketingowej inicjatywy. Nie ma wysypu „wielkanocnych promocji”, „kredytów z jajem', ani „oprocentowanych pisanek w prezencie”  Zapewne wynika to z chłodnej kalkulacji - ponoć wydatki przeciętnej polskiej rodziny na święta wielkanocne nie przekraczają 380 zł. Co czwarty Polak wyda na Wielkanoc mniej, niż 100 zł. To mniej, niż wydajemy na Boże Narodzenie (ponoć od tysiąca do 1800 zł na rodzinę, według różnych szacunków i sondaży) i na wydatki wakacyjno-urlopowe.

      Śmieszna pisanka 2

      Bodaj jedynym bankiem, który postawił na wielkanocne promocje jest Getin, gdzie można założyć „Lokatę wielkanocną”, w której główne jajo to brak podatku Belki (bo bank oferuje dzienną kapitalizację odsetek). Oprocentowanie dość jajeczne, bo 4,8%, czyli mniej więcej tyle, ile 6% na zwykłej lokacie  Ten sam Getin rozdaje klientom wielkanocne prezenty. Reklamuje 100 zł premii na świąteczne zakupy dla każdego, kto założy „Konto Skarbonkowe”, czyli ROR internetowy w Getin Online. Konto w sumie nie jest złe: jego prowadzenie nic nie kosztuje, bankomaty są za darmo, karta płatnicza i przelewy przez internet też nic nie kosztują, bezpłatnie można nawet wpłacać pieniądze w oddziałach banku. A do tego dochodzi money-back: bank oddaje na konto po 1 zł za każdą płatność kartą powyżej 100 zł, po 1 zł za wpływ pensji i spłatę karty kredytowej oraz za założenie lokaty. Są na rynku znacznie lepsze warianty money-back, ale jak bank daje pieniądze, to nie będziemy przecież wybrzydzać.

      Lokata wielkanocna Getin Bank

      W sumie brzmi to podejrzanie, jak na Getin, bank słynący z wysokiej rentowności, generowanej głównie dzięki sutym marżom. Albo w internecie Getin zmienił nieco filozofię działania albo zna jakiś sposób - np. oparty na cross-sellingu - by na koniec jednak biznes był wysoko rentowny. Ale na wielkanocne prezenty w Getinie bym się jednak nie zasadzał. Choćby dlatego, że bank żąda dużej - jak na klienta internetowego - lojalności. Przez rok trzeba przelewać na konto co najmniej 1000 zł i nie ma być to przelew byle jaki, ale z tytułu pensji lub innego świadczenia. A poza tym trzeba płacić kartą za zakupy warte co najmniej 400 zł miesięcznie. To dość wyśrubowane warunki jak dla klienta internetowego, z natury mało lojalnego. Czy warto dla 100 zł na rok przywiązywać się do jednego banku internetowego?

      Są prostsze sposoby na zorganizowanie pieniędzy na Wielkanoc. Jak doniosła „Rzeczpospolita”, amerykański pastor ogłosił, że podaruje tysiąc dolarów w gotówce wszystkim, którzy w niedzielę wielkanocną przyjdą do jego kościoła. „Randy Moore z Kościoła baptystycznego w Hamilton (Ohio) doskonale wie, jak w trudnych dla religii i wiernych czasach przyciągnąć wiernych. Pieniądze na Wielkanoc pierwszy raz rozdawał już w zeszłym roku. Pomysł okazał się sukcesem. Dzięki obietnicy pastora drogę do parafii odnalazło wówczas tyle zbłąkanych dusz, że przed kościołem trzeba było ustawić specjalną ekipę do kierowania ruchem. Jak skrupulatnie podliczono, w kościele – który zwykle gromadzi na mszach około 500 wiernych – w zeszłą Wielkanoc zasiadło ich aż 1137. Z tego 36 osób zdecydowało się przyjąć wiarę. Również w tym roku wśród zgromadzonych na nabożeństwie wielkanocnym zostaną rozlosowane dwie nagrody o wartości 500 dolarów (ok. 1450 zł). Pierwsza trafi do któregoś z obecnych członków parafii. Druga zaś do osoby, która jeszcze do tego Kościoła nie należy”. Może to lepsze, niż roczny związek z bankiem w zamian za stówkę? :-). W każdym razie Kościoły przyciągają wiernych tak samo, jak banki. Gotówką i dobrą reklamą:

      W tej sytuacji pozostaje mi tylko życzyć Wam, drodzy Czytelnicy blogu, udanych Świąt Wielkanocnych. Nie wiem czy powinny być wesołe, bo niektórzy nie lubią zbyt dużo wesołości. Nie wiem czy powinny być refleksyjne, bo nie każdy lubi się dużo zastanawiać nad swoim jestestwem. Niech więc będą udane. To dobrze, że będzie można na chwilę się zatrzymać, odetchnąć głębiej świeżym, wiosennym powietrzem i poodpoczywać od codziennej siekanki. Czego Wam i sobie życzę :-.).

      Śmieszna pisanka 1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W bankach bez jaj, czyli spokojna Wielkanoc. Można dostać tylko stówkę”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      sobota, 23 kwietnia 2011 14:41
  • piątek, 22 kwietnia 2011
    • Nieszczęśliwy wypadek nie taki znowu nieszczęśliwy. Ubezpieczyciel się wykręca

      Na stronach tego blogu pojawiały się już sceptyczne opinie dotyczące ubezpieczeń kredytów, które służą tylko po to, by klient zapłacił dodatkową prowizję, bo na jakiekolwiek odszkodowanie nie ma co liczyć. Pisałem też o standardowych polisach, które zawierały istotne wyłączenia lub też kontrowersyjne i nieprecyzyjne sformułowania, które ubezpieczyciel tłumaczył na własną korzyść. Tak było np. w przypadku polis PZU i słynnego „załamka Q”, który pozwalał coś, co było zawałem serca uznać za jedynie „niedyspozycję” pacjenta. Chociaż czasami ubezpieczenia się przydają :-)

      Dziś kolejny przykład klienta, który ma kłopoty z wyegzekwowaniem od ubezpieczyciela świadczenia przyrzeczonego w polisie sprzedanej przez bank razem z kredytem. Pani Aleksandra i pan Marian zawarli w kwietniu 2004 r. z Raiffeisen Bankiem umowę pożyczki hipotecznej. Warunkiem uruchomienia pożyczki było podpisanie przez nich zgody na objęcie kredytu ochroną ubezpieczeniową w ramach polisy grupowej. Przez pół roku wszystko szło zgodnie z planem - kredytobiorcy spłacali raty, a ubezpieczyciel z bankiem do spółki liczyli zyski. Ale w listopadzie 2004 r. pan Marian doznał - jak czytam w dokumentacji medycznej - „zaawansowanego rozstroju funkcji organizmu związanego z uszkodzeniem OUN, wskutek niedotlenienia związanego z nagłym zatrzymaniem krążenia w mechanizmie migotania komór”.

      Pan Marian został uznany przez lekarzy orzeczników ZUS jako „trwale i całkowicie niezdolnego do pracy” oraz „trwale niezdolnego do samodzielnej egzystencji”. Sąd Okręgowy w Poznaniu orzekł natomiast o jego ubezwłasnowolnieniu. Na pierwszy rzut oka nikt nie powinien mieć wątpliwości - sprawa powinna się skończyć tym, że firma ubezpieczeniowa spłaca za klienta resztę kredytu. Ale... tak się nie skończyła. Choć polisa obejmowała konsekwencje zajścia nieszczęśliwego wypadku, firma ubezpieczeniowa Europa odmówiła wypłaty odszkodowania. Powołała się na następujący zapis: „Nieszczęśliwy wypadek to nagłe i niezależne od woli Ubezpieczonego zdarzenie wywołane przyczyną zewnętrzną, niezależną od jakiejkolwiek choroby, będące bezpośrednią i wyłączną przyczyną zajścia zdarzenia ubezpieczeniowego. Za nieszczęśliwy wypadek nie uważa się zdarzeń wywołanych procesem zachodzącym wewnątrz organizmu ludzkiego, w szczególności takich jak: zawal, krwotok, udar mózgu”.

      Towarzystwo odmowę wypłaty odszkodowana uzasadniło tym, że „zgromadzona dokumentacja medyczna jednoznacznie wskazuje, że przyczyną wydania orzeczeń o niezdolności do pracy i niezdolności do samodzielnej egzystencji Ubezpieczonego było nagłe zatrzymanie krążenia, a więc zdarzenie wywołane procesem zachodzącym wewnątrz organizmu”. Pani Aleksandra wynajęła prawnika, zgromadziła dokumentację medyczną i ruszyła na wojnę prawną z Powołała się m.in. na kartę informacyjną leczenia szpitalnego, gdzie stoi jak wół: „z uwagi na niejasną przyczynę zatrzymania czynności serca wykonano badanie NMR głowy w którym nie stwierdzono zmian patologicznych”. I dalej: „u Mariana Urbaniaka doszło do nagłego zatrzymania krążenia z nieznanych przyczyn

      Do ubezpieczyciela te argumenty nie przemówiły. Doradca Medyczny TU Europa stwierdził, że „na podstawie przedstawionej dokumentacji, zdarzenie nagłego zatrzymania krążenia nie miało znamion wywołanych przyczyną zewnętrzną. Dokumentacja medyczna będąca w posiadaniu towarzystwa ubezpieczeń wskazuje jako przyczynę zatrzymania krążenia, proces zachodzący wewnątrz organizmu”. I nikt nam nie wmówi, że czarne jest czarne.

      Czytaj też: Zmarł, ale odszkodowania nie będzie. Kardiomiopatia czy kant?

      Dziś sprawa jest już w sądzie. Chociaż „już” to chyba nie najlepsze słowo, bowiem - przypomnijmy - rzecz dotyczy wydarzenia sprzed siedmiu lat. Z tego, co napisał mi prawnik pani Aleksandry, pełnomocnik TU Europa nadal pozostaje nieugięty. „Nieznane przyczyny” zatrzymania pracy serca interpretuje jako „przyczyny na pewno nie zewnętrzne”. Jak sądzicie, da się obronić tę argumentację? Tak czy siak - zanim podpiszecie jakąkolwiek polisę, zerknijcie na definicję zdarzenia, które ma uprawniać do wypłaty odszkodowania.

      Komentarze czytelników z Facebooka:

      Regina Skibińska: Jeżeli ktoś ubezpieczył się od nieszczęśliwego wypadku, a nie cięzkiej choroby, to w takim przypadku nawet sąd mu nie pomoże. Nieszczęśliwy wypadek jest wtedy, gdy potrąci nas samochód czy poslizgiemy się i połamiemy nogi, a nie wtedy, gdy dostaniemy wylewu czy ustaną nam jakieś czynności. Smierć z przyczyn naturalnych też nie ejst nieszczęśliwym wypadkiem. Szymon Iwaszkiewicz: Pan Marian to kiedy miał nieszczęśliwy wypadek, od następstw których się ubezpieczył? Bo z wpisu wynika, że to ciężkie zachorowanie, od którego najwyraźniej nie był ubezpieczony. A mówił Cimoszewicz...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Nieszczęśliwy wypadek nie taki znowu nieszczęśliwy. Ubezpieczyciel się wykręca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      piątek, 22 kwietnia 2011 01:08
  • czwartek, 21 kwietnia 2011
    • Du ju spik inglisz, czyli Polska dla Polaków! Przynajmniej w Banku Polskim

      Pamiętacie cykl o głupich bankowych prowizjach? Samych tylko odcinków opublikowanych w „Wyborczej” uzbierało się prawie 20, a jeszcze temat żył w mniejszych formach, które pisałem w blogu. Ostatnio dostałem dwa e-maile, które skłoniły mnie do zastanowienia, czy aby nie powinien powstać kolejny cykl. Tym razem o nazwie: „Czego to w bankach nie wymyślą”. Te dwie krótkie historyjki położyły mnie na podłogę i kazały rechotać nad bezmyślnością niektórych regulacji wprowadzanych przez banki. Jak sądzicie, może warto to rechotanie upowszechnić? A historyjki wyglądają tak:

      Czytam i czytam Pański blog i jestem zafascynowany wręcz tym, jak szerokim echem (lub czkawką) się odbija” - napisał do mnie pan Dawid. I po tym wstępie - dzięki któremu zostałem wprowadzony w dobry nastrój, co zachęca mnie do dalszej ciężkiej pracy z korzyścią dla Was :-) - opisał pewien (absurdalny?) problem, który zauważył w PKO BP. A więc w banku, który - jak się za chwile okaże nie bez powodu - od pewnego czasu każe się nazywać Bankiem Polskim. Dodałbym nawet, że powinien się nazywać Bankiem Wyłącznie Polskim.

      Mam w PKO BP kredyt hipoteczny, miałem też drugi, ale już spłaciłem. Wymyśliliśmy sobie z żoną trzeci kredyt, na budowę domu. Pomyślałem, że skoro już mam w PKO dwa konta osobiste, za które płacę abonament, karty bankomatowe, za które płacę abonament i dostęp do rachunków przez internet, za który płacę, to lepiej udać się do "macierzystego" banku po kolejny kredyt. A nóż widelec dla stałego klienta trafi się jakiś bonusik. I miałem rację. Żeby dostać kredyt musiałbym się jeszcze bardziej uproduktowić (w ramach niższej marży) i złożyć komplet dokumentów.

      Ale to jeszcze nic. Pani z PKO BP powiedziała mi, że ponieważ z żoną pracujemy w Wielkiej Brytanii, to wszystkie dokumenty, które są przygotowane w języku angielskim powinny zostać przetłumaczone z języka angielskiego na polski. OK., rozumiem, że bank może żądać tłumaczenia kontraktu o pracę. Ale po co tłumaczyć wyciągi z banku w Wielkiej Brytanii?. Chyba nie tak trudno zrozumieć pozycje "paid in" i "paid out"? Ale to mało. Niektóre dokumenty trzeba w PKO BP przetłumaczyć przysięgle (np. zaświadczenie o zarobkach).

      Zniechęceni  poszliśmy do BNP Paribas, gdzie - jak się okazało - jest promocja. Prowizja za udzielenie kredytu wynosi zero procent, marża wynosi 0,79% przez pierwsze trzy lata, a język angielski traktują tam na równi z polskim. Czyli oszczędzam ok. 1600 zł na tłumaczeniu, 8000 zł na prowizji i 1,5% na marży przez pierwsze trzy lata. Dziękuję PKO BP za zmotywowanie mnie do ruszenia czterech liter do konkurencji” - zakończył pan Dawid. Cóż, nazwa zobowiązuje. Bank Polski to bank polski, więc proszę pisać do niego po polsku, a nie w językach dziwnych i nietypowych.

      Nota bene osoby osiągające dochody za granicą bądź tylko pracując dla firm zagranicznych, nie mają łatwo nie tylko ze względów językowych: „Mam stałą pracę w szwedzkiej firmie promowej Stena Line, mieszkam w Gdyni i pracuję na promie, który pływa z Gdyni do szwedzkiej Karlskrony. Zatrudnienie mam na czas nieokreślony na podstawie umowy o pracę (nie jest to kontrakt marynarza),.wynagrodzenie mam przelewane ze Szwecji na polski rachunek bankowy

      W większości polskich banków klient, który osiąga dochody za granicą, jest traktowany jak intruz (nie ma znaczenia ze jesteśmy w Unii Europejskiej).W niektórych bankach w ogóle nie ma mowy o hipotece dla takiego delikwenta,w sporej części banków wymagana jest solidna wpłata własna od 40% (Nordea) do 60% (Millennium). Chyba tylko w Getin Noble Bank nie ma znaczenia gdzie osiągam dochody. Tam załatwiłem  kredyt” - pisze czytelnik. Cóż, łaska banku na pstrym koniu jeździ. Niby mamy kapitalizm, niby gospodarkę rynkową i najróżniejsze sposoby osiągania dochodów, a jednak w wielu bankach panuje nacjonalistyczne podejście do tematu - liczy się ten, kto zarabia w złotych, bankowcy brzydzą się euro, koronami, czy jakąkolwiek inną walutą.

      Dziwadło proceduralne w PKO BP to pikuś w porównaniu z absurdem, a którym doniósł mi inny czytelnik, klient banku BZ WBK. Można byłoby turlać się ze śmiechu, gdyby nie to, że sprawa dotyczy zgubionej karty kredytowej. „Mój kolega zgubił kartę płatniczą BZ WBK i chciał ją zastrzec, więc udał się do oddziału banku. A tam przemiła pani powiedziała, że... zastrzec kartę może jedynie przez telefon. Sytuację, w której kolega siedział przy pani w jednym z oddziałów banku i dzwonił, by zastrzec kartę, ów kolega określił jako „czystą komedię". Nie wiem, czy tak się robi zawsze, bo jedyne, co do tej pory zgubiłam, to legitymacja studencka” - pisze czytelnik. I niech tak zostanie.

      I jeszcze jeden kwiatek, tym razem ze skandynawskiego banku Nordea, którego głóne operacje mieszczą się w Oslo i Sztokholmie. „Mój bank Nordea pobiera mi z konta po 20 zł za każdy przelew przychodzący z zagranicy! Co najśmieszniejsze, nawet za pieniądze przychodzące ze szwedzkiego oddziału banku... Nordea” - napisał mi jeden z czytelników. Jeśli tak jest rzeczywiście i nie chodzi tu o jakąś pomyłkę, to trzeba tylko załamać ręce i porzucić sen o wspólnej Europie, internacjonalnych grupach bankowych i takich tam dyrdymałach. Każdy sobie rzepkę skrobie. Albo raczej skrobie ją klientowi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Du ju spik inglisz, czyli Polska dla Polaków! Przynajmniej w Banku Polskim”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      maciek.samcik
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 kwietnia 2011 19:04

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Maciej Samcik

Od 1997 r. dziennikarz ekonomiczny „Gazety Wyborczej”. Specjalizuje się w tematyce finansowej. Pisze o bankach, giełdzie, funduszach inwestycyjnych oraz finansach osobistych. Autor i współautor poradników o oszczędzaniu, rankingów i konkursów giełdowych.
Laureat prestiżowych nagród dziennikarskich, w tym nagrody „Grand Press”.
Pochodzi z Poznania. Z wykształcenia ekonomista, absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.


użytkowników on-line